UUK Quality Books


Zbigniew Nienacki

Księga strachów

Warszawa, 1987

 


Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

 


ROZDZIAŁ PIERWSZY [top]

CO TO JEST „KSIĘGA STRACHÓW” • TAJEMNICZE EMESY • CO SIĘ STAŁO W RUINACH OBSERWATORIUM ASTRONOMICZNEGO • POSTANOWIENIE O NOWEJ WYPRAWIE • DO CZEGO SŁUŻYŁA MOSIĘŻNA TULEJKA

 

Ta­jem­nicze i groźne wy­da­rze­nia, a przede wszystkim udział w nich osób dość zna­nych w pew­nych krę­gach, skło­niły mnie do po­mi­nię­cia kilku nie­istot­nych szczegó­łów z tej peł­nej nie­bez­pie­czeństw histo­rii. Czytel­nicy Księgi stra­chów nie po­gniewają się chyba na mnie o to, że nie wy­mie­niłem prawdzi­wych na­zwisk tych osób, oraz wy­baczą mi zmianę na­zwy miej­sco­wo­ści, w ja­kiej się te dra­ma­tyczne zda­rze­nia od­były. Za­inte­re­so­wani i tak będą wie­dzieli, o kim piszę, a wiel­bi­ciele pięk­nego kra­jo­brazu za­pewne zdo­łają od­na­leźć je­zioro Ja­sień (na­wet jeśli okaże się, że w rze­czy­wi­stości na­zywa się ono ina­czej).

Hi­storia ta za­częła się dla mnie pod ko­niec lipca, gdy z obozu har­cer­skiego po­wró­cili do mia­sta trzej mło­dzi przyja­ciele: Wil­helm Tell, So­kole Oko i Wie­wiórka[1]. Na­tychmiast po przyjeź­dzie od­wie­dzili mnie w mym mieszka­niu, aby opo­wie­dzieć o swych wa­ka­cyj­nych przy­go­dach. W sierpniu każdy z nich je­chał na po­zo­stałą część wa­kacji ra­zem z ro­dzi­cami, po­zo­sta­wali więc w mie­ście tylko przez kilka dni i w tym to cza­sie nie­mal co­dziennie skła­dali mi wi­zyty. Ja także mia­łem im co opo­wia­dać, wła­śnie po­wró­ciłem z Pragi, gdzie we­spół z cze­skim de­tek­ty­wem amatorem, pa­nem Doh­na­lem, udało mi się roz­wią­zać za­gadkę, którą ochrzcili­śmy kryptoni­mem „Golem”. W sierpniu wy­bie­rałem się na za­słu­żony wy­po­czy­nek, choć jesz­cze nie by­łem zde­cy­do­wany, do­kąd skie­ruję swój sa­mo­chód wy­peł­niony sprzętem tury­stycznym.

Obóz har­cer­ski, na któ­rym prze­by­wali trzej moi mło­dzi przyja­ciele, znaj­do­wał się na Poje­zie­rzu My­śli­bor­skim, w prze­pięk­nej kra­inie bo­gatej w lasy, rzeki, je­ziora i stawy. Uro­czy ten za­kątek mie­ści się w naj­dalej wy­su­nię­tym na za­chód łuku Odry; bez trudu mo­żecie go od­na­leźć na ma­pie.

Chłopcy po­ka­zali mi swoje wa­ka­cyjne zdję­cia: zo­ba­czy­łem lesi­ste brzegi je­ziora Ja­sień, pałac nie­mieckiego grafa — za­mie­niony na dom wy­po­czynkowy dla za­gra­nicz­nych tury­stów, obóz har­cer­ski — kil­kana­ście wiel­kich na­miotów zbu­do­wa­nych tuż za kolo­nią dom­ków cam­pin­go­wych.

Obej­rza­łem rów­nież bru­lion, na któ­rym napi­sano wiel­kimi lite­rami: Księga stra­chów. Za­uwa­ży­łem w bru­lionie wklejone foto­gra­fie ja­kichś ruin poro­słych krza­kami, zdję­cie wiel­kiego głazu na­rzu­to­wego i roz­sta­jów le­śnych dróg, gdzie stał po­chy­lony krzyż. Po­zo­stałe stro­nice bru­lionu zapi­sane zo­stały kształt­nym pi­smem Wil­helma Tella.

Oglądając zro­bioną przez chłopców mapę oko­licy do­wie­działem się, że je­zioro Ja­sień kształtem swym przy­po­mina literę „S”. Pałac leży po jed­nej stro­nie wy­pię­tego brzuszka tej litery, a po dru­giej stro­nie znaj­duje się kolo­nia dom­ków cam­pin­go­wych. Tam także, obok, był obóz har­cerzy. Na ma­pie kilka miejsc za­zna­czono czerwo­nymi krzy­ży­kami i li­ter­kami MS.

— Nic z tego nie ro­zu­miem — po­wie­działem ze zdu­mie­niem. — Co zna­czą litery MS? I co to za Księga stra­chów?

— Nie sły­szał pan nigdy o Księ­gach stra­chów? — zdziwili się chłopcy. — To prze­cież bar­dzo do­brze znana za­bawa har­cer­ska. Po­lega ona na tym, że na ma­pie oko­licy, gdzie prze­bywa dru­żyna har­cer­ska, za­zna­cza się wszystkie miej­sca, w któ­rych rze­komo stra­szy. MS to wła­śnie: Miejsce, w któ­rym stra­szy. Po­tem robi się Księgę stra­chów i za­pi­suje w niej wszystkie le­gendy o róż­nych miej­sco­wych stra­chach. A na­stęp­nie po­szczególne za­stępy od­wie­dzają nocą owe eMeSy i po stwierdze­niu, że żad­nych stra­chów się nie spo­tkało, har­cerze zo­sta­wiają ta­bliczkę z napi­sem: „Spraw­dzono. Stra­chów nie ma”.

— Bar­dzo ładna za­bawa. I za­pewne pełna emo­cji — przy­świad­czy­łem. — Oczywi­ście od­wie­dzili­ście wszystkie te za­zna­czone na ma­pie eMeSy i nig­dzie stra­chów nie na­po­tkali­ście.

— Bo żad­nych stra­chów nie ma. Nie wie­rzę w du­chy ani w upiory — stwierdził Wil­helm Tell, a So­kole Oko przytaknął mu głową.

Tylko Wie­wiórka od­wró­cił twarz w stronę okna, jak gdyby na­gle za­inte­re­so­wał się lata­ją­cymi po nie­bie gołę­biami. Wy­dało mi się, że chło­piec nie chce się wy­po­wie­dzieć ani na „tak”, ani na „nie”.

— A ty, co o tym my­ślisz? — za­py­tałem go.

Wzruszył ra­mio­nami.

— Uważam, że zda­rzają się jed­nak sprawy, które nie tak łatwo wy­ja­śnić przy po­mocy ro­zumu. Zresztą — znowu wzruszył ra­mio­nami — pan mi tak samo nie uwie­rzy, jak cała nasza dru­żyna.

— Ty znowu swoje za­czy­nasz? — obu­rzył się So­kole Oko. — Przez cie­bie nasz za­stęp stał się po­śmiewi­skiem dru­żyny. Po pro­stu ze­mdlałeś w ru­inach sta­rego ob­ser­wato­rium i mia­łeś przy­kre ma­jaki.

— To wcale tak nie było — bro­nił się Wie­wiórka.

— Zna­leźli­śmy cię ze­mdlonego czy nie zna­leźli­śmy? — za­pytał go su­rowo Wil­helm Tell.

— Ja ze­mdlałem po­tem, przedtem zaś zda­rzyła mi się ta straszna histo­ria — tłu­ma­czył Wie­wiórka. — A ten mo­siężny przedmiot, który leżał obok mnie? Co to jest ta­kiego? Pro­szę, niech pan zo­ba­czy...

Wie­wiórka po­grze­bał w kie­sze­niach spodni i podał mi mo­siężną tu­lejkę.

— Du­chy nie zo­sta­wiają tego ro­dzaju przed­miotów — drwił So­kole Oko.

— Bo ja wcale nie mó­wię, że spo­tka­łem du­cha — od­parł za­czepnie Wie­wiórka. — Stwier­dzam tylko, że wi­działem ta­jem­nicze sprawy. Wię­cej na ten temat nic nie po­wiem, bo i tak mi nikt nie uwie­rzy. A ja swoje wiem i prze­ko­nać się nie dam.

— Ten przedmiot leżał tam za­pewne na długo przed naszą wi­zytą. Tylko go przedtem nie za­uwa­żyli­śmy — po­gar­dli­wie rzekł Wil­helm Tell. — W sta­rym ob­ser­wato­rium astrono­micznym za­pewne można zna­leźć wiele róż­nych dziwnych przed­miotów.

Kłó­cili się jesz­cze czas jakiś, a ja oglą­da­łem mo­siężną tu­lejkę sta­no­wiącą przedmiot sporu. Sta­rałem się nadać swej twa­rzy wy­raz obo­jęt­ności, z tru­dem jed­nak ha­mo­wa­łem ogar­nia­jące mnie pod­nie­cenie. Wreszcie od­da­łem Wie­wiórce tu­lejkę i za­py­tałem:

— Cóż to za ruiny ob­ser­wato­rium astrono­micznego? I jak to wła­ści­wie było z tym ze­mdleniem?

Wie­wiórka był obra­żony na swoich kole­gów.

— Nic wię­cej nie po­wiem. Zło­ży­łem ze­zna­nia zapi­sane w Księ­dze stra­chów i nie za­mie­rzam ich od­wo­łać, choćby­ście się ze mnie śmiali przez kilka mie­sięcy.

Wil­helm Tell pod­sunął mi bru­lion.

— W Księ­dze stra­chów znaj­dzie pan do­kładny opis ca­łego zda­rze­nia. Jeśli pan chce, mo­żemy Księgę zo­sta­wić panu do jutra. Po­tem mu­simy ją zwrócić dru­żynie.

Czym prę­dzej schowa­łem bru­lion do szu­flady biurka.

— Kiedy zna­leźli­ście tu­lejkę? — zwróciłem się do So­ko­lego Oka.

— To było w przeddzień na­szego wy­jazdu z obozu. Le­żała w po­bliżu ze­mdlonego Wie­wiórki, w ru­inach sta­rego ob­ser­wato­rium.

— Ach tak? Więc od tej chwili upły­nęło zale­dwie cztery dni — li­czy­łem gło­śno.

Wil­helm Tell zerk­nął na mnie uważnie.

— Za­inte­re­so­wała pana ta sprawa?

Od­po­wie­działem wy­kręt­nie:

— Po pro­stu chcę po­znać istotę wa­szego sporu. Dla­tego chęt­nie prze­czy­tam Księgę stra­chów.

I już wię­cej nie na­wią­zy­wa­łem w roz­mo­wie do tej sprawy. Opowie­działem chłopcom o swych przy­go­dach w Pra­dze i na­wet ra­dzi­łem się, czy napi­sać o nich nową książkę. Lecz gdy tylko za­mknęły się drzwi za moimi przyja­ciółmi, szybko wró­ciłem do biurka, poło­ży­łem na nim Księgę stra­chów i za­głę­biłem się w lek­turze.

Tej nocy światło bar­dzo długo nie gasło w mo­ich oknach. O dru­giej po pół­nocy się­gną­łem na półkę, gdzie trzyma­łem przewod­niki z róż­nych oko­lic Pol­ski, i roz­ło­ży­łem mapę Poje­zie­rza My­śli­bor­skiego. Wie­działem już, do­kąd skie­ruję swój we­hikuł i gdzie spę­dzę urlop. Nad Ja­sie­niem, tam gdzie jesz­cze przed kil­koma dniami obo­zo­wali moi przyja­ciele. Ale nie wolno mi było o tym mó­wić, za­po­wia­dała się bar­dzo nie­bez­pieczna przy­goda, więc wo­lałem, aby chłopcy sier­pień spę­dzili ze swoimi ro­dzi­cami. Gdy­bym wta­jem­ni­czył ich w swoje po­dej­rze­nia, zmu­siliby mnie do za­bra­nia ich ze sobą. A tego wła­śnie chciałem unik­nąć.

Na­za­jutrz od­da­łem im Księgą stra­chów i po­wie­działem, że trudno mi jest wy­po­wie­dzieć się na temat nie­zwy­kłych prze­żyć Wie­wiórki. Po­tem szybko po­że­gna­łem ich, gdyż — jak po­wie­działem i co było zresztą prawdą — nade­szła pora mego wy­jazdu na urlop. Do­kąd? „Gdzieś w Pol­skę, bez żad­nego celu” — rze­kłem mocno ści­ska­jąc ich dło­nie.

Na­prawdę zaś już na­za­jutrz chciałem być w Ja­sie­niu. Al­bo­wiem do­my­śla­łem się, jak to było na­prawdę z przy­godą Wie­wiórki. Opowie­działa mi o tym mo­siężna tu­lejka, którą zna­leźli obok niego.

Była to łu­ska na­boju do... pi­sto­letu ga­zo­wego. Kil­ka­krot­nie oglą­da­łem taki pi­stolet, wi­działem na­boje do niego.

Moi trzej przyja­ciele po­szli nocą do sta­rego ob­ser­wato­rium, aby stwierdzić, czy tam stra­szy. I do jed­nego z nich, Wie­wiórki, ktoś strzelił z ga­zo­wego pi­sto­letu, oszała­mia­jąc go i po­wo­dując krót­kie omdlenie. Już sam taki fakt wy­star­czy­łby, aby skie­ro­wać mój we­hikuł w tamte oko­lice. Inte­re­sują­cych fak­tów było jed­nak wię­cej, zna­la­złem je wła­śnie w Księ­dze stra­chów.

I tym wy­da­rze­niom po­świę­cam tę książkę.

 


ROZDZIAŁ DRUGI [top]

 

KSIĘGA STRACHÓW
(frag­menty)

(...) Nasz obóz har­cer­ski zbu­do­wany zo­stał na brzegu pięk­nego je­ziora Ja­sień, w oko­licy nie­zwy­kle ma­low­ni­czej, na Poje­zie­rzu My­śli­bor­skim. Ota­czają je­zioro lesi­ste wzgórza pełne jarów i wą­wo­zów, przez które płyną małe rzeczki. Na jed­nym końcu je­ziora, od strony połu­dniowej, roz­ciąga się wieś ze sta­rym ko­ściółkiem, a na dru­gim końcu je­ziora znaj­duje się zruj­no­wany młyn. O dwa ki­lo­me­try od wio­ski, na brzegu je­ziora, stoi pałac z dwiema strzeli­stymi wie­żami i wiel­kim tara­sem. Do­okoła pa­łacu roz­ciąga się roz­legły i dziki park. Cała ta oko­lica — je­ziora, wiel­kie lasy i pola uprawne za wsią — na­le­żały nie­gdyś do rodu hra­biów von Hau­bitz.
We wsi Ja­sień, która na­zwę bie­rze od je­ziora, mieszka przeważ­nie lud­ność na­pły­wowa, przy­była zza Bugu lub z Pol­ski cen­tral­nej, ale jest także kilka ro­dzin żyją­cych tutaj z dziada pra­dziada, tak zwani au­to­chtoni, czyli Po­lacy, któ­rzy mimo że długo prze­by­wali pod jarz­mem nie­mieckim, nie dali się zgerma­ni­zo­wać. W cza­sie działań wo­jen­nych w 1945 roku pałac Hau­bit­zów zo­stał czę­ściowo zruj­no­wany, ale w nie­dłu­gim cza­sie od­bu­do­wano go i, ze względu na piękną oko­licę, prze­zna­czono na ośro­dek wczasowy dla tury­stów pol­skich i za­gra­nicz­nych. Przyjeż­dżają tu go­ście z Nie­miec, An­glii, Szwecji, Fran­cji, Związku Ra­dzieckiego i Cze­cho­sło­wacji; na brzegu je­ziora zbu­do­wano przy­stań z wy­po­ży­czal­nią sprzętu sporto­wego.
W parku pała­co­wym, w naj­odle­glej­szym jego za­kątku, na szczycie du­żego wzgórza, znaj­dują się ruiny dzi­wacznej bu­dowli zaro­śnięte krza­kami i mło­dymi drzewami. Są to po­zo­stało­ści pry­wat­nego ob­ser­wato­rium astrono­micznego zbu­do­wa­nego przed sie­dem­dzie­się­ciu laty przez ów­cze­snego dzie­dzica tej ziemi, grafa Volkmara von Hau­bitz, który pa­sjo­no­wał się astrono­mią i po­dobno miał w tej dzie­dzi­nie na­wet duże suk­cesy, stał się od­krywcą ja­kiejś gwiazdy czy też pla­nety. Był on jedną ze światlej­szych po­staci swego rodu, za jego życia pol­skim chło­pom żyło się sto­sun­kowo do­brze. Ale jego sy­no­wie nie po­dzielali za­inte­re­so­wań swego ojca, nie pa­sjo­no­wali się astrono­mią, sta­rali się zro­bić ka­rierę woj­skową w pru­skiej armii i wszelkimi si­łami dą­żyli do zgerma­ni­zo­wa­nia lud­ności w swojej oko­licy, ru­go­wali z ziemi pol­skich chło­pów, a na ich miej­sce sprowa­dzali kolo­ni­stów nie­mieckich. Po­zwo­lili oni, aby czas obró­cił w ruinę ob­ser­wato­rium ich dziada, które dziś sta­nowi tylko ma­low­niczy za­bytek od­wie­dzany przez tury­stów.
(...) Jeśli cho­dzi o stra­chy i upiory, to miej­scowa lud­ność na ogół nie wie­rzy w nie i na nasze pyta­nie za­zwy­czaj od­po­wia­dano wzrusze­niem ra­mion lub żar­to­bli­wymi uwa­gami, że wszystkie miej­scowe stra­chy wy­nio­sły się ra­zem z hi­tle­row­cami. Mimo to jed­nak udało się nam na­kło­nić pew­nego czło­wieka do wskazania miejsc, gdzie stra­szy. Zro­bili­śmy mapę tych oko­lic i po­sta­no­wili­śmy je zba­dać, aby ostatecz­nie roz­wiać wiarę w upiory. A oto miej­sca, w któ­rych po­dobno stra­szy:
1. Młyn To­pie­lec. Taką dziwną na­zwę noszą ruiny młyna na końcu je­ziora. Po­dobno przed trzy­dzie­stu laty był to naj­pięk­niej­szy w oko­licy młyn z wiel­kim ko­łem poru­sza­nym przez spię­trzone wody nie­wiel­kiego stru­mie­nia spływa­ją­cego do je­ziora. Wła­ści­cie­lem młyna był straszliwy ską­piec, który na­wet wła­snej żonie ża­łował je­dze­nia, tak że wkrótce zmarła. Mły­narz nie oże­nił się po­wtórnie, a w miarę upływu lat sta­wał się coraz bar­dziej skąpy. Nie wia­domo było, dla kogo gro­ma­dzi swoje bo­gactwo, bo nie miał dzieci. Pew­nego dnia uto­pił się albo też wpadł do wody przed sta­wi­dłem. Od tego czasu młyn stał się ruiną, a jak opo­wia­dają sta­rzy lu­dzie, w księ­ży­cową noc w je­ziorku koło młyna można zo­ba­czyć straszli­wego to­pielca. Jest to mły­narz, któ­rzy po­ku­tuje za swoje skąp­stwo.
2. Ka­mień Dia­bel­ski przy le­śnej dro­dze okrą­żają­cej je­zioro. Jest to ogromny głaz na­rzu­towy, za­pewne przy­nie­siony tu przez lo­do­wiec. Le­genda mówi jed­nak, że zro­bił go dia­beł na roz­kaz grafa Her­manna von Hau­bitz, który sprzedał pie­kłu swoją du­szę w za­mian za to, że dia­beł bę­dzie mu po­ma­gał w jego przedsię­wzięciach. Było to przed stu laty, gdy ród Hau­bit­zów jesz­cze nie był tak możny, jak póź­niej. To wła­śnie od rzą­dów Her­manna von Hau­bitz wzrósł on w bo­gactwo i zna­cze­nie. Wszystko, czego się tknął ów Her­mann, za­mie­niało się w złoto i do­sta­tek. Lud­ność oko­liczna za­częła wie­rzyć, że po­maga mu dia­beł. Her­mann von Hau­bitz wy­grał cią­gnące się od wie­ków pro­cesy z oko­licz­nymi gra­fami i znacznie po­sze­rzył swoje po­sia­dło­ści; na jego po­lach ro­dziła się nie­zwy­kle do­rodna psze­nica; miał naj­większe w oko­licy zbiory ziemnia­ków; mno­żyły się stada krów, owiec i koni. On to roz­bu­do­wał pałac nad jezio­rem i uczynił go wspaniałą rezy­den­cją. Aby uzy­skać duszę Her­manna, dia­bły orały na jego po­lach, pasły jego stada. Ale graf Her­mann sta­wiał cią­gle nowe żą­dania dia­błom i wcale nie śpie­szył się z od­da­niem im swojej du­szy, choć już był bar­dzo stary. Pew­nego razu roz­kazał dia­błu przy­nieść ogromny ka­mień, który miał po­słu­żyć do bu­dowy gro­bli przez je­zioro. Jed­no­cze­śnie zażą­dał od dia­bła elik­siru nie­śmiertel­ności, aby w ten spo­sób za­bez­pie­czyć się przed od­da­niem pie­kłu swej du­szy. To żą­danie tak roz­wścieczyło dia­bła, że po­rzucił ka­mień i po­rwał jadą­cego konno grafa, żyw­cem zano­sząc go przed obli­cze Lu­cy­fera. Po­rzu­cony przez dia­bła ka­mień nosi ślady jego pazu­rów.
3. Ob­ser­wa­to­rium astrono­miczne na skraju pała­co­wego parku. Z miej­scem tym nie ma związanej żad­nej le­gendy ani opo­wie­ści o upio­rach. Nie­mniej nie­któ­rzy sądzą, że i tam zja­wiają się no­cami stra­chy. Za­pewne duże zna­cze­nie ma fakt, że ruiny ob­ser­wato­rium znaj­dują się w mało uczęszcza­nym i pra­wie dzi­kim za­kątku, po­ro­śnięte są drzewami i krza­kami. Gdy się tam za­wę­druje, ogar­nia przy­bysza na­strój ta­jem­ni­czo­ści i grozy. Jakże strasznie mu­szą wy­glą­dać te ruiny pod­czas nocy księ­ży­co­wej. Wy­daje się więc, że trzeba ko­niecznie od­wie­dzić nocą ruiny ob­ser­wato­rium i po do­kład­nym spe­ne­tro­wa­niu tego miej­sca, przy­bić ta­bliczkę z napi­sem: „Strachów nie ma”, aby w ten spo­sób za­chę­cić wszyst­kich do zwiedza­nia uro­czego za­kątka rów­nież nocą.
4. Stary ko­ściół z ta­jem­ni­czą sza­chow­nicą. W wio­sce Ja­sień ist­nieje stary XIII-wieczny ko­ściółek, a na jego ka­miennym mu­rze, tuż przy drzwiach wej­ściowych, wid­nieje wy­ryta w ka­mie­niu sza­chownica. Ta­kich sza­chownic jest po­dobno jesz­cze kilka na ko­ściołach w po­bli­skich oko­li­cach.
Znak sza­chownicy miał rów­nież w swym her­bie ród gra­fów Hau­bit­zów i, jak twierdzą nie­któ­rzy lu­dzie, ten znak po­zo­sta­wili oni na ko­ściołach, które fun­do­wali w swoich roz­le­głych dob­rach. Twierdze­nie to jed­nak budzi wąt­pli­wo­ści, gdyż, jak nam mó­wił miej­scowy na­uczyciel, ko­ścioły te są znacznie star­sze niż ród Hau­bit­zów. Uważa on, że to już ra­czej Hau­bit­zo­wie przyjęli do swego herbu ów znak, gdy przy­byli w te oko­lice i wzięli w po­sia­danie dobra wraz z ko­ściołami, na któ­rych wid­niała sza­chownica.
Ze zna­kiem sza­chownicy związana jest także bar­dzo cie­kawa histo­ria sprzed wię­cej niż dwu­dzie­stu laty.
Było to na po­czątku 1945 roku, kiedy to nad Odrę zbli­żała się Ar­mia Czerwona i I Ar­mia Woj­ska Pol­skiego. Wówczas to stary Jo­hann von Hau­bitz, który był zwolenni­kiem Hi­tlera i w armii hitle­row­skiej miał swego je­dy­nego syna, Kon­rada, po­sta­nowił ukryć w taj­nym schowku naj­cen­niej­sze swoje rze­czy. Wsiadł w sa­mo­chód i ob­je­chał dobra Hau­bit­zów, za­bie­rając z kilku swych dwo­rów i pała­cy­ków wspaniałą ko­lek­cję obra­zów, srebrne za­stawy sto­łowe, świeczniki i tym po­dobne przed­mioty. Wszystkie te rze­czy przywiózł na­stęp­nie do pa­łacu w Ja­sie­niu i ukrył w schowku w ru­inach ob­ser­wato­rium astrono­micznego.
Po ukry­ciu naj­cen­niej­szych rze­czy po­sta­nowił, uzbroiw­szy służbę, bro­nić się w swym pa­łacu. Lecz służba roz­pierzchła się, gdy tylko usły­szano war­kot nad­jeż­dża­ją­cych czoł­gów ro­syj­skich. Stary Hau­bitz tak przejął się zdradą służby, że do­stał ataku serca i wkrótce zmarł. Ale przed śmiercią zdą­żył wy­jawić za­ufa­nemu lo­ka­jowi, na­zwi­skiem Plat­zek, miej­sce ukry­cia swoich skar­bów, roz­ka­zując mu, aby tę in­for­ma­cję prze­kazał w przy­szło­ści mło­demu Kon­ra­dowi von Hau­bitz. Graf kazał rów­nież prze­kazać sy­nowi wia­do­mość, że „naj­cen­niej­szej rze­czy strzeże ich ro­dowy znak sza­chownicy”.
Po śmierci sta­rego grafa i wkrocze­niu Ar­mii Czerwo­nej ów Plat­zek po­sta­nowił sko­rzy­stać z udzielonej mu in­for­macji i przy­właszczyć sobie skarby Hau­bit­zów. Od­na­lazł schowek w ru­inach ob­ser­wato­rium i za­czął wy­do­by­wać z niego cenne przed­mioty. Na tej czynności na­kryli go żoł­nie­rze, Plat­zek po­wę­dro­wał do wię­zie­nia, a skarby Hau­bit­zów tra­fiły do pol­skich mu­zeów.
Po dwóch la­tach wię­zie­nia Plat­zek wró­cił do Ja­sie­nia i roz­po­czął po­szu­ki­wa­nia owej naj­cen­niej­szej rze­czy, któ­rej strzegł znak sza­chownicy. Całe mie­siące tra­wił na po­szu­ki­wa­niach, które oka­zały się bez­owocne. Z tego wszyst­kiego ów Plat­zek zwa­rio­wał, stał się po­śmiewi­skiem i wreszcie zmarł w wiel­kiej nę­dzy, gdyż pra­co­wać mu się nie chciało. Wciąż łu­dził się na­dzieją, że od­naj­dzie tę naj­cen­niej­szą rzecz Hau­bit­zów, a wtedy sta­nie się bar­dzo bo­gaty.
Sta­rzy lu­dzie w Ja­sie­niu opo­wia­dają, że w ciemne noce duch obłą­ka­nego Platzka kręci się koło ko­ścioła w Ja­sie­niu w po­bliżu znaku ta­jem­ni­czej sza­chownicy. Du­cha tego także można spo­tkać wszędzie tam, gdzie wid­nieją owe znaki, a więc w ru­inach ob­ser­wato­rium i obok ka­mie­nia w mły­nie To­pie­lec.
Miej­scowy na­uczyciel uważa, że po­szu­ki­wa­nia Platzka były bez­sen­sowne, znak sza­chownicy nie kryje żad­nej za­gadki ani cen­nego, mate­rial­nego przed­miotu. Po pro­stu stary von Hau­bitz, mó­wiąc, że „naj­cen­niej­szej rze­czy strzeże ich ro­dowy znak sza­chownicy”, miał na myśli „ho­nor rodu” i jego wiel­kość związaną z her­bem gra­fów. In­nymi słowy, stary graf chciał prze­kazać sy­nowi, Kon­ra­dowi von Hau­bitz, zale­cenie, aby zaw­sze pa­mię­tał, z ja­kiego po­cho­dzi rodu i sta­rał się od­bu­do­wać jego wiel­kość. Pa­mię­tając o fak­cie, że stary Hau­bitz chciał z uzbrojoną służbą bro­nić zamku przed wkracza­jącą Ar­mią Czerwoną, wy­ja­śnie­nie to wy­daje się bar­dzo prawdo­po­dobne(...)

 

Nie by­łoby chyba ce­lowe cy­to­wa­nie całej Księgi stra­chów ani przytacza­nie z niej opisu tych wszyst­kich miejsc, które moi przyja­ciele har­cerze uznali za eMeSy. Nie będę rów­nież cy­tował rela­cji z po­szczegól­nych wy­praw har­cer­skich, które miały ugrunto­wać prze­ko­nanie, że nie ma stra­chów i upio­rów. Ograniczę się jedy­nie do szczegó­łów ma­ją­cych istotne zna­cze­nie dla głównego nurtu akcji tej książki oraz dra­ma­tycz­nych wy­pad­ków, jakie zda­rzyły się nieco póź­niej.

Sprawoz­dania z nie­któ­rych wy­praw są dłu­gie i nu­żące, po­zwolę so­bie je tylko stre­ścić.

A więc nocna wy­cieczka do Dia­bel­skiego Ka­mie­nia przy­nio­sła jej uczestni­kom tylko katar. Trzy go­dziny cza­to­wali chłopcy w lesie, w naj­bliż­szym są­siedztwie ka­mie­nia. Dia­beł nie po­kazał się, nie usły­szano także ję­ków żało­snych, które — we­dług le­gendy — wy­da­wać miała drę­czona w pie­kle dusza grafa Her­manna. Na­za­jutrz obok ka­mie­nia po­sta­wiono drewnianą ta­bliczkę z napi­sem: „Spraw­dzono. Dia­bła nie ma”.

W księ­ży­cową noc po­ma­sze­ro­wali chłopcy aż na ko­niec je­ziora, do ruin młyna o na­zwie To­pie­lec. Oka­zało się, że staw obok młyna, gdzie rze­komo w księ­ży­cowe moce miał się jawić duch ską­pego mły­narza, był zaro­śnięty rzęsą, więc chłopcy upiora nie zo­ba­czyli.

Również i nocna wy­prawa do ob­ser­wato­rium astrono­micznego nie przy­nio­sła spo­tka­nia ze stra­chami. Tyle tylko, że Wie­wiórka ze­mdlał, a po­tem opo­wia­dał ja­kieś nie­sa­mo­wite histo­rie o swoich prze­ży­ciach. Ale nikt mu prze­cież nie da­wał wiary. Ja jed­nak, ze względu na wagę sprawy, ze­zna­nia Wie­wiórki po­zwolę so­bie przyto­czyć w cało­ści:

 

(...) Było to na krótko przed pół­nocą. Przywę­dro­wali­śmy aleją par­kową aż do wzgórza, na któ­rym znaj­dują się ruiny ob­ser­wato­rium astrono­micznego. Im bliżej wzgórza, tym gę­ściej pora­sta tu alejkę trawa. Dalej pro­wa­dziła już tylko ścieżka wśród krza­ków i drzew.
Na końcu alejki roz­stali­śmy się z sobą. Wil­helm Tell skrę­cił w lewo, aby do­stać się do ruin od strony wschod­niej, to jest od je­ziora; inni chłopcy pod­cho­dzili od pół­nocy, bo tam jest doj­ście naj­trud­niej­sze, wzgórze ma stok bar­dzo stromy, nie­mal cał­ko­wicie poro­śnięty kol­cza­stymi krza­kami jeżyn i malin. Mnie pole­cono zdo­by­wać wzgórze od strony połu­dniowej, to zna­czy po pro­stu pójść do ruin krętą ście­żyną.
Gdy tylko moi kole­dzy prze­padli w ciemności, a tej nocy było bar­dzo ciemno, nie świe­cił księ­życ ani nie wi­działo się gwiazd — na­tychmiast po­ma­sze­ro­wa­łem ścieżką na wzgórze. Każdy z nas miał elek­tryczną la­tarkę, ale obie­cali­śmy sobie ich nie uży­wać, aby zbędnymi światłami nie mylić się wzajem­nie. Zresztą cho­dziło o prze­życie na­stroju grozy i nie­sa­mo­wito­ści. Sze­dłem szybko i dwa razy nie­mal przewró­ciłem się o gęste krzaki, a raz o mało nie skrę­ciłem sobie nogi, która wpa­dła mi w jakąś dziurę. Wtedy chciałem za­palić la­tarkę, aby oświetlić dal­szą drogę, lecz la­tarka wła­śnie za­wio­dła tej nocy. Póź­niej stwierdzi­łem, że uła­mała się w niej blaszka kon­tak­towa.
Po­czu­łem się nie­pew­nie, zro­biło mi się nie­swojo. Do­okoła mnie za­my­kała się nie­prze­nik­niona gę­stwa krza­ków, w któ­rych coś ci­chutko sze­le­ściło. Za­wró­cić jed­nak nie wy­pa­dało, bo chłopcy by mnie wy­śmiali. Mu­sia­łem więc iść dalej, choć bar­dzo się ba­łem. Ru­iny zresztą były nie­da­leko, za na­stęp­nym za­krę­tem dróżki.
Po­nie­waż kil­ka­krot­nie by­łem za dnia w ru­inach, wie­działem, że zaraz trafię na po­zo­sta­łość po daw­nej bra­mie do ob­ser­wato­rium, a po­tem mu­szę przejść pod ka­miennym łu­kiem bramy, aby zna­leźć się na po­dwó­rzu, z czte­rech stron za­mkniętym mu­rem. Z pra­wej strony jest w mu­rze dziura, przez którą można wejść do bocznego po­mieszcze­nia, nie­dużej sali bez da­chu. To tam po­dobno znaj­do­wała się kie­dyś lu­neta do ob­ser­wacji ciał nie­bie­skich.
I oto nad głową zo­ba­czy­łem czarny cień łuku bramy. Przy­sta­ną­łem, bo wy­da­wało mi się, że sły­szę szmer roz­mowy pły­nący z ruin. Po­my­śla­łem, że za­pewne moi kole­dzy szyb­ciej ode mnie do­stali się na szczyt wzgórza i przez wy­łom w mu­rze we­szli na tyły ob­ser­wato­rium. Śmiało więc zro­biłem kilka kro­ków przez po­grą­żony w ciemno­ściach po­dwó­rzec.
Raptem ośle­pił mnie ostry blask. Tak silnej la­tarki nie miał nikt z na­szych chłopców w obo­zie har­cer­skim, więc od razu wie­działem, że to ktoś obcy. Oczy aż za­bo­lały mnie od moc­nego światła, nagle blask przy­słonił jakiś cień, jak gdyby ktoś w czar­nym płaszczu zbli­żał się do mnie. Ten cień rósł, po­tęż­niał i wówczas rzu­ciłem się do ucieczki. Wy­bie­głem na ścieżkę, pę­dzi­łem co tchu, jed­nak za sobą wciąż sły­sza­łem od­głos zbli­żają­cej się po­goni. W pew­nej chwili do­szedł mych uszu dźwięk po­dobny do tego, jaki się sły­szy, gdy ktoś otwiera bu­telkę z oran­żadą lub pi­wem. Zro­biło mi się duszno, mia­łem uczucie, że żołą­dek pod­cho­dzi mi pod gar­dło i zaraz za­czną wy­miotować. Przy­sta­ną­łem i, czu­jąc, że zaraz upadnę, przy­klęk­ną­łem. Po­tem już nic nie pa­mię­tam.
Jak długo le­ża­łem na ścieżce, tego oczywi­ście nie wiem. Chłopcy twierdzą, że nie wię­cej niż kilka mi­nut. Bo tyle czasu upły­nęło od chwili, gdy usły­szeli mój krzyk aż do mo­mentu, gdy świe­cąc latar­kami od­kryli mnie leżą­cego na ścieżce. Wil­helm Tell zro­bił mi zaraz sztuczne od­dy­cha­nie i od­zy­ska­łem przytom­ność. Na­tychmiast opo­wie­działem im, co mi się przy­da­rzyło, po­szli­śmy ra­zem w ruiny, ale ni­kogo tam nie na­po­tkali­śmy. Tyle tylko, że w po­bliżu tego miej­sca, gdzie upa­dłem, od­na­leźli­śmy mo­siężną tu­lejkę, która nie wia­domo do czego służy. Może zresztą nie ma ona nic wspólnego z tym, co mi się przytrafiło? Daję jed­nak słowo, że gdyby le­żała tam za dnia, to by­śmy ją wi­dzieli.
Po­wyż­szą opo­wieść pod­pi­suję swoim imie­niem i na­zwi­skiem oraz prawdzi­wość za­war­tych da­nych po­twierdzam har­cer­skim sło­wem. (...)

 

Nie dzi­wię się, że opo­wieść Wie­wiórki wy­dała się jego kole­gom nie­wia­ry­godna. Nikt mu oczywi­ście nie za­rzu­cał kłamstwa, ale prawdo­po­dob­nym się wy­da­wało, że mdlejąc, chło­pak miał róż­nego ro­dzaju przywi­dze­nia. Rzecz ja­sna, po­zo­sta­wała kwe­stia: dla­czego ze­mdlał? Lecz i ta sprawa da­wała się wy­tłu­ma­czyć dość pro­sto. Chłopiec zjadł coś nie­strawnego, miał ja­kieś silne sen­sacje żo­łąd­kowe (stąd to straszne uczucie mdłości) i zro­biło mu się słabo. Prze­cież nic się wła­ści­wie nie stało. Nikt mu nie zro­bił żad­nej krzywdy, ni­kogo nie od­nale­ziono w ru­inach ani nie od­kryto śla­dów po­twierdza­ją­cych dziwną opo­wieść.

A wła­śnie: ślady... Jakiż ślad dla chłopców mo­gła sta­no­wić me­ta­lowa tu­lejka, co do któ­rej nie można było na­wet mieć pew­ności, czy nie le­żała na ścieżce znacznie wcześniej? Za dnia chłopcy jej nie wi­dzieli. Nie­wy­klu­czone jed­nak, że ktoś ją tam po­rzucił wie­czo­rem. Zresztą, co ma wspólnego me­ta­lowa tu­lejka z fak­tem omdlenia Wie­wiórki?

Ja jed­nak oglą­da­łem kie­dyś pi­stolet ga­zowy i wi­działem na­boje do niego. Po­dłużna me­ta­lowa tu­lejka była ich za­sad­niczą czę­ścią. Znam także działanie tej broni. Wy­strzał z pi­sto­letu ga­zo­wego przy­po­mina od­głos otwieranej bu­telki z pi­wem. Po­tem na­stę­puje cha­rak­tery­styczne uczucie mdłości i duszności, które ogar­nia tra­fio­nego obło­kiem gazu.

Czyż mo­głem wąt­pić, że do Wie­wiórki strzelano z pi­sto­letu ga­zo­wego?

Wi­docznie w ru­inach ob­ser­wato­rium działo się w ciemno­ściach noc­nych coś ta­kiego, czego nie po­winny zo­ba­czyć oczy nie­po­wo­ła­nego świadka. Oczywi­ście, trudno przewi­dzieć, co by się stało, gdyby chłopca schwytano, i nie warto snuć w tej sprawie żad­nych hi­potez. Chłopiec za­czął ucie­kać i za­trzymano go strzałem z pi­sto­letu ga­zo­wego. Gdy omdlały leżał na ścieżce, można go było schwytać. Lecz wówczas oka­zało się, że na wzgórzu jest jesz­cze kilku in­nych chłopców, któ­rzy na krzyk Wie­wiórki za­częli nad­bie­gać z róż­nych stron. I ta­jem­niczy osobnik, jeden lub kilku, wolał w tej sytu­acji znik­nąć z ruin.

Sprawa wy­glą­dała po­dej­rza­nie i ta­jem­niczo. Na, tyle po­dej­rza­nie, aby skie­ro­wać mój we­hikuł nad je­zioro Ja­sień. Jako pra­cow­nik mu­zeum i ochrony za­byt­ków tyle­kroć bra­łem udział w po­szu­ki­wa­niach zagi­nio­nych zbio­rów, że w mej wy­obraźni za­raz zro­dziło się prze­ko­nanie, iż i tym ra­zem rów­nież cho­dzi o jakiś ukryty za­byt­kowy przedmiot.

Dziś wiem, że oka­za­łem da­leko po­su­niętą na­iw­ność. Sprawy, z któ­rymi się ze­tknąłem w Ja­sie­niu, były o wiele bar­dziej za­wiłe, po­nure i groźne.

 


ROZDZIAŁ TRZECI [top]

PIERWSZA WZMIANKA O KONRADZIE VON HAUBITZ • DRWINY Z WEHIKUŁU • POŚCIG ZA PIRATEM DROGOWYM • HEINRICH KLAUS I MANDATW JASIENIU • BARDZO DZIWNY PIES • BARDZO DZIWNA CIOTKA • HORPYNA I DŻUDO

 

Od­da­łem chłopcom Księgę stra­chów nie zdra­dza­jąc za­my­słu na­tychmia­sto­wego wy­jazdu do Ja­sie­nia. Po­że­gna­łem się z nimi, a gdy opu­ścili moje mieszka­nie, za­dzwoniłem do zna­jo­mego dziennika­rza, który przez długi okres czasu był kore­sponden­tem pra­so­wym w Nie­mieckiej Re­pu­blice Fede­ralnej.

— Czy pod­czas po­bytu w Niemczech nie obiło się o pana uszy na­zwi­sko: Hau­bitz?

— Ależ tak, oczywi­ście. Kon­rad von Hau­bitz to dość znana po­stać w pew­nych sfe­rach w NRF. Jest to działacz jed­nej z partii prze­sie­dleń­ców. Na­leżą do niej ci Niemcy, któ­rzy po za­koń­cze­niu prze­gra­nej wojny mu­sieli opu­ścić te­reny od­zy­skane przez Pol­skę. Kon­rad von Hau­bitz zaj­muje wśród nich po­cze­sne miej­sce, znany jako zago­rzały wróg Pol­ski i Pola­ków.

— Jest on sy­nem Jo­hanna von Hau­bitz, który na na­szych zie­miach za­chodnich miał po­tężne ma­jątki?

— Tak, to ten sam. W NRF prze­po­wia­dają mu świetną ka­rierę po­li­tyczną, ale ostatnio pan Hau­bitz miał duże kło­poty. Chce uchodzić w oczach opi­nii spo­łecz­nej za czło­wieka o „czy­stych rę­kach”, twierdzi, że w mi­nio­nej woj­nie brał udział jako zwy­kły ofi­cer Weh­r­machtu, z żad­nymi prze­stęp­stwami wo­jen­nymi nie miał nic wspólnego. A tu masz, w jed­nej z gazet frankfurc­kich uka­zał się list oskarża­jący go o do­ko­nanie zbrodni wo­jen­nych. Hau­bitz wy­to­czył re­dak­cji pro­ces o znie­sła­wie­nie i nie­dawno we Frankfur­cie nad Me­nem od­była się roz­prawa są­dowa. Pro­ces odro­czono, gdyż wy­pły­nęły na nim pewne nowe oko­licz­ności. Są­dzę jed­nak, że Hau­bitz pro­ces wy­gra, re­dak­cja bę­dzie mu­siała mu za­pła­cić duże od­szkodo­wa­nie, a on przy oka­zji spró­buje za­pewne zbić nowy ka­pitał po­li­tyczny. To zresztą długa histo­ria. Jeśli inte­re­suje ona pana, pro­szę do mnie wpaść do re­dak­cji za cztery dni, bo dziś wie­czo­rem wy­jeż­dżam do Ber­lina. Będę z po­wro­tem do­piero po­jutrze.

„Za cztery dni? — po­my­śla­łem. — Nie mogę cze­kać aż tyle czasu, gdy tam, w Ja­sie­niu, wy­da­rzyły się tak po­dej­rzane sprawy. I tak je­stem spóźniony wła­śnie o cztery dni”.

— Dziękuję panu — po­wie­działem do dziennika­rza. — In­for­ma­cje, któ­rych mi pan udzielił, wy­dają mi się wy­star­cza­jące.

W pół go­dziny póź­niej na drzwiach mego mieszka­nia umieści­łem kartkę prze­zna­czoną dla listo­nosza. Po­pro­siłem go, aby listy do mnie kie­rował na poste re­stante w Ja­sie­niu, w wo­je­wództwie szczeciń­skim. Ob­ju­czony to­bo­łami zna­la­złem się w swym ga­rażu. Wkrótce mój dzi­waczny we­hikuł pę­dził już szosą w kie­runku Po­zna­nia. Wy­je­cha­łem o czwartej po połu­dniu, wie­czo­rem mi­ną­łem Po­znań. Prze­no­co­wa­łem w la­sach mię­dzy Pniewami a Skwie­rzyną na roz­kła­da­nych sie­dze­niach swego sa­mo­chodu. O świcie ru­szy­łem na Go­rzów Wielko­pol­ski. O dziewią­tej rano zna­la­złem się obok przy­droż­nej stacji ben­zy­no­wej od­dalo­nej o pięt­na­ście ki­lo­me­trów od Ja­sie­nia. Uznałem, że nade­szła pora uzu­peł­nie­nia baku z pa­li­wem.

Dzień wstał sło­neczny, na nie­bie nie wi­działo się ani jed­nej chmurki, za­po­wia­dał się upał. Była so­bota, pora przy­go­to­wa­nia się do nie­dzielnych wy­cie­czek. Na stacji ben­zy­no­wej stało w ko­lejce po pa­liwo kil­kana­ście mo­tocy­kli. Przed skrętem na pod­jazd do pomp przy­ha­mo­wa­łem mocno, aby nie po­trącić któ­regoś z nich.

Raptem usły­sza­łem pisk opon. Szary tau­nus wy­prze­dził mnie na skrę­cie i przede inną wpadł na pod­jazd. Za­trzymał się przed pompą ben­zy­nową ha­mu­jąc tak gwałtow­nie, że przód wozu nie­omal przy­gniotło do ziemi. Z tau­nusa wy­sko­czył męż­czy­zna z czarną bródką. Gdy pod­je­cha­łem, wy­szczerzył do mnie zęby w iro­nicz­nym uśmiechu.

— Kto pierwszy, ten lep­szy, no nie? — za­wołał, a po­tem obró­cił się do pra­cow­nika stacji: — Trzydzie­ści nie­bie­skiej, pro­szę pana.

Mo­tocy­kliści za­pro­te­sto­wali, bo pod­je­chali wcześniej i ich nale­żało naj­pierw ob­słu­żyć. Pra­cow­nik stacji od­po­wie­dział, że prze­cież do mo­tocy­kli biorą mie­szankę z innej pompy, a ten pan chce czy­stą ben­zynę. Było wi­doczne, że wolał ob­słu­żyć naj­pierw wła­ści­ciela tau­nusa, od któ­rego być może spo­dziewał się na­piwku, jako że wóz miał za­gra­niczną re­je­stra­cję.

Pod­sze­dłem do bro­dacza. Od dwóch lat by­łem spo­łecz­nym in­spektorem Służby Dro­go­wej ORMO, mia­łem w aucie „li­zaka”, opa­skę, a w kie­szeni no­siłem spe­cjalną blaszkę ze swym nu­me­rem in­spek­cyj­nym. Po­sia­da­łem także ksią­żeczkę man­da­tów kre­dy­to­wych i obo­wią­zany by­łem karać ła­mią­cych prze­pisy dro­gowe. Kie­rowca tau­nusa zła­mał prze­pisy, ale był to ob­co­kra­jo­wiec; są­dząc po lite­rze „D” przy ta­blicy z nu­me­rem wozu — Nie­miec. Wo­bec cu­dzo­ziemców sta­rałem się za­zwy­czaj ogra­ni­czyć sprawę do ust­nego upo­mnienia.

— Czy w pań­skim kraju — za­py­tałem bro­dacza — wolno wy­prze­dzać z le­wej strony, gdy wóz przed pa­nem dał znak, że skręca w lewo? Mógł pan spo­wo­do­wać zde­rze­nie.

Bro­dacz wzruszył ra­mio­nami.

— Pan nie do­cenia szybkości mo­jego sa­mo­chodu. Za­nim pan do­konał skrętu, ja już by­łem przed stacją. O zde­rze­niu nie mo­gło być mowy.

— Mimo wszystko zła­mał pan prze­pisy...

— Och, niech pan nie bę­dzie aż takim for­mali­stą. Pro­szę wziąć pod uwagę, że mnie się śpie­szy — mó­wił do­brze po pol­sku, choć z nie­mieckim ak­cen­tem.

— Mnie też się śpie­szy — od­rze­kłem.

Ro­ze­śmiał się.

— Gdyby się panu śpie­szyło, nie je­chałby pan takim gra­tem. Pań­ski ru­pieć nie wy­ciąga wię­cej niż trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na go­dzinę.

Kilku mo­tocy­kli­stów, przy­słu­chu­ją­cych się na­szej wy­mia­nie zdań, par­sk­nęło śmiechem. Ich sym­patia była po stro­nie bro­dacza, choć chciał wy­prze­dzić cze­kają­cych w ko­lejce po ben­zynę. Ale tak już jest wśród lu­dzi zara­żo­nych „cho­robą mo­tory­za­cyjną”, że im­po­nuje im ten, kto ma lep­szy i szyb­szy sa­mo­chód.

Wie­działem, co te­raz na­stąpi. Za­czną się drwiny z mo­jego we­hi­kułu. Prze­cież nie mo­głem każ­demu z osobna opo­wia­dać histo­rii mego sa­mo­chodu, mó­wić o Wło­chu, który w wo­zie fer­rari 410 roz­bił się na dro­dze do Za­ko­pa­nego. O moim wujku, za­po­zna­nym wy­na­lazcy, który od­kupił wrak fer­rari, wy­re­montował go, go­spo­dar­czym spo­so­bem do­robił karo­serię, wzbogacił wóz o kilka uspraw­nień i, umierając, da­rował mi swój we­hikuł, naj­szyb­szy sa­mo­chód, jaki jeź­dzi po pol­skich dro­gach.

— Czy pan swój wóz wie­zie do ja­kie­goś mu­zeum? — spy­tał bro­dacz, sta­rając się swemu gło­sowi nadać jak naj­po­waż­niej­szy ton, przez co słowa jego brzmiały bar­dziej ko­micznie. — Cie­ka­wym, jaki to rocz­nik? Chyba 1900. Czy pan sądzi, że z sa­mo­cho­dami jest tak, jak z wi­nem? Im star­sze, tym lep­sze?

Mo­tocy­kliści zare­cho­tali zgodnym chó­rem. Ośmieleni drwinami bro­dacza oto­czyli mój we­hikuł, za­glą­dali do wnę­trza, pu­kali pal­cami w ka­rose­rię, jak gdyby chcąc się upewnić, czy nie jest z pa­pieru.

Na­ra­stała we mnie wściekłość, ale by­łem bez­radny. Mój we­hikuł przy­po­minał stare, odra­pane czółno, na któ­rym ktoś zbu­do­wał bre­zen­towy na­miot. Przed ro­kiem po­ma­lo­wa­łem sa­mo­chód na srebrny kolor, lecz lakier nie chciał się trzymać i od­padał ca­łymi pła­tami. A te dzi­waczne re­flektory z przodu wozu, wy­bału­szone jak oczy ja­kie­goś ro­baka! Wuj zbu­do­wał po­tworka na ko­łach, coś, co po­dobne było do dzi­wacznego owada z za­dar­tym ku­prem. Czy mia­łem każ­demu wy­ja­śniać, że ten za­darty kuper jest po­trzebny do tego, aby mój we­hikuł mógł pły­wać po wo­dzie?

— Nie za­mie­nił­bym go na swoją jawę — stwierdził gło­śno jeden z mo­tocy­kli­stów. — Chyba żeby mi pan do­płacił ze dwa­dzie­ścia ty­sięcy — zwrócił się do mnie.

— Czy mógłby pan po­kazać jego silnik? — za­pro­po­no­wał drugi z mo­tocy­kli­stów.

Już mia­łem za­miar speł­nić to ży­cze­nie. Wie­działem, że wy­bału­szą oczy, zo­ba­czywszy lśniący czy­sto­ścią po­tężny silnik fer­rari 410 super-ame­rica, który po­sia­dał dwa­na­ście po­tęż­nych cy­lin­drów o mocy zna­mio­no­wej trzy­sta pięć­dzie­siąt koni me­cha­nicz­nych, dwa gaź­niki, przełoże­nia na­da­jące mu szybkość do dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę. Sa­mo­chodu fer­rari 410 nie bu­duje się se­ryj­nie, lecz na in­dy­wi­du­alne za­mó­wie­nie klientów, jako wozy sportowo-tury­styczne. Na­wet we Wło­szech, gdzie po­wstają te wozy, nie­wiele ich spo­tyka się na szo­sach. Jakiś dziwny traf spo­wo­do­wał, że wła­ści­ciel ta­kiego wozu roz­bił się pod Za­ko­pa­nem, miażdżąc karo­serię, ale nie uszkadza­jąc sil­nika. A po­tem za bez­cen po­ła­many wrak od­kupił mój wu­jek, wy­na­lazca.

Od­re­monto­wany przez niego we­hikuł miał teraz wszystkie za­lety daw­nego fer­rari 410, a jed­no­cze­śnie wzboga­cony zo­stał o zu­peł­nie nowe ele­menty. Tylko że był okropnie brzydki.

Nie, nie po­ka­za­łem sil­nika. Pra­cow­nik stacji za­czął na­le­wać ben­zynę do tau­nusa, a za­raz po­tem gu­mowy wąż wsu­nął do mo­jego baku.

Bro­dacz wyjął ze swego wozu tubkę ze spe­cjal­nym kre­mem i wy­cierał nim dło­nie, które po­bru­dził doty­kając na­krętki ben­zy­no­wego baku. Wy­sma­ro­wane dło­nie otarł po­tem o szmatkę i na­cią­gnął za­mszowe rę­ka­wiczki.

— Ile pali pań­ski wóz? — za­gad­nął mnie.

— Dwadzie­ścia li­trów na sto ki­lo­me­trów.

— Co? — zdu­miał się.

Mo­tocy­kliści ryk­nęli:

— Jeź­dzi z szybko­ścią trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów, a pali dwa­dzie­ścia li­trów? Panie, czy pan zwa­rio­wał! Na złom z ta­kim wo­zem!

Pła­ciłem za ben­zynę, gdy bro­dacz do­siadł tau­nusa. Za­pewne chciał mo­tocy­kli­stom za­im­po­no­wać wspania­łym zry­wem swego sa­mo­chodu. Sil­nik ryk­nął i wóz pode­rwał się, jakby wy­rzu­cony po­tężną sprę­żyną. Mi­nęła se­kunda — i był już na szo­sie. Jed­no­cze­śnie, zale­dwie tknięty koń­cem przedniego zde­rzaka, sto­jący na pod­jeź­dzie mo­to­cykl wolno przewró­cił się na bruk. Za­brzę­czało gnie­cione żela­stwo, roz­pry­sło się szkło re­flektora.

— Roz­bił mi mo­tor! Roz­bił i uciekł! — wrzesz­czał mo­tocy­klista. Ten sam, który drwił z mego we­hi­kułu.

Ale bro­dacz może na­wet nie za­uwa­żył, że jego tau­nus za­cze­pił o mo­to­cykl. Pę­dził już z ogromną szybko­ścią, a po chwili znik­nął za wzgórzem, na które wspinała się szosa.

Dwóch mo­tocy­kli­stów, któ­rzy mieli naj­sil­niej­sze mo­tory, zapu­ściło sil­niki.

— Może go do­go­nimy — sta­rali się po­cie­szyć wła­ści­ciela roz­bi­tego mo­tocy­kla.

Po chwili i oni już gnali po szo­sie. Pod­sze­dłem do nie­szczęśnika i po­wie­działem:

— Bę­dzie mu­siał za­pła­cić za szkodę.

Na­wet nie zare­ago­wał na moją obietnicę. Za­pewne uznał mnie za wa­riata. Pra­cow­nik stacji ben­zy­no­wej wzruszył ra­mio­nami, kilku in­nych mo­tocy­kli­stów roze­śmiało się.

Wsiadłem do we­hi­kułu, prze­krę­ciłem klu­czyk w sta­cyjce. Wjeżdża­jąc na szosę wrzuciłem drugi bieg, po chwili trzeci. A po­ko­nując wzgórze — czwarty, któ­rego nale­żało uży­wać do­piero, gdy szybkość prze­kra­czała setkę. Był jesz­cze i piąty bieg, ale miał rzad­kie za­sto­so­wa­nie, po­nie­waż wrzucało się go do­piero po prze­kro­cze­niu szybkości stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę, praktycz­nie nie do za­sto­so­wa­nia w na­szych wa­run­kach, na wą­skich i krę­tych szo­sach o złej na­wierzchni.

Dwana­ście cy­lin­drów fer­rari 410 pra­co­wało nadal bez­gło­śnie, choć strzałka szybko­ściomie­rza prze­kra­czała cyfrę sto dwa­dzie­ścia. Da­leko było jesz­cze do mak­sy­mal­nego wy­siłku sil­nika, który mógł dać pręd­kość dwu­krot­nie większą. Na­rastał tylko świst opon i ude­rze­nia po­wie­trza o roz­chy­lone wietrzniki. Za­su­ną­łem więc szyby i pę­dzi­łem wciąż szyb­ciej i szyb­ciej, nie czu­jąc tej pręd­kości, bo we­hikuł mój był niski, sze­roki, po­kraczny jak żaba. Ale ten wła­śnie kształt nadawał mu sta­bil­ność na­wet przy ogromnej szybkości.

Po kilku mi­nu­tach do­pę­dzi­łem mo­tocy­kli­stów. Gnali na mak­sy­mal­nych ob­ro­tach sil­nika, ogłu­szał ich ryk mo­to­rów i pęd po­wie­trza. Dwukrot­nie mu­sia­łem za­trąbić, za­nim zo­rientowali się, że żą­dam ustą­pie­nia mi z drogi.

Ich twa­rze za­kry­wały wiel­kie oku­lary, więc tylko po pół­otwartych ze zdu­mie­nia ustach po­zna­łem, jak bar­dzo się zdziwili, gdy mój po­kraczny we­hikuł wy­prze­dził ich i dalej je­chał wciąż szyb­ciej i szyb­ciej. Po dwóch mi­nu­tach nie wi­działem ich już we wstecznym lu­sterku.

Zwolniłem do osiem­dzie­się­ciu, bo znak dro­gowy za­po­wia­dał ostry za­kręt. Po­tem jed­nak szosa bie­gła znów pro­sto, pod­no­sząc się wolno na wzgórze. Kiedy wy­sko­czy­łem zza za­krętu, wy­da­wało mi się, że na szczycie do­strzegłem tau­nusa.

Przy­ci­sną­łem pedał gazu. Szosa była pusta, żad­nej fur­manki ani też sa­mo­chodu. Z za­chwytem pa­trzy­łem, jak wzgórze z ogromną szybko­ścią pod­biega pod ma­skę we­hi­kułu, a mój wóz bez wy­siłku po­ko­nuje wzniesie­nie.

Osiągną­łem wzgórze, zo­ba­czy­łem tau­nusa, zdo­by­wa­ją­cego na­stępną górkę. Był już nie­da­leko, naj­wy­żej o dwa ki­lo­me­try, a pę­dził z szybko­ścią stu dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzinę. Jesz­cze do­da­łem gazu i wtedy wrzuciłem piąty bieg. Do­go­niłem ob­co­kra­jowca tuż przed szczytem wzniesie­nia i za­trą­biłem gło­śno, aby się za­trzymał.

Za­pewne bar­dzo się zdziwił do­strzegając tuż za sobą po­kraczną syl­wetkę mego we­hi­kułu. Lecz zda­wał się nie ro­zu­mieć, czego od niego żą­dam. Z drogi się nie usu­nął, bo wie­dział, że pod szczytem wzniesie­nia nie będę go wy­prze­dzał.

Ze wzgórza roz­to­czyła się sze­roka pano­rama wiel­kiej rów­niny nad Odrą. Zjeż­dża­jąc z góry, bro­dacz dodał gazu i przy­śpie­szył szybkość do stu czterdzie­stu ki­lo­me­trów. Ode­zwała się w nim żyłka sportowca i ura­żona am­bicja, że taka po­kraka chce go wy­prze­dzić. Po­nie­waż nie ustą­pił z drogi, mu­sia­łem zje­chać na kra­wędź szosy i do­piero wtedy wy­sfo­ro­wa­łem się do przodu, choć gro­ziło mi, że wpadnę na drzewa obra­sta­jące szosę.

O trzy ki­lo­me­try dalej zaje­cha­łem mu drogę i zmu­siłem do za­trzyma­nia się. Wy­sko­czy­łem z we­hi­kułu trzyma­jąc w ręku „li­zaka”. Drugą ręką się­gną­łem do kie­szeni po nu­me­rek in­spek­cyjny.

Przy­sta­nął pisz­cząc ha­mul­cami. Wy­siadł z sa­mo­chodu, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

— Nie do­ce­niłem pana — po­wie­dział. — I go­tów je­stem prze­pro­sić. Nie, nie pana — wy­jaśnił — pań­ski sa­mo­chód.

Nie pod­chwyciłem jego żar­to­bli­wego tonu.

— Po­pro­szę o do­ku­menty i pań­skie prawo jazdy. Je­stem spo­łecz­nym in­spektorem Służby Dro­go­wej — rze­kłem.

Pod­su­ną­łem mu pod nos swój zna­czek in­spek­cyjny.

— To u was jest tajna poli­cja dro­gowa? — za­nie­po­koił się.

— Nie. Tylko spo­łeczna służba po­rząd­kowa — od­rze­kłem.

Jego do­ku­menty mó­wiły, że na­zywa się Hein­rich Klaus i pra­cuje jako dzienni­karz w za­chodnio­nie­mieckiej gaze­cie, orga­nie by­łych woj­sko­wych, szczegól­nie po­pu­larnej wśród prze­sie­dleń­ców. Ga­zeta ta spe­cjali­zo­wała się w ata­kach na Pol­skę i na nasze gra­nice na Od­rze i Ny­sie.

Pan Hein­rich Klaus z ty­tułu swej pracy w ta­kim pi­śmie nie mógł bu­dzić mojej sym­patii. Ale mię­dzy­naro­dowe prawo jazdy miał w zu­peł­nym po­rządku, co naj­wy­żej mo­głem mu wle­pić man­dat.

— O co wła­ści­wie cho­dzi? — za­pytał, gdy wy­jąłem blo­czek kre­dy­to­wych man­da­tów.

— Wy­jeż­dża­jąc ze stacji ben­zy­no­wej po­trącił pan mo­to­cykl i uszkodził go pan. Za nie­ostrożną jazdę otrzyma pan man­dat stu­zło­towy. Z tym kwi­tem poje­dzie pan do naj­bliż­szej Ko­mendy Ru­chu Dro­go­wego i wpłaci pan tam pie­nią­dze. Po na­stęp­nym wy­kro­cze­niu bę­dzie pan miał po­waż­niej­sze kło­poty. Ro­zu­mie się też samo przez się, że wróci pan na stację ben­zy­nową i ze­chce poro­zu­mieć się z wła­ści­cie­lem roz­bi­tego mo­tocy­kla. To wszystko, co mam do pana — po­wie­działem wrę­cza­ją­cemu kwit.

Klaus roz­łożył ręce.

— Oczywiste jest, że na­tychmiast za­wra­cam. Pro­szę mi wie­rzyć, że nie ucie­ka­łem z miej­sca wy­padku. Po pro­stu nie za­uwa­ży­łem, że po­trą­ciłem mo­to­cykl.

— Wie­rzę panu. Dla­tego otrzymał pan tylko man­dat.

Nadje­chało dwóch mo­tocy­kli­stów.

— Bę­dzie pan miał eskortę — za­żar­to­wa­łem.

— Ależ ja sam tam wrócę. Eskorta mi nie­po­trzebna — zło­ścił się Klaus.

Mo­tocy­kliści zwrócili na Klausa mniejszą uwagę niż na mój we­hikuł.

— Pa­nie, co to jest? — spy­tał mnie jeden z nich, doty­kając ma­ski wozu.

— Jak to: co to jest? Sa­mo­chód.

— Ale jaki?

— Swojej ro­boty — uśmiech­ną­łem się.

— Pan go sam zro­bił?

— Nie. Mój wu­jek. On wy­konał karo­serię, ale silnik jest z fer­rari 410.

— No jasne, fer­rari — po­kiwał głową Klaus. — Teraz wszystko ro­zu­miem.

Wsiadł do tau­nusa i za­wró­cił.

— A pa­nom radzę, aby­ście na przy­szłość nie byli tak po­chopni w swoich są­dach — po­wie­działem mo­tocy­kli­stom.

Poje­chali za tau­nu­sem, eskortując go jak mili­cja.

Zaj­rza­łem do atlasu sa­mo­cho­do­wego i zo­riento­wa­łem się, że droga do Ja­sie­nia znaj­duje się w odle­gło­ści ki­lo­metra. Jest to boczna szosa, pierwsza w prawo.

Zaje­cha­łem tam około go­dziny jede­na­stej i za­trzyma­łem się obok za­byt­ko­wego ko­ściółka. Droga przez wieś pro­wa­dziła do pa­łacu Hau­bit­zów, ale wąt­pliwe było, czy zdo­łam otrzymać tam pokój. Był prze­cież śro­dek lata, je­zioro Ja­sień zwa­biło chyba wielu tury­stów. Na­le­żało ra­czej skie­ro­wać się wzdłuż je­ziora do ośrodka cam­pin­go­wego „Gromady”. W naj­gor­szym razie mo­głem roz­bić swój na­miot w tym sa­mym miej­scu, gdzie przed nie­daw­nym cza­sem znaj­do­wał się obóz har­cerzy.

Wy­bo­istą drogą poje­cha­łem przez las pełen cie­ni­stych bu­ków, gra­bów i je­sio­nów. Droga to zbli­żała się do zaro­śniętego trzci­nami brzegu je­ziora, to znów od­da­lała się od niego, klu­cząc mię­dzy nie­wy­so­kimi pa­gór­kami. Wreszcie las się skończył i uka­zała się roz­cią­gnięta nad jezio­rem duża, tra­wia­sta po­lana. Wzdłuż brzegu stało około trzy­dzie­stu kolo­ro­wych drewnia­nych dom­ków, a nieco dalej mie­ścił się po­dłużny bu­dy­ne­czek świetlicy i sto­łówki.

Oka­zało się, że mam tro­chę szczęścia. Wła­śnie wczoraj jeden z dom­ków opu­ścili wczaso­wi­cze. Był to przed­ostatni do­mek w dłu­gim sze­regu, naj­mniejszy i naj­brzydszy. Inne miały po dwie iz­debki, duże okna, a na­wet ma­leń­kie we­randy. Mój zaś przy­po­minał cia­sny ul z ma­ciu­peń­kim okienkiem.

Nie za­mie­rza­łem jed­nak spę­dzać w nim wiele czasu. Po pro­stu chciałem sobie za­pew­nić noc­leg i mieć miej­sce na zło­żenie swoich rze­czy. Wy­na­jąłem do­mek, pła­cąc z góry za dwa tygo­dnie, za­pew­niłem sobie wy­ży­wie­nie w sto­łówce. Obok domku ustawi­łem we­hikuł, na­kry­wa­jąc go bre­zen­tową płachtą.

Z po­czątku ośro­dek wy­po­czynkowy wy­da­wał mi się nie­mal bez­ludny. Do­piero po ja­kimś cza­sie do­my­śli­łem się, że wczaso­wi­cze znaj­dują się w ukrytej w trzci­nach za­toczce, gdzie jest plaża z bia­łym pia­skiem.

Zdą­ży­łem roz­pa­ko­wać swoje rze­czy, gdy przed otwartymi drzwiami mego domku po­jawił się pies. Brą­zowy, krót­ko­włosy jam­nik.

Cóż to było za śmieszne stwo­rze­nie! Nigdy w życiu nie wi­działem tak dłu­giego psa. Miał chyba z pół metra dłu­gości i nóżki tak krzywe i kró­ciut­kie, że brzu­chem nie­mal szo­rował po ziemi. A do tego jesz­cze łeb z nie­zwy­kle wy­dłu­żo­nym py­skiem, ogromne uszy się­ga­jące ziemi, długi ogon jak u szczura. Wy­da­wało się, że ten pies nie cho­dzi, ale pełza, że jest to duża liszka albo zgoła ogromna ki­janka. Brą­zowe śle­pia psa pa­trzyły na świat z ogromną cie­ka­wo­ścią, czarny wil­gotny nos cią­gle coś wę­szył w po­wie­trzu.

Jam­nik nad­szedł od strony plaży, na chwilę za­trzymał się przed drzwiami mego domku i ob­rzucił mnie bacznym spoj­rze­niem. Po­tem skie­rował się do okrytego bre­zen­tem we­hi­kułu, ob­wą­chał jego koła, a na­stęp­nie pod­nió­słszy tylną nóżkę, za­sa­luto­wał, obsi­kując oponę.

I wtedy wy­dało mi się, że przez traw­nik od strony plaży zbliża się ku nam ogie­niek... Ta­kie po­rów­nanie przy­szło mi do głowy, choć wi­działem, że to po pro­stu nad­biega trzy­na­sto­letnia dziew­czynka w ja­skrawo­czerwo­nym ko­stiu­mie ką­pie­lo­wym. Barwa jej ko­stiumu, a także rude, roz­wi­chrzone włosy, biała twarz ob­sy­pana mnó­stwem pie­gów, to wszystko wła­śnie sprawiało z da­leka wra­żenie, że zbliża się ru­chliwy ogie­niek.

— Se­ba­stian! Se­ba­stian! — wo­łała dziew­czynka do psa. — Dla­czego mnie nigdy nie słu­chasz?

Pies parę razy kiw­nął przyjaźnie ogo­nem, po­tem ziewnął, sze­roko otwierając pysk i wy­su­wa­jąc długi czerwony język. Dziew­czynka przy­sta­nęła obok we­hi­kułu, unio­sła nieco bre­zent i na­tychmiast go opu­ściła, uda­jąc prze­raże­nie.

— Czy to jest lata­jący talerz, pro­szę pana? — zwróciła się do mnie.

Wskaza­łem na Se­ba­stiana i za­py­tałem:

— Czy to jest na pewno pies? Czy on szczeka?

Dziew­czynka wzruszyła ra­mio­nami.

— Pew­nie, że to pies.

— Wcale na to nie wy­gląda — stwierdzi­łem.

— Wi­działam z plaży, jak pan tu przyjechał, i po­my­śla­łam: „Marsja­nin”. Pan sam zbu­do­wał ten sa­mo­chód czy też ktoś panu po­mógł?

Za­py­tałem:

— Czy to prawda, że jam­ni­ków nie ku­puje się na sztuki, ale na me­try?

Tupnęła bosą nogą.

— Pan, zdaje się, nie ma po­czu­cia hu­moru. Po­żar­to­wać z pa­nem nie można.

— Bar­dzo nie lubię, gdy ktoś śmieje się z mo­jego sa­mo­chodu.

— A ja nie lubię, gdy ktoś drwi z Se­ba­stiana.

Wy­cią­gną­łem do niej rękę.

— W takim razie umówmy się. Ja nie będę śmiał się z two­jego psa, a ty z mo­jego sa­mo­chodu. Zgoda?

— Zgoda — uści­snęła moją dłoń. — Na imię mam Kata­rzyna. Może pan mó­wić do mnie: Kasia.

— A ja mam na imię To­masz — przedsta­wi­łem się.

Se­ba­stian znowu parę razy kiw­nął ogo­nem, jak gdyby na­sza zgoda bar­dzo przy­padła mu do gustu. Wy­ra­ziw­szy swój po­gląd i na tę sprawę, po­ma­sze­rował do są­sied­niego domku (ostatniego w dłu­gim ich sze­regu) i uło­żył się na sło­miance przed drzwiami.

— Je­ste­śmy są­sia­dami — po­wie­działa Ka­sia. — A za dru­giego są­siada bę­dzie pan miał bar­dzo mi­łego star­szego pana. Tak się ba­łam, że ten do­mek zaj­mie ro­dzina z ma­łym dzieckiem, które bę­dzie pła­kało od świtu do nocy. Se­ba­stian strasznie nie lubi ma­łych dzieci. I w ogóle nie znosi ha­łasu.

— Se­ba­stian nie jest hała­śliwy?

— On? — zdu­miała się. — To bar­dzo dziwny pies. Nie­kiedy przez cały dzień ani razu nie za­szczeka. Nie słu­cha ani mnie, ani mojej ciotki, ni­kogo. Moja mama mówi, że ten pies jest in­dy­wi­du­alistą. Czy pań­ski sa­mo­chód ma po­dobny cha­rak­ter?

— O, nie. To bar­dzo po­słuszna ma­szyna. Tylko że trzeba mieć do niej wła­ściwe po­dej­ście. Może ty wła­śnie masz nie­wła­ściwe po­dej­ście do Se­ba­stiana i stąd twoje wszystkie kło­poty?

— Może — wes­tchnęła bez prze­ko­nania.

Se­ba­stian ziewnął gło­śno i pod­niósł się. Teraz za­czął się prze­cią­gać, a był to wi­dok nader za­bawny. Wy­dłu­żył się jesz­cze bar­dziej, pro­stu­jąc naj­pierw przednie, a po­tem tylne łapy. Znowu ziewnął, a na­stęp­nie wol­nym, sta­tecz­nym kro­kiem, nie oglą­dając się na Kasię, po­ma­sze­rował na plażę. Jak gdyby chciał w ten spo­sób oka­zać swoje cał­ko­wite lek­ce­wa­żenie dla ja­kich­kol­wiek prób zna­le­zie­nia „wła­ści­wego po­dej­ścia”.

— Wi­dzi pan? — za­wo­łała Kasia. — Po­szedł sobie.

Gwizdnęła na Se­ba­stiana, ale on ani się obej­rzał. Po chwili znik­nął w przy­brzeżnych trzci­nach.

— Cią­gle się boję, że mi gdzieś zgi­nie. I bie­gam za nim jak sza­lona.

— Nie oba­wiaj się. Wróci. Po pro­stu po­szedł sobie na prze­chadzkę — po­wie­działem.

Kasia jesz­cze raz ciężko wes­tchnęła. Raptem przy­po­mniała coś sobie i aż kla­snęła w ręce.

— Prze­cież ja przy­bie­głam do pana w bar­dzo waż­nej sprawie. Czy ma pan w swoim sa­mo­cho­dzie gu­mową łatkę i klej do na­prawy dętek?

— Mam. Chyba każdy au­to­mo­bili­sta wozi ze sobą coś ta­kiego.

— Prze­dziu­rawił się mój gu­mowy kajak. I od kilku dni nie mogę wy­pły­wać na je­zioro. Chciałam zro­bić kilka wy­cie­czek kaja­ko­wych i nic z tego nie wy­szło.

— Nie mo­głaś pójść do wy­po­ży­czalni?

Po­gar­dli­wie wy­dęła wargi.

— Pan się zu­peł­nie nie orientuje, jak tu jest. Na­sza wy­po­ży­czal­nia ma tylko dzie­sięć kaja­ków, które na­tychmiast roz­po­ży­czono, i to na cały sezon. A po dru­giej stro­nie je­ziora, na przy­stani koło pa­łacu, też mają tylko kilka kaja­ków. Na do­miar złego zare­zer­wo­wane są dla za­gra­nicz­nych gości. Jeśli mi pan zre­pe­ruje kajak, będę go panu po­ży­czać albo za­bie­rać pana na wy­cieczki po jezio­rze.

Kiw­ną­łem głową, że przy­staję na tę pro­po­zycję. Ob­ser­wato­rium astrono­miczne znaj­do­wało się po dru­giej stro­nie je­ziora, w parku pała­co­wym. Pie­chotą — około trzech ki­lo­me­trów, bo nale­żało iść wzdłuż brze­gów je­ziora i przez wieś. Przypusz­cza­łem, że dość czę­sto, szczegól­nie nocą, wy­pad­nie mi od­wie­dzać miej­sce, gdzie taka dziwna przy­goda spo­tkała Wie­wiórkę. Gdyby od czasu do czasu Kasia po­ży­czyła mi kajak, mógłbym być w ob­ser­wato­rium po paru mi­nu­tach.

— No co, za­bie­ramy się do repe­racji? — po­wie­działem, się­gając do kufra we­hi­kułu i wyj­mu­jąc z niego torbę, w któ­rej trzyma­łem róż­nego ro­dzaju na­rzę­dzia, a także łatki i klej do le­pie­nia prze­dziu­ra­wio­nych dętek sa­mo­cho­do­wych.

Ale ze sto­łówki dole­ciał nas od­głos ude­rzeń młotka w pa­telnię, co było we­zwa­niem na obiad. I zaraz wo­kół dom­ków cam­pin­go­wych za­roiło się od ludzi ubra­nych w ko­stiumy ką­pie­lowe. Wszyscy śpie­szyli do dom­ków, aby się prze­brać, bo do sto­łówki nie wolno było wchodzić w ko­stiu­mach, o czym in­for­mo­wał napis na drzwiach.

Kasia także po­bie­gła się prze­brać i po chwili wró­ciła do mnie w białej su­kience. Zja­wił się też i Se­ba­stian, któ­rego Kasia capnęła za kark i za­mknęła w domku.

— Psy do sto­łówki nie są wpusz­czane — wy­ja­śniła mi. — A te­raz chodźmy na obiad. Bę­dzie pan sie­dział przy na­szym sto­liku — zade­cy­do­wała.

— A twój tata? A mama? Nie za­cze­kasz na nich? — zdu­mia­łem się.

Teraz ona się zdu­miała.

— Nie po­wie­działam panu, że je­stem tutaj ze swoją ciotką, Ze­nobią? Moi ro­dzice uprawiają tater­nic­two i zaw­sze biorą urlopy we wrześniu, kiedy naj­lepiej cho­dzi się po gó­rach. Więc na sier­pień od­dali mnie ciotce. Ona się bar­dzo wzbra­niała, mu­sia­łam jej przy­rzec, że nie bę­dziemy sobie wzajem­nie prze­szka­dzać.

— W takim razie może za­cze­kamy na cio­cię i ra­zem pój­dziemy na obiad — za­pro­po­no­wa­łem — cio­cia pew­nie zaraz przyjdzie z plaży.

Kasia wzruszyła ra­mio­nami.

— Pan nie zna ciotki Ze­nobii. To nie jest zwy­kła ciotka.

— A jaka? Twój pies nie jest zwy­kłym psem, twoja ciotka nie jest zwy­kłą ciotką?

— Pan mnie źle zro­zu­miał. Ona jest moją naj­praw­dziwszą ciotką. Tylko że ona jest ciotką no­wo­cze­sną.

— Co to zna­czy: no­wo­cze­sną?

— To zna­czy, że ona ma no­wo­cze­sne po­glądy. Nie zrzę­dzi jak inne ciotki, po­zwala mi robić, co chcę. I sama też robi to, co jej się żyw­nie po­doba. Ona jest ciotką big­bi­tową. Tak ją na­zwał mój oj­ciec. Kie­dyś ciotka przy­szła do nas w od­wie­dziny. Aku­rat w tele­wizji po­ka­zy­wali mecz ho­ke­jowy. Ciotka się przy tym tak zde­ner­wo­wała, że ude­rzyła pię­ścią w po­ręcz fotela. I niech pan sobie wy­obrazi, jed­nym ude­rze­niem zdru­zgo­tała całą po­ręcz. Oj­ciec mój za­wołał: „Ze­nobią ma mocne ude­rze­nie!” Ciotka Ze­nobia lubi tań­czyć, zna dżudo. Kiedy cho­dziła do szkoły, była naj­lep­szą pły­waczką wśród ju­nio­rek. Nie wy­szła do tej pory za mąż, bo mówi, że nie ma za­miaru go­to­wać mę­żowi obia­dów, prać mu skar­petek, słu­chać mę­skiego zrzę­dze­nia. Twierdzi, że wyj­dzie za mąż tylko za prawdzi­wego męż­czy­znę, a o ta­kiego po­dobno jest trudno.

„To jakaś Hor­pyna” — po­my­śla­łem z obawą.

— Cie­kawa je­stem, kto byłby sil­niej­szy: pan czy ona? Bo ona bar­dzo lubi się siło­wać na ręce...

— Ale ja tego nie lubię — po­wie­działem z kwa­śną miną.

— A w ogóle to ona jest bar­dzo fajna. Pra­cuje w War­sza­wie jako urzęd­niczka, ale ja uwa­żam, że ona po­winna być ka­sjerką. Ża­den ban­dyta nie ośmieliłby się na­paść na jej kasę.

„Horpyna. Nikt, tylko Hor­pyna” — po­my­śla­łem.

Wy­obra­ziłem sobie ko­bietę ogromną jak słynna Hor­pyna z Ogniem i mie­czem, prze­ra­sta­jącą mnie o dwie głowy, si­łaczkę z mu­sku­łami zapa­śnika klasy mię­dzy­naro­do­wej, pod którą aż zie­mia się trzę­sie.

Jak gdyby na po­twierdze­nie tych słów usły­szeli­śmy nara­sta­jący ło­skot.

— Oho, ciotka się zbliża — stwierdziła Kasia.

Ło­skot wzmagał się coraz bar­dziej, po­tęż­niał. Wreszcie na dro­dze le­śnej od strony wsi uka­zał się mo­to­cykl — ju­nak z przy­czepą.

Ju­naki to strasznie hała­śliwe mo­tocy­kle, a ten na do­miar złego miał chyba źle usta­wiony za­płon i pęk­nięty tłu­mik, bo od czasu do czasu roz­le­gała się straszliwa deto­nacja. Przy akompa­nia­men­cie tych wy­bu­chów i ło­skotu mo­to­cykl z przy­czepą zaje­chał pod ostatni do­mek cam­pin­gowy. Pro­wa­dziła go osoba płci trud­nej do okre­śle­nia, po­nie­waż miała na sobie skó­rzane spodnie, skó­rzaną kurtkę, a na gło­wie biały kask mo­tocy­klowy. Twarz za­sła­niały ogromne oku­lary. Czarna przy­czepa wy­ma­lo­wana była w róż­nego ro­dzaju węże i jasz­czurki, za­uwa­ży­łem na­wet tru­pią czaszkę ze skrzyżo­wa­nymi pisz­cze­lami. Jak u słyn­nych „Rocker­sów” w An­glii.

Ciotka Ze­nobia wy­łą­czyła silnik i zgrabnie ze­sko­czyła z sio­dełka.

Ogarnęła nas błoga cisza. Po­my­śla­łem, że jako spo­łeczny in­spektor Służby Dro­go­wej po­wi­nie­nem pani Ze­nobii wle­pić man­dat za hałas, który robi jej mo­to­cykl. Ale na samą myśl o tym ogar­nęła mnie obawa. Bo co bę­dzie, jeśli ze­chce wy­pró­bo­wać na mnie swoje słynne „mocne ude­rze­nie”?

Ciotka Ze­nobia po­woli zdejmo­wała ogromne mo­tocy­klowe rę­ka­wice.

— Cześć! — za­wo­łała do Kasi. — Nie wiesz, czy obiad już go­tów? Strasznie je­stem głodna.

— Wła­śnie przed chwilą dzwonili na obiad. Cze­kamy tu na cio­cię.

— Po co? Tyle razy ci mó­wi­łam, żebyś sobie mną głowy nie za­wra­cała. Ja sama trafię do sto­łówki.

— A to jest nasz nowy są­siad. Pan To­masz — przedsta­wiła mnie Kasia.

— Halo! — za­krzyknęła rado­śnie ciotka i po­de­szła do mnie z wy­cią­gniętą ręką. — Bar­dzo mi miło pana po­znać.

— Mnie rów­nież — od­rze­kłem.

Led­wie tylko moja dłoń zna­lazła się w jej ręce, nagle po­czu­łem, że dzieje się ze mną coś nie­zwy­kłego. Wy­star­czył jej jeden ruch, a już le­cia­łem na zie­mię. Tuż nad samą zie­mią przytrzy­mała mnie jed­nak i sil­nym chwytem po­sta­wiła z po­wro­tem na nogi.

— Mię­czak z pana — orze­kła. — A już mia­łam na­dzieję, że jakiś praw­dziwy męż­czy­zna przyjechał.

— Bo pani mnie za­sko­czyła — tłu­ma­czy­łem się za­ru­mie­niony ze wstydu.

— Praw­dziwy męż­czy­zna nie daje się nigdy za­sko­czyć. A zresztą mo­żemy spró­bo­wać jesz­cze raz.

To mó­wiąc znowu wy­cią­gnęła do mnie rękę. Po­da­łem jej swoją, tym ra­zem jed­nak sil­niej wparłem się no­gami w zie­mię i tułów tro­chę po­chy­liłem do przodu. I znowu nie wiem, jak to się stało, ale nie wy­pusz­cza­jąc mojej dłoni, ciotka Ze­nobia nagle zna­lazła się za moimi ple­cami. Wy­krę­cona do tyłu ręka za­częła pie­kiel­nie boleć i aby unik­nąć bólu, grzecznie da­łem się poło­żyć na tra­wie.

— Po­wi­nien pan się uczyć dżudo — po­wie­działa Ze­nobia, pod­no­sząc mnie z trawy.

Nie­trudno so­bie wy­obra­zić, jak mi było wstyd. Choćby ze względu na Kasię, która ob­ser­wo­wała tę scenę i wi­działa moją dwu­krotną klę­skę. Ale Kasia nie śmiała się, pa­trzyła na mnie ze współczu­ciem, a spoj­rze­nie jej zda­wało się mó­wić: „Niech się pan tym nie przejmuje. Trudno, taka już jest ta moja ciotka”.

Po chwili znowu aż mi od­dech za­parło ze zdu­mie­nia. Jed­nym ru­chem ciotka Ze­nobia zdjęła z twa­rzy oku­lary, ścią­gnęła z głowy kask mo­tocy­klowy.

Zo­ba­czy­łem przed sobą śliczną dwu­dzie­sto­pa­ro­letnią dziew­czynę o deli­kat­nych ry­sach twa­rzy i pięk­nych kasztano­wych wło­sach. Duże, nie­bie­skie oczy spo­glą­dały na mnie iro­nicz­nie, a może na­wet po­gar­dli­wie. Drobne, czerwone usta po­wie­działy:

— Idź­cie już na obiad. Ja się prze­biorę w su­kienkę i za chwilę będę z wami.

By­łem tak oszoło­miony, za­wsty­dzony, można po­wie­dzieć: cał­ko­wicie zdru­zgo­tany, że da­łem się Kasi wziąć za rękę. Po­pro­wa­dziła mnie do sto­łówki jak skrzyw­dzone dziecko.

— Niech się pan nie martwi — mó­wiła mi po dro­dze. — Ona lubi każ­demu męż­czyźnie za­im­po­no­wać. Wię­cej nie bę­dzie pana przewra­cać. Mnie się to zresztą bar­dzo nie po­doba. Ja uwa­żam, że ko­bieta po­winna męż­czyźnie im­po­no­wać wcale nie siłą fi­zyczną i chwytami dżudo. Ko­bieta po­winna być miła, inte­li­gentna i go­spo­darna.

— Masz rację, Ka­siu — przy­zna­łem.

— To by­łoby okropne, gdyby wszystkie dziew­czyny były po­dobne do mojej ciotki — do­dała.

— Masz rację, Ka­siu — wes­tchnąłem.

I obej­rza­łem się za sie­bie, na do­mek, w któ­rym znik­nęła cio­cia Ze­nobia.

Zaci­sną­łem zęby i po­my­śla­łem: „Po­cze­kaj, ko­chana cio­tuniu. Jesz­cze się pora­chu­jemy za te zniewagi”.

 


ROZDZIAŁ CZWARTY [top]

POSTRACH WROCŁAWSKIEJ GASTRONOMII • CHWILA TRIUMFU • KTO CHCE ROZWIĄZAĆ ZAGADKĘ TAJEMNICZEJ SZACHOWNICY? • WYPRAWA DO MŁYNA TOPIELEC • SPOTKANIE W JAŁOWCACH • KOMPROMITACJA

 

Obiad był dla mnie tor­turą. Sie­działem na­prze­ciw ślicznej dziew­czyny i wciąż nie mo­głem uwie­rzyć, że oka­za­łem się takim śla­ma­zarą. A prze­cież kie­dyś, jako szes­na­sto­letni chło­piec, uczyłem się dżudo i mia­łem w tej sztuce na­wet pewne suk­cesy. Tylko że od dawna nie tre­no­wa­łem i za­po­mniałem wielu chwytów.

Ciotka Ze­nobia na­wet nie ra­czyła mnie za­uwa­żać. Pod­czas obiadu roz­ma­wiała wy­łącz­nie z Kasią i ma­łym, ły­sa­wym, nie­chlujnie wy­glą­dają­cym pa­nem w wieku lat pięć­dzie­się­ciu, który sie­dział z nami przy jed­nym stole.

Ów pan miał ma­leń­kie, ale bar­dzo sprytne i ru­chliwe oczka, ma­ciu­peńki no­sek za­darty jak u mopsika, na jego po­licz­kach i bro­dzie za­uwa­ży­łem kępki wło­sów, wi­domy znak, że golił się nie­dbale i nie przywią­zy­wał wagi do swego wy­glądu. Ra­ziły mnie jego brudne pa­znokcie, lecz piękna Ze­nobia zda­wała się tego nie wi­dzieć i roz­ma­wiała z nim jak ze sta­rym i sym­pa­tycz­nym zna­jo­mym.

— Przed obia­dem zaj­rza­łam do ka­wiarni w pa­łacu — opo­wia­dała — i spo­tka­łam tam pana Klausa. Po­wie­dział mi, że jutro, a naj­dalej po­jutrze wraca do Nie­miec. Ech, szkoda, że wy­jeż­dża — wes­tchnęła. — To jest jed­nak stu­pro­cen­towy męż­czy­zna. Niech pan sobie wy­obrazi, że do­piero po za­sto­so­wa­niu spe­cjal­nego chwytu zdo­łałam go przewró­cić i po­ko­nać.

— Je­śli wy­jeż­dża, to zna­czy, że nie udało im się wy­ja­śnić za­gadki sza­chownicy — stwierdził nie­chlujnie wy­glą­da­jący star­szy pan.

— Chyba. Bo wszyscy wy­jeż­dżają. I ten sym­pa­tyczny pan We­ber z Frank­furtu, i Hilda, i inni. Przez cały ty­dzień pe­ne­tro­wali oko­licę w po­szu­ki­wa­niu ta­jem­ni­czych sza­chownic i wra­cają do Nie­miec z ni­czym. Pol­ska ekipa, która po­ma­gała im w po­szu­ki­wa­niach, już dzi­siaj odje­chała do War­szawy.

— Bo mo­gli mnie, Ku­ryłłę, po­pro­sić o po­moc — po­wie­dział star­szy pan. — Już ja po­tra­fił­bym roz­wią­zać tę za­gadkę.

— Pan? Dla­czego wła­śnie pan? — wzruszyła ra­mio­nami Ze­nobia. — Naj­tęż­sze mó­zgi gło­wiły się nad tą za­gadką i mu­siały przy­znać się do klę­ski.

— Za­gadka ta­jem­ni­czej sza­chownicy — po­gar­dli­wie skrzywił usta pan Ku­ryłło. — Cóż to jest wo­bec za­ga­dek wro­cław­skiej ga­stro­no­mii? Mó­wi­łem już pani, że je­stem rewi­den­tem w wy­dziale han­dlu we Wro­cła­wiu. Prze­pro­wa­dzam kon­trole ksiąg bu­chalteryj­nych w przedsię­bior­stwach ga­stro­no­micznych. Pani sobie na­wet nie wy­obraża, z ja­kimi za­gad­kami się spo­ty­kam, jak w gąsz­czu prze­róż­nych cyfr tra­fiam na trop mal­wer­sacji i manka. Och, nie­jed­nego nie­uczciwego kie­row­nika re­stau­racji lub ku­cha­rza za­pro­wa­dzi­łem za kratki. Ku­ryłło jest po­stra­chem wro­cław­skiej ga­stro­no­mii. Oświad­czam pani, że jedna księga bu­chalte­ryjna i se­gre­gator z kwi­tami ka­so­wymi kryje nie­kiedy wię­cej za­ga­dek niż tutej­sze sza­chownice. A jed­nak, jak do tej pory, zdo­łałem je roz­wi­kłać.

— Trzeba było za­ofia­ro­wać im swoją po­moc — rze­kła Ze­nobia.

— Prze­pra­szam bar­dzo — wtrą­ciłem się do roz­mowy — czy mo­gliby mnie pań­stwo poin­for­mo­wać, jaką to za­gadkę sta­rali się roz­wią­zać ci Niemcy?

Ze­nobia prychnęła jak roz­gniewana kotka.

— Co? Panu też się wy­daje, że po­tra­fiłby pan wy­ja­śnić ta­jem­nicę sza­chownicy? Jeśli umysł pana jest tak samo wy­gim­na­sty­ko­wany jak mię­śnie, można by oczeki­wać nie lada za­bawy.

Ja­dłem z twa­rzą po­chy­loną nad tale­rzem, z oczami wbi­tymi w je­dze­nie, mo­dląc się w du­chu, aby Ze­nobia zmieniła temat. Na szczęście długo na to nie cze­ka­łem.

— Ech, szkoda, że pan Klaus już wy­jeż­dża — wes­tchnęła po­wtórnie. — Znał tro­chę dżudo, cho­ciaż zbyt mało tre­no­wał. Do­brze tań­czył...

— I w ogóle jest bar­dzo przy­stoj­nym męż­czy­zną — dodał z do­myślnym uśmie­chem pan Ku­ryłło.

Ze­nobia rap­tem przy­po­mniała coś sobie i rze­kła z obu­rze­niem:

— Czy pan wie, że Klausowi wle­piono man­dat? Opowia­dał mi, że jakiś taj­niak za­trzymał go na szo­sie i uka­rał man­da­tem. Rze­komo za to, że Klaus wy­jeż­dża­jąc ze stacji ben­zy­no­wej po­trącił mo­to­cykl.

— I co? Za­płacił man­dat? — zdu­miał się Ku­ryłło.

— Za­płacił. Tak się u nas traktuje za­gra­nicz­nych gości. Jeż­dżą po szo­sach róż­nego ro­dzaju taj­niacy i tylko po­lują na tury­stów. No, nie­chbym ja ta­kiego spo­tkała. Nie­chby mnie spró­bo­wał wle­pić man­dat — zło­ściła się Ze­nobia.

Aż zgar­biłem się nad tale­rzem. Ileż bym dał za to, aby móc stać się nie­wi­dzialnym i ulot­nić się od stołu jak eter z pro­bówki.

Ciotka Ze­nobia fu­kała ze zło­ścią:

— Klaus twierdzi, że ten taj­niak to ja­kiś wa­riat. Po­dobno miał jakiś cu­daczny sa­mo­chód po­dobny do chra­bąsz­cza...

Na­gle ciotka Ze­nobia za­krztusiła się i po­czerwie­niała, po­tem jej wi­delec skie­rował się w moją stronę.

— Czy to pań­ski sa­mo­chód stoi tam okryty bre­zen­tem?

— Tak — szep­ną­łem.

— To pan jest tym zwa­rio­wa­nym taj­nia­kiem? — py­tała mnie su­rowo wciąż trzyma­jąc wi­delec wy­mie­rzony w moją pierś, jak gdyby za chwilę za­mie­rzała mnie nim prze­bić.

— Tak jest, to ja — przy­zna­łem ci­chym gło­sem.

Za­uwa­ży­łem, że oczy Kasi są pełne za­chwytu.

— Brawo, brawo! — za­wo­łała dziew­czynka. — Bar­dzo się cie­szę, że pan jest taj­nia­kiem i wle­pia man­daty pi­ra­tom dro­go­wym. Bo Klaus jest pira­tem, prawda?

— Tak jest — ski­ną­łem głową. — Ale pra­gnę wy­ja­śnić, że ja nie je­stem żad­nym taj­nia­kiem, tylko spo­łecz­nym in­spektorem Służby Dro­go­wej.

— Dał mu pan szkołę, co? — za­chi­cho­tała Kasia.

— Wy­jeż­dża­jąc ze stacji ben­zy­no­wej, po­trącił mo­to­cykl, nie za­uwa­żył tego i odje­chał. Mu­sia­łem go do­gonić i za­wró­cić, aby za­płacił za wy­rzą­dzoną szkodę. A pani — zwróciłem się do ciotki Ze­nobii — też chyba wle­pię man­dat.

— Mnie? — ciotka Ze­nobia odło­żyła nóż i wi­delec. Wy­da­wać się mo­gło, że za chwilę za­sto­suje wo­bec mnie któ­ryś ze swych straszli­wych chwytów dżudo.

— A tak — od­par­łem z rezy­gna­cją, go­tów na naj­gor­sze. — Ma pani w mo­tocy­klu pęk­nięty tłu­mik, źle usta­wiony za­płon. Jeź­dzi pani zbyt hała­śli­wie.

Rzu­ciła mi miażdżące spoj­rze­nie. Jej nie­bie­skie oczy aż po­ciemniały z gniewu, lecz wzruszyła tylko po­gar­dli­wie ra­mio­nami:

— Pan sądzi, że tu w po­bliżu jest jakiś warsztat, w któ­rym mo­gliby mi na­pra­wić tłu­mik i wy­re­gu­lo­wać za­płon?

— Nie wiem. Ale po­winna pani ro­zej­rzeć się za takim warszta­tem.

O dziwo, kiw­nęła głową, że zga­dza się z moją uwagą. Tylko że od tej chwili znowu za­częła mnie igno­ro­wać, roz­ma­wia­jąc wy­łącz­nie z pa­nem Ku­ryłłą. Ale ja by­łem bar­dzo za­do­wo­lony, wi­dząc rado­sną minę Kasi. Dziew­czynka uznała, że, jak się to mówi, utar­łem nosa ciotce Ze­nobii. Za­im­po­no­wa­łem Kasi. Oka­zało się, że nie je­stem śla­ma­zarą. To wła­śnie ja zmu­siłem Klausa do za­pła­cenia man­datu za nie­ostrożną jazdę. W wy­obra­żeniu Kasi sta­łem się groź­nym po­gromcą „pi­ratów dro­go­wych”, a więc człowie­kiem, z któ­rym warto się za­przyjaźnić.

Ja rów­nież czu­łem, że od­nio­słem pe­wien triumf nad groźną Ze­nobią.

Pod­nio­słem głowę znad tale­rza, wy­pro­sto­wa­łem się i za­czą­łem roz­glą­dać po twa­rzach wczaso­wi­czów wy­peł­nia­ją­cych sto­łówkę. Nikt z je­dzą­cych obiad nie wzbudził jed­nak mego większego za­inte­re­so­wa­nia. Jak zwy­kle w tego ro­dzaju ośrodkach wi­działo się mamy z dziećmi, sta­tecz­nych oj­ców ro­dzin, dwie star­sze panie wy­glą­da­jące na na­uczycielki, kilka mło­dych chi­cho­czą­cych dziew­cząt i kilku mło­dych chłopców w dżin­sach i ja­skrawych sporto­wych ko­szu­lach. Wy­glą­dali na auto­sto­po­wi­czów, któ­rzy za­trzymali się w Ja­sie­niu na krótki okres czasu. Dwie czy trzy za­ko­chane pary — a stan ich uczuć po­zna­wa­łem po tym, że rzu­cając sobie czułe spoj­rze­nia dzie­lili się każ­dym ziemnia­kiem i każ­dym kę­sem ko­tleta — do­peł­niały ob­razu towa­rzy­stwa wczaso­wego.

Nie, żadna z tych osób nie wy­da­wała mi się za­mie­szana w ta­jem­niczą przy­godę Wie­wiórki. Oczywi­ście, mój sąd był po­wierz­chowny i mógł oka­zać się myl­nym. Nikt jed­nak z tych ludzi nie wy­glą­dał na ta­kiego, który po­siada pi­stolet ga­zowy i używa go w po­dej­rza­nych ce­lach. Jeśli moje przy­pusz­cze­nia były słuszne i sprawa szła o skarb Hau­bit­zów, to ta­jem­ni­czego emi­sa­riu­sza Hau­bit­zów nale­żało chyba szu­kać wśród go­ści za­mieszku­ją­cych pałac po dru­giej stro­nie je­ziora.

Obiad się skończył. Wstaliśmy od stołu i po­że­gna­liśmy się grzecz­nymi ukło­nami. Każdy po­szedł w swoją stronę, to zna­czy ciotka Ze­nobia poje­chała mo­tocy­klem w stronę wsi, pan Ku­ryłło udał się na po­obiedni spa­cer do lasu, a ja i Kasia po­ma­sze­ro­wali­śmy nad je­zioro, aby zre­pe­ro­wać kajak.

Czy pły­wali­ście kie­dyś „sa­la­man­drą”? Jest to dwu­oso­bowy gu­mowy kajak pol­skiej pro­duk­cji, zło­żony z czte­rech nie­za­leż­nych ko­mór na­dmu­chi­wa­nych po­wie­trzem. Ma on wiele zalet, mie­dzy in­nymi tę, że gdy prze­dziu­rawi się jedną ko­morę, po­zo­stałe trzy utrzymują kajak na wo­dzie. Poza tym jest on sto­sun­kowo mało wy­wrotny, po­siada dwa wy­godne sie­dze­nia z gu­mo­wymi po­duszkami. Na­dmu­chuje się go też dość łatwo i szybko. Jego wady — to przede wszystkim nie­wielka zwrotność i duży cię­żar; pły­nie się nim wol­niej niż kaja­kiem z dykty. Na dale­kie rejsy ra­czej się nie na­daje, ale za to po wy­pusz­cze­niu po­wie­trza mie­ści się w worku i można go za­bie­rać na mo­to­cykl, sku­ter czy do ba­gaż­nika sa­mo­chodu.

Prze­dziu­ra­wione miej­sce sta­ran­nie oczy­ści­łem pa­pie­rem ściernym, po­sma­ro­wa­łem gumą i przy­kle­iłem łatkę, a na­stęp­nie ści­sną­łem spe­cjalną śrubą. Te­raz nale­żało po­cze­kać przy­najmniej go­dzinę, aż klej stę­żeje.

Było po­połu­dnie, słońce świe­ciło upal­nie, woda je­ziora za­chę­cała do ką­pieli. Ośrodek znowu wy­glą­dał jak wy­marły, al­bo­wiem wczaso­wi­cze gnieździli się na ma­lut­kiej plaży, skąd do­cho­dziły krzyki ką­pią­cych się.

Kasia roz­ło­żyła koc tuż nad brze­giem je­ziora i za­częli­śmy się opa­lać.

Poło­ży­łem się twa­rzą w kie­runku je­ziora. Oparłem brodę na dło­niach i po­nad tonią wody pa­trzy­łem w stronę dru­giego brzegu, gdzie na tle ciemnej zie­leni sta­rych drzew par­ko­wych wid­niała bru­natna syl­wetka pa­łacu Hau­bit­zów. Z tej odle­gło­ści pałac przy­po­minał so­pocki „Grand Hotel”. Wy­glą­dał jak brzydkie pudło zbu­do­wane z bru­nat­nej cegły.

Po­tem wzrok swój skie­ro­wa­łem w lewo, w miej­sce, w któ­rym zie­leń drzew wznosiła się naj­wy­żej. To było za­pewne owo wzgórze poro­śnięte drzewami i krza­kami, i wła­śnie tam chyba znaj­do­wały się ruiny ob­ser­wato­rium.

„Wieczo­rem po­życzę kajak od Kasi i prze­płynę je­zioro. Ka­jak ukryję w nad­brzeżnych trzci­nach, pójdę do ob­ser­wato­rium i po­sie­dzę w ru­inach do pół­nocy” — po­sta­no­wi­łem.

Słońce przyjem­nie pie­kło mnie w nagie plecy i usy­piało. Wal­cząc z ogar­nia­jącą mnie sen­no­ścią, za­py­tałem Kasię:

— Cóż to za ta­jem­nicza sza­chownica, o któ­rej mó­wił pan Ku­ryłło?

Dziew­czynka od­rze­kła lek­ce­wa­żąco:

— W każ­dym przewod­niku tury­stycznym piszą o tej ta­jem­nicy. W tych stro­nach ist­nieje kilka sta­rych ko­ściołów. Otóż na ka­miennych fra­mu­gach drzwi...

— Na por­talu — wtrą­ciłem.

— Tak jest, wła­śnie na por­talu każ­dego z tych sta­rych ko­ściołów wid­nieje znak sza­chownicy. Po pro­stu na jed­nym z ka­mieni wy­rzeź­biono sza­chownicę.

— Może to znak bu­dow­ni­czego? — po­wie­działem. — Po pro­stu jeden i ten sam bu­dow­niczy sta­wiał oko­liczne ko­ścioły. W daw­nych wie­kach rze­mieślnicy, na przy­kład złot­nicy, po­zo­sta­wiali na swych wy­ro­bach znak. Po­dob­nie było z bu­dow­ni­czymi. Ale za­zwy­czaj ten sym­bol umiesz­czali w miej­scach nie rzu­cają­cych się w oczy, nigdy na por­talu.

— Pan się zna na tych sprawach?

— Je­stem histo­ry­kiem sztuki — wy­zna­łem, bo nie wi­działem po­wo­dów, aby swój za­wód okrywać przed nią ta­jem­nicą.

— W tych oko­li­cach sporo jest róż­nego ro­dzaju zna­ków sza­chownicy — pod­jęła znowu Kasia. — Na mu­rach ko­ściołów sza­chownice są bar­dzo stare. Ale na­po­tkać można i takie, które wy­ryte zo­stały sto­sun­kowo nie­dawno. Bo ród Hau­bit­zów, któ­rzy byli wła­ści­cie­lami tych oko­lic, miał sza­chownicę w swym her­bie, a her­bem za­zna­czali każdą swoją wła­sność. Po­dobno sza­chownice wid­niały na­wet na ich por­cela­no­wej za­sta­wie sto­łowej.

— Je­steś świetnie poin­for­mo­wana — za­uwa­ży­łem.

— A tak. Pan Ku­ryłło i moja cio­cia czę­sto o tej sprawie roz­ma­wiają pod­czas po­sił­ków w sto­łówce. Naj­wię­cej o za­gadce sza­chownicy wie moja cio­cia, bo za­zna­jo­miła się z pa­nem Klausem, pa­nem We­be­rem i in­nymi, któ­rzy tu przyje­chali z Nie­miec, żeby wy­ja­śnić tę za­gadkę.

— Spe­cjal­nie po to tu przyje­chali? — za­py­tałem z po­wąt­pie­wa­niem.

— Nie sły­szał pan histo­rii o sta­rym Hau­bitzu i o ukrytych skar­bach? — zdziwiła się Kasia.

A po­nie­waż prze­cząco po­krę­ciłem głową, nie chcąc, aby wie­działa, że inte­re­suję się tą sprawą, roz­po­częła opo­wia­danie histo­rii, którą zna­łem z Księgi stra­chów.

Gdy skończyła, wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Przy­znaję, Ka­siu, że nie po­trafię się poła­pać w tej kwe­stii. Chcesz mi wmówić, że ten pan Klaus, We­ber i inni przyje­chali tutaj pew­nego pięk­nego dnia, aby od­na­leźć tę „rzecz naj­cen­niej­szą”? Bo prze­cież skar­bów Hau­bitza już tu nie ma, zo­stały prze­ka­zane do mu­zeum.

— Ich przyjazd tutaj zo­stał spo­wo­do­wany pro­ce­sem są­do­wym.

— Pro­ce­sem są­do­wym?

— A tak. Oskarżony jest pan We­ber i ga­zeta, w któ­rej on pra­cuje. Jeśli pan We­ber wy­jaśni za­gadkę sza­chownicy i od­naj­dzie tę „rzecz naj­cen­niej­szą”, zo­sta­nie uniewin­niony. Po­ma­gała mu w wy­ja­śnie­niu za­gadki pol­ska ekipa i Niemka, Hilda, która uro­dziła się w Ja­sie­niu. Jej oj­ciec był słu­żą­cym u Hau­bitza. Ona do­brze zna tę oko­licę i wie o wszyst­kich tutej­szych sza­chowni­cach. Zaś pan Klaus jest z in­nej ga­zety niż pan We­ber i przyjechał tutaj tylko w cha­rak­terze ob­ser­wa­tora. Zresztą, jak pan sły­szał przy obie­dzie, ni­czego nie udało się od­na­leźć i żad­nej za­gadki nie wy­ja­śniono. Pan We­ber pew­nie prze­gra pro­ces są­dowy. A szkoda, bo jest bar­dzo sym­pa­tyczny — wes­tchnęła Kasia.

Przez chwilę le­żeli­śmy w mil­cze­niu. W końcu Kasia po­wie­działa:

— Łatka już pew­nie przy­schła. Może wy­bie­rzemy się na wy­cieczkę?

— Zgoda — pod­nio­słem się z koca. — Po­pły­wamy twoją „sa­la­man­drą”.

Se­ba­stian, ki­wa­jąc ogo­nem po­dob­nym do ki­janki, z wielką ra­do­ścią ob­ser­wo­wał, jak na­dmu­chi­wali­śmy kajak przy po­mocy gu­mo­wego mieszka. Łatka trzymała mocno, więc od razu poło­żyli­śmy kajak na wo­dzie. Kasia po­bie­gła do domku po wio­sła. Usa­do­wili­śmy się na swoich miej­scach, dziew­czynka w środku, ja z tyłu, a Se­ba­stian usiadł na dzio­bie. Wy­sta­wił łeb po­nad burtę i roz­glą­dał się do­okoła jak ma­ry­narz pod­czas peł­nie­nia wachty.

— Od­pły­wamy! — za­wo­łałem, od­py­cha­jąc się wio­słem od brzegu. — Zło­żymy wi­zytę w pa­łacu.

— O, nie — za­pro­te­sto­wała Kasia. — Nie chcę do pa­łacu. Tam mo­żemy po­pły­nąć w każ­dej chwili. A jesz­cze nie by­łam na końcu je­ziora. Zróbmy wy­cieczkę do ruin młyna, który się na­zywa To­pie­lec. Do kola­cji zo­stało sporo czasu. Zdą­żymy po­wró­cić.

Było mi wszystko jedno, do­kąd po­pły­niemy. Od­wie­dziny ruin sta­rego młyna rów­nież mia­łem w pla­nie.

— Do­brze, miech bę­dzie To­pie­lec — zgo­dzi­łem się.

— Opowiem panu le­gendę o tym sta­rym mły­nie — rze­kła Kasia. — Niech pan teraz wio­słuje, a ja będę opo­wia­dać. Po­tem ja się we­zmę za wio­sła.

Wio­sło­wa­łem, a ona mó­wiła o ską­pym mły­narzu. Zna­łem i tę le­gendę z Księgi stra­chów, ale oczywi­ście nie uwa­ża­łem za ce­lowe zdra­dze­nie tego przed dziew­czynką.

Po kwa­dran­sie wio­sło­wa­nia roz­to­czyła się przed nami sze­roko roz­lana toń je­ziora, ze wszyst­kich stron za­mknięta wzgórzami poro­śniętymi la­sem. Im bliżej brze­gów, tym je­zioro sta­wało się płyt­sze; wi­działo się dno pełne bia­łych ka­my­ków i mu­sze­lek. Brzegi miały wą­ski pas piaszczy­stej plaży, tylko na sa­mym końcu je­ziora, gdzie wid­niały wbite w dno pale zmursza­łego po­mo­stu, ster­czała kępa wy­so­kich zie­lo­nych trzcin, a mię­dzy pniami drzew czerwie­niły się ce­glane ściany zruj­no­wa­nego domu i szare, ka­mienne ściany daw­nego młyna.

Gu­mowe dno ka­jaka za­szu­rało na pia­sku i żwi­rze. Do­bija­liśmy do brzegu.

Se­ba­stian pierwszy wy­sko­czył na pia­sek i wę­sząc ro­zej­rzał się na wszystkie strony.

— Boże, jak tu ci­cho — po­wie­działa Ka­sia, mimo woli ści­sza­jąc głos.

To nie­prawda, że było cicho. Gło­śno szemrały fale je­ziora wy­bie­ga­jące na piaszczy­sty brzeg, wrzesz­czały wrony, które miały swoje gniazda na gałę­ziach sta­rych topól. Ale w ota­cza­ją­cym nas kra­jo­bra­zie było coś nie­przyjem­nego, groź­nego i za­ra­zem nie­sa­mo­wi­tego. Miej­sce to ro­biło nie­przyjemne wra­żenie, i, jak gdyby w oba­wie przed cza­jącą się tu grozą, Ka­sia ści­szyła głos.

Przywią­zali­śmy kajak do jed­nego z pali zmursza­łego po­mo­stu i wy­sko­czy­liśmy na brzeg. Wą­ska ścieżka po­pro­wa­dziła nas w zdzi­czały ogród owo­cowy. Zie­mia była tu dobra, przed laty sta­ran­nie chyba upra­wiana, dla­tego ro­ślin­ność roz­krzewiła się nie­zwy­kle buj­nie. Szli­śmy mię­dzy wy­so­kimi do pasa po­krzywami, wi­dzie­liśmy zdzi­czałe stare ja­bło­nie i uschnięte cze­re­śnie. Tak, to chyba wła­śnie duża ilość martwych, uschnię­tych drzew, o które nikt już nie dbał, sprawiła to nie­przyjemne wra­żenie. Wśród wy­so­kiej, buj­nej zie­leni chwastów ster­czały nagie pnie i bez­listne ko­nary. Na­wet ogromne to­pole, kró­lu­jące nad tym miej­scem, miały w większo­ści uschnięte po­tężne ko­nary, na tych zaś, co jesz­cze żyły i okryły się li­śćmi, wid­niały wiel­kie wro­nie gniazda, po­dobne do po­twornych naro­śli. Czarne ptaki wciąż ko­tło­wały się nad drzewami, nie­ustannie kra­cząc.

Ścieżka skrę­ciła nad rzeczkę, zo­ba­czy­liśmy resztki daw­nego sta­widła, przez które woda przele­wała się z gło­śnym szu­mem. Tuż obok był wielki staw po­kryty grubą war­stwą rzęsy. W zie­lon­ka­wym ko­żu­chu le­żały pnie przewró­co­nych wi­chrem drzew i gniły, wy­dzielając ostrą woń. Ru­iny młyna wy­glą­dały jak wiel­kie, szare pudło, na które na­dep­nęła noga ol­brzyma. Dach za­padł się do wnę­trza, przez puste okna i drzwi wi­działo się gruz i chwasty. Po­dob­nie wy­glą­dał znaj­du­jący się tuż obok dawny dom mły­narza: czarne oczodoły okien i drzwi, za­pad­nięty dach, roz­sy­pu­jące się ściany z ce­gieł, a na po­dwó­rzu kupy gruzu, rdzewie­jące żela­stwo, kilka dziu­ra­wych bla­sza­nych be­czek.

— Dla­czego nikt nie od­bu­duje tego młyna i nie za­mieszka tutaj? — za­sta­na­wiała się gło­śno Kasia.

— W Ja­sie­niu jest nowy młyn. Pa­rowy. Wi­działem go przejeż­dża­jąc przez wio­skę — po­wie­działem. — Cóż za sens mia­łaby więc od­bu­dowa tego młyna, skoro chłopi w Ja­sie­niu mają swój, a oko­liczne pań­stwowe go­spo­dar­stwa zaj­mują się tylko ho­dowlą krów i trzody chlewnej. Od­bu­do­wać go po to, żeby stał bez­uży­tecz­nie?

Tak roz­ma­wia­jąc omi­nęli­śmy ruiny i we­szli­śmy znowu na ścieżkę, która za­pro­wa­dziła nas do drogi, i na drewniany most prze­rzu­cony nad rzeczką. Do­my­śli­łem się, że jest to droga okrą­ża­jącą je­zioro; można nią było doje­chać do pa­łacu Hau­bit­zów i do wsi, a także — jeśli poje­chało się w od­wrotną stronę — do na­szego ośrodka cam­pin­go­wego.

Po jed­nej stro­nie drogi roz­cią­gał się zdzi­czały ogród uto­pio­nego mły­narza, a po dru­giej — roz­po­czy­nał się so­snowy bór, do­łem zaro­śnięty lesz­czyną i krza­kami ja­łowca.

Raptem Se­ba­stian z gło­śnym szczeka­niem rzucił się w krzaki. Za­cie­ka­wieni po­bie­gli­śmy za jam­ni­kiem, od­chy­lili­śmy zaro­śla, skąd wciąż do­cho­dziło do nas na­szczeki­wa­nie. I oto zo­ba­czy­liśmy czarny mo­to­cykl z przy­czepą, a obok niego... ciotkę Ze­nobię, która ze zło­ścią opę­dzała się od Se­ba­stiana, wi­tają­cego ją we­so­łymi pod­sko­kami.

— Ten pies jest okropny — bur­czała Ze­nobia. — Zja­wia się zaw­sze nie w porę. Pa­trzcie, jak mnie wy­tropił. Ni­czym mili­cyjny owczarek.

— To cio­cia się tutaj ukryła? — za­py­tała zdu­miona Ka­sia.

— Nie — od­po­wie­działa ze zło­ścią. — Przyje­cha­łam tu tak, jak i wy. Na spa­cer. Ale wcale nie pra­gnę ni­czy­jego towa­rzy­stwa — to mó­wiąc spoj­rzała na mnie nie­chęt­nie.

— Nie bę­dziemy pani prze­szka­dzać — rze­kłem i od­wró­ciłem się, aby odejść w stronę ruin. Lecz w tym mo­men­cie zo­ba­czy­łem mie­dzy drzewami sza­rego tau­nusa pana Klausa.

Sa­mo­chód stał w prze­siece le­śnej pro­wa­dzą­cej od drogi oka­lają­cej je­zioro.

— Nie bę­dziemy pani prze­szka­dzać — po­wtó­rzy­łem — tym bar­dziej że, zdaje się, pani jest tu w czyimś towa­rzy­stwie.

Ciotka Ze­nobia po­bie­gła spoj­rze­niem za moim wzrokiem i zro­zu­miała, kogo mam na myśli. Prze­cząco po­krę­ciła głową.

— Pan się myli. Przyje­cha­łam tu sama i z ni­kim się tu nie umówi­łam. Jadąc drogą za­uwa­ży­łam w prze­siece sa­mo­chód pana Klausa, więc za­trzyma­łam się. Ale sa­mo­chód jest pusty, pan Klaus za­pewne po­szedł na spa­cer w głąb lasu.

— I dla­tego swój mo­to­cykl ukryła pani w ja­łow­cach? — za­py­tałem z iro­nią.

Znowu ze zło­ścią tupnęła nogą.

— Co to pana ob­cho­dzi? Mogę ro­bić, co mi się po­doba.

Wziąłem Kasię za rękę.

— Chodźmy do ka­jaka — rze­kłem. — Rze­czy­wi­ście, nic mnie to wszystko nie ob­cho­dzi.

— Ci­cho — syk­nęła Ze­nobia.

Chwyciła Se­ba­stiana, ob­jęła mu dłońmi mordkę, żeby nie za­szczekał, i czmych­nęła w krzaki, gdzie stał jej mo­to­cykl.

— Chodźcie tutaj. Prę­dzej — szeptała z ja­łow­ców. — Czy nie wi­dzi­cie, że nad­cho­dzi ta Hilda?

Zro­biłem obu­rzoną minę, ale i ja ukryłem się w krza­kach, po­cią­gając za sobą Kasię. Szepną­łem do Ze­nobii z uda­nym gniewem:

— Nie wy­daje mi się, aby czymś przy­zwo­itym było kry­cie się w ja­łow­cach i pod­pa­try­wa­nie bliź­nich. Uważam się za dżentel­mena.

— Tere-fere-kuku! W To­pielcu znaj­duje się jedna z ta­jem­ni­czych sza­chownic. A Klaus i Hilda to uta­jeni wro­go­wie, ro­zu­mie pan? Nie ulega dla mnie wąt­pli­wo­ści, że ona przy­szła tutaj śle­dzić Klausa.

— A my śle­dzimy ją — burkną­łem. — Nic z tego nie ro­zu­miem...

— No, widzi pan? — triumfu­jąco szepnęła Ze­nobia. — Ma pan umysł tak samo nie­wy­gim­na­sty­ko­wany, jak mię­śnie.

Nic się nie ode­zwałem, bo u wy­lotu prze­sieki zo­ba­czy­łem szczupłą bru­netkę, idącą wolno w na­szym kie­runku. Z kry­jówki wi­działem, że jest to bar­dzo ładna, naj­wy­żej trzy­dzie­sto­letnia ko­bieta o gładko za­cze­sa­nych wło­sach, upiętych z tyłu w kok. Miała na sobie szare spodnie i białą blu­zeczkę, na jej ra­mie­niu koły­sał się apa­rat foto­gra­ficzny. Idąc, uważnie roz­glą­dała się na wszystkie strony. Gdy zbli­żyła się do sto­ją­cego sa­mo­chodu, w prze­siece uka­zał się Klaus. Nad­szedł od strony ruin sta­rego młyna.

— O — zdu­miał się na jej wi­dok. — Wi­tam panią — po­zdrowił ją po nie­miecku i w tym ję­zyku cią­gnął dalej roz­mowę: — Przy­szła tu pani na spa­cer czy na jesz­cze jedno spo­tka­nie z ta­jem­niczą sza­chownicą?

— Nie zgadł pan. Przy­szłam tutaj dla pana.

— O — jesz­cze bar­dziej zdu­miał się Klaus. — Wy­da­wało mi się, że nie darzy mnie pani sym­patią.

— Wła­śnie dla­tego tu przy­szłam. Sie­działam na ta­rasie ka­wiarni pa­ła­co­wej i wi­działam, jak skie­rował pan swój sa­mo­chód na drogę leśną do młyna. Po­my­śla­łam: Po co pan Klaus tam je­dzie? To prze­cież miej­sce dzi­kie, od­ludne, ro­man­tyczne, a pan Klaus, o ile zdo­łałam się zo­rientować, nie ma ro­mantycz­nego uspo­so­bie­nia. Więc, po­wo­do­wana cie­ka­wo­ścią, po­szłam na spa­cer w tę stronę.

— I co pani zo­ba­czyła? — spy­tał iro­nicz­nie Klaus.

— Pan je­chał sa­mo­cho­dem, a ja szłam pie­chotą. Nic dziwnego, że przy­szłam za późno. Pan, zdaje się, ma już za­miar wra­cać do pa­łacu.

— Owszem. I chęt­nie panią pod­wiozę. Czuję się w ja­kimś stop­niu zo­bo­wią­zany, że z po­wodu mojej skromnej osoby zro­biła pani taki szmat drogi. Nie chciałbym, aby pani znowu mu­siała po­wtó­rzyć swój marsz. Za­spo­koję rów­nież pani cie­ka­wość. Przyje­cha­łem tutaj, aby jesz­cze raz obej­rzeć jedną z tych sza­chownic, które naro­biły tyle kło­potu.

— Nie wie­rzę panu. I nie sko­rzy­stam z pana sa­mo­chodu — od­rze­kła chmurnie Hilda.

Klaus wzruszył ra­mio­nami.

— Nie umie pani prze­gry­wać, panno Hildo. A ten, który nie po­trafi przyjąć klę­ski, nigdy nie zwy­cięży. Nie po­trafi się pani po­go­dzić z fak­tem, że po tygo­dniowych po­szu­ki­wa­niach wra­camy z ni­czym do Nie­miec. Jak pani wie, ja od po­czątku nie wie­rzy­łem w ist­nie­nie tego pa­mięt­nika. W tam­tych cza­sach była pani ośmiolet­nią dziew­czynką i pewne sprawy zu­peł­nie ina­czej wy­glą­dały w pani oczach. A na­wet jeśli ten pa­mięt­nik rze­czy­wi­ście ist­niał, to prze­cież do dziś nie po­zo­stał po nim na­wet ślad. Za­gad­kowe słowa sta­rego Hau­bitza można ro­zu­mieć wie­lo­znacznie, a żadna z na­po­tka­nych przez nas sza­chownic nie pro­wa­dzi do skrytki. Szkoda, że nie po­my­ślała pani wcześniej o tych wszyst­kich sprawach. Na­raziła pani na szwank dobre imię czło­wieka, na­ro­biła pani wiele kło­po­tów panu We­be­rowi i jego re­dak­cji. Prze­gra­cie ten pro­ces. Rozma­wiam teraz z pa­nią zu­peł­nie szczerze, sta­ram się być obiek­tywny, choć ga­zeta, w któ­rej pra­cuję, po­pie­rała i po­piera Hau­bitza. Stwier­dzam: w ta­kich sprawach trzeba być nie­zwy­kle ostrożnym. Go­ło­słownymi oskarże­niami można zro­bić wię­cej szkody niż po­żytku.

Otworzył drzwiczki swego sa­mo­chodu.

— Pro­szę, może pani jed­nak wsiądzie — zro­bił za­pra­sza­jący gest ręką.

— Nie — od­parła twardo Hilda.

Klaus wsiadł do swego wozu, za­pu­ścił silnik i po chwili od­je­chał w stronę pa­łacu.

I wła­śnie wtedy Se­ba­stian wy­rwał się z rąk Ze­nobii. Ze szczeka­niem rzucił się w ślad za sa­mo­cho­dem.

— O, Boże! — prze­stra­szyła się Hilda, tak rap­tow­nie Se­ba­stian wy­sko­czył z krza­ków i nie­mal wpadł jej pod nogi.

— On nie gry­zie — po­wie­działem po nie­miecku, wy­cho­dząc z kry­jówki w ja­łow­cach.

Podły Se­ba­stian zdra­dził nasz schowek, nie było sensu ukrywać się dalej. Usły­sza­łem gło­śne zło­rze­cze­nie Ze­nobii, która obda­rzała Se­ba­stiana ob­raź­li­wymi epi­te­tami, a po­tem zapu­ściła silnik swego straszliwie ja­zgo­czą­cego mo­tocy­kla. Klu­cząc mię­dzy drzewami odje­chała z okropnym hała­sem; nie ra­czyła na­wet po­wie­dzieć nam „do wi­dze­nia”.

Kasia wy­lazła z ja­łow­ców i za­gwizdała na psa.

Zbli­ży­łem się do Hildy i skło­niw­szy się, po­wie­działem:

— Prze­pra­szam, że by­łem mi­mo­wol­nym świad­kiem roz­mowy z pa­nem Klausem. Wy­daje mi się, że mógłbym się oka­zać pani po­moc­nym...

Ob­rzu­ciła mnie spoj­rze­niem peł­nym po­gardy.

— Mi­mo­wol­nym świad­kiem roz­mowy — po­wtó­rzyła z drwiną. — Niech pan po­wie od razu, że pod­słu­chi­wali­ście. To bar­dzo brzydkie, pro­szę pana.

I od­wró­ciw­szy się ple­cami, po­ma­sze­ro­wała prze­sieką, mi­jając Se­ba­stiana, który zre­zy­gno­wał z go­nitwy za sa­mo­cho­dem i wra­cał do Kasi, wy­wa­liw­szy swój długi, czerwony ozór.

Po­dra­pa­łem się w głowę.

— Nie, to nie — mrukną­łem.

Wy­da­wało mi się, że mógłbym po­wie­dzieć Hil­dzie coś, co by ją za­pewne bar­dzo za­inte­re­so­wało. Ale ona po­czuła się do­tknięta fak­tem, że pod­słu­chi­wali­śmy. I my­ślę, że miała rację, oka­zując mi swoją wzgardę.

Było mi bar­dzo nie­przyjem­nie z tego po­wodu. Czułem nie­smak i nie­chęć do sie­bie za to, że da­łem się Ze­nobii na­kło­nić do pod­słu­chi­wa­nia. Nie­stety, za późno już było, aby zmienić ten przy­kry fakt.

Wes­tchnąłem ciężko i rze­kłem do Kasi:

— A teraz po­szu­kajmy ta­jem­ni­czej sza­chownicy, która po­dobno znaj­duje się w To­pielcu.

Szu­kali­śmy długo, pe­ne­trując ruiny młyna. A sza­chownica znaj­do­wała się na brzegu je­ziora, w po­bliżu miej­sca, gdzie wy­lą­do­wali­śmy „sa­la­man­drą”.

Była wy­ryta na wiel­kim, gra­nito­wym gła­zie na­rzu­to­wym, o który z ci­chym sy­kiem roz­bijały się fale je­ziora.

— Jak pan sądzi, może skrytka jest pod tym gła­zem? — spy­tała na­iwnie Kasia.

Ro­ze­śmiałem się.

— Cóż to mu­siałby być za ol­brzym, żeby unieść głaz i schować coś pod nim. Z jed­nej strony głazu jest woda, a z dru­giej tak wil­gotno, że każda rzecz tu za­ko­pana ule­głaby na­tychmia­sto­wemu zniszcze­niu. Nie, moja droga. Ta sza­chownica nie kryje żad­nej ta­jem­nicy.

— A po co ją tutaj wy­ryto?

— Prawdo­po­dob­nie wła­śnie w tym miej­scu koń­czyły się grunty ma­jątku Hau­bit­zów. Głaz z sza­chownicą to znak gra­niczny. Od tego miej­sca miał swoją zie­mię mły­narz, który się uto­pił, a lasy z tej strony je­ziora nale­żały do pań­stwa.

W za­my­śle­niu przy­pa­try­wa­łem się wy­rytej na gła­zie sza­chownicy, pierwszej, jaką spo­tka­łem po swym przyjeź­dzie do Ja­sie­nia. Jed­no­cze­śnie myśl moja krą­żyła wo­kół me­talo­wej tu­lejki zna­le­zio­nej przez chłopców w ru­inach ob­ser­wato­rium. My­śla­łem o Klausie, Hil­dzie i o dziwnym za­cho­wa­niu pięk­nej Ze­nobii.

Hilda wy­ja­śniła szczerze po­wód swego przyjścia do To­pielca. Po pro­stu śle­dziła Klausa, któ­rego uwa­żała za swego prze­ciw­nika. A Ze­nobia? Co ją sprowa­dziło do To­pielca?

A może przy­była tutaj na spo­tka­nie z Klausem i zja­wie­nie się moje wraz z Ka­sią prze­rwało lub uniemoż­li­wiło im spo­tka­nie? Czemu jed­nak kryli się z tą sprawą, czemu na miej­sce spo­tka­nia wy­brali młyn, a nie, na przy­kład, taras ka­wiar­niany? Dla­czego każde z nich przyje­chało tutaj od­dzielnie?

I jesz­cze jedno pyta­nie na­rzu­cało mi się z ogromną siłą: czemu Ze­nobia ukryła się w ja­łow­cach, gdy zo­ba­czyła nad­cho­dzącą Hildę, a po­tem zmu­siła mnie do pod­słu­chi­wa­nia jej roz­mowy z Klausem?

Nie znaj­do­wa­łem od­po­wie­dzi na żadne z tych pytań. A nad moją głową, w uschnię­tych gałę­ziach sta­rych to­poli, po­nuro skrzeczały stada wron. Ich wrzask mącił myśli i prze­nikał mnie nie­po­ko­jem.

 


ROZDZIAŁ PIĄTY [top]

IDEAŁY ZENOBII • CZY MĘŻA ZDOBYWA SIĘ PRZY POMOCY DŻUDO? • NOCNA WYPRAWA • TAJEMNICZY OSOBNIK • CO SIĘ ZDARZYŁO W PAŁACOWYM PARKU

 

Wie­czo­rem za­czął pa­dać deszcz. Sie­działem sa­mot­nie na ta­rasie pała­co­wej ka­wiarni pod kolo­ro­wym para­so­lem i ten deszcz zmu­sił mnie do szybkiego za­pła­cenia ra­chunku. Po­byt w ka­wiarni oka­zał się zresztą dla mnie zu­peł­nie ja­łowy, nikt z gości nie zwrócił mojej uwagi. Byli to przeważ­nie cze­scy tury­ści, nie zo­ba­czy­łem ani Klausa, ani Hildy. Do­piero pod ko­niec mej byt­ności na ta­rasie pod pałac zaje­chał ogromny nie­bie­ski ford ze szwajcar­ską reje­stra­cją. Wy­siadł z niego przy­stojny blon­dyn w moim wieku, nad­biegł por­tier i za­czął z sa­mo­chodu wy­nosić wa­lizki. In­nymi słowy, do pa­łacu przy­był nowy gość, tym ra­zem aż ze Szwajcarii.

I wtedy do­strzegłem wy­cho­dzącą z pa­łacu Ze­nobię. Na chwilę przy­sta­nęła oglą­dając wspania­łego forda, po­tem cie­ka­wie zerk­nęła na przy­stoj­nego Szwajcara. Wreszcie i mnie za­uwa­żyła, gdy umy­kając przed desz­czem za­pła­ciłem ra­chu­nek i zbie­głem po schodach ta­rasu.

— Chwi­leczkę — ode­zwała się do mnie. — Niech pan za­czeka. Pod­wiozę pana swoim mo­tocy­klem. Pada deszcz, a pan jest wą­tłego zdrowia.

— Bła­gam panią, niech się pani nade mną nie lituje — warkną­łem z gniewem.

Nie­dbale machnęła ręką, co miało za­pewne zna­czyć, że na­wet jej litość nie­wiele zdoła zmienić moją sytu­ację.

Wskazała nie­bie­skiego forda.

— Piękny, prawda? Nie to, co pań­ski gru­chot. Cie­kawa je­stem, z ja­kiej czę­ści Szwajcarii po­cho­dzi wła­ści­ciel sa­mo­chodu. Je­śli z tej, gdzie mó­wią po fran­cu­sku, to nie będę się z nim mo­gła poro­zu­mieć. Bo ja znam tylko nie­miecki i an­giel­ski.

— Zdu­miewa mnie pani za­inte­re­so­wa­nie cu­dzo­ziemcami...

— Może mam za­miar wy­dać się za mąż za ja­kie­goś przy­stoj­nego cu­dzo­ziemca?

— Nie ma co. Wspaniałe ide­ały — burkną­łem.

Nie­spo­dziewa­nie chwyciła mnie za ło­kieć, jed­no­cze­śnie kła­dąc swoją stopę tuż za moją nogą. Po­pchnęła mnie lekko i... już le­ża­łem na tra­wie koło ta­rasu.

Któ­ryś z gości roze­śmiał się gło­śno, gdy nie­zgrabnie gra­mo­liłem się.

— Przy po­mocy chwytów dżudo nie wy­cho­dzi się za mąż — po­wie­działem z wściekło­ścią.

I po­ma­sze­ro­wa­łem przed sie­bie, wy­bie­rając ra­czej zmoknie­cie niż jazdę mo­tocy­klem. Ale Ze­nobia wy­cią­gnęła z ja­kie­goś kąta swój straszliwy mo­to­cykl i do­go­niła mnie. Przy­sta­nęła i wskazała mi miej­sce w przy­cze­pie.

— Pani się nade mną znęca — rze­kłem.

— O, nie. Pan się myli. Po pro­stu sta­ram się zro­bić z pana męż­czy­znę. Myli się pan rów­nież co do mo­ich ide­ałów. Wciąż no­szę w sobie na­dzieję, że kie­dyś spo­tkam ja­kie­goś nie­zwy­kłego czło­wieka. Przywi­tam się z nim, spró­buję za­sto­so­wać wo­bec niego któ­ryś z naj­bar­dziej zdra­dli­wych chwytów dżudo. A on nic, ani drgnie. Okaże się, że zna dżudo le­piej ode mnie. W takim czło­wieku po­tra­fiła­bym się za­ko­chać.

— Och, to chyba nic trud­nego. Znam kilku mi­strzów dżudo.

Spoj­rzała na mnie groź­nie.

— Je­śli pan nie prze­sta­nie szy­dzić, za chwilę znowu znaj­dzie się pan na ziemi.

Z ubo­le­wa­niem po­ki­wa­łem głową.

— Je­stem zdany na pani łaskę i nie­łaskę. Ale czy nigdy nie przy­szło pani na myśl, że duże zna­cze­nie w życiu mają takie ce­chy, jak: inte­li­gen­cja, wy­kształce­nie, cha­rak­ter czło­wieka i tym po­dobne?

— Owszem — ski­nęła głową. — Ale dżudo też warto znać. Jedno dru­giemu nie prze­szka­dza. No, nie­chże pan siada. Nie zro­bię panu krzywdy — po­wie­działa ła­ska­wie.

Deszcz lał coraz większy, więc za­miast unieść się ho­no­rem, wla­złem jed­nak do przy­czepy i da­łem się za­wieźć do na­szego ośrodka cam­pin­go­wego. Roz­stali­śmy się w poto­kach desz­czu, po­wie­dzie­liśmy sobie chłodno „Do wi­dze­nia” i znik­nęli­śmy w swoich dom­kach.

Od­su­ną­łem za­słonkę w ma­ciu­peń­kim okienku i stwierdzi­łem, że u pana Ku­ryłły, który był moim są­sia­dem po lewej stro­nie, pali się światło. „Po­strach ga­stro­no­mii” za­pewne przy­go­to­wy­wał się do snu albo czy­tał książkę.

Tej nocy za­mie­rza­łem zło­żyć wi­zytę w ru­inach ob­ser­wato­rium, ale pora wy­da­wała mi się jesz­cze zbyt wczesna. Była do­piero dziewiąta, na­le­żało na wy­prawę wy­ru­szyć już po jede­na­stej, gdy wszyscy w ośrodku będą spali. Nie chciałem, aby kto­kol­wiek za­uwa­żył, że za­miast spać, od­by­wam nocne włó­częgi po oko­licy.

Deszcz cią­gle bęb­nił po da­chu mo­jego domku. Wy­jąłem z wa­lizki cie­pły swe­ter, wciągną­łem na sie­bie czarne ob­cisłe spodnie, przy­go­to­wa­łem prze­ciw­desz­czową pele­rynę. Spraw­dzi­łem też, jak działa moja elek­tryczna la­tarka.

I ogar­nęły mnie wąt­pli­wo­ści, czy w taką plu­chę warto pły­nąć na drugą stronę je­ziora. Prze­cież to już siódmy dzień mijał od dziwnej przy­gody Wie­wiórki. Ta­jem­niczy osobnik lub osobnicy, któ­rzy do­ko­ny­wali tam wówczas ja­kiejś po­dej­rza­nej czynności, być może za­koń­czyli już swoje za­danie i znik­nęli stąd na zaw­sze... A zresztą, czy w taką plu­chę chciałoby się im gra­so­wać w ru­inach ob­ser­wato­rium?

„Tak — od­po­wie­działem na swoje wąt­pli­wo­ści. — Gdy­bym był zło­czyńcą, wła­śnie taką noc wy­brał­bym na od­wie­dze­nie ruin, przewi­dując, że będę tam mógł działać spo­koj­nie i bez­piecznie”.

Poło­ży­łem się więc na swoim wy­rku, na­kry­łem ko­cem i spró­bo­wa­łem się zdrzemnąć, aby pod­czas noc­nej wy­prawy móc za­cho­wać pełną trzeźwość.

Obu­dzi­łem się na krótko przed dwu­nastą. Po ci­chutku ode­mknąłem drzwi i wy­sze­dłem na dwór. Okno domku pana Ku­ryłły było już ciemne, nie świe­ciło się także u Ze­nobii. „Sa­la­man­dra” Kaśki le­żała na tra­wie mię­dzy jej do­mem a moim, wio­sło stało oparte o ścianę. Za­nio­słem kajak nad wodę i po chwili pły­ną­łem przez je­zioro — czarne od nocy i desz­czu.

Gę­sty, nie­prze­nik­niony mrok utrudniał orientację, wkrótce znik­nął mi z oczu brzeg z ośrodkiem cam­pin­go­wym, a prze­ciw­legły po­zo­stał nie­wi­doczny. Pły­ną­łem więc nie­mal po omacku, roz­gar­nia­jąc równo wodę, aby kajak szedł pro­sto i za­niósł mnie do celu. Jazda w ciemności wy­da­wała się długa, jak gdy­bym nigdy nie miał dobić do brzegu. Do­okoła wciąż zale­gała noc i szemrał deszcz. Po ja­kimś cza­sie za­czą­łem się oba­wiać, że kajak jed­nak zbo­czył z kursu i płynę wzdłuż brze­gów aż na ko­niec je­ziora, do młyna To­pie­lec.

Pra­co­wa­łem wio­słem nie­ustannie, lecz drugi brzeg wciąż po­zo­sta­wał nie­wi­doczny. Było tak ciemno, że le­dwo wi­działem dziób „sa­la­man­dry”. Toń je­ziora wy­da­wała się prze­pa­ścią, do­zna­wa­łem wra­żenia, że za chwilę wy­chylą się z niej dłu­gie ośli­złe macki, owiną się wo­kół mej szyi i po­cią­gną mnie w głę­binę.

Opis takiej sceny czy­tałem nie­dawno w jed­nej z ksią­żek an­giel­skiego pi­sarza, Iana Flem­minga. Bo­hater jego po­wie­ści, nie­ustra­szony Ja­mes Bond, agent nr 007 an­giel­skiego wy­wiadu — wal­czył z po­tworną pięt­na­sto­me­trową ośmior­nicą. Ech, z kim ten Bond nie wal­czył i ko­góż nie zwy­cię­żał! Zli­kwi­do­wał straszli­wego Chiń­czyka zmienia­ją­cego tory ame­ry­kań­skich rakiet ko­smicz­nych, uni­ce­stwił szajkę, która chciała na­pro­mie­nio­wać i zniszczyć ame­ry­kań­skie za­pasy złota. Bo — wy­znać to trzeba — nie­ustra­szony i nie­zwy­cię­żony Ja­mes Bond naj­czę­ściej uni­ce­stwiał nie­sa­mo­wite spi­ski, które za­chod­niemu światu rze­komo go­tował świat so­cjali­styczny, co zresztą, po­dob­nie jak owa ogromna ośmior­nica, ist­niało li tylko w wy­obraźni lite­rac­kiej Iana Flem­minga.

Spo­pula­ry­zo­wana przez film po­stać Ja­mesa Bonda stała się bo­żysz­czem wielu ludzi na Za­cho­dzie, zro­dziła na­wet zja­wi­sko zwane „bondo­ma­nią”. Nie­któ­rzy mło­dzi lu­dzie za­częli nosić ko­szule a la Bond, kra­waty a la Bond, chu­s­teczki, pi­dżamy, port­fele, wszystko — a la Ja­mes Bond. Ów nie­zwy­kły bo­hater po­sia­dał ogromną siłę, zręczność i in­teli­gen­cję, dzięki któ­rym zaw­sze cało wy­cho­dził z wszelkich opre­sji. Miał on rów­nież nie­zwy­kły sa­mo­chód kulo­od­porny, z wmonto­wa­nymi tara­nami po­zwalają­cymi mu przewra­cać naj­większe prze­szkody.

„Ciekawy je­stem — po­my­śla­łem — co po­wie­działby Ja­mes Bond, gdyby zo­ba­czył mój po­kraczny we­hikuł?”

Prze­rwa­łem roz­my­śla­nia. Oto z pra­wej burty za­ma­ja­czyła w ciemno­ściach czarna ściana, ciemniej­sza od tła ota­cza­jącej mnie nocy. Zbli­ża­łem się do dru­giego brzegu je­ziora Ja­sień.

Wpłyną­łem w za­toczkę za­ro­śniętą wy­so­kimi trzci­nami. Wy­sko­czy­łem na brzeg i ka­jak wciągną­łem w krzaki wi­kliny. O kilka kro­ków dalej ukryłem w krza­kach rów­nież i wio­sło.

Mrok i deszcz wciąż utrudniały orientację, nie mia­łem poję­cia, któ­rędy nale­żało iść do ob­ser­wato­rium. Po­sta­no­wi­łem więc ru­szyć wzdłuż brzegu aż do parku pała­co­wego. Za­pa­mię­tałem z Księgi stra­chów, że tam­tędy — aleją par­kową — naj­ła­twiej było do­stać się do ruin.

Szybkim kro­kiem ma­sze­ro­wa­łem nad jezio­rem. Krzaki się prze­rze­dziły, tra­fiłem na aleję wy­sa­dzoną sta­rymi gra­bami, która koń­czyła się u stóp nie­wy­so­kiego wzgórza. A więc mimo ciemności zdo­łałem zna­leźć ścieżkę na wzgórze, krętą, pro­wa­dzącą wśród krza­ków i drzew.

Teraz zwolniłem tempo mar­szu. Gdy­bym się po­tknął o ka­mień lub ko­rzeń, a pełno ich było pod no­gami, ktoś mógłby to usły­szeć po­mimo sze­lestu wy­wo­ła­nego desz­czem.

Na­le­żało być ostrożnym i czuj­nym. Moja ob­szerna pele­ryna, po któ­rej spływały strużki wody, nie­kiedy ocie­rała się o gałę­zie krza­ków, zdjąłem ją więc i zwi­nąw­szy, wsa­dzi­łem sobie pod pa­chę.

Tak jak opi­sano w Księ­dze stra­chów — ścieżka miała kilka za­krę­tów. Raptem krzaki roz­stą­piły się i uj­rza­łem czarny łuk nad swoją głową: resztkę skle­pio­nej bramy ob­ser­wato­rium. Mi­ną­łem ją i wkroczy­łem na ka­mienny po­dwó­rzec. Stąd można się było do­stać do głównej czę­ści ob­ser­wato­rium. Ale w mroku, bez za­pale­nia la­tarki, wąt­piłem, czy zdo­łam tam trafić. Przy­cza­iłem się więc pod mu­rem i na­słu­chi­wa­łem. Po­sta­no­wi­łem, że je­śli nie za­uważę ni­czego po­dej­rza­nego, na chwilę po­służę się la­tarką.

Sły­sza­łem tylko mo­no­tonny szmer desz­czu na sta­rych mu­rach. Już mia­łem przy­ci­snąć guzik la­tarki, gdy nagle do­biegł mnie jakiś stuk. Jak gdyby od mu­rów ode­rwał się drobny ka­mień i grze­cho­cząc spadł na zie­mię. Wstrzy­ma­łem od­dech i na­słu­chi­wa­łem, lecz stuk nie po­wtó­rzył się wię­cej.

I znowu już nie­mal zde­cy­do­wa­łem się przy­ci­snąć guzik la­tarki, gdy za bramą w krza­kach coś gło­śno za­sze­le­ściło. Może zbu­dził się jakiś ptak? Sze­lest po­wtó­rzył się, jak gdyby coś du­żego prze­dzie­rało się przez gęste li­sto­wie. Po­tem za­padła cisza...

Grzechot spa­dają­cego ka­mie­nia dole­ciał do mnie z przodu, sze­lest liści usły­sza­łem za swymi ple­cami. Do­sze­dłem do wniosku, że je­stem prze­sad­nie czujny. Noc w ru­inach, w są­siedztwie gę­stych krza­ków, zaw­sze przy­nosi po­dobne od­głosy. Deszcz roz­mywa stare mury, w krza­kach bu­szują jeże. Jeśli będę tak cią­gle wsłuchi­wał się w nocne głosy, nie zro­bię na­wet kroku, nie zwiedzę ruin.

Przetarłem po­wieki. Czyżby wzrok zmę­czył mi się od nie­ustannego wpa­try­wa­nia się w ciemność? Po dru­giej stro­nie, po­dwó­rza mury jak gdyby poja­śniały. Wy­raź­nie wi­działem już otwór pro­wa­dzący do są­sied­nich po­mieszczeń, a prze­cież przed chwilą cała tamta strona po­zo­sta­wała mroczna. Może noc sta­wała się wid­niej­sza?

Otwór wciąż ja­śniał, na­bie­rając żół­ta­wego od­cie­nia. Ktoś nad­cho­dził świe­cąc la­tarką. Był w bocznych po­mieszcze­niach ob­ser­wato­rium, ale otwór wyj­ścia go­rzał już żół­tym bla­skiem elek­trycznego światła, jesz­cze chwila i ten ktoś znaj­dzie się na po­dwó­rzu.

Czmych­ną­łem za bramę i wci­sną­łem się w krzaki.

Wy­chy­liw­szy nieco głowę, mo­głem wi­dzieć przez bramę duży fragment po­dwórca.

Przez otwór z bocznych po­mieszczeń wy­szedł ktoś z sil­nym re­flektorem. Sze­roki krąg światła peł­zał po mu­rach, wę­dro­wał od ziemi do szczytu, jak gdyby ów ktoś szu­kał na ce­głach ja­kie­goś na­pisu lub znaku. Nie wi­działem go, bo re­flektor był tak skon­stru­owany, że ten, kto go uży­wał, po­zo­sta­wał w ciemności, wy­pusz­cza­jąc tylko z dłoni długi i ostry pro­mień bla­sku.

„Boże drogi — za­sta­na­wia­łem się go­rącz­kowo — co to wszystko ma zna­czyć?”

Ty­dzień już minął od przy­gody Wie­wiórki. Czyżby co noc przy­cho­dził tu ktoś i świe­cąc la­tarką szu­kał cze­goś na mu­rach? Dla­czego nie robi tego w ciągu dnia? Do­stęp do ruin jest swo­bodny, każdy może je od­wie­dzić, ile razy ze­chce, i spę­dzać w nich tyle czasu, ile mu się po­doba. Za dnia chyba ła­twiej od­na­leźć znak na mu­rach, a po­szu­ki­wa­nia nie wzbudzą ni­czy­jego po­dej­rze­nia. Dla­czego więc po­na­wia on swoje od­wie­dziny?

Za­mar­łem i głę­biej wci­sną­łem się w li­sto­wie. Zga­sło światło na po­dwórcu. Usły­sza­łem zbli­ża­jące się kroki, ta­jem­niczy osobnik prze­szedł pod łu­kiem bramy i skie­rował się na ścieżkę. Gdy mijał mnie, od­da­lony zale­dwie o trzy kroki, zo­ba­czy­łem czarny, nie­przema­kalny płaszcz z kap­tu­rem. Twarz po­zo­sta­wała nie­wi­doczna, zresztą mrok nie po­zwo­liłby roz­po­znać ry­sów.

Ta­jem­niczy osobnik szedł dość szybko, wkrótce zna­lazł się za trze­cim za­krę­tem ścieżki. Wtedy ostrożnie opu­ści­łem krzaki i za­czą­łem skra­dać się za nim.

„Do­kąd on idzie? Czyżby do pa­łacu?” — za­sta­na­wia­łem się.

Już wszedł w alejkę par­kową, sły­sza­łem wy­raź­nie zgrzyt żwiru pod jego bu­tami.

Deszcz i ciemność oka­zały się teraz moimi sprzymie­rzeń­cami. Szmer desz­czu za­głu­szał moje kroki, a ciemność czy­niła mnie nie­wi­docznym. Aleje parku obra­stały grube graby, bie­głem od pnia do pnia, wciąż po­zo­stając w dość bli­skiej odle­gło­ści od ta­jem­ni­czego osobnika. A on szedł szybkim kro­kiem, nie­świadomy, że skra­dam się za nim.

„Idzie do pa­łacu” — skon­sta­to­wa­łem, gdy już przed nami za­ma­ja­czyła czarna, ogromna syl­wetka. Okna pa­łacu były ciemne, paliła się tylko latar­nia nad głównym wej­ściem. Wy­da­wało mi się, że ta­jem­niczy osobnik zmie­rza wprost do drzwi. Ale nie, przy­sta­nął, jak gdyby za­wa­hał się. Po­tem nagle skrę­cił w boczną aleję i za­czął od­dalać się od pa­łacu. Szedł znowu w głąb parku.

Aleja koń­czyła się przed ni­skim ka­miennym mu­rem, który obie­gał nie­mal cały park pała­cowy. Na chwilę za­bły­sło światło. Ta­jem­niczy osobnik za­pewne szu­kał do­god­nego przejścia przez mur. Po­tem zga­sił la­tarkę, wspiął się na ka­mie­nie i znik­nął po dru­giej stro­nie.

Zro­biłem do­kład­nie to samo co on. W tym sa­mym, miej­scu wspiąłem się na ka­mie­nie i prze­sko­czy­łem przez mur. Lecz gdy sta­ną­łem po dru­giej stro­nie, rap­tem silne ręce chwyciły moją głowę, czy­jaś dłoń przy­ci­snęła mi coś do ust. Ogarnął mnie du­szący, okropny za­pach, za­bra­kło mi tchu. Szarpną­łem się raz i drugi, ale uścisk nie ustę­po­wał. Du­sząc się, chwyciłem w płuca ów mdlący za­pach i wy­da­wało mi się, że lecę gdzieś w prze­paść, w czarną toń je­ziora. Stra­ciłem przytom­ność.

 


ROZDZIAŁ SZÓSTY [top]

MAJACZENIA I RZECZYWISTOŚĆ • NIEZWYKŁE SPOTKANIE • WIEMY, ŻE NIC NIE WIEMY • DEMASKATORSKA SZTUKA SEBASTIANA • PROPOZYCJA PANA KURYŁŁY • ZŁOTO, PAMIĘTNIK CZY BRYLANTY?

 

Nie wiem, jak długo le­ża­łem bez świado­mo­ści. Po­tem za­częły mnie drę­czyć dziwne ma­jaki. Wy­da­wało mi się, że ktoś szpera w mych kie­sze­niach i świeci mi w oczy la­tarką.

Wreszcie, jakby zza gru­bej ściany, usły­sza­łem wo­łanie Wie­wiórki i Tella: „Pa­nie To­ma­szu! Panie To­ma­szu! Niech się pan zbu­dzi!” Ale było to chyba złu­dze­nie, bo znowu za­pa­dłem w mrok.

Po ja­kimś cza­sie za­czą­łem od­czu­wać chłód i wil­goć. A wraz z tym wra­że­niem po­woli wra­cała mi przytom­ność. Zda­łem sobie sprawę, że leżę na ziemi na­kryty swoją desz­czową pele­ryną, na którą pada deszcz. Ota­czała mnie ciemność, ale nie był to mrok nie­świado­mo­ści, a po pro­stu desz­czowa noc. Na­gle za­uwa­ży­łem, że ktoś koło mnie sie­dzi. Poru­szy­łem się, a wtedy ów ktoś ode­zwał się do mnie zna­jo­mym gło­sem Wie­wiórki:

— Chwała Bogu, że pan się obu­dził, panie To­ma­szu.

Przy­mknąłem oczy, prze­ra­żony, że tracę przytom­ność, ów głos był chyba halu­cy­nacją.

Lecz zna­jomy głos znowu po­wie­dział:

— Chwała Bogu, że się pan zbu­dził. Chłopcy po­biegli po ojca Tella. On jest leka­rzem i pana zbada.

Wy­cią­gną­łem rękę i do­tknąłem ra­mie­nia chłopca.

— To ty? Na­prawdę ty? — unio­słem głowę i wpa­try­wa­łem się w jego twarz.

Ro­ze­śmiał się.

— To ja we wła­snej oso­bie. Nie spo­dziewał się pan mnie tutaj?

Wes­tchnąłem i głowa opa­dła mi na trawę. Miałem w my­ślach wielki za­męt, nie by­łem w sta­nie za­sta­na­wiać się, dla­czego chłopcy zna­leźli się tutaj.

— Źle się pan czuje? — tro­skli­wie spy­tał Wie­wiórka. — Okropnie pana urzą­dził ten typ. Dał się pan wprowa­dzić w pu­łapkę.

Usły­szeli­śmy od­głos spiesz­nych kro­ków.

— Tędy. Trzeba przejść przez mur. Pan Sa­mo­cho­dzik leży po dru­giej stro­nie — mó­wił Tell.

Za­bły­sły trzy la­tarki elek­tryczne. Zo­ba­czy­łem So­kole Oko, Tella i jego ojca leka­rza, któ­rego mia­łem moż­ność po­znać w ubie­głym roku, gdy z chłopcami wy­bie­rałem się na po­szu­ki­wa­nie skarbu tem­pla­riu­szy. Doktor wziął mnie za rękę, zba­dał puls, po­tem świe­cąc la­tarką zaj­rzał mi w źre­nice. Roz­piął ko­szulę na mo­ich pier­siach i przez le­kar­ską słu­chawkę wy­słu­chał ude­rzeń serca.

— Wy­daje mi się, że nic panu nie jest - stwierdził po chwili.

Usiadłem.

So­kole Oko dwoma pal­cami pod­niósł ostrożnie z ziemi coś bia­łego. Był to tam­ponik z waty.

— To le­żało obok pana To­ma­sza — rzekł.

Po­wą­chał i kich­nął po­tęż­nie.

— Tfu, to ja­kieś okropne świń­stwo — splu­nął.

Doktor wziął od niego tam­ponik, rów­nież po­wą­chał go i schował do kie­szeni.

— Na­sy­cono go jakąś mie­sza­niną chlo­ro­formu, eteru i cze­goś jesz­cze — oświad­czył. — Na­tychmiast stra­cił pan przytom­ność. Niech pan teraz zrobi kilka głę­bo­kich od­de­chów i wy­de­chów, aż to świń­stwo ulotni się z pań­skich płuc.

Od­dy­cha­łem głę­boko wil­got­nym po­wie­trzem nocy. Umysł mój za­czął pra­co­wać jasno. Pod­nio­słem się z ziemi.

Doktor rado­śnie zatarł ręce.

— A więc za­częło się — rzekł triumfu­jąco. — Cie­szę się, że da­łem się na­mó­wić na przyjazd tutaj. Może na­resz­cie na stare lata prze­żyję jakąś sen­sa­cyjną przy­godę? Jak w po­wie­ści kry­mi­nal­nej.

— Na­leżą mi się chyba jed­nak pewne wy­ja­śnie­nia — ode­zwałem się. — Skąd wie­dzie­liście, że wy­je­cha­łem do Ja­sie­nia? I jak to się stało, że nie jeste­ście nad mo­rzem?

Wie­wiórka za­chi­cho­tał, a So­kole Oko z ubo­le­wa­niem po­kiwał głową.

— Pan nas wy­raź­nie nie do­cenia, pa­nie To­ma­szu.

— Tak jest, pan nas nie do­cenia — pod­chwycił Tell. — Pan myśli, że my nie ro­śniemy, jeste­śmy wciąż tymi sa­mymi dwu­na­sto­let­nimi chłopcami, któ­rych spo­tkał pan na Wy­spie Zło­czyńców. A prze­cież od tego czasu mi­nęły dwa lata.

— I nie­jedną przy­godę ra­zem prze­żyli­śmy — dodał Wie­wiórka to­nem sę­dzi­wego starca, który mło­dym lu­dziom opo­wiada, jak to w cza­sach jego mło­dości wo­jo­wało się w róż­nych kra­jach.

— Ma się te zdol­ności de­tek­tywi­styczne — zaro­zu­miale stwierdził So­kole Oko. — Pan są­dził, że nie za­uwa­ży­łem dziwnego bły­sku w pań­skim oku, gdy wziął pan do ręki ta­jem­niczą tu­lejkę, a po­tem po­prosił, że­by­śmy zo­sta­wili panu Księgę stra­chów? Gdy tylko wy­szli­śmy od pana, po­wie­działem do chło­pa­ków: „Oho, coś się za­czyna”. Tak po­wie­działem czy nie?

— Tak po­wie­działeś — przytak­nęli chó­rem.

— Na­za­jutrz jed­nak o mało nie zwiodła nas pań­ska obo­jętna mina, z jaką zwrócił nam pan Księgę stra­chów — cią­gnął dalej So­kole Oko. — Za­uwa­ży­łem jed­nak na pań­skim biurku roz­ło­żoną mapę Poje­zie­rza My­śli­bor­skiego. I ten fakt bar­dzo mnie za­sta­nowił. „Czego pan To­masz szu­kał na tej ma­pie?” — roz­my­śla­łem po po­wro­cie do domu. Tak mnie to pyta­nie drę­czyło, że znowu wró­ciłem do pana. Ale mieszka­nie było już za­mknięte, pan wy­je­chał. Na drzwiach wi­siała kartka dla listo­nosza: „Pro­szę listy do mnie kie­ro­wać na poste re­stante w Ja­sie­niu”. Trzeba by chyba być nie­doro­zwi­nię­tym, żeby nie pojąć, co się stało. W Księ­dze stra­chów wpadł pan na ślad ja­kiejś sen­sa­cyj­nej sprawy i wy­je­chał pan do Ja­sie­nia.

— I wtedy przy­szli do mnie — uzu­pełnił dok­tor. — Za­częli mnie bła­gać, abym zre­zy­gno­wał z wa­kacji nad mo­rzem i za­wiózł ich do Ja­sie­nia. Chcieli na­wet sami tu przyjechać, lecz na to żadna mama się nie zgo­dziła. Obiecali mi udział w nie­zwy­kłych przy­go­dach...

— Nie oszukali­śmy taty — po­wie­dział Tell.

— A owszem. Przy­znaję, że za­czyna się cie­ka­wie — zgo­dził się dok­tor. — Więc za­pa­ko­wa­łem chło­pa­ków do swojego wart­burga, wzięliśmy na­mioty, śpi­wory i, jak pan widzi, je­ste­śmy w Ja­sie­niu. Jed­nego tylko nie ro­zu­miem: jak to się stało, że ja spa­łem w swoim na­mio­cie, a w tym cza­sie chłopcy zna­leźli się w parku?

— A widzi pan! — za­wo­łałem. — Sam się pan prze­konał, jacy oni są. To wła­śnie tak zaw­sze wy­glą­dała moja opieka nad nimi. Pan poło­żył się spać w głę­bo­kim prze­świad­cze­niu, że oni robią to samo, a tym­cza­sem chłopcy wy­ru­szyli ma nocną wy­prawę.

— I od­na­leźli­śmy pana w nie­zbyt chwaleb­nej sytu­acji — zło­śli­wie stwierdził So­kole Oko.

— Jedno z dru­gim nie ma nic wspólnego — rze­kłem. — Za to, że mnie od­na­leźli­ście, skła­dam wam po­dzię­ko­wa­nie. Ale za nocną wy­prawę bez wie­dzy ojca na­leży się wam na­gana.

— Ko­ledzy! — wy­krzyknął Wie­wiórka. — Pan Sa­mo­cho­dzik jesz­cze od­czuwa skutki omdlenia. Chodźmy stąd, bo tak ma­rudzi, że nie­przyjem­nie słu­chać. Pan To­masz oka­zuje się człowie­kiem bez ele­mentar­nego po­czu­cia wdzięcz­ności.

— Tak jest. Ele­mentar­nego po­czu­cia wdzięcz­ności — pod­chwycił So­kole Oko.

Wie­wiórka za­chi­cho­tał zło­śli­wie.

— Na­stęp­nym ra­zem, jeśli znaj­dziemy pana ze­mdlonego, prawdo­po­dob­nie po­zo­sta­wimy pana na chło­dzie i desz­czu.

Doktor pod­niósł ręce do góry.

— Po­kój, pokój. Pax, pax, pa­no­wie. Prze­stańmy się kłó­cić. Naj­wyż­sza pora za­sta­no­wić się nad sytu­acją. Pro­po­nuję, pa­no­wie — tak wła­śnie, per „pa­no­wie”, zwracał się dok­tor do chłopców — pro­po­nuję za­pro­sić pana To­ma­sza do na­szego obo­zo­wi­ska, gdzie ja wy­piję z nim dla roz­grzewki po kie­liszku ko­niaku, a wy zapa­rzy­cie sobie her­batki.

Bar­dzo mi­łym człowie­kiem był oj­ciec Tella. Bez­po­śred­nim, ser­decznym i ko­le­żeń­skim. Wła­śnie na sto­pie kole­żeń­skiej starał się utrzymać swoje sto­sunki z chłopcami.

Przyjąłem za­pro­sze­nie. Bo choć uni­ka­łem alko­holu, to wła­śnie dzi­siaj wy­da­wało mi się, że kieli­szek ko­niaku do­brze mi zrobi. Noc była dżdżysta, a ja jakiś czas le­ża­łem na mo­krej od desz­czu tra­wie.

Obo­zo­wi­sko mo­ich przyjaciół znaj­do­wało się w lesie, tuż za wzgórzem z ru­inami ob­ser­wato­rium. Stały tam dwa na­mioty, je­den chłopców, a drugi dok­tora — duży, z ga­ra­żem albo, jak kto woli, z we­randą, gdzie pod roz­wie­szo­nym da­chem można było leża­ko­wać na­wet w cza­sie słoty. Roz­sie­dli­śmy się na skła­da­nych bre­zen­to­wych krze­słach. Doktor wy­cią­gnął z wa­lizki bu­telkę ko­niaku, chłopcy za­go­to­wali her­batę na ga­zo­wej tury­stycznej ku­chence.

Noc stała się wid­niej­sza. Niebo nad la­sem poja­śniało, a wraz ze zbli­żają­cym się świ­tem ustał także deszcz. Z rado­ścią pa­trzy­łem ma twa­rze swych przyjaciół, cie­szy­łem się, że są znowu ze mną i wspólnie roz­wią­zy­wać bę­dziemy za­gadkę w Ja­sie­niu.

— Dla­czego pan tu przyjechał? Chcemy wie­dzieć, jaką ta­jem­nicę kryła nasza har­cer­ska Księga stra­chów? — za­gaił roz­mowę Wil­helm Tell.

— Czy masz przy sobie tę tu­lejkę? — zwróciłem się z pyta­niem do Wie­wiórki.

Bez słowa wyjął jaz kie­szeni.

— To jest łuska na­boju pi­sto­letu ga­zo­wego — oświad­czy­łem. — Do Wie­wiórki strzelano ga­zem. Taka była praw­dziwa przy­czyna jego omdlenia w ru­inach.

— Fiuuu — gwizdnął prze­cią­gle So­kole Oko. — Że też sami na to nie wpa­dli­śmy.

Wie­wiórka aż buzię roz­dziawił ze zdu­mie­nia.

— Pi­stolet ga­zowy? Nigdy o czymś ta­kim nie sły­sza­łem. Czy to nie­bez­pieczna broń?

— Nie­bez­pieczna. Sam się o tym prze­ko­nałeś — wy­ja­śni­łem. — Skonstru­owano ją na Za­cho­dzie, w kra­jach, gdzie w prze­ra­żają­cych roz­mia­rach sze­rzy się prze­stęp­czość. Lu­dzie bro­nią się nimi przed na­pa­dami na ulicy, przed łobu­zami, zło­dziejami wy­ry­wa­ją­cymi na uli­cach ko­bie­tom to­rebki. Są pro­du­ko­wane pi­sto­lety z ga­zem łza­wią­cym, oszała­mia­ją­cym, ba, na­wet roz­śmie­sza­ją­cym. Ale to nie jest wcale aż tak nie­winne na­rzę­dzie, jak by się wy­da­wało. Czu­bek na­boju zro­biony jest z pla­styku albo me­talu. Otóż w chwili wy­strzału ten metal lub pla­styk roz­pry­skuje się i jeśli się strzeli ko­muś w twarz, może go nie­bez­piecznie zra­nić, a na­wet spo­wo­do­wać utratę oka.

Doktor prze­rwał te moje wy­ja­śnie­nia:

— Wy­pijmy, panie To­ma­szu. Na roz­grzewkę. Żeby pan się nie na­bawił za­pale­nia płuc. Zdaje mi się, że za­nosi się tutaj na nie­zwy­kłe przy­gody. Będę miał po­tem co opo­wia­dać swoim kole­gom w szpitalu.

Opowie­działem im o wszystkim, z czym ze­tknąłem się po swym przyjeź­dzie do Ja­sie­nia. O przy­go­dzie z Klausem na szo­sie, o Kasi, Se­ba­stia­nie, ciotce Ze­nobii, panu Ku­rylle i sprawie ta­jem­ni­czej sza­chownicy. O wy­cieczce kaja­ko­wej do młyna To­pie­lec, o Hil­dzie i noc­nej wy­pra­wie do ruin ob­ser­wato­rium, która skończyła się dla mnie tak nie­for­tun­nie.

— Osobnik, któ­rego śle­dzi­łem — koń­czy­łem swoją opo­wieść — za­uwa­żył mnie w pew­nej chwili. Naj­wy­raź­niej zmie­rzał do pa­łacu, lecz gdy spo­strzegł, że go śle­dzę, skrę­cił znowu w głąb parku, aby mnie wy­wieść w pole. Idąc przy­go­tował sobie tam­ponik i na­sycił go jakąś sub­stan­cją. Prze­sko­czył mur, za­czaił się po dru­giej stro­nie i obez­władnił mnie. Przypusz­czam, że do­konał rewi­zji mo­ich kie­szeni, chcąc do­wie­dzieć się, kim je­stem. Można rzec, że zo­sta­łem „spalony” dla na­szych prze­ciw­ni­ków, będą się mnie strzegli. Cała moja na­dzieja w was, chłopcy, i w panu, dok­torze. Nikt na was nie bę­dzie zwracał uwagi, nie wzbudzi­cie za­pewne ni­czy­ich po­dej­rzeń.

— Spo­kojna głowa, panie To­ma­szu — z prze­chwałką w gło­sie rzekł Wie­wiórka. — Już my się weź­miemy za ta­jem­ni­czego osobnika. Wkrótce prze­sta­nie być ta­jem­niczy.

Teraz Wil­helm Tell opo­wie­dział, jak do­szło do tego, że chłopcy zna­leźli mnie nocą w parku pała­co­wym. Oka­zało się, że do Ja­sie­nia przyje­chali póź­nym wie­czo­rem. Nie wie­dzieli, gdzie mnie szu­kać, zresztą z po­czątku po­sta­no­wili nie wchodzić mi w pa­radę i po­zo­stać na ubo­czu. My­śleli, że się będę gniewał z po­wodu ich przyjazdu.

Pod­czas po­bytu na obo­zie dość do­kład­nie po­znali oko­licę, wie­dzieli więc o do­brym miej­scu na bi­wak. Rozłożyli się obo­zem za wzgórzem ob­ser­wato­rium, w le­sie nad rzeczką. Wkrótce po­szli spać, ale już leżąc, za­częli się nara­dzać i jesz­cze raz roz­wa­żać sprawę przyjazdu do Ja­sie­nia. Do­szli do wniosku, że moje za­inte­re­so­wa­nie wzbudziła za­warta w Księ­dze stra­chów przy­goda Wie­wiórki. Wy­mknęli się więc z na­miotu i po­szli nocą do ruin, przy­pusz­cza­jąc, że mnie tam za­staną.

W ob­ser­wato­rium za­uwa­żyli ja­kie­goś czło­wieka z la­tarką. Za­czaili się w krza­kach obok ścieżki. Byli świad­kami mo­jego przyjścia do ruin.

— To tak? — prze­rwa­łem im z obu­rze­niem. — To przez cały ten czas, gdy ja znaj­do­wa­łem się w ru­inach, wy sie­dzie­liście tuż obok w krza­kach?

— Owszem — uśmiech­nął się Tell. — Na­wet bliżej. Po­tem, gdy pan wy­mknął się z ruin i wlazł w krzaki, zale­dwie jeden krok dzie­lił nas od sie­bie.

— I nie dali­ście mi żad­nego znaku? To tacy z was przyja­ciele?

— Ba­liśmy się, że bę­dzie się pan na nas gniewał — tłu­ma­czył się Wie­wiórka.

— A pew­nie, że­bym się gniewał — kiw­ną­łem głową. — Do mo­ich uszu do­szły ja­kieś gło­śne sze­lesty. My­śla­łem jed­nak, że to jeże że­rują w krza­kach.

— Po­tem zaś — opo­wieść przejął So­kole Oko — pan po­szedł za ta­jem­ni­czym osobni­kiem, a my za pa­nem. Z tą róż­nicą — dodał iro­nicz­nie — że on pana za­uwa­żył, a pan nas nie do­strzegł. Obez­władnił pana, ale chyba nie zdą­żył przejrzeć do­ku­mentów, bo zaraz nade­szli­śmy i on uciekł. Co naj­wy­żej obej­rzał i za­pa­mię­tał pana twarz. Nie ści­gali­śmy go, bo pan leżał jak martwy, i bar­dzo się tym prze­stra­szyli­śmy.

Doktor po­sta­wił za­sad­nicze pyta­nie:

— O co wła­ści­wie cho­dzi w tej sprawie? Czego ten człowiek szuka w ob­ser­wato­rium?

Bez­rad­nie roz­ło­ży­łem ręce.

— Wiemy, że nic nie wiemy. I od tego chyba trzeba za­cząć...

Świ­tało. Na­le­żało koń­czyć na­radę. By­łem śpiący i czu­łem się zmę­czony. Chłopcy i dok­tor także po­winni się byli wy­spać po tej nocy peł­nej przy­gód.

Pod­nio­słem się z bre­zen­to­wego krze­sełka.

— Czy... — za­jąk­ną­łem się, bo zro­biło mi się wstyd. — Czy nie ma­cie ja­kiejś książki o dżudo?

— O dżudo? — zdu­miał się Tell. — Och, ro­zu­miem, pan nie chce, żeby po­wtó­rzyła się dzi­siej­sza przy­goda.

Na­gle nie­śmiało ode­zwał się Wie­wiórka:

— Ja mam pod­ręcz­nik dżudo. Mogę go panu po­ży­czyć. No tak — za­czął się tłu­ma­czyć chłopcom. — Je­stem naj­słab­szy, naj­mniejszy, każdy mnie po­trafi po­ko­nać. Więc po­sta­no­wi­łem na­uczyć się dżudo. W ta­jem­nicy przed wszyst­kimi. Ale skoro pan Sa­mo­cho­dzik po­trze­buje pod­ręcz­nika...

To mó­wiąc Wie­wiórka po­biegł do na­miotu i przy­niósł książkę.

— Dziękuję ci — uści­ska­łem go ser­decznie. I po­my­śla­łem o straszliwej ciotce Ze­nobii. Za­pewne spo­koj­nie spała w swoim domku, nie do­my­ślając się, że oto jej prze­ciw­nik do­stał do rąk nowy oręż.

Po­że­gna­łem chłopców i dok­tora, na­rzu­ciłem na sie­bie pele­rynę i po­ma­sze­ro­wa­łem w stronę je­ziora. Bez trudu od­nala­złem „sa­la­man­drę” i wio­sła.

Zbli­żała się go­dzina piąta rano, w na­szym ośrodku cam­pin­go­wym wszyscy chyba jesz­cze smacznie spali.

Po ci­chutku poło­ży­łem kajak obok domku Kasi, oparłem wio­sła o ścianę.

I aku­rat wtedy pod­niósł alarm Se­ba­stian.

Och, jak on ja­zgo­tliwie szczekał obu­dzony szmerem, który wy­wo­łałem, sta­wia­jąc wio­sła. „Pa­trzcie go, jaki czujny” — zło­ści­łem się, ucie­kając do swego domku.

A pies szczekał i szczekał, chyba cały ośro­dek roz­bu­dził. Przez szparę w nie do­mkniętych drzwiach wi­działem, że za­nie­po­ko­jona psim ja­zgo­tem ciotka Ze­nobia wy­szła w pi­dża­mie na próg domku. Po­zie­wa­jąc ro­zej­rzała się na wszystkie strony, szu­kając przy­czyny gniewu Se­ba­stiana. Pies także wy­sko­czył na dwór.

Co za łaj­dak!

Oczywi­ście pod­biegł do „sa­la­man­dry” i ją ob­wą­chał. Na gu­mo­wej po­włoce ka­jaka wy­raź­nie wi­dać było ślad po wo­dzie, ciotka Ze­nobia zaraz mo­gła do­my­ślić się, że jesz­cze przed chwilą ktoś pły­wał nim po jezio­rze. Na­tychmiast też po­de­szła do wio­seł, aby stwierdzić, że ich pióra są rów­nież mo­kre.

Tym ra­zem nieco baczniej ro­zej­rzała się na wszystkie strony. Se­ba­stian prze­stał szczekać, bo stwierdził wę­chem, że to ja naro­biłem owego szmeru. Ale jakby mu tego było mało, pod­biegł do mego domku i, za­pewne czu­jąc mnie przez szparę w nie do­mkniętych drzwiach, tuż przed pro­giem za­trzymał się i za­ma­chał ogo­nem.

Ze­nobii nie trzeba było wię­cej wskazó­wek, aby mieć pew­ność, że to ja wła­śnie pły­wa­łem po jezio­rze. Wzruszyła ra­mio­nami i, jakby do­my­ślając się, że ją ob­ser­wuję, ob­cią­gnęła na sobie pi­dżamę, a po­tem z ubo­le­wa­niem po­ki­wała głową, dając mi do zro­zu­mie­nia, że uważa mnie za wa­riata, który robi ja­kieś po­dej­rzane wy­prawy.

Prze­spa­łem śnia­danie, nie­omal prze­spał­bym obiad. Zbu­dzi­łem się, gdy sto­łówka już opu­sto­szała. Jako ostatni gość otrzyma­łem zimny obiad i zja­dłem go sa­mot­nie, po­ga­niany przez kel­nerki sprząta­jące ze stołu.

Dzień był znowu sło­neczny, choć nie tak upalny jak wczoraj. Wczaso­wi­cze oku­po­wali skrawek piaszczy­stej plaży nad jezio­rem, w po­bliżu domku Ze­nobii stał jej straszny mo­to­cykl, ale jej sa­mej i Kaśki nie do­strzegłem. Nie było także „sa­la­man­dry”, więc po­my­śla­łem, że oby­dwie wy­ru­szyły na prze­jażdżkę po jezio­rze. Tylko pan Ku­ryłło sie­dział na le­żaku przed swoim dom­kiem i roz­wią­zy­wał krzy­żówkę.

— Jak się na­zywa w sza­chach ta­kie wyj­ście, gdy traci się pio­nek, ale jed­no­cze­śnie zy­skuje ofen­sywną sytu­ację? — za­pytał mnie pod­no­sząc oczy znad krzy­żówki.

— Gambit — od­rze­kłem.

— G...a...m...b...i...t... Zga­dza się, sześć liter, ostatnia „t” — z za­do­wo­le­niem kiw­nął głową. — Pan jest sza­chi­stą?

— Nie. Ale znam ogólne za­sady gry i na­zwy kilku cha­rak­tery­stycznych ru­chów.

— Ja też nie gram w sza­chy. A szkoda, bo to piękna gra, stara, kró­lew­ska. Świetna gim­na­styka dla umy­słu.

— Owszem — ziewną­łem dys­kret­nie i chciałem skie­ro­wać się do swego we­hi­kułu, aby poje­chać do ruin ob­ser­wato­rium i obej­rzeć je przy dziennym świetle. Za­trzymały mnie jed­nak nie­oczeki­wane słowa pana Ku­ryłły:

— Nie wy­spał się pan, co? Prze­spał pan śnia­danie, spóźnił się pan na obiad. Ko­mentowa­liśmy z panną Ze­nobią tę pana nie­obecność i do­wie­działem się, że przez całą noc pły­wał pan kaja­kiem po jezio­rze. He, he, he! — Ku­ryłło roze­śmiał się pod no­sem.

— Lu­bię pły­wać kaja­kiem po jezio­rze.

— Szczegól­nie w mroczną, desz­czową noc, he, he, he...

Miałem mu już od­po­wie­dzieć nie­grzecznie: „Co to pana ob­cho­dzi”, ale on nagle zmienił ton i rzekł z po­wagą:

— Je­śli i pana wciągnęła za­gadka ta­jem­ni­czej sza­chownicy, mo­gli­by­śmy za­wrzeć spółkę. A może pań­ska nocna nie­obecność związana była z ja­kimiś sprawami ser­co­wymi, ro­mantycz­nymi i ro­man­so­wymi? — skrzywił się z nie­sma­kiem.

— Jak pan wy­obraża so­bie taką spółkę? — od­po­wie­działem pyta­niem, aby unik­nąć wy­raź­nej od­po­wie­dzi.

— Pan ma sa­mo­chód, prawda? — oży­wił się Ku­ryłło. — A ja nie mam. Po­sia­dam na­to­miast de­tek­tywi­styczne zdol­ności. Je­stem po­stra­chem wro­cław­skiej ga­stro­no­mii.

— Mó­wił mi pan już o tym...

— Mó­wi­łem? Nie szkodzi, jeśli jesz­cze raz to pan usły­szy. Utrwali się to w pań­skiej pa­mięci. Po­wia­dam więc: pan ma sa­mo­chód, a ja go nie mam, i dla­tego po­trzebny mi pan jest do spółki. Do­bra Hau­bit­zów leżą w róż­nych miej­scach, i to dość odle­głych, a wszędzie tam za­pewne są sza­chownice. Wid­nieją one także na mu­rach kilku ko­ściołów w róż­nych wsiach. Nie jest wcale po­wie­dziane, że ten stary dureń, czyli Jo­hann Hau­bitz, schował tę „rzecz naj­cen­niej­szą” aku­rat w Ja­sie­niu, i nie gdzie in­dziej. Miał prze­cież do dys­po­zycji sa­mo­chód i po­dobno obje­chał swoje do­bra, ścią­gając z nich, co się dało. Do­brze by­łoby ob­sko­czyć wszystkie te miej­sca. Pan bę­dzie mnie woził, a ja ro­zej­rzę się za sza­chowni­cami. Jeśli od­naj­dziemy złoto albo bry­lanty, po­dzie­limy się po po­łowie. No co, zgoda?

— Je­śli do­brze się orientuję, ta sprawa związana jest z ja­kimś pro­ce­sem są­do­wym, czyimś pa­mięt­ni­kiem...

— Bzdura, bzdura — obu­rzył się pan Ku­ryłło. — Pan wie­rzy w po­dobne bred­nie? Dla ja­kie­goś idiotycz­nego pa­mięt­nika wszczy­na­liby aż takie po­szu­ki­wa­nia? Brała w nich udział spe­cjalna pol­ska ekipa oraz kilku Niemców.

— Są rze­czy da­leko cen­niej­sze niż złoto i bry­lanty.

— E, bzdura — machnął ręką „po­strach ga­stro­no­mii”. — Niech pan wie­rzy mnie, star­szemu człowie­kowi. Nie ma nic cen­niej­szego nad złoto i bry­lanty. I, ja­kem Ku­ryłło, my to złoto i bry­lanty od­naj­dziemy. Więc jak pan po­sta­na­wia? Za­wie­ramy spółkę? Wy­ru­szamy na kra­jo­znawczą wy­cieczkę?

— W Ja­sie­niu po­dobno rów­nież są sza­chownice. Na ko­ściele, na ru­inach ob­ser­wato­rium, w mły­nie To­pie­lec...

— Więc jed­nak wciągnęła pana ta sprawa, he, he, he — triumfu­jąco roze­śmiał się Ku­ryłło. — Ale po­wia­dam panu, że nic tu nie ma. Te sza­chownice są nic nie warte i nie kryją żad­nej za­gadki. Obej­rza­łem je do­kład­nie i przy­się­gam panu, ja­kem Ku­ryłło, że można na nie machnąć ręką. Trzeba je­chać do Dol­ska, do Lu­bie­chowa i jesz­cze do kilku in­nych miejsc.

— No cóż, za­sta­no­wię się — po­wie­działem.

— A słusznie, bar­dzo słusznie. Niech się pan za­sta­nowi — z za­do­wo­le­niem po­kiwał głową. Był pewny, że przy­stanę na jego pro­po­zycję.

A mnie iry­to­wała pew­ność sie­bie pana Ku­ryłły, jego zaro­zu­mial­stwo i lek­ce­wa­żący sto­su­nek do mnie. Traktował mnie jak głupca. Miałem go wo­zić, on zde­cy­do­wany był po­świę­cić się roz­wią­zy­wa­niu za­gadki. W ogóle nie brał w ra­chubę mo­jego inte­lektu.

Wie­działem więc, że po­wiem mu: „Nie”. Ale przyjem­ność zo­ba­cze­nia jego zdu­mio­nej twa­rzy od­kła­da­łem sobie na póź­niej.

Wsiadłem do we­hi­kułu i po kilku mi­nu­tach jazdy przez las zna­la­złem się obok ko­ścioła w Ja­sie­niu.

Ko­ściół znaj­do­wał się w środku wsi, w po­bliżu nie­du­żego placu, gdzie mie­ściła się gro­madzka rada naro­dowa, poczta i pa­wilon sklepu spo­żywczego. Był to ma­leńki, ro­mań­ski ko­ściółek zbu­do­wany z gra­nito­wej kostki.

Wej­ście do ko­ścioła ob­ra­mo­wane było gład­kim por­talem z ka­mie­nia i tu wła­śnie, po lewej stro­nie, na trze­cim ka­mie­niu li­cząc od ziemi — wid­niało coś, co przy­po­mi­nało sza­chownicę. Jeden z ka­mieni był w taki spo­sób ob­ro­biony, że na przemian po­wta­rzały się na nim ciemne i jasne pro­sto­ką­ciki.

Nad por­talem i głównym wej­ściem wznosiła się wieża ko­ścielna, obronna, w póź­niej­szych wie­kach przy­kryta baro­ko­wym heł­mem, który raził w ze­sta­wie­niu z su­ro­wo­ścią i pro­stotą ro­mań­skiego kształtu ko­ścioła. Wnętrze przedsta­wiało się ubogo, zo­ba­czy­łem gład­kie bie­lone ściany, kilka obra­zów w zło­co­nych ra­mach, cho­rą­gwie sto­jące przy drewnia­nych ław­kach. Pro­ściutki, nie­dawno usta­wiony oł­tarz do­peł­niał wy­posa­żenia.

Obej­rza­łem ko­ściół po­bież­nie, ale wniosku­jąc z układu jego mu­rów nie wy­da­wało mi się, aby za­wie­rał ja­kieś pod­zie­mia lub tajne przejścia.

A więc Ku­ryłło miał chyba słuszność. Po­dob­nie jak sza­chownica na gła­zie w mły­nie To­pie­lec, ta także nie kryła żad­nej ta­jem­nicy.

Znowu wsiadłem do we­hi­kułu i skie­ro­wa­łem się na drogę obie­ga­jącą je­zioro od strony pa­łacu Hau­bit­zów. Jakiś czas je­cha­łem skrajem pała­co­wego parku, aż zo­ba­czy­łem wzgórze poro­śnięte gę­stwą drzew i krza­ków. Tam znaj­do­wały się ruiny ob­ser­wato­rium. Zo­sta­wi­łem sa­mo­chód na dro­dze i do ruin po­wę­dro­wa­łem pie­chotą.

W parku we­soło świergo­tały ptaki, wśród drzew pa­no­wał przyjemny chło­dek. Ra­dość ptactwa i mnie się udzieliła, ogar­nął mnie po­godny na­strój. Nie­omal za­po­mniałem, że jesz­cze przed kil­ku­nastu go­dzi­nami, wła­śnie gdzieś w tym miej­scu, obok par­ko­wego muru, zna­le­ziono mnie ze­mdlonego, unieszko­dli­wio­nego przez ta­jem­ni­czego na­past­nika. I można było mieć pra­wie pew­ność, że nasze drogi znowu się skrzyżują w chwili naj­mniej spo­dziewa­nej. Al­bo­wiem, jak się wy­da­wało, szła tu gra o bar­dzo wy­soką stawkę.

A jed­nak nie my­śla­łem o tym. Sze­dłem przez park i bez­tro­sko po­gwizdy­wa­łem.

 


ROZDZIAŁ SIÓDMY [top]

W RUINACH OBSERWATORIUM • PŁYTKI NA KOMINKU • KTO BYŁ BARBARZYŃCĄ? • ROZMYŚLANIA O PANU KURYLLE • WALKA Z PANEM NIKT • TAJFUN NAD JASIENIEM • NIEBEZPIECZEŃSTWO

 

Do­cho­dziła trze­cia po połu­dniu. Wspiąłem się krętą ścieżką na wzgórze i sta­ną­łem przed skle­pioną łu­ko­watą ka­mienną bramą do ob­ser­wato­rium. Zo­ba­czy­łem na łuku bramy herb Hau­bit­zów, a w her­bie dużą sza­chownicę. Herb wy­kuty zo­stał w ka­mie­niu. Ża­den szczegół nie wskazy­wał, aby ów ka­mień można było prze­krę­cić czy prze­sunąć i w ten spo­sób ujawnić jakiś schowek.

Wzruszy­łem więc tylko ra­mio­nami i prze­kro­czy­łem bramę, wchodząc na duży po­dwó­rzec. Roz­glą­da­łem się dość pilnie po ka­miennych ścia­nach, lecz nig­dzie nie od­kry­łem sza­chownicy. Z po­dwórcem są­sia­do­wała koli­sta sala, która miała pół­okrą­gły sufit z wielką dziurą po­środku. Pod nią znaj­do­wał się ka­mienny stół. Jak do­my­śli­łem się, sta­nowił on chyba kie­dyś pod­stawę lu­nety skie­ro­wa­nej w niebo przez otwór w sufi­cie.

Obej­rza­łem do­kład­nie ściany ob­ser­wato­rium i ów ka­mienny stół, lecz sza­chownicy nie zna­la­złem. Na­to­miast udało mi się chyba tra­fić na miej­sce, gdzie stary Hau­bitz ukrył swoje skarby, wy­do­byte po­tem przez jego lo­kaja i ode­brane mu na­stęp­nie przez żoł­nie­rzy. Z sali ob­ser­wato­rium wchodziło się po kilku stop­niach do dość płyt­kiej piw­nicy bez okien. Być może przed laty drzwi tej piw­nicy były w ja­kiś spo­sób za­ma­sko­wane i stary Hau­bitz uznał ją za bar­dzo wy­godny i kon­spi­ra­cyjny schowek. Teraz już piw­nica nie po­sia­dała na­wet drzwi, we­wnątrz walał się gruz i ze­schłe liście na­wiane tu­taj przez wiatr. Sza­chownicy nie było.

Z okrą­głej sali ob­ser­wato­rium prze­cho­dziło się do ostatniego po­mieszcze­nia, do pra­cowni Hau­bitza-astronoma. Duże okna wpusz­czały wiele światła, Hau­bitz miał tu za­pewne swe biurko i bi­blio­tekę. Na jed­nej ze ścian zo­ba­czy­łem resztki ozdob­nego ko­minka wy­łożo­nego gla­zu­ro­wymi płyt­kami. Resztki po­tłu­czo­nych pły­tek le­żały na pod­łodze, po­tknąłem się o nie i nie­omal wy­rżnąłem głową w ostry kant ko­minka.

Nie za­klą­łem jed­nak, po­tknięcie oka­zało się zba­wienne. Dzięki niemu zwróciłem uwagę na ka­wałki pły­tek i aż mi dech za­parło.

Ko­mi­nek był kie­dyś obło­żony gla­zu­ro­wymi czarno-bia­łymi płyt­kami dają­cymi wzór sza­chownicy. Tylko że płytki od­padły od ściany i wa­lały się przed ko­min­kiem.

Od­padły? Obej­rza­łem je uważnie. Pęk­nię­cia były świeże, jak gdyby do­piero wczoraj zro­bione. Wy­glą­dało to tak, jak gdyby przy­szedł tu ktoś z młotkiem czy in­nym na­rzę­dziem i sys­te­ma­tycz­nie po­ob­tłu­kiwał płytki z ko­minka. Oczywi­ście, przy takim sys­temie pracy wszystkie płytki po­pę­kały.

„Barba­rzyńca” — po­my­śla­łem z obu­rze­niem.

Po­wód tego bar­ba­rzyń­stwa był dla mnie wy­raźny: do­konał go ktoś, kto spo­dziewał się, że sza­chownica z pły­tek za­krywa schowek w ścia­nach ko­minka. A więc zro­bił to tro­piciel za­gadki ta­jem­ni­czej sza­chownicy. I roz­cza­rował się. Bo płytki były po pro­stu przyle­pione do ścian ko­minka.

Od tygo­dnia za­gadkę ta­jem­ni­czej sza­chownicy pró­bo­wała roz­wią­zać grupa Niemców i spe­cjalna pol­ska ekipa. Z całą pew­no­ścią trafili oni do ruin ob­ser­wato­rium i do ko­minka, ale ich wy­klu­cza­łem jako spraw­ców. Mieli dość czasu i wy­star­cza­jącą ilość spo­so­bów, aby deli­kat­nie pod­wa­żać po­szczególne płytki, nie mu­sieli ich roz­bijać. Tego do­konał ktoś, kto nie miał czasu na ce­re­mo­nie z odle­pia­niem pły­tek. „I być może — po­my­śla­łem — robił to w trud­nych wa­run­kach, bez od­po­wiednich na­rzę­dzi, w nocy”.

I czy wła­śnie na tej czynności zastał go Wie­wiórka, gdy nocą przy­szedł do ruin ob­ser­wato­rium?

Gdy spo­glą­da­łem na po­tłu­czone płytki przed ko­min­kiem, zro­zu­miała stała się dla mnie przy­goda chłopca. W Ja­sie­niu, tuż obok ruin ob­ser­wato­rium, mieszkała pol­ska ekipa i grupa Niemców ofi­cjal­nie zaj­mu­jąca się wy­ja­śnie­niem za­gadki sza­chownicy. Ta­jem­niczy osobnik nara­żał się na po­ważne kło­poty, na wła­sną rękę po­dej­mu­jąc po­szu­ki­wa­nia. Robił to nocą i bał się od­kry­cia, na­wet przez chłopca z har­cer­skiego obozu. Dla­tego strzelił do niego z pi­sto­letu ga­zo­wego, a po­tem dał dra­paka.

Płytki na ko­minku nie kryły jed­nak schowka, więc ta­jem­niczy osobnik co noc po­na­wia swoje wi­zyty w ob­ser­wato­rium, szu­kając ja­kiejś innej sza­chownicy. Za­sta­łem go przy tej czynności, za­czą­łem śle­dzić, więc obez­władnił mnie chlo­ro­for­mem.

Kim był ten ktoś?

Miałem od­po­wiedź pro­stą i na­tychmia­stową: Ku­ryłło. Z ja­kąż ogromną pew­no­ścią stwierdził, że ruiny ob­ser­wato­rium, sza­chownica na ko­ściele i na gła­zie w To­pielcu nie kryją ta­jem­nicy. Ta pew­ność sie­bie mo­gła wy­nikać z faktu, że był tu wie­lo­krot­nie, na­ma­cal­nie i na­ocz­nie prze­konał się o tym. Po­nadto po­wie­dział mi, że nie ma nic cen­niej­szego nad złoto i bry­lanty, przy­znał się rów­nież do swego wiel­kiego za­inte­re­so­wa­nia za­gadką i na­wet za­pro­po­no­wał mi spółkę.

Ale kilka in­nych fak­tów nie pa­so­wało do ob­razu pana Ku­ryłły, roz­bija­ją­cego nocą płytki na ko­minku. „Po­strach wro­cław­skiej ga­stro­no­mii” nie wy­glą­dał mi na czło­wieka, który po­słu­guje się ta­kimi akce­so­riami, jak pi­stolet ga­zowy i chlo­ro­form, lecz ra­czej na po­szu­ki­wa­cza-amatora. Poza tym zbyt otwarcie przy­zna­wał się do swego za­inte­re­so­wa­nia skar­bami. Człowiek, który uży­wał pi­sto­letu ga­zo­wego i chlo­ro­formu, na pewno za­cho­wałby się zu­peł­nie ina­czej. A poza tym ta­jem­niczy osobnik wy­raź­nie do­szedł do pa­łacu i do­piero gdy spo­strzegł, że go śle­dzą, skie­rował się znowu w głąb parku. In­nymi słowy, był to ktoś z go­ści pała­co­wych.

„Pan Ku­ryłło za­miast chlo­ro­formu użyłby ce­gły” — po­my­śla­łem z hu­mo­rem. I rów­nież od­rzu­ciłem na­tychmiast to przy­pusz­cze­nie.

By­łem prze­ko­nany, że Ku­ryłło nie użyłby ani chlo­ro­formu, ani cegły. Jego zaro­zu­mial­stwo i pew­ność sie­bie wskazy­wały, że jest strasznym tchó­rzem i ma­łym spry­cia­rzem.

Ze zna­nych mi osób wchodziła w grę tylko jedna: Klaus, prze­ciw­nik Hildy, człowiek, który się cie­szył, że za­gadka sza­chownicy nie zo­stała wy­ja­śniona.

O tak, on mógł po­sia­dać i pi­stolet ga­zowy, i chlo­ro­form. I mógł nocą, nie chcąc, aby za­uwa­żyli go Hilda i lu­dzie z pol­skiej ekipy, gra­so­wać w ru­inach ob­ser­wato­rium, na wła­sną rękę pró­bując roz­szy­fro­wać za­gadkę.

Z tym prze­ko­na­niem opu­ści­łem ruiny i wró­ciłem do po­zo­sta­wio­nego na dro­dze sa­mo­chodu.

Była już pra­wie piąta po połu­dniu, dwie go­dziny stra­ciłem w ob­ser­wato­rium, a no­siłem w sobie pe­wien tajny za­mysł, który wy­ma­gał sporo czasu i ukry­cia się w miej­scu nie­wi­docznym dla ludz­kiego oka.

Mi­ną­łem więc miej­sce, gdzie nad rzeczką znaj­do­wało się obo­zo­wi­sko mo­ich przyjaciół, i po­je­cha­łem w stronę młyna To­pie­lec. Nie do­jeż­dża­jąc do sa­mego młyna od­kry­łem boczną drogę pro­wa­dzącą nad je­zioro, i zna­la­złem się na nad­brzeżnej po­lance, ze wszyst­kich stron osło­niętej krza­kami wi­kliny.

Wy­sia­dłem z we­hi­kułu i wy­cią­gną­łem z kie­szeni po­ży­czoną od Wie­wiórki książkę. Za­głę­biłem się w lek­turze i za­po­mniałem o bo­żym świe­cie. Jeśli od czasu do czasu wra­cała mi świado­mość i po­czu­cie rze­czy­wi­stości, to tylko w tych chwilach, gdy przy­po­mniałem sobie piękną Ze­nobię i utwierdzi­łem się w po­sta­no­wie­niu: „Po­cze­kaj, ko­chana cio­tuniu. Wkrótce się zmie­rzymy. Pan Sa­mo­cho­dzik nie na­leży do ludzi, któ­rzy dają się upo­ka­rzać”.

Pod­ręcz­nik był świetny, za­opa­trzony w foto­gra­fie wal­czą­cych. Każdy ruch za­ata­ko­wa­nego i ata­kują­cego zo­stał w nim do­kład­nie opi­sany.

Uczyłem się kie­dyś dżudo. Na po­czątku więc przy­po­mniałem sobie pod­sta­wowe wska­zówki dla za­ata­ko­wa­nego. Au­tor książki prze­strzegał swych uczniów, że w walce wręcz znaczną rolę od­gry­wają czynniki psy­cho­lo­giczne, a więc dobra orientacja, po­zwalająca w mgnieniu oka oce­nić sytu­ację, szybka de­cyzja, wiara we wła­sne siły i opa­no­wa­nie. Przy­stę­pując do walki nale­żało pa­mię­tać, aby przyjąć od­po­wiednią po­stawę wyj­ściową, tułów trzymać pro­sto i sta­nąć w ma­łym roz­kroku. Ręce po­winny znaj­do­wać się w po­sta­wie bok­ser­skiej, nie wolno było od­wra­cać się ple­cami do prze­ciw­nika. Przy mi­ni­mum zu­żytej siły nale­żało uzy­skać mak­si­mum efektu, a to dzięki za­sto­so­wa­niu za­sady dźwigni. Obowią­zy­wała prze­stroga Aky­amy: „Zgiąć się, aby zwy­cię­żyć”, czyli wy­zy­skać siły prze­ciw­nika na wła­sną ko­rzyść, po­zba­wić go rów­no­wagi dzięki prze­nie­sie­niu środka jego cięż­kości poza płaszczy­znę pod­par­cia.

Za­po­znawszy się z ogól­nymi zasa­dami, przy­stą­piłem do kon­kret­nych ćwi­czeń. Za­czą­łem od trud­nej sztuki upadku. Ta­kiego upadku, który nie czy­nił krzywdy pa­dają­cemu, a prze­ciw­nie, po­zwala omylić ata­kują­cego i przy­stą­pić do kontrataku.

A więc umiejęt­ność wła­ści­wego upadku w przód, sztuka upadku w tył. Umiejęt­ność uwolnie­nia dłoni z uści­sku za po­mocą skrętu, uwolnie­nie dłoni z uści­sku po­przez na­cisk na nerw łok­ciowy prze­ciw­nika. Sztuka uwalnia­nia nad­garstka, sztuka uwalnia­nia oby­dwu nad­garstków z uści­sku obu­rącz. Sztuka uwalnia­nia przedra­mie­nia, umiejęt­ność uwalnia­nia szyi z uści­sku dwu­chwytem z przodu, z boku, z tyłu...

Po­tem przy­szły trud­niej­sze ćwi­cze­nia: obrona przed tak zwa­nym kra­wa­tem, czyli ob­chwytem karku, sztuka uwalnia­nia się z uchwytu za koł­nierz, obrona przed du­sze­niem.

Nie my­ślcie, że moja na­uka pole­gała tylko na lek­turze, przy­glą­daniu się ob­raz­kom i przewra­caniu kar­tek książki! Po za­po­zna­niu się z opi­sem i foto­gra­fią po­szczegól­nego chwytu od­kła­da­łem na bok książkę i za­bie­rałem się do ćwi­czeń. Na ma­leń­kiej po­lance wśród wi­kliny sta­cza­łem ja­kieś okropne bitwy z wy­ima­gi­no­wa­nym prze­ciw­ni­kiem, przewra­ca­łem się w tra­wie, ko­zioł­ko­wa­łem, oba­lałem na zie­mię swoich wro­gów.

Wy­obra­ża­łem sobie, że oto ta­jem­niczy osobnik z ruin ob­ser­wato­rium pró­buje mnie z tyłu unieszko­dli­wić przy po­mocy tak zwa­nego pasa. Jak się uwolnić od ataku?

Albo wy­obra­ża­łem sobie, że ta­jem­niczy osobnik z ruin pró­buje mnie chwycić od tyłu dwoma rę­kami za gar­dło, po­dob­nie jak mi­nio­nej nocy, gdy przyłożył mi do ust tam­pon z chlo­ro­for­mem. Teraz wie­działbym już, jak się uwolnić od ataku.

Na­le­żało po­chy­lić tułów w przód i zwrócić głową w lewo pod ra­mio­nami na­past­nika. Kontynu­ując obrót mógłbym uwolnić się od jego chwytu.

Mała po­lanka nad jezio­rem stała się więc wi­dow­nią mo­ich nie­zwy­kłych zma­gań z wro­gami. Były ich chyba setki, bo po dwóch go­dzi­nach ćwi­czeń cały opływa­łem po­tem i od­czu­wa­łem ogromne zmę­cze­nie. W pew­nej chwili, uwolniw­szy się od zdra­dli­wego „krawata”, tak osła­błem, że upa­dłem na trawę i przez jakiś czas nie mia­łem sił pod­nieść się na nogi.

I wła­śnie wtedy z krza­ków wi­kliny roz­legł się gło­śny chi­chot. A po­tem uj­rza­łem ogromny no­chal So­ko­lego Oka i chło­pak wy­szedł z ukry­cia.

— No, panie To­ma­szu — po­wie­dział, nie prze­stając się śmiać — zdaje mi się, że tym ra­zem pan jed­nak zo­stał po­ko­nany. Rozłożył pana na obie ło­patki.

— Kto? — burkną­łem.

— Jak to: kto? — udał zdu­mie­nie So­kole Oko. — No ten, co pana przewró­cił.

— Prze­cież wi­dzisz, że tu nie ma ni­kogo.

— Nie ma? — znowu zdu­miał się chło­pak. — Chce mi pan wmówić, że wal­czył pan z pa­nem Nikt? I tak się pan zziajał?

— Od dawna sie­dzisz w tych krza­kach?

— Naj­pierw usły­sza­łem okropne sapa­nie i przy­bie­głem z po­mocą. Wkrótce jed­nak zo­riento­wa­łem się, że pan sobie sam pora­dzi ze swoimi wro­gami, i po­zo­sta­łem w krza­kach. Pięk­nie pan wal­czył. Szkoda tylko, że na sam ko­niec dał się pan po­ko­nać.

Po­stę­kując, z tru­dem pod­nio­słem się z trawy.

— Może byś tak prze­stał kpić sobie ze mnie? — za­pro­po­no­wa­łem. — Czy nie wi­dzisz, że le­dwo żyję?

— Niech pan nie traci du­cha, panie To­ma­szu. Na­stęp­nym ra­zem pan bę­dzie zwy­cięzcą.

Machną­łem lek­ce­wa­żąco ręką i spoj­rza­łem na zega­rek.

— Boże drogi — wes­tchnąłem. — To ja już dwie go­dziny tre­nuję? I ty przez cały ten czas ob­ser­wo­wałeś moje ćwi­cze­nia?

— A tak — bez­czel­nie przy­znał So­kole Oko. — Ta­kiego kina jak żyję nie wi­działem.

— Ru­iny ob­ser­wato­rium za­pewne po­zo­sta­wili­ście na pa­stwę losu — po­wie­działem z wy­rzu­tem.

— Spo­kojna głowa, panie To­ma­szu. Wie­wiórka sie­dzi na drzewie i ob­ser­wuje każ­dego, kto się zja­wia w ru­inach. Ma przy sobie notes i za­pi­suje go­dzinę przyjścia i wyj­ścia z ob­ser­wato­rium. Ale jak na razie nie­wiele osób inte­re­suje się ru­inami. W go­dzi­nach ran­nych dłuż­szą wi­zytę zło­żyła tam Niemka, Hilda. Po­tem był tam pe­wien Szwajcar...

— Skąd wie­cie, że to Szwajcar?

— Za kogo pan nas uważa? — obu­rzył się So­kole Oko. — Al­bo­śmy to jacy tacy? Po­tem ruiny od­wie­dził nie­jaki pan Sa­mo­cho­dzik i prze­by­wał tam pra­wie dwie go­dziny. Ten osobnik poje­chał na­stęp­nie nad je­zioro, gdzie z dala od ludz­kich oczu po­konał dwa ty­siące wro­gów i przez dwuty­sięcznego pierwszego zo­stał po­ko­nany.

— Czy mo­żesz mi po­wie­dzieć, dla­czego po­sze­dłeś za mną?

— Po­sta­no­wili­śmy ob­ser­wo­wać każ­dego, kto przy­cho­dzi do ruin. Skoro i pan przy­szedł, oczywi­ście mu­sieli­śmy pana ob­ser­wo­wać. Zresztą śle­dzić pana roz­kazał mi Wil­helm Tell. Po­wie­dział: „Idź no, bra­cie, za pa­nem Sa­mo­cho­dzi­kiem. On ma dużo wro­gów, a jesz­cze nie zdo­łał opa­no­wać dżudo. W razie czego za­wołaj nas na po­moc”. Więc ja tylko po­stę­puję zgodnie z roz­ka­zem wła­dzy zwierzch­niej. Wy­znaję, że gdy ten pań­ski nie ist­nie­jący prze­ciw­nik w końcu roz­łożył pana na oby­dwie ło­patki, już mia­łem za­wo­łać chło­pa­ków na po­moc. Ale po­my­śla­łem, że pan bę­dzie nie­za­do­wo­lony z tego. I do­brze zro­biłem, że nie za­wo­łałem o po­moc, prawda?

Zro­biłem dwa kroki w kie­runku So­ko­lego Oka.

— Znam pe­wien świetny chwyt na kpia­rzy.

— Co to, to nie! — wrzasnął chło­pak i dał dra­paka na bez­pieczną odle­głość. Pod­niósł ręce do góry i wskazał niebo: Niech pan spoj­rzy, panie To­ma­szu. Zaraz bę­dzie burza i deszcz. Ucie­kajmy do na­szego obozu.

Ro­zej­rza­łem się po nie­bie. Miał rację, lada chwila mo­gła za­cząć się burza. Za­jęty ćwi­cze­niami nie za­uwa­ży­łem, że na hory­zon­cie niebo sta­wało się bru­natne, ogromna chmura su­nęła nisko, nio­sąc na swych kra­wę­dziach od­blask za­cho­dzą­cego słońca, przez co wy­da­wało się, jakby ob­jęta była poża­rem.

W przy­ro­dzie na­stała ogromna cisza. Wy­da­wać się mo­gło, że wszystko, co żyło — za­marło i znie­ru­cho­miało ze stra­chu. Wrony na sta­rych to­po­lach w To­pielcu na­gle prze­stały kra­kać, nie drgnął ża­den listek na krza­kach wi­kliny. Trzciny i trawy stały sztywno, woda je­ziora upodob­niła się do gład­kiego lustra.

Wielkie, czarne dło­nie burzy się­gały już po niebo nad na­szymi gło­wami. Jesz­cze chwila i te dło­nie jak gdyby roz­warły się, wy­su­wa­jąc ku przo­dowi kilka dłu­gich pal­ców. Bru­natna głowa ogrom­niała, zda­wało się, że lada chwila ukaże się zza hory­zontu jakaś straszliwa twarz, którą po­prze­dziły wy­su­nięte ręce i skłę­bione, rude włosy.

— Ucie­kajmy! Zaraz ze­rwie się wi­cher i lunie deszcz! — krzyknął So­kole Oko.

W tym mo­men­cie do­strzegłem czerwony kajak pły­nący w kie­runku To­pielca. Roz­po­zna­łem w nim Hildę, wio­sło­wała szybko, ile jej tylko sił star­czało. Ale było to dla mnie oczywiste, że nie zdoła przed burzą schronić się na brzegu.

Raptem usły­szeli­śmy gło­śny, nara­sta­jący szum. Jesz­cze se­kunda i przy akompa­nia­men­cie po­tęż­nie­ją­cego szumu zo­ba­czy­łem, że drzewa po dru­giej stro­nie je­ziora za­czy­nają się zgi­nać pod napo­rem wi­chru. Raptem z lasu wy­sko­czył na ta­flę je­ziora ogromny wir po­wietrzny. Ko­tło­wały się w nim liście i drobne ga­łązki. Wir po­wie­trza sunął po jezio­rze, wsy­sając w sie­bie wodę. Roz­beł­taw­szy ją jak w po­tęż­nym wir­niku, roz­pylał wo­kół sie­bie rosę i bry­zgi piany.

— Boże drogi! — jęk­nął So­kole Oko.

Zro­zu­mia­łem po­wód jego prze­stra­chu. Trąba po­wie­trza i wody le­ciała wprost na czerwony kajak. Wi­dzie­liśmy, że dziew­czyna pró­bo­wała uciec z drogi wiru, ale wy­siłki jej były próżne. Za­nim zdo­łałem krzyknąć, trąba wi­rują­cej wody zwa­liła się na kajak, a zara­zem po­rwała go w swój okropny ta­niec. Ka­jak uniósł się do góry, jakby pchnięty od spodu ogromną siłą. Po­wietrzna trąba przewró­ciła go ra­zem z Hildą i wir po­mknął da­lej, ale wówczas zwa­liło się na je­zioro po­tężne ude­rze­nie wia­tru. Woda wzburzyła się, wy­rosły na niej wiel­kie fale. Po­rwane wia­trem drobne czą­steczki wody za­mgliły je­zioro. Wi­cher runął na mnie i gdy­bym nie upadł na zie­mię, rzu­ciłby mnie o pnie drzew w lesie. So­kole Oko cze­piał się krza­ków wi­kliny i tak po­zo­stał, trzyma­jąc się ga­łęzi, do­póki nie mi­nęło pierwsze, zaw­sze naj­sil­niej­sze ude­rze­nie wia­tru. Nie sły­szeli­śmy wła­snych gło­sów, pęd po­wie­trza wpa­dał w roz­warte od krzyku usta i dusił. W oczy biły kro­ple wody, ośle­pli­śmy. Za na­szymi ple­cami z trza­skiem ła­mały się wierz­chołki drzew w lesie.

A po­tem po­chło­nęły nas po­toki ulewy. Strugi wody lały się na nas jak z po­tęż­nego kubła, a wiatr po­rywał wodę i chło­stał nią jak bi­czem. Zgięty od na­poru wia­tru, nie­mal na czwora­kach do­pa­dłem we­hi­kułu. Wślizną­łem się do jego wnę­trza i pu­ści­łem w ruch silnik.

Jesz­cze chwila i mój sa­mo­chód poto­czył się w stronę wzburzo­nej wody.

Fale je­ziora z gło­śnym szu­mem wpa­dały na brzeg i roz­bry­zgi­wały się. Nie wi­działem dalej niż na kilka me­trów, bo ulewa opa­dła na świat jak gęsta za­słona. We­hikuł zde­rzył się z ogromną falą, która jego przód unio­sła do góry lekko jak piórko, sa­mo­cho­dem za­koły­sało. Prze­stra­szy­łem się, że silna fala od­rzuci we­hikuł na brzeg, lecz już pra­co­wała tur­bina, która oka­zała się sil­niej­sza od na­poru fali. Ko­ły­sząc się na wo­dzie we­hikuł parł na­przód, a mi­ga­jące na szy­bie wy­cie­raczki po­zwalały ro­zej­rzeć się po wzburzo­nej toni.

Czerwony kajak przewró­cił się na środku je­ziora, na wy­soko­ści miej­sca, gdzie ćwi­czy­łem dżudo. Pły­ną­łem tam całą mocą sil­nika fer­rari 410, ale gdy zna­la­złem się na środku je­ziora, nie zo­ba­czy­łem czerwo­nego ka­jaka. Czyżby uto­nął wraz z Hildą?

Zro­biłem ogromne koło wciąż koły­sany fa­lami. Wreszcie doj­rza­łem Hildę, a ra­czej czerwony, od­wró­cony do góry dnem kajak. Le­żał na wo­dzie nieco bar­dziej na prawo ode mnie, bliżej brzegu To­pielca. Za­pewne znio­sła go tam wi­chura.

Do­da­łem gazu, silnik ryk­nął straszliwie, za sa­mo­cho­dem woda za­go­to­wała się jak w kotle cza­row­nic. To tur­bina, otrzy­mawszy do­dat­kowe ob­roty, roz­bijała wodę w drobny pył.

Po kil­ku­nastu se­kun­dach by­łem już w naj­bliż­szym są­siedztwie czerwo­nego ka­jaka. Hilda jedną ręką trzymała się przewró­co­nego ka­jaka, a drugą wy­cią­gała w moją stronę.

Do­ko­na­łem skrętu kie­row­nicą i po­pły­ną­łem do niej pra­wym bo­kiem we­hi­kułu. Na chwilę pu­ści­łem ster i zo­sta­wi­łem silnik na wol­nych ob­ro­tach. Otworzy­łem drzwi i przy­kuc­nąw­szy w nich, chwyciłem wy­cią­gniętą rękę dziew­czyny. Po chwili — mo­kra, zmę­czona, z tru­dem ła­piąc od­dech — wpół le­żała we wnę­trzu we­hi­kułu. A ja skie­ro­wa­łem się tam, gdzie brzeg był naj­bliżej, to jest do ruin młyna To­pie­lec. W krza­kach na brzegu po­zo­stał So­kole Oko, lecz nie martwi­łem się o niego, nie gro­ziło mu już teraz żadne nie­bez­pie­czeń­stwo, co naj­wy­żej mok­nął. Ja zresztą także mia­łem przemok­nięte ubra­nie. Przewi­dy­wa­łem, że chło­piec albo już po­mknął do nie­dale­kiego obozu, albo za­uwa­żyw­szy, że po­pły­ną­łem do To­pielca, przy­bie­gnie tam brze­giem je­ziora.

— To był praw­dziwy taj­fun — ode­zwała się po nie­miecku Hilda. — Uważam się za dobrą pły­waczkę, lecz wo­lałam się trzymać przewró­co­nego ka­jaka. Ten straszliwy pęd po­wie­trza po pro­stu dusił, a fale mnie za­le­wały. Dziękuję za po­moc. Zja­wił się pan w samą porę.

Usi­ło­wała się uśmiech­nąć, ale była chyba jesz­cze zbyt prze­ra­żona i przemę­czona. Ten uśmiech wy­padł bar­dzo blado, wy­glą­dał ra­czej na płaczliwe skrzywie­nie ust.

— Za­trzy­mamy się w ru­inach młyna. Mu­szę za­cze­kać na swego przyja­ciela, który zo­stał na brzegu — po­wie­działem rów­nież po nie­miecku. — A po­tem od­wiozę pa­nią do pa­łacu.

Włą­czy­łem ogrzewa­nie w sa­mo­cho­dzie i wy­je­cha­łem na piaszczy­sty brzeg w To­pielcu, a po­tem, gniotąc we­hi­ku­łem ogromne po­krzywy, par­łem do mo­stu na dro­dze obie­gają­cej je­zioro.

Znajdo­wali­śmy się obok ruin domu mły­narza, gdy nagle zo­ba­czy­liśmy sa­mo­chód. Szary tau­nus Klausa wła­śnie za­wra­cał na dro­dze za mo­stem. Nie wiem, czy Klaus nas za­uwa­żył, czy do­strzegł w moim we­hi­kule Hildę. Za­wró­ciw­szy, po­mknął le­śną drogą w kie­runku pa­łacu i zaraz znik­nął nam z oczu.

Za­trzyma­łem we­hikuł, po­zo­sta­wia­jąc silnik na wol­nych ob­ro­tach, aby mo­gło wciąż działać ogrzewa­nie.

— Do­my­ślam się już — rze­kłem — dla­czego pły­nęła pani do To­pielca. Znowu za­uwa­żyła pani, że Klaus skie­rował tutaj swój sa­mo­chód.

— Tak — ski­nęła głową, a jed­no­cze­śnie zerk­nęła na mnie cie­ka­wie. — Kim pan jest? — za­py­tała. — I czemu tak bar­dzo inte­re­suje się pan tą sprawą?

— Je­stem z wy­kształce­nia histo­ry­kiem sztuki, a pra­cuję w mu­zeum — od­par­łem szczerze.

— Tak? In­wentary­zuje pan za­bytki, oprowa­dza pan wy­cieczki szkolne i ostrzega: „Pro­szę nie doty­kać eks­po­na­tów” — kpiła Hilda. Nie wie­rzyła moim sło­wom.

— A jed­nak to prawda. Zaj­muję się za­byt­kami, in­wentary­zuję je, nie­kiedy oprowa­dzam wy­cieczki — od­par­łem z po­wagą.

— Pań­ski sa­mo­chód, który pływa po wo­dzie jak naj­lep­sza mo­to­rówka, też na­leży do mu­zeal­nego wy­posa­żenia? — spy­tała z iro­nią.

— Nie. To moja pry­watna wła­sność. Hi­storia tego we­hi­kułu jest inte­re­su­jąca, lecz za­pew­niam panią, że nie ma w niej nic po­dej­rza­nego. Wra­cając zaś do mojej osoby, mu­szę wy­ja­śnić, że przez jakiś czas zaj­mo­wa­łem się re­win­dy­kacją i po­szu­ki­wa­niem zagi­nio­nych pod­czas wojny zbio­rów mu­zeal­nych i cen­nych za­byt­ków. Ten okres pracy obu­dził we mnie ochotę do przy­gód i de­tek­tywi­styczną żyłkę. Zresztą, pro­szę, oto moja mu­ze­alna legi­ty­ma­cja — się­gną­łem do kie­szeni. Bar­dzo chciałem, aby mi za­ufała.

— Nie, dzię­kuję, nie je­stem po­wo­łana do tego, aby oglą­dać czy­jeś do­ku­menty. Za­czy­nam panu wie­rzyć — uśmiech­nęła się. — A poza tym na­wet jeśli obda­rzę pana za­ufa­niem na kre­dyt, nic na tym nie stracę. W mojej sprawie nie ma nic do stra­cenia i nie jest ona żadną ta­jem­nicą.

— Przyje­cha­łem do Ja­sie­nia do­piero wczoraj — wy­ja­śni­łem — i oczywi­ście na­tychmiast za­inte­re­so­wa­łem się wa­szymi po­szu­ki­wa­niami. Tutaj wszyscy wczaso­wi­cze pa­sjo­nują się tą histo­rią. Zro­zu­miałe chyba, że za­gadka sza­chownicy obu­dziła i moją cie­ka­wość. Może będę mógł po­móc w tej sprawie?

— Prze­cież tu nie cho­dzi o ża­den za­bytek, lecz o rzecz jak naj­bar­dziej współcze­sną: pa­mięt­nik.

— Prze­by­wam tutaj na urlo­pie. A w ra­mach urlopu mogę chyba od­stą­pić od swych za­wo­do­wych za­inte­re­so­wań. Pro­szę, niech mi pani opo­wie tę hi­storię.

— Te­raz? Tutaj? — zdu­miała się. — W tych przemo­czo­nych ubra­niach?

— I tak mu­simy za­cze­kać na mo­jego przyja­ciela — rze­kłem. — A pani może się prze­brać. Na tyl­nym sie­dze­niu mam swe­ter i kom­bine­zon do repe­racji wozu. Zresztą ogrzewa­nie w wo­zie działa świetnie.

Nie cze­kając na jej od­po­wiedź i zgodę, wy­sko­czy­łem z we­hi­kułu, aby mo­gła się swo­bod­nie prze­brać.

Bu­rza ustała rów­nie szybko, jak nade­szła. Czarna kra­wędź chmury znik­nęła za poro­śniętymi la­sem wzgórzami, wiatr ustał, a nad nami otwierało się przejrzy­ste niebo.

Prze­spa­ce­ro­wa­łem się wśród ruin młyna i jego za­bu­do­wań. Ota­cza­jąca nas przy­roda wy­glą­dała prze­ślicznie. Omyta desz­czem zie­leń od­zy­skała swoją in­ten­sywną barwę. Na tra­wie i krza­kach błyszczały ogromne kro­ple.

Ode­zwały się wrony. Może wiatr i bu­rza zruj­no­wały im gniazda, bo pod­nio­sły nagle straszliwy har­mi­der, skrzeczały prze­raź­liwie i przejmu­jąco, jak gdyby opła­kując jakąś ogromną stratę.

So­kole Oko nie zja­wiał się. Za­pewne po­biegł do obozu, gdzie prze­brał się w suche ubra­nie. Dal­sze cze­kanie na niego nie miało sensu, ale chciałem, aby Hilda opo­wie­działa mi histo­rię pa­mięt­nika. Rzecz ja­sna, można to było zro­bić znacznie póź­niej, w bar­dziej sprzyjają­cych wa­run­kach, na przy­kład w zaci­szu pała­co­wej ka­wiarni. Na wszelki wy­pa­dek wo­lałem jed­nak, aby nie wi­dziano nas ra­zem. Miałem dla Hildy pewną pro­po­zycję, a ta na­ka­zy­wała da­leko po­su­niętą ostrożność.

Gdy wró­ciłem do sa­mo­chodu, Hilda grzała się w moim nieco przy­bru­dzo­nym sma­rami kom­bine­zonie.

— Sweter zo­sta­wi­łam dla pana — po­wie­działa.

Po­dzię­ko­wa­łem jej, zdjąłem po­śpiesznie ko­szulę i na­cią­gną­łem swe­ter. W we­hi­kule pa­no­wał upał do tego stop­nia, że dźwignię ogrzewa­nia prze­su­ną­łem do po­łowy.

— Opowiem panu histo­rię pa­mięt­nika — za­częła Hilda — ale na po­moc jest już za późno. Jutro rano wra­camy do Nie­miec. Po­szu­ki­wa­nia zo­stały za­koń­czone i nie­stety przy­nio­sły wy­nik ne­ga­tywny. To ja po­noszę winę za roz­po­czę­cie tej sprawy. To za moją przy­czyną re­dak­cja zna­nej we Frankfur­cie ga­zety prze­gra pro­ces są­dowy i bę­dzie mu­siała za­pła­cić duże od­szkodo­wa­nie, a kto wie, czy se­kre­tarz od­po­wie­dzialny re­dak­cji, pan We­ber, nie po­nie­sie na­wet od­po­wie­dzialności kar­nej. Gry­zie mnie to bar­dzo, ale za­cznijmy od po­czątku.

— Tak, bar­dzo o to pro­szę — po­wie­działem, za­pa­lając pa­pie­rosa.

— Wszystko za­częło się od arty­kułu o Kon­ra­dzie von Hau­bitz, który pan Klaus opu­bli­ko­wał w ta­kiej na­szej gaze­cie dla by­łych żoł­nie­rzy. Na­pisał w nim, że Hau­bitz to „wscho­dząca gwiazda” partii prze­sie­dleń­ców i po­wi­nien w przy­szło­ści zo­stać mini­strem w rzą­dzie NRF. Po­wo­ływał się na za­sługi Hau­bitza, na jego piękny ży­cio­rys, w któ­rym od­ma­lował go jako czło­wieka nie­ska­zitel­nego, nie splamio­nego pod­czas wojny żad­nymi brudnymi czy­nami, czło­wieka o czy­stych rę­kach. „Właśnie takim lu­dziom Niemcy po­winni po­wie­rzyć swoje in­te­resy” — pi­sał Klaus. I ten arty­kuł wy­wołał moje ogromne obu­rze­nie. Al­bo­wiem znam do­brze Hau­bit­zów i wiem, że wszystko, co napi­sał Klaus, było wie­rut­nym kłam­stwem. Uro­dzi­łam się w Ja­sie­niu, moja matka była słu­żącą w pa­łacu Hau­bit­zów, a oj­ciec pra­co­wał jako ka­mer­dyner, choć nie tak za­ufany, jak ów Plat­zek, który po­tem zwa­rio­wał. Czy zna pan histo­rię Platzka?

— Tak, sły­sza­łem ją.

— Mój oj­ciec nie inte­re­so­wał się po­lityką, ale uwa­żał, że wojna roz­po­częta przez Hi­tlera po­wo­duje ogromne zło. Nie­po­trzebnie po­dzie­lił się z kimś tymi po­glą­dami, zo­stał areszto­wany przez ge­stapo i zmarł w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Miałam wtedy osiem lat. Do­piero w rok póź­niej do­wie­działyśmy się wraz z matką, że wła­śnie Kon­rad von Hau­bitz, gdy przy­był na urlop z woj­ska, za­de­nun­cjo­wał mego ojca i stał się sprawcą jego śmierci. Ro­zu­mie pan chyba, że nie mam po­wo­dów, aby Hau­bitza uwa­żać za przy­szłego zbawcę na­rodu nie­mieckiego. Ale arty­kuł Klausa obu­rzył mnie nie tylko z tego po­wodu. Już po woj­nie, gdy prze­sie­dlano nas do Nie­miec, czę­sto wspomi­nały­śmy z matką mi­nione lata. Matka opo­wia­dała mi o Hau­bit­zach i oczywi­ście w na­szych roz­mo­wach wciąż po­wra­cało na­zwi­sko Kon­rada, który stał się sprawcą śmierci mego ojca. Wspo­mniała mi matka, że Kon­rad von Hau­bitz wy­ru­szył na wojnę nie tylko z moc­nym po­sta­no­wie­niem zdo­bycia szli­fów puł­kow­nika i licz­nych od­zna­czeń, ale także za­brał z sobą gruby, opra­wiony w skórę bru­lion, w któ­rym za­mie­rzał opi­sy­wać swoje chwalebne i bo­ha­ter­skie czyny. Po trzech la­tach bru­lion wy­pełnił się jego zapi­skami, foto­gra­fiami. Kon­rad von Hau­bitz po­zo­sta­wił zapi­sany pa­mięt­nik w domu ro­dzin­nym, a z no­wym, czy­stym, znowu wy­ru­szył w świat. Od­tąd stary Jo­hann von Hau­bitz nie­mal co wie­czór zbie­rał całą pała­cową służbę i od­czy­tywał jej pa­mięt­nik swego syna, aby po­zna­jąc bo­ha­ter­skie czyny Kon­rada, umacniali się w pa­trio­ty­zmie. I na tych gło­śnych czy­ta­niach pa­mięt­nika mu­siała by­wać także moja matka. Jak wy­glą­dały wspaniałe i bo­ha­ter­skie czyny Kon­rada von Hau­bitza? Był on do­wódcą grupy, która przez pe­wien czas zaj­mo­wała się li­kwi­dacją lud­ności ży­dow­skiej na Bia­łorusi, po­tem ma­sa­kro­wał schwyta­nych do nie­woli par­ty­zan­tów, brał udział w wy­wózce dzieci pol­skich z Za­moj­sz­czy­zny. Zapi­ski ob­fito­wały w foto­gra­fie, na któ­rych Kon­rad von Hau­bitz po­zo­wał na tle szu­bie­nicy i po­wie­szo­nych. Jed­nym sło­wem, był to pa­mięt­nik zbrodnia­rza. Po­tem do Ja­sie­nia za­czął się zbli­żać front. Stary Hau­bitz po­sta­nowił ukryć wszystkie swoje cenne rze­czy. Wiele sły­sza­łam o Hau­bitzu, o jego fa­na­tycz­nym uwielbie­niu dla Hi­tlera, o jego ogromnej du­mie z syna. My­ślę, że był przede wszystkim dumny z wo­jen­nych wy­czy­nów Kon­rada von Hau­bitz i pa­mięć o nich cenił po­nad wszystkie dobra. I je­śli po­tem po­wie­dział do Platzka, że „rze­czy naj­cen­niej­szej strzeże ich ro­dowy znak sza­chownicy”, to je­stem pewna: miał on na myśli pa­mięt­nik swego syna, który ukrył, aby go oca­lić dla przy­szłych po­koleń. Ale to już inna sprawa...

Chwilę od­po­częła, a po­tem mó­wiła dalej:

— Po uka­zaniu się arty­kułu o Hau­bitzu napi­sa­łam list do re­dak­cji jed­nej z frankfurc­kich gazet, w któ­rym nie­dwu­znacznie po­wie­działam, że ży­cio­rys Hau­bitza podany przez Klausa uwa­żam za kłamliwy, że Hau­bitz jest zbrodnia­rzem wo­jen­nym i po­winna się nim zająć pro­ku­ra­tura. Re­dak­cja opu­bli­ko­wała mój list. I za­częła się burza. Kon­rad von Hau­bitz wy­to­czył re­dak­cji pro­ces o znie­sła­wie­nie i zażą­dał wy­so­kiego od­szkodo­wa­nia oraz prze­pro­sin i od­wo­łania. Pro­ces wzbudził wiel­kie za­inte­re­so­wa­nie, zja­wiło się na nim mnó­stwo dziennika­rzy nie­mieckich i za­gra­nicz­nych. Na pro­cesie po­wie­działam o pa­mięt­niku. Po­wo­łałam się na słowa mojej matki, ona jed­nak nie żyje od kilku lat. Sąd zażą­dał do­wo­dów: sa­mego pa­mięt­nika. W tej sytu­acji pro­ces był już z góry prze­grany. Ale nasz obrońca po­prosił sąd o odro­cze­nie roz­prawy i po­zo­sta­wie­nie nam czasu na do­star­cze­nie pa­mięt­nika. Uchwy­cili­śmy się tej moż­liwo­ści i wraz z pa­nem We­be­rem przyje­cha­łam do Ja­sie­nia. Pol­skie wła­dze oka­zały nam da­leko idącą po­moc. Nie­stety, cała ta im­preza za­koń­czyła się fia­skiem i jutro wra­camy z ni­czym. No cóż, ja je­stem tylko zwy­kłą urzęd­niczką na po­czcie we Frankfur­cie, nie za­mie­rzam robić żad­nej ka­riery, w któ­rej prze­szkodzić mógłby mi Hau­bitz. Ale na po­ważne kło­poty nara­ziłam re­dak­cję, ona za mój list od­po­wie przed są­dem. I to mnie gry­zie, to mi nie daje spo­koju. Na­wa­rzy­łam okrop­nego piwa, jak to mi już po­wie­dział Klaus.

— A wła­śnie: Klaus. Co on tutaj robi?

— Przyjechał jako ob­ser­wator. Z ra­mie­nia swojej ga­zety. Sprawa po­szu­ki­wań nie jest ta­jem­nicą, gło­śno mó­wiono o niej na pro­cesie. Wy­daje się oczywiste, że Klaus jest bar­dzo związany z Hau­bit­zem i przyjechał tu nie po to, aby nam po­móc w po­szu­ki­wa­niach, ale prze­szkodzić. Dla­tego od sa­mego po­czątku ob­ser­wo­wali­śmy go pilnie i pa­trzy­liśmy mu na ręce. Trzeba jed­nak przy­znać, że za­cho­wy­wał się bez za­rzutu, nie wzbudził żad­nych po­dej­rzeń. Do­piero ostatnio zwróciłam uwagę na jego sa­motne wy­cieczki do To­pielca. Po co on tu przyjeżdża? Czego tu szuka? Jak pan sądzi?

— Nie wiem. Mam jed­nak jesz­cze jedno pyta­nie: czy ba­dali­ście ko­mi­nek w ob­ser­wato­rium?

— Tak.

— Jak on wy­glą­dał? Czy płytki były już po­ob­tłu­ki­wane?

— Tak. A dla­czego pan o to pyta?

— I nie zwróciło to wa­szej uwagi? — uni­ka­łem od­po­wie­dzi na jej pyta­nie.

— Za­gadka sza­chownicy jest w Ja­sie­niu sze­roko znana. Przyjeżdża tu mnó­stwo tury­stów. Przypusz­czali­śmy, że płytki po­ob­tłu­kiwał Plat­zek albo jakiś inny po­szu­ki­wacz skar­bów.

— A moim zda­niem do­ko­nano tego bar­dzo nie­dawno. Może na­wet przed nie­spełna ty­go­dniem.

— Czy wie pan rów­nież, kto to zro­bił?

— Nie. Mam tylko pewne po­dej­rze­nia. I jesz­cze chciałbym coś wie­dzieć: ja­kie są pani dal­sze plany?

— Nie mam żad­nych pla­nów — wes­tchnęła. — Jutro rano wy­jeż­dżam do Nie­miec wraz z We­be­rem i Klausem. Pol­ska ekipa już wczoraj wró­ciła do War­szawy. Dal­sze po­szu­ki­wa­nie pa­mięt­nika na­prawdę nie ma już sensu. Zro­bili­śmy wszystko, co było w na­szej mocy. Obej­rzeli­śmy wszystkie sza­chownice w Ja­sie­niu i w dob­rach Hau­bit­zów. I ja, i pan We­ber dys­po­nu­jemy jesz­cze wol­nym cza­sem, ale o wiele bar­dziej ce­lowe wy­daje się przy­go­to­wa­nie do obrony w pro­cesie niż tra­cenie dni w Ja­sie­niu.

— Na kiedy wy­zna­czono pro­ces?

— Za trzy tygo­dnie.

Za­sta­no­wi­łem się chwilę, roz­wa­ży­łem w my­ślach kilka spraw.

— Wy­daje mi się, że warto spró­bo­wać jesz­cze raz. Jeśli ze­chce mi pani za­ufać, pro­szę zo­stać w Ja­sie­niu przez ty­dzień. Nie ma pani prze­cież nic do stra­cenia, a wszystko do zy­ska­nia.

— Pan We­ber nie zgo­dzi się po­zo­stać.

— To na­wet bę­dzie lepiej, jeśli on poje­dzie. Bo wraz z nim bę­dzie mu­siał po­wró­cić do Nie­miec rów­nież i Klaus. De­cyzja pani po­winna za­sko­czyć ich jutro rano. Oni od­jadą, a pani zo­sta­nie. I wznowimy po­szu­ki­wa­nia.

— Czy ma pan choć naj­mniejszą na­dzieję na od­nale­zie­nie pa­mięt­nika?

— Owszem — ski­ną­łem głową.

I po­wie­działem jej o przy­go­dzie Wie­wiórki i moim wła­snym prze­życiu mi­nio­nej nocy w ru­inach ob­ser­wato­rium.

— Co to wszystko ma zna­czyć? — zdu­miała się Hilda. — I dla­czego pan sądzi, że jest w tym na­dzieja dla mnie?

— Ależ to oczywiste, pro­szę pani! — za­wo­łałem. — Prze­cież to zna­czy, że rów­nole­gle z wa­szą eks­pe­dycją działał i chyba działa w Ja­sie­niu jakiś wy­rafi­no­wany i przy­go­to­wany na wszystko tro­piciel za­gadki. Fakt, że działa w tym sa­mym cza­sie, co i wy, utwierdza mnie w prze­ko­naniu, że sprowa­dziła go tu ta sama sprawa. A więc pro­ces są­dowy. Utwierdza mnie to w prze­ko­naniu, że pani ma rację przy­pusz­cza­jąc, iż stary Hau­bitz przez „rzecz naj­cen­niej­szą” ro­zu­miał pa­mięt­nik swego syna, a nie, na przy­kład, ho­nor swego rodu. A je­śli tak, to czy pani sądzi, że wasz przyjazd tutaj nie za­nie­po­koił Kon­rada von Hau­bitz? Daję głowę, że Hau­bitz przy­słał tu ko­goś, kto miał za za­danie nie tylko ob­ser­wo­wać każdy wasz krok, ale także od­szu­kać pa­mięt­nik i przy­wieźć mu go, aby nad głową Hau­bitza nie wi­siało już żadne nie­bez­pie­czeń­stwo. Wy­obra­żam sobie, z jaką ulgą przyjął on wia­do­mość, że od­jeż­dża­cie z ni­czym. Te­raz nad­cho­dzi dla niego od­po­wiednia pora działania: zna­leźć pa­mięt­nik i przy­wieźć go Hau­bit­zowi.

— Pan po­dej­rzewa, że tą osobą jest Klaus?

— Tak.

— Cie­kawa je­stem, jak on się za­chowa, gdy jutro rano oświadczę, że po­zo­staję w Ja­sie­niu — po­wie­działa Hilda.

— A więc zde­cy­do­wała się pani po­zo­stać?

— Tak. Mu­szę tak po­stą­pić, jeśli jest choć cień na­dziei. Jakie ma pan dal­sze plany? — za­py­tała rze­czowo.

— Jesz­cze raz spró­bu­jemy od­wie­dzić te wszystkie miej­sca, gdzie jest sza­chownica. Być może prze­oczyliście jakiś istotny szczegół lub po­mi­nęli­ście któ­rąś z sza­chownic.

— Niech pan na to nie liczy. Pol­ska ekipa za­się­gnęła ję­zyka u miesz­kań­ców miej­sco­wo­ści związa­nych z Hau­bit­zami. Nie prze­oczyliśmy żad­nej sza­chownicy.

— No cóż, zo­ba­czymy. Je­śli nie roz­wią­żemy za­gadki sza­chownicy, bę­dzie pani miała czy­ste su­mie­nie, że na­prawdę zro­biła pani wszystko dla od­nale­zie­nia pa­mięt­nika. Jest jed­nak jesz­cze jedna osoba, na którą bar­dzo liczę.

— Któż to taki?

— Hau­bitz i jego wy­słan­nik. Syn Jo­hanna Hau­bitza po­siada być może peł­niej­szy niż pani re­jestr sza­chownic w tych oko­li­cach. Gdy działała tu pol­ska ekipa, nie mógł on gra­so­wać swo­bod­nie. A te­raz za­cznie szu­kać już bez żad­nych obaw. Li­czę na to, że uda nam się wpaść na jego trop, a wówczas to on do­pro­wa­dzi nas do celu.

— Pan jest fan­tasta — ro­ze­śmiała się Hilda. - Lecz może wła­śnie tej fan­tazji bra­ko­wało w na­szych po­szu­ki­wa­niach? Zgoda, przyjmuję pań­ską pro­po­zycję i pana plan.

To mó­wiąc wy­cią­gnęła do mnie dłoń, którą mocno uści­sną­łem.

I wtedy zo­ba­czy­liśmy ogrom­nego forda ze szwajcar­skimi zna­kami reje­stra­cyj­nymi.

 


ROZDZIAŁ ÓSMY [top]

FABRYKANT ZAPALNICZEK • DZIWNE ZACHOWANIE SIĘ SEBASTIANA • KOGO ZNALEŹLIŚMY W TOPIELCU • SZPIEGOMANIA • ZWIĄZEK TAJEMNICZEJ SZACHOWNICY • WYBIERAMY PREZESA • ZWIĄZEK ROZPOCZYNA DZIAŁALNOŚĆ

 

Ma­je­sta­tycz­nie, koły­sząc się na nie­rów­no­ściach drogi, wielki ford prze­był mo­stek i za­trzymał się o kilka kro­ków dalej. Z sa­mo­chodu wy­sia­dła ciotka Ze­nobia, a z tyl­nych miejsc wy­sko­czyła Kaśka i Se­ba­stian. Po chwili uj­rza­łem także Szwajcara. Sta­ran­nie za­mknął drzwiczki i cała trójka, a ra­czej czwórka, skie­ro­wała się na ścieżkę przez po­krzywy. Zmierzali do miej­sca, gdzie znaj­do­wał się głaz z sza­chownicą.

Pierwszy, który nas za­uwa­żył, był oczywi­ście Se­ba­stian. Ra­do­śnie krę­cąc ku­prem i wy­wi­jając swym ki­jan­ko­wym ogo­nem, przy­biegł do we­hi­kułu, pod­ska­kując jak we­soły zają­czek. Tuż za nim zja­wiła się Kaśka. Ciotka Ze­nobia po­wie­działa coś do Szwajcara, za­trzymali się, a po­tem za­wró­cili z drogi i po­de­szli do nas. Hilda i ja, wy­szli­śmy z sa­mo­chodu.

— Przyje­cha­liśmy tu, aby jesz­cze raz obej­rzeć sza­chownicę — zdą­żyła mi szep­nąć Kaśka. — Pan Fry­deryk chce zająć się tą sprawą.

Tymcza­sem nade­szła Ze­nobia ze Szwajca­rem.

— Cóż za miłe spo­tka­nie — rze­kła Ze­nobia z wy­raź­nym szy­der­stwem w gło­sie. — O, pań­stwo, zdaje się, mieli ja­kieś kło­poty? — za­uwa­żyła moje mo­kre ubra­nie i kom­bine­zon na Hil­dzie.

— Zła­pała nas burza — wy­ja­śni­łem.

Do tej pory Ze­nobia mó­wiła po pol­sku, teraz prze­szła na nie­miecki. W tym ję­zyku za­częła nas przedsta­wiać Szwajca­rowi, który — jak to już zresztą za­zna­czy­łem — pre­zen­tował się bar­dzo sym­pa­tycz­nie. Był szczupłym blon­dy­nem lat około trzy­dzie­stu pię­ciu, wy­glą­dał na wy­sportowa­nego, za­do­wo­lo­nego z sie­bie czło­wieka, nie ma­ją­cego wiel­kich kło­po­tów i od­no­szą­cego się do świata z wielką życzliwo­ścią. Zbli­żając się do nas, już z da­leka uśmiechał się przyjaźnie. Na­to­miast Ze­nobia od razu ujawniła swój wstrętny cha­rak­ter. Naj­lepiej świadczył o tym spo­sób, w jaki do­ko­nała pre­zen­tacji:

— Oto jest panna Hilda, Niemka, którą, jak po­wiada stu­gębna miej­scowa plotka, sprowa­dziła do Ja­sie­nia chęć roz­wią­zania za­gadki ta­jem­ni­czej sza­chownicy i od­nale­zie­nia pa­mięt­nika grafa von Hau­bitz.

— A tak, tak, wiem, czy­tałem w ga­ze­tach o tym pro­cesie z Hau­bit­zem — ski­nął głową Szwajcar. — Po przyjeź­dzie do Ja­sie­nia do­wie­działem się, że nie­stety nie udało się pani od­na­leźć pa­mięt­nika. To przy­kre, bo całą duszą i ser­cem je­stem po pani stro­nie. Czy nie mógłbym oka­zać się po­mocny?

— O — zdu­miała się Hilda — dziś mamy chyba wy­jąt­kowo miły dzień. Już druga osoba ofia­ro­wuje mi swoją po­moc.

— A tą pierwszą osobą jest ten pan — do­my­śliła się Ze­nobia wskazując na mnie, po czym za­pre­zen­to­wała moją osobę. — Oto jest pan To­masz, który przy­był do Ja­sie­nia, aby wzmocnić swoje siły. Prze­pra­szam, jaki jest pana za­wód? — za­py­tała.

— Pra­cuję w mu­zeum.

— O tak — ski­nęła głową Ze­nobia. — Od razu się tego po­win­nam była do­my­ślić. Czy mo­gli­by­śmy wie­dzieć rów­nież, jaką epokę hi­sto­ryczną pan re­pre­zen­tuje? Teraz do­piero ro­zu­miem, jak bar­dzo nie­wła­ści­wie po­stą­piłam przewra­cając pana trzy­krot­nie na trawę. Prze­cież nie wolno tak robić z mu­zeal­nymi eks­po­na­tami. Po­wi­nien pan sie­bie, a także swój sa­mo­chód za­opa­trzyć w ta­bliczkę: „Ostrożnie, szkło!”, jak na prze­sył­kach.

Hilda sta­nęła w mojej obronie.

— Pan To­masz ma wspaniały sa­mo­chód — po­wie­działa.

Spoj­rza­łem na nią ostrze­gaw­czo, dając jej do zro­zu­mie­nia, aby nie zdra­dziła ta­jem­nicy mo­jego we­hi­kułu. Po­jęła to, bo na tym stwierdze­niu skończyła swoje za­chwyty nad sa­mo­cho­dem.

Szwajcar oka­zał się dżentel­me­nem.

— Ta­kie dziwne i sta­ro­świecko wy­glą­da­jące sa­mo­chody — rzekł spoj­rzawszy na we­hikuł — są teraz bar­dzo modne na Za­cho­dzie. Chciałem rów­nież mieć po­dobny wóz, lecz, wy­znaję, ich cena przewyż­sza koszt naj­bar­dziej luk­su­so­wej limu­zyny.

Ze­nobię roz­gniewała ta obrona mojej osoby, a naj­bar­dziej chyba do­tknął ją fakt, że w su­kurs Hil­dzie przy­szedł Szwajcar. Więc w rów­nie zło­śliwy spo­sób przedsta­wiła nam Szwajcara.

— Trzeba bo­wiem pań­stwu wie­dzieć — po­wie­działa wskazując nań — że pan Fry­deryk Braun, oby­watel szwajcar­ski, nie jest żad­nym reki­nem fi­nan­sjery, a tylko skrom­nym fa­bry­kan­tem za­pal­ni­czek. Pro­du­kuje za­pal­niczki kie­szonkowe, biu­rowe, sa­mo­cho­dowe i inne. Za­pal­niczki na ben­zynę i na gaz. Za­pal­niczki w kształcie pi­sto­letów, wo­do­try­sków, wieży Eiffla i góry Mont Blanc, jak rów­nież o kształtach bliżej nie­okre­ślo­nych. Pan Fry­deryk wy­biera się na wy­cieczkę do Jugo­sła­wii, po dro­dze jed­nak po­sta­nowił od­wie­dzić Pol­skę, Cze­cho­sło­wa­cję, Wę­gry i za­trzymał się na jakiś czas w Ja­sie­niu. Pan Fry­deryk prze­czy­tał mnó­stwo po­wie­ści kry­mi­nal­nych i mimo że jest tylko pro­du­cen­tem za­pal­ni­czek, żywi głę­bokie prze­ko­nanie o wła­snych uta­jo­nych ta­len­tach de­tek­tywi­stycznych. Po przyjeź­dzie do Ja­sie­nia do­wie­dział się od pana Klausa i pana We­bera, że wła­śnie Ja­sień jest tere­nem po­szu­ki­wań pa­mięt­nika. I w ci­cho­ści du­cha za­pra­gnął wziąć udział w tak pa­sjo­nują­cej przy­go­dzie. Zwierzył się mnie ze swych skrytych za­mia­rów, a ja po­sta­no­wi­łam od­wieść go od tego, uwa­żając słusznie, że tego ro­dzaju męż­czy­zna po­wi­nien ra­czej po­świę­cić się pły­wa­niu, kaja­kar­stwu, no­wo­cze­snym tań­com. Nie­mniej za­ofia­ro­wa­łam się po­kazać mu sza­chownicę w Ja­sie­niu i przywio­złam do To­pielca.

— Och, miła pani Ze­nobio — za­opo­no­wał Fry­deryk. — Na wszystko bę­dziemy mieli dość czasu. Na roz­wią­zy­wa­nie pa­sjo­nują­cej za­gadki i na no­wo­cze­sne tańce.

— Prze­pra­szam, a czy pani nam się nie przedstawi? — zwróciłem się do Ze­nobii.

— Zdaje mi się, że już po­zna­liśmy się. Dzięki Kasi — od­rze­kła.

— Ale my nie mia­ły­śmy przyjem­ności uści­śnię­cia sobie dłoni — po­wie­działa Hilda. — Znamy się tylko z wi­dze­nia, a wła­ści­wie z pod­glą­dania — do­dała zło­śli­wie.

— W takim razie ja do­ko­nam pre­zen­tacji — wtrą­ciłem się. — Oto jest pani Ze­nobia, cio­cia tej oto, obecnej tu przemiłej Kasi. Pani Ze­nobia jest wła­ści­cielką straszli­wego mo­tocy­kla i lubi mocne ude­rze­nie. Ale za­sad­nicza pasja jej życia to kon­wer­sacja z cu­dzo­ziemcami i uprawia­nie dżudo. Go­towa jest za­ko­chać się w każ­dym, kto ją po­kona w walce.

— Jaka szkoda, że nie mam poję­cia o dżudoz udaną roz­paczą rzekł Fry­deryk.

Ode­zwała się Kasia:

— Czy pań­stwo życzą sobie, aby zo­stał im przedsta­wiony rów­nież Se­ba­stian?

— Oczywi­ście — ski­ną­łem głową. — Ale gdzie jest Se­ba­stian?

Ro­zej­rzeli­śmy się. Do tej pory pies bu­szo­wał w wy­so­kich po­krzywach, a te­raz gdzieś znik­nął. Kasia gwizdnęła na niego kil­ka­krot­nie, lecz okropne kra­kanie wron za­głu­szyło jej gwizd lub Se­ba­stian znowu oka­zał nie­po­słu­szeń­stwo, bo nie zja­wił się na we­zwa­nie.

— O Boże, co się z nim stało? — za­nie­po­koiła się dziew­czynka.

Tymcza­sem na dro­dze obok mo­stu, tuż za for­dem Szwajcara, za­trzymał się wart­burg dok­tora. Z sa­mo­chodu wy­sy­pali się trzej chłopcy, a za nimi wy­siadł dok­tor z ma­leńką, le­kar­ską teczką w ręku.

— Chwała Bogu, że wi­dzę was zdrowych i ca­łych — oświad­czył śpie­sząc w naszą stronę. — Jak się pani czuje? — Zwrócił się po nie­miecku do Hildy.

— Świetnie — od­parła, tro­chę zdzi­wiona.

Do­piero po chwili wy­ja­śniła się cała sprawa. Oka­zało się, że So­kole Oko zo­ba­czył, jak na wzburzo­nym jezio­rze wy­cią­gam Hildę z wody. Na­tychmiast po­biegł do obozu po dok­tora, przy­pusz­cza­jąc, że bę­dzie po­trzebna jego po­moc. Doktor i chłopcy wsiedli w sa­mo­chód i po­je­chali do pa­łacu, przy­pusz­cza­jąc, że za­pewne tam od­wiozę Hildę. W pa­łacu Hildy nie było, więc poje­chali do ośrodka wy­po­czynko­wego, do mo­jego domku, my­śląc, że może tam do­biłem we­hi­ku­łem. Wreszcie wpa­dli na myśl, że być może do­pły­ną­łem do brzegu w naj­bliż­szym miej­scu od wy­padku, a więc w To­pielcu. I zja­wili się tutaj.

Na szczęście tak mi się udało po­kie­ro­wać wy­ja­śnie­niami, że ani Ze­nobia, ani Fry­deryk nie do­my­ślili się, w jaki spo­sób wy­rato­wa­łem Hildę. Są­dzili, że zro­biłem to wskakując do wody.

— Nie przy­pusz­cza­łam, że jest pan tak świetnym pły­wa­kiem — zdu­miała się Ze­nobia.

Hilda chciała spro­sto­wać, lecz znowu rzu­ciłem jej ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

— A tak, pły­wam nie naj­go­rzej — od­rze­kłem z nutką zaro­zu­mia­łości w gło­sie.

Przedsta­wi­łem dok­tora i chłopców jako swoich przyjaciół od­by­wa­ją­cych kra­jo­znawczą wy­cieczkę.

— Je­śli jesz­cze do­wiem się, że pan dok­tor i ci trzej mło­dzi lu­dzie rów­nież po­sta­no­wili roz­wią­zać za­gadkę sza­chownicy, to nie uwie­rzę — roze­śmiała się Hilda.

— A tak. Wła­śnie tak — stwierdził dok­tor. — Mamy ten za­miar. To prze­cież histo­ria jak z po­wie­ści sen­sa­cyj­nej.

— Owszem — zgo­dził się Fry­deryk — dla­tego warto po­świę­cić tej sprawie tro­chę czasu.

— Nie, to na­prawdę nie do wiary. To by­łoby na­wet za­bawne, gdyby nie fakt, że w tej sprawie kryje się tyle po­waż­nych ele­mentów — po­wie­działa ze smutkiem Hilda.

Wrony wciąż wrzesz­czały prze­raź­liwie. Dla­tego led­wie usły­sza­łem okrzyk Kasi.

Dziew­czynka szła ostrożnie przez wy­sokie po­krzywy i wo­łając coś, ki­wała na mnie ręką. Odłączy­łem się więc od ca­łego towa­rzy­stwa i za­czą­łem prze­dzie­rać przez po­krzywy.

Po kilku kro­kach zro­zu­mia­łem, dla­czego dziew­czynka mnie woła. Zo­ba­czy­łem Se­ba­stiana, który do po­łowy znik­nął w wą­skiej dziu­rze w zruj­no­wa­nej ścia­nie sta­rego młyna. Wy­sta­wał mu tylko kuper i ogon, rado­śnie ki­wa­jący się na wszystkie strony.

Przy­śpie­szy­łem kroku, przed­ostałem się przez kupę gruzu za­wa­lają­cego wej­ście do ruin. W du­żym po­mieszcze­niu bez da­chu rosły krzaki, a na­wet młode drzewka. Roz­su­ną­łem krzaki i zo­ba­czy­łem głę­boki dół, za­pewne po­zo­sta­łość po za­wa­lonej piw­nicy. Na dnie dołu stał pan Ku­ryłło. Był to wi­dok dość śmieszny, ale pełna roz­pa­czy twarz Ku­ryłły na­ka­zała po­wagę.

— Nie­chże mi pan poda rękę! — za­wołał bła­gal­nie z głębi dołu. — Nie mogę stąd wy­leźć. Wo­łałem o po­moc, ale nikt mnie nie sły­szał.

Przyklęk­ną­łem na kra­wę­dzi dołu i po­da­łem mu rękę. Po­stę­kując wy­gra­molił się na po­wierzchnię. Tutaj ode­tchnął głę­boko i z ogromną ulgą. Po­tem, zata­cza­jąc się, przelazł przez gruz i sta­nął oko w oko z całą naszą gro­madką.

— Boże drogi — za­ła­mała ręce ciotka Ze­nobia. — Co się panu stało, panie Ku­ryłło?

Z roz­tar­gnie­niem ro­zej­rzał się po na­szych twa­rzach. Wy­da­wało się, że cią­gle nie do­wie­rza swojemu szczęściu. Ob­ma­cał sta­ran­nie nogi, do­tknął dłońmi ra­mion i piersi, wreszcie po­wie­dział:

— By­łem w le­sie na spa­cerze. Za­sko­czyła mnie burza, zdo­łałem jed­nak do­paść ruin. Chciałem się w nich schronić przed desz­czem. Raptem zro­biło się ciemno, ze­rwał się okropny wiatr i lu­nął deszcz. Wla­złem w ruiny szu­kając ja­kiejś resztki da­chu, ale z po­wodu mroku nie za­uwa­ży­łem dołu pod no­gami. I wpa­dłem. A wy­leźć już nie po­tra­fiłem. Wo­łałem o po­moc, lecz chyba to prze­klęte kra­kanie wron za­głu­szało moje okrzyki.

— Drą się wniebo­głosy — przytak­nęła Ze­nobia.

Wró­ciłem do ruin i jesz­cze raz zaj­rza­łem do piw­nicy. Stwierdzi­łem, że gdy­bym to ja wpadł do tego dołu, wy­do­stał­bym się z niego bez ni­czy­jej po­mocy. Pan Ku­ryłło był jed­nak star­szy ode mnie. Ale prze­cież wy­glą­dał na męż­czy­znę w pełni sił, od­by­wał dłu­gie spa­cery. Po­my­śla­łem więc: „Może nie chciał wyjść z dołu?” Była to myśl ab­sur­dalna, nie­mniej jed­nak tak wła­śnie po­my­śla­łem. Oczywi­ście, nie nale­żało wy­klu­czyć moż­liwo­ści, że kra­kanie wron za­głu­szyło jego wo­łanie i usły­szał je tylko Se­ba­stian bu­szu­jący w po­krzywach.

— W tym dole sie­dział pan chyba z go­dzinę — stwierdzi­łem. — Co by się z pa­nem stało, gdyby nie Se­ba­stian?

— Nie wiem, nie wiem... — Ku­ryłło roz­łożył ręce. — Być może zgi­nął­bym tu z głodu i chłodu. Z po­czątku wo­łałem o po­moc bar­dzo gło­śno i czę­sto, a po­tem ochrypłem i już tylko od czasu do czasu wzywa­łem po­mocy.

— A wy­leźć pan nie usi­łował?

— Pró­bo­wa­łem. Lecz bez­sku­tecz­nie. Nie­stety, nie je­stem wy­gim­na­sty­ko­wany.

Zniknęła gdzieś jego py­szał­ko­wa­tość i pew­ność sie­bie. Jego sprytne oczy miały teraz wy­raz prze­stra­chu.

Fry­deryk, dok­tor i chłopcy po­szli do ruin i rów­nież zaj­rzeli do dołu, w któ­rym od­kry­łem pana Ku­ryłłę. Gdy wró­cili, na ich twa­rzach ma­lo­wała się po­dejrzli­wość.

— Prze­cież z tego dołu na­wet dziecko po­tra­fi­łoby wyjść o wła­snych si­łach — po­wie­dział Fry­deryk.

Mały pan Ku­ryłło aż po­czerwie­niał z gniewu. Na­gle zape­rzył się jak ko­gucik.

— Ach tak, nie wie­rzy­cie mi? Nie wie­rzy­cie — po­wta­rzał. — Do­brze. Po­wiem wam prawdę: słusznie, że mi nie wie­rzy­cie. Ja do tego dołu wla­złem spe­cjal­nie i mógłbym wyjść z niego, gdy­bym ze­chciał. Lecz nie chciałem. A dla­czego nie chciałem? Dla­tego, że was śle­dzi­łem, bo wy­daje­cie mi się bar­dzo po­dej­rzani. Przyje­cha­liście tutaj w róż­nym cza­sie aż trzema sa­mo­cho­dami, wy­zna­czy­liście sobie spo­tka­nie w tym od­lud­nym miej­scu. I przez cały czas roz­ma­wia­cie po nie­miecku. Kto wie, czy nie jeste­ście szpiegami.

— A fe, panie Ku­ryłło! I mnie po­sądza pan o tak straszne sprawy? — zdu­miała się Ze­nobia.

— Pan rów­nież mówi świetnie po nie­miecku — roze­śmiała się Hilda, którą roz­ba­wiły po­dej­rze­nia Ku­ryłły.

— Pa­nią Ze­nobię po­dej­rze­wam naj­bar­dziej — oświad­czył Ku­ryłło. — Bo czy nor­malna, zwy­kła ko­bieta może znać dżudo? Tylko w szkołach szpiegow­skich uczą dżudo. Ogląda­łem filmy szpiegow­skie, czy­tałem książki o działalno­ści wy­wiadu. Na szpiegów wy­biera się spe­cjal­nie ładne ko­biety. A pani Ze­nobia... jest ładna.

— Dziękuję panu — ski­nęła głową Ze­nobia.

— Pani uro­dzie też nic nie można za­rzu­cić — Ku­ryłło wskazał Hildę.

— Dziękuję za kom­ple­ment — uśmiech­nęła się Hilda.

Ba­wili­śmy się do­sko­nale po­dej­rze­niami Ku­ryłły. Chłopcy, któ­rym od czasu do czasu tłu­ma­czy­łem na pol­ski treść roz­mowy, aż po­kła­dali się ze śmiechu, co jesz­cze bar­dziej go obu­rzało. Tylko na twa­rzy Fry­de­ryka wciąż nie go­ścił uśmiech, wy­da­wał się być obra­żony po­są­dze­niami star­szego pana. Wreszcie Ze­nobia po­sta­no­wiła roz­ch­mu­rzyć Fry­de­ryka.

— Po­zwoli pan, panie Braun, że przedsta­wię panu na­szego po­gromcę szpiegów. Pan Ku­ryłło — re­wi­dent ksiąg bu­chalteryj­nych przedsię­biorstw ga­stro­no­micznych, znany jako „po­strach ga­stro­no­mii”. Jego uwagi nie uj­dzie żadne nie­do­pa­trze­nie i nie­jed­nego mal­wer­santa za­pro­wa­dził on za kratki.

Teraz Ze­nobia zwróciła się do Hildy:

— Pan Ku­ryłło wy­raził głę­bokie prze­ko­nanie, że gdyby pani w od­po­wiednim cza­sie zwróciła się do niego o po­moc w sprawie ta­jem­ni­czej sza­chownicy, za­gadka ta by­łaby już roz­wią­zana.

— Jaka szkoda, że o tym nie wie­działam — od­po­wie­działa Hilda. — Za­pewne sko­rzy­sta­ła­bym z tej po­mocy.

— O, to chyba nic stra­co­nego — rzekł Fry­deryk. — Prze­cież chyba nie za­mie­rza pani po­rzu­cić tej sprawy?

— Owszem, był­bym wam do­po­mógł — kiw­nął głową Ku­ryłło. Zro­bił to z ogromną po­wagą i pew­no­ścią sie­bie, która znowu do niego wró­ciła. Żarty Ze­nobii przyjął za dobrą mo­netę.

— Nie ma na­dziei na roz­wią­zanie za­gadki — wes­tchnęła Hilda. — Pan We­ber i pan Klaus po­sta­no­wili już jutro wy­je­chać. Co do mnie... — za­wa­hała się i spoj­rzała na mnie, nie wie­dząc, czy wolno jej wy­znać im prawdę o na­szej umowie.

Ski­ną­łem głową, aby mó­wiła.

— Co do mnie — pod­jęła wą­tek — po­sta­no­wi­łam jesz­cze kilka dni po­zo­stać w Ja­sie­niu. Będę usi­ło­wała pro­wa­dzić dalej po­szu­ki­wa­nia. Pan To­masz obie­cał mi po­ma­gać.

Fry­deryk pod­szedł do Hildy, ukło­nił się, po­ca­łował ją w rękę.

— Czy przyjmie pani po­moc rów­nież i ode mnie?

Hilda znowu się za­wa­hała i spoj­rzała na mnie, nie wie­dząc, czy w mo­ich pla­nach leży po­moc trze­cich osób. A ja mu­sia­łem po­wie­dzieć to, co wy­ni­kało z tej sytu­acji.

— Nie mam mo­no­polu na po­moc dla panny Hildy. Wy­daje mi się, że nie wolno zre­zy­gno­wać z ni­czy­jej rady w tak skompli­ko­wa­nej i trud­nej sprawie.

— W takim razie dzię­kuję panu. Przyjmuję po­moc — Hilda uści­snęła dłoń Fry­de­ryka.

I tak ko­lejno z po­mocą Hil­dzie ofia­ro­wali się dok­tor, chłopcy, a na końcu Ze­nobia z Ka­sią. Ze­nobia uczyniła to wy­raź­nym ocią­ga­niem się i prawdo­po­dob­nie tylko ze względu na Fry­de­ryka.

— A pan? — Hilda zwróciła się do pana Ku­ryłły, który sta­nął na boku i mil­czał po­nuro, jak gdyby ob­ra­żony, że nikt nie zwraca na niego uwagi. — Za­pewne w tej sytu­acji, gdy uważa pan nas za szpiegów, nie pod­trzyma pan swej pro­po­zycji oka­zania mi po­mocy?

Ku­ryłło aż po­kra­śniał z za­chwytu.

— Więc jed­nak! — wy­krzyknął. — Pań­stwo sły­szą? Więc jed­nak zwraca się pani o po­moc do Ku­ryłły. Przy­się­gam — za­wołał — że ja pani nie za­wiodę!

To mó­wiąc Ku­ryłło rzucił się do Hildy i po­ca­łowałw rękę z gło­śnym cmoknię­ciem.

— Co do tego po­dej­rze­nia o szpiego­stwo — wy­jaśnił po chwili — pro­szę tego nie brać sobie do serca. Ja je­stem po­dejrzliwy z na­tury rze­czy, jeśli się tak można wy­razić.

— Sły­szy pan? — zwróciła się Ze­nobia do Fry­de­ryka. — Za­gadka jest jedna, a de­tek­ty­wów ty­siące. Czy nie po­du­simy się w tym tłoku?

Fry­deryk od­po­wie­dział z hu­mo­rem:

— W takim razie może zało­żymy mię­dzy­naro­dowe towa­rzy­stwo dla roz­wią­zania za­gadki ta­jem­ni­czej sza­chownicy?

— A tak, tak, to piękny po­mysł — pod­chwycił dok­tor. A gdy prze­tłu­ma­czy­łem chłopcom i Kasi pro­po­zycję Szwajcara, Tell, Wie­wiórka i So­kole Oko za­częli ry­wali­zo­wać w wy­my­śle­niu naj­lep­szych nazw dla na­szej orga­niza­cji.

Zwy­cię­żyła Kasia.

— Zor­gani­zu­jemy Związek Ta­jem­ni­czej Sza­chownicy — po­wie­działa.

Przyjęli­śmy tę na­zwę. Na pre­zesa Związku Ze­nobia wy­su­nęła kan­dy­da­turę Fry­de­ryka, Hilda zaś za­pro­po­no­wała moją osobę. Ja jed­nak wy­co­fałem swoją kan­dy­da­turę tłu­ma­cząc, że go­ście mają pierwszeń­stwo.

Pan Ku­ryłło z kwa­śną miną oświad­czył:

— Nie mam nic prze­ciw kan­dy­datu­rze pana Fry­de­ryka, lecz wy­daje mi się, że pre­ze­sem na­szego Związku po­wi­nien zo­stać ktoś z pew­nym do­świad­cze­niem de­tek­tywi­stycznym, a jed­no­cze­śnie zna­jący sto­sunki w na­szym kraju. To bar­dzo uła­twi nam działanie.

Fry­deryk wy­cofał swoją kan­dy­da­turę. Na placu boju o god­ność pre­zesa po­zo­stał tylko Ku­ryłło, któ­rego wy­brali­śmy w końcu przez aklama­cję.

Wy­znaję, że bar­dzo roz­śmie­szył mnie ten wy­bór. Wie­działem, że pan Ku­ryłło nie wie­rzy w ist­nie­nie pa­mięt­nika i bę­dzie szu­kał złota i bry­lan­tów. Lecz ostatecz­nie nie miało zna­cze­nia, czego szuka. Istotne było, aby udało się nam roz­wią­zać za­gadkę ta­jem­ni­czej sza­chownicy i zna­leźć ową „rzecz naj­cen­niej­szą”. A wtedy okaże się, co jest tą rze­czą: pa­mięt­nik czy złoto i bry­lanty.

Na za­koń­cze­nie na­szego spo­tka­nia pre­zes Ku­ryłło usta­lił plan działalno­ści Związku Ta­jem­ni­czej Sza­chownicy. Prze­konał wszyst­kich, że w Ja­sie­niu nie mamy nic do ro­boty, sza­chownic na­leży szu­kać gdzie in­dziej. We­dług wia­do­mo­ści po­sia­da­nych przez Hildę, a także pre­zesa Ku­ryłłę, sza­chownice znaj­do­wały się rów­nież na sta­rych ko­ściołach w Dol­sku i Lu­bie­cho­wie Gór­nym oraz na mau­zo­leum Her­manna von Hau­bitz, znaj­dują­cym się na wzniesie­niu zwa­nym Po­laną. Hilda poin­for­mo­wała nas, że wraz z We­be­rem, Klausem i pol­ską ekipą od­wie­dziła wszystkie te miej­sca, ale skrytki z pa­mięt­ni­kiem nie udało się zna­leźć. Nie zra­ziło to ani Ku­ryłły, ani Fry­de­ryka. Ja rów­nież po­par­łem ich zda­nie, że ko­rzy­stając z po­sia­da­nych przez nas aż czte­rech środ­ków lo­ko­mocji: forda, wart­burga, mo­jego we­hi­kułu i straszli­wego mo­tocy­kla, po­win­ni­śmy od­być wy­cieczkę do wspo­mnianych już miej­sco­wo­ści z sza­chowni­cami.

Wy­jazd miał na­stą­pić na­za­jutrz o go­dzi­nie dzie­siątej rano, sprzed sta­rego ko­ścioła w Ja­sie­niu.

I na tym za­koń­czyło się pierwsze ze­bra­nie Związku Ta­jem­ni­czej Sza­chownicy.

Gdy od­wo­ziłem Hildę do pa­łacu, po­wie­działa mi:

— Obawiam się, że dla nich wszyst­kich za­gadka sza­chownicy to tylko jesz­cze jedna urlo­powa za­bawa. A dla mnie jest to sprawa bar­dzo po­ważna.

Od­po­wie­działem jej po dłuż­szej chwili za­sta­no­wie­nia:

— Obawiam się, że dla nich ta sprawa jest rów­nie ważna albo waż­niej­sza niż dla pani.

Spoj­rzała na mnie ze zdziwie­niem. Ale nie po­pro­siła o wy­ja­śnie­nie. Zresztą nie umiałbym tego zro­bić, po­nie­waż te słowa po­dyk­to­wała mi tylko intu­icja.

 


ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY [top]

WYRUSZAMY NA POSZUKIWANIE SZACHOWNIC • W MYŚLIBORZUW CHOJNIE • SZACHOWNICA W DOLSKU • WYPRAWA NA WIEŻĘ • OSY I CO Z TEGO WYNIKŁO • CZY SEBASTIAN UMIE PO NIEMIECKU? • GDZIE ZAGINĄŁ PREZES?

 

Tej nocy znowu prze­pły­ną­łem „sa­la­man­drą” je­zioro Ja­sień i od­wie­dzi­łem ruiny ob­ser­wato­rium. Na stoku wzgórza na­tknąłem się na chłopców i dok­tora. Wspólnie za­cza­ili­śmy się w krza­kach, ob­ser­wu­jąc dróżkę. Ale ta­jem­niczy osobnik nie dał o sobie znaku ży­cia. O trze­ciej nad ra­nem, nie­wy­spani i zziębnięci, opu­ścili­śmy kry­jówkę.

Spa­łem tylko kilka go­dzin, bo już o siódmej rano za­szy­łem się w lesie i w dal­szym ciągu uczyłem się dżudo. Naj­pierw po­wtó­rzy­łem wszystkie po­znane wczoraj chwyty, a na­stęp­nie za­czą­łem tre­no­wać nowe. A więc przede wszystkim, jak bro­nić się przed pchnię­ciem jed­no­rącz w pierś.

Na­uczyłem się także uwalniać z uchwytu jed­no­rącz za włosy z przodu, od uchwytu jed­no­rącz za włosy z tyłu. Po­zna­wa­łem taj­niki walki z prze­ciw­ni­kiem, który usi­łuje za­sto­so­wać tak zwany chwyt no­ży­cowy w pasie i nie­zwy­kle trudny spo­sób uwalnia­nia się od usi­ło­wa­nia du­sze­nia, kiedy ata­ko­wany już leży na ziemi.

Oczywi­ście, zda­wa­łem sobie sprawę, że ta na­uka by­łaby o wiele sku­tecz­niej­sza, gdy­bym mógł ćwi­czyć nie z wy­ima­gi­no­wa­nym prze­ciw­ni­kiem, ale z jakąś żywą osobą, która zna­łaby chwyty, ot, choćby z ciotką Ze­nobią. Ale prze­nigdy nie przy­znał­bym się Ze­nobii, że zgłę­biam taj­niki dżudo.

Po ćwi­cze­niach po­ran­nych wró­ciłem do ośrodka cam­pin­go­wego, gdzie stwierdzi­łem, że do­mek Ze­nobii i Kasi jest za­mknięty na głu­cho. Oby­dwie odje­chały już na umó­wione miej­sce na­szego spo­tka­nia, przed ko­ściół w Ja­sie­niu.

Nie było już także pana Ku­ryłły, ale on jako pre­zes na­szego Związku za­pewne pierwszy po­szedł na spo­tka­nie i czy­nił przy­go­to­wa­nia do wy­jazdu, roz­dzielał miej­sca w sa­mo­cho­dach, spraw­dzał, czy po­sia­damy od­po­wiedni sprzęt cam­pin­gowy. Bo tak wy­obra­ża­łem sobie obo­wiązki pre­zesa.

Ku mo­jemu zdziwie­niu po przy­byciu na miej­sce za­sta­łem tam tylko dok­tora z chłopcami, Ze­nobię z Ka­sią i Fry­de­ryka. Bra­ko­wało Hildy i wła­śnie na­szego pre­zesa. Za­jąłem się więc tym, co po­wi­nien był uczynić pan Ku­ryłło, wspólnie z dok­to­rem usta­lili­śmy, że w wart­burgu poje­dzie dwóch chłopców, Tell i So­kole Oko, do forda za­bie­rze Fry­deryk pana Ku­ryłłę i Ze­nobię, a do we­hi­kułu wsiądzie Hilda, Ka­sia z Se­ba­stia­nem i Wie­wiórka. Zde­cy­do­wali­śmy bo­wiem, że mo­to­cykl Ze­nobii po­wi­nien po­zo­stać w Ja­sie­niu pod czy­jąś opieką, bo po­goda mo­gła się od­mie­nić lada chwila, a w cza­sie słoty jazda mo­tocy­klem nie na­leży do przyjem­ności.

Za­de­cy­do­wa­łem, że swój na­miot od­stą­pię Hil­dzie, a sam będę sy­piał w sa­mo­cho­dzie. To samo po­sta­nowił zro­bić Fry­deryk, od­dając swój na­miot Ze­nobii i Kasi, oraz dok­tor, prze­zna­cza­jąc na­miot dla pana Ku­ryłły. W ten spo­sób roz­wią­zali­śmy pro­blem ewentual­nych noc­le­gów na bi­wa­kach.

Pod­czas tych po­sta­no­wień mi­nęły nas w Ja­sie­niu dwa sa­mo­chody: jed­nym z nich był tau­nus, w któ­rym zo­ba­czy­łem Klausa. W dru­gim je­chał chyba ów pan We­ber z Frank­furtu. Oby­dwaj za­pewne po­wra­cali do Nie­miec. Po ja­kimś cza­sie nade­szła Hilda z wa­lizką w ręku.

— Je­stem go­towa — oświad­czyła. — Prze­ko­na­łam We­bera, że po­win­nam tu zo­stać. Nie wie­rzy, że od­naj­dziemy pa­mięt­nik, ale nie wi­dział prze­szkód dla mojej de­cyzji.

Wziąłem ją na bok i za­py­tałem, jak Klaus przyjął wia­do­mość o po­zo­sta­niu Hildy.

— Ro­ze­śmiał się i wzruszył ra­mio­nami, ubo­le­wa­jąc nad moimi płon­nymi na­dziejami — opo­wia­dała. — Za­uwa­ży­łam jed­nak, że po­tem na jakiś czas gdzieś znik­nął. Przed od­jaz­dem ży­czył mi po­wo­dze­nia i po­wie­dział: „Zo­ba­czymy się na pro­cesie”.

Za­nie­po­koiła mnie reak­cja Klausa. Wy­obra­ża­łem sobie, że usły­szawszy od Hildy o jej de­cyzji, rów­nież zde­cy­duje się po­zo­stać pod byle jakim pre­tek­stem.

— Nie­wy­klu­czone, że Klaus tu jed­nak po­wróci — rze­kłem. — Poje­dzie z We­be­rem do gra­nicy, rap­tem przy­po­mni sobie, że coś zo­sta­wił w Ja­sie­niu, po­że­gna go i przy­bę­dzie z po­wro­tem. Czy zdra­dziła mu pani nasze plany?

— Mu­sia­łam to zro­bić, bo był przy mojej roz­mo­wie z We­be­rem. Po­wie­działam, że za­mie­rzam jesz­cze raz od­wie­dzić te miej­sca, gdzie wid­nieje sza­chownica, a więc poje­dziemy do Dol­ska, Lu­bie­chowa i na Po­lanę.

Nad­szedł wreszcie i pre­zes Ku­ryłło obju­czony cięż­kim ple­ca­kiem. Przy­szedł nie od strony ośrodka cam­pin­go­wego, lecz uliczką wio­ski.

— By­łem w gro­madzkiej ra­dzie naro­do­wej — rzekł z dumąi zdo­łałem zdo­być nie­zwy­kle cenne in­for­ma­cje. Wskazano mi czło­wieka, który znał Hau­bit­zów, a przede wszystkim wie, które ma­jątki kie­dyś do nich nale­żały. Mam teraz spis wszyst­kich po­sia­dło­ści Hau­bit­zów, bo nie­wy­klu­czone, że poza tymi czte­rema zna­nymi nam miej­sco­wo­ściami sza­chownice ist­nieją rów­nież i gdzie in­dziej. Wi­dzi­cie, co po­trafi wasz pre­zes? — machnął nam przed no­sem kartką pa­pieru i dum­nie za­siadł w for­dzie Fry­de­ryka.

Hilda wzruszyła ra­mio­nami. Wsiadając do we­hi­kułu, po­wie­działa do mnie:

— Gdyby był za­pytał mnie o Hau­bit­zów, udzieliła­bym mu na ten temat wszelkich wia­do­mo­ści. Pol­ska ekipa śled­cza już pod tym ką­tem spe­ne­tro­wała wszystkie miej­sco­wo­ści, które były związane z Hau­bit­zami. Ustalono, że oprócz trzech sza­chownic w Ja­sie­niu ist­nieją jesz­cze tylko trzy, do któ­rych wła­śnie je­dziemy. Warto wie­dzieć, że ani Dol­sko, ani Lu­bie­chów nie nale­żały do Hau­bit­zów, sza­chownice znaj­dują się tam na sta­rych XIII-wiecz­nych ko­ściołach, po­dob­nie jak w Ja­sie­niu. Na­to­miast dob­rami Hau­bit­zów były te­reny wo­kół Po­lany. W grun­cie rze­czy po­dróż do Dol­ska i Lu­bie­chowa to tylko strata czasu. Z całą pew­no­ścią Jo­hann Hau­bitz nie ukrył tam pa­mięt­nika.

— Tak — zgo­dzi­łem się z nią — lecz mógł tam po­zo­sta­wić jakąś wska­zówkę doty­czącą schowka. Prze­cież nie jest po­wie­dziane, że jedna z sza­chownic strzeże pa­mięt­nika. Może każda z nich za­wiera tylko jakąś istotną wska­zówkę i do­piero pełny obraz wszyst­kich sza­chownic pod­sunie nam wła­ściwą myśl.

Usły­sza­łem sy­gnał klak­sonu wart­burga. Doktor ru­szał w drogę. Za nim po­mknął ford Fry­de­ryka. Ja także zapu­ści­łem silnik we­hi­kułu i po­je­cha­łem ich śla­dem.

Za moimi ple­cami Wie­wiórka mó­wił do Kaśki:

— Nie lubię dziew­czyn. Ale ty chyba je­steś inna niż wszystkie. Masz faj­nego psa. I pew­nie, tak jak twoja ciotka, znasz do­brze dżudo. Bo ja, wi­dzisz, uczę się dżudo.

— Nie znam dżudo — od­rze­kła Kaśka.

— Nie? — roz­cza­rował się Wie­wiórka. — A po drzewach umiesz się wspinać? Ja je­stem mi­strzem w cho­dze­niu po drzewach, dla­tego wła­śnie prze­zy­wają mnie Wie­wiórką.

— Nie umiem cho­dzić po drzewach. I nie lubię tego — od­parła Kaśka.

— Nie?

— I w ogóle je­stem taka, jak inne dziew­częta.

Wie­wiórka po­dra­pał się w głowę.

— To zna­czy, że bę­dziesz mi tylko prze­szka­dzać w roz­wią­zy­wa­niu za­gadki ta­jem­ni­czej sza­chownicy. Bo trzeba ci wie­dzieć, mała — lek­ce­wa­żenie, a zara­zem py­cha za­brzmiała w jego gło­sie — że to wła­śnie ja, wspólnie z pa­nem To­ma­szem, czyli z pa­nem Sa­mo­cho­dzi­kiem, od­nala­złem ukryte zbiory sta­rej broni na Wy­spie Zło­czyńców. W ga­ze­tach o tym sze­roko się roz­pi­sy­wali. Czytałaś?

— Nie.

— Nie czy­tasz gazet? Nie sły­sza­łaś także histo­rii o tym, jak z pa­nem Sa­mo­cho­dzi­kiem szu­ka­łem skarbu za­konu tem­pla­riu­szy?

— Nie sły­sza­łam.

— Nie­do­brze z tobą, mała. Masz po­ważne braki w wy­kształce­niu. A wiesz ty przy­najmniej, kto to byli tem­pla­riu­sze?

— Tro­chę o nich czy­tałam. To był za­kon.

— Tak jest. I mieli nie­prze­brane skarby. W ubie­głym roku, latem, część tych skar­bów udało mi się od­na­leźć.

— To­bie? — nie do­wie­rzała Kasia.

— Po­ma­gał mi pan Sa­mo­cho­dzik. No i dwaj moi przyja­ciele — do­dał. — Jeśli więc chcesz te­raz wziąć udział w na­szych no­wych przy­go­dach, mu­sisz we wszystkim mnie słu­chać i wy­ko­ny­wać moje roz­kazy.

Py­sza­łek zro­bił się z tego Wie­wiórki. Kasia brała za dobrą mo­netę jego ga­danie. Mały Wie­wiórka wy­raź­nie jej za­im­po­no­wał.

Wkrótce przyje­cha­liśmy do My­ślibo­rza, gdzie za­trzymali­śmy się na krótki czas. Do­my­śla­łem się, że dok­tor pra­gnął przy oka­zji wy­cieczki po­kazać chłopcom, a także Hil­dzie i Fry­dery­kowi, jak bar­dzo te zie­mie związane były z Pol­ską. Wie­działem, że po­wi­nie­nem mu do­po­móc w tym przedsię­wzięciu i usłu­żyć swymi wia­do­mo­ściami histo­rycz­nymi.

W My­ślibo­rzu, jak wspo­mniałem, za­trzymali­śmy się na krótko. W oko­li­cach tego ma­łego, ale pięk­nego mia­steczka roz­ciąga się naj­większe na Po­mo­rzu Za­chodnim zgru­po­wa­nie jezior. Jest tu plaża i sta­nica wodna, przyjemne wy­cieczki orga­ni­zują sobie wczaso­wi­cze po Je­zio­rze My­śli­bor­skim.

My­śli­bórz — za­ło­żony przez le­gen­dar­nego woja My­śli­bora — sta­nowił przed wie­kami sło­wiańskie osie­dle, zbu­do­wane nad jezio­rem w miej­scu, gdzie wy­pływa rzeczka My­śla i śpie­szy po­tem do Odry. Z za­byt­ków za­cho­wał się do dzi­siej­szych dni go­tycki ko­ściół farny, ko­ściół i klasztor po­do­mi­ni­kań­ski zbu­do­wane na przełomie wieku XIII i XIV, stary spi­chlerz, ka­plica i ra­tusz. Obej­rzeli­śmy także frag­menty śre­dnio­wiecz­nych forty­fika­cji z bra­mami miej­skimi: Py­rzycką i No­wo­grodzką.

Na żad­nym z ko­ściołów w My­ślibo­rzua oglą­dali­śmy je do­kład­nie — sza­chownicy nie od­kryli­śmy. Poje­cha­liśmy więc dalej szosą, która przez Trzcińsko-Zdrój pro­wa­dziła do Chojny i Ce­dyni.

Niebo za­chmurzyło się, ale deszcz nie padał i było cie­pło. Nie pra­żyło nas słońce w sa­mo­cho­dach i po­dróż upływała bar­dzo przyjem­nie.

W Chojnie za­trzymali­śmy się nieco dłu­żej. Bo też i było tu co oglą­dać i po­dzi­wiać.

Chojna sta­nowi istny re­zer­wat śre­dnio­wiecz­nych za­byt­ków. Do­sko­nale za­cho­wały się mury miej­skie, wały i fosy oraz po­tężne bramy.

Zwiedzili­śmy też ruiny ko­ścioła Ma­riac­kiego, bo­gato deko­ro­wa­nego, gla­zu­ro­waną cegłą. I tutaj rów­nież nie od­kryli­śmy ta­jem­ni­czej sza­chownicy. Jesz­cze tylko wstąpili­śmy do parku miej­skiego, aby obej­rzeć stary pla­tan, jeden z naj­większych w Pol­sce. So­kole Oko, Tell i Wie­wiórka zło­żyli niski po­kłon gru­bemu drzewu o spę­kanej korze, gdyż, jak twierdzili: „to drzewo było na pewno pra­sło­wiańskim bó­stwem”.

W Chojnie zje­dli­śmy obiad i po­je­cha­liśmy szosą do miej­sco­wo­ści Mętno, a po­tem skrę­cili­śmy na boczną drogę do Dol­ska. To wła­śnie tam znaj­do­wał się stary ko­ściół z ta­jem­niczą sza­chownicą.

Słońce przedarło się przez chmury i na­tychmiast zro­biło się upal­nie, a na­wet parno. Po kilku ki­lo­me­trach, za za­krę­tem drogi, uwi­doczniła się przed nami zie­lona, zwarta kępa drzew. Była to wieś Dol­sko. Po lewej stro­nie na wzgórzu stał oto­czony sta­rymi drzewami ro­mań­ski ko­ściółek z XIII wieku.

Za­trzymali­śmy sa­mo­chody na błot­nistej dro­dze obok cmentarza. Sam ko­ściółek był ma­ciu­peńki, miał tylko dużą, czworo­boczną wieżę ro­mań­ską. Wej­ście do wieży ob­ra­mo­wane było por­talem. Nieco z boku wid­niały drzwi do krę­tego ko­ryta­rza ze stro­mymi schodami pro­wa­dzą­cymi w górną część wieży. Czu­bek wieży wy­da­wał się jak gdyby ucięty i tam wła­śnie — za­bawny i nig­dzie dotąd przez mnie nie wi­dziany szczegół — uwiły sobie gniazdo dwa bo­ciany. Ich we­soły kle­kot po­witał nas, gdy po­de­szli­śmy pod por­tal.

Ko­ściół był za­mknięty. W są­sied­niej za­gro­dzie poin­for­mo­wano nas, że otwiera się go tylko w nie­dzielę.

Z po­bli­skiej miej­sco­wo­ści, gdzie mie­ści się ko­ściół para­fialny, przyjeżdża wtedy do Dol­ska wi­kary i od­pra­wia na­bo­żeń­stwo dla wier­nych. Nie za­mknięte na­to­miast oka­zało się boczne wej­ście na wieżę.

Pierwszy za­uwa­żył sza­chownicę So­kole Oko. Nie darmo no­sił swoje prze­zwi­sko. Na­le­żało odejść od por­talu na kilka kro­ków i pod pew­nym ką­tem spoj­rzeć na ka­mienne ob­ra­mo­wa­nie. Z tej odle­gło­ści wi­działo się po lewej stro­nie, na trze­cim ka­mie­niu od dołu — wy­raźny znak sza­chownicy.

— Jest sza­chownica. I co z tego? — po­wie­działem wzru­szywszy ra­mio­nami.

Ogarnęło mnie roz­cza­ro­wa­nie. Oglądanie ko­ściołów, na któ­rych ktoś wy­rzeź­bił ów ta­jem­niczy znak, wy­da­wało mi się bez­sen­sowne.

Po­my­śla­łem, że być może od­naj­dziemy jesz­cze dzie­sięć sta­rych ko­ściołów z sza­chowni­cami i nie bę­dziemy ani o odrobinę mą­drzejsi.

Wie­wiórka ska­kał przed por­talem ru­chem ko­nika sza­cho­wego. Wy­glą­dało to za­baw­nie i cała sprawa z ta­jem­niczą sza­chownicą nagle wy­dała mi się śmieszna.

— W końcu ubie­głego stu­lecia i na po­czątku na­szego wieku — po­wie­dział w za­my­śle­niu Fry­deryk — nie­zmiernie modne były za­dania sza­chowe z udziałem ko­nika. Pole­gały one na tym, że w kwa­dra­ciki sza­chownicy wpi­sy­wano litery lub sy­laby. Po­su­wa­jąc się po sza­chownicy ru­chem konia, na­le­żało te li­tery i sy­laby po­wią­zać z sobą w czy­telną treść, w słowo lub na­wet zda­nie.

— Prze­cież na tej sza­chownicy nie ma ani liter, ani sylab. Z resztą te sza­chownice są tak stare, jak mury tych ko­ściołów, a więc po­cho­dzą rów­nież z XIII wieku.

— O, gra w sza­chy jest bar­dzo stara — od­parł Fry­deryk. — I być może rów­nie stare są za­dania koni­kowe.

Hilda uśmie­chała się iro­nicz­nie. Twarz Ze­nobii wy­ra­żała za­chwyt dla prze­ni­kli­wo­ści Fry­de­ryka.

— Co do mnie — rzekł dok­tor — nie tyle za­leży mi na wy­ja­śnie­niu za­gadki sza­chownicy, ile na od­byciu przyjem­nej wy­cieczki i prze­życiu przy­gód, o któ­rych mógłbym opo­wie­dzieć kole­gom w szpitalu. Aż do końca urlopu mogę tak jeź­dzić od jed­nego do dru­giego ko­ścioła i szu­kać ta­jem­ni­czych sza­chownic.

Zwróciłem uwagą na gło­śne me­dyta­cje Tella i So­ko­lego Oka. Stali przed por­talem i gło­śno za­sta­na­wiali się.

— Można by po­słu­żyć się ty­po­wymi za­da­niami koni­ko­wymi — twierdził Tell. — Pa­mię­tasz, So­kole Oko, na czyni po­lega me­toda Eu­lera?

— Trzeba obiec koni­kiem wszystkie pola sza­chowe. To nie jest łatwe. I dla nas chyba to zu­peł­nie nie­przy­datne.

— Ist­nieje me­toda ra­mowa Moon'a po­działu sza­chownicy na dwie czę­ści, ze­wnętrzną i we­wnętrzną. Znam także me­todę ra­mową Moivre'a, zbli­żoną do po­przedniej. Jest rów­nież me­toda Ro­geta — po­działu sza­chownicy na ćwiartki.

— A czy nie warto spró­bo­wać zro­bić dia­gram ruchu ko­nika na tej sza­chownicy? — za­sta­na­wiał się So­kole Oko. — Może ten dia­gram sko­jarzy się z czymś, co uchodzi na­szej uwagi?

— Czy ty wiesz, ile może być róż­nych dia­gra­mów ruchu ko­nika na sza­chownicy? We­dług orze­czeń spe­cjali­sty w tej dzie­dzi­nie, Jae­ni­scha, ilość roz­wią­zań ta­kiego za­dania przewyż­sza trzy­dzie­ści jeden mi­lio­nów. Zda­jesz sobie sprawę? Trzydzie­ści jeden mi­lio­nów! — za­wołał So­kole Oko.

Zła­pa­łem się za głowę.

— Prze­cież wy roz­ma­wia­cie jak uczeni. Prze­pra­szam, czy mógłbym się do­wie­dzieć, jaka jest spe­cjal­ność na­ukowa sza­now­nych pa­nów?

Ska­cząc jak konik sza­chowy pod­biegł Wie­wiórka.

— Pa­nie To­ma­szu — po­wie­dział — pan też może zo­stać takim pro­feso­rem, jeśli prze­czyta pan Li­lavati.

I Wie­wiórka od­sko­czył od nas jak konik sza­chowy.

— Ej, Wie­wiórka! — krzyknął za nim So­kole Oko. — Czy ty już tak zaw­sze bę­dziesz ska­kał?

— A tak! — od­krzyknął Wie­wiórka. — Bar­dzo fajnie się tak ska­cze. Spróbuj­cie, chło­paki. Może gdy tak bę­dziemy ska­kali, wpadnie nam do głowy ja­kiś świetny po­mysł roz­wią­zania za­gadki?

Tell i So­kole Oko po­szli za przy­kła­dem Wie­wiórki. Trójka chłopców ska­kała przed ko­ściołem jak polne ko­niki. Do­łą­czyła się do nich i Kaśka, a obok niej, w pod­sko­kach bie­gał Se­ba­stian, któ­remu ta za­bawa bar­dzo się spodobała.

— Co oni robią? — zdu­miała się Ze­nobia.

— Pró­bują roz­wi­kłać za­gadkę sza­chownicy — od­po­wie­działem z po­wagą. — No, co pani Ze­nobio, może i my spró­bu­jemy?

Roz­po­czą­łem skoki, dwa do przodu i jeden w bok.

— Po­wa­rio­wali! — za­wo­łała Ze­nobia.

— Pa­nie dok­torze, za­pra­szamy do sko­ków — kiw­ną­łem ręką na ojca Tella.

Doktor przy­kuc­nął i pod­ska­kując, dwa kroki w przód i je­den w bok, usi­łował się do mnie zbli­żyć. Więc ja, po­dob­nie ska­cząc, ucie­kłem za Ze­nobię, po­tem za Fry­de­ryka, Hildę, a wreszcie za pana Ku­ryłłę.

— Ja je­stem czarny koń! — za­wołał dok­tor. — Zaraz pana sprzątnę z sza­chownicy. Uwaga: ata­kuję! — i śmiesznie pod­ska­kując pę­dził w moim kie­runku.

Tell i So­kole Oko naro­bili wrzasku, bo jeden dru­giego usi­łował wy­pchnąć przez furtkę cmentarną, czyli usu­nąć z sza­chownicy. Wie­wiórka zła­pał za kark Se­ba­stiana, twierdząc, że Se­ba­stian jest het­ma­nem, któ­rego on, konik sza­chowy, wła­śnie „sprzątnął”. Kasia wy­rwała Se­ba­stiana z rąk Wie­wiórki i upie­rała się, że jest „królową”, więc ma prawo do „ru­chu w każdą stronę”. Ja w dal­szym ciągu ucie­ka­łem, a go­nił mnie dok­tor. Ze­nobia po­gro­ziła nam pię­ścią.

— Miejcie sza­cu­nek dla za­byt­ków. Co lu­dzie we wsi po­my­ślą? Że przyje­chali tu wa­riaci.

Hilda wskazała dło­nią wieżę.

— Może pój­dziemy na górę? Drzwi są otwarte...

Prze­stali­śmy ska­kać.

— To jest do­bry po­mysł — stwierdzi­łem. — Tylko że tam na górze, zdaje się, osy mają swoje gniazdo.

— Wej­dziemy bar­dzo ostrożnie. Może nas nie po­gryzą — po­cie­szał nas Fry­deryk.

Ze­brali­śmy się przed otwartymi drzwiami. Drzwi były wą­skie, tak samo wą­ski oka­zał się mroczny ko­ry­tarz ze schodami na górę.

Uformo­wali­śmy się w długi rząd i, pro­wa­dzeni przez Ze­nobię, wkroczy­liśmy w mrok.

— Boję się — szepnęła Kasia, chwytając mnie za ło­kieć.

— Czego się boisz?

— Os. Już mnie kie­dyś ugry­zła. Spu­chłam wtedy jak bania — wy­ja­śniła dziew­czynka.

Ko­ry­tarz miał dwa za­łomy i za­raz zna­leźli­śmy się na wid­nej plat­for­mie pierwszego piętra. Wy­żej już schodów nie było. W sufi­cie czer­niał ciemny otwór, do któ­rego można było wejść tylko po dra­binie, która stała nieco z boku, oparta o ścianę.

Na plat­for­mie znaj­do­wało się ogromne okno bez szyb. Wła­śnie tędy wpa­dały z dworu osy i nik­nęły w czar­nym otworze. Ich gniazdo mie­ściło się więc o pię­tro wy­żej.

— No co? Wcho­dzimy tam? — za­py­tała Ze­nobia.

Chłopcy przy­sta­wili dra­binę do otworu i za­częli piąć się po spróch­nia­łych szczeblach.

— Nie wejdę tam za żadne skarby - zde­cy­do­wa­nie rze­kła Kasia. — Tam jest chyba mi­lion os. Sły­szy­cie, jak brzę­czą?

Na­sta­wili­śmy uszu. Rze­czy­wi­ście, z ciemnego otworu w sufi­cie do­cho­dziło nas gło­śne brzę­cze­nie wielu owa­dów.

Chłopcy za­wa­hali się, ale So­kole Oko pierwszy przemógł tchó­rzo­stwo i wsa­dził głowę w otwór. Zlę­kła się os także i Ze­nobia. Za­pewne wy­obra­ziła sobie, jak okropnie wy­glą­dać bę­dzie jej deli­katna buzia, kiedy wbiją się w nią żądła owa­dów.

— Je­stem pewna, że tam na górze są tylko kurz i śmiecie — ode­zwała się, wzru­szywszy ra­mio­nami.

Hilda rów­nież zre­zy­gno­wała z wej­ścia na górę.

— By­łam tam z We­be­rem i Klausem. Nie ma nic cie­ka­wego. Ka­mienny pokój bez okien i rów­nież otwór w sufi­cie, pro­wa­dzący na strych wieży.

Chłopcy znik­nęli w otworze, za nimi wspiął się na górę Fry­deryk i dok­tor.

Jakaś osa z po­dej­rza­nie zło­śli­wym bzy­cze­niem za­częła latać koło na­szych twa­rzy.

— Ucie­kajmy — pi­snęła Kasia i dała nurka w mrok ko­ryta­rza.

Za nią po­bie­gła Ze­nobia i Hilda.

— Prze­cież to chyba oczywiste, że ten stary dureń nie schował na górze skrzynki ze zło­tem i bry­lan­tami — rzekł Ku­ryłło, uda­jąc, że nie sły­szy bzy­cze­nia.

— Ale na dole, na por­talu, jest sza­chownica — od­po­wie­działem, osła­nia­jąc twarz łok­ciem.

— Bzdura! — warknął Ku­ryłło. Gniewnie chwycił się spróch­nia­łego szczebla i po­sa­pując wszedł jed­nak na górę. A ja po­wę­dro­wa­łem za nim.

Na górze, w nie­wiel­kim, mrocznym po­mieszcze­niu, chłopcy i Fry­deryk świe­cili latar­kami, omiatając bla­skiem pod­łogę i ściany. W pra­wym rogu sufitu wi­dać było kwa­dra­towy otwór pro­wa­dzący na strych, ale do­stać się tam, bez wciągnię­cia z dołu dra­biny, nie było spo­sobu. W dru­gim rogu do­strzegli­śmy wor­ko­wate gniazdo os. Rozju­szone światłem wy­roiły się z gniazda i brzę­cząc zło­wrogo, krą­żyły pod sufi­tem. Tell zbli­żył się do mnie i szep­nął mi do ucha:

— Niech pan zwróci uwagę, że ten pokój w wieży zbu­do­wany jest na przemian z ka­mieni o ja­śniej­szym i ciemniej­szym za­bar­wie­niu. W sza­chownicę.

— Za­uwa­ży­łem to od razu — od­po­wie­działem rów­nież szeptem. — Ale to, zdaje się, nie ma żad­nego zna­cze­nia. Tam, gdzie jest gniazdo os, ścianę zbu­do­wano z sa­mych ciemnych ka­mieni. Ta sza­chownica uło­żyła się zu­peł­nie przy­pad­kowo i tylko w kilku miej­scach.

Raptem dok­tor wrzasnął i za­czął oga­niać się rę­kami.

— Ra­tunku, ucie­kajmy! Roz­po­częły atak! — krzyknął w naszą stronę i umknął do otworu z dra­biną.

So­kole Oko i Wie­wiórka, rów­nież oga­nia­jąc się rę­kami przed ata­kiem os, po­szli za przy­kła­dem dok­tora. Po chwili wszyscy ze­brali­śmy się na pię­trze z oknem.

— Tam nie było nic cie­ka­wego — z roz­cza­ro­wa­niem w gło­sie stwierdził Fry­deryk i znik­nął w mrocznym ko­ryta­rzu.

So­kole Oko od­sta­wił dra­binę na dawne miej­sce i znowu gę­siego ze­szli­śmy schodami na dół, gdzie oczeki­wała nas Hilda, Ka­sia i Ze­nobia.

— Do sa­mo­cho­dów, pro­szę pań­stwa — przy­na­gla­łem towa­rzy­stwo. — Jesz­cze dzi­siaj mu­simy zwiedzić mau­zo­leum Hau­bitza na Pola­nie.

— A za­no­cu­jemy w Mo­ryniu nad pięk­nym jezio­rem — za­po­wie­dział dok­tor.

Na­sze towa­rzy­stwo po­ma­sze­ro­wało do sa­mo­cho­dów. Za­uwa­ży­łem, że Ze­nobia przy­glą­dała się czule Fry­dery­kowi.

— Tak się ba­łam, że osy pana po­gryzą... — rze­kła z ogromną tro­ską w gło­sie.

Fry­deryk w po­dzięce po­ca­łował jej dłoń.

— Ach, jaka szkoda, że pan nie zna dżudo — wes­tchnęła.

— To nic, pro­szę pani. Po­sta­ram się na­uczyć — obie­cał.

O mało nie par­sk­ną­łem śmiechem. Hilda za­py­tała mnie:

— Czemu się pan uśmiecha? Co się stało?

— Fry­deryk obie­cał Ze­nobii na­uczyć się dżudo — mru­gną­łem poro­zu­mie­wawczo okiem.

— To ład­nie z jego strony.

— Ład­nie? Uważam to za idio­tyczne. Ta dziew­czyna chce do­pro­wa­dzić do tego, żeby wszyscy męż­czyźni fi­kali ko­ziołki na jej cześć.

I rap­tem przy­po­mniałem sobie, że ja rów­nież ćwi­czy­łem dżudo. „Tylko że ja to ro­biłem nie po to, aby się jej przy­po­do­bać — po­cie­sza­łem się w du­chu. — Mnie cho­dzi o triumf nad Ze­nobią. Nie bę­dzie mnie wię­cej poni­żać”.

So­kole Oko, Wie­wiórka i Kasia prze­nieśli się do forda Fry­de­ryka. Chcieli prze­ko­nać się, jak się jeź­dzi w takim pięk­nym i ogrom­nym „krą­żow­niku szos”. Ka­sia zo­sta­wiła mi w we­hi­kule Se­ba­stiana.

— Se­ba­stian u pana zo­sta­nie, żeby panu nie było smutno — po­wie­działa.

— Och, nie ma obawy — rze­kłem — prze­cież poje­dzie ze mną pani Hilda. Obawiam się, że to Se­ba­stia­nowi bę­dzie z nami nudno, po­nie­waż z pa­nią Hilda roz­ma­wiam po nie­miecku, a on chyba nie zna tego ję­zyka.

— Pan sądzi, że Se­ba­stian nie ro­zu­mie po nie­miecku? — obu­rzyła się Kasia.

Przetłu­ma­czy­łem Hil­dzie słowa Kasi. Hilda za­wo­łała po nie­miecku na Se­ba­stiana:

— Se­ba­stian, komm hier.

I Se­ba­stian, o dziwo, po­kiwał ogo­nem i pod­biegł do Hildy.

— No, widzi pan — za­triumfo­wała Kasia.

Chłopcy za­częli z po­wagą roz­trzą­sać, czy psy ro­zu­mieją obce ję­zyki. So­kole Oko był zda­nia, że treść roz­kazu Se­ba­stian roz­po­znał po into­nacji głosu. Zdaje się, że mieli temat do dys­kusji na całą dal­szą drogę.

Usa­do­wili­śmy się w sa­mo­cho­dach, dok­tor za­trąbił i wart­burg po­pro­wa­dził ka­wal­kadę w stronę Po­lany.

— Pani już była na Pola­nie — ode­zwałem się do Hildy — czy zna pani histo­rię znaj­dują­cego się tam mau­zo­leum?

— Owszem. Po­lana to jedno z naj­wyż­szych wzniesień na Poje­zie­rzu My­śli­bor­skim. Na jed­nym ze sto­ków znaj­duje się stary ka­mie­nio­łom, od wielu lat nie­czynny. Tę górę oraz oko­liczne lasy kupił przed laty Her­mann von Hau­bitz, ten sam, o któ­rym le­genda mówi, że był w przymie­rzu z dia­błem i dzięki dia­błom po­mna­żał swój ma­jątek. Her­mann von Hau­bitz upodobał sobie Po­lanę i jesz­cze za swego ży­cia po­sta­wił mau­zo­leum, na­ka­zując sy­nom po­cho­wać się tam po śmierci. Po­lana gó­ruje nad całą oko­licą, Her­mann von Hau­bitz chciał na­wet po śmierci pa­no­wać nad tymi zie­miami. Zgodnie z jego ży­cze­niem trumnę ze zwłokami po­cho­wano w mau­zo­leum na Pola­nie, a nie na cmentarzu w Ja­sie­niu. Na tej pod­sta­wie za­pewne zro­dziła się le­genda, że Her­manna von Hau­bitz po­rwał dia­beł i za­niósł go żyw­cem do pie­kła. Lu­dzie w Ja­sie­niu spo­tykali na cmentarzu gro­bowce Hau­bit­zów, ale nie wi­dzieli grobu Her­manna von Hau­bitz. O mau­zo­leum mo­gli nie wie­dzieć lub nie pa­mię­tać, bo ono znaj­duje się w dość dużej odle­gło­ści od Ja­sie­nia. I tak po­wstała le­genda o po­rwa­niu przez dia­bła.

Na­gle do­da­łem gazu i za­czą­łem wy­prze­dzać wóz Fry­de­ryka i wart­burga dok­tora. Pisz­cząc ha­mul­cami i trą­biąc ostro za­gro­dzi­łem im dal­szą drogę.

— Co się stało? — za­wołał dok­tor, wy­ska­kując z sa­mo­chodu.

Z forda wyj­rzały cie­ka­wie główki chłopców i Kasi.

— Pro­szę pań­stwa, gdzie jest pan Ku­ryłło? — za­py­tałem.

Ro­zej­rzeli się zdu­mieni po sobie, po wnę­trzach sa­mo­cho­dów. Ku­ryłły nie było wśród nas. Ja rów­nież do­piero przed chwilą uświado­mi­łem sobie, że nie wi­działem, aby pan Ku­ryłło wsiadał do któ­regoś z wo­zów. Stało się dla nas oczywiste, że po­zo­stał w wieży ko­ścioła w Dol­sku.

Za­wró­cili­śmy i po­mknęliśmy z po­wro­tem. Za­trzymali­śmy się przy cmenta­rzyku ko­ścielnym i po­bie­gli­śmy schodami na górę.

— Ra­tunku!... Ra­tunku!... — usły­szeli­śmy roz­paczliwy głos Ku­ryłły, a po­tem z otworu na dru­gim pię­trze wyj­rzała jego głowa.

Do­sta­wili­śmy dra­binę i pan Ku­ryłło po­śpiesznie zsu­nął się na dół. Za nim wy­leciał wi­ru­jący kłąb os.

— O Boże, Boże! — ję­czał „po­strach ga­stro­no­mii”. — Jesz­cze chwila, a by­łyby mnie żyw­cem po­żarły. Na szczęście za­rzu­ciłem ma­ry­narkę na twarz i głowę.

Ale i tak kilka os zdo­łało do­brać się do pana Ku­ryłły. Ugryzły go w poli­czek, który spuchł mu tak bar­dzo, że nie­mal znik­nęło mu jedno oko. Na­to­miast dru­gie spo­zie­rało na nas z ogromną po­dejrzliwo­ścią.

— Zo­sta­łem na górze, bo za­inte­re­so­wały mnie ka­mie­nie ukła­da­jące się w sza­chownicę - opo­wia­dał. — Na­wet nie za­uwa­ży­łem, kiedy ze­szli­ście. A po­tem, gdy ja chciałem zejść, dra­bina była już od­sta­wiona.

— Nie wie­działem, że pan tam po­zo­stał. I dla­tego od­sta­wi­łem dra­binę — su­mi­tował się So­kole Oko.

Ku­ryłło po­gro­ził mu.

— A może zro­biłeś to spe­cjal­nie, hę? Może chciałeś wy­eli­mi­no­wać mnie z po­szu­ki­wań, co?

— Ależ nie. To była omyłka — tłu­ma­czył się chło­piec.

„Po­strach ga­stro­no­mii” zerk­nął do lu­sterka i zła­pał się za głowę.

— O Boże, Boże, jak ja wy­glą­dam? Pan jest leka­rzem, prawda? — zwrócił się do ojca Tella.

Doktor obej­rzał jego spuch­nięty poli­czek.

— Jad os jest groźny, ale pan zo­stał ugry­ziony tylko dwu­krot­nie. Opu­chli­zna minie do jutra.

Twarz Ku­ryłły przy­po­mi­nała cia­sto, które ucie­kło z do­nicy w jedną stronę. Skrzywił się jesz­cze bar­dziej i łyp­nął na nas swym jed­nym okiem.

— Nie sza­nuje­cie swojego pre­zesa — rzekł pro­stu­jąc się i przy­bie­rając wy­nio­słą po­stawę. Wy­glą­dał teraz jak mała pur­chawka z krzywo wy­ro­śniętym łeb­kiem. — Po­wia­dam wam, że je­śli tak bę­dzie dalej, nie roz­wią­żemy za­gadki ta­jem­ni­czej sza­chownicy.

Dumnie wy­pro­sto­wany skie­rował się do forda Fry­de­ryka i roz­siadł­szy się na przednim miej­scu, roz­kazał:

— A teraz na Po­lanę.

 


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY [top]

MAUZOLEUM HERMANNA VON HAUBITZ • NA CZYJĄ POMOC LICZĘ • CZY KLAUS POWRÓCI? • STARY GROBOWIEC • SZACHOWNICA BEZ TAJEMNICY • CO ZAWIERA SARKOFAG?

 

Czerwone ogromne słońce wi­siało nisko nad hory­zon­tem, gdy ka­mie­nistą drogą pod­je­cha­liśmy w naj­bliż­sze są­siedztwo wzgórza o na­zwie Po­lana. Droga za­pro­wa­dziła nas do sta­rego ka­mie­nio­łomu, ogromnej wy­rwy w zbo­czu. Kie­dyś do­jeż­dżała tutaj wą­sko­to­rowa ko­lejka, która słu­żyła do wy­wo­żenia wy­łupa­nych gra­nito­wych gła­zów, ka­mie­nio­łom jed­nak prze­stano eks­plo­ato­wać już po­nad czterdzie­ści lat temu i tylko słabo wi­doczne ślady szyn i na­syp zna­czyły szlak ko­lejki.

W czerwo­nym bla­sku za­cho­dzą­cego słońca ka­mie­nio­łom przedsta­wiał wi­dok groźny, a zara­zem urze­ka­jący. Strome, nie­mal pio­nowe ściany z gra­nitu miały barwę rdzawą, nad urwi­skiem rósł bu­kowy, zie­lony las, a jesz­cze wy­żej było gra­na­towe, wie­czorne niebo.

Mau­zo­leum Hau­bitza mie­ściło się na szczycie góry, w bu­ko­wym lesie. Za­trzymali­śmy więc sa­mo­chody u wjazdu do ka­mie­nio­łomu, a sami po­ma­sze­ro­wali­śmy pie­szo wą­ską i le­dwo wi­doczną ścieżka, wspina­jącą się tuż nad kra­wę­dzią ka­mie­nio­łomu. Szli­śmy gę­siego, na prze­dzie ja i Hilda, która nas pro­wa­dziła, za nami dok­tor, chłopcy z Kasią, po­tem Fry­deryk z Ze­nobią. Za­my­kał po­chód pan Ku­ryłło, wciąż jesz­cze bar­dzo za­gniewany o po­zo­sta­wie­nie go na pa­stwę roz­wścieczo­nych os.

— Prze­staję wie­rzyć w sku­tecz­ność wa­szych po­szu­ki­wań — po­wie­działa do mnie Hilda. — Ro­bicie to samo, co my już zro­bili­śmy i co nie dało żad­nego re­zul­tatu. Obej­rzymy mau­zo­leum, sza­chownicę na ko­ściele w Lu­bie­cho­wie Gór­nym, a po­tem prze­kona się pan, że ani na krok nie przy­bli­żyli­śmy się do roz­wią­zania za­gadki. Na co pan wła­ści­wie liczy, panie To­ma­szu?

— Na Klausa — od­po­wie­działem szczerze. — Liczę na ta­jem­ni­czego osobnika, który strzelał w ob­ser­wato­rium z pi­sto­letu ga­zo­wego, a w parku pała­co­wym odu­rzył mnie chlo­ro­for­mem. Liczę rów­nież na Kon­rada von Hau­bitz. Jak pani sły­szy — uśmiech­ną­łem się — na­dzieje moje po­kła­dam aż w trzech oso­bach.

— Nic z tego nie ro­zu­miem — wes­tchnęła.

— Opie­ram swoje przewi­dy­wa­nia na zało­żeniu, że pani wia­do­mo­ści o ist­nie­niu pa­mięt­nika Kon­rada von Hau­bitz są uza­sad­nione. Jo­hann von Hau­bitz ukrył ten pa­mięt­nik, aby go oca­lić dla po­tom­ności. Jeśli to zało­żenie jest praw­dziwe...

— Ono jest praw­dziwe, pro­szę pana — stwierdziła sta­now­czo Hilda. — Matka moja nie miała po­trzeby mnie okłamy­wać lub fan­ta­zjo­wać.

— Więc jeśli to zało­żenie jest praw­dziwe, to i dal­szy ciąg mo­ich przewi­dy­wań po­wi­nien się po­twierdzić. Pro­ces są­dowy ujawnił sprawę pa­mięt­nika. Hau­bitz mu­siał się po­czuć za­nie­po­ko­jony. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że Klaus przyjechał ra­zem z wami na jego pole­cenie, aby pa­trzeć wam na ręce. Po­szu­ki­wa­nia nie przy­nio­sły jed­nak po­zy­tyw­nego re­zul­tatu. Hau­bitz i jego wy­słan­nik mo­gli ode­tchnąć z ulgą. Ale pani zde­cy­do­wała się szu­kać dalej. I znowu obu­dził się nie­pokój w Hau­bitzu, a ra­czej w jego wy­słan­niku. Klaus wróci od gra­nicy, je­stem o tym głę­boko prze­ko­nany. Wróci tu nie tylko po to, aby nas ob­ser­wo­wać i ewentual­nie utrudnić po­szu­ki­wa­nia. Ale także i po to, aby raz na zaw­sze za­koń­czyć tę sprawę, a mia­no­wicie od­na­leźć pa­mięt­nik i za­wieźć go Hau­bit­zowi, który za­pewne nie pra­gnie żyć w cią­głym lęku, że, być może, ktoś kie­dyś ten pa­mięt­nik jed­nak od­naj­dzie. Przed Hau­bit­zem stoi otworem ka­riera po­li­tyczna. Musi się za­bez­pie­czyć, aby nic mu jej nie prze­rwało. Nie cho­dzi tu tylko o nas. Jest oczywiste, że nasza wy­prawa nie bę­dzie ostatnią. Również inni po­dejmą próbę roz­wią­zania za­gadki sza­chownicy — róż­nego ro­dzaju po­szu­ki­wa­cze skar­bów. Któ­re­muś z nich może uda się roz­wią­zać za­gadkę, ale za­miast skar­bów od­naj­dzie pa­mięt­nik. Je­śliby od­krył skarb, uni­kałby roz­głosu, lecz z pa­mięt­ni­kiem uda się do władz. A wtedy nad Hau­bit­zem znowu zawi­śnie groźba. Dla­tego wie­rzę, że Hau­bitz musi raz na zaw­sze usu­nąć wi­szący nad nim miecz Da­mo­klesa, musi mieć w ręku ten pa­mięt­nik. Tę moją wiarę po­twierdza fakt, że rów­no­cze­śnie z wami ktoś trzeci po­szu­kiwał pa­mięt­nika w ru­inach ob­ser­wato­rium, roz­bił tynki na ko­minku, strzelał do Wie­wiórki, odu­rzył mnie chlo­ro­for­mem. Liczę także i na to, że Kon­rad von Hau­bitz jako były dzie­dzic tych ma­jąt­ków orientuje się lepiej niż pani i niż kto­kol­wiek z nas w licz­bie sza­chownic i ich roz­mieszcze­niu. Tych in­for­macji udzielił swemu wy­słan­ni­kowi i dla­tego, być może, ów wy­słan­nik za­pro­wa­dzi nas na trop roz­wią­zania za­gadki. Mó­wi­łem to już zresztą pani w mły­nie To­pie­lec...

— Ta­jem­niczy osobnik gra­so­wał w ru­inach ob­ser­wato­rium. Może nie nale­żało wy­ru­szać na tę wy­cieczkę? Może trzeba było po­zo­stać w Ja­sie­niu i ob­ser­wo­wać ruiny?

— Moje po­czy­nania opie­rają się na zało­żeniu, że ta­jem­ni­czym osobni­kiem jest Klaus. A on odje­chał z We­be­rem. Je­stem pe­wien, że po­wróci, ale po­zo­sta­wił nam tro­chę czasu, wła­śnie na tę wy­cieczkę. Gdy wróci do Ja­sie­nia i stwierdzi, że wy­je­cha­liśmy, za­pewne ru­szy na­szym śla­dem, aby do­wie­dzieć się, do­kąd za­wio­dły nas nasze po­szu­ki­wa­nia. Za­nim się nie upewni, że nie od­na­leźli­śmy pa­mięt­nika, nie roz­pocznie swoich po­szu­ki­wań. A od tej chwili ja już go będę ob­ser­wo­wał. Jed­nym sło­wem, cze­kam na po­wrót Klausa. On po­wró­ciłby do Ja­sie­nia na­wet wówczas, gdyby pani odje­chała do Nie­miec wraz z We­be­rem. Po­że­gnałby was po prze­kro­cze­niu gra­nicy NRD albo po­zo­stałby w Pol­sce pod byle jakim pre­tek­stem. Na przy­kład na­prawy sa­mo­chodu. Teraz mu­siał odje­chać, bo za­po­wie­dział swój wy­jazd do Nie­miec. Jego nie­spo­dziewane po­zo­sta­nie wzbudzi­łoby po­dej­rze­nie We­bera.

— A jeśli to się nie sta­nie? — za­py­tała.

— W takim razie moje przewi­dy­wa­nia i ra­chuby we­zmą w łeb. Nie od­naj­dziemy pa­mięt­nika — oświad­czy­łem.

Prze­rwa­liśmy roz­mowę, bo we­szli­śmy w las, ścieżka roz­pły­nęła się wśród drzew i krza­ków, stok góry stał się stromy.

— Mau­zo­leum Hau­bitza znaj­duje się na szczycie. Mu­simy pójść na przełaj przez las — po­wie­działa Hilda.

Droga oka­zała się bar­dzo mę­cząca. Trzeba się było piąć po ostrym zbo­czu, a nogi grzę­zły i śli­zgały się w gru­bej war­stwie ze­schłego li­sto­wia. Twa­rze dra­pały nam ga­łązki, utrudnia­jące wspi­naczkę i cze­pia­jące się ubrań. Na do­miar złego przez Po­lanę prze­szła chyba ta sama burza, która wy­wró­ciła kajak Hildy. Tu i ów­dzie za­gra­dzały nam drogę zwalone pnie drzew bu­ko­wych, które miały wciąż jesz­cze zie­lone liście, naj­wy­raź­niej­szy do­wód, że oba­liły się zale­dwie wczoraj. Omijanie przewró­co­nych drzew zaj­mo­wało nam sporo czasu. Tylko Se­ba­stian, choć taki mały i na krót­kich nóż­kach, piął się nie­stru­dze­nie, rado­śnie wy­ma­chu­jąc ki­jan­ko­wa­tym ogo­nem. Nie omi­jał pni, a po pro­stu prze­cho­dził pod nimi jak pod ogrom­nymi mo­stami.

Szczyt wzgórza wy­łonił się przed nami nie­mal nagle. Las prze­rze­dził się rap­tow­nie i zo­ba­czy­liśmy na pola­nie pro­sto­kątną syl­wetkę mau­zo­leum Her­manna von Hau­bitz.

Zbu­do­wano gro­bo­wiec z mate­riału, ja­kiego wszędzie tu było pełno, a więc z gra­nitu. Tylko na­roż­niki i ob­ra­mo­wa­nia ma­lut­kich okien wy­mu­ro­wano z czerwo­nej cegły. Mau­zo­leum miało kształt kwa­dra­to­wego pudła i strzelisty dach z sza­rej da­chówki, upstrzony kil­koma pseudo­go­tyc­kimi wie­życzkami. Na żela­znych drzwiach wi­siała ogromna kłódka.

Klucz otrzymali­śmy od przewod­ni­czą­cego gro­madzkiej rady naro­do­wej w po­bli­skiej wsi. Wrę­cza­jąc go nam przewod­ni­czący oświad­czył, że robi to tylko ze względu na Hildę, która była tu uprzednio wraz ze spe­cjalną ekipą z War­szawy, zna więc ją i ma do niej za­ufa­nie, wie bo­wiem, że cho­dzi o ja­kieś bar­dzo ważne śledztwo w sprawach zbrodni wo­jen­nych. Pa­no­wie z pol­skiej ekipy za­po­wie­dzieli, aby mau­zo­leum było stale za­mknięte. A je­śli ko­muś wy­po­ży­czy klucz, po­wi­nien za­no­to­wać na­zwi­sko i adres.

Ze szczytu wzgórza roz­ta­czał się prze­piękny wi­dok na pra­do­linę Odry, na zie­lone łąki z czar­nymi kę­pami ol­szyn, na pola uprawne roz­cią­ga­jące się aż hen, do skraju lasu. Tu i ów­dzie wi­działo się nie­wiel­kie okrą­głe je­ziorka, przez do­linę wiła się szosa prze­ska­ku­jąca przez ka­mienne mo­sty. A wszystko to, nieco przy­pró­szone sza­ro­ścią let­niego zmierzchu, da­wało wra­żenie piękna. Po­czu­łem sym­patię do tego miej­sca oszpeco­nego brzydkim, pre­ten­sjo­nal­nym mau­zo­leum.

— A oto i sza­chownica — stwierdziła gło­śno Hilda, stając przed żela­znymi drzwiami i za­dzie­rając głowę.

Nad drzwiami wid­niał herb Hau­bit­zów wy­kuty w gra­nito­wym ka­mie­niu. Herb z sza­chownicą...

— Zaj­rzymy do wnę­trza, prawda? — za­pytał mnie Tell i nie cze­kając na przy­zwolenie za­brał się do otwierania kłódki, co nie było sprawą łatwą.

A my stali­śmy przed mau­zo­leum z za­dar­tymi do góry gło­wami i w mil­cze­niu, każdy po swojemu, pró­bo­wali­śmy wy­ja­śnić sobie za­gadkę tego znaku. Nasz ma­lutki pre­zes, pan Ku­ryłło, mu­siał bar­dziej niż inni za­drzeć głowę. Su­rowy mars na jego czole świadczył o większym niż u in­nych na­my­śle, a jego spuch­nięta z jed­nej strony twarz, w ze­sta­wie­niu z tym sro­gim mar­sem, sprawiała ko­miczne wra­żenie. Mu­sia­łem się wstrzymać, aby nie par­sknąć śmiechem. Lecz uśmiech wy­mknął się za­pewne spod mojej kon­troli. Ku­ryłło łyp­nął na mnie swoim jed­nym okiem jak straszliwy cy­klop i po­wie­dział su­rowo:

— Z czego się pan śmieje, hę?

— Uśmie­cham się do swoich myśli — od­rze­kłem wy­kręt­nie.

— Trzeba po­waż­nie my­śleć, mój panie. Żadne śmi­chy chi­chy tutaj nie po­mogą. Ina­czej figa z wy­ja­śnie­niem za­gadki.

Doktor rzekł otwarcie:

— Pa­trzę i pa­trzę na tę sza­chownicę, aż oczy mnie bolą. Ale ani na jotę nie robię się mą­drzejszy.

Fry­deryk wzruszył ra­mio­nami.

— Sta­wiam ty­siąc dola­rów prze­ciw jed­nemu, że nie tę sza­chownicę miał na myśli stary Hau­bitz.

Ze­nobia szepnęła do Fry­de­ryka:

— Gdy­by­śmy byli w Ja­sie­niu, dziś wie­czo­rem mo­gli­by­śmy pójść na tańce do pa­łacu. Tam mają ma­gne­tofon i nowe na­gra­nia. Czy pan tań­czy hully-gully?

— Nie.

Wtrąciłem się i za­py­tałem:

— A let's kiss pan tań­czy?

— Też nie — po­kręcił głową Fry­deryk.

Zro­biłem zdu­mioną minę. Ze­nobia od­stą­piła od Fry­de­ryka, po­de­szła do mnie i szepnęła:

— Pan Fry­deryk na pewno zna­ko­micie tań­czy, a za­prze­cza tylko przez skrom­ność.

— Dżudo rów­nież nie zna — roz­ło­ży­łem ręce.

Ze­nobia wzruszyła ra­mio­nami.

— I pan w to wie­rzy? Pan sądzi, że taki męż­czy­zna, jak Fry­deryk, na­prawdę nie zna dżudo?

— Dla­czego pani go nie wy­pró­buje? Nie­chże pani za­sto­suje wo­bec niego któ­ryś ze swoich straszli­wych chwytów.

— Po co? Prze­cież sam mi pan po­wie­dział, że nie wy­cho­dzi się za mąż przy po­mocy chwytów dżudo.

— Ach tak? — na­resz­cie zro­zu­mia­łem. — Więc pani nosi się z po­waż­nymi za­mia­rami.

— Nie je­stem wa­riatką, żeby jeź­dzić z wami i do­ko­ny­wać bez­sen­sow­nych po­szu­ki­wań. Nie znaj­dzie­cie pa­mięt­nika. Ale ja znajdę to, czego szu­kam.

— Wiem. Męża. Fa­bry­kanta za­pal­ni­czek.

Ze­nobia już chciała pod­sta­wić mi nogę i przewró­cić na zie­mię, lecz do­strzegła moje pełne współczu­cia spoj­rze­nie skie­ro­wane na Fry­de­ryka.

— Co się panu stało? Dla­czego pan tak na niego pa­trzy? — za­py­tała z nie­po­ko­jem.

— Żal mi go. To chyba okropne mieć za żonę ko­bietę, która zna dżudo — po­wie­działem i czmych­ną­łem do mau­zo­leum.

Tell wła­śnie upo­rał się z kłódką i otworzył że­lazne drzwi.

Zo­ba­czy­liśmy to­nące w pół­mroku duże po­mieszcze­nie, przy­po­mi­na­jące celę wię­zienną z dwoma za­kra­to­wa­nymi okienkami. Po­sadzkę uło­żoną z kwa­dra­tów sza­rych i czar­nych za­ście­lały ze­schłe liście i sterta na­gra­bio­nego w le­sie mchu: za­pewne no­co­wała tu kie­dyś wy­cieczka auto­sto­po­wi­czów, któ­rzy nie po­sia­dając na­miotów, schronili się w gro­bowcu przed desz­czem lub noc­nym chło­dem. Na brudnych i po­czer­nia­łych od sta­rości ścia­nach wid­niały zie­lon­kawo-szare za­cieki, ukła­da­jące się w fan­ta­styczne wzory i kom­po­zycje, które mo­gły stać się na­tchnie­niem dla no­wo­cze­snego mala­rza, oraz na­pisy w ro­dzaju: „Byłem tutaj — Ka­rol”, „Ko­cham Basię”, „Jó­zek z Kielc 1952”, „Fra­nia i Jaś”. Na środku gro­bowca znaj­do­wał się jed­no­lity, ka­mienny sar­kofag z her­bem Hau­bit­zów, a więc znowu z sza­chownicą. W ścia­nach znaj­do­wały się głę­bokie nisze, prze­zna­czone za­pewne na to, aby wstawić w nie fi­gury świętych.

Teraz jed­nak były one puste, wy­peł­niał je tylko mrok.

I to było już wszystko, jeśli nie li­czyć kil­ku­nastu pu­szek po kon­ser­wach, wa­lają­cych się po ką­tach, i czte­rech dziur na ścia­nie, za­pewne po­zo­stało­ści po śru­bach, przytrzy­mu­ją­cych płytę na­grobka. Takie płyty są ła­ko­mym ką­skiem dla róż­nego, ro­dzaju zło­dziejasz­ków. Kradną je na­wet ze współcze­snych cmentarzy i od­sprzedają nie­uczciwym ka­mie­nia­rzom, któ­rzy robią z nich nowe płyty na­grobkowe.

Uwagę naszą sku­piła sza­chownica na sar­ko­fagu.

— Jesz­cze jedna — stwierdził dok­tor i ciężko wes­tchnął.

Stało się oczywiste, że rów­nież i ta sza­chownica nie za­wiera ta­jem­nicy.

Trzej chłopcy, ru­chliwi jak myszki, za­glą­dali w każdy kąt, opu­kali ka­mienny sar­kofag.

— Gro­bo­wiec to świetne miej­sce na ukry­cie pa­mięt­nika — ode­zwał się So­kole Oko. — A naj­lep­szym miej­scem w gro­bowcu byłby sar­kofag. Może stary Hau­bitz schował pa­mięt­nik do trumny swojego pra­pra­dziada?

Chłopiec mó­wił po pol­sku, ale Fry­deryk chyba my­ślał po­dob­nie. Obej­rzał sar­kofag i po­trzą­snąwszy prze­cząco głową, po­wie­dział po nie­miecku:

— Do sar­ko­fagu nie wło­żył pa­mięt­nika. To jed­nolita bryła ka­mienna. Pię­ciu ludzi z ło­mami po­trzeba by było, aby ją unieść i prze­sunąć. A on prawdo­po­dob­nie cho­wał pa­mięt­nik sam, ni­kogo nie do­pusz­cza­jąc do ta­jem­nicy.

Zgo­dzi­łem się z Fry­dery­kiem.

— Nie­dawno, we­spół z łódz­kimi ar­che­olo­gami, uczestni­czy­łem w otwarciu płyty gro­bo­wej Fritza von Ra­we­neck, który zgi­nął w bi­twie pol­sko-krzy­żac­kiej pod Świeciem i po­cho­wany zo­stał w ko­ściele w Żar­nowcu w wo­je­wództwie gdańskim. Dla pod­nie­sie­nia i prze­su­nię­cia płyty na­grobko­wej w po­sadzce ko­ścioła we­zwano kil­ku­oso­bową grupę spe­cjali­stów, ka­mie­nia­rzy z Gdańska. I bar­dzo się na­mo­zolili przy tej czynności. A ten sar­kofag jest przy­najmniej trzy razy cięż­szy niż płyta na­grobkowa Ra­we­necka.

Hilda po­ki­wała głową.

— A mó­wi­łam, że nie ma żad­nej na­dziei od­nale­zie­nia pa­mięt­nika? Byli­śmy już tu z We­be­rem, Klausem i pol­ską ekipą śled­czą. Wy­szli­śmy stąd z ni­czym.

— Chodźmy więc — za­pro­po­no­wał dok­tor, spo­glą­dając na zega­rek. — Już za­pada zmrok, a do Mo­rynia, gdzie za­pla­no­wali­śmy noc­leg, po­zo­stał jesz­cze ka­wał drogi.

— A może za­no­cu­jemy gdzieś tu­taj? — rze­kła Ze­nobia.

— W Mo­ryniu czeka na nas wspaniałe je­zioro. A tu nie ma wody, ani do umy­cia się, ani do za­go­to­wa­nia her­baty — od­rzekł dok­tor.

Poje­dyn­czo opusz­czali­śmy mau­zo­leum i po­ga­niani przez dok­tora, zni­kali­śmy w bu­ko­wym lesie.

— A jed­nak mau­zo­leum to świetne miej­sce na ukry­cie pa­mięt­nika — po­wie­działem do Hildy, po raz ostatni oglą­dając się na brzydki bu­dy­nek gro­bowca.

Tell wła­śnie za­my­kał drzwi i za­wie­szał na nich kłódkę.

W lesie roz­sz­cze­kał się Se­ba­stian, bo So­kole Oko i Wie­wiórka skryli się za drzewami i po­hu­ki­wali na sie­bie jak sowy. Ka­sia pisz­czała uda­jąc ogromny prze­strach, pies gonił chłopców. Po chwili Tell przyłączył się do nich i biegł po stro­mym zbo­czu, klu­cząc mię­dzy drzewami.

Zej­ście do sa­mo­cho­dów za­jęło nam tylko kwa­drans, gdy na wzgórze dra­pali­śmy się chyba z pół go­dziny.

— Mam do­syć tej wy­cieczki — bun­tow­niczo oświad­czyła Ze­nobia. — Je­stem głodna i ma­rzę o kola­cji.

— W Mo­ryniu przy­rzą­dzimy kola­cję — za­pew­nił ją dok­tor.

— I na­pocz­niemy puszkę-nie­spo­dziankę! — za­wołał Tell.

— Puszkę-nie­spo­dziankę? — za­cie­ka­wiła się Kasia.

Ja rów­nież cie­kaw by­łem, co to za dziwna puszka.

Ale nie było nam dane za­spo­koić cie­ka­wo­ści. Doktor zlu­stro­wał nasze towa­rzy­stwo zgru­po­wane przy sa­mo­cho­dach i oświad­czył z trwogą:

— Pro­szę pań­stwa, znowu nie ma pana Ku­ryłły.

— Co ta­kiego? Znowu go nie ma? — obu­rzył się Fry­deryk.

— A tak, nie ma wśród nas pre­zesa — przytak­ną­łem.

Ze­nobia za­ła­mała ręce.

— Bę­dziemy go szu­kać, kola­cja się od­wle­cze...

Hilda wy­raziła nie­pokój:

— Co się z nim stało? Może spadł do ka­mie­nio­łomu? Było już mroczno, gdy po­wra­cali­śmy...

Chłopcy za­chę­cali Se­ba­stiana:

— Pie­sku, pie­seczku, szu­kaj pre­zesa. Szu­kaj pre­zesa... Se­ba­stian nie chciał szu­kać, a może nie ro­zu­miał, bo za­miast wziąć się do szu­kania pre­zesa, za­czął ob­szczeki­wać chłopców, prze­ko­nany, że roz­po­częła się jakaś nowa, świetna za­bawa.

Stukną­łem się pal­cem w czoło.

— Tellu! Czy przed za­mknię­ciem drzwi gro­bowca upewniłeś się, że tam nikt nie po­zo­stał?

Chłopiec za­czerwie­nił się.

— Nie, panie To­ma­szu. Są­dzi­łem, że wszyscy wy­szli...

— Więc on tam sie­dzi, nie­bora­czek. I znowu po­myśli, że zro­bili­śmy to spe­cjal­nie, aby mu utrudnić roz­wią­zanie za­gadki.

Ze­nobia ze zło­ścią tupnęła nogą.

— Uważam, że pana Ku­ryłłę na­leży zdjąć ze sta­no­wi­ska pre­zesa. Zde­gra­du­jemy go do funk­cji wi­ce­pre­zesa, a na jego miej­sce wy­bie­rzemy pana Fry­de­ryka.

— O nie, nie! W żad­nym razie. Nie za­słu­guję na takie wy­róż­nie­nie! — bro­nił się Fry­deryk.

Doktor wzniósł ręce do góry, jak gdyby z nieba oczekiwał po­mocy.

— I co teraz po­czniemy? My tu gadu-gadu, a ten nie­borak sie­dzi w ciemnym gro­bowcu. Trzeba bę­dzie pójść po niego, choć to straszny ka­wał drogi.

— Niech sie­dzi do jutra — burknęła Ze­nobia.

— To moja wina i ja pójdę uwolnić pana Ku­ryłłę — ofia­rował się Tell.

Dwaj po­zo­stali chłopcy na­tychmiast soli­dar­nie oświad­czyli się z go­to­wo­ścią towa­rzy­sze­nia przyja­cie­lowi.

— Te­raz? Kiedy już zro­biło się ciemno? — za­nie­po­koił się dok­tor. — Nie pusz­czę was sa­mych, bo jesz­cze wpadnie­cie do ka­mie­nio­łomu. Idę z wami.

I po­szli w czwórkę. Fry­deryk roze­śmiał się:

— To już trzeci raz nasz pre­zes znaj­duje się w opa­łach. W ru­inach młyna wpadł do dołu, na wieży ko­ścioła po­gry­zły go osy, a te­raz grozi mu noc­leg w gro­bowcu. Dużo bym dał za to, aby zo­ba­czyć jego minę, gdy zo­sta­nie uwolniony. Ech — machnął ręką — nic za to nie mu­szę da­wać. Wy­star­czy, że pójdę z nimi.

I po­biegł za chłopcami.

— Ja też! Ja też! — krzyknęła Ze­nobia i pu­ściła się za Fry­dery­kiem.

Po­zo­sta­łem na dole z Hildą, Ka­sią i Se­ba­stia­nem. Wie­czór był wy­jąt­kowo cie­pły, poło­ży­łem się na tra­wie obok wjazdu do ka­mie­nio­łomu i w mil­cze­niu ob­ser­wo­wa­łem, jak skrada się noc. Hilda usia­dła obok mnie i za­paliła pa­pie­rosa. Kasia go­niła Se­ba­stiana wo­kół sa­mo­cho­dów, a w końcu zmę­czyła się i ukucnęła przy nas. Pies poło­żył się na jej kola­nach.

— Mamy do obej­rze­nia jesz­cze tylko jedną sza­chownicę — prze­rwała mil­cze­nie Hilda. — Jutro poje­dziemy do Lu­bie­chowa Gór­nego. I co dalej?

— W dal­szą drogę po­pro­wa­dzi nas Klaus — od­rze­kłem.

— Po­dzi­wiam pań­ską pew­ność sie­bie. Boję się jed­nak, że te ra­chuby mogą za­wieść. A jeśli okaże się, że Klaus jed­nak nie wróci?

— Prze­cież musi być jakaś lo­gika wy­da­rzeń. Klaus po­wi­nien po­wró­cić do Ja­sie­nia, bo w prze­ciw­nym razie nie miałby w ogóle sensu jego przyjazd do Pol­ski.

— Przybył tu z nami jako ob­ser­wator z ra­mie­nia ga­zety, w któ­rej pra­cuje.

— Bar­dzo wąt­pię, czy tę ga­zetę stać na tak kosztowne wy­jazdy kore­sponden­tów. Ktoś inny mu­siał opła­cić misję pana Klausa. Oczywi­ście, Hau­bitz. Opłacił jed­nak przyjazd wcale nie po to, aby Klaus był tu ob­ser­wato­rem. Wy­zna­czył mu za­danie od­nale­zie­nia i przywie­zie­nia pa­mięt­nika.

— Może Klaus wy­pełnił misję i od­je­chał z pa­mięt­ni­kiem?

— Mam prawo są­dzić, że jego cała uwaga sku­piła się na ru­inach ob­ser­wato­rium. Jesz­cze w noc po­prze­dza­jącą jego wy­jazd krą­żył po ru­inach z elek­tryczną la­tarką i szu­kał sza­chownicy. Wi­działem go prze­cież, śle­dzi­łem.

— Może to nie był Klaus?

— A któż inny po­słu­gi­wałby się chlo­ro­for­mem? Czy za­uwa­żyła pani, aby Klaus od­dalał się od was, prze­padał na dzień lub dwa w tym cza­sie, gdy jeź­dzili­ście po oko­licy, szu­kając zna­ków sza­chownicy?

— Na­wet na go­dzinę nie od­dalił się od nas. Do­piero wówczas, gdy za­padła de­cyzja po­wrotu do Nie­miec, poje­chał sa­mot­nie do To­pielca. I to dwu­krot­nie, jak pan wie.

— Wła­śnie na tym opie­ram swoje prze­ko­nanie, że Klaus tu po­wróci.

— Chciała­bym bar­dzo, aby speł­niły się pana przewi­dy­wa­nia.

Znowu na­stą­piło mię­dzy nami mil­cze­nie, które prze­rwa­łem pyta­niem:

— Klaus do­brze mówi po pol­sku. Czy nie opo­wia­dał, gdzie tak do­brze na­uczył się pol­skiego ję­zyka?

— Klaus jest volksdeut­schem z Ło­dzi. W cza­sie wojny pra­co­wał w nie­mieckiej poli­cji kry­mi­nal­nej na te­renie Pol­ski. Nie krył się z tym przed nami, twierdził, że wojnę spę­dził w spo­sób, który mu nie przy­nosi wstydu: ści­gał ban­dy­tów, zło­dziei, mor­der­ców.

— A więc Klaus był de­tek­ty­wem? — ucie­szy­łem się. — Pani na­wet nie wy­obraża so­bie, jak bar­dzo ta in­for­ma­cja po­twierdza moje do­my­sły. Wła­śnie ta­kiemu człowie­kowi Hau­bitz mógł po­wie­rzyć za­danie od­nale­zie­nia pa­mięt­nika.

Za­my­śli­łem się, W gło­wie aż roiło mi się od róż­nego ro­dzaju hi­potez i po­dej­rzeń.

Tymcza­sem ze wzgórza ze­szedł mil­czący po­chód. Na prze­dzie kro­czył pan Ku­ryłło. Minę miał po­nurą, głę­boka zmarszczka prze­ci­nała mu czoło, jego oko ły­pało wro­go­ścią. Za­pewne pod­czas otwarcia drzwi mau­zo­leum straszliwie zwymy­ślał chłopców, bo trójka mo­ich przyjaciół czym prę­dzej umknęła do wart­burga dok­tora. Fry­deryk rów­nież stra­cił swój po­godny na­strój, a Ze­nobia przy­po­mi­nała roz­gniewaną osę.

— A pan? Nie ra­czył pan na­wet przyjść mnie uwolnić! — huk­nął na mnie pre­zes.

Bez­ce­re­mo­nial­nie usa­dowił się w we­hi­kule na miej­scu zaj­mo­wa­nym dotąd przez Hildę. Niemka usia­dła więc na tyl­nym miej­scu, ra­zem z Ka­sią i Se­ba­stia­nem.

Nie otrzymał ode mnie od­po­wie­dzi, co jesz­cze bar­dziej go roz­sier­dziło.

— Mam już do­syć tej po­dróży — po­wie­dział z gniewem. — Zrzekam się funk­cji pre­zesa. Jutro wra­cam do Ja­sie­nia i na wła­sną rękę zajmę się po­szu­ki­wa­niami. Nie tylko że nie oka­zuje­cie mi po­mocy, lecz jesz­cze rzu­cacie mi kłody pod nogi.

— To prze­cież nie nasza wina. że pan cią­gle gdzieś prze­pada — usi­ło­wa­łem uła­go­dzić jego gniew.

— Bzdura! — krzy­czał na mnie Ku­ryłło. — Chcecie roz­wią­zać za­gadkę sza­chownicy, ale do każ­dego z tych miejsc, gdzie są sza­chownice, wpa­dacie jak na piwo. Ja tę sprawę traktuję serio. Mu­szę każde ta­kie miej­sce do­kład­nie spe­ne­tro­wać. A wy, za­miast cze­kać na mnie cier­pli­wie, od­sta­wia­cie dra­binę albo za­my­kacie drzwi i od­cho­dzi­cie w naj­lep­sze.

— Na­le­żało uprzedzić chłopców, że pan po­zo­staje w gro­bowcu jesz­cze przez chwilę...

— Prze­szu­ki­wa­łem do­kład­nie wszystkie nisze, a wy tylko w tę i z po­wro­tem wchodzili­ście i wy­cho­dzili­ście z gro­bowca. Na­wet nie za­uwa­ży­łem, kiedy za­mknęliście drzwi. A po­win­ni­ście byli ob­ser­wo­wać mnie z sza­cun­kiem. I uczyć się.

— I co dało prze­szu­kanie nisz?

— Nic nie dało. Ale mo­gło. I dla­tego nale­żało to zro­bić. Ale mam do­syć współ­pracy z wami, zrze­kam się pre­zeso­stwa. Szu­kaj­cie dalej sami — sro­żył się „po­strach ga­stro­no­mii”.

Wtrąciła się Hilda:

— Nie ma po­wodu do gniewu, skoro mau­zo­leum nie kryje ta­jem­nicy. Wy­daje mi się, że jedy­nym miej­scem, które nadawało się do ukry­cia pa­mięt­nika, są ruiny ob­ser­wato­rium.

— Bzdura! — wciąż gniewał się Ku­ryłło. — Ob­ser­wato­rium na­leży wy­eli­mi­no­wać z po­szu­ki­wań, po­nie­waż stary Hau­bitz ukrył tam skarby, które po­tem usi­łował wy­kraść Plat­zek. Nie wie­rzę, aby kładł dwa grzyby w barszcz. Po­wia­dam wam, że dru­gim do­god­nym miej­scem na ukry­cie „rze­czy naj­cen­niej­szej” było mau­zo­leum. I to przy­szło mi na­tychmiast do głowy, gdy zo­ba­czy­łem gro­bo­wiec.

— Ale prze­cież skrytki pan nie od­krył.

— No to co? Mój tok ro­zu­mo­wa­nia był jed­nak lo­giczny. Was zaś nie było stać na­wet na lo­giczne ro­zu­mo­wa­nie. Ot, co — za­koń­czył dys­kusję Ku­ryłło.

A dla mnie była oczywiste, że Ku­ryłło chciał po­zo­stać sam w gro­bowcu. Po­my­śla­łem: „Jest nie­uczciwy, za­warł z nami spółkę, ale szuka na wła­sną rękę. A po­nadto od­grywa jesz­cze ko­me­dię”.

 


ROZDZIAŁ JEDENASTY [top]

W MORYNIU • LEGENDA O WIELKIM RAKU • CO BĘDZIE JADŁ SEBASTIAN? • KONDUKT ŻAŁOBNY • NOCNA WYPRAWA NA GÓRĘ ZAMKOWĄ • KTO STRZELAŁ?

 

Mo­ryń jest mia­steczkiem, które do dziś za­cho­wało swój śre­dnio­wieczny cha­rak­ter. Nie­wielki ten gród ota­czają zbu­do­wane na przełomie XIII i XIV wieku mury miej­skie. W naj­bliż­szym są­siedztwie mia­steczka roz­lewa się głę­bokie, naj­większe w tej oko­licy je­zioro, Mo­rzycko.

Ta głę­bia działała zaw­sze na wy­obraźnię ludzką, stąd za­pewne po­wstały liczne le­gendy o po­two­rach za­mieszku­ją­cych na dnie je­ziora, a mię­dzy in­nymi le­genda o wiel­kim raku. Po­dobno w księ­ży­cową noc z wieży sta­rej ba­zyliki w Mo­ryniu można do­strzec wę­dru­ją­cego po dnie raka po­twornej wiel­kości, dłu­giego na kil­kana­ście me­trów, ze szczyp­cami wiel­kimi jak ra­miona bul­do­żera.

Przed wie­loma wie­kami na gó­rzy­stym pół­wy­spie wrzynają­cym się w Mo­rzycko znaj­do­wał się sło­wiański gród obronny, a na miej­scu dzi­siej­szego Mo­rynia roz­cią­gała się wio­ska ry­backa i stała świątynia Świato­wida. Nie były to spo­kojne te­reny, sło­wiańskich go­spo­darzy tych ziem nie­ustannie ata­ko­wały nad­cią­ga­jące znad po­bli­skiej Odry od­działy nie­mieckich na­jeźdźców. W kry­tycz­nych dla Sło­wian chwilach — jak mówi le­genda — po­sąg Świato­wida w chramie mo­ryń­skim wzywał na po­moc ogrom­nego raka z je­ziora. Po­słuszny we­zwa­niu bożka rak wy­peł­zał z głę­biny i w swym gru­bym pan­cerzu ude­rzał na za­ku­tych w stal ryce­rzy nie­mieckich, siejąc po­płoch i spu­sto­sze­nie.

W X wieku ob­szary te włą­czył do Pol­ski Mieszko I. Na miej­scu po­gań­skiego chramu zbu­do­wano wtedy ko­ściółek, a póź­niej wznie­siono po­zo­stałą aż do cza­sów współcze­snych póź­no­ro­mań­ską ba­zy­likę z gra­nitu, o po­tęż­nej bra­mie przejaz­do­wej. A tam, gdzie ongiś był gród sło­wiański, sta­nął za­mek obronny — i do dziś, na wzgórzu zam­ko­wym na pół­wy­spie, w cie­niu sta­rych drzew wi­dać resztki mu­rów i daw­nych bu­dowli.

Do­piero w XIII wieku zie­mie te opa­no­wali Niemcy. W pierwszej po­łowie XV wieku rzą­dzili tu przej­ściowo na­wet Krzyżacy. Ale ślady pol­sko­ści przetrwały przez wiele stu­leci, wraz ze sło­wiańskimi na­zwami miej­sco­wo­ści, rzek i jezior, wraz z po­zo­stało­ściami daw­nych bu­dowli, z le­gen­dami, które mó­wią o pra­wych dzie­dzi­cach — Pola­kach. Tu i ów­dzie zresztą, a szczegól­nie na po­bli­skiej Ziemi Lu­bu­skiej, do­cze­kali po­wrotu do ma­cie­rzy i auto­chtoni — stara pol­ska rdzenna lud­ność.

Nie­stety, przyje­cha­liśmy nad je­zioro Mo­rzycko już w nocy i zwiedza­nie Mo­rynia trzeba było odło­żyć na dzień na­stępny. Po­sta­no­wili­śmy roz­łożyć się obo­zem po dru­giej stro­nie góry zam­ko­wej, na łączce nad jezio­rem, w odle­gło­ści około dwóch ki­lo­me­trów od mia­steczka. Miej­sce to wy­da­wało nam się ustronne, a za­ra­zem ma­low­nicze, gdyż z jed­nej strony znaj­do­wały się wody Mo­rzycka, a z dru­giejw kępie drzew na wzgórzu — kryły się ruiny sta­rego zamku.

Wy­jęli­śmy z sa­mo­cho­dów na­mioty, śpi­wory, koce, mate­race, kuchnie ga­zowe, tu­ry­styczne puszki z żyw­no­ścią. Oczywi­ście nie wszyscy dys­po­no­wali od­po­wiednim sprzętem cam­pin­go­wym, więc zgodnie z ustalonym rano po­rząd­kiem, ja mia­łem spać w we­hi­kule, Fry­deryk w swym for­dzie, a dok­tor w wart­burgu. Swój na­miot od­da­łem Hil­dzie, w na­mio­cie Fry­de­ryka za­mieszkać miała Ze­nobia z Ka­sią i Se­ba­stia­nem, pan Ku­ryłło w na­mio­cie dok­tora, chłopcy w swym sta­rym har­cer­skim na­mio­ciku.

Wze­szedł księ­życ i zro­biło się pra­wie tak jasno, jak w po­chmurny dzień. Noc była cie­pła, ni­komu nie chciało się spać. Mę­ska część wy­cieczki za­jęła się ustawia­niem na­miotów, ko­bieca zaś przy­rzą­dzała kola­cję. Pra­co­wali­śmy szybko i sprawnie, wkrótce nad brze­giem je­ziora stał rząd na­miotów i w tym sa­mym cza­sie przy­go­to­wana zo­stała kola­cja. Naj­dłu­żej trwało roz­sta­wia­nie na­miotu Fry­de­ryka, był to bo­wiem praw­dziwy pałac o dwóch skrzydłach, po­łą­czo­nych czymś w ro­dzaju we­randy. Na­sze na­mio­ciki były kop­ciuszkami w po­rów­naniu z tym „królem na­miotów”, jak go na­zwali chłopcy.

Wreszcie za­sie­dli­śmy do kola­cji.

— Uważam, że jutro warto zwiedzić Mo­ryń, a po­tem na krótko można by wpaść do Ce­dyni — po­wie­dział dok­tor, gdy ze­brali­śmy się przy skła­da­nym sto­liku, który woził ze sobą Fry­deryk. — Wy­czy­tałem w przewod­niku, że za Ce­dynią można wyjść na wzgórze, z któ­rego brat Mieszka I, Czcibor, za­ata­ko­wał zwy­cię­sko woj­ska mar­gra­biego Ho­dona.

— A ja pro­po­nuję przy oka­zji od­wie­dzić Sie­kierki — wtrą­ciłem. — W Sie­kier­kach woj­sko pol­skie for­so­wało Odrę w dro­dze na Ber­lin. Obej­rzeć tam można prze­piękny cmentarz woj­skowy.

— A sza­chownice? — burknął nasz pre­zes. — Za­cho­wu­jecie się jak na kra­jo­znawczej wy­cieczce, a tu cho­dzi o po­ważną sprawę. Zdaje mi się, że naj­lepiej zro­bię, jeżeli odłą­czę się od was i będę po­szu­kiwał na wła­sną rękę.

— Z Sie­kie­rek jest nie­da­leko do Lu­bie­chowa, do sza­chownicy — za­uwa­żył dok­tor, roz­kła­dając atlas sa­mo­cho­dowy. — Zdą­żymy zwiedzić Ce­dynię i Sie­kierki, sko­czymy do Lu­bie­chowa, a za­no­cu­jemy nad Je­zio­rem Ża­bim. Zga­dza­cie się ze mną?

— Zga­dzamy się — przytak­nęli­śmy mu spiesznie, bo oto Ze­nobia i Hilda po­dały na stół kola­cję.

Jedli­śmy chleb z ma­słem, ja­jecz­nicę, po­mi­dory, po­pija­liśmy her­batę.

— Zna­ko­mita kola­cja — nie­ustannie chwalił Fry­deryk, który za­cho­wy­wał się zaw­sze jak praw­dziwy dżentel­men.

Tylko Se­ba­stian był in­nego zda­nia. Ob­wą­chał mi­seczkę z ja­jecz­nicą i od­szedł od niej z miną wielce wzgar­dliwą.

— Ten pies do­pro­wa­dza mnie do szału — roz­zło­ściła się Ze­nobia, gro­żąc Se­ba­stia­nowi próżną pa­telnią. — Na urlo­pie cią­gle mamy z nim kło­poty. Jest strasznie wy­bredny.

— W domu je tylko su­rową wo­ło­winę — skar­żyła się Kasia. — A jak mu się jej nie da, to po­trafi gło­do­wać przez kilka dni. Trzeba mu bę­dzie dać tro­chę wę­dzo­nego boczku — otworzyła swoją puszkę z zapa­sami i od­kra­jała Se­ba­stia­nowi ka­wa­łek boczku.

— Ja wiem, na co Se­ba­stian ma wielki ape­tyt — stwierdził Tell. — Na nie­spo­dziankę Wie­wiórki.

— Co to za nie­spo­dzianka? — za­cie­ka­wiła się Kasia.

— Ta­jem­nica... — od­po­wie­dział Wie­wiórka.

— Czy nie za dużo ta­jem­nic? — po­wąt­pie­wał dok­tor.

— Wie­wiórka nie chce otworzyć swojej puszki tu­ry­stycznej — zdra­dził jego ta­jem­nicę So­kole Oko. — Trzyma w niej ja­kieś sma­ko­łyki. Mówi, że gdy prze­ży­jemy naj­bar­dziej fan­ta­styczną przy­godę, to on wtedy wyda ucztę Lu­kul­lusa.

— A co kryje się w tej puszce? — za­inte­re­so­wa­łem się.

— Wła­śnie nie wia­domo — rzekł Tell. — Dla­tego na­zwa­liśmy ją puszką-nie­spo­dzianką. Mnie się wy­daje że Se­ba­stian chciałby zaj­rzeć do tej puszki. Wi­dzisz, Wie­wiórka, on po­szedł w stronę na­szego na­miotu.

Jesz­cze przez dłuż­szą chwilę żar­to­wali­śmy z puszki-nie­spo­dzianki, a po­tem chłopcy wzięli się do my­cia na­czyń w je­zio­rze. Po­zo­stali członko­wie na­szego Związku zajęli się swoimi sprawami. Noc była nie­zwy­kle cie­pła i bar­dzo widna. Kasia za­pro­po­no­wała chłopcom nocną wy­cieczkę na wieżę ko­ścioła w Mo­ryniu, z któ­rej po­dobno zo­ba­czyć można le­gen­dar­nego raka. Ale dok­tor i Ze­nobia za­bro­nili im tego. Doktor zale­cał chłopcom wy­po­czy­nek, oni jed­nak wo­leli ba­wić się w In­dian ata­kują­cych nasz obóz. Kasia od­gry­wała rolę białej squaw, a jej jedy­nym obrońcą stał się Se­ba­stian. Wkrótce jed­nak ta za­bawa znu­dziła się im i po­biegli gdzieś, po­zo­sta­wia­jąc w obo­zie tylko Kasię.

Ja i Hilda po­szli­śmy się ką­pać w je­zio­rze, a gdy wy­szli­śmy na brzeg, w na­szym obo­zie nie było ni­kogo. Na­wet Kasi i Se­ba­stiana. Mimo że mi­nęła już jede­nasta w nocy, całe towa­rzy­stwo po­szło gdzieś na spa­cer, za­pewne w stronę góry zam­ko­wej, która w świetle księ­życa ma­low­niczo ry­so­wała się w gra­na­to­wym tle noc­nego nieba.

Prze­bra­łem się w pi­dżamę i wziąłem się do roz­kła­dania sie­dzeń w we­hi­kule. Hilda na­rzu­ciła na sie­bie szla­frok i paląc pa­pie­rosa ob­ser­wo­wała, jak blask księ­życa igra na le­dwo do­strzegal­nych fa­lach ogrom­nego je­ziora.

Raptem usły­sza­łem tupot kro­ków i do obozu wpadł zdy­szany Tell. Doj­rzał mnie i za­trzymał się. Z tru­dem opo­wia­dał gwałtow­nie ła­piąc od­dech.

— Stało się nie­szczęście, panie To­ma­szu. Niech pan weźmie la­tarkę i bie­gnie na górę zam­kową.

Chwyci­łem z tyl­nego sie­dze­nia elek­tryczną la­tarkę. Tell sko­czył do mego na­miotu i także wy­biegł z la­tarką.

— Mów, pro­szę cię, mów — chwyciłem go za ra­miona, bo tak był przejęty tym, co się tam gdzieś stało, że na­wet nie wy­jaśnił mi ni­czego.

— Se­ba­stian — wy­krztusił Tell. — Se­ba­stian... zdechł!

— Co?

— A tak. Zdechł. Pew­nie przez ten prze­klęty bo­czek.

— Rany bo­skie! — zła­pa­łem się za głowę. — Biedna Kasia!

I co sił w no­gach po­bie­głem za Tel­lem, który wiel­kimi su­sami sa­dził w stronę góry zam­ko­wej.

Bie­gnąc na­tknę­liśmy się na po­wra­ca­jącą ze spa­ceru Ze­nobię.

— Czy nie wi­dzie­liście Fry­de­ryka? — za­py­tała, za­nim zdo­łali­śmy wy­ja­śnić, do­kąd i dla­czego bie­gniemy. — Wy­da­wało mi się, że Fry­deryk po­szedł na górę zam­kową, ale go nie spo­tka­łam.

— Se­ba­stian zdechł! — wrzasnął w od­po­wie­dzi Tell i po­biegł dalej.

Po kil­ku­nastu kro­kach wpa­dli­śmy na pana Ku­ryłłę. To było już w kępie drzew pora­stają­cych górę zam­kową.

Wbiegli­śmy na ścieżkę mię­dzy drzewa i wtedy zza krza­ków wy­łonił się nasz pre­zes. Roz­pę­dzony Tell ude­rzył go głową w pierś i ra­zem z pa­nem Ku­ryłłą fik­nął wiel­kiego kozła.

— Je­zus Ma­ria, biją! — krzyknął pre­zes. — Ra­tunku, biją!

Pod­nio­słem go z ziemi, prze­pro­siłem w imie­niu Tella i wła­snym.

— Stało się nie­szczęście, Se­ba­stian zdechł — tłu­ma­czy­łem nasze nie­ostrożne po­stę­po­wa­nie.

— Zdechł? Otruty? Czyżby ktoś otruł go ja­jecz­nicą? — w jedy­nym oku pre­zesa doj­rza­łem prze­raże­nie.

Do­tknął ręką swojego brzu­cha i po­wie­dział ze stra­chem:

— Tak jest. Ta ja­jecz­nica była tru­jąca. Od­czu­wam w żo­łądku jakiś cię­żar.

— Pies nie jadł ja­jecz­nicy, lecz bo­czek! — za­wołał chło­piec.

Oko Ku­ryłły bły­snęło rado­śnie.

— A więc on jadł bo­czek? To do­brze. To bar­dzo do­brze. Bo już mi się zda­wało...

Nie mie­liśmy czasu słu­chać jego wy­nu­rzeń. Tell ru­szył ścieżką, a ja po­dreptałem za nim, nasz pre­zes zaś skie­rował się do obozu.

Nie uszli­śmy da­leko. Z nie­prze­nik­nio­nego cie­nia drzew wy­łonił się ża­łobny kon­dukt. Na prze­dzie kro­czył So­kole Oko, na wy­cią­gniętych rę­kach nio­sąc martwego Se­ba­stiana, a za nim szła pła­cząca Kasia. Za­my­kał kon­dukt po­chli­pu­jący Wie­wiórka, który ronił łzy nie ba­cząc, że po­wi­nien za­cho­wać się jak doro­sły męż­czy­zna.

Ob­jąłem dziew­czynkę ra­mie­niem, sta­rając się do­dać jej otu­chy. I tak po­wró­cili­śmy do obozu, w ciszy i smutku. Do­gonił nas dok­tor, bo — jak się oka­zało — i on odbył spa­cer na górę zam­kową. Chciał obej­rzeć Se­ba­stiana, ale Kasia nie po­zwo­liła, histe­rycz­nie pisz­cząc: „Nie ru­szaj­cie mo­jego Se­ba­stiana! Nie ru­szaj­cie mo­jego pie­ska”, i ode­brała zwłoki psa od So­ko­lego Oka. Ry­cząc wniebo­głosy za­nio­sła je sama do obozu i poło­żyła ostrożnie przed swoim na­mio­tem. Chłopcy na­kryli Se­ba­stiana ko­cem.

W obo­zie był już Fry­deryk, za­palił lampkę cam­pin­gową i po­sta­wiłw są­siedztwie okrytego ko­cem pie­ska. Usiedli­śmy wia­nuszkiem do­okoła. Ka­sia wciąż pła­kała i ten jej płacz ści­skał nas za gar­dło.

Chłopcy skryli się poza za­się­giem światła lampy, żeby nie wi­dać było ich oczu. Po­dej­rze­wa­łem, że i oni mieli wielką ochotę do pła­czu. Na­wet Ze­nobia po­cią­gnęła parę razy no­sem.

By­łem cie­kawy, jak wy­glą­dały oko­licz­ności śmierci Se­ba­stiana, bo prze­cież jeśli pies struł się boczkiem, to dziwne było, że zdechł tak nagle.

Chciałem tymi wąt­pli­wo­ściami po­dzie­lić się z Kasią, ale ona cią­gle pła­kała i nie śmiałem draż­nić jej pyta­niami.

— To była bar­dzo sym­pa­tyczna psina — ode­zwał się dok­tor.

— Tak jest — pod­chwycił Fry­deryk. — Nie tylko miła, ale i bar­dzo piękna psina.

Ku­ryłło wes­tchnął i rzekł filo­zo­ficz­nie:

— Nikt, ani człowiek, ani pies, nie zna swego dnia i swej go­dziny. Ot, biega po świe­cie takie stwo­rze­nie, ska­cze, szczeka, ra­duje się ży­ciem, i rap­tem, jak no­żem uciął. Mar­ność, mar­ność wszystko.

— Ach, jaki to był od­ważny pies — stwierdził So­kole Oko.

— I jak pilnie wę­szył — do­rzucił Wie­wiórka.

Ze­nobia do­dała:

— Wy­bredny był. Byle czego nie chciał zjeść. Ja­jecz­nicą wzgardził, a bo­czek za­pewne mu za­szkodził.

Kasia za­chli­pała:

— Po co ja mu da­łam ten bo­czek? Gdy­bym wie­działa, że to się tak skończy, nigdy bym tego nie zro­biła...

— Nie­stety, nie je­stem wete­ryna­rzem — usprawie­dli­wiał się dok­tor — i trudno mi wy­ja­śnić to smutne wy­da­rze­nie...

— Bar­dzo lubi­łam Se­ba­stiana — szepnęła Hilda.

Tak roz­ma­wia­liśmy, a przed nami na­kryty ko­cem leżał na tra­wie biedny pie­sek. Pod ko­cem ry­so­wało się jego dłu­gie ciało i wy­sta­wał ogon po­dobny do ki­janki. Kasia cią­gle po­pła­ki­wała, raz ciszej, to znów gło­śniej. I przez ten jej płacz czu­liśmy się jesz­cze go­rzej.

— A może jed­nak po­zwo­lisz, Ka­siu, że ja obej­rzę twego pie­ska? — nie­śmiało rzekł dok­tor.

— Och, nie, nie ru­szaj­cie go! — krzyknęła roz­paczliwie Kasia.

— Tak, tak, niech spo­czywa w spo­koju — przytaknął Ku­ryłło.

Wtem wy­sta­jący spod koca ogon — po­ru­szył się. W lewo, a póź­niej w prawo. Se­ba­stian za­mer­dał ogo­nem, drgnął pod ko­cem i po chwili za­czął spod niego wy­peł­zać jak długa liszka.

Byli­śmy tak zdu­mieni, że nikt z nas nie po­wie­dział ani słowa.

W na­pię­ciu i ciszy oglą­dali­śmy to zmar­twych­wstanie.

Pies wy­lazł spod koca, prze­cią­gnął się, ziewnął, wy­sunął z py­ska czerwony język i ob­lizał nim swój czarny nos.

— Prze­cież ten pies żyje! — wy­krzyknął wreszcie dok­tor.

Tell z dez­apro­batą po­kiwał głową.

— Oj, tato, tato. Prze­cież wi­dać, że on żyje. Są­dzi­łem, że jako le­karz po­wi­nie­neś stwierdzić to wcześniej od nas...

— Nie je­stem wete­ryna­rzem — obu­rzył się dok­tor. — A zresztą wszyscy mnie zasu­ge­ro­wali­ście. Po­wie­dzie­liście: pies zdechł, i ko­niec. Na­wet go do­tknąć nie po­zwo­lili­ście.

To było jasne, że dali­śmy sobie wmówić śmierć psa. Ża­den z nas na­wet go do­brze nie obej­rzał. Było ciemno, So­kole Oko niósł psa, Kasia pła­kała tak roz­paczliwie, że śmierć Se­ba­stiana wy­da­wała się stwier­dzona. Po­tem chłopcy na­kryli psa ko­cem...

— To wszystko przez Kasię — burknął gniewnie Wie­wiórka. — Zo­ba­czy­cie, że ta dziew­czyna na­pyta nam kie­dyś okropnej biedy.

— Tra-la-la, mam cię w nosie — Ka­sia chwyciła Se­ba­stiana w obję­cia i ska­kała z nim po obo­zie.

— A to ci histo­ria — roze­śmiał się Fry­deryk.

Hilda po­wie­działa roz­sąd­nie:

— No do­brze, ale co mu było? Ze­mdlał? A może to była za­paść?

— Nie je­stem wete­ryna­rzem — za­czął dok­tor. — Wy­daje mi się jed­nak, że psy, po­dob­nie jak lu­dzie, rów­nież mogą do­stać ataku serca i ulec chwilo­wemu za­mro­cze­niu...

Doktor roz­po­czął wy­kład o cho­ro­bach serca. Pod­nio­słem się z trawy i pod­sze­dłem do Kasi. Po­pro­siłem ją, żeby prze­rwała swoje ra­do­sne skoki z Se­ba­stia­nem w obję­ciach.

— Za­pro­wadź mnie na miej­sce, gdzie zna­lazłaś psa — szep­ną­łem do niej.

Nie­po­strzeżenie wy­mknęliśmy się z obozu i szybkim kro­kiem po­szli­śmy w kie­runku góry zam­ko­wej. Po chwili jak spod ziemi wy­rośli obok nas trzej chłopcy.

— Pa­nie To­ma­szu — rzekł So­kole Oko — przy­rzekł nam pan współ­pracę, a tym­cza­sem pró­buje pan działać na wła­sną rękę. My­śli pan, że nie do­my­ślali­śmy się, co pan za­mie­rza zro­bić?

— A co pan za­mie­rza zro­bić? — za­py­tała Kasia.

— Ech, ty nic nie ro­zu­miesz — po­gar­dli­wie machnął ręką Wie­wiórka.

— Prze­cież chyba nie uwie­rzysz, że twój pies jest chory na serce? — za­chi­cho­tał Tell.

— Oj, Tellu, czyżbyś drwił ze swego ojca? — uda­łem obu­rze­nie.

— Nie. Oj­ciec jest do­brym leka­rzem — tłu­ma­czył Tell. — Ale nie­stety nie jest do­brym de­tek­ty­wem. A w tej sprawie nie leka­rza, tylko de­tek­tywa po­trzeba.

Za­trzymali­śmy się na skraju gę­stwiny drzew i krza­ków pora­stają­cych górę zam­kową.

— Opo­wiedz nam do­kład­nie całą histo­rię — po­pro­siłem Kasię. — Po­szłaś na spa­cer z Se­ba­stia­nem. Tak było?

— Tak, pro­szę pana — za­częła opo­wia­dać dziew­czynka. — Było ciemno, więc nie chciałam się zbyt­nio od­dalać od obozu. Zna­la­złam jed­nak ścieżkę przez krzaki, którą do­szłam do wą­wozu ota­cza­ją­cego mury zam­kowe.

— To nie wą­wóz, tylko stara fosa — spro­sto­wał So­kole Oko.

— Wszystko jedno, nie wtrą­caj się. Dnem wą­wozu...

— Fosy!

— Niech bę­dzie: fosy. Więc jej dnem bie­gła rów­nież ścieżka. Po­my­śla­łam, że pójdę nią kilka kro­ków i zaraz wrócę.

— I nie bałaś się? — po­wąt­pie­wał Wie­wiórka. — Tam jest ogromna gę­stwa krza­ków. Jest noc...

— Tro­chę się ba­łam. Ale Se­ba­stian tak we­soło biegł ścieżką, że po­my­śla­łam: tu nie ma ni­kogo, a on w porę zwietrzy nie­bez­pie­czeń­stwo...

— Owszem — zgo­dził się So­kole Oko — zwietrzy nie­bez­pie­czeń­stwo. Tylko że pod­ku­liw­szy ogon pod sie­bie, pierwszy da dra­paka. To straszny tchórz.

— A nie­dawno mó­wiłeś co in­nego — przy­po­mniała mu Kasia. — Wszyscy się za­chwycali­ście, jaki to mą­dry, od­ważny pie­sek.

— Bo on wtedy nie żył — stwierdził Tell. — A o umarłych na­leży mó­wić albo do­brze, albo wcale.

— Do rze­czy, do rze­czy, pro­szę pań­stwa — wtrą­ciłem się.

— Bo oni my­ślą, że i ja je­stem bar­dzo bo­jaź­liwa — po­skar­żyła się Kasia.

— Je­steś umiarko­wa­nie od­ważna — po­wie­działem, żeby zała­go­dzić sprawę. — Po­wiedzmy szczerze, nie bałaś się iść tam o zmroku, po­nie­waż wie­działaś, że przed chwilą na górę zam­kową po­szła na spa­cer cio­cia Ze­nobia, szu­kając pana Fry­de­ryka. A także po­biegli tam chłopcy.

— Tak — przy­znała Kasia. — Wie­działam, że oni są gdzieś w po­bliżu. Spo­dziewa­łam się, że Se­ba­stian zaraz ich zwę­szy i spo­tkam się z nimi. Szłam więc tą ścieżką, szłam, i wcale się nie ba­łam. W pew­nej chwili usły­sza­łam, że ktoś mówi po nie­miecku...

— Nie roz­po­zna­łaś głosu?

— To był głos mę­ski. Se­ba­stian zaraz za­czął szczekać i rzucił się w tamtą stronę. Głos do­bie­gał z góry, zza resztek muru. Pies szyb­ciutko po­mknął przez krzaki, a ja prze­dzie­rałam się znacznie wol­niej. Jesz­cze przez chwilę do­bie­gało mnie szczekanie psa. I rap­tem ono urwało się. Gdy we­szłam na górę, Se­ba­stian leżał bez­władnie obok muru zam­ko­wego. Jeśli chce­cie, mogę was tam za­pro­wa­dzić...

— A męż­czy­zny nie do­strzegłaś?

— Zniknął. Zresztą jak uj­rza­łam martwego Se­ba­stiana, roz­pła­ka­łam się. Wzięłam psa na ręce i ze­szłam na ścieżkę. A tutaj spo­tkali mnie chłopcy...

Na górze zam­ko­wej ode­zwał się pu­chacz. Aż drgnęliśmy, tak nas za­sko­czył ten zło­wróżbny głos. Pu­chacz za­hu­czał głu­cho raz i drugi. W krza­kach coś za­ło­mo­tało, roz­legł się cichy pisk. Ja­kieś wiel­kie pta­szy­sko, może ów po­nuro skrzeczący pu­chacz, zła­pało mysz lub inne stwo­rzonko.

I znowu na­stała cisza.

— Pro­wadź nas, Ka­siu — zade­cy­do­wa­łem.

Za­głę­bili­śmy się w krzaki. Ście­żyna za­wio­dła nas na dno stro­mego wą­wozu, który kie­dyś na pewno był fosą łą­czącą się z jezio­rem.

— To chyba tu­taj było — Ka­sia za­trzymała się.

Strumień światła mojej la­tarki po­wę­dro­wał na lewo, tam gdzie nad stromą skarpą ster­czały resztki muru zam­ko­wego.

— Niech pan spoj­rzy na Se­ba­stiana — szepnęła zdławio­nym gło­sem.

Do tej pory pies kręcił się koło na­szych nóg, dwa razy o mało nie przewró­ciłem się przez niego. A teraz stał na ścieżce z pod­kulo­nym ogo­nem, ze zje­żoną na karku sier­ścią i war­cząc spo­glą­dał na skarpę.

— Tam pew­nie ktoś jest — pół­gło­sem rzekł So­kole Oko.

— Wąt­pię. Se­ba­stian przy­po­mniał sobie, że na górze przy­da­rzyło mu się coś nie­przyjem­nego.

Uwolniłem się od ręki dziew­czynki i wla­złem w krzaki. Skarpa była stroma, kil­ka­krot­nie ześli­zną­łem się po tra­wie wil­got­nej od noc­nej rosy. Wreszcie zła­pa­łem się wy­stają­cego z ziemi ko­rze­nia i zna­la­złem się na górze. Po­niżej mnie sze­le­ściły krzaki, to Kasia i chłopcy wspinali się moim śla­dem.

Na górze mniej rosło krza­ków i rza­dziej stały drzewa. Tuż przy resztkach muru znaj­do­wała się nie­duża tra­wia­sta po­lanka. Oświetli­łem to miej­sce roz­pro­szo­nym światłem. Po­chy­liłem się i za­czą­łem oglą­dać zie­mię.

— Ja wiem, czego pan tu szuka — ode­zwał się Tell.

Chłopcy rów­nież po­chy­lili się ku ziemi. Metr po me­trze, nie śpie­sząc się, uważnie ba­dali­śmy trawę w po­bliżu resztek muru.

— Jest! — krzyknął nagle So­kole Oko.

Nie­mal jed­no­cze­śnie za­uwa­żyli­śmy le­żący w tra­wie mały przedmiot, który za­bły­snął w świetle la­tarki.

Przyklęk­ną­łem i pod­nio­słem z trawy me­ta­lową tu­lejkę.

— Tak — po­wie­działem. — Wła­śnie to spo­dziewa­łem się tutaj zna­leźć.

— My także do­my­ślali­śmy się, co się tu stało — po­chwalił się przed Kasią Wil­helm Tell.

Me­ta­lowa tu­lejka prze­cho­dziła z rąk do rąk i wreszcie tra­fiła do Kasi.

— Co to jest? — zdziwiła się. — Nic z tego nie ro­zu­miem. Skąd wie­dzie­liście, że to bę­dzie tu le­żało?

Wie­wiórka wy­prę­żył się dum­nie i po­wie­dział z po­gar­dliwą wy­ro­zu­mia­ło­ścią:

— To jasne, że ty tego nie mo­żesz zro­zu­mieć. Ale nic się nie martw: ja ci wy­ja­śnię. Do two­jego Se­ba­stiana ktoś strzelał z pi­sto­letu ga­zo­wego. Do mnie też strzelano. Nie tutaj. W ru­inach ob­ser­wato­rium.

— Dla­czego? Czy ist­nieją ga­zowe pi­sto­lety? — nie do­wie­rzała dziew­czynka.

Opowie­działem Kasi, jak wy­gląda taki pi­stolet i na czym po­lega jego działanie.

— Nie wiemy, kto strzelał — tłu­ma­czy­łem jej cier­pli­wie. — Wy­daje mi się jed­nak, że wiemy, dla­czego strzelano. Se­ba­stian oka­zał za da­leko po­su­niętą cie­ka­wość. Ci, co tu roz­ma­wiali, nie chcieli mieć świadków, oba­wiali się, że za psem na­dej­dziesz ty, Ka­siu. Wie­dzieli, że za­trzyma cię wi­dok martwego pie­ska, a oni będą mo­gli od­dalić się spo­koj­nie.

Schowa­łem do kie­szeni me­ta­lową tu­lejkę.

— My­ślę, że do­brze zro­bimy, jeśli tę sprawę po­zo­sta­wimy na razie w ta­jem­nicy. Pro­szę cię, Ka­siu, nie mów o tej histo­rii na­wet swojej cioci Ze­nobii.

— Dla­czego? — zdu­miała się dziew­czynka. — Prze­cież tego chyba nie zro­bił nikt z nas. Z na­szego obozu — po­pra­wiła się.

— A czy mo­żesz być tego pewna? — rzekł So­kole Oko.

Od­po­wie­dzi nie było. Kasia kiw­nęła głową.

— Do­brze. Nie pisnę ani słowa. Przy­się­gam.

Wra­cając do obozu roz­my­śla­łem: „Ka­sia sły­szała mó­wiący po nie­miecku mę­ski głos. Ten ktoś chyba nie roz­ma­wiał ze sobą, a więc była tu i druga osoba. Mo­gła nią być za­równo ko­bieta, jak i męż­czy­zna. Bie­gnąc na górę zam­kową na­po­tkali­śmy Ze­nobię i pana Ku­ryłłę. Ale na spa­cer po­szedł Fry­deryk, a także dok­tor”.

Tylko dok­tora wy­kre­śli­łem z listy po­dej­rza­nych.

Za­nim poło­ży­łem się spać w we­hi­kule, zaj­rza­łem do na­miotu Hildy i w mil­cze­niu po­da­łem jej me­ta­lową tu­lejkę.

— Co to jest? Dla­czego mi pan to daje? — za­py­tała.

Opowie­działem jej o zda­rze­niu na górze zam­ko­wej.

— A więc moje przewi­dy­wa­nia spraw­dziły się wcześniej, niż przy­pusz­cza­łem — po­wie­działem z triumfem. — Klaus po­wró­cił i strzelił do psa ze swojego pi­sto­letu, bo nie chciał, aby go Kasia zo­ba­czyła. Jed­nego tylko nie przewi­działem: że on ma wśród nas wspólnika, który go poin­for­mo­wał o na­szych do­tych­cza­so­wych po­czy­na­niach.

— Kogo pan po­dej­rzewa?

— Na liście po­dej­rza­nych mam trzy osoby: Fry­de­ryka, Ku­ryłłę i Ze­nobię. Tym trzem oso­bom mu­simy odtąd po­świe­cić nieco wię­cej uwagi.

 


ROZDZIAŁ DWUNASTY [top]

CO DZIEŃ RYZYKUJESZ ŻYCIEM • POGOŃ NA JEZIORZE • PAN KURYŁŁO BŁAGA O POMOC • DŻENTELMEN CZY GANGSTER? • OŚWIADCZENIE PREZESA • ILOŚĆ PODEJRZANYCH NIE PRZECHODZI W JAKOŚĆ • PODEJRZENIA I HIPOTEZY

 

Ra­nek nad jezio­rem Mo­rzycko wstał zimny, ale po­godny. Naj­wcześniej chyba obu­dziła się Hilda, bo gdy po­zie­wu­jąc i prze­cią­gając się wy­la­złem o siódmej ze swego we­hi­kułu, ona już ką­pała się w jezio­rze. Za­mie­rza­łem iść w jej ślady, lecz naj­pierw po­sta­no­wi­łem się ogo­lić. Wy­jąłem z ne­se­seru brzytwę, skó­rzany pasek do ostrzenia, lu­sterko i my­dło.

— Ranny z pani pta­szek — po­wi­tałem nad­cho­dzącą od je­ziora Hildę.

— O, pan Ku­ryłło wstał jesz­cze wcześniej — od­po­wie­działa i znik­nęła w na­mio­cie, aby mo­kry ko­stium zmienić na su­kienkę.

Z „pa­łacu” wyj­rzała roz­czo­chrana głowa Ze­nobii. Chwilę ob­ser­wo­wała, jak ostrzę brzytwę na pa­sku, po­tem w pi­dża­mie po­de­szła do we­hi­kułu i usia­dła na ma­sce.

— Już od rana lubi pan mocne wra­żenia — rze­kła spo­glą­dając na błyszczące ostrze brzytwy. — Po­dobno tylko prawdziwi męż­czyźni golą się brzytwą. Inni uży­wają ży­letek i ma­szy­nek elek­trycznych. Ale jeśli cho­dzi o pana, to za­sada się nie sprawdza. Pan nie jest prawdzi­wym męż­czy­zną, nie zna pan dżudo.

Pod­su­ną­łem Ze­nobii lu­sterko.

— Niech się pani przejrzy i za­pała chę­cią ucze­sania się. Bar­dzo będę rad, gdy pani pój­dzie gdzieś dalej. Po­trze­buję odrobiny spo­koju. Ta brzytwa na­zywa się: „Co dzień ryzy­ku­jesz ży­ciem”.

— A ja wła­śnie chciałam zo­ba­czyć, jak pan się za­tnie. W obo­zie jest le­karz. Ja też umiem robić opa­trunki. O, Fry­deryk się obu­dził! — za­wo­łała rado­śnie.

Z forda wy­szedł Fry­deryk. Miał w ręku piękną elek­tryczną ma­szynkę do gole­nia i włą­czył ją do spe­cjal­nego gniazdka w sa­mo­cho­dzie. Ma­szynka za­war­czała jak mu­cha.

— Wpraw­dzie Fry­deryk nie goli się brzytwą — stwierdzi­łem — ale jest cu­dzo­ziemcem i fa­bry­kan­tem za­pal­ni­czek.

Ze­nobia wzruszyła ra­mio­nami. Ze­sko­czyła z ma­ski mego wozu i po­szła się ucze­sać.

Prze­sta­łem zwracać uwagę na to, co się dzieje w obo­zie. Po­chło­nęło mnie gole­nie. Była to czynność wy­ma­ga­jąca sil­nych ner­wów i sta­no­wiła dla mnie coś w ro­dzaju po­ran­nej przy­gody, peł­nej nie­bez­pie­czeństw.

I już nie­mal do­brnąłem do szczęśli­wego końca, kiedy usły­sza­łem prze­ni­kliwy okrzyk Fry­de­ryka:

— O, tam, tam!... Ucieka! Ucieka! Łaj­dak!

Drgnąłem i ostrze brzytwy ciachnęło mnie w poli­czek.

— Ukradł łódkę i ucieka! — wołał Fry­deryk, wskazując pal­cem ko­goś na jezio­rze.

Spoj­rza­łem w tym kie­runku i zo­ba­czy­łem, że ku dru­giemu brze­gowi zmie­rzała łódka, w któ­rej wio­sło­wał człowiek obju­czony ple­ca­kiem. Czę­sto oglą­dał się za sie­bie, jak gdyby oba­wiał się po­goni. Jesz­cze raz się obej­rzał na nasz obóz i wtedy go roz­po­zna­łem. Był to pan Ku­ryłło.

— Uciekł... Uciekł... — po­wta­rzał z wściekło­ścią Fry­deryk. — Uciekł ten łaj­dak...

Nigdy dotąd nie wi­działem Fry­de­ryka tak roz­wścieczo­nego. Po­wie­działbym: nigdy dotąd nie wi­działem go na­wet roz­gniewa­nego. Zaw­sze za­cho­wy­wał się jak dżentel­men, był miły, uprzejmy, przyjazny, czę­sto uśmiechał się. A te­razw tym jed­nym mo­men­cie — uka­zał mi się zu­peł­nie od­mienny. W stronę od­pły­wa­ją­cego Ku­ryłły rzu­cał wściekłe słowa, za­ci­skał pię­ści w bez­silnej zło­ści.

Raptem sko­czył do swojego sa­mo­chodu. Gwałtow­nym ru­chem szarpnął drzwiczki. Usły­szeli­śmy szum sil­nika i ford poto­czył się wzdłuż brzegu.

— Pa­nie Fry­de­ryku! Panie Fry­de­ryku! — za­wo­łała Ze­nobia i po­bie­gła za au­tem. Ale Fry­deryk nie sły­szał czy też nie chciał sły­szeć jej wo­łania. Sa­mo­chód jesz­cze przy­śpie­szył.

Zdu­miony sta­łem obok swego we­hi­kułu. W jed­nej ręce trzyma­łem brzytwę, w dru­giej mia­łem ręcz­nik. Nie zda­wa­łem sobie sprawy, że po zra­nio­nym po­liczku leci krew i ścieka oni na szyję. Wy­glą­da­łem, jakby mi ktoś gar­dło pode­rżnął.

— Boże drogi — jęk­nęła na mój wi­dok Hilda.

— Ban­daże! Ban­daże! Daj­cie ban­daże! — krzyknął dok­tor i znik­nął w na­mio­cie, gdzie znaj­do­wała się ap­teczka.

Tymcza­sem pan Ku­ryłło pod­pły­wał już do dru­giego brzegu. Od skraju lasu dzie­liło go naj­wy­żej dwa­dzie­ścia me­trów. Na­gle ogromny ford Fry­de­ryka, wziąwszy roz­pęd, sto­czył się ze skarpy wprost do wody. Ciężka ma­szyna z wielką siłą upa­dła w je­zioro i nie­mal cał­ko­wicie skryła się pod wodą, roz­bry­zgu­jąc wo­kół wy­sokie fale.

— Je­zus Ma­ria! — roz­paczliwie pi­snęła Ze­nobia.

Ale ford już wy­nu­rzył się jak piłka gu­mowa. Ukryta w nim tur­bina za­częła pra­co­wać i sa­mo­chód pły­nął przez je­zioro, po­zo­sta­wia­jąc za sobą białą smugę piany.

Ze­nobia ska­kała ma brzegu i kla­skała w ręce.

Od­rzu­ciłem ręcz­nik i brzytwę. I tak jak sta­łem, w pi­dża­mie, w pan­to­flach ran­nych, z za­krwa­wioną szyją — sko­czy­łem na sie­dze­nie swego we­hi­kułu. Za­pu­ści­łem silnik i skie­ro­wa­łem się w stronę je­ziora. Gdy mi­jałem Ze­nobię, ta prze­stała kla­skać i szarpnęła drzwiczki z dru­giej strony auta. Je­cha­łem wolno, więc zdo­łała wskoczyć na miej­sce obok kie­rowcy.

— Pro­szę je­chać wzdłuż brzegu. Tam dalej jest droga — roz­ka­zy­wała. — Omi­niemy je­zioro i do­go­nimy ich w lesie.

Nic nie od­po­wie­działem, tylko przy­śpie­szy­łem biegu. Zbli­żali­śmy się do skarpy i wtedy Ze­nobia zo­riento­wała się, że za­mie­rzam zro­bić to samo, co Fry­deryk.

— Niech się pan nie wy­głu­pia! — wrzasnęła z prze­raże­niem.

Nie zdą­żyła nic wię­cej po­wie­dzieć. We­hikuł runął na ta­flę je­ziora. Po­dob­nie jak sa­mo­chód Fry­de­ryka, na krótką chwilę nie­mal cał­ko­wicie znik­nął pod wodą. Wzbu­rzone je­zioro na­kryło nas, we­wnątrz auta zro­biło się ciemno. Bły­ska­wicznie pu­ści­łem w ruch tur­binę. Jesz­cze kilka se­kund i wo­kół nas poja­śniało, wzburzone falę koły­sały się poni­żej okien. We­hikuł wy­pły­nął na je­zioro.

Ze­nobia ochłonęła z prze­raże­nia.

— To z pana taki nu­mer? — po­wie­działa z tru­dem ła­piąc od­dech.

Pu­ści­łem w ruch wy­cie­raczki i oczy­ści­łem szybę z wody. Zo­ba­czy­liśmy, że Ku­ryłło już wy­szedł na brzeg. Obej­rzał się, do­strzegł pły­ną­cego forda i mój we­hikuł. Wtedy na­tychmiast dał nura w krzaki nad­brzeżne i znik­nął nam z oczu.

Fry­deryk był już na środku je­ziora i za­pewne ro­bił wszystko, żeby jak naj­szyb­ciej zna­leźć się na dru­gim brzegu. Ale jego sa­mo­chód był sze­roki i ciężki, przód sta­wiał duży opór fali. Ina­czej przedsta­wiała się sprawa z moim we­hi­ku­łem, który miał kształt czółna. Gdy jeź­dził na ko­łach, wy­da­wał się przez to śmieszny i brzydki, na wo­dzie jed­nak roz­wijał większą szybkość.

Przy­ci­sną­łem pedał gazu, tur­bina za­częła obra­cać się z taką pręd­ko­ścią, że roz­bita woda two­rzyła za sa­mo­cho­dem mgiełkę ma­leń­kich kro­pelek. I mój po­kraczny we­hikuł po­woli do­ga­niał ogrom­nego forda.

Fry­deryk obró­cił głowę w naszą stronę. Nie wi­działem jego twa­rzy, ale wy­obra­żam sobie, jak bar­dzo był zdu­miony. Zdumie­nie znaj­do­wa­łem także na twa­rzy Ze­nobii.

— Skąd ma pan ten sa­mo­chód? — za­py­tała.

— Ze składnicy złomu — od­par­łem bez na­my­słu.

Wzruszyła ra­mio­nami.

— Pań­ski sa­mo­chód po­trafi to samo, co ford Fry­de­ryka, ale nie jest no­wo­cze­sny — stwierdziła.

— Nie za­mie­nił­bym się z Fry­dery­kiem. Wi­dzi pani, do­ga­niamy go...

Z wy­raź­nym obu­rze­niem ob­ser­wo­wała, jak mój po­jazd do­pę­dza forda.

Pra­wie rów­no­cze­śnie do­bili­śmy do brzegu i wy­je­cha­liśmy na piaszczy­stą łachę.

Ford wpadł w nad­brzeżne krzaki ła­miąc je jak po­tężny czołg. Przedarł się przez nie i sta­nął na piaszczy­stej dro­dze, która zbli­żała się w tym miej­scu do je­ziora i znowu gi­nęła w le­sie.

Poje­cha­łem śla­dem forda przez po­ła­mane krzaki i sta­ną­łem na dro­dze obok niego. Fry­deryk uchylił okna, roz­ka­zu­jąco za­wołał do mnie:

— Niech pan je­dzie w lewo, a ja w prawo! Nie wia­domo prze­cież, w którą stronę uciekł ten łaj­dak!

Na­wet nie zdą­ży­łem za­pytać: „A wła­ści­wie, dla­czego my go ści­gamy?” Ze­nobia otworzyła drzwiczki we­hi­kułu i w biegu wskoczyła do forda. Od­je­chali drogą w prawo i znik­nęli mię­dzy drzewami.

Zro­biłem obrót kie­row­nicą i poje­cha­łem w lewo, roz­glą­dając się na wszystkie strony.

Znajdo­wa­łem się w rzad­kim so­sno­wym lesie, nikt nie mógł się tu skryć przed moim wzrokiem. Nie upły­nęło kilka mi­nut, gdy zo­ba­czy­łem przed sobą idą­cego z ple­ca­kiem pana Ku­ryłłę. Zda­wał sobie sprawę, że nie schowa się przede mną. W każ­dej chwili mo­głem go do­pę­dzić we­hi­ku­łem.

Ja na jego miej­scu po­tra­fił­bym chyba uciec. O czterdzie­ści me­trów dalej prze­cinał las tor ko­le­jowy, na któ­rym grupa ro­bot­ni­ków zmieniała pod­kłady. Wła­śnie przejeż­dżał tam­tędy po­ciąg, zwolnił biegu i ostrożnie prze­by­wał miej­sce robót. Gdyby pan Ku­ryłło wskoczył na sto­pień wa­gonu, nie zdo­łał­bym go schwytać. Ale Ku­ryłło za­pewne bał się ryzy­ko­wać. Zresztą może nie po­trze­bo­wał ucie­kać?

Przy­sta­nął na dro­dze, a ja pod­je­cha­łem do niego i wy­sia­dłem z we­hi­kułu.

— Pa­nie Ku­ryłło — ode­zwałem się — co się stało?

Po­pa­trzył na mnie z prze­raże­niem.

— Wła­śnie, co się stało? Czy ktoś pana zranił?

Uświado­mi­łem sobie, że widzi mnie w pi­dża­mie z za­krwa­wioną szyją. To nie on, ale ja wy­glą­da­łem, jak­bym ucie­kał po straszliwej bójce.

— Go­liłem się brzytwą. Na­gle Fry­deryk krzyknął, że pan ucieka, i za­czął pana gonić po jezio­rze. Chciałem wy­ja­śnić tę sprawę i po­pły­ną­łem za nim. Co się stało, panie pre­zesie? Dla­czego pan ucieka?

Ku­ryłło otarł pot z czoła. Twarz miał czerwoną ze zmę­cze­nia, spu­chli­zna nieco zmalała i w ma­leń­kiej szpa­rze uka­zało się dru­gie oko.

— Nie ucie­kam — stwierdził. — To zna­czy w pew­nym sen­sie ucie­kam.

— W jakim sen­sie pan ucieka? — za­py­tałem uprzejmie.

— W jakim sen­sie? W żad­nym sen­sie. Po pro­stu wra­cam do Ja­sie­nia.

— Ale dla­czego pan ucie­kał?

— Czy ja ucie­ka­łem? — na­gle obu­rzył się Ku­ryłło i przy­brał swoją dumną po­stawę. Za­darł do góry głowę i wy­prę­żył pierś. — Je­stem wol­nym człowie­kiem. Nie bra­łem z wami ślubu. Mogę od was odejść, kiedy mi się żyw­nie po­doba. Przez was po­gry­zły mnie osy, za­mknęliście mnie w gro­bowcu, mam was do­syć.

— Pan Fry­deryk są­dził... — za­czą­łem. I rap­tem do­strzegłem, że w panu Ku­rylle na­stą­piła gwałtowna prze­miana. Opu­ścił głowę, zgar­bił się, zmalał, skur­czył.

— Wła­śnie przez niego ucie­kam. To straszny człowiek. On nas wszyst­kich za­mie­rza wy­strychnąć na dud­ków.

— Co ta­kiego? Ma pan ja­kieś pod­stawy, aby tak mó­wić?

— Czy pan jest ślepy? Czy pan nie widzi, że to nie ża­den fa­bry­kant za­pal­ni­czek, tylko naj­zwy­klej­szy gangster? Ubzdurał sobie, że ja je­den od­kry­łem klucz do za­gadki sta­rego Hau­bitza. I wczoraj wie­czo­rem przyłożył mi pi­stolet do głowy. Tak, pro­szę pana. Praw­dziwy pi­stolet. Po­wie­dział mi: „Ta banda idiotów nic nie ro­zu­mie z tej za­gadki, ale pan mi wy­gląda na czło­wieka, co już tę za­gadkę roz­szy­fro­wał. I pan mi tę ta­jem­nicę wy­jawi”.

— „Ta banda idiotów”, tak po­wie­dział? — po­czu­łem się do­tknięty.

— Tak rzekł, a nie ina­czej — po­twierdził Ku­ryłło. — Dumny je­stem, że mnie wła­ści­wie oce­nił. Ale z dru­giej strony boję się go, bo za­gadki nie roz­szy­fro­wa­łem„ a on mnie go­tów za­strzelić. Więc wolę znik­nąć z jego pola wi­dze­nia.

Wzruszy­łem ra­mio­nami. Wy­po­wiedź Ku­ryłły wy­da­wała mi się bez­sen­sowna i pełna sprzeczno­ści. Ale jedno było pewne: Ku­ryłło z ja­kie­goś po­wodu bał się Fry­de­ryka i ucie­kał przed nim. Moje przewi­dy­wa­nia spraw­dziły się. Ku­ryłło oka­zał się straszli­wym tchó­rzem. Nie wy­ja­śniło to jed­nak w ni­czym kwe­stii, dla­czego Fry­deryk stra­szył Ku­ryłłę.

Zo­ba­czy­liśmy mię­dzy pniami drzew nad­jeż­dża­ją­cego forda. Ku­ryłło zbladł, po­tem nie­wiele my­śląc otworzył drzwiczki we­hi­kułu, schował się za przednie sie­dze­nie i na­krył ko­cem.

— Niech mu pan po­wie, że ucie­kłem — szep­nął, wy­su­wa­jąc głowę spod koca. — Niech mu pan po­wie, że wskoczy­łem do po­ciągu, który przejeż­dżał przez las.

Znowu wzruszy­łem ra­mio­nami. Nie mia­łem poję­cia, jak po­wi­nie­nem po­stą­pić. Ale żal mi się zro­biło Ku­ryłły. Jego prze­raże­nie wy­da­wało się szczere.

Nadjechał Fry­deryk i za­trzymał wóz tuż za we­hi­ku­łem.

— Gdzie jest Ku­ryłło? — za­wołał, wy­ska­kując z sa­mo­chodu.

Dru­gimi drzwiami wy­szła rów­nież Ze­nobia.

Po­ka­za­łem pal­cem po­ciąg, który minął re­monto­wany odci­nek toru i gwiżdżąc prze­raź­liwie, przy­śpie­szył biegu. Jesz­cze chwila i znik­nął nam z oczu. W lesie ło­mo­tało cięż­kie i za­mie­ra­jące dud­nie­nie jego kół.

Fry­deryk zaci­snął pię­ści.

— I po­zwo­lił mu pan uciec?

Rozłoży­łem ręce.

— To wolny człowiek, pro­szę pana. Po­wie­dział, że ma dość na­szego towa­rzy­stwa, zde­cy­do­wał się nas opu­ścić i poje­chał po­cią­giem do Ja­sie­nia.

— Tak bez po­że­gna­nia? — idio­tyczną uwagę zro­biła Ze­nobia.

— Za­pewne nie przywią­zuje wagi do kon­we­nan­sów — od­rze­kłem.

— Więc pan z nim roz­ma­wiał? — wy­buchnął gniewem Fry­deryk. — Pan z nim roz­ma­wiał, miał go pan w ręku i po­zwo­lił mu pan odje­chać? Jest pan głup­cem. Sły­szy pan? Jest pan głup­cem. Czy pan nie ro­zu­mie, że ten człowiek kryje jakąś ta­jem­nicę? Pod­słu­chi­wał i ob­ser­wo­wał nas w To­pielcu, po­zwo­lił się po­zo­sta­wić na wieży ko­ścioła, dał się spe­cjal­nie za­mknąć w gro­bowcu. Na­le­żało go zmu­sić do po­zo­sta­nia i po­wie­dze­nia nam prawdy.

— Nie, mój panie — prze­cząco po­krę­ciłem głową. — Być może za­cho­wa­nie pana Ku­ryłły było dziwne. Być może po­siada on jakąś ta­jem­nicę. Ale skoro nie chciał jej nam wy­jawić, nie mamy prawa za­trzymy­wać go siłą. To wszystko, co mam panu do po­wie­dze­nia.

To mó­wiąc otworzy­łem drzwi we­hi­kułu, dając mu wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia, że mam do­syć tej roz­mowy i za­mie­rzam wra­cać do obozu.

— A ja go do­gonię — warknął Fry­deryk. Za­ci­snął usta i za­siadł za kie­row­nicą forda.

— Pani Ze­nobio — rzekł uprzejmie — pro­szę o za­opie­ko­wa­nie się moim na­mio­tem. Po­dała mi pani swój adres. Wra­cając z Ju­go­sła­wii od­wie­dzę panią w War­sza­wie i od­biorę na­miot. Ja także mam do­syć towa­rzy­stwa ludzi, któ­rzy wy­ka­zują tak wielką tę­potę. My­śla­łem, że roz­wią­żemy cie­kawą za­gadkę kry­mi­nalną. Ale skoro nie chce­cie mi do­po­móc w tej sprawie, nie mam tu już nic do ro­boty.

Ze­nobia pa­trzyła na niego oczami peł­nymi roz­pa­czy.

— Więc pan... pan już wy­jeż­dża? — za­jąk­nęła się.

— Je­stem szczęśliwy, że mo­głem panią po­znać. Na pewno od­wie­dzę panią w War­sza­wie. A tym­cza­sem do zo­ba­cze­nia.

Dwa razy po­ca­łował ją w rękę. Znowu był układny.

Ale zdą­ży­łem się prze­ko­nać, że gdy jest zły i coś się dzieje nie po jego myśli, wtedy opada z niego ma­ska do­brego wy­cho­wa­nia.

Po mi­nucie ford przejechał tor ko­le­jowy. Wreszcie za­sło­niły go drzewa. Wtedy otworzy­łem drzwi swojego sa­mo­chodu. Spod koca wy­lazł pan Ku­ryłło.

Ze­nobia aż jęk­nęła na ten wi­dok.

— Więc... to tak? Oszukali­ście Fry­de­ryka?

— Tak jest — od­rze­kłem bez­czel­nie. — Oszuka­łem Fry­de­ryka. Świado­mie wprowa­dzi­łem go w błąd.

— To tak? To tak? — po­wta­rzała Ze­nobia. — Jest pan współ­prze­stępcą! — krzyknęła na mnie.

Pan Ku­ryłło wy­siadł z sa­mo­chodu i od­po­wie­dział Ze­nobii z wielką god­no­ścią:

— Pra­gnę pani zwrócić uwagę, że nie je­stem prze­stępcą. Bo nie jest prze­stęp­stwem mieć do­syć czy­jegoś towa­rzy­stwa i odejść bez po­że­gna­nia. A ja, pro­szę pani, nie chciałem dłu­żej prze­by­wać w towa­rzy­stwie tego far­bo­wa­nego Szwajcara, który, nie wia­domo dla­czego, upa­try­wał we mnie ja­kie­goś po­dej­rza­nego osobnika. Od­po­wiada mi towa­rzy­stwo pana To­ma­sza i dla­tego zwróciłem się do niego z prośbą o udzielenie mi azylu w jego sa­mo­cho­dzie. Je­stem mu za to nie­zwy­kle zo­bo­wią­zany.

— Dla­czego pan po­wie­dział: far­bo­wany Szwajcar? — obu­rzyła się Ze­nobia. — Pan obra­ził Fry­de­ryka. Ja na to nie po­zwolę.

Wy­da­wało mi się, że za chwilę je­den z jej straszli­wych chwytów dżudo po­łoży na zie­mię pana Ku­ryłłę. Ze­nobia nie ośmieliła się jed­nak na taki czyn wo­bec star­szego pana.

— Szwajca­rzy — stwierdził z god­no­ścią pan Ku­ryłło — słyną z tego, że cenią wła­sną wol­ność i umieją usza­no­wać czy­jąś wol­ność. A on po­stę­po­wał jak gangster. Dla­tego uwa­żam, że jest far­bo­wa­nym Szwajca­rem. Chciał mnie zmu­sić do tego, abym wbrew woli prze­by­wał w jego towa­rzy­stwie.

— Je­ste­ście oby­dwaj w zmowie — burknęła Ze­nobia.

Lek­ce­wa­żąco machną­łem ręką.

— Je­dziemy do obozu. Pro­szę wsiadać, drzwi za­my­kać.

— Z pa­nem go­tów je­stem poje­chać choćby na ko­niec świata — od­po­wie­dział Ku­ryłło i wsu­nął się na tylne sie­dze­nie.

Rada nie­rada, rów­nież i Ze­nobia we­szła do we­hi­kułu. Fry­deryk był już da­leko, a onaw pi­dża­mie — nie mo­gła para­do­wać po lesie.

Przejrza­łem się w lu­sterku wstecznym. Wy­glą­da­łem okropnie z tą za­krwa­wioną szyją. Gdyby ja­kiś prze­cho­dzień zo­ba­czył mnie w tej chwili, z pew­no­ścią po­my­ślałby, że bra­łem udział w straszliwej zbrodni.

— Tak jest — Ze­nobia przytak­nęła moim my­ślom. — Wy­gląda pan jak kur­czak, który uciekł spod noża ku­charki. Za­czy­nam ro­zu­mieć dziwną de­cyzję Fry­de­ryka. Po pro­stu rzuca się w oczy, że pan na­leży do ja­kiejś okropnej szajki. Ra­zem z pa­nem Ku­ryłłą.

— O, za po­zwole­niem — roz­gniewał się Ku­ryłło. — Czy pani chce za­siąść na ławie oskarżo­nych pod za­rzu­tem znie­sła­wie­nia?

— Pani Ze­nobio — ode­zwałem się uprzejmie — przy­znaję się do wszyst­kiego. Je­stem przy­gwoż­dżony pani zdu­mie­wa­jącą prze­ni­kli­wo­ścią. Przy­znaję się do wielu prze­stępstw. Pole­gają one na tym, że za­cią­łem się brzytwą, wsiadłem w pi­dża­mie do wła­snego we­hi­kułu, po­zwo­liłem w swoim sa­mo­cho­dzie ukryć się panu Ku­rylle, a także okłama­łem Fry­de­ryka. Za­sta­na­wia mnie jed­nak, że prze­ni­kli­wość pani oka­zuje się za­wodna wo­bec osoby Fry­de­ryka.

— A cóż mu pan może za­rzu­cić?

— Fry­deryk, jak twierdzi, jest tury­stą, który w dro­dze do Jugo­sła­wii przyjechał do Ja­sie­nia. Czy nie za­sta­na­wia pani, że ten tury­sta tak ochoczo zajął się sprawą ta­jem­ni­czej sza­chownicy? Dla wy­ja­śnie­nia za­gadki go­tów był nie­omal zre­zy­gno­wać z po­dróży do Jugo­sła­wii, a przy­najmniej znacznie tę po­dróż opóźnić.

— Nie wi­dzę w tym nic po­dej­rza­nego. Chciał za­ba­wić się w de­tek­tywa. Poza tym — za­ru­mie­niła się — pan za­po­mina, że mu się po­do­bam.

Chrząk­ną­łem iro­nicz­nie.

— Zdą­ży­łem za­uwa­żyć, że to on się pani po­doba. Bo jeśli cho­dzi o niego, nie do­strzegłem, aby roz­sta­nie z panią sprawiło mu przy­krość.

— Pan jest... pan jest... wstrętny!

— Pani po­zwoli, że będę mó­wił dalej. Nie za­sta­na­wia pani, że ten zwy­kły tury­sta, fa­bry­kant za­pal­ni­czek, po­siada za­dzi­wia­jący sa­mo­chód?

— Pan ma taki sam wóz — od­parła mój atak.

— Czy pa­mięta pani, jak on wy­je­chał z wody na brzeg i wpadł w krzaki? Prze­był je swym wo­zem jak czołg. Przednie zde­rzaki jego forda to praw­dziwe ta­rany na gru­bych sprę­ży­nach. Je­stem prze­ko­nany, że z taką samą ła­two­ścią, jak łamał krzaki nad­brzeżne, po­trafi swoim wo­zem roz­bić na­wet gruby mur. To nie wóz tury­sty, lecz gangstera.

— W takim razie pan rów­nież jest gangste­rem.

— Zgoda. Ale pro­szę jed­na­kową miarę przy­kła­dać i do mnie, i do niego. Jeśli ja wy­daję się pani po­dej­rzany, to Fry­deryk po­wi­nien być po­dej­rzany po sto­kroć.

Za na­szymi ple­cami ode­zwał się Ku­ryłło:

— Pan To­masz ma rację. Fry­deryk jest gangste­rem. Po­wiem pań­stwu całą prawdę. Wy­znam, dla­czego ucie­kłem z obozu. Tak, po­wiem całą prawdę. Wczoraj wie­czo­rem Fry­deryk za­prosił mnie na spa­cer na górę zam­kową. Po­pro­wa­dził mnie w naj­odle­glej­szy za­kątek i na­gle wy­cią­gnął z kie­szeni pi­stolet...

— Pi­stolet? — prze­raziła się Ze­nobia.

— Po­wie­dział do mnie: „Mów całą prawdę, mnie nie oszukasz. In­nych mo­żesz bujać, ale nie mnie. Mów, co wiesz o ta­jem­ni­czej sza­chownicy”. Za­czą­łem mu wy­ja­śniać, że nic nie wiem o za­gadce. Ale on był nie­ubła­gany, gro­ził pi­sto­letem i wciąż po­wta­rzał, że on zwykł pro­sto dą­żyć do celu, nie bę­dzie się ze mną ba­wić w żadne ce­re­giele. Jeśli do jutra nie zdra­dzę mu tego, co wiem o za­gad­ko­wej sza­chownicy, to on się ze mną roz­prawi.

— Nie wie­rzę panu — oświad­czyła Ze­nobia. — Fry­deryk jest dżentel­me­nem. Pan tę hi­storię wy­my­ślił teraz, na po­cze­kaniu. Przy wa­szej roz­mo­wie nie było świadków.

— Nie­wiele bra­ko­wało, a mie­liby­śmy świadków — po­wie­dział Ku­ryłło. — Se­ba­stian nas wy­wę­szył, Fry­deryk oba­wiał się, że pies sprowa­dzi na nas Kasię i inne osoby, co uniemoż­li­wi­łoby mu gro­żenie mi pi­sto­letem. Mruknął: „Mam do­syć tego by­dlaka. Niech pan pa­trzy. Z pa­nem zro­bię to samo”. I strzelił do Se­ba­stiana.

— Strzelił? — iro­nicz­nie roze­śmiała się Ze­nobia. — Nie sły­szeli­śmy strzału. Pew­nie spu­dło­wał, bo Se­ba­stian żyje.

— Strzelał do niego z pi­sto­letu ga­zo­wego, pro­szę pani. Se­ba­stian padł jak martwy. Kasia go od­nala­zła i ryk­nęła pła­czem, a my ucie­kli­śmy. Roz­stając się ze mną, Fry­deryk za­gro­ził mi: „Do jutra, panie Ku­ryłło. Jutro po­ga­damy tro­chę ina­czej”. Więc dziś rano wo­lałem ci­cha­czem wy­mknąć się z obozu.

— I pan te bajki wmawia nam na serio? — szy­dziła Ze­nobia. — Nigdy nie sły­sza­łam o pi­sto­le­tach ga­zo­wych. Se­ba­stian najadł się boczku albo miał atak serca.

Wy­jąłem z kie­szeni mo­siężną tu­lejkę.

— Zna­la­złem ją na miej­scu, gdzie padł Se­ba­stian. Jest to łu­ska na­boju pi­sto­letu ga­zo­wego.

— Po­wi­nie­nem chyba o tym wszystkim po­wia­do­mić mili­cję — po­wie­dział pan Ku­ryłło.

— Mili­cję? — po­wąt­pie­wa­łem. — Już chyba ra­czej To­wa­rzy­stwo Opieki nad Zwierzę­tami. Nie ma świadków, że Fry­deryk gro­ził panu pi­sto­letem, a więc on może bez trudu za­prze­czyć oskarżeniu. Po dru­gie: po­sia­danie pi­sto­letu ga­zo­wego nie jest u nas zaka­zane. Je­dyne, co zdo­łali­by­śmy mu udo­wod­nić, to fakt, że strzelił do Se­ba­stiana. Ale tą kwe­stią, jak za­zna­czy­łem, winno się zająć To­wa­rzy­stwo Opieki nad Zwierzę­tami.

Jesz­cze raz wy­jąłem z kie­szeni łuskę na­boju ga­zo­wego.

— To już druga, którą w ostatnim cza­sie oglą­dam — rze­kłem, zer­kając uważnie na twarz Ze­nobii i pana Ku­ryłły. — Pierwszą zna­le­ziono w ru­inach sta­rego ob­ser­wato­rium. Było to przed nie­spełna dwoma tygo­dniami. Dużo bym dał za to, aby wie­dzieć, kiedy Fry­deryk na­prawdę przyjechał do Pol­ski.

— Wiem, o czym pan myśli. Mogę panu udzielić peł­nej in­for­macji — nie­oczeki­wa­nie ode­zwała się Ze­nobia. — By­łam cie­kawa, jak wy­gląda szwajcar­ski pasz­port i Fry­deryk mi go po­kazał. Za­uwa­ży­łam w pasz­por­cie datę i go­dzinę wjazdu Fry­de­ryka do Pol­ski. On prze­kro­czył gra­nicę w ten sam dzień, kiedy i pan przy­był do Ja­sie­nia. Fry­deryk jest człowie­kiem uczciwym.

Tak kłó­cąc się doje­cha­liśmy do obo­zo­wi­ska, gdzie oczeki­wano nas z nie­po­ko­jem. Uwielbie­nie Ze­nobii dla Fry­de­ryka, które nie ustą­piło na­wet wtedy, gdy oka­zał się on gangste­rem, zi­ry­to­wało mnie. By­łem tak zły, że nie chciałem nic ni­komu wy­ja­śnić, po­zo­sta­wia­jąc tę sprawę Ze­nobii i panu Ku­rylle. Wy­sia­dłem z we­hi­kułu, umyłem za­krwa­wioną szyję, do­koń­czy­łem gole­nia i przy­go­to­wa­łem się do po­dróży.

W tym cza­sie zwi­nięto na­mioty, a także „pa­łac” Fry­de­ryka.

Po­nie­waż za­bra­kło forda i dal­szą po­dróż mie­liśmy od­by­wać tylko dwoma sa­mo­cho­dami, dok­tor zade­cy­do­wał, że jego wart­bur­giem poje­dzie pan Ku­ryłło, Kasia z Se­ba­stia­nem i Ze­nobia. W moim zaś we­hi­kule po­mie­ścić się mu­siała Hilda i trzej chłopcy.

Przed opuszcze­niem brze­gów Mo­rzycka pan Ku­ryłło zło­żył nam oświad­cze­nie na­stę­pują­cej treści:

— Prawdą jest, że za­mie­rza­łem opu­ścić was bez po­że­gna­nia. Po­wo­dów do ta­kiego po­stępku mia­łem wiele. Przez wa­szą nie­uwagę po­gry­zły mnie osy, za­mknęliście mnie w gro­bowcu Hau­bitza, gdzie był­bym zgi­nął z głodu i wy­cień­cze­nia. Mimo tych wszyst­kich przy­kro­ści wciąż jed­nak chciałem być z wami i pre­ze­so­wać wa­szej orga­niza­cji. Zdaję sobie bo­wiem sprawę, że beze mnie nie wy­ja­śni­cie za­gadki ta­jem­ni­czej sza­chownicy. Miarę złego prze­brał jed­nak Fry­deryk Braun, który oka­zał się naj­zwy­klej­szym gangste­rem. Chciał przemocą wy­do­być ode mnie ta­jem­nicę, któ­rej nie po­sia­dam. Nie wiem, może jest on wa­ria­tem. Dla­tego zde­cy­do­wa­łem się na odej­ście bez po­że­gna­nia. Lecz tak się zło­żyło, że pan To­masz za­trzymał mnie w dro­dze i uchronił przed ze­mstą Fry­de­ryka, który obra­ził się i odje­chał. W tej sytu­acji mogę po­zo­stać ra­zem z wami i pre­ze­so­wać w dal­szym ciągu. Czy zga­dza­cie się na to?

— Tak! — za­wo­łali­śmy chó­rem. Tylko Ze­nobia za­pro­te­sto­wała:

— Pro­szę nie na­zy­wać Fry­de­ryka ani gangste­rem, ani wa­ria­tem.

Potę­pia­ją­cym mil­cze­niem skwitowa­liśmy jej uwagę.

Zwiedzili­śmy Mo­ryń, a po­tem wy­ru­szyli­śmy do Ce­dyni. Po dro­dze opo­wie­działem Hil­dzie o dzi­wacznym za­cho­wa­niu się Fry­de­ryka i nie­wia­ry­god­nych wy­ja­śnie­niach na­szego pre­zesa.

— W tej histo­rii — mó­wi­łem do Hildy — jedno zdaje się nie ule­gać żad­nej wąt­pli­wo­ści: na górze zam­ko­wej padł strzał z pi­sto­letu ga­zo­wego i świad­kiem tego wy­da­rze­nia był pan Ku­ryłło. Strzał z pi­sto­letu ga­zo­wego wskazuje, że oprócz Ku­ryłły znaj­do­wał się tam rów­nież Klaus, ale nasz pre­zes mó­wił o Fry­de­ryku. Nie­wy­klu­czone, że byli tam w trójkę: Ku­ryłło, Fry­deryk i Klaus. Może po swym po­wro­cie Klaus po­sta­wił Ku­rylle ja­kieś sta­now­cze żą­danie, które wy­eg­ze­kwować miał Fry­deryk? Ku­ryłło nie czuł się na si­łach spro­stać żą­da­niom i stąd ta jego ucieczka.

— Nie­ustannie za­kłada pan jako pew­nik, że Klaus musi wró­cić, ba, że już wró­cił. A jeśli za­dzwonię jutro do Frank­furtu, połą­czę się z We­be­rem i usły­szę od niego, że Klaus jest w Niemczech? Do tej jed­nej hi­po­tezy dołą­cza pan teraz drugą: Fry­deryk jest wspólni­kiem Klausa i jed­no­cze­śnie Ku­ryłły. A prze­cież Fry­deryk przy­był do Ja­sie­nia w dniu, w któ­rym po­sta­no­wili­śmy wra­cać do Nie­miec.

— Klaus za­wia­do­mił Hau­bitza, że nie po­trafi od­na­leźć pa­mięt­nika, i Hau­bitz przy­słał tu ko­goś sprytniej­szego, wła­śnie Fry­de­ryka, wy­traw­nego gangstera — od­po­wie­działem.

— A Ku­ryłło? — za­py­tała Hilda. — Jaka jest jego rola? A Ze­nobia? Nie po­wie­dział pan o niej, ale do­my­ślam się, że i ją po­dej­rzewa pan o zmowę z Fry­dery­kiem. Wy­daje mi się, że w tej sprawie widzi pan zbyt wielu po­dej­rza­nych. Ich ilość nie prze­cho­dzi w ja­kość, bo wciąż nie jeste­śmy bliżej wy­ja­śnie­nia za­gadki. Przy­znaję, że Ku­ryłło opo­wiada dziwne histo­rie. Ale to nie po­wód, aby zro­bić z niego taj­nego wspólnika Ze­nobii i Fry­de­ryka, wią­zać ich z osobą Klausa.

— Za­po­mina pani o pi­sto­lecie ga­zo­wym. Strzelano z niego w ob­ser­wato­rium i na górze zam­ko­wej.

— Czy to zna­czy, że strzelała jedna i ta sama osoba? W Niemczech Za­chodnich w set­kach skle­pów można na­być pi­stolet z na­bo­jami ga­zo­wymi. Dla­czego wy­klu­cza pan moż­li­wość, że Ku­ryłło po­wie­dział prawdę: na górze zam­ko­wej strzelał Fry­deryk. Na­zywa go pan gangste­rem. Jeśli rze­czy­wi­ście jest gangste­rem, to prawdo­po­dob­nie po­siada taki pi­stolet i mógł z niego strzelić. Dla­czego są­dzi pan, że Fry­deryk chciał pana okłamać i jest w zmowie z Ku­ryłłą i Klausem? Być może, po­dob­nie jak każdy z nas, wy­czuł w po­stę­po­wa­niu Ku­ryłły coś nie­ja­snego i spró­bo­wał wy­świetlić tę sprawę. Po­stąpił jak gangster, ale to już zu­peł­nie inna histo­ria. Na­leży potę­pić jego po­stę­po­wa­nie, lecz nie wi­dzę po­wodu, aby tak da­leko po­su­wać się w swych po­dej­rze­niach.

Ar­gu­mentacja Hildy była bar­dzo prze­ko­nu­jąca. Roz­biła w proch i w pył wszystkie moje hi­po­tezy.

Do Ce­dyni przyje­cha­łem w po­nu­rym na­stroju.

 


ROZDZIAŁ TRZYNASTY [top]

GRÓD NAD WĄWOZEM • ZNOWU FRYDERYK • NA CO PRZYDAJE SIĘ ZNAJOMOŚĆ DŻUDO • NIEPOKÓJ NAD JEZIOREM ŻABIM • CZY BOICIE SIĘ STRASZLIWEJ ŻABY? • NARADA WOJENNA • KURYŁŁO WYJAWIA TAJEMNICĘ

 

W oko­li­cach Poje­zie­rza My­śli­bor­skiego roz­cią­gają się roz­ległe na kilka ki­lo­me­trów so­czy­ste łąki, ongiś po­tężne ba­gni­ska. Są tu Żu­ławy Ce­dyń­skie.

Wielką misę Żu­ław za­myka łań­cuch wzniesień, tak zwane Kar­paty Ce­dyń­skie. Jest to wy­soki taras o bar­dzo stro­mych brze­gach, tu i ów­dzie opa­da­jący ostro w dół ku łą­kom.

W kilku miej­scach Kar­paty Ce­dyń­skie prze­cięte są wą­wo­zami, które sta­no­wią je­dyną do­godną drogę ku Od­rze. Kto za­mknąłby taki wą­wóz lub za­bro­niłby przejazdu, uniemoż­li­wiłby tym sa­mym do­stępu w głąb Pol­ski. Zda­wali sobie chyba z tego sprawę pra­dawni miesz­kańcy tych ziem, gdy w VII lub w VI wieku przed naszą erą wy­ko­rzy­stali natu­ralne wzniesie­nie nad jed­nym z wą­wo­zów dla zbu­do­wa­nia obron­nego gro­dzi­ska. W ty­siąc pięć­set lat póź­niej na to samo miej­sce zwrócił uwagę książę Mieszko I.

Ten prze­myślny bu­dow­niczy pol­skiego pań­stwa, świeżo po­ko­naw­szy Wieletów i Wo­linian, a przede wszystkim upo­raw­szy się z naj­większym awantur­ni­kiem owych cza­sów, gra­fem sa­skim, Wichma­nem — jak po­tęż­nym ry­glem po­sta­nowił gro­dem obronnym nad wą­wo­zem za­mknąć wro­gom drogę do swego kraju. I tak po­wstał gród, który zwał się ongiś Ce­dzyną.

Przy jego bu­do­wie wy­ko­rzy­stano natu­ralne wzniesie­nie — usy­tu­owano gród na trój­kąt­nym cyplu wznoszą­cym się nad skarpą pra­do­liny Odry. Ten trój­kąt ucięto u na­sady głę­bo­kim prze­ko­pem, a po­nadto wy­ko­pano głę­boką fosę. Ota­czał gród wał o kon­strukcji drewniano-ziemnej. Ko­ronę wału wzmoc­niono do­dat­kowo gru­bymi pola­nami drewna i gła­zami, a do­piero na sa­mym szczycie usta­wiono drewniane blanki obronne.

Na­ukowcy stwier­dzają, że gród ce­dyń­ski świadczy o nie­zwy­kłej zna­jo­mo­ści sztuki in­ży­nie­ryjno-woj­sko­wej Pola­ków z cza­sów Mieszka I i o nie­zwy­kłym ro­zu­mie po­li­tycz­nym tego władcy. Gród ten bo­wiem ode­grał ważną rolę w hi­storii Pol­ski, do­po­mógł Miesz­kowi w jego walce o utrwalenie pol­skiego pa­no­wa­nia na Po­mo­rzu i nad Odrą.

Ce­dzyna nosi teraz na­zwę Ce­dynia. Jest to nad­gra­niczne mia­steczko, li­czące po­nad ty­siąc miesz­kań­ców. Miej­scowe re­gio­nalne mu­zeum pre­zen­tuje liczne za­bytki zna­le­zione na miej­scu daw­nego grodu. Oprócz śla­dów gro­dzi­ska zo­ba­czyć można w Ce­dyni ruiny klasztoru cy­ster­sek i ko­ściół z wieku XIII oraz XIX-wieczny ra­tusz. Na wy­nio­słość, gdzie ongiś stał gród obronny, pną się ma­lutkie, wą­skie uliczki sta­rego mia­sta. Nie­które z nich są przeurocze, sta­no­wią dłu­gie, nie koń­czące się schody.

O hi­storii i uro­kach Ce­dyni roz­ma­wia­łem z Hildą, schodząc w dół po schodach wą­skiej uliczki, ozdobio­nej sta­rymi latar­niami uczepio­nymi wy­soko na mu­rach do­mów. Obok nas zwartą gro­madką szli po­zo­stali uczestnicy na­szej wy­cieczki, nie wy­łą­cza­jąc Se­ba­stiana, który we­soło ze­ska­kiwał ze stop­nia na sto­pień.

W dole, na ma­lut­kim rynku, oto­czy­liśmy budkę z lo­dami. Było upalne po­połu­dnie, więc choć ce­dyń­skie lody nie od­zna­czały się nad­zwy­czaj­nym sma­kiem, to prze­cież każdy z nas po­prosił o dużą por­cję.

Se­ba­stian, który bar­dzo lubił lody, usiadł przed Kasią na tyl­nych łap­kach, przednie pod­niósł do góry i, prze­krzywiw­szy łebek, do­po­minał się o swoją część. Przyglą­dali­śmy się po­tem, jak pies liże lody, i dla­tego nie za­uwa­żyli­śmy, że główną ulicą nad­je­chał znany nam ford.

Fry­deryk nie za­trzymał się, na­wet głową nie poru­szył. Mi­nął nas i skrę­cił w uliczkę pro­wa­dzącą na szosę do Sie­kie­rek. Pan Ku­ryłło do­piero w ostatniej chwili uskoczył za budkę z lo­dami, ale było oczywiste, że jeśli Fry­deryk nas do­strzegł, to mu­siał za­uwa­żyć rów­nież i Ku­ryłłę.

— Mó­wił, że wraca do Ja­sie­nia — stwierdzi­łem gło­śno. — A tym­cza­sem zja­wił się w Ce­dyni. W ślad za nami.

— O, wcale nie w ślad za nami — go­rąco za­prze­czyła Ze­nobia. — Nie pa­mię­tam, aby mó­wił coś o Ja­sie­niu. On zwiedza oko­licę, tak jak i my.

— Trzeba go było za­trzymać i od­dać mu na­miot — po­wie­działa Ka­sia.

— Przypusz­czam, że nas wi­dział. Czuje się chyba ob­ra­żony i dla­tego nie przy­sta­nął — rze­kła Hilda.

Za­koń­czył dys­kusję dok­tor:

— Pro­szę wsiadać, od­jeż­dżamy — za­rzą­dził. — Nie za­przątajcie sobie głowy Fry­dery­kiem. Ma prawo po­dró­żo­wać, gdzie mu się po­doba.

Wy­je­cha­liśmy z Ce­dyni. W we­hi­kule chłopcy za­śpiewali naszą pio­senkę z re­fre­nem:

 

Przygodo, gdzie jesteś?
O sobie daj znać.
Przygodo, gdzie jesteś?
Przyjdź, imię swe zdradź.

 

Przywo­ły­wali przy­godę, ale ja, choć lubi­łem tę pio­senkę, nie przyłą­czy­łem do śpiewu. Wbrew ra­dom dok­tora za­przątałem sobie głowę Fry­dery­kiem. Pe­wien by­łem, że wtedy po­wie­dział o po­wro­cie do Ja­sie­nia. Dla­czego więc zja­wił się w Ce­dyni i do­kąd teraz poje­chał?

Miałem prze­czu­cie, że nasze drogi skrzyżują się jesz­cze. Fry­deryk nie wy­glą­dał na czło­wieka, który szybko rezy­gnuje z osią­gnię­cia swego celu. Wie­działem, że czeka nas jesz­cze wiele przy­gód. Nie zda­wa­łem sobie tylko sprawy, że będą aż tak nie­bez­pieczne.

Ale na razie nic ich nie za­po­wia­dało. Byli­śmy na kra­jo­znawczej wy­cieczce, as­fal­towa szosa bie­gła u stóp Kar­pat Ce­dyń­skich, które w tym miej­scu za­czy­nały zbli­żać się do Odry. Po lewej ręce mie­liśmy stoki wzgórz poro­śniętych trawą i wrzosem, po pra­wej zaś roz­cią­gały się łąki. W dali wiła się sre­brzy­sta nitka Odry...

Wartburg zje­chał na prawą stronę drogi i sta­nął. Ja także za­trzyma­łem się. Tuż przy szo­sie wznosiła się góra ze stoż­ko­wa­tym ka­mie­niem na szczycie.

— To tam! — dok­tor wy­siadł z wozu i po­ka­zy­wał ręką na szczyt. — Z tej góry brat Mieszka, Czcibor, ude­rzył na woj­ska Ho­dona. Niemcy prze­szli Odrę przez bród w Osi­no­wie i ma­sze­ro­wali do Ce­dyni. W za­sadzkę wciągnął ich Mieszko, który upo­zo­rował ucieczkę i schronił się za wa­łami Ce­dyni. Ry­cerze Ho­dona śpie­szyli, aby zdo­być ce­dyń­ski gród, gdy wła­śnie z tej góry spa­dła na nich na­wała ukrytych na wzgórzu wo­jow­ni­ków Czcibora.

— A więc na górę! Na szczyt! — za­krzyknął Wil­helm Tell.

Góra była stroma, buty chłopców ześli­zgi­wały się po ścieżce. Ale po paru mi­nu­tach już wspięli się wy­soko i z dołu wy­glą­dali jak małe mu­chy wę­dru­jące po po­chy­łej ścia­nie.

— My też chyba wej­dziemy na górę — rzekł dok­tor. — Na pewno piękny wi­dok roz­tacza się ze szczytu.

Pan Ku­ryłło rzekł z obawą:

— A jeśli ktoś z nas do­sta­nie ataku serca? To prze­cież bar­dzo wy­soko. Nie jeste­śmy przy­zwy­cza­jeni do wspi­naczki.

Ze­nobia wes­tchnęła:

— Och, gdyby tu był Fry­deryk...

— Pani sądzi, że on za­niósłby tam panią na rę­kach? — za­kpiła Hilda.

A mnie nagle uło­żył się w gło­wie żar­to­bliwy wier­szyk. Coś mnie pod­ku­siło, żeby go wy­re­cy­to­wać:

 

Za­chciało się raz Ze­nobii
Rzu­cić swoje stare hobby.
Bo to chyba pachnie nudą
Cią­gle się zaj­mo­wać dżudo.
Na tym koń­czy się lime­ryk -
Jej hobby stał się Fry­deryk.

 

Doktor roze­śmiał się, pan Ku­ryłło ra­czył się uśmiech­nąć. Tylko Ze­nobia nie oka­zała po­czu­cia hu­moru. Za­ci­snęła usta i z groźną miną zbli­żyła się do mnie.

— Pan na­prawdę myśli, że ja prze­sta­łam się zaj­mo­wać dżudo? — po­wie­działa, za­cho­dząc mnie od tyłu.

Spo­dziewa­łem się ataku. Jak na­ka­zy­wał pod­ręcz­nik, sta­rałem się za­cho­wać dobrą po­stawę. Tu­łów mia­łem wy­pro­sto­wany, a nogi znaj­do­wały się w lek­kim roz­kroku. Udawa­łem jed­nak, że nie za­uwa­żam ma­newru Ze­nobii. Raptem ona chwyciła mnie z tyłu, pró­bując zro­bić tak zwany „tylny pas”, który miał mnie przewró­cić na zie­mię.

Ze­nobia no­siła spodnie. Lewą ręką chwyciłem ją za no­gawki na wy­soko­ści ko­lana i zro­biłem obrót w lewo, jed­no­cze­śnie po­sta­wi­łem lewą nogę za jej lewą nogą.

Po­tem już tylko wy­star­czyło naci­snąć kola­nem na jej nogę i ra­mie­niem na ramię...

Nie spo­dziewała się kontrataku. Do tej pory tak łatwo przy­cho­dziło jej przewra­cać mnie na zie­mię. A te­raz tylko chwila i... jak długa le­żała na miękkiej łączce.

— A jed­nak po­rzu­ciła pani swoje stare hobby — stwierdzi­łem.

Chciałem jesz­cze do­dać coś zło­śli­wego, lecz za­uwa­ży­łem, że w cza­sie upadku jakiś czarny przedmiot wy­sunął się z kie­szeni Ze­nobii. Był to pi­stolet, tak zwana „te­tetka”, który po­zna­łem po cha­rak­tery­stycznym kształcie.

Ze­nobia także spo­strzegła zgubę. Prze­krę­ciła się na tra­wie w taki spo­sób, że za­kryła sobą pi­stolet i wsu­nęła go do kie­szeni.

— Pan mnie oszukał — po­wie­działa aż blada ze zło­ści, pod­no­sząc się z łąki. — Pan zna dżudo. Nie­na­wi­dzę pana — syk­nęła.

Za­ła­ma­łem ręce w uda­nej roz­pa­czy.

— Jakże to tak? Oka­za­łem się stu­pro­cen­to­wym męż­czy­zną, lecz za­miast za­chwytów bu­dzę nie­na­wiść?

— Bo nie wolno mnie oszuki­wać! — za­wo­łała. Na twarz jej wró­cił ru­mie­niec. Za­uwa­ży­łem, że do­tknęła ręką kie­szeni, jakby upewnia­jąc się, czy ma w niej pi­stolet.

Z góry do­biegł nas rado­sny wrzask chłopców, ze szczytu wzgórka wi­dzieli oni moje zwy­cię­stwo nad Ze­nobią. Ich triumfu­jący wrzask sprawił mi dużą przyjem­ność. A więc nie po­szły na marne ćwi­cze­nia w krza­kach nad jezio­rem.

Doktor usi­łował zała­go­dzić moją kłót­nię z Ze­nobią:

— Pro­po­nuję zdo­bycie góry Czcibora. Po­ka­żemy mło­demu po­kole­niu, że nie jeste­śmy gorsi. Za mną, do boju!

I pierwszy za­czął się wdrapy­wać na stro­mi­znę. Po­szli­śmy za jego przy­kła­dem. Gdy wchodzili­śmy na górę, ło­wi­łem ukradkiem spoj­rze­nia Ze­nobii.

Ob­ser­wo­wała mnie, za­pewne chcąc z mej twa­rzy wy­czy­tać, czy za­uwa­ży­łem zgu­bie­nie pi­sto­letu.

Sta­rałem się za­cho­wać obo­jętny wy­raz twa­rzy, lecz wciąż jesz­cze nie mo­głem ochłonąć ze zdu­mie­nia. Pi­stolet. Praw­dziwy pi­stolet w kie­szeni Ze­nobii?

Dra­piąc się na górę, roz­my­śla­łem:

„Fryderyk oka­zał się gangste­rem. Ze­nobia za­cho­wuje się jak naj­głup­sza na świe­cie dziew­czyna, któ­rej im­po­nują bo­gaci cu­dzo­ziemcy ze wspania­łymi sa­mo­cho­dami. Ale ta sama dziew­czyna nosi w kie­szeni pi­stolet...”

Doktor sta­nął na szczycie, obok ka­mie­nia z wy­ry­tym na nim napi­sem pa­miąt­ko­wym o zwy­cię­stwie nad Ho­do­nem. Ostatni wszedł na wzgórze pan Ku­ryłło. Sapał gło­śno, jakby lada chwila miał du­cha wy­zio­nąć. Co chwila ła­pał się ręką za serce, ale gdy nikt na niego nie pa­trzył, odejmo­wał rękę od serca i za­po­minał sapać.

„On też udaje ko­goś in­nego — po­my­śla­łem. — Jest silny i zdrowy”.

Tylko Hilda, dok­tor, chłopcy i Kasia byli na pewno sobą.

Doktor opo­wia­dał z ogrom­nym za­pa­łem:

— Wi­dzi­cie tę wieś nad brze­giem rzeki? To jest Osi­nów. Tamtędy, przez bród na Od­rze, nade­szli nie­mieccy na­jeźdźcy, któ­rym nie po­do­bała się wzrasta­jąca po­tęga pol­skiego księ­cia. Prawdo­po­dob­nie u prze­prawy przez Odrę za­ata­ko­wali Mieszka. Ten rzucił się do ucieczki i za­mknął się w gro­dzie w Ce­dyni. Upojeni zwy­cię­stwem Niemcy ru­szyli śmiało drogą, która wije się u stóp tego wzgórza. A tutaj znaj­do­wały się ukryte woj­ska Czcibora. One to w pew­nej chwili spa­dły z góry na karki wojsk Ho­dona, a wówczas z Ce­dyni po­śpie­szył na po­moc także i Mieszko. Wcią­gnięci w za­sadzkę Niemcy zo­stali wy­bici. Pol­ska utrwaliła swoje pa­no­wa­nie nad Odrą. Stało się to w roku 972.

Ze­szli­śmy do po­zo­sta­wio­nych na szo­sie sa­mo­cho­dów. Poje­cha­liśmy teraz o kilka ki­lo­me­trów dalej i za­trzymali­śmy się obok wiel­kiego czołgu sto­ją­cego na skrzyżo­wa­niu dróg. Czołg ten prze­szedł z pol­ską armią szlak bo­jowy od Le­nino aż do Ber­lina, teraz zaś jako po­mnik-pa­miątka strzegł drogi na cmentarz wo­jenny żoł­nie­rzy pol­skich, któ­rzy pole­gli na wio­snę 1945 roku, for­sując Odrę.

Długo zwiedza­liśmy cmentarz woj­skowy w Sie­kier­kach. Od­czy­ty­wali­śmy na­zwi­ska wy­ryte na na­grobkach.

Nad cmenta­rzem wznosił się po­mnik, bar­dzo no­wo­cze­sny w kształcie. Przypo­minał wiel­kiego orła, zry­wa­ją­cego się do lotu. Dla każ­dego z nas było coś sym­bo­licz­nego w fak­cie, że w naj­bliż­szym są­siedztwie miej­sca, gdzie Mieszko I po­konał mar­gra­biego Ho­dona, w ty­siąc lat póź­niej żoł­nierz pol­ski znowu w zwy­cię­skiej bi­twie sfor­so­wał Odrę i ru­szył na Ber­lin, aby wziąć udział w ostatecz­nym roz­gro­mie­niu hitle­row­skich Nie­miec.

Gdy opusz­czali­śmy cmentarz woj­skowy, ode­zwała się Hilda:

— A Kon­ra­dowi von Hau­bitz ma­rzy się nowa wojna, nowy marsz za Odrę. Mój oj­ciec zgi­nął przez niego, po­nie­waż czymś wstrętnym wy­da­wała mu się myśl o mi­lio­nach ofiar, które po­chła­niała wojna. I stał się jesz­cze jedną ofiarą mi­nio­nej wojny. Nie na­leżę do żad­nej partii, ale prze­cież choćby przez pa­mięć na mego ojca mu­sia­łam wy­cią­gnąć Hau­bit­zowi brudne sprawy z jego prze­szło­ści. Gdyby od­na­lazł się pa­mięt­nik, ka­riera po­li­tyczna Hau­bitza by­łaby skoń­czona. Jego zbrodnicza prze­szłość od­stra­szy­łaby od niego ludzi uczciwych, któ­rych teraz okłamuje. Lecz jeśli wy­gra ten pro­ces, jesz­cze bar­dziej umocni swoją po­zycję.

— Bę­dziemy szu­kać tak długo, aż pa­mięt­nik znaj­dziemy — po­wie­działem.

Przyjęła moje słowa ski­nie­niem głowy. Do­my­śla­łem się jed­nak, że ona już stra­ciła na­dzieję...

Po połu­dniu, około go­dziny czwartej, ka­mie­nista droga za­wio­dła nas do Lu­bie­chowa Gór­nego. W oto­cze­niu sta­rych drzew stał tam ko­ściół ro­mań­ski z XIII wieku. Na jego por­talu, po lewej stro­nie — znak sza­chownicy wid­niał wy­raź­nie, jak nig­dzie dotąd. Obej­rzeli­śmy go, a po­tem wró­cili­śmy do sa­mo­chodu. Oka­zało się, że wszyscy jeste­śmy już znie­chę­ceni roz­wią­zy­wa­niem za­gadki, która zda­wała się nie mieć żad­nego roz­wią­zania. Spo­dziewa­łem się, że w Lu­bie­cho­wie Gór­nym, przy trze­cim znaku sza­chownicy, pan Ku­ryłło może zde­cy­duje się uchylić rąbka swej ta­jem­nicy. Lecz, po­dob­nie jak i my, spoj­rzał na sza­chownicę bez większego za­inte­re­so­wa­nia i nie po­wie­dziawszy ani słowa, od­szedł do sa­mo­chodu.

Za­uwa­ży­łem, że chłopcy ani na krok nie od­stę­pują pre­zesa. On to rów­nież do­strzegł i roz­gniewał się:

— Dla­czego cho­dzi­cie za mną jak cień? — za­pytał.

— Bo­imy się, żeby pan znowu gdzieś nie znik­nął. Bo po­tem cała wina spada na nas.

Ku­ryłło udo­bru­chał się. Przejrzał się w lu­sterku i stwier­dziwszy, że opu­chli­zny nie­mal wcale nie wi­dać, rzekł ła­ska­wie:

— Nie noszę już do was urazy. My­śla­łem, że mnie pil­nuje­cie, bo po­dej­rze­wa­cie mnie o coś złego, jak ten far­bo­wany Szwajcar. Teraz jed­nak już wiem, że robi­cie to przez tro­skli­wość — i roz­siadł się w sa­mo­cho­dzie.

Od­pro­wa­dzi­łem Hildę na bok i po­wie­działem:

— Obej­rzeli­śmy ostatnią sza­chownicę. Czy jest pani pewna, że nig­dzie wię­cej w tych oko­li­cach nie ma już żad­nych in­nych sza­chownic?

Wzruszyła ra­mio­nami.

— Nie mogę mieć tej pew­ności. I nie mieli jej rów­nież pa­no­wie z po­ma­gają­cej mi ekipy śled­czej. Zjeź­dzili oni wzdłuż i wszerz całą oko­licę, od­wie­dzili wszystkie miej­sco­wo­ści związane z Hau­bit­zami, prze­pro­wa­dzili mnó­stwo roz­mów i wy­wia­dów na ten temat. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że w większo­ści mieszka tutaj lud­ność na­pły­wowa, która nie zna histo­rii rodu Hau­bit­zów i ja­kieś tam znaki na sta­rych mu­rach czy ka­mie­niach za­pewne uchodzą jej uwagi. Je­dyną osobą, która z całą pew­no­ścią wie o wszyst­kich sza­chowni­cach, jest sam Kon­rad von Hau­bitz.

— A więc znowu nie po­zo­staje nam nic in­nego, jak cze­kać, aby Klaus bez­wiednie za­pro­wa­dził nas na wła­ściwy trop. Lecz jak trafić na ślad Klausa?

 

*   *   *

Poje­cha­liśmy nad je­zioro Żabie, w Puszczę Pia­skową nad Odrą. Droga była tam ciężka, w każ­dej chwili ry­zy­ko­wali­śmy po­ła­ma­nie reso­rów i urwanie tłu­mika na wy­stają­cych z ziemi ko­rze­niach. A jed­nak co jakiś czas na piaszczy­stych od­cin­kach drogi znaj­do­wa­łem ślady ja­kie­goś sa­mo­chodu, który chyba nie­dawno je­chał tędy przed nami.

Gdy sta­nęli­śmy nad jezio­rem, u na­sady wrzynają­cego się w wodę pół­wy­spu obro­śniętego trzci­nami, za­pro­po­no­wa­łem dok­to­rowi, żeby zmienił po­sta­no­wie­nie i skie­rował nas na noc­leg zu­peł­nie gdzie in­dziej.

— Dla­czego? — zdu­miał się dok­tor. — To jest piękne i spo­kojne miej­sce.

Chłopcy, Kasia, Hilda i Ze­nobia rów­nież pa­trzyli na mnie ze zdu­mie­niem. Tylko pan Ku­ryłło pota­ku­jąco po­kiwał głową.

— Tak, tak. Może lepiej za­no­co­wać gdzie in­dziej. Tu jest bar­dzo po­nuro.

Nie miał racji. Oko­lica nie wy­glą­dała po­nuro. Ota­czał je­zioro las mie­szany, tu i ów­dzie złocił się pia­sek nad wodą. Na ciemnej toni pły­wały stadka dzi­kich ka­czek, do­okoła ani czło­wieka.

Pół­wy­sep świetnie nadawał się na bi­wak, bo rosła na nim wy­soka trawa, a ściana trzcin osła­niała od wia­tru. Wy­star­czyło dwoma sa­mo­cho­dami za­mknąć na­sadę pół­wy­spu, a two­rzyło się od­osobnione obo­zo­wi­sko.

— Nie po­doba się panu tutaj? — wciąż do­py­tywał się dok­tor.

Nie bar­dzo umiałem wy­ja­śnić, dla­czego chciałem je­chać gdzie in­dziej. Może po pro­stu za­nie­po­koił mnie wi­dok śla­dów kół sa­mo­cho­do­wych?

Spróbo­wa­łem w żart obró­cić swój nie­pokój.

— Praw­dziwy westman — mó­wi­łem — stara się zaw­sze gubić swój trop. Roz­gło­sili­śmy, że bę­dziemy no­co­wać nad Je­zio­rem Ża­bim. Więc nale­ża­łoby poje­chać gdzie in­dziej.

— Pan Sa­mo­cho­dzik czy­tał dużo ksią­żek Ka­rola Maya — ro­ze­śmiał się Wie­wiórka.

— Po­wie­dział pan: roz­gło­sili­śmy. Kogo pan ma na myśli? — za­sta­na­wiał się dok­tor. — Oprócz nas o miej­scu na­szego noc­legu wie tylko Fry­deryk. Chyba pan nie przy­pusz­cza, że on ze­chce tu przyjechać? A zresztą od niego chyba nie grozi nam żadne nie­bez­pie­czeń­stwo?

— Tu nie jest pre­ria — do­dała wzgardli­wie Ze­nobia — a pan nie­stety nie jest westma­nem, tylko...

— Tylko? — spy­tałem.

— Tylko... pa­nem Sa­mo­cho­dzi­kiem — nie zdo­łała wy­my­ślić in­nego prze­zwi­ska.

— Tak, tak, tu jest bar­dzo pięk­nie! — za­wo­łali chłopcy.

Ich zda­nie przewa­żyło. Wzięliśmy się do pracy. Za­częli­śmy orga­ni­zo­wać obo­zo­wi­sko, roz­sta­wiać na­mioty, szy­ko­wać po­siłek.

Za­padał zmrok. Hilda rzu­ciła pro­jekt roz­pale­nia ogni­ska na pół­wy­spie, co chłopcy pod­chwycili z wiel­kim entu­zja­zmem, i zaraz roz­biegli się w po­szu­ki­wa­niu su­chych ga­łęzi. Kasia, Wie­wiórka i So­kole Oko po­szli po chrust do lasu, a Tell zbie­rał na pół­wy­spie suche ba­dyle trzcin, do­sko­nałe jako pod­pałka.

W pew­nej chwili przy­biegł do nas z twa­rzą, która wy­ra­żała wielki nie­pokój.

— Na tym pół­wy­spie ktoś był. Jakiś człowiek — opo­wia­dał. — Sie­dział ukryty w trzci­nach i za­pewne ob­ser­wo­wał nasz obóz. Gdy zbie­rając suche ba­dyle, za­czą­łem zbli­żać się w jego stronę, nagle ze­rwał się i sko­czył do je­ziora.

— Po­pły­nął na drugi brzeg? — za­py­tałem.

— Prze­padł w je­zio­rze — od­rzekł Tell.

— Jakże to: prze­padł? My­ślisz, że się uto­pił? — zdu­miał się dok­tor.

— Zniknął w wo­dzie. Dał nurka i prze­padł — wy­jaśnił Tell.

Ze­nobia wzruszyła ra­mio­nami.

— Za­pewne wy­pły­nął gdzieś dalej, ale ty tego nie za­uwa­żyłeś. Jest już ciemno.

— Może — zgo­dził się chło­piec. — Nie wi­działem go do­kład­nie z po­wodu zmroku. On zresztą znaj­do­wał się w dość dużej odle­gło­ści ode mnie. Do­strzegłem tylko, że coś ogrom­nego sko­czyło nagle do wody i znik­nęło mi z oczu. Je­stem jed­nak pe­wien, że to był człowiek.

Nad­szedł Wie­wiórka z So­ko­lim Okiem. Dźwigali suche gałę­zie. Usły­szeli opo­wia­danie Tella i mru­gając ku sobie zna­cząco, trą­cili się łok­ciami.

— To jest Je­zioro Żabie — po­wie­dział So­kole Oko. — W przewod­niku pana dok­tora wy­czy­tałem, że z tym jezio­rem związana jest le­genda o ogromnej, straszliwej żabie.

— I Tell zo­ba­czył wła­śnie tę straszliwą żabę — do­koń­czył Wie­wiórka, ro­biąc w kie­runku Kasi bar­dzo groźną minę.

— O, nie­prawda — za­pro­te­sto­wał dok­tor. — W moim przewod­niku nic ta­kiego nie ma.

— Wy­czy­tałem to pew­nie w przewod­niku pana To­ma­sza — wy­kręcił się So­kole Oko.

— W moim przewod­niku także nie ma po­dob­nej le­gendy — stwierdzi­łem.

— Nie ma? — udał zdu­mie­nie So­kole Oko. — W takim razie czy­tałem o tym zu­peł­nie gdzie in­dziej.

Tell był obu­rzony na swoich przyjaciół.

— Prze­stań­cie się wy­głu­piać. Ja na­prawdę wi­działem ja­kie­goś czło­wieka, który sko­czył do je­ziora.

— My rów­nież wi­dzie­liśmy — przytaknął Wie­wiórka. — Tylko że to nie był człowiek, a wielka straszliwa żaba. I ona zaraz wyj­dzie z je­ziora i po­żre Se­ba­stiana.

To mó­wiąc Wie­wiórka sko­czył jak żaba w stronę ni­czego nie spo­dziewa­ją­cego się pie­ska, który na­tychmiast pojął, że za­czyna się za­bawa, i za­czął ucie­kać wo­kół mo­jego sa­mo­chodu.

— Pro­szę pana, oni żar­tują, prawda? — za­py­tała mnie Kasia.

— Żar­tują — przytak­ną­łem.

Chłopcy prze­stali gonić Se­ba­stiana. Oto­czyli Kasię i cho­dząc wo­kół niej, skando­wali wier­szyk, który uło­żyli na po­cze­kaniu:

 

W tym jezio­rze mieszka żaba,
Wielka żaba jak pół draba.
Po­stać ludzka, głowa ża­bia,
Wyj­dzie z wody, na­roz­rabia.
Za­nim minie noc, do rana,
Po­rwie Kasię, Se­ba­stiana.
Kto się oprze? Każdy słaby.
Czy boisz się takiej żaby?

 

Tymcza­sem za­padła noc. Za­pali­liśmy lampę cam­pin­gową i po­szli­śmy do je­ziora myć ręce, bo Ze­nobia i Hilda już przy­go­to­wały kola­cję. Gdy od­no­siłem ręcz­nik do sa­mo­chodu, na­tknąłem się na Wie­wiórkę, ob­cią­gają­cego pla­strem puszkę-nie­spo­dziankę.

— Co ro­bisz? — spy­tałem. — Przygo­to­wu­jesz przy­nętę na straszliwą żabę? Szewczyk Dra­tewka wy­pchał ba­rana smołą i w ten spo­sób po­konał smoka. A ty?

— Pan Ku­ryłło też ma puszkę tury­styczną oklejoną pla­strem. Wziąłem z na­szej ap­teczki tro­chę pla­stra i w ten spo­sób za­bez­pie­czam puszkę przed cie­ka­wo­ścią So­ko­lego Oka. Bo on, pro­szę pana, cią­gle opu­kuje ją, ob­wą­chuje. Korci go moja nie­spo­dzianka. Je­stem pe­wien, że nie wy­trzyma i do­bie­rze się do niej. Teraz już nie bę­dzie mógł zaj­rzeć do środka.

Za­sie­dli­śmy do kola­cji. Noc była mroczna, parna. Lecz po chwili ze­rwał się lekki wia­terek i przy­niósł chłodny za­pach je­ziora. Za­sze­le­ściły przy­brzeżne trzciny. Se­ba­stian od czasu do czasu wy­bie­gał na ko­niec pół­wy­spu i gło­śno uja­dał. Nie­po­ko­jące za­cho­wa­nie się psa chłopcy wy­ko­rzy­sty­wali, aby stra­szyć Kasię.

— Sły­szysz? On coś czuje, ten twój Se­ba­stian. W trzci­nach czyha wielka żaba. Straszliwa żaba. Żaba jak pół draba.

My rów­nież przyłą­czy­liśmy się do tych żar­ci­ków i kola­cja mi­jała w we­sołej at­mos­ferze, którą ze­psuł pan Ku­ryłło.

Pre­zes oświad­czył po­nu­rym gło­sem:

— Żarty żar­tami, ale prze­cież jakiś człowiek sie­dział w trzci­nach na końcu pół­wy­spu i ob­ser­wo­wał nasz obóz. Pan To­masz miał rację. Na­le­żało roz­łożyć obóz w in­nym miej­scu.

Doktor wzruszył ra­mio­nami.

— Sie­dział ktoś w trzci­nach? No, to Bóg z nim. Nie jeste­śmy prze­cież na bez­lud­nej wy­spie. Za­pewne ja­kiś miej­scowy chło­pak był cie­kawy, kto tu przyjechał, i ukrył się w trzci­nach, aby nas pod­glą­dać.

— A jed­nak to jest nie­po­ko­jąca sprawa — upie­rał się Ku­ryłło. — Uważam, że nale­żało za­no­co­wać gdzie in­dziej.

Dys­kusja na ten temat wy­da­wała mi się ja­łowa, skoro było oczywiste, że teraz już nie prze­nie­siemy się w inne miej­sce. Za­bra­łem więc głos i za­pro­po­no­wa­łem:

— Roz­palmy ogni­sko. W książkach o In­dia­nach czy­tałem, że przy ogni­sku naj­lepiej się gwa­rzy i roz­trząsa różne pro­blemy. Wy­daje mi się, że naj­wyż­szy czas od­być na­radę wo­jenną. Zro­bili­śmy długą wy­cieczkę, obej­rzeli­śmy wszystkie sza­chownice i, jak dotąd, nie stali­śmy się ani odrobinę bliżsi roz­wią­zania za­gadki ta­jem­ni­czej sza­chownicy. Na­leży pod­jąć de­cyzję: co dalej?

Wie­wiórka pod­łożył za­pałkę pod zgroma­dzony chrust. Ognisko buchnęło wy­so­kim, ja­snym pło­mie­niem.

Hilda po­wie­działa:

— Nie wiem, co po­win­ni­śmy robić dalej. Stra­ciłam już wszelką na­dzieję na od­nale­zie­nie pa­mięt­nika Hau­bitza.

Ze­nobia:

— A mó­wi­łam, że nie­po­trzebnie obra­zili­ście Fry­de­ryka? On wie­działby, co robić dalej...

Doktor:

— U mnie rady nie szu­kaj­cie. Nigdy w życiu nie roz­wią­zy­wa­łem za­ga­dek kry­mi­nal­nych, nie mam w tej dzie­dzi­nie wprawy. Ale prze­cież wy­brali­śmy pre­zesa. On po­wi­nien pod­jąć de­cyzję.

Ku­ryłło chrząknął z po­wagą i rzekł:

— Po­zwólcie pań­stwo, że za­biorę głos na sa­mym końcu. Naj­pierw chciałbym wy­słu­chać zda­nia wszyst­kich członków na­szego Związku.

Jak wszyst­kich, to wszyst­kich. Udzielili­śmy głosu Kasi.

— Mnie się to szu­kanie bar­dzo po­doba. Wolę jeź­dzić z wami niż sie­dzieć w Ja­sie­niu. Lecz zro­bię, jak mi cio­cia każe.

Tell:

— Po­wiem prawdę: ża­den mą­dry po­mysł nie przy­cho­dzi mi do głowy.

— I mnie rów­nież — po­wie­dział Wie­wiórka.

— I mnie też — do­rzucił So­kole Oko.

I cała trójka spoj­rzała na mnie z ta­kim na­pię­ciem, jak gdyby oczeki­wali, że wy­sko­czę z po­my­słem, który za­bły­śnie jak raca w mrocznej nocy.

— Wy­daje mi się — stwierdzi­łem — że po­peł­nili­śmy pe­wien błąd. A mia­no­wicie zbyt do­słownie traktowa­liśmy słowa sta­rego Hau­bitza o tym, że sza­chownica strzeże rze­czy naj­cen­niej­szej. Ga­pili­śmy się na sza­chownice, szu­kając w nich skrytki, a prze­cież słowa sta­rego Hau­bitza można zro­zu­mieć ogól­niej. Sza­chownica strzeże skrytki, ale to nie zna­czy, że sama jest skrytką. Po pro­stu może być w po­bliżu miej­sca, gdzie znaj­duje się skrytka. Moim zda­niem na­leży po­wtó­rzyć naszą po­dróż od po­czątku, prze­stać zwracać uwagę na same sza­chownice, a przy­glą­dać się oto­cze­niu, w ja­kim się one znaj­dują. Szu­kać skrytki nie w sa­mej sza­chownicy, ale w po­bliżu miej­sca, gdzie ona jest. A są dwa takie miej­sca, w któ­rych Hau­bitz miał naj­większą moż­li­wość ukry­cia pa­mięt­nika. Ru­iny ob­ser­wato­rium i mau­zo­leum.

— Bzdura! Bzdura! — prze­rwał mi gwałtow­nie Ku­ryłło. — Mó­wi­łem panu, że w ob­ser­wato­rium nie warto szu­kać. Hau­bitz nie ukrył tam wszyst­kich swoich skar­bów. Byłby ostatnim głup­cem, gdyby kładł dwa grzyby w barszcz.

— Pan się lęka wra­cać do Ja­sie­nia ze względu na Fry­de­ryka — do­my­ślił się dok­tor.

— Nie, nie! — za­pro­te­sto­wał pre­zes. — Chcę unik­nąć spo­tka­nia z tym gangste­rem, ale prze­cież on mnie chyba nie za­mor­duje?

— Pro­szę nie na­zy­wać Fry­de­ryka gangste­rem — burknęła Ze­nobia.

— Wszystko jedno, jak go na­zwiemy. On tak się za­cho­wuje, że lepiej nie wchodzić mu w drogę — roz­gniewał się Ku­ryłło. — Nie wi­dzę zresztą po­trzeby po­wrotu do Ja­sie­nia.

— W takim razie na­leży jesz­cze raz poje­chać do mau­zo­leum na Po­lanę — po­wie­działem.

— Nie, nie, nie! — pre­zes za­ma­chał gwałtow­nie rę­kami. — To także nie ma sensu. Na próżno tra­cimy czas. Prze­by­wa­łem w gro­bowcu pra­wie go­dzinę i opu­ka­łem jego ściany. Nie ma tam żad­nej skrytki.

— Więc co pan pro­po­nuje?

Ku­ryłło ro­zej­rzał się po na­szych twa­rzach. Na jego ustach po­jawił się triumfu­jący uśmiech. Dumnie się wy­pro­sto­wał i oświad­czył:

— Wy­jawię wam pewną ta­jem­nicę...

Zro­bił pauzę dla lep­szego efektu. Wie­dział, że z naj­większą uwagą cze­kamy na jego słowa. I nie mógł się po­wstrzymać, aby nie oka­zać się py­szał­kiem.

— Zro­zu­mie­liście na­resz­cie, że bez Ku­ryłły nie dacie sobie rady. Bez Ku­ryłły nie od­naj­dzie­cie „rze­czy naj­cen­niej­szej”. Bez Ku­ryłły prze­padną wa­sze na­dzieje — przema­wiał pa­te­tycz­nie, a my przełyka­liśmy w mil­cze­niu jego prze­chwałki, cie­kawi, do czego zmie­rza. — Fry­deryk jest gangste­rem — cią­gnął dalej nasz pre­zes. — Ale jedno przema­wia na jego ko­rzyść. Zro­zu­miał, że Ku­ryłło znaj­duje się na tro­pie roz­wią­zania za­gadki, i dla­tego chciał ode mnie wy­drzeć ta­jem­nicę. Al­bo­wiem ja... — Ku­ryłło za­wie­sił głos — wiem o jesz­cze jed­nej sza­chownicy.

— To nie­moż­liwe! — za­wo­łała Hilda. — Prze­szu­kano całą oko­licę, wszystkie ma­jątki Hau­bit­zów.

— A jed­nak to prawda. Po­lubi­łem was i dla­tego za­pro­wa­dzę was na trop za­gadki. Jesz­cze jedna sza­chownica znaj­duje się w la­sach za My­ślibo­rzem, na te­renie le­śni­czówki Czarne. Sza­chownica po­dobno wid­nieje tam na ka­mie­niu gra­nicz­nym, po­dob­nie jak w To­pielcu.

— Ależ lasy za My­ślibo­rzem nie były wła­sno­ścią Hau­bit­zów — za­opo­no­wała Hilda.

— Wła­śnie, że były. Jesz­cze przed pierwszą wojną światową nale­żały do Hau­bit­zów i stąd sza­chownica na ka­mie­niu oznacza­ją­cym gra­nicę ich wła­sno­ści. Po pierwszej woj­nie sprzedali je jed­nak, i dla­tego za­pewne mało kto o niej wie.

— Skąd nią pan tak do­kładne in­for­ma­cje? — po­dejrzliwie za­py­tała Hilda.

Ku­ryłło stuk­nął się pal­cem w czoło.

— Głowa pra­cuje. Cier­pli­wie wy­py­ty­wa­łem o to róż­nych ludzi.

Doktor sceptycz­nie od­niósł się do tej sprawy.

— Skoro lasy wo­kół le­śni­czówki Czarne tak dawno zo­stały sprzedane, wąt­pliwe, czy stary Jo­hann zde­cy­do­wał się ukryć tam rzecz, którą uwa­żał za naj­cen­niej­szą.

— Je­śli miał tro­chę oleju w gło­wie, to ukrył tam, a nie gdzie in­dziej — oświad­czył Ku­ryłło. — Mu­siał zda­wać sobie sprawę, że je­śli jego słowa dotrą do uszu osób nie­po­wo­ła­nych, przede wszystkim za­czną się po­szu­ki­wa­nia sza­chownic w jego ma­jąt­kach, w naj­bliż­szym są­siedztwie pa­łacu. A tym­cza­sem on ukrył „rzecz naj­cen­niej­szą” w ja­kiejś skrytce w la­sach koło le­śni­czówki Czarne. Było to mą­dre po­su­nię­cie, choćby dla­tego, że mało kto poza ludźmi z rodu Hau­bit­zów wie­dział o sza­chownicy w la­sach za My­ślibo­rzem.

— Lecz pan się do­wie­dział — stwierdziła Hilda.

— Nie każdy jest Ku­ryłłą — od­parł dum­nie pre­zes. — Naj­lep­szy do­wód, że ani pani, ani We­ber i Klaus, ani też spe­cjali­ści z pol­skiej ekipy nie wpa­dli na trop jesz­cze jed­nej sza­chownicy.

— No cóż — Hilda ski­nie­niem głowy po­dzię­ko­wała Ku­rylle za in­for­ma­cję. — Wy­pada mi wy­razić panu słowa uznania. Wy­daje mi się, że już jutro bę­dziemy tam mu­sieli poje­chać, prawda? — zwróciła się do mnie.

A ja przytak­ną­łem. Lecz pełen by­łem dziwnych myśli, nie­po­ko­jów i obaw.

Ognisko do­go­ry­wało. Se­ba­stian znowu po­biegł na ko­niec pół­wy­spu i za­czął gwałtow­nie uja­dać w stronę je­ziora.

 


ROZDZIAŁ CZTERNASTY [top]

„ROZKOSZE” BIWAKU • KTO JEST KTO? • PRZED LUFĄ PISTOLETU • WALKA O ŻYCIE • NIEOCZEKIWANY LIST • KIM JEST „CZŁOWIEK-ŻABA”? • WYRUSZAMY ZOBACZYĆ DODATKOWĄ SZACHOWNICĘ

 

W po­wie­ściach przy­go­do­wych czyta się o bi­wa­kach w la­sach i nad jezio­rami, o roz­ko­szach wie­czor­nego roz­pala­nia ogni­ska. Prawda jest jed­nak taka, że do większo­ści na­szych la­sów tury­ści mają wstęp za­ka­zany lub bar­dzo ogra­ni­czony, roz­pala­nie ogni­ska jest prze­stęp­stwem su­rowo ści­ga­nym przez prawo, bi­wa­ko­wać wolno tylko w miej­scach wy­zna­czo­nych, a jest ich bar­dzo nie­wiele.

Na szczęście drogi do Je­ziora Ża­biego nie strzegł ża­den znak za­bra­nia­jący wjazdu, pół­wy­sep głę­boko wrzynał się w wodę, a więc po­nad sto me­trów dzie­liło nasze obo­zo­wi­sko od ściany lasu. Można było po­zwo­lić sobie na bi­wak i na roz­pale­nie ogni­ska, które buchnęło wy­so­kim, czerwono-żół­tym pło­mie­niem.

Współ­cze­śni tury­ści rzadko już dziś roz­pa­lają ogni­sko, co naj­wy­żej czy­nią to dla uzy­ska­nia na­stroju lub opę­dze­nia się przed plagą ko­ma­rów. Ga­zowa kuchnia, tury­styczna ku­chenka ben­zy­nowa lub spi­rytu­sowa — za­stę­pują z po­wo­dze­niem ogni­sko, przy któ­rym kie­dyś go­to­wano strawę.

Kło­poty z ko­ma­rami nie zmieniły się jed­nak od naj­daw­niej­szych cza­sów. Za ich przy­czyną gi­nie urok bi­waku nad jezio­rem czy leśną rze­czułką. Za­po­mina się o tym, gdy o tury­stycznych eska­pa­dach opo­wiada się po po­wro­cie do domu, w gro­nie kole­gów lub przyjaciół. Lecz wia­domo prze­cież, że pod wie­czór na tury­stę, który chce się roz­ko­szo­wać wi­do­kiem za­cho­dzą­cego słońca, na­pa­dają mi­liony bzy­kają­cych, zło­śli­wych i krwiożer­czych owa­dów.

Biada mu, jeśli ma skórę wrażliwą na uką­sze­nia. Na­za­jutrz jest spuch­nięty jak bania. Biada mu rów­nież, jeśli przed wie­czo­rem nie za­mknął szczelnie na­miotu.

W nocy usły­szy wo­kół swojej twa­rzy nie­ustanne brzę­cze­nie i za­miast spać, bę­dzie się oga­niać od ko­ma­rów, aż wreszcie zmę­czony bez­sku­tecz­nym po­lo­wa­niem schowa głowę pod koc lub do śpi­wora.

A mrówki? Czy nie na­leży się im słów kilka? Źle z wami, jeśli upa­trzy­liście sobie na miej­sce pod na­miot piaszczy­stą górkę nad wodą. Z całą pew­no­ścią jest ona za­sie­dlona przez małe, czarne mrówki, które mają swoje gniazda wy­drą­żone w pia­sku. Tam zaś, gdzie ro­śnie ładna so­czy­sta trawa, spa­ce­rują hordy du­żych, czerwo­nych mrówek. Wkrótce przy­będą do cie­bie zwa­bione kil­koma okru­szy­nami chleba, które upa­dły w trawę pod­czas obiadu lub kola­cji. Ach, jak bole­śnie gryzą te małe po­twory. Jak chy­trze wci­skają się do na­miotu, do śpi­wora, pod koc... Po­dobno mrówki w nocy też śpią. Wie­rzę przy­rod­ni­kom, gdyż oni się na tym znają. Co do mnie nie­raz by­wa­łem bu­dzony w nocy straszli­wym uką­sze­niem mrówki, która wpełzła mi do śpi­wora.

Sły­sza­łem, że ogni­sko, dym z pa­pie­rosa lub fajki — od­stra­szają ko­mary. Stwierdzi­łem, że jest od­wrotnie. Dym roz­draż­nia je, ata­kują z większą wściekło­ścią. Piszę o tym, aby wy­tłu­ma­czyć, dla­czego w pew­nej chwili na­gle wstałem od ogni­ska i po­sze­dłem w las. Zmę­czyło mnie już oga­nia­nie się od ko­ma­rów, po­my­śla­łem, że nieco dalej od je­ziora, w su­chym so­sno­wym lesie, może da­dzą mi one chwilę wy­tchnienia. Poza tym tra­wił mnie nie­pokój. Po­sta­no­wi­łem obej­rzeć naj­bliż­sze oto­cze­nie na­szego bi­waku.

W lesie na­po­tka­łem nie­prze­nik­nioną noc. Wkrótce jed­nak wzrok mój przy­zwy­czaił się do ciemności i za­czą­łem roz­róż­niać pnie drzew oraz ścieżkę wi­jącą się rów­nole­gle do brzegu je­ziora. Po­sze­dłem nią kil­kaset kro­ków i za­wró­ciłem. Nie za­uwa­ży­łem ni­czego po­dej­rza­nego.

„Mam roz­stro­jone nerwy — roz­my­śla­łem. — Wszystkie zda­rze­nia, które prze­ży­łem od przyjazdu do Ja­sie­nia, są dla mnie nie­zro­zu­miałe, ta­jem­nicze, nie­uchwytne. Nie wiem, kto jest prze­ciw­ni­kiem, nie po­trafię przewi­dzieć, z któ­rej strony on za­ata­kuje, nie je­stem w sta­nie przewi­dzieć biegu przy­szłych wy­pad­ków, a tym sa­mym im prze­ciw­działać”.

Po­my­śla­łem o Ku­rylle:

„Dla­czego pre­zes za­pałał do nas rap­tem tak wielką sym­patią, że wy­jawił in­for­ma­cję o jesz­cze jed­nej sza­chownicy? Czemu dotąd mil­czał o tej sprawie? Nie zdra­dził jej na­wet Fry­dery­kowi pod groźbą pi­sto­letu, choć, jak to mia­łem moż­ność zaob­ser­wo­wać, jest straszli­wym tchó­rzem. Co się więc kryje za jego nie­spo­dziewaną zmianą po­stawy? Czyżby rze­czy­wi­ście chciał, aby­śmy zna­leźli pa­mięt­nik?”

I ro­dziła się we mnie ogromna nie­uf­ność, bo pre­zes wy­glą­dał mi na czło­wieka, który uwa­żał nas za dur­niów i chyba tylko pod groźbą pi­sto­letu go­tów byłby po­dzie­lić się z nami owo­cami swych po­szu­ki­wań. Jego szla­chet­ność była co naj­mniej po­dej­rzana.

„Ku­ryłło zde­cy­do­wał się po­wie­dzieć nam o jesz­cze jed­nej sza­chownicy — roz­wa­ża­łem — gdy ja ra­dzi­łem, aby znowu zająć się ru­inami ob­ser­wato­rium i mau­zo­leum. Jeśli więc wy­syła nas do le­śni­czówki, to zna­czy, że tam nie ma „rze­czy naj­cen­niej­szej”. In­nymi słowy: albo już tam był, albo wie, gdzie jest skrytka”.

Oczywi­ście, można było nie po­słu­chać rady Ku­ryłły i za­miast je­chać do le­śni­czówki Czarne, wró­cić do Ja­sie­nia lub na Po­lanę. Lecz w sprawie ob­ser­wato­rium, po­dob­nie jak Ku­ryłło, by­łem zda­nia, że Hau­bitz „nie wrzucił dwóch grzybków do barszczu”, czyli nie ukrył pa­mięt­nika w tym sa­mym miej­scu, gdzie ukrył skarby. Po­zo­sta­wało więc tylko mau­zo­leum...

I znowu obu­dziła się we mnie po­dejrzli­wość. In­for­ma­cje o jesz­cze jed­nej sza­chownicy wy­jawił nam Ku­ryłło z tak lek­kim ser­cem, że nie­prawdo­po­dobne się wy­da­wało, aby wzbraniał się zro­bić to pod groźbą pi­sto­letu Fry­de­ryka.

„Do licha, czego na­prawdę chciał Fry­deryk od Ku­ryłły? — roz­my­śla­łem. — I kim jest Fry­deryk, wła­ści­ciel gangster­skiego sa­mo­chodu, któ­rym zdolny jest roz­bić na­wet gruby mur?”

— A Ze­nobia? Jaką rolę od­grywa Ze­nobia? — za­py­tałem sie­bie pół­gło­sem.

Jakby w od­po­wie­dzi na moje słowa ośle­pił mnie błysk la­tarki elek­trycznej. Znajomy głos rzekł iro­nicz­nie:

— No tak, Ze­nobia. Że też do­piero w tej chwili przy­szła panu na myśl Ze­nobia!

To Ze­nobia ośle­piła mnie la­tarką.

— Niech pani zgasi la­tarkę! — za­wo­łałem. — Prze­cież nic nie wi­dzę.

— Wła­śnie o to cho­dzi — od­po­wie­działa.

Opu­ściła jed­nak z mej twa­rzy pro­mień elek­trycznego światła. Ale w dal­szym ciągu po­zo­sta­wa­łem w ostrym bły­sku jej la­tarki.

— Ręce do góry! — krzyknęła groź­nie.

W lewej dłoni trzymała la­tarkę, a w pra­wej... pi­stolet wy­mie­rzony w moją pierś.

— Ręce do góry! — po­wtó­rzyła roz­kaz.

Nie wie­działem — żar­tuje czy też roz­ka­zuje po­waż­nie. Nie po­zo­sta­wało mi jed­nak nic in­nego, jak pod­nieść ręce do góry. Twardy głos Ze­nobii prze­ko­ny­wał mnie ra­czej, że z pi­sto­letu go­towa zro­bić uży­tek, jeśli nie za­sto­suję się do roz­kazu. Nie je­stem tchó­rzem, ale prze­cież sam wi­działem, jak z jej kie­szeni wy­padł pi­stolet „TT”.

— O tak, wła­śnie tak, panie Sa­mo­cho­dzik. Ręce pro­szę trzymać nad głową. Jedno ich drgnienie i nigdy już nie zo­ba­czy pan światła żad­nej la­tarki. Je­ste­śmy dość da­leko od na­szego obozu. Strzał ten usły­szą, ale gdy przy­bie­gną tutaj, znajdą tylko pań­skie martwe ciało. A ja przez las zdo­łam nie­zau­wa­żenie po­wró­cić do obozu, gdzie my­ślą, że już śpię w swoim na­mio­cie. Przyłączę się do nich i będę wraz z in­nymi za­sta­na­wiała się, kto pana za­strzelił.

— Pani chyba żar­tuje...

— To mógłby być żart, do­póki nie za­uwa­żył pan pi­sto­letu, który wy­sunął się z mojej kie­szeni. A poza tym pan już mi prze­szka­dza. Utrudnił pan Fry­dery­kowi roz­pra­wie­nie się z Ku­ryłłą i to zde­cy­do­wało, że po­sta­no­wi­łam wy­eli­mi­no­wać pana z gry. Ma pan przed sobą jesz­cze mi­nutę życia. Niech pan robi ra­chu­nek su­mie­nia.

— Pro­szę pani — ode­zwałem się, aby zy­skać na cza­sie i przemy­śleć spo­sób ra­tunku. — Może jed­nak obej­dzie się bez strzelaniny? Może jakoś się do­ga­damy?

— Co? Mam z pa­nem wchodzić w spółki? Wy­star­czy, że Fry­de­ryka do­pu­ści­łam do swoich inte­re­sów. On oka­zał się sprytniej­szy od pana.

„Mu­szę zy­skać na cza­sie — my­śla­łem roz­paczliwie. — Mu­szę zmu­sić ją do dłuż­szej roz­mowy. Na­gle dam nura w las, może uda mi się znik­nąć w mroku, za­nim do­się­gnie mnie kula”.

— Pani Ze­nobio — rze­kłem bła­gal­nie — zdaję sobie sprawę, że prze­gra­łem. Zo­sta­łem przez panią ska­zany na śmierć...

— Tak jest, po­zo­staje panu jesz­cze pół mi­nuty życia.

— Ska­za­niec ma zaw­sze prawo do wy­raże­nia jed­nej prośby...

— Jaką pan ma prośbę? — za­py­tała nie­ufnie.

— Za­nim zginę, chciałbym po­znać prawdę. Pro­szę, aby mi pani wy­ja­śniła, kim jest Fry­deryk? I czego on na­prawdę chciał od Ku­ryłły?

Ze­nobia za­śmiała się cicho.

— Nie­stety, nie mogę speł­nić pań­skiej prośby. Za chwilę przy­cisnę cyn­giel i sta­nie się pan martwy. Nie speł­nię zaś prośby dla­tego, że... — znowu za­śmiała się — sama nie wiem, o co cho­dzi w tej dziwnej sprawie.

To mó­wiąc przy­ci­snęła cyn­giel pi­sto­letu. Bły­snął nie­bie­ski pło­myk, od któ­rego za­paliła pa­pie­rosa. Pi­stolet oka­zał się za­pal­niczką.

Opu­ści­łem ręce i do­tknąłem dło­nią czoła. Było mo­kre od potu. Na­prawdę wie­rzy­łem, że ona mnie za­strzeli.

— Dał się pan na­brać, co? — triumfo­wała Ze­nobia. — Najadł się pan stra­chu. Miałam nie lada frajdę, gdy przed lufą za­pal­niczki drżał pan jak osika. Ze­mściłam się na panu za tę chwilę na łą­kach. Upo­ko­rzył mnie pan, ale teraz od­pła­ciłam panu z na­wiązką.

Pod­sze­dłem bliżej i zer­kną­łem na za­pal­niczkę.

— To poda­runek od Fry­de­ryka — wy­ja­śniła. — Ster­rory­zo­wa­łam pana Sa­mo­cho­dzika, de­tek­tywa-amatora, po­szu­ki­wa­cza przy­gód. Mam błogą na­dzieję, że od dziś ode­chce się panu szu­kać moc­nych wra­żeń.

— A pani? Czy bę­dzie pani nadal szu­kała przy­gód?

— Dla­czego pan myśli, że i ja po­szu­kuję przy­gód? — wzruszy­łem ra­mio­nami. Na końcu ję­zyka mia­łem słowa: „Pani pi­stolet-za­pal­niczka nie jest tym sa­mym pi­sto­letem, który wy­padł z kie­szeni na łą­kach. Tylko ciemność nocna i ośle­pie­nie la­tarką spo­wo­do­wało, że za­pal­niczka wy­dała mi się prawdzi­wym pi­sto­letem. Tę scenę w le­sie ode­grała pani nie po to, aby się na mnie ze­mścić. Chciała pani prze­ko­nać mnie, że tam­ten pi­stolet nie był praw­dziwy”.

Lecz nic nie po­wie­działem. W mil­cze­niu wró­cili­śmy do obo­zo­wi­ska, gdzie ukła­dano się już do snu.

Ze­nobia, o dziwo, nie po­chwaliła się przed ni­kim tym ster­rory­zo­wa­niem mnie za­pal­niczką. Po­szła pro­sto do na­miotu i poło­żyła się spać.

W obo­zie Tell za­lewał do­go­ry­wa­jące ogni­sko wodą przy­no­szoną z je­ziora w bre­zen­to­wym wia­drze.

— A co z żabą? Nie dała znaku ży­cia? — za­py­tałem go żar­to­bli­wie.

Z po­wagą po­kręcił głową.

— Nie. Na razie pa­no­wał tu zu­pełny spo­kój.

Nad­biegł So­kole Oko.

— Od­nio­słem. Podłoży­łem mu puszkę tak ostrożnie, że nic nie za­uwa­żył.

— To bar­dzo do­brze — stwierdził Tell. — Bo, pro­szę pana — za­czął mi wy­ja­śniać — So­ko­lemu Oku za­chciało się nagle robić po­rządki w na­szych zapa­sach żyw­no­ściowych. Po­sta­nowił wszystkie za­pasy zgroma­dzić ra­zem. Pana żyw­ność też za­brał z we­hi­kułu, a także puszkę żyw­no­ściową pana Ku­ryłły. Ale pan wie, jaki po­dejrzliwy jest nasz pre­zes. Znowu po­wie, że chcemy mu coś zmalować. Więc ka­za­łem mu ją od­nieść.

— Słusznie, bar­dzo słusznie — przytak­ną­łem. Po­wie­działem chłopcom „do­bra­noc” i za­czą­łem w we­hi­kule roz­kła­dać sie­dze­nia do spa­nia. Noc była ciemna, księ­życ skrył się za chmurami. Po­my­śla­łem, że w taką noc łatwo by­łoby ko­muś ob­cemu wejść w złych za­mia­rach do na­szego obozu. Po­rzu­ciłem jed­nak tę myśl, od­naj­dując w niej resztki swego daw­nego nie­po­koju. Oko­lica wy­glą­dała prze­cież bar­dzo spo­koj­nie i bez­lud­nie.

Wkrótce cały obóz już spał. Od­su­ną­łem okna w we­hi­kule i leżąc pod ko­cem, spo­glą­da­łem przez pano­ra­miczną szybę na po­grą­żone w mroku je­zioro. Sen do mnie nie przy­cho­dził, za­pali­łem więc pa­pie­rosa. Ga­siłem go w po­piel­niczce uczepio­nej na przy­ssawce do szyby, gdy ze­rwał się wiatr, gło­śno za­sze­le­ściły trzciny na pół­wy­spie i za­częła plu­skać woda. I te szmery — szum wia­tru, sze­lest trzcin i plusk wody — sprowa­dziły wreszcie sen.

Zbu­dzi­łem się w środku nocy. Nie wiem, co spo­wo­do­wało prze­bu­dze­nie. Może jakiś po­dej­rzany szmer? A może szczeknię­cie Se­ba­stiana w na­mio­cie Ze­nobii?

Usiadłem i wyj­rza­łem przez uchylone okno. Do­okoła wciąż zale­gała ciemność i tylko jasne da­chy na­miotów bie­lały w ciemno­ściach. Od strony je­ziora do­cho­dził plusk wody i sze­lest roz­koły­sa­nych wia­trem trzcin.

Już chciałem znowu wy­god­nie wy­cią­gnąć się na sie­dze­niach we­hi­kułu, lecz rap­tem wy­dało mi się, że do­strzegam nie­wy­raźny ruch mię­dzy na­mio­tami. Jak gdyby ja­kiś cień prze­su­wał się tam­tędy. Cień zbli­żał się do mnie i wkrótce obok we­hi­kułu sta­nęła Kasia.

Za­uwa­żyła moją twarz w oknie sa­mo­chodu, po­de­szła bliżej i szepnęła mi do ucha:

— Pan też sły­szał?

— Nie, nic nie sły­sza­łem...

— To dla­czego pan nie śpi?

— Sam nie wiem, czemu się obu­dzi­łem.

— A mnie zbu­dziło szczeknię­cie Se­ba­stiana. A po­tem usły­sza­łam zdu­szony krzyk. Ciotka spała jak ka­mień, nie chciałam jej bu­dzić. Roz­sznu­ro­wa­łam drzwi na­miotu, my­śląc, że może Se­ba­stian po­bie­gnie zo­ba­czyć, co go za­nie­po­koiło. Ale pan wie, jaki jest Se­ba­stian. Sko­rzy­stał z oka­zji i czym prę­dzej wci­snął się na moje miej­sce do śpi­wora. On bar­dzo lubi cie­pło. Więc przy­szłam tu, żeby pana zbu­dzić. Wiem, że na bi­waku trzeba być czuj­nym.

— Ech, nie na­leży prze­sa­dzać z tą czuj­no­ścią — ziewną­łem. — To prze­cież spo­kojna oko­lica.

W tym mo­men­cie usły­szeli­śmy gło­śny plusk, jak gdyby rzu­ciła się w wo­dzie jakaś ogromna ryba.

— Sły­szał pan? — jęk­nęła prze­ra­żona dziew­czynka.

Chwyci­łem la­tarkę elek­tryczną i wy­sko­czy­łem z sa­mo­chodu. Ski­ną­łem ręką na Kasię, aby po­zo­stała na miej­scu, a sam po­bie­głem na ko­niec pół­wy­spu. Kasia nie do­strzegła mego gestu i co sił pę­dziła za mną.

Oto i ko­niec pół­wy­spu. Do­stępu do wody bro­niła ściana trzcin. To tutaj Tell na­po­tkał wczoraj ja­kie­goś czło­wieka.

Prze­su­ną­łem guzi­czek w la­tarce. Na po­ła­mane trzciny padł sze­roki pro­mień światła.

— O, Boże! — pi­skli­wie wrzasnęła Kasia.

Tuż przy brzegu przy­kuc­nął jakiś straszliwy stwór. Sie­dział jak żaba na tyl­nych no­gach, wspiera­jąc się przednimi. Jego zie­lon­kawe, śli­skie ciało lśniło w bla­sku la­tarki, ogromne oczy na szka­rad­nym py­sku pa­trzyły na mnie groź­nie. Miałem przed sobą czło­wieka w stroju płe­two­nurka.

— Ra­tunku! Ra­tunku! — wrzesz­cząc prze­raź­liwie Kasia ucie­kała co sił.

W jed­nym mgnieniu oka do­strzegłem jakiś po­dłużny kształt w trzci­nach. Była to gu­mowa łó­deczka, w któ­rej leżał bez­władnie ludzki kształt.

Zro­biłem krok w kie­runku łó­deczki i wtedy człowiek-żaba sko­czył na mnie. Jego ręce ob­jęły mnie w sil­nym uści­sku, usi­łując przewró­cić na zie­mię.

Świetnie znał dżudo. Nie wiem na­wet, ja­kiego chwytu użył, aby mnie oba­lić. Raptem zna­la­złem się na ziemi, a nade mną po­chy­liła się prze­ra­ża­jąca ma­ska ze szkłami, przez które pa­trzyły na mnie czy­jeś wro­gie oczy. Przy­ci­snął mnie do ziemi ca­łym swym cię­ża­rem, lewą dło­nią chwycił za gar­dło, usi­łując dusić. Prawą pięść pod­niósł do ciosu, aby ude­rze­niem w głowę spo­wo­do­wać moje za­mro­cze­nie.

W ostatniej chwili zdo­łałem chwycić go lewą ręką za prawy nad­gar­stek, przez co osła­biłem ude­rze­nie. Wy­tę­ży­łem wszystkie siły i zdo­łałem od­rzu­cić go na bok. Znowu jed­nak zna­lazł się na mnie i ko­la­nami przy­gniótł mój brzuch. Jego palce zaci­skały się na mojej krtani, za­czy­nało mi bra­ko­wać tchu.

Jak przez grubą ścianę usły­sza­łem czy­jeś głosy. To chyba od strony obozu nad­bie­gała po­moc, zwa­biona prze­raź­li­wymi wrza­skami Kasi.

Ustąpiło du­sze­nie. Człowiek-żaba zro­zu­miał, że nie pora­dzi sobie z nad­bie­gają­cymi. Sko­czył z brzegu w trzciny i z plu­skiem znik­nął w jezio­rze. Łó­deczka z ludz­kim kształtem po­zo­stała przy brzegu.

Ze­rwa­łem się z ziemi i pod­bie­głem do łódki. Jed­no­cze­śnie nad brze­giem je­ziora zja­wił się dok­tor, trzej chłopcy, Kasia, Ze­nobia i Hilda.

W oświetlo­nej latar­kami łó­deczce zna­leźli­śmy pana Ku­ryłłę. Leżał w niej z ma­łym tam­poni­kiem waty na ustach i nosie.

— Uśpiono go — stwierdził dok­tor. — To taki sam tam­ponik, ja­kim obez­władniono pana w Ja­sie­niu.

— A więc człowiek-żaba jest chyba tym sa­mym, któ­rego wtedy śle­dzi­łem. Dziwne, że aż tutaj przyjechał w ślad za nami. I dla­czego uśpił pana Ku­ryłłę?

— Nie tylko uśpił, ale zdaje się, za­mie­rzał go rów­nież po­rwać — za­uwa­żyła Hilda.

— Trzeba go gonić, ści­gać i zła­pać! — wo­łała Ze­nobia. — Po­wi­nien pan wskoczyć w swój sa­mo­chód i do­pę­dzić go na jezio­rze.

Uważa­łem, że po­ścig za człowie­kiem-żabą jest bez­sen­sowny.

— Pa­nują ciemności. On pły­nie pod wodą, nie od­najdę go, choćbym krą­żył po jezio­rze aż do rana. Nie zdo­łam wy­je­chać z wody, bo drugi brzeg jest za stromy i zaro­śnięty drzewami. Lą­dem droga jest bar­dzo okrężna. A może i on ma sa­mo­chód? Do­pad­nie go i ucieknie.

Za­jęli­śmy się nie­przytom­nym pa­nem Ku­ryłłą. Wy­nie­śli­śmy go z łódki, dok­tor za­sto­so­wał sztuczne od­dy­cha­nie.

Dość długo cuci­liśmy nie­szczęśnika. Śro­dek za­sto­so­wany przez czło­wieka-żabę fatal­nie na niego po­działał. Po ocu­ceniu wy­miotował kil­ka­krot­nie i roz­bo­lała go głowa.

Te dole­gli­wo­ści sprawiły, że nie­wiele zdo­łali­śmy uzy­skać wy­ja­śnień.

— Przy­się­gam, że nie wiem, dla­czego ten po­twór chciał mnie po­rwać — ję­czał Ku­ryłło. — Może i on, po­dob­nie jak Fry­deryk, my­śli, że kryję jakąś ta­jem­nicę? Może chce się do­wie­dzieć, gdzie jest jesz­cze jedna sza­chownica?

Oczywi­ście nikt z nas nie wie­rzył tym wy­ja­śnie­niom. Było dla nas jasne, że Ku­ryłło po­siada jed­nak jakąś ta­jem­nicę.

— A jeśli to Fry­deryk jest człowie­kiem-żabą? — za­py­tałem gło­śno. — Nikt oprócz niego nie wie­dział, że wy­bie­ramy się na noc­leg nad Je­zioro Żabie.

— Pan zaw­sze chce oczernić Fry­de­ryka — burknęła Ze­nobia.

Po jej sło­wach wpa­dłem w taką złość, że nie­mal krzy­cza­łem na nią.

— Nie­chże pani prze­sta­nie uda­wać głu­pią gęś! Robi to pani nie­udol­nie! Prze­cież nikt nie wie­rzy w pani mi­łość do Fry­de­ryka. Tak samo do­brze, jak i my, wie pani, że to zwy­kły gangster.

Dziwnie zare­ago­wała Ze­nobia ma mój wy­buch gniewu. Za­miast obra­zić się, wzruszyła ra­mio­nami i od­rze­kła po­tulnie:

— Czemu pan tak na mnie krzy­czy?

— Bo źle pani od­grywa swoją rolę — od­rze­kłem tłu­miąc gniew.

Doktor był szczerze zdu­miony.

— Prze­pra­szam, ale jaką rolę od­grywa pani Ze­nobia?

— Jaką? Udaje gęś za­ko­chaną w gangste­rze.

— Cio­ciu, och, cio­ciu — z dez­apro­batą szepnęła Kasia.

Tym ra­zem Ze­nobia zare­ago­wała ina­czej. Tupnęła nogą.

— Ci­cho, smarkata! I ty też się w to wtrą­casz?

A po­tem nie­spo­dziewa­nie dla nas wszyst­kich wy­krę­ciła się na pię­cie i po­bie­gła do na­miotu.

— Nie­ład­nie pan po­stę­puje, panie To­ma­szu — po­kręcił głową dok­tor. — To taka piękna ko­bieta, a pan jej do­ku­cza...

Machną­łem bez­rad­nie ręką i po­sze­dłem do we­hi­kułu. Poło­ży­łem się na roz­łożo­nych sie­dze­niach. Prze­cież był to do­piero śro­dek nocy, nale­żało się wy­spać.

Inni też po­szli w moje ślady. Pan Ku­ryłło, który po­czuł się już zu­peł­nie do­brze, zażył pro­szek od bólu głowy i za­szył się w na­mio­cie. Po kil­ku­nastu mi­nu­tach obóz ogar­nęła cisza nocna. Nie wy­da­wało się prawdo­po­dobne, aby człowiek-żaba jesz­cze raz pró­bo­wał napa­ści. Za­pewne szu­kał teraz drogi ucieczki z tej oko­licy.

Po wy­da­rze­niach, które za­brały nam do­bry ka­wa­łek nocy, obu­dzili­śmy się bar­dzo późno.

Doktor po­szedł do na­miotu pana Ku­ryłły, aby spraw­dzić, jak się czuje po przy­krej przy­go­dzie, i stwierdził, że pa­cjent... znik­nął.

To zna­czy nie tyle znik­nął, ile po pro­stu za­brał swoje rze­czy i od­szedł po­zo­sta­wia­jąc w na­mio­cie list na­stę­pują­cej treści:

 

Moi Dro­dzy!
Wy­bacz­cie mi, że od­sze­dłem bez po­że­gna­nia, ale mu­sia­łem tak zro­bić, po­nie­waż je­stem pe­wien, że po­twór, który na mnie na­padł, śledzi nasz obóz i ob­ser­wuje każdy nasz krok. Zde­cy­do­wa­łem się czmych­nąć po cichu, ko­rzy­sta­jąc z noc­nych ciemności. Uciekłem zaś dla­tego, że po tym, co on zro­bił dzi­siej­szej nocy, zdolny jest do tego, aby na­stęp­nej mnie za­mor­do­wać, a ży­cie mi jesz­cze miłe. Nie wiem, czego on chce ode mnie, jego po­stę­po­wa­nie jest dla mnie rów­nie ta­jem­nicze, jak i dla was. Ale jedno wiem: mu­szę ucie­kać przed nim. Dla­tego rezy­gnuję z roz­wią­zania za­gadki i wra­cam do domu. Z tą do­dat­kową sza­chownicą nie okłama­łem was, jedź­cie tam, a prze­ko­nacie się, że mó­wi­łem prawdę. Bła­gam was, nie daj­cie po­znać po sobie, że mnie już nie ma wśród was, bo ten wa­riat za­pewne wciąż was ob­ser­wuje. Je­dyna moja na­dzieja, że on poje­dzie do Czarnego w ślad za wami i dzięki temu będę mógł spo­koj­nie odje­chać do domu, bo on zgubi mój trop. Życzę wam wszyst­kiego naj­lep­szego, zrze­kam się sta­no­wiska pre­zesa.
JAN KURYŁŁO

 

— I co teraz zro­bimy? — kpiąco za­py­tała Ze­nobia.

— Bóg z nim — rzekł dok­tor — niech sobie idzie w spo­koju. Obawiam się jed­nak, że człowiek-żaba nie da się wy­pro­wa­dzić w pole. Zdoła od­na­leźć Ku­ryłłę, a wówczas kto wie, czy nasz były pre­zes nie po­ża­łuje, że nie jest ra­zem z nami.

— Zga­dzam się z pa­nem — po­wie­działem prze­glą­dając atlas sa­mo­cho­dowy i szu­kając na nim le­śni­czówki o na­zwie Czarne. — Nam zaś nie po­zo­staje nic in­nego, jak obej­rzeć jed­nak do­dat­kową sza­chownicę. Przewi­duję, że zaj­mie to czas do połu­dnia. Po­tem ru­szamy na Po­lanę, do mau­zo­leum.

— Ja chcę wra­cać do Ja­sie­nia — oświad­czyła Ze­nobia. — Mam wy­żej uszu tych bez­sen­sow­nych po­dróży. Po­je­cha­łam na wy­cieczkę tylko ze względu na Fry­de­ryka, a te­raz pra­gnę wró­cić do swego domku nad jezio­rem.

Za­sta­no­wi­łem się chwilę.

— Je­śli pan dok­tor wy­razi zgodę, mo­gli­by­śmy speł­nić pani ży­cze­nie. Panie dok­torze — zwróciłem się do ojca Tella. — Czy nie ze­chciałby pan od­wieźć do Ja­sie­nia panią Ze­nobię, Ka­się oraz panią Hildę?

— A ja tam po co? — zdziwiła się Hilda. — Ja chcę zo­ba­czyć tę sza­chownicę w Czarnem.

Od­pro­wa­dzi­łem ją na bok i za­czą­łem tłu­ma­czyć:

— Mu­szę wie­dzieć, kto jest człowie­kiem-żabą: Fry­deryk czy Klaus. Doktor od­wie­zie panią do pa­łacu w Ja­sie­niu, za­mówi pani roz­mowę te­lefo­niczną z re­dak­cją, w któ­rej pra­cuje Klaus, i uda pani, że chce z nim roz­ma­wiać. Jeśli Klaus po­dej­dzie do tele­fonu, zre­zy­gnuje pani z roz­mowy. Ale my bę­dziemy wie­dzieli, że on prze­bywa w Niemczech, a więc człowie­kiem-żabą jest Fry­deryk. Doktor za­czeka na panią, a na­stęp­nie przywie­zie na Po­lanę, gdzie my bę­dziemy na was cze­kać. Chyba ma pani do mnie na tyle za­ufa­nia, aby po­wie­rzyć mi obej­rze­nie tej sza­chownicy.

— Mam do pana cał­ko­wite za­ufa­nie i zro­bię to, co pan uważa za słuszne — po­wie­działa Hilda.

Doktor zgo­dził się od­wieźć Ze­nobię, Ka­się i Hildę, chłopcy zaś mieli wraz ze mną je­chać we­hi­ku­łem do Ku­rył­łowej sza­chownicy. Lecz rap­tem wy­łoniła się trud­ność: Kasia ryk­nęła pła­czem i oświad­czyła Ze­nobii, że jest za­chwycona naszą wy­cieczką, bo prze­ży­wamy cią­gle ja­kieś nowe przy­gody, a w Ja­sie­niu cze­kają ją nudy. Cio­cia jeź­dzi wciąż do ka­wiarni, a ona po­zo­staje sama z Se­ba­stia­nem.

Poru­szeni pła­czem dziew­czynki po­pro­sili­śmy Ze­nobię, aby po­zo­sta­wiła nam Kasię i Se­ba­stiana. Chłopcy oka­zali się wiel­kimi dżentel­me­nami i przy­rzekli Ze­nobii swoją opiekę nad Kasią. Rzecz ja­sna opiekę za­gwa­ran­to­wa­łem rów­nież i ja.

Poin­for­mo­wa­łem Ze­nobię, że na­stępną noc spę­dzimy na Pola­nie w po­bliżu mau­zo­leum, a je­śli nasze ba­dania gro­bowca nie przy­niosą re­zul­tatu, po­wró­cimy do Ja­sie­nia. W każ­dym razie Ze­nobia wie­działa, gdzie nas szu­kać, i gdyby za­szła po­trzeba, mo­gła przyjechać do nas swoim mo­tocy­klem.

Umówili­śmy się z dok­to­rem i Hildą, że spo­tkamy się o piątej po połu­dniu na dro­dze w są­siedztwie ka­mie­nio­łomu. Po­że­gna­liśmy się i roz­je­cha­liśmy w różne strony.

Jeśli — jak napi­sał w swym li­ście pan Ku­ryłło — ta­jem­niczy osobnik śle­dził każdy nasz krok, to naro­bili­śmy mu teraz wiel­kiego kło­potu. Mu­siał wy­brać, czy udać się w ślad za we­hi­ku­łem, czy też za wart­bur­giem, bo prze­cież nie mógł wie­dzieć, że pan Ku­ryłło znik­nął przed świ­tem i nie odje­chał żad­nym z tych sa­mo­cho­dów.

Przy­szłość miała po­kazać, co wy­brał ta­jem­niczy prze­śla­dowca.

 


ROZDZIAŁ PIĘTNASTY [top]

JESZCZE JEDNA SZACHOWNICA • POWTÓRNA WIZYTA W GROBOWCU • ZAGADKA ROZWIĄZANA • KTO UKRADŁ PAMIĘTNIK? • „BŁYSKAWICZNA” Z WARSZAWĄ • NOC NA POLANIE

 

Była druga po połu­dniu, gdy do­tarli­śmy wreszcie do znaj­dują­cych się w głębi lasu za­bu­do­wań le­śni­czówki Czarne. Uprzejmy le­śni­czy po­zwo­lił po­zo­sta­wić we­hikuł na po­dwórku pod opieką dwóch ogrom­nych psów i wskazał nam leśną dro­żynę, która pro­wa­dziła do ka­mie­nia z sza­chownicą. Po przejściu około siedmiu­set me­trów mie­liśmy trafić na starą po­rębę i tam wła­śnie, na jej skraju, stał wielki głaz gra­ni­towy, a na nim wy­ryta była sza­chownica.

— Je­stem tu le­śni­czym od dwu­dzie­stu lat — zwie­rzał się nam — ale jak dotąd nikt nie inte­re­so­wał się tą sza­chownicą. Tylko ja za­sta­na­wia­łem się cza­sem, po co wy­ryto ów znak na ka­mie­niu. Nie py­tałem o to jed­nak ni­kogo, bo w oko­licz­nych wsiach za la­sem mieszka lud­ność, która przy­była zza Bugu i z Rze­szowsz­czy­zny, nikt więc i tak nie umiałby mi wy­tłu­ma­czyć tej sprawy.

— Więc oprócz pana nikt wła­ści­wie nie wie o tej sza­chownicy — stwierdzi­łem.

— Ano, tak wy­cho­dzi — przytaknął le­śni­czy. — Wpraw­dzie lu­dzie z oko­licz­nych wsi cho­dzą do lasu po chrust i na grzyby, ale nie sły­sza­łem, żeby ktoś za­inte­re­so­wał się tym zna­kiem. Bo prze­cież przede wszystkim za­py­tałby mnie o tę sza­chownicę. Je­stem tu go­spo­da­rzem i od­po­wia­dam za te­ren.

— Wy­ja­śnię panu, skąd się wziął ów znak na ka­mie­niu — po­wie­działem. — Przed pierwszą wojną światową część tego lasu nale­żała do Hau­bit­zów, któ­rzy swój naj­większy ma­jątek i pa­łac mieli w Ja­sie­niu nad jezio­rem. Na krań­cach swoich po­sia­dło­ści ustawiali ka­mie­nie z sza­chowni­cami, po­nie­waż sza­chownicę mieli w her­bie. Po pierwszej woj­nie światowej sprzedali te lasy, ale ni­komu z nich ani też no­wemu wła­ści­cie­lowi za­pewne nie przy­szło na myśl ze­trzeć sza­chownicę z ka­mie­nia gra­nicz­nego. I tak po­zo­stało do dziś.

Po­że­gnawszy le­śni­czego, po­ma­sze­ro­wali­śmy ścieżką przez las.

— Nie dzi­wię się — ode­zwałem się do swoich mło­dych towa­rzy­szy — że ani do pani Hildy, ani też do ni­kogo z pol­skiej ekipy śled­czej nie do­tarła wia­do­mość o tej sza­chownicy. Czarne leży o szmat drogi od Ja­sie­nia, a te lasy Hau­bit­zo­wie sprzedali pra­wie pięć­dzie­siąt lat temu.

— A jed­nak pan Ku­ryłło wpadł na jego trop — rzekł So­kole Oko.

— I to go moim zda­niem de­ma­skuje. Pan Ku­ryłło, który na krok nie opuszczał Ja­sie­nia, uzy­skał wia­do­mość, ja­kiej nie po­tra­fiła zdo­być spe­cjalna ekipa po­szu­ki­wawcza, ru­chliwa i ma­jąca wiel­kie moż­liwo­ści. Nie wie­rzę w tego ro­dzaju przy­padki. Nie wie­rzę, aby pan Ku­ryłło, idąc na spa­cer do To­pielca albo na piwo do go­spody w Ja­sie­niu, otrzymał in­for­ma­cję o sza­chownicy odle­głej o pra­wie sześćdzie­siąt ki­lo­me­trów, gdy jed­no­cze­śnie w Ja­sie­niu działała eks­pe­dycja po­szu­ku­jąca in­for­macji w tej sprawie.

— A kto mógł mu po­wie­dzieć o sza­chownicy?

— Hau­bitz — od­par­łem bez na­my­słu — lub ra­czej jego wy­słan­nik, czyli Klaus. Tylko Hau­bitz mógł po­sia­dać aż tak do­sko­nałe in­for­ma­cje o wszyst­kich daw­nych i obecnych ma­jęt­no­ściach ro­do­wych, a także o wszyst­kich sza­chowni­cach. Jest wię­cej niż pewne, że wy­sy­łając tu swego przedsta­wi­ciela po­wie­dział mu: „Nie wiem, gdzie mój oj­ciec schował pa­mięt­nik. Jeśli jed­nak cho­dzi o sza­chownice, to są one w na­stę­pują­cych miej­scach, i tam niech pan szuka skrytki z pa­mięt­ni­kiem”. Wy­słan­nik Hau­bitza, a wszystko wskazuje na to, że był nim Klaus, sam szu­kać nie mógł, bo był cią­gle ob­ser­wo­wany przez Hildę, We­bera i ludzi z pol­skiej ekipy. Związał się więc z kimś, kogo być może po­znał do­piero tutaj albo znał nieco wcześniej, z okresu swej oku­pa­cyj­nej działalno­ści w poli­cji kry­mi­nal­nej.

Przez chwilę szli­śmy w mil­cze­niu.

— Już wiem! — krzykną­łem rado­śnie. — Wiem, po co Klaus jeź­dził do To­pielca. Spotykał się tam ze swoim współpra­cow­ni­kiem, omawiał z nim sytu­ację, udzielał rad i wskazó­wek. Stało się to szczegól­nie ważne, gdy zade­cy­do­wano o po­wro­cie do Nie­miec, i Klaus, dla zmylenia po­dej­rzeń, po­sta­nowił wra­cać z We­be­rem. A z kim się spo­tykał w To­pielcu?

— Z pa­nem Ku­ryłłą — po­wie­działa Ka­sia. — Prze­cież Se­ba­stian od­na­lazł go ukrytego w ru­inach młyna.

— Tak, Ka­siu. Ku­ryłło twierdził, że ukrył się w ru­inach, aby nas śle­dzić, bo oba­wiał się, że je­ste­śmy nie­mieckimi szpiegami. Prawda jest taka, że on tam schował się przed nami, aby nikt nie do­my­ślił się, że spo­tykał się w To­pielcu z Klausem.

— Lecz dla­czego przy­stał do na­szego Związku? — za­pytał Tell. — Dla­czego nie szu­kał na wła­sną rękę?

— Ach, robił i to. We­spół z Klausem pe­ne­tro­wał nocą ruiny ob­ser­wato­rium, zniszczył płytki na ko­minku, obej­rzał ka­mień gra­niczny w To­pielcu. Lecz pa­mięt­nika nie zna­lazł. Dal­sze jed­nak po­szu­ki­wa­nia były o wiele trud­niej­sze, mo­gły bo­wiem wzbudzić po­dej­rze­nia. Pa­mię­tacie, jakie są na przy­kład trud­ności z otrzyma­niem klu­cza do gro­bowca Hau­bitza? Przewod­ni­czący gro­madzkiej rady naro­do­wej zażą­dałby od Ku­ryłły do­wodu oso­bi­stego, za­pi­sałby imię, na­zwi­sko, adres, a kto wie, czy w ogóle dałby mu ten klucz. Oczywi­ście Ku­ryłło mógłby się wła­mać do gro­bowca, ale to straszny tchórz. Takie wła­ma­nie zresztą wzbudzi­łoby po­dej­rze­nie władz. Jed­nym sło­wem, nasz pre­zesu­nio przewi­dy­wał sze­reg trud­ności związa­nych z po­szu­ki­wa­niami. A tu nagle wy­łoniła się sprawa na­szego Związku i wy­nik­nęła de­cyzja Hildy kon­tynu­owa­nia po­szu­ki­wań. Ku­ryłło ochoczo przyłączył się do nas, zo­stał na­szym pre­ze­sem, gdyż da­wało mu to dwie moż­liwo­ści: ob­ser­wo­wa­nia swoich prze­ciw­ni­ków nie bu­dząc ich po­dej­rzeń oraz udziału w ofi­cjal­nych po­szu­ki­wa­niach we­spół z Hildą. Wy­obra­żam sobie, jak rado­śnie za­cierał ręce Klaus, gdy do­wie­dział się od Ku­ryłły o na­szym Związku. Od­je­chał do Nie­miec ze spo­koj­nym ser­cem. A Ku­ryłło? Warto pa­mię­tać, że nasz pre­zes to wielki py­sza­łek, a to ma pewne zna­cze­nie w tej sprawie. On uważa sie­bie za naj­sprytniej­szego czło­wieka na świe­cie. Był pe­wien, że gdy trafi na trop za­gadki, po­trafi nas wy­ki­wać. Co też chyba się i stało.

— Więc pan sądzi, że on już zna­lazł pa­mięt­nik? — prze­raził się Tell.

— Tego nie po­wie­działem. Lecz przy­pusz­czam, że wie, gdzie jest pa­mięt­nik. W prze­ciw­nym razie nie po­wie­działby nam o sza­chownicy w Czarnem. On wie, że tu nie ma pa­mięt­nika. Bo wie, że pa­mięt­nik jest gdzie in­dziej. Nas wy­słał tutaj, a sam po­szedł po pa­mięt­nik.

— To dla­czego my idziemy tutaj, a nie za nim? — za­wo­łała na­iwnie Kasia.

— Do­kąd, Ka­siu, mamy pójść? Czy wiesz, do­kąd po­szedł Ku­ryłło? — za­py­tałem.

— Na po­cie­sze­nie — do­da­łem po chwili — po­zo­staje nam jesz­cze Fry­deryk i ta­jem­niczy prze­śla­dowca Ku­ryłły. Wszystko wskazuje, że to jedna i ta sama osoba. Teraz mo­żemy się już do­my­ślać, dla­czego Ku­ryłło był prze­śla­do­wany. Ta­jem­niczy na­past­nik chciał od niego wy­drzeć nie in­for­ma­cje o jesz­cze jed­nej sza­chownicy, ale za­pra­gnął wie­dzieć, gdzie jest pa­mięt­nik. W związku z tym jedno mnie jesz­cze za­sta­na­wia: jeśli Fry­deryk jest ta­jem­ni­czym prze­śla­dowcą, to w ja­kiej chwili i kiedy zdo­był pew­ność, że Ku­ryłło wie o miej­scu ukry­cia pa­mięt­nika. Bo w prze­ciw­nym razie nie gro­ziłby mu pi­sto­letem, nie usi­ło­wałby go po­rwać.

Ale i na to pyta­nie nikt z nas nie zna­lazł od­po­wie­dzi.

— Nie­wy­klu­czone zresztą — rze­kłem — że Ku­ryłło od­szedł od nas nie po to, aby pójść po pa­mięt­nik, ale aby, tak jak napi­sał w swym li­ście, uwolnić się od prze­śla­dowcy i skie­ro­wać go na fał­szywy trop, czyli pu­ścić w ślad za nami.

Zna­leźli­śmy się na skraju po­ręby poro­śniętej krza­kami jeżyn. Chłopcy roz­biegli się na wszystkie strony i po chwili So­kole Oko przywołał nas do sie­bie wskazując duży, za­pad­nięty w zie­mię głaz na­rzu­towy. Na jego pół­noc­nej stro­nie wid­niał, czę­ściowo po­kryty zie­lo­nym mchem, wy­raźny znak sza­chownicy.

Stało się dla nas oczywiste, że tak nie­duży przedmiot, jak pa­mięt­nik, za­bez­pie­czony w ja­kimś żela­znym lub drewnia­nym pudle, mógł zo­stać za­ko­pany w naj­bliż­szym są­siedztwie ka­mie­nia.

Na­le­żało więc sta­ran­nie prze­ko­pać cały teren, lecz tego ro­dzaju czynność mu­sia­łaby nam zająć przy­najmniej cały dzień lub na­wet dwa dni.

Miałem nie­mal pew­ność, że Ku­ryłło działał w poro­zu­mie­niu z wy­słan­ni­kiem Kon­rada von Hau­bitz. Wskazując nam miej­sce, gdzie znaj­do­wała się jesz­cze jedna sza­chownica, po­stąpił on jak gracz sza­chowy, który pod­sta­wił fi­gurę, aby zna­leźć się w ko­rzystniej­szej po­zycji. Traci, aby zy­skać. I może chciał wła­śnie zy­skać na cza­sie? Gdy­by­śmy zde­cy­do­wali się ko­pać wo­kół ka­mie­nia, ko­rzystna dla niego ilość czasu zwięk­sza­łaby się wie­lo­krot­nie.

— Je­dziemy do mau­zo­leum — po­wie­działem do chłopców i Kasi.

Wró­cili­śmy do we­hi­kułu i po­mknęliśmy w stronę My­ślibo­rza. Tam zje­dli­śmy obiad, a za kwa­drans piąta za­trzyma­łem we­hikuł w umówio­nym miej­scu u stóp Po­lany.

Doktor i Hilda przy­byli z pół­go­dzin­nym opóźnie­niem. W krót­kich sło­wach Hilda zdała mi rela­cję ze swego po­bytu w Ja­sie­niu.

— Pra­wie pięć go­dzin cze­ka­łam na połą­cze­nie tele­fo­niczne. Wreszcie jed­nak do­dzwoniłam się do re­dak­cji Klausa. Se­kre­tarka oświad­czyła mi, że pan Klaus wła­śnie przed chwilą wy­je­chał. Za­py­tałam, kiedy wróci, i otrzyma­łam od­po­wiedź, że wy­je­chał na kilka dni za gra­nicę. Nie chciała po­wie­dzieć do­kąd.

— Herr Klaus jest w dro­dze do Pol­ski — stwierdzi­łem. — Moje przewi­dy­wa­nia, acz­kol­wiek z opóźnie­niem, jed­nak spraw­dzają się.

Doktor miał nieco wię­cej do opo­wia­dania.

— Pani Hilda cze­kała na połą­cze­nie tele­fo­niczne, a ja od­wio­złem Ze­nobię do ośrodka cam­pin­go­wego. Od kie­row­nika ośrodka do­wie­działem się, że Ku­ryłło jesz­cze nie wró­cił, ale musi wró­cić, gdyż w domku po­zo­sta­wił wiele swoich rze­czy. Na­stęp­nie pod­je­cha­łem pod ka­wiar­nię pała­cową. Na tara­sie sie­dział Fry­deryk i po­pijał napój cy­try­nowy. Ja się z nim nie po­kłó­ciłem, mnie on nie wy­my­ślał, tak jak panu, panie To­ma­szu, więc jak gdyby nigdy nic do­sia­dłem się do niego i dłuż­szy czas roz­ma­wia­liśmy o róż­nych sprawach ogól­nej na­tury, o ce­nach, kło­po­tach tury­stów w róż­nych kra­jach itp. Poin­for­mo­wa­łem go, że jego na­miot jest już w domku pani Ze­nobii i może go zaraz ode­brać. Wkrótce nade­szła Ze­nobia. Bar­dzo się ucie­szyła na wi­dok Fry­de­ryka i oczywi­ście do­sia­dła się do nas. Och, jak się do niego wdzię­czyła, jak szczebio­tała.

— Czy wy­szczebio­tała mu o ucieczce Ku­ryłły?

— Nie. Na­to­miast po­wie­działa o od­kry­ciu jesz­cze jed­nej sza­chownicy. Na­ma­wiała Fry­de­ryka, aby nie cho­wał w sercu urazy i przyłączył się do na­szej wy­cieczki. Za­chę­cała go, żeby jesz­cze dziś wie­czór poje­chał z nią na Po­lanę, gdzie za­mie­rzamy no­co­wać i gdzie ona po­winna przyjechać, po­nie­waż tam bę­dzie Kasia. Po­wie­działa mu rów­nież, że chcemy po­wtórnie prze­szu­kać gro­bo­wiec.

— I co na to Fry­deryk?

— Obojętnie przyjął te wia­do­mo­ści. Od­rzekł jej, że sprawa ta­jem­ni­czej sza­chownicy prze­stała go ob­cho­dzić. Po­sta­nowił jutro wy­je­chać do Jugo­sła­wii. Ze­nobia za­pro­po­no­wała mu wspólne spę­dze­nie wie­czoru na tań­cach w świetlicy pała­co­wej, bo tam miał być tak zwany wie­czo­rek za­po­znawczy dla nowo przy­by­łych gości. Fry­deryk od­mó­wił, tłu­ma­cząc się zmę­cze­niem. Ze­nobia wy­da­wała się zroz­pa­czona.

— Zmę­cze­niem? — wzruszy­łem ra­mio­nami. — To prze­cież męż­czy­zna silny jak tur. Je­stem prze­ko­nany, że Fry­deryk czeka w Ja­sie­niu na Ku­ryłłę. Czyha tam na niego jak pająk w sieci na tłustą mu­chę. Za­mie­rza wy­dusić z niego ta­jem­nicę miej­sca ukry­cia pa­mięt­nika. Tę ta­jem­nicą jed­nak za­cho­wuje Ku­ryłło dla Klausa, który już jest w dro­dze do Pol­ski.

— Pan sądzi, że Ku­ryłło zna to miej­sce? — zdziwiła się Hilda.

Wtedy opo­wie­działem jej i dok­to­rowi o swoich po­dej­rze­niach co do roli i po­stę­po­wa­nia na­szego by­łego pre­zesa. Moje wy­wody wy­dały się im lo­giczne i słuszne.

— Więc co po­win­ni­śmy zro­bić w tej sytu­acji? — za­sta­na­wiała się Hilda.

— Nic — od­rze­kłem ku ich zdu­mie­niu. — Prze­cież to są tylko przy­pusz­cze­nia. Nie dys­po­nu­jemy żad­nymi do­wo­dami prze­ciw Ku­rylle. Nie po­zo­staje nam nic in­nego, jak zgodnie z pla­nem po­now­nie prze­szu­kać mau­zo­leum. A je­śli to nie da po­żą­da­nych re­zul­tatów, ju­tro poje­dziemy do Ja­sie­nia i pani, panno Hildo, spró­buje skontak­to­wać się tele­fo­nicz­nie z kimś z ekipy śled­czej. Po­wia­domi ich pani o na­szych po­dej­rze­niach związa­nych z osobą Ku­ryłły, a także o po­wro­cie Klausa. Już oni będę wie­dzieli, co dalej robić. A teraz — na górę, do gro­bowca.

Sa­mo­chody, do­brze za­mknięte, zde­cy­do­wali­śmy po­zo­sta­wić na noc w ka­mie­nio­łomie, a sami wraz z na­mio­tami, śpi­wo­rami i kuchnią po­lową po­sta­no­wili­śmy wdrapać się na Po­lanę i za­no­co­wać w naj­bliż­szym są­siedztwie gro­bowca, żeby mieć czas na sta­ranne zba­danie jego wnę­trza.

Ob­ju­czeni sprzętem cam­pin­go­wym po­ma­sze­ro­wali­śmy wą­ską ścieżką, skrajem ka­mie­nio­łomu, po­tem we­szli­śmy w las bu­kowy. Do­tarli­śmy do mau­zo­leum i tu­taj roz­dzie­lili­śmy mię­dzy sie­bie za­dania. Chłopcy, dok­tor i Kasia wzięli się do roz­sta­wia­nia na­miotów, a ja i Hilda pod­jęli­śmy się prze­szu­kania gro­bowca.

Długą chwilę mo­zoli­łem się z za­rdzewiałą kłódką na drzwiach. Wreszcie udało mi się otworzyć mau­zo­leum.

Sta­ną­łem na progu i mimo pół­mroku zale­gają­cego wnę­trze gro­bowca na­tychmiast zo­ba­czy­łem coś, co na­peł­niło mnie gniewem, gory­czą i zło­ścią.

— A niech to wszyscy diabli we­zmą! — za­wo­łałem gło­śno.

Nad­biegł dok­tor, chłopcy i Kasia.

— Co się stało? — za­py­tała Hilda.

— Pani się pyta, co się stało? — od­par­łem ze zło­ścią.

Za­pali­łem la­tarkę elek­tryczną, aby usu­nąć pół­mrok z gro­bowca.

— Spójrzcie na tę ścianę — wy­ja­śni­łem po­wód swego wzburze­nia. — Są tam cztery dziury po śru­bach, które w tym miej­scu kie­dyś przytrzy­my­wały jakąś ta­blicę. Wła­śnie tu za­pewne wi­siała płyta na­grobkowa z imie­niem i na­zwi­skiem, datą uro­dze­nia i zgonu oraz... No, z czym jesz­cze? — za­py­tałem.

— Z her­bem — od­po­wie­dział Tell.

— Tak, z her­bem Hau­bit­zów, a więc z sza­chownicą. A te­raz spójrzcie poni­żej, na po­sadzkę. W tym miej­scu bra­kuje czte­rech ka­fel­ków. Za­miast nich wi­dać ślady gipsu. Przyjrzyj­cie się. Nie­dawno ktoś wy­dłu­bał ten gips scy­zory­kiem. Czy wi­dzi­cie odci­śnięty w dol­nej war­stwie gipsu ślad? Tu był pa­mięt­nik, moi ko­chani, w me­talo­wej kase­cie. Tu leżał pa­mięt­nik Kon­rada von Hau­bitz, który za­brał nasz pre­zes, Ku­ryłło.

Hilda, dok­tor, Kasia i chłopcy słu­chali mnie jak oniemiali.

Zro­biłem kilka kro­ków po wnę­trzu gro­bowca i roz­gar­ną­łem nogą kupę sta­rego mchu. Uka­zała się nam biała od gipsu żela­zna ka­setka. Pod­nio­słem ją i otworzy­łem. Była pusta.

— Jak to się stało? Kiedy? — po­wta­rzała zroz­pa­czona Hilda.

Ude­rzy­łem się dło­nią w piersi.

— To moja wina. By­łem ślepy i mia­łem chyba otę­piały umysł, bo nie zwróciłem uwagi na te dziury po ta­blicy na­grobko­wej. Och, czemu nie po­my­śla­łem, że na tej ta­blicy mu­siał rów­nież wid­nieć herb Hau­bit­zów, a w nim sza­chownica. Ku­ryłło miał jed­nak tę wyż­szość nad nami, że po­sia­dał do­dat­kowe in­for­ma­cje od Klausa, czyli wprost od Hau­bitza. Po­wie­dziano mu: w ob­ser­wato­rium są dwie sza­chownice, po jed­nej — na ko­ściele w Ja­sie­niu, na ka­mie­niu w To­pielcu, na ka­mie­niu w Czarnem, na ko­ściołach w Dol­sku i w Lu­bie­cho­wie Gór­nym. A trzy sza­chownice znaj­dują się w gro­bowcu Her­manna von Hau­bitz. I gdy Ku­ryłło wszedł tutaj ra­zem z nami, na­tychmiast stwierdził, że w mau­zo­leum widzi tylko dwie, a nie trzy sza­chownice. Gdzie jest trze­cia? Oczywi­ście, do­my­ślił się, że była ona na pły­cie na­grobko­wej, którą ktoś ukradł. Spoj­rzał na po­sadzkę pod miej­scem, gdzie wi­siała płyta, i za­uwa­żył, że za­miast czte­rech ka­fel­ków jest gips, który zsza­rzał i nie od­bijał od tła po­sadzki. Jo­han­nowi von Hau­bitz łatwo było wy­jąć ka­felki, wy­dłu­bać pod nimi dziurę, wło­żyć ka­setkę z pa­mięt­ni­kiem, a po­tem zalać ją gip­sem. Wy­star­czyło, że przywiózł tutaj nie­dużą torbę z gip­sem i tro­chę wody. W ciągu pół go­dziny mógł spo­rzą­dzić całą skrytkę. I nie wię­cej niż kwa­drans po­trze­bo­wał Ku­ryłło, aby wy­do­być pa­mięt­nik. Przypo­mnij­cie sobie, że prze­by­wał tutaj pra­wie trzy kwa­dranse. Ka­setkę ukrył pod mchem, a pa­mięt­nik schował za pa­zu­chę i, gniewa­jąc się na nas za po­zo­sta­wie­nie w gro­bowcu, za­siadł w moim sa­mo­cho­dzie. Ku­ryłło jest ge­niu­szem! — za­wo­łałem. — Ale nie gor­szy od niego oka­zał się Fry­deryk. Na­brał on po­dej­rzeń wo­bec Ku­ryłły już chyba po fak­cie od­nale­zie­nia go w mły­nie To­pie­lec i upewnił się w po­dej­rze­niach, gdy Ku­ryłło po­zo­stał na wieży ko­ścielnej. Po­tem Ku­ryłło za­wie­ru­szył się po­now­nie i wtedy Fry­deryk zde­cy­do­wał się spraw­dzić przy­czynę tego faktu. Pa­mię­tacie, on sam ofia­rował się pójść do gro­bowca i uwolnić Ku­ryłłę. Po­szli­ście jed­nak całą gro­madką, chłopcy, dok­tor, Fry­deryk i Ze­nobia...

— Tak było — pod­jął wą­tek dok­tor. — Tell otworzył drzwi, Ku­ryłło wy­szedł z mau­zo­leum i za­czął na nas krzy­czeć, a my go prze­pra­szali­śmy. Je­dyną osobą, która jesz­cze raz we­szła do mau­zo­leum po opuszcze­niu go przez Ku­ryłłę, był wła­śnie Fry­deryk. Nie zwracali­śmy na to uwagi, za­jęci prze­bła­gi­wa­niem Ku­ryłły. Teraz przy­po­mi­nam sobie, że Fry­deryk za­bawił w gro­bowcu na­wet kilka mi­nut, to ja wy­wo­łałem go stamtąd. Tell za­mknął kłódkę i wspólnie wra­cali­śmy do sa­mo­chodu. Przypo­mi­nam sobie, że Fry­deryk szedł z nami mil­czący i za­my­ślony...

— Tak, ma pan rację — po­wie­działem. — Za­pewne Ku­ryłło za­ma­sko­wał resztkami mchu wy­kru­szony gips i ukrył w mchu pustą ka­setę. Ale prze­cież Fry­dery­kowi wy­star­czyło parę razy roz­gar­nąć nogą mech na po­sadzce, aby od­kryć dziurę i zna­leźć ka­setę. Co mógł jed­nak uczynić w tej sytu­acji? Gdyby pod­niósł alarm, ode­bra­liby­śmy Ku­rylle pa­mięt­nik i od­dali­by­śmy go pani Hil­dzie. Fry­deryk po­stąpił ina­czej i to jest ko­ron­nym do­wo­dem, że nie był nigdy na­szym sprzymie­rzeń­cem, lecz szu­kał pa­mięt­nika na wła­sną rękę.

— Cie­kawe, z czy­jego pole­cenia? — za­sta­na­wiała się Hilda.

— Nie mam poję­cia — stwierdzi­łem. — Wiemy tylko, że przemil­czał swoje spo­strzeżenie i zde­cy­do­wał się cze­kać na naj­bliż­szą oka­zję, aby za­brać Ku­rylle pa­mięt­nik. Na górze zam­ko­wej w Mo­ryniu zna­lazł się na­resz­cie sam na sam z pre­ze­sem i pod groźbą pi­sto­letu zażą­dał wy­dania pa­mięt­nika. Może prze­ra­żony pre­zes zgo­dził się, lecz po­tem roz­my­ślił i ran­kiem uciekł z obozu? Z mojej winy po­goń za nim nie udała się Fry­dery­kowi, który tym roz­wście­czony po­pę­dził do Ja­sie­nia, aby tam roz­pra­wić się z Ku­ryłłą. Wkrótce prze­konał się, że zo­stał oszukany, i wtedy spró­bo­wał po­rwać Ku­ryłłę z na­szego obozu, aby zmu­sić go do wy­dania pa­mięt­nika. Nie wie­dział prze­cież, gdzie Ku­ryłło prze­cho­wuje pa­mięt­nik. I tym ra­zem nie udało się to Fry­dery­kowi. Po­sta­nowił więc za­cze­kać na niego w Ja­sie­niu. A Ku­ryłło? Czuł się wśród nas bez­pieczny, do­póki nie usły­szał, że pra­gnę wró­cić do mau­zo­leum i jesz­cze raz je prze­szu­kać. Do­my­ślał się, że od­kry­jemy w gro­bowcu ślady jego działalno­ści, od­naj­dziemy ka­setę i do­wiemy się o jego roli. Chciał od­wlec tę chwilę i zdra­dził nam in­for­ma­cję o jesz­cze jed­nej sza­chownicy. A sam wy­niósł się ci­cha­czem z obozu, za­pewne także i w tym celu, aby zmy­lić prze­śla­dują­cego go Fry­de­ryka. Je­stem pe­wien, że w tej chwili Ku­ryłło sie­dzi gdzieś w ukry­ciu i czeka na przyjazd Klausa, z któ­rym był już uprzednio umó­wiony.

Doktor za­czął dreptać w miej­scu, pełen nie­po­koju i nie­cier­pli­wo­ści.

— Pro­szę pań­stwa! — za­wołał. — W takiej sytu­acji każda mi­nuta jest droga. Mu­simy schwytać Ku­ryłłę i ode­brać mu pa­mięt­nik. Każda mi­nuta może być bez­cenna. Róbmy coś, działajmy! Klaus nad­je­dzie tu naj­dalej jutro rano. Ku­ryłło wrę­czy mu pa­mięt­nik, a wtedy wszystko prze­padło.

— Po­śpiech jest złym do­radcą — zmi­ty­go­wa­łem dok­tora. — Czy sądzi pan, dok­torze, że Ku­ryłło nosi pa­mięt­nik w kie­szeni lub pod pa­chą? Co bę­dzie, jeśli schwytany przez nas Ku­ryłło wy­prze się wszyst­kiego i stwierdzi, że nie zna­lazł pa­mięt­nika? Co bę­dzie, jeśli rewi­zja u Ku­ryłły nie da nam pa­mięt­nika? Spło­szymy ptaszków i Klaus wróci z ni­czym do Nie­miec. Ale gdy sprawa przy­cich­nie, skontak­tuje się znowu z Ku­ryłłą i przyjedzie do Pol­ski po raz trzeci. Nasz pre­zes wy­do­bę­dzie wówczas z ukry­cia pa­mięt­nik i do­bije targu.

— Więc co pan radzi zro­bić?

— Nic. To zna­czy nie­zu­peł­nie nic. Przede wszystkim nie wolno nam dać po­znać po sobie, że znamy prawdę. Doktor, chłopcy i Kasia po­zo­staną w obo­zie koło mau­zo­leum, a ja z panią Hildą po­jadę na­tychmiast do Ja­sie­nia. Pani Hilda skontak­tuje się tele­fo­nicz­nie z kie­row­ni­kiem pol­skiej ekipy śled­czej, przedstawi mu sytu­ację, a oni już będą wie­dzieli, jak po­stą­pić z Ku­ryłłą. Trzeba umożliwić Klausowi i Ku­rylle spo­tka­nie i do­piero wtedy wkroczyć do akcji. Na­leży schwytać ich na gorą­cym uczynku prze­ka­zy­wa­nia sobie pa­mięt­nika, bo to jest je­dyna szansa, aby ten pa­mięt­nik do­stał się w nasze ręce. Więc ja od­wiozę do Ja­sie­nia panią Hildę, a po­tem wró­cimy na Po­lanę. Zgoda?

— Tak jest — przytak­nęła Hilda.

Po kilku mi­nu­tach sie­dzie­liśmy już w wo­zie.

Był wie­czór, pora sza­rego zmierzchu. Za­pali­łem światła re­flektorów i na peł­nym gazie ru­szy­łem szosą do Ja­sie­nia. Klaus wy­je­chał do Pol­ski do­piero po połu­dniu i prze­być mu­siał pra­wie całe Niemcy Za­chodnie, a póź­niej Nie­miecką Re­pu­blikę De­mo­kra­tyczną. Było oczywiste, że po dro­dze ze­chce gdzieś no­co­wać, a więc nie mógł przejechać pol­skiej gra­nicy wcześniej niż jutro rano. Zda­wa­łem sobie sprawę, że nie­wiele czasu po­zo­sta­nie pol­skim wła­dzom do zor­gani­zo­wa­nia pu­łapki, w którą wpadnie Klaus i Ku­ryłło. Dla­tego miał jed­nak racją dok­tor, gdy po­wie­dział, że każda mi­nuta jest cenna.

— Skąd była ta ekipa śled­cza? Z War­szawy? — za­py­tałem.

— Tak. Kie­row­nik tej ekipy po­zo­sta­wił mi swój war­szawski służ­bowy nu­mer tele­fonu i po­wie­dział, że gdyby na­su­nęły mi się ja­kieś nowe spo­strzeżenia w związku ze sprawą pa­mięt­nika, to mogę w każ­dej chwili te­lefo­nicz­nie skontak­to­wać się z nim. Wy­znaję, że mam tro­chę do nich pre­tensji: mo­gli i oni do­my­ślić się, że Klaus na­wią­zał tu ja­kieś kon­takty, zna­lazł po­moc­nika i zlecił mu dal­sze po­szu­ki­wa­nia. Dla­czego zgo­dzili się na naszą rezy­gna­cję z po­szu­ki­wań i wy­jazd do Nie­miec?

— Za­pewne wpa­dli na ten sam co i ja po­mysł, ale może wła­śnie na rękę była im wa­sza rezy­gna­cja, wy­jazd i spo­kój wo­kół tej sprawy, gdyż wła­śnie to mo­gło ośmielić wy­słan­nika Hau­bitza do pod­jęcia działalno­ści. Je­stem pe­wien, że wie­dzą o każ­dym na­szym kroku, ob­ser­wują także na­szych prze­ciw­ni­ków i włą­czą się do akcji we wła­ści­wej chwili. Lecz mimo tej pew­ności trzeba ich poin­for­mo­wać o nie­bez­piecznej sytu­acji.

— A Fry­deryk? Jak pan sądzi, kim on jest?

— Pro­ces we Frankfur­cie wzbudził dość duże za­inte­re­so­wa­nie w róż­nych śro­do­wi­skach. Kto wie, czy sprawą pa­mięt­nika nie za­inte­re­so­wał się wy­wiad któ­regoś z wiel­kich mo­carstw. Czytałem kie­dyś wspo­mnienia jed­nego z funk­cjo­na­riu­szy wy­wiadu bry­tyj­skiego. Pi­sał on, że ca­łymi la­tami skru­pu­latnie zbie­rali kom­pro­mi­tu­jące wia­do­mo­ści o róż­nego ro­dzaju działa­czach po­li­tycz­nych w róż­nych kra­jach, aby wy­cią­gnąć je na stół w od­po­wiedniej chwili. I pod groźbą pu­blicznego skandalu czy­nili z nich po­słuszne sobie na­rzę­dzia. Może jakiś wy­wiad chce mieć Hau­bitza w swoim ręku i do tego po­trzebny jest pa­mięt­nik? Czy osoba Fry­de­ryka nie wy­daje się pani po­dej­rzana? Ten jego pły­wa­jący po wo­dzie, silny jak czołg sa­mo­chód, strój do nur­ko­wa­nia, pi­stolet ga­zowy, chlo­ro­form, jego inte­li­gen­cja, urok oso­bisty...

Nie do­koń­czy­liśmy roz­mowy. W świetle re­flektorów zo­ba­czy­łem pierwsze domki wsi Ja­sień. Przeje­cha­łem obok ko­ścioła i skrę­ciłem pod pałac nad jezio­rem. Hilda wy­sko­czyła z we­hi­kułu i czym prę­dzej po­bie­gła do swego po­koju, skąd za­mie­rzała za­mó­wić bły­ska­wiczną roz­mowę z War­szawą.

A ja wstąpiłem do ka­wiarni pa­ła­co­wej, ale nie za­sta­łem tam ani Fry­de­ryka, ani Ze­nobii. Wśród wo­zów par­kują­cych koło pa­łacu nie było także ogrom­nego, forda ze szwajcar­skimi nu­me­rami reje­stra­cyj­nymi.

W re­cep­cji za­py­tałem o Fry­de­ryka i otrzyma­łem zdu­mie­wa­jącą od­po­wiedź:

— Pan Fry­deryk Braun zwolnił swój pokój i wy­je­chał przed wie­czo­rem.

— Czy nie wia­domo do­kąd?

— Nie pyta­liśmy. Wspo­mniał coś o Jugo­sła­wii...

Wsiadłem do we­hi­kułu i po­je­cha­łem do ośrodka wy­po­czynko­wego po dru­giej stro­nie je­ziora. Za­pu­ka­łem do domku Ze­nobii. Nikt jed­nak mi nie otworzył, w po­bliżu domku nie zna­la­złem straszli­wego mo­tocy­kla. Za­pu­ka­łem do domku Ku­ryłły, ale i tu rów­nież nikt nie otworzył. Po­sze­dłem więc do kie­row­nika ośrodka.

— Pytał pan o pana Ku­ryłłę? Owszem, przed dwiema go­dzi­nami wła­śnie po­wró­cił z wy­cieczki, za­brał swoje rze­czy i zwolnił do­mek. Spie­szył się na auto­bus do Wro­cła­wia.

Nie mo­głem opa­no­wać wzrastają­cego we mnie nie­po­koju. Zda­rze­nia roz­wi­jały się w spo­sób dla mnie nie­zro­zu­miały. Wró­ciłem do pa­łacu i po­bie­głem do po­koju Hildy. Wła­śnie skończyła roz­mowę z War­szawą. Tak zwane połą­cze­nie bły­ska­wiczne kosztuje dzie­sięć razy dro­żej niż nor­malne, lecz w tej sprawie nie nale­żało być oszczęd­nym.

— I co? I co? — py­tałem z nie­po­ko­jem.

— Tak jak pan przewi­dy­wał, od­po­wie­dziano mi, że wie­dzą o mo­ich dal­szych po­szu­ki­wa­niach pa­mięt­nika. Mają pełne in­for­ma­cje w tej sprawie i trzymają rękę na pul­sie.

— Trzymają rękę na pul­sie? Tak się wy­razili? — ucie­szy­łem się.

— Tak. I po­wie­dziano mi jesz­cze, że oni wie­dzą rów­nież o za­mie­rzo­nym przez Klausa po­wro­cie do Pol­ski. Otrzymali sy­gnał, że Klaus znowu po­prosił o ze­zwolenie na wjazd do Pol­ski i otrzymał je.

— Chwała Bogu — ode­tchnąłem z ulgą.

— Na­ka­zali mi spo­kój i roz­wagę. Po­pro­sili, abym ro­biła to, co do tej pory. To zna­czy: po­szu­ki­wała pa­mięt­nika.

— W takim razie wra­camy na Po­lanę — zade­cy­do­wa­łem. — Wkrótce bę­dziemy znowu w ka­mie­nio­łomie, a po­tem wśród przyjaciół, któ­rzy tam chyba umierają z nie­po­koju.

W go­dzinę póź­niej dra­pali­śmy się w ciemno­ściach na szczyt Po­lany, gdzie w naj­bliż­szym są­siedztwie mau­zo­leum Hau­bitza bie­lały w mroku trzy na­mioty. Doktor, chłopcy i Kasia jesz­cze nie spali. Oka­zało się, że cze­kają na nas z przy­go­to­waną kola­cją. Je­dząc po­wtó­rzyli­śmy im treść roz­mowy te­lefo­nicz­nej oraz po­dzie­lili­śmy się wszyst­kimi na­szymi przy­pusz­cze­niami.

— A więc nasza rola już skoń­czona — stwierdził dok­tor. — Za­pewne będą ob­ser­wo­wać Klausa od chwili, gdy prze­kro­czy pol­ską gra­nicę. Umożli­wią mu spo­tka­nie z Ku­ryłłą i aresztują ich w mo­men­cie, gdy będą sobie prze­ka­zy­wać pa­mięt­nik.

Tell był obu­rzony.

— To tak?! — za­wołał. — To my tyle się na­pra­co­wali­śmy, na­szu­kali­śmy, a oni teraz przyjdą na go­towe? I na­wet nas nie za­pro­szą na naj­cie­kaw­szy mo­ment w tej sprawie? Wie­wiórka nały­kał się gazu z pi­sto­letu Klausa, a nie bę­dzie świad­kiem schwyta­nia łobu­zów?

— A Se­ba­stian? On też nały­kał się gazu — przy­po­mniała Ka­sia.

— Prze­ko­nacie się — prze­po­wia­dał So­kole Oko — oni na­wet nie po­dzię­kują nam za udział w tych wy­da­rze­niach.

— Tak jest, na­wet nam nie po­dzię­kują — przytaknął Wie­wiórka. — Jesz­cze po­wie­dzą, że im utrudniali­śmy działal­ność.

Hilda za­pro­te­sto­wała.

— Je­śli otrzymam pa­mięt­nik, w naj­większych nie­mieckich ga­ze­tach ogło­szę po­dzię­ko­wa­nie dla was.

— Na­prawdę? Tak pani zrobi? — ucie­szył się Tell.

— Ja wo­lał­bym w pol­skich — rzekł bez­czel­nie Wie­wiórka. — Bo przy­najmniej chło­paki w szkole do­wie­dzą się o mo­ich przy­go­dach. Nie uwie­rzą, jeśli im sam opo­wiem.

— Do­brze. Prze­ślę po­dzię­ko­wa­nie i do pol­skich gazet — zgo­dziła się Hilda.

Po­zwo­liłem sobie zro­bić nie­śmiałą, lecz chyba rze­czową uwagę:

— A tym­cza­sem pa­mięt­nik jest jak przy­sło­wiowy wró­bel na da­chu. Wy­daje mi się, że dzie­licie skórę na niedźwie­dziu, któ­rego jesz­cze nie upo­lo­wano.

Chłopcy za­kło­potali się. Na­stało mil­cze­nie. Doktor spoj­rzał na zega­rek.

— Je­dena­sta. Czy nie są­dzi­cie, że już na­leży iść spać?

So­kole Oko wes­tchnął:

— A jed­nak to wielka szkoda, że nasza rola się skończyła...

— Spać, spać, spać — na­wo­ływał dok­tor za­ga­nia­jąc chłopców do na­miotu.

Wy­znaję, że i mnie było ni­jako. Nie dla­tego, że skończyła się jesz­cze jedna wspaniała przy­goda. Przykra była mi świado­mość, że koń­czyła się bez na­szego udziału. Wy­obra­ża­łem sobie, że to my od­naj­dziemy pa­mięt­nik i z dum­nymi mi­nami wrę­czymy go Hil­dzie.

A tym­cza­sem miało się to stać gdzieś poza nami, w nie zna­nej nam sytu­acji, w któ­rej nie bę­dziemy na­wet bier­nymi świad­kami.

I tej nocy na Pola­nie kła­dli­śmy się spać z cięż­kimi ser­cami, są­dząc, że ktoś inny napi­sze za­koń­cze­nie histo­rii roz­po­czę­tej w har­cer­skiej Księ­dze stra­chów.

Och, jakże byli­śmy na­iwni...

 


ROZDZIAŁ SZESNASTY [top]

KOGO ZWĘSZYŁ SEBASTIAN? • NOCNA WYPRAWA DO LASU • GROŹNY NAPASTNIK • W POGONI ZA ZŁODZIEJAMI • WIEWIÓRKA OKAZUJE SIĘ GRYZONIEM • ZENOBIA CORAZ BARDZIEJ PODEJRZANA • ROZMYŚLANIA

 

Nad­cho­dziła burza. Le­żeli­śmy już w na­mio­tach (w jed­nym ja z dok­to­rem, w dru­gim Hilda z Ka­sią, a w trze­cim chłopcy), gdy usły­szeli­śmy jej głu­chy po­mruk. Był to od­głos po­dobny do usu­wa­nia się ka­miennej la­winy po stro­mym zbo­czu. Po­tem, w miarę zbli­żania się burzy, głu­che dud­nie­nie miało coraz rzad­sze prze­rwy, wy­da­wać się mo­gło, że no­cu­jemy w po­bliżu ogrom­nego wul­kanu.

Doktor spał smacznie mimo ło­skotu, mnie jed­nak sen uciekł z po­wiek. Po ja­kimś cza­sie stwierdzi­łem, że burza prze­cho­dzi bo­kiem. Lecz i wówczas nie za­sną­łem, tylko słu­cha­łem wciąż jej ba­so­wego głosu. Zresztą może na chwilę na­wet i po­grą­ży­łem się w sen, cienki i deli­katny jak paję­czyna. Wy­raź­nie jed­nak usły­sza­łem dwa krót­kie szczeknię­cia Se­ba­stiana, który spał w na­mio­cie Hildy i Kasi.

Nasz na­miot był nie za­sznu­ro­wany. Po ci­chutku wy­su­ną­łem się z niego i na­tychmiast prze­nik­nął mnie lo­do­waty chłód nocy. Cof­ną­łem rękę do na­miotu i wy­ma­ca­łem swe­ter, który na­cią­gną­łem na sie­bie.

Obóz okrywała noc. Była mroczna, ale wi­doczny był czarny skraj ota­cza­ją­cego nas lasu. Ło­skot dale­kiej burzy przy­cichł na krótko, po chwili jed­nak znowu ozwało się głu­che dud­nie­nie grzmotów. Po­chła­niało ono wszystkie sze­lesty, które za­zwy­czaj sły­szy się w letnią noc w po­bliżu lasu. Se­ba­stian nie za­szczekał wię­cej i dał znak życia do­piero, gdy zna­la­złem się w naj­bliż­szym są­siedztwie na­miotu Kasi.

Gwizdną­łem cicho i, o dziwo! — Se­ba­stian, ten syba­ryta, pie­cuch i wy­god­nicki, jak liszka wy­peł­znął z na­miotu przez po­zo­sta­wioną dla niego szparkę. Jak każdy jam­nik, lubił prze­cho­dzić pod ni­skimi sprzętami, prze­ci­skać się przez róż­nego ro­dzaju szpary. Mer­dając swym szczurzym ogo­nem do­tknął mnie wil­got­nym no­sem.

Spo­dziewa­łem się, że nocny chłód na­tychmiast za­pędzi go do cie­płego le­go­wi­ska. Kasia mu­siała co wie­czór sta­czać z nim walki — z taką siłą pchał się do śpi­wora. Lecz tym ra­zem pies nie wró­cił do na­miotu. Przykuc­nął przy mo­ich no­gach i za­czął wie­trzyć, wciągając ze świ­stem po­wie­trze nad­pły­wa­jące od strony szczytu: „Może czuje ja­kieś dzi­kie zwie­rzę kry­jące się w lesie?” — po­my­śla­łem.

Se­ba­stian wciąż wie­trzył i wie­trzył, jak gdyby sma­kując za­pach noc­nego po­wie­trza. Wreszcie za­skomlił ci­chutko.

Zro­biłem trzy kroki w kie­runku lasu. Se­ba­stian pod­niósł się i po­szedł za mną. „Kie licho?” — po­my­śla­łem. I za­trzyma­łem się. Wtedy pies rów­nież przy­sta­nął.

Z na­miotu wy­chy­liła się główka Kasi.

— Co się stało? Dla­czego pan nie śpi? — spy­tała mnie szeptem.

Przykuc­ną­łem i po­wie­działem jej do ucha:

— Ro­bię nocny ob­chód obozu. Za­bierz Se­ba­stiana i za­mknij go w na­mio­cie. Pęta się pod no­gami i prze­szka­dza. Za­bierz go i kładź się spać.

Schwyci­łem Se­ba­stiana i po­da­łem go dziew­czynce.

Po­słusznie za­sznu­ro­wała szczelnie na­miot, żeby pies nie mógł się znowu wy­mknąć. By­łem rad, że uwolniłem się od towa­rzy­stwa psa.

Chciałem po­znać przy­czynę nie­zwy­kłego za­cho­wa­nia się Se­ba­stiana, ale ba­łem się, że on może mi to utrudnić. Za­mie­rza­łem obejść cały obóz, a pies mógł nagle pod­nieść har­mi­der i wszyst­kich po­bu­dzić.

Ostrożnie omi­ną­łem na­miot har­cerzy. Było w nim cicho, za­pewne chłopcy spali smacznie, koły­sani dale­kimi od­gło­sami burzy. Zro­biłem jesz­cze kil­kana­ście kro­ków i do­się­gną­łem lasu. Teraz nale­żało wzmóc uwagę. Drogę za­gra­dzały nie­wi­doczne w ciemno­ściach gałę­zie, wy­star­czyło otrzeć się o nie, a sprawiały sze­lest, któ­rego nie głu­szyły na­wet grzmoty.

Za­nim za­głę­biłem się w las, obej­rza­łem się za sie­bie, na po­lanę i roz­sta­wione na niej na­mioty. Hen, da­leko, w mro­kach nocy po­bły­ski­wało i jak gdyby z po­tęż­nej piersi do­by­wał się po­mruk, znów bliż­szy i gło­śniej­szy.

A więc burza po­wra­cała w tę oko­licę.

Mi­ną­łem ścieżkę zbie­ga­jącą po stoku góry aż do ka­mie­nio­łomu i wszedłem do lasu. Raz po raz noga moja zsu­wała się do wy­krotu wy­sła­nego su­chymi li­śćmi, co po­wo­do­wało gło­śny szmer. Raz po raz poty­ka­łem się o pień przewró­co­nego drzewa, o twarz moją ocie­rały się nisko ro­snące gałę­zie. Wówczas przy­sta­wa­łem i na­słu­chi­wa­łem, czy wy­wo­łany przeze mnie szmer nie wy­pło­szy tego „coś” z ciemności i gę­stwiny. Raz po raz też wy­da­wało mi się, że przed sobą do­strzegam przy­cza­joną po­stać. Nie­kiedy dłuż­szą chwilę trwało, za­nim uświado­mi­łem sobie, że to tylko dwa ro­snące przy sobie drzewa upodob­niły się do syl­wetki ludz­kiej, a sa­motny ja­ło­wiec przy­po­mina przy­kuc­nię­tego niedźwie­dzia.

Bu­rza była wciąż bli­żej i bliżej. Już nad moją głową czarne chmury pę­kały od zyg­za­ków bły­ska­wic, a grzmot pio­ru­nów nie­mal ogłu­szał. Dwukrot­nie ze­rwał się silny po­dmuch wia­tru i roz­koły­sał drzewa, wy­peł­nia­jąc bór gło­śnym szu­mem liści. Wtedy to przy­spie­szy­łem kroku i sze­dłem śmielej, wie­dząc, że sze­lest wy­wo­łany moimi kro­kami za­głu­szają od­głosy wia­tru i burzy.

Ale po chwili znowu wiatr ucichł, tylko gromy grze­cho­tały nad Po­laną. Na­gle nie­bie­ska bły­ska­wica roz­darła niebo i zo­ba­czy­łem przed sobą nie­wielką po­lankę. Jesz­cze jedna bły­ska­wica i doj­rza­łem po­stać ludzką...

Kil­koma su­sami, kry­jąc się za pniami drzew, do­pa­dłem skraju po­lanki.

Ta­jem­nicza osoba po­pra­wiła na sobie płaszcz i wolno po­szła ścieżką w tę stronę, gdzie leżał nasz obóz. Ucie­szyło mnie to. Jesz­cze chwila i bę­dzie mu­siała przejść tuż obok mnie, ukrytego za pniem gru­bego buka. A wtedy?...

Nie mia­łem poję­cia, co wtedy zro­bię. By­łem prze­cież bez­bronny, a ta­jem­niczy „ktoś” mógł być uzbrojony choćby w laskę. Zresztą nie było żad­nych pod­staw, aby są­dzić, że ów osobnik miał wro­gie za­miary. Mógł to być sa­motny tu­rysta, który za­błą­kał się na Po­lanę.

Ta­jem­nicza po­stać zbli­żała się. Jesz­cze krok i mi­nie mnie w odle­gło­ści wy­cią­gniętego ra­mie­nia. Tak bar­dzo pra­gną­łem, aby w tym mo­men­cie znowu bły­snęło. Lecz tym ra­zem szczęście mi nie sprzyjało. Osobnik prze­szedł obok, twa­rzy jego nie zdo­łałem zo­ba­czyć. Szedł szybko, coraz szyb­ciej i roz­pły­nął się w ciemno­ściach.

Po­bie­głem za nim stą­pając na pal­cach. Ścieżka skrę­cała rap­tow­nie obok wiel­kiego krzaka. Otarłem się o niego pra­wym ra­mie­niem, a po­tem po­tknąłem o wy­sta­jący z ziemi ko­rzeń. Po­tknięcie było tak nie­spo­dziewane, że jak długi przewró­ciłem się na zie­mię. Chciałem ze­rwać się na nogi, ale coś cięż­kiego spa­dło mi na plecy, czy­jeś ko­lana przy­gniotły mi ło­patki, a czy­jeś ręce w sil­nym uści­sku ujęły moje dło­nie. Ta­jem­niczy osobnik sie­dział mi na karku i przy­gważdżał do ziemi.

Ogrom­nym wy­sił­kiem wy­gią­łem plecy w łuk i sta­rałem się pod­cią­gnąć pod sie­bie ko­lana. Udało mi się to. Od­biłem się nimi od ziemi i prze­ko­zioł­ko­wa­łem wraz z prze­ciw­ni­kiem przy­cze­pio­nym do mnie jak kleszcz. Przydały się umiejętno­ści na­byte przy ćwi­cze­niach dżudo, sztuka upa­dania w przód i w tył.

Ale i mój na­past­nik znał dżudo. Wczepił się dłońmi w moją szyję, sto­sując kla­syczny chwyt, ma­jący spo­wo­do­wać u mnie utratę tchu.

„Zgiąć się, aby zwy­cię­żyć” — przy­po­mniałem sobie nauki Aky­amy. Prze­ko­zioł­ko­wali­śmy ra­zem i po chwili on znowu tkwił mi na karku i du­sił.

Prze­chy­liłem tułów do przodu i zwróciłem głowę w lewo pod ra­mio­nami na­past­nika. Kontynu­owałem obrót i zmu­siłem go do zluź­nie­nia uści­sku. Wtedy zła­pa­łem go za nad­garstki. Jesz­cze silny ruch tuło­wiem i tym ra­zem to ja przy­gniatałem go sobą. Po­czu­łem zna­jomy przyjemny za­pach per­fum. Pachnący lo­czek wło­sów ła­sko­tał mnie w nos.

— Ze­nobia — po­wie­działem, pusz­cza­jąc jej dło­nie. Po chwili sta­liśmy obok sie­bie, dy­sząc ze zmę­cze­nia.

— Ban­dyta! — sy­czała Ze­nobia. — Na­pada pan nocą w le­sie na sa­motne i bez­bronne ko­biety.

— To pani na mnie na­padła — tłu­ma­czy­łem się, za­sko­czony spo­tka­niem z dziew­czyną.

— Mu­sia­łam się bro­nić. A to zna­czy ata­ko­wać. Wi­działam, jak przy­czaił się pan za drzewem. Wy­wa­biłam pana na ścieżkę...

— Co pani tu robi? W nocy?

Wzruszyła ra­mio­nami.

— Umawia­liśmy się prze­cież, że przyjadę do was. I do Kasi. Ale w tych ciemno­ściach nie umiałam trafić do obozu.

Po­dra­pa­łem się w głowę.

— Za­pewne cho­dziła pani w są­siedztwie obozu, bo Se­ba­stian panią zwę­szył. Nie za­uwa­żyła pani na­miotów obok mau­zo­leum?

— Prze­cież nie kry­ła­bym się w lesie pod­czas burzy — burknęła.

Ze­rwał się wi­cher, roz­szu­miał się las. Pa­zury bły­ska­wic roz­dzie­rały czarną po­włokę ni­sko suną­cych chmur.

Ze­nobia zda­wała się z nie­po­ko­jem na­słu­chi­wać nara­stają­cego szumu wia­tru.

— Gdzie jest pan Fry­deryk? — za­py­tałem.

— Wy­je­chał.

— Do Jugo­sła­wii?

— Nie wiem. Nie py­tałam go o to.

Szum nara­stał. Kro­ple desz­czu za­częły ude­rzać w li­ście.

— Chodźmy do na­miotów. Prę­dzej, bo zmok­niemy — chwyciłem Ze­nobię za łok­cie.

Ku mo­jemu zdu­mie­niu dziew­czyna ani drgnęła. Jak gdyby nic jej nie ob­cho­dziła ulewa.

— No, chodźmy. Zmok­niemy — po­wtó­rzy­łem.

— Ci­cho — burknęła. I stała dalej nie­ru­chomo, na­słu­chu­jąc.

Ulewa ogar­nęła nas nagle, za­le­wa­jąc poto­kami wody.

W jed­nej chwili by­liśmy zmoknięci. Mój swe­ter na­siąk­nął wil­gocią jak gąbka, płaszcz Ze­nobii stał się śliski jak skóra węża. Ze­nobia nie miała nic na gło­wie. Ani chustki, ani kap­tura. Jej włosy za­mie­niły się w ocie­ka­jące wodą strąki. A ona wciąż stała w poto­kach desz­czu i na­słu­chi­wała.

— Co się pani stało? — za­py­tałem.

Raptem po­przez szum wia­tru i desz­czu usły­szeli­śmy krzyk. A ra­czej wo­łanie. Do­cho­dziło od strony, gdzie stały nasze na­mioty.

— Tam!... Tam po­biegli!... Łap ich, trzymaj!...

Roz­po­zna­łem głosy swoich przyjaciół, har­cerzy.

W na­szym obo­zie działo się coś nie­po­koją­cego.

Tym ra­zem nie trzeba było Ze­nobii za­chę­cać. Pierwsza po­bie­gła ścieżką w stronę, skąd do­laty­wały wo­łania.

Wielkimi su­sami pę­dzi­łem obok niej.

Prze­bie­gli­śmy dwa za­kręty ścieżki i głosy har­cerzy stały się wy­raź­niej­sze.

— Chłopaki, szu­kaj­cie w tam­tych krza­kach... Tam się schowali! — roz­po­zna­łem roz­ka­zu­jący głos Tella.

Ulewa urwała się, ale wzmógł się wiatr. Na­pierał na nas, roz­koły­sał ko­rony drzew i strzą­sał deszcz z liści. Ło­mot wia­tru znowu za­głu­szył wo­łanie chłopców. Bie­gnąc, nie­mal wpa­dli­śmy na nich.

Za­bły­sły trzy la­tarki elek­tryczne.

— Pan Sa­mo­cho­dzik! I pani Ze­nobia? — chłopcy byli zdu­mieni co naj­mniej tak samo, jak ja, gdy w wal­czą­cym ze mną na­past­niku od­kry­łem dziew­czynę.

— Co się stało? Kogo szu­kacie po lesie? — Ze­nobia za­da­wała pyta­nia ostrym gło­sem, wy­mu­sza­ją­cym na­tychmia­stową od­po­wiedź.

— Ktoś za­kradł się do na­szego na­miotu. Ugryzłem go w rękę — po­wie­dział z dumą Wie­wiórka.

— Ugryzłeś go? — par­sk­ną­łem śmiechem. Mój śmiech obra­ził chłopca.

— A co mia­łem zro­bić? Po­gła­skać go po ręce?

Tell rze­czowo uzu­pełnił wy­ja­śnie­nie:

— Ktoś chciał za­kraść się do na­szego na­miotu. Prze­ciął no­żem płótno i wsa­dził rękę. Wtedy Wie­wiórka ugryzł go. Tamten krzyknął i wy­szarpnął rękę z na­miotu. Wy­bie­gli­śmy i zo­ba­czy­liśmy, że dwóch lu­dzi ucieka do lasu. Po­pę­dzili­śmy za nimi, ale była burza, ulewa i wiatr. Zdołali nam umknąć...

— Chyba nie ucie­kli da­leko. Mo­gli­by­śmy ich po­szu­kać — pro­po­no­wał So­kole Oko.

Ro­zej­rza­łem się po noc­nym i mo­krym od desz­czu lesie, w któ­rym szalał zimny wiatr. Chłopcy ubrani byli w pi­dżamy, ja mia­łem na sobie przemok­nięty swe­ter i mo­kre spodnie od pi­dżamy.

— Wra­camy do obozu — zade­cy­do­wa­łem. — W lesie na Pola­nie po­trafi się ukryć cały pułk.

Na skraju obozu spo­tkali­śmy dok­tora, Hildę i Ka­się. Wy­ma­chu­jący rado­śnie ogo­nem Se­ba­stian rzucił się witać Ze­nobię.

Znowu na­stała długa chwila wy­ja­śnień, py­tań i od­po­wie­dzi, bo prze­cież nie tylko sprawa ze zło­dziejami, ale i nie­spo­dziewane zja­wie­nie się Ze­nobii bu­dziło zdu­mie­nie.

Wziąłem od Tella la­tarkę elek­tryczną i po­sze­dłem do na­miotu chłopców. Mó­wili prawdę: na­miot był roz­cięty w przedniej czę­ści, w po­bliżu drzwi, a więc tam, gdzie za­zwy­czaj śpiący mają nogi, a na ka­wałku wol­nej prze­strzeni trzymają ple­caki.

„A więc chcieli ukraść ple­caki” — do­sze­dłem do wniosku i wró­ciłem do swoich przyjaciół, któ­rzy w dal­szym ciągu ko­mentowali nocną przy­godę.

— Zło­dzieje są­dzili, że burza bę­dzie im bar­dzo po­mocna — mó­wił Tell. — Za­głu­szy ich kroki i roz­cina­nie płótna. Ale wła­śnie burza stała się ich naj­większym wro­giem. Obu­dziły nas grzmoty i pio­runy. Nikt z nas nie spał. Le­żeli­śmy jed­nak ci­chutko, my­śląc, że drugi śpi. Na­gle płótno na­miotu tro­chę ugięło się i roz­legł się chro­bot roz­cina­nego mate­riału. Po­tem do na­miotu wsu­nęła się czy­jaś ręka. Wie­wiórka, nie­wiele my­śląc, cap­nął ją zę­bami...

Zimny wiatr coraz bar­dziej da­wał się nam we znaki. Na­le­żało po­my­śleć o ukry­ciu się w na­mio­tach.

— Czy zmieszczę się u was? — Ze­nobia za­py­tała Hildę i Ka­się.

— Ależ tak — ucie­szyła się Kasia. — Prze­cież to jest na­miot trzy­oso­bowy.

Doktor za­sta­na­wiał się gło­śno:

— Cie­kawy je­stem, dla­czego zło­dziejaszki usi­ło­wały za­kraść się do chłopców, a nie, na przy­kład, do mo­jego na­miotu?

— Bo nasz na­miot stoi naj­bliżej lasu — od­po­wie­dział So­kole Oko.

Wszyst­kich za­do­wo­liła ta od­po­wiedź, bar­dzo zresztą roz­sądna. Po­wie­dzie­liśmy sobie „do­bra­noc”, choć było już po pół­nocy, i za­częli­śmy roz­cho­dzić się do na­miotów.

Jesz­cze na krótką chwilę zna­la­złem się sam na sam z Ze­nobią.

Po­wie­działem do niej:

— Pani wie­działa, że ktoś za­krada się do na­szego obozu. Tam, w le­sie, nie chciała się pani ru­szyć z miej­sca. Na­słu­chi­wała pani, jak gdyby cze­kając na wy­da­rze­nia, które po­tem na­stą­piły.

Par­sk­nęła śmiechem.

— Pan zu­peł­nie oszalał. Czyżby po­dej­rze­wał mnie pan o zmowę ze zło­dziejami?

I ode­szła do na­miotu Hildy i Kasi. By­łem skon­ster­no­wany.

Rze­czy­wi­ście, jakoś trudno było wy­obra­zić sobie Ze­nobię w spółce z ludźmi okra­dają­cymi tury­stów. Zło­dzieje ci zresztą nie mieli poję­cia, że ple­caki w na­mio­cie kryją rze­czy o tak małej war­tości — ko­szulki i slipki, puszki z resztkami żyw­ności, bla­szane kubki i na­czy­nia ku­chenne — w prze­ciw­nym razie nie usi­ło­wa­liby do­ko­nać kra­dzieży.

Po­wlo­kłem się do swego na­miotu. Prze­bra­łem się w suchą bieli­znę, po­wie­działem dok­to­rowi „do­bra­noc”. Udawa­łem, że je­stem bar­dzo śpiący, aby w zu­peł­nym spo­koju przemy­śleć wy­da­rze­nia nie tylko tej, ale i po­przedniej nocy.

Już zasy­pia­łem, gdy nagle w mej gło­wie po­ja­wiła się myśl tak ab­sur­dalna, że aż roze­śmiałem się ci­chutko. Lecz po chwili myśl ta mi ucie­kła, za­gu­biła się w moc­nym po­krze­pia­ją­cym śnie.

 


ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY [top]

CO OTRZYMALIŚMY ZAMIAST BANANOWEGO KOMPOTU • PODSŁUCHANA ROZMOWA • NAPAD • Z 24 UJAWNIA SIĘ • POCIESZAM KURYŁŁĘ • NA PUNKCIE GRANICZNYM • GDZIE JEST PAMIĘTNIK? • ZAKOŃCZENIE PRZYGÓD

 

Nad ra­nem Po­lanę oto­czyła gęsta mgła, a wraz z nią prze­ni­kliwy ziąb za­kradł się do na­szych na­miotów. Obu­dzili­śmy się w kwa­śnych hu­mo­rach, nie było się czym umyć, bo wody, którą wczoraj przy­nie­śli­śmy na górę, star­czyło zale­dwie na kawę do śnia­dania.

Nie wi­dzie­liśmy dalej niż na trzy me­try, nie mie­liśmy się gdzie schronić przed wil­got­nym opa­rem. W tej białej wa­cie zale­dwie ma­ja­czył skraj lasu i tylko ry­so­wała się syl­wetka mau­zo­leum. Stok wzgórza opa­dał stromo w dół i nik­nął w mgle, tak że wy­da­wało się — dalej jest już prze­paść bez dna.

Cze­go­kol­wiek do­tknę­liśmy się, wszystko było wil­gotne, jak gdyby poli­zane mo­krym ozo­rem. Z nie­chę­cią pa­ko­wali­śmy do wor­ków wil­gotne śpi­wory, zwi­jali­śmy mo­kre mate­race i ocie­ka­jące wodą płótna na­miotów. Wreszcie ze­brali­śmy się wo­kół szu­mią­cej we­soło ma­szynki ga­zo­wej, na któ­rej go­to­wała się pachnąca przyjem­nie kawa. Na du­żym tale­rzu le­żały po­kro­jone przez Hildę kromki chleba z mio­dem. Po zje­dze­niu śnia­dania za­mie­rzali­śmy zejść do sa­mo­cho­dów, a po­tem wró­cić do Ja­sie­nia.

— Cie­kaw je­stem — ode­zwał się Tell — czy ci, co od­biorą Ku­rylle pa­mięt­nik Hau­bit­zów, ze­chcą nam wy­ja­śnić wszystkie ta­jem­nicze sprawy.

— Nie było żad­nych ta­jem­ni­czych spraw — po­wie­działem ocie­rając twarz z mo­krego oparu mgły. — Wszystko jest dziś jasne i oczywiste. Klaus, który przyjechał do Pol­ski wraz z pa­nią Hildą i We­be­rem, zna­lazł po­moc­nika w oso­bie Ku­ryłły. No­cami oby­dwaj pe­ne­tro­wali ruiny ob­ser­wato­rium i na nich to na­tknął się Wie­wiórka, gdy po­szli­ście do ruin. Bali się, że o noc­nych go­ściach w ob­ser­wato­rium roz­po­wie­cie na lewo i prawo, co mo­gło obu­dzić po­dej­rze­nia w pol­skiej eki­pie śled­czej. Dla­tego zde­cy­do­wali się unieszko­dli­wić Wie­wiórkę przy po­mocy pi­sto­letu ga­zo­wego. W kilka dni póź­niej i ja przyje­cha­łem do Ja­sie­nia. Ale wówczas pani Hilda i We­ber po­sta­no­wili już wra­cać do Nie­miec, po­nie­waż po­szu­ki­wa­nia oka­zały się bez­owocne. Tego sa­mego dnia przy­był do Ja­sie­nia Fry­deryk i oczywi­ście po­szedł nocą do ob­ser­wato­rium, aby ro­zej­rzeć się za sza­chowni­cami. Za­czą­łem go śle­dzić i dla­tego obez­władnił mnie chlo­ro­for­mem. Nie chciał zo­stać zi­den­tyfi­ko­wany, ale cie­kaw był, kto go śle­dził. A dal­szy ciąg jest rów­nież pro­sty. Pol­ska ekipa odje­chała do War­szawy. We­ber i Klaus wró­cili do Nie­miec, po­szu­ki­wa­niami miał zająć się z pole­cenia Klausa nasz pre­zesu­nio, Ku­ryłło. Zor­gani­zo­wali­śmy Związek Ta­jem­ni­czej Sza­chownicy i roz­po­częli­śmy po­dróż, która była na rękę Ku­rylle i Fry­dery­kowi. Póź­niej Fry­deryk stwierdził, że Ku­ryłło od­na­lazł pa­mięt­nik, i po­sta­nowił mu go ode­brać na górze zam­ko­wej. Usi­łował do­ko­nać po­rwa­nia nad Je­zio­rem Ża­bim. Ku­ryłło za­wia­do­mił Klausa, że ma pa­mięt­nik, albo też już uprzednio umówił z nim ter­min i miej­sce przy­szłego spo­tka­nia. Klaus znowu je­dzie do Pol­ski. Na­kryje ich nasz kontrwy­wiad, a wówczas pa­mięt­nik znaj­dzie się w rę­kach pani Hildy.

— Albo się nie znaj­dzie — burknęła Ze­nobia. — Pan To­masz wy­eli­mi­no­wał z gry osobę Fry­de­ryka. Wąt­pię jed­nak, czy on sam da się tak łatwo po­mi­nąć.

— Fry­deryk odje­chał do Jugo­sła­wii — rze­kłem.

— Tak? — Ze­nobia udała zdu­mie­nie. — Ra­zem z Ku­ryłłą?

— Jak to: ra­zem z Ku­ryłłą?

— A tak. Wczoraj wie­czo­rem wi­działam jadą­cego forda. Wóz pro­wa­dził Fry­deryk, a obok niego sie­dział pre­zes Ku­ryłło.

Zła­pa­łem się za głowę.

— To zna­czy, że Fry­dery­kowi udało się do­paść Ku­ryłłę. No tak, Ku­ryłło po­wró­cił do Ja­sie­nia po swoje rze­czy, a tam czy­hał na niego Fry­deryk. I za­brał go wraz z pa­mięt­ni­kiem. Do­kąd poje­chali?

— Tego, nie­stety, nie wiem — mruknęła Ze­nobia. — Wpraw­dzie po­pę­dzi­łam za nimi mo­tocy­klem, ale wóz Fry­de­ryka jest nie­zwy­kle szybki. Wy­daje mi się, że je­chali w stroną Po­lany.

— Tutaj? Po co? — za­wo­łali chłopcy.

Przypo­mniałem sobie nasze obo­zo­wi­sko nad Je­zio­rem Ża­bim. Przypo­mniałem sobie prze­cięte ży­letką płótno na­miotu...

I już wie­działem! Ach, co za ulga! Ode­tchnąłem głę­boko, jak gdy­bym do­konał ja­kiejś ogromnej wspi­naczki.

Ro­ze­śmiałem się gło­śno jak wa­riat. W ten spo­sób ob­ja­wiło się ustę­pu­jące we mnie na­pię­cie ner­wowe. Nie mo­głem po­wstrzymać się i stłu­mić śmiechu. Chi­cho­tałem jak sza­le­niec, do­strzegając coraz bar­dziej zdu­mione miny chłopców, Kasi, dok­tora i Ze­nobii.

— Co się panu stało? — za­nie­po­koił się dok­tor.

Ode­tchnąłem jesz­cze głę­biej. Raz i drugi. Stłumi­łem śmiech.

— Wie­wiórka — zwróciłem się do chłopców - czy nie są­dzisz, że pora już po­czę­sto­wać nas swoją nie­spo­dzianką? Jak długo za­mie­rzasz ją nosić w ple­caku? To już ko­niec na­szej wy­cieczki. Jutro pani Hilda poje­dzie do Ber­lina, pani Ze­nobia i Ka­sia po­wrócą do War­szawy, a i my po­śpie­szymy do domu. Za­bie­rzesz z sobą rów­nież i nie­spo­dziankę?

— Pan To­masz ma rację. Otwieraj puszkę! Zjemy te­raz to, co w niej trzymasz — roz­kazał Tell.

— Je­śli się nie ze­psuło — do­dał So­kole Oko.

Wie­wiórka chwycił swój ple­cak i wy­cią­gnął z niego oklejoną pla­strami puszkę.

— Prze­pra­szam was, ale ja zu­peł­nie za­po­mniałem o swojej nie­spo­dziance — tłu­ma­czył się za­wsty­dzony.

Szybko ode­rwał pla­stry na puszce. I otworzył ją.

— Boże drogi! — jęk­nęła Hilda.

— Och! — wes­tchnęła Ze­nobia.

— Och! — po­wtó­rzyła Kasia.

— O, rany! — wrzasnął So­kole Oko.

— A to ci heca — po­wie­dział Tell.

— Nie do wiary — wy­jąkał dok­tor.

Tylko Wie­wiórka był tak zdu­miony, że nie wy­dał z sie­bie głosu. Się­gnął po puszkę i wyjął z niej skó­rzane okładki kry­jące w sobie dwa po­kaź­nej gru­bości bru­liony. Okładki miały wy­ci­śnięte li­tery, ongiś chyba złote, a te­raz wy­bla­kłe, żół­tawe. Układały się one w słowa:

 


Kon­rad von Hau­bitz
M E M O I R E N

 

Pierwszy zdo­łałem ochłonąć i zdo­by­łem się na we­soły ton:

— Piękną nie­spo­dziankę mia­łeś dla nas, Wie­wiórko. Co tu ukrywać, nie­zwy­kła to nie­spo­dzianka.

Wie­wiórka spoj­rzał na mnie sze­roko otwartymi oczami. Po­dob­nie otwarte były jego usta.

— A gdzie moja cze­ko­lada? Pu­dełko z ba­na­no­wym kom­po­tem? Cztery paczki her­bat­ni­ków? W tej puszce mia­łem też gumę do żucia, to­rebkę z mię­to­wymi cu­kier­kami, pu­dełko z marmo­lad­kami...

— O jej, język mi ucieka — wes­tchnęła Kasia.

— I co się z tym stało? — za­koń­czył Wie­wiórka.

So­kole Oko do­myślnie po­kiwał głową.

— Sma­ko­łyki Wie­wiórki zjadł pan Ku­ryłło. A my mamy pa­mięt­nik Hau­bitza.

Tell tłu­ma­czył Wie­wiórce:

— Ty jesz­cze nic nie ro­zu­miesz? Pa­mię­tasz wie­czór nad Je­zio­rem Ża­bim? Zo­ba­czy­łeś u pana Ku­ryłły puszkę oklejoną pla­strami i zro­biłeś to samo. A po­tem So­kole Oko za­czął po­rząd­ko­wać za­pasy żyw­ności i wtedy za­mie­nił puszki.

Hilda go­rącz­kowo prze­rzu­cała stro­nice bru­lionu. Były one zapi­sane wy­raź­nym go­tyc­kim pi­smem. Tu i ów­dzie wklejono foto­gra­fię. Jeden rzut oka wy­star­czył, aby się upewnić, że jest to au­ten­tyczny pa­mięt­nik Kon­rada von Hau­bitz.

— Oto i on — Hilda wskazała foto­gra­fię ele­ganckiego ofi­cera.

— Mam na­dzieję — ode­zwała się Ze­nobia — że ten pa­mięt­nik wy­star­czy, aby Hau­bitz za­wę­dro­wał na ławę oskarżo­nych.

Doktor wrzasnął, jak gdyby na­gle obu­dził się ze snu:

— Ro­zu­miem! Już wszystko ro­zu­miem! Wczoraj wie­czo­rem Fry­deryk na­resz­cie do­stał w swoje ręce Ku­ryłłę. Prze­ra­żony pre­zesu­nio wrę­czył Fry­dery­kowi puszkę z pa­mięt­ni­kiem. I wtedy oka­zało się, że za­miast pa­mięt­nika w puszce są cze­ko­ladki i kom­pot ba­na­nowy...

— Może stało się to już wcześniej — po­wie­działem. — Może Ku­ryłło na­tychmiast po roz­sta­niu się z nami zaj­rzał do puszki i stwierdził, że puszki za­mie­niono. W innej sytu­acji za­pewne mógłby do nas wró­cić i po pro­stu po­wie­dzieć: za­mie­niono puszki, zwróćcie mi moją. Uczynili­by­śmy to nie za­glą­dając do wnę­trza. Ale my wtedy już poje­cha­liśmy do le­śni­czówki Czarne, a po­tem na Po­lanę, do gro­bowca Hau­bitza. Ku­ryłło zda­wał sobie sprawę, że za­uwa­żymy otwartą skrytkę, znaj­dziemy ka­setę i do­my­ślimy się, kto nas wy­kiwał. Je­dyna na­dzieja, jaka mu po­zo­stała, to moż­li­wość, że nie otwo­rzymy puszki-nie­spo­dzianki, a on pod­stęp­nie bę­dzie mógł ją nam ode­brać. Gdy wpadł w ręce Fry­de­ryka, oczywi­ście po­wie­dział mu, co się wy­da­rzyło. I obydwaj tej nocy usi­ło­wali wy­kraść puszkę z na­miotu chłopców...

Urwałem. Wy­da­wało mi się, że za kratą w oknie gro­bowca mi­gnęła mi czy­jaś twarz.

— Tam... tam... — wy­ją­ka­łem. — Ktoś tam jest i pod­słu­chuje...

Ze­nobia, dok­tor, chłopcy, Kasia i Hilda po­rwali się ze swoich miejsc i rzu­cili się w stronę mau­zo­leum. Ale ci, co się w nim kryli, uprzedzili ich. Za­nim chłopcy do­biegli do gro­bowca, usły­sza­łem skrzyp drzwi i dwa cie­nie prze­padły w mgle.

— Trzymaj! Łap ich! — krzy­czeli chłopcy.

Roz­po­częła się teraz sza­leń­cza go­nitwa po stoku wzgórza.

Z gę­stej mgły do­bie­gły mnie okrzyki chłopców, pisk Kasi, wo­łanie dok­tora. Sły­sza­łem na­szczeki­wa­nia Se­ba­stiana.

Przede mną na ziemi le­żała otwarta puszka z pa­mięt­ni­kiem Hau­bitza.

„Za­cho­wują się bar­dzo nie­ostrożnie — po­my­śla­łem. — Z tej puszki nie wolno spuszczać oka”.

Za­mknąłem puszkę i znowu sta­ran­nie okle­iłem ją pla­strem...

Pierwsza wró­ciła Hilda.

— Och, Boże, po­zo­sta­wi­łam pa­mięt­nik! — za­wo­łała. Ode­tchnęła z ulgą, gdy wrę­czy­łem jej za­mkniętą puszkę. — A te dwa typy znik­nęły nam w le­sie. Jest taka mgła, że wła­snego nosa nie wi­dać.

— Niech się pani z tą puszką nie roz­staje. Obawiam się, że czeka nas jesz­cze wiele kło­po­tów — ostrze­głem Hildę.

Z nie­uda­nej po­goni po­wró­ciła Ze­nobia, Ka­sia, dok­tor i chłopcy. Przybiegł także i Se­ba­stian, który tę go­nitwę uwa­żał za świetną za­bawę i we­soło mer­dał ogo­nem.

— To byli Fry­deryk i Ku­ryłło — rzekł Tell. — Nie roz­po­zna­łem ich w mgle, ale to mo­gli być tylko oni.

Przytak­ną­łem, a dok­tor po­wie­dział:

— Zdaje się, że czeka nas nie­we­soły po­wrót do sa­mo­chodu. Te łaj­daki spró­bują wy­ko­rzy­stać mgłę, żeby ode­brać nam pa­mięt­nik. Uważam, że po­win­ni­śmy na­tychmiast stąd wy­ru­szyć, za­nim nie ochłoną po ucieczce i nie wy­my­ślą ja­kiejś pu­łapki.

— A może za­cze­kamy, aż mgła opadnie? — za­pro­po­no­wała Ze­nobia.

— A jeśli mgła nie opadnie aż do wie­czora? — od­rzekł jej dok­tor.

— Mu­simy być bar­dzo ostrożni. Fry­deryk ma pi­stolet ga­zowy — przy­po­mniał So­kole Oko.

Wie­wiórka lek­ce­wa­żąco machnął ręką.

— Raz już łyk­ną­łem tego gazu. Nie boję się. Daj­cie mi puszkę, ja ją będę niósł.

— Nie. Ja ją we­zmę — ode­zwała się Ze­nobia.

Chłopcy pod­nieśli wrzask pro­testa­cyjny:

— Nie, nie zga­dzamy się, aby puszkę nio­sła pani Ze­nobia! Każdy, tylko nie pani Ze­nobia!

Ze­nobia ujęła się pod boki.

— A dla­cze­góż to ja nie mam jej nieść? — spy­tała zło­wrogo.

Chłopcy za­czerwie­nili się. Nie mieli śmiałości po­wie­dzieć jej, co my­ślą.

— Bo... bo... pani jest po­dej­rzana — wy­rzucił z sie­bie So­kole Oko.

— Tak — pod­chwycił Tell. — Przez cały czas za­cho­wy­wała się pani bar­dzo po­dej­rza­nie. Trzymała pani stronę Fry­de­ryka.

Kasia o mało się nie roz­be­czała.

— Je­ste­ście wstrętni! Wstrętne chło­paki! Moja cio­cia nigdy nie była po­dej­rzana! Nigdy, nigdy, nigdy! — wo­łała.

Ze­nobia po­gła­skała ją po gło­wie.

— Uspokój się, Ka­siu. Nie chcą, że­bym nio­sła? Nie, to nie. Tylko żeby po­tem nie ża­ło­wali...

Hilda ucięła dys­kusję:

— Ja we­zmę puszkę z pa­mięt­ni­kiem, a pan dok­tor i pan To­masz będą moją asy­stą i kon­wo­jem. Wy także — uśmiech­nęła się do chłopców, na co oni z po­wagą kiw­nęli gło­wami. — Przyje­cha­łam do Pol­ski po pa­mięt­nik, a skoro zna­lazł się on już w mo­ich rę­kach, nie mogę go ni­komu od­da­wać. Uważam, że je­śli ktoś się po­wi­nien nara­żać w tej sprawie, to wła­śnie ja. Tym bar­dziej że mam z Hau­bit­zem i pry­watne po­ra­chunki.

Za­ko­men­de­ro­wa­łem:

— W drogę, pro­szę pań­stwa!

Pod­jęli­śmy z ziemi nasze ba­gaże — na­mioty i śpi­wory, uformo­wali­śmy się w ko­lumnę. Na przo­dzie szedł dok­tor i Kasia, po­tem Hilda w oto­cze­niu chłopców. Ja z Ze­nobia za­my­kali­śmy po­chód, któ­rego cen­trum sta­no­wiła Hilda z puszką.

Nad Po­laną za­trzymała się chyba ogromna chmura. Mgła jesz­cze bar­dziej zgęstniała, nie wi­działo się dalej niż na dwa kroki. Wkrótce też stra­ciłem z oczu czoło na­szego po­chodu, dok­tora i Kasię. Je­dyne co wi­działem, to plecy So­ko­lego Oka i po­stać Hildy. Dwaj po­zo­stali chłopcy zale­dwie ry­so­wali mi się we mgle.

— Czy nie za dużo pan ryzy­kuje? — ode­zwała się idąca obok mnie Ze­nobia.

— Są­dzi pani, że jest ja­kieś ry­zyko?

— To pan po­wi­nien był wziąć puszkę z pa­mięt­ni­kiem. Co bę­dzie, jeśli na Hildę na­padną?

— Wpraw­dzie nie­siemy cięż­kie ba­gaże, ale w każ­dej chwili mo­żemy je po­rzu­cić, aby obronić Hildę. Zresztą, skąd ta pew­ność, że od­ważą się na­paść?

— Czy pan wie, kim jest Fry­deryk? Czy zdaje sobie pan sprawę, czego można się po nim spo­dziewać?

Uśmiech­ną­łem się.

— Wiem. Jest to człowiek pie­kiel­nie od­ważny i dia­blo sprytny. Od­czu­wam dla niego po­dziw, gdy po­my­ślę, ze przez ten cały czas nie zro­bił nic ta­kiego, co mo­głoby stać się do­wo­dem prze­ciw niemu. Przypusz­czam też, że jego pasz­port szwajcar­ski jest, nie­stety, au­ten­tyczny, o co po­sta­rali się jego mo­co­dawcy. Jak mu do­wieść, że był człowie­kiem-żabą i usi­łował po­rwać Ku­ryłłę? Jak mu udo­wod­nić, że obez­władnił mnie chlo­ro­for­mem? Albo że na Pola­nie usi­łował wy­kraść ple­caki z na­miotu chłopców? Albo że strzelał z pi­sto­letu ga­zo­wego do Se­ba­stiana? Wła­śnie dzi­siaj mamy ostatnią szansę schwyta­nia go na gorą­cym uczynku.

— Chce mi pan wmówić, że je­dyny błąd, jaki po­pełnił, po­lega na tym, że nie do­cenił sprytu pana Sa­mo­cho­dzika?

— Wo­dził mnie za nos jak smarkacza. Wy­obra­żam sobie, jak szy­dził ze mnie, jed­no­cze­śnie oka­zując mi prze­różne uprzejmo­ści...

Urwałem. Po­śli­zną­łem się na błot­nistej i stro­mej ścieżce. Fik­ną­łem kozła i zje­cha­łem kilka me­trów w dół. Zjeż­dża­jąc pod­cią­łem nogi So­ko­lego Oka, który rów­nież fik­nął kozła i po­czął się zsu­wać w dół. On pod­ciął z kolei nogi schodzą­cej niżej Hil­dzie. Niemka krzyknęła i przewra­cając się wy­pu­ściła z ręki pu­dełko z pa­mięt­ni­kiem, które za­częło zjeż­dżać po mo­krej od mgły ścieżce.

Biały tu­man wy­peł­niły na­wo­ły­wa­nia i okrzyki. Sły­sza­łem głos dok­tora spie­szą­cego na po­moc Hil­dzie, za­szczekał Se­ba­stian. Wrzesz­czeli chłopcy, ści­ga­jący pu­dełko z pa­mięt­ni­kiem.

Moje nogi na­resz­cie zna­lazły opar­cie o le­żący na zbo­czu ka­mień. By­łem obło­cony i po­tłu­czony, wo­kół sie­bie wi­działem tylko mgłę.

Usi­ło­wa­łem pod­nieść się z mo­krej trawy, gdy jakaś po­tężna siła zwa­liła mnie z nóg. Ktoś przewró­cił mnie i zbiegł w dół.

„Fryderyk!” — prze­mknęło mi przez mózg okropne po­dej­rze­nie.

Ze­rwa­łem się z ziemi i znowu ktoś przewró­cił mnie, z ogrom­nym roz­pę­dem spa­dając na mnie z góry. Prze­biegł śli­zga­jąc się na tra­wie i błot­nistej ścieżce.

Trzy wy­strzały z pi­sto­letu jak ostre ude­rze­nie bicza prze­szyły mgłę.

Po­de­rwa­łem się i na łeb, na szyję pole­cia­łem w dół, w prze­paść za­krytą bia­łym tu­ma­nem. Pię­tami za­ry­łem w zie­mię tuż obok Ze­nobii. Dziew­czyna trzymała w dłoni pi­stolet i strzelała z niego.

— Co pani wy­rabia! — wrzasną­łem. — W tej mgle po­strzeli pani któ­regoś z na­szych!

— Strzelam na po­strach — po­wie­działa. — I co pan teraz zrobi? Miał ich pan zła­pać na gorą­cym uczynku.

W mgle za­ma­ja­czyły syl­wetki chłopców i dok­tora.

— O, tam, tam ucie­kli, w dół. Z puszką... — roz­pa­czał Wie­wiórka.

Obok mnie Hilda zjeż­dżała na bu­tach po tra­wie.

Bie­gli­śmy w dół raz po raz przewra­cając się i ko­zioł­kując. Prze­cież to wszystko nie trwało dłu­żej niż kilka mi­nut, na­past­nicy nie mo­gli uciec da­leko. Jeśli nie na zbo­czu, to po­win­ni­śmy do­gonić ich w ka­mie­nio­łomie lub na szo­sie.

Zsu­wa­łem się po tra­wie na zła­ma­nie karku, nie­czuły na upadki i po­tłu­cze­nia. Sły­sza­łem za sobą sapa­nia chłopców, za­chę­ca­jące okrzyki dok­tora, na­szczeki­wa­nie Se­ba­stiana.

Na­resz­cie zna­la­złem się na dole, obok sto­ją­cych w ka­mie­nio­łomie sa­mo­cho­dów. Wy­sko­czy­łem na drogę, aby ro­zej­rzeć się, czy gdzieś w po­bliżu nie zo­baczę forda, bo prze­cież Fry­deryk chyba przyjechał tu swoim wo­zem. W chwilę póź­niej zo­ba­czy­łem Ze­nobię. Prze­bie­gła obok mnie i jak pan­tera rzu­ciła się w przy­drożne krzaki. Za­ko­tło­wało się tam, a po mi­nucie Ze­nobia wy­cią­gnęła z krza­ków pana Ku­ryłłę. Trzymała go za koł­nierz ma­ry­narki, jak my­śliwy trzyma za uszy upo­lo­wa­nego za­jąca.

Wy­pro­wa­dziła go na śro­dek drogi i po­trzą­sając za kark, krzy­czała:

— Gdzie jest Fry­deryk?! Gdzie jest Fry­deryk?!

O, jakże żało­sny wi­dok przedsta­wiał nasz dumny pre­zes! Po­trzą­sany przez Ze­nobię, rap­tem jak dziecko za­czął pię­ściami wy­cie­rać oczy, roz­ma­zując brud na po­licz­kach.

— To zbój, ban­dyta, gangster! Zo­sta­wił mnie i uciekł! Ja nie je­stem ni­czemu wi­nien. Zo­sta­wił mnie tu i uciekł z moją puszką! Pew­nie uciekł sa­mo­cho­dem do gra­nicy nie­mieckiej — płaczliwie tłu­ma­czył Ze­nobii.

Pu­ściła nie­szczęśnika, który zato­czył się i klap­nął w wielką ka­łużę błota. Po­wie­działem z tru­dem tłu­miąc śmiech:

— Pani Ze­nobio, do­go­nimy Fry­de­ryka, za­nim zdoła prze­kro­czyć gra­nicę. Mój we­hikuł nie jest gor­szy od forda. A my­ślę na­wet, że okaże się szyb­szy.

Ze­nobia prychnęła po­gar­dli­wie.

— Może pan teraz nieść swój we­hikuł na ple­cach. Niech pan raczy zerk­nąć na sa­mo­chody.

Od­wró­ciłem się i spoj­rza­łem na nasze wozy. Aż mi się go­rąco zro­biło. Wszystkie cztery koła we­hi­kułu i wart­burga miały wy­pusz­czone po­wie­trze i stały jak w roz­dep­ta­nych kalo­szach. Zda­łem sobie sprawę, że przy­najmniej go­dzina upły­nie, za­nim będą nadawały się do dal­szej jazdy.

A Ze­nobia prze­szła kilka kro­ków drogą i znowu we­szła w krzaki, skąd wy­pro­wa­dziła swój straszliwy mo­to­cykl. Po­tem z ja­kie­goś miej­sca w swym mo­tocy­klu wy­su­nęła an­tenę i za­częła ma­ni­pu­lo­wać gał­kami ra­dio­stacji ukrytej we­wnątrz przy­czepy.

— Niech pan zaj­mie się swoim wo­zem — ode­zwała się do mnie, nie chcąc, abym sły­szał treść mel­dunku, który za­mie­rzała nadać.

Od­cho­dząc do we­hi­kułu sły­sza­łem, jak wo­łała do na­daj­nika:

— Tu Z 24... Z 24... Z 24...

Tymcza­sem zeszli z góry Hilda, dok­tor i chłopcy obju­czeni na­szymi ba­ga­żami, które po­zbie­rali na stoku Po­lany. Oto­czyli pana Ku­ryłłę i po­mo­gli mu wy­gra­molić się z ka­łuży.

— I co teraz bę­dzie? Co teraz zro­bimy? — roz­paczliwie pytał Wie­wiórka.

— Nie martwcie się — rze­kłem. — Za­nim Fry­deryk do­pad­nie gra­nicy i za­łatwi for­mal­ności celno-pasz­por­towe, zdo­łamy na­peł­nić po­wie­trzem gumy i do­go­nimy go. Więc do ro­boty!

Wy­jęli­śmy pompki sa­mo­cho­dowe. Na szczęście wentyle tkwiły w ko­łach. Wy­star­czyło więc tylko na­dmu­chać gumy.

Usły­szeli­śmy hałas za­pusz­cza­nego sil­nika w mo­tocy­klu Ze­nobii. Pod­je­chała do nas i prze­krzy­kując ło­skot sil­nika, za­wo­łała do mnie:

— Niech pan za­opie­kuje się Ku­ryłłą i za­bie­rze go z sobą do gra­nicy w Świecku! Tam zajmą się nim od­po­wiednie wła­dze!

— Je­stem nie­winny — pi­snął Ku­ryłło.

— Ci­cho! — wrzasnęła na niego Ze­nobia. — A co do pa­mięt­nika, panie Sa­mo­cho­dzik, to na ten temat jesz­cze po­ga­damy. Czy pan mnie już nigdy nie prze­sta­nie uwa­żać za idiotkę?

Chciałem coś wy­ja­śnić, wy­tłu­ma­czyć, lecz ona prze­su­nęła rączkę gazu i ze straszli­wym ło­sko­tem odje­chała po błot­nistej dro­dze.

W nie­spełna go­dzinę póź­niej ru­szyli­śmy w tę samą stronę, na szosę do Świecka, gdzie znaj­do­wało się naj­bar­dziej uczęsz­czane przejście gra­niczne do Nie­mieckiej Re­pu­bliki De­mo­kra­tycz­nej. Dru­gie takie przejście było w Kieł­ba­sko­wie pod Szczeci­nem, ale prze­czu­cie mó­wiło mi, że Fry­deryk wy­bie­rze ra­czej Świecko koło Słu­bic, gdyż tam­tędy bę­dzie miał naj­bliżej do NRF i da­lej na Za­chód, skąd chyba przyjechał.

Nie ko­rzy­sta­łem z wiel­kich pręd­kości mego we­hi­kułu, gdyż wio­złem Kasię i Hildę, a za mną pę­dził wart­burg z chłopcami. Przez całą drogę do Świecka nasz pre­zes od czasu do czasu do­sta­wał na­padu stra­chu, roz­pa­czał, bła­gał mnie, abym mu po­zwo­lił uciec i skryć się przed od­po­wie­dzialno­ścią.

— Aresztują mnie — ję­czał płaczliwie. — Za­mkną mnie do wię­zie­nia. Ale wszyst­kiemu wi­nien jest ten prze­klęty Klaus. On mnie na­mó­wił do złego. Co teraz zro­bić, panie To­ma­szu?

— Klaus chyba znał pana wcześniej, skoro tak łatwo udało mu się zwerbo­wać pana do tej ro­boty.

— Przed wojną by­łem pry­wat­nym de­tek­ty­wem w Ło­dzi. I kil­ka­krot­nie ze­tknąłem się z Klausem, który rów­nież mieszkał w Ło­dzi. Pod­czas oku­pacji Klaus przyjął vol­ksli­stę i za­czął pra­co­wać w nie­mieckiej poli­cji kry­mi­nal­nej. Pew­nego razu zo­sta­łem na­wet przez niego areszto­wany, po­nie­waż szmuglo­wa­łem mięso. Wy­pu­ścił mnie ze względu na dawną zna­jo­mość. Przed dwoma laty Klaus przyjechał do Ło­dzi jako kore­spondent, spo­tkał tam na­szego wspólnego zna­jo­mego, który podał mu mój adres we Wro­cła­wiu. Klaus od­wie­dził mnie, wy­py­tywał o różne sprawy na na­szych Zie­miach Za­chodnich, bo chciał na­pisać jakiś arty­kuł. Lecz ja by­łem bar­dzo ostrożny i on szybko zre­zy­gno­wał ze zna­jo­mo­ści ze mną. Aż tu pew­nego dnia otrzyma­łem od niego list, abym na­tychmiast przy­był do Ja­sie­nia, gdyż szy­kuje się jakiś do­bry inte­res. Wziąłem urlop i przyje­cha­łem. Spotkali­śmy się w Ja­sie­niu i wtedy wta­jem­ni­czył mnie w sprawę sza­chownicy. Po­wie­dział, że histo­ria tego pa­mięt­nika to tylko pa­ra­wan, w rze­czy­wi­stości cho­dzi o złoto i bry­lanty Hau­bit­zów. Znał mnie jako do­brego de­tek­tywa i obie­cał po­łowę skarbu. Dla­tego przy­sta­łem na tę ro­botę. Poin­for­mo­wał mnie, gdzie są sza­chownice, i z po­czątku szu­kał skrytki wraz ze mną, no­cami w ob­ser­wato­rium. Póź­niej kazał szu­kać sa­memu, a sam miał przyjechać znowu do Pol­ski za cztery dni. Na miej­sce spo­tka­nia wy­zna­czy­liśmy sobie ruiny młyna To­pie­lec. Zna­la­złem skrytkę w gro­bowcu, wy­jąłem ka­setkę. Wy­obraża so­bie pan mój prze­strach, gdy prze­ko­na­łem się, że kryła ona nie złoto i bry­lanty, lecz jed­nak pa­mięt­nik Hau­bitza.

— Trzeba się było zgło­sić do na­szych władz, wówczas omi­nę­łaby pana kara.

— A tak, tak. Na­le­żało tak zro­bić. Ale gdy po­my­śla­łem, że stra­ciłem tyle czasu na po­szu­ki­wa­nia, a wła­dze za­pewne nie da­dzą mi za ten pa­mięt­nik na­wet naj­mniejszej na­grody, wo­lałem za­cze­kać na przyjazd Klausa. Chciałem otrzymać od niego ja­kieś ho­nora­rium. A po­tem wmieszał się ten prze­klęty Fry­deryk. Jak pan myśli, czy otrzymam su­rową karę?

Żal mi się zro­biło nie­szczę­snego Ku­ryłły i za­miast ra­do­wać się jego klę­ską, za­czą­łem go po­cie­szać:

— Niech się pan nie martwi, panie Ku­ryłło. Może wła­dze uwzględ­nią pań­ską do­tych­cza­sową nie­ka­ral­ność? Może na­wet nie zo­sta­nie pan areszto­wany, a od­po­wie pan przed są­dem z wol­nej stopy? Może we­zmą pod uwagę fakt, że szu­kał pan jed­nak nie pa­mięt­nika, ale złota i bry­lan­tów? Może otrzyma pan wy­rok z za­wie­sze­niem? Tylko musi pan do wszyst­kiego się przy­znać szczerze i otwarcie. Bez krę­tactw, pa­nie Ku­ryłło.

— Wy­znam wszystko. Wszy­ściutko — bił się w piersi były nasz pre­zes.

I tak wy­słu­chu­jąc jego na­rze­kań, po­cie­sza­jąc go — zaje­cha­łem na punkt gra­niczny w Świecku.

Trwał tu oży­wiony ruch, raz po raz uno­siło się do góry biało-czerwone ramię szla­banu gra­nicz­nego, aby prze­pu­ścić nad­jeż­dża­jące przez most na Od­rze sa­mo­chody oso­bowe lub wy­pu­ścić sa­mo­chody wy­jeż­dża­jące z Pol­ski. Długa ko­lejka, zło­żona z kil­ku­nastu wo­zów róż­nych ma­rek o zna­kach pol­skich i za­gra­nicz­nych, stała przed nie­wiel­kim do­mem, w któ­rym od­by­wała się kon­trola celna. I tam — mię­dzy pierwszym i dru­gim szla­ba­nem gra­nicz­nym, w ko­lum­nie wo­zów — doj­rzeli­śmy forda.

A więc nie omylili­śmy się. Wła­śnie w Świecku Fry­deryk zde­cy­do­wał się prze­kro­czyć gra­nicę pol­ską. Mie­liśmy Fry­de­ryka tuż przed sobą, nie­led­wie o wy­cią­gnię­cie ra­mie­nia. Lecz jed­no­cze­śnie po­zo­sta­wał on już dla nas pra­wie nie­osią­galny, bo dzie­lił go pierwszy szla­ban gra­niczny. Dwaj uzbrojeni WOP-iści za­gra­dzali nam drogę od strefy gra­nicz­nej. Wejść tam mo­gli jedy­nie po­sia­dacze pasz­por­tów lub wkładek pasz­por­to­wych.

Sta­nęli­śmy więc za siatką oka­la­jącą strefę gra­niczną i gapi­liśmy się na sa­mo­chód Fry­de­ryka, bo on sam za­pewne znaj­do­wał się już w ko­mo­rze cel­nej.

— Boże mój — Kasia szarpnęła mnie za rę­kaw i mó­wiła z wy­pie­kami na twa­rzy. — Nie­chże pan coś zrobi, pa­nie To­ma­szu. Niech pan po­wie WOP-istom, że Fry­deryk ukradł pa­mięt­nik. Niech go nie prze­pusz­czą przez gra­nicę. Nie­chże pan coś robi!

Bez­rad­nie wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Fry­deryk ma do­ku­menty w zu­peł­nym po­rządku i nikt nie ma prawa go za­trzymać. Chyba że cel­nicy znajdą u niego ja­kieś to­wary, któ­rych nie wolno przewo­zić, stwierdzą przemyt lub coś w tym ro­dzaju.

— A pa­mięt­nik? Prze­cież on nie ma prawa wy­wieźć tego pa­mięt­nika. Zdo­był go roz­bo­jem — nie­cier­pli­wił się Tell.

— Ba — kiw­ną­łem głową — jeśli znajdą pa­mięt­nik przy Fry­de­ryku, będą mo­gli go za­trzymać. Po­sia­danie przez niego pa­mięt­nika to je­dyny do­wód, że brał czynny udział w na­pa­dzie na naszą wy­cieczkę. Ale czy są­dzi­cie, że on jest na tyle głupi, aby ten pa­mięt­nik mieć przy sobie?

— Czy cel­nicy wie­dzą, że trzeba szu­kać pa­mięt­nika? — martwił się Wie­wiórka.

— Nie wiem — od­po­wie­działem. — Nie przy­pusz­czam jed­nak, aby Ze­nobia dała za wy­graną. Było dość czasu, aby uprzedzić wła­dze gra­niczne. Je­śli Fry­deryk ma ten pa­mięt­nik ze sobą, to bądźcie pewni, że cel­nicy go znajdą. Tylko że to bar­dzo sprytny człowiek i wąt­pię, aby oka­zał się aż tak nie­przewi­du­jący.

— A co on z nim zro­bił? Jak pan myśli, czy on go wy­słał pocztą? — pytał So­kole Oko.

— Nie mam poję­cia. To już zresztą nie nasza sprawa, ale Ze­nobii. Jej głowa w tym, aby pa­mięt­nik nie przedostał się przez gra­nicę.

— Czy... — Tell za­jąk­nął się — czy pan jest pe­wien, że Ze­nobia pra­cuje w kontrwy­wia­dzie?

— Za­pytaj ją o to — uśmiech­ną­łem się. — Ale wąt­pię, czy udzieli ci od­po­wie­dzi.

— O, Fry­deryk — szep­nął Tell.

Z ko­mory cel­nej wy­szedł Fry­deryk w towa­rzy­stwie trzech cel­ni­ków i jesz­cze kilku wła­ści­cieli sa­mo­cho­dów opusz­cza­ją­cych Pol­skę. Cel­nicy po­de­szli do pierwszego wozu w ko­lum­nie. Jakiś pan w twe­edo­wej ma­ry­narce uprzejmie otworzył kufer wozu.

Ford stał trzeci w ko­lum­nie. Fry­deryk w nie­dba­łej pozie wsparł się o bok sa­mo­chodu i non­sza­lanc­kim ge­stem za­palił pa­pie­rosa, oczekując, aż przyjdzie jego kolej.

Raptem Se­ba­stian zna­lazł jakąś dziurę w siatce, nie zwa­żając na prze­pisy gra­niczne, przelazł przez nią i mer­dając rado­śnie ogo­nem pod­biegł do Fry­de­ryka. Kasia gwizdnęła na swego psa, ale wówczas Fry­deryk za­uwa­żył go, po­znał i aż drgnął. Ro­zej­rzał się i zo­ba­czył nas sto­ją­cych za siatką.

Uśmiech po­jawił się na jego ustach. Kiw­nął dło­nią ku nam, jak gdyby że­gna­jąc naj­ser­deczniej­szych przyjaciół.

— Ach, to... to... to... prze­wrotny sza­tan — Kasia długo po­szu­ki­wała słów dla okre­śle­nia po­stawy Fry­de­ryka.

— Gdzie jest pani Ze­nobia? Dla­czego jej tu nie ma? — martwił się dok­tor.

— Z przy­kro­ścią mu­szę stwierdzić — po­wie­działem — że Fry­deryk mi im­po­nuje.

Cel­nicy skończyli prze­gląd pierwszego wozu. Pan w twe­edo­wej ma­ry­narce za­siadł za kie­row­nicą, zapu­ścił silnik. Pod­nio­sło się czerwono-białe ramię szla­banu i sa­mo­chód wje­chał na most gra­niczny.

Drugi wóz nale­żał do pol­skiego mał­żeń­stwa z ma­łym chłopczy­kiem. Byli to za­pewne tu­ryści uda­jący się na wy­cieczkę do NRD. Cel­nicy do­ko­nali bar­dzo po­wierz­chownego prze­glądu sa­mo­chodu, zale­dwie zaj­rzeli do ba­gaż­nika. I znowu pod­nio­sło się ramię szla­banu, pol­scy tury­ści odje­chali do Frank­furtu nad Odrą.

Teraz dwaj cel­nicy skie­ro­wali się do domku, który sta­nowił ko­morę celną. Tylko trzeci cel­nik pod­szedł do wozu Fry­de­ryka, który — jak się nam wy­da­wało — od tej chwili z du­żym na­pię­ciem oczekiwał prze­glądu.

Ale cel­nik tylko po­wie­dział coś do Fry­de­ryka, coś, czego nie zro­zu­mie­liśmy. A po­tem oddał mu de­kla­rację celną i za­sa­luto­wał, dając do zro­zu­mie­nia, że prze­gląd forda uważa za zby­teczny.

— O rany, co za głupcy — jęk­nął zroz­pa­czony So­kole Oko.

— Pa­nie To­ma­szu, niech im pan wy­tłu­ma­czy... — szczypała mnie w rękę Kasia.

Cel­nik pod­szedł do czwartego wozu, ze zna­kami „GB”, a więc był to sa­mo­chód an­giel­ski. Na­leżał do mło­dego mał­żeń­stwa. An­glik pod­niósł po­krywę ba­gaż­nika, uka­zując swoje wa­lizki.

Z punktu kon­troli gra­nicz­nej wy­szedł ofi­cer WOP. Wrę­czył Fry­dery­kowi jego pasz­port, za­sa­luto­wał, a po­tem kiw­nął dło­nią w kie­runku żoł­nie­rza, dając mu znak, że może pod­nieść szla­ban. A więc Fry­deryk miał wolną drogę. Jesz­cze chwila i wje­dzie na most na Od­rze, znik­nie nam z oczu. Na zaw­sze. Zwy­cię­ski, triumfu­jący.

— Niech pan coś zdziała, niech pan za­trzyma Fry­de­ryka — szeptali go­rącz­kowo chłopcy.

Lecz, o dziwo, Fry­deryk nie śpie­szył się z prze­kro­cze­niem gra­nicy. Ba, wy­glą­dało tak, jakby spe­cjal­nie opóźniał swój od­jazd z Pol­ski. Pod­niósł ma­skę swego forda i po­chylił się nad silni­kiem. Sprawiał wra­żenie, że nagle stwierdził w swym wo­zie jakąś awa­rię.

Tymcza­sem cel­nik po­prosił mło­dego An­glika o otworze­nie wali­zek. Raptem po­chylił się i z jed­nej z wali­zek wyjął... bla­szaną puszkę oklejoną pla­strami. Otworzył ją i po chwili trzymał w ręku... pa­mięt­nik Hau­bitza. Tak, na pewno był to pa­mięt­nik. Z odle­gło­ści kilku kro­ków wi­dzie­liśmy skó­rzane okładki i wy­bla­kłe litery go­tyc­kie.

— Co to jest? — za­pytał An­glika cel­nik.

— To jest pa­mięt­nik jed­nego z mo­ich przyjaciół — usły­sza­łem od­po­wiedź. — Rzecz bez żad­nej większej war­tości. Dał mi do prze­czy­tania.

— Pro­szę. Zwracam go panu — cel­nik oddał An­gli­kowi pa­mięt­nik.

Ge­stowi temu towa­rzy­szył straszny jęk, który wy­dobył się z piersi chłopców i Kasi. Równo­cze­śnie za­trza­snął się za­mek ma­ski forda. Fry­deryk był go­towy do od­jazdu i dys­kretne spoj­rze­nia rzu­cał w kie­runku kon­tro­lo­wa­nego sa­mo­chodu.

Młody An­glik drżą­cymi ze zde­ner­wo­wa­nia rę­kami przyjął od cel­nika pa­mięt­nik. Było dla nas oczywiste, że Fry­deryk po­prosił go o przewie­zie­nie przez gra­nicę kom­pro­mi­tują­cego przed­miotu. Uprzejmy An­glik za­pewne zgo­dził się na prośbę Fry­de­ryka, a te­raz, być może, ża­łował tego. I stąd jego zde­ner­wo­wa­nie.

Z nie­chę­cią rzucił pa­mięt­nik do wa­lizki. Ale zro­bił to tak nie­zręcznie, że skó­rzane okładki za­wa­dziły o brzeg wa­lizki i pa­mięt­nik upadł na zie­mię obok sa­mo­chodu. Okładki otworzyły się i spo­mię­dzy nich wy­sunął się... Przewod­nik po Pol­sce w biało-czerwo­nej ob­wo­lucie.

Fry­deryk dłu­gim sko­kiem zna­lazł się przy sa­mo­cho­dzie An­glika. Usłużnie pod­jął z ziemi pa­mięt­nik. Jed­nym spoj­rze­niem zdo­łał stwierdzić, że okładki pa­mięt­nika kryły nie ręko­pis Hau­bitza, ale Przewod­nik po Pol­sce.

Z wściekło­ścią za­trza­snął okładki i spoj­rzał na nas, sto­ją­cych za siatką.

— Tak, tak — za­wo­łałem po nie­miecku do Fry­de­ryka — to mój przewod­nik! Gdyby pan był tak do­bry i zwrócił mi go, był­bym bar­dzo wdzięczny...

Nie zdo­łam opi­sać wej­rze­nia, jakim obda­rzył mnie Fry­deryk. Było w nim tyle wściekło­ści, nie­na­wiści, gniewu, że przez krótką chwilę do­zna­łem uczucia stra­chu.

Chłopcy mieli roz­dzia­wione gęby, a Ka­sia do­stała jesz­cze większych wy­pie­ków. Doktor od razu pojął, co się stało, i za­czął się cicho śmiać.

Hilda szeptała:

— Nic z tego nie ro­zu­miem...

Fry­deryk stał nie­ru­chomo z przewod­ni­kiem w ręku i wciąż pa­trzył na mnie z nie­na­wi­ścią. Nie, nie na mnie. Na ko­goś, kto zbli­żał się za na­szymi ple­cami.

— Niech pan wreszcie prze­sta­nie się wy­głu­piać — ode­zwała się Ze­nobia. — No, nie­chże pan odda mi pa­mięt­nik. Naj­wyż­sza pora za­koń­czyć tę sprawę.

Uśmiech­ną­łem się bez­rad­nie i się­gną­łem dło­nią pod swe­ter na pier­siach. Wy­jąłem dwa grube bru­liony, te same, które oglą­dali­śmy na Pola­nie. Ociągając się, wrę­czy­łem je Ze­nobii.

— Panno Hildo — rze­kła Ze­nobia. — Do­brze się sta­nie, jeśli wraz ze mną i pa­mięt­ni­kiem poje­dzie pani teraz do War­szawy. I ty, Ka­siu, też poje­dziesz. Pora już wró­cić do mamy, do domu.

Do­piero teraz za­uwa­żyli­śmy, że przed pierwszym szla­ba­nem, tuż obok mo­jego we­hi­kułu i wart­burga dok­tora, ustawiła się czarna wołga.

— Więc pan?... pan?... — chłopcy i Kasia na­resz­cie zro­zu­mieli, co się stało. — Na Pola­nie wyjął pan z okła­dek pa­mięt­nik Hau­bitza i wło­żył tam swój Przewod­nik po Pol­sce?

— No tak. Zro­biłem to wtedy, gdy po­bie­gli­ście za tymi, co kryli się w gro­bowcu. Do­my­śla­łem się, że Fry­deryk bę­dzie usi­łował wy­kraść puszkę z pa­mięt­ni­kiem. Nie chciałem ryzy­ko­wać utraty ma­nu­skryptu.

— Więc po co ta cała heca? Po co pan ści­gał Fry­de­ryka? — zdu­mie­wał się Wie­wiórka.

— Zro­biłem to, aby Fry­deryk był prze­ko­nany, że wy­wozi pa­mięt­nik, na któ­rym tak bar­dzo nam za­leży.

— A pani? Pani się do­my­ślała, że pan Sa­mo­cho­dzik za­brał pa­mięt­nik? — spy­tał Tell Ze­nobię.

— Tak mało go zna­cie? — roze­śmiała się Ze­nobia. — Prze­cież to było oczywiste, gdy po­zwo­lił Hil­dzie nieść puszkę. A poza tym pan Sa­mo­cho­dzik ma skłonność do efektow­nych scen. Czy mógłby sobie od­mó­wić prze­życia pięk­nej za­bawy, przed ko­morą celną? Mo­głam mu za­brać ten pa­mięt­nik już wówczas, gdy Fry­deryk uciekł z puszką, ale po­my­śla­łam: „Niechże pan To­masz ma też tro­chę frajdy. Na­leży mu się”.

— Dziękuję pani — skło­niłem się.

Sa­mo­chód ze zna­kami „GB” już odje­chał. Na­resz­cie i Fry­deryk ock­nął się z za­my­śle­nia. Jesz­cze raz spoj­rzał na nas, po­tem pod­szedł do forda, ze zło­ścią szarpnął klamkę drzwiczek i za­siadł za kie­row­nicą. Wi­dzie­liśmy, jak pod­nio­sło się ramię szla­banu, ford wje­chał na most. Prze­mknął przez niego z ogromną szybko­ścią i po chwili znik­nął nam z oczu.

Na mo­ście za­pewne mi­nął się z czar­nym tau­nu­sem. Bo po małej chwili na pol­ski punkt kon­troli gra­nicz­nej przyjechał Klaus. Gdyby był ro­zej­rzał się, być może do­strzegłby Ku­ryłłę, Hildę i nas sto­ją­cych za siatką strefy gra­nicz­nej. Ale śpie­szyło mu się bar­dzo. Otrzymał stempel w pasz­por­cie, cel­nik machnął ręką, dając mu do zro­zu­mie­nia, że kon­trolę wozu uważa za zby­teczną. Pod­nio­sło się biało-czerwone ramię szla­banu i tau­nus zna­lazł się na pol­skiej ziemi. A wtedy za­gro­dziła mu dal­szą drogę zie­lona war­szawa, z któ­rej wy­sia­dło dwóch ubra­nych po cy­wil­nemu męż­czyzn. Jeden z nich pod­niósł do góry rękę uzbrojoną w „li­zaka”, da­jąc Klausowi roz­kaz za­trzyma­nia się.

— Czy pan Klaus? — za­pytał po nie­miecku.

— Tak — od­po­wie­dział Klaus wy­chy­lając się przez okno sa­mo­chodu.

I wówczas to Klaus zo­ba­czył mój we­hikuł, a także Hildę, Ze­nobię, chłopców i Kasię, jak rów­nież nie­szczę­snego Ku­ryłłę. Przybladł nieco, lecz po­wie­dział spo­koj­nie:

— O co pa­nom cho­dzi?

— O wy­ja­śnie­nie pew­nej sprawy — po­wie­dział pierwszy z męż­czyzn. A drugi kiw­nął ręką na pana Ku­ryłłę:

— Pan bę­dzie ła­skaw tu do nas. Pana rów­nież po­pro­simy o kilka słów wy­ja­śnie­nia.

— Czy stało się coś złego? — za­pytał Klaus.

— Nie. Na szczęście nic złego się nie stało — pa­dła od­po­wiedź.

— Czy pa­no­wie chcą mnie areszto­wać? — za­nie­po­koił się Klaus.

— Nie. Po pro­stu cho­dzi o pewne wy­ja­śnie­nia. Pan bę­dzie ła­skaw poje­chać za na­szym sa­mo­cho­dem. A pan po­zwoli z nami — za­pro­sili Ku­ryłłę do swego wozu.

Od­je­chali. A w ty­dzień póź­niej wy­czy­tałem w gaze­cie ko­mu­nikat o wy­dale­niu z Pol­ski nie­mieckiego dziennika­rza na­zwi­skiem Hein­rich Klaus.

Ku­ryłło bar­dzo prze­żył sprawę pa­mięt­nika i fakt, że był na­rzę­dziem w rę­kach prze­stępcy.

Re­dak­cja frankfurc­kiej ga­zety wy­grała pro­ces są­dowy z Kon­ra­dem von Hau­bitz. W tej sa­mej gaze­cie prze­czy­tałem wzmiankę, że prze­ciwko Hau­bit­zowi pro­ku­ra­tura za­chodnio­nie­miecka wszczęła do­cho­dze­nie o sprawy związane z jego wo­jenną prze­szło­ścią. Być może sprawie­dli­wo­ści sta­nie się za­dość.

I taka jest histo­ria Księgi stra­chów. Bo czy nie był praw­dziwą księgą stra­chów pa­mięt­nik Kon­rada von Hau­bitza, zbrodnia­rza wo­jen­nego?

 

[top]

 


1 Tell, So­kole Oko, Wie­wiórka — to oczywi­ście przy­domki chłopców. Pierwszy z nich świetnie strzelał z ku­szy, drugi — był bar­dzo spo­strzegaw­czy, a trzeci — cho­dził zwinnie po drzewach. O ich po­przednich przy­go­dach do­wie­dzieć się może czy­telnik z ksią­żek: Wy­spa zło­czyń­ców i Pan Sa­mo­cho­dzik i tem­pla­riu­sze [^]