UUK Quality Books


Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i zagadki Fromborka

Wydawnictwo Pojezierze
Olsztyn 1982

 


Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

 


ROZDZIAŁ PIERWSZY [top]

PO PRZYJEŹDZIE ZNAD LOARY • NOWE ZADANIE • KTO ROZWIĄZUJE ZAGADKI FROMBORKA • PIERWSZY SCHOWEK PUŁKOWNIKA KOENIGA • TRZY BEZCENNE MONETY • PODEJRZANA SPRAWA • KIM JEST TAJEMNICZA PARA • CO WYKAZAŁO ŚLEDZTWO • SPRAWA O KRYPTONIMIE „DUKAT ŁOKIETKA”

 

Po­wró­ciłem z Fran­cji, gdzie spę­dzi­łem mie­siąc urlopu. Zale­dwie przy­stą­piłem do swych zwy­kłych zajęć w Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Sztuki, gdy we­zwał mnie do sie­bie dy­rek­tor Mar­czak, mój bez­po­średni zwierzch­nik.

Mi­nął już czas mej pracy w pro­win­cjo­nal­nych mu­zeach, kiedy to tylko z amator­stwa zaj­mo­wa­łem się roz­wią­zy­wa­niem za­ga­dek histo­rycz­nych i po­szu­ki­wa­niem zagi­nio­nych pod­czas wojny skar­bów kul­tury. Zre­zy­gno­wano rów­nież ze mnie jako ku­sto­sza ma­łego mu­zeum na wsi. Otrzyma­łem mieszka­nie w War­sza­wie i etat w mini­ster­stwie. For­mal­nie by­łem tylko skrom­nym refe­ren­tem w De­par­ta­men­cie Mu­zeów i Ochrony Za­byt­ków, w rzeczy­wi­stości jed­nak pra­co­wa­łem jako człowiek do spe­cjal­nych poru­czeń, coś w ro­dzaju de­tek­tywa. Nie na­leży oczywi­ście są­dzić, że zaj­mo­wa­łem się pil­no­wa­niem ga­blot lub ści­ga­niem wła­my­wa­czy do sal mu­zeal­nych (nie­stety, i tacy by­wają). Po­ru­czano mi sprawy, które nie­kiedy zu­peł­nie nie no­siły cech prze­stęp­stwa, a prze­cież mo­gły nasz kraj nara­zić na po­ważne straty w dzie­dzi­nie kul­tury. Na przy­kład, czę­sto od­wie­dza­łem sklepy z dziełami sztuki, in­tere­sując się za­wie­ra­nymi tam transak­cjami, ba­cząc, aby jakiś cenny za­bytek (z jego ogromnej war­tości nie­kiedy nie zda­wał sobie sprawy na­wet sam sprzeda­jący) nie trafił w niepo­wo­łane ręce. Przyglą­da­łem się rów­nież działalno­ści róż­nego ro­dzaju han­dla­rzy anty­ków i dzieł sztuki. Ro­boty zresztą mia­łem mnó­stwo, dzie­dzina ochrony za­byt­ków raz po raz przy­nosi nie­spo­dzianki i za­gadki. Kto śle­dzi prasę, ten chyba pa­mięta sen­sa­cyjne wia­do­mo­ści związane z od­kry­ciem w ma­łym ko­ściółku wiej­skim obra­zów przy­pi­sy­wa­nych sławnemu mala­rzowi El Greco, o od­kry­ciu obra­zów Cra­na­cha na stry­chu jed­nego ze sta­rych ko­ściołów, o afe­rze z bez­cen­nymi wi­tra­żami. W tych wszyst­kich sprawach bra­łem udział jako rze­czo­znawca De­par­ta­mentu Mu­zeów i Ochrony Za­byt­ków. W kręgu mo­ich za­inte­re­so­wań le­żały rów­nież po­szu­ki­wa­nia zagi­nio­nych pod­czas wojny zbio­rów mu­zeal­nych i pry­wat­nych ko­lekcji. To wszystko chyba wy­raź­nie świadczy, jak róż­no­rodne mia­łem zaję­cia i jak wiele mu­sia­łem prze­żyć przy­gód, o któ­rych za­pewne warto bę­dzie kie­dyś napi­sać.

Po­dob­nie, jeśli znajdę tro­chę czasu, opi­szę czas spę­dzony we Fran­cji, do­kąd poje­cha­łem na za­pro­sze­nie Ka­ren Pe­ter­sen, córki słyn­nego po­szu­ki­wa­cza skar­bów, ka­pi­tana Pe­ter­sena[1]. Cały lipiec zaj­mo­wa­łem się wraz z Ka­ren roz­wią­zy­wa­niem ta­jem­nic jed­nego z prze­pięk­nych sta­rych zam­ków nad Lo­arą, prze­żyli­śmy mnó­stwo dra­ma­tycz­nych i fa­scy­nują­cych wy­da­rzeń, na­prawdę god­nych od­dzielnej książki.

Ale oto po­wró­ciłem już do kraju. Był pierwszy sierpnia i pierwszy dzień mojej pracy po urlo­pie.

— Oczeki­wa­łem pana z nie­cier­pli­wo­ścią — po­wie­dział mój zwierzch­nik, dy­rek­tor Mar­czak. — Mam bo­wiem dla pana nowe, bar­dzo ważne za­danie.

— Do­my­ślam się, o co cho­dzi — od­rze­kłem. — O za­gadki Fromborka?...

— A skąd pan o nich wie? Prze­cież do­piero wczoraj przyjechał pan z Fran­cji.

— Pi­sała o nich fran­cuska prasa. Wszystko, co jest związane z mia­stem, gdzie Ko­per­nik do­konał swoich wiel­kich od­kryć, inte­re­suje cały świat. Z praw­dziwą sa­tys­fak­cją we­zmę się do za­ga­dek Fromborka.

Dy­rek­tor Mar­czak prze­cząco po­kręcił głową.

— Nie­stety, mu­szę pana roz­cza­ro­wać. Za­gad­kami Fromborka już od trzech ty­godni zaj­muje się pań­ski ko­lega, ma­gister Pie­truszka. Udało mu się od­na­leźć jedną z trzech kry­jó­wek, w któ­rych puł­kow­nik Ko­enig schował zra­bo­wane w Pol­sce za­bytki. Od­zy­skali­śmy bez­cenne dzieła sztuki, pa­nie To­ma­szu, i nie wi­dzę po­wodu, dla któ­rego miał­bym sprawę za­ga­dek Fromborka od­bie­rać kole­dze Pie­truszce i prze­ka­zy­wać ją panu.

— Nic nie sły­sza­łem o od­kry­ciu schowka Ko­eniga...

— Nie nadawali­śmy tej sprawie roz­głosu. I tak za dużo było szumu w związku z od­nale­zie­niem zwłok puł­kow­nika Ko­eniga i planu jego trzech kry­jó­wek. Nie chcemy we From­borku wścib­skich dziennika­rzy ani też po­szu­ki­wa­czy skar­bów. Do­piero po od­nale­zie­niu wszyst­kich kry­jó­wek i wy­do­byciu z nich skar­bów, zor­gani­zu­jemy kon­fe­ren­cję pra­sową. A do pań­skiej wia­do­mo­ści po­daję: jeden ze schow­ków zo­stał przez Pie­truszkę już od­kryty, skarby są w piw­ni­cach Mu­zeum Na­ro­do­wego. Jeśli pan chce je obej­rzeć, pro­szę skontak­to­wać się z dy­rek­to­rem mu­zeum, za­pewne zgo­dzi się je panu po­kazać.

— Hm... — chrząkną­łem ze smutkiem.

— Niech pan nie „hmyka” — po­wie­dział dy­rek­tor Mar­czak. — Bar­dzo tego nie lubię. Wiem, że mię­dzy pa­nem i ma­gi­strem Pie­truszką ist­nieje duży anta­go­nizm. Ko­lega Pie­truszka nie­jed­no­krot­nie żalił się, że da­jemy panu do roz­wią­zania naj­cie­kaw­sze za­gadki, a jego po­zo­sta­wia się w cie­niu, przez co nie ma on moż­liwo­ści wy­ka­zania swoich ta­len­tów de­tek­tywi­stycznych. Wy­znaję, że na­wet ucie­szy­łem się, gdy ujawniła się sprawa za­ga­dek Fromborka, a pan był za gra­nicą. Bo z czy­stym su­mie­niem mo­głem tę sprawę prze­kazać kole­dze Pie­truszce. I je­stem z niego bar­dzo za­do­wo­lony. Od­na­lazł już pierwszą kry­jówkę.

Przyłoży­łem dłoń do piersi i rze­kłem uro­czy­ście:

— Oświad­czam panu, dy­rek­torze, że w ogóle nie będę się inte­re­so­wał za­gad­kami Fromborka. Ko­lega Pie­truszka może spo­koj­nie po­świę­cić się swojej pracy, bez obawy, że mu wejdę w pa­radę. A te­raz cze­kam na swoje za­danie.

— A tak. Przy­stą­pmy do dzieła — zgo­dził się dy­rek­tor Mar­czak, otwierając swój no­tatnik. — Jak pan wie, panie To­ma­szu — mó­wił — uważnie śle­dzimy po­litykę za­ku­pów, pro­wa­dzoną przez po­szczególne pol­skie mu­zea, i o tych za­ku­pach sta­ramy się mieć pełną in­for­ma­cję, szczegól­nie jeśli doty­czą przed­miotów o dużej war­tości. Otóż na prze­strzeni mi­nio­nego tygo­dnia aż z trzech mu­zeów w róż­nych mia­stach Pol­ski otrzyma­łem na­stę­pu­jące wia­do­mo­ści: mu­zeum K. na­było od pry­wat­nego po­sia­dacza srebrny denar „Gnezdun civi­tas”. Mu­zeum w L. na­było denar Mieszka I...

— Co? — aż ze­rwa­łem się z fotela.

— A tak, tak, pro­szę pana. De­nar Mieszka I. I niech pan siada, pa­nie To­ma­szu — po­wie­dział dy­rek­tor Mar­czak. — Niech pan siada i mocno trzyma się fotela, bo to jesz­cze nie ko­niec re­we­lacji. Mu­zeum w Ło­dzi nie­znany nam ko­lek­cjo­ner za­pro­po­no­wał... słynny „brakteat Jaksy”.

— Co?! — wy­krzykną­łem, nie wie­rząc wła­snym uszom. Nie ze­rwa­łem się już jed­nak z fo­tela, mocno trzyma­jąc się porę­czy.

— Tak, panie To­ma­szu — cią­gnął dalej dy­rek­tor Mar­czak — po­dzielam pań­skie zdu­mie­nie. W ciągu jed­nego tygo­dnia na rynek nu­mi­zma­tyczny wpłynęły nagle jedne z najcie­kaw­szych i naj­star­szych pol­skich mo­net. Stwierdzić też mu­szę, że cho­ciaż nie­które z wymie­nio­nych tu oka­zów ze względu na swoją rzad­kość są po pro­stu bez­cenne, sprzeda­jący pro­po­no­wali ceny nie wy­gó­ro­wane, ale się­ga­jące kil­ku­dzie­się­ciu ty­sięcy zło­tych za okaz.

— Nie­sły­chane!... — nie mo­głem wciąż opa­no­wać zdu­mie­nia.

— Dla­tego każde z wy­mie­nio­nych mu­zeów trakto­wało tę sprawę jako je­dyną w swoim ro­dzaju oka­zję i szybko, bez spe­cjal­nych for­mal­ności, do­ko­ny­wało za­kupu Do­piero tutaj, w depar­ta­men­cie, zbie­rając in­for­ma­cje o tych za­ku­pach, po­czu­liśmy nie­pokój.

— Czy w każ­dym przy­padku sprze­dawcą była jedna i ta sama osoba?

— Nie. Mu­zeum w K. ku­piło denar „Gnezdun civi­tas” od ja­kie­goś męż­czy­zny, mu­zeum w L. ku­piło denar Mieszka I od ja­kiejś ko­biety.

— Przy tego ro­dzaju transak­cjach spo­rzą­dza się ra­chu­nek, no­tuje dane per­so­nalne sprzedają­cego...

— Otóż to, panie To­ma­szu. Zba­dali­śmy dość do­kład­nie tę sprawę. Oka­zało się, że sprzeda­jący zo­stali pod­sta­wieni.

— Jak to pan ro­zu­mie?

— Transakcje od­by­wały się w spo­sób na­stę­pu­jący: naj­pierw był tele­fon do mu­zeum. Ano­ni­mowy człowiek pro­po­no­wał sprzedaż bez­cen­nej mo­nety i wy­zna­czał spo­tka­nie w ka­wiarni dla obej­rze­nia mo­nety. Na pyta­nie, skąd ma tę mo­netę, od­po­wia­dał: „In­for­macji udzielać nie będę. Chcecie kupić czy nie? Jeśli nie, to że­gnam”. Po­nie­waż były to wy­jąt­kowe okazy i ofe­ro­wano je sto­sun­kowo tanio, chciało je mieć każde mu­zeum, zresztą sprzeda­jący nie musi zdra­dzać swych ta­jem­nic. Może od­po­wie­dzieć: „Znala­złem mo­netę na stry­chu w starym ku­frze”, i kto mu udo­wodni, że tak nie było? Do­ko­ny­wano więc for­mal­nych transakcji, sprzeda­jący od­bierał pie­nią­dze, a na­stęp­nie szedł na miej­sce umó­wione z tym, kto mu po­wie­rzył mo­netę. Od­da­wał pie­nią­dze i otrzymy­wał pro­wizję w wy­soko­ści ty­siąca zło­tych. Za każ­dym ra­zem, jak wy­nika z opi­sów, które nam dali fik­cyjni sprze­dawcy, fak­tycz­nym sprze­dawcą był ktoś inny: jakaś ele­gancka dama, ja­kiś ele­gancki pan.

— Co nie oznacza, że to nie była spółka czy szajka zło­żona z paru osób — po­wie­działem.

— Oczywi­ście. A na­wet na pewno jest to ja­kaś kil­ku­oso­bowa szajka. Prze­cież to nie może być przy­pa­dek, że w jed­nym tygo­dniu ofe­ro­wano do sprzedaży aż trzy wy­jąt­kowe okazy mo­net.

— Czy za­wia­do­mili­ście mili­cję?

— Tak. To prze­cież dzięki mi­licyj­nemu śledztwu wiemy, że sprzeda­jący mo­nety zo­stali pod­sta­wieni i za ich ple­cami krył się ktoś inny. Ale cała ta sprawa, choć po­dej­rzana, nie daje prze­cież pod­staw do wszczęcia for­mal­nego śledztwa i an­ga­żo­wa­nia orga­nów ści­gania. Nie nosi ona bo­wiem cech prze­stęp­stwa. Każdy człowiek w Pol­sce ma prawo sprzeda­wać w muzeum czy w skle­pie Desy ja­kieś stare za­byt­kowe mo­nety, bę­dące w jego po­sia­daniu. Oczywi­ście, nie jest w po­rządku, że ktoś, za­miast sa­memu pójść do Desy lub do mu­zeum, wy­syła tam ko­goś in­nego i daje mu za to pro­wizję. Ale zaw­sze się może z tego wy­tłu­ma­czyć, po­wie­dzieć, że ma jesz­cze wiele in­nych mo­net, a nie chciał być na­ga­by­wany przez nu­mi­zmatyków. Wie pan, jak to jest ze zbie­ra­czami. Jak się do­wie­dzą, że ktoś ma bo­gate zbiory, za­czną go na­cho­dzić, pro­po­no­wać obej­rze­nie, wy­mianę, sprzedaż, kupno i tak dalej. Ten ktoś ma prawo po­zo­stać ano­ni­mo­wym. I choć za­cho­wuje się po­dej­rza­nie, prze­cież nie musi być prze­stępcą. Tym bar­dziej, pro­szę pana, że nie zgła­szano mili­cji, aby ko­mu­kol­wiek w Polsce zgi­nęła, zo­stała skra­dziona lub zra­bo­wana ko­lek­cja sta­rych mo­net. A więc okazy sprzeda­wane do mu­zeów nie po­cho­dzą z kra­dzieży i dla­tego nie ma pod­staw do wszczęcia for­mal­nego śledztwa. Mo­gły one zo­stać przy­pad­kiem gdzieś zna­le­zione. W cza­sie mi­nio­nej wojny zgi­nęło prze­cież sporo róż­nego ro­dzaju ko­lekcji. I na­leży się tylko cie­szyć, że ano­ni­mowy zna­lazca, za­miast kryć je w ja­kimś schowku, ofe­rował tak cenne okazy mu­zeum za nie­wy­gó­ro­waną cenę.

— Może nie miał poję­cia o war­tości to­waru, który ofe­rował?

— Nie, pro­szę pana. W tele­fo­nicz­nych roz­mo­wach z ku­sto­szami mu­zeów okre­ślał mo­nety bar­dzo fa­chowo, mó­wił, że są bez­cenne, ale że orientuje się w skrom­nych środ­kach fi­nan­so­wych, ja­kimi dys­po­nują mu­zea, i dla­tego pro­po­nuje takie ni­skie ceny. Chciałby bo­wiem, aby te mo­nety zna­lazły się w mu­zeach, a nie u pry­wat­nych ko­lek­cjo­ne­rów.

— W pew­nym sen­sie to na­wet bar­dzo uczciwe po­sta­wie­nie sprawy.

— A tak. I to głównie zde­cy­do­wało, że nie wi­dzimy po­trzeby an­ga­żo­wa­nia mili­cji, ale wła­śnie panu da­jemy za­danie zba­dania tej histo­rii.

Za­sta­no­wi­łem się chwilę.

— Jak mam trafić na ślad ta­jem­ni­czego „kto­sia”? — za­py­tałem.

— Wspo­mniałem panu, że mu­zeum w Ło­dzi otrzymało pro­po­zycję kupna „brakteatu Jaksy”, księ­cia na Ko­pa­nicy. Ofertę zło­żyła jakaś ko­bieta. Za­pro­po­no­wała do­ko­nanie transakcji w ka­wiarni „Ho­no­ratka”, jutro o go­dzi­nie dwu­dzie­stej. Ku­stosz mu­zeum ma przyjść i na spo­tka­nie i przy­nieść pie­nią­dze. Ta­jem­nicza ko­bieta oświad­czyła, że zna ku­sto­sza z wy­glądu, sama po­dej­dzie do jego sto­lika i z nim się roz­mówi. Wrę­czy mu mo­netę i od­bie­rze pie­nią­dze. Pro­po­nuję, żeby pan poje­chał jutro do Ło­dzi i o wy­zna­czo­nej go­dzi­nie zja­wił się w ka­wiarni, nie­za­leż­nie od ku­sto­sza. Obej­rzy pan sobie tę panią, no a reszta już na­leży do pana.

— Transakcja ma być do­ko­nana?

— O, tak. Prze­cież to bez­cenna mo­neta, a chce za nią tylko trzy­dzie­ści ty­sięcy zło­tych. Tej sprawie na­daję kryptonim...

W tym mo­men­cie na biurku dy­rek­tora Mar­czaka ode­zwał się tele­fon.

— Tak, słu­cham, tu Mar­czak — po­wie­dział w słu­chawkę.

Po dłuż­szej chwili na jego twa­rzy od­ma­lował się wy­raz bez­brzeżnego zdu­mie­nia. Po­tem dy­rek­tor Mar­czak krzyknął do tele­fonu:

— Co ta­kiego?! Chce mi pani sprzedać złoty dukat Ło­kietka? Ależ to chyba żart... Nie ist­nieje drugi eg­zem­plarz tego du­kata. Co ta­kiego? Pani twierdzi, że pani ma drugi eg­zem­plarz?

Na czoło dy­rek­tora Mar­czaka wy­stą­piły drobne kro­pelki potu.

A palce tak miał mocno za­ci­śnięte na słu­chawce, że aż zbielały.

— Pro­szę pani. Przy­staję na każde wa­runki! — za­wołał do tele­fonu. — Pro­szę po­wie­dzieć, gdzie i kiedy mo­żemy się spo­tkać. Tak, przy­niosę pie­nią­dze, ale pani musi naj­pierw po­kazać mi tę mo­netę. Ja pani nie wie­rzę. Nie ist­nieje drugi eg­zem­plarz du­kata Wła­dy­sława Ło­kietka... Co? Pani jesz­cze do mnie za­dzwoni?... Halo, halo!... — wołał do tele­fonu dy­rek­tor Mar­czak.

Ale wołał na próżno. Ko­bieta, która dzwoniła, odło­żyła słu­chawkę.

Dy­rek­tor Mar­czak długą chwilę sie­dział w fo­telu za swoim biur­kiem. A po­tem po­wie­dział do mnie cicho, jakby mu sił bra­ko­wało:

— Tej sprawie na­daję kryptonim „Du­kat Ło­kietka”.

I do­dał bła­gal­nie:

— Pa­nie To­ma­szu. W panu moja cała na­dzieja...

 

 


ROZDZIAŁ DRUGI [top]

SKARBY NARODOWE • TAJEMNICA TRZECH MONET • NUMIZMATYCZNE YETI • KŁOPOTY Z KSIĘCIEM JAKSĄ • ZŁOCZYŃCY CZY KOLEKCJONERZY • MOJA TAJNA MISJA • W „HONORATCE” • POJAWIENIE SIĘ WALDEMARA BATURY • GENIUSZ ZŁA • BATURA ODPOWIADA NA KILKA PYTAŃ • RZUCONA RĘKAWICA • JEDEN ZERO DLA BATURY

 

Do Ło­dzi poje­cha­łem na­stęp­nego dnia, zaraz po połu­dniu. Drogę od­by­łem moim po­kracznym we­hi­ku­łem, po­nie­waż mu­sia­łem być przy­go­to­wany na wszelkie ewentual­ności, gdy będę pró­bo­wał usta­lić per­so­nalia ta­jem­ni­czej damy, skłonnej sprzedać „brakteat Jaksy”. Oko­licz­ności sprawy, a przede wszystkim ów dziwny tele­fon od dy­rek­tora Mar­czaka w związku z du­ka­tem Ło­kietka, ka­zały są­dzić, że czeka mnie trudna do roz­wią­zania za­gadka. Nie ża­ło­wa­łem więc, że omi­nęły mnie za­gadki Fromborka. Kryjówki ze skar­bami ukrytymi przez. hi­tle­row­skiego ra­busia? Tak, to brzmi bar­dzo efektow­nie. Zarę­czam wam jed­nak, że hasło wy­wo­ław­cze: „Du­kat Ło­kietka”, w rów­nym stop­niu może ze­lek­try­zo­wać każ­dego mu­zeal­nika.

Droga do Ło­dzi jest sze­roka i pro­sta, nie­kło­po­tliwa dla kie­rowcy. Mój we­hikuł niósł mnie bez­piecznie i wie­działem, że nie sprawi mi żad­nych przy­krych nie­spo­dzia­nek. Pod­czas po­bytu we Fran­cji, w na­grodą za udział w roz­wi­kła­niu ta­jem­nic zamku nad Lo­arą, ka­pitan Pe­ter­sen za­mó­wił we wło­skiej fir­mie Pinin Fa­rina silnik do mego we­hi­kułu i nowe gumy. Koszto­wało to mniej wię­cej tyle samo, co nowa ele­gancka simca albo na­wet peu­geot. Ale nie chciałem roz­stać się ze swoim po­kracznym sa­mo­cho­dem, który tyle­kroć wy­niósł mnie z naj­róż­niej­szych nie­bez­pie­czeństw. Trakto­wa­łem go jak swego naj­lep­szego po­moc­nika i przyja­ciela. Za­opa­trzony w nowy silnik i nowe ogu­mie­nie — jakże mógł mnie za­wieść albo od­mó­wić po­słu­szeń­stwa? Je­cha­łem nim po do­brej dro­dze i mo­głem roz­my­ślać o otrzyma­nym od dy­rek­tora Mar­czaka za­daniu.

Wie­działem, że mu­szę je wy­ko­nać deli­kat­nie, z naj­większym tak­tem, któż bo­wiem mógł zarę­czyć, czy za tą histo­rią nie krył się słynny ja­kiś ko­lek­cjo­ner. W grę wchodziły jed­nak skarby na­ro­dowe i ko­nieczna się wy­da­wała in­for­ma­cja o ich po­cho­dze­niu.

Skarby naro­dowe. Pod tym okre­śle­niem każdy wy­obraża so­bie ogromne sale mu­ze­alne czy wiel­kie wa­wel­skie kom­naty ob­wie­szone arra­sami, obra­zami daw­nych mi­strzów, klej­noty ko­ronne, broń, wspaniałe me­ble, ongiś uży­wane przez kró­lów. Ale skarby na­ro­dowe, któ­rych po­cho­dze­nie mia­łem wy­ja­śnić, mo­gło skryć w swej dłoni... nie­mowlę. Tak, na­wet piąstka ma­łego dziecka była wy­star­cza­jąco duża, aby za­wrzeć ów skarb. Żadna z tych rzad­kich i bez­cen­nych mo­net nie prze­kra­czała swą wiel­ko­ścią pa­znokcia doro­słego męż­czy­zny i każda była nie­wiele grub­sza od pa­znokcia. A jed­nak te małe przed­mioty są strzeżone w na­szych mu­zeach na równi z efektow­nymi arra­sami i wspania­łymi obra­zami. Są one bo­wiem rów­nie ważne dla histo­rii kul­tury na­szego na­rodu. Ich opis i foto­gra­fie zna­leźć można w wielu książkach i pod­ręcz­ni­kach. Nie znaj­dzie­cie ich jed­nak w żad­nym cen­niku. One bo­wiem nie mają ceny.

Czy ro­zu­mie­cie już, dla­czego po pierwszych sło­wach dy­rek­tora Mar­czaka ze­rwa­łem się z fotela i słu­cha­łem jego wy­ja­śnień z naj­wyż­szym zdu­mie­niem?

De­nar Mieszka I. Pierwsza pol­ska mo­neta. Do tej pory lud­ność za­mieszku­jąca Pol­skę albo sto­so­wała han­del wy­mienny, albo też uży­wała mo­net arab­skich czy jesz­cze daw­niej­szych, rzymskich, lub zgoła bry­łek sre­bra i po­kru­szo­nych ozdób. Do­piero Mieszko I, za­pewne wkrótce po akcie swego chrztu, kazał wy­bić wła­sną mo­netę, po­dob­nie jak ów­cze­śni ksią­żęta cze­scy czy nie­mieccy. Al­bo­wiem mo­neta z imie­niem pa­nują­cego była wi­do­mym zna­kiem su­we­ren­ności kraju, do­wo­dem ist­nie­nia wła­dzy ksią­żęcej, nie tylko dla ob­cych, ale i dla wła­snych pod­da­nych. Czy dużo wy­bito tych mo­net? Fa­chowcy-nu­mi­zmatycy obli­czają, że dena­rów Mieszka I wy­bito od dwu­dzie­stu do trzy­dzie­stu pię­ciu ty­sięcy sztuk. Ile tych mo­net przetrwało do na­szych cza­sów? Po­dobno na ca­łym świe­cie jest ich zale­dwie czterdzie­ści sie­dem. Ale już od bar­dzo dawna na naj­większych za­gra­nicz­nych au­kcjach nie zaob­ser­wo­wano faktu sprzedaży tej mo­nety, co świadczy o jej nie­zwy­kłej rzad­kości. Ten mały pie­nią­żek liczy sobie po­nad ty­siąc lat. Tyle, ile pań­stwo pol­skie. Jest zro­biony ze sre­bra, ma śred­nicę dłu­gości osiemna­stu i ośmiu dzie­sią­tych mi­li­metra, waży tylko jeden i sie­dem­dzie­siąt set­nych grama. Na awersie wi­dać jakby odci­nek koła z krzy­żem i znie­kształcone imię księ­cia Pol­ski. Na re­wer­sie znaj­duje się pro­sty krzyż, a mię­dzy jego ra­mio­nami — cztery kule.

I ten wła­śnie denar zo­stał sprzedany mu­zeum w L.

Ale jesz­cze bar­dziej poru­sza­jący wy­obraźnię był fakt sprzedaży mu­zeum w K. de­nara z na­pi­sem „Gnezdun civi­tas”.

W histo­rii pol­skich mo­net zaj­muje on dru­gie miej­sce po mo­necie Mieszka I. De­nar z na­pi­sem „Gnezdun civi­tas” wy­bity zo­stał z roz­kazu Bole­sława Chrobrego dla uczczenia słyn­nego zjazdu gnieźnień­skiego w ty­sięcznym roku. Wartość jego jed­nak prze­kra­cza war­tość de­nara Mieszko­wego, al­bo­wiem jest on uni­ka­tem, czyli ist­nieje w jed­nym eg­zem­pla­rzu. Je­dyny znany na­uce eg­zem­plarz de­nara „Gnezdun civi­tas” po­siada mu­zeum Eme­ryka Czap­skiego. Czapski był to prze­bo­gaty zie­mia­nin, który cały swój ogromny ma­jątek wło­żył w kolekcją pol­skich mo­net. Umierając, da­rował swe zbiory pań­stwu i do dziś oglą­dać je można w Kra­ko­wie.

Po­dobno przed laty ist­niał jesz­cze drugi eg­zem­plarz de­nara „Gnezdun civi­tas”, po­cho­dzący ze skarbu wy­ko­pa­nego w Rychno­wie, w po­wie­cie Wą­brzeźno. Jesz­cze w ty­siąc osiemset sześćdzie­sią­tym trze­cim roku znaj­do­wał się on w kra­kow­skim zbio­rze ban­kiera Bo­chenka, ale póź­niej zagi­nął bez śladu. Po­sia­da­niem dru­giego eg­zem­pla­rza tej mo­nety chwalił się znany przed wojną nu­mi­zmatyk, Fe­liks Mod­rzyń­ski z War­szawy. Lecz nu­mi­zmatycy-ko­lek­cjo­nerzy to fan­taści po­dobni do ryba­ków i my­śli­wych...

De­nar „Gnezdun civi­tas” jest jesz­cze mniejszy od de­nara Mieszko­wego, ma śred­nicę osiemna­stu i pię­ciu dzie­sią­tych mi­li­metra, a waży jeden i sześćdzie­siąt sześć set­nych grama. Na awersie wi­dać głowę w dia­de­mie, z na­szyj­ni­kami z pe­reł. Na re­wer­sie wid­nieje krzyż ka­wa­lerski z czte­rema ku­lami. Wła­śnie na re­wer­sie wy­bito napis „Gnezdun civi­tas”.

I oto ten wła­śnie uni­kalny denar ta­jem­niczy „ktoś” sprzedał mu­zeum w K. za kil­ka­dzie­siąt ty­sięcy zło­tych. Skąd się wziął ten eg­zem­plarz w rę­kach ta­jem­ni­czego „kto­sia”?

Czy zda­jecie sobie sprawę, jak bar­dzo mu­siało dy­rek­tora Mar­czaka poru­szyć takie wy­da­rze­nie? A tu jakby jesz­cze było mało tych re­we­lacji, mu­zeum w Ło­dzi za­wia­do­miło Mar­czaka, że za­ofe­ro­wano „brakteat Jaksy”, księ­cia na Ko­pa­nicy.

Brakteat (z ła­ciń­skiego bractea, czyli blaszka) to mo­neta tak cienka, że trzeba ją było wy­bijać tylko jed­no­stronnie, gdyż na dru­giej stro­nie uwy­pu­klał się ne­ga­tyw stempla. Trudno po­wie­dzieć, ile do­kład­nie brakte­atów Jaksy znaj­duje się na świe­cie. Ale w każ­dym razie jest ich bar­dzo nie­wiele; tylko nie­liczne mu­zea mają go w swych ko­lek­cjach. Mo­neta ta jest nie­zwy­kle cie­kawa rów­nież ze względu na osobę Jaksy, księ­cia, który kazał ją wy­bić. Otóż, jak stwier­dzają histo­rycy, książę sło­wiański Jaksa miał w po­łowie dwu­na­stego wieku swój gród, Ko­pa­nicę (ina­czej Kop­nik), ni mniej, ni wię­cej tylko w tym sa­mym miej­scu, gdzie dziś ist­nieje Ber­lin, a ści­ślej dzielnica Köpenick. Ów Jaksa to­czył za swego pa­no­wa­nia ciężką walkę z mar­gra­bią Al­brechtem Niedź­wie­dziem o za­chodnio­sło­wiańskie księ­stwo Brenne, póź­niej zwane Branden­bur­giem. Po­cząt­kowo Jaksa na­wet zajął Brenne, ale Al­brecht wy­parł go stamtąd w ty­siąc sto pięć­dzie­sią­tym siódmym roku. Co się po­tem stało z Jaksa — nie wia­domo. Nie­któ­rzy twierdzą, że zmarł na wy­gna­niu w Pol­sce.

Wy­bity przez Jaksę brakteat ma śred­nicę osiemna­stu i pię­ciu dzie­sią­tych mi­li­metra, a waga jego wy­nosi tylko dwa­dzie­ścia set­nych grama. Wi­dać na nim po­pier­sie księ­cia z brodą, w pra­wej ręce książę trzyma miecz, a w lewej ga­łązkę pal­mową. Tło zdo­bią trzy gwiazdy i na­pis IACZA DE COPNIC.

Ta cie­niu­teńka mo­neta sprawiała uczonym nie­mieckim mnó­stwo kło­po­tów, hitle­row­scy rabu­sie szu­kali jej po wszyst­kich pol­skich mu­zeach i pry­wat­nych ko­lek­cjach, aby ją zniszczyć i w ten spo­sób wy­ma­zać z pa­mięci fakt, że przed ośmiuset laty w dzi­siej­szej dzielnicy Köpenick ośmielał się mieć gród sło­wiański książę imie­niem Jaksa.

I oto ta­jem­nicza ko­bieta chciała „brakteat Jaksy” sprzedać łódz­kiemu mu­zeum. Ja­kimi dro­gami trafił on do jej rąk? Kim był ten „ktoś”, co po­sia­dał tak rzad­kie i bez­cenne mo­nety?

A ów za­dzi­wia­jący tele­fon do Mar­czaka w sprawie zło­tego du­kata Wła­dy­sława Ło­kietka? Jeśli ta ko­bieta nie kła­mała, oczeki­wała nas ko­lejna re­we­lacja, jesz­cze większa od tej, jaką była sprzedaż de­nara „Gnezdun civi­tas”. Sto ty­sięcy zło­tych, któ­rych żą­dała ko­bieta, było ni­czym w po­rów­naniu z tym, co otrzyma­łaby na za­gra­nicz­nych au­kcjach nu­mi­zmatycz­nych. Może więc rze­czy­wi­ście za tymi tele­fo­nami i pro­po­zy­cjami krył się ktoś uczciwy, kto po pro­stu zna­lazł się w trud­no­ściach fi­nan­so­wych i za do­stępną mu­zeom cenę chciał się roz­stać z nie­któ­rymi oka­zami swej ko­lekcji?

Drugi eg­zem­plarz du­kata Ło­kietka?... Nie, to było zbyt fan­ta­styczne...

Trzeba bo­wiem wie­dzieć, że przez wiele lat pa­no­wało w na­szej na­uce prze­ko­nanie, że Pol­ska w pierwszych wie­kach ist­nie­nia nie miała w ogóle wła­snej złotej mo­nety. Do­piero rok ty­siąc osiemset czterdzie­sty siódmy od­mie­nił to prze­ko­nanie.

W Bo­śni, pod Kra­ko­wem, miej­scowy złot­nik kupił od ro­bot­ni­ków, pra­cują­cych przy wy­kopie ziemi, zna­le­zioną przez nich złotą mo­netę. Prze­zna­czył ją na sto­pie­nie i już miał za­miar wrzucić do tygla, gdy zwrócił na nią uwagę od­wie­dza­jący złot­nika zie­mia­nin Nie­dzielski z po­bli­skich Sę­dziejowic. On to od­kupił od złot­nika złotą mo­netę za sześć gul­de­nów. Mo­neta ta oka­zała się być zło­tym du­ka­tem Wła­dy­sława Ło­kietka, wy­bi­tym prawdo­po­dob­nie dla uczczenia jego ko­rona­cji w ty­siąc trzy­sta dwu­dzie­stym roku.

Złoty dukat Ło­kietka od­kupił po­tem Eme­ryk Czapski i wraz ze swoimi ogrom­nymi zbio­rami zapi­sał Mu­zeum Na­ro­do­wemu w Kra­ko­wie, gdzie znaj­duje się do dzi­siaj. Jest to je­dyny eg­zem­plarz na ca­łym świe­cie.

Wła­śnie ze względu na jego rzad­kość do dziś wśród uczonych nu­mi­zmatyków toczy się spór, czy dukat Ło­kietka był mo­netą obie­gową, czy też po pro­stu próbną edy­cją, wy­bitą z okazji uro­czy­stości ko­rona­cyj­nych.

Prawdo­po­dob­nie wy­bito ta­kich mo­net tylko kilka, kil­kana­ście lub kil­ka­dzie­siąt.

Jeden eg­zem­plarz! Iluż ko­lek­cjo­ne­rów na ca­łym świe­cie od­da­łoby ma­jątek za zdo­bycie ta­kiego okazu...

W świe­cie nu­mi­zmatyków i ko­lek­cjo­ne­rów po­ja­wiały się od czasu do czasu wie­ści, że ktoś tam, gdzieś tam, wi­dział drugi eg­zem­plarz du­kata Wła­dy­sława Ło­kietka. Na­wet na łamy „Wiado­mo­ści nu­mi­zmatycz­nych” prze­ni­kały sen­sa­cyjne wie­ści o dru­gim eg­zem­pla­rzu tej nie­zwy­kłej mo­nety. Ale fa­chowcy mu­zeal­nicy ra­czej tylko wzruszali ra­mio­nami. Ist­nie­nie dru­giego eg­zem­pla­rza wy­da­wało się po­dobne do wia­do­mo­ści o hi­ma­laj­skim Yeti. Ten i ów wi­dział, ale na­ma­cal­nych do­wo­dów wciąż bra­ko­wało.

I te­raz oto ta­jem­nicza pani za­pro­po­no­wała dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi sprzedaż dru­giego eg­zem­pla­rza zło­tego du­kata. Czy był to żart? Czy na­prawdę ist­niał drugi eg­zem­plarz?

Jasna była tylko moja rola w tej histo­rii. Miałem od­kryć, skąd po­ja­wiły się rzad­kie pol­skie mo­nety. Ale in­strukcje otrzymane od dy­rek­tora Mar­czaka bar­dzo za­wę­żały za­kres mojej działalno­ści. W Ło­dzi — jak ogar goń­czy — mia­łem wpaść na trop ta­jem­ni­czego sprze­dawcy, nie wolno mi jed­nak było utrudnić do­ko­nania transakcji. In­nymi słowy, mia­łem być tylko świad­kiem aktu za­kupu „brakteatu Jaksyz Ko­pa­nicy.

Czasu mia­łem do­syć. Naj­pierw więc skontak­to­wa­łem się z ku­sto­szem gabi­netu nu­mi­zmatycz­nego w Ło­dzi, pa­nem A.G., wiel­kim znawcą wszelkich spraw związa­nych z polskimi mo­ne­tami, auto­rem wielu prac z tej dzie­dziny. Umówili­śmy się, że do ka­wiarni „Ho­no­ratka” przyj­dziemy od­dzielnie. Usią­dziemy przy róż­nych stoli­kach, ku­stosz do­kona transakcji, a ja po­zo­stanę ob­ser­wato­rem. Po­tem za­mie­rza­łem pójść w ślad za panią, która sprzedała „brakteat Jaksy”.

W „Ho­no­ratce” zna­la­złem się już na pół go­dziny przed wy­zna­czo­nym ter­mi­nem spo­tka­nia i za­jąłem stolik przy drzwiach. Każdy, kto wchodził lub wy­cho­dził z ka­wiarni, mu­siał przejść obok mnie. Zresztą, nie­wielka to ka­wiar­nia: jedna mała salka z kil­ku­na­stoma sto­licz­kami. Wie­czo­rem prze­by­wają tu za­zwy­czaj lu­dzie ze śro­do­wisk arty­stycznych, przeważ­nie ze świata ak­tor­skiego i fil­mo­wego, w Ło­dzi bo­wiem mie­ści się naj­większa w Polsce wy­twórnia fil­mów fa­bu­lar­nych. Tu także zo­ba­czyć można wie­czo­rem mnó­stwo ład­nych dziew­cząt i chłopców ze szkół arty­stycznych. Ka­wiar­nia ta sły­nie ze zna­ko­mitej kawy i do­sko­nałej her­baty, świetnego ser­nika i smacznej szarlotki. Większość by­wal­ców zna się tu oso­bi­ście albo z wi­dze­nia, czas od­mie­rza sta­ro­świecki duży zegar z ku­kułką.

Dzie­sięć mi­nut przed ósmą przy­szedł ku­stosz gabi­netu nu­mi­zmatycz­nego. Usiadł na ka­napce przy trze­cim sto­liku ode mnie i aby skró­cić sobie czas oczeki­wa­nia na ta­jem­niczą panią, za­jął się wer­to­wa­niem ja­kie­goś na­uko­wego cza­sopi­sma.

Ze­gar wy­kukał ósmą. Ku­stosz prze­glą­dał cza­sopi­smo na­ukowe, a ja wle­piłem oczy w drzwi, oczekując, że lada chwila otworzą się i po­jawi się w nich ta­jem­nicza dama.

I drzwi otworzyły się...

Lecz za­miast damy wszedł mój dawny ko­lega ze stu­diów, Wal­de­mar Ba­tura. Ro­zej­rzał się po ka­wiarni, do­strzegł mnie i ukło­nił się grzecznie. Na­stęp­nie zbli­żył się do tele­fonu sto­ją­cego na bufe­cie, na­kręcił nu­mer i krótką chwilę z kimś roz­ma­wiał. Można było po­my­śleć, że wszedł do ka­wiarni, aby sko­rzy­stać z tele­fonu.

Lecz skoń­czywszy roz­mowę Wal­de­mar Ba­tura zdjął z sie­bie płaszcz, po­wie­sił go na wie­szaku i pod­szedł do mo­jego sto­lika.

— Do­bry wie­czór, drogi To­ma­szu — po­wie­dział. — Co ro­bisz w Ło­dzi? Nie wi­dzie­liśmy się chyba z ty­siąc lat. Czy można się do cie­bie do­siąść?

— Pro­szę cię — od­po­wie­działem uprzejmie. Al­bo­wiem do­my­śla­łem się już, że ta­jem­nicza dama nie przyjdzie na spo­tka­nie z ku­sto­szem. Po­wie­działa mi o tym obecność Wal­de­mara Ba­tury.

Kim był Wal­dek Ba­tura? Szczu­płym, śred­niego wzrostu sma­głym bru­ne­tem o gładko za­cze­sa­nych wło­sach. Miał twarz deli­katną i piękną jak ko­bieta. Dawniej nosił małe, wy­tworne wą­siki, teraz jed­nak był sta­ran­nie wy­go­lony.

Na stu­diach uczył się świetnie. Uważano go — i nie bez pod­staw — za naj­zdol­niej­szego stu­denta na na­szym roku. Po­sia­dał ogromny zasób wie­dzy z histo­rii sztuki, a także histo­rii, a przy tym, po­dob­nie jak i ja, od­zna­czał się de­tek­tywi­styczną żyłką. Pa­mię­tam, że jesz­cze na ostatnim roku stu­diów wspólnie roz­wią­zali­śmy kilka cie­ka­wych za­ga­dek histo­rycz­nych i wy­kryli­śmy fał­szer­stwo zna­nego ob­razu słyn­nego mala­rza.

Po­tem nasze drogi roze­szły się. Roz­po­częli­śmy pracę w pro­win­cjo­nal­nych mu­zeach. Wkrótce do­wie­działem się, że Ba­tura po­rzucił po­sadę i na­zwi­sko jego stało się bar­dzo znane w śro­do­wi­sku han­dla­rzy anty­ków nie tylko pol­skich, ale i za­gra­nicz­nych. Ba­tura kil­ka­krot­nie wy­jeż­dżał za gra­nicę, do Włoch, An­glii i Nie­miec Za­chodnich, aby — jak twierdził — po­głę­bić swoje stu­dia nad starą ar­chi­tek­turą. W rze­czy­wi­stości prawdo­po­dob­nie wciąż zaj­mo­wał się han­dlem anty­kami. Po­wo­dziło mu się zresztą świetnie, ubie­rał się ele­gancko, miał zaw­sze naj­no­wo­cze­śniej­szy sa­mo­chód. Był bar­dzo sprytny, brał się tylko do spraw, w któ­rych gra­nica mię­dzy prze­stęp­stwem a czy­nem uczciwym prze­bie­gała w spo­sób mało uchwytny i jak dotąd tylko raz — i to z mo­jego po­wodu — po­padł wy­raź­nie w kon­flikt z pra­wem. Tak się jed­nak chy­trze urzą­dził, że od­po­wia­dał nie za fak­tyczne prze­stęp­stwo, ale za drobny incy­dent związany z tym prze­stęp­stwem. Usi­łował zdo­być ogromny zbiór bez­cen­nych ma­soń­skich za­byt­ków, a udo­wod­niono mu zale­dwie... wy­ła­ma­nie kilku desek w pod­łodze sta­rego dworu.

Co do mnie — zaw­sze uwa­ża­łem Ba­turę za umy­sło­wość nie­prze­ciętną, za wiel­kiego znawcę anty­ków i dzieł sztuki, zna­ko­mi­tego de­tek­tywa. Gdy­bym miał w nim przyja­ciela lub współpra­cow­nika, pe­wien je­stem, że żadna z wiel­kich za­ga­dek, związa­nych z za­gi­nio­nymi zbio­rami, nie po­zo­sta­łaby nie roz­wi­kłana. Ale Ba­tura bar­dzo lubił pie­nią­dze, wy­tworne stroje i wy­stawne życie, czego nie mo­gła mu za­pew­nić skromna pen­sja mu­zeal­nika. Dla­tego mia­łem w nim nie przyja­ciela, ale prze­ciw­nika. I to prze­ciw­nika nie­tu­zin­ko­wego, in­dy­wi­dual­ność o niezwy­kłej inte­li­gen­cji i spry­cie.

I dla­tego też, gdy tylko wszedł do „Ho­no­ratki”, do­my­śli­łem się, że transakcja nie doj­dzie do skutku. Jego zja­wie­nie się w ka­wiarni nie mo­gło być przy­pad­kowe. To on krył się za sprawą tych rzad­kich mo­net sprzeda­wa­nych na­szym mu­zeom.

— Czy na­pi­jesz się kawy? — za­py­tałem uprzejmie.

— Natu­ralnie — uśmiech­nął się. — Prze­cież w tym celu przy­sze­dłem do ka­wiarni.

— Tak? Są­dzi­łem, że wszedłeś tutaj, aby ro­zej­rzeć się, czy jest już ku­stosz i można bez­piecznie do­ko­nać transakcji. A gdy prze­ko­nałeś się, że i ja tutaj prze­by­wam, a więc ku­stosz jest ob­sta­wiony, za­dzwoniłeś do pew­nej pani, która tu miała przyjść, i od­wo­łałeś całą sprawę.

— O czym ty mó­wisz, To­ma­szu? O ja­kiej transakcji? O jakiej pani?

— Prze­cież to ty znasz tę panią, a nie ja — od­rze­kłem. — Ty rów­nież masz „brakteat Jaksyz Ko­pa­nicy.

— „Brakteat Jaksy”? Drogi To­ma­szu, ra­czysz żar­to­wać. To bar­dzo rzadka mo­neta, a ja, jak wiesz, nie je­stem ko­lek­cjo­ne­rem.

— Czy na­prawdę po­sia­dasz dukat Ło­kietka? — za­py­tałem, po­mi­jając mil­cze­niem jego wy­kręty.

Westchnął ciężko.

— Co z tobą, To­ma­szu? Czyżbyś i ty wie­rzył, że ist­nieje drugi eg­zem­plarz tego du­kata?

— Wy­obraź sobie, Waldku, że jakaś ko­bieta za­pro­po­no­wała tele­fo­nicz­nie dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi sprzedaż tego du­kata. Za sto ty­sięcy. Jak są­dzisz, czy to nie dow­cip?

Ba­tura za­sta­nowił się chwilę. Dla mnie było bar­dzo ważne, co od­po­wie na to pyta­nie. Jeśli za­cznie drwić, bę­dzie to zna­czyło, że chyba nie ma nic wspólnego z tą sprawą. Jeśli jed­nak po­waż­nie się do niej od­nie­sie, zy­skam nie­mal pew­ność o jego udziale w histo­rii z mone­tami.

— Złoty dukat? Drugi eg­zem­plarz du­kata? — roz­wa­żał gło­śno Ba­tura. — No cóż, taki żart ma bar­dzo krót­kie nogi. Przy pierwszej kon­frontacji weźmie w łeb. Od dawna prze­cież krą­żyły wie­ści, że ist­nieje drugi eg­zem­plarz du­kata Ło­kietka. Może więc ten ktoś, kto go po­siada, chce wam sprzedać? Suma nie jest wielka, bio­rąc pod uwagę tak rzadką mo­netę.

— Dla­czego za­pro­po­no­wano sto ty­sięcy, a nie mi­lion? — za­py­tałem.

— Nie wiem, bo niby skąd mogę wie­dzieć? Przypusz­czam jed­nak, że ten ktoś jest reali­stą. Zdaje sobie sprawę, że mu­zea nie dys­po­nują wiel­kimi bu­dże­tami. Za sto ty­sięcy zło­tych mu­zea mogą kupić drugi eg­zem­plarz du­kata, a za mi­lion nie kupią, bo mi­liona nie mają.

— Dla­czego więc nie sprzeda go za gra­nicą? Otrzy­małby za niego taką sumę, że mógłby spo­koj­nie żyć przez wiele lat. Przemy­cić dukat nie by­łoby trudno: jest cienki jak pa­pier, a ma wiel­kość pa­znokcia.

— Nie wiem, To­ma­szu — wzruszył ra­mio­nami Ba­tura. — Py­tasz mnie jak ja­sno­wi­dza. A mnie trudno od­po­wia­dać w czyimś imie­niu.

Nie da­wa­łem za wy­graną.

— A ty, Waldku? Co ty zro­bił­byś, gdy­byś był w po­sia­daniu zło­tego du­kata Ło­kietka? Je­stem prze­ko­nany, że za­miast od­dać za sto ty­sięcy zło­tych, wy­wió­złbyś go za gra­nicę i sprzedał na ja­kiejś mię­dzy­naro­do­wej au­kcji za sto ty­sięcy dola­rów.

Ba­tura prze­cząco po­kręcił głową.

— My­lisz się, To­ma­szu. Wiem, że uwa­żasz mnie za łaj­daka, po­nie­waż dla cie­bie każdy za­bytek to świętość naro­dowa, a ja ośmielam się han­dlo­wać tymi święto­ściami. Ale to nie takie pro­ste. Mogę han­dlo­wać sta­rymi lam­pami naf­to­wymi, sta­rymi sza­blami i sty­lo­wymi me­blami, ale to nie zna­czy wcale, że gdy­bym po­sia­dał rzecz na­prawdę bez­cenną dla na­rodu, jak drugi eg­zem­plarz du­kata, sprzedał­bym ją za gra­nicą. Też je­stem pa­triotą, To­ma­szu, choć tro­chę in­nym niż ty. I wierz mi: gdy­bym wie­dział, że ist­nieje ktoś, kto rzecz na­prawdę bez­cenną pra­gnie sprzedać ob­cym, wy­wieźć z na­szego kraju, od­dał­bym go w ręce mili­cji. Co nie zna­czy, To­ma­szu, że w dal­szym ciągu nie będę han­dlo­wał sta­rymi lam­pami naf­to­wymi, me­blami lub po­śred­ni­czył w sprzedaży sta­rych ikon. Pa­mię­taj: je­stem zdolny do tego, co w twoim poję­ciu jest nie­uczciwo­ścią, ale nie za­mie­rzam stać się łaj­da­kiem.

Tak mó­wił Wal­dek Ba­tura i szczerość brzmiała w jego gło­sie.

Ką­ci­kiem oczu ob­ser­wo­wa­łem ku­sto­sza. Nie mo­gąc do­cze­kać się ta­jem­ni­czej ko­biety z braktea­tem, zło­żył wreszcie swoje na­ukowe pi­smo, za­płacił za kawę i opu­ścił ka­wiar­nię. Za­pewne po­dob­nie jak i ja do­szedł do wniosku, że ta­jem­nicza ko­bieta nie przyjdzie i transak­cja nie doj­dzie do skutku.

Przez chwilę po­my­śla­łem, że na­leży prze­rwać roz­mowę z Ba­turą, pójść za ku­sto­szem i omówić z nim nową sytu­ację. Ale do­sze­dłem do wniosku, że kon­tynu­owa­nie roz­mowy z Baturą przy­nieść może wię­cej ko­rzy­ści. Jeśli upewnię się, że to on kryje się za sprawą tych mo­net, moje za­danie zo­sta­nie speł­nione, wpadnę na po­szu­ki­wany trop. Zresztą, do ku­sto­sza mo­głem za­dzwonić po skończe­niu roz­mowy z Ba­turą i umówić się z nim na wy­pa­dek, gdyby ta ko­bieta od brakteatu znowu się z nim skontak­to­wała i wy­zna­czyła jakiś inny dzień i inne miej­sce na spo­tka­nie.

— Chciał­bym ci wie­rzyć — po­wie­działem do Ba­tury. — A poza tym, nie wi­dzę po­wo­dów do ukrywa­nia celu mo­jego przyjazdu do Ło­dzi. Na­szym mu­zeom w ostatnim cza­sie za­ofe­ro­wano do kupna kilka bar­dzo rzad­kich mo­net pol­skich: de­nar Mieszka I, denarGnez-dun civi­tas”, „brakteat Jaksyz Ko­pa­nicy. I, je­śli wie­rzyć tele­fo­nowi, złoty dukat Ło­kietka.

— Czy ceny wy­dały się wam zbyt wy­gó­ro­wane?

— Och nie. Za­ofe­ro­wano je na­wet bar­dzo tanio. Dla­tego za­ku­piono już denar Mieszka I i de­nar „Gnezdun civi­tas”. Dziś, tutaj, w „Ho­no­ratce” miała być do­ko­nana trze­cia transakcja: kupno „brakteatu Jaksy”. Ale ko­bieta, która ofe­ro­wała ten brakteat, nie przy­szła na spo­tka­nie. Na­to­miast zja­wiłeś się ty, Waldku...

— Ro­zu­miem. Po­dej­rze­wasz, że ja w tej sprawie ma­czam palce — po­kiwał głową.

— Transakcje, które do­szły do skutku, do­ko­nane zo­stały przez osoby pod­sta­wione. Ktoś się kryje za tą sprawą.

— Kto?

— Ty. Oczywi­ście ty.

Wal­dek roze­śmiał się.

— Je­steś żar­tow­ni­siem, To­ma­szu. Czy są­dzisz, że rap­tem wy­ko­pa­łem z ziemi jakiś skarb?

— Tak nie my­ślę. Wśród mo­net, jakie od czasu do czasu wy­orują z ziemi rol­nicy, może zna­leźć się jakaś jedna rzadka, w po­wo­dzi in­nych, ma­ło­war­to­ściowych. Trudno uwie­rzyć, aby w ta­kim skar­bie, obok de­nara Mieszka I i de­nara „Gnezdun civi­tas”, zna­lazł się rów­nież „brakteat Jaksyi złoty dukat Ło­kietka.

— Więc są­dzisz, że ukra­dłem gdzieś te mo­nety?

— Nie. Po pro­stu wszedłeś w po­sia­danie ja­kiejś bar­dzo cie­ka­wej, zagi­nio­nej pod­czas wojny, ko­lekcji sta­rych mo­net. Oczywi­ście je­stem ci bar­dzo zo­bo­wią­zany za to, że nie usi­ło­wałeś prze­szwarco­wać ich za gra­nicę, a za­ofe­ro­wałeś je na­szym mu­zeom.

— Nie masz żad­nej pew­ności, że to ja kryję się za tą sprawą.

— Ju­tro, Waldku, będę już wie­dział, z czy­jej ko­lekcji po­cho­dzą te mo­nety. Nasz de­par­ta­ment po­siada pra­wie pełny re­jestr wszyst­kich wy­bit­nych ko­lek­cjo­ne­rów i spis ich ko­lekcji, tych sprzed wojny i po woj­nie. Nie tak wielu ko­lek­cjo­ne­rów szczyciło się po­sia­da­niem „brakteatu Jaksy”.

Ble­fo­wa­łem. Na­sze reje­stry były bar­dzo skąpe. Wielu pry­wat­nych ko­lek­cjo­ne­rów okrywało ta­jem­nicą swoje zbiory.

Czy Ba­tura zda­wał sobie z tego sprawę?

Po­wie­dział:

— Nie bar­dzo ro­zu­miem po­wód two­jego śledztwa. Na­wet jeśli masz rację i te mo­nety po­cho­dzą ze zbioru ja­kie­goś słyn­nego ko­lek­cjo­nera, to prze­cież nie jest wy­klu­czone, że ten wła­śnie ko­lek­cjo­ner teraz się po­zbywa nie­któ­rych oka­zów, być może po­dwójnych.

— Nie wie­rzę, aby ktoś po­sia­dał aż dwa de­nary „Gnezdun civi­tasi dwa eg­zem­pla­rze du­kata Ło­kietka.

— Albo w cza­sie wojny po­zbył się swej ko­lekcji i tra­fiła ona w inne ręce? Iluż ludzi w warun­kach wo­jen­nych zna­lazło się w tak cięż­kiej sytu­acji, że go­to­wych było za ka­wa­łek chleba od­dać naj­cen­niej­sze okazy ze swoich zbio­rów? Czy w cza­sie wojny prze­różni pa­ska­rze nie ku­po­wali na­wet Ru­ben­sów za ka­wa­łek ma­sła?

— Tak. Prawda — zgo­dzi­łem się. — I my nie chcemy spe­cjal­nie wni­kać w te wszystkie sprawy, zresztą bar­dzo skompli­ko­wane ze względu na mi­nione wa­runki wo­jenne. Ale na­by­wa­jąc ja­kieś bez­cenne za­bytki pra­gniemy jed­nak wie­dzieć, skąd one po­cho­dzą. Błę­dem by­łoby przy­pusz­czać, że moje śledztwo ma do­pro­wa­dzić do wy­kry­cia ja­kie­goś spi­sku, szajki czy bandy zło­czyńców i spo­wo­do­wać ich areszto­wa­nie. Po pro­stu mu­simy po­znać praw­dziwe źró­dło, ka­piące bez­cen­nymi mo­ne­tami. Być może ten ta­jem­niczy „ktoś” ma znacznie wię­cej bar­dzo cen­nych mo­net, a sprzedaje je nam po jed­nej, po dwie, po trzy. Może uda się nam z nim skontak­to­wać i za­kupić cały zbiór? Nie wszystkie nasze mu­zea mają gabi­nety nu­mi­zma­tyczne.

— I są­dzisz, że tym ta­jem­ni­czym „kto­siem” je­stem ja? — rzekł Ba­tura.

— Tak — od­po­wie­działem. — Tylko za­sta­na­wia mnie jedno: na co li­czył ta­jem­niczy „ktoś” ofe­rując w tak krót­kim cza­sie aż kilka bez­cen­nych mo­net? Prze­cież mu­siał przy­pusz­czać, że to wzbudzi po­dej­rze­nia w na­szym de­par­ta­men­cie.

Ba­tura roze­śmiał się i od­rzekł bez­czel­nie:

— Może po­trze­bo­wał pie­nię­dzy? A może są­dził, że ty i na sier­pień po­zo­sta­niesz we Fran­cji, a tę sprawę dy­rek­tor Mar­czak po­wie­rzy, na przy­kład, ma­gi­strowi Pie­truszce?

— Dziękuję ci za słowa uznania — po­wie­działem.

Ze­gar w „Ho­no­ratce” za­kukał dziewięć razy. Pora była koń­czyć roz­mowę i wra­cać do War­szawy. Prze­pro­siłem na chwilę Ba­turę i pod­sze­dłem do tele­fonu. Połą­czy­łem się z prywat­nym mieszka­niem ku­sto­sza.

— Co?! Co się stało?! — krzykną­łem w słu­chawkę, bo to, co usły­sza­łem od ku­sto­sza wy­da­wało się wprost nie­wia­ry­godne.

Gdy ku­stosz wra­cał do domu po nie­uda­nym spo­tka­niu, tuż przy drzwiach na klatkę schodową, pro­wa­dzącą do jego mieszka­nia, na­tknął się na męż­czy­znę, który po­wie­dział, że przy­cho­dzi w imie­niu tej pani, która, nie­stety, nie mo­gła przyjść do ka­wiarni na spo­tka­nie, po­nie­waż za­cho­ro­wała. Ten pan wy­jaśnił, że ma ze sobą „brakteat Jaksyi transakcja może na­tychmiast dojść do skutku. Ku­stosz miał na­kaz do­ko­nania za­kupu, za­prosił więc ta­jem­ni­czego osobnika do sie­bie, obej­rzał mo­netę, stwierdził jej au­ten­tycz­ność i po spi­saniu per­so­na­liów osobnika, wy­płacił mu żą­daną sumę. Wła­śnie przed chwilą człowiek ten, za­pewne osoba rów­nież pod­sta­wiona, opu­ścił mieszka­nie ku­sto­sza.

— Za­raz będę u pana — rzu­ciłem do tele­fonu.

I wró­ciłem do sto­lika, gdzie wciąż jesz­cze sie­dział Wal­dek Ba­tura. Spoj­rza­łem na niego po­nuro.

— Tym ra­zem twoje na wierzchu, Wal­dek — stwierdzi­łem.

— Czy stało się coś złego? — za­inte­re­so­wał się.

— Ku­stosz za­kupił „brakteat Jaksy”. Wszystko więc jest w naj­lep­szym po­rządku. Ale ja nie lubię, kiedy robi się ze mnie dur­nia. Uważam, że rzu­ciłeś mi rę­ka­wicę. Przyjmuję ją. I my­ślę, że się jesz­cze spo­tkamy...

Po­da­łem mu rękę. Al­bo­wiem mimo wszystko pełen by­łem po­dziwu dla jego sprytu. Zresztą, sza­nując na­szych prze­ciw­ni­ków, oka­zu­jemy sza­cu­nek także dla sa­mych sie­bie.

 

 


ROZDZIAŁ TRZECI [top]

ZAGADKI PUŁKOWNIKA KOENIGA • TRZY SKRYTKI ZE SKARBAMI • CO ODKRYŁ MAGISTER PIETRUSZKA • OKO W OKO ZE SKARBAMI • NIEZWYKŁA KOLEKCJA • LEKCJA RACHUNKÓW • HISTORIA O BOGACZU, KRZYŻU Z DIAMENTAMI I ZŁODZIEJU • ILE ZNALEZIONO MONET • JAK UKRAŚĆ, ABY NIC NIE BRAKOWAŁO • CO ZGINIE Z DRUGIEGO I TRZECIEGO SCHOWKA • WYJEŻDŻAM DO FROMBORKA

 

Na­za­jutrz w skrzynce pocztowej w moim mieszka­niu w War­sza­wie zna­la­złem list od mo­jego mło­dego przyja­ciela, prze­zwi­skiem „Baśka”, bo z urody przy­po­minał dziew­czynkę. Chłopiec pisał do mnie:

 

Drogi panie To­ma­szu!

Jeśli po­wró­cił Pan już z Francji, niech Pan na­tychmiast wsiada w swój we­hikuł i przyjeż­dża do From­borka, gdzie prze­by­wam na obo­zie har­cer­skim nr 2 nad Za­le­wem Wi­śla­nym. Je­stem tutaj już od końca czerwca, bio­rąc udział w akcji „From­bork 1001”, to zna­czy po­rząd­kuję gród Ko­per­nika. Może na­wet i do Francji do­tarła przez prasę, wia­do­mość o frombor­skiej za­gadce, ale naj­lepiej bę­dzie, jeśli sam tę hi­sto­rią Panu opi­szą, gdyż prasa przemil­czała jeden drobny szczegół, a o dru­gim — od­nale­zie­niu schowka ze skar­bami — nic pu­blicznie nie wia­domo, gdyż tę sprawę trzyma w ta­jem­nicy pan mgr Pie­truszka. Ten pierwszy szczegół to fakt, że to moja dru­żyna har­cer­ska, uprzątając gruzy zruj­no­wa­nej ka­mie­niczki w po­bliżu portu, tra­fiła na szkielet ludzki z cza­sów wojny. Na szkielecie były resztki hitle­row­skiego mun­duru, a w obok leżą­cej bla­sza­nej puszce — do­ku­menty, zu­peł­nie do­brze za­cho­wane. Oka­zało się, że nale­żały one do puł­kow­nika SS, Gu­stawa Ko­eniga. Jak do­wie­dzie­liśmy się póź­niej, Gu­staw Ko­enig był do­wódcą spe­cjal­nej grupy zaj­mu­jącej się ra­bun­kiem i wy­wo­że­niem do Nie­miec dzieł sztuki gra­bio­nych przez hitle­row­ców w kra­jach przez nich oku­po­wa­nych, a przede wszystkim w Pol­sce. Nic więc dziwnego, że wszystko, co przy nim od­kryto, mu­siało obu­dzić za­inte­re­so­wa­nie władz. My byli­śmy zna­laz­cami i dla­tego w pierwszym okre­sie do­pusz­czono nas do ta­jem­nicy, ale po­tem, gdy przyjechał pan ma­gister Pie­truszka, zlek­ce­wa­żono naszą po­moc i w ogóle za­bro­niono nam się wtrą­cać w te ta­jem­nicze sprawy. A trzeba Panu wie­dzieć, Pa­nie To­ma­szu, że oprócz swo­ich do­ku­mentów woj­sko­wych, miał przy sobie Ko­enig cie­kawy, sta­ran­nie prze­cho­wany pa­pier, coś w ro­dzaju planu. Spo­rzą­dzi­łem sobie odpis tego do­ku­mentu, i to wiel­kie szczęście, bo teraz pan Pie­truszka prze­nigdy chyba nie dałby mi go do rąk.
A ów do­ku­ment tak wy­glą­dał:
U dołu do­ku­mentu wid­niał napis: Frauen­burg 11.II.45. Oczywi­ście cały ten do­ku­ment był napi­sany po nie­miecku i zo­stał prze­tłu­ma­czony na pol­ski, z tym, że pozo­sta­wi­łem z orygi­nału ów „Teufelb”, bo jak to prze­tłu­ma­czyć? „diabeł b”? To prze­cież nic nie zna­czy, prawda?
Nie ulega wąt­pli­wości, że do­ku­ment ten spi­sany zo­stał we From­borku (Frauen­burg to nie­miecka na­zwa From­borka) jede­na­stego lu­tego ty­siąc dzie­więć­set czterdzie­stego pią­tego roku. Ta data ma pewne zna­cze­nie. Otóż, jak do­wie­działem się, wła­śnie jede­na­stego lu­tego na­stą­piła ofen­sywa wojsk ra­dzieckich, zgru­po­wa­nych w oko­li­cach po­bli­skiego Tolkmicka. W wyniku tej ofen­sywy Frombork zo­stał wy­zwolony spod wła­dzy fa­szy­stów. A więc spo­rzą­dzono ów do­ku­ment w chwili, gdy los From­borka był prze­są­dzony. Pan zresztą chyba wie, jak cięż­kie tu to­czyły się boje z hi­tle­row­cami. Sły­szał Pan pew­nie o przy­czółku bra­niew­skim, o tra­gedii na Za­lewie Wi­śla­nym, o sil­nie ufortyfi­ko­wa­nych punktach oporu, gdzie hitle­rowcy bro­nili się długo i za­cie­kle nie­mal do końca wojny.
Każ­demu, kto oglą­dał do­ku­ment Ko­eniga, od razu na­su­wało się prze­ko­nanie, że doty­czy on miej­sca ukry­cia zra­bo­wa­nych przez niego przedmio­tów, zresztą wy­szczegól­nio­nych w spisie. Gu­staw Ko­enig wraz ze swym łu­pem zna­lazł się we From­borku, za­pewne li­cząc na to, że uda mu się wyje­chać stąd mor­ską drogą. Lecz za­pewne droga przez po­trza­skany bom­bami lód na zale­wie była zbyt nie­bez­pieczna, poza tym na­stą­piła nagła ofen­sywa ra­dziecka, i Ko­enig po­śpiesznie ukrył swój łup aż w trzech kry­jów­kach. Po­tem spo­rzą­dził plan, dla niego tylko zro­zu­miały. Li­czył na to, że gdy Niemcy tu znowu wrócą, to on łup swój od­naj­dzie i za­bie­rze. A skoro plan swój spo­rzą­dził we From­borku, to chyba i tutaj ukrył swoje skarby.
Po­nie­waż Pan prze­by­wał we Francji, usi­ło­wa­łem sam zająć się roz­szy­fro­wa­niem planu Ko­eniga. Nie­stety, nie udało mi się to. Wreszcie zja­wił się ma­gister Pie­truszka, Pana ko­lega z De­par­ta­mentu Mu­zeów i Ochrony Za­byt­ków. Wy­znaję, że zro­bił na mnie bar­dzo złe wra­żenie (może dla­tego, że wy­rażał się o Panu z pew­nym lek­ce­wa­że­niem), nie wie­rzy­łem, aby zdolny był roz­szy­fro­wać plan Ko­eniga. Lecz, o dziwo, po tygo­dniu trafił na pierwszą kry­jówkę.
Och, jakże pro­ste oka­zało się wyja­śnie­nie pierwszej za­gadki.
Pro­sto­kąt z krzy­ży­kami... Prze­cież wła­śnie w ten spo­sób na pla­nach za­zna­cza się cmentarz. Li­tery „H” i „A” to „Haupt Alee”, czyli główna aleja na cmentarzu. „37” to nu­mer grobu po pra­wej stro­nie, bo „R” to nic in­nego jak „Rechts”, czyli „na prawo”.
I tak było. Kry­jówka znaj­do­wała się, pod płytą trzy­dzie­stego siódmego gro­bowca w głównej alei cmentar­nej po pra­wej stro­nie.
Nie byli­śmy przy otwarciu kry­jówki, bo ma­gister Pie­truszka zro­bił to nocą, aby nie wy­wo­ły­wać sen­sacji. Zna­le­zione przedmioty na­tychmiast od­wie­ziono do War­szawy. Na­wet do prasy nie podano żad­nej in­for­macji na ten temat, żeby unik­nąć na­jazdu cie­kaw­skich i nie spo­wo­do­wać trud­ności przy po­szu­ki­wa­niu dal­szych schowków.
Ale od pierwszego od­kry­cia mi­nęły już dwa tygo­dnie, a mgr Pie­truszka nie zna­lazł ani dru­giego, ani trze­ciego schowka. Ko­pał w kilku miej­scach, nie­stety, bez re­zul­tatu. Jest w co­raz gor­szym hu­mo­rze, a gdy mu na­po­mknąłem, że wkrótce Pan po­wróci z Francji i chyba Pana przy­ślą do From­borka, to pan Pie­truszka bar­dzo się. roz­gniewał i na­zwał mnie pań­skim szpiegiem. Po­wie­dział, że sam znaj­dzie pozo­stałe kry­jówki, ale to musi jesz­cze po­trwać czas jakiś. A ja myślę, że on na tę pierwszą kry­jówkę na­trafił przez przy­pa­dek i nie ma na­dziei, aby resztę rze­czy od­na­lazł. Więc piszę o tym do Pana, aby Pan, Pa­nie To­ma­szu, przyjechał do From­borka i zajął się roz­wi­kła­niem za­gadki.

Ści­skam ser­decz­nie dłoń, Baśka

 

Prze­czy­tałem ten list kil­ka­krot­nie z naj­większą uwagą. A po­tem za­dzwoniłem do dy­rek­tora Mu­zeum Na­ro­do­wego i po­pro­siłem go o po­ka­zanie skar­bów, które od­na­lazł ko­lega Pie­truszka.

Z dy­rek­to­rem mu­zeum znamy się od dawna, wy­daje mi się, że po swojemu ceni on moje skłonności de­tek­tywi­styczne, które po­świę­ciłem sprawie ochrony za­byt­ków kul­tury. On sam bar­dzo wiele zro­bił dla za­bez­pie­cze­nia na­szych skar­bów naro­do­wych i jest wiel­kim wro­giem han­dla­rzy anty­ków, a przede wszystkim mają w nim za­cie­kłego prze­ciw­nika ci wszyscy, któ­rzy pod róż­nymi pozo­rami usi­łują nasze skarby na­ro­dowe wy­wieźć za gra­nicę. Wy­daje mi się, że gdyby to było w jego mocy, za­bro­niłby han­dlu za­byt­kami, a wszystkie ist­nie­jące w Pol­sce stare zamki i pa­łace za­mie­niłby w mu­zea. Z ta­kim człowie­kiem nie­trudno mi było się poro­zu­mieć i dla­tego już w go­dzinę póź­niej w piw­ni­cach Mu­zeum Na­ro­do­wego oglą­da­łem skarby od­kryte we From­borku.

Mu­szę przy­znać, że Pie­truszka za­im­po­no­wał mi, a na­wet przez chwilę ogar­nęło mnie wstrętne uczucie za­zdro­ści.

W pierwszej kry­jówce Ko­eniga od­na­lazł dwa­na­ście obra­zów bar­dzo zna­nych pol­skich i ho­len­der­skich mala­rzy, jak się teraz oka­zało, zra­bo­wa­nych przez Ko­eniga w war­szawskim get­cie. Ob­razy te przetrwały w gro­bowcu w do­brym sta­nie. Po­dob­nie do­brze za­cho­wały się cztery ikony. Po­cho­dziły z sie­dem­na­stego wieku, nad ustale­niem miej­sca, skąd je zra­bo­wano, pra­co­wali wła­śnie eks­perci z Mu­zeum Na­ro­do­wego. Przypusz­czano, że hitle­rowcy skra­dli je z muzeum w Ki­jowie i — je­śli ta hi­po­teza oka­za­łaby się słuszna — za­mie­rzano ikony zwrócić Ukraiń­skiej Re­pu­blice. I w tej bo­wiem dzie­dzi­nie ist­nieje ścisła współ­praca mię­dzy kra­jami so­cjali­stycznymi. Tak na przy­kład Związek Ra­dziecki prze­kazał nam wiele na­szych skar­bów naro­do­wych, sta­rych dru­ków i obra­zów, od­nale­zio­nych przez ro­syj­skich żoł­nie­rzy na te­renie Nie­miec. My zaś ze swej strony sta­ramy się w ręce pra­wo­wi­tych wła­ści­cieli prze­kazać zna­le­zione u nas skarby kul­tury in­nych naro­dów.

W pierwszej kry­jówce Ko­eniga Pie­truszka od­krył — oprócz ob­ra­zów i ikon — trzy­na­ście rzeźb drewnia­nych, go­tyc­kich i baro­ko­wych, ukra­dzio­nych z ko­ściołów. Fa­chowcy z Muzeum Na­ro­do­wego rów­nież sta­rali się usta­lić miej­sca, z któ­rych zo­stały zra­bo­wane. Po­dob­nie przedsta­wiała się sprawa z dwiema zło­tymi mon­strancjami ko­ścielnymi, które ukrył w gro­bowcu puł­kow­nik Ko­enig.

I mo­nety. Wspaniała ko­lek­cja pol­skich mo­net, po­cząwszy od mo­net pia­stow­skich wczesno­śre­dnio­wiecz­nych, po­przez mo­nety okresu gro­szo­wego i re­ne­san­sowe, okresu zło­to­wego, aż do póź­nore­ne­san­so­wych mo­net Wa­zów, mo­net baro­ko­wych i mo­net okresu oświece­nia. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że puł­kow­nik Ko­enig wszedł w po­sia­danie czy­ichś pry­wat­nych zbio­rów, uprzednio za­mor­do­waw­szy ko­lek­cjo­nera lub wtrą­ciw­szy go do obozu za­głady.

— Piękną ko­lek­cję pol­skich mo­net miał przed wojną znany nu­mi­zmatyk, Fe­liks Mod­rzyń­ski z War­szawy — po­wie­dział pro­fesor, który towa­rzy­szył mi przy prze­glą­dzie skar­bów z gro­bowca. — Ist­nieją przy­pusz­cze­nia, że to wła­śnie jest część tych zbio­rów. Jego ko­lek­cja li­czyła po­nad ty­siąc dwieście mo­net pol­skich i ob­cych.

— A jakie były losy Mod­rzyń­skiego? — za­py­tałem.

— Wkrótce po zaję­ciu War­szawy przez hitle­row­ców areszto­wano go i wraz z całą ro­dziną ze­słano do obozu gdzie zgi­nął. Losy jego zbio­rów nie są znane. Prawdo­po­dob­nie ci, któ­rzy areszto­wali Mod­rzyń­skiego, zra­bo­wali jego ko­lek­cję. Być może rabu­sie po­dzie­lili się łu­pem i puł­kow­ni­kowi Ko­eni­gowi przy­padł w udziale zbiór pol­skich mo­net. Albo, co jest też prawdo­po­dobne, Ko­enig od­kupił część zbioru od ja­kie­goś rabu­sia z ge­stapo.

— Ile jest tych mo­net?

— Do­kład­nie sto czterdzie­ści sie­dem sztuk — od­rzekł pro­fesor.

Zaj­rza­łem do li­stu, który dziś rano otrzyma­łem z Fromborka.

— Po­winno być sto pięć­dzie­siąt mo­net. Ko­enig za­no­tował, że tyle sztuk ukrył w gro­bowcu.

— I było sto pięć­dzie­siąt. Ale od­rzu­cili­śmy trzy bez­war­to­ściowe nie­mieckie fe­nigi.

— Skąd się wzięły trzy fe­nigi w ko­lekcji naj­cen­niej­szych pol­skich mo­net? — zdziwi­łem się.

— Trzeba by o to za­pytać puł­kow­nika Ko­eniga. Lecz on już nic nigdy ni­komu nie wy­jaśni — po­kiwał głową pro­fesor.

— A na jakiej pod­sta­wie są­dzi­cie, że zbiór od­kryty w gro­bowcu jest czę­ścią ko­lekcji Fe­liksa Mod­rzyń­skiego?

— Znajduje się tu kilka mo­net o cha­rak­terze uni­kal­nym, jak na przy­kład spe­cjalna od­miana de­nara „Walka ze smo­kiem”. Wia­domo, że miał je tylko Mod­rzyń­ski w swoich zbio­rach. A skoro te same mo­nety zna­lazły się w schowku Ko­eniga, wniosek sam się na­rzucił. Zresztą, pro­szę, tu jest pełny spis mo­net z gro­bowca — pro­fesor podał mi dużą kartkę pa­pieru, na któ­rej wy­szczegól­niono wszystkie sto czterdzie­ści sie­dem mo­net.

Przejrza­łem po­bież­nie spis. Tego, czego szu­ka­łem, nie zna­la­złem.

— Bra­kuje „brakteatu Jaksyz Ko­pa­nicy. Wia­domo na pewno, że po­sia­dał go Mod­rzyń­ski w swej ko­lekcji — stwierdzi­łem. Bra­kuje rów­nież de­nara Mieszka I, który po­dobno miał Mod­rzyń­ski. Mó­wiono, że po­sia­dał on rów­nież drugi eg­zem­plarz de­nara z na­pi­sem „Gnezdun civi­tas”.

Pro­fesor wzruszył ra­mio­nami.

— Ko­lek­cja Mod­rzyń­skiego li­czyła ty­siąc dwieście sztuk mo­net pol­skich i za­gra­nicz­nych. Trudno po­wie­dzieć, ile sztuk z tego zbioru prze­padło na zaw­sze. Fak­tem jest, że Ko­enig zdo­był tylko sto czterdzie­ści sie­dem sztuk z ko­lekcji pol­skiej, bo tyle zna­le­ziono w jego schowku. Bra­kuje „brakteatu Jaksy”, bra­kuje de­nara Mieszka I, być może, bra­kuje jesz­cze wielu in­nych cie­ka­wych mo­net pol­skich.

Ski­ną­łem głową, że do­ce­niam ar­gu­mentację pro­fe­sora.

Ale prze­cież wciąż pa­mię­tałem, że mu­zeum w Ło­dzi w ostatnich dniach na­było „brakteat Jaksyz Ko­pa­nicy, a dwa inne mu­zea ku­piły denar Mieszka I i de­nar „Gnezdun civi­tas”.

Po­dzię­ko­wa­łem pro­feso­rowi za po­ka­zanie mi skar­bów ze schowka Ko­eniga i poma­sze­ro­wa­łem do Mi­ni­ster­stwa Kul­tury i Sztuki, do dy­rek­tora Mar­czaka.

Dy­rek­tor był już chyba poin­for­mo­wany tele­fo­nicz­nie o tym, co stało się wczoraj w Łodzi, bo przyjął mnie bar­dzo chłodno.

— I co? Nie udało się? — rzekł do mnie na przywita­nie. — Sie­dział pan sobie w ka­wiarni po­pija­jąc kawkę, a w tym sa­mym cza­sie ta­jem­nicza dama sprzedała ku­sto­szowi „brakteat Jaksy”. Pan zaś nie po­wą­chał na­wet per­fum tej damy, nie mó­wiąc o tym, że nie trafił pan na jej ślad.

Uśmiech­ną­łem się, co jesz­cze bar­dziej po­iry­to­wało Mar­czaka.

— A taki był pan pe­wien sie­bie — burknął.

— A jed­nak pan się myli — od­rze­kłem.

— Co? Ja się mylę? Rela­cję z całej wczoraj­szej histo­rii zdał mi już tele­fo­nicz­nie ku­stosz mu­zeum łódz­kiego.

— A czy po­wie­dział panu, z kim sie­działem w ka­wiarni?

— Nie.

— Szkoda. Bo ta in­for­ma­cja wy­ja­śnia wszystko. Otóż w ka­wiarni „Ho­no­ratka” spo­tka­łem... Wal­de­mara Ba­turę.

— Ba­turę? — dy­rek­tor jakby nie do­wie­rzał wła­snym uszom.

— A tak. Je­stem pe­wien, że to on, przez pod­sta­wione osoby, sprzedał na­szym mu­zeom bez­cenne okazy mo­net. Dla­tego po­szu­ki­wa­nie ta­jem­ni­czej damy na­prawdę nie ma już sensu.

— Ba­tura... — mruknął za­my­ślony Mar­czak. Po­dob­nie jak i ja, znał on do­brze spryt, inte­li­gen­cję i wie­dzę Waldka Ba­tury. W sta­rym dwo­rze, gdzie kryły się zbiory ma­soni­ków pol­skich, skrzyżo­wały się wtedy na­sze tropy. Dy­rek­tor Mar­czak brał wówczas udział w walce z Ba­tura i zda­wał sobie sprawę, że jest on nie­bez­piecznym prze­ciw­ni­kiem.

— Skąd on ma te mo­nety? — za­sta­na­wiał się gło­śno Mar­czak. — Głowę bym sobie dał uciąć, że zdo­był je w spo­sób nie­uczciwy. Do licha. Ta­kich mo­net nie znaj­duje się na ulicy! Pan musi wy­ja­śnić tę za­gadkę! — dy­rek­tor aż ude­rzył dło­nią w biurko i po­czerwie­niał na twa­rzy. — Po­dej­rze­wam, że kryje się za tym ja­kieś ogromne łaj­dactwo. Nie mo­żemy dać się wy­ki­wać Wal­de­ma­rowi Batu­rze.

— Tak jest, panie dy­rek­torze — po­wie­działem. — Dla­tego pro­szę o dele­gację do Fromborka.

Mar­czak po­pa­trzył na mnie z naj­większym zdu­mie­niem.

— Do Fromborka?... Tam już działa Pie­truszka...

— Tam także kryje się roz­wią­zanie i tej za­gadki — od­par­łem.

Dy­rek­tor Mar­czak za­czął gniewnie wy­ma­chi­wać rę­kami.

— Wszystko, tylko nie to. Nie, w żad­nym razie! Czy pan sądzi, że ja nie do­my­ślam się, do czego pan zmie­rza? Po­zaz­dro­ścił pan Pie­truszce jego suk­ce­sów. Nie, panie To­ma­szu. Frombork nie ma z tym wszystkim nic wspólnego. Prę­dzej go­tów je­stem wy­dać panu dele­gację służ­bową do Pata­gonii. Co sobie po­myśli Pie­truszka? Że nie mam do niego za­ufa­nia!

— A jed­nak mu­szę poje­chać do Fromborka — po­wtó­rzy­łem z upo­rem.

A po­tem na­biłem fajkę i długo ją roz­pa­lałem, cze­kając, aż dy­rek­tor Mar­czak opa­nuje wzburze­nie i da mi spo­koj­nie dojść do głosu.

Stało się to po dłuż­szej chwili. Twarz dy­rek­tora stra­ciła czerwoną barwę, tylko oczy jego wciąż pa­trzyły na mnie su­rowo. Tak samo za­brzmiał jego głos.

— Słu­cham pana... — wy­rzekł bar­dzo cicho, ale zło­wróżbnie.

Pyk­ną­łem z fajki i rze­kłem:

— Za­czniemy od lekcji ra­chunków, panie dy­rek­torze...

— Tylko bez żar­tów — dy­rek­tor znowu ude­rzył dło­nią w biurko.

— To po­ważna sprawa — za­strzegłem się. I wy­cią­gną­łem z kie­szeni list od Baśki. — A więc, panie dy­rek­torze, ko­lega Pie­truszka do­konał we From­borku od­kry­cia pierwszego schowka puł­kow­nika Ko­eniga. We­dług da­nych sa­mego Ko­eniga w gro­bowcu schował on dwa­na­ście obra­zów. Ile obra­zów od­na­lazł Pie­truszka?

— Dwana­ście — od­parł za­cie­ka­wiony dy­rek­tor Mar­czak.

— Ko­enig ukrył w schowku cztery ikony. Ile ikon od­na­lazł Pie­truszka?

— Cztery.

— Ko­enig ukrył trzy­na­ście rzeźb. Ile rzeźb od­na­lazł Pie­truszka?

— Trzyna­ście... — od­parł Mar­czak, ale tym ra­zem wzruszył ra­mio­nami.

— Dwie mon­strancje ukrył Ko­enig i dwie mon­strancje zna­lazł w gro­bowcu ko­lega Pie­truszka. Po­nadto Ko­enig schował w gro­bowcu sto pięć­dzie­siąt mo­net. Ile mo­net od­na­lazł ko­lega Pie­truszka?

— Sto pięć­dzie­siąt sztuk.

— Nie, panie dy­rek­torze. Na­leży odjąć trzy bez­war­to­ściowe nie­mieckie fe­nigi. Po­zo­staje sto czterdzie­ści sie­dem pol­skich mo­net.

— No, po­wiedzmy... I co z tego wy­nika?

— Ile mo­net w ostatnich dniach sprzedał na­szym mu­zeom ta­jem­niczy „ktoś”?

Dy­rek­tor Mar­czak wy­cią­gnął przed sie­bie dłoń z roz­ca­pie­rzo­nymi pal­cami i wyli­czał, zgi­nając palce:

— De­nar Mieszka I to — jedna mo­neta. De­nar „Gnezdun civi­tas” — to dwie mo­nety. „Brakteat Jaksy” — to trzy mo­nety. Trzy — stwierdził.

— I wła­śnie trzy sztuki bra­kują do liczby sto pięć­dzie­siąt. Bo tyleż mo­net po­winno się było zna­leźć w schowku Ko­eniga — rzu­ciłem try­um­fu­jąco.

Dy­rek­tor Mar­czak chy­trze przymru­żył oczy.

— Za­po­mina pan o du­kacie Ło­kietka, który rów­nież za­ofe­ro­wano mi do kupna. A to już czwarta mo­neta. Coś się nie zga­dza w pań­skich ra­chunkach.

Tym ra­zem to ja wzruszy­łem lek­ce­wa­żąco ra­mio­nami.

— To był sprytny wy­bieg ma­jący na celu ukry­cie tej liczby: trzy. Nie ist­nieje drugi eg­zem­plarz zło­tego du­kata Ło­kietka. Gdyby rze­czy­wi­ście ktoś po­sia­dał taki eg­zem­plarz, prze­cież nie dzwoniłby do pana, ale za­pro­po­no­wałby kupno ja­kie­muś kon­kret­nemu mu­zeum. Głowę dam, że nie bę­dzie dru­giego tele­fonu w sprawie tego du­kata. Po­zo­stańmy więc tylko przy fak­tach. A fak­tem jest, że sprzedano nam trzy cenne okazy pol­skich mo­net. Gro­bo­wiec we From­borku zo­stał obra­bo­wany z tych trzech mo­net.

Dy­rek­tor Mar­czak po­pa­trzył na mnie jak na wa­riata.

A po­tem ude­rzył pię­ścią w stół.

— Co to za żarty, panie To­ma­szu? W gro­bowcu było sto pięć­dzie­siąt mo­net, a nie sto czterdzie­ści sie­dem. Sto pięć­dzie­siąt, pan sły­szy?

— Sto czterdzie­ści sie­dem — od­par­łem.

— Sto pięć­dzie­siąt! — krzyknął dy­rek­tor Mar­czak.

— Sto czterdzie­ści sie­dem — po­wtó­rzy­łem grzecznie.

— Sto pięć­dzie­siąt! — pod­niósł głos dy­rek­tor Mar­czak.

I twarz jego znowu stała się pur­pu­rowa.

Czułem, że je­śli jesz­cze raz po­wtó­rzę: „sto czterdzie­ści sie­dem”, on każe mi wyjść ze swojego gabi­netu.

Wes­tchnąłem ciężko. Wy­rwa­łem z no­tat­nika kartkę i wy­ry­so­wa­łem na niej duży krzyż.

— Czy pan dy­rek­tor po­zwoli, że dam mu do roz­wią­zania pewną za­gadkę?

Na chwilę aż za­nie­mó­wił z gniewu. Ale zdo­łał się opa­no­wać. Do­szedł mych uszu jego zło­wróżbny szept:

— Je­stem człowie­kiem bar­dzo za­jętym i nie przy­cho­dzę do biura, aby od swych pra­cow­ni­ków wy­słu­chi­wać za­ga­dek.

— Tak jest, panie dy­rek­torze — przytak­ną­łem grzecznie. — Ale na ten raz niech pan zrobi wy­jątek. Oto i za­gadka: Żył, był pe­wien bo­gacz, któ­remu umarła żona. Wy­sta­wił on jej na cmentarzu wspaniały po­mnik z krzy­żem przy­bra­nym dia­mentami. Tak wy­glą­dał ten krzyż, a tak oto wto­piono w niego dia­menty.

Bo­gacz ów bał się — cią­gną­łem dalej — o swoje dia­menty. Dla­tego przy­cho­dził co­dziennie na cmentarz i liczył je. W jaki spo­sób? Z dołu do góry — je­dena­ście dia­mentów. Z dołu do końca pra­wego ra­mie­nia — jede­na­ście dia­mentów. I z dołu do le­wego ra­mie­nia — jede­na­ście dia­mentów. Tak, panie dy­rek­torze? Sprawdził pan?

Za­cie­ka­wiony dy­rek­tor Mar­czak koń­cem dłu­go­pisu prze­liczył dia­menty na krzyżu.

— Zga­dza się. W każdą stronę wy­cho­dzi jede­na­ście.

— Ale żył rów­nież sprytny zło­dziej. Bez­czel­nie ukradł dwa dia­menty, choć bo­gacz nigdy się o tym nie do­wie­dział. Jak daw­niej co­dziennie przy­cho­dził na cmentarz i liczył dia­menty. Z dołu do góry — je­dena­ście. Z dołu przez prawe ra­mie. — je­dena­ście, przez lewe ramię rów­nież jede­na­ście. Ilość dia­mentów zga­dzała się, a prze­cież dwa dia­menty zo­stały skra­dzione.

— Ależ to non­sens! — po­kręcił głową dy­rek­tor Mar­czak. — Nie. mo­gło być wciąż je­dena­ście, skoro, jak pan twierdzi, ukradł dwa dia­menty.

— Pro­szę. Oto, co zro­bił zło­dziej. Ukradł po jed­nym dia­men­cie z pra­wego i le­wego ra­mie­nia. A pierwszy dia­ment od góry prze­niósł na sam dół krzyża. Ot, tak: I pro­szę li­czyć, panie dy­rek­torze. Z dołu do góry — je­dena­ście. Z dołu przez prawe ra­mię — jede­na­ście. I tak samo przez lewe ramię. A jed­nak dwa dia­menty zo­stały za­brane.

Mar­czak aż kla­snął w dło­nie.

— Świetna, świetna za­gadka. Po­wtó­rzę ją dziś swojemu sy­nowi.

Lecz po se­kun­dzie spo­waż­niał.

— Prze­pra­szam, ale co ta za­gadka ma wspólnego z na­szą sprawą?

Skromnie spu­ści­łem oczy.

— Za­po­mniałem do­dać, panie dy­rek­torze, że zło­dziej na­zy­wał się Wal­de­mar Ba­tura, a bo­gacz pan Mar­czak.

Są­dzi­łem, że dy­rek­tor krzyknie na mnie strasznym gło­sem. Lecz on za­cho­wał się ina­czej. Po­wie­dział rze­czowo:

— Pro­szę o szczegóły, panie ko­lego.

Wy­ja­śni­łem:

— Puł­kow­nik Ko­enig ukrył w schowku sto pięć­dzie­siąt mo­net. Twierdzę, że skra­dziono trzy mo­nety, ale jak by pan nie liczył, wy­cho­dzi, że od­nale­ziono jed­nak sto pięć­dzie­siąt, i wszystko jest w naj­lep­szym po­rządku.

— Pro­szę o do­wody — warkną dy­rek­tor.

— Puł­kow­nik Ko­enig był rabu­siem, ale nie kre­ty­nem. Jaki sens dla niego mia­łoby ukry­cie trzech bez­war­to­ściowych nie­mieckich feni­gów? On ukrył sto pięć­dzie­siąt bez­cen­nych pol­skich mo­net, a od­nale­ziono tylko sto czterdzie­ści sie­dem.

— Było sto pięć­dzie­siąt mo­net — jęk­nął dy­rek­tor.

— Więc wciąż chce pan po­zo­stać w roli tego bo­gacza, któ­remu, jak by nie liczył, wy­cho­dziło jede­na­ście? Ktoś ukradł trzy bez­cenne mo­nety, a pod­łożył na to miej­sce bez­war­to­ściowe fe­nigi. I te trzy mo­nety na­tychmiast za­pro­po­no­wano na­szym mu­zeom.

Dy­rek­tor Mar­czak kil­ka­krot­nie ode­tchnął bar­dzo głę­boko. Wie­działem, że od tej chwili na­sza roz­mowa bę­dzie miała cha­rak­ter bar­dzo rze­czowy. Bo dy­rek­tor Mar­czak był człowie­kiem mą­drym. Bra­ko­wało mu żyłki de­tek­tywi­stycznej, ale od tych spraw byli­śmy my — ja i Pie­truszka. Mą­drość jego pole­gała na tym, że je­śli przy­cho­dziło się do niego z przeko­ny­wa­ją­cymi ar­gu­mentami, nie upie­rał się przy swoim zda­niu, da­wał się prze­ko­nać i po­zwalał działać, po­no­sząc od­po­wie­dzialność za nasze klę­ski, a tych prze­cież nam nie bra­ko­wało.

— Czy po­dej­rzewa pan ko­legę Pie­truszkę? — za­pytał. — Są­dzi pan, że to on za­mie­nił bez­cenne okazy na bez­war­to­ściowe fe­nigi?

— Nie, panie dy­rek­torze. Pie­truszka to człowiek na wskroś uczciwy. Być może moja za­wo­dowa za­wiść każe mi do­pa­try­wać się u niego braku de­tek­tywi­stycznych ta­len­tów, ale uczciwo­ści jego nigdy nie sta­wia­łem pod zna­kiem za­pyta­nia. Wy­daje mi się, że ktoś go uprzedził. Ktoś przed nim otworzył gro­bo­wiec i z ko­lekcji mo­net za­brał trzy naj­cen­niej­sze okazy, a pod­łożył na ich miej­sce bez­war­to­ściowe fe­nigi.

— Dla­czego nie ukradł któ­regoś z ob­ra­zów? Albo ja­kiejś ikony? Mon­strancji czy rzeźby, która le­żała w gro­bowcu?

Od­po­wie­działem:

— Zło­dziejowi zale­żało na tym, aby ilość przed­miotów zna­le­zio­nych w gro­bowcu zga­dzała się z liczbą wy­szczegól­nioną w pla­nie po­zo­sta­wio­nym przez Ko­eniga. Mu­siałby za­mie­nić jeden obraz na drugi, jedną ikoną na inną ikonę, jedną mon­strancję na drugą, Pan zresztą wie, jak trudno bez zwrócenia uwagi sprzedać obraz Wy­czół­kow­skiego czy Mal­czew­skiego. Każdy ob­raz słyn­nego mala­rza ma swoją długą histo­rię i nie można jej za­trzeć. A zło­dziej, z któ­rym mamy do czy­nie­nia, to człowiek, który nie chce po­paść w konflikt mili­cją. Jeśli krad­nie, to w taki spo­sób, że nie można mu udo­wod­nić kra­dzieży. Twierdzę więc, że mamy znowu na pieńku z Wal­de­ma­rem Ba­turą.

— Dla­czego za­brał ze schowka tylko trzy okazy mo­net, a nie całą ko­lek­cję?

— A co zro­biłby z ko­lek­cją? Prze­cież sprawa wy­da­łaby się na­tychmiast. Zwrócili­by­śmy uwagę, że bra­kuje stu pięć­dzie­się­ciu mo­net. A Ba­turą, pro­szę pa­mię­tać, to człowiek, który po­trafi za­do­wolić się mniejszym łu­pem, byle tylko nie można mu było udo­wod­nić prze­stęp­stwa. Za­bie­rając trzy naj­cen­niej­sze okazy i pod­kła­dając bez­war­to­ściowe fe­nigi liczył na to, że nikt nie zwróci uwagi na kra­dzież i on bę­dzie mógł spo­koj­nie po­zbyć się mo­net. Był na­wet tak bez­czelny, że za­ofe­rował je mu­zeom, i co tu dużo ga­dać, zaro­bił pra­wie sto ty­sięcy zło­tych. Bo gra, panie dy­rek­torze, idzie o jesz­cze większą stawkę. O drugi i trzeci schowek.

Wy­jąłem z kie­szeni list z Fromborka i zaj­rzawszy do niego, mó­wi­łem dalej:

— W dru­gim schowku Ko­eniga winny się znaj­do­wać: cztery mi­nia­tury, por­ce­lana, dwa­na­ście lich­tarzy i pięć kieli­chów. Gdyby pan chciał do­ko­nać kra­dzieży bez zwrócenia uwagi, a więc sys­te­mem za­miany rze­czy war­to­ściowych na inne, o mniejszej war­tości, co pa­dłoby pana łu­pem?

Dy­rek­tor długo się za­sta­na­wiał, gło­śno roz­my­ślając:

— Trudno chyba za­mie­nić mi­nia­tury, bo skąd wziąć je na za­mianę? Za­bawa z por­ce­laną też chyba nie jest łatwa do reali­zacji. Naj­ła­twiej o za­mianę lich­tarzy i kieli­chów.

— Tak jest, panie dy­rek­torze. Ale lich­tarze chyba od­pa­dają, bo były za­zwy­czaj ze sre­bra. Po­zo­stają więc tylko kieli­chy. Można przy­pusz­czać, że Ko­enig ukrył bar­dzo cenne kieli­chy mszalne, złote, wy­sa­dzane dro­gimi ka­mie­niami. Co bę­dzie, jeśli w dru­gim schowku Ko­eniga Pie­truszka od­naj­dzie pięć srebrnych kieli­chów?

— Zdziwię się, że Ko­enig ra­bo­wał tak ma­ło­war­to­ściowe przed­mioty...

— Ale nie bę­dzie pan miał żad­nych kon­kret­nych po­dej­rzeń, prawda? — pod­chwyciłem. — A o srebrne kieli­chy wcale nie tak trudno. Można je zna­leźć w skle­pach Desy, i to za sto­sun­kowo małą sumę. Wy­star­czy je za­mie­nić na złote i ma się wspaniały po­łów.

— A trzeci schowek? — za­pytał Mar­czak. Jesz­cze raz zaj­rza­łem do li­stu Baśki.

— Nie ukradnie Ba­tura in­fuły ani czte­rech reli­kwia­rzy. Ale w tym schowku bę­dzie dzie­sięć rubi­nów. Nic ła­twiejszego jak na ich miej­sce pod­łożyć ru­biny sztuczne, fał­szywe. W jubiler­skich skle­pach nie­trudno o takie ka­mie­nie. A my po od­kry­ciu trze­ciego schowka bę­dziemy są­dzić, że to Ko­eniga ktoś oszukał...

Za­padła chwila mil­cze­nia. Dy­rek­tor Mar­czak roz­wa­żał w sobie moje wy­wody.

A ja do­rzu­ciłem:

— Na szczęście zło­dziej jesz­cze chyba nie wie, gdzie jest drugi i trzeci schowek Ko­eniga. Do­piero szuka tych kry­jó­wek.

— I może Pie­truszka go uprzedzi — ucie­szył się Mar­czak.

— Tak — po­twierdzi­łem. — Prze­cież to, co mó­wię, po­zo­staje jesz­cze w kręgu hi­potez.

— Nie mo­żemy krzyw­dzić Pie­truszki — rado­śnie zgo­dził się dy­rek­tor Mar­czak. — Pie­truszka jest bar­dzo am­bitny. Jeśli poślę pana do Fromborka, na przy­kład, w cha­rak­terze jego po­moc­nika, uzna to za vo­tum nie­ufno­ści dla sie­bie i strasznie ten fakt prze­żyje. To człowiek nie­zwy­kle wrażliwy.

— A jed­nak mu­szę je­chać do Fromborka — stwierdzi­łem.

Za­sę­piona znowu twarz dy­rek­tora Mar­czaka nagle roz­pro­mie­niła się.

— Mam świetny po­mysł! — za­wołał rado­śnie. — Po­trzebny nam jest ob­szerny przewod­nik po From­borku. W ostatnim cza­sie działa tam kilka grup na­ukowców. Prze­pro­wa­dzają ba­dania ar­che­olo­go­wie, histo­rycy, astrono­mo­wie. Trzeba za­po­znać się z wy­ni­kam ich prac i opraco­wać nowy przewod­nik, uwzględ­nia­jący współcze­sną wie­dzę o daw­nym From­borku i o po­bycie w nim Mi­ko­łaja Ko­per­nika. I to bę­dzie pań­skie za­danie, że się tak wy­rażę, ofi­cjalne. Lecz jako główne za­danie w dal­szym ciągu po­wie­rzam panu wy­ja­śnie­nie za­gadki po­ja­wie­nia się bez­cen­nych mo­net. Je­dzie pan A więc do Fromborka, po­nie­waż tam pro­wa­dzą tropy w po­wie­rzo­nej panu sprawie. Prze­cież nie­raz tak bywa w służ­bie śled­czej, że pro­wa­dzone w dwóch róż­nych miej­scach sprawy, po­zor­nie od sie­bie nie­za­leżne, kie­rują się jed­nak do tego sa­mego miej­sca i zazę­biają się o sie­bie. Pie­truszka ma za za­danie od­kry­cie schow­ków Ko­eniga, a pan wy­ja­śnie­nie sprawy bez­cen­nych mo­net. Jeśli po­trafi­cie uło­żyć sobie współ­pracę, tym lepiej. Jeśli nie, to trudno, mu­sicie działać od­dzielnie — stwierdził na za­koń­cze­nie dy­rek­tor Mar­czak.

 

 


ROZDZIAŁ CZWARTY [top]

TAJEMNICA BOMBONIERKI • CZY BĘDĘ WIÓZŁ POGROMCĘ ZWIERZĄT • SPOTKANIE Z CAGLIOSTREM • NIESAMOWITA MENAŻERIA • KOSZMARNA PODROŻ • CZŁOWIEK, KTÓRY WCIĄŻ KŁAMIE • O WIEDZY TAJEMNEJ SŁÓW KILKA • CO SIĘ STAŁO PODCZAS OBIADU • GDZIE SIĘ KRYŁ WĄŻ • MÓJ NOWY, DZIWNY POMOCNIK

 

Czwartego sierpnia rano zaje­cha­łem swoim we­hi­ku­łem przed Mi­ni­ster­stwo Kul­tury i Sztuki, aby wziąć dele­gację służ­bową. W we­hi­kule mia­łem już nese­ser z moimi oso­bi­stymi rze­czami oraz sprzęt cam­pin­gowy. By­łem zde­cy­do­wany wy­ru­szyć w drogę na­tychmiast po za­ła­twie­niu for­mal­ności w mini­ster­stwie.

W se­kre­taria­cie dy­rek­tora Mar­czaka za­sta­łem jak zwy­kle pro­miennie uśmiech­niętą panią Zosię, se­kre­tarkę. Była to osoba nie­młoda i bar­dzo otyła, uwielbia­jąca sło­dy­cze. Gdy wszedłem do po­koju, ostrożnie, dwoma pa­lusz­kami, jak en­to­mo­log prze­pięk­nego mo­tyla ze swej ko­lekcji, wyj­mo­wała cze­ko­ladkę z le­żącej przed nią na biurku ogromnej bom­bo­nierki.

— De­lega­cja jest go­towa — lewą ręką po­dała mi pa­piery, w pra­wej bo­wiem trzymała cze­ko­ladkę.

— Dziękuję pani uprzejmie — skło­niłem się nisko. Al­bo­wiem do­brze jest żyć w zgo­dzie ze swoim dy­rek­to­rem. Ale zu­peł­nie źle jest po­paść w kon­flikt z jego se­kre­tarką.

— Mam do pana prośbę, panie To­ma­szu — pani Zosia obda­ro­wała mnie pro­miennym uśmie­chem i w moim kie­runku pod­su­nęła otwartą bom­bo­nierkę. — Dzwonili do mnie z de­par­ta­mentu wi­do­wisk. Otóż jest prośba, aby pan wziął ze sobą do Fromborka pew­nego sym­pa­tycz­nego arty­stę. Cho­dzi o to, że ten arty­sta bę­dzie miał wy­stępy dla mło­dzieży har­cer­skiej, a nie może je­chać po­cią­giem.

— Czyżby bra­ko­wało mu na bilet? — za­py­tałem.

— Ach, nie, panie To­ma­szu — pani Zosia spoj­rzała na mnie z dez­apro­batą. — Prze­szkody na­tury, że się tak wy­rażę, tech­nicz­nej nie po­zwalają mu je­chać po­cią­giem.

— A cóż to za arty­sta, że po­ciągi mu nie służą?

— Dzwonili z de­par­ta­mentu wi­do­wisk, więc to arty­sta cyr­kowy — nie­pew­nie od­rze­kła pani Zosia.

— A co mu wzbrania je­chać po­cią­giem? — inda­go­wa­łem.

Zer­knęła bez­rad­nie na otwartą bom­bo­nierkę i pod­su­nęła mi ją jesz­cze bliżej. Zro­zu­mia­łem, że otrzymała ją w pre­zen­cie od owego arty­sty, który za­pewne, aby za­osz­czę­dzić sobie koszty bi­letu, wolał je­chać cu­dzym sa­mo­cho­dem.

— On wie­zie ja­kieś zwie­rzęta — szepnęła i ugry­zła cze­ko­ladkę.

— Sło­nie? Ży­rafy? Ty­grysy? — prze­razi­łem się. — To może po­gromca dzi­kich zwie­rząt?

— Co też pan mówi, pa­nie To­ma­szu — roze­śmiała się. — On jest chyba ilu­zjo­nistą. Ma bia­łego kró­liczka. Pan ro­zu­mie, ta­kiego, któ­rego wy­ciąga się z cy­lin­dra.

— Kró­liki, o ile mi wia­domo, wolno przewo­zić w po­ciągu.

— Tak. Tylko że on ma jesz­cze... białe myszki.

— Myszki?

— Tak. I... pa­dalca, to jest za­skrońca — po­wie­działa pani Zosia i aż wzdry­gnęła się ze wstrętu.

— I ja mam wieźć do Fromborka całą tę jego me­naże­rię?

— A cóż to panu szkodzi? Nie ma pan miej­sca w swoim sa­mo­cho­dzie? — za­py­tała, spo­glą­dając na otwartą bom­bo­nierką.

A ja wie­działem, że nie wy­winę się od ilu­zjo­nisty, skoro ona od niego do­stała bom­bo­nierkę ze smacz­nymi cze­ko­lad­kami.

Zre­zy­gno­wany machną­łem ręką.

— To niech pani daje tego cyr­kowca. Tylko za­raz, bo ja już wy­jeż­dżam z War­szawy.

Przełknęła po­śpiesznie cze­ko­ladkę.

— On czeka na ko­ryta­rzu. Ła­two pan go po­zna, bo ma czarną bródkę...

Schowa­łem do kie­szeni pa­piery, uca­ło­wa­łem pachnącą cze­ko­lad­kami dłoń pani Zosi i wy­sze­dłem na ko­ry­tarz. Ilu­zjo­nista zaraz rzucił mi się w oczy. Miał bródkę i stał obok leżą­cych na pod­łodze dzie­się­ciu pro­sto­kąt­nych pu­dełek.

Miał lat około trzy­dzie­stu i był nie­zwy­kle przy­stojny: przy­stojna, śniada twarz Hin­dusa, prze­ni­kliwe oczy.

— Czy to pana mam za­brać do Fromborka? — za­gad­ną­łem.

— Tak jest — ukło­nił się grzecznie, nie­mal w pas, jak pu­bliczności po skończo­nym wy­stę­pie.

— Na imię mi To­masz — wy­cią­gną­łem do niego rękę.

— A mnie Józef. To jest wła­ści­wie Fra­nek — po­wie­dział.

— Więc Józef czy Fra­nek? — za­py­tałem rów­nie grzecznie.

— No­szę pseudo­nim arty­styczny: Józef Bal­samo vel Ca­glio­stro — wy­jaśnił.

No cóż, z róż­nymi ludźmi mia­łem do czy­nie­nia. Teraz zaś dane mi było uści­snąć dłoń sa­mego Ca­glio­stro, o któ­rym gło­śno ongiś było w War­sza­wie[2]. Wpraw­dzie działo się to aż dwieście lat temu, ale nale­żało się spo­dziewać, że i ten Ca­glio­stro cie­szy się nie mniej za­słu­żoną sławą.

— Czytałem po­wieść Du­masa pt. „Jó­zef Bal­samo” — oświad­czy­łem z wiel­kim sza­cun­kiem.

— Ach, to o moim po­przedniku — lek­ce­wa­żąco wzruszył ra­mio­nami.

A po­tem na­chylił się ku ziemi, pod­niósł z niej cztery pa­kunki i wło­żył je w moje ręce.

— Bar­dzo pro­szę o po­moc w znie­sie­niu tych rze­czy do sa­mo­chodu — po­wie­dział cie­pło.

— Broń Boże, w któ­rejś z tych pa­czek jest pa­dalec? — za­py­tałem z odrobiną stra­chu, bo nie lubię peł­zają­cych stwo­rzeń. — Je­śli pan tak ła­skaw, już wo­lał­bym nieść kró­liczka.

— Ach, nie. Pio­trusia noszę zaw­sze przy sobie — od­rzekł mistrz Bal­samo się­gając ręką do we­wnętrznej kie­szeni tu­żurka.

Za­po­mniałem bo­wiem nad­mie­nić, że mistrz Bal­samo nie miał na sobie ma­ry­narki, a tylko coś dłu­giego i czar­nego, jakby ro­dzaj fraka albo skrzyżo­wa­nie tu­żurka z sur­du­tem. I z we­wnętrznej kie­szeni owego tu­żurko-sur­duta wy­cią­gnął czar­nego za­skrońca.

— To jest Pio­truś — oświad­czył. I do­dał: — Pio­trusiu, bądź miły dla pana To­ma­sza.

Nie znam się na wę­żach i nie wiem, czy można je do­brze wy­cho­wać. Ten owi­nął się wo­kół szyi mi­strza, a ja prze­zor­nie cof­ną­łem się o krok.

— A tu mam myszki — Bal­samo się­gnął do dru­giej we­wnętrznej kie­szeni tu­żurko-sur­duta. I po se­kun­dzie dwie białe myszki ma­sze­ro­wały po kla­pach jego dziwnego przy­odziewku.

— Hm, hm — chrząkną­łem ostrze­gaw­czo — już wolą nie pytać, co ma pan w in­nych kie­sze­niach. Są­dzę, że naj­lepiej uczynimy, idąc do sa­mo­chodu.

Al­bo­wiem cała ta scena działa się na ko­ryta­rzu Mi­ni­ster­stwa Kul­tury i Sztuki, gdzie zaw­sze spo­tkać można miłe, star­sze, bar­dzo kul­tu­ralne panie. I przez mo­ment od­nio­słem wra­żenie, że jed­nej z tych pań na wi­dok węża i dwóch bia­łych my­szek zro­biło się nie­do­brze.

Ca­glio­stro też chyba to do­strzegł, bo wci­snął węża do jed­nej kie­szeni, my­szy do dru­giej i w po­śpie­chu opu­ścili­śmy za­byt­kowy gmach na Kra­kow­skim Przedmie­ściu.

Pa­kunki umieścili­śmy na tyl­nym sie­dze­niu, Ca­glio­stro usiadł obok mnie, na ko­lana bio­rąc jakąś sporą paczkę.

Oka­zało się, że pa­ku­nek, który miał na kola­nach, był owi­niętą w pa­pier klatką. Uchylił jej drzwiczki i wyj­rzał z nich ru­chliwy no­sek kró­lika.

— Bar­dzo miłe stwo­rze­nie — oświad­czy­łem. Ca­glio­stro ode­tchnął z ulgą.

— A już są­dzi­łem, że pan nie lubi zwie­rząt.

— Dla mnie za­skro­niec nie jest zwie­rzę­ciem — od­rze­kłem zde­cy­do­wa­nie.

— Prze­cież na­leży do fauny — od­parł.

— Wolę florę — stwierdzi­łem szczerze, choć kró­li­czek był sym­pa­tyczny.

Przypo­mniała mi się pio­senka Skal­dów o kró­liczku i nu­cąc ją pod no­sem, wy­ru­szy­łem we­hi­ku­łem z Kra­kow­skiego Przedmie­ścia.

Czy kto wi­dział, jak bie­gnie kró­liczek ulicą?
Czy to wi­dział kto?
Czy to wi­dział kto?
W na­szym mie­ście szu­kali kró­liczka ze świecą
Aż do­padli go,
Aż do­padli go....
Ho, ho, ho, ho, ho,
Ho, ho.

W grun­cie rze­czy mistrz Ca­glio­stro wy­dał mi się bar­dzo miły. Może dla­tego, że wi­dok mego we­hi­kułu nie wzbudził w nim drwin ani na­wet naj­drobniej­szej zło­śli­wej uwagi. Przez chwilę mia­łem na­wet po­dej­rze­nia, że do­my­śla się, jak po­tężny silnik kryje to po­kraczne pudło przy­po­mi­na­jące skrzyżo­wa­nie czółna z na­mio­tem na ko­łach. Ale prze­cież byłby to ab­surd!

Cóż można na­pisać o po­dróży w towa­rzy­stwie ilu­zjo­nisty, kró­liczka, bia­łych my­szek i za­skrońca?

Dzień był sło­neczny, bez­chmurny, cie­pły. As­fal­towa szosa mię­dzy­naro­dowa E 81 po­zwalała na dużą szybkość. Mi­jałem lasy, pola, mia­steczka i wio­ski, a prze­cież nie przetrwało w mej pa­mięci nic z uro­ków tak dłu­giej jazdy sa­mo­cho­dem.

Ca­glio­stro roz­siadł się wy­god­nie w sa­mo­cho­do­wym fo­telu i na­tychmiast za­snął. A wtedy z kie­szeni jego sur­duta naj­pierw ostrożnie wy­lazły dwie białe my­szy i usa­do­wiły mu się na kola­nach. Po­tem wy­sta­wił swój łeb za­skro­niec. Po­pa­trzył na śpią­cego Ca­glio­stra, zerk­nął na mnie, a póź­niej na my­szy. Stwier­dziwszy za­pewne, że mistrz śpi mocno, wy­peł­znął z jego kie­szeni — i je­śli się nie mylę — usi­łował po­łknąć któ­rąś z my­szek. Oby­dwie ucie­kły więc na tylne sie­dze­nie, a za­skro­niec z kolan Ca­glio­stra przelazł na moje i zwi­nąw­szy się w kłę­bek, za­snął na nich w naj­lep­sze.

Ja — dwu­krot­nie nie­omal nie spo­wo­do­wa­łem wy­padku. Na­prawdę, trudno jest pro­wa­dzić sa­mo­chód z za­skrońcem na kola­nach i my­szami, które bu­szują po kie­sze­niach.

Wreszcie nie wy­trzyma­łem. Trą­ciłem mi­strza w ramię.

Obu­dził się. Pojął chyba grozę sytu­acji, bo za­brał mi z kolan za­skrońca i znowu wpa­ko­wał go sobie do kie­szeni.

— Wo­lał­bym, żeby pan nie spał — po­wie­działem.

— Zgoda. Bę­dziemy roz­ma­wiać — od­rzekł.

Ale wła­ści­wie o czym można roz­ma­wiać z mi­strzem czar­nej i białej magii?

By­łem jed­nak go­spo­da­rzem w sa­mo­cho­dzie, do mnie nale­żało na­rzu­cenie te­matu kon­wer­sacji. Nie są­dzi­łem, aby sprawy ochrony za­byt­ków lub za­gad­nie­nie walki z handla­rzami anty­ków mo­gły go za­inte­re­so­wać. Spróbo­wa­łem więc z in­nej beczki.

— Czy długo uczył się pan wie­dzy ta­jem­nej? I na jakiej uczelni? — za­py­tałem.

Od­po­wie­dział pyta­niem:

— Pan jest ide­alistą czy mate­riali­stą?

— Ma­te­riali­stą...

— Nie wie­rzy pan w cuda oraz w wie­dzę ta­jemną?

— Wszystko po­lega na fał­szu i zręczności — wy­po­wie­działem się szczerze o wie­dzy ta­jem­nej.

Nie obra­ził się.

— Wszystko jest iluzją — zro­bił nie­okre­ślony ruch ręką, jakby dając mi do zro­zu­mie­nia, że iluzją jest rów­nież mój sa­mo­chód, ja sam i cały ota­cza­jący nas świat. — Żyjąc w świe­cie iluzji, prze­sta­łem od­róż­niać fałsz od prawdy. Zresztą — dodał z odrobiną smutku — pra­wie zaw­sze oszukuję. To już skrzywie­nie za­wo­dowe. Za­zwy­czaj na pyta­nie, gdzie zdo­by­łem wie­dzę ta­jemną, od­po­wia­dam: w In­diach albo u ty­be­tań­skich mni­chów. Panu od­po­wiem ina­czej: skończy­łem Sor­bonę.

O czym roz­ma­wiać z człowie­kiem, który pro­gra­mowo, że tak po­wiem z za­sady, nie mówi prawdy? Znowu więc jakiś czas je­cha­liśmy w mil­cze­niu, co upewniło tkwiące w surducie stwory, że ilu­zjo­nista za­snął. Dla­tego znów uj­rza­łem wy­chy­la­jącą się z kie­szeni głowę za­skrońca.

— Bądź grzeczny, Pio­trusiu — upo­minał go Ca­glio­stro, deli­kat­nie gła­dząc pal­cem łepek węża.

Co do mnie, wo­lałem wy­słu­chi­wać kłamstw niż trzymać na kola­nach zwi­nię­tego w kłębek za­skrońca, a mistrz znowu za­czął oka­zy­wać sen­ność.

— We From­borku cze­kają pana wy­stępy dla mło­dzieży? — za­gad­ną­łem.

— Nie wiem — wzruszył ra­mio­nami. — Ze­rwa­łem kon­trakt z „Es­tradą”, bo po­kłó­ciłem się z dy­rek­to­rem. Jeśli mam być szczery, ostatnio wie­dzie mi się nie naj­lepiej. Nie mam żad­nego sta­łego etatu. Ale mło­dzież lubi sztuki ma­giczne, dla­tego jest na­dzieja, że uda mi się we From­borku zor­gani­zo­wać kilka po­ka­zów dla har­cerzy.

— Nie są­dzi­łem, że har­cerze są zwolenni­kami wie­dzy ta­jem­nej — zdu­mia­łem się.

Ski­nął głową.

— Har­cer­stwo to naj­po­waż­niej­sza baza dla ilu­zjo­ni­stów — stwierdził. — Nie ma do­brze zor­gani­zo­wa­nego ogni­ska har­cer­skiego bez po­ka­zów sztuk ma­gicz­nych. Moje po­kazy dla har­cerzy będą połą­czone z na­uką róż­nego ro­dzaju tri­ków. Oczywi­ście, naj­prostszych. Al­bo­wiem nie­które z nich wy­ma­gają wie­lolet­niego tre­ningu. A pan? Pan sza­nowny po co je­dzie do Fromborka?

— Ja? — zdziwi­łem się. — Czy pani Zosia nie poin­for­mo­wała pana, że zaj­muję się ochroną za­byt­ków?

— I pan je ochrania? — spoj­rzał na mnie z uwagą, ale zara­zem z odrobiną po­wąt­pie­wa­nia.

— No, nie tylko ja — od­par­łem. — Ogromna rze­sza ludzi pra­cuje przy ochronie za­byt­ków. Re­stau­ru­jemy je, bro­nimy przed zniszcze­niem, de­wa­stacją, kra­dzieżą.

— Pani Zosia mó­wiła mi, że pan jest czymś w ro­dzaju de­tek­tywa — stwierdził.

„No pro­szę. Tak chroni się naj­większe ta­jem­nice De­par­ta­mentu Mu­zeum i Ochrony Za­byt­ków” — po­my­śla­łem.

— Nie, pro­szę pana — za­prze­czy­łem gor­liwie. — Jadę do Fromborka, aby opra­co­wać przewod­nik.

Wy­daje mi się, że nie uwie­rzył. Znowu roz­mowa urwała się. Po chwili on za­snął, za­skro­niec wy­lazł z kie­szeni. Tym ra­zem jed­nak po­ma­sze­rował mię­dzy pa­kunki na tyl­nym sie­dze­niu. Na­to­miast my­szy zna­lazły moje dru­gie śnia­danie w po­dróż­nej tor­bie i za­brały się do je­dze­nia. Nie pro­te­sto­wa­łem.

Żal mi było kró­liczka. Przed Pa­słę­kiem za­trzyma­łem wóz i w przy­droż­nym rowie na­rwa­łem tro­chę trawy.

Ca­glio­stro obu­dził się.

— Co pan robi? — za­pytał, wi­dząc, że wra­cam do sa­mo­chodu z pę­kiem przy­droż­nych ziół.

— To dla kró­liczka — oświad­czy­łem.

— A fe! — skrzywił się z nie­sma­kiem. — Alojzy nie jada ta­kiego świń­stwa. Dziś rano ku­piłem dla niego kilka mło­dych mar­che­wek. A my, gdzie my zjemy obiad?

— Je­stem go­tów za­pro­sić pana do re­stau­racji w Pa­słęku — po­wie­działem. — Ale pod wa­run­kiem, że zo­stawi pan w aucie całą swoją me­naże­rię.

Przy­stał na mój wa­runek. Me­naże­ria zo­stała za­mknięta w we­hi­kule, a my uda­liśmy się do re­stau­racji. I wszystko by­łoby w naj­lep­szym po­rządku, gdyby nie pe­wien głupi incy­dent, który zda­rzył się nam pod ko­niec obiadu. Otóż, gdy chciałem pła­cić kel­nerce i się­gną­łem po pie­nią­dze, wy­cią­gną­łem z kie­szeni białą mysz.

Kel­nerka naro­biła pisku na całą re­stau­rację. Zbiegło się sporo gości, przy­dreptał na­wet kie­row­nik lo­kalu i zro­bił mi awanturę.

— Czy pan nie czy­tał na­pisu: „Wprowa­dza­nie psów wzbro­nione”? — krzy­czał groź­nie.

— To prze­cież nie pies — tłu­ma­czy­łem.

— Ja wi­dzę, że to mysz! — woła kie­row­nik. — Ale przez napis „Wprowa­dza­nie psów wzbro­nione” ro­zu­mieć na­leży, że i in­nych zwie­rząt też wprowa­dzać nie wolno. Czy pan wie, że gdyby tu, na tej sali, był in­spektor z sane­pidu, miał­bym do­cho­dze­nie ad­mini­stra­cyjne? W jaki spo­sób mógłbym udo­wod­nić, że u nas nie zalę­gły się my­szy, tylko pan mysz wprowa­dził do re­stau­racji?

Ca­glio­stro uspoka­jają­cym ge­stem poło­żył rękę na ra­mie­niu kie­row­nika. Po­tem przyjaźnie po­kle­pał go po ple­cach i po­gła­dził klapy jego bia­łego kitla.

— Skąd pan wie, że to mysz tego pana? — wskazał mnie. — Może to wa­sza, re­stau­ra­cyjna mysz, która w trak­cie obiadu wla­zła temu panu do kie­szeni?

— To biała mysz! — za­wołał kie­row­nik lo­kalu.

— Może u was za­gnieździły się białe my­szy? — za­uwa­żył gło­śno Ca­glio­stro.

I bio­rąc wszyst­kich gości na świadków, po­wie­dział:

— Niech no pan sam, kie­row­niku, sprawdzi kie­sze­nie swego far­tucha.

Kie­row­nik wło­żył ręce do oby­dwu kie­szeni bia­łego kitla. A kie­sze­nie miał wiel­kie, od­sta­jące.

— Nic nie mam. Są puste! — za­wołał triumfu­jąco.

— Czyżby? — zdu­miał się Ca­glio­stro. — Pan po­zwoli, że ja sam sprawdzę.

I Ca­glio­stro wsa­dził rękę w od­sta­jącą kie­szeń kie­row­ni­ko­wego kitla. Po se­kun­dzie, na oczach wszyst­kich, wy­cią­gnął z niej za ogon — białą mysz.

— O Jezu! — wy­krzyknął kie­row­nik.

— No, widzi pan — z ubo­le­wa­niem po­kiwał głową Ca­glio­stro.

— Gdzie jest ta mysz? Da­waj­cie tu kota! — krzy­czał kie­row­nik.

Ale mysz gdzieś znik­nęła.

Ca­glio­stro znowu uspoka­jają­cym ge­stem poło­żył dłoń na ra­mie­niu kie­row­nika.

— Niech się pan nie unosi. W za­kła­dach ga­stro­no­micznych różne rze­czy się zda­rzają. Pew­nego razu za­miast ko­tleta scha­bo­wego podano mi upie­czo­nego szczura.

— Co? Co pan mówi! — wrzesz­czał kie­row­nik. — Pan moim klientom obrzydza po­siłki. To jest ka­ralne, pro­szę pana!

— A za­miast wę­gorza podano mi wę­dzo­nego węża — za­koń­czył Ca­glio­stro.

I na oczach wszyst­kich gości z prze­past­nej kie­szeni kie­row­nika wy­cią­gnął ży­wego za­skrońca Pio­trusia.

Kie­row­nik zdrętwiał. Spoj­rza­łem na twa­rze gości. Miny mieli po­nure i pa­trzyli na kie­row­nika jak na zbrodnia­rza, któ­rego po­winno się areszto­wać i ska­zać na dłu­go­ter­mi­nowe cięż­kie ro­boty.

A my ulot­nili­śmy się z re­stau­racji. Otwiera­jąc drzwiczki we­hi­kułu, po­wie­działem z wy­rzu­tem do Ca­glio­stra:

— A prze­cież ta pań­ska me­naże­ria miała po­zo­stać w sa­mo­cho­dzie.

— Pan sam za­mknął je w swoim wo­zie — za­uwa­żył, — Ale, jak pan wie, wszystko jest iluzją.

— Nie jest żadną ilu­zją. Pan za­brał zwie­rzaki do re­stau­racji — roz­sier­dzi­łem się.

— Ja? Wy­daje mi się, że one bar­dzo pana polu­biły, i to pan je za­brał do re­stau­racji na obiad. To nie ja, tylko pan zna­lazł mysz w swojej kie­szeni.

Coś mi się poru­szyło w kie­szeni na pier­siach. Spoj­rza­łem po­dejrzliwie na Ca­glio­stra.

— Gdzie jest Pio­truś, hę? — za­py­tałem wrogo.

— Nie wiem. Pew­nie u pana w kie­szeni.

— Tak — kiw­ną­łem głową. — W we­wnętrznej kie­szeni ma­ry­narki. Niech go pan stamtąd na­tychmiast za­biera, bo ja brzy­dzę się go do­tknąć.

Za­brał Pio­trusia, z in­nych mo­ich kie­szeni po­wy­cią­gał my­szy. Ob­ra­żony za­sia­dłem za kie­row­nicą i wy­je­cha­liśmy z Pa­słęka.

— Ja­kie to szczęście, że wkrótce się roz­sta­niemy — burkną­łem. — W tym roz­gar­dia­szu za­pła­ciłem za pań­ski obiad.

— Dziękuję panu — kiw­nął głową. — Ale i tak by pan to mu­siał zro­bić, bo ja nie mam pie­nię­dzy ani na obiad, ani na kola­cję, w ogóle je­stem, jak to się mówi, ab­so­lutnie spłu­kany z forsy.

— Nic mnie to nie ob­cho­dzi — warkną­łem jak zły pies. — Ale pan coś wspomniał o kolacji? — za­py­tałem po­dejrzliwie.

— Łu­dzi­łem się, że na kola­cję też mnie pan za­prosi — wes­tchnął bez­czel­nie. — W za­mian za to na­uczę pana kilku sztuk ma­gicz­nych.

— Bez łaski.

— Sprzedam panu Pio­trusia...

— Nigdy! — krzykną­łem.

— A my­szy?

— W żad­nym razie.

— A może pan chce Aloj­zego?

— Je­stem de­tek­ty­wem, a nie po­gromcą zwie­rząt — wy­rwało mi się.

— A jed­nak — ucie­szył się. — Czy nie sądzi pan, że mógłbym się panu na coś przy­dać?

— Przy ochronie za­byt­ków?

— Nie. W pracy de­tek­tywa. Mógłbym dla pana zbie­rać in­for­ma­cje, śle­dzić, inda­go­wać. Ni­komu na­wet przez myśl nie przejdzie, że ilu­zjo­nista jest na pana usłu­gach.

Coś mnie tknęło. To była myśl. Taki facet mógł się rze­czy­wi­ście przy­dać. Wal­de­mar Ba­tura na pewno bę­dzie robił wszystko, aby unik­nąć mo­jego wzroku. A Ca­glio­stra nie zna.

Lecz w grun­cie rze­czy, co ja wie­działem o Ca­glio­strze i czy mia­łem prawo wta­jem­ni­czyć go w swoje sprawy?

— Po­wie­działem panu, że jadę do Fromborka, aby zająć się opra­co­wa­niem przewod­nika. Inte­re­suje mnie przede wszystkim Ko­per­nik — od­po­wie­działem.

— Ma go pan za­miar śle­dzić?

— Coś w tym ro­dzaju. Będę pe­ne­tro­wał jego nie­które sprawy.

— A jak ten facet wy­gląda?

— Piękna, my­śląca twarz, bar­dzo dłu­gie włosy, w ręku trzyma kon­walie.

— To jakiś hip­pie? — za­pytał.

— Czy pan oszalał?

— No, bo ma dłu­gie włosy i kwiat w ręku. Jak dzieci-kwiaty.

— Ależ, drogi panie. Pan nigdy nie sły­szał o astrono­mie Mi­ko­łaju Ko­per­niku? I pan skończył Sor­bonę?

— Prze­pra­szam pana, ale nie zro­zu­mie­liśmy się. Są­dzi­łem, że pan ma na myśli ko­goś, kto nosi pseudo „Ko­per­nik”. Ja sam prze­cież na­zy­wam się Józef Bal­samo vel Ca­glio­stro. Znam zresztą kilku zwa­rio­wa­nych fa­ce­tów. Oni noszą naj­dziwniej­sze prze­zwi­ska, jak na przy­kład: „Pro­rok”, „Ju­dasz”, „Chrystus”, „Sa­lo­mon”.

— No, do­brze. Po­sta­wię panu kola­cję — zde­cy­do­wa­łem ła­ska­wie.

— Dziękuję. Jesz­cze tylko pro­szę o za­ła­twie­nie dla mnie ja­kie­goś noc­legu. Bo gdzie ja się za­trzymam we From­borku? Na wy­stę­pach tro­chę zaro­bię i będę mógł się jakoś urzą­dzić. Ale teraz bę­dzie mi po­trzebna pań­ska po­moc i pro­tek­cja. Pan jest prze­cież z bar­dzo waż­nego de­par­ta­mentu. Ma pan wszędzie drzwi otwarte.

— Będę spał w na­mio­cie albo w we­hi­kule — wy­ja­śni­łem.

— A dla mnie miej­sce się znaj­dzie w pań­skim na­mio­cie?

„A tom sobie biedy na­pytał” — po­my­śla­łem me­lan­cho­lijnie.

On zaś rzekł smutnie:

— Czy do­puści pan do tego, abym spał na ławce w parku? I te biedne zwie­rzęta...

— Na jedną noc po­życzę panu na­miot — zde­cy­do­wa­łem.

— Ma pan dobre serce — stwierdził i wrę­czył mi port­fel.

— Co to ta­kiego? — zdu­mia­łem się.

— Pań­ski port­fel...

— Skąd on się zna­lazł u pana? — na­sro­ży­łem się.

— Za­bra­łem panu.

— Kiedy?

— Gdy wyj­mo­wa­łem za­skrońca z pań­skiej kie­szeni. Pan głowę od­wró­cił, żeby nie pa­trzeć na wstrętnego płaza, a ja w tym cza­sie świ­sną­łem panu port­fel.

— Pan jest kie­szonkow­cem?

— Nie. Ilu­zjo­nistą. Nie mia­łem naj­mniejszego za­miaru pana obra­bo­wać. Tak tylko, z nawyku za­wo­do­wego, cią­gle mu­szę robić ja­kieś sztuczki.

— Nie ro­zu­miem...

— Pia­nista cią­gle ćwi­czy, aby mieć wprawne palce. Ja też mu­szą wciąż ko­muś za­bie­rać, za­mie­niać, żeby mi palce nie zwiotczały i nie utra­ciły zręczności.

I ga­daj tu z ta­kim.

— Czy oprócz umiejętno­ści prze­nika­nia do cu­dzych kie­szeni, po­trafi pan, na przy­kład, prze­nik­nąć cu­dze myśli? — za­py­tałem zło­śli­wie.

— Po­nie­kąd — od­parł enigma­tycz­nie.

— Więc pan chyba wie, co o panu my­ślą.

— Tak. Ca­glio­stro to łaj­dak, tak pan myśli, i za­ra­zem człowiek nie­bez­pieczny. Ale może mi się przy­dać...

— Owszem. Tak wła­śnie my­ślę. Ale to nie­trudno było panu od­gad­nąć.

Po­my­śla­łem bo­wiem, a wła­ści­wie wy­obra­ziłem sobie chwilę, w któ­rej Ca­glio­stro spo­tyka Ba­turę, zbliża się do niego, wyj­muje mu z kie­szeni naj­taj­niej­sze plany i prze­nika myśli Ba­tury, o któ­rych po­tem zo­staję poin­for­mo­wany.

— Po­sia­dam także różdżkę, która po­zwala od­kry­wać pod­ziemne źró­dła wody i za­ko­pane skarby — rzekł.

— Świetnie! Świetnie! — za­wo­łałem.

Po chwili jed­nak opa­dły mnie wąt­pli­wo­ści.

— Po­trafi pan od­kry­wać skarby, ale nie ma pan gro­sza na obiad i na kola­cję...

— Bo bra­kuje mi szczęścia — bez­czel­nie od­parł Ca­glio­stro.

 

 


ROZDZIAŁ PIĄTY [top]

JAK TRZEBA SIĘ ZACHOWYWAĆ NA WARMII I MAZURACH • KILKA ZAGADEK Z HISTORII • KTO ŚLEDZI KOPERNIKA • ZAKAZ WJAZDU I CO Z TEGO WYNIKŁO • CZY WIERZĘ W MARSJAN • SPOTKANIE W WĄWOZIE • OKO W OKO Z WENUSJANAMI • STRASZLIWY AS • GROŹNA DAMA I ŻELAZNE RĘCE • PRZYSIĘGA MILCZENIA

 

Frombork leży na pół­noc­nym krańcu Wy­so­czy­zny El­blą­skiej, na wschod­nim jej skrawku. Na pół­nocy roz­ciąga się ciemna i wciąż lekko wzburzona toń Za­lewu Wi­śla­nego, z wi­doczną na hory­zon­cie czarną smugą Mie­rzei Wi­śla­nej i jej uro­czym ku­ror­tem — Kry­nicą Mor­ską. Od połu­dnia, jakby ple­cami, wspiera się Frombork o Wzgórze El­blą­skie, fali­stą rów­ninę mo­re­nową, po­ciętą ma­low­ni­czymi wą­wo­zami, tu i ów­dzie poro­śniętymi mie­sza­nym la­sem.

Za Pa­słę­kiem roz­stali­śmy się z mię­dzy­naro­dową drogą E 81, pro­wa­dzącą z War­szawy do Gdańska, i skrę­cili­śmy na wą­ską szosę do Mły­nar. Po­tem szosa ta prze­ska­kuje nad auto­stradą El­bląg — Kali­nin­grad i ro­biąc ogromny łuk, pro­wa­dzi przez Ję­dry­chowo do Fromborka. Już od Pa­słęka je­dzie się przez Wy­so­czy­znę El­blą­ską, a im bliżej Fromborka, tym wię­cej spo­tyka się owych prze­pięk­nych wą­wo­zów, wy­ry­tych przez ero­zję w rów­ninie mo­re­no­wej, wy­pię­trzo­nej kie­dyś przez ogromny jęzor lo­dowca. Wą­wozy te — jak już wspo­mniałem — są bar­dzo ma­low­nicze i na ogół lesi­ste. Jadąc w ów sierp­niowy dzień na­wet nie przy­pusz­cza­łem, że w jed­nym z ta­kich wą­wo­zów spo­tka mnie wkrótce nie­zwy­kła przy­goda. Pierwsza wielka przy­goda na szlaku frombor­skich za­ga­dek.

Je­cha­liśmy przez Warmię. Ale co oznacza to słowo: Warmia?

Je­stem pe­wien, dro­dzy czy­tel­nicy, że gdyby was za­pytać o Warmię, to nie­uchronnie sko­jarzy się ona wam ze sło­wem: Ma­zury. Warmia i Ma­zury two­rzą w umy­śle nie­mal jedno poję­cie, a ono wiąże się z pół­nocną czę­ścią na­szej oj­czy­zny, z wo­je­wództwem olsztyń­skim, kra­iną ty­siąca jezior.

Ale gdyby za­pytać was, gdzie leży Warmia, a gdzie leżą Ma­zury, je­stem pe­wien, że nie każdy po­tra­fiłby dać pra­wi­dłową od­po­wiedź. Używane na co dzień obie­gowe poję­cia — za­zwy­czaj nie­do­kład­nie przylegają do rze­czy­wi­stości. Warmia i Ma­zury, czyli „kraina ty­siąca jezior”, w rze­czy­wi­stości liczą tych jezior po­nad trzy ty­siące.

A poza tym Warmia i Ma­zury to dwa różne poję­cia geo­gra­ficzne i histo­ryczne. I tak na przy­kład w pół­noc­nej czę­ści Warmii, to jest tam, do­kąd je­cha­liśmy, nie­wiele jest jezior, może mniej niż w Łódzkiem czy War­szaw­skiem.

Chłopca czy dziew­czynkę, któ­rzy po raz pierwszy w swym życiu wy­ru­szyli z ro­dzi­cami w pół­nocne re­jony Pol­ski, już w po­bliżu Ni­dzicy i Szczytna za­czyna coś za­sta­na­wiać w ota­cza­ją­cym kra­jo­bra­zie. Może nieco od­mienna ar­chi­tek­tura wsi — domy przeważ­nie z czerwo­nej cegły, kryte czerwoną da­chówką, pod­czas gdy w Pol­sce cen­tral­nej drewniaki po­bie­lone są wap­nem, a mu­ro­wańce by­wają otyn­ko­wane na biało czy szaro. I jeszcze coś ude­rza i za­sta­na­wia. Tak nie­wiele po­chy­lo­nych krzyży, ka­pli­czek, świątków, ma­donn pol­skich, które nie­mal co krok, na każ­dym pra­wie roz­staju dróg wi­dzisz w Łódz­kiem, War­szaw­skiem czy Kra­kow­skiem. Ktoś może ci wy­jaśni tę sprawę: „Oto za­częły się dawne Prusy Wschodnie i wi­dzisz piętno niemczy­zny”. A to nie­prawda, ko­chani. Ma­zury — bo je­dziesz wła­śnie przez Ma­zury — to taka sama Pol­ska, jak gdzie in­dziej, jak w Lubel­skiem czy na Ku­ja­wach. Ale lud­ność pol­ska, która za­mieszki­wała tę oko­licę, była wy­zna­nia ewange­lic­kiego.

A po­tem ro­bisz krok dalej na pół­noc i znowu jak­byś się zna­lazł w Łódzkiem czy War­szaw­skiem. W zie­lem bie­leją ściany do­mów, ale okna w tych do­mach mają jakby kolo­rową ramę.

I znowu po­chy­lone krzyże na roz­sta­jach, ka­pliczki, ma­donny. Je­steś już na Warmii, któ­rej lud­ność pol­ska była kato­licką.

Lecz czy to aż takie ważne, jaką reli­gię wy­zna­wali lu­dzie za­mieszku­jący te zie­mie?

Tak, to ważne. Bo w tym, mię­dzy in­nymi, kryje się za­gadka ich od­ręb­ności. To ważne przede wszystkim dla cie­bie, wę­drowcze. Dla twego spo­sobu my­śle­nia i po­stę­po­wa­nia. Bo jeśli w ma­zur­skiej wsi od­wie­dzisz ko­ściół i prze­ko­nasz się, że zna­lazłeś się w pro­te­stanckim zbo­rze, nie myśl po­chopnie, że je­steś we wsi, gdzie żyją Niemcy lub lu­dzie, któ­rzy ulegli zniem­cze­niu. To Po­lacy tacy sami jak ty. Ale oni, po pro­stu, wy­znają inną reli­gię.

A je­śli od­wie­dzi­łeś cmentarz ma­zur­ski i do­strzegłeś ka­mienne na­grobki z napi­sami wy­ry­tymi goty­kiem, nie daj się zwieść po­zo­rom, że to nie­mieckie groby, bo gotyk koja­rzy ci się z Niemcami. Spróbuj wczytać się w ów gotyk, a ze zdziwie­niem stwier­dzisz, że tylko litery są go­tyc­kie, słowa zaś pol­skie. Stare mo­dli­tew­niki i księgi ma­zur­skie pi­sane są po pol­sku, ale alfa­be­tem go­tyc­kim. Zdumie­jesz się, gdy ci ktoś wy­jaśni, że ten gotyk na­zy­wany jest „Sri­ftem kra­kow­skim”, czyli pi­smem kra­kow­skim, przywę­dro­wał bo­wiem tutaj wcale nie z Nie­miec, ale z Kra­kowa. Czy jesz­cze bę­dziesz zdzi­wiony, gdy ci po­wiem, że naj­star­sze pol­skie księgi pi­sane były wła­śnie takim goty­kiem, a zie­mie te, aż hen po Kró­le­wiec, stały się przed wie­kami kuź­nią, pi­śmien­nic­twa pol­skiego?

W okre­sie zwa­nym Od­ro­dze­nie, w Kró­lewcu, w sto­licy Prus Ksią­żę­cych, na dwo­rze księ­cia Al­brechta, by­wało wielu wspania­łych pisa­rzy ów­cze­snej doby, tu two­rzyło, utworami swoimi oka­zując wdzięcz­ność tej, kra­inie.

Czemu wła­śnie Prusy tak ich wa­biły ku sobie? Dla­czego w „Pru­siech” — bo tak na­zy­wano tę kra­inę — ro­dziły się praw­dziwe skarby pol­skiej kul­tury?

Za­de­cy­do­wały o tym względy reli­gijne. Jak wiemy z histo­rii, okres re­for­macji przy­czy­nił się do oży­wie­nia życia umy­sło­wego i lite­rac­kiego w Pol­sce i do naro­dzin lite­ra­tury w ję­zyku pol­skim. Pisa­rze in­no­wiercy, od­wo­łując się do pro­stego ludu, mu­sieli się w swych utworach po­słu­gi­wać nie obo­wią­zu­jącą wówczas ła­ciną, ale języ­kiem pol­skim. A po­nie­waż na dwo­rze księ­cia Al­brechta pro­te­stantyzm za­pa­no­wał nie­po­dzielnie, u niego znaj­do­wali azyl oraz pole do działania pisa­rze, z któ­rych wielu, jak choćby Rej z Na­gło­wic, było in­no­wier­cami. Zresztą nie tylko. Bujne ży­cie umy­słowe na dwo­rze księ­cia Al­brechta wa­biło i inne wy­bitne umy­sło­wo­ści tam­tej epoki. Tu by­wał prze­cież czę­sto i Jan z Czarno­lasu, i inni. W szes­na­stym wieku w dru­kar­niach Kró­lewca uka­zało się bar­dzo wiele ksią­żek pisa­nych w ję­zyku pol­skim.

Dla­tego stą­pając po ziemi ma­zur­skiej i war­miń­skiej bądź ostrożny w oce­nie ludzi i spraw. Bądź pełen taktu i umiaru. Kto wie, czy nie stoisz przed czymś, co wy­daje ci się za­gadką, a co bez trudu mógłbyś sobie sam wy­ja­śnić, gdy­byś tro­chę uważniej słu­chał w szkole lekcji histo­rii i ję­zyka pol­skiego.

Co do mnie, nie wy­krę­cam się od wy­ja­śnień. Ale coraz bliżej byli­śmy Fromborka i Ca­glio­stro znowu za­czął drzemać. Wy­chylił się z jego kie­szeni za­skro­niec Pio­truś, na moje ko­lana wla­zła biała mysz.

— Ca­glio­stro! Hej, panie Ca­glio­stro — trą­ciłem ilu­zjo­nistę w ramię.

— Co? Co się stało? — ock­nął się, tro­chę nie­przytomny.

— Zbli­żamy się do grodu Ko­per­nika — oświad­czy­łem.

Ro­zej­rzał się, ale je­cha­liśmy wła­śnie szosą przez las. Do Fromborka po­zo­stało jesz­cze dzie­sięć ki­lo­me­trów.

Ilu­zjo­nista ziewnął, po­tem po­gła­dził swoją czarną brodę. Cap­nął mysz na moim kola­nie i wsa­dził ją sobie do kie­szeni.

— Pan na­prawdę je­dzie do Fromborka w sprawach tego fa­ceta? — za­pytał.

— Czy nie mógłby się pan wy­rażać z większym sza­cun­kiem o jed­nym z naj­większych ludzi cza­sów no­wo­żyt­nych?

— A ja są­dzi­łem, że naj­większym człowie­kiem był Na­po­leon — stwierdził.

— Ten mały ka­pral? — od­rze­kłem po­gar­dli­wie. — Je­dyną jego za­sługą jest fakt, że na swoją kam­panię egip­ską za­brał kilku pa­nów, co się tro­chę znali na sta­ro­żyt­no­ściach. I dzięki temu zro­dziła się na­uka zwana egiptolo­gią. Co in­nego Ko­per­nik, pro­szę pana. Od­wa­żył się po­wie­dzieć coś, o czym cały ów­cze­sny świat mniemał zu­peł­nie ina­czej. Po­wie­dział, że Zie­mia kręci się wo­kół Słońca. I tego ge­nial­nego od­kry­cia do­konał nie w ja­kichś słyn­nych ob­ser­wato­riach na słyn­nych ów­cze­snych uni­wer­sy­te­tach, w stoli­cach ów­cze­snej wie­dzy, ale w ma­leń­kim From­borku, o któ­rym mó­wiono, że leży na „końcu świata”.

— Zga­dzam się z pa­nem — kiw­nął głową Ca­glio­stro. — Zaw­sze uwa­ża­łem, że naj­wię­cej po­trafią fa­ceci z pro­win­cji. Ja też zaw­sze działam po pro­win­cjo­nal­nych dziu­rach, a nie na przy­kład w War­sza­wie.

— Czy mógłby pan jed­nak nie mó­wić o nim „fa­cet”?

— Je­stem do usług. Wy­da­wało mi się, że je­śli na­wet po­wiemy o nim od czasu do czasu „fa­cet”, to on się nie ob­razi ani ujmy mu to nie przy­nie­sie, a nam się sta­nie przez to bliż­szy.

— No, jeśli pan tak uważa — zgo­dzi­łem się. — Bo widzi pan, ja sądzę, że można so­bie wy­obra­zić świat bez Na­pole­ona. Ale czym byłby świat bez Ko­per­nika? Co by się z nami działo, gdy­by­śmy w dal­szym ciągu my­śleli, że Zie­mia jest cen­trum wszech­świata, i nie mie­liby­śmy poję­cia o ru­chach ciał nie­bie­skich? Dla przy­kładu, astronau­tyka. Każdy astronauta, za­nim wsiądzie w swój po­jazd ko­smiczny, po­wi­nien się naj­pierw po­kło­nić pa­mięci Ko­per­nika.

Ca­glio­stro znowu po­gła­dził swoją brodę.

— A pro­pos lotów ko­smicz­nych. Co pan mniema o in­nych pla­ne­tach? Czy żyją na nich jacyś lu­dzie? Uwielbiam książki fan­ta­styczno-na­ukowe.

Nie od­po­wie­działem na jego pyta­nie. Przed nami po­ka­zała się pano­rama Fromborka, nad zie­loną ścianą drzew wy­strzelały w niebo go­tyc­kie wie­życzki frombor­skiej kate­dry.

Do­strzegłem drogę w prawo i skrę­ciłem w nią.

— To nie je­dziemy do Fromborka? — zdu­miał się Ca­glio­stro.

— Naj­pierw zaj­rzę na te­ren eks­pe­dycji ar­che­olo­gicz­nej, w któ­rej pra­cuje moja zna­joma — wy­ja­śni­łem. — To nie­da­leko stąd, w po­bliżu PGR Bog­dany. Na­ukowcy i od­ko­pują tam jedno z naj­lepiej za­cho­wa­nych gro­dzisk na Warmii. Ar­che­olo­go­wie to lu­dzie go­ścinni, a chyba nic ma pan za­strzeżeń wo­bec ja­kiejś kola­cji?

— O tak, bo i pora spo­sobna — stwierdził spo­glą­dając na zega­rek.

Gro­dzi­sko w po­bliżu PGR Bog­dany roz­ko­py­wała moja dawna zna­joma o prze­zwi­sku „Ba­bie Lato”, po­nie­waż miała tak jasne i pu­szy­ste włosy, jak puch ba­biego lata. Od dy­rek­tora Mar­czaka otrzyma­łem pole­cenie skontak­to­wa­nia się z wszyst­kimi eks­pe­dy­cjami na­uko­wymi, działają­cymi we From­borku. Na­le­żało na­tychmiast przy­stą­pić do wy­ko­nania pole­ceń służ­bo­wych. Może wła­śnie od Ba­biego Lata — są­dzi­łem — uda mi się uzy­skać ja­kieś in­for­ma­cje o pracy Pie­truszki. Być może, po­szu­kując skar­bów Ko­eniga, u nich jako u fa­chowców-roz­ko­py­wa­czy za­się­gał ja­kiejś rady.

Przeje­cha­liśmy ki­lo­metr i zna­leźli­śmy się przy mo­ście nad nie­wielką rzeką zwaną Baudą. Za­trzyma­łem we­hikuł i roz­ło­ży­łem na kola­nach mapę. Gdzieś w po­bliżu tej rzeki znaj­do­wać się po­winno dość wy­sokie wzgórze, na któ­rym kryły się po­zo­stało­ści gro­dzi­ska.

W miej­scu, gdzie przy­sta­nęli­śmy, rzeka Bauda roz­dzielała się na dwie od­nogi, two­rząc małą deltę, sta­no­wiącą jej uj­ście do po­bli­skiego Za­lewu Wi­śla­nego. W del­cie Baudy roz­cią­gały się mo­kra­dła poro­śnięte krza­kami. Oko­lica była su­rowa, po­nura i co naj­gor­sze — bez­ludna. Nig­dzie nie wi­działo się ży­wej du­szy. Nie było na­wet kogo za­pytać o obóz ar­che­olo­gów.

Ro­zej­rza­łem się wo­kół i zo­ba­czy­łem dość wy­sokie wzgórza poło­żone już za drugą od­nogą rzeki. U stóp ich wi­dać było wej­ście do głę­bo­kiego wą­wozu. Chyba gdzieś w tej stro­nie nale­żało szu­kać obo­zo­wi­ska ar­che­olo­gów.

Ru­szy­łem we­hi­ku­łem.

— Co to za znak? — za­pytał Ca­glio­stro, wskazując przy­bitą do drzewa czerwono-białą ta­blicę.

— To znak dro­gowy: „za­kaz wjazdu”.

— Więc czemu pan wjeżdża?

— Są­dzę, że po­sta­wili go ar­che­olo­go­wie, żeby nikt im tu nie jeź­dził i nie prze­szka­dzał w pracy. Ale jak pan wie, je­stem tu służ­bowo, z ra­mie­nia De­par­ta­mentu Mu­zeów i Ochrony Za­byt­ków. Mnie ten znak nie doty­czy — wy­prę­ży­łem się dum­nie.

O, w ja­kimż by­łem błę­dzie!

— Je­śli cho­dzi o inne pla­nety — Ca­glio­stro po­wró­cił do prze­rwa­nej roz­mowy — to je­stem zda­nia, że przede wszystkim Mars za­miesz­kany jest przez ja­kieś istoty my­ślące. Po­dobno wkrótce wy­ślemy apa­ra­tury ba­daw­cze na Marsa. Kto wie jed­nak, czy istoty z Marsa już od dawna nie przy­sy­łają do nas swoich apa­ratów, które nas foto­gra­fują, przy­glą­dają się na­szemu ży­ciu i wy­cią­gają na­ukowe wnioski.

— Nie stwier­dzono u nas jed­nak żad­nych ob­cych apa­ratów — za­uwa­ży­łem, roz­glą­dając się po oko­licy i wy­pa­trując ko­goś, kto mógłby udzielić mi in­for­macji o eks­pe­dycji ar­che­olo­gicz­nej.

— A lata­jące tale­rze?

— To bzdura. Nie ma żad­nych lata­ją­cych tale­rzy — oświad­czy­łem zde­cy­do­wa­nie.

— A ja wie­rzę w ist­nie­nie lata­ją­cych tale­rzy — upie­rał się Ca­glio­stro.

— Bo pan wie­rzy w czarną i białą ma­gię.

Ca­glio­stro z ogromną god­no­ścią po­kiwał głową.

— Są rze­czy na nie­bie i na ziemi, o któ­rych nie śniło się filo­zo­fom. Je­stem zda­nia, że prę­dzej czy póź­niej czeka nas in­wa­zja Mar­sjan.

Była do­piero czwarta po połu­dniu, ale w głę­bo­kim wą­wo­zie je­cha­liśmy jak w mrocz­nym ko­ryta­rzu. Ko­rony drzew splatały się nad na­szymi gło­wami, z oby­dwu stron pięły się stromo w górę wy­sokie ściany.

— Cie­ka­wym, jak oni wy­glą­dają? — po­wie­dział mistrz.

— Kto?

— Mar­sja­nie — od­parł, jakby rze­czy­wi­ście nie miał in­nych zmartwień.

I wła­śnie w tym mo­men­cie, jakby w od­po­wie­dzi na pyta­nie mi­strza, w mrocznym tu­nelu wą­wozu ośle­piło nas ja­kieś ostre światło. Na krótką chwilą, aż za­nie­wi­działem i au­to­ma­tycz­nie naci­sną­łem ha­mu­lec. Blask był ostry, nie­mal bole­sny.

Za­trzyma­łem we­hikuł. Blask z ko­loru bia­łego zmienił się na żółty, a po­tem czerwony, aż wreszcie stał się nie­bie­skawy, ła­godny, przyjemny dla oka, lecz jed­no­cze­śnie zna­ko­micie roz­pra­sza­jący mrok wą­wozu.

O kilka me­trów przed we­hi­ku­łem za­gra­dzał nam drogę jakiś dzi­waczny stwór. Z po­czątku od­nio­słem wra­żenie, że mam przed sobą nie­ziemską istotę, która pa­trzy na mnie pię­cior­giem wiel­kich okrą­głych oczu. Tylko jedno z nich roz­bły­ski­wało nie­bie­ska­wym światłem, po­zo­stałe zaś jak gdyby ko­rzy­stając z jego bla­sku przy­glą­dały się nam z naj­większą uwagą.

Dzi­waczny stwór miał gą­sie­nice. Był kwa­dra­towy, po­kry­wał go ciężki że­lazny pan­cerz, tak że przy­po­minał tro­chę ma­lutki czołg, a ra­czej tan­kietkę z nie­wielką ob­ro­tową ko­pułą na górze. Na tej wła­śnie ko­pułce umiesz­czo­nych zo­stało pię­cioro oczu po­dob­nych do re­flektorów.

Po­jazd tkwił przede mną nie­ru­chomo, choć je­stem prze­ko­nany, że w mo­men­cie, gdy na­tknę­liśmy się na niego, on także poru­szał się i je­chał w na­szym kie­runku. Ostrzegł mnie ostrym bla­skiem, zmu­sił do za­trzyma­nia, ale sam sta­nął rów­nież, aby unik­nąć zde­rze­nia. W wą­skiej gar­dzieli wą­wozu nie mo­gli­śmy się wy­mi­nąć.

Spo­strzegłem, że z pan­cerza po­jazdu wy­su­nęły się cztery dłu­gie czułki, a może an­teny. Po­tem za­bły­sło dru­gie oko. Jęzor żół­tego światła jak gdyby ob­ma­cał do­kład­nie mój we­hikuł i zaj­rzał na­wet do wnę­trza, oświetla­jąc nasze twa­rze.

— Mar­sja­nie... — wy­szeptał Ca­glio­stro i wci­snął się moc­niej w opar­cie fotela.

Przez se­kundę strach uca­pił mnie za gar­dło. Mar­sja­nie? Czyżby Ca­glio­stro na­prawdę wy­kra­kał in­wa­zję Mar­sjan?

My­śli go­rącz­kowo tłu­kły się po mojej gło­wie. Czytałem wiele ksią­żek o przy­go­dach astronau­tów w dale­kich ga­lak­ty­kach. Ogląda­łem wiele fil­mów o in­wa­zjach prze­róż­nych po­za­ziemskich stwo­rów na nasz piękny, choć tak nie­do­sko­nały glob. Ale prze­cież w żad­nej z tych ksią­żek ani w żad­nym fil­mie nie po­wie­dziano, jak ma się za­cho­wać zwy­kły człowiek na wy­pa­dek spo­tka­nia z Mar­sja­nami. I że też aku­rat mnie to się mu­siało przytrafić...

Żół­tawy jezior światła dru­giego oka wciąż li­zał moją twarz. Po­iry­to­wało mnie to tro­chę, bo mu­sia­łem zmrużyć oczy. Za­pali­łem dłu­gie światło i jesz­cze przy­ci­sną­łem guzi­czek świateł prze­ciw­m­giel­nych. Te prze­ciw­m­gielne la­tarnie to były lampy dio­dowe, dia­bel­nie silne. Za­opa­trzy­łem w nie swój we­hikuł pod­czas po­bytu we Fran­cji. Ję­zory re­flektorów skrzyżo­wały się w po­wie­trzu i zde­rzyły.

Wtedy Mar­sja­nin, któ­rego chyba ośle­piły moje lampy, bły­snął trze­cim okiem. Znowu ude­rzyło mnie bar­dzo ostre, białe światło, ale jego siłę osła­biały po czę­ści za­pa­lone lampy dio­dowe. Oby­dwa nasze po­jazdy stały teraz w po­toku świateł. Na dnie wą­wozu można by zna­leźć na­wet igłę. Było tak jasno, jak na biurku, gdy pali się na nim nocna lampa.

Mar­sja­nin pierwszy oka­zał znu­żenie tą walką re­flektorów. Przygasił swoje la­tarnie, po­zo­sta­wia­jąc tylko na ko­pule słabe, nie­bie­skawe, ostrze­gaw­cze światło.

W od­po­wie­dzi na to ja także wy­co­fałem się z walki ga­sząc wszystkie re­flektory. Po­zo­sta­wi­łem jedy­nie światła gaba­ry­towe we­hi­kułu.

— I co teraz zro­bimy? — za­py­tałem Ca­glio­stra.

— Nogi za pas. Bierzmy nogi za pas — wy­beł­kotał prze­ra­żony ilu­zjo­nista.

— Jak pan to ro­zu­mie? A we­hikuł?

— Do dia­bła z we­hi­ku­łem. Ucie­kajmy na pie­chotę — za­pro­po­no­wał, ale bał się wy­ściu­bić nos z sa­mo­chodu. Na­wet klamki w drzwiach nie do­tknął.

— We­hi­kułu nie po­zo­sta­wię — oświad­czy­łem.

— To niech pan się szybko wy­cofa. Poje­dziemy do Fromborka na mili­cję — pro­po­no­wał go­rącz­kowo mistrz.

— A czy on po­zwoli się nam wy­cofać? — za­sta­na­wia­łem się. — Może nie ze­chce do­pu­ścić do tego, żeby­śmy ko­goś za­wia­do­mili o jego obecności? Do­goni nas i zgniecie jak sko­rupkę jajka. Trzeba się z nim do­ga­dać. Naj­lepiej za­ła­twić sprawę polu­bow­nie. Pójdę do nich na roz­mowę.

Chwyci­łem za klamkę w drzwiach, ale Ca­glio­stro uca­pił mnie za ramię.

— Nie, nie — jęk­nął bła­gal­nie. — Niech pan tego nie robi. ONI są, być może, ra­dio­ak­tywni.

Raptem w ta­jem­ni­czym po­jeź­dzie coś za­chry­piało, za­kaszlało, za­krztusiło się jak w megafo­nie dworco­wym. Wy­da­wało mi się, że ktoś ukryty w tym dziwnym po­jeź­dzie chce coś do nas po­wie­dzieć, ale nie bar­dzo wie, w ja­kim ję­zyku. Może zresztą te kaszlnię­cia i chryp­nię­cia to był język Mar­sjan?

— Niech pan także spró­buje się z nimi do­ga­dać — za­pro­po­no­wa­łem Ca­glio­strowi.

— A w jaki spo­sób?

— Prze­cież pan stu­dio­wał na Sor­bonie. Przy po­mocy tele­patii albo hip­nozy — po­wie­działem.

— Coś pan? Tego mnie nie uczyli — wy­znał mistrz. Nie­mal ogłu­szył nas po­tężny głos. Niby ogromny gi­gan­tofon ryk­nął z całej mocy:

— Wy­cofa­cie się czy nie?!

— O Jezu! Po pol­sku. On mówi po pol­sku — jęk­nął rado­śnie ilu­zjo­nista.

Głos znowu za­krzyknął po­tęż­nie:

— No jazda! Wy­cofać się. Z drogi!

Chciał zdaje się jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale roz­ka­słał się, za­chry­piał, za­krztusił. Za­pewne jego apa­ra­tura do ga­dania nie na­zbyt do­brze działała.

I może dla­tego zaraz po­czu­łem się jakoś pew­niej. Wstąpiła we mnie od­waga, za­grała krew husa­rzy i szwoleże­rów.

Wy­la­złem z we­hi­kułu i uj­mu­jąc się pod boki, w sze­ro­kim roz­kroku sta­ną­łem przed ma­ską sa­mo­chodu.

— A z jakiej to ra­cji, sza­nowny pa­nie, ja mam się wy­cofać? By­łem pierwszy w wąwo­zie. Niech pan się cof­nie — oświad­czy­łem gromko.

W dziwnym po­jeź­dzie znowu coś za­bul­go­tało, zaka­słało. I ta­jem­nicze COŚ po­wie­działo nieco spo­koj­niej­szym to­nem:

— Jazda z drogi, bo was roz­jadę.

— Co ta­kiego? Obywatel nam grozi? — za­py­tałem. — Niech oby­watel sam się wy­cofa.

Mój Boże, jakże swoj­sko to brzmiało. Jak­bym znaj­do­wał się na stacji ben­zy­no­wej i sły­szał co­dzienną roz­mowę mię­dzy dżentel­me­nami, któ­rzy pod­jeż­dżali sa­mo­cho­dami, żeby za­tan­ko­wać pa­liwo. Mar­sja­nie? Jacy to Mar­sja­nie?

Na­wet Ca­glio­stro pojął, że mamy do czy­nie­nia z ja­kimś na­szym ziomkiem. Wy­chylił się z we­hi­kułu i krzyknął w moim kie­runku:

— Niech pan nie ustę­puje z drogi. My tu byli­śmy pierwsi.

— Z drogi, bo was zgniotę — za­hu­czało w ta­jem­ni­czym po­jeź­dzie.

I dziwnie jakoś za­strzygł czół­kami swoich anten. A po­tem wolno ru­szył z miej­sca. Pa­ko­wał się wprost na nas.

Jak Rej­tan roz­krzy­żo­wa­łem ręce, za­gra­dza­jąc mu dal­szą drogę.

— Tylko bez głu­pich ka­wa­łów! — za­wołał Ca­glio­stro wy­chy­lając głowę przez okno we­hi­kułu.

Ta­jem­niczy po­jazd sta­nął o kilka cen­ty­me­trów przed moimi sto­pami.

— Dla­czego nie chce­cie się wy­cofać? — za­pytał chra­pli­wie.

— Bo to nie ho­nor dla nas — od­parł Ca­glio­stro.

W ta­jem­ni­czym po­jeź­dzie coś za­chi­cho­tało. A po­tem głos za­brzmiał słodko, ko­kiete­ryj­nie:

— My­śla­łam, że pa­no­wie są dżentel­me­nami i ustę­pują z drogi ko­bie­cie.

Ca­glio­stro na­tychmiast wy­sko­czył z we­hi­kułu.

— To jakaś pani! — za­wołał rado­śnie. — Cie­ka­wym, czy ładna.

Pod­biegł do ta­jem­ni­czego po­jazdu. Ob­leciał go do­koła, ale nig­dzie nie zna­lazł drzwiczek ani okienka, przez które można by zaj­rzeć do wnę­trza.

— O rany — zdu­miał się. — Jak pani tam we­szła?

Rze­czy­wi­ście, ja także za­uwa­ży­łem, że ta­jem­niczy po­jazd nie miał ani drzwi, ani okien. Pani, która w nim sie­działa, chyba pa­trzyła na nas przez któ­reś oko w ru­cho­mej ko­pułce. Ale jak się tam do­stała?

— Pro­szę pani. Halo, pro­szę pani — Ca­glio­stro za­pukał pal­cem w żela­zny pan­cerz po­jazdu.

A wtedy stała się rzecz straszna. Od­sko­czyły ma­lutkie drzwiczki w boku po­jazdu, wy­su­nęła się z nich żela­zna ręka. Sta­lowe palce chwyciły Ca­glio­stra za kark i od­cią­gnęły go na kilka kro­ków od po­jazdu.

— Je­zus Ma­ria, mor­dują! — wrzesz­czał Ca­glio­stro trzymany w uści­sku sta­lo­wych pal­ców.

Ale żela­zna ręka pu­ściła go i wy­co­fała się do wnę­trza po­jazdu. Ma­lutkie drzwiczki za­trza­snęły się bez­sze­lest­nie.

— Co za bru­talna ko­bieta — mruknął Ca­glio­stro, ma­cając swój kark.

Na­gle po­jazd drgnął lekko. A głos dziwnie za­pisz­czał:

— O Boże. Mysz! Dwie my­szy wy­lazły z jego kie­szeni!

Bo rze­czy­wi­ście, dwie białe myszki wy­szły z kie­szeni Ca­glio­stra i po kla­pach jego sur­duta ma­sze­ro­wały na ramię.

— Niech pan na­tychmiast za­bie­rze te swoje ohydne my­szy — pisz­czał ko­biecy głos.

Ca­glio­stro, który na­brał już nale­ży­tego sza­cunku dla groź­nych moż­liwo­ści owej ko­biety, po­słusznie chwycił oby­dwie myszki i ukrył je w kie­sze­niach.

A tym­cza­sem od­nio­słem wra­żenie, że do­biega mnie nieco ści­szona roz­mowa, od­by­wa­jąca się w ta­jem­ni­czym po­jeź­dzie.

Jakiś mę­ski głos za­pytał:

— Co się tam dzieje?

— Ja­kichś dwóch osobni­ków zata­ra­so­wało drogę Asowi — od­po­wie­działa ko­bieta.

A więc ten po­jazd na­zy­wał się „As”. No tak, do­piero teraz za­uwa­ży­łem nikły napis na jego boku. Dwie litery: „A” i „S”.

— Prze­cież tam jest znak dro­gowy: „za­kaz wjazdu” — za­uwa­żył mę­ski glos.

— No to niech się pan przyjrzy tym dwóm, któ­rzy nie prze­strzegają prze­pi­sów, panie pro­feso­rze — od­rzekł ko­biecy głos.

I rap­tem z oby­dwu bo­ków po­jazdu wy­sko­czyły że­lazne ręce. Chwyciły mnie i Ca­glio­stra za rę­kawy ma­ryna­rek. Jed­no­cze­śnie za­świe­cono re­flektor i na nasze osoby skie­ro­wano stru­mie­nie światła, aby ten jakiś tam pro­fesor z ta­jem­ni­czego po­jazdu mógł się nam do­kład­nie przyjrzeć.

— A ten ich sa­mo­chód pan wi­dział?! — za­py­tała ko­bieta. — Chyba sami go zbu­do­wali z resztek złomu. Pre­zen­tuje się jak po­jazd z Marsa.

— Sły­szał pan? — krzyknął w moim kie­runku Cag1iostro. — Pana sa­mo­chód na­zwali po­jaz­dem z Marsa. A sami to skąd są? Z We­nus?

— Ci­cho tam — upo­minał nas głos ko­biecy.

Pro­fesor za­pytał:

— I co z nimi zro­bimy?

— Za­mkniemy ich na parę dni w na­szym ba­raku — zde­cy­do­wa­nie oświad­czyła ko­bieta. — Bo jeśli ich wy­pu­ścimy, roz­po­wie­dzą o tym, co wi­dzieli, i na­py­tamy sobie biedy. Nad­cią­gną tłumy cie­ka­wych i nie bę­dziemy mo­gli prze­pro­wa­dzić na­szych eks­pe­ry­mentów.

— Co ta­kiego? — krzykną­łem, szar­piąc się i usi­łując uwolnić rę­kaw ze sta­lo­wych pal­ców. — To za­mach na naszą wol­ność. Ja się nie zga­dzam. Ja pro­te­stuję! je­stem pra­cow­ni­kiem De­par­ta­mentu Mu­zeum i Ochrony Za­byt­ków. Mam we From­borku po­ważne za­dania do speł­nie­nia.

— A jakie to za­dania? — za­py­tała iro­nicz­nie ko­bieta.

— Sprawy Ko­per­nika — od­rze­kłem, sta­rając się zro­bić jak naj­po­waż­niej­szą minę.

— A czemu zja­wił się pan wła­śnie tutaj, a nie we From­borku? — inda­go­wała ko­bieta.

— Są­dzi­łem, że tutaj pra­cuje eks­pe­dycja ar­che­olo­giczna. Chciałem się za­trzymać w obozie ar­che­olo­gów. Przy­się­gam, że nic ni­komu nie po­wiem o wa­szym Asie.

— Eks­pe­dycja już się prze­nio­sła do Fromborka — wy­ja­śniła mi ko­bieta.

A pro­fesor oświad­czył:

— Można mu za­ufać. On nie zdra­dzi na­szego Asa. Ale ten drugi wy­gląda mi po­dej­rza­nie.

— Kto to jest? — za­py­tała ko­bieta.

— Ilu­zjo­nista. Mistrz czar­nej i białej magii. Na­zywa się Ca­glio­stro — przedsta­wi­łem bro­dacza, któ­rego mocno trzymała żela­zna ręka.

— A więc tego za­trzy­mamy — zde­cy­do­wał pro­fesor.

— Co ta­kiego? Nie! Ja pro­te­stuję — Ca­glio­stro usi­łował wy­rwać rę­kaw ma­ry­narki ze sta­lo­wych pal­ców.

Ale na po­moc Ca­glio­strowi przy­szła ko­bieta z ta­jem­ni­czego po­jazdu.

— Nie zga­dzam się — pi­snęła. — On ma w kie­sze­niach my­szy, pro­feso­rze. Nie zniosę my­szy w na­szym ba­raku.

— Przy­się­gam, że za­cho­wam ta­jem­nicę! — krzy­czał roz­paczliwie Ca­glio­stro. — A mam ze sobą nie tylko my­szy, ale i ohydnego za­skrońca.

Się­gnął ręką do kie­szeni i wy­cią­gnął z niej Pio­trusia. Tym Pio­tru­siem za­czął wy­ma­chi­wać jak pałką.

— Na­prawdę, to za­skro­niec — zdu­miał się pro­fesor.

Usły­sza­łem cięż­kie wes­tchnienie ko­biety z ta­jem­ni­czego po­jazdu:

— Wy­daje mi się, pro­feso­rze, że to dwóch nie­szkodli­wych wa­ria­tów. Pu­ścimy ich, ale uprzednio niech złożą przy­sięgę mil­cze­nia.

— Przy­się­gamy mil­cze­nie! — ryk­nęli­śmy chó­rem.

— No, a te­raz jazda stąd — groź­nie oświad­czyła ko­bieta.

Że­lazne ręce zwolniły swój mocny uścisk. Przygasły światła re­flektorów na ko­pułce ta­jem­ni­czego po­jazdu. A po­tem nie­mal bez­sze­lest­nie do­konał zwrotu. Na na­szych oczach wspiął się po stro­mej ścia­nie wą­wozu. Gą­sie­ni­cami i po­tęż­nym tuło­wiem łamał krzewy i cienkie drzewa.

Wspinał się szybko, po chwili już był wy­soko i znik­nął w lesie pora­stają­cym wzgórze.

A my tro­chę oszoło­mieni tym, co prze­żyli­śmy, stali­śmy jak ogłu­piali w mrocznym wą­wo­zie. Upłynęła jesz­cze chwila i to, co nas spo­tkało, zdało się tylko snem. Ale nie. To nie był sen. Na ścia­nie wą­wozu wy­raź­nie ry­so­wał się ślad gą­sie­nic i wid­niały po­ła­mane krzewy.

— Je­dziemy do Fromborka — szep­ną­łem. Ca­glio­strowi dwa razy nie trzeba było po­wta­rzać tej pro­po­zycji. Może lękał się, że ta­jem­niczy po­jazd tu po­wróci, a groźna nie­wia­sta roz­myśli się i każe go za­mknąć? Bły­ska­wicznie zna­lazł się w we­hi­kule. Ja po­stą­piłem tak samo. Prę­dziutko wy­co­fałem się tyłem z wą­wozu. W sza­lo­nym tem­pie, jakby ucie­kając przed straszli­wym nie­bez­pie­czeń­stwem, mknęliśmy do Fromborka.

Do­piero gdy byli­śmy da­leko od nie­szczę­snego znaku za­kazu wjazdu, zwolniłem, ode­tchnąłem z ulgą i po­wie­działem:

— Dia­belny As. O mało mi nie wy­rwał rę­kawa. Pie­kielny As.

— Pssssst! Ci­cho. Niech pan nie wy­ma­wia tego słowa nada­rem­nie — mruknął Ca­glio­stro.

— Tak jest. Obowią­zuje nas przy­sięga mil­cze­nia — przy­po­mniałem. — Tym bar­dziej, że z tym Asem nic nie wia­domo. Może sły­szy i widzi na odle­głość?

 

 


ROZDZIAŁ SZÓSTY [top]

CO SIĘ STAŁO W POCZDAMIE • NOCNA ROZMOWA O HERDERZE, BISKUPIE WARMIŃSKIM • DZIWNE PYTANIE CAGLIOSTRA • CO WIEM O KOENIGU • TAJEMNICZA KARTECZKA • POJAWIENIE SIĘ BAŚKI • CZY PIETRUSZKA JUŻ TRAFIŁ DO DRUGIEGO SCHOWKA • KIM JEST CAGLIOSTRO • NOCĄ NA FROMBORSKIEJ PRZYSTANI • ZAGADKOWA PACZKA

 

— Niech pan po­wie szczerą prawdę: czy rze­czy­wi­ście i cał­ko­wicie mamy prawo do tych tere­nów? — nie­oczeki­wa­nie za­pytał mnie Ca­glio­stro.

Zro­biłem zdu­mioną minę.

— Nie przy­pusz­cza­łem, że po­dobne pro­blemy za­przątają mi­strza czar­nej i białej magii.

Ze smutkiem po­kiwał głową.

— Co pan wie o ilu­zjo­ni­stach? To prawda, że two­rzymy coś w ro­dzaju mię­dzy­naro­do­wego towa­rzy­stwa, a jak mó­wią zło­śliwi — mię­dzy­naro­dową zgraję. Wy­stę­po­wa­łem w cyr­kach wę­gier­skich, cze­skich, grec­kich, fran­cu­skich, nie­mieckich. Ale sprawy wła­snej oj­czy­zny trapią nas chyba nie mniej niż in­nych ludzi. Ba, może na­wet bar­dziej niż in­nych, bo w na­szej pracy za­wo­do­wej sty­kamy się z ludźmi in­nych kra­jów. Kilka bar­dzo pięk­nych sztu­czek wy­uczył mnie w Ber­linie Za­chodnim pe­wien stary ilu­zjo­nista, Nie­miec. Otóż on uro­dził się gdzieś pod Ra­stembor­giem, czyli dzi­siej­szym Kę­trzy­nem...

— I oczywi­ście nosił w sobie żal, że zli­kwi­do­wano Prusy Wschodnie — do­my­śli­łem się.

— Po­nie­kąd. Pew­nego dnia za­pro­wa­dził mnie do wielce uczonego pro­fe­sora, który długo i do­kład­nie wy­ja­śniał mi ich prawa do tych ziem. A to nie był głupi człowiek, pro­szę pana. Już nie pa­mię­tam jego ar­gu­mentów, ale one brzmiały prze­ko­ny­wa­jąco. I mó­wił je szczerze. A ja nie wie­działem, co mu od­po­wie­dzieć...

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Nie mu­siał pan od­po­wia­dać jak uczony histo­ryk, ar­che­olog albo etno­graf. De­cyzje w sprawie li­kwi­dacji tak zwa­nych Prus Wschod­nich wy­dały w Poczda­mie trzy wiel­kie mo­car­stwa w ty­siąc dziewięć­set czterdzie­stym pią­tym roku, zaraz po klę­sce hitle­row­skich Nie­miec. Prusy Wschodnie, które były zaw­sze lę­go­wi­skiem szo­wini­zmu i nie­mieckiej eks­pan­sji na wschód, bo tutaj wła­śnie, pro­szę pana, były ma­jątki jun­krów pru­skich, owych osławio­nych „pru­sa­ków” zasi­lają­cych kadry wojsk hi­tle­row­skich, mu­siały być zli­kwi­do­wane na zaw­sze. Uznano prawo na­rodu pol­skiego do za­chodniej czę­ści Prus Wschod­nich, a wschodnie te­reny daw­nych Prus wraz z Kró­lew­cem we­szły w skład Związku Ra­dzieckiego. De­cyzja trzech wiel­kich mo­carstw po­szła jesz­cze da1ej: ze­zwolono prze­sie­dlić stąd lud­ność po­cho­dze­nia nie­mieckiego na za­chód, aby już nigdy w przy­szło­ści z pru­skiej twierdzy za­bor­czo­ści i mi­lita­ry­zmu nie wy­ru­szyły hordy prze­ciw światu.

Umilkłem i wy­piłem po­tężny łyk moc­nej her­baty.

Sie­dzie­liśmy na brzegu Za­lewu Wi­śla­nego, w po­bliżu plaży miej­skiej we From­borku. Wła­śnie tam, nieco dalej od mia­sta, zde­cy­do­wa­łem się roz­bić swój pierwszy bi­wak.

Ca­glio­stro roz­sta­wił mój na­miot, na­dmu­chał po­ży­czony ode mnie mate­rac i roz­łożył dwa koce. Jego zwie­rzaki, na­kar­mione i zmę­czone po­dróżą, spały w na­mio­cie w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych pu­deł­kach, które wiózł ze sobą Ca­glio­stro.

Za­padł wie­czór. Na ma­szynce ga­zo­wej przy­rzą­dzili­śmy kola­cję z mo­ich zapa­sów i te­raz, sie­dząc na pia­sku omywa­nym przez fale za­lewu, pa­trzy­liśmy po­nad czarną to­nią w stronę Mie­rzei Wi­śla­nej.

Za na­szymi ple­cami, nieco na lewo, leżał Frombork roz­ja­rzony światłami. Gdzieś z dala do­cho­dził śpiew mło­dych gło­sów, to za­pewne ja­kąś wie­czorną za­bawę orga­ni­zo­wali har­cerze, bio­rący udział w ope­racji „From­bork 1001”. Ale tu, nad brze­giem za­lewu, było cicho i pu­sto, tylko fale wy­pły­wa­jące na brzeg sze­le­ściły mo­no­ton­nie.

Od wody wiał lekki wia­terek i przy­nosił za­pach mo­rza. Na nie­bie po­jawił się księ­życ — po­dobny do brakteatu, o nieco za­tar­tym, trud­nym do od­czy­tania ry­sunku — zary­sach gór i su­chych mórz.

— Nie wiem — po­wie­działem do Ca­glio­stra — ja­kich ar­gu­mentów użył ów pro­fesor nie­miecki, który z pa­nem dys­ku­tował na temat na­szych Ziem Pół­noc­nych. Ale ar­gu­menty te są za­zwy­czaj jed­nakie. Wskazują na wie­kowe za­sie­dle­nie tych ziem przez Niemców, na zamki krzy­żac­kie, na liczne bu­dowle, które tu wznieśli Niemcy, wreszcie na wiel­kich ludzi, któ­rzy stąd się wy­wo­dzą. Naj­cie­kaw­sze jest to, że my, Po­lacy, wcale nie za­prze­czamy tym twierdze­niom. Hi­tle­rowcy nisz­czyli wszystkie ślady pol­sko­ści na tych zie­miach, a my? Pro­szę poje­chać do Mo­rąga. Na rynku miej­skim w za­byt­ko­wym ratu­szu mie­ści się mu­zeum imie­nia Her­dera, wiel­kiego nie­mieckiego poety i fi­lo­zofa. Nie tylko nie ukry­wamy faktu, że Her­der uro­dził się tutaj, ale jeste­śmy z tego dumni. I wcale to nie prze­czy na­szym pra­wom histo­rycz­nym do tych ziem. W mo­rą­skim i kilku in­nych po­wia­tach Ma­zur mieszkało wielu Niemców, w in­nych zaś po­wia­tach Ma­zur, nie mó­wiąc o na wskroś pol­skiej Warmii, mieszkała większość Pola­ków. Niemcy nie na­zy­wali ich Pola­kami, tylko Ma­zu­rami, jakby to były dwie różne nacje, co oczywi­ście zaw­sze mo­gło być tylko śmieszne i świad­czyło o nie­mieckim za­kła­ma­niu. Niemcy przeważ­nie za­mieszki­wali mia­sta, a tylko nie­wielu za­sie­dlało za­chodnią część Ma­zur. Poza tym mieszkali tu osadnicy ho­len­der­scy. Ci już bliżej Po­wiśla. Ale pod­sta­wowy trzon lud­ności wiej­skiej — to byli Po­lacy z Ma­zow­sza, tak zwani Ma­zurzy. Poza nimi żyła tu ogromna masa Li­twi­nów, a także tro­chę po­tom­ków daw­nych wła­ści­cieli tych ziem, Pru­sów. Rzecz ja­sna, że w tak bar­dzo zróż­ni­co­wa­nym śro­do­wi­sku mu­siały za­cho­dzić naj­roz­mait­sze pro­cesy. I tak, wielu Ma­zu­rów, Pola­ków z dziada pra­dziada, nagle sta­wało się zago­rza­łymi krzewi­cie­lami nie­mieckości. Gdyby pan za­inte­re­so­wał się dziś wie­loma działa­czami tak zwa­nych „ziom­kostw” w RFN, prze­ko­nałby się pan, ku swemu zdziwie­niu, że wielu tych ludzi nosi pol­skie na­zwi­ska. Ale by­wało i od­wrotnie. Tu po­służę się przy­kła­dem sławnego działacza na ma­zu­rach, Woj­cie­cha Kę­trzyń­skiego. Uro­dził się on w całko­wicie zniem­czo­nej ro­dzi­nie, jako dziecko nie umiał w ogóle po pol­sku. Pew­nego dnia od­na­lazł do­ku­menty, z któ­rych wy­ni­kało, że jest z po­cho­dze­nia Pola­kiem. Obu­dziło się w nim ogromne po­czu­cie więzi z Pol­ską. Jego wier­sze pi­sane zresztą po nie­miecku, prze­nik­nięte są du­chem nie­zwy­kle żar­li­wego pa­trio­ty­zmu pol­skiego. Dziś jego na­zwi­sko nosi mia­sto Kę­trzyn, dawny Ra­stemborg. A więc, jak po­wia­dam, te zie­mie two­rzyły prze­dziwny kon­glo­merat naro­do­wo­ściowy. Ale jako pań­stwowość Prusy Wschodnie były two­rem sto­sun­kowo nie tak daw­nym. W ty­siąc sie­dem­set pierwszym roku ów­cze­sny elektor pru­ski i len­nik pol­ski, Fry­deryk I, uko­ro­no­wał się na władcę Prus, na co, nie­stety, wy­raził zgodę król pol­ski Au­gust II, choć sejm tej zgody od­mó­wił. Pol­ska była już wówczas kra­jem sła­bym i nie miała sił bro­nić swych praw orę­żem. Pol­ska jed­nak była tu znacznie wcześniej. Po po­koju to­ruń­skim, to jest po klę­sce za­konu krzy­żac­kiego w ty­siąc czte­rysta sześćdzie­sią­tym szó­stym roku, jako Prusy Kró­lew­skie w skład Pol­ski we­szły: Po­mo­rze Gdańskie, Zie­mia Chełmiń­ska i Mi­cha­łow­ska, El­bląg, Dzierzgoń, Mal­bork oraz Warmia. Po­zo­stała część pań­stwa krzy­żac­kiego stała się len­nem Pol­ski, a pół wieku póź­niej otrzymała na­zwę Prus Ksią­żę­cych.

Na­gle stało się coś dziwnego. Spo­strzegłem, że z ogar­nię­tych nocą krza­ków nad­brzeżnych za moimi ple­cami wy­fru­nął mały ka­my­czek i ude­rzył Ca­glio­stra w ko­lano. Ka­my­czek poto­czył się i znik­nął w tra­wie, ale prze­cież za­uwa­ży­łem, że była do niego przywią­zana jakaś kar­teczka.

Nie da­łem po sobie znać, że wi­działem ka­my­czek i kartkę. Tylko na krótko za­wie­siłem głos, lecz już po chwili mó­wi­łem dalej, jak gdyby nic się nie zda­rzyło. Wy­da­wało mi się jed­nak, że Ca­glio­stro mnie nie słu­cha, my­ślami jest gdzieś bar­dzo da­leko, a ra­czej bar­dzo bli­sko, przy owym ka­myczku z kar­teczką, która le­żała w tra­wie w za­sięgu jego ręki. Lecz prze­cież po nią nie się­gał, za­pewne w oba­wie, że to za­uważę.

Obu­dziła się we mnie po­dejrzli­wość. Mó­wi­łem Ca­glio­strowi o histo­rii Prus Wschod­nich, a jed­no­cze­śnie my­śla­łem, że jego pyta­nia o sprawy tej ziemi wcale nie wy­ni­kały z cie­ka­wo­ści czło­wieka, który kie­dyś tam roz­ma­wiał z ja­kimś uczonym nie­mieckim, ale wy­raź­nie zmie­rzały ku ja­kiejś waż­niej­szej dla niego sprawie. To nur­tu­jące go pyta­nie miało być ukryte wśród wielu in­nych, nie wzbudza­ją­cych po­dej­rzeń.

Przez chwilę mia­łem ochotę od­sta­wić szklankę z her­batą, pod­nieść się z trawy i chwycić ka­my­czek z kar­teczką. Po­my­śla­łem jed­nak, że Ca­glio­stro za­uważy ten ma­newr, może mnie ubiec i pierwszy chwyci kartkę, któ­rej oczywi­ście już mi nie odda. Czy nie lepiej więc było udać, że się nic nie wi­działo? Udać głupca, a jed­no­cze­śnie mieć Ca­glio­stra na oku.

Gdy umilkłem Ca­glio­stro za­pytał:

— A jed­nak, mimo że mieszkało tu tylu Pola­ków, po pierwszej woj­nie światowej prze­grali­śmy ple­bi­scyt. Większość ludzi opo­wie­działa się za Niemcami.

— To prawda — przytak­ną­łem, za­sta­na­wia­jąc się, czy to już jest to za­sad­nicze pyta­nie, któ­rego nale­żało oczeki­wać. — Ale pro­szę pa­mię­tać, że wtedy wła­dzę w Pru­sach sprawo­wali Niemcy i ple­bi­scyt od­by­wał się w at­mos­ferze nie­mieckiego naci­sku i ter­roru, a Pola­ków, któ­rzy chcieli się opo­wie­dzieć za Pol­ską, szantażo­wano i na­wet mor­do­wano.

Pro­szę też pa­mię­tać, że wtedy po­wstała Pol­ska, gdzie bar­dzo istotną rolę od­gry­wała cha­decja i kler kato­licki, nie zaw­sze tole­ran­cyjny wo­bec ludzi innej wiary. W po­wie­cie działdow­skim, jesz­cze przed ple­bi­scy­tem ad­mini­stro­wa­nym przez Pol­skę, mieszkało osiemna­ście ty­sięcy Ma­zu­rów ewangeli­ków. Zda­rzały się tam wy­padki dys­kry­mi­no­wa­nia ich, co po­głę­biało nie­uf­ność i po­dejrzli­wość. Te wy­padki dys­kry­mi­no­wa­nia ewangeli­ków wy­ko­rzy­sty­wali po­tem Niemcy w swej anty­pol­skiej pro­pa­gan­dzie. Bo Niemcy sto­so­wali tu zu­peł­nie od­mienną po­litykę niż na przy­kład w Po­znań­skiem. Tam działała Ha­kata, za­bra­nia­jąca Pola­kom na­wet mó­wić po pol­sku. A tu Niemcy nie prze­ko­ny­wali Ma­zura, że jest Niemcem lub że Niemcem musi zo­stać. Tłu­ma­czyli tylko: „Pi­szesz goty­kiem tak jak Nie­miec, jesteś ewangeli­kiem tak jak Nie­miec. A ję­zyk, któ­rym wła­dasz, też nie jest pol­ski, ale ma­zur­ski. Tyle lat ży­jesz z Niemcami, to żyj i da­lej, bo jak się opo­wiesz za Pol­ską, to Po­lacy z cie­bie zro­bią kato­lika, bę­dziesz pi­sał ła­ciń­skimi lite­rami i wszystko bę­dzie mu­siało być tak, jak tam”.

Niemcy po­zwalali star­szemu po­kole­niu mo­dlić się „po ma­zur­sku”, po­zwalali wy­da­wać ga­zety, mó­wić „po ma­zur­sku”, a ger­ma­niza­cja obejmo­wała tylko młode po­kole­nie. Li­czono, że jak star­sze po­kole­nie wy­mrze, to pro­blem ma­zur­ski sam z sie­bie znik­nie. Tak było w cza­sach ple­bi­scytu i nie mo­gło to nie mieć wpływu na jego prze­bieg. Po­tem, gdy już Hi­tler do­szedł do wła­dzy, Niemcy zmienili swoją po­litykę. Przy­stą­pili rów­nież do bru­talnej ger­ma­niza­cji Ma­zu­rów.

— A ten rabuś Ko­enig? — za­pytał nagle Ca­glio­stro. — Jak pan sądzi, czy on po­cho­dził z tych oko­lic, czy też przy­nio­sła go do Fromborka za­wie­rucha wo­jenna?

— In­tere­sują pana skarby puł­kow­nika Ko­eniga? — zdziwi­łem się. I po­my­śla­łem, że być może, to jest wła­śnie pyta­nie, które chciał ukryć po­śród in­nych.

— Czytałem o tym w gaze­cie. Szkoda, że pan nie szuka skar­bów. Mógłbym oka­zać się po­mocny. Mam ze sobą swoją cu­downą różdżkę...

O mało nie par­sk­ną­łem śmiechem na samą myśl, co po­wie­działby dy­rek­tor Mar­czak, gdyby na­gle do­wie­dział się, że szu­kam skar­bów przy po­mocy cza­ro­dziejskiej różdżki.

— Ko­enig — do­dał Ca­glio­stro — to po pol­sku król. Może on kie­dyś na­zy­wał się Król, a po­tem zniem­czył na­zwi­sko na Ko­enig?

— Prze­pra­szam, ja­kie to ma zna­cze­nie, czy Ko­enig był kimś tutej­szym, czy zna­lazł się we From­borku przy­pad­kowo?

— Wy­daje mi się, że to nie­zwy­kle ważne. Je­śli był na przy­kład miesz­kań­cem Fromborka, tu żyła jego ro­dzina, zwo­ził tutaj swoje zra­bo­wane w Pol­sce łupy, to za­pewne długo i sta­ran­nie przy­go­to­wy­wał się do ich ukry­cia. Jeśli na­to­miast wraz ze swymi łu­pami zna­lazł się we From­borku przy­pad­kowo, li­cząc, że tą drogą uda mu się do­stać na Mie­rzeję Wi­ślaną i stamtąd stat­kiem ucieknie do Nie­miec, to chyba ukrył swoje skarby w po­śpie­chu, byle gdzie, bo nie miał czasu na od­po­wiednie wy­bra­nie kry­jówki. A to chyba ważne przy po­szu­ki­wa­niach.

— Dali­pan, tak! — za­wo­łałem. I z większym sza­cun­kiem spoj­rza­łem na Ca­glio­stra.

Oczywi­ście, to miało istotne zna­cze­nie. I że też ja o tym nie po­my­śla­łem. Ca­glio­stro, mistrz czar­nej i biali j ma­gii, oka­zał się w tej sprawie sprytniej­szy ode mnie.

— Więc pan nic nie wie o tym Ko­enigu? — za­pytał Ca­glio­stro.

— Nie­stety — wes­tchnąłem. — Mu­szę pana roz­cza­ro­wać, ale nie po­sia­dam żad­nych in­for­macji.

Na­gie Ca­glio­stro aż się przy­gar­bił.

— Ktoś tu się skrada — szep­nął, pa­trząc w stronę krza­ków za moimi ple­cami.

Obej­rza­łem się. Zro­biłem to odru­chowo. Do­piero po se­kun­dzie przy­szła mi do głowy myśl, że ten mo­ment on może wy­ko­rzy­stać dla chwycenia kar­teczki. Gdy od­wró­ciłem się znowu twa­rzą do Ca­glio­stra, sie­dział on spo­koj­nie, bez ruchu, ale prze­cież by­łem prze­ko­nany, że jego zręczne palce już zdą­żyły ukryć w kie­szeni kartkę.

— Ni­kogo tu nie ma — po­wie­działem. — Pan mnie na­brał, mi­strzu.

Ale tego ro­dzaju oszu­stwo nie le­żało chyba w zwy­cza­jach Ca­glio­stra. Usły­sza­łem sze­lest za swymi ple­cami

I gdy znowu obej­rza­łem się, zo­ba­czy­łem prze­dzie­ra­jącą się przez krzaki ja­kąś po­stać.

Roz­po­zna­łem ją. To nad­cho­dził mój przyjaciel Baśka, szes­na­sto­letni chło­piec w mundu­rze har­cer­skim.

— A jed­nak nie za­wiódł mnie mój har­cer­ski nos — roze­śmiał się, po­dając mi rękę na przywita­nie. — Do­my­śli­łem się, że pan tu przyjdzie, otrzy­mawszy mój list. A gdy przed trzema go­dzi­nami któ­ryś z chło­pa­ków po­wie­dział mi, że wi­dział na ulicy we From­borku bar­dzo śmieszny sa­mo­chód, wie­działem już, że pan jest w po­bliżu. I za­czą­łem de­du­ko­wać, w któ­rym miej­scu za­trzymał się pan. Oczywi­ście nad za­le­wem. Pan lubi świeże po­wie­trze i ładne wi­doki. A to jest naj­lep­sze miej­sce na bi­wak — stwierdził.

Przedsta­wi­łem chłopcu Ca­glio­stra.

— Uwielbiam sztuki ma­giczne! — za­wołał za­chwycony Baśka. — Za­pro­simy pana na nasze ogni­sko, zgoda? A może na­uczy pan nas ja­kichś sztu­czek?

— No jasne — ro­ze­śmiałem się. — Har­cerze wiel­bią czarną i białą ma­gię.

A Ca­glio­stro, za­do­wo­lony z za­chwytów chłopca, za­pytał go z uśmie­chem:

— Je­steś har­ce­rzem, prawda?

— Na­wet dru­ży­no­wym — do­da­łem.

— A więc nie pi­jesz alko­holu?

— Nie — od­rzekł chło­piec.

— Pa­pie­ro­sów też nie pa­lisz, prawda?

— Nie palę — od­po­wie­dział.

— A czemu no­sisz przy sobie pa­pie­rosy? — z potę­pie­niem w gło­sie za­pytał mistrz.

— Ja? — zdu­miał się Baśka. — Ja nic ta­kiego nie noszę.

W tym mo­men­cie Ca­glio­stro wy­cią­gnął rękę do chłopca, od­piął guzik przy kie­szeni jego har­cer­skiej bluzy i na na­szych oczach, wy­cią­gnął z niej pa­pie­rosa.

— O, masz jesz­cze dru­giego — oświad­czył.

Po­tem się­gnął do dru­giej kie­szeni w blu­zie Baśki i wyjął z niej jesz­cze dwa pa­pie­rosy.

Nie­sa­mo­wity był ten Ca­glio­stro. Jak on to zro­bił?

Zdu­miony Baśka po­pa­trzył na mnie, jakby u mnie szu­kając wy­ja­śnie­nia za­gadki. Ale ja prze­cież nie mia­łem poję­cia o białej i czar­nej magii.

— Nie martw się — uśmiech­nął się mistrz do chłopca. — Ja wiem, że ty nie mia­łeś przy sobie pa­pie­ro­sów. To wy­cza­ro­wała je siła magii. Po­patrz, te pa­pie­rosy roz­płyną się w powie­trzu.

Poło­żył pa­pie­rosa na otwartej dłoni, po­tem dłoń zwi­nął w pięść, pod­niósł ją wy­soko do góry i dmuchnął sobie w rę­kaw. Rękę cof­nął, dłoń otworzył. Oka­zało się, że jest pusta, pa­pie­ros znikł, prze­padł bez śladu.

Za­kla­ska­łem w dło­nie wy­ra­żając w ten spo­sób uznanie dla ilu­zjo­nisty i jego sztuki.

Ca­glio­stro skło­nił się nam jak po wy­stę­pie.

— Dziękuję pań­stwu — rzekł. — A co do wy­stę­pów przed har­cer­ską wi­dow­nią, bar­dzo chęt­nie to uczynię. Oczywi­ście, za jakąś skromną opłatą — dodał. — Opłata musi być nieco wyż­sza, jeśli przy oka­zji ze­chce­cie się na­uczyć tej czy innej sztuki. Bar­dzo chęt­nie zdra­dzam pu­bliczności se­krety czar­nej i białej magii.

— A czy są takie sztuki, któ­rych można się szybko na­uczyć? — za­pytał chło­piec.

— Oczywi­ście. Inne, nie­stety, trzeba ćwi­czyć la­tami.

Po­tem ostenta­cyj­nie ziewnął.

— No, ja już pójdę spać. Pa­no­wie po­zwolą, że ich po­że­gnam.

Znowu skło­nił się nam. Wlazł do na­miotu, za­sznu­ro­wu­jąc płó­cienne drzwi. Pod­nio­słem się z trawy.

— Od­pro­wa­dzę cię, Baśka — za­pro­po­no­wa­łem.

Chłopiec na­tychmiast zro­zu­miał, że chcę z nim po­roz­ma­wiać na osobności. Po­szli­śmy piaszczy­stym brze­giem Za­lewu Wi­śla­nego w stronę frombor­skiej przy­stani.

— Nasz obóz znaj­duje się nad brze­giem za­lewu, ale po dru­giej stro­nie przy­stani, za to­rem ko­lejo­wym — wy­jaśnił Baśka. — Ła­two pan bę­dzie mógł trafić do nas.

— Co do mnie — po­wie­działem — jesz­cze nie wiem, gdzie się za­trzymam na stałe. Wo­lał­bym wy­nająć jakiś pokój. Będą mu­siał prze­cież czę­sto spo­tykać się z na­ukowcami, wę­dro­wać po mie­ście, a tro­chę boję się zo­sta­wić bi­wak nad za­le­wem na łasce Ca­glio­stra.

— Może w schronisku PTTK będą wolne po­koje? — za­sta­na­wiał się chło­piec.

To był do­bry po­mysł.

— Na­resz­cie po­zbędę się Ca­glio­stra — roz­my­śla­łem gło­śno.

Opowie­działem Ba­śce, w jaki spo­sób ze­tknąłem się z Ca­glio­strem, o na­szej po­dróży i rozmo­wach. Po­mi­ną­łem tylko przy­godę z wą­wozu, gdy to spo­tkali­śmy ta­jem­ni­czego Asa, by­łem bo­wiem w tej sprawie związany przy­sięgą mil­cze­nia. Na­to­miast nie ukryłem zda­rze­nia z kar­teczką.

— I z takim wła­śnie człowie­kiem pan prze­bywa? — zdu­miał się chło­piec.

— On nie wie, że za­uwa­ży­łem kar­teczkę, bę­dzie więc po­stę­po­wał chyba bar­dzo swo­bod­nie. W ten spo­sób może po­przez niego wy­ja­śnię nie­które sprawy.

Z kolei opo­wie­działem chłopcu o mo­ne­tach, o Batu­rze, o krzyżu bo­gacza i o roz­mo­wie z dy­rek­to­rem Mar­cza­kiem.

— Tak więc sam ro­zu­miesz — mó­wi­łem — że misja moja we From­borku jest nad wy­raz deli­katna. Za­gadka bez­cen­nych mo­net splata się z za­gadką schow­ków Ko­eniga, a tę sprawę pro­wa­dzi ma­gister Pie­truszka, bar­dzo am­bitny i ob­raź­liwy. Jak wy­ja­śnić sprawę mo­net, jed­no­cze­śnie nie wchodząc w pa­radę ma­gi­strowi Pie­truszce, skoro te oby­dwie za­gadki są z sobą ści­śle związane?

— A jakie pan ma dla mnie za­dania? — za­pytał chło­piec.

Jakie za­dania mo­głem po­wie­rzyć chłopcu za­ję­temu we From­borku har­cer­skimi sprawami? Po­da­łem mu ryso­pis Wal­de­mara Ba­tury.

— Zwróć uwagę — po­wie­działem — czy ten człowiek nie zjawi się we From­borku. A jeśli go na­po­tkasz, oczywi­ście, na­leży go śle­dzić.

Baśka wes­tchnął.

— Ja sam nie dam z tym wszystkim rady. Z mojej dru­żyny także ni­kogo w tę sprawę nie mogę wciągnąć, bo mam pod opieką bar­dzo mło­dych chłopców. Ale wie pan — nagle ści­szył głos i rzekł jakby nieco za­wsty­dzony: — Po­zna­łem tu dru­żynę har­cerek z Ka­towic. Fajne dziew­czyny. A naj­faj­niej­sza wśród nich to kro­ni­karka Zosia. Ona jest bar­dzo inte­li­gentna, panie To­ma­szu. Brała udział w ma­te­ma­tycz­nych qu­izach i do­sta­wała pierwsze miej­sca.

— Zgoda — uśmiech­ną­łem się pod no­sem. — Mo­żesz ją wciągnąć w nasze sprawy.

Mi­nęli­śmy frombor­ską przy­stań, prze­szli­śmy obok stacji ko­lejo­wej i znowu skrę­cili­śmy nad brzeg za­lewu.

— A co sły­chać u ma­gistra Pie­truszki? — za­py­tałem. — Czy po­zo­sta­jesz z nim w kontak­cie?

— On mieszka w schronisku PTTK. Ale kon­takt mamy bar­dzo luźny. Nie może mi po­wie­dzieć wprost: nie wsa­dzaj nosa w sprawy skar­bów Ko­eniga, bo to my od­na­leźli­śmy do­ku­ment z pla­nem schow­ków. Z dru­giej jed­nak strony nie­chęt­nie udziela nam ja­kich­kol­wiek wy­ja­śnień. Jed­nym sło­wem, opę­dza się ode mnie jak od na­tręt­nej mu­chy. I co za­uwa­ży­łem: ostatnio był bar­dzo smutny i po­iry­to­wany, wprost czuło się, że on nie wie, gdzie szu­kać po­zo­sta­łych dwóch kry­jó­wek. A od wczoraj nagle po­we­selał. Nie cho­dzi po From­borku, ale nie­mal rado­śnie fruwa w po­wie­trzu. Wi­działem go w towa­rzy­stwie pięk­nej pani, o któ­rej wiem, że jest ar­che­olo­giem i prze­zy­wają ją „Ba­bie Lato”...

— Ach tak...

— Wczoraj w towa­rzy­stwie tej pani po­szedł w stronę rzeki Baudy. Nie było ich wi­dać dość długo.

— No i co? No i co dalej? — py­tałem za­cie­ka­wiony.

— Wró­cili po dwóch go­dzi­nach, kłó­cąc się ze sobą za­wzięcie, ale nie mam poję­cia, na jaki temat. A po­tem ta pani wy­je­chała do War­szawy. Ma­gister Pie­truszka od­pro­wa­dził ją na dwo­rzec ko­le­jowy, a jak wra­cał do schroniska, to rado­śnie po­gwizdy­wał. Spotkał mnie i rzekł: „Jak się masz, chłopcze. Wiem, że cię inte­re­suje sprawa skar­bów, to ci tylko po­wiem: nie­długo od­najdę drugi schowek”. Więc to zna­czy, panie To­ma­szu, że on już jest na tro­pie.

— To bar­dzo do­brze — ucie­szy­łem się. Ale coś mnie za­sta­no­wiło. — I po­wia­dasz, że po­szli w stronę Baudy? — upewniłem się.

— Tak, pro­szę pana — ski­nął głową.

A więc po­szli w rejon, gdzie działał As z żela­znymi rę­kami. Czyżby Pie­truszkę łą­czyło coś z ta­jem­ni­czymi oso­bami w Asie? A może Ba­bie Lato za­pro­wa­dziła Pie­truszkę na gro­dzi­sko, które znaj­do­wało się w tam­tej stro­nie? Tylko dla­czego po­wra­cali kłó­cąc się ze sobą? A poza tym, ma­gister Pie­truszka nigdy nie inte­re­so­wał się ar­che­olo­gią.

Chłopiec za­trzymał się.

— Oto i nasz obóz — po­wie­dział, wskazując kil­kana­ście na­miotów roz­sta­wio­nych na roz­ległej łące w po­bliżu brzegu za­lewu. — Po­że­gnam pana, a ju­tro spo­tkamy się znowu, prawda?

— Po­sta­ram się za­mieszkać w schronisku PTTK i tam się o mnie do­wia­duj — od­rze­kłem ści­ska­jąc na po­że­gna­nie dłoń Baśki.

Ro­ze­szli­śmy się w różne strony. Wra­ca­łem znowu brze­giem za­lewu, a gdy zbli­ża­łem się do za­bu­do­wań oka­lają­cych przy­stań nad­brzeżną, prze­sze­dłem przez tory ko­le­jowe i znala­złem się na skraju mia­steczka.

Była już noc. Na wą­skiej i krętej uliczce z rzadka świe­ciły latar­nie, a ogromny ma­syw wzgórza i kate­dry frombor­skiej zu­peł­nie tonął w ciemno­ściach. Do uliczki przylegały małe śmieszne domki, po­dobne do pu­dełek za­pałek, w oknach ich już nie paliły się światła.

Uliczka pro­wa­dziła w pola i na łęgi nad­brzeżne. Zna­la­złem ścieżkę, która znowu wio­dła nad brzeg mo­rza.

Raptem za­trzyma­łem się, a po­tem przy­kuc­ną­łem za ro­sną­cymi w po­bliżu wy­so­kimi krza­kami.

Od strony mo­jego bi­waku ktoś nad­cho­dził. Niebo było pod­świetlone przez księ­życ, na­tychmiast więc roz­po­zna­łem syl­wetkę Ca­glio­stra. Mistrz czar­nej i białej magii ma­sze­rował w stronę przy­stani. Niósł w ręku jedną ze swych pa­czek. Idąc roz­glą­dał się na wszystkie strony, nie­kiedy przy­sta­wał i znowu się roz­glą­dał. Za­pewne oba­wiał się, że może się na mnie na­tknąć, czego — jak sądzę — wolał unik­nąć. Prze­cież zro­bił wszystko, aby mnie prze­ko­nać, że uło­żył się do snu w na­mio­cie.

Po­cze­ka­łem, aż prze­szedł mimo mnie, i ostrożnie uda­łem się jego śla­dem.

Tak, kie­rował się do przy­stani. Lecz nie omi­nął jej, jak to ja z Baśką zro­bili­śmy, ale przez furtkę w ogrodze­niu wszedł na beto­nowy falo­chron.

Frombor­ska przy­stań nie jest duża. Składa się z sze­ro­kiego ob­mu­ro­wa­nego ba­senu, gdzie wła­śnie koły­sało się na fa­lach kilka mo­to­ró­wek, jachtów i łodzi ry­bac­kich. Z przy­stani wbi­jała się w wody za­lewu dość długa ostroga beto­no­wego falo­chronu, osła­nia­ją­cego basen. Na końcu falo­chronu świe­ciła ma­leńka latar­nia. Tu przy­bijały jachty i statki że­glugi gdańskiej.

Ukryłem się za nie­dużą budką, w któ­rej mie­ściła się kasa bile­towa, i wi­działem, że Ca­glio­stro wszedł na beto­nową ostrogą falo­chronu. Za­trzymał się pod latar­nią mor­ską, za­palił pa­pie­rosa i zda­wało się, że za­czął na ko­goś oczeki­wać, bo paczkę po­sta­wił na ziemi, tuż przy swoich no­gach.

Do­okoła nas sły­szało się tylko jed­no­stajny szmer fal ude­rza­ją­cych w falo­chron i rozpry­sku­ją­cych się o jego beto­nowy próg. Do­piero po dzie­się­ciu mi­nu­tach usły­sza­łem od strony mo­rza głu­chy war­kot mo­toru. Po­tem zo­ba­czy­łem światła ry­bac­kiej łodzi mo­to­rowej, która koły­sząc się na fa­lach, przy­bli­żała się do frombor­skiego portu.

Jesz­cze chwila i ry­backa łódź przy­biła do beto­no­wego brzegu, wi­działem, że ktoś z niej wy­sko­czył i za­rzucił cumę na drewniany pal. Ktoś drugi rów­nież wy­sko­czył z ło­dzi, pod­szedł do Ca­glio­stra, przywitał się z nim, a po­tem wziął do rąk paczkę...

A więc wy­ja­śniła się po czę­ści ta­jem­nica kar­teczki. Za­pewne kryła się w niej dla Ca­glio­stra wia­do­mość, gdzie i o któ­rej go­dzi­nie cze­kać ma on na przy­bycie ry­bac­kiej łodzi.

Prze­mknęło mi przez myśl, że Ca­glio­stro jest w zmowie z Ba­turą. Któż lepiej od Waldka znał sła­bostki se­kre­tarki dy­rek­tora Mar­czaka. Prze­cież Ba­tura pra­co­wał czas jakiś na eta­cie na­szego de­par­ta­mentu.

Po roz­mo­wie w „Ho­no­ratce” mu­siał dojść do wniosku, że trafią w końcu na trop wio­dący do Fromborka. Za­dzwonił do se­kre­tarki dy­rek­tora Mar­czaka i do­wie­dziawszy się, że wła­śnie przy­go­to­wują dla mnie dele­gację służ­bową do Fromborka — zy­skał co do tego pew­ność. Po­tem drugi tele­fon, pu­dełko cze­kola­dek. Ca­glio­stro oczeku­jący mnie na ko­ryta­rzu Mi­ni­ster­stwa Kul­tury i Sztuki.

Zro­zu­mia­łem, po co mi wle­pił Ca­glio­stra. Za­da­niem mi­strza czar­nej i białej magii było wkraść się w moje za­ufa­nie i in­for­mo­wać Ba­turę o wszelkich mo­ich przedsię­wzięciach.

Oczywi­ście, mo­głem teraz wyjść zza budki, nie­spo­dziewa­nie zja­wić się przed nim i w ten spo­sób za­koń­czyć po­dwójną grę Ca­glio­stra. Ale czy nie wię­cej bym na tym stra­cił?

Ca­glio­stro był dla mnie nie­szkodliwy, skoro wie­działem o jego po­dwójnej roli. Mało tego, mógł mi się bar­dzo przy­dać, jeśli miał za za­danie prze­ka­zy­wać Batu­rze zdo­byte ode mnie in­for­ma­cje.

„Już ja mu udzielę ta­kich in­for­macji, że Batu­rze wyj­dzie to bo­kiem” — po­my­śla­łem rado­śnie.

Ale zaraz po­ja­wiło się zmartwie­nie. Co było w paczce, którą Ca­glio­stro przy­niósł na przy­stań?

O tych sprawach my­śla­łem, pa­trząc na dwóch lu­dzi roz­ma­wia­ją­cych na końcu falo­chronu, gdy obok mnie koły­sała się ry­backa mo­to­rowa łódź. Rozma­wiali długo. Za długo jak na mój zasób cier­pli­wo­ści.

 

 


ROZDZIAŁ SIÓDMY [top]

UCZENI I ZAGADKI • CO MA W GŁOWIE MAGISTER PIETRUSZKA • NOWE SZTUCZKI CAGLIOSTRA • FROMBORSKA WAROWNIA • KTO SIĘ ŚMIEJE Z WŁASNYCH DOWCIPÓW • PANNA ALA • GDZIE MIESZKAŁ KOPERNIK • TAJEMNICA PANNY ALI • CZY GAZETA PIJE WODĘ • KOT, KTÓRY BAŁ SIĘ MYSZY

 

Nie udało mi się po­zbyć towa­rzy­stwa Ca­glio­stra. W schronisku PTTK, mieszczą­cym się na wy­so­kiej skar­pie w po­bliżu kate­dry, było bar­dzo tłoczno, ale moja legi­ty­ma­cja służ­bowa z Mi­ni­ster­stwa Kul­tury i Sztuki zro­biła pewne wra­żenie na pani z re­cep­cji i otrzy­ma­łem pokój, który miał dwa łóżka. W tej sytu­acji nie po­tra­fiłem po­wie­dzieć „nie” Ca­glio­strowi i kazać mu iść spać na ulicy.

Pani z re­cep­cji, która wzięła mnie za ja­kie­goś uczonego męża z De­par­ta­mentu Mu­zeów i Ochrony Za­byt­ków, poin­for­mo­wała mnie:

— Znajdzie pan w na­szym schronisku do­bo­rowe towa­rzy­stwo. I za­pewne wielu zna­jo­mych. Mieszkają u nas wy­bitni astrono­mo­wie, histo­rycy, ar­che­olo­go­wie. Na­de­szła pięć­setna rocz­nica uro­dzin Mi­ko­łaja Ko­per­nika. Cały świat na­ukowy pa­trzy na Frombork.

Miała ra­cję. Frombork to prze­cież w grun­cie rze­czy tylko ma­lutkie mia­steczko, li­czące zale­dwie dwa ty­siące miesz­kań­ców. Za­inte­re­so­wa­nie za­wdzięcza przede wszystkim oso­bie Mi­ko­łaja Ko­per­nika, który tu do­konał ge­nial­nych od­kryć i na­pisał swoje wie­ko­pomne dzieło „O ob­ro­tach ciał nie­bie­skich”.

W ja­dalni schroniska, do­kąd po­szli­śmy z Ca­glio­strem na śnia­danie, zo­ba­czy­łem przy stoli­kach wielu wy­bit­nych na­ukowców. Lu­dzi tych sprawy nauki po­chła­niały bez reszty, czemu zu­peł­nie się nie dzi­wi­łem. Jakże bo­wiem mylą się ci, któ­rzy wy­obra­żają sobie na­ukę jako coś nud­nego, po­zba­wio­nego ro­mantyzmu. Nie tylko w dale­kich pam­pa­sach, w dżunglach Afryki czy w Gó­rach Ska­li­stych, ale rów­nież w ogromnej gę­stwi­nie wie­dzy ludz­kiej zna­leźć można naj­wspanial­szą, naj­bar­dziej dra­ma­tyczną przy­godę. Uczeni przy­po­mi­nają mi de­tek­ty­wów, tylko czę­sto tere­nem ich działania są półki bi­blio­tek i ar­chi­wów.

Iluż za­ga­dek do roz­wią­zania do­star­czał choćby Frombork i sprawy związane z Miko­łajem Ko­per­ni­kiem.

Wiemy dużo o jego życiu i dziele, ale gdzie kryje się grób Ko­per­nika?

Wiemy dużo o ży­ciu Ko­per­nika i jego dziele, ale w któ­rym miej­scu do­konał swego od­kry­cia, które wstrzą­snęło światem? Gdzie znaj­do­wało się jego ob­ser­wato­rium?

Przyby­wa­jąc do Fromborka wie­działem, że będę mu­siał otrzeć się i o te za­gadki. Nie by­łem uczonym mę­żem, nie moim za­da­niem było je roz­wią­zać. Ale z sza­cun­kiem i po­dzi­wem spo­glą­da­łem na uczonych my­śląc o wielu przyjem­no­ściach, ja­kich mi do­star­czą roz­mowy z nimi.

Je­dy­nym zgrzytem w tej miłej dla mnie at­mos­ferze było zja­wie­nie się w ja­dalni ma­gistra Pie­truszki. Wszedł, zo­ba­czył mnie i na mo­ment aż zdrętwiał.

Uprzejmie przywo­łałem go do sto­lika i przedsta­wi­łem Ca­glio­stra, który jadł ze mną śnia­danie.

Pie­truszka był ni­skim, chu­dym mło­dzieńcem o dłu­gich ja­snych wło­sach i or­lim nosie. Wy­glą­dał jak Cho­pin, nosił oku­lary o gru­bych szkłach, ale nie kryły one jego po­dejrzli­wych, ma­łych, świ­dru­ją­cych oczek.

Z wy­kształce­nia, po­dob­nie jak i ja, był histo­ry­kiem sztuki i świetnym znawcą fla­mandz­kiego ma­lar­stwa. Ale od­kąd na stry­chu pew­nego ko­ścioła od­krył obraz z pra­cowni Ru­bensa, ubzdurał sobie, że ma zdol­ności de­tek­tywi­styczne.

— Nie oba­wiaj się — po­wie­działem do niego na wstępie. — Nie przyje­cha­łem, aby ode­brać ci sprawę Ko­eniga. Mam opra­co­wać przewod­nik po From­borku.

— Wiem — burknął nie­grzecznie. — Dy­rek­tor Mar­czak poin­for­mo­wał mnie o tym tele­fo­nicz­nie. Ja za­czą­łem sprawę skar­bów Ko­eniga i ja ją za­koń­czę.

Pie­truszka rów­nie po­dejrzliwie od­niósł się i do Ca­glio­stra.

— Prze­pra­szam, a kim pan jest? Bo pod­czas pre­zen­tacji jakoś nie do­sły­sza­łem...

— Je­stem Ca­glio­stro, mistrz czar­nej i białej magii — od­rzekł dum­nie.

Pie­truszka my­ślał, że kpimy z niego.

— Pan... uprawia ku­glar­stwo? — wy­jąkał po­iry­to­wany.

— Tak — ski­nął głową Ca­glio­stro.

— Sztuczki ma­giczne, ho­kus-po­kus? — upewniał się Pie­truszka.

— Tak — znowu przytaknął Ca­glio­stro. I do­dał: — Je­stem rów­nież różdżka­rzem. Przy po­mocy różdżki można od­kry­wać ukryte skarby.

Po­dejrzli­wość Pie­truszki do­się­gła ze­nitu.

— Różdżka? — upewnił się. — Różdżka do wy­kry­wa­nia skar­bów? A więc, To­ma­szu, skoro jesteś z tym pa­nem, to zna­czy, że przy­byłeś tu w złych za­mia­rach.

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Pan Ca­glio­stro raczy żar­to­wać — oświad­czy­łem za­kło­po­tany. — Czy wie­rzysz, że przy po­mocy różdżki można zna­leźć skarby?

Ma­gister Pie­truszka za­sta­nowił się, co wi­dać było wy­raź­nie po głę­bo­kiej zmarszczce, która prze­orała jego ły­sie­jące czoło.

— Różdżka? — za­sta­na­wiał się gło­śno. — Hm, kto wie, czy coś ta­kiego nie mo­głoby się oka­zać przy­datne.

— Je­stem do usług — ochoczo zgło­sił swą go­to­wość Ca­glio­stro. Ale ma­gister Pie­truszka tylko za­ma­chał rę­kami.

— Nie, nie. Nie po­trze­buję po­moc­ni­ków. Zresztą nie wie­rzę wam. W nic nie wie­rzę. Na­wet w to, że pan jesteś mi­strzem czar­nej i białej magii.

— Co ta­kiego? — obu­rzył się Ca­glio­stro i pod­niósł głos, zwracając tym uwagę uczonych mę­żów w ja­dalni. — Czuję się obra­żony i żą­dam sa­tys­fakcji. Czy wie pan za kogo go uwa­żam? Za czło­wieka, któ­remu pstro w gło­wie, który myśli tylko o za­ba­wach i dan­sin­gach, ba­lach i kotylio­nach. Oto, jakie, pro­szę pana, ma pan myśli w gło­wie.

I na oczach uczonych mę­żów Ca­glio­stro ze­rwał się ze swego miej­sca, chwycił Pie­truszkę lewą ręką za nos, a prawą z tego nosa za­czął wy­cią­gać długą pa­pie­rową ser­pen­tynę. Wy­cią­gał ją i wy­cią­gał, zda­wało się, że mi­jają go­dziny, a prze­cież była to tylko chwila. Ser­pen­tyna miała chyba parę me­trów dłu­gości. Wszystkim aż dech za­parło w pier­siach ze zdu­mie­nia.

Ser­pen­tyna upa­dła wreszcie na pod­łogę, skrę­cona jak wąż. Ale ma­gister Pie­truszka nie zdą­żył jesz­cze do­brze zła­pać od­de­chu, a już Ca­glio­stro chwycił go za ucho. I przy­się­gam — na mo­ich i in­nych oczach — z ucha Pie­truszki syp­nęły się barwne con­fetti.

— Pan ma myszki w gło­wie! — krzyknął gło­śno Ca­glio­stro.

I z dru­giego ucha Pie­truszki wy­cią­gnął białą mysz. Uczeni mę­żo­wie w ja­dalni ryk­nęli śmiechem. A ja po­my­śla­łem z prze­raże­niem: „Jeśli Ca­glio­stro za chwilę wy­cią­gnie za­skrońca z brzucha Pie­truszki, a drugą mysz wyj­mie mu z ust, to jest wię­cej niż pewne, że wy­mó­wią nam pokój w schronisku...”

Ale Ca­glio­stro chyba zro­zu­miał nie­bez­pie­czeń­stwo. Chwy­ciw­szy mysz za ogon, na oczach wszyst­kich wy­niósł ją z ja­dalni do ogrodu i udał, że ją tam wy­pusz­cza.

A Pie­truszka sie­dział na krze­śle jak spa­rali­żo­wany.

— To... to... to jest okropne — wy­jąkał.

Ach, ta jego zdu­miona, a zara­zem prze­ra­żona mina. I ten nowy ryk śmiechu, który wy­darł się z piersi je­dzą­cych śnia­danie na­ukowców.

Raptem para­liż minął Pie­truszce. Ze­rwał się od sto­lika i wy­biegł z ja­dalni. A w tym sa­mym cza­sie wró­cił z ogrodu mistrz Ca­glio­stro. Wkroczył dum­nie na salę i sztywno usiadł przy moim sto­liku.

Nie po­wiem, abym się czuł do­brze. Oczy wszyst­kich były na nas zwrócone. „Je­stem rów­nież skompro­mi­to­wany” — my­śla­łem. Po­cie­sza­łem się jedy­nie, że uczeni pa­trzyli na nas z sympa­tią, są to bo­wiem lu­dzie nie po­zba­wieni po­czu­cia hu­moru.

Szybko uwi­ną­łem się z za­pła­ce­niem ra­chunku i kel­nerce da­łem suty na­pi­wek, wskazując roz­sy­pane na pod­łodze con­fetti i ser­pen­tynę.

Na ko­ryta­rzu oświad­czy­łem Ca­glio­strowi:

— Je­śli jesz­cze raz spró­buje pan swoich sztu­czek z my­szami i za­skrońcem, roz­sta­niemy się. Mam tego do­syć. To mnie za­czyna nu­dzić, bo pan się po­wta­rza.

— Ach, tak? — za­kło­potał się mistrz. — No zgoda. Po­sta­ram się po­pra­wić.

Zo­sta­wi­łem go w schronisku i po­sze­dłem na spo­tka­nie z kate­drą.

We­dle starej tra­dycji, na wzgórzu, gdzie wznosi się obecnie mo­nu­mentalna bu­dowla oto­czona mu­rami obron­nymi, znaj­do­wał się kie­dyś skromny gro­dek. Wzgórze i gro­dek otrzymał w dro­dze da­rowi­zny pierwszy bi­skup war­miń­ski, An­zelm, i do drewnia­nego ko­ściółka po­sta­wio­nego na wzgórzu prze­niósł on ka­pitułę war­miń­ską z Bra­niewa, gdzie z powodu czę­stych po­wstań Pru­sów gro­ziło jej nie­ustanne nie­bez­pie­czeń­stwo.

W ty­siąc trzy­sta dwu­dzie­stym dziewią­tym roku przy­stą­piono do bu­dowy wa­rowni i mu­ro­wa­nego ko­ścioła. Miej­sce było spo­sobne, wzgórze miało urwi­ste, strome brzegi, ota­czały je jary. A gdy wznie­siono po­tężne mury obronne, wy­ko­pano głę­bokie fosy, nad któ­rymi prze­rzu­cono mo­sty zwo­dzone, ko­ściół kate­dralny stał się nie lada jaką wa­row­nią.

Przed kim mu­siał się bro­nić bi­skup i ka­pituła war­miń­ska? Wiemy z histo­rii, że die­cezja war­miń­ska była jakby pań­stwem w pań­stwie krzy­żac­kim, na jed­nej trze­ciej te­ryto­rium tej die­cezji bi­skup miał wła­dzę nie tylko du­chowną, ale i świecką, był sa­mo­dzielnym księ­ciem. Gro­ziły du­chownym ple­miona pru­skie, które choć pod­bite przez ryce­rzy za­kon­nych, prze­cież wciąż nie chciały pod­po­rząd­ko­wać się ich rzą­dom i raz po raz wzniecały krwawe po­wstania. Za­gra­żali bi­sku­powi rów­nież i sami ryce­rze za­konni, dla któ­rych ist­nie­nie w ich pań­stwie udzielnego księ­stwa było wciąż solą w oku. Obron­ność wa­rowni frombor­skiej szczegól­nie ważną oka­zała się w tym cza­sie, gdy na mocy po­koju to­ruń­skiego Warmia, jako Prusy Kró­lew­skie, stała się czę­ścią Pol­ski, z czym nie mo­gli po­go­dzić się Krzyżacy i raz po raz pró­bo­wali albo przy po­mocy in­tryg po­li­tycz­nych, albo też orę­żem ode­brać ją Pol­sce.

Do­piero na tle tych wy­da­rzeń ro­zu­mie się, dla­czego Mi­kołaj Ko­per­nik, wy­zna­czony przez ka­pitułę na ad­mini­stra­tora dóbr ka­pi­tuły, mu­siał oka­zać się nie tylko do­brym ka­noni­kiem, nie tylko astrono­mem, ale i wo­jow­ni­kiem. On to bo­wiem przy­spo­sobił za­mek w Olszty­nie do obrony przed Krzyża­kami.

Lecz oto i wa­row­nia frombor­ska. Wy­sokie, czerwono-bru­natne mury z zę­bami strzelnic, po­tężne wie­życe obronne, bramy z kra­tow­ni­cami.

Po ka­miennych schod­kach zsze­dłem w głąb fosy obronnej, sta­no­wią­cej dziś as­fal­tową stromą ulicę. Mi­ną­łem bramę za­chodnią i na po­dwó­rzec kate­dralny do­sta­łem się od strony połu­dniowej, przez główną bramę flan­ko­waną pół­okrą­głymi pięk­nymi basztami obron­nymi. Dziedzi­niec wo­kół ko­ścioła jest duży, rosną na nim dziś stare wie­kowe drzewa, przeważ­nie dęby. Kie­dyś wzdłuż mu­rów obron­nych zbu­do­wane były kurie, to jest mieszka­nia dla ka­noni­ków, al­bo­wiem we­dle prze­pi­sów ko­ścielnych każdy ka­nonik we From­borku, a było ich szes­nastu, mu­siał mieć jedno mieszka­nie we­wnątrz wa­rowni, a dru­gie za mu­rami, co brzmiało po łaci­nie: „cu­ria intra mu­ros” i „cu­ria extra mu­ros”. Rzecz ja­sna te kurie za mu­rami były znacznie wy­god­niej­sze, ota­czały je ogrody i za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­cze, al­bo­wiem we­dle prze­pi­sów każdy ka­nonik mu­siał mieć trzy konie pod wierzch dla sie­bie i swojej oso­bistej służby.

Dla­czego aż tyle roz­wo­dzę się o ku­riach? Ano dla­tego, że sta­no­wią one nie lada jaki przedmiot spo­rów na­ukowców. Wy­lano na ten temat dużo atra­mentu. Idzie bo­wiem o rzecz nie­ba­ga­telną. Gdzie mieszkał Ko­per­nik? W wieży czy w kurii we­wnętrznej, czyli w domu mieszkal­nym, przytyka­ją­cym do mu­rów? A gdzie znaj­do­wała się kuria ko­per­ni­kow­ska ze­wnętrzna? To sprawa też nie­błaha, bo wiąże się z nią za­gadka jego astrono­micznego ob­ser­wato­rium.

Ale zo­stawmy na razie sprawę kurii. Do na­szych cza­sów do­trwały tylko dwie, w jednej z nich od­nale­ziono piękne póź­no­go­tyc­kie stropy drewniane, po­kryte poli­chromią, oraz za­cho­wany pod tyn­kiem go­tycki por­tal. Tu, w tych ku­riach, mie­ściło się przez czas jakiś ko­per­ni­kow­skie mu­zeum, za­nim prze­nie­siono je do pa­łacu bi­sku­piego, po­łożo­nego we wschod­niej czę­ści wa­rowni. Pałac zo­stał znisz­czony pod­czas działań wo­jen­nych i obecnie go zre­kon­stru­owano. Jest w stylu go­tycko-ba­ro­ko­wym, bu­do­wany na pla­nie pod­kowy. Przed daw­nymi laty wchłonął go­tycką wieżę na­rożną, szkołę ka­pi­tulną i dawny pałac bi­skupi.

Cie­kawą też bu­dowlą we­wnątrz mu­rów jest stary ka­pitu­larz, z któ­rego pro­wa­dzi przejście do kate­dry, zbu­do­wany na łuku, co two­rzy nie­zwy­kle ma­low­niczy fragment ar­chi­tek­to­niczny.

Ale każ­dego, kto zjawi się na frombor­skim dzie­dzińcu kate­dral­nym, za­nim przy­stąpi do oglę­dzin kate­dry, wa­bią swym wi­do­kiem dwie po­tężne baszty. Pierwsza — w połu­dniowo-za­chodnim na­rożu — to dzwonnica. W swej dol­nej kon­dy­gna­cji jest ona póź­no­go­tyc­kim, ośmio­bocznym ba­stio­nem o mu­rach sied­miome­tro­wej gru­bości. Na­zy­wają ją „oktogo­nem”. Wznie­siono ją nie­gdyś jako po­mieszcze­nie dla dział for­tecz­nych. Znacznie póź­niej, bo w drugiej po­łowie sie­dem­na­stego wieku, bi­skup Ra­dziejow­ski po­sta­wił na okto­gonie czworo­kątną wieżę ba­ro­kową z prze­zna­cze­niem na dzwony.

A w pół­nocno-za­chodnim na­rożu stoi inna wieża, o zu­peł­nie od­miennym cha­rak­terze. Wy­soka, silna, wy­nio­sła, za­koń­czona spi­cza­stym da­chem — znana jest chyba każ­demu człowie­kowi w Pol­sce z ilu­stra­cji lub re­pro­duk­cji ma­lar­skich. To prze­cież słynna wieża Ko­per­nika. Jak mówi tra­dycja ustna, tutaj mieszkał Ko­per­nik, tu miał swoją pra­cow­nię, z tej wieży pa­trzył no­cami w gwiazdy i tu do­konał swego wiel­kiego od­kry­cia.

Za moimi ple­cami, zza gru­bych mu­rów kate­dry, są­czył się głę­boki głos orga­nów frombor­skich, słyn­nych na cały świat. Ktoś ćwi­czył fugę Ba­cha. Wy­dało mi się, że nie znajdę lep­szej at­mos­fery dla od­wie­dzin wnę­trza kate­dry.

Wznie­siono ją — jak już wspo­mniałem — w la­tach ty­siąc trzy­sta dwa­dzie­ścia dziewięć — ty­siąc trzy­sta osiem­dzie­siąt osiem, a więc bu­dowa trwała prze­szło pół wieku. Jest ogromna, mo­nu­mentalna, sta­nowi tak roz­po­wszech­niony na Po­mo­rzu typ hali trój­na­wo­wej ze skle­pie­niem gwiaździ­stym. Bryła świątyni, jej ażu­rowe szczyty oraz na­rożne wie­życzki — świadczą o wpływie fla­mandz­kiego go­tyku.

Do kate­dry wchodzi się przez dwa bo­gato rzeź­bione por­tale ka­mienne. Wnętrze kate­dry ma dzie­więćdzie­siąt me­trów dłu­gości. Pierwsze, co ude­rza wchodzą­cego — to ogromna ilość ołta­rzy, przeważ­nie baro­ko­wych i ro­ko­ko­wych, wy­róż­nia­ją­cych się nie­zwy­kłą ro­botą sny­cer­ską. W lewej na­wie za­cho­wał się do dziś stary ołtarz główny, po­lip­tyk z ty­siąc pięć­set czwartego roku, jeden z naj­cen­niej­szych przy­kła­dów póź­no­go­tyc­kiej rzeźby na Warmii. W cza­sach póź­niej­szych zbu­do­wano główny ołtarz, już mu­ro­wany, w stylu póź­nego ba­roku, wzo­ro­wany na ołta­rzu głównym kate­dry wa­wel­skiej. Wy­ko­nali go ka­mie­nia­rze spod Dęb­nika koło Kra­kowa, ka­mienne bloki ołta­rza pły­nęły Wi­słą aż do Fromborka — jesz­cze jeden przy­kład więzi Pol­ski z tym za­gu­bio­nym nad Za­le­wem Wi­śla­nym mia­steczkiem.

Inte­re­su­jąca jest rów­nież do­bu­do­wana w pięt­na­stym wieku go­tycka ka­plica, zwana „pol­ską”. Przez wszystkie czasy od­by­wały się w niej na­bo­żeń­stwa i ka­zania w ję­zyku pol­skim, po pol­sku także słu­chano tu­taj spo­wie­dzi. W ołta­rzu ka­plicy znaj­duje się obraz ota­cza­nego czcią w Pol­sce pa­trona ryce­rzy świętego Je­rzego.

W stroju świętego ude­rzają pol­skie barwy — biel i czerwień. Cie­kawa jest też inna ka­plica, znacznie póź­niej­sza, do­bu­do­wana nie­jako do całej kate­dry i wy­raź­nie rzu­ca­jąca się w oczy. To póź­noba­ro­kowa prze­piękna ka­plica bi­skupa Szembeka. Jej ściany we­wnętrzne i ko­pułę zdo­bią poli­chromie lidz­bar­skiego mala­rza May­era, a za­myka ka­plicę prze­piękna krata żela­zna, dzieło arty­sty z Re­szla.

A wo­kół całej kate­dry, na jej we­wnętrz­nych mu­rach, a także w po­sadzce liczne epita­fia opo­wia­dają o zmarłych bi­sku­pach i ka­noni­kach war­miń­skich. Przewa­żają w nich herby i na­zwi­ska pol­skie. Tu także na fila­rze, nie opo­dal am­bony, wi­dać epita­fium Mi­ko­łaja Ko­per­nika, umiesz­czone przez ka­pitułę w ty­siąc sie­dem­set trzy­dzie­stym pią­tym roku.

Czy tu, gdzie jest to epita­fium, spo­czy­wają pod po­sadzką kate­dry zwłoki Mi­ko­łaja Ko­per­nika, o któ­rym prze­cież wia­domo, że zmarł we From­borku i tu zo­stał po­cho­wany?...

Opusz­cza­łem kate­drę pełen róż­nora­kich myśli. Sły­sza­łem wciąż frag­menty gra­nej na orga­nach fugi Ba­cha. Głos orga­nów ude­rzał w stropy kate­dry i opa­dał w dół po­tęż­nymi akor­dami. Przytła­czał mnie ten dźwięk i roz­pra­szał myśli.

A prze­cież nale­żało się sku­pić. Przy­szła pora na działanie, a za­dań stało przede mną nie­mało. Na­le­żało wy­ko­nać pole­cenie dy­rek­tora Mar­czaka i prze­pro­wa­dzić kon­sul­tacje z na­ukowcami, aby przy­go­to­wać mate­riały do przewod­nika po From­borku. Na­le­żało też na­tychmiast pod­jąć walkę z Ba­turą, który już chyba wie­dział, gdzie jest drugi schowek Ko­eniga, skoro Ca­glio­stro przywiózł paczkę, prawdo­po­dob­nie z pię­cioma kie1ichami.

Usiadłem na ła­weczce pod dę­bem, na­prze­ciw Ko­per­ni­ko­wej wieży, i za­czą­łem pisać w notesie plan swoich przy­szłych zajęć. Na­pi­sa­łem:

1. Po­ro­zu­mieć się z astrono­mami i wy­dusić od nich od­po­wiedź, gdzie w końcu mie­ściło się ob­ser­wato­rium Ko­per­nika.
2. Po­ro­zu­mieć się z histo­ry­kami i usta­lić stan po­szu­ki­wań grobu Ko­per­nika.
3. Po­ro­zu­mieć się z ar­che­olo­gami. W przewod­niku warto wspo­mnieć o sta­nie ba­dań ar­che­olo­gicz­nych.
4. Wy­ja­śnić sprawę mo­net.

A gdy napi­sa­łem ostatni punkt, aż roze­śmiałem się. Jak łatwo było napi­sać: „Wyjaśnić sprawę mo­net”. Pa­pier jest cier­pliwy.

Mój śmiech nad kartką pa­pieru przywabił pa­nienkę w spodniach i oku­la­rach, z aparatem foto­gra­ficz­nym prze­rzu­co­nym nie­dbale przez ramię. W ręku trzymała tury­styczną torbę. Była młoda, może miała ze dwa­dzie­ścia trzy lata. Okulary w ciemnej oprawie do­sko­nale har­mo­ni­zo­wały z jej jasną cerą i ciemnymi kę­dzio­rami buj­nych wło­sów.

Wy­glą­dała na tu­rystkę, a wiele ich zaw­sze na dzie­dzińcu frombor­skiej kate­dry.

— Czy pan ry­suje dow­cipy? — za­py­tała mnie. — I czy to od­po­wiednie miej­sce, aby ry­so­wać i śmiać się z wła­snych dow­ci­pów?

Za­mknąłem notes i schowa­łem go do kie­szeni.

— Tak jest. Na­pi­sa­łem dow­cip — po­wie­działem. — A pani przy­szła w to świąto­bliwe miej­sce, aby pod­ry­wać?

— Nie, pro­szę pana — ro­ze­śmiała się swo­bod­nie. — Chciałam pana pro­sić, żeby mnie pan cyk­nął z mo­jego apa­ratu. Na tle wieży Ko­per­nika. Je­stem tu sama, a chciała­bym mieć zdję­cie.

No­siła czerwony golf, a ja lubię czerwony kolor. I w ogóle była bar­dzo ładna, miała śmiejącą się buzię, a ja prze­pa­dam za ta­kimi pa­nien­kami.

Ochoczo więc ze­rwa­łem się z ławki i wziąłem z jej rąk apa­rat foto­gra­ficzny. Na­sta­wiła go na od­po­wiednie światło i na wła­ściwy czas na­świetlania. Sta­nęła pod wieżą ko­per­ni­kow­ską, a ja do­ko­na­łem „cyknię­cia”.

— Dziękuję panu uprzejmie — ski­nęła mi głową od­bie­rając apa­rat. — A więc je­stem uwi­doczniona na tle wieży, gdzie mieszkał i pra­co­wał Mi­kołaj Ko­per­nik.

— Nie wia­domo — stwierdzi­łem.

— Nie wia­domo? — zdziwiła się. — Sądzi pan, że zdję­cie się nie udało?

— Ach, nie. Po­wie­działem, że nie wia­domo, czy w tej wieży mieszkał i two­rzył Mi­kołaj Ko­per­nik.

— Co pan opo­wiada? Ogląda­łam obraz Jana Ma­tejki, na któ­rym wi­dać wła­śnie Mi­ko­łaja Ko­per­nika sie­dzą­cego na wieży i pa­trzą­cego w gwiazdy.

— Jan Ma­tejko oparł anegdotę swego ob­razu na tra­dycji ust­nej. A jakże ina­czej lud mógł sobie wy­obra­zić astronoma, jak nie sie­dzą­cego na wieży i spo­glą­dają­cego w gwiazdy? Nie­stety lud nie wie, że astrono­mowi do jego ba­dań po­trzebne są in­stru­menty. Czy pani sobie po­trafi wy­obra­zić, jak wy­glą­dał taki „kwadrant sło­neczny”, in­stru­ment skon­stru­owany przez Ko­per­nika? Był bar­dzo duży, pro­szę pani. I gdzie on z tym kwa­drantem mógłby się po­mie­ścić na swej wieży?

— Może był tu ja­kiś taras?

— Nie ma po nim żad­nych śla­dów. Taras mu­siałby wspierać się na czymś, a śla­dów ta­kiego wspornika nie od­kryto. Zresztą czy­tałem nie­dawno pracę pew­nego histo­ryka z In­sty­tutu Ma­zur­skiego, który udo­wad­nia nie­zbi­cie, że przy­pusz­cze­nie, ja­koby wieżę we From­borku przy­dzielano ka­noni­kom na mieszka­nia, na­leży sta­now­czo od­rzu­cić. Przy­dzielano im wieże w zu­peł­nie in­nym celu. Ka­pituła kie­ro­wała się ra­czej tro­ską o to, aby po­przez oso­bistą od­po­wie­dzialność ka­no­nika za „jego” wieżę, siłą rze­czy pod­nieść jej obron­ność. Możli­wość, aby wieże mo­gły łą­czyć w sobie funk­cje obronne i miesz­kalne, bez uszczerbku dla tych pierwszych, wy­daje się wąt­pliwa. A zresztą, gdy w la­tach ty­siąc pięć­set dwa­dzie­ścia — dwa­dzie­ścia jeden na­jazd krzy­żacki zniszczył kurie, le­żące na ze­wnątrz wa­rowni, ka­no­nicy szu­kali sobie po­mieszczeń za­stęp­czych w po­klasztor­nych za­bu­do­wa­niach An­to­nitów w mia­steczku, a nie prze­ra­biali wież na mieszka­nia. Ale trzeba po­wie­dzieć, że ta wieża rze­czy­wi­ście nale­żała do Ko­per­nika. Za­płacił za nią trzy­dzie­ści grzywien.

Pa­nienka tro­chę po­smutniała, słu­cha­jąc mo­ich wy­wo­dów.

— Szkoda — wes­tchnęła — bo to takie ro­man­tyczne: pa­trzeć na tę wieżę i wy­obra­żać sobie, że tu wła­śnie mieszkał Ko­per­nik. A skąd pan ma aż tyle wia­do­mo­ści o tej sprawie?

— Je­stem z De­par­ta­mentu Mu­zeów i Ochrony Za­byt­ków z War­szawy — wy­ja­śni­łem. — Przyje­cha­łem tu, aby opra­co­wać przewod­nik po From­borku.

Tak roz­ma­wia­jąc ode­szli­śmy od Ko­per­ni­ko­wej wieży i przez główną bramę wy­do­stali­śmy się na ze­wnątrz wa­rowni.

— Je­stem bar­dzo zo­bo­wią­zana za te wy­ja­śnie­nia — po­wie­działa. — I za­pra­szam pana na kawę. Tylko gdzie tu jest ka­wiar­nia?

Pa­nienka była bar­dzo ładna. I coś mnie w niej ude­rzało. Coś bar­dzo zna­jo­mego.

— Przyjmuję za­pro­sze­nie — skło­niłem się. — Ale czy ja pani już gdzieś nie wi­działem?

Za­trzymała się, zmie­rzyła mnie od stóp do głowy.

— Pan jest taki sam? — zdziwiła się.

— Jaki?

— Ile­kroć jakiś męż­czy­zna chce ze mną za­wrzeć zna­jo­mość, po­wiada: „Przepra­szam, ja panią skądś znam”.

— Kiedy na­prawdę pani wy­daje mi się zna­joma.

— Wy­daje się panu — stwierdziła. — A teraz niech pan po­wie, gdzie tu jest ka­wiar­nia?

Zna­łem we From­borku tylko jedną ka­wiar­nię. Koło portu. Po­szli­śmy więc wolno uli­cami mia­steczka.

Był dzień sło­neczny i wy­da­wałby się upalny, gdyby nie wiatr od za­lewu, który niósł ostry i zimny za­pach mo­rza.

Mia­steczko Frombork, jak po­wie­działem, jest uro­cze. Ocalałe z po­żogi wo­jen­nej domki są ład­nie ma­lo­wane, a nie­które z nich, za­byt­kowe ka­mie­niczki, przy­po­mi­nają do­meczki dla lalek. La­tem trwa tutaj har­cer­ska „Operacja Frombork 1001”. Co krok spo­tyka­liśmy umundu­ro­wa­nego har­cerza czy har­cerkę, od czasu do czasu mi­jali­śmy gro­madki har­cerzy po­rząd­kują­cych kwietniki i traw­niki, które zało­żono na miej­scu wy­bu­rzo­nych do­mów.

W po­bliżu za­byt­ko­wej go­tyc­kiej wieży wo­do­cią­go­wej z pięt­na­stego wieku na­tknę­liśmy się na Ca­glio­stra. Miał wielce ura­do­waną minę.

— W ko­men­dzie cho­rągwi — oświad­czył mi — za­pew­niłem sobie dwa wy­stępy dla mło­dzieży. Wy­stępy te będą połą­czone z na­uką sztuk ma­gicz­nych. Do­sta­łem za­liczkę. I zwracam panu koszty mo­jego do­tych­cza­so­wego utrzyma­nia.

To mó­wiąc wrę­czył mi pie­nią­dze.

— Ten pan jest ilu­zjo­nistą — wy­ja­śni­łem pa­nience, która sły­sząc o sztu­kach ma­gicz­nych, zro­biła zdu­mioną minę.

Ca­glio­stro z uznaniem po­pa­trzył na pa­nienkę.

— Szybko się pan uwi­nął, nie ma co — stwierdził — le­dwie pana spu­ści­łem z oka, a już pan za­warł taką wspaniałą zna­jo­mość.

I za­miast pójść swoją drogą, za­jąć się, na przy­kład po­zo­sta­wio­nym w klatce w na­szym po­koju kró­licz­kiem, za­skrońcem i my­szami (czy on nie miał ja­kiejś my­szy w kie­szeni?), przy­cze­pił się do nas.

— Pani na długo we From­borku? — za­gad­nął pa­nienkę.

— Będę tu kilka dni — od­rze­kła.

— I pani sama tu przyje­chała? — oka­zy­wał coraz większą cie­ka­wość.

— Nie. Je­stem tu z kole­żan­kami i ko­le­gami.

Nie do­pusz­czał mnie do głosu. Za­pewne i jemu spodobała się ta pa­nienka.

We­szli­śmy do ka­wiarni, mieszczą­cej się w ob­skur­nym po­dłuż­nym ba­raku. Za­mó­wili­śmy dwie duże kawy dla mnie i dla pa­nienki. Ca­glio­stro po­prosił tylko o szklankę wody, co jak się póź­niej oka­zało, nie było bez zna­cze­nia.

— Jak pani na imię? — wciąż za­ga­dy­wał pa­nienkę.

— Ala.

— Ala? Bar­dzo ładne imię — za­chwycił się Ca­glio­stro. — Przypo­mi­nają mi się na­tychmiast moje bez­tro­skie szkolne lata i ele­mentarz Fal­skiego, w któ­rym na pierwszej stro­nie figu­ro­wało imię „Ala”. Pa­mię­tam, jak wkuwa­łem: „Ala ma kota”.

Do­da­łem:

— A dalej czy­tali­śmy w ele­mentarzu: „To As”. I jesz­cze dalej: „To As Ali”.

Ca­glio­stro spoj­rzał na mnie uważnie, a zara­zem ostrze­gaw­czo, jakby chciał dać mi do zro­zu­mie­nia: „Nie wy­ma­wiaj tego imie­nia nada­rem­nie”. Nie chciał się nara­zić Asowi i jego żela­znym ła­pom.

A ja po­wtó­rzy­łem:

— To As Ali...

I coś mnie tknęło. Jakaś myśl, wspo­mnienie, re­mini­scen­cja ja­kie­goś prze­życia. Dla­czego ta dziew­czyna wy­da­wała mi się zna­joma? Prze­cież nigdy w życiu jej nig­dzie nie wi­działem, nie spo­tka­łem. A jed­nak jak­bym już ją wi­dział, a może... sły­szał? No tak. Prze­cież to chyba jej głos pły­nął do mnie z ta­jem­ni­czego Asa. O rany, czyżby to była ona? Ta­jem­nicza dama z groź­nego po­jazdu?...

Być może Ala zda­wała sobie sprawę z nara­stają­cych we mnie po­dej­rzeń. Uśmiech­nęła się za­lotnie do Ca­glio­stra i po­wie­działa szybko:

— A pan jest na­prawdę ilu­zjo­nistą? Na­prawdę zna pan sztuki ma­giczne? Niech pan zrobi jakąś sztuczkę, bar­dzo pro­szę...

— Ach, sztuki ma­giczne wy­ma­gają wiel­kiej kon­cen­tracji umy­słu — oświad­czył mistrz. — Pani po­zwoli, że się tro­chę sku­pię nad ga­zetą.

Wy­cią­gnął z kie­szeni tygo­dnik ilu­stro­wany, zdaje się, że „Zwier­cia­dło”. Przez chwilę go kart­ko­wał, przewra­cając strona po stro­nie. Ale nig­dzie dłu­żej nie za­trzymy­wał się wzrokiem.

Po­de­szła do nas kel­nerka, nio­sąc na tacy dwie fili­żanki kawy i szklankę wody.

— Dla kogo kawa, a dla kogo woda? — za­py­tała.

— Dla mnie i dla pani kawa — po­wie­działem.

— A szklanka wody dla mojej ga­zety — po­wie­dział Ca­glio­stro zwi­jając ga­zetę w rulon.

Kel­nerka uśmiech­nęła się, my­śląc, że Ca­glio­stro robi głu­pie dow­cipy.

A on wziął z tacy szklankę wody i wlał ją w... rulon „Zwier­cia­dła”. Lał tę wodę wolno, wi­dzie­liśmy wy­raź­nie, jak za­war­tość szklanki znika w rulo­nie i ani kro­pla nie wy­cieka na pod­łogę.

— No, na­resz­cie ga­zeta tro­chę się na­piła — po­wie­dział Ca­glio­stro do kel­nerki. I roz­winął ga­zetę, znowu ją kart­kując.

Kel­nerka stała jak ska­mie­niała bi­blijna żona Lota.

— Co pan zro­bił? — wy­du­siła z sie­bie.

— Jak to, co zro­biłem? — udał zdziwie­nie mistrz czar­nej i białej magii. — To ra­czej ja panią za­py­tam: dla­czego nie przy­nio­sła mi pani wody, a tylko pustą szklankę?

— Pan wodę wlał do ga­zety — od­rze­kła kel­nerka.

— Do ga­zety? Pani prze­cież widzi, że w gaze­cie nic nie ma — upie­rał się Ca­glio­stro, jesz­cze raz kart­kując tygo­dnik, jakby szczerze szu­kając w nim wody.

— Pan wlał do ga­zety... — nie­pew­nie stwierdziła kel­nerka.

— Do ga­zety? — Ca­glio­stro znowu zro­bił zdu­mioną minę. — W takim razie po­szu­kamy tego, co mi pani przy­nio­sła.

Znowu zwi­nął ga­zetę w rulo­nik. A po­tem po­trzą­snął nią i z ga­zety do szklanki wy­sy­pały się kolo­rowe krążki con­fetti.

— Oto, co mi pani po­dała do picia — oświad­czył wrę­cza­jąc kel­nerce szklankę wy­peł­nioną con­fetti. — Bar­dzo pro­szę to od­nieść do bu­fetu i za­miast tego pro­szę jed­nak o szklankę wody.

Kel­nerka pa­trzyła na Ca­glio­stra jak na zjawę. Po­tem nagle roze­śmiała się i po­szła do bu­fetu, aby za­pewne opo­wie­dzieć bu­feto­wej o dziwnym go­ściu i jego sztuczce z wodą.

A Ca­glio­stro spo­koj­nie zło­żył tygo­dnik i schował do kie­szeni. Dumnie pa­trzył na Alę, szu­kając w jej twa­rzy uznania dla swoich ma­gicz­nych umiejętno­ści.

Lecz Ala — o dziwo — tylko wzruszyła ra­mio­nami.

— Ta­kie sztuki mi nie im­po­nują — po­wie­działa. — Ja umiem robić lep­sze.

— Ja­kie? — za­pytał obu­rzony Ca­glio­stro.

— Z my­szą — od­rze­kła. — Z tre­so­waną my­szą.

— Co? — ryk­ną­łem strasznym gło­sem. — Ca­glio­stro, za­bra­niam sztuk z my­szami. Umawia­liśmy się w tej sprawie.

— Nie wziąłem żad­nej myszki — wes­tchnął z ubo­le­wa­niem Ca­glio­stro. — Pan mi za­bro­nił.

— Pan ma tre­so­waną mysz? — za­inte­re­so­wała się Ala.

— Owszem. Mam dwie białe my­szy. Ale my­szy nie można wy­tre­so­wać — po­wie­dział Ca­glio­stro.

— Pan się myli — po­gar­dli­wie od­rze­kła Ala. — Może białe my­szy są za mało inte­li­gentne do tre­sury. Ja po­sia­dam szarą myszkę. Robi wszystko, co ze­chcę.

— Pani raczy żar­to­wać — burknął Ca­glio­stro, zły, że Ali nie za­im­po­no­wały jego sztuczki.

— No to niech pan po­pa­trzy — oświad­czyła Ala. I z kie­szeni swoich spodni wy­cią­gnęła za ogon szarą myszkę.

— Je­zus Ma­ria! — jęk­ną­łem. — Znowu my­szy?! Ala poło­żyła ją na pod­łodze. I mysz za­częła jak oszalała bie­gać po­mię­dzy no­gami krze­seł i stoli­ków.

Nie­wielu gości było w ka­wiarni, ale ci, co się tu znaj­do­wali, zaraz za­częli wo­łać:

— O mysz, mysz! Pa­trzcie, mysz!

Bu­fe­towa wdrapała się na bufet, kel­nerka wskoczyła na krze­sło. A mysz jak oszalała bie­gała po całej sali. Ala zaś za­częła mysz wa­bić:

— No, chodź tu, ko­cha­nie. Chodź tu, naj­mi­lejsza... Mysz, jakby sły­sząc głos Ali, przy­sta­nęła, a po­tem wolno skie­ro­wała się w naszą stronę. Ala wa­biła ją jak pie­ska, cmo­kając i po­gwizdując ci­chutko.

Raptem z kąta ka­wiarni wy­sko­czył ogromny kot.

— Ko­niec z pa­nią my­szą — stwierdzi­łem.

— O, kot! Kot zaraz ją zła­pie! — wo­łali go­ście od stoli­ków.

— Na­resz­cie bę­dzie ko­niec z my­szą — krzyknęła bu­fe­towa z wy­soko­ści bu­fetu.

Kot jak bły­ska­wica rzucił się na mysz. Cap­nął ją łapą i... cof­nął łapę. Chciał chwycić mysz py­skiem i zaraz cof­nął pysk.

A mysz wcale nie ucie­kała. Jakby roz­gniewana obecno­ścią kota, od­wró­ciła się mordką i jesz­cze bar­dziej zbli­żyła się do niego.

A po­tem naj­wy­raź­niej w świe­cie za­częła na kota na­cie­rać. Mysz ata­ku­jąca kota. No, tego jesz­cze chyba nikt nie wi­dział...

Kot zaś znowu chciał mysz cap­nąć łapą. I jesz­cze raz cof­nął łapę jak opa­rzony. Zro­bił kilka kro­ków do tyłu miaucząc z wściekło­ści czy też ze stra­chu. A szara mysz jesz­cze bar­dziej zbli­żyła się do niego. Do­tknęła py­skiem ko­ciej łapki i... kot za­czął ucie­kać. A mysz za nim. Go­niła kota przez całą salę, aż biedne ko­cisko wskoczyło na stolik. Do­piero wtedy mysz dała mu spo­kój i za­wró­ciła do na­szego sto­lika.

Ala chwyciła ją z pod­łogi i schowała do kie­szeni spodni.

— Czy mógłbym ją obej­rzeć? — po­prosił grzecznie Ca­glio­stro.

— A czy ja oglą­da­łam pań­ską ga­zetę? — od­po­wie­działa pyta­niem. — Pan zro­bił sztuczkę i ja panu po­ka­za­łam sztuczkę. Oto i wszystko. A czyja sztuczka była lep­sza, to niech już kto inny osą­dzi.

 


ROZDZIAŁ ÓSMY [top]

NOWOCZESNE ZABAWKI • ROBIĘ GENIALNE ODKRYCIE • DIABLA GÓRA I CO DALEJ • ŻALE MAGISTRA PIETRUSZKI • JAK ROZKOPAĆ DZIWNE WZGÓRZE • NIE JESTEM JASNOWIDZEM • HISTORIA O WDOWIE GERTRUDZIE I BISKUPIE ANZELMIE • WĄŻ AMBICJI • ZAKAZY ARCHEOLOGICZNE • CZY PIETRUSZKA JEST PIĘKNY

 

W ka­wiarni por­towej przez jakiś czas trwało po­dejrzliwe za­inte­re­so­wa­nie na­szym stoli­kiem. Szczegól­nie kel­nerka sta­rała się nas ostrożnie omi­jać. Ale mysz panny Ali nie bu­dziła ni­czy­jego prze­raże­nia lub wstrętu. Każdy bo­wiem dość szybko zdał sobie sprawę, że była to mysz au­to­ma­tyczna, ro­dzaj me­cha­ni­zmu. Za­uwa­ży­łem, że gdy Ala pu­ściła swą mysz na pod­łogę, wy­jęła z to­rebki mały, czarny apa­racik i przy jego po­mocy zdal­nie kie­ro­wała ru­chami my­szy. Me­cha­niczne to zwie­rzątko miało nie­ru­chome nóżki i „bie­gało” na zę­ba­tych kó­łecz­kach, które po­wo­do­wały szmer, a prze­cież, jak wia­domo, praw­dziwe my­szy bie­gają nie­mal bez­sze­lest­nie.

Każdy in­teli­gentny człowiek oglą­dał lub przy­najmniej sły­szał o no­wo­cze­snych za­baw­kach, wszelkiego ro­dzaju ma­lut­kich po­jaz­dach, żół­wiach, ża­bach i in­nych zwie­rząt­kach poru­sza­nych przy po­mocy fal ra­dio­wych z ma­łego na­daj­nika; ży­jemy w epoce tran­zy­sto­rów, mi­nia­tu­ro­wych apa­ratur elek­tro­nicz­nych — ni­kogo już takie sprawy u nas nie dzi­wią. Dwa opa­słe tomi­ska książki Janu­sza Woj­cie­chow­skiego za­ty­tuło­wane „Nowo­cze­sne za­bawki” w mig się roze­szły, świadcząc o du­żym za­inte­re­so­wa­niu tego ro­dzaju sprawami.

Ala za­pre­zen­to­wała nam taką wła­śnie zdal­nie kie­ro­waną za­bawkę, go­ście ka­wiarni wkrótce prze­szli nad tym do po­rządku dziennego i za­jęli się sobą.

My rów­nież do­pili­śmy kawę, a Ca­glio­stro tym ra­zem już bez żad­nych sztu­czek wypił szklankę wody, o którą po­prosił kel­nerkę.

Miałem wciąż ochotę za­pytać Alę o jej Asa, ale prze­szka­dzała mi w tym obecność Ca­glio­stra. Nie są­dzi­łem, aby on sko­jarzył sobie Alę z ko­bietą, która przema­wiała do nas ze straszli­wego po­jazdu. Na­pro­wa­dze­nie go na tę myśl wy­da­wało mi się nie­po­trzebne. Zresztą zo­bo­wią­zy­wała mnie prze­cież obietnica mil­cze­nia. Być może Ala spe­cjal­nie za­częła ze mną roz­mowę na frombor­skim dzie­dzińcu kate­dral­nym, aby wy­ba­dać, czy nie roz­ga­duję się na temat Asa. Jakie ta­jem­nice wią­zały się z osobą tej ład­nej pa­nienki? Może usły­szawszy, że roz­pusz­czam język o Asie, przywoła ja­kieś groźne me­cha­ni­zmy, a one po­rwą mnie i wpa­kują na kilka dni do ja­kie­goś ba­raku?

Tymcza­sem zaś panna Ala roz­wo­dziła się nad uro­kami Fromborka, opo­wia­dała o wraże­niach, ja­kie od­nio­sła zwiedza­jąc oko­lice.

— Tutaj bar­dzo przyjem­nie spę­dza się czas. Przed trzema dniami od­by­łam wy­cieczkę stat­kiem z Fromborka do Tolkmicka. Po­tem do Kry­nicy Mor­skiej. By­łam też na Dia­blej Gó­rze, a teraz za­po­znaję się z za­byt­kami Fromborka...

Nie sły­sza­łem już, co dalej mó­wiła. Coś ści­snęło mnie za gar­dło. Przez chwilę nie by­łem w sta­nie wy­mó­wić ani słowa. Wreszcie jakiś skrzek wy­rwał mi się z ust:

— Pani kel­nerko, chcemy pła­cić...

Ala i Ca­glio­stro spoj­rzeli na mnie ze zdziwie­niem, za­sko­czył ich ton mego głosu.

— Prze­pra­szam — mrukną­łem, kaszlnąw­szy — ale gar­dło mnie boli.

Zdaje mi się, że Ala zwróciła uwagę na mój błędny wzrok i dziwne drże­nie rąk, gdy wyj­mo­wa­łem pie­nią­dze.

Wy­szli­śmy z ka­wiarni. Gnałem do przodu, jak­bym gdzieś się śpie­szył.

Ala szła wolno, spa­ce­ro­wym kro­kiem, i wciąż mu­sia­łem ku niej wra­cać.

Ach, gdyby wie­dzieli, co się we mnie działo? Jaka straszliwa burza myśli mnie ogar­nęła. Miałem uczucie, że wy­rosły mi skrzydła, że za chwilę ra­do­śnie po­frunę w prze­stwo­rzach. Było to wspaniałe uczucie czło­wieka, który trafił na od dawna po­szu­ki­wany ślad.

Ca­glio­stro zo­ba­czył wy­stawę sklepu z wa­rzy­wami.

— Prze­pra­szam pań­stwa — po­wie­dział kła­nia­jąc się pan­nie Ali — mu­szę kupić ja­rzynki dla mego kró­liczka oraz na­kar­mić inne zwie­rzaki. Spotkamy się na obie­dzie, prawda? — za­pytał mnie.

Ski­ną­łem głową. Ala ode­zwała się do mnie:

— A może zaj­rzymy do portu? Zrobi mi pan zdję­cia na tle za­lewu?

— Do­brze, do­brze — od­rze­kłem z roz­tar­gnie­niem. Lecz gdy tylko Ca­glio­stro znik­nął w sklepie wa­rzywnym, silnie chwyciłem Alę za rękę.

— Je­dziemy! Je­dziemy tam na­tychmiast!

— Co ta­kiego? Do­kąd? Co się panu stało? — usi­ło­wała wy­szarpnąć rękę z mojej dłoni.

— Musi mi pani po­kazać Dia­blą Górę. Na­tychmiast. Za­raz. Czy pani ro­zu­mie, co to dla mnie zna­czy? Dia­bla Góra, cha, cha — śmiałem się do sie­bie — Dia­bla Góra to prze­cież Teu­fels­berg.

I mó­wiąc to, cią­gną­łem Alę w stronę schroniska PTTK, gdzie par­ko­wał mój we­hikuł.

Pa­nienka nie sta­wiała oporu. Nie ro­zu­miała, o co mi cho­dzi, ale była cie­kawa i dała się po­pro­wa­dzić do we­hi­kułu.

— Dia­bła Góra jest na le­wym brzegu Baudy — wy­ja­śniła mi po dro­dze. — Musi pan je­chać drogą, która pro­wa­dzi do znaku: „za­kaz wjazdu”.

A więc wczoraj przejeż­dża­łem z Ca­glio­strem obok Dia­blej Góry. Ale skąd mo­głem wie­dzieć, że to wła­śnie jest Dia­bla Góra?

Otworzy­łem drzwiczki we­hi­kułu.

— Poje­dziemy tym śmiesznym ru­pie­ciem? — za­wa­hała się Ala. — Czy on nie roz­pad­nie się po dro­dze? Boże już lepiej chodźmy pie­chotą. To prze­cież tylko pół­tora ki­lo­metra od Fromborka.

— Szkoda każ­dej chwili — warkną­łem. I szkoda mi było czasu, aby wy­ja­śnić pa­nience prawdę o moim we­hi­kule. Niech so­bie o nim myśli, co chce. Że jest żało­sny, śmieszny, przy­po­mina czółno skrzyżo­wane z na­mio­tem, po­jazd z We­nus lub Marsa, że zna­la­złem go w skład­nicy złomu.

Zje­cha­łem we­hi­ku­łem z frombor­skiego wzgórza i wpa­dłem na drogę pro­wa­dzącą w stronę PGR Bog­dany.

W pew­nej chwili za­ha­mo­wa­łem rap­tow­nie. Pa­nienka o mało nie stuk­nęła czo­łem w szybę. Za­trzyma­łem we­hikuł i otworzy­łem tylne drzwi.

— Sia­daj — po­wie­działem do idą­cego drogą har­cerza.

To był Baśka. Szedł w kie­runku Dia­blej Góry.

— Wy­ru­szy­łem tro­pem ma­gistra Pie­truszki — wy­jaśnił chło­piec. — On mó­wił, że wie, gdzie jest drugi schowek puł­kow­nika Ko­eniga, a te­raz znowu po­szedł w kie­runku Dia­blej Góry. Więc po­my­śla­łem, że może to tam jest druga skrytka ze skar­bami?

— Po­szedł na Dia­blą Górę? — upewniłem się.

— Tak. W towa­rzy­stwie tej pani ar­che­olog i ta­kiej ład­nej czar­nej pani, z którą kil­ka­krot­nie spa­ce­rował po uli­cach Fromborka.

— To gor­sza sprawa — zmartwi­łem się. — Na­tkniemy się na nich i będę miał prze­prawę z Pie­truszką za to, że wtrą­cam się do po­szu­ki­wań skar­bów. Aha — przy­po­mniałem sobie o obecno­ści panny Ali — to jest mój przyjaciel, prze­zwi­skiem Baśka — przedsta­wi­łem go pa­nience.

— Wy­wia­dowca? — za­inte­re­so­wała się Ala.

— Coś w tym ro­dzaju — skromnie przytaknął chło­piec.

Panna Ala z uśmie­chem po­ki­wała głową.

— A ja już uwie­rzy­łam, że pan przyjechał do Fromborka, aby opra­co­wy­wać przewod­nik. Tymcza­sem, jak oka­zuje się, pana inte­re­sują skarby puł­kow­nika Ko­eniga, o których pi­sały ga­zety.

— Owszem, cie­kawi mnie sprawa tych skar­bów — przy­zna­łem. — Ale prawdą jest, że przyje­cha­łem dla opra­co­wa­nia przewod­nika po From­borku. Po­szu­ki­wa­niem skar­bów zaj­muje się mój ko­lega z tego sa­mego De­par­ta­mentu Mu­zeów i Ochrony Za­byt­ków, pan ma­gister Pie­truszka.

Lecz oto uka­zał się przed nami most na Bau­dzie, rwą­cej w tym miej­scu głę­bo­kim ko­ry­tem. Po lewej ręce panna Ala po­ka­zała nam dość wy­soki i pła­ski jak pa­telnia pagó­rek, wznoszący się wśród nad­rzecznych łąk, krza­ków i mo­kra­deł. Re­gu­larny kształt wzgórka oraz jego pła­ska po­wierzchnia wy­raź­nie wskazy­wały, że wzniesie­nie to po­wstało w spo­sób sztuczny, stwo­rzyła je ręka czło­wieka.

Na szczycie pa­górka sie­działy na tra­wie trzy osoby: ma­gister Pie­truszka i dwie panie. Jedną z nich do­brze zna­łem — była to Ba­bie Lato,

Zje­cha­łem we­hi­ku­łem na prawą kra­wędź szosy i za­trzyma­łem się. Na­sza gro­madka opu­ściła sa­mo­chód i przez łąkę skie­ro­wała się na pagó­rek zwany Dia­blą Górą.

„A więc to gdzieś tu­taj puł­kow­nik Ko­enig zro­bił drugi schowek dla swoich łu­pów?” — roz­my­śla­łem.

Miej­sce było do­brze wy­brane. Oko­lica wy­da­wała się bez­ludna i dzika. Rzeka Bauda spływała tędy do mo­rza od­no­gami, wszędzie krzewiły się chaszcze, zie­mia była pod­mo­kła i zdradliwa. Na pra­wym brzegu Baudy wznosiła się po­tężna góra, zaro­śnięta drzewami — tam wła­śnie w głę­bo­kim wą­wo­zie spo­tkali­śmy wczoraj Asa.

Ma­gister Pie­truszka, jak słusznie przewi­dy­wa­łem, nie był za­chwycony moim wi­do­kiem.

— Czy sprowa­dziły cię tutaj sprawy przy­go­to­wy­wa­nego przewod­nika po From­borku? — za­pytał z iro­nią.

Po­sta­no­wi­łem za­grać z nim w otwarte karty.

— Po­wie­działem ci już w ja­dalni, że nikt nie za­mie­rza ci ode­brać za­dania od­kry­cia schow­ków ze skar­bami. Ja mam, jak wiesz, inne za­danie.

— Opraco­wa­nie przewod­nika — po­wtó­rzył z iro­nią.

— Nie tylko — od­par­łem z po­wagą. — Pod­czas two­jej nie­obecności w War­sza­wie wy­nik­nęła nowa, dość po­dej­rzana sprawa. Nie zo­sta­łem upo­waż­niony do wta­jem­ni­cza­nia cię w nią. Ale ujawnię ci, że tropy w tej sprawie pro­wa­dzą do Fromborka i w jakiś spo­sób wiążą się z za­gadką schow­ków puł­kow­nika Ko­eniga. Dla­tego nasze po­czy­nania będą się z sobą nie­ustannie splatać i w ja­kiś spo­sób zazę­biać. Ale przy­się­gam ci, że jeśli trafię na naj­drobniej­szy ślad, pro­wa­dzący do schow­ków, zo­sta­niesz o nim przeze mnie poin­for­mo­wany.

— Dziękuję ci — ski­nął głową, lecz w jego gło­sie za­brzmiała ta sama iro­nia.

— Za­danie masz trudne — do­da­łem roz­glą­dając się po wzgórzu. — Zdaje mi się, że cze­kają cię nie lada kło­poty. „Teufelb” z planu Ko­eniga to chyba Dia­bla Góra. Ale co dalej?

— Kło­poty, hę? — nie­ufnie po­wtó­rzył Pie­truszka. — A, tak, masz racją. Same kło­poty. Zna­la­złem Dia­blą Górę, roz­szy­fro­wa­łem drugi punkt z planu Ko­eniga. I co z tego? W któ­rym miej­scu na tym pa­górku szu­kać schowka ze skar­bami? Tu pełno ja­kichś dziur, resztek sta­rych ce­gieł i da­chó­wek. Trzeba by prze­ko­pać całe wzgórze.

— Owszem — przytak­ną­łem — Sytu­acja wy­daje mi się nie­mal bez­na­dziejna. Dla­tego po­wta­rzam, nie za­zdroszczę ci. Już wolę opra­co­wy­wać przewod­nik po From­borku.

Te słowa mile po­łechtały poże­rają­cego go węża am­bicji. Oświad­czył dum­nie:

— Sam przy­zna­łeś, że ty zre­zy­gno­wał­byś z po­szu­ki­wań, bo sytu­acja wy­daje ci się nie­mal bez­na­dziejna. Ale ja je­stem inny. Wziąłem na swoje barki to za­danie i wy­ko­nam je.

Przywi­tałem się z Ba­bim La­tem. Przed dzie­się­cioma laty, gdy ona była jesz­cze mło­dziutkim ar­che­olo­giem, zgłę­biali­śmy ra­zem ta­jem­nice starej dwu­na­sto­wiecznej kole­giaty i od­na­leźli­śmy dro­go­cenny re­li­kwiarz. Flir­to­wali­śmy na­wet ze sobą. Ale, jak po­wia­dam, były to już dawne dzieje. Ona miała męża, dwoje uro­czych dzieci i sama teraz kie­ro­wała eks­pe­dy­cjami na­uko­wymi. Po­zo­stała jed­nak wciąż ogromnie dziew­częca, z tak bar­dzo pięk­nymi wło­sami o dziwnie ja­snej bar­wie.

Druga pani (a przedsta­wił ją nam Pie­truszka jako pannę Anielkę W.) miała fi­gurę osy, co jesz­cze bar­dziej uwy­dat­niał krój jej spodni i wdzianka. Czarne włosy no­siła przy­strzyżone „na pazia”. Ta bar­dzo przy­stojna pani mo­gła mieć lat dwa­dzie­ścia trzy, a może cztery. Trudno mi było zro­zu­mieć, co spodobało jej się w ma­gi­strze Pie­truszce, który miał wzrok dziki, a długi włos zmierz­wiony, nos po­dobny do dra­pież­nego dzioba, jed­nym sło­wem, nie grze­szył urodą. Zresztą może opo­wia­dał jej o obra­zach fla­mandzkich mi­strzów, a umiał opo­wia­dać o nich tak pięk­nie, że sam sta­wał się piękny. Jaka szkoda, że uwa­żał się rów­nież za de­tek­tywa.

— Pan ma­gister Pie­truszka — po­wie­działa do mnie Ba­bie Lato — tak się za­pę­dził w swoich po­szu­ki­wa­niach skar­bów Ko­eniga, że chciał wy­nająć ro­bot­ni­ków i prze­ko­pać to wzgórze. Nie­stety, jako ar­che­olog, mu­sia­łam poło­żyć kres tym za­mie­rze­niom. Tutaj prawdo­po­dob­nie było ja­kieś stare gro­dzi­sko, prace na takim miej­scu mu­szą się od­by­wać kom­plek­sowo i pro­wa­dzić je mogą wy­łącz­nie fa­chowcy. Wy­je­cha­łam do War­szawy, aby uzy­skać środki i ze­zwolenie na pro­wa­dze­nie tutaj ba­dań, ale od­mó­wiono mi. Wszystkie środki fi­nan­sowe po­chła­niają ba­dania na wzgórzu kate­dral­nym we From­borku. Tak więc pan ma­gister Pie­truszka może szu­kać skar­bów, ale nie wolno mu ko­pać na Dia­blej Gó­rze. Jeśli zo­baczę go tutaj ze szpa­dlem w ręku, we­zwę mili­cję i zo­sta­nie areszto­wany pod za­rzu­tem nisz­cze­nia dóbr kul­tury mate­rial­nej...

Pie­truszka prze­rwał jej w po­łowie zda­nia. Za­czął ma­chać rę­kami jak skrzydłami wia­traka i wy­krzy­kiwał:

— W takim razie pro­szę mi po­wie­dzieć, w jaki spo­sób mam zna­leźć skarby Ko­eniga? Wia­domo, że on na tym pa­górku zro­bił drugi schowek. A mnie tu na­wet ło­paty wbić nie wolno? Więc może mam szu­kać przy po­mocy różdżki? A pro­pos — przy­po­mniał coś sobie i zwrócił się do mnie — co się stało z tym pań­skim ma­gi­kiem?

— Mieszka w schronisku PTTK — od­po­wie­działem. I po­zo­sta­wiw­szy wy­krzy­kują­cego coś Pie­truszkę, prze­sze­dłem się po Dia­blej Gó­rze, a za mną krok w krok szli Baśka i Ala. Ob­ser­wo­wali mnie z ta­kim na­pię­ciem, jakby byli pewni, że za chwilę przy­stanę i po­każę pal­cem: tutaj jest schowek Ko­eniga.

Nie­stety, nie by­łem ja­sno­wi­dzem. Pa­górek pora­stały krzaki i trawa, wszędzie wi­działo się ja­kieś dziury i wy­kroty. Jeśli przed dwu­dzie­stu sze­ściu laty puł­kow­nik Ko­enig za­kopał tu skrzynię z łu­pami, to te­raz nie można jej było od­na­leźć bez po­mocy ar­che­olo­gów i grupy ro­bot­ni­ków. Roz­ko­panie ta­kiego gro­dzi­ska mu­sia­łoby jed­nak wy­peł­nić co naj­mniej dwa se­zony ar­che­olo­giczne. Jed­nym sło­wem — jak to już stwierdzi­łem zaraz po przyjeź­dzie — sprawa była nie­mal bez­na­dziejna.

Po­wró­ciłem do Ba­biego Lata.

— Czy na­prawdę to wzgórze przedsta­wia dla nauki aż taką war­tość? — za­py­tałem.

— Cała ta oko­lica, To­ma­szu — od­rze­kła — to je­den wielki re­zer­wat ar­che­olo­giczny. W pobliżu Dia­blej Góry, w ty­siąc dziewięć­set jede­na­stym roku, od­kryto słynny w pol­skiej ar­che­olo­gii i nu­mi­zmatyce skarb, skła­da­jący się z kil­ku­dzie­się­ciu mo­net srebrnych i zło­tych oraz bi­żute­rii z brązu, ukryty tu­taj przez od­lewcę-złot­nika w szó­stym wieku na­szej ery. Le­genda mówi, że gro­dzi­sko po dru­giej stro­nie Baudy, tam gdzie to wzgórze poro­śnięte drzewami, było sie­dzibą na­czel­ni­ków pru­skiego ple­mie­nia Nar­ce­nów. Wdowa po ostatnim z nich, imie­niem Ger­truda, na­wró­cona po­noć na chrześci­jań­stwo przez bi­skupa An­zelma, da­ro­wała swe wło­ści ka­pitule i bi­sku­pom. Na miej­scu są­sied­niego sta­rego grodu, po­zo­stają­cego na te­renie jej wło­ści, to jest na dzi­siej­szym wzgórzu kate­dral­nym, bi­skup An­zelm za­czął wznosić bi­sku­pią wa­row­nię, którą na pa­miątkę wdowy Ger­trudy na­zwano Frau­en­burg, czyli „gród pani”, dzi­siej­szy Frombork. Wzgórek zaś zwany Dia­blą Górą zaj­muje też swoje miej­sce w tej le­gen­dzie. Tu prawdo­po­dob­nie ist­niała po­gań­ska świątynia sta­rych Pru­sów.

— A co w tej sprawie mówi na­uka?

— Na wzgórzu Bog­dany do­ko­nano kilku wy­ko­pów, przede wszystkim na dzie­dzińcu daw­nego gro­dzi­ska. Warto wspo­mnieć — Ba­bie Lato spoj­rzała z uśmie­chem na Baśkę — że w pracach wy­ko­pali­sko­wych bar­dzo in­ten­syw­nie po­ma­gali har­cerze, któ­rzy przy­byli tutaj w ramach „Operacji Frombork 1001”. Oka­zało się, że mło­dzież do­sko­nale się spi­sała w tak po­waż­nych prze­cież ba­da­niach na­uko­wych. Ar­che­olo­go­wie mieli z niej ogromny po­żytek, a my­ślę, że i mło­dzież na­uczyła się bar­dzo wiele. Lecz wra­cając do sprawy. Od­kryto wiele cie­ka­wych przed­miotów, mię­dzy in­nymi bar­dzo stary grób. Wszystko to dało pod­stawy do stwierdze­nia, że gro­dzi­sko prawdo­po­dob­nie ist­niało w okre­sie po­prze­dza­ją­cym przy­bycie Krzyża­ków i miało cha­rak­ter mi­li­tarny, zna­le­ziono ostrogę. Ale rów­nież od­by­wała się tu pro­duk­cja rze­mieślnicza, zna­le­ziono bo­wiem pół­fa­bry­katy bursztynu. Oczywi­ście ba­dania mu­szą trwać dalej i do­piero za jakiś czas bę­dziemy mieli cały obraz życia w tym gro­dzi­sku. Po za­koń­cze­niu ba­dań udo­stępni się gro­dzi­sko dla tury­stów, gdyż jest tam co oglą­dać. Są wspaniale za­cho­wane wały, fosy, ślady po daw­nych bra­mach. Trzeba też w przy­szło­ści zba­dać związki mię­dzy tym gro­dzi­skiem i Dia­blą Górą. Dla­tego też sam ro­zu­miesz, czemu tu nie wolno ko­pać „na dziko”.

Mu­sia­łem jej przy­znać rację, choć prze­cież tutaj gdzieś kryły się skarby puł­kow­nika Ko­eniga. Je­dyna na­dzieja, że nie po­zo­staną długo w ukry­ciu, w końcu trafi na nie ło­pata ar­che­ologa.

Ale czy mógł się z tym po­go­dzić ma­gister Pie­truszka? Stał na szczycie wzgórza z włosami roz­wia­nymi na wie­trze i wy­krzy­kiwał:

— Mu­szę zna­leźć schowek, choćbym miał udać się po po­moc do tego zwa­rio­wa­nego różdżkarza. I wy­kopię ten skarb, choćby mnie miała areszto­wać mili­cja.

Pa­trze­liśmy na niego ze współczu­ciem. Jakże ogromny mu­siał żyć w nim wąż am­bicji.

Za­pro­po­no­wa­łem wszystkim, aby wpa­ko­wali się do mego we­hi­kułu, al­bo­wiem już nad­szedł czas obiadu. Lecz do we­hi­kułu wsiedli tylko Ba­bie Lato i Baśka. Pie­truszka i pani Anielka zde­cy­do­wali się jesz­cze po­zo­stać na Dia­blej Gó­rze. Pie­truszka wie­rzył, że za chwilę od­kryje miej­sce dru­giego schowka. A ta pani? Może Pie­truszka na­prawdę jej się po­dobał?

Po­że­gnała nas i Ala. Ode­szła przez most na Bau­dzie, a po­tem skrę­ciła w las i znik­nęła nam z oczu w Kra­inie Straszli­wego Asa.

 

 


ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY [top]

ZOSIA WALCZYK • NARADA W SPRAWIE SKARBÓW • NOWY TROP • KTO NAS PODSŁUCHIWAŁ • NA ULICY STAREJ • JAK ZDOBYWANO BRANIEWO • TRAGEDIA NA ZALEWIE • ARESZTOWANIE ZBRODNIARZA • DIABELSKIE DRZEWO • NOWA TRUDNOŚĆ • I ZNOWU WALDEMAR BATURA • RÓŻDŻKA I SKARBY • GNIEW MAGISTRA PIETRUSZKI

 

Obiad zja­dłem sa­mot­nie w ja­dalni schroniska PTTK. Ca­glio­stro — jak poin­for­mo­wała mnie kel­nerka — po­śpie­szył się z je­dze­niem i za­raz gdzieś wy­szedł. Nie za­sta­łem go rów­nież w naszym po­koju. Kró­li­czek chru­pał w swej klatce listki świe­żej sa­łaty, ale w po­zo­sta­łych klat­kach bra­ko­wało za­skrońca i dwóch bia­łych my­szek, a więc mistrz za­pewne udał się z nimi na de­mon­stro­wa­nie swoich sztu­czek.

Zaraz po obie­dzie przy­szli do mego po­koju Baśka i dziew­czyna imie­niem Zosia. Re­zo­lutna z niej była panna, choć miała do­piero czterna­ście lat. Prze­zy­wano ją „Zo­sia Wal­czyk”, po­nie­waż cho­dziła nie­mal na czubkach pal­ców i wy­da­wało się, że po pro­stu fruwa w po­wie­trzu. Miała płynne, ta­neczne ruchy i ani przez chwilę nie po­tra­fiła spo­koj­nie usie­dzieć na krze­śle, wciąż mu­siała cho­dzić, krę­cić się, a ra­czej tań­czyć. Panna Zo­sia Wal­czyk miała strasznie dużo pie­gów na nosie i po­licz­kach, bar­dzo jasne włosy oraz nie­bie­skie oczy. Spodobała mi się od pierwszego wej­rze­nia i ja jej też chyba przy­pa­dłem do gustu. Gdy zo­stała mi przez chłopca przedsta­wiona, mru­gnęła do mnie filu­ternie, zro­biła piękne ta­neczne pas i po­wie­działa:

— Lu­bię przy­gody. A Baśka za­pew­niał, że za pa­nem przy­gody cho­dzą ca­łymi sta­dami.

— Och, przy­gód, zdaje się, nie za­brak­nie nam — od­rze­kłem szczerze zmar­twiony.

Bo o przy­go­dach to się przyjem­nie czyta w książkach albo ogląda je na ekra­nie. Mile się też wspomina przy­gody, w któ­rych się kie­dyś brało udział. Ale gdy się je prze­żywa, to nie jest to wcale ta­kie przyjemne, człowiek ma uczucie, że znaj­duje się w ja­kimś ogrom­nym labi­ryn­cie, z któ­rego nie po­trafi zna­leźć wła­ści­wego wyj­ścia. Wy­daje mu się, że wciąż błąka się po omacku i raz po raz stuka głową w ścianę lub mur. A te stuk­nię­cia są nie­kiedy bar­dzo bole­sne, zo­stają po nich na­wet guzy.

Baśka oświad­czył, że dziś może mi po­świę­cić dużo czasu, po­nie­waż jego dru­żyna zo­stała zde­kom­ple­to­wana, kilku chłopców bie­rze udział w przy­go­to­wa­niach do wy­stę­pów na har­cer­skiej es­tra­dzie, jako że pod­czas „Operacji Frombork 1001” są zaw­sze po­kazy har­cer­skich ze­spo­łów arty­stycznych. Po­zo­stali chłopcy z dru­żyny, tacy, co to ani re­cy­to­wać ład­nie nie umieją, ani głosu nie mają, otrzymali „czas dla sie­bie”. Co do Zosi Wal­czyk, kro­ni­karki dru­żyny dziew­cząt, to udało jej się uzy­skać zwolnie­nie z obozu na dzi­siej­sze po­połu­dnie.

Z tą sym­pa­tyczną dwójką za­sia­dłem w moim po­koju na na­radę po­świę­coną sprawie skar­bów puł­kow­nika Ko­eniga. Oczywi­ście, to mnie przy­padł, z wieku i urzędu, za­szczyt wstęp­nego przemó­wie­nia.

— Sytu­acja jest bar­dzo po­ważna — za­czą­łem — i wy­maga na­tychmia­sto­wej de­cyzji, zna­leźli­śmy się bo­wiem w śle­pym za­ułku. Jak do tej pory, nikt z was nie za­uwa­żył we From­borku osobnika od­po­wia­dają­cego ryso­pi­sowi Wal­de­mara Ba­tury. A prze­cież Ba­tura musi tu gdzieś być, on kręci się po From­borku. Prze­cież to nie­moż­liwe, aby zre­zy­gno­wał z po­szu­ki­wań schowka Ko­eniga. Nie przyje­cha­łem tu oczywi­ście, aby szu­kać tych schow­ków, bo to jest za­danie pana Pie­truszki. Moją sprawą jest wy­ja­śnie­nie za­gadki bez­cen­nych mo­net. A skoro po­dej­rze­wam, że mo­nety te Ba­tura wy­kradł z pierwszego schowka i że za­mie­rza ogra­bić drugi i trzeci schowek, siłą rze­czy mu­szę i ja zająć się skar­bami Ko­eniga, aby nie do­pu­ścić do ra­bunku.

Prze­rwał mi Baśka:

— Byli­śmy na Dia­blej Gó­rze. Trzeba by prze­ko­pać całe wzgórze, aby zna­leźć schowek. Jeśli nie wolno tam ko­pać panu ma­gi­strowi Pie­truszce, to jakże zrobi to Ba­tura? Sam pan po­wie­dział, że sytu­acja jest bez­na­dziejna, dru­giego schowka Ko­eniga nie bę­dzie można te­raz od­na­leźć.

— I to jest wła­śnie ów ślepy za­ułek, o któ­rym wspomi­na­łem — wy­ja­śni­łem. — Wciąż brzmi mi w uszach pyta­nie Ca­glio­stra, a są­dzę, że było to pyta­nie Wal­de­mara Ba­tury: czy puł­kow­nik Ko­enig zna­lazł się we From­borku przy­pad­kowo, czy też był miesz­kań­cem tego mia­steczka, to zna­czy, czy cho­wał skarby na łapu-capu, czy też miał czas na sta­ranne przy­go­to­wa­nie kry­jó­wek. Tym pyta­niem Wal­de­mar Ba­tura chciał się po­przez Ca­glio­stra upewnić, co ja wiem o Ko­enigu i czy dam się wprowa­dzić w ślepy za­ułek, jakim jest Dia­bla Góra. Ale ja je­stem człowie­kiem po­dejrzliwym. Coś za łatwo od­na­leźli­śmy Dia­blą Górę.

— Są­dzi pan, że to nie tam jest drugi schowek? — za­pytał chło­piec.

Zro­biłem ruch ręką, jak­bym coś od sie­bie od­su­wał, dając tym do zro­zu­mie­nia, że tę sprawę umiesz­czam na pla­nie dal­szym.

— Za­sta­nówmy się naj­pierw — po­wie­działem — w ja­kim celu Ko­enig zro­bił swój plan. To zna­czy, czy plan na­kre­ślił z my­ślą o kimś, kto bę­dzie w jego imie­niu szu­kał tych skar­bów, czy też z my­ślą o sobie. In­nymi słowy, czy Ko­enig spo­rzą­dził plan ukrytych skar­bów, czy po pro­stu coś w ro­dzaju no­tatki dla sa­mego sie­bie.

— My­ślą, że spo­rzą­dził no­tatkę dla sie­bie sa­mego — od­po­wie­działa Zo­sia Wal­czyk. — Ten plan jest za mało szczegó­łowy, aby ktoś obcy mógł przy jego po­mocy, nie ła­miąc sobie głowy, trafić do schow­ków.

— Zga­dzam się — kiw­ną­łem głową. — To była no­tatka, Ko­enig nie liczył się z możli­wo­ścią swojej śmierci. Za­pewne też są­dził, że ofen­sywa wojsk hi­tle­row­skich wkrótce ode­prze atak ra­dziecki, hitle­rowcy znowu od­biją Frombork, a on tu wróci i za­bie­rze skarby. Klu­czem jed­nak do całej sprawy jest roz­wią­zanie za­gadki: Ko­enig zna­lazł się we From­borku przy­pad­kowo czy też był jego miesz­kań­cem. Po­trzebny byłby nam jakiś stary mieszka­niec Fromborka, człowiek, który tu prze­by­wał jesz­cze przed wojną i był w cza­sie wojny. Ko­enig miał rangę puł­kow­nika, a Frombork to nie­duże mia­steczko. Jeśli po­cho­dził stąd, to jego ro­dzina znana była in­nym miesz­kań­com.

— Znam ta­kiego czło­wieka! — rado­śnie za­wołał Baśka, a Wal­czyk przytak­nęła gor­liwie. — Przed tygo­dniem na na­szym ogni­sku go­ścił sta­ru­szek na­zwi­skiem Ste­fan Dą­browski. Jest jed­nym z daw­nych miesz­kań­ców Fromborka, Po­la­kiem, bo Pola­ków mieszkało tu bar­dzo wielu. Opowia­dał o daw­nym From­borku, o la­tach wojny, o straszliwej tra­gedii na Za­lewie Wi­śla­nym po klę­sce hitle­row­ców.

— Gdzie mieszka ten człowiek?

— Na ulicy Sta­rej — po­śpie­szył z od­po­wie­dzią Baśka. — Nu­meru domu nie pa­mię­tam, ale po­trafię za­pro­wa­dzić pana do jego mieszka­nia, po­nie­waż od­pro­wa­dzili­śmy go aż pod dom.

Wy­jąłem notes i za­pi­sując, po­wta­rza­łem gło­śno:

— Ste­fan Dą­browski, ulica Stara...

I na­gle zu­peł­nie przy­pad­kiem zerk­ną­łem w stronę drzwi. Za­uwa­ży­łem le­dwo do­strzegalne drgnienie klamki. Ktoś przyłożył ucho do dziurki od klu­cza i po­trącił głową klamkę.

Bły­ska­wicznie ze­rwa­łem się z krze­sła i otworzy­łem sze­roko drzwi.

Na ko­ryta­rzu zo­ba­czy­liśmy wy­pro­sto­wu­ją­cego się Ca­glio­stra.

— Pan pod­słu­chi­wał — stwierdzi­łem z obu­rze­niem. Za­kło­potał się, a może za­wstydził.

— Ale tylko na bar­dzo krótko.

Zaraz, pew­nym sie­bie gło­sem, oświad­czył:

— Sły­sza­łem ja­kieś głosy z na­szego po­koju i za­sta­na­wia­łem się, czy wejść. Ba­łem się, że mogę panu prze­szkodzić, bo są­dzi­łem, że pan roz­ma­wia z ja­kimś uczonym. Ale, jak wi­dzę, pan tu jest w towa­rzy­stwie mło­dzieży.

Bez­czel­nie kła­mał. Ale co mo­głem zro­bić? Udałem, że mu wie­rzę. On zaś, jak gdyby nigdy nic, wszedł do po­koju, ukło­nił się chłopcu i Zosi Wal­czyk, coś tam po­szpe­rał w swoich rze­czach i wy­niósł się po­wie­dziawszy nam:

— To ja nie będę prze­szka­dzał.

— Cie­kaw je­stem — mrukną­łem — ile on usły­szał? My­ślę, że na­zwi­sko Dą­browski do­tarło do jego uszu, a tym sa­mym zaraz do­trze do Ba­tury. Trzeba więc działać bły­ska­wicznie.

Tymi sło­wami za­koń­czy­łem na­radę. Opu­ścili­śmy pokój i schronisko. Baśka po­pro­wa­dził nas na ulicę Starą, znaj­du­jącą się w po­bliżu daw­nego klasztoru An­to­nitów.

Przed ma­lut­kim dom­kiem, na ła­weczce, obok klombu z ma­ciejką sie­dział pan Dą­browski.

Sta­ru­szek był przy­gar­biony, z po­oraną bruz­dami twa­rzą i su­mia­stym wą­sem.

Ro­zu­mia­łem, że nie wolno mi tak od razu wy­łusz­czyć na­szej sprawy, bo być może nie ze­chce w ogóle udzielić mi żad­nych in­for­macji. Dla­tego roz­mowę z nim za­czą­łem od spraw obo­jęt­nych, po­tem pod­su­ną­łem mu temat mi­nio­nej wojny, która tak bar­dzo bole­śnie do­tknęła miesz­kań­ców mia­sta i oko­lic. Miałem na­dzieję, że wśród wielu pytań o dni wo­jenne uda mi się przemy­cić to jedno: o puł­kow­nika Ko­eniga.

Mało kto, a przede wszystkim mło­dzież, uświada­mia sobie, że gdy w cen­tral­nej Pol­sce dawno umilkły od­głosy dział, a w wy­zwolonym Lu­blinie, w Ło­dzi, Kiel­cach dzieci za­częły nor­mal­nie cho­dzić do szkoły, tutaj jesz­cze to­czyły się za­żarte walki. Znany ku­rort na Mie­rzei Wi­śla­nej — Kry­nicę Mor­ską — żoł­nie­rze Ar­mii Czerwo­nej zdo­byli do­piero trze­ciego maja, a w okoli­cach Sztutowa, od­gro­dzo­nego od świata ogromną poła­cią zala­nych wodą Żu­ław, fa­szy­ści pod­dali się do­piero po wia­do­mo­ści o ka­pitu­lacji Ber­lina. Dawne Prusy Wschodnie były jedną wielką for­tecą, którą trzeba było zdo­by­wać kosztem ogrom­nych ofiar.

Frombork udało się zdo­być jede­na­stego lu­tego, po czternastu dniach walki. Ale po­bli­skie Bra­niewo wy­da­wało się wprost nie­osią­galne, znaj­do­wało się bo­wiem pod osłoną hi­tle­row­skiej cięż­kiej arty­lerii okrętowej. Poci­ski z dwu­stu­mi­li­me­tro­wych dział po­wo­do­wały straszliwe zniszcze­nie w ra­dzieckich jed­nost­kach pie­choty i w ata­kują­cych Bra­niewo czoł­gach, bez któ­rych prze­cież nie można było zdo­być mia­sta.

Przez sie­dem tygo­dni dzień i noc to­czyły się walki o Bra­niewo. Dość po­wie­dzieć, że każdą za­grodę, każdy metr ziemi zdo­by­wano nie­raz przez kilka dni. Ostatni, pię­cio­ki­lo­me­trowy od­cinek, dzielący żoł­nie­rzy ra­dzieckich od mia­sta, trzeba było prze­by­wać przez cały ty­dzień. A gdy wreszcie mia­sto pod­dało się — wy­glą­dało jak trup. Dzielnice po oby­dwu stro­nach rzeki były zu­peł­nie starte z ziemi, a ten, kto tu był w owych dniach, chyba nie wie­rzył, że mia­sto to kie­dyś zo­sta­nie na nowo od­bu­do­wane, że bę­dzie się tu to­czyć życie, jak wszędzie in­dziej.

Ale dra­mat świętego mia­sta Warmii — jak na­zy­wano Bra­niewo — to jesz­cze nie wszystko. Bez­sen­sowny roz­kaz gau­le­itera Prus, Eri­cha Ko­cha, zmu­sił do ewa­ku­acji lud­ność Warmii i Ma­zur. Była mroźna zima, za­dymki śnieżne. Po oblo­dzo­nych dro­gach jak widma wlo­kły się ko­lumny chłopskich wo­zów, na któ­rych wie­ziono resztki do­bytku, małe dzieci, otu­lone chustkami ko­biety. Ty­siące, dzie­siątki ty­sięcy ta­kich wo­zów cią­gnęło nad Za­lew Wi­ślany, nad Bał­tyk, gdzie — jak mó­wili hitle­rowcy — cze­kać miały okręty, aby ich wy­wieźć poza za­sięg działań wo­jen­nych. Iluż tych wy­pę­dzo­nych ze swych do­mostw lu­dzi zmarło po dro­dze z głodu i chłodu? A ci, co do­tarli nad skuty lo­dem Za­lew Wi­ślany — nie za­stali tam żad­nych okrętów. Po­wie­dziano im wówczas, że okręty cze­kają za mie­rzeją i trzeba się tam do­stać po lo­dzie. I znowu ty­siące wo­zów cią­gnęło przez za­lew, grzę­znąc w błot­ni­stym śniegu, wpa­dając w szczeliny lo­dowe. Siekł ich lo­do­waty deszcz ze śnie­giem, na ogromnej prze­strzeni po­kry­tego top­nie­ją­cym lo­dem za­lewu nie było gdzie się ogrzać. Lu­dzie mar­zli na wo­zach lub tonęli w prze­rę­blach. Pod ko­łami wo­zów za­padał się kru­chy lód. Po­wia­dają, że pra­wie pół mi­liona ludzi zgi­nęło pod­czas tej tra­gicz­nej wę­drówki doni­kąd, bo żadne okręty i barki nie cze­kały na nich na mo­rzu.

I o tym wszystkim warto dziś pa­mię­tać, gdy pa­trzy się na mętne wody Za­lewu Wi­śla­nego, gdy wjeżdża się w uliczki od­bu­do­wa­nego Bra­niewa, gdy widzi się kolo­rowy Frombork.

— Czy wie pan, jakie były losy hitle­rowca Eri­cha Ko­cha? — za­py­tałem sta­ruszka. - W okresie walk o Bra­niewo sie­dział bez­piecznie w swej willi na mie­rzei, willi oko­lonej mi­nami, za­sie­kami z drutu kol­cza­stego, pil­no­wa­nej przez spe­cjalną grupę es­es­ma­nów. Po­tem, gdy widmo klę­ski było już wi­doczne, uciekł spe­cjal­nym stat­kiem do Rze­szy. La­tem w czter­dzie­stym pią­tym roku w małej miej­sco­wo­ści Ha­sen­moor koło Hamburga po­jawił się star­szy pan w oku­la­rach. Niski, krępy, ele­gancki. Wy­najął mały do­mek, po­dając się za Rolwa Ber­gera, by­łego ma­jora we­rmachtu. Wkrótce do pana Ber­gera przyje­chała jego żona, a pan Ber­ger, który do tej pory był tro­chę od­lud­kiem, za­czął od­zy­ski­wać hu­mor i na­wet coraz czę­ściej by­wał w miej­sco­wej knajpce, po­pija­jąc piwo. Mi­nęło pięć lat. Pan Ber­ger tak się już zżył z miej­sco­wymi ludźmi, że na­wet po­jawił się na ze­bra­niu Niemców, któ­rzy ucie­kli z byłych Prus Wschod­nich, gdyż — jak opo­wia­dał o sobie także stamtąd po­cho­dził i stra­cił tam nie­wielki maj­te­czek. „To prze­cież jest Erich Koch. Prze­klęty Erich Koch!” — krzyknął ktoś wi­dząc pana Ber­gera.

Nie zdą­żył uciec. Areszto­wano go, a dziewią­tego marca ty­siąc dziewięć­set pięć­dzie­sią­tego roku sta­nął przed pol­skim są­dem w War­sza­wie i ska­zany zo­stał na karę śmierci.

— Do­się­gła go ręka sprawie­dli­wo­ści — przytaknął sta­ru­szek.

A ja za­py­tałem:

— A puł­kow­nik Ko­enig? Sły­szał pan o takim hitle­rowcu?

Sta­ru­szek chy­trze łyp­nął ku mnie oczami. I, o dziwo, ci­chutko się za­śmiał.

— Ach, o to panu cho­dzi? Do tego pan zmie­rzał? Wiem na­wet, o co jesz­cze pan mnie za­pyta. O Teu­fels­baum, co?

Aż drgnąłem. Wy­mie­nili­śmy bły­ska­wiczne spoj­rze­nia z Baśką i Zosią Wal­czyk. Teu­fels­baum? Teu­fels­baum, czyli Dia­bel­skie Drzewo? A więc nie Teu­fels­berg, tylko Teu­fels­baum...

— Tak, inte­re­suje mnie ta sprawa — stwierdzi­łem szczerze.

Sta­ru­szek znowu za­chi­cho­tał.

— Wiem, gdzie rosło Dia­bel­skie Drzewo. W po­bliżu domu Ko­eni­gów, a wła­ści­wie na ich po­dwó­rzu. Nikt inny o tym nie wie oprócz mnie. I nikt inny tego miej­sca panu nie wskaże, bo po Dia­bel­skim Drzewie i po domu Ko­eni­gów nie ma już dziś śladu, znio­sły je poci­ski arty­leryj­skie.

— Gdzie jest ten dom i to drzewo? — za­py­tałem.

Sta­ru­szek prze­cząco kręcił głową.

— Nie po­wiem panu. To zna­czy, dziś panu tego nie po­wiem. Ani dziś, ani jutro. Może za ty­dzień...

— Dla­czego?

— Bo miej­sce to mam prawo zdra­dzić tylko temu, kto szuka skar­bów Ko­eniga. Z ramie­nia pań­stwa — do­dał ro­biąc ważną minę.

Chciałem po­wie­dzieć: to ja szu­kam skar­bów Ko­eniga, ale ugry­złem się w język. Nie mia­łem prawa mó­wić w ten spo­sób. Ofi­cjal­nie tych skar­bów szuka pan ma­gister Pie­truszka.

— A skąd pan wie, że zgłosi się do pana człowiek, który z ra­mie­nia pań­stwa szuka skar­bów Ko­eniga? — za­py­tałem.

— Rozma­wia­łem z pew­nym oby­wa­telem, który też pytał o Teu­fels­baum i dom Ko­eni­gów. To on wła­śnie uświado­mił mnie, że do Fromborka wkrótce przy­bę­dzie ktoś, kto się zaj­mie schow­kami Ko­eniga i on tego czło­wieka do mnie przy­pro­wa­dzi. Nie wolno do­pu­ścić do tego, aby skarby wpa­dły w nie­po­wo­łane ręce.

— Zga­dzam się — kiw­ną­łem głową. — Ale temu, który obie­cał przy­pro­wa­dzić tu tego czło­wieka, pan zdra­dził miej­sce, gdzie stało Dia­bel­skie Drzewo?

— Och, wspo­mniałem tylko coś nie­coś na ten temat... — bąk­nął sta­ru­szek.

Jak to się mówi, nie mia­łem wię­cej pytań. Sprawa była oczywista. U sta­ruszka był już Wal­de­mar Ba­tura, do­wie­dział się o miej­scu, gdzie znaj­do­wało się Dia­bel­skie Drzewo. Gdy Batu­rze uda się od­kryć drugi schowek i pod­mie­nić kieli­chy złote na srebrne, przy­pro­wa­dzi do sta­ruszka ma­gistra Pie­truszkę, który „do­kona od­kry­cia” dru­giego schowka Ko­eniga. Do tego czasu Ba­tura za­bro­nił sta­rusz­kowi udzielać ko­mu­kol­wiek in­for­macji o Dia­bel­skim Drzewie.

— Człowiek, który był u pana, jest zwy­kłym oszu­stem — po­wie­działem, wy­cią­gając swoją le­gi­ty­ma­cję służ­bową. — Ja je­stem z De­par­ta­mentu Mu­zeów i Ochrony Za­byt­ków.

Sta­ru­szek sta­ran­nie obej­rzał moją legi­ty­ma­cję.

— Oszust? — zdziwił się. — Nie wy­glą­dał na oszu­sta. Sądzi pan, że on nie przy­pro­wa­dzi do mnie tego czło­wieka, który szu­kać bę­dzie skar­bów Ko­eniga?

— Nie. On przy­pro­wa­dzi go — spro­sto­wa­łem.

— Więc dla­czego pan go na­zywa oszu­stem? — obu­rzył się.

Usi­ło­wa­łem sta­rusz­kowi przedsta­wić tę za­wiłą sprawą, ale on na­wet nie chciał słu­chać. Tylko machnął raka.

— Ten pan jesz­cze tu do mnie przyjdzie i ja go wtedy za­py­tam o wszystko — obie­cał. A na razie to ja panu ta­jem­nicy Dia­bel­skiego Drzewa nie zdra­dzę.

I czu­łem, że sta­ru­szek uparł się. Przed skontak­to­wa­niem się z Ba­tura nie zdra­dzi.

Nie po­zo­stało mi nic in­nego, jak go po­że­gnać.

— Przyjdę tu do pana jesz­cze dziś wie­czo­rem — za­strzegłem. — I przy­pro­wa­dzę tego czło­wieka, który w imie­niu pań­stwa szuka skar­bów. Jego na­zwi­sko brzmi Pie­truszka.

Na­le­żało prze­cież działać jak naj­szyb­ciej. Może Ba­tura nie zdą­żył jesz­cze po­za­mie­niać kieli­chów.

Wy­da­wało mi się, że dla dobra sprawy na­leży Pie­truszce po­wie­dzieć o Dia­bel­skim Drzewie i prze­ciąć ma­tac­twa Ba­tury. Pie­truszka zro­zu­mie, jaką rolę w tej sprawie od­grywa Ba­tura, i po­śpie­szy do sta­ruszka po in­for­ma­cje o Dia­bel­skim Drzewie. Schowek Ko­eniga zo­sta­nie od­nale­ziony, a Ba­tura nie zdąży do­brać się do zło­tych kieli­chów.

Opu­ścili­śmy ogródek sta­ruszka. Za ro­giem ulicy Sta­rej za­trzyma­łem się.

— Słu­chaj­cie, przyja­ciele — po­wie­działem do Baśki i Zosi Wal­czyk — trud­ności znowu się spię­trzyły. Po­bie­gnę teraz do ma­gistra Pie­truszki, a wy zo­stań­cie tutaj i pil­nuj­cie sta­ruszka. Wy­daje mi się, że za­sia­łem w nim nie­uf­ność do Ba­tury. Być może za­nie­po­ko­jony sta­ru­szek ze­chce skontak­to­wać się z Ba­tura i pój­dzie do niego. W ten spo­sób do­wiemy się, gdzie Ba­tura mieszka, i bę­dziemy mo­gli go ob­ser­wo­wać. A więc pil­nuj­cie sta­ruszka, a ja pę­dzę po Pie­truszkę.

Lecz tego dnia chyba wszystkie złe moce sprzysię­gły się prze­ciwko mnie. Pa­nienka z re­cep­cji schroniska PTTK wskazała mi wi­szący na ha­czyku klucz do po­koju ma­gistra Pie­truszki.

— Nie­stety, nie ma go — stwierdziła. A wi­dząc moją zroz­pa­czoną minę, do­dała: — Może jest na plaży?

Nie są­dzi­łem, aby ma­gister Pie­truszka, za­miast po­szu­ki­wać schow­ków Ko­eniga, wy­legi­wał się na plaży nad za­le­wem. Chyba że piękna dama imie­niem Anielka tak mu za­wró­ciła w gło­wie, że za­po­mniał o skar­bach.

Lecz po­szu­ki­wa­nie Pie­truszki na plaży miej­skiej, mię­dzy set­kami po­dob­nych do sie­bie na­gu­sów, było przedsię­wzięciem bez­sen­sow­nym. Już ra­czej skłonny by­łem mniemać, że Pie­truszka wraz z czarną damą tkwi wciąż na Dia­blej Gó­rze, myszkując tam w po­szu­ki­wa­niu skar­bów.

Wsko­czy­łem do swego we­hi­kułu i po­pę­dzi­łem szosą w stronę Dia­blej Góry.

I przewi­dy­wa­nia moje oka­zały się słuszne, choć nie cał­ko­wicie. Czarnej damy nie było na Dia­blej Gó­rze. Ma­gister Pie­truszka w towa­rzy­stwie mi­strza Ca­glio­stra wol­nym kro­kiem prze­cha­dzał się po wzgórzu.

Par­sk­ną­łem śmiechem, tak za­bawny przedsta­wiali wi­dok. Ca­glio­stro miał za­mknięte oczy i na­tchnioną minę. W wy­pro­sto­wa­nej ręce trzymał cienką ga­łązkę. Kro­czył ostrożnie jak śle­piec, pod­trzymy­wany przez Pie­truszkę, który ba­czył, aby Ca­glio­stro nie wpadł do ja­kie­goś dołu. Oby­dwaj ci mę­żo­wie god­nie i po­woli kro­czyli po pła­skim wzniesie­niu, jak ksiądz z mon­strancją pod­czas pro­cesji. Ca­glio­stro co chwila przy­sta­wał i mó­wił:

— Ga­łązka drgnęła, tu coś jest.

— Ale co? Co? — do­py­tywał się nie­cier­pli­wie ma­gister Pie­truszka.

— Chyba zwy­kły ka­wa­łek że­laza — od­po­wia­dał Ca­glio­stro. — Gdyby to było złoto, ga­łązka zu­peł­nie ina­czej drgnęłaby w moim ręku.

I kro­czyli dalej. Jeden z miną na­tchnioną, drugi — z twa­rzą wy­ra­ża­jącą naj­wyż­sze na­pię­cie.

— Pie­truszkaaaa! — krzykną­łem, sto­jąc u stóp wzgórza. — Po­zwól do mnie na chwileczkę.

Ma­gister Pie­truszka, acz nie­chęt­nie, po­rzucił ramię Ca­glio­stra i zlazł do mnie ze wzgórza.

— O co ci znowu cho­dzi, To­ma­szu? — burknął. — Dla­czego prze­szka­dzasz mi w pracy?

— Czy na­prawdę wie­rzysz w cza­ro­dziejską różdżkę mi­strza Ca­glio­stra? — za­py­tałem.

— Być może — od­parł za­czepnie. — Mu­szę chwytać się in­nych środ­ków, skoro nie wolno mi użyć zwy­kłej ło­paty. Zresztą, mój drogi, czy­tałem w pew­nym fa­cho­wym pi­śmie o różdżka­rzu, który po­trafił wy­kryć żyły wodne. Do nie­dawna lu­dzie drwili z ra­die­stezji, a dziś skłonni są w niej wi­dzieć nowe, nie znane dotąd siły na­tury.

— Drogi ko­lego — za­czą­łem ła­god­nie — czy nie zda­jesz sobie sprawy, że znaj­du­jesz się w rę­kach szarlata­nów i oszu­stów? Czy nie ro­zu­miesz, że jesteś w szponach Wal­de­mara Ba­tury?

— Ba­tura jest tutaj? Wi­działeś go we From­borku?

— Nie wi­działem go tutaj. Ale czuję jego obecność — od­rze­kłem szczerze. — Tymcza­sem działa przy po­mocy swych lu­dzi. Ca­glio­stro jest prawdo­po­dob­nie w zmowie z Ba­tura. Być może ta czarna dama...

— Co? Panna Anielka? Chcesz mi wmówić, że ta uro­cza dama jest członkiem gangu Wal­de­mara Ba­tury? A co do Ca­glio­stra, mój drogi, to prze­cież twój kom­pan. Na­wet ra­zem mieszka­cie. Więc może ty także jesteś wspólni­kiem Ba­tury?

— Sprawa jest po­ważna...

— Tak. Sprawa jest po­ważna — po­twierdził. — Po­wi­nie­neś udać się po po­radę do leka­rza. Wy­daje mi się, że cho­ru­jesz na nad­mierną po­dejrzli­wość, mę­czy cię ma­nia prze­śla­dow­cza.

— Po­słu­chaj mnie uważnie — po­wie­działem, ha­mu­jąc gniew. Ba­tura za­mie­rza działać w nastę­pu­jący spo­sób. Bę­dzie od­naj­dy­wał schowki, obłu­piał je z naj­waż­niej­szych przed­miotów, za­mie­nia­jąc rze­czy naj­cen­niej­sze na mniej war­to­ściowe. Bę­dziesz od­krywcą obra­bo­wa­nych schow­ków.

— Chcesz po­wie­dzieć, że wła­śnie tak się stało z pierwszym schow­kiem? — za­pytał cicho Pie­truszka.

— Tak — od­par­łem.

Oka­zało się, że wy­bra­łem naj­gor­szą drogę. Ura­ziłem am­bicję Pie­truszki, wbi­łem szpilkę w tkwiącego w nim węża. Pie­truszka zbladł.

— Chcesz przez to po­wie­dzieć, To­ma­szu, że pierwszy schowek zo­stał od­kryty nie przeze mnie, tylko przez Ba­turę, który mi „od­stąpił” roz­wią­zanie za­gadki? Wiem do czego zmie­rzasz. Pra­gniesz po­mniejszyć moje za­sługi! — krzyknął i zro­bił ręką dra­ma­tyczny gest, wskazując sto­jący na szo­sie we­hikuł. In­nymi słowy, kazał mi odejść.

— Pie­truszka! — za­wo­łałem. — Zro­zum, co się tu dzieje. Tu nie ma skar­bów. „Teufelb” z planu Ko­eniga to nie Teu­fels­berg, ale Teu­fels­baum. Znam pew­nego, sta­ruszka, który może ci udzielić in­for­macji.

Ale ma­gister Pie­truszka za­tkał sobie uszy rę­kami i nie słu­cha­jąc mnie wspiął się na wzgórze.

Co mo­głem zro­bić w tej sytu­acji? Smutnie zwie­siłem głowę i po­ma­sze­ro­wa­łem do we­hi­kułu. Od­jeż­dża­jąc obej­rza­łem się za sie­bie i zo­ba­czy­łem Pie­truszkę trzyma­ją­cego pod rękę Ca­glio­stra. Oby­dwaj znowu kro­czyli po wzgórzu, wolno jak na pro­cesji. W wy­cią­gniętej ręce mistrz trzymał cienką ga­łązkę.

 


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY [top]

JESTEM PIRATEM • BŁĘKITNY OPEL • MAGISTER INŻYNIER KRZYSZTOF ZEGADŁO • O MIŁOŚCI DO SAMOCHODÓW • CZERWONY MUSTANG • KPINY Z WEHIKUŁU • RUPIEĆ • PORWANIE STARUSZKA • ZDARZENIE NA STACJI BENZYNOWEJ • POŚCIG • ZDUMIENIE ALI • NA GRANICY • HOKUS-POKUS WALDEMARA BATURY • PRZEGRYWAM DRUGĄ RUNDĘ

 

By­łem tak wstrzą­śnięty za­cho­wa­niem ma­gistra Pie­truszki, że przed go­spodą lu­dową we From­borku nie­omal zde­rzy­łem się z błę­kit­nym oplem wy­jeż­dża­ją­cym z bocznej uliczki. Znajdo­wali­śmy się na skrzyżo­wa­niu rów­no­rzęd­nym, gdzie obo­wią­zuje tak zwana „re­guła pra­wej ręki”, czyli pierwszeń­stwo mają po­jazdy nad­jeż­dża­jące z pra­wej strony. Błę­kitny opel był po mojej pra­wej ręce i nale­żało dać mu swo­bodę przejazdu. A ja? My­śla­łem o Pie­truszce, o ma­tac­twach Ba­tury, o trud­nej sytu­acji, w ja­kiej się zna­la­złem. Po­grą­żony w tych nie­we­so­łych roz­wa­ża­niach, su­ną­łem ulicą i do­piero w ostatniej chwili spo­strzegłem błę­kit­nego opla.

Za­pisz­czały gło­śno ha­mulce mo­jego wozu. Za­pisz­czały ha­mulce w oplu. Za­trzymali­śmy się rap­tow­nie — tylko kilka cen­ty­me­trów dzie­liło przedni zde­rzak we­hi­kułu od drzwiczek opla. Co się dzieje za­zwy­czaj w ta­kich ra­zach? Roz­gniewany kie­rowca opla wy­sko­czył z sa­mo­chodu i za­czai mi wy­my­ślać:

— Pa­nie, czy zna pan prze­pisy dro­gowe?! Panie, na kurs niech pan idzie, bo pan nie umie jeź­dzić! Pan jest pira­tem dro­go­wym. Chciał pan wy­mu­sić pierwszeń­stwo przejazdu!

Był to młody, przy­stojny męż­czy­zna lat około trzy­dzie­stu. Wy­soki, wy­sporto­wany, w koszuli w kratkę, opa­lony na brąz. W jego wo­zie zo­ba­czy­łem Alę. Tę Alę od straszli­wego Asa.

— Ma pan cał­ko­witą rację — stwierdzi­łem ze skru­chą. — By­łem za­my­ślony i o mało nie spo­wo­do­wa­łem wy­padku.

— Je­śli ktoś jest za­ko­chany — krzy­czał do mnie pan z opla — to po­wi­nien spa­ce­ro­wać po parku, a nie jeź­dzić sa­mo­cho­dem!

Panna Ala wy­sia­dła z sa­mo­chodu i poło­żyła dłoń na ra­mie­niu roz­złoszczo­nego męż­czy­zny.

— Daj spo­kój, Krzysiek — po­wie­działa. — Prze­stań się de­ner­wo­wać. Ten pan jest moim zna­jo­mym.

I uśmiech­nęła się do mnie.

Męż­czy­zna z opla jesz­cze przez chwilę sier­dził się i na­wet burknął do Ali:

— Ład­nych masz zna­jo­mych. Cu­dem unik­nęli­śmy wy­padku. Już my­śla­łem, że będę miał roz­bity bok mo­jego wozu. Po­myśl, Ala, co mo­głoby się stać...

I aż zła­pał się za głowę. Ja­sne było, że jego wóz miałby wgnie­ciony bok, a mój wy­giętą ma­skę.

— Krzysio ma fioła na punkcie swego sa­mo­chodu — wy­ja­śniła Ala. — Cią­gle go myje, czy­ści. Kiedy mu się przy­śni, że mógłby mu ktoś pory­so­wać karo­serię jego wozu, bu­dzi się w nocy zlany po­tem.

— Och, nie prze­sa­dzaj — od­rzekł pan z opla. — To, że dbam o swój wóz, nie jest żad­nym prze­stęp­stwem. Tak długo na niego pra­co­wa­łem, tyle pie­nię­dzy za niego za­pła­ciłem, że nie chcę, aby ktoś mi go roz­bił. Na­wet jeśli to jest twój zna­jomy.

— Tak. To mój zna­jomy — przytak­nęła Ala. — Pan mu­zeal­nik.

Męż­czy­zna z opla zmie­rzył mnie od stóp do głów iro­nicz­nym spoj­rze­niem.

— Ach, to pan... — po­wie­dział. I wy­cią­gnął do mnie rękę. — Je­stem inży­nier Krzysztof Ze­gadło — przedsta­wił mi się.

— To­masz — od­po­wie­działem.

Co robią dwaj kie­rowcy, kiedy po takim zde­rze­niu po­go­dzą się? Jeśli im się spie­szy, roz­jeż­dżają się. A je­śli mają czas — a i ja, i oni dys­po­no­wali­śmy cza­sem — zjeż­dżają pod kra­węż­nik ulicy i roz­po­czy­nają towa­rzy­ską po­ga­wędkę.

Nie po­wiem, aby ta po­ga­wędka była dla mnie miła. Ma­gister inży­nier Ze­gadło re­pre­zen­tował typ czło­wieka bez­gra­nicz­nie wiel­bią­cego tech­nikę. Jego uwielbie­nie dla tech­niki przy­po­mi­nało ro­dzaj kultu. Wszystko, co nie sta­no­wiło tech­niki, wy­da­wało się inży­nie­rowi Ze­gadle mało inte­re­su­jące, ba, godne po­gardy. Gdy­bym re­pre­zen­tował Mu­zeum Techniki, być może pan Ze­gadło wi­działby we mnie jakąś war­tość. Po­nie­waż jed­nak nie mia­łem dy­plomu in­ży­niera, tylko histo­ryka sztuki, pan Ze­gadło traktował mnie nie­mal jak nie­szkodli­wego wa­riata, który po­święca swój czas na ni­komu nie­po­trzebne i mało ważne sprawy.

Przedmio­tem kultu inży­niera Ze­gadły były rów­nież sa­mo­chody. Naj­mniejsza plamka na karo­serii była nie­mal plamą na jego ho­norze, każde za­dra­panie na lakie­rze wozu od­czu­wał bole­śnie, jakby to za­dra­pano jego wła­sne ciało. I ta­kiemu to człowie­kowi o mało nie roz­biłem jego pięk­nego błę­kit­nego opla. Teraz chyba ro­zu­mie­cie istotę tej sprawy?

Inży­nier Ze­gadło naj­chęt­niej roz­ma­wiał o sa­mo­cho­dach. Wła­snych i cu­dzych, o ich bo­lącz­kach i za­le­tach, o ich wła­ści­wo­ściach i spe­cy­ficz­nych po­trze­bach. Wy­daje mi się, że gdyby mu ktoś po­kazał obraz van Gogha i pięk­nego tau­nusa, tylko tau­nus zdo­łałby go za­inte­re­so­wać, acz­kol­wiek obraz van Gogha wart jest na rynku świato­wym sto, a może wię­cej tau­nu­sów.

Inży­nier Ze­gadło był jed­nak przy­stoj­nym trzy­dzie­sto­let­nim męż­czy­zną i obecność panny Ali w jego oplu wy­da­wała się uza­sad­niona. Panna Ala też chyba miała coś wspólnego z tech­niką, skoro sie­działa w straszli­wym Asie. Wi­działem jed­nak, jak z ogromną cie­ka­wo­ścią oglą­dała za­bytki Fromborka. Oso­bi­ście nie cier­pię cia­snoty umy­sło­wej w żad­nej dzie­dzi­nie. Nie lubię hu­ma­ni­stów, któ­rzy nie uwa­żają za godne uwagi wie­dzieć, czym różni się silnik czte­ro­su­wowy od dwu­su­wo­wego, i in­ży­nie­rów sa­mo­cho­do­wych, z któ­rymi nie można po­roz­ma­wiać o sys­te­mach filo­zo­ficz­nych. Mimo ogromnej spe­cjali­zacji, któ­rej wy­maga współcze­sny świat, nie wie­rzę, aby jakiś człowiek spe­cjali­zu­jący się w jed­nej okre­ślo­nej dzie­dzi­nie mógł w niej mieć ogromne suk­cesy, jeśli nie bę­dzie mieć otwartych oczu na po­zo­stałe sprawy ota­cza­ją­cego go świata. By­łem w willi wiel­kiego ra­dzieckiego fi­zyka w Dub­nej pod Mo­skwą i wi­działem u niego wspaniałą ko­lek­cję obra­zów współcze­snych. O tych obra­zach roz­ma­wiał ze mną ów fizyk z miło­ścią i znaw­stwem. Znam pi­sarza, który po­trafi robić piękne me­ble — stru­giem tak samo do­brze włada, jak i pió­rem.

Pan Ze­gadło re­pre­zen­tował więc typ cia­snego tech­no­kraty. Panna Ala była inna. Może dla­tego, kiedy on za­czy­nał mó­wić o sa­mo­cho­dach, na jej twa­rzy po­ja­wiał się wy­raz lek­kiego znu­dze­nia, a na­wet zaże­no­wa­nia.

A traf zda­rzył, że tam, gdzie za­par­ko­wali­śmy nasze wozy, to jest w są­siedztwie go­spody lu­do­wej we From­borku, stał aku­rat przy kra­węż­niku wspaniały czerwony ford mu­stang.

Był to wóz typu co­upe. Ka­rose­rię za­pro­jek­tował chyba bar­dzo uta­len­to­wany pla­styk, bo choć sa­mo­chód stał nie­ru­chomo, zda­wało się, że już zry­wał się do biegu. A przy tym wy­da­wał się nie­zwy­kle lekki i zwinny, na szo­sie roz­wijał chyba za­wrotną szybkość i do­sko­nale brał za­kręty. Gdzie go po­rów­nać do cięż­kiej syl­wetki opla, nie mó­wiąc już o moim we­hi­kule, po­dob­nym do roz­kra­czo­nej żaby.

— Oto jest sa­mo­chód — oświad­czył inży­nier Ze­gadło, z naj­wyż­szym za­chwytem pa­trząc na czerwo­nego mu­stanga.

A słowa te były wy­po­wie­dziane ta­kim to­nem, jakim — wy­obra­żam sobie — Pon­cjusz Piłat wy­po­wie­dział na wi­dok Chrystusa słynne „Ecce homo”, czyli „Oto człowiek”. Wy­daje mi się, że pan Ze­gadło z większym za­chwytem po­dzi­wiał czerwo­nego mu­stanga niż urodę panny Ali. Od­nio­słem wra­żenie, że ona to rów­nież za­uwa­żyła, bo stwierdziła z odrobiną drwiny w gło­sie:

— Sa­mo­chód zro­bili lu­dzie i dla­tego nie ma po­trzeby pa­dać przed nim na ko­lana. Są­dzę, że lu­dzie są bar­dziej inte­re­su­jący od sa­mo­cho­dów.

Inży­nier Ze­gadło za­ma­chał prze­cząco rę­kami.

— Ach, Alu, ty sobie na­wet nie wy­obra­żasz, jak wspaniałe uczucie musi mieć człowiek pro­wa­dzący tak piękny wóz.

— Tak — zgo­dzi­łem się z iro­nią — za­pewne jest to wspanial­sze uczucie niż pro­wa­dzić pod rękę ładną pannę.

Inży­nier Ze­gadło łyp­nął na mnie po­dejrzliwym okiem. Być może moja iro­nia do­tarła do jego świado­mo­ści. Od­po­wie­dział za­czepnie:

— Panu trudno zro­zu­mieć moje słowa, po­nie­waż za­do­wala się pan pro­wa­dze­niem tego wstrętnego gru­chota — wskazał mój po­kraczny we­hikuł.

— To zu­peł­nie do­bry sa­mo­chód — stwierdzi­łem.

— I pan to coś na­zywa sa­mo­cho­dem? No wie pan, to są chyba wolne żarty.

— Je­dzie po szo­sie tak samo jak inne sa­mo­chody — po­wie­działem. — A że nie jest piękny, to już inna sprawa. Ka­rose­rię wy­konał wu­jek, do­mo­rosły wy­na­lazca. Sa­mo­chód mój jest jed­nak bar­dzo uży­teczny.

— Uży­teczny? — pod­chwycił inży­nier Ze­gadło. — Do czego uży­teczny? Chyba jako wóz cyr­kowy do wo­żenia ku­gla­rzy po jar­mar­kach.

— By­łem nim na­wet za gra­nicą — od­rze­kłem.

— Co? — obu­rzył się Ze­gadło. — I może miał pan na tej po­krace przy­cze­pione li­terki PL, aby każdy wie­dział, że pan jest z Pol­ski? Panie, pan kom­pro­mi­tuje nasz kraj, naszą tech­nikę. Co sobie o nas obcy po­my­ślą?

— Nie wszystko jest zło­tem, co się świeci — stwierdzi­łem filo­zo­ficz­nie. — We Fran­cji zna­lazł się na­wet ktoś, kto chciał ku­pić ode mnie mój we­hikuł i go­tów był za­pła­cić nie­złą sumkę.

— Do­my­ślam się, o co cho­dziło. Za­pewne chciał pań­ski we­hikuł prze­kazać do mu­zeum dzi­wactw. Sły­sza­łem, że i takie mu­zea są za gra­nicą.

— Mój we­hikuł ma dużo zalet, choć nie ne­guję, że po­siada też pewne braki... — za­czą­łem wy­ja­śnie­nia.

— Pa­nie, on składa się z sa­mych bra­ków. To jest jeden wielki brak. Brak taktu, brak smaku, brak pręd­kości, brak... — tu inży­nier urwał, bo przede wszystkim to jemu cze­goś bra­ko­wało. Bra­ko­wało fan­tazji, aby dalej snuć te wy­my­sły na mój we­hikuł.

Panna Ala, któ­rej chyba zro­biło się nie­przyjem­nie, bo są­dziła, że mnie jest przy­kro, po­wie­działa:

— Nasz As też nie jest piękny...

— As? — obu­rzył się inży­nier. — As jest szczytem współcze­snej tech­niki. Piękno Asa by­łoby bez­uży­teczne. Ten zaś we­hikuł to jest... to jest... — szu­kał w gło­wie ja­kie­goś wy­zwi­ska i wreszcie wy­krzyknął rado­śnie: — Toż to jest ru­pieć!

W tym mo­men­cie z go­spody lu­do­wej wy­szła czarna dama, czyli panna Anielka, zna­joma ma­gistra Pie­truszki. Po­de­szła do czerwo­nego mu­stanga, otworzyła drzwiczki, za­sia­dła za kie­row­nicą. Inży­nier Ze­gadło z nie­mym za­chwytem śle­dził każdy jej ruch. A gdy piękna dama wło­żyła klu­czyk do sta­cyjki i sil­nik sa­mo­chodu za­czął pra­wie bez­sze­lest­nie pra­co­wać, zda­wało się, że rów­nież serce inży­niera Ze­gadły za­częło bić w no­wym, rado­snym ryt­mie.

— To jest wóz — szep­nął inży­nier jak w upo­jeniu.

Czerwony mu­stang pode­rwał się z miej­sca wspania­łym zry­wem. Za­wró­cił na ry­neczku Fromborka, a po­tem po­mknął w stronę Bra­niewa. Po kilku se­kun­dach znik­nął nam z oczu.

A gdy prze­padł, zda­wało się, że i dla inży­niera Ze­gadły prze­stało błyszczeć słonko. Twarz mu po­smutniała, zwie­sił głowę i po­wie­dział me­lan­cho­lijnie:

— Chciał­bym mieć taki sa­mo­chód...

I za­milkł. Panna Ala wy­ko­rzy­stała tę chwilę, aby skie­ro­wać roz­mowę na inny temat.

— Czy ma­gister Pie­truszka trafił już na Dia­blej Gó­rze na schowek Ko­eniga? — za­gad­nęła mnie.

Nie zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć. W tym mo­men­cie pod­biegł jakiś chło­piec w mun­durku har­cer­skim i sa­lutu­jąc za­pytał:

— Czy pan jest pa­nem To­ma­szem?

— Tak.

— Baśka ka­zał nam wszędzie pana szu­kać i za­mel­do­wać, że czerwony mu­stang po­rwał sta­ruszka.

— Co ta­kiego? — za­wo­łałem.

— Nic nie wiem o tej sprawie — od­rzekł chło­piec. — Po pro­stu Baśka ka­zał nam pana od­na­leźć i prze­kazać mel­du­nek.

Słowa chłopca sły­szał i inży­nier Ze­gadło. Nie wie­dział, o co cho­dzi, ale zro­zu­miał, że ktoś ko­goś po­rwał, a to zna­czy, że na­leży po­śpie­szyć z od­sie­czą. A może rów­nież pra­gnął popi­sać się przed Alą swoją przedsię­bior­czo­ścią i wła­ści­wo­ściami swego opla.

Krzyknął gromko:

— Ktoś ko­goś po­rwał? Na koń, pro­szę pań­stwa. Do­ści­gniemy czerwo­nego mu­stanga. Sia­daj­cie do mego wozu, a ja już do­padnę ban­dy­tów.

Po­krę­ciłem prze­cząco głową.

— Po­jadę we­hi­ku­łem. Zresztą, nie wiem na­wet, w ja­kim kie­runku poje­chał czerwony mu­stang. Mu­simy naj­pierw po­roz­ma­wiać z moimi przyja­ciółmi, któ­rzy strzegli sta­ruszka.

Za­grały sil­niki na­szych sa­mo­cho­dów. Ru­szy­łem pierwszy, a inży­nier Ze­gadło wraz z Alą poje­chali za mną, bo ja zna­łem drogę do domu sta­ruszka.

Gdy tylko wje­cha­łem w ulicę Starą, na jezd­nię wy­sko­czyli Zosia Wal­czyk i Baśka. Za­ha­mo­wa­łem. Rela­cja ich była krótka, bo zda­wali sobie sprawę, że każda se­kunda jest nie­zwy­kle cenna.

— Do sta­ruszka przy­szło dwóch męż­czyzn, a po­tem przyjechał czerwony mu­stang, pro­wa­dzony przez pannę Anielkę, zna­jomą ma­gistra Pie­truszki. Póź­niej jeden z męż­czyzn wy­pro­wa­dził z domu sta­ruszka i wpa­ko­wał go do czerwo­nego mu­stanga. Panna Anielka za­sia­dła za kie­row­nicą i odje­chali.

— Dla­czego są­dzi­cie, że sta­ru­szek zo­stał po­rwany? — za­py­tałem.

— Miał związane ręce i opie­rał się. Ten męż­czy­zna nie­mal siłą we­pchnął go do wozu. Sprawa jest jasna: Ba­tura nie chce, żeby­śmy uzy­skali in­for­ma­cje w sprawie Dia­bel­skiego Drzewa.

— W którą stronę odje­chali?

— Na Bra­niewo. Panna Anielka po­wie­działa: „Mu­simy jesz­cze za­tan­ko­wać pa­liwo”. My­ślę więc, że naj­pierw poje­chali do stacji ben­zy­no­wej na szo­sie bra­niewskiej.

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Nie pla­nuje się po­rwa­nia ma­jąc pusty bak.

Ze­gadło był in­nego zda­nia.

— Pa­nie, co pan mówi? Na­wet prze­stępca może za­po­mnieć o na­peł­nie­niu baku sa­mo­cho­do­wego. Na koń, pro­szę pań­stwa! Je­stem pe­wien, że do­pę­dzimy czerwo­nego mu­stanga. Po­rzuć pan to swoje stare pudło, bo ono nam tylko bę­dzie za­wa­dzać, i je­dziemy co koń wy­sko­czy.

Po­krę­ciłem prze­cząco głową.

— Pana opel nie zdoła do­gonić mu­stanga. Niech pani siada do mego wozu — zwróciłem się do Ali.

Mój głos brzmiał tak zde­cy­do­wa­nie, że panna Ala wsiadła do we­hi­kułu, gdzie na­tychmiast wskoczyli także Zosia Wal­czyk i Baśka.

Naci­sną­łem mocno pe­dał gazu. We­hikuł rzucił się do przodu jak ru­mak dźgnięty ostrogą. Po­mknęliśmy w stronę sta­cji ben­zy­no­wej, a błę­kitny opel inży­niera Ze­gadły do­piero po chwili ru­szył za nami.

Od mo­mentu po­rwa­nia mi­nęło już chyba kil­kana­ście mi­nut, a prze­cież przy stacji ben­zy­no­wej zo­ba­czy­liśmy czerwo­nego mu­stanga. Panna Anielka za­tan­ko­wała już ben­zynę, a te­raz do­le­wała oliwy do sil­nika. Przez chwilę od­nio­słem wra­żenie, że czerwony mu­stang spe­cjal­nie tu na nas czeka. Lecz wra­żenie to za­raz mi­nęło.

Za­uwa­ży­łem, że w mu­stangu nie było żad­nego męż­czy­zny. Na tyl­nym sie­dze­niu leżał tylko jakiś tłu­mok na­kryty ko­cem.

Wy­sia­dłem z we­hi­kułu i skie­ro­wa­łem się do panny Anielki. Jed­no­cze­śnie zaj­rza­łem przez szyby do wnę­trza jej wozu. A wtedy stało się coś nie­oczeki­wa­nego. Ktoś ukryty pod ko­cem jakby usi­łował się uwolnić. Na mo­ment uj­rza­łem czy­jąś twarz. Twarz ta miała su­mia­ste wąsy sta­ruszka. A więc sprawa była jasna: męż­czy­zna, który we­pchnął sta­ruszka do wozu, wy­siadł gdzieś po dro­dze, a związa­nego sta­ruszka umiesz­czono na tyl­nym sie­dze­niu i jak tłu­mok na­kryto ko­cem. I oto teraz usi­łował się uwolnić.

— Chwi­leczkę, pro­szę pani — zwróciłem się do Anielki. — Czy mogą z pa­nią za­mie­nić kilka słów?

Lecz panna Anielka chyba zo­riento­wała się, że spo­strzegłem sta­ruszka. Bły­ska­wicznie za­krę­ciła korek oliwy i wskoczyła za kie­row­nicę mu­stanga.

Chwyci­łem za drzwiczki jej wozu, z dru­giej strony zła­pał za klamkę drzwi pan inży­nier Ze­gadło, który w tym cza­sie nad­je­chał do stacji ben­zy­no­wej. Ale czerwony mu­stang już ze­rwał się do biegu i mu­sieli­śmy pu­ścić klamki, bo przewró­ciłby nas na zie­mię.

Za­pisz­czały opony, gdy mu­stang za­wró­cił spod stacji i po­pę­dził drogą do Fromborka, a po­tem znowu pisz­cząc opo­nami skrę­cił na szosę w kie­runku el­blą­skiej auto­strady. A ja mknąłem za nim. Za mną zaś pę­dził ma­gister Ze­gadło w swoim błę­kit­nym oplu.

We From­borku na za­krę­cie zwolniłem, bo prze­cież znaj­do­wa­łem się w stre­fie za­bu­do­wa­nej. Tę chwilę wy­ko­rzy­stał inży­nier Ze­gadło, wy­sfo­ro­wu­jąc się do przodu.

— Ach, ten pań­ski ru­pieć! — jąk­nęła Ala. — Trzeba było je­chać oplem. Prze­cież tym gru­cho­tem nie do­pędzi pan mu­stanga.

Mrukną­łem:

— Zo­ba­czymy, pro­szę pani. Mój we­hikuł bywa cza­sem bar­dzo do­brym sa­mo­cho­dem.

Udała, że się śmieje, ale chyba mój dow­cip wy­dał jej się bar­dzo głupi.

Szosa na Wierzno jest wą­ska, wy­sa­dzana drzewami. Ani mu­stang, ani opel Ze­gadły, ani też mój we­hikuł nie mo­gły roz­wi­nąć dużej szybkości. W tych wa­run­kach sza­leń­stwem by­łoby wy­prze­dzać. Je­chały więc te trzy wozy jeden za dru­gim, cze­kając tylko na oka­zję: mu­stang, aby się od nas ode­rwać, opel, aby wy­prze­dzić mu­stanga i za­gro­dzić mu drogę. Ja zaś, aby wy­prze­dzić opla i mu­stanga.

— Mó­wili­ście — ode­zwałem się do Zosi Wal­czyk i chłopca — że dwóch męż­czyzn we­szło do domu sta­ruszka. Po­tem wspo­mnieliście, że tylko jeden męż­czy­zna wy­pro­wa­dził sta­ruszka z domu. Co się stało z dru­gim męż­czy­zną?

— Za­pewne po­zo­stał w domu sta­ruszka — stwierdziła Zosia Wal­czyk.

— Dziwne. Bar­dzo dziwne — mrukną­łem. — A ten pierwszy męż­czy­zna także znik­nął z mu­stanga. Hi­storia z po­rwa­niem wy­gląda mi po­dej­rza­nie.

— Każde po­rwa­nie jest po­dej­rzane — rze­kła Ala. — Może uznali, że Anielka zdoła sama wy­wieźć związa­nego sta­ruszka. Dwaj męż­czyźni mają pew­nie ja­kieś inne zaję­cie na miej­scu.

— A wła­śnie. Jakie? — za­py­tałem.

— Prze­cież pan sam mó­wił, że oni szu­kają skar­bów Ko­eniga. Sta­ruszka wy­wieźli, żeby pan nie mógł się z nim skontak­to­wać i wy­cią­gnąć od niego in­for­macji. Do tego celu wy­star­czyła panna Anielka, a oni zo­stali we From­borku.

— Może — zgo­dzi­łem się z odrobiną po­wąt­pie­wa­nia. Lecz nie było już czasu na roz­mowy. Oto zbli­żyli­śmy się do el­blą­skiej auto­strady, na którą dużą okol­nicą wje­chał czerwony mu­stang i ku na­szemu zdziwie­niu po­mknął w stronę ra­dzieckiej gra­nicy.

I tu o auto­stra­dzie słów kilka, nie­zbędnych dla wy­ja­śnie­nia całej akcji.

Niemcy za­pro­jek­to­wali bu­dowę ogromnej, dwu­stru­miennej auto­strady, łą­czą­cej El­bląg z Kró­lew­cem. Zre­ali­zo­wano jed­nak tylko jeden odci­nek tego pro­jektu, i to czę­ściowo. Au­to­strada po­siada jeden beto­nowy stru­mień, bu­dowę dru­giego za­rzu­cono.

Jak każda auto­strada, tak i ta nie ma żad­nego skrzyżo­wa­nia, wszystkie prze­ci­na­jące ją drogi pro­wa­dzą albo pod nią, albo nad nią przez spe­cjal­nie zbu­do­wane wia­dukty i mo­sty. Z bocz­nych dróg wy­jeż­dża się okól­ni­cami, co zwiększa wi­doczność i po­zwala bez­piecznie włą­czyć się do ruchu na auto­stra­dzie, na któ­rej można roz­wijać dużą szybkość.

Ale auto­strada El­bląg-Kró­le­wiec jest dzi­siaj zu­peł­nie martwa, al­bo­wiem wraz z po­działem Prus mię­dzy Pol­skę i Związek Ra­dziecki stra­ciła swoje zna­cze­nie ko­mu­nika­cyjne i mi­li­tarne. Jest ona nie­po­trzebna w na­szej sieci dróg, gdyż prze­cina ją gra­nica pań­stwowa. Przejścia gra­niczne są w zu­peł­nie in­nych miej­scach, lud­ność ko­rzy­sta z dróg bocznych, bar­dziej przy­dat­nych, bo łą­czą­cych wsie i osie­dla.

I oto w tym miej­scu zna­lazł się czerwony mu­stang. Do gra­nicy po­zo­sta­wało jesz­cze kil­kana­ście ki­lo­me­trów pu­stej auto­strady. Roz­po­czął się praw­dziwy po­ścig.

Nie wiem, jaką mak­sy­malną szybkość po­trafi roz­wi­nąć mu­stang. Ale już po kilku mi­nu­tach jazdy auto­stradą spo­strzegłem, że strzałka szybko­ściomie­rza we­hi­kułu do­tknęła liczby sto sześćdzie­siąt. Nie był to jed­nak jesz­cze ko­niec. Mu­stang mknął co­raz szyb­ciej i szybciej. Błę­kitny opel za­czął po­zo­sta­wać w tyle...

A wtedy wy­da­rzyło się coś ta­kiego, co spo­wo­do­wało, że z piersi panny Ali wy­do­było się rado­sne wes­tchnienie. Zaś ma­gister inży­nier Ze­gadło wpadł w takie zdziwie­nie, że o mało nie zje­chał z auto­strady i swoim błę­kit­nym oplem nie wpadł do rowu.

Już owe sto sześćdzie­siąt ki­lo­me­trów na go­dzinę bu­dziło zdu­mie­nie panny Ali. Mru­gając oczami z nie­do­wie­rza­niem pa­trzyła na licz­nik we­hi­kułu, bo w gło­wie jej się nie mo­gło po­mie­ścić, aby „ru­pieć” osią­gał tak wielką pręd­kość. Ale ja jesz­cze moc­niej przy­ci­sną­łem pedał gazu.

Trzy­sta pięć­dzie­siąt koni me­cha­nicz­nych sa­mo­chodu Fer­rari 410 przy­śpie­szyło swój bieg. Trzy­sta pięć­dzie­siąt koni me­cha­nicz­nych ru­szyło z ko­pyta, jakby ktoś strzelił z bata. W dwu­nastu cy­lin­drach ży­wiej za­grała krew sa­mo­chodu — żółta, wy­so­ko­okta­nowa ben­zyna. Dwa gaź­niki tło­czyły ben­zyną do cy­lin­drów.

Sto sie­dem­dzie­siąt. Dwieście... Dwieście dzie­sięć... Dwieście dwa­dzie­ścia...

Wy­prze­dzi­łem opla z taką ła­two­ścią, z jaką ja­dący z górki ro­we­rzy­sta wy­prze­dza idą­cego pie­szo czło­wieka. Wy­prze­dzi­łem czerwo­nego mu­stanga z taką ła­two­ścią, z jaką ro­we­rzy­sta wy­prze­dza chłopską fur­mankę.

— Ten pana we­hikuł — wy­ją­kała panna Ala — on jest chyba... za­cza­ro­wany...

Wy­prze­dza­jąc mu­stanga zerk­ną­łem na pannę Anielkę. O dziwo! Nie była zdu­miona ani prze­ra­żona. Mógłbym nie­mal przy­siąc, że coś w ro­dzaju try­um­fują­cego uśmiechu uka­zało się na jej twa­rzy. „Czyżby to ona zwy­cię­żyła?” — prze­mknęło mi przez myśl.

Lecz zale­dwie mój we­hikuł zna­lazł się przed mu­stan­giem, uj­rza­łem czerwoną ostrze­gaw­czą ta­blicę z na­pi­sem: „Strefa gra­niczna”, a po chwili, bo prze­cież je­cha­liśmy w za­wrotnym tem­pie — zo­ba­czy­łem biało-czerwoną ta­blicę z bia­łym or­łem. Na­pis na ta­blicy głosił: „Granica pań­stwa”. Szosę prze­gra­dzał biało-czerwony szla­ban, przy któ­rym stał na war­cie żoł­nierz WOP-u, z zie­lo­nym oto­kiem na czapce.

Na wi­dok dwóch aut mknących z sza­loną szybko­ścią w kie­runku gra­nicy war­tow­nik prze­sunął swój au­to­ma­tyczny pi­stolet z ra­mie­nia na piersi i bar­dzo wy­raź­nym ge­stem poło­żył dłoń na jego kol­bie. Te dwa pę­dzące sa­mo­chody sprawiały na nim wra­żenie, jakby ich wła­ści­ciele nie chcieli uwzględ­nić faktu ist­nie­nia gra­nicy.

Przy­ci­sną­łem ha­mulce, to samo zro­biła czarna dama w mu­stangu. Za­pisz­czały opony kół, wo­zem moim tro­chę za­rzu­ciło, lecz prze­cież zdą­ży­łem za­trzymać się przy­najmniej o czter­dzie­ści me­trów przed szla­ba­nem. Gdy obej­rza­łem się za sie­bie, zo­ba­czy­łem ma­skę mu­stanga zale­dwie o dwa me­try za we­hi­ku­łem. Wy­sko­czy­łem z wozu i pod­bie­głem do czar­nej damy. Nie zale­żało mi na wi­doku jej pięk­nej twa­rzy. Chciałem uwolnić sta­ruszka, po­rwa­nego i ukrytego pod ko­cem na tyl­nym sie­dze­niu.

Ale to, co uj­rza­łem, prze­szło wszelkie moje wy­obra­żenia. Po­czu­łem się, jakby ktoś oblał mnie nagle ku­błem zim­nej wody. Lub jak­bym rap­tem w biały dzień, w peł­nym słońcu uj­rzał upiora, który wy­szczerzył na mnie swoje zęby.

Oto za kie­row­nicą czerwo­nego mu­stanga sie­działa z uśmie­chem panna Anielka. A na tyl­nym sie­dze­niu, wy­god­nie roz­party, z nogą zało­żoną na nogę, tkwił Wal­de­mar Ba­tura i z obojętną miną palił pa­pie­rosa. Koc, pod któ­rym znaj­do­wał się sta­ru­szek, leżał obok niego, sta­ran­nie zło­żony w kostkę.

Na stacji ben­zy­no­wej wi­dzie­liśmy wszyscy związa­nego sta­ruszka, zo­ba­czy­liśmy jego wąsy, za­uwa­żyli­śmy, jak usi­łował wy­do­stać się spod koca. Po­tem ani przez se­kundę czerwony mu­stang nie znik­nął nam z oczu, dep­tali­śmy mu po pię­tach. A prze­cież na trasie od Fromborka do gra­nicy odbył się jakiś za­dzi­wia­jący ho­kus-po­kus i sta­ru­szek zmienił się w Wal­de­mara Ba­turę. Czyż ten fakt nie mógł ode­brać nam mowy?

I gdy tak stali­śmy obok czerwo­nego mu­stanga, w nie­mym mil­cze­niu pa­trząc na Wal­de­mara Ba­turę, nad­je­chał błę­kitny opel, z któ­rego wy­sko­czył ma­gister inży­nier Ze­gadło. Nie ob­cho­dził go już czerwony mu­stang, a tym bar­dziej jego pasa­że­rowie. In­tere­so­wał go jedy­nie mój we­hikuł.

— Pa­nie! — za­wołał bła­gal­nie. — Panie drogi. Po­każ pan, co ten ru­pieć ma pod ma­ską... Nigdy cze­goś ta­kiego nie wi­działem. Co za szybkość! Co za tempo! Jakaż to wspaniała ma­szyna — nie­mal ję­czał z za­chwytu, bo­wiem nie­zwy­kle ko­chał sa­mo­chody.

Za­wró­ciłem do we­hi­kułu i pod­nio­słem jego ma­skę. A in­ży­nier Ze­gadło przy­klęk­nął i z naj­wyż­szym na­bo­żeń­stwem li­czył cy­lin­dry sil­nika, z naj­większą deli­kat­no­ścią doty­kał gaź­ni­ków, kabli do­pro­wa­dza­ją­cych prąd elek­tryczny do świec, gła­skał prąd­nicę, paski kli­nowe na prąd­nicy i chłodnicy.

A w tym cza­sie Wal­de­mar Ba­tura po­rzucił ma­skę obo­jęt­ności. Z za­palo­nym pa­pie­ro­sem w ustach, wy­siadł z czerwo­nego mu­stanga, zro­bił kilka kro­ków w moim kie­runku i po­wie­dział:

— Wie­działem, To­ma­szu, że masz zna­ko­mity sa­mo­chód. Ale nie przy­pusz­cza­łem, że jest on aż tak szybki. To rze­czy­wi­ście cu­downa ma­szyna. Prze­nigdy nie zary­zy­kuję ści­gać się z tobą ani nie będę pró­bo­wał przed tobą ucie­kać.

— Gdzie jest sta­ru­szek? — warkną­łem. — Do­ko­nałeś po­rwa­nia pana Dą­brow­skiego. Co z nim zro­biłeś?

Wal­de­mar Ba­tura skrzywił usta, wy­ra­żając tym nie­smak.

— Sta­ru­szek? Po­rwa­nie? Znajdu­jesz się, To­ma­szu, w sta­nie upo­jenia alko­ho­lo­wego? Czy wi­działeś tu gdzieś ja­kie­goś sta­ruszka?

„Świat jest iluzją” — po­my­śla­łem, przy­po­mi­nając sobie słowa Ca­glio­stra. A Ba­tura mó­wił dalej:

— Po­rwa­nie? A fe, To­ma­szu. Za­po­mniałeś, że ja, po­dob­nie jak i ty, brzy­dzę się bru­talną siłą, cenię spryt i in­teli­gen­cję. Nie leży w mo­ich oby­cza­jach ni­kogo po­ry­wać ani zmu­szać siłą do ro­bie­nia cze­goś, czego ro­bić nie chce.

— Gdzie jest sta­ru­szek? — krzykną­łem groź­nie. Wal­de­mar Ba­tura uśmiech­nął się wy­ro­zu­miale.

— Wiem, jak ce­nisz szczerość, drogi To­ma­szu. Dla­tego po­wiem ci prawdę. Nie po­rwa­łem sta­ruszka. Po pro­stu w na­grodę za to, że poin­for­mo­wał mnie o miej­scu, gdzie rosło Dia­bel­skie Drzewo, za­pro­po­no­wa­łem mu dwutygo­dniowe wczasy w jed­nym z pol­skich ku­ror­tów. Da­łem mu na ten cel pie­nią­dze oraz za­opa­trzy­łem go w bilet.

Ba­tura zerk­nął na zega­rek i rzekł:

— W tej chwili z portu we From­borku od­pływa sta­tek do Kry­nicy Mor­skiej. Ale prze­cież nie twierdzę, że tym stat­kiem od­pły­nął sta­ru­szek. Przed dzie­się­cioma mi­nu­tami z dworca ko­lejo­wego we From­borku odje­chał po­ciąg do Gdańska, skąd są połą­cze­nia ko­le­jowe do Za­ko­pa­nego, na Dolny Śląsk, do Mię­dzyzdro­jów i Ko­ło­brzegu. Ale prze­cież nie twierdzę, że w tamtą stronę odje­chał sta­ru­szek. Za pięć mi­nut z Fromborka odej­dzie po­ciąg do Olsztyna, skąd łatwo o połą­cze­nie z Bia­łym­sto­kiem, a dalej auto­bu­sem do­stać się można do wielu uro­czych miej­sco­wo­ści nad jezio­rami Su­walszczy­zny. A Biesz­czady? Czyżbym za­po­mniał o mod­nych Bieszcza­dach? Przy­się­gam ci, To­ma­szu, że znaj­dziesz sta­ruszka w którejś miej­sco­wo­ści wczaso­wej. Lecz jeśli tego ro­dzaju po­szu­ki­wa­nia wy­dają ci się bez­sen­sowne, okaż cier­pli­wość i po­cze­kaj. Przy­się­gam, że za dwa tygo­dnie sta­ru­szek zdrowy i wy­po­częty zjawi się we From­borku i za­pewne chęt­nie poin­for­muje cię, gdzie rosło drzewo zwane Teu­fels­baum. Nie­stety, nic wię­cej nie mogę dla cie­bie zro­bić.

Prze­gra­łem. Po raz drugi już prze­gra­łem w walce z Wal­de­ma­rem Ba­turą. Oka­zał się sprytniej­szy ode mnie, prze­chy­trzył mnie, a te­raz stał przede mną na szo­sie i na­igra­wał się z mojej klę­ski.

— Prze­pra­szam, drogi To­ma­szu — mó­wił Ba­tura — że nara­ziłem cię na po­dróż do tego miej­sca. Ale chyba przy­znasz, że cię ni­czym nie za­chę­ca­łem. Zro­zum jed­nak moją sytu­ację: roz­sta­wiłeś warty wo­kół domu sta­ruszka. W jaki spo­sób nie­po­strzeżenie mógł on wejść na sta­tek albo udać się na dwo­rzec ko­le­jowy? W cha­rak­terze po­rwa­nego sta­ruszka poło­ży­łem się pod ko­cem na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu. Mógłbym cię po­cią­gnąć za sobą w stronę El­bląga, Mal­borka. Mo­głem klu­czyć i zmieniać trasy. Ale wiem prze­cież, że ży­jesz ze skromnej pen­sji urzędni­czej, a dy­rek­tor Mar­czak nie zwróci ci pie­nię­dzy za wy­pa­loną ben­zynę. Uwzględ­nia­jąc stan twych fi­nan­sów, poje­cha­liśmy tylko do gra­nicy. I te­raz w naj­większej zgo­dzie po­wró­cimy do Fromborka. Czy tak, To­ma­szu?

To mó­wiąc Wal­de­mar Ba­tura skło­nił się pan­nie Ali, Zosi Wal­czyk, mnie i chłopcom. Wsiadł do czerwo­nego mu­stanga, który za­wró­cił i po­mknął w stronę Fromborka.

— Pan miał rację — szep­nął Baśka — Ba­tura jest ge­nial­nym zło­czyńcą.

Jakże gorzki ma smak uczucie klę­ski. Zwiesiłem głowę i nie cie­szyły mnie na­wet za­chwyty Ze­gadły nad silni­kiem we­hi­kułu. Try­umf nad Ze­gadłą był ni­czym wo­bec try­umfu, jaki od­niósł Ba­tura.

Baśka i Zosia pró­bo­wali obu­dzić we mnie na­dzieję:

— Niech się pan nie martwi, panie To­ma­szu. Prze­cież pan Dą­browski nie jest chyba je­dy­nym sta­rym miesz­kań­cem Fromborka? Może żyje tu jesz­cze ktoś inny, kto zna miej­sce, gdzie znaj­do­wał się dom Ko­eni­gów.

Panna Ala do­tknęła mo­jego ra­mie­nia i rze­kła cie­płym gło­sem:

— Je­śli kie­dy­kol­wiek bę­dzie pan po­trze­bo­wał mojej po­mocy, pro­szę udać się do wą­wozu koło Dia­blej Góry, a po­tem pójść ścieżką skrajem lasu. Ta ścieżka za­pro­wa­dzi pana do dłu­giego ba­raku ogrodzo­nego siatką. Tam może mnie pan zna­leźć. A te­raz bar­dzo pro­szę o wy­ja­śnie­nie spraw, któ­rych sta­łam się świad­kiem. Kim jest ten Ba­tura? Dla­czego uda­wał, że po­rwał sta­ruszka? Jak to jest, że nie szuka pan skar­bów puł­kow­nika Ko­eniga, a jed­no­cze­śnie ich pan szuka?

Na­le­żały się dziew­czy­nie wy­ja­śnie­nia. Inży­nier Ze­gadło za­jęty był wciąż oglą­da­niem mego we­hi­kułu, więc mia­łem czas, aby opo­wie­dzieć Ali o sprawie bez­cen­nych mo­net i mo­ich po­dej­rze­niach wo­bec Ba­tury,

Nie są­dzi­łem, aby ofia­ro­wana przez nią po­moc mo­gła mi się na coś przy­dać. Ale i tym ra­zem omyliłem się.

 


ROZDZIAŁ JEDENASTY [top]

PO KLĘSCE • WOJNA TRZYNASTOLETNIA • KRNĄBRNY SIOSTRZENIEC • JAK LUD MAZURSKI STAŁ SIĘ EWANGELICKI • KLĄTWA • CZY UMIEM LICZYĆ DO DWUDZIESTU • ŚWIAT JEST ILUZJĄ • DRZEWO ZŁYCH INFORMACJI • KTO SIĘ TOPIŁ POD KRANEM

 

Panna Ala i Krzysztof Ze­gadło odje­chali w Kra­inę Straszli­wego Asa. Baśka i Zosia Wal­czyk wró­cili do swoich har­cer­skich obo­zo­wisk, a ja sa­mot­nie zja­dłem kola­cję w schro­nisku PTTK. Nie zaj­rza­łem na­wet do swego po­koju, bo lę­ka­łem się, że zo­ba­czywszy Ca­glio­stra, rzucę mu w twarz słowo: „Ju­dasz”. To prze­cież on pod­słu­chawszy naszą roz­mowę, prze­kazał jej treść Wal­de­ma­rowi Batu­rze, który na­tychmiast zor­gani­zo­wał wy­jazd sta­ruszka.

Mę­czyło mnie uczucie do­zna­nej po­rażki, pra­gną­łem w sa­mot­ności przemy­śleć przy­czyny mojej klę­ski i dla­tego za­miast do swego po­koju, uda­łem się na spa­cer po From­borku.

Był wie­czór. Nad brze­giem Za­lewu Wi­śla­nego gło­śno i jak gdyby roz­paczliwie krzy­czały mewy. Od strony Tolkmicka przy­pły­nął biały sta­tek pasa­żer­ski i przez chwilę za­roiło się od ludzi w ma­łym por­cie. Po­tem już tylko do­pły­wały do brzegu ża­glówki i jachty z miej­sco­wego koła Pol­skiego Związku Że­glar­skiego i po wo­dzie roz­cho­dziły się gło­śne roz­mowy że­gla­rzy.

Mrok wsą­czał się w uliczki mia­steczka, roz­lewał się po skwerach, gdzie ongiś stały domy, a te­raz, na upo­rząd­ko­wa­nych przez har­cerzy traw­ni­kach rosły piękne kwiaty.

Po­wra­cając z frombor­skiego portu w stronę kate­dral­nego wzgórza, po­woli ule­ga­łem uro­kowi wie­czoru. I choć sta­rałem się nie za­po­mi­nać o dru­gim schowku Ko­eniga, to prze­cież myśl moja po­szy­bo­wała ku zu­peł­nie in­nym, odle­głym sprawom.

Być może sprawiła to po­tęga pióra Hen­ryka Sien­kie­wi­cza i suge­stywność jego „Krzyża­ków”, że w umy­śle większo­ści ludzi rok ty­siąc czte­rysta dzie­siąty koja­rzy się z upad­kiem za­konu krzy­żac­kiego i try­um­fem pol­sko­ści w Pru­sach. Nie, nie chcę po­mniejszać zna­cze­nia grun­waldzkiej bitwy, bo prawdą jest, że wówczas to przetrą­cony zo­stał krę­go­słup Za­konu. Ale prze­cież jest także prawdą histo­ryczną, że zwy­cię­stwo pod Grunwal­dem nie zo­stało wy­ko­rzy­stane przez Ja­giełłę — Za­kon wciąż był jesz­cze po­tężny.

Trzyna­ście lat mu­siał król Ka­zi­mierz Ja­giel­loń­czyk wal­czyć z Krzyża­kami, aby wreszcie zdru­zgo­tać ostatecz­nie ich po­tęgę i do­pro­wa­dzić do po­koju to­ruń­skiego w ty­siąc czte­rysta sześćdzie­sią­tym szó­stym roku, gdy to Krzyżacy zwrócić mu­sieli Pol­sce Po­mo­rze Gdańskie, od­dać Po­wiśle z Mal­bor­kiem i El­blą­giem oraz Warmię. Lecz po­zo­stała im prze­cież reszta Prus, a w tym Ma­zury.

Gdy do­szło do zwy­cię­stwa, włą­cze­nie do Pol­ski zdo­by­tych na Krzyża­kach te­ryto­riów przyjęto w na­szym kraju z po­waż­nymi opo­rami.

Dla­czego? Czyżby­śmy się bali, że po­wi­tają nas tam wrogo?

Ależ nie. Cze­kano na pol­skich ryce­rzy z naj­większym utę­sk­nie­niem, mo­dlono się o ich przyjście, słano po­słów z prośbą o włą­cze­nie do Pol­ski. Jesz­cze przed bitwą pod Grunwal­dem działał w Pru­sach słynny Związek Jasz­czur­czy, ryce­rzy opo­wia­dają­cych się za przyłącze­niem ziem za­kon­nych do Pol­ski. A po­tem po­wstał tam Związek Pru­ski szlachty i miesz­czan, któ­rzy dą­żyli do wy­zwolenia się spod wła­dzy Krzyża­ków i przyłącze­nia do Pol­ski.

W lu­tym ty­siąc czte­rysta pięć­dzie­sią­tego czwartego roku wy­bu­chło w Pru­sach po­wstanie prze­ciw Krzyża­kom, do Ka­zi­mie­rza Ja­giel­loń­czyka przy­było po­sel­stwo szlachty i miesz­czan pru­skich z prośbą o przyłącze­nie ich ziem do Pol­ski. Król Ka­zi­mierz Ja­giel­loń­czyk zde­cy­do­wał się wówczas na wszczęcie wojny z Krzyża­kami, owej wojny trzy­na­sto­let­niej, lecz zro­bił to wbrew po­tęż­nej opo­zycji w swej ra­dzie ko­ron­nej, opo­zycji, którą re­pre­zen­tował kar­dynał Zbi­gniew Ole­śnicki. A gdy zwy­cię­żył i po trzy­nastu la­tach do­pro­wa­dził do po­koju w To­runiu, pa­pież ogło­sił klą­twę. For­mal­nie spa­dła ona na Związek Pru­ski, ów­cze­śni jed­nak poj­mo­wali ją jako obejmu­jącą Kró­le­stwo Pol­skie, a na­wet osobę pol­skiego króla. Po ja­kimś cza­sie pa­pież mu­siał ją cof­nąć, gdyż król za­gro­ził cof­nię­ciem in­trat­nych do­cho­dów, jakie pa­pież cią­gnął z Pol­ski.

Za­kon krzy­żacki do­go­rywał. Kil­ku­dzie­się­ciu Krzyża­ków, któ­rzy rzą­dzili w pań­stwie za­kon­nym, po­słu­gi­wało się tylko za­cięż­nym woj­skiem, naj­mi­tami, ale na utrzyma­nie ich bra­ko­wało im pie­nię­dzy. Nie przy­by­wali nowi ryce­rze za­konni, bo idea walki z po­gań­stwem zgi­nęła śmiercią natu­ralną, jako że bra­ko­wało po­gan, któ­rych trzeba było mie­czem na­wra­cać. Ro­sło też nie­za­do­wo­lenie lud­ności pod­ległej Krzyża­kom. I w tej sytu­acji ryce­rze za­konni zde­cy­do­wali się wy­brać swym Wielkim Mi­strzem — księ­cia Al­brechta Ho­hen­zol­lerna. Był on sy­nem Zofii Ja­giel­lonki, sio­stry pa­nują­cego w Pol­sce króla Zyg­munta Sta­rego, męża kró­lowej Bony. Ów książę Al­brecht na­leżał do ulu­bień­ców króla, bo też i ce­cho­wała go nie lada jaka inte­li­gen­cja, wie­dza, kul­tura i wy­tworne oby­czaje. A tyleż w nim było krwi pol­skiej, co i nie­mieckiej.

Książę Al­brecht zo­stał więc Wielkim Mi­strzem, a że pań­stwo krzy­żac­kie po po­koju to­ruń­skim stało się len­nem pol­ski, obo­wią­zany był Al­brecht skła­dać hołd kró­lowi pol­skiemu. Ulu­biony sio­strzeniec wy­krę­cał się, jak tylko mógł od owych hoł­dów, bo w grę wchodziły także i pie­nią­dze, jakie len­nik wi­nien był skła­dać se­nio­rowi. Lecz gdy wuj, dość po­błaż­liwie zresztą traktujący swego sio­strzeńca, pew­nego roku roz­gniewał się i sta­now­czo zażą­dał hołdu, książę Al­brecht wy­ru­szył ze swoim woj­skiem prze­ciw Pol­sce i wkroczył na Warmię. Tak się zło­żyło, że ad­mini­stra­to­rem ka­pi­tuły war­miń­skiej był wówczas Mi­kołaj Ko­per­nik, który na­on­czas rezy­do­wał w Olsztynie. Ko­per­nik ogło­sił obronę zamku olsztyń­skiego i, jak się oka­zało, ten wielki astronom do­brym był rów­nież stra­te­giem, bo Krzyżacy po bez­owocnej pró­bie szturmu mu­sieli od­stą­pić od oble­gania olsztyń­skiego zamku.

Wkrótce zresztą woj­ska pol­skie pod do­wództwem het­mana Mi­ko­łaja Fir­leja za­dały Al­brechtowi de­cy­du­jącą klę­skę, po któ­rej na­stąpił czte­ro­letni ro­zejm mię­dzy Krzyża­kami i Pol­ską. Książę Al­brecht za radą Mar­cina Lutra zde­cy­do­wał się zrzu­cić habit za­konny i przyjął lute­ra­nizm, pań­stwo zaś za­konne uczynił księ­stwem świeckim. Oczywi­ście, zda­wał sobie sprawę, że prze­cho­dząc na lute­ra­nizm po­pad­nie w nie­łaskę pa­pieża i ce­sarza nie­mieckiego, u któ­rego zaw­sze szu­kał po­mocy prze­ciw Pol­sce. Za­ape­lował więc znowu do swego wuja, Zyg­munta Sta­rego, który i tym ra­zem oka­zał mu ła­ska­wość. Pod­jął się obrony swego krnąbrnego sio­strzeńca przed nie­łaską pa­pieża i ce­sarza. Wtedy książę Al­brecht wraz ze swą świtą po­śpie­szył do Kra­kowa i zło­żył kró­lowi hołd, ów słynny hołd pru­ski uwi­doczniony na obra­zie Ma­tejki. Przygar­nięty przez wuja do piersi, hoj­nie obda­ro­wany i ob­sy­pany ła­skami, po­wró­cił do Prus już nie jako Wielki Mistrz krzy­żacki, lecz jako świecki książę. Krzyżacy zrzu­cili ha­bity i po­żenili się, to samo zro­bili dwaj bi­skupi, sam­bijski i pome­zań­ski, a za ich przy­kła­dem pro­bosz­czo­wie i księża.

I tak oto pew­nego pięk­nego dnia lud ma­zur­ski — z kato­lic­kiego stał się ewange­lic­kim.

Tak roz­my­ślając skie­ro­wa­łem się w stronę schroniska. Czułem już zmę­cze­nie.

W moim po­koju paliło się światło. Przy stole sie­dział Ca­glio­stro i z nie­winną miną roz­kła­dał pa­sjansa. Za­skro­niec zwi­nięty w krąg spał na po­duszce na moim łóżku, a na łóżku Ca­glio­stra ba­rasz­ko­wały białe my­szy. Kró­li­czek w klatce gło­śno chru­pał mar­chewkę.

Nie­winna mina Ca­glio­stra, któ­rego uwa­ża­łem za zdrajcę i Juda­sza, obu­dziła we mnie straszliwą złość. Po­my­śla­łem, że on robi mi bez­kar­nie róż­nego ro­dzaju psi­kusy, a po­nie­waż ja udaję, że o nich nie wiem, chyba uważa mnie za bał­wana.

Po­sta­no­wi­łem za­mą­cić nieco ten wize­runek mojej osoby.

— Mi­strzu — rze­kłem roz­glą­dając się — czy nie od­niósł pan wra­żenia, że pod naszą nie­obecność ktoś za­kradł się do po­koju?

— Nie mam ta­kiego wra­żenia.

— O ile pa­mię­tam, miał pan dzie­sięć pu­dełek. A teraz wi­dzę tylko dziewięć. Co się stało z jed­nym pań­skim pu­deł­kiem?

To stwierdze­nie na mo­ment za­sko­czyło mi­strza. Miałem prze­cież na myśli pu­dełko, które nocą na przy­stani wrę­czył Wal­de­ma­rowi Batu­rze.

— Świat jest iluzją — ziewnął, uda­jąc, że lek­ce­waży sobie moje słowa. — Czy jest pan pe­wien, że umie pan li­czyć do dzie­się­ciu?

— Ukończy­łem wyż­sze stu­dia — od­par­łem. — Wpraw­dzie nie była to Sor­bona ani Oxford, lecz jed­nak wy­daje mi się, że na­by­łem umiejęt­ność li­cze­nia do dzie­się­ciu.

— Ach — wes­tchnął — o ile się nie mylę, po­siadł pan wie­dzę hu­ma­ni­styczną. Ma­te­ma­tyka nie jest za­pewne pana naj­moc­niej­szą stroną.

— Wy­daje mi się, że umiem li­czyć do dzie­się­ciu.

— A do dwu­dzie­stu?

— Wy­daje mi się, że po­trafię li­czyć także i do dwu­dzie­stu.

— Do dwu­dzie­stu? — udał zdu­mie­nie. — Nigdy pana o to nie po­są­dza­łem. Li­cze­nie do dwu­dzie­stu jest nie­zwy­kle trudną sztuką i na­wet ja, który prze­cież ukończy­łem Sor­bonę, a także od­by­łem stu­dia u ty­be­tań­skich mni­chów, nie­kiedy mylę się, gdy wy­pada mi li­czyć aż do dwu­dzie­stu.

— Chce mnie pan pod­dać eg­za­mi­nowi? — za­py­tałem, czu­jąc, że z wściekło­ści włos mi się jeży na gło­wie.

— Chętnie sprawdzę pana umiejętno­ści — stwierdził. Wstał od stołu, się­gnął do jed­nej ze swych dziewię­ciu pa­czek i wyjął z niej mały wo­re­czek oraz nie­wielką tacę.

Naj­pierw wrę­czył mi wo­re­czek i po­prosił, abym go roz­wią­zał z rze­myczków i zaj­rzał do środka.

— W wo­reczku są mo­nety — po­wie­działem. — Dwudzie­sto­gro­szówki.

— Umie pan li­czyć, prawda? — upewniał się Ca­glio­stro. — Pro­szę więc prze­li­czyć mo­nety, wyj­mu­jąc je z wo­reczka. Pro­szę naj­pierw wy­jąć pięć mo­net.

Się­gną­łem do wo­reczka i wy­jąłem pięć mo­net, kła­dąc je na tacy.

— Pro­szę teraz wy­jąć jesz­cze pięć mo­net.

Znowu pięć mo­net poło­ży­łem na tacy. Wo­re­czek był już pusty.

— Ile mo­net było w wo­reczku? Hę? — za­gad­nął Ca­glio­stro.

— Naj­pierw wy­jąłem pięć mo­net, a po­tem rów­nież pięć, czyli w wo­reczku było dzie­sięć mo­net.

— Pro­szę spraw­dzić do­kład­nie wo­re­czek. Może po­zo­sta­wił pan tam jed­nak jakąś mo­netę? — na­kazał mistrz.

Zaj­rza­łem do wo­reczka, po­trzą­sną­łem nim, ob­ma­ca­łem go. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że wo­re­czek jest próżny.

— A więc twierdzi pan, że w wo­reczku było dzie­sięć mo­net? — rzekł Ca­glio­stro, od­bie­rając mi wo­re­czek.

— No tak. Pięć plus pięć to jest dzie­sięć.

— I tego uczyli pana na wyż­szych stu­diach? — za­chi­cho­tał Ca­glio­stro.

Jed­nym szybkim ru­chem wsy­pał mo­nety z tacy do wo­reczka. A po se­kun­dzie, z tego sa­mego wo­reczka wy­sypał znowu mo­nety na tacę. Tylko że tym ra­zem na oko wi­działo się, że mo­net jest znacznie wię­cej.

— Pro­szę prze­li­czyć — za­pro­po­no­wał mistrz.

Li­czy­łem. Na tacy le­żało osiemna­ście mo­net.

— A więc pięć plus pięć wcale nie jest dzie­sięć, lecz osiemna­ście — rzekł Ca­glio­stro.

Wsypał mo­nety do wo­reczka, wo­re­czek za­wią­zał na rze­myki, po czym schował wszystko na po­wrót do jed­nej ze swych pa­czek.

— Czy jest pan w dal­szym ciągu pe­wien, że ja mia­łem dzie­sięć pu­dełek? — za­pytał kpiąco.

Kiw­ną­łem głową.

— Wiem, mi­strzu, świat jest iluzją, prawda?

A po chwili pa­trząc mu zimno w oczy po­wie­działem:

— Pew­nego dnia zro­bię panu taki ho­kus-po­kus, że jesz­cze raz pój­dzie pan na na­ukę do ty­be­tań­skich mni­chów. A teraz, mi­strzu, pro­po­nuję poło­żyć się do snu.

To mó­wiąc, deli­kat­nie zdjąłem ze swej po­duszki śpią­cego za­skrońca i prze­nio­słem go na po­duszkę Ca­glio­stra.

Ro­ze­bra­łem się i wla­złem pod koł­drę. Za­sną­łem pra­wie na­tychmiast, mocno i bez żad­nych ma­ja­ków.

Jakie to szczęście, że człowiek nie ma daru przewi­dy­wa­nia przy­szło­ści i nie wie, jakie los go­tuje mu pu­łapki. Gdy­bym o nich wie­dział, za­pewne nie zmrużył­bym oka.

Obu­dzi­łem się dość wcześnie, ogo­liłem i umyłem. Mistrz spał, a gdy go trą­ciłem w ramię, mruknął, że za­mie­rza spać do połu­dnia i go­tów jest zre­zy­gno­wać ze śnia­dania.

Do ja­dalni po­sze­dłem więc sa­mot­nie, a że je­stem z na­tury rze­czy człowie­kiem bar­dzo towa­rzy­skim i szybko za­po­mi­nam urazy, zo­ba­czywszy sa­mot­nego Pie­truszkę, do­sia­dłem się do jego sto­lika, za­py­taw­szy oczywi­ście, czy mnie przyjmie.

— Czy ba­dania różdżkar­skie mi­strza Ca­glio­stra przy­nio­sły do­bry re­zultat? — za­gad­ną­łem grzecznie.

Przełknął kęs chleba z ma­słem, popił go ły­kiem her­baty i od­rzekł, nie wy­czu­wa­jąc ironii w moim gło­sie:

— Różdżka wskazała wiele miejsc, gdzie na Dia­blej Gó­rze leżą w ziemi ja­kieś me­ta­lowe przed­mioty. Ale, jak sam wiesz, ar­che­olo­go­wie nie po­zwalają tam wbić szpa­dla. Zresztą, ta sprawa w tej chwili już nie ma zna­cze­nia. Drugi schowek Ko­eniga znaj­duje się zu­peł­nie gdzie in­dziej.

— Ach, więc jed­nak Dia­bel­skie Drzewo! — za­wo­łałem z try­um­fem. — Dałeś się prze­ko­nać, że trzeba szu­kać Dia­bel­skiego Drzewa.

Aż brwi uniósł, tak był zdu­miony.

— Co ty ga­dasz, To­ma­szu? Dia­bel­skie Drzewo? A cóż to znowu za po­mysł sza­tań­ski?

— Mam na myśli Dia­bel­skie Drzewo, które rosło na po­dwó­rzu domu Ko­eniga.

Stuknął się pal­cem w czoło.

— Sły­sza­łem tylko o jed­nym drzewie: wia­do­mo­ści do­brego i złego. Albo ra­czej: do­brych i złych in­for­macji. Ty, To­ma­szu, masz złe in­for­ma­cje. To wszystko, co ci mogę po­wie­dzieć na ten temat. A w związku z tym ja­kimś Dia­bel­skim Drzewem, to radzę ci szczerze: nie pró­buj kie­ro­wać mnie na fał­szywy trop. Ostrzegam cię: dzi­siej­szej nocy przyjeżdża tu z War­szawy dy­rek­tor Mar­czak, dzwonił do mnie w tej sprawie. Ra­dzę ci, zaj­mij się przy­go­to­wa­niem przewod­nika po From­borku, bo dy­rek­tor Mar­czak za­pewne ze­chce spraw­dzić twoje po­stępy w tej dzie­dzi­nie.

Za­sko­czył mnie tą wia­do­mo­ścią. A więc dzi­siej­szej nocy przyjedzie do Fromborka dy­rek­tor Mar­czak. Po co? Mi­niony dzień zmarno­wa­łem na bez­owocne po­szu­ki­wa­nia dru­giego schowka Ko­eniga. Co po­wiem dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi, jeśli za­pyta mnie o prze­wod­nik?

Czułem, że grunt usuwa mi się pod no­gami. Ale mimo to uwa­ża­łem za wła­ściwe ostrzec swego kon­ku­renta.

— Wczoraj — po­wie­działem do Pie­truszki — pod­su­ną­łem ci po­dej­rze­nie, że panna Anielka, ku któ­rej, jeśli się nie mylę, lgnie twoje serce, współpra­cuje z Wal­de­ma­rem Ba­turą. Obu­rzy­łeś się na mnie, a prze­cież dziś już mam pew­ność. Panna Anielka pro­wa­dziła czerwo­nego mu­stanga, w któ­rym sie­dział Wal­de­mar Ba­tura. Czy to ci wy­star­czy?

Miałem na końcu ję­zyka opo­wieść o po­rwa­niu sta­ruszka, ale skoro nie było żad­nego po­rwa­nia i zo­sta­łem po pro­stu wy­ki­wany przez Ba­turę, wy­bra­łem mil­cze­nie.

A Pie­truszka z ubo­le­wa­niem po­kiwał głową.

— Oj, To­ma­szu, To­ma­szu, ty nie­wierny i nie­ufny To­ma­szu. Moje serce, jak mó­wisz, lgnie ku pan­nie Anielce, a twoje, jeśli się nie mylę, lgnie ku pan­nie Ali. Dziś przed śnia­da­niem wy­sze­dłem do kio­sku po pa­pie­rosy. Czy wiesz, co zo­ba­czy­łem? Ulicą je­chał czerwony mu­stang pro­wa­dzony przez Wal­de­mara Ba­turę. Obok kie­rowcy w czerwo­nym mu­stangu sie­działa panna Ala. Ostrzegam cię, To­ma­szu. Ta pa­nienka współpra­cuje z Ba­turą.

Aż mnie za­tknęło. Słowa nie mo­głem z sie­bie wy­dusić. Ala w czerwo­nym mu­stangu Wal­de­mara Ba­tury?

I rap­tem uświado­mi­łem sobie, że prze­cież nic a nic nie wiem o pan­nie Ali.

Nie wia­domo dla­czego ob­da­rzy­łem tę ładną osóbkę ogrom­nym za­ufa­niem. Z Ba­turą współpra­cuje Ca­glio­stro i panna Anielka. Czy jest wy­klu­czone, że nie robi tego sa­mego panna Ala? By­łem oto­czony przez „ba­tu­row­ców” i w tym le­żała przy­czyna wszyst­kich mo­ich klęsk.

Wstałem od stołu i jak pi­jany po­ma­sze­ro­wa­łem do swojego po­koju. Pu­ści­łem wodę z kranu i wło­ży­łem głowę do umywalki. Przez kilka mi­nut zimna woda lała się stru­mie­niem na moją roz­pa­loną głowę. Aż wreszcie z łóżka Ca­glio­stra usły­sza­łem głos:

— Prze­pra­szam pana, czy pan ma za­miar się uto­pić w na­szej umy­walce?

Nie ode­zwałem się ani sło­wem. Sta­ran­nie wy­tar­łem głowę ręcz­ni­kiem, prze­cze­sa­łem mo­kre włosy i za­pu­ka­łem do po­koju astronoma, pana P., pro­sząc go o roz­mowę w związku z przygo­to­wy­wa­nym przeze mnie przewod­ni­kiem. Po­tem aż do połu­dnia cho­dzi­łem z pa­nem P. po wzgórzu frombor­skim, za­wzięcie dys­ku­tując o ob­ser­wato­riach Mi­ko­łaja Ko­per­nika.

A po obie­dzie, przez dwie go­dziny, tak samo krą­ży­łem po wzgórzu kate­dral­nym w towa­rzy­stwie histo­ryka, pana S., za­wzięcie dys­ku­tując o ob­ser­wato­riach Mi­ko­łaja Ko­per­nika.

Po tych dys­pu­tach — a zbli­żało się już ku wie­czo­rowi — mia­łem taki chaos w gło­wie, że od­czu­wa­łem znowu ogromną po­trzebę uda­nia się do swego po­koju i wło­żenia głowy pod kran. Na szczęście, w po­koju nie było Ca­glio­stra, który za­pewne spró­bo­wałby za­sto­so­wać wo­bec mnie sztuczne od­dy­cha­nie.

 


ROZDZIAŁ DWUNASTY [top]

POSZUKIWANIE DIABELSKIEGO DRZEWA • CO WIDZIAŁA ZOSIA WALCZYK • NA TROPIE ZŁOCZYŃCY • NOC W KATEDRZE • WEJŚCIE DO PODZIEMI • TEUFELS-BILD, CZYLI DIABELSKI OBRAZ • WŚRÓD TRUMIEN I SZKIELETÓW • PUŁAPKA • DRUGI SCHOWEK KOENIGA

 

Ca­ło­dzienne po­szu­ki­wa­nia przy­nio­sły dobre re­zul­taty, Baśka i Zosia Wal­czyk od­na­leźli kilku ludzi, któ­rzy mieszkali we From­borku jesz­cze przed wojną i pod­czas wojny. Wszyscy ci lu­dzie znali ro­dzinę Ko­eni­gów i wskazali miej­sce, gdzie kie­dyś znaj­do­wał się ich dom, znisz­czony po­tem pod­czas działań wo­jen­nych. Oj­ciec puł­kow­nika Ko­eniga — jak wy­ni­kało z ich rela­cji — był zna­nym w oko­licy maj­strem mu­rar­skim, syn zaś jego zro­bił ka­rierę w osławio­nym hitle­row­skim SS.

Zosia Wal­czyk za­pro­wa­dziła mnie na ogromny skwer, roz­cią­ga­jący się w po­bliżu za­byt­ko­wej wieży wo­do­cią­go­wej. Cze­kał tam już na nas Baśka.

— Gdzie ro­sło Dia­bel­skie Drzewo? — za­py­tałem, roz­glą­dając się po skwerze.

Chłopiec wes­tchnął:

— Tego, nie­stety, nikt nie po­trafił po­wie­dzieć. Po­dobno ro­sły tu ja­kieś stare drzewa, strza­skane po­tem przez poci­ski arty­leryj­skie.

Dru­żyna Baśki ze­brała sta­ran­nie cegły i wy­wio­zła je wy­wrotką. Po­tem cały teren zrównano, ob­siano trawą i na dwóch dłu­gich ra­ba­tach po­sa­dzono setki pięk­nie kwit­ną­cych brat­ków. Skwer ten — do­wód pra­co­wito­ści dru­żyny har­cer­skiej — sta­nowił zwy­cię­ski odci­nek działań w „Operacji Frombork 1001”.

A te­raz Baśka to spo­glą­dał na piękny skwer, to znów rzu­cał nie­pewne spoj­rze­nia w moją stronę.

— Je­śli pan uzna to za sto­sowne — wy­bąkał wreszcie — można by tu i ów­dzie w tym skwerze wy­ko­pać dziury i po­szu­kać schowka Ko­eniga.

„I zniszczyć wa­szą pracę?” — po­my­śla­łem. Prze­cząco po­krę­ciłem głową.

— Nie wiem, gdzie rosło Dia­bel­skie Drzewo. Po­szu­ki­wa­nia „na ślepo” nie da­dzą do­brego re­zul­tatu. Po­zo­stawmy tę sprawę ma­gi­strowi Pie­truszce. On tu jest po to, aby od­na­leźć schowki Ko­eniga.

Chłopca ucie­szyła ta de­cyzja. Skwer wy­glą­dał bar­dzo pięk­nie i okropną wy­da­wała się myśl o ko­paniu w nim dziur.

— To ja już pójdę — rzekł spiesznie. — Mam dziś uro­czy­sty apel w na­szym obo­zie. Przyby­wają do nas z wi­zytą har­cerze z są­sied­niego zgru­po­wa­nia.

Po­zo­sta­łem obok skweru tylko z Zo­sią Wal­czyk, która jako kro­ni­karz swej dru­żyny dys­po­no­wała dużą ilo­ścią wol­nego czasu.

Jak zwy­kle nie po­tra­fiła ustać na miej­scu, za­krę­ciła się na jed­nej no­dze, jakby dając mi do zro­zu­mie­nia, że za­pra­sza mnie do tańca. Myśl, aby na skwerze, gdzie rosło Dia­bel­skie Drzewo, od­tań­czyć walca z Zosią, wy­dała mi się tak ko­miczna, że aż roze­śmiałem się.

Mój do­bry hu­mor zmartwił dziew­czynkę.

— To do­brze, że nie przejął się pan sprawą dru­giego schowka, ale prze­cież nie ma pan chyba za­miaru sie­dzieć we From­borku z zało­żo­nymi rę­kami?

— Ach, ko­niecznie chcesz prze­żyć jaką wspaniałą przy­godę? — do­my­śli­łem się.

— No pew­nie — przytak­nęła. — Mu­szę mieć dużo do opo­wia­dania po po­wro­cie z wa­kacji.

— Nie oba­wiaj się. Przygoda sama do nas przyjdzie. Sprawą po­szu­ki­wań schow­ków niech się kło­po­cze ko­lega Pie­truszka, a my zaj­mijmy się osobą Wal­de­mara Ba­tury. Ten człowiek spę­dza mi sen z oczu — stwierdzi­łem z dużą dozą prze­sady, bo jak do tej pory, spa­łem bar­dzo do­brze. — Je­stem pe­wien, że to on kryje się za za­gadką bez­cen­nych mo­net, mu­szę go zde­ma­sko­wać. Spraw­dziły się moje przewi­dy­wa­nia: Ba­tura jest we From­borku. Tylko gdzie, u li­cha? Gdzie jest jego kry­jówka? Jeśli masz tro­chę czasu, Zo­siu, ro­zej­rzyj się po From­borku i gdy­byś spo­strzegła Ba­turę, za­wia­dom mnie. Będę u sie­bie w schronisku.

— Roz­kaz — za­sa­luto­wała.

Od­tań­czyła walca i uści­snąwszy moją pra­wicę, skie­ro­wała się do swego obozu nad za­le­wem, a ja wstąpiłem do pa­wi­lonu księ­gar­skiego obok wieży wo­do­cią­go­wej. Chciałem kupić słownik nie­miecko-pol­ski, przy­szła mi bo­wiem do głowy myśl, aby jesz­cze raz spró­bo­wać roz­szy­fro­wać owo „Teufelb”.

Słownika nie było, ale za­inte­re­so­wały mnie al­bumy z re­pro­duk­cjami ma­lar­stwa. Były dro­gie, nie na moją kie­szeń, więc tylko przejrza­łem je i zaraz ru­szy­łem w kie­runku schroniska.

Pa­mię­tając o ry­chłym przyjeź­dzie dy­rek­tora Mar­czaka, za­sia­dłem do po­rząd­ko­wa­nia no­tatek, które po­czy­niłem roz­ma­wia­jąc z astrono­mem i hi­sto­ry­kiem. Nowy przewod­nik po From­borku po­wi­nien był prze­cież uwzględ­nić stan naj­now­szych ba­dań doty­czą­cych Fromborka.

Pra­co­wa­łem już dość długo, gdy usły­sza­łem pu­kanie. Po chwili uchyliły się drzwi i do po­koju wsa­dziła głowę Zo­sia Wal­czyk.

— Przed chwilą wi­działam Wal­de­mara Ba­turę — oświad­czyła.

— Gdzie?! — ze­rwa­łem się gwałtow­nie od stołu.

— W uliczce koło kate­dry. Stał tam i jak gdyby na ko­goś cze­kał.

Po­zo­sta­wi­łem na stole otwarty ze­szyt z no­tat­kami i wraz z Zo­sią Wal­czyk wy­bie­gli­śmy ze schroniska, zna­leźli­śmy się w ogrodzie, a stamtąd ze­szli­śmy na ka­mienne schodki pro­wa­dzące w dół, na ulicę u pod­nóża wzgórza kate­dral­nego.

Był już późny wie­czór. Za­trzymali­śmy się na schodach i po­pa­trzy­liśmy w dół, na skąpo oświe­tloną uliczkę. W bla­sku la­tarni uj­rza­łem syl­wetkę szczupłego męż­czy­zny. Tak, to był Wal­de­mar Ba­tura. Stał w skó­rza­nej ma­ry­narce i pa­lił pa­pie­rosa. Jakby na ko­goś cze­kał. Może na Ca­glio­stra?

Raptem spoj­rzał w górę i zo­ba­czył nas na po­czątku schodów. Szybko rzucił na zie­mię pa­pie­rosa, przy­dep­tał go nogą i po­ma­sze­rował uliczką, która w tym miej­scu, jak wiemy, pięła się na wzgórze kate­dralne. Zaraz też znik­nął nam z oczu, ale w noc­nej ciszy sły­szeli­śmy od­głos jego szybkich kro­ków.

Wy­śle­dzić kry­jówkę Ba­tury, mieć moż­ność ob­ser­wo­wa­nia jego po­czy­nań — to było to, o czym od dawna ma­rzy­łem. Rzu­cili­śmy się więc w po­goń, aby go nie zgu­bić z oczu.

Ale gdy my zna­leźli­śmy się na dole, on już był na górze i prze­padł za ro­giem ośmio­bocznej wieży w mu­rach ota­cza­ją­cych wa­row­nię. To było oczywiste, że Ba­tura miał coś na su­mie­niu, skoro na nasz wi­dok dał dra­paka.

Wy­bie­gli­śmy zza na­roża wieży i zo­ba­czy­liśmy, że wpadł w bramę główną wa­rowni. A więc ucie­kał na po­dwó­rzec frombor­skiej kate­dry. Dla­czego wła­ści­wie tam, a nie w kie­runku mia­sta?

Nie za­sta­na­wia­łem się nad tym, tylko przy­śpie­szy­łem kroku. Do­pa­dli­śmy z Zo­sią do bramy i zna­leźli­śmy się na po­dwórcu kate­dral­nym.

Było tu bar­dzo mroczno. Księ­życ wi­siał nad Za­le­wem Wi­śla­nym, ale po­tężny ma­syw go­tyc­kiej kate­dry rzu­cał cień na połu­dniową część po­dwó­rza.

Na chwilę za­trzymali­śmy się bez­radni, na próżno usi­łując wzrokiem prze­bić gęstą ciemność. Po­tem do­szedł na­szych uszu jakiś szmer od strony zbu­do­wa­nego na łuku przejścia z ka­pitu­larza do kate­dry. Wy­da­wało się nam, że ktoś szedł pod łu­kiem, kie­rując się do pół­noc­nej czę­ści po­dwórca, poło­żonej mię­dzy kate­drą i pół­nocną stroną ob­wa­ro­wań.

Nie mia­łem przy sobie la­tarki elek­trycznej, a ciemno było, że jak to się mówi, choć oko wy­kol. Ka­tedra spo­czy­wała w mroku, roz­świetlone były tylko okna w mu­zeum mieszczą­cym się w pa­łacu bi­sku­pim. Pa­liło się też w ja­kiejś małej przy­bud­ówce muru wa­rowni, chyba u ko­ścielnego. A blask od okien padał na zie­mię tylko w pro­mie­niu kilku me­trów, dalej już zale­gała nie­prze­nik­niona ciemność. Brnęliśmy przez nią nie­omal po omacku, aż zgęstniała jesz­cze bar­dziej. Zna­leźli­śmy się pod przej­ściem na łuku.

W pół­noc­nej czę­ści po­dwórca było nieco ja­śniej, bo — jak mó­wi­łem — księ­życ świe­cił nad za­le­wem i choć wy­sokie mury obronne za­sła­niały jego blask, to prze­cież księ­ży­cowa po­świata, od­bita od mu­rów kate­dry, spływała w dół i oświetlała nieco mu­rawę po­dwórca.

Ta część wa­rowni jest rzadko od­wie­dzana przez tury­stów, bo też sta­nowi jakby wą­ską uliczkę mię­dzy mu­rami i ko­ściołem. Ro­śnie tu wy­soka trawa, przez którą pro­wa­dzi ścieżka. Wi­dzie­liśmy uliczkę nie­mal do końca, aż do wspartych o mur bu­dyn­ków za­byt­ko­wych kurii. Jeśli nie omylił nas słuch i Ba­tura wszedł wła­śnie tutaj, to mu­sieli­by­śmy go zo­ba­czyć. Na­wet gdyby biegł z szybko­ścią po­śpiesz­nego po­ciągu, nie zdo­łałby w tym cza­sie obiec do­okoła po­tęż­nej bu­dowli. Ale Ba­tury nig­dzie nie było. Ru­szyli­śmy na­przód, pil­nie roz­glą­dając się na wszystkie strony, a przede wszystkim zwracając uwagę, czy ktoś nie chowa się w za­łomie mu­rów wa­rowni. Tych za­ło­mów było tu zresztą sporo, a w każ­dym z nich zale­gał mrok, który mógł ukryć czło­wieka.

W jed­nym z ta­kich za­ło­mów zna­leźli­śmy że­lazne boczne drzwi do kate­dry. Wy­da­wało się, że są za­mknięte na głu­cho. Sprawiały wra­żenie nie uży­wa­nych od wielu lat. Ale Ba­tura jakby za­padł się pod zie­mię. Na­le­żało go więc szu­kać na­wet tam, gdzie na pozór szu­kać go nie na­leży.

Zosia Wal­czyk chwyciła za klamkę drzwi. I drzwi uchyliły się zu­peł­nie lekko, na­wet bez szmeru, jakby ich za­wiasy zo­stały świeżo na­oli­wione.

Za­pali­łem za­pałkę i zo­ba­czy­liśmy wą­ski ko­ryta­rzyk, pro­wa­dzący wprost do bocznej nawy w kate­drze. We­szli­śmy tam, za­pałka zaraz zga­sła mi w pal­cach. I oto znowu oto­czyła nas prze­ogromna ciemność.

Bo wy­obraźcie sobie wy­peł­nioną nocą po­tężną halę świątyni. Przez wą­skie, wy­soko umiesz­czone, okna spływa bar­dzo nie­wiele księ­ży­co­wego światła, wszystko więc po­grą­żone jest nie­mal w zu­peł­nym mroku. Je­śli wszedł tu Ba­tura — a nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że to zro­bił — szu­kanie go tutaj było bez­uży­teczną stratą czasu. Były tu setki miejsc jakby wy­my­ślo­nych tylko po to, aby ukryć tego, kto chciał się ukryć. Fi­lary, ołta­rze, za­łomy mu­rów, ka­plice, drewniane stalle, ławki, pre­zbite­rium, am­bony, boczne nawy, chór z or­ga­nami. A ja nie dys­po­no­wa­łem na­wet la­tarką elek­tryczną. Za­pałki roz­pra­szały mrok co naj­wy­żej w pro­mie­niu kilku me­trów. Gdy zaś gasły, ciemność sta­wała się jesz­cze głęb­sza.

Stali­śmy w bocznej na­wie, nad­słu­chu­jąc. Może Ba­tura zdra­dzi się czymś i usły­szymy od­głos jego dal­szych kro­ków?

Ale we frombor­skiej świątyni była taka cisza, że aż w uszach dzwoniło. Na­sze od­de­chy wy­da­wały się strasznie gło­śne.

A w tej ciemności pło­nęła tylko czerwona lampka przed głównym ołta­rzem...

By­łem już zde­cy­do­wany opu­ścić kate­drę, za­mknąć że­lazne drzwi, sta­nąć przy nich na war­cie, a Zosię Wal­czyk wy­słać na po­szu­ki­wa­nie ko­ścielnego lub pro­bosz­cza, aby po­wia­do­mić ich, że zło­dziej za­kradł się do kate­dry. Lecz za­nim doj­rzała we mnie ta de­cyzja, pra­wie rów­no­cze­śnie — ja i Zosia — za­uwa­żyli­śmy nikły blask są­czący się skądś, po pra­wej stro­nie, w po­bliżu głównego ołta­rza.

I na­tychmiast, nie umawia­jąc się i nie dając sobie żad­nych poro­zu­mie­waw­czych zna­ków, po­szli­śmy ostrożnie w tamtą stronę. Mi­nęli­śmy nawę główną i stwierdzi­liśmy, że światło wy­pływa zza uchylo­nych żela­znych drzwi w ścia­nie. Czyżby Ba­tura ukrył się w ja­kimś bocznym po­mieszcze­niu? Ale dla­czego nie­do­kład­nie za­mknął za sobą drzwi?

Zosia Wal­czyk od­chy­liła je nieco sze­rzej, skrzypnęły zło­wrogo, z ja­kimś po­nu­rym, nie­przyjem­nym pi­skiem. Zo­ba­czy­liśmy nie­wielki po­dest i wą­skie, pro­wa­dzące w dół krę­cone schody. Wio­dły one chyba do pod­ziemnych krypt ko­ścielnych. W małej niszy na po­de­ście palił się oga­rek świecy. To jego blask oświetlał schody i wy­pły­wał aż do nawy.

Serce za­częło mi bić bar­dzo gło­śno. Znajdo­wali­śmy się na tro­pie ja­kiejś nie­zwy­kłej za­gadki. Schody do pod­zie­mia — czy wy­obra­żacie sobie, że może być lep­sza gratka dla po­szu­ki­wa­cza przy­gód?

Nie wa­ha­łem się ani przez chwilę. Wszedłem na po­dest i wziąłem z niszy pa­lącą się świecę. Ja pierwszy, a za mną Zosia Wal­czyk — krok za kro­kiem po ka­miennych stop­niach za­częli­śmy schodzić do pod­zie­mia.

Ko­ry­tarz ze schodami za­łamał się i oto blask świecy po­zwo­lił nam uj­rzeć dość dużą kryptę o pół­okrą­głym skle­pie­niu. Wy­peł­niały ją trumny. Stały obok sie­bie cia­sno stło­czone, tu i ów­dzie jedna le­żała na dru­giej. Większość miała wy­raź­nie baro­kowy kształt. Jedna z trumien, zgnieciona przez inne, które na niej stały, za­ła­mała się i uka­zała swoje wnę­trze — szkielet ludzki szczerzący żółte zęby.

W kącie krypty zo­ba­czy­łem pół­otwartą trumnę, gdzie ze­brano szczątki ludz­kie z tych tru­mien, które się roz­sy­pały. W nie­ła­dzie le­żały tam pisz­czele, że­bra, cza­szki i wy­su­szone zwłoki ja­kie­goś ka­no­nika, z resztkami ze­tlałej czar­nej sukni.

Pod mu­rem stała ka­mienna ta­blica, która od­padła od ja­kiejś ściany i tu zo­stała prze­nie­siona. Z ta­blicy pa­trzył wy­rzeź­biony szkielet i wskazując na nas pal­cem, mó­wił napi­sem: „Tym jesteś, czym ja by­łem. Tym bę­dziesz, czym ja je­stem”.

Na­sze od­de­chy poru­szały pło­mień świecy, cie­nie rzu­cane przez nas tań­czyły na ścia­nach i skle­pie­niu krypty, wy­da­wało się, że to ja­kieś czarne po­stacie wy­chy­lają się zza tru­mien i wa­bią nas ku sobie.

— O Boże! Niech pan spoj­rzy — jęk­nęła Zosia Wal­czyk i chwyciła mnie za rękę.

Spoj­rza­łem w ślad za jej wzrokiem. Pa­trzyła na wmuro­waną w ścianę krypty straszliwą po­dobi­znę dia­bła. Była to pła­sko­rzeźba — mon­stru­alnie brzydka twarz przy­po­mi­na­jąca ni to czło­wieka, ni to ja­kieś zwie­rzę z ro­gami. Ten czło­wieko-zwierz miał otwarte usta i uśmiechał się uka­zując rzad­kie, ostre zęby.

Wo­kół pła­sko­rzeźby wi­działem czerwoną kre­chę, ślad po świeżo odłu­pa­nym tynku. Nie tak dawno ktoś pró­bo­wał wy­jąć pła­sko­rzeźbę ze ściany. Na ziemi leżał jesz­cze mło­tek i dłuto.

— Co to jest? — za­py­tała prze­ra­żona Zosia.

— To jest Teu­fels­bild — po­wie­działem — Dia­bel­ski Ob­raz. Za tą płytą z po­dobi­zną dia­bła znaj­duje się drugi schowek puł­kow­nika Ko­eniga.

— Więc pan zna­lazł drugi schowek Ko­eniga? — szepnęła rado­śnie Zosia.

— Ja? — wzruszy­łem ra­mio­nami. I do­da­łem z gory­czą: — Ba­tura, Zosiu, zaj­rzał już do niego. A ja zo­sta­łem tutaj spe­cjal­nie przy­pro­wa­dzony.

— Co pan mówi? Za­raz po­bie­gnę po chłopców, po pana Pie­truszkę. Od­kry­jemy skarby — mó­wiła roz­go­rącz­ko­wana dziew­czynka.

Smutnie po­ki­wa­łem głową.

— Ro­zej­rzyj się lepiej za ja­kimś wy­god­nym miej­scem do spę­dze­nia nocy. Zaraz wy­pali się oga­rek świecy i wówczas po­zo­sta­niemy w ciemno­ściach.

— Prze­cież mo­żemy stąd wyjść?

— Nie, Zosiu. O ile do­brze ro­zu­miem sytu­ację, drzwi z krypty są już za­mknięte. Je­ste­śmy w pu­łapce.

Nie wie­rzyła mi. Wy­jęła z mych rąk oga­rek świecy i po­bie­gła schodami na górę. Po chwili wolno wró­ciła do krypty.

— Ma pan rację — szepnęła. — Ktoś za­mknął za nami drzwi. I co?... Co teraz bę­dzie?

— Wy­daje mi się, że naj­wy­god­niej bę­dzie nam w tam­tym kącie — po­wie­działem.

— I nikt nas stąd nie uwolni? — jej prze­strach sta­wał się coraz większy.

— O nie. Uwolnią nas. Jutro rano. Do­my­ślam się dal­szego ciągu tej histo­rii — stwierdzi­łem obo­jęt­nym gło­sem.

— Kto nas tutaj za­mknął? Dla­czego?

— Wal­de­mar Ba­tura.

— W jakim celu?

— Wkrótce się o tym do­wiesz. Jedno ci po­wiem: po­wtó­rzyła się histo­ria po­dobna do tej ze sta­rusz­kiem. Wy­pro­wa­dził nas w pole, a ra­czej wprowa­dził w pod­zie­mia, pro­sto do dru­giego schowka.

— A wła­śnie. Prze­cież mo­żemy teraz zaj­rzeć do tego schowka. Tu leży mło­tek i dłuto.

— Ale zaraz zga­śnie świeca. A poza tym, Zosiu, prze­cież o to cho­dziło, że­bym zaj­rzał do schowka. Ty jesteś świad­kiem, że ja w ogóle nie wziąłem do ręki ani dłuta, ani młotka, ani na­wet nie usi­ło­wa­łem wy­jąć ze ściany Dia­bel­skiego Ob­razu.

— Nic z tego nie ro­zu­miem — wes­tchnęła dziew­czynka.

— Wi­dzisz tę czerwoną rysę wo­kół ka­miennej ta­blicy? Ba­tura tu już był przed nami i wyjął Dia­bel­ski Ob­raz ze ściany. Je­stem pe­wien, że schowek zo­stał obra­bo­wany i nie chcę mieć nic wspólnego z tą histo­rią.

Zdjąłem z sie­bie płaszcz i skie­ro­wa­łem się w kąt po­nurej krypty.

— Nie, nie tam. Tam jest trumna i szkielety — jęk­nęła Zosia.

— Tu wszędzie są trumny i szkielety — stwierdzi­łem uspoka­ja­jąco. — Nie oba­wiaj się zmarłych. Oni nie są groźni i nic prze­ciw nam nie knują. Leżą tu od wie­ków i śpią snem wiecznym.

Zwi­ną­łem płaszcz i poło­ży­łem go w kącie krypty. Usiadłem na nim, a obok mnie przy­kuc­nęła Zosia. Dziew­czynka wciąż trzymała mnie za rękę.

— Pan się nie boi? — za­py­tała wreszcie, żeby przemóc wła­sny strach.

— Nie, Zosiu. Po­wie­działem ci już, że nie boję się zmarłych.

Świeca za­czy­nała po­woli do­go­ry­wać. Zosia ro­zej­rzała się po kryp­cie.

— Tutaj leży Mi­kołaj Ko­per­nik? — za­py­tała.

— Nie. Te trumny mają przeważ­nie kształt ba­ro­kowy, a Ko­per­nik żył w cza­sach rene­sansu. Styl epoki od­bijał się rów­nież w kształtach tru­mien. Inne są trumny go­tyc­kie, inne rene­san­sowe, jesz­cze inne baro­kowe. Na przy­kład trumny go­tyc­kie przy­po­mi­nają tra­pe­zo­wate pudła. A te, jak wi­dzisz, mają pół­okrą­głe, ła­godne wy­brzu­sze­nia.

— Więc pan na­prawdę się nie boi?

— Nie. A ty?

— Ja? — za­sta­no­wiła się. — Ja się chyba też nie boję. Prze­cież chciałam prze­żyć przy­godę.

— A to jest naj­praw­dziwsza przy­goda.

— Gdy opo­wiem kole­żan­kom o nocy spę­dzo­nej w kryp­cie, wśród tru­mien i szkieletów, nikt nie bę­dzie mi chciał wie­rzyć — roz­my­ślała gło­śno.

I świado­mość, że bę­dzie opo­wia­dać o swej przy­go­dzie kole­żan­kom, chyba do­dała jej od­wagi. Ale ręki mojej nie pu­ściła.

I znowu przez dłuż­szy czas wpa­try­wali­śmy się, jak nik­nie pa­ląca się świeca, jak ma­leje pło­myk knota, a kryptę po­woli za­czyna za­snu­wać mrok.

— Nie po­win­nam bać się ciemności — ode­zwała się Zosia. — Mój oj­ciec jest gór­ni­kiem. Ko­pal­nie wę­gla to praw­dziwy la­bi­rynt ciemnych ko­ryta­rzy. Gór­nicy noszą przy sobie spe­cjalne lampy, ale prze­cież pół życia spę­dzają w pod­ziemnych sztolniach.

— Są od­ważni, prawda?

— O tak. Prze­cież wciąż grozi im nie­bez­pie­czeń­stwo. A ja je­stem córką gór­nika i po­win­nam być od­ważna. — Tymi sło­wami jakby do­da­wała sobie od­wagi.

Na­gle świeca za­skwier­czała i zga­sła. Może to i na­wet lepiej, że prze­stali­śmy wi­dzieć ota­cza­jące nas ze­wsząd trumny.

Do­okoła trwała zu­pełna cisza, sły­sza­łem ude­rze­nia wła­snego serca. Po­tem, gdy prze­nik­nął nas chłód gro­bo­wej krypty, zdjąłem ma­ry­narkę i okryłem nią dziew­czynkę.

Zosia przytuliła głowę do mo­jego ra­mie­nia i wciąż trzymała mnie za rękę. Uścisk jej był silny, ale póź­niej ze­lżał. Do­my­śli­łem się, że dziew­czynka za­snęła.

A ja długo nie mo­głem spać. Może dla­tego, że było zimno?

A może nagle uświado­mi­łem sobie wszystkie po­peł­nione przeze mnie błędy...

 


ROZDZIAŁ TRZYNASTY [top]

UWOLNIENIE Z PUŁAPKI • PIETRUSZKA MNIE OSKARŻA • CO KRYŁ DRUGI SCHOWEK • PIĘĆ ZŁOTYCH KIELICHÓW • WSZYSTKO OBRACA SIĘ PRZECIW MNIE • CAGLIOSTRO UDAJE NAIWNEGO • BUT DYREKTORSKI I ZASKRONIEC PIOTRUŚ • ŚNIADANIE Z DYREKTOREM • SKĄD OBSERWOWAŁ KOPERNIK • OLŚNIENIE • ZDRADLIWA PANIENKA

 

Nie wiem, jak długo spa­łem. Obu­dził mnie od­głos kro­ków nad moją głową. Ktoś, na­wet chyba kilka osób szło po po­sadzce ka­miennej nad pod­ziemną kryptą. Spoj­rza­łem na fos­fory­zu­jące wska­zówki ze­garka: zbli­żała się szó­sta rano. Tutaj oczywi­ście było nadal ciemno jak w gro­bie, bo też istot­nie znaj­do­wali­śmy się w gro­bowcu.

Ock­nęła się rów­nież Zosia.

— Brrr, jak mi zimno — pi­snęła i za­drżała, wstrzą­śnięta chło­dem ka­miennej krypty.

Usły­szeli­śmy skrzyp drzwi, po­tem kroki na schodach. Bły­snęło światło i po chwili do krypty we­szły trzy osoby: Pie­truszka, dy­rek­tor Mar­czak i star­szy, przy­gar­biony męż­czy­zna, który trzymał w ręku grubą, pa­lącą się świecę.

Zo­ba­czyli nas sie­dzą­cych pod ścianą krypty. Ma­gister Pie­truszka po­wie­dział:

— A mó­wi­łem, panie dy­rek­torze? Jak tylko do­wie­działem się od pana ko­ścielnego, że zgi­nął mu klucz od pod­ziemi, za­raz na­bra­łem po­dej­rzeń.

Wstałem z ziemi, wy­pro­sto­wa­łem zgar­bione plecy. Po nocy spę­dzo­nej w nie­wy­god­nej po­zycji czu­łem całe ko­ściane rusztowa­nie, na któ­rym trzymało się moje ciało.

Pod­szedł do mnie męż­czy­zna ze świecą.

— Dla­czego pan ukradł klucz od pod­ziemi?

Ma­gistra Pie­truszkę ogar­nęła iryta­cja.

— Sły­szy pan, dy­rek­torze? To­masz miał się tu zaj­mo­wać przewod­ni­kiem i ja­kimś swoim za­da­niem, a szuka skar­bów. I to ja­kimi me­to­dami? Przy po­mocy kra­dzieży.

Dy­rek­tor Mar­czak pa­trzył na mnie, groź­nie zmarsz­czywszy czoło.

— Niech się pan wy­tłu­ma­czy, panie To­ma­szu.

Ziewną­łem, ob­ma­cując obo­lałe kości.

— Nie ukra­dłem klu­cza — oświad­czy­łem. — We From­borku, panie dy­rek­torze, działa Wal­de­mar Ba­tura i jego szajka. Wczoraj wie­czo­rem na­tknąłem się na Ba­turę. Po­sze­dłem za nim, aby wy­śle­dzić jego kry­jówkę. On zaś pod­stęp­nie wprowa­dził mnie tutaj, w pod­zie­mia, a po­tem za­mknął za mną drzwi. I oto je­stem.

— Co on gada? — obu­rzył się Pie­truszka. — Prze­cież sam pan wi­dział, dy­rek­torze, że drzwi były otwarte i tkwił w nich klucz.

— Były otwarte? — zdziwi­łem się. — Ro­zu­miem. To zna­czy, że tuż przed wa­szym przyj­ściem Ba­tura otworzył drzwi.

Pie­truszka wskazał Teu­fels­bild na ścia­nie, a na ziemi — dłuto i mło­tek.

— To­masz już zdą­żył do­brać się do skrytki.

— Nie — od­rze­kłem. — Na­wet jej nie do­tknąłem. Gdy we­szli­śmy, dłuto i mło­tek le­żały na ziemi, a wo­kół ka­miennego ob­razu wi­dać było tę czerwoną rysę. Ta dziew­czynka jest świad­kiem — wskaza­łem Zosię.

Dy­rek­tor Mar­czak roz­czulił się na wi­dok drżą­cej z zimna dziew­czynki. Po­gła­skał ją po gło­wie i po­wie­dział:

— Jak się pan nie wstydzi za­bie­rać ze sobą dziecka na nocne eska­pady. Boże, jaka ona jest zmarz­nięta.

— Pro­szę pana — rze­kła szybko Zosia — to stało się wbrew na­szej woli. Pan To­masz tego wcale nie chciał. Ktoś nas tu za­mknął w pod­zie­miu. Pan To­masz mówi szczerą prawdę.

Pie­truszka znowu za­czął gniewnie wy­ma­chi­wać rę­kami.

— Nie wie­rzę! — krzy­czał. — Ani słowu nie wie­rzę. Takie młode pa­nienki umieją świetnie kła­mać. Sam, gdy cho­dzi­łem do szkoły, kła­ma­łem jak na­jęty.

Dy­rek­tor Mar­czak nie wy­po­wie­dział swej opi­nii, al­bo­wiem, jak każdy zwierzch­nik, był człowie­kiem ostrożnym i nie po­dej­mo­wał po­chopnej de­cyzji.

— Zaj­mijmy się lepiej schow­kiem Ko­eniga — za­pro­po­no­wał. — Po to tutaj przyje­cha­łem. Więc to jest Teu­fels­bild — dodał, pa­trząc na ka­mienną twarz dia­bła.

Ma­gister Pie­truszka chwycił dłuto i mło­tek. Z ogromną ochotą za­brał się do wyj­mo­wa­nia ka­miennego ob­razu ze ściany. Nie przy­szło mu to z tru­dem, gdyż ktoś — oczywi­ście Ba­tura — zro­bił to już przed nim. Płytę z pła­sko­rzeźbą dia­bel­ską udało się wy­jąć ze ściany bez wiel­kiego wy­siłku.

I oto w ka­miennej niszy zo­ba­czy­liśmy cztery piękne, stare mi­nia­tury. Jedna, już na pierwszy rzut oka, wy­da­wała się mi­nia­turą po­cho­dzącą ze słyn­nej pra­cowni Hol­beina. W dużej skrzy­neczce, owi­nięty w stare nie­mieckie ga­zety, znaj­do­wał się ser­wis sto­łowy z sewrskiej por­ce­lany. Skrytkę wy­peł­niało dwa­na­ście kunsz­tow­nie wy­ko­na­nych srebrnych lich­tarzy baro­ko­wych. Obok nich stało pięć srebrnych kieli­chów mszalnych, dość pry­mi­tyw­nej ro­boty. Wszystkie te przed­mioty, z wy­jąt­kiem kieli­chów, miały wielką war­tość mu­ze­alną.

— No, na szczęście nic nie zgi­nęło. Zga­dza się co do joty ze spi­sem Ko­eniga — stwierdził ura­do­wany Pie­truszka. — Mam na­dzieję, panie dy­rek­torze, że w pro­to­kole z otwarcia schowka nad­mieni pan, że to ja je­stem od­krywcą. To prze­cież ja jesz­cze wczoraj za­wia­do­mi­łem pana tele­fo­nicz­nie o tej sprawie i po­pro­siłem pana o przyjazd. Tymcza­sem zna­lazł się tutaj To­masz. Ale to nie on pierwszy, a wła­śnie ja, od­nala­złem drugi schowek Ko­eniga.

— Tak też i napi­szę — od­rzekł dy­rek­tor Mar­czak, spo­rzą­dza­jąc w note­sie pro­tokół.

Bąk­ną­łem nie­śmiało:

— Kie­lichy po­winny być złote i wy­sa­dzane dro­gimi ka­mie­niami. A są srebrne, o niewiel­kiej war­tości. Takie kieli­chy można bez trudu na­być w skle­pach Desy.

— Co ta­kiego? — zdu­miał się Pie­truszka. — Skąd wiesz, że po­winny być złote? Czy cho­wałeś je ra­zem z Ko­eni­giem?

— Nie. Ale nie sądzę, aby kto­kol­wiek chciał kryć rze­czy o małej war­tości. Jak wiemy, kieli­chy mszalne by­wają złote, a nie­kiedy wy­sa­dzane dro­gimi ka­mie­niami. My­ślę, że rabuś tego typu, co Ko­enig, wła­śnie za ta­kimi przedmio­tami gonił i ta­kie schował.

— Ale nie masz żad­nej pew­ności — oświad­czył Pie­truszka. — Chcesz tylko po­mniejszyć mój suk­ces. Pra­gniesz za­siać nie­uf­ność w sercu dy­rek­tora. Masz pew­ność co do tych kieli­chów czy nie?

— Nie — od­par­łem szczerze. — Nie mam żad­nej pew­ności. Na­to­miast wiem, że ktoś tu był przed nami i otwierał schowek. Prze­cież nie czy­nił tego bez­inte­re­sow­nie.

— Ale nie masz tej pew­ności — po­wtó­rzył gniewnie Pie­truszka. — To są tylko twoje przy­pusz­cze­nia.

— Spo­koj­nie, pa­no­wie — zmi­ty­go­wał nas Mar­czak. — Je­śli pa­no­wie mają ja­kieś pre­ten­sje czy po­dej­rze­nia, pro­szę je za­ła­twić ze mną w ter­minie póź­niej­szym. Na razie pod­pisz­cie ten pro­tokół.

I dał pro­tokół do pod­pisa­nia ko­ścielnemu, mnie, Pie­truszce, a także Zosi Wal­czyk. I sam rów­nież go pod­pisał.

— Bar­dzo pro­szę, panie dy­rek­torze — wtrą­cił się Pie­truszka — o za­zna­cze­nie w post­scriptum pro­to­kołu, że na miej­scu od­kry­cia skar­bów zna­leźli­śmy To­ma­sza i tę dziew­czynkę.

Dy­rek­tor Mar­czak wprowa­dził tę po­prawkę. Zda­łem sobie sprawę, że w ten spo­sób chy­try za­miar Ba­tury zo­stał cał­ko­wicie zre­ali­zo­wany. Zna­la­złem się w po­trza­sku. Każde wy­su­nięte przeze mnie po­dej­rze­nie au­to­ma­tycz­nie ob­róci się prze­ciw mnie. Nie udo­wod­nię, że nie do mnie nale­żało dłuto i mło­tek i że w ogóle nie doty­ka­łem Dia­bel­skiego Ob­razu.

Wziąłem za rękę Zosię Wal­czyk i wy­szli­śmy z pod­zie­mia. Och, z jaką rado­ścią po­wita­liśmy po­toki słońca, które roz­le­wały się po kate­dral­nym po­dwórcu.

Dzień za­po­wia­dał się po­godny, niebo było błę­kitne, bez jed­nej chmurki. W taki ranek ogar­nia każ­dego ra­dość, ale ja nie mia­łem się z czego cie­szyć.

Ro­zu­miała to chyba Zo­sia Wal­czyk, bo po­wie­działa do mnie ze współczu­ciem:

— Wpako­wał się pan w nie byle jaką ka­bałę.

— Owszem. Zo­sta­łem zno­kau­to­wany w trze­ciej run­dzie. We­dług wszelkich reguł sporto­wych po­wi­nie­nem zejść z ringu.

— Zej­dzie pan?

— Nie. Bo nie jeste­śmy na ringu. Mu­szę od­zy­skać to, co przy­właszczył sobie Ba­tura.

Otrzepali­śmy z ku­rzu krypty na­sze ubra­nia. Po­dzię­ko­wa­łem Zosi za po­moc w tropie­niu Ba­tury. Uści­sną­łem jej rączkę, po­pro­siłem, aby o na­szej noc­nej przy­go­dzie opo­wie­działa Ba­śce.

— Czy ma pan dla nas ja­kieś nowe za­dania? — za­py­tała na od­chodnym.

— Trzeba od­na­leźć obo­zo­wi­sko lub dom, w któ­rym mieszka Wal­de­mar Ba­tura. Mu­szę prze­ko­nać się, czy na­prawdę za­mie­nił kieli­chy złote na srebrne — po­wie­działem.

— Jak to pan zrobi?

— Nie wiem. To zna­czy jesz­cze nie wiem — do­da­łem.

Roz­stali­śmy się. Ona po­szła do obozu har­cer­skiego, a ja do swego po­koju w schro­nisku.

Ca­glio­stro leżał jesz­cze w łóżku, cho­ciaż już nie spał.

— O Boże, jak ja się o pana martwi­łem — po­wie­dział. — Całą noc pana nie było.

— Ja­kiś drań za­mknął mnie w pod­ziemnej kryp­cie w kate­drze — wy­ja­śni­łem.

I opo­wie­działem Ca­glio­strowi o noc­nej przy­go­dzie, choć zda­wa­łem sobie sprawę, że on o niej wie rów­nie do­brze jak i ja, bo być może sam uczestni­czył we wciąganiu mnie w pułapkę. Chciałem jed­nak go upewnić, że w dal­szym ciągu nic nie wiem o roli, jaką przy mnie speł­nia.

— Prze­gra­łem — stwierdzi­łem. — Po­nio­słem szwank na ho­norze, ale w grun­cie rze­czy cie­szę się: skarby po­wę­drują do mu­zeum.

— Nic ze schowka nie zgi­nęło? — za­pytał Ca­glio­stro.

— Wszystko jest w po­rządku. Ilość rze­czy zna­le­zio­nych w schowku zga­dza się ze spi­sem, jaki po­zo­sta­wił Ko­enig.

— W takim razie, jaki cel miała ta in­sce­ni­zo­wana pu­łapka na pana? — udał na­iw­nego.

— My­ślę, że cho­dziło o to, aby mnie jesz­cze bar­dziej po­róż­nić z ma­gi­strem Pie­truszką — skłama­łem.

Nie chciałem bo­wiem, aby Ba­tura wie­dział, że wpa­dłem na trop za­miany kieli­chów zło­tych na srebrne.

— Bar­dzo prawdo­po­dobne — rzekł Ca­glio­stro.

Gdy skończy­łem gole­nie się, za­pukał do mych drzwi dy­rek­tor Mar­czak.

— Za­pra­szam pana na śnia­danie — po­wie­dział po­nuro. — A po­tem chcę z pa­nem po­roz­ma­wiać.

To za­brzmiało jesz­cze groź­niej.

Przedsta­wi­łem dy­rek­to­rowi Ca­glio­stra, który wciąż jesz­cze leżał w łóżku.

— Mistrz czar­nej i białej magii? — po­kiwał głową dy­rek­tor Mar­czak, jakby tym ge­stem dając mi do zro­zu­mie­nia, że w sytu­acji, w ja­kiej się zna­la­złem, może mnie ura­to­wać tylko wie­dza ta­jemna. — Wła­śnie mó­wił mi ma­gister Pie­truszka, że pan staje się czar­no­księżni­kiem.

— Znajo­mość z pa­nem Ca­glio­strem za­wdzię­czam pana se­kre­tarce — od­par­łem.

— Co ta­kiego? — zdu­miał się dy­rek­tor Mar­czak. — Pana Ca­glio­stra po­znał pan dzięki pani Zosi? Nigdy nie sa­dzi­łem, że moje biuro jest azy­lem dla ma­gi­ków. I o ile mnie pa­mięć nie myli, refe­rat cyr­ków jest o pię­tro wy­żej.

W tym mo­men­cie gdzieś spod łóżka Ca­glio­stra, spo­mię­dzy pu­dełek, które tam stały, wy­pełzł za­skro­niec Pio­truś. Dy­rek­tor Mar­czak spoj­rzał na niego uważnie, i nie dał po sobie po­znać, że węża do­strzega. Nie mie­ściło mu się w gło­wie, że węże cho­dzą po mieszka­niach kul­tu­ral­nych ludzi, i wolał ra­czej mniemać, że uległ złu­dze­niu.

— Świat jest iluzją — Ca­glio­stro jak zwy­kle wy­głosił swoją for­mułę.

— Ach tak? — uprzejmie po­kiwał głową dy­rek­tor Mar­czak. — Je­śli o mnie cho­dzi, coraz mniej mam w życiu iluzji.

Wąż pełzł coraz dalej, to jest coraz bliżej nogi dy­rek­tora Mar­czaka. Jakby go za­inte­re­so­wał but dy­rek­torski.

— Hm. Yhm — dwu­krot­nie chrząknął dy­rek­tor. Ale te słynne groźne „hmknię­cia” dy­rek­tora, które po­wo­do­wały po­płoch wśród pra­cow­ni­ków jego de­par­ta­mentu, nie uczyniły żad­nego wra­żenia na za­skrońcu. Dalej ma­sze­rował w stronę dy­rek­tor­skiego buta. Dy­rek­tor Mar­czak nie wy­trzymał.

— Co to za zwie­rzę? — za­pytał, z tru­dem ha­mu­jąc nie­pokój.

Nie ode­zwałem się, uda­jąc, że je­stem za­jęty na­kła­da­niem świe­żej ko­szuli. By­łem zresztą od­wró­cony tyłem do dy­rek­tora.

Ca­glio­stro też nie ra­czył za­inte­re­so­wać się tym, na co wskazy­wał dy­rek­tor. Wy­cią­gnął się wy­god­niej na łóżku i po­wie­dział ob­ser­wu­jąc sufit:

— Nie­kiedy człowie­kowi się zdaje, że widzi coś, a jed­nak nic nie widzi, ro­zu­mie coś, a jed­nak nic nie ro­zu­mie. Co do mnie, wi­dzę na sufi­cie żółty za­ciek, który przy­po­mina ba­zy­liszka. A prze­cież je­stem roz­sąd­nym człowie­kiem i zdaję sobie sprawę, że to nie ba­zyli­szek, ale zwy­kły żółty za­ciek.

— Yhm — znowu groź­nie chrząknął dy­rek­tor Mar­czak. — Zdaje mi się, że coś po mnie cho­dzi. Po mo­ich ple­cach — do­dał.

Od­wró­ciłem się i po­pa­trzy­łem na plecy dy­rek­tora.

— To tylko mysz — stwierdzi­łem.

— Chyba nie bę­dzie mi pan wmawiał, że cho­dzą po mnie my­szy? — gniewnie rzekł dy­rek­tor.

— Świat jest iluzją — ziewnął Ca­glio­stro. Tymcza­sem mysz prze­szła z ple­ców dy­rek­tor­skich na dy­rek­tor­skie ramię.

— A jed­nak coś po mnie cho­dzi — po­now­nie oświad­czył dy­rek­tor.

— Mó­wi­łem panu, że to mysz — po­wie­działem, zapi­nając gu­ziki ko­szuli.

— Wi­dzę węża koło swojej nogi — rzekł dy­rek­tor.

— Być może — zgo­dzi­łem się obo­jęt­nym gło­sem i za­czą­łem za­wią­zy­wać kra­wat.

Tymcza­sem mysz prze­szła, z ra­mie­nia na rę­kaw ma­ry­narki dy­rek­tora Mar­czaka.

— Miał pan rację. To rze­czy­wi­ście mysz — dy­rek­tor przy­glą­dał się białej myszce, która ma­sze­ro­wała mu po rę­ka­wie. — A pań­skie słowa wy­da­wały mi się nie­wia­ry­godne.

— A wła­śnie — pod­chwyciłem zda­nie dy­rek­tor­skie. — Nie­kiedy moje słowa wy­dają się panu nie­wia­ry­god­nie, a po­tem oka­zuje się, że jed­nak ja mia­łem rację.

Dy­rek­tor Mar­czak spró­bo­wał zła­pać mysz za ogo­nek, ale myszka ucie­kła na stół.

Dy­rek­tor wstał ostrożnie z krze­sła, uwa­żając, aby nie przy­dep­tać za­skrońca.

— Chodźmy lepiej na śnia­danie, pa­nie To­ma­szu. Na­wet jako dziecko nie lubi­łem prze­by­wać w zoo.

Śnia­danie — uży­wa­jąc ję­zyka dy­plo­ma­tów — upły­nęło w miłej i ser­decznej at­mos­ferze. Ga­wę­dzili­śmy o tym i o owym, uni­kając sta­ran­nie, śli­skiego jak skóra węża, te­matu schow­ków Ko­eniga.

Wreszcie jed­nak dy­rek­tor Mar­czak nie zdzierżył i za­pytał:

— Czy w dal­szym ciągu sądzi pan, że je­stem jak ów bo­gaty wdowiec, który po­sta­wił na gro­bie swej żony krzyż z je­dena­stoma dia­mentami?

— Tak, panie dy­rek­torze. Przy oka­zji od­kry­cia każ­dej ze skrytek Ko­eniga odbył się mały ho­kus-po­kus. Zgi­nęły trzy nie­zwy­kle cenne mo­nety, ale jed­no­cze­śnie nic nie zgi­nęło. Zni­kło pięć kieli­chów, a jed­no­cze­śnie wiemy, że nic nie zgi­nęło. Wszystko się zga­dza ze spi­sem w pla­nie Ko­eniga.

— Ja­kie ma pan na to do­wody?

— Wi­dział pan prze­cież mło­tek i dłuto oraz czerwoną rysę wo­kół Dia­bel­skiego Ob­razu.

— Lecz jed­no­cze­śnie w pod­ziemnej kryp­cie nie na­po­tkali­śmy Wal­de­mara Ba­tury, tylko pana, drogi To­ma­szu.

— Mó­wi­łem, że zo­sta­łem tam wprowa­dzony i za­mknięty.

— Drzwi do pod­ziemi były otwarte, klucz tkwił w zamku.

— Czy nie wy­star­czy panu in­for­ma­cja, że Wal­de­mar Ba­tura prze­bywa we From­borku?

— To wolny człowiek, tak jak pan i ja. Może prze­by­wać, gdzie chce. Nie twierdzę zresztą, że nie szuka na wła­sną rękę schow­ków Ko­eniga. Wolno mu to zresztą. Każ­demu wolno szu­kać skar­bów. Rzecz jed­nak w tym, jak po­stąpi, gdy schowek od­naj­dzie. Póki tylko szuka, nie mo­żemy wnieść prze­ciw niemu żad­nego oskarżenia. Żą­dam do­wo­dów.

— I bę­dzie je pan miał — po­wie­działem z mocą.

— A teraz ad rem, panie To­ma­szu. Pój­dziemy na mały spa­cer po From­borku i opo­wie mi pan, co pan zdziałał w go­dzi­nach opła­ca­nych przez nasz de­par­ta­ment.

Sko­czy­łem do swego po­koju po bru­lion z no­tat­kami, a po­tem po­szli­śmy na wzgórze kate­dralne Sie­dząc pod roz­łoży­stym dę­bem wy­gło­siłem dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi swoją ideę no­wego przewod­nika.

— Ze­bra­łem in­for­ma­cje co do dale­kiej i bli­skiej prze­szło­ści Fromborka i ca­łej Warmii. Uważam jed­nak, że naj­po­waż­niej­sza część przewod­nika po­świę­cona po­winna być Ko­per­ni­kowi. Wy­daje mi się, że nie zmniej­sza­jąc w ni­czym kultu, w jakim tury­ści i społe­czeń­stwo pol­skie od­nosi się do ko­per­ni­kow­skiej wieży, na­leży jed­nak w przewod­niku przedsta­wić stan no­wo­cze­snych ba­dań w tym względzie. Tra­dycja ustna głosi, że Ko­per­nik ze swej wieży śle­dził ruchy gwiazd i księ­życa. Współ­cze­sne ba­dania na­ukowe prze­ko­nują, że Ko­per­nik mu­siał mieć jed­nak inne ob­ser­wato­rium.

— Pro­szę mó­wić dalej. To jest bar­dzo cie­kawe — rzekł dy­rek­tor.

— Za­cznijmy od fak­tów, które stwierdzili współcze­śni uczeni — po­wie­działem, nie­świadomy, że oto za chwilę i ja sam do­ko­nam nie­zwy­kłego od­kry­cia.

Tymcza­sem jed­nak mó­wi­łem ze swadą, wy­łusz­cza­łem wia­do­mo­ści uzy­skane od astrono­mów i hi­sto­ry­ków.

— Idąc śla­dem ust­nej tra­dycji pol­scy astrono­mo­wie pró­bo­wali z ko­per­ni­kow­skiej wieży prze­pro­wa­dzić ob­ser­wa­cje nieba. Zbu­do­wano na­wet spe­cjalny ga­nek, aby móc ich do­ko­nać. I co się oka­zało? Astronom P. stwierdza nie­zbi­cie, że — zaj­rza­łem do no­tatek — ob­ser­wa­cja z ta­kiego bal­konu jest z astrono­micznego punktu wi­dze­nia zu­peł­nym ab­sur­dem. Każdy krok ob­ser­wu­ją­cego lub po­moc­nika mu­siałby wpłynąć na zmiany na­chy­lenia przy­rządu, któ­rego utrzyma­nie w pio­nie jest jed­nym z kar­dy­nal­nych wa­run­ków uda­nia się ob­ser­wacji.

— Skąd więc w ta­kim razie ob­ser­wo­wał niebo Ko­per­nik?

— Ten sam astronom suge­ruje, że do ob­ser­wacji nadawała się druga wieża w tej czę­ści mu­rów, a więc ten ogromny okto­gon, na któ­rym usta­wiano działa. Tu wła­śnie, na okto­gonie, wo­kół pier­wot­nej dzwonnicy było dość miej­sca, aby ustawić in­stru­menty astrono­miczne. Mię­dzy ścianą wieży a mu­rem ze­wnętrznym roz­cią­gało się sześć me­trów pła­skiego i nadzwy­czaj so­lidnie zbu­do­wa­nego ta­rasu. Zresztą, z wieży ko­per­ni­kow­skiej było zna­ko­mite przejście mu­rami do okto­gonu i Ko­per­nik mógł bez trudu od­by­wać spa­cer dla ob­ser­wacji.

Z ławki, gdzie sie­dzie­liśmy, wi­dzie­liśmy wy­raź­nie zwa­listą syl­wetkę ośmio­bocznej wie­życy. I wtedy to do­zna­łem olśnienia. Aż mrówki prze­szły mi po grzbiecie. Czułem, że je­stem na tro­pie roz­wią­zania nie­zwy­kłej za­gadki. Jesz­cze chwila — i będę wie­dział to, co przez tak długi czas nie da­wało mi spo­koju.

Ale dy­rek­tor Mar­czak prze­rwał tok mo­jego my­śle­nia:

— Pro­szę mó­wić dalej. To bar­dzo cie­kawe.

Sku­piłem się więc i mó­wi­łem, za­glą­dając co chwila do swego no­tesu:

— W od­nale­zie­niu prawdzi­wego ob­ser­wato­rium Ko­per­nika po­mocne są świa­dectwa ludzi mu nie­mal współcze­snych. Dzieło Ko­per­nika „O ob­ro­tach ciał nie­bie­skich” zbulwer­so­wało umy­sły wielu ów­cze­snych uczonych. W ty­siąc pięć­set osiem­dzie­sią­tym czwartym roku, a więc sto­sun­kowo nie­dłu­gim cza­sie po śmierci Ko­per­nika, słynny astronom duń­ski Ty­chon de Bra­che wy­słał do Fromborka swego współpra­cow­nika, nie­ja­kiego Elia­sza Cim­bera, aby ten, przy po­mocy już nieco do­sko­nal­szych niż ko­per­ni­kow­skie in­stru­mentów, do­konał tych sa­mych ob­ser­wacji i stwierdził, czy rze­czy­wi­ście Ko­per­nik miał rację. Ów Eliasz Cim­ber po­zo­sta­wił po sobie szczegó­łowy dziennik swoich czynności we From­borku. Jest rze­czą natu­ralną, że ktoś, kto chce spraw­dzić cu­dze ob­ser­wa­cje, do­ko­nuje ich chyba w tym sa­mym miej­scu, szczegól­nie jeśli ma ku temu wa­runki. Ale ów Cim­ber, panie dy­rek­torze, wcale nie wlazł na wieżę Ko­per­nika, a swe ba­dania astrono­miczne prze­pro­wa­dził w ogrodzie ka­no­nika Ekharda z Kępna, jak pisze: „po­łożo­nego naj­bliżej od za­chodu tej wie­życzki, z któ­rej rze­komo Ko­per­nik do­konał swych ob­ser­wacji”.

— Cie­kawe — mruknął dy­rek­tor.

— A tak, panie dy­rek­torze. Dla­czego Eliasz Cim­ber nie wlazł ze swymi in­stru­mentami na wieżę, tylko ob­ser­wo­wał z ogrodu kurii ka­no­nika Ekharda z Kępna? Ano dla­tego, że z wieży nie można było do­ko­nać ob­ser­wacji. Bo chyba i sam Ko­per­nik tego nie czy­nił. A jeśli do tego do­damy wy­ja­śnie­nie, że kuria pana Ekharda nale­żała daw­niej do Ko­per­nika, to nie­mal pew­ni­kiem się staje, że Cim­ber swe ob­ser­wa­cje wy­konał z tego sa­mego miej­sca, co i Ko­per­nik, a więc z jego ogrodu. Mało tego. Sam Ko­per­nik w swym dziele „De revolutio­nibus” nie każe ni­komu wła­zić na wieżę, ale dora­dza, aby zbu­do­wano dla ob­ser­wacji „pavi­mentum”. A cóż jest owo ko­per­ni­kow­skie „pavi­mentum”? To nic in­nego, tylko po­sadzka albo płyta ubita z wapna, ka­mieni i pia­sku, oparta na fun­da­men­cie z cegły i za­prawy wa­pien­nej. Jak obli­czyli nasi uczeni, takie ko­per­ni­kow­skie „pavi­mentum” mu­siało mieć około dwu­dzie­stu me­trów kwa­dra­to­wych. Trudno przy­pusz­czać, aby Ko­per­nik radził astrono­mom zro­bić coś, z czego sam nie ko­rzy­stał. Na­leży są­dzić, że Ko­per­nik w swym ogrodzie, w kurii ze­wnętrznej, zbu­do­wał sobie „pavi­mentumi być może ów Eliasz Cim­ber, który w ogrodzie kurii Ekharda z Kępna wy­konał swe ob­ser­wa­cje, ko­rzy­stał rów­nież z płyty ko­per­ni­kow­skiej. Jest także sprawą cha­rak­tery­styczną, że pod­czas na­jazdu wojsk krzy­żac­kich, gdy to Ko­per­nik bro­nił się w za­niku olsztyń­skim, woj­ska krzy­żac­kie, które przy­były rów­nież pod Frombork, zniszczyły ko­per­ni­kow­ski in­stru­ment. Wiemy, że wówczas Krzyżacy nie zdo­łali zdo­być wa­rowni frombor­skiej, zniszczyli tylko ze­wnętrzne kurie. A więc in­stru­ment Ko­per­nika znaj­do­wał się nie w wa­rowni, nie na wieży, ale w kurii ze­wnętrznej. Bo też i tam do­ko­ny­wał Ko­per­nik swoich ba­dań.

— A gdzie się znaj­duje ta kuria?

— W tym sęk, panie dy­rek­torze. W grę wchodzą trzy kurie: świętego Sta­ni­sława, świętego Mi­chała i świętego Pio­tra. Jeśli zało­żyć, że Ko­per­nik badał niebo z okto­gonu, to naj­bliżej na za­chód by­łaby poło­żona kuria świętego Pio­tra. Tam prze­pro­wa­dzono ba­dania, lecz śla­dów owego „pavi­mentum” nie zna­le­ziono. Ale jeśli zało­żyć, że cho­dziło o ku­rię poło­żoną naj­bliżej na za­chód od wieży ko­per­ni­kow­skiej, to w grę wchodzi kuria świętego Sta­ni­sława. Ba­dania histo­ry­ków po­twierdziły tę ostatnią hi­po­tezą. We­dle od­nale­zio­nych ostatnio do­ku­mentów ka­nonią ze­wnętrzną nale­żącą do Ko­per­nika była kuria świętego Sta­ni­sława. Obecnie jest tu schronisko PTTK, gdzie mieszkam wraz z Ca­glio­stro, jego za­skrońcem, dwiema myszkami i kró­li­kiem.

— Nie wi­działem tego kró­lika — po­kręcił głową dy­rek­tor. A po­tem dodał z po­wagą: — I o tych wszyst­kich sprawach chce pan napi­sać w przewod­niku? Czy to nie znu­dzi tury­stów?

— Nie sądzę — od­rze­kłem. — Wy­daje mi się, że warto zwrócić uwagę, przede wszystkim mło­dzieży, jak inte­re­su­jącą i pa­sjo­nu­jącą rze­czą są ba­dania na­ukowe, na przy­kład histo­ryczne. Wy­daje się prze­cież, że nie ma nic bar­dziej nud­nego, jak grze­banie w sta­rych szparga­łach. A tu oka­zuje się, że co krok to za­gadka. Gdyby pan wie­dział, jak bar­dzo praca histo­ryka przy­po­mina pracę de­tek­tywa. W jaki spo­sób ze­sta­wia on po­szczególne fakty i do­ku­menty o naj­róż­niej­szej treści, aby wreszcie ujawnić i udo­wod­nić prawdę: ka­nonia ko­per­ni­kow­ska to kuria świętego Sta­ni­sława. A teraz, panie dy­rek­torze, opo­wiem panu o stanie ba­dań doty­czą­cych po­szu­ki­wań grobu Ko­per­nika — na­bra­łem tchu w piersi.

Ale dy­rek­tor mi prze­rwał:

— Może tę sprawę odło­żymy na póź­niej. Od pew­nego czasu wo­kół nas na po­dwórcu kręci się jakaś młoda pa­nienka, która nas wciąż foto­gra­fuje i daje panu ja­kieś ta­jem­nicze znaki. Pan ich nie do­strzega, bo nos ma pan w swoim no­tat­niku. Ale ja mam oczy sze­roko otwarte i dla­tego ja je­stem pana zwierzch­ni­kiem, a nie na od­wrót.

Ro­zej­rza­łem się po po­dwórcu i w są­siedztwie ka­plicy Szembeka do­strzegłem pannę Alę.

„Zdraj­czyni” — po­my­śla­łem i ze zło­ści aż zgrzytną­łem zę­bami.

Dy­rek­tor Mar­czak z wielką god­no­ścią pod­niósł się z ławki.

— Jak z tego wy­nika, nie mar­no­wał pan tutaj czasu — stwierdził dwu­znacznie. — Czuję się stru­dzony. Przez całą noc je­cha­łem po­cią­giem, a o świ­cie po­sze­dłem od­kry­wać drugi schowek Ko­eniga. Po­łożę się więc tro­chę w kurii świętego Sta­ni­sława, gdzie pokój wy­najął dla mnie ma­gister Pie­truszka. O gro­bie Ko­per­nika opo­wie mi pan nieco póź­niej.

To mó­wiąc dy­rek­tor skło­nił się i z god­no­ścią od­szedł w kie­runku bramy głównej.

 


ROZDZIAŁ CZTERNASTY [top]

CZY ALA MNIE ZDRADZA • DZIWNA PROPOZYCJA • WYPOŻYCZAM PIĘĆ KIELICHÓW • KTO SZUKA DZIURY W CAŁYM • WYPRAWA DO KRAINY STRASZLIWEGO ASA • UWAGA, NIEBEZPIECZEŃSTWO • CZY TO PIES, CZY TO BIES • CO ZOBACZYŁEM W TELEWIZORZE • TAJEMNICA BATURY • TRZECI ZŁOCZYŃCA • PIĘĆ ZŁOTYCH KIELICHÓW • DRWINY Z TOMASZA • HOKUS-POKUS STRASZLIWEGO ASA

 

— Zdrajczyni! — po­wie­działem po­gar­dli­wie do panny Ali, która po odej­ściu Mar­czaka zbli­żyła się i usia­dła obok mnie na ławce pod dę­bem.

Zro­biła obra­żoną minę i za­częła grze­bać w swojej tor­bie. Wreszcie wy­jęła czarne pu­dełko, po­dobne do ma­leń­kiego na­daj­nika ra­dio­wego.

— Zdrajczyni! — rzu­ciłem po­wtórnie. — Na­wet nie ma pani nic na swoją obronę.

Wzruszyła ra­mio­nami.

— Za­sta­na­wiam się, czy nie przywo­łać tutaj Asa, aby się z pa­nem roz­pra­wił.

— Asa? — po­gła­dzi­łem się po ra­mie­niu, przy­po­mi­nając sobie uścisk sta­lo­wych rąk.

— Je­śli tego nie uczynię, to tylko dla­tego, że nie chcę wy­wo­ły­wać nie­po­trzebnej sen­sacji we From­borku — stwierdziła. — Ale i tak nie po­zwolę się obra­żać.

— Pani współpra­cuje z Ba­turą. Wi­dziano pa­nią w czerwo­nym mu­stangu w towa­rzy­stwie tego łaj­daka.

— Ach, o to panu cho­dzi? — roze­śmiała się. — Czy pan na­prawdę sądzi, że gdy­bym była współpra­cow­niczką Ba­tury, po­ka­zy­wa­ła­bym się w jego sa­mo­cho­dzie? Wczoraj rano szłam do Fromborka po za­kupy. Aku­rat tam­tędy przejeż­dżał Ba­tura i za­pro­po­no­wał, że mnie pod­wie­zie. Czy mia­łam z tego nie sko­rzy­stać? To samo po­wtó­rzyło się i po połu­dniu. Od­wiózł mnie swoim mu­stan­giem.

— Dżentel­men — rzu­ciłem po­gar­dli­wie.

— Owszem, to bar­dzo do­brze wy­cho­wany człowiek — po­twierdziła. — Oczywi­ście zdaję sobie sprawę, że jego za­inte­re­so­wa­nie moją osobą wy­nika z faktu, że wi­dział nas ra­zem, gdy ści­gali­śmy jego mu­stanga. Pod­wiózł mnie, aby przy oka­zji wy­ba­dać, co ja tutaj robię.

— Pani szła pie­chotą do Fromborka? Czyżby ma­gi­strowi in­ży­nie­rowi Ze­gadle ze­psuł się jego błę­kitny opel? — za­py­tałem z drwiną w gło­sie.

— Nie, po pro­stu ma­gister inży­nier Ze­gadło zo­stał na zaw­sze skre­ślony z li­sty mo­ich ado­rato­rów. Jest to osobnik, który w życiu kie­ruje się tylko pozo­rami. To, co ład­nie wy­gląda, to mu im­po­nuje. A ja, pro­szę pana, lubię ludzi, któ­rzy nie tyle zwracają uwagę na czy­jeś ce­chy ze­wnętrzne, co na cha­rak­ter. Ważna jest dla mnie nie błyszcząca karo­seria sa­mo­chodu, ale to, co sa­mo­chód kryje pod ma­ską. Nie inte­re­suje mnie męż­czy­zna tylko dla­tego, że jest ładny, ma piękne włosy, smu­kłą fi­gurę i do­brze tań­czy, ale ważne jest dla mnie, co on ma pod ko­pułą swojej cza­szki. Ko­niec, kropka. Nie po­jadę wię­cej błę­kit­nym oplem.

Me­lan­cho­lijnie po­ki­wa­łem głową.

— Ja rów­nież oka­za­łem się człowie­kiem, który kie­ruje się pozo­rami. I dla­tego po raz trzeci prze­gra­łem w walce z Wal­de­ma­rem Ba­tura.

Opowie­działem Ali o wczoraj­szej przy­go­dzie w pod­zie­miach kate­dry.

— Zgu­biło mnie moje zaro­zu­mial­stwo — wy­ja­śni­łem. — Wy­da­wało mi się, że je­stem nie­zwy­kle sprytny. Zale­dwie przyje­cha­łem do Fromborka, na­tychmiast wpa­dłem na trop Dia­bel­skiej Góry, a po­tem Dia­bel­skiego Drzewa. Gdy­bym są­dził o sobie z mniejszą zaro­zu­mia­ło­ścią, za­pewne od­krył­bym wkrótce prze­bie­gły plan Ba­tury, pole­ga­jący na tym, że pod­su­wał mi on tropy, które miały mnie za­pro­wa­dzić w ślepy za­ułek. Jak mo­głem nie zda­wać sobie sprawy, że je­śli Ba­tura tak nie­udol­nie po­rywa sta­ruszka, to kryje się w tym pu­łapka? Jak mo­głem dać się wprowa­dzić w kryptę pod­ziemną?

Panna Ala za­sta­na­wiała się nad czymś głę­boko. W za­my­śle­niu sku­bała pal­cami ko­smyk swoich wło­sów.

— Po­wiada pan, że w skrytce prawdo­po­dob­nie było pięć zło­tych, wy­sa­dza­nych dro­gimi ka­mie­niami kieli­chów mszalnych, a od­nale­ziono kieli­chy srebrne? — upewniła się.

— Tak. Prze­cież Ba­tura nie przyjechał tu po to, aby roz­ko­szo­wać się pięk­nem Fromborka.

Na twa­rzy panny Ali po­jawił się nagle wy­raz zde­cy­do­wa­nia.

— Po­sta­ram się panu po­móc — rze­kła. — Pro­szę mi jed­nak dać te pięć srebrnych kieli­chów.

— Po co?

— Niech pan za dużo nie pyta. Ja rów­nież mam swoje ta­jem­nice.

— A skąd ja we­zmę pięć srebrnych kieli­chów? Czy pani sądzi, że dy­rek­tor Mar­czak poda­ruje mi je?

— Niech pan je od niego wy­po­ży­czy. Za re­wer­sem. Prze­cież sam pan mó­wił, że one nie przedsta­wiają większej war­tości.

— Zgoda. Tylko czym uza­sad­nię prośbę o wy­po­ży­cze­nie kieli­chów?

— To już pań­ska sprawa. Ale dając mi te kieli­chy, otwiera pan przed sobą moż­li­wość do­star­cze­nia panu dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi żą­da­nego do­wodu.

— Pani chce mi do­star­czyć do­wód winy Ba­tury? W jaki spo­sób?

— Pro­szę nie pytać! — aż tupnęła nogą. — Niech pan do­star­czy mi pięć srebrnych kieli­chów.

Wstałem z ławki.

— Mu­szę w takim razie poro­zu­mieć się z dy­rek­to­rem Mar­cza­kiem.

Po­szli­śmy do schroniska PTTK. Po­pro­siłem pannę Alę, aby za­cze­kała w moim po­koju, który tym­cza­sem opu­ścił Ca­glio­stro.

Sam zaś za­pu­ka­łem do drzwi po­koju dy­rek­tora Mar­czaka.

Kładł się już chyba do snu, bo drzwi otworzył ubrany w pi­dżamę.

— O co cho­dzi? — burknął gniewnie. — Mó­wi­łem panu, że je­stem zdro­żony.

— Chciał­bym wy­po­ży­czyć pięć srebrnych kieli­chów ze skrytki.

— Po co?

— Po­dej­rze­wam, że to współcze­śnie wy­ko­nane falsy­fi­katy.

— Bzdura. Są­dzę, że wy­ko­nano je pod ko­niec ubie­głego wieku. Ich war­tość nie prze­kra­cza sumy dzie­się­ciu ty­sięcy zło­tych.

— A jed­nak chciałbym je obej­rzeć. Ka­zał mi pan do­star­czyć do­wodu, a gdy chcę go zna­leźć, to pan mi utrudnia po­szu­ki­wa­nia.

— Ach, to pan tak sta­wia sprawę? No, do­brze. Wy­po­życzę panu te kieli­chy.

I za­pro­wa­dził mnie w kąt po­koju, gdzie w drewnia­nej skrzyni, za­mkniętej na ogromną kłódkę, le­żały przed­mioty zna­le­zione w dru­gim schowku Ko­eniga. Dy­rek­tor Mar­czak wy­szu­kał pięć srebrnych kieli­chów i wrę­czył mi je.

— Czy mam panu wy­sta­wić re­wers?

— Obejdę się. Mam do pana za­ufa­nie.

Opu­ści­łem jego pokój, w obu rę­kach nio­sąc pięć kieli­chów mszalnych. W ko­ryta­rzu na­tknąłem się na ma­gistra Pie­truszkę. Po­dejrzliwym spoj­rze­niem ob­rzucił kieli­chy.

— W jakim celu je za­bra­łeś? — za­pytał.

— Chcę je obej­rzeć.

— Dla­czego?

— Wy­daje mi się, że są tylko po­sre­brzane, a więc pra­wie bez war­tości.

— My­lisz się. Do­kład­nie je obej­rza­łem. Są ze sre­bra. Nie mają wiel­kiej war­tości, to prawda, ale to nie moja wina, że Ko­enig w tym względzie oka­zał się głup­cem. Zresztą, trudno się temu dzi­wić. Nie nale­żał do znawców dzieł sztuki, był zwy­kłym hitle­row­skim rabu­siem, brał, co mu w rękę wpa­dło. W jego schow­kach znaj­du­jemy rze­czy bez­cenne i bezwar­to­ściowe, wspaniałe mo­nety i zwy­kłe fe­nigi, bez­cenne mi­nia­tury i zwy­kłe kieli­chy mszalne.

— Czy masz coś prze­ciw temu, że jed­nak je obej­rzę?

— Nie — wzruszył ra­mio­nami i od­szedł. Wszedłem do swego po­koju i ustawi­łem kieli­chy na stole.

— Oto one — po­wie­działem do panny Ali. I ro­zej­rza­łem się po po­koju. — Ba­łem się, że za­stanę panią sto­jącą na stole albo na krze­śle.

— Dla­czego?

— Mieszkam w towa­rzy­stwie za­skrońca i dwóch bia­łych my­szek.

— Och! — pi­snęła prze­ra­żona i rów­nież ro­zej­rzała się po po­koju.

— Ale zdaje się — do­koń­czy­łem — że Ca­glio­stro za­brał to towa­rzy­stwo z sobą.

Panna Ala na­tychmiast uspokoiła się. Usiadła na krze­śle i wskazała znaj­du­jące się pod łóż­kiem Ca­glio­stra jego tek­tu­rowe pu­dełka.

— Po­trzebne mi bę­dzie takie pu­dełko.

— Na­leżą do Ca­glio­stra...

— Tym lepiej.

— Ależ to kra­dzież — za­uwa­ży­łem.

— Nie. To bę­dzie tylko po­życzka. Zwrócę panu kieli­chy ra­zem z tek­tu­ro­wym pu­deł­kiem.

Wy­cią­gną­łem spod łóżka pudło, w któ­rym od czasu do czasu mieszkał Pio­truś, wło­ży­łem do niego kieli­chy i po­da­łem pan­nie Ali.

— I co teraz? — za­py­tałem za­cie­ka­wiony.

— Te­raz ja idę do domu — oświad­czyła.

Wzięła pu­dełko pod pa­chę i ski­nąw­szy mi głową, wy­szła z po­koju.

Wes­tchnąłem ciężko. Przez chwilę mia­łem wra­żenie, że znowu wpa­ko­wa­łem się w ja­kąś ka­bałę.

Długo jed­nak nie tra­piłem się tą sprawą. Za­jąłem się czymś, co wy­da­wało mi się po sto­kroć waż­niej­sze.

Uzbrojony w la­tarkę elek­tryczną po­sze­dłem do wa­rowni i wró­ciłem stamtąd do­piero w porze obiadu.

W ja­dalni za­sta­łem dy­rek­tora Mar­czaka je­dzą­cego obiad w towa­rzy­stwie ma­gistra Pie­truszki. Do­sia­dłem się do ich sto­lika i po­pro­siłem kel­nerkę o obiad.

— I jak wy­padła eks­per­tyza? — za­pytał mnie dy­rek­tor Mar­czak.

— Jaka eks­per­tyza?

— Kie­li­chów. Prze­cież pan je ode mnie za­brał — stwierdził dy­rek­tor.

— No tak. Rze­czy­wi­ście.

— W takim razie pro­szę mi je zaraz zwrócić, gdyż skrzynię ze skar­bami od­sy­łam do War­szawy.

Stru­chlałem. Bo skąd teraz wziąć te kieli­chy?

— Chce pan skarby ode­słać pocztą? Mogą za­ginąć — za­tro­ska­łem się.

— Niech pan bę­dzie spo­kojny. Za­pew­niłem dla skrzyni spe­cjal­nego kon­wo­jenta.

— Yhm — chrząkną­łem nie­pew­nie. — Kie­lichy będą mi jesz­cze jakiś czas po­trzebne.

— Miał pan dość czasu na eks­per­tyzę. Zresztą, do­koń­czy ją pan w War­sza­wie, a te­raz pro­szę przy­nieść kieli­chy do mo­jego po­koju.

„O rany, co ja zro­bię”? — prze­razi­łem się.

A ma­gister Pie­truszka, za­uwa­żyw­szy za­pewne wy­raz za­kło­pota­nia ma­lu­jący się na moim obli­czu, dodał ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem:

— To­masz szuka dziury w ca­łym, tylko że nie znaj­dzie.

Szybko przełkną­łem obiad. Ze­rwa­łem się od stołu i nie­mal bie­giem wy­sko­czy­łem ze schroniska PTTK. Wsiadłem do swego we­hi­kułu, gdy pod­biegł do mnie Baśka.

— Pa­nie To­ma­szu! Panie To­ma­szu! — wołał rado­śnie. — Wiem już, gdzie Ba­tura ma swój bi­wak. Mieszka w na­mio­cie u uj­ścia rzeki Baudy, na ma­łym piaszczy­stym cyplu.

— Ach, to już teraz nie­ważne — od­rze­kłem, uru­cha­mia­jąc silnik.

— Nie­ważne? — po­wtó­rzył bar­dzo roz­cza­ro­wany. — A czy wie pan, jaką wspaniałą książkę ku­piłem w pa­wilo­nie księ­gar­skim? „Sztuki ma­giczne” Aleksan­dra Wa­di­mowa, zna­nego ra­dzieckiego ilu­zjo­nisty. Niech pan ją obej­rzy...

I po­dał mi grubą książkę w żółtej, ja­skrawej okładce.

— Po­życz mi ją — po­pro­siłem tknięty na­głą my­ślą. — Przejrzę i jutro ci zwrócę. A teraz prze­pra­szam cię, ale bar­dzo się spie­szę.

— Nie za­bie­rze mnie pan z sobą?

— Nie — po­krę­ciłem głową. I do­da­łem z po­wagą: — Jadę, chłopcze, do Kra­iny Straszli­wego Asa. Gdy­bym nie wra­cał przez dłuż­szy czas... — za­jąk­ną­łem się i machną­łem ręką. — Wy­bacz mi, nic ci nie mogę wię­cej po­wie­dzieć.

— Co to za kra­ina? Co to za As? — do­py­tywał się za­cie­ka­wiony chło­piec.

— Je­stem związany przy­sięgą mil­cze­nia. W Kra­inie Straszli­wego Asa byli­śmy z Caglio­strem, ale i on musi mil­czeć. Gdy­bym długo nie wra­cał, poro­zum się z Ca­glio­strem. Może on wtedy znaj­dzie jakąś radę.

To mó­wiąc za­bra­łem od Baśki książkę o sztu­kach ma­gicz­nych i od­je­cha­łem co koń me­cha­niczny wy­sko­czy, czyli ile sił w dwu­nastu cy­lin­drach mego we­hi­kułu.

W Kra­inie Straszli­wego Asa po­sta­no­wi­łem od­na­leźć pannę Alę i ode­brać pięć srebrnych kieli­chów. Po co ja, u li­cha, zgo­dzi­łem się wy­po­ży­czyć je od dy­rek­tora Mar­czaka? Co Ala z nimi zro­biła?

Mę­czyły mnie te pyta­nia. Ale do Kra­iny Straszli­wego Asa nie było da­leko, jeśli wziąć pod uwagę szybkość mego we­hi­kułu. Oto już pierwszy most na Bau­dzie, drugi most, wzgórze i wą­wóz, w któ­rym spo­tkali­śmy Asa. Panna Ala mó­wiła, że aby się z nią spo­tkać, nale­żało pójść ścieżką u końca wą­wozu. Ta ścieżka miała pro­wa­dzić przez las aż do ba­raku, w któ­rym mieszkała Ala.

Przeje­cha­łem więc wą­wóz i za­par­ko­wa­łem we­hikuł na skraju pol­nej drogi, tuż przy lesie, pora­stają­cym wzgórze ze sta­ro­żyt­nym gro­dzi­skiem. Od­nala­złem wą­ską ścieżkę, lecz za­nim na nią wstąpiłem, ro­zej­rza­łem się bacznie.

Dzień był sło­neczny, po­godny, nad głową mia­łem błę­kitne niebo, po któ­rym z rzadka prze­pły­wały białe ob­łoki po­dobne do wiel­kich gór okrytych śnie­giem. Pły­nęły szybko, w górze wiał chyba silny wiatr. Na ziemi jed­nak pa­no­wał spo­kój i ogromna, przytła­cza­jąca cisza. Na pola opa­dał skwar sierpnio­wego dnia, skraj lasu wabił przyjem­nym chło­dem. W lesie we­soło świergo­tało ptactwo. Lecz dla mnie, który wciąż mia­łem w pa­mięci spo­tka­nie z Asem, urok tego za­kątka wy­da­wał się groźny, krył nie­bez­pie­czeń­stwo.

Przez dłuż­szą chwilę sta­łem na skraju pól, nie ośmiela­jąc się za­głę­bić w las. Wciąż od­no­siłem wra­żenie, że w mroku le­śnym czai się że­lazne ciel­sko Asa i zza krza­ków śle­dzą mnie umiesz­czone na że­laz­nej ko­pule szklane oczy. My­śla­łem o sta­lo­wych rę­kach, go­to­wych schwytać mnie, gdy tylko znajdę się na ścieżce. Gdy­bym miał gwa­ran­cję, że w Asie sie­dzi Ala, ru­szy­łbym śmiałym kro­kiem. Lecz może tym ra­zem ktoś inny kie­ruje Asem i ten ktoś okaże się bar­dziej od niej bez­względny?

Kto mógł sie­dzieć w Asie? Na przy­kład ma­gister inży­nier Krzysztof Ze­gadło. Nie ule­gało dla mnie wąt­pli­wo­ści, że Ala i Ze­gadło pra­co­wali ra­zem. Więc było prawdo­po­dobne, że na zmianę lub na­wet ra­zem od­by­wali po­dróże żela­znym Asem. Ze­gadło chyba był zły na mnie za to, że stra­cił sym­patię panny Ali. O, nie ży­czy­łbym sobie wpaść w jego ręce, i ra­czej w ręce pro­wa­dzo­nego przez niego Asa.

A jed­nak nie mo­głem tu tkwić bez końca. Dy­rek­tor Mar­czak cze­kał na pięć srebrnych kieli­chów, które wraz z in­nymi skar­bami po­sta­nowił ode­słać do War­szawy.

Jesz­cze raz spoj­rza­łem w błę­kitne niebo. A po­tem, ze­brawszy w sobie całą od­wagę, wstąpiłem na ścieżkę leśną. Sta­rałem się iść cicho jak In­dia­nin, za każ­dym sze­le­stem kry­łem się za pnie drzew i za­nim po­dej­mo­wa­łem dal­szy marsz, upewnia­łem się, czy sze­lest nie zo­stał wy­wo­łany przez gą­sie­nice Asa.

A ścieżka wiła się jak za­skro­niec Pio­truś. To wchodziła w głąb lasu, to znów zbli­żała się do skraju.

I nig­dzie ani ży­wej du­szy. Tylko dwu­krot­nie na­po­tka­łam czerwone ta­blice z ostrze­gaw­czym napi­sem: „Uważaj, nie­bez­pie­czeń­stwo”. Na każ­dej z tablic wy­ma­lo­wano tru­pią czaszkę i dwa skrzyżo­wane z sobą pisz­czele.

Mimo tych ostrzeżeń, sze­dłem dalej ścieżką, ale duszę mia­łem na ra­mie­niu. Przed jakim nie­bez­pie­czeń­stwem ostrzegały mnie na­pisy? Czy na­po­tkam miny? A może za chwilę z krzaków wy­peł­znie inny stwór, rów­nie groźny jak wie­looki As?

Od­nio­słem wra­żenie, że im dalej wchodzę w las, tym bar­dziej staje się on gęsty, ciemny i po­nury. Wy­da­wało mi się rów­nież, że ptaki się stąd wy­nio­sły, bo nie sły­sza­łem już żad­nego świergotu. „Może za­wró­cić?” — prze­mknęło mi przez głowę. Ale wy­obra­ziłem sobie minę dy­rek­tora Mar­czaka, gdy po­wiem mu, że nie mam srebrnych kieli­chów. Przed oczami po­ja­wiła mi się try­um­fu­jąca, zło­śli­wie wy­krzy­wiona gęba ma­gistra Pie­truszki. I to do­dało mi od­wagi.

Zro­biłem jesz­cze kil­kana­ście kro­ków po ścieżce i nagle otworzyła się przede mną ogromna po­lana leśna. Na środku po­lany zo­ba­czy­łem długi bla­szany barak ogro­dzony dru­tem kol­cza­stym i siatką. Nad bara­kiem wznosił się po­tężny maszt an­teny.

W ogrodze­niu wid­niała żela­zna brama i do tej bramy pro­wa­dziła ścieżka. Na­pis nad bramą głosił: „Ośrodek Do­świad­czalny Wy­działu Au­to­ma­tyki Po­li­tech­niki w G. Wstęp ob­cym su­rowo wzbro­niony”.

Brama w ogrodze­niu była za­mknięta na głu­cho. My­śla­łem, że znajdę na niej guzik dzwonka, ale nic ta­kiego nie za­uwa­ży­łem.

„Jak do­stać się do ba­raku?” — za­sta­na­wia­łem się i pod­sze­dłem bliżej do bramy.

Raptem z małej budki przy ba­raku wy­sko­czył żółty pies. Po­biegł kil­kana­ście kro­ków w kie­runku bramy i za­czął gło­śno szczekać. Pies był duży jak wil­czur, ale nie przy­po­minał żad­nej zna­nej mi dotąd rasy. I biegł jakoś tak sztywno, jakby na szczudłach.

Cof­ną­łem się od bramy i pies na­tychmiast cof­nął się tyłem do swej budy. Ja zro­biłem krok do bramy i on znowu wy­sko­czył. Szczekał do­no­śnie jak inne psy. Tyle tylko że robił to mo­no­ton­nie, zaw­sze tak samo, w jed­nej tona­cji.

Znowu cof­ną­łem się od bramy i on cof­nął się do budy. Ja pod­sze­dłem do bramy, on wy­sko­czył z budy i za­czął szczekać.

— Bu­rek... Bu­rek... — wa­biłem go.

Nie war­czał, nie zano­sił się szczeka­niem, jak to w ta­kich ra­zach czy­nią inne psy. Tylko tym swoim mo­no­ton­nym gło­sem do­no­śnie oznajmiał miesz­kań­com ba­raku o mojej obecności.

Pies był sztuczny. Czytałem kie­dyś o elek­tro­no­wych zwie­rzę­tach. Ten chyba by wła­śnie takim psem. Wy­wa­biała go z budy foto­ko­mórka znaj­du­jąca się na bra­mie. Spe­cjalny me­cha­nizm, umiesz­czony w jego brzu­chu, uru­cha­miał ta­śmę ma­gne­tofo­nową z na­gra­nym szczeka­niem ży­wego psa.

Sta­łem cier­pli­wie pod bramą w za­sięgu foto­ko­mórki. Elektro­nowy pies szczekał i szczekał.

Wreszcie otworzyły się drzwi ba­raku i po­ka­zała się w nich panna Ala, ubrana w biały far­tuch. Przy­sło­niła dło­nią oczy, bo raziło ją światło sło­neczne. Po­pa­trzyła w stronę bramy. Zo­ba­czyła mnie i przy­ci­snęła guzik obok drzwi ba­raku. Żela­zna brama otworzyła się bez­sze­lest­nie.

Wszedłem na te­ren ośrodka do­świad­czal­nego. A gdy znik­ną­łem z pola wi­dze­nia foto­ko­mórki, pies na­tychmiast prze­stał szczekać i cof­nął się do swej budy.

— Co pana do mnie przy­nio­sło? — za­py­tała Ala.

— Pięć kieli­chów. Mu­szę je mieć z po­wro­tem. Dy­rek­tor Mar­czak chce je dzi­siaj ode­słać do War­szawy.

— O, to bę­dzie trudna sprawa — po­krę­ciła głową. — Sam pan się zresztą o tym prze­kona.

Po­dała mi rękę na przywita­nie, a po­tem go­ścin­nym ge­stem za­pro­siła do ba­raku.

— Pro­fesor, inży­nier Ze­gadło i po­zo­stały per­sonel na­szego ośrodka wy­je­chali dziś do War­szawy na na­radę — wy­ja­śniła. — Je­stem tutaj pra­wie sama.

— Pra­wie sama? Co to zna­czy?

— Jest tu tro­chę au­to­ma­tów. Każdy z nich ma w sobie coś z czło­wieka. A więc nie mogę po­wie­dzieć, że je­stem tutaj zu­peł­nie sama.

— A gdzie moje kieli­chy? — do­py­ty­wa­łem się nie­cier­pli­wie.

Nic nie od­rze­kła. We­szli­śmy do du­żego po­mieszcze­nia. Zo­ba­czy­łem trzy pul­pity ste­row­nicze, pełne ja­kichś gu­zicz­ków, dźwigni, szklanych oczu, raz po raz roz­bły­sku­ją­cych kolo­ro­wym światłem. Uj­rza­łem także duży ekran tele­wi­zyj­nego mo­ni­tora.

Ala pod­su­nęła mi fotel.

— Niech pan usią­dzie i niech pan pa­trzy — roz­ka­zała. A sama po­de­szła do pul­pitu ste­row­ni­czego.

— Nie przy­sze­dłem tutaj oglą­dać au­dycji tele­wi­zyj­nych — po­wie­działem sta­now­czo. — Pro­szę o zwrot kieli­chów.

— Niech pan po­pa­trzy. One są tam — wskazała ekran tele­wi­zyjny.

Usiadłem i za­czą­łem się gapić w ekran mo­ni­tora, lecz nie zo­ba­czy­łem kieli­chów, tylko wzburzoną po­wierzchnię mo­rza albo du­żego je­ziora.

— Nie przy­sze­dłem oglą­dać au­dycji kra­jo­znaw­czych — za­czą­łem znowu.

Ala prze­krę­ciła jakąś gałkę na pul­picie ste­row­ni­czym i za­raz uka­zał się nowy obraz. Zo­ba­czy­łem piaszczy­sty cypel, a na nim na­miot tury­styczny. Obok na­miotu stał czerwony mu­stang Wal­de­mara Ba­tury. Po chwili do­strzegłem Ba­turę. Ro­ze­brany do maj­te­czek ką­pie­lo­wych leżał na pia­sku nad wodą, a towa­rzy­szyła mu panna Anielka, rów­nież w kostiu­mie ką­pie­lo­wym.

— Co to jest? Co ja wi­dzę? — za­krzykną­łem.

— Ogląda pan obóz Wal­de­mara Ba­tury.

— Ale jakim cu­dem go oglą­dam?

— Po­sła­łam Asa ko­ry­tem rzeki Baudy — tłu­ma­czyła Ala. — As w tej chwili jest zanu­rzony w wo­dzie. Wy­staje nad po­wierzchnią tylko ko­pułka z oczami, które są ka­me­rami tele­wi­zyj­nymi i re­flekto­rami. As prze­ka­zuje obraz, który widzi.

— Nie bar­dzo ro­zu­miem...

— Ach, to ta­kie pro­ste. Ro­bimy do­świad­cze­nia z Asem. Wczoraj ba­dali­śmy, jak As za­cho­wuje się w wo­dzie, i po­słali­śmy Asa ko­ry­tem rzeki Baudy. Ka­mery tele­wi­zyjne Asa prze­ka­zy­wały mi obraz Wal­de­mara Ba­tury. Zo­ba­czy­łam u niego pięć zło­tych kieli­chów.

— Więc pani nie sie­działa w Asie, gdy spo­tkali­śmy go w wą­wo­zie?

— Oczywi­ście, że nie. As jest kie­ro­wany przy po­mocy fal ra­dio­wych. Gdy spo­tkał pan Asa, ja by­łam tu, gdzie teraz, i roz­ma­wia­liśmy z sobą na odle­głość.

— Gdzie są moje srebrne kieli­chy? — po­wtó­rzy­łem upar­cie.

— W Asie, pro­szę pana. W pu­dełku, które mi pan dał wraz z kieli­chami.

— Co pani ma za­miar z nimi zro­bić? — za­py­tałem z nie­po­ko­jem.

— Ci­cho — syk­nęła Ala. — Niech pan słu­cha. Włą­czam apa­ra­turę na­słu­chową zain­sta­lo­waną na ko­pule Asa.

Ob­raz na ekra­nie mo­ni­tora zafa­scy­no­wał mnie. Oto do obo­zo­wi­ska Ba­tury polną drogą pod­je­chał czarny wart­burg, z któ­rego wy­sko­czył jakiś młody męż­czy­zna w ciemnych oku­la­rach.

Na jego wi­dok Ba­tura i panna Anielka ze­rwali się z pia­sku.

— Cześć, stary — usły­sza­łem głos Wal­de­mara Ba-tury, wi­tają­cego mło­dzieńca z Wart­burga. — Na­resz­cie się zja­wiłeś.

— Do­sta­łem twój tele­gram i na­tychmiast wy­ru­szy­łem w drogę — po­wie­dział mło­dzie­niec, ca­łując w rękę pannę Anielkę. — Czy stało się coś waż­nego, że mnie we­zwałeś?

— Zdo­byli­śmy pięć zło­tych kieli­chów. Mu­sisz na­tychmiast za­brać je stąd i za­wieźć do War­szawy. Nie mogę trzymać ich w swym obo­zie, bo To­masz go­tów wy­śle­dzić moje obo­zo­wi­sko i sprowa­dzić tu mili­cję. Chcę być czy­sty jak łza, ro­zu­miesz?

— No jasne — kiw­nął głową mło­dzie­niec. — Po­każ bra­cie, te kieli­chy.

Ba­tura ski­nął głową i z ogromnie za­do­wo­loną miną za­czął grze­bać w pia­sku koło swojego na­miotu. Po chwili wy­cią­gnął ukryte w dołku pu­dełko tek­tu­rowe, takie samo, jak to, które miał Ca­glio­stro pod swoim łóż­kiem. Iden­tyczne pu­dełko Ca­glio­stro wrę­czył Batu­rze nocą na frombor­skiej przy­stani. A więc wie­działem już, co kryło to pu­dełko. Wówczas z War­szawy moim we­hi­ku­łem przywiózł Ca­glio­stro Batu­rze pięć srebrnych kieli­chów, które za­pewne na­był od han­dla­rzy anty­kami albo po pro­stu w skle­pie Desy. I te srebrne kieli­chy po­zo­sta­wił Ba­tura na miej­scu zło­tych, które ukradł z dru­giego schowka.

Teraz w tym sa­mym pu­dełku miał złote kieli­chy.

— Patrz — rzekł do mło­dzieńca w ciemnych oku­la­rach — każdy z nich jest wart sto razy wię­cej od pię­ciu srebrnych, które ku­pili­śmy w war­szawskiej Desie.

— Obej­rzyj je do­kład­nie. Są nie tylko ze złota, ale wy­sa­dzane opa­lami i sza­fi­rami. Po­myśl: i to wszystko za pięć srebrnych kieli­chów.

Z praw­dziwą przy­kro­ścią, ale gwoli prawdzie, mu­szę teraz przyto­czyć słowa Ba­tury.

— Nie przy­pusz­cza­łem — mó­wił Ba­tura do mło­dzieńca — że To­masz okaże się takim głup­cem. Dał się jak małe dziecko za­pro­wa­dzić za rączkę pro­sto w pu­łapkę. Te­raz, cho­ciaż za­pewne do­my­śla się za­miany, nie może pi­snąć ani słowa, bo wszystkie po­dej­rze­nia skie­rują się na niego.

— Je­steś wspaniały — przy­znał mło­dzie­niec.

Wtrąciła się panna Anielka. Miała na­dą­saną buzię.

—  Za­po­mi­nasz, Wal­dek, że i ja je­den raz po­mo­głam ci wy­ki­wać To­ma­sza. To ja ucha­rak­tery­zo­wa­łam cię na sta­ruszka.

— Tak. Je­steś ge­nialna — zgo­dził się Ba­tura i z wdzięcz­no­ścią uca­łował dłoń panny Anielki.

— Pięć lat pra­co­wa­łam w fil­mie jako cha­rak­tery­za­torka — oświad­czyła z dumą panna Anielka. — Mam dobrą praktykę.

— To­masz to dureń — po­wtó­rzył Ba­tura. — A my mamy piąć zło­tych kieli­chów. Jesz­cze dziś, zaraz, trzeba je od­wieźć do War­szawy, żeby tu w moim obo­zie na­wet ślad po nich nie po­zo­stał. Mu­szę być przy­go­to­wany na każdą ewentual­ność. Tym bar­dziej że czeka nas sprawa z rubi­nami.

— Daj mi, Wal­dek, od­sap­nąć cho­ciaż z pięt­na­ście mi­nut — roze­śmiał się mło­dzie­niec w okula­rach.

— Anielka, przy­rządź nam po fili­żance czar­nej kawy — po­prosił Ba­tura.

Schował kieli­chy do pu­dełka, a pu­dełko wło­żył do swego na­miotu. Po­tem zbó­jecka trójka usia­dła po dru­giej stro­nie na­miotu, gdzie paliła się ma­szynka ga­zowa, na któ­rej panna Anielka go­to­wała wodę do czar­nej kawy.

Na­miot stał przo­dem do rzeki. Przez uchylone płó­cienne drzwiczki wi­dzie­liśmy jego wnę­trze, gu­mowe mate­race i śpi­wory. I po­zo­sta­wione tuż przy wej­ściu tek­tu­rowe pu­dełko.

O de­tchnąłem z ogromną ulgą. Zda­łem sobie sprawę, że Ba­tura nie­długo bę­dzie się cie­szył swoim łu­pem. Oto za chwilę po­ma­sze­ruję do Fromborka i zgło­szę się do ko­mendy Mili­cji Obywa­tel­skiej. Poin­for­muję mili­cjantów o całej sprawie, po­dam nu­mer reje­stra­cyjny wart­burga. Mi­licja po­wia­domi tele­fo­nicz­nie ko­mendę ru­chu dro­go­wego w War­sza­wie i na ro­gat­kach sto­licy pan w ciemnych oku­la­rach zo­sta­nie za­trzymany, a jego wóz pod­dany bę­dzie rewi­zji. Pięć zło­tych kieli­chów po­wę­druje do mili­cyj­nego de­po­zytu aż do wy­ja­śnie­nia całej histo­rii.

Ale sprawa przy­brała zu­peł­nie inny obrót.

— Uwaga! Zaraz do­ko­nam cudu — usły­sza­łem głos panny Ali. — Ho­kus-po­kus do­mi­nikus, abra ka­dabra ma­gikus, jak za­pewne ma­wia mistrz Ca­glio­stro.

I panna Ala za­częła ma­ni­pu­lo­wać gał­kami na swoim pul­picie ste­row­ni­czym.

Tu na­leży się wam nieco do­kład­niej­szy opis miej­sca akcji, co po­zwoli una­ocz­nić całe wy­da­rze­nie. Otóż rzeka Bauda pły­nęła na tym od­cinku dość głę­bo­kim ko­ry­tem, pod­my­wa­jąc wy­soki brzeg. A wła­śnie na tym wy­so­kim brzegu stał na­miot Ba­tury.

Za­uwa­ży­łem na ekra­nie mo­ni­tora, że obraz prze­sunął się, jak gdyby As nieco wy­chylił się z wody, po­zo­stając jed­nak wciąż nie­do­strzegal­nym dla Batu­rowej szajki, bo osła­niał go nie tylko na­miot, ale i wy­soki, pod­myty przez rzekę brzeg. Raptem uj­rza­łem na ekra­nie dwie że­lazne ręce Asa, trzyma­jące pu­dełko Ca­glio­stra. To samo pu­dełko, które wrę­czy­łem Ali wraz z wy­po­ży­czo­nymi srebrnymi kieli­chami. Że­lazne ręce Asa ostrożnie wsu­nęły się do na­miotu Ba­tury i po chwili po­wró­ciły rów­nież trzyma­jąc pu­dełko. Lecz jak nie­trudno się do­my­ślić, było to już pu­dełko ze zło­tymi kieli­chami.

— O Boże, co pani zro­biła naj­lep­szego? — aż jęk­ną­łem. — Niech pani zwróci im te kieli­chy. Ja je do­stanę w inny spo­sób.

— Za późno — od­rze­kła Ala.

Rze­czy­wi­ście, było już za późno na po­wtórną za­mianę pu­dełek. Oto Ba­tura pod­niósł się ze swego miej­sca za na­mio­tem.

Ala szybko prze­su­nęła jakąś dźwignię na pul­picie ste­row­ni­czym i As znowu za­nu­rzył się głę­biej w wodę, aby po­zo­stać nie­zau­wa­żal­nym. A Ba­tura, za­pewne chcąc się prze­ko­nać, czy kieli­chy są bez­pieczne w na­mio­cie, zaj­rzał do wnę­trza. Po­tem wyjął z niego pu­dełko i wręczył je po­śpiesznie męż­czyźnie w ciemnych oku­la­rach.

— No, dość wy­po­czynku. Jedź do War­szawy — roz­kazał mu.

Męż­czy­zna wzruszył ra­mio­nami, bo ten po­śpiech wy­da­wał mu się zby­teczny. Dopił szybko kawy, wziął z rąk Ba­tury pu­dełko z kieli­chami i sta­ran­nie za­mknął je w ba­gaż­niku wart­burga.

Z naj­większym na­pię­ciem śle­dzi­łem ich ruchy. Bo prze­cież wy­star­czy­łoby, aby znów zaj­rzeli do pu­dełka. Ale na­wet im przez myśl nie prze­szło, że za­miast zło­tych, kryją się w nim już tylko srebrne kieli­chy. Obóz Ba­tury stał na pust­ko­wiu, w po­bliżu nie było żad­nego czło­wieka. Chyba tylko ptak mógłby nie­zau­wa­żal­nie zbli­żyć się do na­miotu.

— Sprzątnęli­śmy To­ma­szowi pięć zło­tych kieli­chów — wciąż za­chwycał się Wal­de­mar Ba­tura. — A teraz jesz­cze za­mie­nimy ru­biny i mo­żemy spo­koj­nie wra­cać do domu. Od dawna nie mia­łem tak wspania­łego łupu. Gra warta była świeczki, prawda?

— Tak jest — przytak­nęli panna Anielka i mło­dzie­niec.

Ala zde­cy­do­wała, że nade­szła pora, aby przywo­łać Asa. Pa­trząc na ekran mo­ni­tora i krę­cąc gał­kami na pul­picie ste­row­ni­czym, wy­co­fała Asa z uj­ścia Baudy. Wi­działem na ekra­nie całą po­wrotną drogę Asa, jak z mo­zo­łem, ale wy­trwale ma­sze­rował ko­ry­tem rzeki, a potem wspiął się na brzeg i wolno kro­czył przez las w stronę ba­raku.

Wreszcie na ekra­nie uka­zała się brama ośrodka do­świad­czal­nego i za­szczekał elek­tro­nowy pies. Ala przy­ci­snęła guzik i otworzyła bramę. As zaje­chał pod barak. Jesz­cze chwila i że­lazne ręce Asa wy­jęły tek­tu­rowe pu­dełko z kieli­chami i poło­żyły je na progu ba­raku.

— Niech pan je za­bie­rze — po­wie­działa Ala. — I odda dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi. Ma pan teraz do­wód, że obra­bo­wano schowek.

Wy­sko­czy­łem przed barak, po­kło­niłem się że­laz­nemu Asowi, chwyciłem pu­dełko i wnio­słem je do ba­raku. Otworzy­łem pu­dełko i ko­lejno, z na­maszcze­niem, za­czą­łem wyj­mo­wać z niego złote kieli­chy.

— Po­biła ich pani ich wła­sną bro­nią — stwierdzi­łem, — Oni za­mie­nili kieli­chy i pani do­ko­nała za­miany. Wet za wet, jak to się mówi.

Panna Ala oka­zała nie­zwy­kłą skrom­ność.

— To As, nie ja. Asa zaś skon­stru­ował pro­fesor, któ­rego je­stem asy­stentką, po­dob­nie jak i inży­nier Ze­gadło. Po­wi­nien pan uści­skać Asa za to, co zro­bił.

— Tak? — za­sta­na­wia­łem się. I po­my­śla­łem o sta­lo­wych rę­kach Asa. — Już wolę panią uści­skać, panno Alu...

To mó­wiąc uca­ło­wa­łem ją w oba po­liczki. Pa­nienka za­ru­mie­niła się i na­wet bąk­nęła, że za­woła Asa na swoją obronę.

— Do czego służy wasz As i jakie prze­pro­wa­dza­cie z nim do­świad­cze­nia? — za­py­tałem wreszcie o to, co mnie cie­ka­wiło od sa­mego po­czątku.

— Pra­cuję w Za­kła­dzie Au­to­ma­tyki, czyli jak sama na­zwa wskazuje, zaj­mu­jemy się bu­dową prze­róż­nych au­to­ma­tów. Jed­nym z nich jest wła­śnie As. Do czego ma słu­żyć? Do wie­lora­kich czynności. Bę­dzie pra­co­wać tam, gdzie dla czło­wieka praca jest zbyt nie­bez­pieczna, na przy­kład na te­renie ra­dio­ak­tyw­nym. W przy­szło­ści, być może, au­to­maty po­dobne do Asa, ale jesz­cze do­sko­nal­sze, po­lecą za­miast ludzi na inne pla­nety, aby tam do­ko­ny­wać ba­dań. Pro­totyp tego au­to­matu trzeba było wy­pró­bo­wać w naj­róż­niej­szych wa­run­kach tere­no­wych i dla­tego tutaj go przy­wieźliśmy. Oto i cała ta­jem­nica. Zresztą, pra­cu­jemy rów­nież nad in­nymi au­to­ma­tami. Nie­które z nich mogą się przy­dać i dla was, mu­zeal­ni­ków, dla za­bez­pie­cze­nia sal mu­zeal­nych. Mamy tu na przy­kład au­to­ma­tyczny za­mek, który można otwierać i za­my­kać przy po­mocy foto­ko­mórki albo na­wet fal ra­dio­wych. Wy­star­czy ten za­me­czek przymo­co­wać do drzwi...

I po­ka­zała mi nie­wielki au­to­ma­tyczny za­mek, który bar­dzo mnie za­inte­re­so­wał. Ten za­mek mógł się rze­czy­wi­ście przy­dać do za­bez­pie­cze­nia sal mu­zeal­nych przed kra­dzie­żami. Prze­cież nie bra­ko­wało na świe­cie zło­dziei go­to­wych zdo­być bez­cenne dzieła sztuki, które po­sia­dały nasze mu­zea.

A po­tem panna Ala od­pro­wa­dziła mnie aż do bramy ośrodka do­świad­czal­nego.

Po­sze­dłem ścieżką przez las, rado­śnie pod­ska­kując i we­soło gwiżdżąc.

Kra­ina Asa nie wy­da­wała mi się już straszliwa, ale przyjazna, pełna cu­dów no­wo­cze­snej tech­niki.

Od czasu do czasu wy­bu­cha­łem śmiechem. Wy­obra­ża­łem sobie minę mło­dzieńca w ciem­nych oku­la­rach, gdy po przyjeź­dzie do War­szawy otworzy tek­tu­rowe pu­dełko i zo­ba­czy pięć srebrnych kieli­chów. Co wtedy zrobi? Czy Ba­tura uwie­rzy mło­dzieńcowi? A może oskarży go o próbę oszu­stwa?

Ni­czego bar­dziej nie ży­czy­łem sobie, jak kłótni mię­dzy zło­czyńcami. I myśl o wza­jem­nych oskarże­niach, któ­rymi sie­bie ob­rzucą, na­pa­wała mnie try­um­fem.

W pew­nej chwili przy­sta­ną­łem na ścieżce i pię­ścią po­ma­cha­łem groź­nie w kie­runku obo­zo­wi­ska Ba­tury.

— Po­cze­kaj! Na tym jesz­cze nie ko­niec! — za­wo­łałem.

 


ROZDZIAŁ PIĘTNASTY [top]

TAJEMNICA TEKTUROWEGO PUDEŁKA • DYREKTOR MARCZAK I BIUROKRACJA • KŁOPOTY Z PROTOKOŁEM • WSZYSTKIEMU WINNA JEST JEDNA ŚWIECZKA • JAK ROBI SIĘ SZTUKI MAGICZNE • DZIWY Z PAPIEROSEM I MLEKIEM • SZTUCZKA Z GAZETĄ • REKWIZYTY CAGLIOSTRA • CO KRYŁ IRCHOWY WORECZEK • MOJE PRZEDSIĘWZIĘCIE • ZOSTAJĘ JASNOWIDZEM

 

Za­pu­ka­łem do drzwi po­koju dy­rek­tora Mar­czaka, i gdy usły­sza­łem tu­balne „pro­szę”, wszedłem do wnę­trza i z nie­zwy­kłą dumą po­sta­wi­łem na stole pu­dełko z kieli­chami.

— No, na­resz­cie pan je przywiózł — stwierdził gderliwie dy­rek­tor. — Pana nie­obecność trwała tak długo, że mu­sia­łem od­pra­wić kon­wo­jenta i zre­zy­gno­wać dzi­siaj z wy­syłki skarbu. Po­ciąg do War­szawy już od­szedł.

— To nic — uśmiech­ną­łem się. — Czas działał na moją ko­rzyść. Niech pan zaj­rzy do tego pu­dełka...

— Po co? Prze­cież chyba nie za­mie­nił pan srebrnych kieli­chów na gli­niane? Do­syć już na nie się na­pa­trzy­łem. A wła­ści­wie, w ja­kim celu pan je ode mnie po­ży­czył?

— Niech pan jed­nak zaj­rzy do pu­dełka — pro­siłem przymil­nie.

Dy­rek­tor Mar­czak ostrożnie pod­szedł do po­sta­wio­nego na stole pu­dełka.

— A nie wy­sko­czy z niego wąż albo kró­lik? — upewniał się.

— Nie.

— Ech, czuję, że zgubi mnie kie­dyś nad­mierne za­ufa­nie, jakim pana obda­rzam — wes­tchnął dy­rek­tor Mar­czak i z naj­większą ostrożno­ścią otworzył pu­dełko.

Oczy roz­sze­rzyło mu ogromne zdu­mie­nie. Za­trze­potał po­wie­kami, a po­tem wy­jąkał:

— Ależ to złote kieli­chy!...

— I wy­sa­dzane dro­gimi ka­mie­niami. Sza­firy i opale, dro­go­cenne mszalne kieli­chy bar­dzo starej ro­boty.

Dy­rek­tor Mar­czak zmarsz­czył czoło i ścią­gnął brwi w sro­giego marsa.

— Co to ma zna­czyć, panie To­ma­szu?

— Chciał pan mieć do­wód. I to jest do­wód, panie dy­rek­torze. W skrytce były złote, a nie srebrne kieli­chy.

Dy­rek­tor tup­nął nogą.

— Nie­prawda. W skrytce były srebrne kieli­chy. Tak zo­stało zapi­sane w pro­to­kole.

Nie mógł się jed­nak po­wstrzymać, aby nie wy­jąć kieli­chów, nie obej­rzeć ich.

— Są piękne. Cu­downe — za­chwycał się, głaszcząc je pieszczo­tliwie dło­nią. — Bar­dzo stara, wspaniała ro­bota. A ja­kie cu­downe ka­mie­nie.

Lecz po chwili spoj­rzał na mnie su­rowo.

— Gdzie są nasze srebrne kieli­chy?

— Za­mie­niłem je na złote — od­rze­kłem z nie­winną miną.

— Co ta­kiego? — obu­rzył się dy­rek­tor. — Kto panu po­zwo­lił za­mie­niać?

— My­śla­łem, że tak bę­dzie lepiej dla na­szego de­par­ta­mentu. Zaw­sze co złote, to złote, panie dy­rek­torze.

I opo­wie­działem dy­rek­to­rowi, w jaki spo­sób do­ko­nana zo­stała za­miana srebrnych kieli­chów na złote. Rzecz ja­sna mu­sia­łem zdra­dzić ta­jem­nicę Kra­iny Straszli­wego Asa, opo­wie­dzieć o Ali i o mojej z nią zna­jo­mo­ści.

Dy­rek­tor Mar­czak słu­chał uważnie. A gdy skończy­łem, po­wie­dział cicho:

— Czy pan wie, co w świetle prawa pan uczynił?

— Od­zy­ska­łem spo­łeczną wła­sność i zwróciłem zło­dziejom ich wła­sność — rze­kłem.

— Nie. Pan ich okradł. Do­konał pan bez ich zgody za­miany zło­tych kieli­chów na srebrne. To się na­zywa kra­dzież, pa­nie To­ma­szu. I ja tego faktu nie mogę przyjąć do wia­do­mo­ści.

— Dla­czego? Prze­cież te złote kieli­chy po­cho­dzą z dru­giego schowka Ko­eniga.

— Mu­siałby to pan udo­wod­nić. Prze­ciw zło­czyńcom nale­żało wprzódy pod­jąć śledztwo. To wła­dze śled­cze i są­dowe po­winny były nam zwrócić złote kieli­chy, a nie pan. W świe­tle prawa jest pan zło­dziejem, czy pan to na­resz­cie zro­zu­miał? I co ja te­raz mam po­cząć z tym fan­tem?... — spoj­rzał z roz­paczą na złote kieli­chy. — Prze­cież w pro­to­kole mam napi­sane, że w skrytce Ko­eniga zna­leźli­śmy pięć srebrnych kieli­chów. I pan sobie wy­obraża, że ja mogę teraz przy­wieźć do skarbca Mu­zeum Na­ro­do­wego pięć zło­tych kieli­chów za­miast srebrnych?

— W takim razie za­biorę te złote kieli­chy, pójdę do Wal­de­mara Ba­tury i po­sta­ram się polu­bow­nie za­ła­twić tę sprawę. Dam mu złote, a on chyba zgo­dzi się zwrócić nam srebrne...

I wziąłem ze stołu pu­dełko ze zło­tymi kieli­chami. Ale dy­rek­tor Mar­czak ze­rwał się z krzesła jak mło­dzie­nia­szek. Chwycił pu­dełko i wy­rwał je z mo­ich rąk.

— Co to, to nie, panie To­ma­szu. Za ta­kiego głupca niech mnie pan nie uważa. Te złote kieli­chy są skar­bem kul­tury naro­do­wej.

To mó­wiąc dy­rek­tor Mar­czak poło­żył dłoń na pu­dełku i stwierdził z na­maszcze­niem:

— Re­kwi­ruję je w imie­niu pol­skich mu­zeów. Co zaś do tego pro­to­kołu — do­dał z chytrym uśmiesz­kiem — to my­ślę, że jakoś się wy­tłu­ma­czymy. W kryp­cie było ciemno, świeczka da­wała skąpe światło i mo­gła się zda­rzyć po­myłka. Le­piej przy­znać się do po­myłki niż brnąć dalej w tej sprawie. No, trudno, panie To­ma­szu, omylili­śmy się. Wy­da­wało się nam, że zna­leźli­śmy kieli­chy srebrne, lecz jed­nak, jak do­dam w dopi­sku do pro­to­kołu: „Przy bliż­szych oglę­dzi­nach oka­zało się, że srebrne kieli­chy są ze złota i wy­sa­dzane szla­chet­nymi ka­mie­niami”.

— Co ta­kiego? — obu­rzy­łem się. — Ależ to kom­pro­mita­cja. Co po­my­ślą ci, któ­rzy będą czy­tać ten pro­tokół? Że nie umiemy od­róż­nić sre­bra od złota. Moja sława rze­czo­znawcy dzieł sztuki zo­sta­nie w ten spo­sób nara­żona na szwank. Pro­te­stuję prze­ciw ta­kiemu wyj­ściu z sytuacji.

Ale dy­rek­tor Mar­czak na­wet mnie nie słu­chał. Wy­cią­gnął z kie­szeni pro­tokół i zro­bił na nim dopi­sek, który na­stęp­nie kazał mi uwie­rzy­telnić moim pod­pi­sem.

— Tak jest — za­cierał ręce. — W kryp­cie było ciemno i dla­tego na­stą­piła omyłka. A jednak przy bliż­szych oglę­dzi­nach kieli­chy srebrne oka­zały się złote.

Zgnębiony zło­ży­łem pod­pis pod do­ku­mentem.

— Trudno, panie To­ma­szu — wzdychał ob­łud­nie dy­rek­tor. — Er­rare hu­ma­num est, czyli błą­dze­nie jest rze­czą ludzką. In­nymi słowy, omylili­śmy się, ale w porę wy­brnęliśmy z błędu. Lecz na przy­szłość — huk­nął na mnie groź­nie — na przy­szłość, po­wia­dam, żą­dam do­wodu winy zło­czyńców. Mam też na­dzieję, że jako lo­jalny oby­watel uda się pan na­tychmiast na po­ste­runek MO i przy­zna się do za­miany kieli­chów na złote, i opo­wie pan o oko­licz­no­ściach tej sprawy.

— Tak jest. To oczywiste — przytak­ną­łem.

A on tym­cza­sem wy­szedł na chwilę ze swego po­koju i po chwili wprowa­dził ma­gistra Pie­truszkę.

Złote kieli­chy znaj­do­wały się w tek­tu­ro­wym pudle na stole, więc Pie­truszka nie mógł ich za­uwa­żyć, i nie wie­dział, w ja­kiej sprawie sprowa­dził go dy­rek­tor Mar­czak.

— Pro­szę usiąść — na wszelki wy­pa­dek dora­dził dy­rek­tor Pie­truszce. — I niech pan mnie wy­słu­cha bar­dzo uważnie, al­bo­wiem sprawa, którą panu wy­łusz­czę, jest na­tury nader deli­kat­nej.

— Ro­zu­miem — kiw­nął głową Pie­truszka i zro­bił bar­dzo po­ważną minę.

Dy­rek­tor zaś mó­wił dalej:

— Jak pan wie, To­masz po­prosił mnie o ze­zwolenie na do­kład­niej­sze zba­danie pię­ciu od­nale­zio­nych w schowku kieli­chów...

— To było nie­po­trzebne — rzekł szybko Pie­truszka. — Obej­rza­łem je i stwierdzi­łem, że nie przedsta­wiają większej war­tości. Ot, zwy­kłe srebrne kieli­chy z końca ubie­głego wieku...

— Hm — chrząknął groź­nie dy­rek­tor nie­za­do­wo­lony z wy­po­wie­dzi Pie­truszki. — Niech mi pan nie prze­rywa, tylko słu­cha uważnie, panie ma­gi­strze. Sprawa bo­wiem, że tak po­wiem, jest wagi pań­stwowej. Otóż, jak pan sam wie, To­masz wy­po­ży­czył ode mnie te kieli­chy i po do­kład­nie prze­pro­wa­dzo­nych ba­da­niach na­uko­wych stwierdził ku swojemu i mo­jemu zdziwie­niu, że kieli­chy te są ze złota, wy­sa­dzane dro­gimi ka­mie­niami.

— Co ta­kiego?! — Pie­truszka ze­rwał się z krze­sła.

— A tak, panie ma­gi­strze — po­wtó­rzył dy­rek­tor. — Są ze złota, co tym większego do­daje panu splendoru jako od­krywcy schowka Ko­eniga.

I dy­rek­tor Mar­czak się­gnął do pudła. Wy­jął pięć zło­tych kieli­chów i po­sta­wił je na stole tuż przed no­sem mini­stra Pie­truszki. A ten pa­trzył na nie zba­ra­niały ze zdu­mie­nia.

— Są ze złota. Rze­czy­wi­ście... — mru­czał do sie­bie. — I mają szla­chetne ka­mie­nie...

Wreszcie nie wy­trzymał i krzyknął pi­skli­wie:

— Ależ to nie te same kieli­chy! Tamte były ze sre­bra!

Dy­rek­tor Mar­czak spoj­rzał na niego groź­nie.

— Ze sre­bra, pan po­wiada? I w dal­szym ciągu brnie pan w po­peł­nioną po­myłkę?

— Nic z tego nie ro­zu­miem — szep­nął ma­gister Pie­truszka, tro­chę prze­ra­żony groź­nym to­nem dy­rek­tora.

— Wy­ja­śnię panu tę po­myłkę — ła­ska­wie po­wie­dział dy­rek­tor Mar­czak. — W kryp­cie paliła się tylko jedna świeca, prawda?

— Tak...

— A więc było mroczno.

— Tak jest.

— Można na­wet zary­zy­ko­wać stwierdze­nie, że w kryp­cie było nie­mal zu­peł­nie ciemno.

— Tak jest.

— A więc w ta­kich wa­run­kach nie­trudno się omylić. Są­dzili­śmy, że w kryp­cie zna­leźli­śmy pięć srebrnych kieli­chów. Ale przy do­kład­niej­szych oglę­dzi­nach oka­zało się, że są ze złota i wy­sa­dzane dro­gimi ka­mie­niami.

Ma­gister Pie­truszka za­my­ślił się. A po chwili po­wie­dział:

— Wy­daje mi się, że pan dy­rek­tor ma rację. Z po­wodu tych ciemności kieli­chy wy­dały się nam srebrne, choć były złote.

— Co zo­stało uwzględ­nione w dopi­sku do pro­to­kołu — do­dał szybko dy­rek­tor i pod­sunął pro­tokół Pie­truszce. — Pro­szę tu więc pod­pisać, pa­nie ma­gi­strze.

Pie­truszka zło­żył za­ma­szy­sty pod­pis pod no­tatką do pro­to­kołu. A po­tem ode­tchnął głę­boko, z ogromną ulgą.

— W ten spo­sób — stwierdził — od­pa­dają wszelkie po­dej­rze­nia, ja­koby ktoś uprzednio zra­bo­wał coś ze skrytki. Wy­znaję, że myśl o tych srebrnych kieli­chach nie da­wała mi spo­koju. Bo po jakie licho puł­kow­nik Ko­enig cho­wałby do skrytki srebrne, ma­ło­war­to­ściowe kieli­chy? Tę sprawę udało się wy­ja­śnić naszą po­myłką i je­stem z tego po­wodu bar­dzo za­do­wo­lony.

Zda­wa­łem sobie sprawę, co w głębi du­szy myśli o tym wszystkim ma­gister Pie­truszka. Było dla niego oczywiste, że złote kieli­chy po­cho­dziły ze skrytki Ko­eniga i że zo­stały za­mie­nione na srebrne, które on od­na­lazł. Jego zaro­zu­mial­stwo nie do­pu­ściło jed­nak do niego myśli, że schowek zo­stał obra­bo­wany przez Ba­turę, a on sam, dzięki Batu­rze, trafił na ślad schowka. Są­dził ra­czej, że to ja do­ko­na­łem za­miany kieli­chów zło­tych na srebrne, dy­rek­tor Mar­czak przy­parł mnie do muru i wtedy zwróciłem złote kieli­chy. Dy­rek­tor zaś, ze względu na sła­bość, jaką miał do mnie, chciał całą tę sprawę zatu­szo­wać i dla­tego wprowa­dził po­prawkę do pro­to­kołu.

Ob­ra­żały mnie po­dobne po­dej­rze­nia. Ale prze­cież gra z Wal­de­ma­rem Ba­turą nie była jesz­cze skoń­czona. Wie­działem, że w końcu musi wyjść na jaw moja uczciwość i że prze­ko­nam o niej ma­gistra Pie­truszkę. Miałem też na­dzieję, że zdo­łam mu una­ocz­nić fakt, że stał się igraszką w rę­kach sprytnego zło­czyńcy.

Mimo to jed­nak mia­łem uczucie nie­smaku. Opu­ści­łem pokój dy­rek­tora Mar­czaka i poma­sze­ro­wa­łem na po­ste­runek MO.

Przyjął mnie ko­men­dant po­ste­runku, po­rucz­nik Ju­dziń­ski, czterdzie­sto­letni męż­czy­zna, chudy i bar­dzo wy­soki. Jego dłu­gie nogi wy­sta­wały zza biurka.

— Przy­sze­dłem się przy­znać do kra­dzieży — oświad­czy­łem na wstępie.

Zlu­stro­wał mnie jed­nym spoj­rze­niem, ale wbrew moim oczeki­wa­niom, nie oka­zał zbyt wiel­kiego za­cie­ka­wie­nia.

— Pro­szę, niech pan spo­cznie — wskazał mi krze­sło przed swoim biur­kiem — Kogo i kiedy pan okradł?

— Okradłem zło­dzieja. Za­bra­łem mu skra­dzione przez niego złote kieli­chy i od­da­łem mu srebrne, które do niego nale­żały.

— Ach tak... — mruknął po­rucz­nik. — In­nymi słowy, zwrócił mu pan jego wła­sność. To nie jest ka­ralne, pro­szę pana. To na­wet jest chwalebne, zwracać lu­dziom ich wła­sność. Mię­dzy in­nymi i my to czy­nimy.

— Ale ja to zro­biłem wbrew jego woli.

— No tak... To zmienia po­stać rze­czy — stwierdził. I spoj­rzał na mnie py­ta­jąco.

Opowie­działem mu o sprawie mo­net, o schow­kach Ko­eniga, o srebrnych i zło­tych kieli­chach. Słu­chał uważnie, no­tował pilnie. Na za­koń­cze­nie po­wie­działem:

— Dy­rek­tor Mar­czak, mój zwierzch­nik, uważa, że nie­za­leż­nie od do­brych in­tencji, ja­kie mną kie­ro­wały, po­peł­niłem jed­nak kra­dzież, za­bie­rając złote kieli­chy, a pod­kła­dając srebrne. Jed­nym sło­wem, okra­dłem zło­dzieja i przy­sze­dłem tu, aby wy­znać swoją winę.

— Hm — za­sta­nowił się po­rucz­nik. A po chwili rzekł: — Dy­rek­tor Mar­czak ma rację ze swojego punktu wi­dze­nia. Ale widzi pan, dla nas fakt kra­dzieży ist­nieje o tyle, o ile z jed­nej strony mamy tego, który ukradł, i osobę pry­watną albo in­sty­tucję, która zo­stała okra­dziona. W pana przy­padku zgło­sił się do nas człowiek, który stwierdza, że ukradł. A czy ist­nieje rów­nież i ten, który zo­stał okra­dziony?

— Wal­de­mar Ba­tura — od­po­wie­działem.

Uśmiech­nął się.

— Czy jest pan pe­wien, że gdy zwrócimy się do owego Ba­tury z pyta­niem, czy zo­stał okra­dziony ze zło­tych kieli­chów, po­twierdzi to?

— Nie. On kupił srebrne kieli­chy. A złote ukradł. Prze­cież nie przy­zna się do kra­dzieży.

— In­nymi słowy: bra­kuje dru­giego ele­mentu. A nie ma zło­dzieja, gdy bra­kuje okra­dzio­nego i przed­miotu, który był obiektem kra­dzieży. Skoro Ba­tura nie po­twierdzi, że zo­stał okra­dziony ze zło­tych kieli­chów, pan nie jest zło­dziejem. I po­mińmy tę sprawę. Zgoda?

— Tak — ode­tchnąłem z wy­raźną ulgą.

— A teraz po­wiem panu krótko: źle pan po­stąpił. Bar­dzo źle. Wpraw­dzie od­zy­skał pan złote kieli­chy, lecz zara­zem zatarł pan wszelkie ślady do­ko­na­nego przez Ba­turę prze­stęp­stwa. Pana ze­zna­nie, jak rów­nież ze­zna­nie owej panny Ali, o tym co wi­dzie­liście na ekra­nie mo­ni­tora tele­wi­zyj­nego, nie może być do­wo­dem w sprawie o obra­bo­wa­nie dru­giego schowka.

— Więc prze­stępcy ta kra­dzież uj­dzie na su­cho? — obu­rzy­łem się.

— O nie, pro­szę pana — po­kręcił głową po­rucz­nik. — Zaj­miemy się tym osobni­kiem. Ale aby go areszto­wać, mu­simy schwytać go na gorą­cym uczynku. Jak pan sądzi: czy Ba­tura bę­dzie usi­łował obra­bo­wać trzeci schowek?

— Tak. Szczegól­nie, skoro stra­cił złote kieli­chy. Ja zresztą już wiem, gdzie jest trzeci schowek — po­wie­działem z dumą. — Jesz­cze dziś poin­for­muję o tym ma­gistra Pie­truszkę, otwo­rzymy schowek, za­bie­rzemy z niego skarby, uprzedza­jąc w tym Ba­turę.

Po­rucz­nik pod­niósł do góry rękę, jak mili­cjant za­trzymu­jący sa­mo­chód.

— Chwi­leczkę, pro­szę pana. Nie­chże pan nie bę­dzie w gorą­cej wo­dzie ką­pany.

— Czy ma pan jakiś po­mysł? — za­py­tałem.

— O tak. Na­wet kilka. Pro­szę mieć do nas za­ufa­nie i nie robić nic bez poro­zu­mie­nia z nami. A teraz przy­stą­pmy do do­kład­nego omówie­nia tej sprawy.

Na­rada trwała dość długo. Gdy ją za­koń­czy­liśmy, by­łem już po­rząd­nie zmę­czony. Wró­ciłem do swego po­koju w schronisku, a nie za­staw­szy tam Ca­glio­stra, dla od­prę­żenia za­jąłem się lek­turą książki o sztu­kach ma­gicz­nych.

Dla­czego za­inte­re­so­wała mnie ona? Nie, nie za­mie­rza­łem stać się ilu­zjo­nistą. Wie­działem prze­cież, że tri­ków ma­gicz­nych trzeba uczyć się ca­łymi tygo­dniami, a nie­kiedy przez całe lata. Chciałem jed­nak po­znać ta­jem­nicę Ca­glio­stra, wy­da­wało mi się, że w ten spo­sób może zdo­łam w ostatecz­nej roz­grywce z Ba­turą uchronić się przed wie­loma nie­spo­dziankami.

Sztuczki z wy­cią­ga­niem my­szy i za­skrońca z kie­szeni z wła­snych i cu­dzych pole­gały jedy­nie na zręczności pal­ców i umiejętno­ści od­wra­cania uwagi tego, który się miał stać obiektem sztu­czek. Czy każdy, na­wet długo ćwi­cząc, po­trafi w spo­sób nie­do­strzegalny dla oto­cze­nia wsa­dzić ko­muś do kie­szeni mysz i węża? Nie, nie wierzcie w to. Uprawia­nie tego ro­dzaju sztuk wy­maga spe­cy­ficz­nego ta­lentu. Po­wiem wię­cej: wy­maga swo­istego arty­zmu. Rzecz prze­cież po­lega na tym, aby za­cho­wu­jąc nie­zwy­kłe opa­no­wa­nie, od­wró­cić uwagę od wła­snych pal­ców i ru­chów, uśpić czuj­ność prze­ciw­nika, skie­ro­wać jego uwagę w zu­peł­nie in­nym kie­runku.

Jak wy­jąć kilka pa­pie­ro­sów z kie­szeni czło­wieka, który nie pali i nie po­siada ich przy sobie? W jaki spo­sób Ca­glio­stro zna­lazł pa­pie­rosy w kie­szeni Baśki?

Oka­zuje się, że Ca­glio­stro miał w swej kie­szeni małe pła­skie pu­de­łeczko z fali­stej bla­chy, tak skon­stru­owane, że kciu­kiem można z niego było po kolei wy­su­wać pa­pie­rosy. Sztuka ta także pole­gała na zręczności i od­wró­ceniu uwagi pa­trzą­cych. Naj­pierw ilu­zjo­nista de­mon­struje swoje pu­ste ręce, po­tem za­biera się do roz­chy­lenia kie­szeni pod­dają­cego się sztuczce. W tym cza­sie musi bły­ska­wicznie się­gnąć do wła­snej kie­szeni, wy­jąć z niej pła­skie pu­de­łeczko i jak się to mówi w ję­zyku ilu­zjo­ni­stów „palmo­wać” je w swej dłoni. Pal­mo­wać, to zna­czy uło­żyć wśród pal­ców. Po­tem już sztuka jest łatwa. Uwaga pa­trzą­cych skie­ro­wana jest na kie­szeń, w któ­rej grze­bie ilu­zjo­nista. Wsa­dza­jąc rękę do kie­szeni, ilu­zjo­nista jed­no­cze­śnie wy­py­cha kciu­kiem pa­pie­ros z pu­de­łeczka, a po­tem go wyj­muje i de­mon­struje.

Ba, można na­wet chwytać z po­wie­trza pa­lące się już pa­pie­rosy. Ale pa­pie­rosy w pudełku mu­szą wtedy być za­pa­lone. Ilu­zjo­niści robią to za­zwy­czaj w cza­sie sean­sów, gdy mają do dys­po­zycji asy­stenta.

A sztuka z wodą, która znik­nęła w gaze­cie? Ga­zeta jest spre­pa­ro­wana. Mię­dzy jej strony zo­stał wklejony pla­sty­kowy, pła­ski wo­re­czek. Gdy ilu­zjo­nista kart­kuje tygo­dnik, nikt nie jest w sta­nie do­strzec wo­reczka, po­nie­waż oklejają go dwie strony ty­go­dnika. Po­tem ilu­zjo­nista zwija tygo­dnik w rulo­nik, jed­no­cze­śnie roz­chy­lając brzegi wo­reczka. Wlewa wodę nie do ga­zety, a do wo­reczka. Wy­trząsa... con­fetti, które są w dru­gim wklejonym mię­dzy kartki pła­skim wo­reczku.

Jakże pro­sta oka­zała się sztuczka z li­cze­niem mo­net. Ta­jem­nicę kryła taca, na którą z wo­reczka ka­zał mi Ca­glio­stro wy­kła­dać mo­nety. Taca miała po­dwójne dna z prze­gródkami, gdzie le­żało jesz­cze kilka do­dat­ko­wych mo­net. Wy­sy­pując z tacy pie­nią­dze do wo­reczka, Ca­glio­stro jed­no­cze­śnie wy­sy­py­wał mo­nety z prze­gró­dek. I stąd w wo­reczku zna­lazło się po­tem wię­cej mo­net.

Le­ża­łem na łóżku w swoim po­koju i aż do póź­nego po­połu­dnia czy­tałem o sztu­kach z pałeczką ma­giczną, o sztu­kach ze sznurkiem, z kar­tami, z uka­zują­cymi się i nagle nik­ną­cymi gołę­biami i kró­li­kami. Większość łych sztu­czek pole­gała na zręczności, inne jed­nak wy­ma­gały spe­cjal­nych re­kwi­zy­tów, sto­licz­ków z za­pad­niami i ukrytymi szu­flad­kami.

„Ciekawe — po­my­śla­łem — czy Ca­glio­stro ma takie re­kwi­zyty?”. Pod­nio­słem się z łóżka i przy­klęk­ną­łem przy łóżku Ca­glio­stra. Wy­cią­gną­łem spod niego tek­tu­rowe pu­dełko.

I co od­kry­łem?

Skła­dany mi­nia­tu­rowy stoli­czek miał szu­fladę ukrytą pod bla­tem. Szu­flada po­sia­dała dwie prze­gródki, a blat — za­pad­nię. Zna­la­złem dzbanki o po­dwójnym dnie, prze­zro­czy­ste gar­nuszki tak skon­stru­owane, że jeden wchodził w drugi. Zna­la­złem kilka prze­dziwnych szkatułek o po­dwójnym dnie, o ściankach otwierają­cych się za poci­śnię­ciem nie­do­strzegal­nej sprę­żynki.

I wła­śnie gdy oglą­da­łem jedną z ta­kich szkatułek i przy­ci­sną­łem sprę­żynkę, nie­oczeki­wa­nie otwarło się po­dwójne dno i na pod­łogę wy­padł ir­chowy wo­re­czek. Było w nim... dzie­sięć rubi­nów.

Tak, dzie­sięć fał­szy­wych ka­mieni, ja­kich pełno na wy­sta­wach skle­pów Ju­bilera. Ża­den z nich nie kosztował wię­cej niż kil­kaset zło­tych.

A mnie aż mrowie prze­szło po karku. To były prze­cież ru­biny, które Ba­tura za­mie­rzał pod­łożyć na miej­sce szla­chet­nych ka­mieni w trze­cim schowku Ko­eniga. Czyżby więc Ba­tura znał drogę do trze­ciego schowka? A może tylko za­opa­trzył się w fał­szywe ka­mie­nie na wszelki wy­pa­dek?

Ogląda­łem fał­szywe ru­biny i mrowie po­woli ustę­po­wało z mo­jego krę­go­słupa. Na­gle roze­śmiałem się ci­chutko.

Schowa­łem ka­mie­nie do wo­reczka, a wo­re­czek odło­ży­łem do szkatułki. Po­tem wszystkie pu­dełka sta­ran­nie wsu­ną­łem pod łóżko Ca­glio­stra.

Książkę o sztu­kach ma­gicz­nych schowa­łem pod po­duszkę i we­soło po­gwizdując, opu­ści­łem pokój.

Czas do kola­cji wy­peł­niły mi liczne zaję­cia. Naj­pierw zło­ży­łem wi­zytę ko­ścielnemu, któ­rego długo prze­ko­ny­wa­łem o swojej nie­win­ności. Wy­daje mi się, że wy­ja­śnie­nia te osią­gnęły swój cel. Zdo­by­łem na­wet jego za­ufa­nie do tego stop­nia, że gdy po­trzebą obej­rze­nia wa­rowni dla opra­co­wa­nia przewod­nika uza­sad­niłem swą prośbę o klu­cze do ko­per­ni­kow­skiej wieży i do in­nych po­mieszczeń wa­rowni frombor­skiej — udo­stęp­nił mi je.

Od­wie­dzi­łem znowu po­ste­runek MO, jesz­cze póź­niej znowu zja­wi­łem się w swoim po­koju i po krót­kiej chwili go opu­ści­łem. Od­da­łem klu­cze ko­ścielnemu i wtedy do­piero uda­łem się na kola­cję.

Dy­rek­tor Mar­czak po­silał się w towa­rzy­stwie Pie­truszki, który miał minę bar­dzo mar­kotną. Mar­czak kla­rował mu coś, co bu­dziło nie­za­do­wo­lenie ma­gistra.

— Wła­śnie radzę kole­dze Pie­truszce — wy­jaśnił mi Mar­czak, gdy po­zwo­liłem sobie do­siąść się do ich sto­lika — aby połą­czyć umiejętno­ści de­tek­tywi­styczne was obu, moi pa­no­wie. I szybko za­koń­czyć sprawę po­szu­ki­wań schow­ków Ko­eniga.

— Je­stem go­tów — od­rze­kłem.

— A ja się nie zga­dzam, pa­nie dy­rek­torze. Od­nala­złem dwie skrytki bez ni­czy­jej po­mocy i od­najdą trze­cią. Niech mi pan tylko po­zo­stawi kilka dni czasu.

Dy­rek­tor Mar­czak skrzywił się z nie­chę­cią.

— Obo­wiązki dy­rek­tor­skie wzywają mnie do War­szawy, a chciałbym być przy otwarciu trze­ciego schowka. Czuję, że To­masz jest już na ja­kimś tro­pie...

— Nie chcę sły­szeć o żad­nych tro­pach To­ma­sza — Pie­truszka aż za­słonił sobie dłońmi uszy. — Czy za­wio­dłem pana na­dzieje, dy­rek­torze? Czy nie od­kry­łem dwóch skrytek? Niech mi pan da jesz­cze tro­chę czasu i wolną rękę.

— No, trudno — wes­tchnął Mar­czak. — Skoro pan się tak upiera...

Po­wie­działem w głę­bo­kim za­my­śle­niu, pa­trząc w su­fit ja­dalni:

— Wy­daje mi się, że mój ko­lega Pie­truszka już na­stęp­nej nocy od­naj­dzie trzeci schowek Ko­eniga...

— Skąd wiesz, że już wkrótce do­ko­nam od­kry­cia? — zdu­miał się Pie­truszka.

— Czy jest pan może ja­sno­wi­dzem? — po­dejrzliwie zerk­nął na mnie dy­rek­tor Mar­czak.

— Cza­sami po­sia­dam dar przewi­dy­wa­nia przy­szło­ści. I oto wi­dzę... — mó­wi­łem wciąż pa­trząc w su­fit — ...oto wi­dzę, jak ma­gister Pie­truszka od­krywa ju­trzej­szej nocy skrytkę puł­kow­nika Ko­eniga.

— To nie­moż­liwe! — burknął Pie­truszka zde­ner­wo­wany sło­wami, które brał za kpinę. — Nie je­stem w ogóle na tro­pie do skrytki.

— Ale bę­dziesz. Wkrótce tra­fisz na trop — oświad­czy­łem zde­cy­do­wa­nie.

I aż do końca kola­cji, cho­ciaż zasy­py­wali mnie pyta­niami, nie ode­zwałem się ani sło­wem na ten temat.

 


ROZDZIAŁ SZESNASTY [top]

DYREKTOR MARCZAK GNIEWA SIĘ • OKO W OKO Z WROGIEM • DŻENTELMENI I PRZECIWNICY • CZEGO POTRZEBUJE DETEKTYW • O MUZEACH SŁÓW KILKA • W JAKI SPOSÓB PIETRUSZKA ZOSTAŁ GENIUSZEM • O POTRZEBIE KAMIENIA FILOZOFICZNEGO • PIERWSZA KLĘSKA WALDEMARA BATURY • PROSZĘ O POMOC

 

Nad Za­le­wem Wi­śla­nym za­cho­dziło słońce. Czerwona ogromna kula kryła się za lasy pora­sta­jące frombor­skie wzgórza, które od za­chodu za­my­kały hory­zont i wchodziły w wody za­lewu. Po roz­falo­wa­nej toni roz­pły­wała się struga ama­ran­to­wego bla­sku, białe mewy przy­sia­dły na czubkach fal i koły­sały się na nich jak na huś­taw­kach. Wzdłuż mie­rzei pły­nął biały sta­tek pasa­żer­ski i z da­leka przy­po­minał ogrom­nego łabę­dzia, który ukrył głowę pod skrzydło.

Chłodny wiatr przy­nosił za­pach mo­rza i mor­skich wo­doro­stów, szu­miały cicho trzciny przy­brzeżne, przy ka­mie­ni­stym molo na przy­stani kłę­biła się biała piana.

W taki wie­czór dy­rek­tor Mar­czak za­prosił mnie na spa­cer do przy­stani.

Jakiś czas szli­śmy w mil­cze­niu, po­grą­żeni we wła­snych my­ślach. Przywę­dro­wali­śmy aż na ko­niec falo­chronu, do nie­wiel­kiej la­tarni mor­skiej. Tam, pa­trząc w stronę dale­kiej i le­dwie ry­sują­cej się mie­rzei, dy­rek­tor za­gadał do mnie:

— Czy nie sądzi pan, To­ma­szu, że po­wi­nie­nem we From­borku po­zo­stać aż do jutra?

— Tak mi się wy­daje, panie dy­rek­torze — od­rze­kłem uprzejmie.

— I ju­trzej­szej nocy Pie­truszka od­kryje trzeci schowek?

— Tak, panie dy­rek­torze.

— Ja­sno­widztwo, hę? Bo prze­cież na­wet on sam jesz­cze o tym nie wie.

— Ale ja o tym wiem.

— Zna­łem pew­nego osobnika, który mó­wił w po­dobny spo­sób. Na­zy­wał się mistrz Py­fello. Przed wojną ogła­szał się w ga­ze­tach jako ja­sno­widz i chi­ro­manta. Czy pan, To­ma­szu, broń Boże, umie wró­żyć także z ręki?

— Nie po­sia­dam żad­nych nad­przy­ro­dzo­nych zdol­ności. Po pro­stu do tej pory Wal­de­mar Ba­tura przewi­dy­wał każdy mój ruch i po­trafił mu prze­ciw­działać. I dla­tego aż trzy razy prze­gra­łem. Teraz jed­nak to ja wiem, ja­kie on po­czyni kroki, ba, po­sta­no­wi­łem je na­wet sprowo­ko­wać.

— Czy mógłby mnie pan wta­jem­ni­czyć?

— Nie, panie dy­rek­torze.

— Nie ma pan do mnie za­ufa­nia?

— Och, nie o to cho­dzi. Lę­kam się, że nie ze­zwo­liłby mi pan na pewne po­su­nię­cia, a bez nich nie będę mógł do­star­czyć panu do­wodu winy Ba­tury. Poza tym, nie mogę sobie od­mó­wić przyjem­ności zo­ba­cze­nia wy­razu pana twa­rzy, gdy wreszcie do­bie­rzemy się do trze­ciego schowka Ko­eniga.

— Ach tak? — obu­rzył się dy­rek­tor. — Pra­gnie pan za­ba­wić się moim kosztem? A to wszystko jest na­grodą za to, że sta­ram się pana raz po raz wy­ba­wić z prze­róż­nych kło­po­tów. Do­brze mi tak... Nie będę pana pytał o nic wię­cej.

Roz­sier­dzony dy­rek­tor zro­bił jesz­cze jeden krok w kie­runku wody i nie­omal zsu­nął się w toń po beto­no­wym falo­chro­nie. W porę jed­nak chwyciłem go za ramię, ra­tując przed przymu­sową ką­pielą. Spoj­rzał na mnie z wdzięcz­no­ścią, ale po­wie­dział z groźbą w gło­sie:

— Nic mnie nie ob­cho­dzą pań­skie ma­tac­twa w sprawie skar­bów Ko­eniga. Od jutra zaj­miemy się przewod­ni­kiem po From­borku. Nie przyje­cha­liśmy tu po to, by wdy­chać mor­skie po­wie­trze.

Po czym za­prosił mnie na kawę do po­bli­skiej ka­wiarni por­towej.

Do­cho­dzili­śmy do drzwi ka­wiarni, gdy pod­je­chał tam czerwony mu­stang, a w nim — Wal­de­mar Ba­tura i panna Ala.

— Ach, co za miłe spo­tka­nie! — z ob­łudną rado­ścią za­wołał Wal­de­mar Ba­tura. — Czy dzieje się we From­borku coś aż tak bar­dzo waż­nego, że na­wet przyjechał tu dy­rek­tor Mar­czak?

Dy­rek­tor zmarsz­czył czoło uda­jąc, że nie roz­po­znał, z kim ma do czy­nie­nia.

— Prze­pra­szam, czy my się znamy? — za­pytał.

— Tak, panie dy­rek­torze. W swoim cza­sie pra­co­wa­łem na­wet w pana de­par­ta­men­cie.

— Ach, tak, przy­po­mi­nam już sobie. Był pan bar­dzo złym pra­cow­ni­kiem.

— Nie­prawda, panie dy­rek­torze. Po pro­stu pen­sja wy­da­wała mi się za mała. A po­tem spo­tkali­śmy się w pew­nym sta­rym dwo­rze, gdzie kryły się skarby ma­soń­skie.

— Pa­mię­tam — po­nuro rzekł dy­rek­tor. — Za wła­ma­nie się do dworu otrzymał pan karę z zawie­sze­niem.

— Tak jest — skło­nił się grzecznie Wal­de­mar Ba­tura. — Al­bo­wiem to ja je­stem ów słynny Wal­de­mar Ba­tura, ge­niusz zła, po­strach mu­zeal­ni­ków, prze­bie­gły han­dlarz anty­ków. To ja je­stem tym człowie­kiem, któ­rym To­masz stra­szy małe dzieci.

— I cóż pana sprowa­dza do Fromborka? — za­pytał Mar­czak.

— To samo, co i pana, dy­rek­torze. Skarby Ko­eniga. Po­sta­no­wi­łem zająć się tą sprawą.

— Skarby Ko­eniga, hę? — obu­rzył się Mar­czak, do ży­wego do­tknięty bez­czel­no­ścią Ba­tury.

On zaś skło­nił się uprzejmie i po­wie­dział:

— A skoro łączy nas sprawa po­szu­ki­wań skar­bów, mo­żemy ra­zem wy­pić po małej kawce.

— Nic nas nie łączy — roz­sier­dził się dy­rek­tor. — Ra­czej wszystko nas dzieli. Zresztą, już jutro za­ła­twimy tę sprawę defi­ni­tyw­nie.

W tym mo­men­cie dy­rek­tor z odrobiną stra­chu zerk­nął na mnie, bo pojął, że dał się po­cią­gnąć za język i po­wie­dział za dużo. Ale ja tylko przytak­ną­łem głową i stwierdzi­łem:

— Tak jest. Po­jutrze opu­ścimy Frombork i po­zo­sta­wimy tobie, Wal­dek, czas na po­szu­ki­wa­nia.

— In­nymi słowy, na­leży są­dzić, że jutro od­naj­dzie­cie trzeci schowek? — za­pytał Ba­tura i tro­chę mu zrze­dła mina.

Z czerwo­nego mu­stanga wy­sia­dła rów­nież panna Ala. Zbli­żyła się do mnie i szepnęła mi do ucha:

— Szłam pie­szo do Fromborka i znowu spo­tka­łam go na szo­sie. Pod­wiózł mnie, za­pro­po­no­wał kawę, więc przy­sta­łam, bo po­my­śla­łam, że może coś z niego wy­cią­gnę na temat trze­ciego schowka.

— Ro­zu­miem — kiw­ną­łem głową. — I cie­szę się, że panią wi­dzę. Będę się mu­siał pora­dzić pani w pew­nej sprawie. Ale o tym póź­niej, zgoda?

Tymcza­sem dy­rek­tor Mar­czak we­spół z Ba­tura we­szli już do ka­wiarni. Do­go­nili­śmy ich z Alą i za­trzymali­śmy się przy drzwiach na wi­dok ma­gistra Pie­truszki, sie­dzą­cego przy sto­liku w towa­rzy­stwie panny Anielki.

— Pro­szę, pro­szę uprzejmie — Pie­truszka pod­niósł się z krze­sła na wi­dok dy­rek­tora i Batury, za­pra­sza­jąc ich do sto­lika. Al­bo­wiem Pie­truszka, który w na­szym de­par­ta­men­cie pra­co­wał do­piero od nie­dawna, nie znał oso­bi­ście Ba­tury.

A Mar­czak zerk­nął na pannę Anielkę, po­tem obej­rzał się na Alę i po­wie­dział:

— Gra­tuluję wam do­brego gustu, moi pa­no­wie. Choć wy­znaję, że wo­lał­bym, aby­ście w dzień i w nocy, na­wet w go­dzi­nach poza­służ­bo­wych, my­śleli jedy­nie o sprawach na­szego de­par­ta­mentu.

Ob­sie­dli­śmy stolik całą szóstką: Pie­truszka, Anielka, Mar­czak, Ba­tura, panna Ala i ja. Wkrótce na sto­liku po­ja­wiły się fili­żanki z czarną kawą i duża taca z ciastkami. Poto­czyła się też we­soła, swo­bodna roz­mowa.

I chyba nikt, kto ob­ser­wo­wałby nas z boku, nie są­dziłby, że sie­dzą tutaj wro­go­wie, któ­rzy toczą za­ciętą walkę. I że lada dzień, lada go­dzina, ro­zegra się mię­dzy nimi de­cy­du­jąca bitwa.

Naj­pierw roz­ma­wia­liśmy o sprawach bła­hych, o po­go­dzie, o pięk­nie kra­jo­brazu frombor­skiego, o urlo­pach. Po­tem głos za­brał Ba­tura i za­pro­po­no­wał:

— Wy­pijmy po łyku kawy na cześć nie­zwy­kłych suk­ce­sów pana ma­gistra Pie­truszki. Jak wieść nie­sie, od­na­lazł on drugi schowek puł­kow­nika Ko­eniga. Po­wie­dział mi o tym mój zna­jomy, ko­ścielny z frombor­skiej kate­dry.

— Ach, to ga­duła — skromnie uśmiech­nął się Pie­truszka. — Tak, to prawda. Udało mi się od­na­leźć drugi schowek.

Panna Anielka wle­piła w Pie­truszkę pełne za­chwytu spoj­rze­nie.

— Pan jest ge­nialny, panie ma­gi­strze. Wie­działam o tym od pierwszej chwili, gdy po­zna­łam pana na frombor­skiej plaży.

Pie­truszka aż za­ru­mie­nił się od kom­ple­mentów.

— Ach, pań­stwo prze­sa­dzają. Rze­czy­wi­ście, od­nio­słem pe­wien skromny suk­ces, ale To­masz w swoim cza­sie od­nosił jesz­cze większe.

— Czyżby? — panna Anielka za­py­tała z po­wąt­pie­wa­niem w gło­sie. — Pan To­masz wy­gląda na czło­wieka, któ­rego łatwo wy­pro­wa­dzić w pole.

— Albo wy­wieźć w stronę gra­nicy — do­rzucił Ba­tura.

Tylko ja i Ala zro­zu­mie­liśmy dow­cip Ba­tury i dla­tego roze­śmieliśmy się. Nie­kiedy lubię się śmiać z wła­snych błę­dów.

Nikt inny nie zwrócił uwagi na ten dow­cip. Pie­truszka był tak przejęty za­chwytami panny Anielki, że czuł się duszą ca­łego towa­rzy­stwa.

Zro­bił po­ważną minę i rzekł:

— Nie­stety, czeka mnie jesz­cze nie­zwy­kle trudne za­danie: mu­szę od­na­leźć trzeci schowek.

Panna Ala zmrużyw­szy chy­trze oczy, zwróciła się do ma­gistra Pie­truszki:

— Zaw­sze im­po­no­wali mi lu­dzie o ta­len­tach de­tek­tywi­stycznych. Ja sama je­stem inży­nie­rem i spe­cjali­zuję się w tak nie­cie­ka­wej dzie­dzi­nie, jak au­to­ma­tyka...

„Masz ją, nie­cie­kawa dzie­dzina” — po­my­śla­łem, wspomi­nając Asa i elek­tro­no­wego psa. A ona cią­gnęła dalej:

— Czy nie mógłby pan nam zdra­dzić, w jaki spo­sób do­konał pan swoich nie­zwy­kłych od­kryć? Co było pana na­tchnie­niem w tej sprawie?

Pie­truszka ukło­nił się pan­nie Anielce i po­tem ostenta­cyj­nie po­ca­łował ją w rękę. Po­wie­dział z em­fazą:

— Po­dob­nie jak poeta, rów­nież i każdy wy­bitny de­tek­tyw musi mieć swoją muzę. Dla mnie muzą była panna Anielka. To wła­śnie w jej towa­rzy­stwie, jakby pod jej uro­czym wpływem, nagle przy­cho­dziły mi do głowy roz­wią­zania oby­dwu za­ga­dek. Czy nie tak, panno Anielko?

— Tak — panna Anielka ski­nęła głową i znowu uj­rzeli­śmy za­chwyt w jej oczach.

Pie­truszka zaś wspominał szczęśliwe chwile.

— Pa­mię­tam — mó­wił nam — że myśl o cmentarzu we From­borku i o szy­frze, pro­wa­dzą­cym do grobu ze skar­bami, przy­szła mi do głowy na plaży, kiedy po­zna­liśmy się. Le­żeli­śmy w słońcu na pia­sku, pa­trząc w stronę mie­rzei. Było go­rąco, upal­nie. Panna Anielka po­wie­działa, że pra­gnę­łaby teraz być gdzieś w cie­niu i że taki cie­nisty jest cmentarz we From­borku. A po­tem panna Anielka za­py­tała, w jaki spo­sób na ma­pach oznacza się cmentarz.

— Tak po­wie­działam — ski­nęła głową panna Anielka.

— A ja wówczas do­zna­łem olśnienia. Bo prze­cież na pla­nie Ko­eniga wid­niał pro­sto­kąt z krzy­ży­kami. I wtedy od razu przy­szło mi na myśl, że cho­dzi tu o frombor­ski cmentarz.

— A drugi schowek? — za­py­tała Ala.

— Spotka­łem pannę Anielkę idącą przez po­dwó­rzec kate­dralny. Miała wy­stra­szoną minę. Za­py­tałem, co się stało, i od­rze­kła, że zwiedzała pod­ziemne krypty i zo­ba­czyła tam Dia­bel­ski Ob­raz, który ją prze­raził. „Diabel­ski obraz? — po­my­śla­łem. — Ależ to Teu­fels­bild, czyli Teu­felb z planu Ko­eniga”. I tak też było, pro­szę pań­stwa.

Po­ki­wa­łem głową z peł­nym zro­zu­mie­niem.

— Cza­sami — stwierdzi­łem — nie­zwy­kły przy­pa­dek po­trafi do­po­móc w do­ko­naniu ge­nial­nego od­kry­cia.

— Nie, to nie był przy­pa­dek — upie­rał się Pie­truszka. — To była chwila na­tchnienia, którą za­wdzię­czam, pan­nie Anielce.

— Mam na­dzieję — do­rzu­ciłem — że to na­tchnienie nie opu­ści cię na dro­dze do trze­ciego schowka.

Za­padło kło­po­tliwe mil­cze­nie, z któ­rego wy­ba­wiła nas panna Anielka.

— Pan ma­gister Pie­truszka — po­wie­działa — chyba prze­cenia moją rolę w jego nie­zwy­kłych suk­ce­sach. Ale to bar­dzo przyjem­nie wie­dzieć, że się jest czy­jąś muzą. A pan? — zwróciła się do mnie. — Czy zdra­dzi nam pan, jakie są źró­dła pana suk­ce­sów?

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Ostatnio nie mie­wam żad­nych suk­ce­sów. Wiem jed­nak, jakie są tego przy­czyny.

— Bra­kuje panu muzy — rzu­ciła we­soło panna Anielka.

Pie­truszka, który za­pra­gnął mnie ostatecz­nie po­gnę­bić w oczach to­wa­rzy­stwa, po­wie­dział:

— W isto­cie, To­masz nie ma ostatnio suk­ce­sów jako de­tek­tyw. Ale w dzie­dzi­nie rze­czo­znawstwa oka­zał się wprost nie­zwy­kły.

— Na­prawdę? — udał zdu­mie­nie Ba­tura.

— A tak. Pro­szę sobie wy­obra­zić, że w dru­gim schowku Ko­eniga zna­leźli­śmy pięć kieli­chów. Z po­czątku są­dzili­śmy, że to są srebrne kieli­chy...

— I co? I co? — do­py­tywał się Ba­tura.

— Te­raz jed­nak, gdy wziął je do swych rąk nasz To­masz i obej­rzał do­kład­nie, oka­zało się, że od­na­leźli­śmy nie srebrne, ale złote kieli­chy, wy­sa­dzane szla­chet­nymi ka­mie­niami.

W twa­rzy Ba­tury do­strzegłem wy­raz po­dejrzliwo­ści, który wkrótce prze­ro­dził się w niepokój.

— Czy to wszystko jest prawdą, panie dy­rek­torze? — zwrócił się do dy­rek­tora Mar­czaka.

Mar­czak od­chrząknął gło­śno. Po­tem wyjął chu­s­teczkę i za­trąbił w nią gło­śno, jakby nagle po­czuł, że ma katar...

— W kryp­cie gro­bo­wej było bar­dzo ciemno — wy­jaśnił. — Dla­tego od­nie­śli­śmy mylne wra­żenie, że zna­leźli­śmy srebrne kieli­chy. Po­tem To­masz stwierdził, że są ze złota.

Ba­tura zasę­pił się. Nie­trudno było od­gad­nąć, co działo się w jego gło­wie i jakie krą­żyły w niej myśli. Od tej chwili mil­czał, zer­kając ku mnie po­dejrzliwie.

Czułem, jak Ala trąca mnie pod sto­łem kola­nem. Bar­dzo się nam chciało śmiać. Tyle że nie wolno nam było tego zro­bić.

Tymcza­sem ma­gister Pie­truszka, któ­remu ogólne za­inte­re­so­wa­nie i uwaga pań za­wró­ciły w gło­wie, za­czął znowu gło­śno pero­ro­wać na mój temat.

— To­ma­sza — mó­wił — opu­ściły muzy. Bra­kuje mu na­tchnienia. On, który od­na­lazł skarby dzie­dzica Du­nina, pa­mięt­nik hitle­row­skiego zbrodnia­rza, zato­pioną cię­ża­rówkę ze zbio­rami mu­zeum, on, który od­krył kom­naty loży ma­soń­skiej, oka­zał się zu­peł­nie bez­radny wo­bec trzech za­ga­dek, jakie po­zo­sta­wił puł­kow­nik Ko­enig. Na do­miar złego, za­przyjaźnił się bar­dzo z po­dej­rza­nym osobni­kiem Ca­glio­stro, mi­strzem czar­nej i białej magii, oraz pró­buje nam wmówić, że jest ja­sno­wi­dzem.

W tym mo­men­cie mu­sia­łem mu prze­rwać, al­bo­wiem nie chciałem, żeby Ba­tura do­wie­dział się, że na ju­trzej­szą noc prze­po­wie­działem Pie­truszce od­kry­cie trze­ciego schowka.

— Ca­glio­stro — ode­zwałem się — na­uczył mnie kilku po­ży­tecz­nych sztu­czek. Nie­któ­rzy umieją za­mie­niać kieli­chy złote na srebrne, ja na­to­miast na­uczyłem się sztuki znacznie trud­niej­szej, za­mie­nia­nia srebrne na złote.

— Co przez to ro­zu­miesz? — za­pytał Ba­tura.

Głos za­brał dy­rek­tor Mar­czak. Oświad­czył z dy­rek­tor­ska po­wagą:

— W na­szym de­par­ta­men­cie, ko­chany pa­nie Pie­truszka, nie przewi­dziano etatu dla muz, które dają na­tchnienie moim pra­cow­ni­kom. Za­da­niem To­ma­sza nie było szu­kanie skar­bów Ko­eniga, lecz opra­co­wa­nie przewod­nika po From­borku. Je­śli rze­czy­wi­ście po­siadł umiejęt­ność pra­daw­nych al­che­mi­ków i umie za­mie­niać sre­bro na złoto, w na­szym de­par­ta­men­cie czeka go sporo pracy. Przydałby się nam także ka­mień filo­zo­ficzny — dodał za­gad­kowo.

— Sre­bro za­mie­niać w złoto? — po­wtó­rzył Ba­tura. — Pa­no­wie wy­baczą, ale ja nie mogę uwie­rzyć w po­dobne sztuczki.

A gdy wy­rzekł te słowa, do ka­wiarni wszedł li­sto­nosz.

Chwilę stał w progu, ro­zej­rzał się i za­uwa­żyw­szy Ba­turę, pod­szedł do niego zde­cy­do­wa­nym kro­kiem.

— Pan, o ile pa­mię­tam, na­zywa się Wal­de­mar Ba­tura? — za­pytał.

— Tak jest...

— Za­uwa­ży­łem pana czerwony sa­mo­chód przed ka­wiar­nią, a że przy­szła do pana depe­sza z War­szawy, więc za­miast do pań­skiego obo­zo­wi­ska nad za­le­wem, przy­noszę ją tutaj.

I po­dał Batu­rze depe­szę. Wal­dek otworzył ją, prze­biegł oczami.

Na­gle zbladł, osłu­pia­łym wzrokiem ro­zej­rzał się po na­szych twa­rzach.

— Co się stało? — za­nie­po­koiła się panna Anielka. I z rąk Ba­tury wy­jęła depe­szę.

Gdy prze­glą­dała ją, nie­dy­skretnie zaj­rza­łem przez jej ramię i prze­czy­tałem:

Przywio­złem srebrne kieli­chy. Co się stało ze zło­tymi? Nic nie ro­zu­miem. Ste­fan.

Na­gle Ba­tura wstał z krze­sła. Spoj­rzał na mnie oczami peł­nymi wściekło­ści.

— Mu­szę pań­stwa opu­ścić, aby za­mó­wić pilną roz­mową te­lefo­niczną z War­szawą. Mam na­dzieję, że wkrótce się spo­tkamy — te ostatnie słowa wy­rzekł z po­gróżką w gło­sie.

I spiesznym kro­kiem opu­ścił ka­wiar­nię.

— Czy pod­wie­zie mnie pan do domu? — zwróciła się do mnie panna Ala.

— Oczywi­ście — ze­rwa­łem się z krze­sła.

Opusz­cza­jąc ka­wiar­nię sły­szeli­śmy, jak ma­gister Pie­truszka, który chyba nie­wiele zro­zu­miał z tego, co się tu przed chwilą wy­da­rzyło, mó­wił czule do panny Anielki:

— Wpraw­dzie dy­rek­tor Mar­czak sprzeciwia się obecności muz w na­szym de­par­ta­men­cie, ale bła­gam panią, niech mnie pani nie opuszcza. Jest pani dla mnie na­tchnie­niem, po­zwala mi pani wpa­dać na ge­nialne po­my­sły. Co ja zro­bię bez pani?

Wi­działem wy­raz ogrom­nego nie­smaku, który po­jawił się na ustach dy­rek­tora Mar­czaka. I to wcale nie dla­tego, że nie przewi­dy­wał dla muz etatu. Po pro­stu był to człowiek mą­dry i sprytny. Do­sko­nale zda­wał sobie sprawę, jak wy­glą­dały „ob­ja­wie­nia” ma­gistra Pie­truszki.

— Do­my­ślam się, co było w depe­szy do Ba­tury — za­chi­cho­tała panna Ala w dro­dze do schroniska, gdzie mia­łem za­par­ko­wany we­hikuł. — Ten facet z War­szawy od­krył za­mianę kieli­chów zło­tych na srebrne. Ba­tura go­tów uwie­rzyć w pań­skie ma­giczne zdol­ności.

— To pani za­sługa — od­rze­kłem. — To prze­cież pani do­ko­nała tej cu­dow­nej za­miany. Mój Boże, co ja zro­bił­bym bez pani?

— O? — zdu­miała się panna Ala. — Mówi pan już jak ma­gister Pie­truszka. Czyżby chciał mnie pan uczynić swoją muzą?

— Jak pani sły­szała, nasz de­par­ta­ment nie przewi­duje ta­kich eta­tów. Ale będę miał do pani jesz­cze jedną prośbę.

— Chce pan za­trud­nić na­szego Asa? — za­py­tała. — Nie­stety, z góry mó­wię, że to nie­moż­liwe. Jutro As zo­staje od­transpor­to­wany do na­szej bazy w poli­tech­nice. Okres prób zo­stał za­koń­czony.

— I pani też wy­je­dzie? — zmartwi­łem się.

— Nie, ja tu po­zo­stanę jesz­cze przez kilka dni, aby zli­kwi­do­wać nasze sprawy.

Ode­tchnąłem z ulgą i wy­łusz­czy­łem jej swoją prośbę. Są­dzę, że Ba­tura dałby wiele, aby wie­dzieć, na czym ta prośba pole­gała.

 


ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY [top]

TAJEMNICA GROBU KOPERNIKA • GDZIE JEST OŁTARZ • KTO SZUKA, TEN I ZNAJDZIE • ULTIMATUM DLA PIETRUSZKI • BŁAGANIE CAGLIOSTRA • PANNA ALA SPEŁNIA MOJĄ PROŚBĘ • NIEBIESKA KOPERTA • KTO NIE LUBI ILUZJONISTÓW • POKAZY SZTUK MAGICZNYCH • OSIEMNAŚCIE NIEBIESKICH KOPERT

 

Dzień ów — który, jak oka­zało się póź­niej, był brze­mienny w nie­zwy­kle dra­ma­tyczne wy­da­rze­nia i przy­niósł ostateczną roz­grywkę ze zło­czyńcami — za­czął się bar­dzo nie­cie­ka­wie.

W nocy padał deszcz, a drob­niutki ka­pu­śnia­czek siąpił aż do póź­nych go­dzin po­ran­nych. Gdy niebo nieco przeja­śniło się, dy­rek­tor Mar­czak wy­cią­gnął mnie na spa­cer na kate­dralne wzgórze. Chciał po­znać jesz­cze jedną frombor­ską za­gadkę — ta­jem­nicę grobu Mi­ko­łaja Ko­per­nika.

Naj­pierw oprowa­dzi­łem dy­rek­tora po ogrom­nym wnę­trzu kate­dry, wskazując na ścia­nach epita­fia i miej­sce do­mniema­nego grobu wiel­kiego astronoma. Po­tem wy­szli­śmy na po­dwó­rzec i znowu usie­dli­śmy na ła­weczce pod sta­rym dę­bem. Tu mo­głem już snuć opo­wieść:

— Jak pan wie, dy­rek­torze, Mi­kołaj Ko­per­nik zmarł we From­borku dwu­dzie­stego czwartego maja ty­siąc pięć­set czterdzie­stego trze­ciego roku. Wieść mówi, że do­piero na łożu śmierci otrzymał do swych rąk przywie­zione z No­rym­ber­gii, wy­dru­ko­wane dzieło „De revolutio­nibus”, które póź­niej do­ko­nało tak wiel­kiego prze­wrotu w umy­słach. Czy jed­nak lu­dzie z oto­cze­nia Mi­ko­łaja Ko­per­nika zda­wali sobie sprawę, jak wielki umiera człowiek? Nie. W ich poję­ciu zmarł tylko jeden z ka­noni­ków frombor­skiej ka­pi­tuły, o czym naj­lepiej świadczy fakt, że nie oka­zali na­wet pie­czo­ło­wito­ści w upa­mięt­nie­niu daty jego śmierci. W kroni­kach ka­pi­tuły zapi­sano jako datę jego śmierci dzień po­grzebu. Do­piero gdy imię Ko­per­nika sta­wało się coraz bar­dziej sławne, bi­skup war­miń­ski, Kromer, po­sta­nowił ufundo­wać ta­blicę upa­mięt­nia­jącą Ko­per­nika. Ale w trzy­dzie­ści osiem lat po śmierci astronoma nie było już we From­borku ni­kogo, kto mógłby wskazać miej­sce grobu Ko­per­nika, nie ist­niały też w tej sprawie żadne za­piski. Wmuro­wano więc epita­fium w wol­nym miej­scu, zara­zem dość god­nym, bo na we­wnętrznej ścia­nie świątyni, mię­dzy dru­gim a trze­cim ołta­rzem. I od tej chwili wła­śnie za­częły się wszystkie nie­poro­zu­mie­nia, al­bo­wiem lu­dzie, któ­rzy w wiele lat póź­niej oka­zali swe za­inte­re­so­wa­nie gro­bem wiel­kiego astronoma, skłonni byli są­dzić, że ta­blica na­grobna umiesz­czona zo­stała w miej­scu, gdzie po­cho­wano Ko­per­nika. Ta­blica ta zresztą zgi­nęła w ty­siąc sie­dem­set trzy­dzie­stym pią­tym roku, gdy bu­do­wano słynną ka­plicę bi­skupa Szembeka. Uznano wtedy, że stara ta­blica nie jest godna wiel­kiego astronoma, po­sta­no­wiono ufundo­wać lep­szą. I jak to się nie­kiedy w życiu zda­rza, na tę god­niej­szą za­bra­kło pie­nię­dzy. W ten spo­sób Ko­per­nik przez dłu­gie lata nie miał żad­nej ta­blicy.

— Ano, tak się zda­rza — po­kiwał głową dy­rek­tor Mar­czak.

— Tymcza­sem rosło na świe­cie za­inte­re­so­wa­nie sprawami związa­nymi z Ko­per­ni­kiem. W ty­siąc osiemset dru­gim roku przy­byli do Fromborka dwaj przedsta­wi­ciele To­wa­rzy­stwa Przyjaciół Nauk, Ta­deusz Czacki i Mar­cin Mol­ski. Su­ge­rując się no­wym epita­fium umiesz­czo­nym na fila­rze do­strzegli oni w po­sadzce za­tartą ta­blicę, która na­su­nęła im myśl, że jest to płyta na­grobna Mi­ko­łaja Ko­per­nika. Uzy­skali ze­zwolenie na otwarcie znaj­dują­cego się pod nią grobu i od­na­leźli szczątki ludz­kie. Jak oka­zało się póź­niej, nie były to kości Mi­ko­łaja Ko­per­nika, ale zmarłego o dwieście lat wcześniej bi­skupa Fle­minga, jed­nego z zało­ży­cieli kate­dry frombor­skiej.

— Pro­szę mó­wić dalej, to bar­dzo cie­kawe.

— Nie­mieccy uczeni po­szli naj­star­szym tro­pem, to zna­czy po­sta­no­wili od­kryć po­sadzkę pod ścianą, na któ­rej ist­niało kie­dyś pierwsze epita­fium, ufundo­wane przez Mi­ko­łaja Ko­per­nika. Po zdję­ciu po­sadzki od­na­leźli kilka sta­rych tru­mien, kości z nich prze­świetlili przy po­mocy pro­mieni Roe­ntgena i szczątki kostne wy­wieźli do Kró­lewca, gdzie póź­niej zo­stały po­cho­wane. Eks­per­tyzy nie­mieckich uczonych nie zo­stały, nie­stety, nig­dzie opu­bli­ko­wane, ale przez jakiś czas przewod­nicy po kró­lew­skim zamku mó­wili zwiedza­ją­cym, że zwłoki słyn­nego astronoma są po­cho­wane w Kró­lewcu. A prawda jest taka, panie dy­rek­torze, że zwłoki astronoma znaj­dują się nadal we From­borku. Al­bo­wiem po­szu­ku­jący nie wzięli pod uwagę za­sad­ni­czej sprawy: we From­borku, jak wia­domo z do­ku­mentów, pa­no­wał zwy­czaj, że każdy z ka­noni­ków miał swój wła­sny ołtarz w kate­drze i po śmierci był po­grze­bany przy tymże oł­tarzu. In­nymi słowy, po­dob­nie jak w sprawie ob­ser­wato­rium ko­per­ni­kow­skiego, tak samo i w tym wy­padku, nale­żało stwierdzić, który ołtarz w kate­drze nale­żał do Mi­ko­łaja Ko­per­nika, wówczas bo­wiem by­łoby wia­domo, gdzie szu­kać jego grobu.

— To bar­dzo cie­kawe — mruknął dy­rek­tor.

— Nie­stety, wciąż bra­ko­wało do­ku­mentu, który wskazy­wałby ów ołtarz. Hi­sto­rycy, jak de­tek­tywi, po­szu­ki­wali choćby naj­mniejszego tropu, choćby jed­nego śladu, choćby cie­nia wska­zówki. I wreszcie...

— I co? I co?

— W sta­rym fo­liale, za­wie­rają­cym no­tatki doty­czące ad­mini­stra­cji ka­pi­tuły, od­kryto wzmiankę, że pe­wien ka­nonik na­zwi­skiem Jan Za­nau opie­ko­wał się ołta­rzem przy czwartym fila­rze. W ak­tach ka­pi­tuły ist­niało szes­na­ście list, tak zwa­nych ka­noni­ka­tów, z na­zwi­skami ko­lejno na­stę­pują­cych po sobie ka­noni­ków. Otóż Jan Za­nau, jak wy­ni­kało z jed­nej z tych list, był po­przedni­kiem Ko­per­nika. Po nim astronom przejął ołtarz i miej­sce w stal­lach. Skoro więc Jan Za­nau opie­ko­wał się czwartym ołta­rzem, to był to rów­nież ołtarz Mi­ko­łaja Ko­per­nika i przy tym fila­rze naj­prawdo­po­dob­niej zo­stał on po­cho­wany. Zna­leźć jego zwłoki nie bę­dzie tak trudno, al­bo­wiem jak wy­nika z akt ka­pi­tuły, astronoma po­grze­bano w czter­dzie­ści osiem lat po śmierci jego po­przednika, a do­piero w sześćdzie­siąt pięć lat po Ko­per­niku odbył się na­stępny po­chó­wek w oko­licy czwartego filaru. A więc na prze­strzeni stu trzy­dzie­stu lat zwłoki Mi­ko­łaja Ko­per­nika były jedy­nymi, które zo­stały zło­żone przy czwartym fila­rze. Możliwo­ści współcze­snej wie­dzy po­zwalają są­dzić, że trumnę i kości Ko­per­nika uda się zi­den­tyfi­ko­wać. Trzeba tylko zor­gani­zo­wać od­po­wiednią ekipę na­ukową, uzy­skać zgodę władz ko­ścielnych i zdjąć po­sadzkę przy czwartym fila­rze... Może jesz­cze jedna za­gadka Fromborka zo­sta­nie wówczas roz­wią­zana?[3]

Skończy­łem swoją opo­wieść, którą za­mie­rza­łem włą­czyć do przy­szłego przewod­nika. Dy­rek­tor Mar­czak za­my­ślił się. Być może w wy­obraźni kom­ple­tował już ekipę uczonych i wy­naj­dy­wał fi­nanse po­trzebne na tego ro­dzaju ba­dania. Po chwili pod­niósł się z ławki.

— Ju­tro rano mu­szę wra­cać do War­szawy. Czy jest pan pe­wien, że do jutra znaj­dziemy roz­wią­zanie ostatniej za­gadki puł­kow­nika Ko­eniga?

— Tak. Przy­się­gam — od­rze­kłem z po­wagą.

Po­wró­cili­śmy do schroniska i we­szli­śmy do ja­dalni, gdyż była to już pora obiadu.

Zo­ba­czy­liśmy Ca­glio­stra i ma­gistra Pie­truszkę obia­dują­cych przy jed­nym sto­liku. Pie­truszka jadł zupę, ale raz po raz po­dejrzliwie łypał wzrokiem na Ca­glio­stra, a ści­ślej, bacznie lu­stro­wał kie­sze­nie mi­strza, w oba­wie, że z któ­rejś z nich wyj­rzy łeb za­skrońca,

Na nasz wi­dok Ca­glio­stro wstał od stołu i skło­niw­szy się nisko, po­wie­dział:

— Mam za­szczyt za­pro­sić was dzi­siaj na wielki po­kaz ilu­zjo­ni­styczny. Im­preza za­cznie się o szó­stej wie­czo­rem, po­sta­ram się za­de­mon­stro­wać na niej swoje wszystkie umiejętno­ści.

Dy­rek­tor Mar­czak za­my­ślony za­ma­chał rę­kami, jakby od­ga­nia­jąc na­trętną mu­chę.

— Nie znam się na sztu­kach ma­gicz­nych. I nie lubię ich. Tak, nie lubię — oświad­czył kate­go­rycz­nie.

— A pan? — zwrócił się do mnie mistrz.

A w mojej gło­wie zro­dził się sza­tań­ski nie­mal plan.

— Za­sta­no­wię się jesz­cze — od­po­wie­działem wy­mi­ja­jąco.

Usiedli­śmy do stołu. Dy­rek­tor ode­zwał się do Pie­truszki, a w gło­sie jego za­brzmiała sta­now­czość:

— Ju­tro rano wra­cam do War­szawy. Do jutra pro­szę od­na­leźć trzeci schowek Ko­eniga.

— Co ta­kiego? — Pie­truszka aż od­sunął od sie­bie talerz z zupą. — To nie­moż­liwe, panie dy­rek­torze. Ja jesz­cze nie wpa­dłem na trop trze­ciego schowka. Obiecał mi pan po­zo­sta­wić wolną rękę i tro­chę czasu.

Dy­rek­tor po­kręcił głową.

— Prze­stańmy ba­wić się w ciu­ciu­babkę. Je­stem pe­wien, że To­masz zna miej­sce, gdzie znaj­duje się trzeci schowek. Jeśli pan, panie Pie­truszka, nie może sobie pora­dzić. To­masz panu do­po­może. Szkoda tracić czas we From­borku. Cze­kają nas nowe, po­ważne za­dania. Pie­truszka po­pa­trzył na mnie z naj­większą nie­chę­cią.

— Czy na­prawdę, To­ma­szu, roz­wią­załeś za­gadkę trze­ciego schowka? — za­pytał.

— Tak.

— Nie, nie, nie chcę znać roz­wią­zania! — za­wołał Pie­truszka. — Ja sam pra­gnę od­kryć schowek i przy­się­gam, że tego do­ko­nam. Pro­szę mi tylko zo­sta­wić czas do na­my­słu. Zresztą, nie wie­rzę, aby To­masz znał roz­wią­zanie. On ma tylko pewne do­my­sły, a to za mało. Za­pewne znowu znaj­duje się na fał­szy­wym tro­pie. I to przez niego pan dy­rek­tor sta­wia mi ulti­ma­tum.

Wstałem od stołu, po­sze­dłem do swojego po­koju i po­wró­ciłem do ja­dalni, nio­sąc w ręku zale­pioną nie­bie­ską ko­pertę. Tę ko­pertę poło­ży­łem na stole obok tale­rza dy­rek­tora Mar­czaka.

— W tej ko­per­cie, panie dy­rek­torze — oświad­czy­łem — jest roz­wią­zanie trze­ciej za­gadki puł­kow­nika Ko­eniga. W mo­men­cie, który uzna pan za sto­sowny, pro­szę ją otworzyć i udać się do skrytki po skarby. Je­śli zaś ma­gister Pie­truszka trafi do trze­ciej skrytki, wówczas mnie po­zo­stawi sa­tys­fak­cję, że by­łem na do­brym tro­pie.

Mar­czak wziął ko­pertę ze stołu i schował ją do kie­szeni ma­ry­narki.

— Do­brze — rzekł ła­ska­wie. — Panie Pie­truszka, daję panu szansę. A gdyby do jutra rana nie zna­lazł pan skrytki, otworzę ko­pertę i jeśli rze­czy­wi­ście To­masz roz­wią­zał za­gadkę, skarby po­wiozę do War­szawy. Na dłuż­szy pobyt we From­borku nie mamy czasu. A i wy po­trzebni mi jeste­ście w War­sza­wie.

W mil­cze­niu skończy­liśmy jeść zupę. Przy dru­gim daniu Ca­glio­stro po­nowił swoje za­pro­sze­nie. Ale dy­rek­tor tylko gło­śno fuk­nął:

— Mó­wi­łem już kie­dyś To­ma­szowi, że nie lubię po­ka­zów sztuk ma­gicz­nych.

— Ach, jaka to przy­krość dla arty­sty, gdy ktoś nie chce oglą­dać wy­ni­ków jego pracy — wes­tchnął smutnie Ca­glio­stro.

Ma­gister Pie­truszka stra­cił zu­peł­nie ape­tyt. Myśl o ul­ti­ma­tum dy­rek­tora para­liżo­wała go. Wy­obra­żam sobie, jak cier­piał w nim wąż am­bicji.

Na końcu ję­zyka mia­łem pyta­nie o jego muzę. Chciałem po­cie­szyć go in­for­ma­cją, że i tym ra­zem wkrótce ogar­nie go na­tchnienie. Ale oba­wia­łem się, że ten nie­zwy­kle am­bitny człowiek przyjmie moje słowa jako ob­raź­liwą drwinę.

Wró­ciłem do swego po­koju, a za mną po chwili wszedł Ca­glio­stro.

— Pa­nie To­ma­szu — mistrz bła­gal­nie zło­żył ręce — niech pan coś zrobi dla mnie. Dy­rek­tor Mar­czak to wpły­wowa oso­bi­stość w mini­ster­stwie i do­bry zna­jomy dy­rek­tora de­par­ta­mentu wi­do­wisk. Mó­wi­łem już panu o kło­po­tach, jakie mam ze zna­le­zie­niem stałej pracy. Jeśli dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi spodobają się moje sztuki, może choć słówko wspomni o mnie swemu kole­dze z dru­giego de­par­ta­mentu, a wówczas wszystkie moje kło­poty miną bez­pow­rot­nie.

— Do­brze — zgo­dzi­łem się. — Po­sta­ram się zwa­bić dy­rek­tora na dzi­siej­szy wy­stęp.

A mistrz zatarł ręce, po­tem objął mnie, uści­snął i po­wie­dział:

— Je­śli pan zdoła to za­ła­twić i po­trafi pan sprowa­dzić dy­rek­tora Mar­czaka na moje przedsta­wie­nie, ofia­ruję panu w na­grodę... za­skrońca.

— Nie, nie! — za­wo­łałem roz­paczliwie. — Uczynię to bez­inte­re­sow­nie.

Myśl, że będę wła­ści­cie­lem Pio­trusia, wy­dała mi się tak prze­ra­ża­jąca, że go­tów by­łem nie tylko zre­zy­gno­wać ze zwa­bie­nia Mar­czaka na wy­stęp Ca­glio­stra, ale na­wet za­bro­nić mu tam pójść, gdyby na­gle ze­chciał to zro­bić.

Usły­szeli­śmy pu­kanie do drzwi i po chwili we­szli Zosia Wal­czyk i Baśka. Przynieśli mi za­pro­sze­nie na wie­czorne har­cer­skie ogni­sko.

Obej­rza­łem za­pro­sze­nie. Nie było w nim ani słowa o wy­stę­pach Ca­glio­stra. Ale to wła­śnie na tym ogni­sku miały się od­być jego wy­stępy.

— Za­nie­ście za­pro­sze­nie dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi — po­pro­siłem Zosię Wal­czyk i chłopca. — Ale nie wspomi­naj­cie, że na ogni­sku od­będą się po­kazy sztuk ma­gicz­nych. Dy­rek­tor Mar­czak bar­dzo lubi har­cerzy i za­pewne chęt­nie pój­dzie na ogni­sko. Za­leży mi, żeby to uczynił, tylko że on nie cierpi ilu­zjo­ni­stów.

Oboje za­raz po­szli do po­koju dy­rek­tora, a ja po­zo­sta­wiw­szy Ca­glio­stra peł­nego na­dziei, że bę­dzie miał na swym wy­stę­pie dy­rek­tora Mar­czaka, po­śpie­szy­łem na po­dwó­rzec kate­dry.

Na ławce pod roz­łoży­stym dę­bem cze­kała już panna Ala. Miała ze sobą torbę dość du­żych roz­mia­rów.

— I co? I co? — do­py­ty­wa­łem się z nie­cier­pli­wo­ścią.

— Wszystko za­ła­twi­łam po­myślnie. Tu jest apa­ra­tura, o którą mnie pan prosił — pod­su­nęła mi ciężką torbę.

Za­pu­ka­łem do mieszka­nia ko­ścielnego i wskazując czarny apa­rat, który w swej tor­bie przy­nio­sła mi Ala, po­pro­siłem o klucz do wież war­towni. Wy­ja­śni­łem ko­ścielnemu, że chciałbym zro­bić kilka zdjęć foto­gra­ficz­nych do swego przewod­nika. W pół go­dziny póź­niej od­da­łem klucz ko­ścielnemu i po­sze­dłem z Alą na spa­cer po From­borku.

Zda­wa­łem sobie sprawę, że to już ostatni dzień mego po­bytu w tym uro­czym mia­steczku. Jutro wraz z dy­rek­to­rem Mar­cza­kiem i Pie­truszką po­wró­cimy do War­szawy.

— Czy jest pan pe­wien, że wszystkie wy­da­rze­nia poto­czą się tak, jak pan to za­pla­no­wał? — za­py­tała Ala.

— Prze­cież nie mogę bez prze­rwy po­nosić klę­ski — roze­śmiałem się. — Jeśli wolno ma­gi­strowi Pie­truszce prze­ży­wać chwile na­tchnień, to i ja mogę także od czasu do czasu wpaść na jakiś do­bry po­mysł.

By­łem do­brej myśli. Lecz tra­wił mnie nie­pokój. Z nie­cier­pli­wo­ścią spo­glą­da­łem na zega­rek, oczekując na­dej­ścia wie­czoru, który miał przy­nieść ostatnią roz­grywkę z Walde­ma­rem Ba­turą.

Do tej pory to on roz­da­wał karty, so­bie za­trzymu­jąc naj­lep­sze. Dziś zmieniły się role. Ale czy na pewno?

Czy zrobi to, co chcę, aby zro­bił? A może na sku­tek od­kry­tej za­miany kieli­chów obu­dzi się w nim nie­uf­ność? Może nie da się wprowa­dzić w za­sta­wione przeze mnie sidła?

Rozmy­śla­łem:

„Walde­mar Ba­tura, na­wet nie­ufny i po­dejrzliwy, musi przyjąć karty, które mu pod­su­ną­łem. Nie ma bo­wiem wy­boru. Pie­truszce po­zo­stał czas tylko do jutra. Więc jeśli Ba­turą chce go uprzedzić, musi biec do trze­ciego schowka. A gdy się bie­gnie, trudno bacznie pa­trzeć pod nogi i można łatwo wpaść w pu­łapkę”.

Nad Frombor­kiem poja­śniało niebo. Chmury ode­szły na pół­noc i jesz­cze przez jakiś czas wi­siały nad Mie­rzeją Wi­ślaną. Po­ka­zało się słońce — ostre, upalne, sierp­niowe.

Ala po­wie­działa, że As odje­chał już spe­cjalną cię­ża­rówką.

— A my, czy zo­ba­czymy się jesz­cze kie­dyś? — za­py­tałem.

— Prze­cież to za­leży od nas, prawda? — od­po­wie­działa.

Kiw­ną­łem głową i uśmiech­nęli­śmy się do sie­bie. Bar­dzo po­do­bała mi się ta pa­nienka, która ukoń­czywszy poli­tech­nikę była już asy­stentką wiel­kiego na­ukowca, i to w tak cie­ka­wej dzie­dzi­nie. Mnie pa­sjo­no­wały dzieła sztuki, po­szu­ki­wa­nia skar­bów i zagi­nio­nych zbio­rów mu­zeal­nych, za­gadki histo­ryczne i związane z nimi przy­gody. A ją — au­to­maty, elek­tro­nowe me­cha­ni­zmy. A prze­cież nie czu­łem żad­nej ob­cości wo­bec tej dziew­czyny, prze­ciw­nie, zna­la­złem u niej wiel­kie zro­zu­mie­nie dla mych pasji.

Po­szli­śmy na da­leki spa­cer, hen, na frombor­skie wzgórza, skąd wi­dać było wy­nio­słą bu­dowlę sta­rej kate­dry, która kryła w sobie tyle za­ga­dek.

Wró­cili­śmy przed osiemna­stą do schroniska PTTK. Za­pro­siłem Alę na kola­cję. Zje­dli­śmy ją we czwórkę: Ala, dy­rek­tor Mar­czak, Pie­truszka i ja. Ma­gister był za­my­ślony, jadł z pew­nym roz­tar­gnie­niem. Jego za­cho­wa­nie wskazy­wało, że być może zna­lazł się już na tro­pie roz­wią­zania za­gadki trze­ciego schowka.

Mar­czak przyjął za­pro­sze­nie har­cerzy. Pie­truszka, gdy go za­py­tałem, czy pój­dzie na ogni­sko, po­gar­dli­wie skrzywił usta i wzruszył ra­mio­nami. Po­wie­dział, że jest umó­wiony z panną Anielką. Być może oczekiwał, że pod­czas tego spo­tka­nia na­wie­dzi go na­tchnienie.

Po­szli­śmy w trójkę do obo­zo­wi­ska har­cer­skiego w po­bliżu portu. Było tam już mnó­stwo har­cerek i har­cerzy, a także przy­szła spora ilość za­pro­szo­nych gości. Zo­sia Wal­czyk i Baśka za­pro­wa­dzili nas na ho­no­rowe miej­sca w pierwszym rzę­dzie.

Nie będę wam opi­sy­wał wy­stę­pów har­cerek i har­cerzy, bo prze­cież każdy z was, dro­dzy czy­tel­nicy, uczestni­czył w po­dob­nych im­pre­zach. Nadmie­nię tylko, że gdy har­cerz pro­wa­dzący ogni­sko za­po­wie­dział wy­stępy mi­strza Ca­glio­stro, dy­rek­tor Mar­czak chciał wstać ze swego miej­sca i nie­mal siłą zmu­siłem go do po­zo­sta­nia.

— Czarna i biała ma­gia? — obu­rzył się dy­rek­tor. — I ta­kimi sztucz­kami karmi się naszą mło­dzież? Nie zga­dzam się z tym i pro­te­stuję.

Uspokoił się nieco, gdy Ca­glio­stro za­czął de­mon­stro­wać swoje umiejętno­ści. Mistrz po­ka­zy­wał praw­dziwe cuda.

A więc naj­pierw był nu­mer z kar­tami, które, z za­wią­za­nymi oczami, wy­cią­gał z talii na ży­cze­nie ze­bra­nych. Na prośbę o tre­flo­wego asa, wyj­mo­wał z talii tre­flo­wego asa, na prośbę o pi­kową damę, wy­cią­gał pi­kową damę. Po­tem po­ka­zy­wał sztuki ze sznurkiem, który roz­cinał przy po­mocy cu­dow­nej pa­łeczki ma­gicz­nej, a po­tem two­rzył z niego nie­po­dzielną ca­łość. Wi­dzie­liśmy, jak cho­wał do pu­dełka na stole bia­łego kró­liczka, ro­bił ruch pa­łeczką i króliczek zni­kał bez śladu. A po se­kun­dzie z tego sa­mego pu­dełka wy­cią­gał za­skrońca, po­tem my­szy, po­tem znowu kró­liczka. Mie­liśmy moż­ność zo­ba­czyć nu­mer, który na­zy­wał się „za­gadką szklanego walca”. Wi­dzie­liśmy sznu­rek prze­cho­dzący przez szkło, wi­dzie­liśmy sklep ze­gar­mi­strzowski w cy­lin­drze, pier­ścień fa­kira, chu­s­teczkę do nosa, któ­rej nie można było ni­czym zniszczyć. Za­chwyciła nas sztuka o na­zwie „sto­liczku na­kryj się”.

Sztuki te były tak wspaniałe, że na­wet dy­rek­tor Mar­czak za­po­mniał o swej nie­chęci do ilu­zjo­ni­stów i go­rąco okla­ski­wał wy­stępy mi­strza. I być może Ca­glio­stro osią­gnąłby swój cel, to zna­czy dy­rek­tor Mar­czak szep­nąłby słówko w jego sprawie kole­dze, dy­rek­to­rowi in­nego de­par­ta­mentu, gdyby nie fakt, który wy­da­rzył się pod ko­niec wy­stę­pów mi­strza. Oto Ca­glio­stro za­po­wie­dział, że po­każe pu­bliczności dziwną sztukę z ko­per­tami poczto­wymi, i do za­de­mon­stro­wa­nia jej za­prosił dy­rek­tora Mar­czaka.

— Ja? Dla­czego ja? Pro­szę za­pro­sić ko­goś in­nego — bro­nił się dy­rek­tor, gdy wskazał go Ca­glio­stro.

— Bo pan jest nie­do­wiar­kiem. Pan nie wie­rzy w moje cu­downe moż­liwo­ści — od­parł mistrz.

Mło­dzież har­cer­ska za­częła kla­skać w dło­nie i dy­rek­tor Mar­czak, rad nie­rad, wstał ze swego miej­sca i zbli­żył się do Ca­glio­stra. A mistrz wyjął z kie­szeni sie­dem identycz­nych nie­bie­skich ko­pert.

— Pro­szę pań­stwa — oświad­czył uka­zując ko­perty. — Pań­stwo wi­dzą, że mam w ręku tylko sie­dem ko­pert. Te sie­dem ko­pert kładę do kie­szeni ma­ry­narki pana dy­rek­tora. Ot tak...

I Ca­glio­stro wło­żył do ma­ry­narki dy­rek­tora sie­dem nie­bie­skich ko­pert.

— Ile ko­pert jest w kie­szeni dy­rek­tora.

— Sie­dem! — za­wo­łali har­cerze.

— Osiem — po­wie­dział dy­rek­tor Mar­czak, bo przy­po­mniał sobie o mojej ko­per­cie z rozwią­za­niem za­gadki trze­ciego schowka.

— Ani sie­dem, ani osiem — oświad­czył Ca­glio­stro — tylko sie­dem­na­ście.

I po­prosił dy­rek­tora Mar­czaka, aby wyjął ko­perty. Mar­czak się­gnął do kie­szeni i ku swemu zdziwie­niu wy­cią­gnął z niej aż osiemna­ście ko­pert.

— Osiemna­ście, nie sie­dem­na­ście — spro­sto­wał.

— Prze­pra­szam, omyliłem się — stwierdził Ca­glio­stro. — Sza­nowny pan miał w kie­szeni wła­sną ko­pertę.

I zwrócił dy­rek­to­rowi jedną nie­bie­ską ko­pertę.

To był ostatni nu­mer w wy­stę­pie mi­strza Ca­glio­stra. Po­tem na­stą­piły po­kazy har­cer­skich za­baw. Ognisko koń­czyło się o ósmej wie­czo­rem. Wraz z tłu­mem gości opu­ścili­śmy obo­zo­wi­sko har­cer­skie i po­szli­śmy w trójkę do ka­wiarni por­towej. Da­łem znak Zosi Wal­czyk i Ba­śce, aby po­szli ra­zem z nami.

Szy­ko­wała się nowa przy­goda.

 


ROZDZIAŁ OSIEMNASTY [top]

BARDZO DZIWNE AUDYCJE RADIOWE • CZY SĄ FALE SUPERULTRAKRÓTKIE • ROZMOWA ZŁOCZYŃCÓW • GDZIE JEST SKARB • OBRABOWANE SKRYTKI • CZEKAMY NA KOŚCIELNEGO • PRZYGODA W DRODZE DO TOLKMICKA • CO KRYŁA NIEBIESKA KOPERTA • W WIEŻY • PIETRUSZKA NA TROPIE • FAŁSZYWE CZY PRAWDZIWE • OSTATNIA ROZGRYWKA

 

Punktual­nie o go­dzi­nie dzie­siątej spoj­rza­łem w ka­wiarni na zega­rek i po­wie­działem do dy­rek­tora Mar­czaka:

— Czy nie ze­chciałby pan, dy­rek­torze, po­słu­chać teraz w moim po­koju inte­re­sują­cej au­dycji ra­dio­wej?

— Ra­dio? — nie­chęt­nie od­niósł się do tej pro­po­zycji dy­rek­tor Mar­czak. — W ostatnim cza­sie radio zbyt mało uwagi po­święca za­byt­kom...

— To bę­dzie au­dycja pod tytu­łem: „W jaki spo­sób obra­bo­wano trzeci schowek puł­kow­nika Ko­eniga” — wy­ja­śni­łem.

— Co ta­kiego? Pan coś knuje, To­ma­szu. Je­stem pe­wien, że gdy­bym zaj­rzał do pro­gramu ra­dio­wego, nie zna­lazł­bym takiej au­dycji.

— Pro­gram ra­diowy po­daje tylko au­dycje na fa­lach dłu­gich, śred­nich, krót­kich i ul­tra­krót­kich. Na­to­miast au­dycja, któ­rej radzę panu po­słu­chać, bę­dzie na fa­lach supe­rul­tra­krót­kich.

— Czy są takie fale? — zdziwił się Baśka. Wskaza­łem pannę Alę.

— To ta miła osoba przy­nio­sła do mego po­koju spe­cjalny ra­dio­od­bior­nik. Au­dycja za­po­wiada się cie­ka­wie i na inte­re­su­jący nas wszyst­kich temat.

Zosia Wal­czyk wstała z krze­sła i zro­biła ta­neczne pas, po­wta­rza­jąc gło­śno:

— „W jaki spo­sób obra­bo­wano trzeci schowek Ko­eniga”? Czy na­prawdę tak brzmi ty­tuł tej au­dycji?

— Owszem — ski­ną­łem głową.

— Idziemy — zade­cy­do­wał Mar­czak i przywołał do na­szego sto­lika kel­nerkę, aby za­pła­cić za zje­dzone ciastka.

Szybkim mar­szem skie­ro­wali­śmy się do schroniska PTTK. Przy­śpie­sza­łem kroku, nie by­łem bo­wiem pe­wien, czy ci, któ­rzy mieli być akto­rami w tej au­dycji, nie oka­zali się nieco szybsi, niż to mo­głem przewi­dzieć, i czy au­dycja nie bę­dzie nadawana wcześniej.

We­szli­śmy do mego po­koju. Usa­do­wi­łem wszyst­kich na krze­słach przy stole. Spod łóżka wy­jąłem mi­nia­tu­rowy czarny apa­rat nadawczo-od­bior­czy. Panna Ala na­tychmiast za­częła krę­cić jego gał­kami, ale w gło­śniku dał się sły­szeć tylko lekki szum oznacza­jący ciszę w ete­rze.

— Ak­torzy jesz­cze nie we­szli do stu­dia — oświad­czyła Ala.

— A więc to bę­dzie tylko przedsta­wie­nie — stwierdził nieco roz­cza­ro­wany dy­rek­tor Mar­czak.

— Ra­czej re­por­taż. Mam na­dzieję, że uda mi się na żywo uchwycić scenę obra­bo­wa­nia trze­ciego schowka — po­cie­sza­łem dy­rek­tora.

— Nic z tego nie ro­zu­miem! — za­wo­łała Zosia Wal­czyk. — Ale je­stem pewna, że bę­dzie to naj­faj­niej­sza au­dycja, jaką dotąd sły­sza­łam.

— A może to ja­kaś ma­giczna sztuczka? — za­sta­na­wiał się Baśka.

Słowa te obu­dziły nie­pokój dy­rek­tora.

— Czy to wspólne mieszka­nie z Ca­glio­strem tak na pana wpłynęło, To­ma­szu? Od­kąd je­stem we From­borku, wciąż oglą­dam ja­kieś ho­kus-po­kus. Ostrzegam, że jeśli te nowe zwy­czaje ilu­zjo­ni­styczne ze­chce pan wprowa­dzić do na­szego de­par­ta­mentu, nie spo­tka się to z moim uznaniem.

I za­cny dy­rek­tor po­dejrzliwie ro­zej­rzał się po po­koju, spo­dziewa­jąc się uj­rzeć wy­peł­zają­cego spod łóżka za­skrońca lub har­cu­jące my­szy.

Lecz sym­pa­tyczne zwie­rzaki, które zdą­ży­łem tro­chę polu­bić, były chyba w towa­rzy­stwie Ca­glio­stra. Mistrz czar­nej i białej magii jesz­cze nie po­wró­cił do po­koju po swych wy­stę­pach na ogni­sku.

— Uwaga! — syk­nęła Ala. — Coś się za­czyna dziać...

W gło­śniku mi­nia­tu­ro­wego pu­dełka ra­dio­wego usły­szeli­śmy gło­śny zgrzyt, jakby ktoś otwierał za­rdzewiałe drzwi że­lazne. Po­tem mę­ski głos, który bez trudu można było roz­po­znać jako głos Ba­tury, oświad­czył:

— Za­mknij drzwi na klucz i za­pal la­tarkę elek­tryczną, Ca­glio­stro. Trzeci schowek chyba jest w piw­ni­cach.

Apa­rat nadawczy umiesz­czony był w pod­zie­miu, do­kąd skie­ro­wali się zło­czyńcy. Ich kroki zbli­żały się do apa­ratu i przez to sta­wały się coraz gło­śniej­sze.

— Oświetlaj ściany — roz­kazał Ba­tura Ca­glio­strowi. Na­stała długa chwila ci­szy, za­pewne światło la­tarki elek­trycznej omiatało ścianę pod­zie­mia. Po ja­kimś cza­sie usły­szeli­śmy głos Ca­glio­stra:

— Nic tu nie wi­dać cie­ka­wego. Ściany są gład­kie, z ce­gieł i ka­mie­nia.

— A te że­lazne drzwiczki od dym­nika? — za­pytał Ba­tura. — Nie wy­gląda na to, żeby to po­mieszcze­nie miało przewód ko­mi­nowy. A jed­nak tuż przy ziemi są drzwiczki do wyj­mo­wa­nia sadzy. Trzeba je otworzyć.

— Nie mamy klu­cza sztorco­wego...

— Spróbuj kom­bi­ner­kami uchwycić trzpień zamka. Usły­szeli­śmy cichy zgrzyt że­laza o żelazo. Po­tem coś skrzypnęło.

— Już otwarte — stwierdził z ulgą Ca­glio­stro. — Ale dym­nik za­wa­lają cegły.

— Wyjmij cegły — znowu roz­kazał Ba­tura.

Do na­szych uszu do­bie­gły od­głosy czy­jegoś sapa­nia, po­tem kil­ka­krot­nie coś stuk­nęło. Ktoś rzu­cał cegły na ka­mienną po­sadzkę. A po chwili usły­szeli­śmy pełen rado­ści głos Ca­glio­stra:

— Są! Wal­dek, tu są skarby! Leżą za ce­głami w dym­niku.

Ba­tura, rów­nież roz­go­rącz­ko­wa­nym gło­sem, za­czął roz­ka­zy­wać:

— Od­suń się, Ca­glio­stro. Teraz ja we­zmę się do ro­boty. Mu­szę zna­leźć pu­dełko albo wo­re­czek z ru­bi­nami. Inne rze­czy po­zo­sta­wimy, one nas nic nie ob­cho­dzą.

Znowu chwila ci­szy i głos Ba­tury:

— Zna­la­złem bla­szane pu­dełko po tyto­niu. Są w nim ka­mie­nie.

— Po­każ je. Daj je tutaj.

Znowu chwila ci­szy i głos Ba­tury:

— Tak, to są ru­biny.

— Po­każ je — prosił Ca­glio­stro.

— Te­raz nie ma czasu na oglą­danie. Wkrótce wróci ko­ścielny i zaraz tutaj zjawi się Pie­truszka. Weź ode mnie pu­dełko. Wyjmij z na­szego wo­reczka fał­szywe ru­biny. Prze­syp je do pu­dełka, a te z pu­dełka włóż do wo­reczka. A ja zaj­rzę do dym­nika.

Dy­rek­tor Mar­czak ude­rzył pię­ścią w stół.

— A to łaj­daki! — wrzasnął. — Za­mie­niają ka­mie­nie!

Teraz do­szedł na­szych uszu szmer ce­gieł wsuwa­nych do dym­nika, póź­niej zgrzyt że­laza o że­lazo, to za­pewne Ca­glio­stro za­my­kał dym­nik. Jesz­cze póź­niej usły­szeli­śmy od­da­la­jące się kroki i gło­śny hałas otwiera­nych drzwi.

Ba­tura i Ca­glio­stro uj­rzeli chyba coś lub ko­goś w otwartych drzwiach, bo usły­szeli­śmy gło­śne:

— O, rrr­rany...

I na­stała cisza. Au­dycja była prze­rwana.

W na­szym po­koju też trwało mil­cze­nie. Oto byli­śmy świad­kami faktu od­nale­zie­nia i ob­ra­bo­wa­nia trze­ciego schowka Ko­eniga. Było oczywiste dla wszyst­kich, że w taki sam spo­sób obra­bo­wano pierwszy i drugi schowek. Dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi do­star­czy­łem do­wodu, któ­rego tak usil­nie do­ma­gał się ode mnie.

Ale, o dziwo, Mar­czak wcale nie był tym za­chwycony. Groźna zmarszczka po­bruź­dziła mu czoło.

— Pan wie­dział, To­ma­szu, gdzie jest trzeci schowek, czy tak? — za­pytał mnie zło­wróżbnym to­nem.

— Zro­biłem w tej sprawie no­tatkę i da­łem ją panu na prze­cho­wa­nie — po­wie­działem bez cie­nia stra­chu.

— Pan wie­dział, gdzie jest schowek — po­wtó­rzył Mar­czak. — Po­sta­wił pan tam jakiś apa­rat nadawczy. Wie­dział pan rów­nież, że zło­czyńcy tam przyjdą i do­ko­nają ra­bunku. In­nymi słowy, wie­dząc, że oni obra­bują schowek, nie tylko pan tego nie uniemoż­liwił, ale zro­bił pan z tego szopkę, au­dycję ra­diową, na­ra­żając skarb pań­stwa na ogromne straty.

— Od­bie­rzemy im te ru­biny — od­rze­kłem bez­tro­sko. — Ale prze­cież to wła­śnie pan umożliwił zło­czyńcom od­kry­cie trze­ciego schowka.

— Ja? — obu­rzył się dy­rek­tor.

— Mó­wię po­waż­nie, panie dy­rek­torze. W po­czu­ciu peł­nego za­ufa­nia po­wie­rzy­łem panu ko­pertę, kry­jącą roz­wią­zanie za­gadki trze­ciego schowka...

Nie do­koń­czy­łem. W tym mo­men­cie otworzyły się drzwi po­koju i jak bomba, która za chwilę ma wy­buchnąć, wpadł do nas ma­gister Pie­truszka. Włos miał roz­wiany, wzrok błędny.

— Wiem! wiem! wiem! — krzy­czał histe­rycz­nie. — Mam roz­wią­zanie za­gadki trze­ciego schowka. Osiem ką­tów na pla­nie Ko­eniga to prze­cież okto­gon. Ośmio­boczna wieża wa­rowni frombor­skiej. Tam kryje się teraz trzeci schowek!

— Czyżby? — po­nuro za­pytał dy­rek­tor Mar­czak.

— Tak, panie dy­rek­torze. To było ge­nial­nie pro­ste. Lecz wła­śnie takie roz­wią­zanie naj­trud­niej przy­cho­dzi człowie­kowi do głowy. Panna Anielka, wi­dząc moją roz­pacz, za­py­tała mnie o szyfr do trze­ciego schowka. Po­wie­działem jej o ośmiu ką­tach na pla­nie Ko­eniga. „Osiem ką­tów — po­wtó­rzyła. — Osiem ką­tów”. I wtedy przy­po­mniałem sobie o okto­gonie.

Ma­gister Pie­truszka urwał swą wy­po­wiedź, aby zła­pać od­dech, a po­tem palec wskazu­jący jego ręki skie­rował się w moim kie­runku:

— A teraz, panie dy­rek­torze, pro­szą otworzyć ko­pertę, którą dał panu To­masz. Prze­ko­namy się, czy on też wpadł na to samo roz­wią­zanie za­gadki.

Dy­rek­tor Mar­czak w mil­cze­niu się­gnął do kie­szeni ma­ry­narki i wyjął z niej nie­bie­ską ko­pertę. Ro­zer­wał ją i wyjął kartkę pa­pieru.

Była to zu­peł­nie czy­sta, biała kartka.

— A więc to tak? — stwierdził z po­gardą Pie­truszka. — To­masz nas na­brał, panie dy­rek­torze.

Ale dy­rek­tor Mar­czak nie ode­zwał się. Przypo­mniał sobie za­pewne o mo­ich sło­wach, że to on wskazał zło­czyńcom trzeci schowek Ko­eniga. Pa­mię­tał rów­nież o sztuczce z ko­per­tami, w któ­rej wziął udział na har­cer­skim ogni­sku. Ze zło­ścią zmiął kartkę i kulkę pa­pieru rzucił do kosza.

— Czy au­dycja ra­diowa może być do­wo­dem dla sądu? — za­gad­nął mnie.

— Nie, panie dy­rek­torze. To był do­wód dla pana. Na­wet gdy­by­śmy na­grali au­dycję na ta­śmą ma­gne­tofo­nową, nie mo­gli­by­śmy jej przedsta­wić w są­dzie, gdzie ta­śma ma­gne­tofo­nowa nie może być do­wo­dem w sprawie. Prze­stępcy będą zaw­sze mo­gli stwierdzić, że chcieli mi zro­bić przyjem­ność i na moją prośbę po pro­stu „odegrali” swoje rólki.

Pie­truszka nie ro­zu­miał na­szej roz­mowy.

— O czym wy mó­wicie? — za­pytał.

Dy­rek­tor oskarży­ciel­skim ge­stem wskazał mały ra­dio­od­bior­nik le­żący na stole:

— To małe radio na­dało przed chwilą au­dycję o dwóch zło­czyńcach, któ­rzy za­kra­dli się do pod­ziemi i z dym­nika wy­jęli bla­szane pu­dełko z ru­bi­nami. Na ich miej­sce wło­żyli fał­szywe ru­biny.

— Czy to ma jakiś związek z okto­go­nem? — wy­jąkał Pie­truszka.

Dy­rek­tor Mar­czak ciężko pod­niósł się z krze­sła.

— Obawiam się, że tak. Obawiam się rów­nież, że nie do­ceni­liśmy wie­lora­kich ta­len­tów To­ma­sza. Oka­zuje się, że prócz żyłki de­tek­tywi­stycznej, po­siada on talent reży­ser­ski.

— I oszukuje — do­dał Pie­truszka, wspomi­nając czy­stą kartkę pa­pieru w nie­bie­skiej ko­per­cie.

Dy­rek­tor Mar­czak machnął ręką.

— Chodźmy do schowka Ko­eniga. A panu — rzucił mi groź­nie — po­zo­sta­wiam sprawę od­zy­ska­nia prawdzi­wych rubi­nów.

Pie­truszka za­kło­potał się.

— Mu­simy po­cze­kać na przy­bycie ko­ścielnego. On bo­wiem ma w swym mieszka­niu klucz od drzwi okto­gonu. Nie­stety, ko­ścielny otrzymał wie­czo­rem jakiś tele­gram i o dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści od­pły­nął stat­kiem do Tolkmicka. Są­dzę, że po­wróci do Fromborka ostatnim stat­kiem, to jest za pięć mi­nut — dodał, pa­trząc na zega­rek.

Opu­ścili­śmy schronisko, uda­jąc się w kie­runku przy­stani.

— A to ci heca — chi­cho­tała Zosia Wal­czyk.

Baśka miał za­kło­po­taną minę.

— W jaki spo­sób od­zyska pan praw­dziwe ka­mie­nie? — martwił się na zapas.

Ala rów­nież ode­zwała się do mnie ze szczerą tro­ską:

— Wy­daje mi się, że pan prze­ho­lował, To­ma­szu. Nie wolno było do­pu­ścić, aby zło­czyńcy za­mie­nili ru­biny. Jak je pan teraz od­zyska? Lę­kam się, że Ba­tura już uciekł do War­szawy.

Pie­truszka wciąż nic nie ro­zu­miał z na­szej roz­mowy.

— O czym wy mó­wicie? Co Ba­tura ma wspólnego z tą sprawą? Czy na­prawdę jest aż tak nie­bez­pieczny? Na mnie zro­bił sym­pa­tyczne wra­żenie.

Zna­leźli­śmy się na uliczce pod frombor­skim wzgórzem kate­dral­nym. Była już noc, widna i księ­ży­cowa. Po ran­nym desz­czu i po upal­nym dniu od­świe­żona zie­leń na drzewach wy­dzielała upa­ja­jący za­pach.

Od strony portu do­szło nas gło­śne bu­cze­nie sy­reny. To wpływał do przy­stani ostatni sta­tek z Tolkmicka.

— Za­cze­kajmy tu­taj — za­pro­po­no­wał dy­rek­tor.

W dzie­sięć mi­nut póź­niej na pu­stej uliczce za­brzmiały spieszne kroki przy­gar­bio­nego męż­czy­zny. To nad­cho­dził ko­ścielny. Szedł szybko, jakby gnał go nie­pokój. Coś tam gniewnie mru­czał do sie­bie.

Oto­czy­liśmy go i wy­tłu­ma­czy­liśmy mu, że po­trzebny jest nam klucz do drzwi okto­gonu, jako że tam wła­śnie kryje się trzeci schowek ze skar­bami.

— Klucz? Klu­cze? — burknął ko­ścielny. — Niech pań­stwo sobie wy­obrażą, że zgu­biłem klu­cze od swego mieszka­nia.

I pro­wa­dząc nas do swego domu w wa­rowni, opo­wie­dział za­dzi­wia­jącą histo­rię. Otóż wie­czo­rem, około dwu­dzie­stej, jakiś męż­czy­zna, po­da­jący się za dorę­czy­ciela, przy­niósł mu wy­pi­saną ołówkiem depe­szę na­stę­pują­cej treści:

Proszę na­tychmiast przy­być w waż­nej sprawie do Tolkmicka. Cze­kam na przy­stani.

— Za­py­tałem listo­nosza — opo­wia­dał ko­ścielny — czy nie wie, w jaki spo­sób do­stać się teraz do Tolkmicka. Od­rzekł, że za pół go­dziny od­cho­dzi sta­tek z portu. By­łem za­cie­ka­wiony tre­ścią depe­szy, więc nie­wiele się na­my­ślając za­mknąłem mieszka­nie i po­sze­dłem na przy­stań. Do­pły­ną­łem do Tolkmicka, wy­sia­dłem i za­czą­łem cze­kać. Ale nikt do mnie nie pod­szedł, sta­łem tam jak głu­piec. I oczywi­ście wró­ciłem do Fromborka na­stęp­nym stat­kiem, ostatnim zresztą. W dro­dze po­wrotnej stwierdzi­łem, że nie mam klu­czy od mieszka­nia, chyba je gdzieś zgu­biłem.

— A gdy pan wchodził na sta­tek, nie po­pchnął pana jakiś męż­czy­zna z bródką? — za­py­tałem nie­oczeki­wa­nie.

— My­śli pan o ilu­zjo­ni­ście? — zdziwił się ko­ścielny. — Tak wła­śnie było, pro­szę pana. Po­pchnął mnie, bo spie­szył się na sta­tek. Ale zaraz wró­cił ze statku z po­wro­tem na ląd. Pan wi­dział tę scenę?

— Nie, pro­szę pana. Ale mam skłonności do ja­sno­widztwa.

Nie wy­py­ty­wali­śmy wię­cej ko­ścielnego. Dla wszyst­kich nas, z wy­jąt­kiem Pie­truszki, scena przy wchodze­niu na sta­tek była zu­peł­nie oczywista. Ca­glio­stro wy­cią­gnął klu­cze z kieszeni ko­ścielnego, po­tem wraz z Ba­turą otworzył jego mieszka­nie i „wy­po­ży­czył” klucz od okto­gonu. Po to zresztą był im po­trzebny wy­jazd ko­ścielnego do Tolkmicka. Przy po­mocy fał­szy­wej depe­szy wy­wa­bili go z domu. De­peszę sfał­szo­wać nie było trudno, w pro­win­cjo­nal­nych mia­steczkach wy­pi­suje się tekst ołówkiem, wy­star­czy wziąć z poczty pu­sty blan­kiet.

Klu­cze ko­ścielnego tkwiły w drzwiach jego mieszka­nia.

— O Boże — zdu­miał się ko­ścielny. — Tak by­łem przejęty my­ślą o tym, co mnie czeka w Tolkmicku, że przez roz­tar­gnie­nie po­zo­sta­wi­łem klu­cze w zamku.

Nikt z nas nic nie po­wie­dział na ten temat. I ta sprawa była prze­cież oczywista. Zło­czyńcy wło­żyli klu­cze do zamka, aby za­trzeć ślad swego prze­stęp­stwa.

Klucz od okto­gonu wi­siał na gwoździu w kuchni ko­ścielnego.

Wzięliśmy ten klucz i przez ciemny po­dwó­rzec skie­ro­wali­śmy się do ośmio­bocznej przy­sa­dzi­stej wieży.

W dro­dze do okto­gonu na­tknę­liśmy się na pannę Anielkę, Ba­turę i Ca­glio­stra. Stali w otocze­niu kilku mili­cjantów, któ­rymi do­wo­dził po­rucz­nik Ju­dziń­ski.

— Co się stało? — zdziwił się Pie­truszka, pod­cho­dząc do panny Anielki.

Wzruszyła ra­mio­nami.

— Zo­stali­śmy areszto­wani. To ja­kieś nie­poro­zu­mie­nie...

— Czyżby? — iro­nicz­nie wtrą­cił się po­rucz­nik Ju­dziń­ski.- Chyba pa­no­wie — skło­nił się Batu­rze i Ca­glio­strowi — nie za­prze­czą, że zo­stali schwytam na gorą­cym uczynku, przy obra­bo­wy­wa­niu schowka puł­kow­nika Ko­eniga. Co do pani — skło­nił się Anielce — jest pani tylko ich wspól­niczką.

Pie­truszkę jakby pio­run strzelił. Nie po­trafił z sie­bie wy­dusić słowa.

Dy­rek­tor Mar­czak trącił go w ramię.

— Idziemy do okto­gonu — roz­kazał. — Naj­waż­niej­sze to od­na­leźć i za­brać skarby.

Pie­truszka jakby ock­nął się ze snu. Z nie­przytomną miną pod­szedł do drzwi okto­gonu i otworzył je.

— My rów­nież po­pa­trzymy na te skarby — oświad­czył po­rucz­nik Ju­dziń­ski i wraz z po­zo­sta­łymi mili­cjantami i areszto­wa­nymi po­szedł za nami do wieży.

Ko­ścielny za­palił grube świece i po krę­tych schodach ze­szli­śmy do piw­nicy.

— Gdzie może być skrytka? — roz­my­ślał gło­śno Pie­truszka, roz­glą­dając się po łu­ko­wato skle­pio­nym sufi­cie dość du­żego po­mieszcze­nia.

— Dymnik. Niech pan zaj­rzy do dym­nika — nie­cier­pli­wie rzekł dy­rek­tor Mar­czak, bu­dząc tym za­chwyt Pie­truszki.

— Dymnik? Pan jest ge­nialny, dy­rek­torze. Tak od razu wskazał pan miej­sce ukry­cia skarbu — aż piał z za­chwytu.

— Do­bra, dobra — mruknął dy­rek­tor. — Otwórz pan ten dym­nik i wyj­mij pan skarby.

Gdy Pie­truszka mo­zolił się z otwarciem zamka dym­nika, panna Ala we­szła w kąt piw­nicy i schowała do torby, ukryty pod dwoma ka­wał­kami gruzu, nie­duży apa­racik nadawczy. Speł­nił już swoje za­danie i zby­teczny.

— Oto i skarby! — szep­nął nagle Pie­truszka. I otworzył drzwiczki dym­nika.

W mil­cze­niu, z na­pię­ciem, pa­trzy­liśmy, jak wsu­nął rękę do schowka w dym­niku i ko­lejno wyj­mo­wał: pu­dełko bla­szane, cztery prze­piękne, kute w sre­brze reli­kwia­rze bar­dzo starej ro­boty oraz in­fułę z na­szy­tymi na niej dro­gimi ka­mie­niami.

— Wszystko się zga­dza — try­um­fu­jąco oświad­czył Pie­truszka. — Nikt nie za­glą­dał do schowka, nikt z niego nic nie za­brał.

— A pu­dełko? — burknął dy­rek­tor.

Pie­truszka otworzył bla­szane pu­dełko i za­czął li­czyć:

— Raz, dwa... pięć... osiem... dzie­sięć rubi­nów. Mar­czak gniew­nym ge­stem ode­brał mu pu­dełko i na­wet do niego nie za­glą­dając, oświad­czył:

— Tym ra­zem nie dam się na­brać, panie Pie­truszka. Te ru­biny są fał­szywe!...

Pie­truszka wziął pu­dełko od dy­rek­tora i za­czął oglą­dać ka­mie­nie.

— One są praw­dziwe, panie dy­rek­torze — rzekł po chwili. — Tro­chę się na tym znam. To praw­dziwe szla­chetne ka­mie­nie.

Dy­rek­tor Mar­czak znowu ode­brał Pie­truszce pu­dełko. Nie za­glą­dając do wnę­trza, za­czął pu­deł­kiem wy­ma­chi­wać, aż ka­mie­nie za­grze­cho­tały jak kostki do gry.

— Te ru­biny są fał­szywe, panie Pie­truszka. Ba­tura je pod­mie­nił.

Wy­jąłem pu­dełko z rąk dy­rek­tora, otworzy­łem je, zaj­rza­łem do wnę­trza.

A to, co oświad­czy­łem, za­brzmiało dla dy­rek­tora i dla mo­ich przyjaciół jak wy­strzał ar­matni:

— Ru­biny są praw­dziwe, panie dy­rek­torze.

— Co? Co ta­kiego?! — wy­dusił z sie­bie dy­rek­tor.

— Co ta­kiego?... — usły­sza­łem zdu­miony głos Ba­tury.

— Praw­dziwe?... — za­nie­po­koił się Ca­glio­stro.

A ja kiw­ną­łem głową i otwarte pu­dełko pod­su­ną­łem dy­rek­to­rowi.

— Niech pan je obej­rzy, dy­rek­torze. One są naj­prawdzi­wiej praw­dziwe.

Ale za­miast dy­rek­tora pu­dełko chwycił Ba­tura. Chciwie zaj­rzał do wnę­trza.

Wi­działem, jak jego po­wieki za­trze­po­tały gwałtow­nie, tak był zdu­miony. Po pro­stu nie do­wie­rzał wła­snym oczom.

— Są praw­dziwe... — szep­nął i spoj­rzał na Ca­glio­stra. A mistrz od­po­wie­dział mu rów­nie zdu­mio­nym spoj­rze­niem.

Dy­rek­tor Mar­czak wziął pu­dełko od Ba­tury i teraz do­piero za­czął do­kład­nie oglą­dać ka­mie­nie.

— Tak, rze­czy­wi­ście... — szep­nął. — Wy­glą­dają na praw­dziwe. Jak się to stało, panie To­ma­szu? Prze­cież sły­szeli­śmy au­dycję ra­diową. Nic z tego nie ro­zu­miem...

— Ja też nic nie ro­zu­miem — po­nuro mruknął Ba­tura.

Skłoniłem się Ca­glio­strowi.

— To panu, mi­strzu, za­wdzię­czam ho­kus-po­kus.

— Mnie? — prze­stra­szył się Ca­glio­stro.

— Tak. Już wczoraj od­kry­łem trzeci schowek Ko­eniga. Wy­jąłem z niego praw­dziwe ka­mie­nie i za­bra­łem je do swego po­koju. Z pań­skiego wo­reczka, mi­strzu, wy­jąłem fał­szywe ru­biny i wło­ży­łem do wo­reczka praw­dziwe. Do pu­dełka zaś w dym­niku poło­ży­łem fał­szywe ru­biny. Resztę ro­boty wy­ko­nali­ście sami, pa­no­wie — znowu skło­niłem się Ca­glio­strowi i Baturze. — Pa­no­wie wło­żyli do skrytki praw­dziwe ru­biny, a wy­jęli fał­szywe. Świat jest iluzją, mi­strzu Ca­glio­stro.

Dy­rek­tor Mar­czak zła­pał się za głowę.

— O Boże, ja zwa­riuję! Fał­szywe, praw­dziwe, praw­dziwe, fał­szywe. Gdzie w końcu były fał­szywe, a gdzie praw­dziwe ru­biny?

A ja wy­mie­niłem z po­rucz­ni­kiem Ju­dziń­skim poro­zu­mie­wawcze spoj­rze­nia. To prze­cież on, na moją wielką prośbę, po­zwo­lił mi pod­łożyć Ca­glio­strowi praw­dziwe ru­biny. Od­kąd ujawniłem sprawę z obra­bo­wa­niem schow­ków, mili­cja miała nie­ustannie na oku i Baturę, i Ca­glio­stra. Na­wet gdyby do­my­ślili się tej za­miany, nie mieli moż­liwo­ści ucieczki. Pro­siłem po­rucz­nika o ze­zwolenie na za­mianę, bo jak to nie­kiedy mi się zda­rza, lubię efektowne sceny na za­koń­cze­nie przy­gody.

Tymcza­sem dy­rek­tor Mar­czak spo­rzą­dził na­prędce pro­tokół z otwarcia skrytki. A gdy mi go da­wał do pod­pisu, rzekł cicho:

— Ura­tował pan swoją skórę, bo nic ze skrytki nie zgi­nęło. Ale nie mogę panu da­ro­wać, że zro­bił pan ze mnie bła­zna, który nie po­trafił roz­po­znać prawdzi­wych rubi­nów.

Wskaza­łem świecę pa­lącą się w ręku ko­ścielnego:

— Tu jest mroczno, panie dy­rek­torze. Można po­wie­dzieć, że w tej piw­nicy jest na­wet bar­dzo ciemno. I nie­trudno o po­myłkę, prawda?

 

[top]

 


1 Po­przednie przy­gody na­szego bo­ha­tera znaj­dzie Czytelnik w ta­kich książkach jak: „Wy­spa zło­czyńców”, „Pan Sa­mo­cho­dzik i tem­pla­riu­sze”, „Księga stra­chów”, „Nowe przy­gody pana Sa­mo­cho­dzika” [^]

2 Alessandro Ca­glio­stro vel Giu­seppe Bal­samo, hra­bia, uro­dzony w 1743 roku, a zmarły w 1795 roku, Włoch, znany z przygód i awantur­ni­czego ży­cia. Wy­stę­po­wał jako al­che­mik, „cu­downy” le­karz, po­sia­da­jący ta­jem­nicę ka­mie­nia filo­zo­ficz­nego i elik­siru mło­dości, wy­wo­ły­wacz du­chów, wi­zjo­ner. Ści­gany za oszu­stwa i fał­szer­stwa, wę­dro­wał przez liczne mia­sta i kraje Eu­ropy, mię­dzy in­nymi bawił w War­sza­wie. Oskarżony o he­rezję i czary zmarł w wię­zie­niu. Przygody Ca­glio­stra stały się te­ma­tem utworów Schillera, Go­et­hego, Du­masa, Car­lyle'a, ope­retki Straussa i ba­letu Ma­kla­kie­wi­cza [^]

3 Zapewne w chwili, gdy książka trafi do rąk Czytelnika, zagadka grobu Kopernika znajdzie już swoje rozwiązanie, o czym, jak sądzę, wiele będzie się pisało w prasie. [^]