UUK Quality Books


Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i Fantomas

 


Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ZAKOŃCZENIE

 

O dzie­siątej wie­czo­rem — jak zwy­kle, gdy na nie­dzielę przyjeż­dżała ze szkoły w To­urs — czterna­sto­letnia Yvonne mi­nęła most zwo­dzony i zna­lazła się na ogrom­nym pro­sto­kąt­nym tara­sie, gdzie ongiś wznosił się za­mek rodu Marqu­ise'ów, po któ­rym po­zo­stała tylko wielka baszta, zwana don­żo­nem[1]. Na tara­sie stało kil­kana­ście ła­wek. Sie­działa na nich hała­śliwa grupa ame­ry­kań­skich tury­stów, oczekują­cych na za­pad­nię­cie zmroku. To ich ogromny auto­kar wi­działa Yvonne przed bramą parku oka­lają­cego za­mek. Nocą w Le Ch­âteau de Six Da­mes — Zamku Sze­ściu Dam, w każdą so­botę i nie­dzielę, za dwa i pół franka oglą­dać można było wi­do­wi­sko zwane „Dźwięk i światło” — ilu­mi­nację zamku połą­czoną z mu­zyką, pły­nącą z roz­miesz­czo­nych w parku gło­śni­ków.

Gdy Yvonne prze­by­wała w zamku, to ona ob­słu­gi­wała apa­ra­turę wi­do­wi­skową, zain­sta­lo­waną w don­żonie. Lu­biła to zaję­cie, bo oświe­tlony re­flekto­rami za­mek i wy­do­by­wa­jące się jakby spod ziemi dźwięki mu­zyki działały na jej wy­obraźnię. A zresztą, ku­stosz zamku, pan Ar­mand Du­rant czę­sto się mylił, za wcześnie lub za późno uru­cha­miał ta­śmę z dźwię­kiem, re­flektory zaś włą­czał nie w tej ko­lej­ności, w jakiej przewi­dy­wał spe­cjal­nie opra­co­wany sce­na­riusz. Co in­nego jego syn, pięt­na­sto­letni Ro­bert. To był praw­dziwy mistrz w tej dzie­dzi­nie. Gdy dy­ry­go­wał wi­do­wi­skiem, każdy gu­zik w apa­ratu­rze był przy­ci­śnięty z do­kład­no­ścią do pół se­kundy, jak ma­wiał baron Ra­oul de Saint-Ga­tien, wła­ści­ciel zamku.

Yvonne otworzyła drzwiczki w don­żonie i we­szła do ma­łego po­koiku, w po­łowie za­ję­tego przez pul­pit z róż­no­kolo­ro­wymi po­krę­tłami i gu­zicz­kami. Ro­bert już tam był — stał po­chy­lony nad ma­gne­tofo­nem. Przewijał ta­śmę z dźwię­kiem.

— Spóźniasz się, Yvonne — po­wie­dział nie od­wra­cając głowy od pul­pitu. Za pół­torej mi­nuty roz­po­czy­namy wi­do­wi­sko.

— Czy wiesz, co się stało? Stryj znowu do­stał list.

— List? Do­staje co­dziennie sporą pocztę — mruknął Ro­bert.

— To był list od niego. Znowu żąda okupu i wy­zna­cza mie­sięczny ter­min na ze­bra­nie pie­nię­dzy. Grozi, że ukradnie obraz Re­noira[2].

— Plażę Re­noira? — prze­raził się Ro­bert. — To piękny ob­raz... I twój stryj za­płaci okup?

— Nie — wzruszyła ra­mio­nami Yvonne. — Prze­cież wiesz, że nie ma pie­nię­dzy.

— To co bę­dzie? On ukradnie ten obraz... — wes­tchnął Ro­bert.

Yvonne tupnęła nogą.

— Mó­wisz tak samo, jak wszyscy. Z re­zy­gna­cją. Jakby to była zwy­kła rzecz, że on po­trafi prze­nik­nąć przez mury i do­stać się do strzeżonej gale­rii. A sys­tem alar­mowy? Fo­to­ko­mórki? Czy my­ślisz, że on jest nie­wi­dzialny?

— A jed­nak ukradł je­den obraz. Z in­nych gale­rii rów­nież krad­nie. Poli­cja jest bez­radna. Sama o tym wiesz.

Yvonne za­my­śliła się.

— Słu­chaj, Ro­bert — ode­zwała się po chwili. — Może do gale­rii pro­wa­dzi ja­kieś tajne przejście, o któ­rym wie tylko on? Tę gale­rię bu­do­wała Kata­rzyna Me­dy­cej­ska[3].

— Są­dzisz, że baron nie wie­działby o tym przejściu? Albo mój oj­ciec? — po­wąt­pie­wał Ro­bert.

Na­gle zerk­nął na zega­rek.

— O Boże, spóźnili­śmy się o trzy se­kundy! — za­wołał.

I przy­ci­snął na pul­picie czerwony guzi­czek.

Pro­mie­nie trzech sil­nych re­flektorów wy­do­były z ciemności sze­roko roz­laną rzekę. Uka­zał się srebrny nurt, spływa­jący pod czarne luki ka­miennych przę­seł. Po­tem za­palił się re­flektor po dru­giej stro­nie rzeki i oświetlił długą syl­wetkę gale­rii. Póź­niej trzy re­flektory zain­sta­lo­wane w parku wy­łu­skały z ciemności wie­życzki na zamku i dwa zwo­dzone mo­sty.

W noc­nej ciszy roz­legł się cichy, jakby pły­nący z od­dali tętent kopyt koń­skich i tur­kot kół nie­wi­dzialnej ka­rocy. Tę­tent nara­stał, jakby zbli­żał się. Po­tem zmienił się jego ton — to nie­wi­dzialna ka­roca wje­chała na most zwo­dzony.

Dziew­czynce wy­star­czyło przy­mknąć oczy, aby wy­obra­zić sobie, że oto po­wraca do swej sie­dziby kró­lew­ska fa­wo­ryta, Diana de Po­itiers. Albo że przy­bywa tutaj Fran­ci­szek I czy Ma­ria Stu­art, tak jak to opi­sano w kro­ni­kach histo­rycz­nych Fran­cji. A czyż nie wspanial­szy był wjazd Ka­rola IX?

Ro­bert przy­ci­śnie za chwilę zie­lony i żółty guzi­czek na pul­picie, z gło­śni­ków po­pły­nie rzewna me­lodia. A nieco póź­niej roz­legną się we­sołe głosy nie­wi­dzialnych bie­siad­ni­ków. Roz­pocznie się kró­lew­skie przyjęcie, jedno z naj­wspanial­szych, ja­kie pa­mięta histo­ria. Wy­dał je tutaj, na zamku Hen­ryk III, a koszto­wało go ono sto ty­sięcy liw­rów. Naj­pięk­niej­sze damy dworu z roz­pusz­czo­nymi wło­sami usłu­gi­wały go­ściom ra­zem z cór­kami kró­lowej, Kata­rzyny Me­dy­cej­skiej...

Tak, ongiś gło­śno było o tym zamku.

Wy­glą­dał dziwnie, a zara­zem wspaniale. Zbu­do­wano go na po­tęż­nych fun­da­mentach sta­rego młyna i na łu­kach ka­miennego mo­stu, który spi­nał brzegi nie­dużej rzeki, do­pływu Lo­ary. W sło­neczny letni dzień jego rene­san­sowa bryła zda­wała się prze­gra­dzać sze­roko roz­laną rzekę z bia­łymi mie­li­znami łach piaszczy­stych i zie­lo­nymi, po­ro­śniętymi wi­kliną brze­gami. Sre­brzy­sty nurt jed­nak jakby go nie za­uwa­żał — zale­dwie mu­skał filary ka­mienne, z ci­chym beł­ko­tem prze­pły­wa­jąc pod mrocz­nymi łu­kami ogromnej gale­rii, w któ­rej z ro­mantycz­nym pej­za­żem i bla­skiem słońca wpa­dają­cym przez rene­san­sowe okna są­sia­do­wały roz­wie­szone na ścia­nach sze­regi obra­zów no­wo­cze­snych mala­rzy: Pi­cassa[4], Mati­sse'a[5], Re­noira i wielu, wielu in­nych. Zbiór tych obra­zów i ów tak od­mienny kra­jo­braz wi­dziany z okien starej bu­dowli two­rzyły ra­zem jakby nowy, za­dzi­wia­jący świat, w któ­rym piękno zda­wało się być czymś naj­wspanial­szym, naj­bar­dziej god­nym uwagi.

Za­mek Sze­ściu Dam nale­żał ongiś do rodu Marqu­ise'ów, któ­rzy na fun­da­mentach sta­rego młyna na pra­wym brzegu wznieśli po­nure za­mczysko z wielką basztą. Utra­cju­sze i hu­lacy, w 1512 roku sprzedali za­mczysko pod­skar­biemu kró­lew­skiemu Thoma­sowi Bo­hier, któ­rego żona Ca­therine Bri­gon­net, dama wrażliwa na piękno, upodobała sobie ten cichy za­kątek, ka­zała zbu­rzyć stary bu­dy­nek i po­zo­sta­wiw­szy tylko po­tężną basztę, wzniosła tuż obok piękny za­me­czek z wie­życzkami w czte­rech ro­gach. Po jej śmierci za­mek prze­szedł na wła­sność kró­lów fran­cu­skich. Hen­ryk II ofia­rował go swej fa­wo­rycie, słyn­nej z mody Dia­nie de Po­itiers. Jej to za­mek za­wdzięczał most przez rzekę i piękny duży ogród na pra­wym brzegu.

Gdy umarł Hen­ryk II, Kata­rzyna Me­dy­cej­ska ode­brała za­mek pani de Po­itiers, za­zdro­sna o wpływ, jaki Diana miała na króla. Ale nie­na­wiść, jaką no­siła w sercu do pięk­nej Diany, nie ob­jęła zamku. Kata­rzyna Me­dy­cej­ska lubiła prze­pych i wy­stawność, łą­cząc je ze zna­ko­mi­tym po­czu­ciem piękna. Na mo­ście zbu­do­wała dwu­po­zio­mową gale­rię, po­sze­rzyła nieco za­mek i sprowa­dziła do niego z Włoch piękne me­ble, po­sągi i książki.

Po la­tach Kata­rzyna Me­dy­cej­ska da­ro­wała za­mek swej pa­sier­bicy. Lu­dwice Lota­ryń­skiej, mał­żonce Hen­ryka III. A gdy Hen­ryk w cza­sie walk reli­gij­nych zo­stał za­mor­do­wany przez kato­lic­kiego mni­cha Ja­cques Cle­menta, nie­po­cie­szona Lu­dwika przez jede­na­ście lat — aż do śmierci — opła­ki­wała tu swego mał­żonka. Na­zy­wano ją Białą Damą lub Białą Królową, bo od śmierci męża przyw­działa na zaw­sze obo­wią­zu­jący na dwo­rze biały strój ża­łobny. Jej kom­nata, łoże, dy­wan i fotele — wszystko było w kolo­rze bia­łym. Le­genda mówi, że w rocz­nicę za­mor­do­wa­nia króla Biała Dama po­jawia się w oknach zamku.

W na­stęp­nych la­tach losy zamku to­czyły się nie na­zbyt cie­ka­wie, aż do chwili, gdy otrzymał go za­rządca dóbr kró­lew­skich, Du­pin. Jego żona, ma­dame Du­pin, przyja­ciółka ar­ty­stów, pro­wa­dziła znany w histo­rii salon lite­racki. W zamku spo­tykali się naj­słyn­niejsi lu­dzie tam­tej opoki. Wiele czasu spę­dził tu Jean Ja­cques Ro­us­seau[6], który był na­uczycie­lem sy­nów pań­stwa Du­pin. To wła­śnie z tej ro­dziny po­cho­dziła Au­rora Du­pin, znana jako Geo­rge Sand[7], przyja­ciółka Fry­de­ryka Cho­pina.

W 1864 roku wła­ści­cielką zamku zo­stała ma­dame Pe­louze, która za cel swego ży­cia po­sta­wiła sobie odre­stau­ro­wa­nie, nad­wą­tlonej przez czas, po­tęż­nej bu­dowli. Przywró­ciła zam­kowi świetność i wspania­łość, która po­zo­stała do dziś.

Sze­ściu ko­bie­tom za­wdzięcza za­mek swoją urodę, dla­tego na­zwano go Zamkiem Sze­ściu Dam.

Jego los związany był z ich lo­sem, jego mury — jak naj­wier­niej­szy przyjaciel — były po­wier­ni­kiem ich uśmie­chów i wes­tchnień.

Pani Bo­hier, Diana de Po­itiers, Kata­rzyna di Me­dici, Lu­dwika Lota­ryń­ska, pani Du­pin i pani Pe­louze. Każda z nich była inna, każda piętno swej in­dy­wi­dual­ności po­zo­sta­wiła na zaw­sze w kształcie tej bu­dowli. A prze­cież po­wstała z tego piękna ca­łość, za­dzi­wia­jąca i za­ra­zem wspaniała.

 

— Uwaga, Yvonne! — krzyknął Ro­bert. — Za pięt­na­ście se­kund włącz re­flektor na pra­wej wie­życzce.

Dziew­czynka ock­nęła się z ma­rzeń. Tu­ry­stom nale­żało się efektowne za­koń­cze­nie wi­do­wi­ska. Mnó­stwo jest bo­wiem pięk­nych zam­ków w doli­nie Lo­ary, a pięć­dzie­siąt z nich po­siada ilu­mi­nację świetlną, połą­czoną z mu­zyką. Jeśli chciało się do leżą­cego nieco na ubo­czu Zamku Sze­ściu Dam ścią­gnąć wy­cieczki, wi­do­wi­sko mu­siało być rze­czy­wi­ście wspaniałe.

Włą­czyła re­flektor na pra­wej wie­życzce. Po­tem na lewej. Strugi światła roz­ja­śniły park i ogród Diany de Po­itiers, osre­brzyły wody rzeki i ka­nału opływa­ją­cego stary don­żon.

Z gło­śni­ków spły­nęły ła­godne dźwięki me­nueta...

I rap­tem...

Ta­niec zo­stał prze­rwany. Gło­śniki za­mil­kły.

Czyżby ze­psuło się coś w apa­ratu­rze dźwięko­wej?

Ro­bert i Yvonne rzu­cili się do ma­gne­to­fonu. Tar­cza z ta­śmą obra­cała się wolno. Ale gło­śniki mil­czały.

— Do licha! I to na samym końcu — burknął Ro­bert. — Go­towi zażą­dać zwrotu pie­nię­dzy.

W gło­śni­kach coś za­chry­piało. A po­tem roz­legł się do­no­śny głos:

„Mówi Fan­to­mas. Uwaga! Mówi Fan­to­mas! Jeśli nie otrzymam okupu, za mie­siąc zgi­nie obraz Re­noira. Jesz­cze raz przy­po­mi­nam: za mie­siąc zgi­nie Plaża Re­noira!”

Na­stała cisza. A po chwili, jak gdyby nic się nie stało, za­brzmiał znowu rytm me­nueta.

— Sły­sza­łeś? — Yvonne chwyciła Ro­berta za ramię.

— Jak mo­głem nie sły­szeć? Wy­dzie­rał się na cały park.

— Ale gdzie on się włą­czył? Gdzie on jest? — py­tała roz­go­rącz­ko­wana dziew­czynka. — Przewody bie­gną po ca­łym parku. Chodźmy go szu­kać. Trzeba go schwytać, za­wia­do­mić poli­cję! — za­wo­łała.

Chłopiec wzruszył ra­mio­nami. I wskazał obra­ca­jące się wolno ta­lerze ma­gne­to­fonu.

— On jest tutaj.

— Gdzie? — nie ro­zu­miała.

— Na na­szej ta­śmie z mu­zyką. Wkleił do niej ka­wa­łek ta­śmy z na­gra­niem swego głosu.

— Ja­kim spo­so­bem? Prze­cież apa­ra­tura jest cały dzień za­mknięta.

— Nie wiem, kiedy to zro­bił — za­sta­na­wiał się chło­piec. — My­ślę jed­nak, że stało się to przed dwiema go­dzi­nami. Pa­mię­tasz, że trzy­nasty gło­śnik tro­chę chry­piał? Oj­ciec we­zwał spe­cjali­stę z To­urs. Był tu przed dwiema go­dzi­nami. Gło­śnik na­pra­wił. I tu, do apa­ra­tury też za­glą­dał.

— Po­zwo­liłeś mu tutaj zo­stać sa­memu?

— Prze­cież nie wie­działem, że to jest on? A zresztą, wy­słał mnie pod gło­śnik do parku, że­bym sprawdził, czy już nie chrypi. Wtedy mógł wkleić ka­wa­łek ta­śmy. W do­wol­nym miej­scu, ro­zu­miesz?

Do po­mieszcze­nia w don­żonie wpadł oj­ciec Ro­berta, ku­stosz, pan Du­rant.

— Co to było? Co to ma zna­czyć? — wołał wzburzony. — Czy wy stro­icie sobie głu­pie żarty?

Dziew­czynka wskazała ma­gne­tofon.

— To był głos zło­dzieja, pro­szę pana. Wklejono jego słowa na ta­śmę z pod­kła­dem mu­zycznym.

Ku­stosz zbli­żył się do ma­gne­to­fonu. Ale ta­śma wciąż jesz­cze prze­su­wała się na taler­zach. Wi­do­wi­sko koń­czyło się do­piero za pięć mi­nut.

— A więc to ta­aak... — mruknął.

— Fan­to­mas! — prychnęła po­gar­dli­wie dziew­czynka. — To bar­dzo głu­pio wy­bie­rać sobie taki przy­do­mek, prawda?

Chłopiec za­prze­czył:

— To nie jest głu­piec. I prze­ko­nasz się, Yvonne, że je­śli baron nie za­płaci okupu, to on na­prawdę skradnie obraz Re­noira.

Ku­stosz wy­biegł na ta­ras, aby po za­koń­cze­niu wi­do­wi­ska prze­pro­sić tury­stów za dziwny głos, który usły­szeli.

Ale to było zu­peł­nie zby­teczne.

— Zło­dziej, który wam grozi? Fan­to­mas, który uprzedza o kra­dzieży? — sceptycz­nie od­niósł się do tej sprawy jakiś gruby Ame­ryka­nin.

— Nie bu­jajcie nas. Znamy się na re­kla­mie. To taki wasz nowy trick, żeby ścią­gnąć tury­stów.

To mó­wiąc wy­pluł gumę do żucia pod zwo­dzony most na ka­nale.

 


ROZDZIAŁ PIERWSZY [top]

NIESPODZIEWANA WIZYTA • GOŁĄB CZY JASTRZĄB • KIM JEST FANTOMAS • O DZIWNYCH KRADZIEŻACH • W DRODZE DO ORLEANU • W „WIELKIM OGRODZIE FRANCJI” • KTO NAS ŚLEDZI • BŁĘKITNY HELIKOPTER • KIM BYŁA JOANNA D'ARC • LIST OD KAREN I CO Z TEGO WYNIKŁO • NA TROPIE NOWEJ PRZYGODY

 

W Pa­ryżu, w Hotel du Nord, gdzie spę­dzi­łem pierwszą noc po przyjeź­dzie do Fran­cji, póź­nym ran­kiem za­pukał do mnie jakiś męż­czy­zna.

— Mon­sieur Thomas? — za­pytał, gdy otworzy­łem drzwi. Był to śred­niego wzrostu bru­net o wy­glą­dzie ma­ło­mia­steczko­wego fry­zjera. Miał czarne wą­siki, jak słynny amant Clark Ga­ble, i dłu­gie baki. Wiek przy­by­łego był trudny do okre­śle­nia: mógł mieć czterdzie­ści, a na­wet pięć­dzie­siąt lat.

— Tak, je­stem To­masz — od­rze­kłem uprzejmie. — A z kim mam przyjem­ność?

— Czy jest pan owym Pa­nem Sa­mo­cho­dzi­kiem, który przyjechał z Pol­ski? — upewniał się je­go­mość.

— Tak mnie na­zy­wają przyja­ciele — od­par­łem nie­chęt­nie. — Ale nie lubię tego prze­zwi­ska, bo brzmi bar­dzo dzie­cin­nie. Bar­dzo pana prze­pra­szam, z kim mam przyjem­ność?

— Na­zy­wam się Ga­spard Pi­geon — wy­cią­gnął do mnie małą wy­pie­lę­gno­waną dłoń. — Je­stem de­tek­ty­wem jed­nej z wiel­kich agencji ubezpie­cze­nio­wych i po­dob­nie jak pan mu­szę dziś je­chać do zamku ba­rona de Saint-Ga­tien. Nie­stety, dzi­siej­szej nocy skra­dziono mi w Paryżu sa­mo­chód. Czy w związku z tą przy­krą sprawą mógłbym sko­rzy­stać z oka­zji i za­brać się z pa­nem do Zamku Sze­ściu Dam? Na­zy­wam się Ga­spard Pi­geon — po­wtó­rzył swoje na­zwi­sko, pilnie za­glą­dając mi w twarz, jakby w oczeki­wa­niu, że do­strzeże na niej iro­niczny uśmieszek.

„Ga­spard” to po pol­sku Ka­sper. „Pi­geon” — gołąb. A więc ten pan na­zywa się Ka­sper Go­łąb. Bio­rąc zaś pod uwagę, że z za­wodu był de­tek­ty­wem, nie­jed­nemu za­pewne wy­da­wała się za­bawna myśl o gołę­biu tro­pią­cym dra­pież­ców prze­stęp­czego świata.

Wskaza­łem mu uprzejmie krze­sło i po­zwo­liłem sobie na zdziwie­nie:

— Skąd pan wie­dział o moim przyjeź­dzie, za­trzyma­niu się w Hotel du Nord i przezwi­sku Pan Sa­mo­cho­dzik?

Uśmiech­nął się z dumą.

— Po pierwsze, je­stem prze­cież de­tek­ty­wem, a po dru­gie, o pana przyjeź­dzie pi­sały ga­zety.

To mó­wiąc podał mi jakiś pary­ski bru­ko­wiec z dzi­siej­szą datą i wskazał nie­wielką no­tatkę na­stę­pują­cej treści:

W związku z kra­dzie­żami obra­zów z gale­rii ba­rona de Saint-Ga­tien przy­był wczoraj do Pa­ryża i za­trzy­mał się w Hotel du Nord znany w Pol­sce spe­cjali­sta do walki ze zło­dziejami dzieł sztuki, no­szący przy­do­mek Pan Sa­mo­cho­dzik. Przyjechał on do Francji na za­pro­sze­nie ba­rona de Saint-Ga­tien, któ­remu zło­dziej za­gro­ził kra­dzieżą słyn­nego ob­razu Plaża Re­noira. Czy spe­cjali­sta z Pol­ski zdoła ustrzec ba­rona przed nową kra­dzieżą i zde­ma­sko­wać zło­czyńcę, który przy­brał pseudo­nim Fantomas?
Agencja Ubezpie­cze­niowa, w któ­rej ba­ron ubezpie­czył swoje ob­razy, ścią­gnęła z Londynu swego naj­zdol­niej­szego de­tek­tywa, pana Ga­sparda Pi­geona, aby wyja­śnił za­gadkę kra­dzieży. Cała sprawa za­po­wiada się tym bar­dziej cie­ka­wie, że zło­dziej wła­śnie na dzi­siej­szą noc za­po­wie­dział kra­dzież ob­razu Re­noira. Czy zdoła wy­ko­nać swą groźbę, skoro aż dwóch de­tek­ty­wów bę­dzie strzegło gale­rii w Zamku Sze­ściu Dam?
Nie omiesz­kamy po­in­for­mo­wać o tym czy­telni­ków na­szej ga­zety.

 

Prze­czy­tałem uważnie no­tatkę i wzruszy­łem ra­mio­nami.

— No cóż — stwierdzi­łem — dziennika­rze są, jak z tego wi­dać, świetnie poin­for­mo­wani. Czy wie­dzą rów­nież, że panu skra­dziono sa­mo­chód?

— Nie. I wo­lał­bym tej sprawie nie nadawać roz­głosu. To tro­chę kom­pro­mi­tu­jące. Mu­szę panu wy­znać, że o tej kra­dzieży na­wet nie po­wia­do­mi­łem poli­cji.

— Dla­czego? — zdziwi­łem się.

— Sa­mo­chód się znaj­dzie. Jutro albo po­jutrze bę­dzie stał na któ­rejś z bocznych pary­skich uli­czek. Ko­muś zale­żało na tym, abym opóźnił swój wy­jazd do zamku.

— Ma pan ja­kieś kon­kretne po­dej­rze­nia?

— Oczywi­ście. Na par­kingu stało trzy­dzie­ści sa­mo­cho­dów. Lep­szych, pięk­niej­szych, ła­twiejszych do ukra­dze­nia niż mój. A jed­nak zgi­nął tylko mój hum­ber.

— Ro­zu­miem — ski­ną­łem głową. — Czy do­my­śla się pan, kto był sprawcą?

— Ja­sne! — roze­śmiał się triumfu­jąco, jakby już kładł swą małą dłoń na ra­mie­niu prze­stępcy. — Dla­tego po­win­ni­śmy się śpie­szyć, pro­szę pana. Mu­szę jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w zamku. Pan pew­nie wie, o co cho­dzi, prawda?

— Tak.

— Aż z Pol­ski we­zwano pana w tej sprawie — po­dra­pał się za le­wym uchem, za­tro­skany, że nie oka­zano cał­ko­wi­tego za­ufa­nia jemu, słyn­nemu de­tek­ty­wowi, Ga­spar­dowi Pi­geo­nowi. — Czy pra­cuje pan w pol­skiej poli­cji?

— Nie. W Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Sztuki. W Na­czel­nym Za­rzą­dzie Mu­zeów. Z wy­kształce­nia je­stem histo­ry­kiem sztuki.

— Ach, więc sprawami kry­mi­nal­nymi zaj­muje się pan tylko z amator­stwa? — wy­raź­nie ucie­szył się pan Pi­geon.

— Owszem — przytak­ną­łem. — Ale i w Pol­sce, po­dob­nie jak w wielu in­nych kra­jach, działają fał­sze­rze dzieł sztuki, zło­dzieje za­byt­ko­wych przed­miotów, lu­dzie zaj­mu­jący się nie­le­gal­nym han­dlem anty­kami. Kil­ka­krot­nie udało mi się z nimi roz­pra­wić. Jako rze­czo­znawca dzieł sztuki współpra­co­wa­łem z mili­cją.

— No, tak. Ro­zu­miem — po­kiwał głową bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lony — ale bar­dzo wąt­pię, czy do­tych­cza­sowe do­świad­cze­nie przyda się panu w tej sprawie. Co do mnie, drogi panie — roz­siadł się wy­god­niej na krze­śle — mam na swym kon­cie wielu schwyta­nych prze­stęp­ców. Trzeba panu wie­dzieć, że w związku z kra­dzieżą w Zamku Sze­ściu Dam moja Agencja Ubezpie­cze­niowa od­wo­łała mnie aż z Lon­dynu, gdzie zaj­mo­wa­łem się sprawą zagi­nię­cia za­byt­ko­wych klej­no­tów, nale­żą­cych do lady Pem­broke. Agencja Ubezpie­cze­niowa uznała, że nikt inny poza Pi­geo­nem nie zdoła roz­wi­kłać tej no­wej za­gadki. Jak panu za­pewne wia­domo, w ostatnich mie­sią­cach do­ko­nano kilku zu­chwałych kra­dzieży ob­ra­zów w zam­kach nad Lo­arą.

— Wiem. W An­gers, w Cham­bord i w Am­boise.

— Ach, zo­stał pan o tym poin­for­mo­wany? — zdziwił się.

— Wiem tylko to, co pi­sała o tym fran­cuska prasa — wy­ja­śni­łem.

— Ob­razy z tych trzech zam­ków ubezpie­czone były w in­nej, kon­ku­ren­cyj­nej agencji ubezpie­cze­nio­wej, więc nic mnie one nie ob­cho­dzą. Ale gdy w Zamku Sze­ściu Dam skra­dziono ob­raz Cé­zanne'a[8], za który nasza Agencja musi baro­nowi wy­pła­cić ogromne od­szkodo­wa­nie, a na do­miar złego zło­dziej za­po­wie­dział kra­dzież ob­razu Re­noira, Za­rząd Agencji wziął sobie tę sprawę mocno do serca. Śpieszmy za­tem do Zamku Sze­ściu Dam.

Za­bra­łem się do pa­ko­wa­nia swoich rze­czy po­roz­rzu­ca­nych w po­koju ho­telo­wym, a pan Ga­spard Pi­geon, który ode­tchnął z wy­raźną ulgą, gdy do­wie­dział się, że w detek­tywi­stycznym fachu je­stem tylko amatorem, roz­gadał się nie szczędząc sobie po­chwał. Z wy­glądu i za­cho­wa­nia coraz bar­dziej przy­po­minał mi po­stać z po­wie­ści kry­mi­nal­nych Agaty Chri­stie, słyn­nego de­tek­tywa pana Po­irota. Tylko że tam­ten nie pra­co­wał na zle­cenie Agencji Ubezpie­cze­nio­wej.

— Drogi pa­nie — mó­wił — noszę wpraw­dzie na­zwi­sko Go­łąb, ale bez fał­szy­wej skromno­ści mu­szę panu po­wie­dzieć, że w całej Eu­ropie na dźwięk mego na­zwi­ska drżą prze­stępcy zaj­mu­jący się kra­dzieżą dzieł sztuki. Po­wi­nie­nem się na­zy­wać „Ja­strząb” lub „Orzeł”, al­bo­wiem jak każdy z tych pta­ków nie­spo­dziewa­nie, z góry spa­dam na swoją ofiarę i pa­kuję ją za kratki. Współ­pra­cując ze mną, przy­glą­dając się mojej robo­cie, wiele pan się zdoła na­uczyć. Tym bar­dziej że sprawa, którą mi po­wie­rzono, jest nie­zwy­kle trudna. Kryje się za nią Fan­to­mas.

— Fan­to­mas? — lek­ce­wa­żąco wzruszy­łem ra­mio­nami. — To brzmi śmiesznie. Jeśli mnie pa­mięć nie myli, Fan­to­mas to po­stać lite­racka.

— Z bru­ko­wej lite­ra­tury — do­rzucił pan Pi­geon. — Bo­daj przed pięć­dzie­się­ciu laty dwaj fran­cuscy dziennika­rze opu­bli­ko­wali po­wieść w od­cin­kach, któ­rej bo­hate­rem był nie­jaki Fan­to­mas. Jak wskazuje rdzeń tego na­zwi­ska, po­cho­dzi ono od słowa „fantom”, czyli „widmo, wi­dzia­dło, duch”. Fan­to­mas w tej po­wie­ści to człowiek-widmo, prze­ni­ka­jący mury i ściany.

— Ogląda­łem fil­mowe wcielenie Fan­to­masa — do­rzu­ciłem.

— A tak — ski­nął głową pan Pi­geon. — W fil­mie zro­biono z niego de­mo­nicz­nego prze­stępcę, po­słu­gują­cego się naj­no­wo­cze­śniej­szą tech­niką, mi­strza cha­rak­tery­zacji. Jed­nym sło­wem, czło­wieka o stu twa­rzach.

— A Fan­to­mas z zam­ków nad Lo­arą? — za­py­tałem ostrożnie.

— To oczywi­ście człowiek, który poza pseudo­ni­mem, jaki sobie przy­brał, oraz po­dobną me­todą działania nie ma nic wspólnego z tam­tymi po­sta­ciami. Li­sty z po­gróż­kami do wła­ści­cieli gale­rii pod­pi­suje na­zwi­skiem Fan­to­mas i po­dob­nie jak tam­ten prze­nika przez mury strzeżonej gale­rii. Nie po­zo­sta­wia­jąc żad­nych śla­dów za­biera naj­cen­niej­szy obraz, a na jego miej­scu wie­sza falsy­fikat. Ale tym ra­zem trafił swój na swego. Udawało mu się, do­póki miał do czy­nie­nia z in­nymi de­tek­ty­wami. Te­raz ja, Pi­geon, ru­szam do walki z Fan­to­ma­sem. On zdaje sobie sprawę, jakie mu grozi nie­bez­pie­czeń­stwo i dla­tego tak boi się mego przyjazdu do zamku hra­biego de Saint-Ga­tien. Skradł mój sa­mo­chód? To nic. Skoro raz wpadnę na trop Fan­to­masa, już nic nie zdoła mnie z niego sprowa­dzić — za­krzyknął pan Ga­spard.

I mnie jak gdyby udzielił się jego zapał. Chwyci­łem po­dróżny ne­seser i po­wie­działem z mocą:

— A więc w drogę! Do walki!

Al­bo­wiem nie na­leżę do ludzi, któ­rzy dają się zwo­dzić pozo­rom. Pan Pi­geon po­cho­dził chyba gdzieś z połu­dnia Fran­cji i jak większość połu­dniow­ców był ga­da­tliwy oraz zdra­dzał skłonności do fan­faro­nady. Nie­mniej mo­gła to być tylko ma­ska, kry­jąca spryt i in­teli­gen­cję. Prze­stępca, który po­chopnie osą­dził pana Pi­geona jako skłonnego do prze­chwałek głupca, za­pewne ry­chło tra­fiał za kratki. Po­ważna Agencja Ubezpie­cze­niowa nie za­trud­nia­łaby fan­fa­rona, a tym bar­dziej nie wy­sy­ła­łaby go w tak trud­nej sprawie.

W hallu ho­telo­wym boy w błę­kitnej libe­rii podał panu Pi­geo­nowi jego po­dróżny ne­seser i płaszcz -pro­cho­wiec, które to rze­czy po­zo­sta­wił u niego de­tek­tyw, za­nim po­szedł do mnie na górę. Wy­szli­śmy przed hotel i skie­ro­wali­śmy się na po­bliski par­king.

— Co to za pudło? — z dużą dozą zdziwie­nia za­pytał pan Ga­spard, gdy za­trzyma­łem się przy swoim we­hi­kule.

Nie by­łem za­sko­czony tym pyta­niem. Wpraw­dzie w Pa­ryżu nie­jedno wi­dziano i byle czym nie za­dziwi się Fran­cuza, ale w dłu­gim sze­regu lśniących lakie­rem wspania­łych wo­zów mój we­hikuł wy­glą­dał rze­czy­wi­ście szka­rad­nie. Wi­dok tego czółna skrzyżo­wa­nego z namio­tem mógł za­sko­czyć na­wet tych, któ­rzy przywykli już do pa­nują­cej na Za­cho­dzie mody jeż­dże­nia bar­dzo sta­rymi gra­tami. Bo to nie był grat ja­kiejś okre­ślo­nej starej marki, lecz dziwny stwór, jakby jakaś larwa wy­bału­sza­jąca oczy wy­pu­kłych re­flektorów. I ten jego śmieszny, za­darty kuper. I ta karo­seria młotkiem wy­kle­pana...

Wy­ja­śni­łem su­cho:

— Ten wóz zro­bił mój wu­jek, za­po­znany wy­na­lazca. Bu­dowa we­hi­kułu to było jego hobby. Gdy zmarł, otrzyma­łem wóz w spadku. Służy mi zresztą zna­ko­micie.

— No tak, to naj­waż­niej­sze — zgo­dził się pan Pi­geon i po­dra­pał się za le­wym uchem.

Ale mimo to z dużą nie­ufno­ścią za­siadł w we­hi­kule, jakby oba­wia­jąc się, że ten po­twór nagle pęk­nie, kich­nie albo wy­buchnie i wy­rzuci nas w prze­stwo­rza. Oczywi­ście, w kawał­kach.

Z Pa­ryża, po dłu­gim klu­cze­niu i wy­py­ty­wa­niu o drogę, la­wi­rując wśród setek sa­mo­cho­dów mknących uli­cami tego nie­zwy­kle ru­chli­wego mia­sta, wy­je­cha­liśmy na szosę do Orle­anu, odle­głego o 116 ki­lo­me­trów od sto­licy Fran­cji.

 

*   *   *

Był trzeci lipca, dzień sło­neczny, choć bar­dzo wietrzny. Wy­jeż­dża­liśmy z Pa­ryża przez słynną Bramę Orle­ańską. Szosa bie­gła tu na le­wym stoku do­liny Bi­évre, opa­dają­cej ku zna­nemu, ślicznemu mia­steczku Bo­urg-la-Re­ine. Po­tem wóz wspiął się na nie­wy­sokie pła­sko­wzgórze i wkrótce uj­rzeli­śmy wieże Montlhéry z XIII i XV wieku. Po prze­byciu małej do­liny Linas, uka­zały się po pra­wej stro­nie za­drze­wione wzgórza leśne. I znowu do­liny l'Orge. Szosa pro­wa­dziła dalej mię­dzy dwoma ma­low­ni­czymi sto­kami i gwałtow­nie opa­dała do Etr­échy, gdzie znaj­duje się piękny ko­ściół z XIII wieku.

Dla tury­sty wiele jest do zwiedza­nia w dro­dze z Pa­ryża do Orle­anu, jak choćby mia­steczko Etampes, roz­cią­ga­jące się w pięk­nej doli­nie, gdzie u stóp pa­górka ozdobio­nego starą kró­lew­ską basztą Gu­inette z XII wieku łą­czą się z sobą rzeki Juine i Charlette. Warto też obej­rzeć ro­mań­ski por­tal w ko­ściele Świętego Ba­zy­lego i wspaniały ko­ściół Notre Dame du Fort z XII wieku, gó­ru­jący nad oko­licą swoją wy­soką na sześćdzie­siąt dwa me­try wieżą.

Lecz nam spieszno było do zamku hra­biego de Saint-Ga­tien i nie za­trzymali­śmy się nig­dzie, na­wet by wy­pić fili­żankę czar­nej kawy, w któ­rymś z przy­droż­nych mo­teli czy re­stau­racji.

Oto pła­sko­wzgórze Be­auce, nie­zwy­kle żyzne, zwane spi­chle­rzem Pa­ryża. A po­tem po lewej ręce uka­zała się na hory­zon­cie długa, ciemna smuga prze­past­nych Bo­rów Orle­ań­skich, obejmu­ją­cych ob­szar trzy­dzie­stu czte­rech ty­sięcy hek­tarów. Bli­sko już był i sam Or­lean, po­prze­dzany roz­le­głymi przedmie­ściami.

Pan Ga­spard Pi­geon, świadom, że je­stem cu­dzo­ziemcem, który po raz pierwszy za­witał w te strony, czuł się w obo­wiązku za­ba­wiać mnie opo­wie­ściami cha­rak­tery­zują­cymi te oko­lice. A trzeba stwierdzić, że umiał opo­wia­dać barwnie i ze swadą.

— Je­dziemy, panie To­ma­szu, w do­linę rzeki Lo­ary, w kra­inę, którą Fran­cuzi na­zy­wają „wielkim ogrodem Fran­cji”. Skądkol­wiek by­śmy tam nie przyje­chali, czy to od strony pła­sko­wzgórza Be­auce, czy od żyz­nego Berry albo od zie­lonej, lesi­stej Ga­tine Man­celle, oto­czą nas win­nice, białe domki i kwiaty. Lecz niech pan nie sądzi, że to istny raj na ziemi, pe­łen kwiatów i owo­ców. Są tu i dzi­kie, nie­go­ścinne, ja­łowe wzgórza są­sia­du­jące z do­li­nami peł­nymi słońca. Jak mó­wią nie­któ­rzy: oko­lice Lo­ary to „pu­szy­sty dy­wan, zło­tymi frędzlami ozdobiony”, Lo­ara zaś, panie To­ma­szu, jest dużą rzeką, pełną sze­ro­kich za­krę­tów. W zależ­ności od kon­figu­racji te­renu, to pły­nie wolno, to znów rwie jak koń ude­rzony ostrogą. Rzeka po­siada liczne do­pływy i nie­sie ku mo­rzu ży­zny na­muł, który od dawna wy­ko­rzy­stują rol­nicy. Za­mie­nili oni wy­schnięte od­nogi Lo­ary we wspaniałe ogrody. Tu nie pra­cuje się płu­giem ani broną, ale ło­patą i gra­biami. Zie­mia po­dzielona jest na ma­lutkie działki, na któ­rych rol­nicy osią­gają astrono­miczne wprost zbiory wa­rzyw i owo­ców. W oko­li­cach Blois rosną naj­wspanial­sze szpa­ragi. W Tu­renni — ar­buzy, po­mi­dory i ka­pusta o nie­zwy­kłym smaku. W An­de­ga­wenii — brzo­skwinie i cze­re­śnie. Po­wi­nien pan obej­rzeć wspaniałe ogrody ró­żane i szkółki owo­cowe w po­bliżu An­gers i Orle­anu. I łań­cuch wzgórz i pa­gór­ków, cią­gnący się od Blois, gdzie jest bar­dzo wiele win­nic. Wła­ści­ciele win­nic wy­ko­rzy­stują natu­ralne groty we wzgórzach wa­pien­nych do prze­cho­wy­wa­nia be­czek z wi­nem. Ach, cóż to za wspaniały wi­dok te stoki wzgórz i pa­gór­ków, gdzie tak pięk­nie rosną gli­cynie, wśród któ­rych wid­nieją otwory do piw­nic z wi­nem.

Wi­nia­rze mieszkają w naj­bliż­szym są­siedztwie swego bo­gactwa, na­zy­wają ich „ja­ski­niowcami”, bo po­sze­rzyli groty, ro­biąc w nich po­mieszcze­nia na staj­nie i wo­zow­nie. Nie jest im ani za zimno zimą, ani za go­rąco latem. Na­prawdę to ba­śniowa kra­ina, jak pisał Teo­fil Gau­tier[9]. Lecz naj­pierw opo­wiem panu o tu­tej­szych wi­nach. Zro­bię to, za­nim po­sma­kuje ich pan wła­snym pod­nie­bie­niem — to mó­wiąc pan Pi­geon gło­śno cmoknął, jakby już na ję­zyku czuł smak wina z oko­lic Blois.

Lecz nagle prze­rwał swą opo­wieść. Się­gnął do nese­sera i wyjął z niego lor­netkę po­lową.

— Czy nie sądzi pan, że je­ste­śmy śle­dzeni? — za­pytał. Spoj­rza­łem we wsteczne lu­sterko. Szosą z Pa­ryża do Orle­anu je­chało mnó­stwo ogrom­nych jak hipo­po­tamy, obła­do­wa­nych ba­ga­żem cię­ża­ró­wek. I dzie­siątki wo­zów oso­bo­wych. Po­nie­waż jed­nak nie prze­kra­cza­łem szybkości sześćdzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę, wszystkie te wozy, duże i małe, wy­prze­dzały mnie i po chwili gi­nęły z oczu. Ża­den z nich nie je­chał za mną przez dłuż­szy czas, co mo­głoby wzbudzić po­dej­rze­nia.

— Nie, pro­szę pana, nic ta­kiego nie za­uwa­ży­łem — od­rze­kłem spoj­rzawszy w lu­sterko.

Szosa za mną była w tej chwili zu­peł­nie pusta.

— W górę! W górę niech pan spoj­rzy! — za­wołał pan Pi­geon.

Od­kręcił boczną szybę i wy­chylił się przez okno.

No tak, miał rację. Od pew­nego czasu leciał za nami mały, błę­kitny heli­kop­ter. To od­dalał się od szosy i nik­nął nam z oczu, to znów zbli­żał się do niej, aby po ja­kimś cza­sie znowu się od­dalić. Nie zwraca­łem na niego uwagi, bo nie przy­szło mi do głowy, że we Fran­cji latają pry­watne he­li­kop­tery i mogą one, tak samo do­brze jak sa­mo­chód, słu­żyć do śle­dze­nia jadą­cego szosą po­jazdu.

Gdy pan Pi­geon wy­chylił się przez okno, błę­kitny heli­kop­ter znaj­do­wał się tuż nad nami. Le­ciał nisko, naj­wy­żej dwieście me­trów nad szosą. I chyba za­uwa­żono z niego pana Pi­geona, heli­kop­ter bo­wiem nagle za­czął się wznosić coraz wy­żej, a póź­niej odle­ciał szybko w bok, w stronę Bo­rów Orle­ań­skich.

— No, widzi pan — stwierdził triumfu­jąco pan Pi­geon i po­dra­pał się za le­wym uchem. — Śle­dzono nas.

Mu­sia­łem przy­znać, że za­cho­wa­nie heli­kop­tera wy­glą­dało po­dej­rza­nie. Co lot­ni­kowi prze­szka­dzało, że Pi­geon go ogląda? Dla­czego na­gle odle­ciał?

— Fan­to­mas nie spuszcza nas z oka — po­wie­dział rado­śnie pan Pi­geon.

Za­pewne świado­mość, że jest śle­dzony przez Fan­to­masa, schlebiała jego próż­ności.

Ode­zwała się we mnie nutka prze­kory:

— Jest pan pe­wien, że to Fan­to­mas? A cóż mu przyjdzie ze śle­dze­nia nas? Prze­cież to nie jest ta­jem­nica, że je­dzie pan do zamku hra­biego de Saint-Ga­tien. Wniosku­jąc z mapy sa­mo­cho­do­wej, bę­dziemy tam za dwie go­dziny. Po co, śle­dząc nas, wy­pala aż tyle wy­so­ko­okta­no­wej ben­zyny?

— A wła­śnie. Pan nie zdaje sobie sprawy z grozy sytu­acji — wes­tchnął pan Ga­spard.

— Sytu­acja jest groźna? — za­py­tałem z po­wąt­pie­wa­niem.

— Wie­zie pan ładu­nek dy­na­mitu. To zna­czy mnie, Ga­sparda Pi­geona — wy­prę­żył się dum­nie i po­gła­dził swoje wą­siki. — Fan­to­mas uczyni wszystko, aby nie do­pu­ścić mnie dziś do zamku. Za­po­wie­dział prze­cież kra­dzież ob­razu Re­noira. Do tej pory ob­razu nie ukradł. Do­wie­dział się jed­nak, że jadę do zamku, więc je­dyna szansa dla niego to ukraść ob­raz dzi­siej­szej nocy, a mnie gdzieś w dro­dze za­trzymać. Do jutra, pan ro­zu­mie?

— Za­czy­nam ro­zu­mieć — stwierdzi­łem.

Na tym za­koń­czyła się nasza roz­mowa, bo wje­cha­liśmy w ulice Orle­anu. Gdy zna­leźli­śmy się w cen­trum, w po­bliżu placu du Mar­troi, pan Ga­spard po­prosił, abym za­par­ko­wał wóz obok wy­cho­dzą­cego na chodnik ka­wiar­nia­nego ta­rasu. Za­chę­cił mnie do wy­picia fili­żanki czar­nej kawy, on bo­wiem miał coś do za­ła­twie­nia w orle­ań­skim od­dziale Agencji Ubezpie­cze­nio­wej.

Za­nim usia­dłem na ta­rasie i za­mó­wi­łem kawę, prze­spa­ce­ro­wa­łem się kil­kana­ście kro­ków po placu i są­sied­nich uliczkach. Ta krótka wę­drówka wy­star­czyła, aby się zo­rientować, że Or­lean to mia­sto, w któ­rym nie­po­dzielnie pa­nuje kult Jo­anny d'Arc, zwa­nej Dziewicą Orle­ańską[10]

Na cen­tral­nym placu miej­skim du Mar­troi wznosi się ogromny po­sąg konny, wy­ko­nany przez De­nisa Foy­atiera. Przed wspania­łym ratu­szem rów­nież zo­ba­czyć można fi­gurę mo­dlą­cej się Jo­anny d'Arc, wy­ko­naną na zle­cenie księżnej Marii Orle­ań­skiej. Trze­cia sta­tua znaj­duje się w po­bli­skim ogrodzie: żoł­nierz, zwy­cięzca z 1918 roku, składa laury u stóp Jo­anny. Czwarta rzeźba Jo­anny d'Arc usta­wiona jest na krańcu ogrom­nego ka­miennego mo­stu nad Lo­arą.

Tu­rystę pro­wa­dzi się w tym mie­ście przede wszystkim do inte­re­sują­cego Mu­zeum Jo­anny d'Arc, mieszczą­cego się w pięk­nym rene­san­so­wym gma­chu, i na ulicę Ta­bour, gdzie znaj­dują się bar­dzo stare sie­dziby. W domu pod nu­me­rem 35 wiel­możny pan Ja­kub Bo­ucher, skarbnik księ­cia Orle­ań­skiego, po­dej­mo­wał Jo­annę d'Arc.

Królowie fran­cuscy uwa­żali Or­lean za dru­gie mia­sto Fran­cji po Pa­ryżu. Nic więc dziwnego, że wia­do­mość o oswobo­dze­niu Orle­anu oble­ga­nego przez An­gli­ków w 1429 roku stała się sy­gna­łem do po­wstania prze­ciw nim ca­łego fran­cu­skiego kró­le­stwa. Po­dobną rolę ode­grała w Pol­sce w cza­sach szwedz­kiego po­topu wieść o obronie Czę­sto­chowy.

Or­lean to duże, piękne, ru­chliwe, pra­wie sto ty­sięcy miesz­kań­ców li­czące mia­sto, usy­tu­owane na pra­wym brzegu Lo­ary.

Za­sia­dłem na ta­rasie ka­wiarni i przy­glą­dając się prze­chodniom po­pija­łem mocną kawę, oczekując na po­wrót pana Ga­sparda Pi­geona.

Od czasu do czasu przymy­ka­łem po­wieki i na­gle otwierałem je sze­roko, aby po raz któ­ryś upewnić się, że jed­nak je­stem na ulicy Orle­anu, a nie sie­dzę za swoim biur­kiem w Naczel­nym Za­rzą­dzie Mu­zeów. Za­pro­sze­nie od ba­rona przy­szło przed dwoma tygo­dniami, po­tem wszczą­łem sta­rania o pasz­port. Ale na­wet trzyma­jąc pasz­port w ręku nie mo­głem uwie­rzyć, że wy­ru­szam do Fran­cji, być może po nową przy­godę. Zna­leźć się mia­łem nie tylko w in­nym kraju, ale i jakby w zu­peł­nie in­nym świe­cie. By­łem skrom­nym urzędni­kiem Mi­ni­ster­stwa Kul­tury i Sztuki w pań­stwie, w któ­rym zli­kwi­do­wana zo­stała wielka wła­sność pry­watna i przywi­leje ro­dowe. Mu­zea, zamki, gale­rie dzieł sztuki — wszystko to stało się w moim kraju wła­sno­ścią pań­stwową i za­rzą­dzane było przez wła­dze pań­stwowe. Je­cha­łem zaś do kraju, gdzie większość wspania­łych za­byt­ko­wych pała­ców i zam­ków znaj­do­wała się w rę­kach pry­wat­nych wła­ści­cieli. W zam­kach tych były wspaniałe pry­watne gale­rie obra­zów sta­rych i no­wych mi­strzów. Czy będę umiał do­sto­so­wać się do sytu­acji w tym jakże róż­nym świe­cie?

Za­pro­sze­nie od ba­rona de Saint-Ga­tien do­sta­łem wraz li­stem od Ka­ren Pe­ter­sen[11]. Pi­sała, że jej oj­ciec, sym­pa­tyczny po­szu­ki­wacz skar­bów, ka­pitan Pe­ter­sen, przyjaźni się z hra­bią Ra­oulem de Saint-Ga­tien, wła­ści­cie­lem prze­pięk­nego Zamku Sze­ściu Dam. Przyjaźń ta na­ro­dziła się w cza­sie wojny, gdy ka­pitan Pe­ter­sen pły­wał w an­giel­skich kon­wo­jach i ura­tował życie roz­bit­kowi, ofi­ce­rowi fran­cu­skiego okrętu. Był nim baron de Saint-Ga­tien. Ka­ren i ka­pitan Pe­ter­sen by­wali kil­ka­krot­nie w Zamku Sze­ściu Dam i pod­czas ostatnich od­wie­dzin do­wie­dzieli się o kra­dzieży ob­razu Ce­zanne'a z gale­rii ba­rona. Kra­dzież po­prze­dził list z żą­da­niem okupu w wy­soko­ści dzie­się­ciu ty­sięcy dola­rów. Jeśli baron nie złoży okupu — gro­ził ta­jem­niczy osobnik — obraz Ce­zanne'a zo­sta­nie skra­dziony.

Ba­ron okupu nie zło­żył. A po pew­nym cza­sie oka­zało się, że obraz Ce­zanne'a znik­nął z gale­rii, a ści­ślej — za­miast ory­gi­nału zawi­sła tam jego kopia. Po­licja wszczęła śledztwo, ale utknęło ono na martwym punkcie. Sprawcy kra­dzieży nie schwytano.

Mi­nął jakiś czas i baron znowu do­stał list z żą­da­niem okupu tej sa­mej wy­soko­ści. Tym ra­zem okup doty­czył ob­razu Re­noira. Jeśli baron nie za­płaci okupu — gro­ził ten sam ta­jem­niczy osobnik — obraz Re­noira zo­sta­nie skra­dziony przed upływem mie­siąca, a za­miast niego baron bę­dzie mu­siał za­do­wolić się kopią.

Po otrzyma­niu dru­giego listu z żą­da­niem okupu, Ka­ren napi­sała do mnie i za­łą­czyła za­pro­sze­nie do Fran­cji.

Opowia­da­łam ba­ro­nowi o Tobie, To­ma­szu — pi­sała Ka­ren o Twoich suk­ce­sach w poszu­ki­wa­niu zagi­nio­nych zbio­rów mu­zeal­nych i walce z naj­róż­niej­szymi fał­sze­rzami i zło­dziejami anty­ków. Ba­ron bła­gał mnie, abym Cię za­pro­siła do jego zamku. Oczywi­ście, traktuj ten wy­jazd jako zwy­kłą wy­cieczkę do Francji na za­pro­sze­nie przyjaciół. Ale wiem z góry, że wciągnie Cię ta nowa przy­goda. Przyjedź, pro­szę Cię, choćby ze względu na naszą przyjaźń. Zdradzę Ci jesz­cze jedno: być może wkrótce wejdę do ro­dziny de Saint-Ga­tien, je­stem bo­wiem zarę­czona z bra­tan­kiem ba­rona, Vin­cen­tem, przeuro­czym ma­la­rzem, ma­ją­cym pra­cow­nię w Pa­ryżu, na Montmar­tre. Vin­cent to prawdziwy arty­sta, choć jesz­cze nie zy­skał sobie sławy. Jest dzie­dzi­cem zamku i tytułu ba­rona, ale nie myśli o przyjęciu spu­ści­zny po stryju. Żyje bar­dzo bied­nie, nie chce jed­nak zmienić swej ubo­giej pra­cowni na wspania­łości Zamku Sze­ściu Dam.

W tym miej­scu na­stę­po­wał szczegó­łowy opis wszyst­kich du­cho­wych zalet mala­rza Vin­centa. Opis ten, rzecz jasna, da­ruje Czytelni­kom, choć syl­wetka na­kre­ślona przez Ka­ren pre­zen­to­wała się bar­dzo sym­pa­tycz­nie. Czyż mo­głem od­mó­wić proś­bie Ka­ren, która na­ma­wiała mnie na ten wy­jazd, by zy­skać jesz­cze większą sym­patie przyja­ciela swego ojca i stryja swego na­rze­czo­nego?

Wy­znaję szczerze: przyjąłem za­pro­sze­nie, bo jako histo­ryka sztuki po­cią­gała mnie uroda słyn­nych zam­ków w doli­nie Lo­ary. Przyjąłem je rów­nież dla­tego, iż wa­biła mnie nowa przy­goda.

 


ROZDZIAŁ DRUGI [top]

O SERACH Z OLIVET I MADAME POMPADOUR • CZYM JEŹDZI FANTOMAS • CO POWINIEN UMIEĆ DETEKTYW • NAGRODA STO TYSIĘCY FRANKÓW • LIST OD TAJEMNICZEGO „PRZYJACIELA” • W ZRUJNOWANEJ WINNICY • O SMAKU WIN SŁÓW KILKA • ZŁODZIEJE SAMOCHODÓW • RYK OSŁA CZY WOŁANIE O POMOC

 

Z Orle­anu, ulicą Kró­lew­ską, wy­je­cha­liśmy na po­tężny most ka­mienny, zbu­do­wany nad Lo­arą w XVIII wieku. Zo­ba­czy­łem stąd pano­ramę mia­sta ze wspaniale ry­su­jącą się go­tycką syl­wetą kate­dry Świętego Krzyża, no­szą­cej ślady róż­nych sty­lów, jakie wy­stę­po­wały od XIII do XVIII wieku. I po raz pierwszy w życiu uj­rza­łem Lo­arę, rzekę znacznie mniejszą niż nasza Wi­sła, lecz roz­le­wa­jącą się tutaj dość sze­roko.

Ka­pry­śna to rzeka. W ostatnim stu­leciu aż cztery wiel­kie po­wo­dzie pu­sto­szyły do­linę, którą pły­nie. Ma bar­dzo wiele za­koli i za­krę­tów two­rzą­cych ma­low­nicze pej­zaże. To o tej nie­bie­skiej, ka­pry­śnej rzece pisał Pierre Ron­sard[12] i Jo­achim du Bel­lay[13]. To w tej doli­nie na­gro­ma­dziło się wiele wspania­łych zam­ków, tak ją sobie dawni Fran­cuzi upodobali.

Kie­dyś two­rzyła do­godny trakt ko­mu­nika­cyjny, pły­wały po niej statki i barki. Dziś tra­sami ko­mu­nika­cyj­nymi są as­fal­towe szosy, a na wo­dach Lo­ary pły­wają ło­dzie ryba­ków i tu­ry­stów.

Cztery ki­lo­me­try jazdy i oto miej­sco­wość Olivet z mo­stem nad krótką, nie­wielką rzeczką Lo­iret. Ta rzeczka o bar­dzo przejrzy­stych wo­dach wy­try­skuje z ziemi nie opo­dal, w parku ota­cza­ją­cym piękny Pałac Źró­dlany z XVII wieku. Ob­fite źró­dło w bli­skim są­siedztwie Lo­ary na­su­nęło przy­pusz­cze­nie, że rzeka Lo­iret jest jej pod­ziemnym do­pły­wem. Tu, nad Lo­iret czę­sto prze­sia­dują węd­karze, a miej­scem ich ulu­bio­nych spo­tkań są wiej­skie go­spody w uro­czym, ma­łym mia­steczku Olivet, które sły­nie rów­nież z pro­duk­cji wspania­łych se­rów.

Lecz oto już inne mia­steczko, a ra­czej osada Cléry-Sa­int-An­dré ze wspaniałą ba­zy­liką Notre Dame, zbu­do­waną w XV wieku przez Lu­dwika XI, jako wy­raz zło­żo­nego prze­zeń ślu­bo­wa­nia. W ba­zy­lice znaj­duje się piękny gro­bo­wiec tego króla, zro­biony z bia­łego marmuru; król jest przedsta­wiony w po­staci klę­czą­cej przed wize­run­kiem Ma­donny.

Droga znowu skręca ku Lo­arze. I oto długi, czte­ry­stuczter­dzie­sto­me­trowy most o dwu­dzie­stu sze­ściu łu­kach pro­wa­dzi do uro­czego Be­au­gency, bar­dzo sta­rego fran­cu­skiego mia­steczka. Chlubi się ono sta­rym opactwem, śre­dnio­wiecznym zam­kiem i wieżą Ce­zara z XI wieku — kwa­dra­tową, su­rową bu­dowlą z epoki rzymskiej.

Lecz nie za­po­mi­najmy, że do­lina Lo­ary to kra­ina zam­ków. Oto tuż za Be­au­gency znaj­duje się za­mek Mé­nars, zbu­do­wany w XVIII wieku dla mar­kizy de Pompa­dour[14]. Stąd starą, wy­sa­dzaną ogrom­nymi to­po­lami, jede­na­sto­ki­lo­me­trową pro­me­nadą z prze­pięk­nym wi­do­kiem na do­linę Lo­ary dojść można do wspania­łego zamku Cham­bord.

My jed­nak poje­cha­liśmy pro­sto i wkrótce zna­leźli­śmy się w Blois, sta­no­wią­cym cen­trum go­spo­dar­cze i przemy­słowe tego re­jonu Fran­cji.

Prze­mknąwszy uli­cami mia­sta, wkrótce wy­do­stali­śmy się na szosę do To­urs.

— Jaka szkoda, panie To­ma­szu — wes­tchnął Pi­geon, dra­piąc się za le­wym uchem — że nie mamy czasu, aby od­wie­dzić słynny za­mek w Blois. W szes­na­stym wieku był dla Fran­cji tym, czym póź­niej stał się Wer­sal. Na pierwszym pię­trze znaj­duje się gabi­net Kata­rzyny Me­dy­cej­skiej, gdzie od­kryto prze­różne schowki na pre­cjoza i tru­cizny. Po­wia­dają, że jesz­cze nie wszystkie ta­jem­nice jej gabi­netu zo­stały zba­dane. Jest pole do po­pisu dla histo­ry­ków sztuki. Tu, w Blois, za­mor­do­wano księ­cia Hen­ryka de Gu­ise. Ale czemu pan je­dzie tak wolno? Czy na­prawdę nie można przy­śpie­szyć? Obawiam się, że jadąc w ta­kim tem­pie, nie zdo­łamy do­trzeć przed nocą do Zamku Sze­ściu Dam.

Je­cha­łem rze­czy­wi­ście bar­dzo wolno, zale­dwie czter­dziestką.

— Tak, tak — znowu wes­tchnął pan Pi­geon — od razu wi­dać, że w de­tek­tywi­stycznym fachu jest pan tylko amatorem.

— Dla­czego?

— Praw­dziwy de­tek­tyw, jeśli chce wal­czyć z Fan­to­ma­sem, musi mieć szybki i nie­za­wodny sa­mo­chód. Fan­to­mas jest prze­ciw­ni­kiem nie­bez­piecznym. Co by było, gdyby wy­padło panu go ści­gać? Prze­cież pan wciąż je­dzie zale­dwie czter­dziestką. Chyba strasznie długo po­dró­żo­wał pan z Pol­ski. Jak dyli­żan­sem. I nie de­ner­wuje pana taka jazda?

— Nie. Mogę roz­glą­dać się po oko­licy.

— Ach, tak — mruknął pan Ga­spard. — Bo ja mam hum­bera. To nie­za­wodny i szybki wóz.

Nie mo­głem opa­no­wać zło­śli­wo­ści.

— Pan miał hum­bera, pro­szę pana.

— Co zna­czy: mia­łem? — zdziwił się.

— No, bo go panu ukra­dziono.

— A tak, rze­czy­wi­ście — zgo­dził się. — Ale przy­zna pan, że to zna­ko­mity sa­mo­chód.

— Co po sa­mo­cho­dzie, któ­rego już nie ma — wzruszy­łem ra­mio­nami. — Może nim teraz jeź­dzi Fan­to­mas?

— Są­dzi pan, że on jeź­dzi moim sa­mo­cho­dem? — obu­rzył się pan Ga­spard. — A to łaj­dak! Tak, tak, ma pan rację. Wszystko moż­liwe. Na­wet i to, że on teraz roz­piera się w moim wo­zie, a ja mu­szę trząść się w pań­skiej lan­darze. Ale on za­płaci mi za wszystko. Czy wie pan, jaką pre­mię wy­zna­czyła nasza Agencja Ubezpie­cze­niowa za zde­ma­sko­wa­nie Fan­to­masa? Sto ty­sięcy fran­ków! Za taką sumkę mógłbym sobie kupić mały do­mek na połu­dniu Fran­cji i ho­do­wać róże. To moje ma­rze­nie.

— Sto ty­sięcy fran­ków! — jęk­ną­łem.

— To wcale nie tak dużo. Czy pan wie, na jak ogromne straty nara­ził już Fan­to­mas inne agencje ubezpie­cze­niowe? On gra­suje od trzech lat. I to tutaj, w tej oko­licy. Za­częło się od zamku w Am­boise. Za­żądał okupu za obraz Memlinga[15], a gdy mu go nie wy­pła­cono, w gale­rii za­miast ory­gi­nału zna­lazła się kopia. A prze­cież w Am­boise są urzą­dze­nia elek­tro­nowe, ga­lerii dzień i noc strzegą strażnicy. Nie było jed­nak śla­dów wła­ma­nia. Po­tem, pro­szę pana, po­dobna hi­storia wy­da­rzyła się w sta­rym ry­cer­skim zamku w An­gers. Skra­dziono ob­raz Ca­rava­ggia[16], zo­sta­wia­jąc kopię. Trze­cia kra­dzież na­stą­piła w zamku Cham­bord, gdzie ory­ginał ob­razu Watteau[17] oka­zał się falsy­fika­tem. A ostatnio gale­ria w Zamku Sze­ściu Dam... Wszystkie te gale­rie są zna­ko­micie strzeżone. Nig­dzie nie od­kryto śla­dów wła­ma­nia. I za każ­dym ra­zem to samo: naj­pierw żą­danie okupu, po­tem mija jakiś czas i stwierdza się za­mianę ory­gi­nału na falsy­fikat. To sza­tan, nie człowiek. Jak duch, jak widmo prze­nika przez mury, aby po­rwać ory­ginał i za­wie­sić kopię. I choć od mo­mentu, gdy wy­zna­cza okup, czuj­ność strażni­ków jest sto­kroć większa, po­trafi prze­nik­nąć przez ściany i do­ko­nać kra­dzieży. To nie­mal ge­niusz zła, pro­szę pana! — za­wołał z za­chwytem pan Ga­spard.

Uśmiech­ną­łem się. Jego za­chwyt dla Fan­to­masa, za­chwyt gra­ni­czący nie­mal z uwiel­bie­niem, był dla mnie zro­zu­miały. Prawdziwi my­śliwi zaw­sze z za­chwytem i po­dzi­wem opo­wia­dali o zwie­rzy­nie, którą trudno im było upo­lo­wać. Zresztą, pod­no­sząc nie­zwy­kłe wła­ści­wo­ści na­szych prze­ciw­ni­ków, tym sa­mym pod­no­simy i sie­bie.

Do­jeż­dża­liśmy do Am­boise, dzie­się­cio­ty­sięcznego mia­steczka z po­tężną twierdzą, wspaniale ry­su­jącą się na le­wym brzegu Lo­ary. Po­tężne to za­mczysko zbu­do­wał Karol VIII, była tu re­zy­den­cja króla Lu­dwika XI. Zdołałem tylko rzu­cić okiem na groźną syl­wetkę zamku, gdy do­pę­dził nas mo­tocy­klista w głę­bo­kim ka­sku na gło­wie.

Wy­prze­dza­jąc nas, dał znak ręką, abym się za­trzymał.

— Czy mon­sieur Thomas? — za­pytał, nie ga­sząc sil­nika.

— Tak — od­par­łem zdzi­wiony.

Bez słowa wrę­czył mi ko­pertę z li­stem i nie cze­kając na pyta­nie z na­szej strony, ostro ru­szył z miej­sca i znik­nął w uliczkach mia­steczka.

List, napi­sany na ma­szy­nie, za­wie­rał tylko kilka zdań:

W związku z misją, jaką ma Pan do speł­nie­nia w Zamku Sze­ściu Dam, go­tów je­stem udzielić Panu kilku cen­nych in­for­macji. Pro­szę po wy­jeź­dzie z Am­boise skrę­cić na drogę nr GC-31. Po kilku kilo­me­trach zo­baczy Pan po pra­wej stro­nie wzgórze ze zruj­no­waną win­nicą. Tam będę na Pana cze­kał. Przyjaciel.

— Cóż to za list? — za­inte­re­so­wał się pan Pi­geon, po­dejrzliwie ru­sza­jąc wą­si­kami.

W tym mo­men­cie za­uwa­ży­łem, że lewy wą­sik pana Ga­sparda dziwnie ob­sunął się ku do­łowi. To mnie tak zdu­miało, że aż za­nie­mó­wi­łem. A on, zain­try­go­wany moim spoj­rze­niem, do­tknął pal­cami swoich wą­sów, za­mru­gał po­wie­kami, a po­tem roze­śmiał się:

— Od­kleił mi się lewy wąs, co? Pan się dziwi, prawda?

To mó­wiąc się­gnął do kie­szeni, wyjął z niej tubkę z kle­jem i po­sma­rował wą­sik, po czym sta­ran­nie go przy­kleił.

— Nie­stety, mu­szę się za­ma­sko­wać — stwierdził z wes­tchnie­niem i po­dra­pał się za le­wym uchem. — Chyba pan nie sądzi, że uwielbiam takie idio­tyczne fry­zjer­skie wą­siki? No­szę je z ko­nieczności. Żeby zmy­lić Fan­to­masa.

Śmieszny był ten Pi­geon. Czy na­prawdę są­dził, że przy­kle­jając sobie wą­sik, zdoła uśpić czuj­ność Fan­to­masa?

Długą chwilę przy­glą­da­łem mu się z roz­ba­wie­niem.

— Co pan tak na mnie pa­trzy? — zi­ry­tował się w końcu. — Czy pan myśli, że czu­prynę też mam fał­szywą? Otóż tak. No­szę pe­rukę. Czarną pe­rukę. W rze­czy­wi­stości je­stem blon­dy­nem, a na­wet albi­no­sem.

Nie wie­działem: mówi serio czy żar­tuje?

Się­gną­łem do kie­szeni w sa­mo­cho­dzie i wy­jąłem mapę.

— Skrę­cimy na drogę nu­mer trzy­dzie­ści jeden — poin­for­mo­wa­łem Pi­geona. — Wy­zna­czono mi spo­tka­nie w starej win­nicy.

— Co ta­kiego? Ależ to ja­kaś pu­łapka Fan­to­masa! — za­wołał pan Ga­spard. — Chyba nie za­mie­rza pan tam je­chać? Niech pan kie­ruje się wprost do zamku. I pro­szę po­kazać mi ten list.

Po­słusznie wrę­czy­łem list Pi­geo­nowi. Ta­jem­niczy „Przyjaciel” nie prosił o dys­kre­cję. A poza tym, skoro Pi­geon sie­dział w moim we­hi­kule i od­by­wał ze mną po­dróż do Zamku Sze­ściu Dam, siłą rze­czy nie mógłbym się go po­zbyć na czas spo­tka­nia w starej win­nicy.

— Cie­kawe! — mruknął po za­po­zna­niu się z tre­ścią listu. — Może to pu­łapka ze strony Fan­to­masa, a może rze­czy­wi­ście ktoś chce panu udzielić ja­kichś cie­ka­wych in­for­macji.

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Nie mamy wy­boru. Trzeba zary­zy­ko­wać i je­chać na spo­tka­nie. Za­pewne opóźni to tro­chę nasz przyjazd do Zamku Sze­ściu Dam, ale prze­cież jeste­śmy już nie­da­leko, za go­dzinę i tak znaj­dziemy się w zamku.

Wy­je­cha­liśmy z mia­steczka. Zna­la­złem drogę nu­mer 31 i po chwili je­cha­liśmy nią, roz­glą­dając się po oko­licz­nych wzgórzach.

Jak już wspomi­na­łem, od Blois cią­gnie się łań­cuch nie­wy­so­kich pa­gór­ków wa­pien­nych, peł­nych grot i za­głę­bień.

Było połu­dnie, świe­ciło słońce. W zło­tym bla­sku pła­wiły się na sto­kach wzgórz zie­lone win­nice. Tu i ów­dzie, na większych stro­mi­znach, ro­sły prze­śliczne gli­cynie, wśród któ­rych czer­niły się wej­ścia do grot. Wi­nia­rze prze­cho­wy­wali w gro­tach beczki z wi­nem, a cza­sem mieli tam rów­nież staj­nie, chlewnie, na­wet izby miesz­kalne. Nie­które groty miały drzwi i okna. Tu i ów­dzie, po­nad szczyty pa­gór­ków i okrywa­jącą je zie­leń wi­noro­śli wy­strzelały ko­miny, z któ­rych są­czył się dym. Za­pewne wi­nia­rze go­to­wali obiad.

— O, to chyba tam — wskaza­łem pal­cem wzgórze po pra­wej ręce. Naj­pierw za­uwa­ży­łem na wpół zruj­no­wany ko­min, ster­czący ze stoku wzgórza. Na po­chy­łości krzewy wi­noro­śli były rzad­sze, zniszczył je za­pewne grad albo jakaś cho­roba. Może zresztą i zie­mia była tu bar­dziej ka­mie­nista i ja­łowa niż gdzie in­dziej? W po­bliżu roz­wa­lo­nego ko­mina ział czer­nią otwór wio­dący do groty nie­gdyś chyba użyt­ko­wa­nej, bo zo­stały jesz­cze fra­mugi po drzwiach.

Za­trzyma­łem we­hikuł na skraju drogi. Do groty było chyba ze trzy­sta me­trów wspi­naczki po dość dużej po­chy­łości.

— Pój­dzie pan ze mną? — za­py­tałem pana Ga­sparda, choć wcale nie pra­gną­łem jego towa­rzy­stwa.

— Natu­ralnie. Prze­cież mu­szę pana bro­nić, jeśli to pu­łapka — od­rzekł.

Gdy opu­ścił we­hikuł, za­mknąłem drzwiczki i ru­szy­łem pierwszy, od­krywszy wio­dącą w górę starą, ka­mie­nistą ścieżkę. Idąc roz­glą­da­łem się bacznie na wszystkie strony.

Oko­lica była piękna, ale wy­da­wała się bez­ludna. Było upal­nie, a o ta­kiej porze tu­tejsi miesz­kańcy wo­leli chyba swoje chłodne groty niż spa­cery w słońcu. Je­dyny od­głos, jaki do­cierał do mych uszu, to szmer bia­łych wa­pien­nych ka­mieni pod no­gami i gło­śne stąp­nię­cia pod­ku­tych bu­tów pana Ga­sparda, który wlókł się o trzy kroki za mną. Od czasu do czasu ocie­rał chu­s­teczką spo­cone czoło, co świad­czyło, że de­tek­tyw nie był wy­sporto­wany, a już na pewno nie lubił mar­szów w ostrym słońcu.

— Może tutaj za­cze­kamy? — za­pro­po­no­wa­łem przed wej­ściem do mrocznej groty. — Zdaje mi się, że ta­jem­niczy „Przyjaciel” jesz­cze nie przy­był na spo­tka­nie.

— I nie przy­bę­dzie — mruknął pan Pi­geon, nie­spo­koj­nie roz­glą­dając się na wszystkie strony. — Po­wia­dam panu, że to pu­łapka.

Oko­lica wy­glą­dała spo­koj­nie, a na­wet sie­lan­kowo. Prze­czy­ste, błę­kitne niebo nad gło­wami i szy­bu­jące w górze stado bia­łych go­łębi. Niżej głę­boka zie­leń win­nic, a w od­dali, po­śród wzgórz bie­lały ściany wiej­skich dom­ków, zbu­do­wa­nych z łupku. I ci­sza. Taka cisza, że aż w uszach dzwoniło. Jakby to le­ciut­kie dzwonie­nie wy­wo­ły­wały po­toki słońca, spływa­jące na zie­mię.

— Tutaj jest za go­rąco — stwierdził pan Pi­geon, ocie­rając spo­cone czoło. — W ja­skini bę­dzie chłodniej.

I po­ma­sze­rował do groty, z któ­rej po­wiało stę­chli­zną. Po­sze­dłem w ślad za de­tek­ty­wem i zna­la­złem się w przed­sionku ogromnej piw­nicy, toną­cej w mroku. Ściany były wy­gła­dzone ręką ludzką, na ziemi wa­lały się po­ła­mane deski i odrobina gni­jącej słomy, w której bu­szo­wały my­szy.

Było tu jed­nak chłodno i dla­tego przyjem­nie. Pan Ga­spard do­strzegł w kącie próchnie­jącą be­czułkę po winie i usiadł na niej okra­kiem.

— Za­pali pan? — wy­cią­gnął do mnie pu­dełko gau­lo­isów.

— To bar­dzo dobre pa­pie­rosy — rze­kłem przyjmu­jąc po­czę­stu­nek. — U nas w Pol­sce są o po­dob­nym smaku. Na­zy­wają się extra mocne. Gdy znu­dzi mi się fajka, zaw­sze po nie się­gam.

— Tak, tak, gau­loisy to zna­ko­mite pa­pie­rosy — stwierdził pan Pi­geon.

Ale od­nio­słem wra­żenie, że z wiel­kim nie­sma­kiem wy­pu­ścił z ust dym gau­loisa. Czyżby palił jed­nak inne?

— Och, cóż dał­bym teraz za szkla­neczkę wina, które było kie­dyś w tej be­czułce — puk­nął pal­cem w klepki roz­pa­dają­cej się be­czułki i mla­snął gło­śno języ­kiem. — Czy pan wie, jakie wina pro­du­kuje się w tych stro­nach? Już słynny pi­sarz Ra­be­lais[18], pro­szę pana, za­chwycał się tutej­szym wrze­śniowym moszczem win­nym. We­dle podania, sztukę pod­cina­nia wi­noro­śli, aby wy­dały lep­sze owoce, wprowa­dzili mnisi z Marmo­utier w cza­sach świętego Mar­cina. A było to tak: pew­nego dnia osły z pa­stwi­ska ucie­kły do win­nicy i zżarły li­ście i pędy wina. Mnisi uznali, że win­nica zo­stała do­szczętnie znisz­czona, i po­zo­sta­wili ją swemu lo­sowi. Ja­kież jed­nak było ich zdu­mie­nie, gdy w na­stęp­nym roku win­nica ta ob­ro­dziła naj­wspanial­szym gro­nem. I od tego czasu, pro­szę pana, sto­suje się pod­cina­nie mło­dych wi­noro­śli. Naj­lep­sze ich od­miany spo­tkać można na pa­gór­kach pod Vau­vray i Montlouis, noszą one na­zwę „pi­ne­aux”. Inny zaś gatu­nek, po­cho­dzący z oko­lic Bo­urgu­eil i Chi­non, na­zywa się „breton” i znany jest ze spe­cy­ficz­nego mali­no­wego aro­matu. Do­bre, młode wino, pro­szę pana, które opiewa Anatol France[19] ustami Co­ignarda, od­zna­cza się piękną barwą, pachnie wi­noro­ślą i nie­groźne jest w skut­kach dla tych, któ­rzy zbyt chęt­nie speł­niają kieli­chy.

W tym mo­men­cie pan Pi­geon znowu gło­śno mla­snął języ­kiem, jakby na nim po­czuł aro­ma­tyczny mali­nowy smak wina z oko­lic Chi­non.

— Nie uży­wam alko­holu — po­wie­działem.

Po­kręcił głową z dez­apro­batą:

— Skaut — stwierdził. I do­dał: — A „Przyjaciel” ja­koś nie przy­bywa. Może ro­zej­rzymy się po tej pie­cza­rze? — za­pro­po­no­wał dra­piąc się za le­wym uchem. — Nie zwiedzał pan nigdy ta­kich ja­skiń? Pod­ziemne ko­ryta­rze cią­gną się nie­kiedy setki me­trów. By­wają ogromne pie­czary pełne be­czek.

Zro­bił kilka kro­ków w głąb, ale w mroku po­tknął się o jakąś deskę i zre­zy­gno­wał. Bez la­tarki elek­trycznej lub świecy nie można było ryzy­ko­wać zwiedza­nia pod­ziemi.

Na­gle drgnąłem. Gło­śny ryk roz­darł ciszę i gło­śnym echem odbił się w gro­cie. Po czym po­wtó­rzył się kil­ka­krot­nie. Mo­głoby się wy­da­wać, że jakiś okropny po­twór zna­lazł się na dro­dze obok na­szego wzgórza i stwier­dziwszy, że do jego ja­skini przy­szli in­truzi, wściekłym ry­kiem usi­łował ich stąd wy­pę­dzić.

— Co to ta­kiego? — prze­raził się pan Pi­geon. Wy­pa­dli­śmy z ja­skini w ostre pro­mie­nie słońca.

— To nic. To tylko mój sa­mo­chód. Ktoś się do niego do­biera — za­wo­łałem zbie­gając po stoku wzgórza. A za mną, śmiesznie pod­ska­kując, pę­dził pan Ga­spard.

Szosę, która wiła się w dole, za­sła­niał mi stromy stok. Swój we­hikuł zo­ba­czy­łem do­piero wtedy, gdy zna­la­złem się w po­łowie pa­górka.

Klakson wciąż wył, a koło sa­mo­chodu krę­ciło się dwóch męż­czyzn w mo­tocy­klo­wych ka­skach. Oczywiste było, że usi­ło­wali otworzyć drzwiczki i zapu­ścić silnik. Ryk sy­reny za­sko­czył ich, teraz pró­bo­wali zna­leźć me­cha­nizm sy­gna­liza­cyjny i unie­ru­cho­mić go.

Na­gle jeden z nich za­uwa­żył mnie, zbie­gają­cego ze wzgórza. Trą­cił w ramię dru­giego zło­dziejaszka i oby­dwaj bły­ska­wicznie wskoczyli na mo­to­cykl, który — do­piero teraz to za­uwa­ży­łem — stał przed we­hi­ku­łem. Sil­nik mo­tocy­kla przez cały czas pra­co­wał na wol­nych ob­ro­tach, by w każ­dej chwili mo­gli odje­chać.

A we­hikuł, gdy tylko prze­stano ma­ni­pu­lo­wać przy zamku w drzwicz­kach, na­tychmiast za­milkł. Wóz stał cichy i niemy na szo­sie, jakby przed chwilą nic się tu nie działo.

„Po­czciwy brzy­dal” — po­my­śla­łem o nim z uznaniem. A po­tem z jesz­cze większą sym­patią wspo­mniałem mo­jego wujka Gromiłłę, który zbu­do­wał ten we­hikuł i wy­posa­żył go w naj­róż­niej­sze me­cha­ni­zmy.

Zbiegłem na dół, a za mną, po dłuż­szej chwili, zna­lazł się na szo­sie rów­nież pan Ga­spard. Biegł wol­niej ode mnie, nie mógł więc wi­dzieć mo­tocy­kli­stów, krę­cą­cych się koło mo­jego wozu. Co naj­wy­żej sły­szał war­kot mo­tocy­kla, gdy da­wali dra­paka.

— Co się stało? — za­pytał zdy­szany i spo­cony. — Czemu pan leciał jak oszalały? O mało du­cha nie wy­zio­ną­łem. My­śla­łem, że stało się coś strasznego.

— Usi­ło­wano ukraść mój sa­mo­chód — wy­ja­śni­łem.

— Co też pan mówi! Prze­cież tu ni­kogo nie ma!

— Dwaj mo­tocy­kliści. Nie sły­szał pan war­kotu ich mo­toru? Uciekli, gdy we­hikuł za­czął mnie wo­łać na po­moc.

Pan Pi­geon ode­tchnął głę­boko. Po­tem sta­ran­nie otarł chu­s­teczką spo­cone czoło.

— Czy panu nie jest za go­rąco? — za­pytał uprzejmie. — Prze­cież nie bę­dzie pan usi­łował mi wmawiać, że to wył pana sa­mo­chód? Naj­wy­raź­niej sły­sza­łem ryk osła.

— To był klak­son mo­jego we­hi­kułu.

— Nie do wiary. Czyżby trzymał pan osła pod ma­ską swojego wozu? Prze­cież po­trafię od­róż­nić ryk osła od sy­gnału sa­mo­cho­do­wego.

— Mój sy­gnał dźwię­kowy może nie brzmi naj­pięk­niej — stwierdzi­łem — ale za to jest bar­dzo do­no­śny.

— Ro­zu­miem — po­kiwał głową — i go­tów je­stem w to uwie­rzyć. Ale chyba nie bę­dzie usi­łował mi pan wmówić, że we­hikuł wołał pana na po­moc. Różne rze­czy wi­działem na tym świe­cie i na­wet wy­daje mi się prawdo­po­dobne, że ktoś trzyma osła pod ma­ską sa­mo­chodu. Ale żeby jesz­cze do tego miał tam czuj­nego psa, który w kry­tycz­nym mo­men­cie gry­zie osła w ogon i każe mu gło­śno ry­czeć, w to już nie uwie­rzę, drogi panie.

Wy­jąłem z kie­szeni scy­zoryk, otworzy­łem go i po­da­łem panu Pi­geo­nowi.

— Pro­szę bar­dzo. Niech pan spró­buje wło­żyć ostrze w za­mek przy drzwiach mego wozu.

— Po co?

— Pro­szę, sobie wy­obra­zić, że jest pan zło­dziejem, który chce ukraść mój sa­mo­chód.

De­tek­tyw wziął ode mnie scy­zoryk i wło­żył go w za­mek. Sy­rena na­tychmiast za­wyła tak prze­raź­liwie, że pan Pi­geon od­sko­czył jak opa­rzony.

— O Boże! Pan mó­wił prawdę. To jakaś pie­kielna ma­china. Można do­stać za­wału serca, gdy nie­spo­dziewa­nie za­wyje.

Na­resz­cie mo­głem sobie po­we­to­wać jego drwiny z we­hi­kułu.

— Być może mój sa­mo­chód wy­daje się po­wolny — rze­kłem — ale nie można go ukraść. Pań­skim wo­zem jeź­dzi teraz Fan­to­mas, a moim doje­dziemy do zamku.

Pan Pi­geon stuk­nął się pal­cem w czoło.

— No tak, już ro­zu­miem. A więc mia­łem rację: to była jed­nak pu­łapka. Ten list miał nas zwa­bić do groty, a w tym cza­sie Fan­to­mas sprząt­nąłby pań­ski wóz. Jak to się kie­dyś mó­wiło: zo­stali­by­śmy spie­szeni.

Do­syć sceptycz­nie od­nio­słem się do tej myśli.

— Idio­tyczny po­mysł! Do zamku po­zo­stało co naj­wy­żej trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów. Uwzględ­nia­jąc fakt, że znaj­du­jemy się we Fran­cji, a nie na pu­styni, i tak przed wie­czo­rem byli­by­śmy u celu. Za­bra­liby­śmy się stąd auto­sto­pem do naj­bliż­szego mia­steczka, a tam można prze­cież wy­nająć tak­sówkę.

— Ma pan rację — zgo­dził się Pi­geon i po­dra­pał się za le­wym uchem. — W takim razie, jak pan sądzi, po co oni skra­dli mo­jego hum­bera i usi­ło­wali to samo zro­bić z pana we­hi­ku­łem?

— Nie wiem — od­rze­kłem szczerze — lecz my­ślę, że wkrótce będę wie­dział.

 


ROZDZIAŁ TRZECI [top]

HISTORIA ZAMKU SZEŚCIU DAM • PANIENKA O IMIENIU YVONNE • DZIWNA SPRAWA PRZERZUTKI • TAJEMNICA PRACOWNI BARONA • STRASZLIWA DAMA, CZYLI O SZYBKIM SAMOCHODZIE • SIÓDMA DAMA ZAMKU • O FAŁSZERZACH DZIEŁ SZTUKI I FALSYFIKATACH

 

Le Château de Six Da­mes to je­den z dzie­siąt­ków zam­ków, które jak pa­ciorki ró­żańca zda­wały się być nani­zane na sre­brzy­stą wstęgę Lo­ary i jej do­pły­wów: Cher, Indre i Yienne. Wznosili je butni baro­no­wie i ksią­żęta, prze­ciw­sta­wia­jący się wła­dzy kró­lew­skiej i two­rzący na swych te­ryto­riach udzielne pań­stewka. Bu­do­wali je też kró­lowie, gdy uda­wało im się — nie­kiedy jed­nak na bar­dzo krótko — okiełznać moż­nych wa­sali. Zamki i ota­cza­jące je laty­fun­dia da­wały opar­cie wszystkim, któ­rzy dum­nie i wy­soko nosili głowy w ry­cer­skich heł­mach.

Do­lina Lo­ary to stara i bo­gata w tra­dycje histo­ryczne kra­ina. To wła­śnie osia­dłe tutaj ple­mię galij­skie pierwsze dało znak do po­wstania prze­ciw le­gio­nom Ce­zara. Po­tem bar­dzo wcześnie, bo już w III wieku, do­tarło tu chrześci­jań­stwo za sprawą le­gen­dar­nego świętego Ga­tiena, a póź­niej świętego Mar­cina. Gro­bo­wiec tego świętego, znaj­du­jący się w To­urs, już w IV wieku uznano za świętość naro­dową dy­nastii Me­ro­win­gów.

Przez bli­sko dwa wieki na­jeż­dżali na ten kraj bar­ba­rzyńcy. Bi­skup Saint-Agi­nan za­trzymał Hu­nów przed Orle­anem, a dwieście lat póź­niej, w 732 roku Karol Młot uda­rem­nił Sara­ce­nom prze­kro­cze­nie Lo­ary. Po stu la­tach wdarli się tu Norma­no­wie i zra­bo­wali cały kraj, plą­dru­jąc rów­nież gro­bo­wiec świętego Mar­cina. Do­piero Ro­bert Mocny, hra­bia Blois i To­urs, poło­żył kres ich napa­ściom i ra­bun­kowi.

Ale sła­bość rzą­dów ostatnich Ka­ro­lin­gów wzmoc­niła pa­nów feu­dal­nych. Pro­win­cje nad Lo­arą — Tu­renia i An­de­ga­we­nia — stały się stop­niowo udziel­nymi pań­stewkami, w któ­rych mo­nar­cha fran­cuski nie­wiele miał do po­wie­dze­nia. Była to epoka po­tęż­nych baro­nów po­sia­dają­cych wła­sne woj­ska, a nie­kiedy wła­sne men­nice. Jak grzyby po desz­czu za­częły się wtedy wznosić na licz­nych wzgórzach zamki, za­meczki i wieże obronne, w któ­rych pa­no­wie feu­dalni znaj­do­wali osłonę wal­cząc prze­ciw mo­nar­sze i prze­ciw sobie na­wzajem, bo nie­ustannie się swa­rzyli. Hra­bio­wie z Blois mieli za­cię­tych wro­gów w hra­biach an­de­ga­weń­skich, wśród któ­rych naj­słyn­niej­szy był Fulko Nerra[20]. To jemu po pew­nym cza­sie udało się za­gar­nąć część hrab­stwa Blois, a jego syn, tak samo chciwy jak oj­ciec, God­fryd Młot, osiadł w Vendôme i za­gar­nął hrab­stwo To­urs.

Dy­na­stia Plantage­ne­tów wy­wo­dziła się od God­fryda Plantage­neta, hra­biego An­de­ga­wenii. W 1154 roku jeden z władców an­de­ga­weń­skich za­siadł na tro­nie an­giel­skim jako Hen­ryk II i rzą­dził pań­stwem, które roz­cią­gało się od pół­noc­nej Szkocji aż po Pire­neje. Ale i na skłó­co­nych ze sobą Plantage­ne­tów przy­szedł kres, zo­stali po­ko­nani przez Ka­pe­tyn­gów. Filip Au­gust ode­brał Ja­nowi bez Ziemi wszystkie pro­win­cje i kraj nad Lo­arą wró­cił do kró­le­stwa fran­cu­skiego.

Król Lu­dwik IX prze­kazał wła­dzę nad do­liną Lo­ary swemu bratu, Ka­ro­lowi An­de­ga­weń­skiemu, lecz książę ów i jego po­tom­ko­wie zbyt byli za­jęci zdo­by­wa­niem kró­le­stwa Ne­apolu, aby troszczyć się o swoje do­bra. W tra­dycji histo­rycz­nej przetrwała dobra pa­mięć tylko o ostatnim księ­ciu an­de­ga­weń­skim, miło­śniku sztuki, zwa­nym Do­brym Księ­ciem René.

Mi­nął wreszcie okres wojny stu­let­niej, kiedy to władcy an­giel­scy z rodu Lan­ca­ster, ma­jący wciąż pre­ten­sje dy­na­styczne do ziem fran­cu­skich, opa­no­wali pra­wie po­łowę kraju. W myśl trak­tatu za­war­tego w Troyes kró­lem An­glii i Fran­cji zo­stał Hen­ryk VI Lan­ca­ster, ma­łolet­nie dzie­cię, a wła­dzę nad Fran­cją po­wie­rzono an­giel­skiemu księ­ciu Ja­nowi Bed­ford. W tym cza­sie syn fran­cu­skiego króla-sza­leńca, Ka­rola VI, del­fin Karol VII pro­wa­dził w Bourges ży­wot gnu­śny, sam po­wąt­pie­wa­jąc o swych pra­wach do tronu fran­cu­skiego.

I wtedy wła­śnie na are­nie histo­rycz­nej po­ja­wiła się dziew­czyna, córka za­moż­nego chłopa, Jo­anna d'Arc. To ona, gdy uwie­rzono w jej święte po­słan­nic­two, zdo­łała wzniecić zapał do walki w woj­skach Ka­rola VII, a jemu sa­memu umożliwiła otrzyma­nie ko­rony fran­cu­skiej. Nic więc dziwnego, że po mę­czeń­skiej śmierci Dziewicy Orle­ań­skiej na stosie, Ka­rol VII głosił jej kult i uznał ją za świętą.

Karol VII — po­dob­nie jak inni Wa­le­zju­sze — upodobał sobie zie­mie nad Lo­arą. To przede wszystkim Wa­le­zju­szom za­wdzięcza ta kra­ina swe naj­pięk­niej­sze i naj­większe zamki. Ale z upływem czasu za­czął się zmieniać cha­rak­ter tych bu­dowli. Po­tężne don­żony, wznoszone ongiś przez pa­nów feu­dal­nych z my­ślą o obronie — przeważ­nie czworo­boczne, a póź­niej okrą­głe ustą­piły miej­sca zam­kom z ja­snego ka­mie­nia lub ró­żo­wej cegły. Jesz­cze póź­niej na stylu wznoszo­nych zam­ków od­biły się wy­raź­nie wpływy wło­skie — ob­jaw wiel­kiego za­inte­re­so­wa­nia Wa­le­zju­szy dla Italii.

Z cza­sem prze­stano bu­do­wać zamki na wzgórzach, stra­ciły one bo­wiem swój cha­rak­ter obronny. Sta­wiano je w cie­ni­stych doli­nach, nad rze­kami, w któ­rych od­bijały się wieże i wie­życzki zam­kowe. W XVII i XVIII stu­leciu naro­dziło się poję­cie pa­łacu-zamku, gdzie możni prze­by­wali wy­łącz­nie dla przyjem­ności.

Ta­kim wła­śnie za­meczkiem był Le Ch­âteau de Six Da­mes, do któ­rego przy­by­łem z pa­nem Pi­geo­nem. Z pier­wot­nego obron­nego cha­rak­teru bu­dowli po­zo­stał tylko po­tężny don­żon, oto­czony ta­ra­sem z ław­kami dla tury­stów. Wcho­dziło się na ta­ras przez most zwo­dzony na ka­nale połą­czo­nym z rzeką. Z ta­rasu drugi most zwo­dzony pro­wa­dził do upiększo­nego wie­życzkami zamku, z do­bu­do­waną do niego dwu­po­zio­mową gale­rią na mo­ście prze­rzu­co­nym przez rzekę. Ota­czał za­mek wielki park i dwa wspaniałe ogrody — Kata­rzyny Me­dy­cej­skiej i Diany de Po­itiers.

Do­zorca otworzył bramę par­kową i wje­cha­liśmy w ogromną aleję wy­sa­dzaną sta­rymi pla­ta­nami. Po pię­ciu­set me­trach zna­leźli­śmy się obok pierwszego ze zwo­dzo­nych mo­stów. W pobliżu znaj­do­wał się par­king zam­kowy i długa wo­zow­nia, za­mie­niona na ga­raże.

Po­sta­wi­łem we­hikuł na par­kingu. We­szli­śmy do zamku. Naj­pierw zna­leźli­śmy się w wyso­kiej sieni, z któ­rej sze­roko otwarte po­dwójne drzwi pro­wa­dziły do ogrom­nego hallu, gdzie na jed­nej ścia­nie znaj­do­wał się wielki, rzeź­biony ko­mi­nek z czar­nego marmuru, a przy dru­giej były pro­ste marmu­rowe schody na gale­rię obie­ga­jącą hall na wy­soko­ści pierwszego piętra. Okna z kolo­ro­wymi wi­tra­żami wpusz­czały nie­zbyt wiele światła, dla­tego przez cały dzień w hallu paliły się cztery sto­jące lampy .

W po­bliżu ko­minka za­ście­lał ka­mienną pod­łogę gruby, pu­szy­sty dy­wan. Stało tu kilka głę­bo­kich foteli i ni­ski, okrą­gły stół ze wspania­łym, ku­tym w żela­zie świeczni­kiem.

Pod schodami kryły się ja­kieś drzwi. Wy­szła z nich nie­spo­dziewa­nie czterna­sto­letnia pa­nienka, nie­zwy­kle wy­soka i prze­raź­liwie chuda, o dłu­gich i bar­dzo szczupłych no­gach, w czer­wo­nym swe­terku i czar­nej wia­trówce. Na no­gach miała białe skar­petki. Jej dłu­gie, jasne włosy sple­cione były w dwa war­ko­cze. Cerę miała bladą, oczy nie­bie­skie, duże.

— Je­stem Yvonne — wy­cią­gnęła do mnie rękę. — Czy mam przyjem­ność po­znać Mon­sieur la Ba­gno­lette?[21].

Na­chmurzy­łem się.

— Tak mnie na­zy­wają przyja­ciele — po­wie­działem. — Ale nie lubię swego prze­zwi­ska, bo wy­daje mi się dzie­cinne. Na imię mi To­masz. Chciał­bym zo­ba­czyć się z baro­nem de Saint-Ga­tien.

— O, stryj zaraz tu przyjdzie. Już go po­wia­do­miono o pań­skim przyjeź­dzie — od­rze­kła nie­zwy­kle chuda pan­nica. — A co się tyczy pań­skiego prze­zwi­ska, bar­dzo mi się ono po­doba i dziwię się, że pan go nie lubi.

Po­tem po­dała rękę panu Pi­geo­nowi.

— To pan jest tym słyn­nym de­tek­ty­wem Agencji Ubezpie­cze­nio­wej? — upewniła się.

— Owszem, ma­de­mo­iselle — burknął pan Pi­geon i po­dra­pał się za le­wym uchem. Nigdy chyba po­waż­nie nie traktował ta­kich mło­dych pa­nie­nek, a w każ­dym razie nie bar­dzo wie­dział, jak się wo­bec nich za­cho­wać: od­nosić się jak do dzieci, czy jak do osób doro­słych.

Tymcza­sem pa­nienka wzięła sto­jące na ko­minku in­kru­sto­wane pu­dełko z cy­ga­rami.

— Czy pa­no­wie za­palą? — za­py­tała, grzecznie dy­gając pa­tycz­ko­wa­tymi no­gami.

— Wolę pa­pie­rosy — stwierdził pan Ga­spard.

— A może po kie­liszku sherry? — za­pro­po­no­wała pa­nienka.

I z ukrytego w ścia­nie schowka wy­jęła tacę z pę­katą bu­telką i kie­lisz­kami.

Pan Ga­spard przejął od razu ini­cja­tywę w swoje ręce i zajął się roz­le­wa­niem sherry do kie­lisz­ków.

— Prze­pra­szam, ale ja nie piję — za­strzegła się pa­nienka wi­dząc, że pan Ga­spard za­mie­rza na­peł­nić rów­nież trzeci kieli­szek.

Po chwili, przymru­żyw­szy nieco oczy, po­wtó­rzyła:

— A więc pan jest de­tek­ty­wem...

— Tak — mla­snął języ­kiem pan Ga­spard. — A po czym to po­zna­łaś, dro­gie dziecko?

— Bo pan ma sztuczne wąsy — wy­ja­śniła pa­nienka.

— Ach, tak? Znowu się od­kleiły — Pi­geon do­tknął swych nie­szczę­snych wą­sów i mocniej przy­ci­snął je pal­cami do miej­sca nad górną wargą.

— A czy któ­ryś z pa­nów umie na­pra­wić prze­rzutkę? — nie­oczeki­wa­nie za­py­tała pa­nienka.

Mil­czeli­śmy, bar­dzo za­sko­czeni.

— Prze­rzutkę, hę? — z roz­tar­gnie­niem po­wtó­rzył pan Ga­spard. — A co to jest prze­rzutka?

— Prze­rzutkę w ro­we­rze. W moim ro­we­rze — do­dała pa­nienka. — Nie­jeden już usi­łował mi po­móc, ale prze­rzutka jak źle działała, tak i źle działa. Prze­pra­szam, że się pa­nom na­rzu­cam, lecz ile­kroć ktoś przyjdzie do stryja, od­żywa we mnie na­dzieja, że może mi zre­pe­ruje prze­rzutkę.

— Nigdy nie wi­działem prze­rzutki — burknął pan Ga­spard.

— Nie jeź­dził pan ro­we­rem? — zdziwiła się pa­nienka.

— Mam hum­bera — lek­ce­wa­żąco od­rzekł pan Ga­spard.

— Nie­na­wi­dzę sa­mo­cho­dów — stwierdziła młoda osoba. — Gar­dzę sa­mo­cho­dami. Uznaję tylko ro­wery. A pan? — zwróciła się nagle do mnie.

Od­rze­kłem dy­plo­ma­tycz­nie:

— Pan Pi­geon nie sądzi, abym to, czym jeż­dżę, mógł na­zwać sa­mo­cho­dem. Wy­gląda to ra­czej na skrzyżo­wa­nie czółna z ma­szyną do szy­cia.

— Wi­działam to „coś” — ro­ze­śmiała się pa­nienka. — Ogląda­łam wasz przyjazd. Czy pan sam bu­do­wał swój we­hikuł? Pan wy­ba­czy mi szczerość, ale mój przyjaciel Ro­bert, gdy pana zo­ba­czył w tym wo­zie, to po­wie­dział: „Oho, przyjeżdża jesz­cze jeden taki, co ma hopla z prze­rzutką”.

Ro­ze­śmiałem się. Ale pan Ga­spard zro­bił obra­żoną minę.

— Prze­pra­szam, ale co to zna­czy mieć hopla z prze­rzutka?

— No tak, pan prze­cież nie wie, co to jest prze­rzutka — po­ki­wała głową pa­nienka. — Prze­rzutka w ro­we­rze, pro­szę pana, to jest taki me­cha­nizm, który po­zwala prze­rzu­cać łań­cuch z mniejszych na większe kółka i od­wrotnie. W ten spo­sób można je­chać szyb­ciej lub wol­niej, jed­na­kowo pe­da­łując.

— A mieć hopla z prze­rzutką? — do­py­tywał się na­bur­mu­szony pan Ga­spard i po­dra­pał się za le­wym uchem.

— To zna­czy być dzi­wa­kiem. Ta­kim dzi­wa­kiem, któ­rego dzi­wactwa nara­stają w zależno­ści od sytu­acji — wy­ja­śniła pa­nienka.

— Ale pani po­wie­działa, że przyjechał jesz­cze jeden z tą... no, prze­rzutką — za­jąk­nął się pan Ga­spard. — Czy mnie pa­nienka też miała na myśli?

— Wąsy — po­wie­działa.

— Co wąsy? — za­nie­po­koił się pan Ga­spard.

— Wąsy się panu od­kle­jają — rze­kła pa­nienka.

Pan Ga­spard do­tknął pal­cami wą­sów, ale stwierdził, że jed­nak mocno się trzymają.

— Nie­prawda. Są do­brze przy­kle­jone — rzekł i zro­bił obra­żoną minę.

Ta ab­sur­dalna roz­mowa trwałaby może Bóg wie jak długo, ale po ogrom­nych schodach wolno zszedł ku nam wy­soki, pięć­dzie­się­cio­letni męż­czy­zna. Do­my­śli­łem się, że jest to baron Ra­oul de Saint-Ga­tien.

Trzymał się pro­sto. Twarz miał ogo­rzałą, śniadą, siwe włosy gładko przy­cze­sane. Za­ska­ku­jący był jed­nak jego strój — ba­ron wy­szedł nam na spo­tka­nie w robo­czym kom­bine­zonie, po­pla­mio­nym oliwą.

— Prze­pra­szam za ten ubiór — bąk­nął — ale przy­sze­dłem tu pro­sto z pra­cowni.

Pan Ga­spard oka­zał cie­ka­wość de­tek­tywa.

— A nad czym pan pra­cuje? — za­pytał wi­tając ba­rona. Ary­sto­krata w kom­bine­zonie wy­raź­nie się za­kło­potał. Chrząknął nie­pew­nie:

— Tak jest, w isto­cie, nad czym ja pra­cuję? — i wy­dało mi się, że jego pełne prośby spoj­rze­nie spo­częło na pa­nience. Ta stwierdziła bez wa­hania:

— Stryj robi złoto.

— Ach, nie, nie — szybko za­prze­czył baron. Yvonne lubi żar­to­wać. Owszem, mam pra­cow­nię i robię w niej to i owo, ale prze­cież nie złoto.

Dziew­czynka wes­tchnęła z ubo­le­wa­niem.

— Szkoda, że stryj nie pró­buje zro­bić złota albo nie fał­szuje pie­nię­dzy. Tak by się nam przy­dało tro­chę tych fran­ków.

— Yvonne, bła­gam cię, prze­stań żar­to­wać — baron usi­łował zdo­być się na su­rowy ton, ale to mu się nie udało. Ta młoda pa­nienka zdaje się cał­ko­wicie wła­dała jego ser­cem.

W tym mo­men­cie głównym wej­ściem wpa­dła do hallu po­ko­jówka w pa­pilo­tach na gło­wie.

— Boże, na po­moc! — wo­łała. — Star­sza pani się za­bije! Ra­tunku! Ona zgi­nie!

Jak jeden mąż rzu­cili­śmy się przez główne wej­ście na zam­kowy pod­jazd. A tam w strasz­li­wym ryku sil­nika i obło­kach spa­lin mio­tał się po żwi­rze po­dwórca wspaniały sa­mo­chód — nowy mo­del al­pine re­nault.

Sie­działa w nim stara, wy­su­szona jak mu­mia ko­bieta w wiel­kim ka­pelu­szu na gło­wie. Ka­pe­lusz przy­po­minał klomb róż­no­barwnych kwiatów. Bra­ko­wało tylko wo­do­try­sku, a byłby to już kom­plet do każ­dego traw­nika przed zam­kiem. Stara dama trzymała nie­dbale w ką­ciku ust nie za­palo­nego pa­pie­rosa, ka­pe­lusz miała za­wa­diacko zsu­nięty na tył głowy. I jak huzar roz­bry­ka­nego ru­maka, ujeż­dżała al­pine re­nault.

A trzeba wie­dzieć, że al­pine re­nault to ostatni krzyk mody sa­mo­cho­do­wej. Na­pę­dzany czte­ro­cy­lin­dro­wym silni­kiem o po­jem­ności 1605 cen­ty­me­trów, osiąga szybkość do 230 ki­lo­me­trów na go­dzinę. Jest to po­twór o dłu­gości czte­rech me­trów, sze­roki na pół­tora. Po­siada ha­mulce tar­czowe, pięć zsyn­chro­ni­zo­wa­nych bie­gów i bate­rię pię­ciu lamp dio­do­wych.

To ten wóz wła­śnie mio­tał się na dzie­dzińcu ogrodzo­nym nie­wy­so­kim mu­rem, za któ­rym dwa me­try dalej pły­nęła rzeka. Prze­strzeń dzie­dzińca była nie­wielka, lecz sta­ruszka roz­pę­dzała wóz, z prze­raź­li­wym pi­skiem ha­mul­ców za­trzymu­jąc go o kilka cen­ty­me­trów przed mu­rem. Po­tem co­fając wóz do prze­ciw­le­głego muru i pisz­cząc ha­mul­cami znów za­trzymała się rap­tow­nie, nie­led­wie trą­ciw­szy mur tyl­nym zde­rza­kiem; To­wa­rzy­szył tym ewolu­cjom ryk sil­nika i chmura spa­lin.

Sta­ruszka zo­ba­czyła nas sto­ją­cych przed zam­kiem. Na­sze prze­ra­żone miny sprawiły jej wy­raźną przyjem­ność. Uśmiech­nęła się do nas, nie wy­pusz­cza­jąc z ust nie za­palo­nego pa­pie­rosa.

Wreszcie pod­je­chała pod wej­ście do zamku i zga­siła silnik. Energicz­nym ru­chem otworzyła drzwiczki i wy­sia­dła.

— No i co, Ra­oul? — zwróciła się triumfu­jąco do ba­rona. — Jak ci się po­doba mój sa­mo­chód? Da­łam za niego w Pa­ryżu osiem ty­sięcy fran­ków.

Ba­ron miał za­tro­skaną minę.

— Czy nie są­dzisz, Eve­line, że ten wóz jest tro­chę za szybki?

Dama po­pra­wiła ka­pe­lusz na gło­wie jak ry­cerz hełm przed walką.

— Ca­ramba, sa­cre­bleu, porca mise­ria! — w kilku języ­kach za­klęła dama. — W swoim życiu mia­łam sto czterdzie­ści pięć kraks sa­mo­cho­do­wych. Ale niech mnie ro­wer Yvonne przejedzie, jeśli tym wo­zem spo­wo­duję jakiś wy­pa­dek. Daję ci słowo: tym ra­zem żad­nych kraks.

Yvonne, wi­dząc prze­ra­żoną minę pana Ga­sparda, oświad­czyła z dumą:

— Cio­cia rze­czy­wi­ście spo­wo­do­wała sto czterdzie­ści pięć kraks sa­mo­cho­do­wych. Dwana­ście razy miała od­bie­rane prawo jazdy. Pięć razy le­żała w szpitalu. Roz­biła szes­na­ście wła­snych i czterdzie­ści dwa cu­dze sa­mo­chody.

— Zga­dza się — kiw­nęła głową star­sza pani. — Ale nigdy ni­komu z mojej winy nie spadł włos z głowy. Nie tak, jak ci piraci dro­gowi! — po­gro­ziła pię­ścią ko­muś nie­wi­dzialnemu. — Pod Pary­żem jakiś pirat tak za­par­ko­wał swój wóz, że pory­so­wa­łam sobie prawy błot­nik.

To mó­wiąc wskazała małe wgniece­nie na pra­wym błot­niku prze­pięk­nej ma­szyny.

Wy­obra­ziłem sobie, jak ten wóz bę­dzie wy­glą­dał za ty­dzień. Cho­ciaż, kto wie? Z ewolucji, które star­sza pani wy­czy­niała na dzie­dzińcu, wy­ni­kało, że jest ona zna­ko­mi­tym kie­rowcą. Mimo po­de­szłego wieku miała świetny re­fleks.

Star­sza pani wy­jęła z ust pa­pie­rosa.

— No i co, pa­no­wie? Ża­den mi ognia nie poda? Po­śpie­szy­łem z za­pal­niczką.

Za­cią­gnęła się mocno, a po­tem, prze­śli­zgu­jąc się wzrokiem po mojej i pana Ga­sparda twa­rzy, za­py­tała:

— No, który z was jest tym sławnym de­tek­ty­wem? Ca­ramba, porca mise­ria, czas skończyć z Fan­to­ma­sem!

Pan Ga­spard bar­dzo nie­śmiało wy­sunął się do przodu. Dama naj­wi­doczniej na­peł­niała go odrobiną lęku.

— Je­stem de­tek­ty­wem Agencji Ubezpie­cze­nio­wej — przedsta­wił się. — Na­zy­wam się Ga­spard Pi­geon.

— A ja je­stem Eve­line Brion — po­wie­działa sta­ruszka.

— Pani jest żoną tego słyn­nego ban­kiera? — z sza­cun­kiem skło­nił się pan Ga­spard.

— By­łam. Bo on umarł — stwierdziła spo­koj­nie. — I od razu na wstępie pra­gnę­ła­bym pod­kre­ślić, że po­zo­staję poza krę­giem po­dej­rzeń. To zna­czy, nie je­stem wmieszana w te wszystkie kra­dzieże. Prze­by­wam tu tylko cza­sowo, bo mam wła­sny dom na Ri­wie­rze. Z tym zam­kiem i ga­lerią nic mnie nie łączy poza tym, że baron jest moim bra­tem, a to dziecko po­gła­skała po gło­wie Yvonne — jest sie­rotą po dru­gim moim bra­cie i wy­maga mojej opieki. Dla­tego tu je­stem, ale ry­chło stąd od­jadę.

— Hm — z nie­do­wie­rza­niem chrząknął baron.

Ale tak na­prawdę to tylko jedna osoba zda­wała się nie od­czu­wać stra­chu przed star­szą panią: Yvonne. Po­wie­działa ci­cho, ale do­bitnie:

— Cio­cia wy­dała osiem ty­sięcy fran­ków na śmierdzą­cego ben­zyną grata. A nas nie stać na to, aby kupić nową ma­szynę do strzyżenia traw­ni­ków.

— Nie po­doba ci się mój al­pine? — za­fra­so­wała się ciotka.

— Nie! — szczerze od­parła pa­nienka. — Cio­cia wie, że ja lubię tylko ro­wery.

— Yvonne, co z cie­bie wy­ro­śnie, skoro ty nie lu­bisz sa­mo­cho­dów? — zmartwiła się star­sza pani. — Zga­dzam się, oczywi­ście, że ma­szyna do strzyżenia traw­ni­ków jest bar­dzo po­trzebna. Jeśli tak się przy niej upie­rasz, mogę tę sprawę jutro za­ła­twić. Tylko bła­gam cię, nie rób mi wy­rzu­tów z po­wodu tego sa­mo­chodu.

— Ma­szyna do strzyżenia traw­ni­ków jest już za­mó­wiona — od­parła pa­nienka. — Za­dzwoniłam do sklepu w To­urs i ka­za­łam ją przy­słać.

— Ależ, Yvonne... — za­nie­po­koił się baron.

— Niech stryj się nie martwi! Obiecali po­cze­kać z za­płatą do końca roku, a se­zon tury­styczny do­piero się za­czął. A poza tym... — za­wa­hała się na mo­ment, lecz zaraz do­dała: — Będę miała wła­sne, nie­duże do­chody.

— Z ja­kiego źró­dła? — zdu­miała się star­sza pani

— Cio­cia wy­ba­czy, ale mam prawo do wła­snych ta­jem­nic. Zresztą, może uda mi się wpaść na trop Fan­to­masa? Za wskazanie tego zło­dziejaszka, jak do­nio­sła dzi­siej­sza prasa, wy­zna­czono sto ty­sięcy fran­ków na­grody.

To mó­wiąc młoda i, jak za­zna­czy­łem, bar­dzo chuda osoba ob­róciła się na pię­cie i we­szła do zamku. Reszta to­wa­rzy­stwa ru­szyła za nią. W drzwiach na krótką chwilę za­trzymała mnie ma­dame Eve­line:

— Skoro tam­ten pan jest Pi­geo­nem, to pan jest Sa­mo­cho­dzi­kiem — rze­kła pół­gło­sem.

— Nie lubię tego prze­zwi­ska — od­par­łem. — To­masz je­stem.

— A ja bar­dzo lubię sa­mo­chody i po­doba mi się pań­skie prze­zwi­sko — sta­now­czo stwierdziła star­sza pani. I do­dała zni­żając głos do szeptu:

— Gdyby pan coś wy­krył, Panie Sa­mo­cho­dzik, i miał pan dla mnie ja­kieś bar­dzo nie­bez­pieczne za­danie, to pro­szę na mnie li­czyć. Chętnie panu po­mogę.

W hallu zam­ko­wym Yvonne uprzejmie zwróciła się do pana Ga­sparda:

— Za­pewne pra­gnie pan przede wszystkim obej­rzeć gale­rię, urzą­dze­nia alar­mowe oraz obraz, który za­mie­rza skraść Fan­to­mas. Jeśli pan po­zwoli, za­pro­wa­dzę tam pana.

— A tak, tak. Tak bę­dzie naj­lepiej — ura­do­wał się baron de Saint-Ga­tien. Yvonne wprowa­dzi pa­nów we wszystkie sprawy na­szego zamku. Pa­no­wie po­zwolą, że wrócę do swojej pra­cowni.

I skło­niw­szy się nam grzecznie, za­czął się wspinać po wspania­łych marmu­ro­wych schodach na pię­tro.

Pi­geon trzymał wciąż w ręku swój po­dróżny, dość duży, ale pła­ski, pro­sto­kątny nese­ser. Zwróciła na niego uwagę ma­dame Eve­line.

— Yvonne — ode­zwała się do dziew­czynki — może jed­nak wpierw za­pro­wa­dzisz pana Pi­geona do jego po­koju, aby mógł tam po­zo­sta­wić swój nese­ser?

— Ach, nie, nie — go­rąco za­pro­te­sto­wał de­tek­tyw. — W nese­serze mam swoje de­tek­tywi­styczne przy­rządy, prze­różne lupy i apa­rat do kon­tro­lo­wa­nia urzą­dzeń alar­mo­wych i fo­to­ko­mó­rek. Bę­dzie mi po­trzebny w gale­rii.

Ode­szli, a ja, po­nie­waż mia­łem już do­syć towa­rzy­stwa Pi­geona, by­łem rad, że za­jęła się mną ma­dame Eve­line.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — po­wie­działa. — Pan przyjechał tu aż z Pol­ski i przede wszystkim musi pan tro­chę od­po­cząć. Za­pro­wa­dzę pana do jego po­koju. Gale­rię i Plażę Re­noira zdąży pan jesz­cze obej­rzeć.

Krę­tymi schodami wspięli­śmy się aż na dru­gie pię­tro gale­rii, zbu­do­wa­nej na mo­ście prze­gra­dza­ją­cym rzekę. Było to wła­ści­wie pod­dasze z dłu­gim ko­ryta­rzem i mnó­stwem drzwi po lewej i pra­wej stro­nie. Okna nie­wiel­kich go­ścin­nych pokoi wy­cho­dziły na rzekę, a ści­ślej, rzeka prze­pły­wała pod oknami.

Po­kój prze­zna­czony dla mnie ume­blo­wany był bar­dzo skromnie, stał tam no­wo­cze­sny tap­cza­nik, dwa fote­liki, szafa i biu­reczko w stylu em­pire.

Ma­dame Eve­line usia­dła w fo­telu, zdjęła z głowy swój ozdobny ka­pe­lusz i za­paliła pa­pie­rosa.

— Tu, na pię­trze mie­ścił się nie­gdyś klasztor, pro­szę pana. Klasztor żeń­ski — do­rzu­ciła. — My­ślę jed­nak, że to nie ma dla pana żad­nego zna­cze­nia.

— Słusznie, ma­dame — przytak­ną­łem.

— Są­dzę też, że jako de­tek­tyw jest pan człowie­kiem inte­li­gent­nym — stwierdziła star­sza pani — i nie mu­szę chyba panu mó­wić, że choć za­mek ten nosi na­zwę Sze­ściu Dam, wkrótce bę­dzie się na­zy­wał Zamkiem Siedmiu Dam.

— Ma pani na myśli Yvonne?

— No, jasne. To ona wszystkim tu rzą­dzi. Pró­bo­wa­łam jej na­rzu­cić swoją wolę, ale to sprawa bez­na­dziejna, ca­ramba, porca mise­ria. Tak się zło­żyło, że mój brat, baron, jest sta­rym ka­wale­rem, a ja, nie­stety, nie mam dzieci. Nasz naj­młodszy brat, Mar­cel, zgi­nął wraz ze swą żoną w kata­stro­fie lotni­czej i po­zo­stało po nich dwoje dzieci: Vin­cent i Yvonne. Oby­dwoje się tu wy­cho­wy­wali. Vin­cent — wes­tchnęła i machnęła ręką. — Ach, nie chcę nic złego o nim mó­wić, ale to ma­larz, pro­szę pana. Mieszka w małej klitce w Pa­ryżu i choć mu ra­dzi­łam, aby ma­lował sa­mo­chody, ma­luje różne fiu-bź­dziu, któ­rych nikt nie ro­zu­mie i nie chce ku­po­wać. Niech pan sobie wy­obrazi, że on zrzekł się ty­tułu baro­neta na rzecz Yvonne i na­wet od swojej starej ciotki nie chce przyjąć ani franka. Dzi­wak, prawda? Całe szczęście, że za­inte­re­so­wała się nim ta Dunka, panna Ka­ren Pe­ter­sen. Może ona zrobi z niego czło­wieka, bo zdaje mi się, że to nad wy­raz roz­sądna i sym­pa­tyczna osóbka.

— Owszem — ski­ną­łem głową.

— Szkoda tylko, że ze swym oj­cem wy­je­chała nad Mo­rze Ka­raib­skie, aby tam szu­kać skar­bów ja­kie­goś kor­sarza. Też dziwne zaję­cie, prawda?

— Ka­pitan Pe­ter­sen do­robił się na tym dużej for­tuny.

— Ma pan rację — ki­w­nęła głową. — Je­dyna po­cie­cha, że Ka­ren udało się pana do nas za­pro­sić. Wiele do­brego mó­wiła o panu. No cóż, może zdoła pan schwytać Fan­to­masa?

— Zro­bię, co tylko leży w mojej mocy. Ale to nie bę­dzie łatwe. I lę­kam się, że mogę po­nieść klę­skę — po­wie­działem szczerze.

Jesz­cze raz kiw­nęła głową, że mnie ro­zu­mie, i wstała z fotela.

— Pro­szę się roz­go­ścić. Nie będę panu dłu­żej głowy za­wra­cała, bo wkrótce roz­le­gnie się gong na obiad, a pan jesz­cze po­wi­nien tro­chę od­po­cząć.

Uśmiech­nęła się sym­pa­tycz­nie i wy­szła z po­koju.

Nie czu­łem się zmę­czony. Schowa­łem nese­ser do szafy i pod­sze­dłem do okna.

W bla­sku po­połu­dniowego słońca uj­rza­łem nie­bie­ską, ru­chliwą toń rzeki, bie­gnącą do mo­ich stóp i nik­nącą gdzieś w dole, pod fila­rami ka­miennych przę­seł. Przez nie­bie­skawą wodę prze­świ­ty­wały żółte, piaszczy­ste mie­lizny, so­czy­sta zie­leń brze­gów zbli­żała się do sie­bie tuż za za­krę­tem rzeki, hory­zont za­my­kały wy­sokie drzewa z zam­ko­wego parku, który roz­cią­gał się po oby­dwu brze­gach.

Nie było mi lekko na du­szy. Ze słów starej damy wy­wniosko­wa­łem, że Ka­ren za­pre­zen­to­wała mnie tutaj jako ko­goś nie­zwy­kłego, ob­da­rzo­nego nad­zwy­czajną prze­ni­kli­wo­ścią i inte­li­gen­cją, dla kogo wskazanie prze­stępcy było sprawą co­dzienną i pro­stą. A ja nie czu­łem się kimś takim. Zbyt po­chlebny osąd in­nych krę­po­wał mnie, a na­wet para­liżo­wał.

By­łem skrom­nym urzędni­kiem w Na­czel­nym Za­rzą­dzie Mu­zeów. Uważa­łem się za zu­peł­nie prze­cięt­nego czło­wieka, choć tak jak są lu­dzie po­sia­da­jący zdol­ności do mu­zy­ko­wa­nia czy ma­lo­wa­nia, tak ja mia­łem chyba żyłkę de­tek­tywi­styczną. Pra­cując w Mini­ster­stwie Kul­tury i Sztuki, kil­ka­krot­nie ze­tknąłem się z prze­stęp­cami, któ­rzy kra­dli an­tyki, pod­ra­biali je, usi­ło­wali od­na­leźć i przy­właszczyć sobie zagi­nione pod­czas wojny skarby kul­tury naro­do­wej. Ale prze­stęp­czość w tej dzie­dzi­nie nie jest w na­szym kraju tak roz­po­wszech­niona jak w kra­jach za­chodnich, we Fran­cji czy we Wło­szech. I to wcale nie dla­tego, że u nas lu­dzie są lepsi czy bar­dziej skłonni sza­no­wać za­bytki. Po pro­stu w wy­niku wielu wo­jen, które nie oszczę­dzały na­szego kraju, a szczegól­nie pod­czas oku­pacji hitle­row­skiej wiele bez­cen­nych dzieł sztuki zo­stało u nas zniszczo­nych, a te, które przetrwały — są strzeżone jak źre­nica oka. Na sku­tek przemian so­cjal­nych nie ma też u nas mi­lio­ne­rów go­to­wych za naj­większą na­wet sumę zdo­być i ukryć w swych pry­wat­nych ko­lek­cjach skra­dzione dzieła sztuki. A i nasi cel­nicy są na ogół bar­dzo czujni pod tym względem.

Czy można po­rów­ny­wać nasz kraj na przy­kład z Wło­chami, które są jakby jedną wielką skarbnicą za­byt­ków i naj­wspanial­szych dzieł sztuki? We Wło­szech, jak słusznie pisze prasa za­chodnia, nie­kiedy w ma­lut­kich pro­win­cjo­nal­nych ko­ściółkach o drzwiach ma­ją­cych pry­mi­tywne, sta­ro­świeckie zamki, kryją się dzieła naj­większych mi­strzów. Ja­kież to uła­twie­nie dla zło­dziei dzieł sztuki!

Obli­czono, że co­rocz­nie krad­nie się i wy­wozi z Włoch za­bytki o war­tości po­nad pię­ciu mi­lio­nów dola­rów. Zło­dzieje za po­mocą naj­bar­dziej wy­myślnych me­tod wy­wożą z Włoch skra­dzione dzieła sztuki do Sta­nów Zjedno­czo­nych i kra­jów za­chodniej Eu­ropy, i sprzedają je bo­ga­tym ko­lek­cjo­ne­rom. Jakże zni­koma jest moż­li­wość ich od­zy­ska­nia! Za­równo w USA, jak i w większo­ści kra­jów Eu­ropy za­chodniej, prawo do zwrotu skra­dzio­nego dzieła wy­gasa po pię­ciu la­tach, a na­bywca nie pod­lega karze, jeśli udo­wodni, że działał w do­brej wie­rze.

U nas, w Pol­sce obo­wią­zują inne prawa. Na­bywca skra­dzio­nych dzieł sztuki rów­nież pod­lega karze. Ist­nieją u nas ka­talogi za­byt­ków, więc lu­dzie ku­pu­jący stare dzieła sztuki nie w skle­pie „Desy”, lecz u po­kąt­nego han­dla­rza — mogą się poin­for­mo­wać, z ja­kich źró­deł one po­cho­dzą.

Znajdo­wa­łem się jed­nak nie w Pol­sce, lecz we Fran­cji i mu­sia­łem brać pod uwagę tu­tejsze prawa i wa­runki. Zda­wa­łem sobie sprawę, że mam do czy­nie­nia z prze­stęp­cami nie tylko sprytnymi, ale za­pra­wio­nymi w swym pro­cede­rze, ma­ją­cymi do dys­po­zycji od­po­wiednie za­soby mate­rialne i no­wo­cze­sną tech­nikę. Co pe­wien czas prasa alar­mo­wała o co­raz bez­czel­niej­szych kra­dzie­żach, do­ko­ny­wa­nych przez jakiś, prawdo­po­dob­nie mię­dzy­naro­dowy, gang zło­dziei.

Oto mała miej­sco­wość we Wło­szech, wio­ska Pieve di Ca­dore, gdzie uro­dził się słynny ma­larz Ty­cjan[22]. W ma­łym ko­ściółku przez wiele lat tury­ści po­dzi­wiali obraz naj­większego syna tej wio­ski. I oto pew­nej nocy obraz Ty­cjana, oce­niony na prze­szło pół­tora mi­liona dola­rów, wy­cięto z ram i skra­dziono. Nie za­uwa­żeni przez ni­kogo prze­stępcy wy­wieźli go ze wsi cię­ża­rówką.

W ty­dzień póź­niej z ba­zyliki Santi Giovanni e Pa­olo w We­necji zło­dzieje ukra­dli w nocy pięć tablic ołta­rzo­wych Giovanni Bel­li­niego[23] i An­tonio Viva­ri­niego[24], któ­rych war­tość oce­niono na prze­szło cztery mi­liony dola­rów. Za­alar­mo­wana opi­nia spo­łeczna Włoch spo­wo­do­wała zor­gani­zo­wa­nie spe­cjal­nej bry­gady śled­czej pod do­wództwem puł­kow­nika Mambora, tak zwane co­mando Mambora. Od­zy­skano ta­blice ołta­rzowe z ba­zyliki w We­necji, wró­cił też do ma­łego ko­ściółka obraz Ty­cjana.

Ale, jak wspo­mniałem, walkę z prze­stęp­cami utrudniają zbyt skąpe środki, ja­kie pań­stwa ka­pita­li­styczne łożą na ochronę za­byt­ków oraz zbyt ła­godne prze­pisy prawne. I tak na przy­kład słynna Ma­donna z Dziecię­ciem pędzla Gior­gione'a[25], zra­bo­wana kie­dyś we Flo­rencji, zdobi dziś w Lu­gano pry­watną gale­rię zna­nego mi­lio­nera Thy­ssena. Dla­czego? Bo upły­nął ter­min, w któ­rym można było re­win­dy­ko­wać skra­dziony ob­raz.

We Fran­cji rów­nie sze­roko roz­pi­sy­wała się prasa o kra­dzie­żach dzieł sztuki w zam­kach nad Lo­arą. Ale, jak można było są­dzić, ów nie­uchwytny Fan­to­mas nie miał nic wspólnego z prze­stęp­stwami do­ko­ny­wa­nymi we Wło­szech. Tam po pro­stu kra­dziono ory­gi­nały, wy­ci­nano je z ram. Tutaj zaś do­ko­ny­wano za­miany ory­gi­nału na falsy­fikat.

Dla­czego? W jaki spo­sób Fan­to­mas prze­nikał mury, omi­jając foto­ko­mórki i pu­łapki alar­mowe w strzeżo­nych gale­riach?

Oto były pyta­nia, które tra­piły mnie od pierwszej chwili po­bytu w Zamku Sze­ściu Dam.

 


ROZDZIAŁ CZWARTY [top]

KŁOPOTY BARONA DE SAINT-GATIEN • CZY FANTOMAS WYKONA SWOJĄ GROŹBĘ • POMYSŁ FILIPA I OBURZENIE PIGEONA • ZNOWU BŁĘKITNY HELIKOPTER • TAJEMNICA PODRÓŻNEGO NESESERA • „PLAŻA” RENOIRA • W OKRADZIONEJ GALERII • ORYGINAŁ CZY FALSYFIKAT • O ZŁODZIEJACH I FAŁSZERZACH OBRAZÓW SŁÓW KILKA

 

Do­biegł mnie dźwięczny głos gongu, wzywa­ją­cego do­mowni­ków i gości na obiad. Spoj­rza­łem na zega­rek: była go­dzina sie­dem­nasta. W wielu kra­jach obiad spo­żywa się mię­dzy go­dziną trzy­nastą a pięt­nastą, w An­glii i w wielu za­moż­nych ro­dzi­nach na Za­cho­dzie, wzo­rując się na mo­delu an­giel­skim, w połu­dnie jada się lunch — bar­dzo lekki po­siłek, a obiad bar­dzo późno. U nas w Pol­sce bywa z tą sprawą róż­nie. Ci, któ­rzy pra­cują, ja­dają obiady po skończe­niu pracy, więc rów­nież około sie­dem­na­stej, a za­miast an­giel­skiej prze­rwy na lunch mają krótką prze­rwę w pracy na dru­gie śnia­danie.

My­łem ręce w przymo­co­wa­nej do ściany sta­ro­świeckiej umy­walce, gdy do mego po­koju za­pu­kała Yvonne. Nie była pewna, czy usły­sza­łem gong, a je­śli go usły­sza­łem, to czy zro­zu­mia­łem, że jest to za­pro­sze­nie na obiad. Jak dobra go­spo­dyni Zamku Sze­ściu Dam, chciała mnie oso­bi­ście za­pro­sić do ja­dalni.

— Cie­szę się, że przyjął pan za­pro­sze­nie stryja i przyjechał pan do na­szego zamku — oświad­czyła po­dob­nie jak jej ciotka. — Plaża Re­noira to po­dobno bar­dzo cenny ob­raz. Jeśli ten okropny Fan­to­mas ogo­łoci naszą gale­rię z naj­cen­niej­szych dzieł sztuki, tu­ryści będą omi­jać nasz za­mek, bo leży na ubo­czu głównych tras. To zu­peł­nie zruj­nuje stryja.

Za­da­łem pyta­nie, które za­pewne uznacie za nie­grzeczne, lecz wy­da­wało mi się nie­zbędne.

— Są­dzi­łem, że twój stryj, Yvonne, jest bar­dzo bo­ga­tym człowie­kiem. Po­mi­jam na­wet ten wspaniały za­mek z prze­pięk­nym par­kiem. Ale w jego gale­rii, o ile mi wia­domo, znaj­duje się wspaniała ko­lek­cja obra­zów im­pre­sjo­ni­stów. Każde z tych dziel przedsta­wia ogromną war­tość.

— Ach, więc pan nic nie wie? — zdziwiła się Yvonne. — Za­mek jest tro­chę za­dłu­żony, jego kon­ser­wa­cja po­chła­nia mnó­stwo pie­nię­dzy. A gale­rię w zamku zało­żył nasz dzia­dek. Był przyja­cie­lem wielu żyją­cych wówczas mala­rzy i choć, być może, nie za­chwycał się ich obra­zami, ku­po­wał je, aby im po­móc, bo po­dobno większość z nich żyła w wiel­kiej bie­dzie. W ten spo­sób po­wstała gale­ria. Po­tem na­zwi­ska tych mala­rzy na­brały zna­cze­nia, ob­razy po­szły w cenę. A dzia­dek, przez pa­mięć i przyjaźń dla nich, nie zgo­dził się nigdy sprzedać żad­nego ob­razu. W te­sta­men­cie za­strzegł, że stry­jowi Ra­oulowi rów­nież nie wolno sprzedać żad­nego ob­razu z na­szej gale­rii. Tak więc stryj jest wła­ści­cie­lem tego bo­gactwa, a zara­zem nie jest, bo nie może nim dys­po­no­wać.

— Ro­zu­miem — mrukną­łem.

— O, ciotka Eve­line, ona jest na­prawdę bar­dzo bo­gata. Odziedzi­czyła po swoim mężu, ban­kie­rze pary­skim, ogromną for­tunę. Tylko że stryj nie przyjąłby od niej fi­nan­so­wej po­mocy, bo jest bar­dzo dumny.

— To zdaje się ro­dzinne — roze­śmiałem się. — Twój brat, ma­larz Vin­cent, też, jak sły­sza­łem, nie chce ani franka od ciotki.

— Mó­wiła panu o tym? To prawda — kiw­nęła głową dziew­czynka. Tacy już są wszyscy Saint-Ga­tie­no­wie. W każ­dym bądź razie przy­da­łoby się nam te sto ty­sięcy dola­rów za wskazanie Fan­to­masa. Jak pan myśli, czy wspól­nymi si­łami uda nam się go zła­pać? — to mó­wiąc łobu­zer­sko mru­gnęła do mnie okiem.

Uśmiech­ną­łem się.

— Mamy kon­ku­renta. Pana Ga­sparda Pi­geona. On też chce zdo­być na­grodę i ku­pić sobie do­mek gdzieś na połu­dniu Fran­cji.

Dziew­czynka po­gar­dli­wie wzruszyła ra­mio­nami.

— Nie wie­rzę w ta­kich de­tek­ty­wów, któ­rzy mają przy­kle­jone wąsy. Ale zejdźmy już na obiad.

W dro­dze do ja­dalni za­da­łem jej jesz­cze jedno pyta­nie:

— Twój stryj wspomniał coś o swej pra­cowni, a ty stroiłaś sobie na ten temat żarty. Po­wiedz mi, nad czym pra­cuje twój stryj?

Ro­ze­śmiała się ci­chutko.

— Tego nikt nie wie, pro­szę pana. Nikt z nas nie był nigdy w jego pra­cowni. Tylko nasz lokaj, Filip, jest wta­jem­ni­czony w sprawy stryja, bo sprząta jego pra­cow­nię. Ale od Fi­lipa trudno coś wy­cią­gnąć, słu­żył na tym sa­mym statku co stryj i jest mu bar­dzo od­dany.

Ja­dal­nia znaj­do­wała się na par­terze, tuż za hal­lem. Ściany po­kry­wała ciemna, dę­bowa bo­aze­ria, sufit też był bel­ko­wany i wy­ło­żony drewnem. Jedną ścianę zaj­mo­wał wielki kre­dens, two­rzący ca­łość z bo­aze­rią. Przy dru­giej uj­rza­łem marmu­rowy ko­mi­nek ze wspania­łym lu­strem w ro­ko­ko­wej oprawie. W trze­ciej ścia­nie wid­niały cztery okna, a w wyku­szach mię­dzy nimi stały drewniane ławy, kryte skó­rami.

Śro­dek ja­dalni zaj­mo­wał długi, pro­sto­kątny stół, oto­czony krze­słami o wy­so­kich opar­ciach.

Ba­ron prze­brał się do obiadu w ciemny gar­nitur i białą ko­szulę z czarną muszką. Wy­glą­dał wy­twornie, jak praw­dziwy ary­sto­krata. Ciotka Eve­line zdjęła na szczęście swój ogromny ka­pe­lusz, przy­po­mi­na­jący klomb. W dłu­giej, ciemnej sukni ozdobio­nej per­łami, z si­wymi wło­sami upiętymi w kok wy­glą­dała także bar­dzo wy­twornie. Kto zo­ba­czy­łby ją tu po raz pierwszy, aniby po­my­ślał, że drzemie w niej straszliwy de­mon sa­mo­cho­dowy. Tylko że wciąż, z byle po­wodu, prze­kli­nała w róż­nych języ­kach. „Ca­ramba, porca mise­ria” — sły­szało się czę­sto pod­czas tego obiadu.

Przedsta­wiono mi ku­sto­sza, pana Ar­manda Du­ranta, ro­słego męż­czy­znę z ogromną czarną brodą, która sprawiała, że wy­glą­dał jak zbój Ma­dej. Ale ła­godne spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu i ci­chy głos prze­czyły temu wra­żeniu.

Do stołu po­da­wała po­ko­jówka, ale już bez pa­pi­lotów, i lokaj ba­rona, ów Filip, z po­cho­dze­nia Hiszpan. Filip słu­żył na okrę­cie, na któ­rym ofi­ce­rem był baron, a po­tem przyjął służbę u ba­rona. Miał chyba z pięć­dzie­siąt lat, tyle co baron, dłu­gie, siwe bo­ko­brody, krza­cza­ste brwi i no­sił coś w ro­dzaju libe­rii, która jed­nak przy­po­mi­nała nieco bosmańską kurtkę ze srebrnymi guzi­kami i sza­me­ro­wa­niem.

Roz­mowę przy obie­dzie roz­po­czął baron.

— Jak pan oce­nia za­bez­pie­cze­nie gale­rii? — za­pytał pana Pi­geona. — Opi­nia pana jest bar­dzo ważna, po­nie­waż od niej za­leży wy­płata od­szkodo­wa­nia za po­przednio skra­dziony ob­raz. Fan­to­mas za­gro­ził kra­dzieżą Plaży Re­noira. Nie wiem, czy mogę być spo­kojny...

Pan Pi­geon lek­ce­wa­żąco machnął ręką, uzbrojoną w łyżkę.

— Owszem, ma pan foto­ko­mórki i w ogóle nie­zły sys­tem alar­mowy. W oknach są mocne kraty, dwaj strażnicy na przemian czu­wają przy drzwiach wej­ściowych do gale­rii. Ale czy to ma ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie? Jeśli Fan­to­mas za­po­wie­dział, że ukradnie obraz Re­noira, to z pew­no­ścią spełni swoją groźbę.

— Jak to? — zdu­miał się baron. — A któ­rędy do­sta­nie się do gale­rii?

— Ba, w tym sęk! — wzruszył ra­mio­nami Pi­geon. — On umie prze­nikać mury.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­grzmiała ciotka Eve­line. — I to mówi pan, de­tek­tyw Agencji Ubezpie­cze­nio­wej? Kilku ta­kich de­tek­ty­wów i Agencja pój­dzie z tor­bami. Są­dzi­łam, że skoro pan tutaj jest, Fan­to­mas nie ośmieli się ukraść ob­razu.

Pan Ga­spard odło­żył łyżkę.

— Nie jest moim za­da­niem pil­no­wać zbio­rów ba­rona. Od tego jest on sam, a także płatni strażnicy, jako też pa­ten­towy sys­tem alar­mowy. Ja mam inne obo­wiązki.

Wszyscy byli­śmy cie­kawi, jakie to „inne obo­wiązki” ma de­tek­tyw Agencji Ubezpie­cze­nio­wej, ale Filip wniósł na tacy ogromny pół­mi­sek z ko­tle­tami. Pół­mi­sek po­sta­wił na stole, tuż przed no­sem ciotki Eve­line i oświad­czył:

— Mam myśl, panie baro­nie. Czy nie nale­ża­łoby wejść z Fan­to­ma­sem w ja­kieś układy?

— Co ty ga­dasz, Fili­pie? — zdu­miała się ciotka Eve­line.

— W isto­cie, dziwnie mó­wisz — stwierdził baron.

— Mam na myśli, pa­nie baro­nie, że Fan­to­mas mógłby kraść ob­razy, a nam wy­pła­cano by od­szkodo­wa­nie. W ten spo­sób wzmocni­liby­śmy się fi­nan­sowo. Co nie jest bez zna­cze­nia.

— Chi, chi, chi! — za­chi­cho­tała Yvonne. — Ja o tym od dawna my­śla­łam. Ale nic z tego, ko­chany Fi­lipie. Na sku­tek klau­zuli w te­sta­men­cie stry­jowi nie wolno sprzeda­wać obra­zów, a tym sa­mym brać do swej kie­szeni od­szkodo­wa­nia, sta­no­wią­cego rów­no­war­tość ob­razu. Pie­nią­dze wy­pła­cane przez Agencję Ubezpie­cze­niową na­leży prze­kazać do de­po­zytu ban­ko­wego. Jeśli Fan­to­mas po­zbawi nas jesz­cze kilku naj­wspanial­szych arcy­dzieł z gale­rii, prze­staną tu przyjeż­dżać tury­ści i zro­bimy plajtę. Plajtę na całej linii.

Głos za­brał znowu pan Ga­spard Pi­geon:

— Pań­stwo wy­baczą, ale ja, jako de­tek­tyw Agencji Ubezpie­cze­nio­wej, po pro­stu nie mogę słu­chać po­dob­nych roz­mów. To są prze­stęp­cze roz­mowy. Ostrzegam, że nie­jeden już pró­bo­wał wy­pro­wa­dzić w pole naszą Agencję i źle skończył. Ja się do tego przy­czy­niłem.

— Ca­ramba! Porca mise­ria! — za­wo­łała ciotka Eve­line. — Z Fan­to­ma­sem pro­szę się roz­pra­wić, a nie z nami.

Pan Pi­geon się­gnął po kotlet.

— Owszem. We wła­ści­wym cza­sie, ła­skawa pani. I aż do końca obiadu nie ode­zwał się ani sło­wem.

Po obie­dzie wy­szli­śmy wszyscy na dzie­dzi­niec, a po­tem na ta­ras przy don­żonie. Uwagę naszą zwrócił fakt, że pan Pi­geon trzymał w ręku swój, dość du­żych roz­mia­rów, nese­ser.

— Czyżby za­mie­rzał pan nas opu­ścić? — za­inte­re­so­wał się baron.

— Owszem — ski­nął głową de­tek­tyw. — Opuszczę za­mek na krótki czas. Ale po­tem znowu się po­jawię.

Po­my­śleli­śmy, że pan Pi­geon, jak każdy wy­bitny de­tek­tyw, jest po­dobny do kota, który cho­dzi wła­snymi dro­gami.

Było piękne po­połu­dnie. Usiedli­śmy na ław­kach dla tury­stów i oglą­dali­śmy w milcze­niu mocną zie­leń sta­rych pla­ta­nów w zam­ko­wym parku. Białe, piaszczy­ste łachy w srebrzy­stej toni rzecznej wy­glą­dały jak rybie łuski.

Pan Pi­geon wy­da­wał mi się dziwnie roz­tar­gniony. Na­słu­chi­wał cze­goś, co chwila spo­glą­dał w niebo i dra­pał się za le­wym uchem.

Na­gle po­wie­dział do ba­rona:

— Nie chciałbym, aby pan źle my­ślał o Fan­to­ma­sie. Skoro bo­wiem i tak nie może pan dys­po­no­wać obra­zami we­dle swojej woli, Fan­to­mas, krad­nąc ob­razy, nie czyni panu krzywdy.

— Ależ, drogi panie, co też pan mówi? To obu­rza­jące! — rzekł baron. — Fan­to­mas jest zwy­kłym zło­dziejasz­kiem.

— I weź­miemy za niego sto ty­sięcy dola­rów — z prze­ko­na­niem po­wie­działa Yvonne.

Pi­geon uśmiech­nął się. Po raz pierwszy zo­ba­czy­łem go uśmiech­nię­tego tak sze­roko, od ucha do ucha.

— Obawiam się, że to płonne na­dzieje — rzekł.

W tym mo­men­cie nad drzwiami parku uka­zał się błę­kitny heli­kop­ter. Z war­ko­tem mo­toru przeleciał nad rzeką i zna­lazł się tuż nad tara­sem. Za­wi­snął nad nim jak po­tężna ważka, zni­żył się tak bar­dzo, że zna­lazł się o trzy me­try nad zie­mią. Przez chwilę oba­wia­łem się, iż lot­nik ude­rzy śmi­głami o mury don­żonu. Z heli­kop­tera zrzu­cono dra­binkę sznu­rową.

— Ad­ieu! — skło­nił się nam pan Ga­spard. — Dziękuję za otwarcie przede mną gale­rii. Dziękuję rów­nież za obraz Re­noira. Mam na­dzieję, że kopia, którą zo­sta­wi­łem, jest sta­ran­nie wy­ko­nana.

Pi­geon ze zręczno­ścią mło­dzieńca wskoczył na dra­binkę sznu­rową. Heli­kop­ter bły­ska­wicznie wzniósł się do góry, a pan Ga­spard, z nese­se­rem w lewej ręce, wspiął się do ka­biny pilota. Po chwili stra­cili­śmy heli­kop­ter z oczu. Zniknął za drzewami parku.

— Ca­ramba, porca mise­ria! Nic z tego nie ro­zu­miem — za­grzmiała ciotka Eve­line.

A mnie mrowie prze­szło po karku. Już otwierałem usta, żeby wy­ja­śnić sytu­ację, gdy od strony zamku nad­biegł Filip.

— Pa­nie baro­nie — wołał zdu­miony. — Dzwonił pan Ga­spard Pi­geon, de­tek­tyw Agencji Ubezpie­cze­nio­wej. Po­wie­dział, że bę­dzie tu za go­dzinę, bo za­trzymały go w Pa­ryżu nie­przewi­dziane oko­licz­ności.

Wszyscy mil­czeli, jakby im coś za­sznu­ro­wało usta.

— Fan­to­mas — jęk­nęła wreszcie Yvonne. — Więc to był Fan­to­mas?

Ku­stosz zła­pał się za głowę.

— Ob­raz! On chyba ukradł ob­raz Re­noira!

I jak sza­lony po­biegł w kie­runku zamku i gale­rii. A my po­pę­dzili­śmy za nim.

Gale­ria, jak już wspomi­na­łem, zbu­do­wana zo­stała przez Kata­rzynę Me­dy­cej­ską, na ka­miennym mo­ście, wzniesio­nym w la­tach, kiedy panią w zamku była Diana de Po­itiers. Gale­ria mie­ściła się w dłu­giej sali o rene­san­so­wych oknach, wy­cho­dzą­cych na rzekę prze­pły­wa­jącą pod łu­kami mo­stu.

Gale­ria miała trzy po­ziomy. Dolny skła­dał się z czte­rech ogrom­nych kom­nat w amfila­dzie. W ostatniej kom­nacie znaj­do­wały się sta­ran­nie za­my­kane odrzwia, któ­rymi można było wyjść na drugi brzeg rzeki.

Wy­żej po­zo­sta­wała tylko długa i sze­roka sień, ma­jąca po oby­dwu stro­nach okna. To tutaj, na ścia­nach oj­ciec ba­rona de Saint-Ga­tien za­wie­sił ze­brane przez sie­bie ob­razy współcze­snych mu mala­rzy.

Nad gale­rią, to jest jakby na dru­gim pię­trze, znaj­do­wały się po­koje go­ścinne, z których jeden prze­zna­czono dla mnie.

O ile jed­nak z naj­niż­szego po­ziomu wio­dły drzwi na drugą stronę rzeki, to gale­ria z ob­ra­zami nie miała dru­giego wyj­ścia. Na oknach kraty. Do­stać się tu można było jedy­nie z hallu zam­ko­wego, a ści­ślej po schodach z hallu wchodziło się do ma­łego po­koiku, w któ­rym dniem i nocą czu­wał strażnik. Stąd za­bez­pie­czone sys­te­mem alar­mo­wym drzwi wio­dły do gale­rii.

Ob­raz Re­noira wi­siał tuż przy drzwiach wej­ściowych, mię­dzy pierwszym a dru­gim oknem po pra­wej stro­nie. Był to nie­duży olejny ob­razek o roz­mia­rach trzy­dzie­ści pięć na trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, w pro­stej, drewnia­nej ramie. Przedsta­wiał fragment nor­mandzkiej plaży, jakby wy­brany przy­pad­kowo. Ja­kaś roz­ne­gli­żo­wana ko­bieta na pierwszym pla­nie, inna, uchwy­cona przez mala­rza tylko czę­ściowo, w środku wiele „pu­stego” miej­sca, a w głębi kilka dzie­cię­cych po­staci. Ta „przypad­ko­wość” uję­cia była dość cha­rak­tery­styczna dla im­pre­sjo­ni­stów, a szczególny wy­raz zna­lazła w słyn­nym obra­zie De­gasa[26], na por­trecie pana Lepic z cór­kami.

Mnó­stwo żółci, ugru, bieli. Za­mglone mo­rze o deli­kat­nej, nie­bie­skiej bar­wie.

— To on! Re­noir — wy­krztusił ku­stosz.

Sta­nęli­śmy całą gro­madą przed obra­zem Re­noira i przy­glą­dali­śmy mu się z uwagą.

— Jest pan histo­ry­kiem sztuki — zwrócił się do mnie baron. — O ile wiem, zaj­muje się pan rów­nież stwierdze­niem au­ten­tycz­ności obra­zów. Czy to falsy­fikat?

Po­krę­ciłem prze­cząco głową.

— Tu po­trzebny jest spe­cjali­sta, znawca im­pre­sjo­ni­zmu. Nie znam aż tak twór­czo­ści Re­noira, abym mógł się wy­po­wie­dzieć, czy mamy przed sobą kopię, czy też au­ten­tyk.

— Ba! — do­rzucił ku­stosz, który też był histo­ry­kiem sztuki. — Nie­jed­no­krot­nie zda­rzają się fał­szer­stwa obra­zów mala­rzy jesz­cze żyją­cych. I na­wet oni sami, ich twórcy, nie zaw­sze są w sta­nie stwierdzić, czy przedsta­wiony im obraz jest ro­biony ich ręką, czy też go sfał­szo­wano.

Ode­zwała się ciotka Eve­line:

— Ca­ramba, porca mise­ria, to jak wła­ści­wie jest, panie ku­sto­szu? Ten łaj­dak ukradł Plażę i po­wie­sił falsy­fikat, czy też mamy w dal­szym ciągu au­ten­tyczny ob­raz Re­noira?

— Nie wiem, ma­dame — wes­tchnął bez­rad­nie ku­stosz.

— Bo jeśli mamy au­ten­tyk, to nie ma sobie co głowy za­wra­cać grzmiała dalej ciotka Eve­line. — Lecz jeśli to falsy­fikat, w ta­kim razie na­leży dać znać poli­cji i wy­stą­pić o od­szkodo­wa­nie. Przypusz­czam, że i ten obraz był ubezpie­czony?

— Na sto ty­sięcy fran­ków — do­rzucił baron, który stał za moimi ple­cami.

Ku­stosz, pełen we­wnętrz­nych roz­terek, szar­pał pal­cami swoją czarną brodę.

— Na Boga, nie wiem: au­ten­tyk to, czy falsy­fikat? Wy­gląda jak au­ten­tyk, jak ten sam obraz, który tu wi­siał przed go­dziną. Ale przy­siąc bym nie mógł. Po co by­łaby ta cała ma­ska­rada Fan­to­masa, gdyby nie za­mie­rzał ukraść ory­gi­nału? Tylko kiedy on to zro­bił? Przez cały czas towa­rzy­szyła mu Yvonne i ja...

— Nie cały czas — prze­rwała Yvonne. — Po­prosił pana i mnie, aby­śmy spraw­dzili, jak działa urzą­dze­nie alar­mowe przy ostatnich oknach gale­rii. Pa­mięta pan?

— Tak.

— Po­zo­sta­wili­śmy go tutaj sa­mego przy tym obra­zie i ode­szli­śmy w drugi kąt gale­rii.

— No tak... ale... tu był strażnik — za­wołał zroz­pa­czony ku­stosz.

— Wy­słał go do sieni, aby sprawdził, czy sły­szy alarm, który my mie­liśmy pod­nieść — przy­po­mniała Yvonne. — Fał­szywy Pi­geon miał wciąż przy sobie nese­ser. Mógł szybko wy­jąć kopię w ta­kiej sa­mej drewnia­nej oprawie, za­mie­nić ob­razy i z ory­gi­na­łem w nese­serze naj­spo­koj­niej w świe­cie opu­ścić gale­rię.

— Idę dzwonić do poli­cji — zde­cy­do­wał baron i wy­szedł z gale­rii. A my przy­stą­pili­śmy od od­two­rze­nia sceny, jaka tu mo­gła się roze­grać, o ile Yvonne do­brze wszystko pa­mię­tała.

Ja otrzyma­łem za za­danie zdję­cie ob­razu, a ciotka Eve­line i ku­stosz po­szli w drugi ko­niec gale­rii, aby ma­ni­pu­lo­wać przy sys­temie alar­mo­wym.

Gale­ria miała po­nad osiem­dzie­siąt me­trów dłu­gości. Gdy zna­leźli się w dru­gim końcu, za­sło­niłem sobą obraz Re­noira, zdjąłem go, chwilę ma­ni­pu­lo­wa­łem przy nim uda­jąc, że cho­wam go do nese­sera. Na­stęp­nie obraz po­wie­siłem z po­wro­tem na ścia­nie.

— No i co? — za­py­tałem, gdy po­wró­cili do mnie.

— Owszem, wi­dzie­liśmy, jak pan zdejmo­wał obraz — stwierdził ku­stosz. — Ale spe­cjal­nie pa­trzy­liśmy na pana. Na­to­miast pod­czas po­bytu fał­szy­wego Pi­geona by­liśmy za­jęci urzą­dze­niem alar­mo­wym przy oknie i chyba nie spo­glą­dali­śmy w jego kie­runku.

— Tak — po­twierdziła Yvonne. — Zresztą, on przez cały czas doty­kał obra­zów i coś przy nich robił. Po­pra­wiał je, zdejmo­wał z gwoździ i za­wie­szał na nowo. My­śla­łam, że to na­leży do jego obo­wiązków jako de­tek­tywa, który przyjechał tu, aby za­bez­pie­czyć ob­razy przed kra­dzieżą.

Nad­szedł baron.

— Rozma­wia­łem z ko­misa­rzem poli­cji w To­urs — oświad­czył. — Obiecał wkrótce tu przyjechać i za­jąć się tą sprawą. Ale dla wszczęcia śledztwa po­trzebne jest udo­ku­mentowa­nie faktu, że obraz, który tu wisi, jest falsy­fika­tem. Ko­mi­sarz musi mieć opi­nię eks­perta.

— Do­brze — ski­nął głową ku­stosz. — Ju­tro rano po­jadę z ob­ra­zem do Luwru, do pana Car­dinal, naj­większego znawcy dzieł Re­noira. I może nasz obraz okaże się ory­gi­nalny? — dodał z na­dzieją w gło­sie.

Wszyscy jed­nak w po­nu­rym mil­cze­niu przyjęli­śmy jego słowa. Zdaje się, że każdy z nas z góry wie­dział, jaką opi­nię przywie­zie z Pa­ryża pan Du­rant.

Zło­dziej, który sam sie­bie na­zy­wał nie­uchwyt­nym Fan­to­ma­sem, nie urzą­dzał chyba ma­ska­rady dla czczej za­bawy, nie uda­wał Pi­geona z przy­pra­wio­nymi wą­sami, aby w Zamku Sze­ściu Dam obej­rzeć nasze twa­rze i obraz Re­noira. Przybył tu w kon­kret­nym celu i nie miał w grun­cie rze­czy żad­nych trud­ności, aby swój cel osią­gnąć. Wpraw­dzie ku­stosz, ciotka Eve­line i Yvonne wi­dzieli moje ma­ni­pula­cje z obra­zem, więc mu­sie­liby za­uwa­żyć, że cho­wam obraz do nese­sera i wyj­muję z niego po­dobny, lecz do­kład­niej za­uważa się pewne czynności, gdy jeste­śmy o nich uprzedzeni. Nie, nikt z nas nie łudził się: do­ko­nano sprytnej kra­dzieży. Fan­to­mas speł­nił swą groźbę.

Wiem, dro­dzy Czytel­nicy, jakie pyta­nie teraz Was nur­tuje.

Jak to moż­liwe, by histo­ryk sztuki, ku­stosz ma­jący duży zasób wie­dzy fa­cho­wej i do­świad­cze­nie w dzie­dzi­nie ma­lar­stwa, rap­tem stra­cił pew­ność, czy obraz, który jesz­cze wczoraj jako ory­ginał wi­siał w gale­rii, nie jest dziś tylko kopią, fal­syfi­ka­tem? I musi go za­wo­zić do sta­ran­nej, na­uko­wej eks­per­tyzy?

Za­inte­re­so­wa­nych tą sprawą od­sy­łam do świetnej, wy­danej w prze­kła­dzie z nie­mieckiego, książki Franka Ar­nau, za­ty­tuło­wa­nej „Sztuka fał­sze­rzy, fał­sze­rze sztuki”. Jest w niej mowa o ge­nial­nych fał­szer­zach i nie­zli­czo­nej ilości fał­szerstw, do­ko­ny­wa­nych na dziełach sztuki sta­ro­żyt­nej i no­wo­cze­snej.

Ale po­nie­waż zdaję sobie sprawę, że nie każdy z Was znaj­dzie moż­li­wość się­gnię­cia po tę książkę, opo­wiem Warn o tym, co w niej wy­czy­tałem, a także do­rzucę co nieco z wła­snego do­świad­cze­nia.

Ograniczę się zresztą tylko do ma­lar­stwa, bo ono jest te­ma­tem tej opo­wie­ści.

Ob­razy sta­rych i no­wych mi­strzów osią­gają nie­kiedy na mię­dzy­naro­do­wych au­kcjach dzieł sztuki ogromne ceny. Dość wy­mie­nić, że w roku 1959 za obraz Pi­cassa La­belie Hol­lan­daise za­pła­cono 660 ty­sięcy ma­rek za­chodnio­nie­mieckich, auto­por­tret Ce­zanne'a prze­kro­czył sumę 350 ty­sięcy ma­rek, a za De­gasa Trzy tan­cerki uzy­skano cenę 250 ty­sięcy ma­rek. Ob­razy sta­rych mi­strzów, ta­kich jak Rem­brandt[27], Ver­meer[28], El Greco[29], Ty­cjan, Ru­bens[30], mają war­tość znacznie większą. Wy­star­czy po­wie­dzieć, że pod ko­niec 1970 roku na au­kcji u słyn­nego mar­szanda Chri­stie w Lon­dynie za obraz Ve­la­zqu­eza[31] za­pła­cono po­nad 5 mi­lio­nów dola­rów, a za obraz Ty­cjana Śmierć Akte­ona uzy­skano w 1971 roku po­nad 4 mi­liony dola­rów. Nie dziwmy się więc, że chciwym okiem pa­trzą na dzieła słyn­nych mi­strzów róż­nego ro­dzaju prze­stępcy, że kradną je z gale­rii pry­wat­nych i pań­stwowych, a po­tem sprzedają na in­nym krańcu świata. Fał­sze­rze zaś sta­rają się wszelkimi spo­so­bami pod­robić ob­razy wiel­kich mala­rzy i uzy­skać za nie wy­soką cenę.

Nie­kiedy zło­dziej i fał­szerz współ­działają z sobą, tak jak to wi­dzimy w na­szej opo­wie­ści o Fan­to­ma­sie. W histo­rii sztuki znane są wy­padki, że z bo­ga­tych gale­rii wy­po­ży­czano bez­cenne ob­razy wiel­kich mi­strzów w celu do­ko­nania eks­po­zycji w in­nej gale­rii; do ma­cie­rzy­stych mu­zeów wra­cały, nie­stety, za­miast ory­gi­na­łów ge­nial­nie wy­ko­nane falsy­fi­katy. Zło­dziej i fał­szerz działali tutaj wspólnie.

Ogólnie rzecz bio­rąc, fał­sze­rzy obra­zów można po­dzie­lić na dwie kate­gorie. Na ta­kich, któ­rzy two­rzą „nowe” dzieła w stylu wy­bit­nych mala­rzy i po­tem z wiel­kim szu­mem „od­naj­dują” je przy­pad­kiem, oraz na kopi­stów, któ­rzy wy­ko­nane przez sie­bie kopie zna­nych obra­zów sprzedają jako ory­gi­nały. Pierw­szym uła­twia za­danie fakt, że rze­czy­wi­ście co jakiś czas tu i ów­dzie na stry­chach ko­ściołów i w sta­rych ru­pie­ciar­niach od­naj­duje się za­po­mniane dzieła wiel­kich mi­strzów. W Pol­sce nie tak dawno sze­roko roz­pi­sy­wano się o od­nale­zie­niu na stry­chu sta­rego ko­ścioła ob­razu po­cho­dzą­cego prawdo­po­dob­nie z pra­cowni El Greco, a w in­nym ko­ściele od­kryto obraz przy­pi­sy­wany Cra­na­chowi Młod­szemu[32].

Do tego ro­dzaju fał­sze­rzy, o wprost ge­nial­nych umiejętno­ściach imi­tator­skich, na­leżał słynny Ho­len­der Jan van Me­ege­ren, który wy­pu­ścił w świat kilka „no­wych” ob­ra­zów zna­nego mala­rza Ver­me­era i nie mniej słyn­nego Halsa[33]. Wy­ko­nane przez Van Me­ege­rena ob­razy Uczniowie z Emaus i Ostatnia Wie­cze­rza zo­stały tak wspaniale pod­ro­bione, iż rze­kome au­tor­stwo Ver­me­era nie bu­dziło za­strzeżeń naj­większych eks­per­tów. Prze­ko­nanie o au­ten­tycz­ności tych dzieł było tak wiel­kie, że Van Me­ege­ren mu­siał udo­wod­nić swoje fał­szer­stwo, ma­lując już w wię­zie­niu no­wego Ver­me­era, tym ra­zem obraz za­ty­tuło­wany Jezus wśród uczonych w Pi­śmie. I mimo iż sąd wy­dał wy­rok w tej sprawie, wielu znawców sztuki upiera się wciąż przy au­ten­tycz­ności wy­ko­na­nych przez Van Me­ege­rena „Verme­erów”.

Na szczęście ta­kich ge­nial­nych fał­sze­rzy, jak Van Me­ege­ren, jest nie­wielu. Inni po­peł­niają za­zwy­czaj jakiś błąd, który zo­staje wy­kryty przy na­ukowo prze­pro­wa­dzo­nej eks­per­tyzie. Ale nie łudź­cie się, do­brze wy­ko­na­nego falsy­fi­katu ża­den, na­wet wy­bitny znawca nie od­różni od ory­gi­nału na pierwszy rzut oka.

Aby spraw­dzić au­ten­tycz­ność dzieła sztuki, trzeba je nie­kiedy pod­dać bar­dzo dłu­giej i do­kład­nej ana­lizie na­uko­wej, prze­świetlić pro­mie­niami rent­gena, do­ko­nać ana­lizy spektralnej, ba­dać skład che­miczny farb uży­tych do ob­razu, pod­kład; gra­folo­dzy ba­dają do­kład­nie pod­pis mi­strza, histo­rycy sztuki styl i ru­chy pędzla cha­rak­tery­styczne dla każ­dego mala­rza. Lecz mimo tych wszyst­kich za­bie­gów nie zaw­sze udaje się roz­pro­szyć wąt­pli­wo­ści. Do dziś w naj­zna­ko­mit­szych gale­riach są ob­razy, któ­rych au­tor­stwa nie da się z całą pew­no­ścią usta­lić. A co do­piero mó­wić o zwy­kłym ku­sto­szu gale­rii, który dla stwierdze­nia au­ten­tycz­ności ob­razu ma do dys­po­zycji co naj­wy­żej lupę lub mi­kro­skop, a do­ko­nanie naj­prostszej ana­lizy che­micznej budzi w nim lęk przed zniszcze­niem lub uszko­dze­niem dzieła sztuki.

Druga kate­goria fał­sze­rzy to ci, któ­rzy ko­piują już ist­nie­jące dzieła sztuki i sprzedają je jako ory­gi­nały. I w tej gru­pie ist­niało i ist­nieje wielu wy­bitnie uzdolnio­nych fał­sze­rzy. Dla­tego co jakiś czas świat histo­ry­ków sztuki prze­żywa sen­sację: oka­zuje się, że dwóch wy­bit­nych ko­lek­cjo­ne­rów, a nie­kiedy dwie gale­rie w róż­nych kra­jach po­sia­dają dwa iden­tyczne ob­razy tego sa­mego mi­strza. Który z nich jest kopią, a który ory­gi­na­łem?

I znowu roz­strzyga eks­per­tyza na­ukowa.

Jest ona naj­czę­ściej nie­za­wodna tam, gdzie w grę wchodzą ob­razy daw­nych mi­strzów. Były one czę­sto ma­lo­wane na de­skach, a trudno pod­robić stare drewno, gdyż ma cha­rak­tery­styczne spę­kania, spo­wo­do­wane upływem czasu. Fał­sze­rze po­słu­gują się więc obra­zami mniej zna­nych mala­rzy z tej sa­mej epoki, w któ­rej żył autor pod­ra­bia­nego przez nich dzieła. Lecz pro­mie­nie rent­gena łatwo wy­kry­wają fał­szer­stwo. Poza tym dawni mala­rze uży­wali farb, któ­rych skład che­miczny nie­kiedy by­wał ich ta­jem­nicą; ana­liza che­miczna zde­ma­skuje fał­sze­rza.

Ale jak rzecz się przedsta­wia ze współcze­snymi mala­rzami, któ­rych ob­razy także uzy­skują wy­sokie ceny?

Ile krąży po świe­cie fał­szy­wych obra­zów Van Gogha[34], Utrilla[35], Re­noira, Pi­cassa i wielu, wielu in­nych? Jak je roz­po­znać, skoro mala­rze ci uży­wali farb do­stęp­nych każ­demu i dzi­siaj, ma­lo­wali na płót­nie lub na pa­pie­rze do­stęp­nym i dzi­siaj? Nie­kiedy nie na wiele się zdaje ana­liza rent­ge­nolo­giczna, ana­liza farb i pod­kładu, ana­liza gra­folo­giczna pod­pisu mi­strza, bo by­wało i tak, że na prze­strzeni lat mistrz wie­lo­krot­nie zmieniał swój pod­pis. Na­wet od­wo­łanie się do sa­mego mi­strza (jeśli jesz­cze żyje), aby stwierdził, który obraz on na­ma­lował, a który jest falsy­fika­tem, nie­wiele po­maga. Na pro­ce­sach o fał­szer­stwo mala­rze, któ­rych ob­razy pod­ra­biano, nie umieli au­to­ry­ta­tyw­nie stwierdzić: ten obraz ja ma­lo­wa­łem, a ten jest falsy­fika­tem. Tak było na pro­cesie słyn­nej fał­szerki Claude La­tour, która pod­ra­biała ob­razy Utrilla. Sam Utrillo nie mógł z całą pew­no­ścią wskazać, które ob­razy on ma­lował, a które są sfał­szo­wane. Po­dob­nie ma­larz Mau­rice de Vla­minck[36] nie umiał roz­strzygnąć, które z prac sy­gno­wa­nych jego na­zwi­skiem są falsy­fika­tami.

Rzecz ja­sna, że i w tej dzie­dzi­nie na­ukowa eks­per­tyza udo­sko­nala wciąż me­tody i raz po raz de­ma­skuje fał­sze­rzy. Wielkie zna­cze­nie dla od­kry­cia falsy­fi­ka­tów ma tak zwana ana­liza po­rów­naw­cza, bar­dzo dro­bia­zgowa i żmudna. Nie zdoła jej do­ko­nać ża­den ku­stosz z prywat­nej gale­rii. W przy­padku gdy zro­dzą się w nim wąt­pli­wo­ści, musi od­wo­łać się do eks­per­tów, któ­rych za­trud­niają ogromne mu­zea, takie jak na przy­kład Luwr.

Nie dziwcie się więc, że ani ja, ani ku­stosz pan Du­rant nie mo­gli­śmy dać baro­nowi de Saint-Ga­tien zde­cy­do­wa­nej od­po­wie­dzi.

 


ROZDZIAŁ PIĄTY [top]

CO WIEMY O IMPRESJONIZMIE • TAJEMNICZY PAN FRANCOIS BURGES • DOMYSŁY W SPRAWIE FANTOMASA • MADAME EVELINE OFIAROWUJE POMOC • PRZYBYCIE DETEKTYWA • KTO JEST PYSZAŁKIEM • OD CZEGO SĄ DETEKTYWI • PIGEON SKŁADA MI WIZYTĘ • CZY BARON JEST ZŁODZIEJEM • NARADA Z YVONNE • LIST OD FANTOMASA

 

Czy lubi­cie współcze­sne ma­lar­stwo? Albo za­py­tam ina­czej: czy przema­wia ono do Was, budzi Wa­sze za­inte­re­so­wa­nie?

A może nale­życie do tej dość licz­nej rze­szy ludzi, któ­rzy współcze­sne ma­lar­stwo uwa­żają za dzi­wactwo?

W gale­rii Zamku Sze­ściu Dam znaj­do­wały się dzieła sztuki no­wo­żyt­nej. Naj­star­sze ob­razy po­cho­dziły z końca ubie­głego stu­lecia, z okresu im­pre­sjo­ni­zmu. Naj­młodsze po­wstały w la­tach dwu­dzie­stych na­szego stu­lecia. Na­le­żały do nich płótna Pi­cassa, Cha­galla[37], Paula Klee[38]. Zo­ba­czy­łem rów­nież kilka wspania­łych płó­cien Sa­lva­dora Dali[39].

Nie je­stem pe­wien, czy wszystkie te ob­razy obu­dzi­łyby w Was za­chwyt albo zna­la­złyby w Wa­szych oczach uznanie. A jed­nak setki tury­stów przy­by­wało do Zamku Sze­ściu Dam przede wszystkim po to, aby obej­rzeć znaj­du­jące się w gale­rii ob­razy. Nie­które z tych płó­cien, acz­kol­wiek ma­lo­wane przez arty­stów współcze­snych, osią­gnę­łyby za­pewne za­wrotne sumy na mię­dzy­naro­do­wych au­kcjach dzieł ma­lar­skich.

Dla­czego? Nie­kiedy mówi się, że zwy­kły szary człowiek woli oglą­dać ob­razy sta­rych mi­strzów, zaś no­wo­cze­sne ma­lar­stwo wy­daje mu się nie­zro­zu­miałe.

Czy tak jest na­prawdę?

Współ­cze­sne ma­lar­stwo wy­maga od od­biorcy pew­nego przy­go­to­wa­nia. Zmu­sza ono rów­nież do pracy wy­obraźnię, a nie każ­demu chce się zdo­by­wać na taki wy­siłek. Każdy ro­zu­mie, że na­wet cho­dze­nie wy­maga nauki. Uczyć się trzeba czy­tać i pisać. Ale wielu lu­dziom wy­daje się, że wy­star­czy mieć oczy, aby pa­trzeć. Nie­prawda! Pa­trze­nia też trzeba się uczyć, a wówczas ła­twiej od­bie­rać i zro­zu­mieć to, co przedsta­wiają współcze­sne ob­razy.

Osiągnię­cia ma­lar­skie, któ­rych świad­kami jeste­śmy, nie zro­dziły się z ni­czy­jego dzi­wactwa. Mają swoją hi­storię, wy­ra­stają z tra­dycji sztuki, są jej twór­czą kon­tynu­acją.

Dla przy­kładu owi im­pre­sjo­niści, o któ­rych już była mowa. Ob­jawili się w 1874 roku, na słyn­nej wy­sta­wie trzy­dzie­stu mala­rzy. Wy­stawa ta wy­wo­łała nie­mal skandal w Pa­ryżu, a na głowy arty­stów po­sy­pały się dzie­siątki zło­śli­wych kry­tyk. Ale nie za­bra­kło rów­nie gor­li­wych zwolenni­ków za­pre­zen­to­wa­nego na niej ma­lar­stwa. Mi­nął czas jakiś i ów nowy nurt w sztuce, który wziął na­zwę od fran­cu­skiego słowa „im­pression” — wra­żenie, oka­zał się zwy­cię­ski. Dziś ob­razy wiel­kich im­pre­sjo­ni­stów bu­dzą za­inte­re­so­wa­nie ogromnej rze­szy od­bior­ców sztuki, a ich re­pro­duk­cje cie­szą się wielką po­pu­lar­no­ścią.

Dla­czego ob­razy im­pre­sjo­ni­stów wy­wo­łały obu­rze­nie, nie­chęć, zja­dliwe kry­tyki?

Do po­łowy XIX wieku obo­wią­zy­wał w ma­lar­stwie su­rowy re­alizm, re­pre­zen­to­wany we Fran­cji przez ta­kich arty­stów, jak Co­urbet[40], a w Rosji przez słyn­nego Rie­pina[41].

Oj­ciec im­pre­sjo­ni­zmu, Claude Mo­net[42], rzucił za­wo­łanie, że „na­leży ma­lo­wać to, co się widzi”.

Jak im­pre­sjo­niści ro­zu­mieli to hasło?

We­dług nich ma­lar­stwo winno utrwalać su­biektywne wra­żenia arty­sty. Ma­lo­wali rze­czy tak, jak je w danej chwili wi­dzieli. Wy­szli ze swoich pra­cowni. Do lasu, do ogrodu, na plażę, w pole. Mo­gli tam ob­ser­wo­wać za­leż­ność zja­wisk barwnych od światła i at­mos­fery. Dziś wi­dok mala­rza na ulicy czy w parku nie budzi zdziwie­nia — wówczas jed­nak było ina­czej. Im­pre­sjo­niści wy­po­wie­dzieli walkę ciemnym bar­wom ma­lar­stwa po­przedniego okresu, brą­zom i sza­rym zie­le­niom Co­ur­beta, sza­ro­ściom i czer­niom. Twierdzili, że nie ma­lują przed­miotów dla nich sa­mych, lecz dla ich barw. Byli prze­ko­nani, że jedy­nym źró­dłem ko­loru jest światło, a barwy przed­miotów zmieniają się w za­leż­ności od kąta pa­dania i siły światła. Miej­sce do­tych­cza­so­wych „wielkich te­ma­tów” za­jęły pej­zaż, martwa na­tura i sto­sun­kowo rza­dziej sceny ro­dza­jowe, por­trety. Na­zwę „im­pre­sjo­niści”, ukutą zresztą jako kpinę, zro­dził obraz Mo­neta, za­ty­tuło­wany Im­pre­sja — wschód słońca, przedsta­wia­jący ryba­ków nad rzeką i słońce wy­ła­nia­jące się z po­ran­nej mgły.

Do naj­wy­bit­niej­szych im­pre­sjo­ni­stów nale­żeli: Mo­net, Pis­sarro[43], Sis­ley[44], Re­noir, De­gas i Ce­zanne. Wpływ tego kie­runku za­zna­czył się wy­raź­nie w ostatnim okre­sie twór­czo­ści wiel­kiego Ma­neta[45]. Z im­pre­sjo­ni­zmu wy­rośli też inni zna­ko­mici mala­rze tam­tych dni: Gau­guin[46] i Van Gogh.

A u nas, w Pol­sce?

Jest oczywiste, że osią­gnię­cia fran­cu­skich im­pre­sjo­ni­stów nie po­zo­stały bez wpływu na nasze ma­lar­stwo. Ale nie przeja­wiało się to w śle­pym na­śla­dow­nic­twie czy bez­po­śred­nim wzo­ro­wa­niu się na fran­cu­skich twór­cach. Na­sze ma­lar­stwo miało swoje tra­dycje, po­dob­nie jak nasz kraj miał swoją od­rębną histo­rię. Fran­cuzi żyli w wol­nym kraju, Pol­ska znaj­do­wała się pod trzema za­bo­rami i bu­dze­nie uczuć pa­trio­tycz­nych wy­da­wało się pierwszym obo­wiązkiem arty­sty. Dla­tego na ma­lar­stwo pol­skie XIX wieku tak wielki wpływ miała twór­czość Jana Ma­tejki, Jó­zefa Brandta, Ar­tura Grottgera. Ale prze­cież nie za­bra­kło i in­nych. Na­leżał do nich przede wszystkim Aleksan­der Gie­rym­ski, o któ­rym śmiało można po­wie­dzieć, że był na na­szym grun­cie pre­kur­so­rem im­pre­sjo­ni­zmu. Jego pro­gra­mem arty­stycznym wpraw­dzie był re­alizm, ale to on wy­szedł z pra­cowni i dał światu ob­razy przedsta­wia­jące nie­po­wta­rzalne piękno pol­skiego pej­zażu. Takie było, na przy­kład, jego Po­lo­wa­nie. Dą­żąc do przedsta­wie­nia peł­nej prawdy w sztuce, zda­wał sobie sprawę z ko­nieczności od­świe­żania ma­lar­skiego ję­zyka, bacznie i wrażliwie przedsta­wiał zmien­ność na­tury; u nas nikt przed nim tak od­waż­nie nie sto­so­wał kolo­rów, nikt tak bar­dzo nie wgłębiał się w grę światła.

Do­piero jed­nak Wła­dy­sław Pod­ko­wiń­ski, a póź­niej Józef Pan­kie­wicz byli w Pol­sce świado­mymi pro­pa­gato­rami haseł im­pre­sjo­ni­zmu. Pod wpływem im­pre­sjo­ni­zmu po­zo­sta­wał rów­nież po­pu­larny w Pol­sce ma­larz Leon Wy­czół­kow­ski, zna­ko­mity pej­zaży­sta. Hasła im­pre­sjo­ni­stów fran­cu­skich po­trafił on przetwo­rzyć, znaj­dując wła­sną, ory­gi­nalną drogę ma­lar­ską. Do kręgu tych mala­rzy zali­czyć trzeba także Ju­liana Fa­łata, który za­sły­nął dzięki swym pej­za­żom. Nikt pięk­niej od niego nie umiał przedsta­wić uro­ków na­szej zimy, ośnieżo­nych drzew, głę­bo­kich zasp, oblo­dzo­nych stru­mieni.

Zwiedza­jąc gale­rię w Zamku Sze­ściu Dam i za­chwycając się obra­zami fran­cu­skich im­pre­sjo­ni­stów, po­wra­ca­łem my­ślą do na­szych gale­rii i po­cie­sza­łem się, że choć nie ma w naszych mu­zeach obra­zów Re­noira, Van Gogha czy Ce­zanne'a, to prze­cież zwiedza­jący ob­cują z wielką, na­prawdę wzrusza­jącą sztuką Gie­rym­skiego, Wy­czół­kow­skiego, Pod­ko­wiń­skiego, Fa­łata.

Ale do Zamku Sze­ściu Dam nie przyje­cha­łem, aby go­dzi­nami ster­czeć w gale­rii i za­chwycać się zgroma­dzo­nymi tam dziełami sztuki. Ba­ron de Saint-Ga­tien, ma­dame Eve­line, mała Yvonne wie­rzyli, że po­mogę im w walce z bez­względ­nym i nie­uchwyt­nym zło­dziejem obra­zów. Nie mo­głem za­wieść ich za­ufa­nia.

Na­le­żało za­cząć działać.

Opu­ści­łem więc gale­rię i mi­nąw­szy pokój strażnika, zna­la­złem się w hallu zam­ko­wym, gdzie na­tknąłem się na ba­rona.

— Chciał­bym panu zadać pyta­nie — za­gad­ną­łem go. — Od­po­wiedź na nie może oka­zać się bar­dzo ważna.

— Słu­cham pana — od­parł baron.

— Czy pa­mięta pan ko­goś, kto chciał od pana na­być ob­razy z pań­skiej gale­rii? A szcze­gól­nie ob­razy Ce­zanne'a i Re­noira?

Ba­ron za­sta­nowił się.

— Wielu mar­chandów za­py­ty­wało mnie, czy nie ze­chciałbym sprzedać obra­zów ze swojej gale­rii. Szczegól­nie wielu chęt­nych po­ja­wiło się, gdy roze­szła się wieść, że nie naj­lepiej mi się wie­dzie. Mało kto orientuje się w klau­zuli te­sta­mentu, jaki po­zo­sta­wił mój oj­ciec, to zna­czy, że nie wolno mi po­zby­wać się tych obra­zów. Oczywi­ście, w tej sytu­acji mu­sia­łem da­wać od­po­wiedź od­mowną.

— Kim byli ci lu­dzie?

— Przeważ­nie han­dla­rze dzieł sztuki z Pa­ryża, Lon­dynu i No­wego Jorku.

— Po­wie­dział pan: przeważ­nie. Kim byli inni?

— Trudno mi pa­mię­tać ich na­zwi­ska — od­parł baron.

— A czy nie było ko­goś bar­dziej na­tar­czy­wego? Na­zwi­sko ta­kiego czło­wieka utrwala się w pa­mięci.

Ba­ron prze­cząco po­kręcił głową.

— Nie, nie pa­mię­tam... Aha... — nagle coś sobie przy­po­mniał — otrzyma­łem przed pół ro­kiem list od ja­kie­goś pana Fran­cois Bur­ges, po­dobno bar­dzo bo­ga­tego czło­wieka. Za­py­tywał mnie w li­ście, czy nie ze­chciałbym sprzedać kilku obra­zów ze swej ko­lekcji. No tak — spoj­rzał na mnie z za­inte­re­so­wa­niem — mię­dzy in­nymi wy­mie­nił ob­razy Ce­zanne'a i Re­noira.

— Czy ma pan ten list?

— Nie ko­lek­cjo­nuję ta­kich li­stów. Czy sądzi pan, że to jakiś trop w tej sprawie?

— Fran­cois Bur­ges — po­wtó­rzy­łem to na­zwi­sko, aby utrwalić je w pa­mięci. — No cóż. Dziękuję panu za in­for­ma­cje.

Wy­sze­dłem na po­dwó­rzec zam­kowy i spo­tka­łem ma­dame Eve­line, grze­biącą pod ma­ską swego wspania­łego al­pine re­nault.

— Ła­skawa pani za­ofia­ro­wała mi swoją po­moc — przy­po­mniałem jej.

— A tak, ca­ramba, porca mise­ria! — wy­jęła głowę spod ma­ski sa­mo­chodu. — Czy ma pan dla mnie ja­kieś za­danie?

Za­pro­po­no­wa­łem jej spa­cer po parku.

Za­padał już zmrok. Usiedli­śmy na ła­weczce nad rzeką, z któ­rej po­woli zni­kały re­fleksy za­cho­dzą­cego słońca. A wraz z na­dej­ściem nocy ze­rwał się lekki wia­terek i za­szu­miały po­tężne, stare drzewa w parku.

Gładka po­wierzchnia rzeki nagle zmarsz­czyła się, jak uśmie­cha­jąca się twarz.

— Chciał­bym, aby poje­chała pani do Pa­ryża — po­wie­działem — i za­się­gnęła ję­zyka o czło­wieku na­zwi­skiem Fran­cois Bur­ges.

— Kto to jest?

— Nie mam poję­cia. Wiem tylko tyle, że inte­re­so­wał się kup­nem obra­zów z gale­rii ba­rona, po­dobno bar­dzo bo­gaty człowiek. My­ślę, że skoro inte­re­suje się ma­lar­stwem, to chyba coś o nim sły­szał pani bra­tanek Vin­cent.

— Są­dzi pan, że to ten człowiek jest zło­dziejem obra­zów?

— Ach, nie. Ale nie jest wy­klu­czone, że ów Fan­to­mas krad­nie ob­razy dla ko­goś.

— Dla­czego tak pan myśli?

— Ob­razy Ce­zanne'a i Re­noira są ska­talo­go­wane. Nie­mal każdy ob­raz wy­bit­niej­szego twórcy ma swój, że tak się wy­rażę „ro­do­wód”, swoją „me­trykę”. I rów­nie jak trudno go ukraść, tak i trudno go sprzedać.

— A może ów Fan­to­mas krad­nie dla sie­bie? Może to ja­kiś zwa­rio­wany ko­lek­cjo­ner?

— Wąt­pię. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czy­nie­nia nie z amatorem, lecz z zawo­dow­cem. A w takim razie on krad­nie na czy­jeś pole­cenie albo dla kon­kret­nego na­bywcy, z któ­rym jest umó­wiony. Większość skra­dzio­nych w Eu­ropie dzieł sztuki tra­fia do Ame­ryki Po­łu­dniowej, gdzie na­by­wają je różni tam­tejsi dyk­tato­rzy i mi­lio­nerzy. W swych nie­do­stęp­nych rezy­den­cjach mogą spo­koj­nie je gro­ma­dzić nie lę­kając się, że ktoś trafi na ich ślad.

— I tak jest z naszą sprawą?

— Nie wiem. Ale wy­daje mi się, że Fan­to­mas to za­wo­dowy zło­dziej. I do tego nie­zwy­kle sprytny.

— Do­brze — zgo­dziła się ma­dame Eve­line. — Ju­tro rano po­jadę do Pa­ryża i przez Vin­centa i pa­ry­skich mar­chandów do­wiem się, kim jest osobnik o na­zwi­sku Bur­ges.

Wra­cali­śmy do zamku główną aleją. Mi­nął nas duży czarny hum­ber. Prze­był oby­dwa mo­sty zwo­dzone i za­trzymał się przed głównym wej­ściem.

— Pan Ga­spard Pi­geon — do­my­śliła się ma­dame Eve­line.

Przy­śpie­szyli­śmy kroku, tak cie­ka­wiła nas ta oso­bi­stość. Po­zna­liśmy fał­szy­wego Pi­geona. Jak wy­gląda ten praw­dziwy? Czy jest po­dobny do fał­szy­wego?

Gdy we­szli­śmy do zamku, Pi­geon sie­dział już w hallu. Na spo­tka­nie i nim przy­byli baron i Yvonne. De­tek­tyw otrzymał od nich rela­cję o tym, co się wy­da­rzyło, lecz jesz­cze nie wy­raził swojego zda­nia na ten temat.

— Tylko tro­chę przy­po­mina pan Fan­to­masa — stwierdziła Yvonne.

A ciotka Eve­line huk­nęła gło­śno:

— Ca­ramba, porca mise­ria, Fan­to­mas był jakby tro­chę przy­stoj­niej­szy od pana. I bardziej przy­po­minał de­tek­tywa.

Te opi­nie chyba do­tknęły Pi­geona. Za­palił gau­loisa i stwierdził z prze­ką­sem:

— Fan­to­mas? Pań­stwo wy­baczą, ale z osobni­kiem o tym na­zwi­sku ze­tknąłem się tylko w ki­nie.

— Jak to? — obu­rzyła się Yvonne. — Więc to nie­prawda, że za schwyta­nie Fan­to­masa Agencja Ubezpie­cze­niowa wy­zna­czyła na­grodę w wy­soko­ści stu ty­sięcy fran­ków?

— Owszem — ski­nął głową Pi­geon — wy­zna­czono taką na­grodę za schwyta­nie zło­dzieja ob­ra­zów. Albo — do­dał po chwili ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem — za wy­ja­śnie­nie za­gadki, do­ty­czą­cej owego ho­kus-po­kus z za­mianą ob­ra­zów prawdzi­wych na fał­szywe.

— Co pan przez to ro­zu­mie? — za­pytał baron, zmarsz­czywszy brwi. Pi­geon pod­niósł się z fotela i po­wie­dział dum­nie, od­rzu­cając głowę do tyłu:

— Pro­szę pań­stwa. Nie przyje­cha­łem tutaj, aby zaj­mo­wać się ja­kimś tam Fan­to­ma­sem. Od chwytania prze­stęp­ców jest poli­cja. Agencja Ubezpie­cze­niowa płaci pen­sję de­tek­ty­wom po to, aby wy­ja­śniali prawdę o kra­dzie­żach oraz znaj­do­wali po­wody do nie­wy­pła­cenia od­szkodo­wań.

Za­padło po­nure mil­cze­nie. Chyba wszyscy zgodnie do­szli­śmy do wniosku, że tam­ten Pi­geon był sym­pa­tycz­niej­szy od tego, który stał teraz przed nami. Tamten był wspaniały ze swoją ideą walki z Fan­to­ma­sem, ten zaś oka­zał się ma­łym czło­wiecz­kiem, któ­remu Agencja ka­zała szu­kać kruczków do nie­wy­pła­cenia od­szkodo­wań.

Tamten Pi­geon był nieco wyż­szy i chyba znacznie młodszy. Albo, wy­ra­żając się ści­ślej, był młodszy, tylko ucha­rak­tery­zo­wany na star­szego. Ten drugi miał oczywi­ście praw­dziwe wą­siki i wię­cej siwi­zny w czar­nej czu­pry­nie. Tamten był tro­chę śmieszny, ten wy­da­wał się nie­bez­pieczny po­przez wy­raz nie­ustannej czuj­ności i po­dejrzliwo­ści, który ma­lował się w jego oczach.

Oby­dwaj mieli iden­tyczne ne­se­sery po­dróżne.

Po­stawa de­tek­tywa po­iry­to­wała ma­dame Eve­line.

— Za­cznijmy od tego, ca­ramba, porca mise­ria — za­wo­łała gło­śno — że w pew­nym sen­sie to pan po­nosi od­po­wie­dzialność za drugą kra­dzież w gale­rii. Agencja Ubezpie­cze­niowa za­ko­mu­ni­ko­wała nam tele­fo­nicz­nie, że przy­bę­dzie pan do nas w celu wy­ja­śnie­nia za­gadki kra­dzieży pierwszego ob­razu oraz w sprawie za­bez­pie­cze­nia przed kra­dzieżą ob­razu Re­noira.

— No i co z tego? — Pi­geon ujął się pod boki. — Oto je­stem.

— Po fak­cie, drogi panie — machnął ręką baron — jest pan jak musztarda po obie­dzie. Za­miast pana przy­był tu inny Pi­geon i skradł ob­raz.

— To pan go przywiózł z Pa­ryża — de­tek­tyw oskarży­ciel­skim ge­stem skie­rował w moją stronę swój duży palec pra­wej ręki — to ja­kaś z góry ukarto­wana histo­ria. W Hotel du Nord, gdzie za­mieszka­łem po przy­byciu z An­glii, uśpiono mnie jaki­miś środ­kami na­sen­nymi. Spa­łem pra­wie do wie­czora.

— A więc nie ukra­dziono panu sa­mo­chodu? — zdu­mia­łem się.

— Nie. Mój hum­ber stał przed ho­telem na par­kingu. Jesz­cze się nie zda­rzyło, aby ktoś ukradł Pi­geo­nowi sa­mo­chód — do­dał zaro­zu­miale.

Wzruszy­łem ra­mio­nami. Zbędne były wszelkie wy­ja­śnie­nia. Gdy praw­dziwy Pi­geon spał w swoim po­koju, Fan­to­mas, czy jak się tam zwał na­prawdę, opo­wie­dział mi ba­jeczkę o skra­dzio­nym hum­berze. Nikt fał­szy­wego Pi­geona nie legi­ty­mo­wał. Ja są­dzi­łem, że miesz­kańcy zamku go znają, oni zaś przy­pusz­czali, że skoro go przywio­złem, to pew­nie go już zdą­ży­łem po­znać. A w ogóle komu by przy­szło na myśl, że to nie­praw­dziwy Pi­geon?

— Znał mnó­stwo szczegó­łów z pań­skiego ży­cia — rzu­ciłem tylko. — Mó­wił, że w Londy­nie zaj­mo­wał się pan sprawą kra­dzieży klej­no­tów lady Pem­broke.

— To prawda — wy­krzyknął Pi­geon. — A jak wy­glą­dał?

— Był nie­zbyt wy­soki — stwierdzi­łem.

— Tak jak i ja — kiw­nął głową.

— Miał wą­siki...

— Tak jak i ja.

— No­sił nese­ser...

— Tak jak i ja.

— Mó­wił, że za­mie­rza kupić sobie do­mek na połu­dniu Fran­cji.

— Tak jak i ja — zdu­miał się Pi­geon.

— Znał się na wi­nach...

— Tak jak i ja — po­kiwał głową.

A mnie przy­po­mniała się za­bawa z dzie­ciń­stwa, gdy to kole­dze ka­zało się po­wta­rzać: „Tak jak i ja”.

— Był szpa­ko­wa­tym bru­ne­tem — rzu­ciłem.

— Tak jak i ja.

— Mó­wił, że lę­kają się go wszyscy prze­stępcy, któ­rzy pró­bują wy­ko­rzy­stać Agencję Ubezpie­cze­niową.

— Tak jak i mnie — zgo­dził się Pi­geon.

— Pa­lił gau­loisy.

— Tak jak i ja.

— Był py­szał­kiem.

— Tak jak i ja — rzekł.

Ale zaraz poła­pał się, że pal­nął głup­stwo. Zer­knął na mnie z wściekło­ścią i wrzasnął:

— To jest: nie tak jak ja! Na­leżę do ludzi skrom­nych. I wła­śnie dla­tego pań­stwo po­winni byli po­znać, że mają do czy­nie­nia z fał­szy­wym Pi­geo­nem.

Ma­dame Eve­line nie wy­trzymała. Machnęła ręką.

— Ca­ramba, porca mise­ria, pan też jest py­szał­kiem. I ostenta­cyj­nie opu­ściła hall zam­kowy.

Roz­mowa z Pi­geo­nem to­czyła się czas jakiś, ale po­woli wszyscy tra­cili­śmy za­inte­re­so­wa­nie dla de­tek­tywa. W końcu za­jęła się nim tylko Yvonne, ka­zała mu po­dać kola­cję i za­pro­wa­dziła do po­koju. Ona rów­nież obie­cała po­kazać mu gale­rię i obraz Re­noira, który prawdo­po­dob­nie był kopią.

Po­sze­dłem do swego po­koju. Czułem się zmę­czony po tym peł­nym wra­żeń dniu. Była już noc i chciało mi się spać.

Ale nie dane mi było szybko za­snąć. Po ja­kimś cza­sie za­pukał do mnie pan Ga­spard Pi­geon.

— Pan nie śpi, prawda? — stwierdził, gdy otworzy­łem mu drzwi. A by­łem już w pi­ża­mie. Gdyby miał odrobinę taktu, po­wi­nien był zre­zy­gno­wać z wi­zyty.

Wpako­wał się jed­nak do mego po­koju. Roz­siadł się na krze­śle, za­palił pa­pie­rosa. Oczywi­ście gau­loisa, jak Fan­to­mas. A ra­czej to Fan­to­mas palił gau­loisy jak praw­dziwy Pi­geon.

— Ma­dame Eve­line — oświad­czył, wy­dmu­chu­jąc piękne kółka dymu — po­wie­działa mi, kim pan jest.

— Ach, tak — mrukną­łem, choć nie bar­dzo wie­działem, co mo­gła mu po­wie­dzieć ciotka Eve­line.

— Jest pan spe­cjali­stą od kra­dzieży dzieł sztuki. Przyjechał pan ze Wschodu, z Pol­ski. Bar­dzo mi miło, panie ko­lego po fachu.

Ale mó­wił to wszystko takim to­nem, jakby mnie de­ma­sko­wał: „Wiem o panu wszystko, pan jest zło­czyńcą, aresztuję pana”.

— Sprowa­dziła tu pana z Pol­ski panna Ka­ren Pe­ter­sen, na­rze­czona bra­tanka ba­rona, tego mło­dego, zwa­rio­wa­nego mala­rza Vin­centa. Sły­sza­łem, że na Wschodzie są do­brzy fa­chowcy — nowe kółko dymu po­pły­nęło w górę — oczywi­ście nie tak do­brzy jak u nas. No cóż, mimo wszystko we­zmę pana do współ­pracy. Jeśli uda nam się schwytać zło­czyńcę, dam panu jedną trze­cią na­grody. Zgoda?

— Nie — od­par­łem.

— Za mało? — zdu­miał się. — Chce pan po­łowę na­grody? Niech pan weźmie pod uwagę, ilu rze­zi­mieszków wpa­ko­wa­łem za kratki, a pan, panie ko­lego?

— Też było ich nie­mało.

Westchnął ciężko.

— No, do­brze. Niech bę­dzie po­łowa.

— Nie.

— Za mało?

— Nie, panie ko­lego — od­par­łem — rzecz w tym, że ja tu będę pra­co­wał za darmo.

— Jak to: za darmo? — tym ra­zem kółko z dymu mu się nie udało. Wy­dmuchnął tylko bez­kształtny obło­czek. — Nie chce pan chyba po­wie­dzieć, że za swoją pracę nie weźmie pan pie­nię­dzy?

— To wła­śnie chciałem po­wie­dzieć. Przyby­łem tu, można rzec, tury­stycznie, wy­po­czynkowo. Rzecz ja­sna, zajmę się kra­dzieżą w zamku, ale zro­bię to przez sym­patię dla panny Ka­ren. To moja dobra zna­joma.

— Aha, ro­zu­miem — kiw­nął głową. — Ale bę­dzie pan miał nie lada kło­pot.

— Z czym? — za­py­tałem.

— Z wła­snym su­mie­niem. Ona sprowa­dziła pana na swoje nie­szczęście. Oczywi­ście, jeśli pan jest człowie­kiem uczciwym...

Żachną­łem się.

— Nie ma pan pod­staw, aby o tym wąt­pić.

— Nie wąt­pię — od­parł. — Może nie jest pan naj­lep­szym fa­chowcem, ale z gęby panu pa­trzy bar­dzo uczciwie. Sprawa jed­nak w tym, że jak się już pan do­my­ślił, w hi­storię z kra­dzieżą wplątany jest rów­nież na­rze­czony panny Ka­ren.

— Nie do­my­śli­łem się tego — wzruszy­łem ra­mio­nami.

— A więc mam rację. Nie jest pan naj­lep­szym fa­chowcem.

— Pan wy­ba­czy, lecz nie ro­zu­miem...

Wy­pu­ścił piękne kółko dymu.

— Czy zna pan przy­sło­wie: „Naj­ciemniej jest zaw­sze pod latar­nią”?

— Owszem.

— A inne po­wie­dzonko: „Ten jest wi­nien, kto ma z tego ko­rzyść”?

— To ła­ciń­skie przy­sło­wie.

— Tak. Oby­dwa tyczą na­szej sprawy, panie ko­lego. My, fa­chowcy z branży ubezpie­czeń do­brze wiemy, że wielu ludzi ubezpie­cza sie­bie i swoje rze­czy tylko w tym celu, aby po­tem, w spo­sób pod­stępny, wy­łu­dzić od­szkodo­wa­nie. Ba­ron de Saint-Ga­tien, choć po­siada prze­piękny za­mek i wspaniałą gale­rię obra­zów, jest w grun­cie rze­czy biedny jak mysz ko­ścielna. Ma te ob­razy, ale jakby ich nie miał. Nie dzi­wię się, że ta­kiemu człowie­kowi może po ja­kimś cza­sie przyjść do głowy myśl, aby uszczknąć coś z bo­gactw, które no­mi­nal­nie na­leżą do niego. Cóż prostszego, jak sfin­go­wać kra­dzież obra­zów z wła­snej gale­rii, ob­razy te sprzedać i jesz­cze pod­jąć od­szkodo­wa­nie? Tym bar­dziej, gdy się ma bra­tanka mala­rza. Nie wiem, czy panu wia­domo, że Vin­cent robi zna­ko­mite kopie.

— Pan suge­ruje... — obu­rzy­łem się.

— Nic nie suge­ruję. To jedna z mo­ich robo­czych hi­potez. I w tym kie­runku pój­dzie moje śledztwo. Nie wy­pła­cimy od­szkodo­wa­nia, za­nim nie upewnimy się, że sprawcą kra­dzieży nie jest baron.

— Pan suge­ruje, że on jest Fan­to­ma­sem? — zdziwi­łem się.

— Ach, cóż to za bred­nie — z nie­sma­kiem od­parł Pi­geon. — Pan na­prawdę uwie­rzył, że ist­nieje jakiś Fan­to­mas? Ależ to po­stać lite­racka, pa­nie ko­lego.

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— O ile wiem, kra­dzieże ob­ra­zów na­stą­piły rów­nież, choć nieco wcześniej, w kilku in­nych tutej­szych zam­kach. Przypi­suje je pan baro­nowi?

— Nie. Tamte kra­dzieże to było co in­nego. Sprawcy wpraw­dzie nie schwytano, ale wy­daje mi się, że do­piero na wieść o tam­tych kra­dzie­żach baro­nowi przy­szła do głowy myśl, aby za­ba­wić się w Fan­to­masa i okraść wła­sną gale­rię na ra­chu­nek tam­tych osobni­ków czy też osobnika.

Znowu wzruszy­łem ra­mio­nami.

— No cóż, hi­po­teza bar­dzo inte­re­su­jąca. Ży­czę panu po­wo­dze­nia.

— Nie bę­dzie pan ze mną współpra­co­wał?

— Nie.

— Dla­czego?

— Lu­bię działać na wła­sną rękę.

— Ro­zu­miem. A może ma pan jakąś wła­sną hi­po­tezę? Pro­szę być ze mną szczery. Ja otwarcie przedsta­wi­łem panu swoje sta­no­wi­sko.

— Na razie nie mam żad­nej hi­po­tezy — od­par­łem. — Mu­szę naj­pierw nieco głę­biej wniknąć w sytu­ację, a przede wszystkim chcę po­znać oko­licz­ności kra­dzieży w in­nych zam­kach.

Zga­sił pa­pie­rosa. Wstał.

— Czy mogę mieć na­dzieję, że jeśli trafi pan na jakiś inte­re­su­jący ślad, po­wia­domi mnie pan o tym? Prze­cież panu nie za­leży na na­gro­dzie.

— Poin­for­muję pana. Ale wąt­pię, czy ze­chce pan sko­rzy­stać z mo­ich rad i wskazó­wek.

— A dla­cze­góż to?

— Bo już na sa­mym po­czątku od­niósł się pan lek­ce­wa­żąco do mo­ich słów. Ja, panie ko­lego, na­prawdę wie­rzę, że za tą kra­dzieżą kryje się ktoś, kto sobie przy­brał przy­do­mek Fan­to­mas.

— Fan­to­mas? — ro­ze­śmiał się Pi­geon. — O Boże, Fan­to­mas prze­ni­ka­jący przez mury i kraty. Nie, to śmieszne — i chi­cho­cząc wy­szedł z mo­jego po­koju.

Ale po se­kun­dzie po­wró­cił.

— Mam na­dzieję, że to, co panu po­wie­działem — rzekł — po­zo­sta­nie mię­dzy nami? Wy­ja­wi­łem panu prze­cież tylko jedną z mo­ich hi­potez. Lecz mam rów­nież inne. Być może wy­biorę się z pa­nem do któ­regoś z po­przednio okra­dzio­nych zam­ków.

Wy­szedł, ale znowu po­wró­cił.

— Prze­pra­szam pana, za­po­mniałem o naj­waż­niej­szym. Czy mógłby mi pan po­wie­dzieć, co się w Pol­sce naj­czę­ściej jada na obiad? Bar­dzo lubię do­brze zjeść — wy­jaśnił. — A pan?

— Ja rów­nież — od­par­łem.

— To do­brze — ucie­szył się. — Mój oj­ciec zaw­sze do mnie ma­wiał: „Ga­spard, bądź ostrożny wo­bec ludzi, któ­rzy jedzą byle jak i byle co.” Więc co się w Pol­sce jada na obiad?

— Zupę po­mi­do­rową i ko­tlet scha­bowy.

— Ach, tak? — za­my­ślił się, a może po­bu­dzał swoją ku­li­narną wy­obraźnię. — Nie na­zbyt prze­pa­dam za wie­przowiną. Drób, pro­szę pana. Drób jest naj­smacz­niej­szy.

I wy­szedł, tym ra­zem ostatecz­nie.

Ale jak już wspo­mniałem, nie dane mi było tej nocy wcześnie za­snąć. Gdy tylko poło­ży­łem się do łóżka, znowu ktoś za­pukał do drzwi. Yvonne.

We­szła ci­chutko na pal­cach, jakby miała mi za­wie­rzyć jakąś wielką ta­jem­nicę.

— Był tu u pana ten de­tek­tyw od siedmiu bole­ści — stwierdziła. — Czy pan wie, że on po­dej­rzewa mo­jego stryja?

— Tak — kiw­ną­łem głową.

— To obu­rza­jące. Mam ochotę po­dać mu truci­znę.

— Naj­lepiej w pie­czo­nej kaczce. Bar­dzo lubi drób — po­wie­działem. Nie miała ochoty na żarty.

— Stryj zna­lazł się w strasznej sytu­acji...

— Zro­bię co w mojej mocy, aby wy­ja­śnić tę sprawę. Ale je­stem w ob­cym kraju.

— Tak, niech nam pan po­może — po­pa­trzyła na mnie bła­gal­nie.

Na­le­żała do pa­nien, które na­zy­wa­łem, „Panny Pa­tycz­kówny”. Była chuda jak paty­czek, miała pa­tycz­ko­wate, dłu­gie jak u bo­ciana nogi i pa­tycz­ko­wate ręce. Było oczywiste, że wy­ro­śnie na piękną, dłu­go­nogą ko­bietę, ale na razie to było okropne brzy­dactwo.

— Pan tu jest obcy, ro­zu­miem — ki­w­nęła głową na chu­dej, pa­tycz­ko­watej szyi. — Nie zna pan na­szego kraju, na­szych oby­cza­jów. Ale może połą­czymy na­sze wia­do­mo­ści? Pan wniesie swoje do­świad­cze­nie de­tek­tywi­styczne, a ja do­dam swoją zna­jo­mość tego kraju. Będę z pa­nem roz­wią­zy­wać tę za­gadkę, zgoda?

— Zgoda! — wy­cią­gną­łem do niej rękę i uści­sną­łem jej pa­tycz­ko­watą dłoń ostrożnie, aby jej nie zła­mać, bo wy­da­wała mi się bar­dzo kru­cha.

— Jest jesz­cze Ro­bert. To tęga głowa. Mój przyjaciel — do­dała wy­ja­śniająco. — Syn ku­sto­sza, pana Du­rant.

— Bar­dzo do­brze. Bę­dzie nas troje.

— Od czego za­czniemy? — za­py­tała rze­czowo.

Za­sta­no­wi­łem się.

— Ju­tro chciałbym je­chać do któ­regoś z uprzednio okra­dzio­nych zam­ków, aby do­wie­dzieć się, w ja­kich oko­licz­no­ściach na­stą­piła tam kra­dzież. Cho­dzi mi o to, aby zba­dać me­todę Fan­to­masa. Gdy zna się me­todę działania zło­czyńcy, można ją do­pa­so­wać do ja­kie­goś typu czło­wieka, a po­tem trzeba szu­kać ta­kiego czło­wieka. Ro­zu­miesz?

— Oczywi­ście. To ge­nial­nie pro­ste. Poje­dziemy do Am­boise. Z tam­tej­szego zamku skra­dziono ob­raz Memlinga.

— Zgoda. Niech bę­dzie Am­boise — ziewną­łem, bo na­prawdę chciało mi się już spać.

Yvonne do­strzegła moje ziewnię­cie.

— Zdaje mi się, że pana za­mę­czam. Do­bra­noc — po­wie­działa i opu­ściła mój pokój. Ale gdy wy­szła i na­resz­cie zo­sta­łem sam, nagle ode­chciało mi się spać. Aby znowu przywo­łać sen, wy­jąłem z wa­lizki przewod­nik Mi­che­lina, tak zwany zie­lony, dla zmotory­zo­wa­nych tury­stów, chcą­cych zwiedzać zamki nad Lo­arą. Prze­czy­tałem kil­kana­ście stron i warkną­łem ze zło­ścią:

— A to łaj­dak! Na­brał mnie!

Miałem na myśli fał­szy­wego Pi­geona, który z naj­większym znaw­stwem przed­miotu opo­wia­dał mi o kra­inie nad Lo­arą, o ga­tun­kach win i tak dalej. Oka­zało się, że wszystkie in­for­ma­cje, jakie mi prze­kazał, za­wie­rał wła­śnie zie­lony przewod­nik Mi­che­lina.

„Dla­czego zgrywał się przede mną uda­jąc, że jest aż tak wiel­kim znawcą Fran­cji?” — za­sta­na­wia­łem się. I po­my­śla­łem, że kto wie, czy on w ogóle jest Fran­cu­zem.

A rano za­po­mniałem o tej sprawie.

Poczta po­ranna przy­nio­sła dwa listy: do ba­rona i pana Pi­geona. Li­sty były identycz­nej treści, na­pi­sane na ma­szy­nie i na­dane wczoraj w Orle­anie.

Za­wie­rały trzy zda­nia:

Za­po­mniałem za­brać „Portret leka­rza” Von Gogha. Zgło­szę się wkrótce po niego. Z góry dzię­kuję. Fantomas.

I jesz­cze jedno.

W po­ran­nej bul­wa­rowej pra­sie prze­czy­tałem wzmiankę za­ty­tuło­waną: Fan­to­mas wy­konał groźbę.

A oto treść no­tatki:

Jak po­in­for­mo­wano nas z mia­ro­daj­nych źró­deł, w dniu wczoraj­szym w Zamku Sze­ściu Dam skra­dziono ob­raz Re­noira za­tytu­ło­wany „Plaża”. Do­nosi­liśmy uprzednio na­szym czy­telni­kom o groź­bie słyn­nego zło­dzieja ob­ra­zów, Fanto­masa, i żą­da­nym przez niego oku­pie. A po­nie­waż ba­ron de Saint-Ga­tien nie zgo­dził się zło­żyć okupu i minął wy­zna­czony przez zło­dzieja ter­min, wczoraj Fantomas w prze­bra­niu de­tek­tywa Pi­geona przedostał się swo­bod­nie na teren gale­rii zam­ko­wej i skradł ory­ginał Re­noira, po­zo­sta­wia­jąc kopię. Kra­dzieży nie zdo­łał za­po­biec spe­cjal­nie za­pro­szony z Pol­ski de­tek­tyw, zwany Pa­nem Sa­mo­cho­dzi­kiem, ani de­tek­tyw Agencji Ubezpie­cze­nio­wej, pan Ga­spard Pi­geon. I co na to fran­cuska poli­cja? Jak długo jesz­cze Fantomas bę­dzie bez­kar­nie bu­szo­wał w gale­riach zam­ków nad Lo­arą?

 

 


ROZDZIAŁ SZÓSTY [top]

KTO PODEJMIE RĘKAWICĘ • DZIWNA ROZMOWA O KOLEJACH • BARON POŻYCZA SAMOCHÓD • TAJEMNICZA WYPRAWA • AMBOISE, CZYLI O KRÓLACH I KRÓLOWYCH FRANCUSKICH • GDZIE ZMARŁ LEONARDO DA VINCI • CZY FANTOMAS JEST DUCHEM • CZŁOWIEK Z TRZCINKĄ • ORLE GNIAZDO

 

Ma­dame Eve­line obie­cała zaraz po śnia­daniu wy­je­chać do Pa­ryża, aby za­się­gnąć wia­do­mo­ści o czło­wieku na­zwi­skiem Fran­cois Bur­ges, który inte­re­so­wał się obra­zami Ce­zanne'a i Re­noira. Oczywi­ście po­sta­no­wiła wy­ru­szyć w drogę swoim wspania­łym wo­zem al­pine re­nault i obie­cała wró­cić jesz­cze tego sa­mego dnia, co przy jej szybkiej jeź­dzie było zu­peł­nie wy­ko­nalne.

Przed śnia­da­niem, swoim roz­kle­kota­nym citro­enem, wy­je­chał do Pa­ryża ku­stosz zamku, pan Du­rant. Za­brał z sobą owi­nięty w pa­pier pa­kun­kowy i owiązany sznurkiem obraz Re­noira. Gdy mu zwróciłem uwagę, że może obraz ów na­leży sta­ran­niej za­bez­pie­czyć, lek­ce­wa­żąco machnął ręką.

— Pan jesz­cze wie­rzy, że to ory­ginał? Bo ja już nie. Ten obraz jest tyle wart, ile kosztuje płótno, na któ­rym poło­żono farby.

A więc już na­wet ku­stosz był prze­ko­nany, że Fan­to­mas zdo­łał za­mie­nić ob­razy w galerii i po­rwał ory­gi­nal­nego Re­noira.

Toteż trudno się dzi­wić, że śnia­danie upływało w po­nu­rym na­stroju. Na stole le­żały dwa iden­tyczne li­sty od Fan­to­masa, wi­siała nad nami groźba trze­ciej kra­dzieży.

Jedli­śmy w mil­cze­niu, pa­trząc na sie­bie spod oka. Być może każdy z nas chciał in­nym po­wie­dzieć coś po­cie­sza­ją­cego, ale zda­wał sobie sprawę, że to, co po­wie, bę­dzie nie­prze­ko­ny­wa­jące i wolał mil­czeć.

Tylko pan Ga­spard Pi­geon nic sobie nie robił z po­nu­rego na­stroju. Jadł z ape­tytem, gło­śno mla­ska­jąc.

Wreszcie ma­dame Eve­line nie wy­trzymała i huk­nęła gło­śno:

— Ca­ramba, porca mise­ria, niech mnie ro­wer Yvonne przejedzie, jeśli to nie jest rzu­cona panu rę­ka­wica, panie Pi­geon. Że­bym tak nie miała jesz­cze jed­nej, sto czterdzie­stej szó­stej kraksy, je­śli ten Fan­to­mas nie drwi sobie z pana.

De­tek­tyw przełknął kęs chleba z żół­tym se­rem i rzekł:

— Może pani być pewna, ma­dame, że rę­ka­wica już dawno zo­stała przeze mnie pod­jęta.

— Więc jest na­dzieja, że nie ukradną ob­razu Van Gogha — ucie­szyła się.

Pi­geon sceptycz­nie po­kręcił głową.

— Tego nie obie­cuję, ma­dame — stwierdził flegma­tycz­nie.

— Co? — obu­rzyła się star­sza pani. — Ca­ramba, porca mise­ria, to na czym ma pole­gać pań­ska rola, panie Pi­geon?

De­tek­tyw wzruszył ra­mio­nami.

— Nie je­stem z po­licji, ma­dame, lecz z Agencji Ubezpie­cze­nio­wej. Dbam je­dynie o in­te­resy swojej Agencji. Moim za­da­niem jest usta­lić, czy na­leży wy­pła­cić od­szkodo­wa­nie.

Ma­dame Eve­line aż dech za­parło. Przez chwilę nie mo­gła wy­do­być z sie­bie głosu. Po­tem wy­piła łyk czar­nej kawy i zwróciła się do mnie:

— A co pan o tym wszystkim myśli?

— Na razie roz­glą­dam się, ma­dame — od­rze­kłem uprzejmie. Zdaje mi się, że i moja od­po­wiedź ją roz­cza­ro­wała. Spo­dziewała się Bóg wie czego. Że oto wstanę i po­wiem: „Ju­tro schwytam Fan­to­masa!” Nie­stety, na razie nie było to w mojej mocy.

Dla ba­rona ta roz­mowa była snadź bar­dzo przy­kra, bo zmienił temat. Za­pytał mnie ni stąd, ni zo­wąd:

— Czy nie sądzi pan, że ko­le­jami jeź­dziło się bez­pieczniej?

— Hm, owszem — od­par­łem tro­chę za­sko­czony. — To zna­czy, zdaje mi się, że rów­nież by­wały kata­strofy.

— Słusznie — ski­nął głową ba­ron. — Kata­strofy ko­le­jowe są znacznie bar­dziej efektowne niż sa­mo­cho­dowe. Ale jed­nak zda­rzają się rza­dziej. A tak w ogóle, co mniema pan o ko­lej­nic­twie?

— Nie mam wy­ro­bio­nego zda­nia — od­po­wie­działem uprzejmie. — Ostatnio dość rzadko po­słu­guję się tym środ­kiem lo­ko­mocji.

Na tym nasza dziwna roz­mowa urwała się. Pro­szę jed­nak wy­obra­zić sobie moje za­sko­cze­nie, gdy po śnia­daniu pod­szedł do mnie baron i od­pro­wa­dziwszy mnie na bok, za­gad­nął:

— Czy nie mógłby mi pan po­ży­czyć swego sa­mo­chodu? Chciał­bym w pew­nej sprawie poje­chać do Orle­anu.

— Wła­śnie szy­kuję się do drogi. Jadę do Am­boise — od­par­łem. — Ale zdaje mi się, że pana sio­stra...

— Och, nie — prze­raził się baron, — Ja do jej sa­mo­chodu nie wsiądę. Al­pine re­nault to nie dla mnie. Wolę star­sze, po­wol­niej­sze sa­mo­chody.

— Bar­dzo mi przy­kro. Mój wóz też jest nie­zwy­kle szybki — po­wie­działem.

— Ach, tak? — zmartwił się baron. — W takim razie nie po­zo­staje mi nic in­nego, jak po­ży­czyć wóz od po­czciwego Fi­lipa. On ma sta­rego mer­ce­desa. Tylko że już zbyt nad­uży­wam jego uprzejmo­ści.

I skło­niw­szy mi się grzecznie, opu­ścił ja­dal­nię. Za­bawny był ten baron, wła­ści­ciel wspania­łego parku i ogromnej gale­rii sztuki, zmu­szony do po­ży­cza­nia sa­mo­chodu od swojego lo­kaja.

Yvonne przedsta­wiła mi Ro­berta. Ten pięt­na­sto­letni chło­pak sta­nowił zu­pełne prze­ci­wieństwo swej przyja­ciółki. Był ni­skim, krę­pym bru­ne­tem o dużej gło­wie, jakby wci­śniętej w ra­miona. Je­śli Yvonne przy­po­mi­nała cie­niutki pa­ty­czek, to on z grub­sza cio­sany klo­cek.

Po­ważny, mil­czący — spodobał mi się. Wy­da­wało mi się, że na takim mło­dzieńcu można pole­gać.

Na szczęście pan Ga­spard Pi­geon nie poje­chał z nami do Am­boise. Bo gdy już wsiedli­śmy do we­hi­kułu i za­mie­rza­łem prze­krę­cić klu­czyk w sta­cyjce, rap­tem zo­ba­czy­liśmy ba­rona, opusz­cza­ją­cego garaż sta­rym, odra­pa­nym mer­cede­sem. Na ten wi­dok pan Ga­spard wy­sko­czył z we­hi­kułu i za­ko­mu­ni­ko­wał nam, że rezy­gnuje z wy­cieczki. Wsiadł do swojego hum­bera i po­gnał w ślad za baro­nem.

— Bę­dzie śle­dził stryja — stwierdziła Yvonne.

— Ba­ron poje­chał do Orle­anu. Nie wiesz, w jakim celu? — za­py­tałem.

— Nie mam poję­cia. Stryj czę­sto robi takie wy­prawy. Zaw­sze jeź­dzi sam — wy­ja­śniła Yvonne.

— A nie wiesz cza­sem, co to za dzienni­karz kręci się koło Zamku Sze­ściu Dam?

— Dzienni­karz? — zdu­miała się Yvonne.

— Mam na myśli te no­tatki w pra­sie bul­wa­rowej. Re­dak­cje są bar­dzo szybko in­for­mo­wane o tym, co się tu dzieje. Prasa znała do­sko­nale datę mego przyjazdu, wie­dzieli na­wet, że za­trzyma­łem się w Hotel du Nord w Pa­ryżu. Wczoraj zda­rzyła się u was kra­dzież, a dziś rano już o tym napi­sano.

— Tak, to bar­dzo cie­kawe... — mruknęła Yvonne.

Ode­zwał się mil­czący dotąd Ro­bert:

— Gdyby ja­kiś dzienni­karz kręcił się koło zamku, wie­dzie­liby­śmy o tym. Wy­daje mi się, że po pro­stu oni mają w na­szym zamku ja­kąś swoją „wtyczkę”, ko­goś, kto in­for­muje re­dak­cję o wszystkim. Trzeba by go wy­kryć i po­uczyć, aby nie że­rował na na­szych kło­po­tach.

— Słusznie. Ja się tym zajmę — zde­cy­do­wa­nie po­wie­działa Yvonne.

Poje­cha­liśmy. Do Am­boise nie było da­leko, nie­spełna 40 ki­lo­me­trów, co za­jęło nam nie­całą go­dzinę. Przed wy­jaz­dem zaj­rza­łem do przewod­nika, aby przy zwiedza­niu zamku nie być „zielonym”. Ale oka­zało się, że do­sko­na­łym cicerone[47] jest Ro­bert.

— On ma piątkę z histo­rii — oświad­czyła Yvonne. — A w Am­boise byli­śmy kil­ka­krot­nie. Na ro­we­rach — do­dała. — Pan prze­cież wie, że nie lubię sa­mo­cho­dów.

Am­boise to dzie­się­cio­ty­sięczne mia­steczko, poło­żone głównie na le­wym brzegu Lo­ary. Tu też wznosi się po­tężna bu­dowla zamku.

W pra­daw­nych cza­sach galij­skich ist­niał w tym miej­scu wa­rowny gród, który w IX wieku zdo­byli Norma­no­wie. Po­tem wznie­siono tu nową bu­dowlę, a wła­ści­wie trzy od­rębne twierdze. Wreszcie cały ten ob­szar opa­no­wali hra­bio­wie z Am­boise i wła­dali nim aż do chwili, gdy Karol VII, któ­rego na tron wy­nio­sła Jo­anna d'Arc, skon­fi­sko­wał za­mek i przejął go jako wła­sność kró­lew­ską.

Za­mek stoi na wzniesie­niu, wi­doczny z da­leka. Rzuca się w oczy przede wszystkim ogromna, okrą­gła baszta i ota­cza­jące za­mek wy­sokie mury, do któ­rych przylegają domy miesz­kalne, zbu­do­wane tuż nad brze­giem Lo­ary. Już na pierwszy rzut oka wi­dać, że wielka baszta i za­mek róż­nią się sty­lem. Bo też Am­boise to jakby zle­pek dwóch bu­dowli — su­rowej ry­cer­skiej twierdzy i bo­ga­tego rene­san­so­wego zamku.

— Do­piero Lu­dwik XI uczynił Am­boise rezy­den­cją kró­lew­ską — po­wie­dział Ro­bert. — Czy pan wie, co to był za król?

— Opo­wiedz mi — za­pro­po­no­wa­łem.

Lu­bię bo­wiem słu­chać, gdy mło­dzi lu­dzie „swoimi sło­wami” opo­wia­dają histo­rię swego kraju. Nie­kiedy nie są zbyt ściśli, ale ich oceny i sformu­ło­wa­nia wy­dają się trafne.

— Lu­dwik XI, pro­szę pana, to król fran­cuski, który z wielką nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał na śmierć swojego ojca, aby objąć wła­dzę. Miał szes­na­ście lat, gdy za­ma­rzyła mu się ko­rona, ale otrzymał ją do­piero w wieku trzy­dzie­stu siedmiu lat, gdy zmarł Karol VII. Spi­sko­wał prze­ciw swemu ojcu, który zmu­szony był przy­go­to­wać prze­ciw niemu wy­prawę wo­jenną. Lu­dwik jed­nak umknął przed oj­cem do księ­cia bur­gundz­kiego, który udzielił mu azylu w Bra­ban­cji. Tam cze­kał nie­cier­pli­wie na śmierć ojca. Wreszcie zo­stał kró­lem. Opowia­dają o nim, że wciąż nie­syty był wła­dzy. To może dla­tego, pro­szę pana, stał się władcą ab­so­lut­nym, pierwszym z rzędu ab­so­lut­nych kró­lów, któ­rych miała póź­niej Fran­cja. Jeśli pan czy­tał książkę Ma­chiavel­lego Książę, to wła­śnie wzo­rem ta­kiego władcy mógł być Lu­dwik XI. Był po­zba­wiony skru­pu­łów i jeśli nie mógł cze­goś zdo­być siłą, to robił to za po­mocą in­tryg i przekup­stwa. Bar­dzo wy­soko cenił god­ność kró­lew­ską, a jed­no­cze­śnie dla zjed­nania sobie po­pu­lar­ności chciał uchodzić za króla „ludu fran­cu­skiego”, po­ufale roz­ma­wiał z wie­śnia­kami, za­sia­dał przy miesz­czań­skich sto­łach. Tylko że jed­no­cze­śnie ten lud łupił po­dat­kami, aż bun­to­wano się prze­ciw niemu. To w Am­boise, pro­szę pana, uro­dził się jego syn, póź­niej­szy Karol VIII. Gdy umarł Lu­dwik XI, Karol miał trzy­na­ście lat, więc nie mógł objąć wła­dzy w kraju. W jego imie­niu rzą­dziła ulu­biona córka Lu­dwika, księżna Anna Fran­cuska i jej mąż, Piotr de Be­aujeu. Ale prze­ciw temu mał­żeń­stwu rzą­dzą­cemu mło­dziutkim kró­lem wciąż spi­sko­wali po­tężni ksią­żęta z Lu­dwi­kiem Orle­ań­skim na czele, póź­niej­szym kró­lem Fran­cji. Wtedy to zmarł Fran­ci­szek II, po­tężny książę bre­toń­ski i po­zo­sta­wił tylko jedną spadko­bier­czy­nię, córkę Annę. Miała, pro­szę pana, trzy­na­ście lat, ale, jak mó­wią histo­rycy, była to pa­nienka nie­zwy­kle sa­mo­dzielna, która lubiła zaj­mo­wać się po­lityką. Na mał­żonka wy­brała sobie Mak­sy­mi­liana au­striackiego, bo nie lubiła fran­cu­skiego dworu. Wy­szła za niego za mąż li­stownie, obie­cał jej bo­wiem po­moc prze­ciw Fran­cu­zom. Ale gdy Mak­sy­mi­lian nie przy­szedł jej z po­mocą i zo­stała oto­czona w Nantes przez fran­cuską armię kró­lew­ską, mu­siała po­ślu­bić Ka­rola VIII. Aby związać trwale księ­stwo bre­toń­skie z Fran­cją, Fran­cuzi za­strzegli sobie, że jeśli mał­żeń­stwo Anny z Ka­ro­lem VIII bę­dzie bez­dzietne, to musi ona wyjść za mąż za na­stęp­nego króla fran­cu­skiego. I tak się stało, pro­szę pana. Zo­stała po­tem żoną Lu­dwika XII, tego księ­cia orle­ań­skiego, który spi­sko­wał prze­ciw Ka­ro­lowi VIII. Była żoną dwóch kró­lów fran­cu­skich, lecz nigdy spe­cjalną sym­patią do Fran­cji nie pa­łała, tylko wciąż ro­biła wszystko dla dobra swego księ­stwa, Bre­tanii.

— Ja bym tam nie wy­szła za mąż z przymusu — stwierdziła Yvonne.

— Zro­zum. Ar­mia ją oble­gała w Nantes. A jej mąż, Mak­sy­mi­lian, któ­rego zresztą na oczy nigdy nie wi­działa, nie przy­był z po­mocą. Mu­siała więc zgo­dzić się na wa­runki fran­cu­skie i wyjść za mąż za Ka­rola VIII — tłu­ma­czył Ro­bert. — Miała wtedy nie­wiele wię­cej lat niż ty, Yvonne.

Dziew­czynka za­sta­no­wiła się i po­wie­działa:

— Nie chciała­bym żyć w tam­tych cza­sach. Teraz jest lepiej. Można wyjść za mąż za kogo się chce.

— A Am­boise? — za­py­tałem Ro­berta, żeby po­wró­cić do te­matu, bo wy­da­wało mi się, że za­czną się dłu­gie i ja­łowe roz­wa­żania, w ja­kich cza­sach żyć lepiej: daw­niej czy dzi­siaj?

— No wła­śnie, Am­boise. Ka­rol VIII był bar­dzo przywią­zany do tego zamku. Tu się uro­dził, tu spę­dził wiele lat. Po­sta­nowił go roz­bu­do­wać. A że lubił prze­pych, za­pra­gnął mieć wspaniałą sie­dzibę. Po­dobno, pro­szę pana, roz­bu­dowa zamku trwała bez prze­rwy dzień i noc. Na­wet zimą, gdy trzeba było pod­grzewać ka­mie­nie, aby móc je ocio­sać. Póź­niej król zor­gani­zo­wał wy­prawę woj­skową do Włoch, bo miał prawa do tronu ne­apo­litań­skiego. Z wojny w 1496 roku przywiózł bo­gate łupy. Me­ble, tka­niny, ma­lowi­dła, któ­rymi ozdobił Am­boise. Przyje­chali z nim rów­nież wło­scy arty­ści, rze­mieślnicy, ogrodnicy, tka­cze i krawcy. Od tej pory da­tuje się wielki wpływ sztuki wło­skiej na kul­turę fran­cuską. Tutaj, w Am­boise zmarł Karol VIII. Po­dobno w dzień Wielka­nocy w 1498 roku wy­cho­dził ze swą żoną, aby towa­rzy­szyć jej przy grze w piłkę. Choć był ni­skiego wzrostu, ude­rzył głową o belkę w drzwiach i pod­czas gry nagle ze­mdlał. Nikt na to spe­cjal­nie nie zwrócił uwagi, poło­żono go w cuch­ną­cym loszku. I tu, w sa­mot­ności, do­konał życia wielki król fran­cuski. A jego na­stępca Lu­dwik XII nie na­zbyt się troszczył o Am­boise. Do­piero ko­lejny król, Fran­ci­szek I, za­koń­czył bu­dowę skrzydła zamku. Przybył tutaj w wieku sze­ściu lat z matką Lu­dwiką Sa­baudzką i sio­strą Mał­go­rzatą, zwaną póź­niej Na­war­ską. Tu uczył się rze­mio­sła wo­jen­nego i kształcił się w sztu­kach pięk­nych. To był wspaniały król. Za jego cza­sów Am­boise prze­żywa swój naj­pięk­niej­szy okres. Kwitną dobre ma­niery i oby­czaje, od­by­wają się za­bawy i tur­nieje, wspaniałe uro­czy­stości, walki dzi­kich zwie­rząt, ma­ska­rady. To on, Fran­ci­szek I, sprowa­dził do Am­boise wiel­kiego arty­stę z Flo­rencji Le­onarda da Vinci. Tu zresztą zmarł Le­onardo da Vinci[48] i tu zo­stał po­cho­wany.

— W Am­boise? — zdu­mia­łem się, bo nic o tym nie wie­działem.

— W zamku Cloux, koło Am­boise, pro­szę pana. Jego szczątki znaj­do­wały się w ka­plicy Świętego Hu­berta, ale zo­stały prze­nie­sione do le­wego kruż­ganka.

Wje­cha­liśmy w uliczki mia­steczka. Za­par­ko­wa­łem we­hikuł na ma­łym pla­cyku przed głównym wej­ściem do zamku.

Opłacili­śmy wstęp, a na­stęp­nie po­pro­sili­śmy przewod­niczkę, aby skontak­to­wała nas z ku­sto­szem zamku. Zaraz też zja­wiła się star­sza, siwa pani i za­pro­siła nas do swego ga­bi­netu.

Wy­ja­śni­łem jej, że pro­wa­dzę pry­watne śledztwo w związku z kra­dzieżą ob­ra­zów w Zamku Sze­ściu Dam i in­tere­sują mnie rów­nież oko­licz­ności kra­dzieży, która zda­rzyła się w Am­boise.

— Tak. Skra­dziono u nas obraz Memlinga. Bez­cenny ob­raz — po­twierdziła ku­stoszka. — Stało się to wio­sną ubie­głego roku. Po­tem, jeśli się nie mylę, po­dobne kra­dzieże były w in­nych zam­kach. Spraw­ców, o ile wiem, nie schwytano.

— Chciał­bym jed­nak po­znać szczegóły — po­wie­działem.

— Zgoda — kiw­nęła głową. — To prze­cież nie jest ta­jem­nica. Będę się tylko bar­dzo cie­szyć, jeśli ta in­for­ma­cja okaże się po­mocna dla schwyta­nia zło­dzieja. Ale naj­pierw — uśmiech­nęła się — naj­pierw może zwie­dzimy za­mek? Cho­dzi mi także o to, aby prze­konał się pan, że mamy zna­ko­micie działający sys­tem alar­mowy i wszystkie za­bez­pie­cze­nia przed zło­dziejami. A jed­nak obraz Memlinga skra­dziono.

Przy­stali­śmy na pro­po­zycję ku­stoszki. I przez ogromny, skle­piony ko­ry­tarz wy­szli­śmy na wspaniały taras.

— Jak sami wi­dzi­cie — mó­wiła ku­stoszka — za­mek nie ist­nieje w daw­nej po­staci. Po­ważną jego część zbu­rzono w cza­sach Na­pole­ona. Kie­dyś wo­kół tego ta­rasu wznosiła się za­bu­dowa, był tu dzie­dzi­niec, na któ­rym od­by­wały się uro­czy­stości dworskie. Na mu­rach wi­siały setki go­beli­nów, a roz­pięty w górze błę­kitny na­miot osła­niał przed desz­czem i słońcem. Tutaj od­by­wały się walki dzi­kich zwie­rząt. Jak mówi anegdota, to w tej sce­nerii naro­dziła się histo­ria, którą póź­niej wy­ko­rzy­stał Schiller w swojej słyn­nej Rę­ka­wiczce.

Gdy usły­szał to Ro­bert, nagle przy­klęk­nął przed Yvonne i wy­cią­gnąwszy z kie­szeni chu­s­teczkę, która miała za­stą­pić przy­nie­sioną z areny rę­ka­wiczkę, wy­re­cy­tował piękną bal­ladę Schillera we fran­cu­skim prze­kła­dzie. A ja przy­po­mnę jej po­czą­tek w prze­kła­dzie Mic­kie­wi­cza:

Chcąc być wi­dzem dzi­kich bo­jów
Już u zwie­rzyńca po­dwojów
Król za­siada —
Przy nim ksią­żęta i pa­no­wie Rada,
A gdzie wzniosły krą­żył ga­nek,
Ry­cerze obok ko­cha­nek.
Król ski­nął pal­cem — za­częto igrzysko;
Spa­dły wrzecią­dze: ogromne lwi­sko
Z wolna się toczy,
Pod­nosi czoło,
Milczkiem ob­raca oczy
Wo­koło —
I ziewy roz­darł straszliwe,
I ku­dły za­trząsł na grzywie,
I wy­cią­gnął ciel­ska brzemię,
I oba­lił się na zie­mię...

Na­le­żało jed­nak po­wró­cić do rze­czy­wi­stości. Pod­jęli­śmy dal­sze zwiedza­nie zamku.

Z daw­nej rezy­den­cji kró­lew­skiej po­zo­stała tylko część mu­rów i za­bu­do­wań, roz­cią­gają­cych się wzdłuż Lo­ary. Ocalała także wspaniała ka­plica Świętego Hu­berta.

To tam przede wszystkim za­pro­wa­dziła nas ku­stoszka. Ka­plica Świętego Hu­berta nale­żała kie­dyś do kom­nat za­mieszka­nych przez kró­lową. Tutaj miała kró­lowa swoją sy­pial­nię. Nad drzwiami zo­ba­czy­liśmy słynną rzeźbę w drewnie: po lewej stro­nie święty Krzysztof z Dzieciąt­kiem, a po pra­wej święty Hu­bert z jele­niem. W wieńcach jele­nia wid­nieje krzyż. Cała ka­plica zbu­do­wana jest w stylu prze­pięk­nego póź­nego go­tyku. Kie­dyś były tu wspaniałe stare wi­traże, które w 1940 roku ule­gły zniszcze­niu. Od­re­stau­ro­wano je we współcze­snej wer­sji, przedsta­wiają sceny z ży­cia świętego Lu­dwika.

Po­tem obej­rzeli­śmy słynny „Balkon spi­skowców”. Jak mówi histo­ria, w cza­sach gdy kró­lował Fran­ci­szek II, a fak­tycz­nie rzą­dziła jego matka Kata­rzyna Me­dy­cej­ska, nie­jed­no­krot­nie do­cho­dziło do bójek i spi­sków ze strony pro­te­stanckiej szlachty, która bun­to­wała się prze­ciw prze­śla­do­wa­niom reli­gij­nym. Mię­dzy in­nymi wła­śnie w Am­boise zro­dził się spi­sek pro­te­stantów, któ­rzy po­sta­no­wili za­mor­do­wać nie­przejed­na­nego wo­bec in­no­wier­ców bli­skiego do­radcę króla, księ­cia Gwi­zju­sza. Spi­sek jed­nak wy­kryto. Jego uczestni­ków poj­mano i stra­cono. Wielu z nich zawi­sło na ryn­nach na bal­konie, na oko­pach. In­nych poto­piono w Lo­arze. Podanie głosi, że Kata­rzyna Me­dy­cej­ska, Fran­ci­szek II i jego młoda żona Ma­ria Stu­art[49] mimo tru­piego zapa­chu, jaki się wo­kół zamku roz­nosił, oglą­dali szczątki ofiar cie­sząc się z ich śmierci.

Kata­rzyna Me­dy­cej­ska. Jakiż po­tężny wpływ przez wiele lat miała ta ko­bieta na histo­rię i losy Fran­cji. Była żoną Hen­ryka II, a po­tem matką trzech ko­lej­nych kró­lów fran­cu­skich: Fran­ciszka II, Ka­rola IX i Hen­ryka III. Ten ostatni, za­nim zo­stał kró­lem Fran­cji, pa­no­wał krótko w Pol­sce jako Hen­ryk Wa­lezy. Tak więc w odle­głych la­tach nie­jeden Polak za­pewne od­wie­dzał rezy­den­cję kró­lew­ską w Am­boise.

We­szli­śmy do kom­nat kró­lew­skich. Przede wszystkim za­chwycała nas wy­tworna sala po­sie­dzeń rady kró­lew­skiej. Wszędzie wi­działo się wspaniałe stare me­ble, go­be­liny, prze­piękne ob­razy daw­nych mi­strzów.

Tu wi­siał obraz Hansa Memlinga, za­ty­tuło­wany Ma­donna — ku­stoszka wskazała puste miej­sce na ścia­nie w ma­łym po­koiku, który był kie­dyś gabi­ne­tem se­kre­tarza rady kró­lew­skiej. Znajdo­wał się tutaj, mię­dzy tymi dwoma oknami.

Hans Memling, znany ma­larz ni­der­landzki. W Pol­sce mamy je­den z jego naj­wspanial­szych obra­zów, tryptyk Sąd Ostateczny. Za­mó­wił go u arty­sty przedsta­wi­ciel rodu Me­dy­ceuszów dla jed­nego z ko­ściołów flo­renc­kich. Lecz dziwnym zbie­giem oko­licz­ności za­miast do Flo­rencji obraz po­wę­dro­wał do Gdańska, do ko­ścioła Marii Panny, a obecnie oglą­dać go można w Mu­zeum Po­mor­skim.

— Za­częło się od tego — opo­wia­dała ku­stoszka — że otrzyma­łam list, w któ­rym jakiś człowiek pod­pi­sany imie­niem Fan­to­mas gro­ził, że je­śli nie wy­płaci mu się okupu w wysoko­ści pięć­dzie­się­ciu ty­sięcy no­wych fran­ków, ukradnie Ma­donnę Memlinga. Oczywi­ście po­trakto­wa­łam ten list jako głupi żart. Niech pan się ro­zej­rzy: przez okno nikt się tu nie do­sta­nie, bo pokój znaj­duje się na pię­trze, a w dół bie­gnie ściana wy­soko­ści pra­wie dwu­dzie­stu me­trów. Co wie­czór jest za­my­kany, jak wszystkie po­koje kró­lew­skie i inne po­mieszcze­nia. W dzień i w nocy strzegą sal mu­zeal­nych strażnicy. Mamy naj­no­wo­cze­śniej­szy sys­tem alar­mowy. Więc nie było się czego oba­wiać.

— Czy Fan­to­mas wie­rzył, że ktoś zde­cy­duje się wy­pła­cić mu okup? — za­py­tałem.

— Chyba nie — wzruszyła ra­mio­nami. — Na­pisał list do mnie, a nigdy w życiu nie mia­łam i nie będę miała tyle pie­nię­dzy. Za­mek na­leży do słyn­nego rodu Bur­bo­nów orle­ań­skich.

— Skoro nie mógł li­czyć na okup, to w takim razie po co pisał list?

— Nie mam poję­cia. Dla­tego chyba zlek­ce­wa­ży­łam go, choć oczywi­ście po­ka­za­łam poli­cji. Tak minął mie­siąc, już za­po­mniałam o liście, gdy pew­nego dnia zwiedzał za­mek jakiś mi­lio­ner ame­ry­kań­ski w towa­rzy­stwie swego do­radcy, zna­nego histo­ryka sztuki. To on pierwszy za­pytał mnie, czy obraz Memlinga, który wisi na ścia­nie, jest kopią. „Nie, to ory­ginał” — od­po­wie­działam. Ale on sceptycz­nie po­kręcił głową i stwierdził, że to falsy­fikat bar­dzo zręcznie zro­biony. Wy­znaję, że po­czu­łam się za­nie­po­ko­jona, bo przy­po­mniał mi się list Fan­to­masa. Po­tem ktoś jesz­cze zwrócił mi uwagę, że obraz Memlinga jest prawdo­po­dob­nie falsy­fika­tem. Wtedy zde­cy­do­wa­łam się za­wieźć ob­raz do pra­cowni w Luwrze, aby go zba­dali eks­perci. I rze­czy­wi­ście, pro­szę pana, Ma­donna Memlinga oka­zała się falsy­fika­tem. In­nymi słowy: praw­dziwy, ory­gi­nalny obraz zo­stał skra­dziony, a na jego miej­scu za­wie­szono ko­pię.

— Dla­czego?

— Po­licja przy­pusz­cza, że zło­dziejowi cho­dziło o to, aby nie zwrócono od razu uwagi, że zo­stała po­peł­niona kra­dzież. Z po­wodu tej kopii nie wiemy prze­cież do­kład­nie, kiedy do­ko­nano kra­dzieży, kto był w tym cza­sie w zamku i tak dalej. Ze strony zło­dzieja był to zręczny chwyt. Poli­cja jest bez­radna. Czy w Zamku Sze­ściu Dam zda­rzyła się po­dobna hi­storia?

— Tak — ski­ną­łem głową. — W iden­tyczny spo­sób, naj­pierw żą­dając okupu, a po­tem za­wie­sza­jąc kopię, skra­dziono ob­raz Ce­zanne'a, a teraz ist­nieje po­dej­rze­nie, że to samo stało się z obra­zem Re­noira.

— I znowu ten Fan­to­mas?

— Nie­stety, tak — od­par­łem.

Spoj­rza­łem na zega­rek. Mi­nęło połu­dnie. Pra­wie trzy go­dziny zwiedza­liśmy za­mek Am­boise. Po­że­gna­liśmy więc ku­stoszkę, po­dzię­ko­wa­łem jej za in­for­ma­cję.

 

— I co? Do ja­kich pan do­szedł wniosków? — nie­cier­pli­wiła się Yvonne.

— Do żad­nych — od­rze­kłem szczerze. — Na razie zbie­ram fakty. My­ślę, że przyjdzie taka chwila, kiedy okażą się przy­datne. Tymcza­sem bądź cier­pliwa, Yvonne. Pa­mię­taj, że praca de­tek­tywa po­lega na gro­ma­dze­niu drobnych zda­rzeń i spo­strzeżeń. Zresztą, może jutro bę­dzie lepiej. Po­je­dziemy prze­cież do in­nego zamku, gdzie po­peł­niono kra­dzież.

— Je­dziemy do An­gers. Nigdy tam nie by­łam — za­pro­po­no­wała Yvonne.

— A po­tem do Cham­bord — do­rzucił Ro­bert.

Usiedli­śmy w małej ka­wia­rence, znaj­dują­cej się przy uliczce obok mu­rów zam­ko­wych. Rozłoży­łem mapę sa­mo­cho­dową, a Ro­bert i Yvonne za­częli po­dró­żo­wać pal­cem po ma­pie.

— O ile wiem — po­wie­działem — An­gers to je­den z naj­wspanial­szych ry­cer­skich zam­ków Fran­cji.

— Tak. To sto­lica An­de­ga­wenii. O tutaj, nad rzeką Ma­ine — wskazała pal­cem Yvonne.

— A tu? — do­tknąłem pal­cem za­zna­czo­nego na ma­pie za­meczka nie­da­leko Zamku Sze­ściu Dam. — Cóż to za obiekt?

— To tak zwane Orle Gniazdo — wy­jaśnił Ro­bert. — Na stro­mym pa­górku znaj­duje się ogromny don­żon, czyli wielka baszta, oto­czona wy­so­kimi mu­rami. Przykład sta­rego bu­dow­nic­twa. Baszta po­cho­dzi z cza­sów rzymskich. Ale zwiedzać tego nie można. Przed pię­ciu laty kupił ten obiekt ja­kiś bo­gaty człowiek na­zwi­skiem Mar­chant. Od­nowił za­mczysko, po­bu­do­wał po­tężne bramy i za­mknął się w zamku. Jakiś dzi­wak, pro­szę pana. Nikt go jesz­cze na oczy nie wi­dział, bo ma wła­sną służbę, którą z sobą przywiózł, a nikt z oko­licz­nych miesz­kań­ców u niego nie bywa.

— Skąd o tym wiesz?

— Prze­cież to po są­siedzku. Dzie­sięć ki­lo­me­trów od na­szego zamku — wy­jaśnił Ro­bert. — Kie­dyś wy­brali­śmy się tam z kole­gami, aby za­po­lo­wać na dzi­kie kró­liki. Bo tamto za­mczysko, pro­szę pana, jak mó­wi­łem, wznosi się na stro­mym wzgórzu, na któ­rym rosną krzewy i jest tam mnó­stwo dzi­kich kró­lików. Po­je­cha­liśmy tam ro­we­rami, ale zale­dwie za­częli­śmy po­lo­wa­nie, bramy zamku otworzyły się, wy­szło ja­kichś dwóch dra­bów i po­wie­działo nam, że je­śli się stąd nie wy­nie­siemy, to nas obiją. I wy­nie­śli­śmy się. A tamtej­sze chło­paki na­rze­kają, że od czasu jak za­mieszkał w zamku ów po­nury dzi­wak, już nikt nie może po­lo­wać na dzi­kie kró­liki.

— Tak się go boją? — iro­nicz­nie wy­dęła usta Yvonne.

— Bo ty nie wi­działaś tych jego słu­żą­cych. Wy­glą­dają jak ban­dyci. Szczegól­nie jeden z nich. Ma na gło­wie skó­rzaną ban­dytkę, na szyi czerwoną apaszkę, w ręku ostrą trzcinkę. Ban­dzior, po­wia­dam ci, Yvonne. Ten jego pan nie musi być lep­szy, skoro się taką służbą ota­cza. Może to ja­kiś gangster?

Raptem Ro­bert roz­dziawił sze­roko usta, a jego oczy stały się okrą­głe ze zdu­mie­nia.

— Co się stało? — za­py­tałem.

Po­bie­gli­śmy spoj­rze­niem w ślad za jego wzrokiem i aż zdrętwie­liśmy. W rogu ka­wiarni, w naj­bar­dziej mrocznym ką­ciku, sie­dział opi­sany przez Ro­berta człowiek.

— Tak, to on. Ten sam... — wy­krztusił chło­piec.

Opa­no­wa­łem za­sko­cze­nie.

— Nie pa­trzcie w jego stronę — szep­ną­łem. — Niech nie wie, że zwrócili­śmy na niego uwagę.

Ka­wiar­nia była mała. Miała ciemny, niski sufit z drewnia­nych belek, ściany po­kryte bo­aze­rią. Za­pewne kie­dyś mie­ściła się tu jakaś pi­wiar­nia lub wi­niar­nia, sie­działo się tu na twar­dych ła­wach, przy dłu­gich, drewnia­nych sto­łach.

Pra­wie wszystkie miej­sca były za­jęte, przeważ­nie przez tury­stów, któ­rzy przyje­chali zwiedzić za­mek kró­lew­ski. Nie­któ­rzy byli ob­co­kra­jow­cami. Przy na­szym dłu­gim stole mał­żeń­stwo z dwojgiem dzieci roz­ma­wiało po nie­miecku. Do­cho­dziły nas rów­nież słowa w ję­zyku hisz­pań­skim. Osobnik opi­sany przez Ro­berta tkwił w kącie, o trzy stoły od nas. Nie spo­glą­dał w na­szym kie­runku, zresztą zda­wał się być za­jęty tylko swą fili­żanką kawy i pa­pie­ro­sem.

Tak jak go opi­sał Ro­bert, miał na gło­wie skó­rzaną ban­dytkę, któ­rej nie zdjął na­wet wchodząc do ka­wiarni. Na stole, obok fili­żanki z kawą, le­żała cienka trzcinka.

— Jak pan sądzi, co on tu robi? — spy­tała mnie szeptem Yvonne. — Nie przyjechał chyba zwiedzać za­mek?

— Jak mówi mapa, z Am­boise do Or­lego Gniazda jest około trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów. Za­pewne przy­był tu w ja­kichś sprawach swojego pana.

— Tak, to naj­bliż­sze większe mia­steczko — zgo­dziła się dziew­czynka.

A ja za­py­tałem Ro­berta:

— Jak my­ślisz, czy on cię po­znał?

— Ależ skąd. Wtedy, gdy przy­szedł, aby nas wy­gonić spod zamku, była nas cała gro­mada. Gdzie by tam spa­mię­tał wszystkie twa­rze.

Jesz­cze raz zerk­ną­łem w kie­runku owego je­go­mo­ścia. Robił po­nure wra­żenie. Śniady, z czar­nymi, dłu­gimi ba­kami i groź­nym wej­rze­niem ciemnych oczu. Na palcu jego lewej ręki zo­ba­czy­łem ogromny złoty sy­gnet, oznakę nie naj­lep­szego smaku.

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Co nas ob­cho­dzi ten typ? Przyjechał w swoich sprawach, a my w swoich. Pora wra­cać do zamku.

Za­pła­ciłem ra­chu­nek i wy­szli­śmy przed ka­wiar­nię.

I te­raz z kolei na mojej twa­rzy po­jawił się wy­raz za­sko­cze­nia. Opa­no­wa­łem się jed­nak tak szybko, że moi mło­dzi przyja­ciele tego nie do­strzegli.

— Przed ka­wiar­nią sie­dział na mo­tocy­klu pe­wien człowiek — po­wie­działem, gdy wsiedli­śmy do sa­mo­chodu.

— Za­uwa­żyli­śmy go — po­twierdziła Yvonne. — Ale twa­rzy nie było wi­dać. Miał duże oku­lary i wielki kask na gło­wie.

— Może się mylę — na­gle stra­ciłem pew­ność, którą mia­łem jesz­cze przed chwilą. — Ci mo­tocy­kliści w ka­skach i oku­la­rach są do sie­bie tak bar­dzo po­dobni. Ale on mi przy­po­mina czło­wieka, który, gdy je­cha­łem z fał­szy­wym pa­nem Pi­geo­nem do zamku, dorę­czył mi list rze­ko­mego „Przyja­ciela”. Opowia­da­łem wam o tym.

— Pa­mię­tam — ski­nął głową Ro­bert. — I sądzi pan, że to ten sam mo­tocy­klista?

— Wy­gląda tak samo — stwierdzi­łem z wa­ha­niem.

— Może nosi po pro­stu taki sam strój jak tam­ten? — rze­kła dziew­czynka.

Wy­je­cha­liśmy z mia­steczka. Na krzy­żówce w Am­boise skrę­ciłem w prawo.

— Źle pan poje­chał — za­wołał Ro­bert. — Wpraw­dzie tą drogą rów­nież można do­stać się do na­szego zamku, ale to znacznie dalej.

Yvonne na­tychmiast po­jęła mój za­miar.

— Tędy przejeżdża się obok Or­lego Gniazda — po­wie­działa.

Wą­ska as­fal­towa szosa wiła się wśród nie­wy­so­kich wzgórz i pa­gór­ków, na któ­rych zie­leniły się win­nice. W doli­nach były wio­ski. Białe domy kryły się wśród drzew. Oko­lica, po­dob­nie jak wczoraj za­lana poto­kami słońca, wy­glą­dała pięk­nie. Wszędzie ra­do­wały oczy kwit­nące gli­cynie.

Po kil­ku­nastu ki­lo­me­trach jazdy spo­strzegłem, że wzgórza stają się coraz wyż­sze. Obok szosy rósł dę­bowy lasek, a tuż za nim od­cho­dziła w bok polna, ka­mie­nista droga. Skrę­ciłem w nią rap­tow­nie i skryłem się za drzewami, tak że po­zo­sta­wa­łem nie­wi­doczny dla ko­goś, kto przejeż­dżał szosą.

— Co pan robi? — za­py­tała Yvonne.

— Cie­kaw je­stem... — za­czą­łem. Ale nie mu­sia­łem koń­czyć. Usły­szeli­śmy war­kot sil­nika. Po chwili prze­mknął obok nas mo­to­cykl pro­wa­dzony przez czło­wieka, który sie­dział na nim przed ka­wiar­nią. Na tyl­nym sio­dełku zo­ba­czy­liśmy je­go­mo­ścia z trzcinką. Je­chał bez ka­sku, w swojej skó­rza­nej ban­dytce.

— Śle­dzili nas — stwierdził Ro­bert.

— Nie­ko­niecznie — od­par­łem. — Prze­cież to droga do Or­lego Gniazda. Chciałem się tylko upewnić, czy oby­dwaj: ten facet z trzcinką i mo­tocy­klista, mają z sobą coś wspólnego.

Poje­cha­liśmy dalej szosą. Mi­nęli­śmy wio­skę ze sta­rym ro­mań­skim ko­ściołem o przy­sa­dzi­stej syl­wetce.

— Wra­cają! — krzyknęła nagle Yvonne.

Doj­rzeli­śmy mo­tocy­klistę i fa­ceta z trzcinką. Rze­czy­wi­ście, je­chali znowu w na­szym kie­runku.

— Te­raz już pan wie, że nas śle­dzili — rzekł Ro­bert. — Stwierdzili, że znik­nęli­śmy im z oczu i wró­cili, aby prze­ko­nać się, co się z nami stało.

Mo­tocy­klista i fa­cet z trzcinką mi­nęli nas, w ogóle nie zwracając na nas uwagi. Wciąż spo­glą­da­łem we wsteczne lu­sterko, ale choć wi­działem ka­wał szosy za sobą, ich już nie spo­strzegłem. Jeśli na­wet znów za­wró­cili i je­chali za nami, to robili to dys­kret­nie, żeby nie wpaść w oczy.

Lecz oto i Orle Gniazdo. Nie wiem, czy za­słu­gi­wało aż na tak dumną na­zwę. Na dość stro­mym wzgórzu, jało­wym, poro­śniętym tylko trawą i krza­kami, wznosiła się po­nura bu­dowla. Ogromna okrą­gła baszta z kil­koma umiesz­czo­nymi wy­soko ma­łymi okienkami i czworo­bok wy­so­kich mu­rów, w któ­rych wid­niała żela­zna za­mknięta brama.

— Nigdy tam nie by­łem — ode­zwał się Ro­bert. — Ale wiem od chło­pa­ków z są­sied­niej wio­ski, że za mu­rami, wspiera­jąc się jedną ścianą o wieżę, stoi dość duża willa, zbu­do­wana przez no­wego wła­ści­ciela. Ota­cza ją ogród, jest na­wet basen pły­wacki, jed­nym sło­wem bo­gata, no­wo­cze­sna rezy­den­cja w bar­dzo starej oprawie.

Za­trzyma­łem we­hikuł przy wą­skiej as­fal­towej dro­dze pry­wat­nej, bie­gną­cej od szosy aż do bramy zam­ko­wej. Droga pięła się stromo. Wi­dzie­liśmy, z jakim tru­dem mały osiołek cią­gnął po niej dwu­ko­łowy wó­zek z ja­rzy­nami. Ale chyba o wiele cięż­szy od ja­rzyn był gruby chłop w białej ko­szuli i słomko­wym ka­pelu­szu.

— A jed­nak to nie­prawda, że nikt z oko­licy nie bywa w Or­lim Gnieździe — za­uwa­żyła Yvonne. — Ktoś do­star­cza tam ja­rzyny. Ktoś inny chyba przy­nosi mleko.

Jesz­cze przez chwilę ob­ser­wo­wali­śmy wspi­naczkę osiołka, cią­gną­cego dwu­kółkę. Po­tem uru­cho­mi­łem silnik i od­je­cha­liśmy szosą. Mi­nęli­śmy za­kręt i na­stępne wzgórze skryło za nami Orle Gniazdo.

 


ROZDZIAŁ SIÓDMY [top]

PODOBIEŃSTWA I RÓŻNICE • CO MYŚLAŁ FANTOMAS • CZY LISTY MAJĄ ZNACZENIE • JEGOMOŚĆ, KTÓRY WRACA Z WŁASNEGO POGRZEBU • CO TRZY GŁOWY, TO NIE JEDNA, CZYLI TRUST MÓZGÓW • ROBINOUX ZACZYNA MYŚLEĆ • CO SIĘ STAŁO Z OBRAZEM VAN GOGHA • W GALERII BARONA • GAUGUIN • PODEJRZANA ROZMOWA • ŚWIETLNE SYGNAŁY

 

— No i co? Czego pan się do­wie­dział w Am­boise? — pytał mnie za­cie­ka­wiony Pi­geon.

Było to przed kola­cją. Sie­dzie­liśmy w hallu, w wy­god­nych fote­lach. Pan Pi­geon i ja. Yvonne krzątała się w kuchni, baron prze­by­wał na te­renie swojej ta­jem­ni­czej pra­cowni. Ro­bert w sta­rym don­żonie spraw­dzał apa­ra­turę do wie­czor­nego wi­do­wi­ska „Dźwięk i światło”, bo był to dzień prze­zna­czony na od­wie­dziny tury­stów. Przed bramą par­kową stały trzy ogromne auto­kary wy­cieczki z An­glii. Tu­ryści krę­cili się po parku, po dzie­dzińcu par­ko­wym, po gale­rii. Ku­stosz, pan Du­rant, jesz­cze nie po­wró­cił z Pa­ryża, po­dob­nie ciotka Eve­line. Byli­śmy więc po­zo­sta­wieni sami sobie — ja i pan Pi­geon, który z lu­bo­ścią na­słu­chi­wał, jak od czasu do czasu przez uchylone drzwi do ja­dalni do­cho­dzi nas dźwięk sztućców. To lokaj Filip na­kry­wał do kola­cji.

— I co w Am­boise? — nie­cier­pli­wił się de­tek­tyw.

Nie wi­działem, co po­wie­dzieć. Zdać mu do­kład­nie rela­cję z na­szej wy­cieczki, a więc opo­wie­dzieć rów­nież o ta­jem­ni­czym mo­tocy­kli­ście, o czło­wieku z trzcinką, o Or­lim Gnieździe? Czy też ogra­ni­czyć się do wniosków? Po­prze­sta­łem na tym dru­gim, są­dząc, że prze­cież za­równo człowiek z trzcinką, jak i nasza wy­cieczka w są­siedztwo Or­lego Gniazda nie mają nic wspólnego ze sprawą, która inte­re­so­wała de­tek­tywa.

— Ku­stoszka z Am­boise wy­ja­śniła mi oko­licz­ności kra­dzieży Ma­donny Memlinga — po­wie­działem. — Wszystko wskazuje na to, że za­równo w na­szej, jak i tamte histo­rii mamy do czy­nie­nia z jedną i tą samą osobą albo z jedną i tą samą szajką.

— Tamta sprawa nic mnie nie ob­cho­dzi — wzruszył ra­mio­nami Pi­geon — bo oni się ubezpie­czyli w kon­ku­ren­cyj­nej fir­mie. Ale oczywi­ście teraz, gdy zło­dziej wszedł w pa­radę na­szej Agencji, mu­szę wziąć pod uwagę wszystkie oko­licz­ności. Czy jed­nak jest pan zu­peł­nie pewny, że obraz Memlinga i Ce­zanne'a kra­dła jedna i ta sama ręka?

— Kra­dzież po­prze­dził list z żą­da­niem okupu. List pod­pi­sany przez Fan­to­masa. Po ja­kimś cza­sie od­kryto, że za­miast ory­gi­nału wisi kopia. Po­dob­nie było z kra­dzieżą ob­razu Ce­zanne'a w tutej­szym zamku.

— Ale zu­peł­nie ina­czej wy­glą­dała na­stępna kra­dzież. Mam na myśli Re­noira — prze­rwał mi de­tek­tyw. — Zło­dziej po­jawił się oso­bi­ście jako Ga­spard Pi­geon — po­gła­dził swoje je­dwa­biste wą­siki. — A więc są pewne róż­nice.

— Ob­staje pan więc przy kon­cep­cji, że ist­nieje ktoś inny, na­śla­du­jący tamte wzory? I po­dej­rzewa pan, że to baron?

— Ci­szej! — syk­nął Pi­geon, spo­glą­dając na pół­otwarte drzwi do ja­dalni, gdzie krzątał się Filip. — Nie ob­staję przy żad­nej kon­cep­cji. Ale mu­szę stwierdzić, że baron za­cho­wuje się dziwnie. Poje­cha­łem za nim do Orle­anu. Za­pewne za­uwa­żył, że go śle­dzę. Po­nie­waż lepiej ode mnie zna Or­lean, za­par­ko­wał wóz przed jakąś prze­chodnią bramą i po pro­stu prze­padł. Tak, pro­szę pana. Wy­pro­wa­dził w pole de­tek­tywa. Czy w ten spo­sób po­stę­puje człowiek, który ma czy­ste su­mie­nie?

Od­rze­kłem:

— Je­stem prze­ko­nany o uczciwo­ści ba­rona. Wła­śnie pewne róż­nice w spo­so­bach kra­dzieży upewniają mnie co do tego. Ba­ron nie mu­siałby ucie­kać się do po­mocy fał­szy­wego Pi­geona. Po pro­stu mógł, jak w Am­boise, czy po­dob­nie jak stało się z obra­zem Ce­zanne'a, w sposób dla ni­kogo nie za­uwa­żony za­miast ory­gi­nału Re­noira za­wie­sić kopię. Ba­ron ma do gale­rii wstęp o każ­dej porze dnia i nocy. To jego gale­ria, pro­szę pana. Po co mu fał­szywy Pi­geon?

— A wła­śnie — za­chi­cho­tał de­tek­tyw. — Wła­śnie po to, aby od­sunąć od sie­bie po­dej­rze­nia.

Tym ra­zem ja wzruszy­łem ra­mio­nami.

— W takim razie, pana zda­niem, im człowiek wy­gląda bar­dziej nie­win­nie, tym jest bar­dziej po­dej­rzany. Nie, pro­szę pana. Nie prze­ko­nuje mnie pań­ska hi­po­teza. Na­to­miast drę­czy mnie inne pyta­nie.

— Słu­cham? — za­inte­re­so­wał się Pi­geon.

— Fan­to­mas wy­słał do ku­stoszki w Am­boise list z żą­da­niem okupu i za­gro­ził kra­dzieżą ob­razu Memlinga. Za­żądał zresztą wy­so­kiej sumy. Ani przez chwilę nie mógł przy­pusz­czać, że ku­stoszka mu wy­płaci okup. Więc po co był list? Poza tym zro­bił dru­gie non­sen­sowne po­su­nię­cie. Wskazał obraz, który za­mie­rzał ukraść. Jed­nym sło­wem, ostrzegł przed kra­dzieżą kon­kret­nego ob­razu, co mo­gło mu znacznie utrudnić działanie, bo taki obraz mu­siano oto­czyć szczególną opieką. A więc zło­dziej działał prze­ciw sobie. I tak samo było w Zamku Sze­ściu Dam. Wy­sy­łając do ba­rona list z żą­da­niem okupu za obraz Ce­zanne'a ani przez chwilę nie mógł łu­dzić się, że baron mu okup wy­płaci. Prze­cież zło­dziej chyba nie tylko zna do­brze sys­tem alar­mowy w zamku, ale i sy­tu­ację fi­nan­sową ba­rona. Nie mógł do­stać okupu, bo baron nie ma pie­nię­dzy. Po co więc te li­sty, jak pan sądzi?

— Za­sta­na­wia­łem się nad tą kwe­stią. I do­sze­dłem do dwóch wniosków. Po pierwsze, zło­dziej jest dżentel­me­nem i daje wła­ści­cie­lowi pewną szansę...

— Nie wie­rzę w ist­nie­nie zło­dziei dżentel­me­nów. Dżentel­men nie krad­nie.

— ...po dru­gie, listy nie mają żad­nego zna­cze­nia.

— Jak pan to ro­zu­mie?

— Zło­dziej sam do sie­bie pisze listy — od­parł Pi­geon.

— Znowu ob­staje pan przy kon­cep­cji krad­ną­cego ba­rona — wes­tchnąłem. — Czy i w Am­boise kradł rów­nież baron? Albo zło­dziejką jest ku­stoszka?

— Nie ba­da­łem sprawy w Am­boise — od­parł Pi­geon. — Po­do­bień­stwo mię­dzy tymi kra­dzie­żami może być po­zorne. Am­boise zresztą to dzie­dzina innej agencji ubezpie­cze­nio­wej. Mu­szę ogra­ni­czyć się jedy­nie do Zamku Sze­ściu Dam. Mó­wi­łem już panu i jesz­cze raz przy­po­mi­nam, że nie je­stem poli­cjantem. Przyby­łem tu, aby zba­dać oko­licz­ności sprawy i orzec: wy­pła­cić lub nie wy­pła­cić od­szkodo­wa­nia. A pro­pos poli­cji, drogi panie. Gdy w ślad za baro­nem po­wró­ciłem do zamku, cze­kał tu na mnie ko­mi­sarz poli­cji z To­urs.

— I co?

Pi­geon lek­ce­wa­żąco machnął ręką.

— Po­licja jest bez­radna. Przy­zwy­czaili się do działania przy po­mocy po­tęż­nej ma­chiny śled­czej. Gdy nie mogą wziąć od­ci­sków pal­ców, stwierdzić unie­ru­cho­mie­nia sys­temu alar­mo­wego i tak dalej, czują się jak ryba wy­jęta z wody. Po­sta­no­wili wy­wie­dzieć się o na­zwi­ska wła­ści­cieli wszyst­kich błę­kit­nych heli­kop­terów i to zdaje się wszystko, co mogą zro­bić. Po­wie­dzieli, że śledztwo w sprawie kra­dzieży ob­razu Ce­zanne'a jest w toku, a je­śli cho­dzi o obraz Re­noira, to naj­pierw musi być eks­per­tyza rze­czo­znawców, po­twierdza­jąca fakt za­miany ory­gi­nału na kopię. I odje­chali.

Usły­szeli­śmy dźwięk gongu wzywa­ją­cego do­mowni­ków na kola­cję. Po chwili w hallu zja­wiła się Yvonne, a nie­mal rów­no­cze­śnie z nią zszedł z góry baron de Saint-Ga­tien. Wy­soki, szczupły, o si­wie­ją­cych skro­niach i uj­mu­ją­cym uśmiechu, wy­glą­dał na uosobie­nie uczciwo­ści. Nie­wia­ry­godne wy­da­wały się po­dej­rze­nia Pi­geona, że być może ten ary­sto­krata i dżentel­men w każ­dym calu, były ofi­cer ma­ry­narki, krad­nie ob­razy z wła­snej gale­rii.

Yvonne zaś tego wie­czoru wy­glą­dała jak bo­cian. Miała na sobie czarną spód­niczkę, białą blu­zeczkę, włosy związane czerwoną ko­kardą. Trzy bo­cia­nie ko­lory: czerń, biel i czerwień. I te jej dłu­gie nogi, które przy­po­mi­nały suche ga­łązki lub zgoła bo­cia­nie nóżki.

— Jak się pa­no­wie czują? — za­pytał nas uprzejmie baron.

Nie zdą­żyli­śmy od­po­wie­dzieć. Otworzyły się gwałtow­nie frontowe drzwi i do hallu we­szła ma­dame Eve­line w no­wym i rów­nie ogrom­nym jak po­przednio ka­pelu­szu. Tym ra­zem przy­po­minał nie ogród kwiatowy, a zgoła grządkę wa­rzywną; zda­wało mi się, że wi­dzę na ka­pelu­szu nać pie­truszki i ga­łązkę se­lera.

Za ma­dame Eve­line wkroczył do hallu wy­soki, nie­zmiernie chudy je­go­mość w kremo­wej pa­na­mie na gło­wie. W le­wym ką­ciku ust miał cy­garo, a minę pełną me­lan­cholii, jakby przed chwilą wró­cił z wła­snego po­grzebu. Za­miast kra­wata dy­na­dała mu pod szyją ża­łobna czarna wstążka. Gar­nitur też miał ciemny. Wy­glą­dał tak, jakby chciał dać do zro­zu­mie­nia, że był na wła­snym po­grze­bie, ale stało się to dość dawno i do pew­nego stop­nia zdą­żył się z tym fak­tem oswoić.

Ma­dame Eve­line dra­ma­tycz­nym ge­stem wskazała nam ża­łob­nego osobnika.

— Oto pan Ro­bi­noux, de­tek­tyw pry­watny z Pa­ryża, wy­na­jęty przeze mnie. Bę­dzie ści­gał Fan­to­masa. Ca­ramba, porca mise­ria, mu­sia­łam uciec się do po­mocy de­tek­tywa z Pa­ryża, skoro wy, pa­no­wie — tu ręka ciotki Eve­line skie­ro­wała się ku panu Pi­geo­nowi i mnie — wy, pa­no­wie, jeste­ście bez­radni.

By­łem ogromnie cie­kawy, czego ma­dame Eve­line do­wie­działa się w Pa­ryżu o osobniku na­zwi­skiem Fran­cois Bur­ges. Ale oczywi­ście roz­mowę na ten temat nale­żało odło­żyć do chwili, gdy bę­dziemy mo­gli spo­tkać się na osobności.

Ba­ron Ra­oul de Saint-Ga­tien na wi­dok de­tek­tywa nie oka­zał ani rado­ści, ani też nie­chęci czy zdziwie­nia. Z jego twa­rzy nie znik­nął uj­mu­jący uśmiech.

Ski­nął głową panu Ro­bi­noux.

— Bar­dzo mi miło po­znać pana. I zwrócił się do Yvonne:

— Niech Fi­lip po­łoży na stole jesz­cze jedno na­kry­cie.

De­tek­tyw z Pa­ryża jakby był nie­mową. Nie ode­zwał się do nas sło­wem, tylko ze swego ża­łob­nego gar­ni­turu wy­cią­gnął kilka bile­tów wi­zy­to­wych. Wrę­czył je nam ko­lejno, po­czy­nając od ba­rona. Na bile­cie wi­zy­to­wym było napi­sane:

Ro­bi­noux se­nior i Ro­bi­noux ju­nior. Agencja De­tek­tywi­styczna. Ta­nio i dys­kret­nie. Pa­ryż Bul­war Clo­chardów 10.

Za­pewne wrę­cze­nie biletu było w jego prze­ko­naniu rów­no­znaczne z pre­zen­tacją.

Ode­zwał się Pi­geon:

— Ła­skawy pan jest se­nio­rem Ro­bi­noux czy ju­nio­rem?

— Je­stem Ro­bi­noux młodszy — od­parł de­tek­tyw led­wie do­sły­szal­nym szeptem.

Pi­geon nie­grzecznie wzruszył ra­mio­nami.

— Nigdy nie sły­sza­łem o żad­nym Ro­bi­noux...

— Bar­dzo mi przy­kro — szep­nął de­tek­tyw z Pa­ryża i stał się jesz­cze smutniej­szy.

Ma­dame Eve­line rado­śnie za­tarła ręce.

— Co trzy głowy, to nie jedna. Ca­ramba, porca mise­ria. Teraz mamy tu trust mó­zgów de­tek­tywi­stycznych.

Prze­szli­śmy do ja­dalni i za­sie­dli­śmy przy stole. Gdy tylko za­częła się kola­cja, w hallu za­dźwięczał tele­fon. Słu­chawkę pod­niósł Filip i po­prosił ba­rona. Po chwili ba­ron wró­cił i spokoj­nie, jak przy­stało na ary­sto­kratę, oświad­czył:

— Dzwonił pan Ar­mand Du­rant. Nie wróci dziś z Pa­ryża, bo pękł mu wał kor­bowy. Mu­siał w Pa­ryżu od­dać wóz do na­prawy.

I do­dał po chwili wa­hania, jakby się oba­wia­jąc, że to, co po­wie, może sprawić przy­krość jego go­ściom:

— Eks­perci stwierdzili, że obraz Re­noira jest falsy­fika­tem. A więc ory­ginał zo­stał skra­dziony.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ma­dame Eve­line i zwróciła wzrok na de­tek­tywa z Pa­ryża. — A więc do dzieła, młody czło­wieku. Do dzieła!

Od tej chwili roz­mowa w ja­dalni oczywi­ście obra­cała się wo­kół osoby Fan­to­masa. Pan Ro­bi­noux za­da­wał baro­nowi pyta­nia swym le­dwie do­sły­szal­nym szeptem, baron wy­ja­śniał sprawę okrą­głymi zda­niami. Py­tania Ro­bi­noux były pod­chwytliwe, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jest fa­chowcem w swej branży. To chyba przeła­mało w panu Pi­geo­nie nie­chęć, jaką po­cząt­kowo żywił do de­tek­tywa z Pa­ryża. Włą­czył się do roz­mowy i po­sta­wił przed Ro­bi­noux kwe­stię, którą omawia­liśmy w hallu, cze­kając na kola­cję.

— Czy mógłby mi pan wy­ja­śnić — zwrócił się do Ro­bi­noux — jaki cel, pana zda­niem, przy­świe­cał Fan­to­ma­sowi, gdy pisał do ba­rona listy z żą­da­niem okupu? Prze­cież wie­dział, że baron okupu nie za­płaci, bo nie ma pie­nię­dzy. A po dru­gie: jaki cel przy­świe­cał zło­dziejowi, gdy ostrzegał, że ukradnie ten, a nie inny obraz, przez co utrudniał sobie pla­no­waną kra­dzież, po­wo­dując zwrócenie baczniej­szej uwagi ku­sto­sza na wy­mie­niony obraz.

Ro­bi­noux wes­tchnął i szep­nął:

— Nie je­stem ja­sno­wi­dzem, pro­szę pań­stwa. Skłonny je­stem jed­nak mniemać, że zło­dziej pisał listy już po fak­cie kra­dzieży, a nie przed fak­tem.

— Co pan przez to ro­zu­mie? — wy­krzyknęli­śmy chó­rem. Głos pana Ro­bi­noux szemrał jak nie­wi­doczny stru­myk:

— Przypusz­czam, że Fan­to­mas pisał listy z żą­da­niem okupu już po ukra­dze­niu ob­razu Ce­zanne'a i Re­noira.

— Je­śli ukradł, to po co żądał okupu? — zdu­miał się baron.

Ro­bi­noux od­parł:

— Oby­dwa te ob­razy są bar­dzo trudne do sprzedania. A w każ­dym razie sprzedaż ich połą­czona jest z po­waż­nym ryzy­kiem. Być może Fan­to­mas, do­ko­naw­szy kra­dzieży, łu­dził się, że baron ze­chce od­kupić od niego skra­dzione ob­razy i to wła­śnie miał na myśli żą­dając okupu.

Pi­geon roze­śmiał się gło­śno.

— To bzdura, ła­skawy pa­nie. Nie­mal wszyscy tu obecni, z wy­jąt­kiem mnie, byli świad­kami, jak zło­dziej ucha­rak­tery­zo­wany na mnie skradł z gale­rii obraz Re­noira. A list w sprawie tego ob­razu napi­sał mie­siąc wcześniej. Więc tu pań­ska hi­po­teza kupy się nie trzyma, panie Ro­bi­noux. Dziś rano zaś przy­szedł list w sprawie ob­razu Van Gogha.

De­tek­tyw od­po­wie­dział szeptem:

— Czy jest pan pe­wien, że Fan­to­mas wczoraj ukradł ob­raz Re­noira? A może wczoraj on skradł nie Re­noira, bo to zro­bił mie­siąc wcześniej, a wła­śnie obraz Van Gogha?

Pan Pi­geon aż usta roz­dziawił, tak go zdu­miało to przy­pusz­cze­nie. I my rów­nież do­zna­liśmy uczucia, jakby niebo wa­liło nam się na głowę. Tak, na litość bo­ską, tak! To było prawdo­po­dobne. Że też ni­komu z nas po­dobna myśl nie przy­szła do głowy!

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ma­dame Eve­line. — Ten Ro­bi­noux ma głowę na karku. Prze­cież nikt z nas nie wi­dział, co ukradł wczoraj Fan­to­mas. Może Van Gogha, a nie Re­noira? Chodźmy do gale­rii. Trzeba na­tychmiast spraw­dzić po­dej­rze­nia pana Ro­bi­noux.

Ale baron po­wstrzymał ją, deli­kat­nie pod­no­sząc dłoń:

— Ko­lacja jesz­cze nie skoń­czona, Eve­line. Nie zmienimy w ni­czym faktu pę­dząc w tej chwili do gale­rii. A pie­czy­ste może wy­sty­gnąć.

Tak, to był dżentel­men w ca­łym tego słowa zna­cze­niu. Nigdy nie tracił zim­nej krwi. A poza tym miał rację: nie byli­by­śmy w sta­nie stwierdzić, czy obraz Van Gogha, wi­szący na ścia­nie, jest ory­gi­na­łem, czy falsy­fika­tem.

— Gdy po­wróci pan Du­rant, tym ra­zem za­wie­zie do Luwru ob­raz Van Gogha — dodał baron. — Oczywi­ście, po kola­cji zaj­rzymy do gale­rii. Gwoli cie­ka­wo­ści.

Bo­cia­nia noga Yvonne trą­ciła mnie pod sto­łem.

— A to ci heca, co? — mruknęła do mnie dziew­czynka, pa­trząc z nie­kła­ma­nym po­dzi­wem na pana Ro­bi­noux.

Wy­znaję, że i mnie za­im­po­no­wał umysł tego ory­gi­nal­nego osobnika. Gdy z ma­dame Eve­line wszedł do zamku, wy­da­wał mi się śmieszny. Za­bawna też była jego wi­zy­tówka: Agencja De­tek­tywi­styczna. Ta­nio i dys­kret­nie. A jed­nak Ro­bi­noux miał głowę na karku. No cóż, nigdy w życiu nie mia­łem do czy­nie­nia z pry­wat­nymi de­tek­ty­wami.

— A pan? — nie­oczeki­wa­nie zwrócił się do mnie baron. — Czy jutro rów­nież za­mie­rza pan wy­ru­szyć na jakąś wy­cieczkę?

— Tak — od­par­łem szczerze, bo wszak nie uda­łoby się ukryć tego faktu. — Ra­zem z Yvonne i Ro­ber­tem za­mie­rzamy zwiedzić za­mek w An­gers. Po­sta­no­wi­łem bo­wiem obej­rzeć wszystkie miej­sca, gdzie działał ta­jem­niczy Fan­to­mas.

— Ach, tak? — baron nie oka­zał spe­cjal­nego za­inte­re­so­wa­nia. — No cóż, za­pewne trzeba zro­bić wszystko, aby wy­kryć zło­dzieja. Może i to okaże się po­mocne dla na­szej sprawy, a przy oka­zji po­zna pan do­linę Lo­ary.

Mimo spo­koju, jaki za­cho­wy­wał baron, po­śpiesznie za­koń­czy­liśmy kola­cję i całą gro­madą po­wę­dro­wali­śmy na pię­tro, do gale­rii zam­ko­wej.

Ob­raz Van Gogha wi­siał w końcu sali, dość da­leko od okna. Ba­ron kazał strażni­kowi za­palić wszystkie światła w gale­rii, obraz zo­stał zna­ko­micie oświe­tlony, mo­gli­śmy mu się przy­glą­dać do woli. Oględzi­nom na­szym przez jakiś czas towa­rzy­szyło mil­cze­nie, nikt jakoś nie ośmielił się pierwszy orzec, czy wisi przed nami ory­ginał, czy falsy­fikat.

Mil­cze­nie prze­rwała ma­dame Eve­line:

— Ca­ramba, porca mise­ria, nigdy nie za­chwyca­łam się ma­lar­stwem. I nigdy nie przy­glą­da­łam się w gale­rii obra­zom... Może to i ten sam, co tu wi­siał?

Pi­geon chrząknął i oświad­czył z po­wagą:

— Nie będę w tej mate­rii za­bierał głosu. To sprawa rze­czo­znawców.

— Słusznie — przytaknął Ro­bi­noux.

Ode­zwała się Yvonne:

— Ramy są chyba te same, co przedtem...

— Ach, ramy! — za­chi­cho­tał pan Ro­bi­noux.

Ba­ron mil­czał pa­trząc na mnie py­ta­jąco. Wie­dział, że stu­dio­wa­łem histo­rię sztuki i je­stem z za­wodu mu­zeal­ni­kiem.

Stwierdzi­łem nie­śmiało:

— Ten obraz wy­gląda na ory­ginał Van Gogha. Inte­re­so­wa­łem się kie­dyś tym mala­rzem i oglą­da­łem sporo jego obra­zów.

— No, tak — ski­nął głową ba­ron — to po­cie­sza­jące. Ale nie jest pan rze­czo­znawcą, prawda?

— Nie­stety, nie.

— Więc skoro po­wstała wąt­pli­wość co do ory­gi­nal­ności tego ob­razu, będę mu­siał go od­dać w ręce eks­per­tów. Tylko ich świa­dectwo może się li­czyć — po­wie­dział baron.

Tak za­koń­czyła się dys­kusja przy obra­zie Van Gogha. Pi­geon, Ro­bi­noux i ba­ron za­częli spraw­dzać urzą­dze­nia alar­mowe przy oknach. Yvonne opu­ściła gale­rię, aby wraz z Rober­tem uru­cho­mić apa­ra­turę do wi­do­wi­ska „Dźwięk i światło”, bo zbli­żała się już go­dzina dziewiąta. Ma­dame Eve­line też się wy­no­siła z gale­rii. Przy obra­zie Van Gogha po­zo­sta­łem ja sam, dys­kret­nie ob­ser­wo­wany przez strażnika, który uda­wał, że pa­trzy przez okno na rzekę, a w rze­czy­wi­stości nie spuszczał mnie z oka. Pa­mię­tał do­brze sprawę z fał­szy­wym Pi­geo­nem. Teraz chyba każdy gość ba­rona wy­da­wał mu się po­dej­rzany.

Nie dba­łem o to. Pa­trzy­łem na Por­tret leka­rza pędzla Van Gogha i sta­rałem się przy­po­mnieć wszystko, co mi było wia­dome o tym nie­zwy­kłym arty­ście.

Był jed­nym z tych wy­bit­nych mala­rzy, któ­rzy naj­prę­dzej ode­szli od pa­nują­cego wówczas im­pre­sjo­ni­zmu. Al­bo­wiem żadna in­dy­wi­dual­ność nie może po­mie­ścić się cał­ko­wicie w ra­mach ja­kie­goś jed­nego obo­wią­zują­cego kie­runku arty­stycznego. Re­noir także po ja­kimś cza­sie za­czął od­czu­wać, że im­pre­sjo­nizm jest dla niego ślepą uliczką, prze­staje go za­do­wa­lać i już mu nie wy­star­cza. Mó­wił do swych przyjaciół, że im­pre­sjo­nizm, no­tując na płót­nie ulotne wra­żenia i re­fleksy, nie po­zwala na do­kładne opra­co­wa­nie kom­po­zycji ob­razu.

Dru­gim wiel­kim mala­rzem, który dość szybko od­szedł od im­pre­sjo­ni­zmu, był Ce­zanne. Nie rezy­gnu­jąc z pod­sta­wo­wych zdo­by­czy tego kie­runku, pole­gają­cych na zro­zu­mie­niu ogrom­nego zna­cze­nia ko­loru, usi­łował wprowa­dzić do obra­zów ład, do­sko­na­łość kom­po­zy­cyjną. W natu­rze — pisał Ce­zanne — na­leży sta­rać się od­na­leźć formy kuli, stożka i walca. W obra­zach Ce­zanne'a, przede wszystkim zaś w jego martwych natu­rach, wi­dać dą­żenie do zre­ali­zo­wa­nia ta­kich zało­żeń arty­stycznych. Jakże pla­styczne, bry­ło­wate są ma­lo­wane prze­zeń jabłka! Tę pla­styczność osią­gnął nie tylko przez kształt, ale i sub­telne róż­nice kolo­rów.

Albo jego słynne kra­jo­brazy pro­wan­sal­skie. Ja­kież wspaniałe od­cie­nie zie­leni, błę­kitu, żółci! A jaka głę­bia ob­razu, osią­gnięta wła­śnie po­przez zróż­ni­co­wa­nie barw. Ce­zanne mó­wił, że dla każ­dej odle­gło­ści, dla każ­dych stu me­trów prze­strzeni stara się zna­leźć inny od­cień zie­lonej barwy.

Ce­zanne wśród wszyst­kich mala­rzy bli­skich im­pre­sjo­ni­zmowi był wła­śnie tym, który ze względu na swoją od­ręb­ność i nie­chęć do sztuki już uznanej obu­rzał współcze­snych. Nigdy nie sprzedał żad­nego ze swych ob­ra­zów, uchodził za bez­ta­len­cie, za czło­wieka, który ma zły smak. Do­piero przy­szłość przy­nio­sła mu ogromne uznanie. To co ma­lował i jak ma­lował, jego po­szu­ki­wa­nia w natu­rze ukła­dów ste­reo­me­trycznych stwo­rzyły mię­dzy in­nymi pod­wa­liny póź­niej­szego kie­runku, zwa­nego kubi­zmem.

Re­noir, Ce­zanne, Van Gogh... Ta­jem­niczy zło­dziej miał zna­ko­mity gust. Z bo­gatej ko­lekcji ba­rona de Saint-Ga­tien wy­brał ob­razy tych trzech wspania­łych mala­rzy.

„A Gau­guin?” — za­py­tałem sie­bie, roz­glą­dając się po gale­rii i bez­wiednie po­szu­kując płótna tego mala­rza, który, po­dob­nie jak tamci, wcześnie ze­rwał z im­pre­sjo­ni­zmem, choć rów­nież nie zre­zy­gno­wał ze zdo­by­czy arty­stycznych tego kie­runku.

„Może po Van Gogh'u Fan­to­mas spró­buje ukraść ob­raz Gau­guina?” — po­my­śla­łem.

W gale­rii ba­rona wi­siało płótno Gau­guina: Trzy nagie dziewczęta z Ta­hiti na piaszczy­stej plaży.

Gau­guin był nie tylko inte­re­sują­cym mala­rzem, lecz i nie­zwy­kłym człowie­kiem. Dla swej sztuki wciąż szu­kał coraz to no­wych te­ma­tów, ale nie w salo­nach, w mia­stach czy na przedmie­ściach, lecz w sztuce lu­do­wej, a na­wet eg­zo­tycz­nej. Z ka­wiarni pa­ry­skich uciekł naj­pierw do wio­sek bre­toń­skich, póź­niej na wy­spę Martynikę, a wreszcie na Ta­hiti, gdzie żyjąc w ubó­stwie, two­rzył wspaniałe dzieła ma­lar­skie, usi­łując prze­nik­nąć w świat magii, pra­daw­nych kul­tów reli­gij­nych i eg­zo­tycz­nych mi­tów. Jego ob­razy z tego okresu na­sy­cone są in­ten­syw­nym słoń­cem tro­pi­ków i wspania­łymi kolo­rami, które od­naj­dy­wał w buj­nej pod­zwrotni­ko­wej ro­ślin­ności. Znawcy uwa­żają, że u Gau­guina na­leży do­szu­ki­wać się nie tylko prawdy, która na­rzuca się sama po­przez opo­wieść wy­ra­żoną na płót­nie, ale rów­nież pew­nej sym­bo­liki — jakby ma­larz chciał przedsta­wić nam nie tylko sa­mych ludzi, lecz i głębszy sens ich prze­żyć i wy­obra­żeń.

Po­wróćmy jed­nak do Van Gogha.

Po­dob­nie jak Ce­zanne był sa­mo­ukiem. Ma­lował krótko, bo zale­dwie dzie­sięć lat. Lecz jego życie oto­czone było ro­man­tyczną le­gendą. Od­zna­czał się ogromną pasją ma­lar­ską, w sztuce chciał wy­razić ca­łego sie­bie, dążąc do nie­do­ści­gnio­nego ide­ału arty­stycznego. Żył krótko, tra­wiony wieczną go­rączką po­szu­ki­wań. Zmarł tra­gicz­nie, sa­motny, nie­zro­zu­miany, nie­do­ce­niony. I po­dob­nie jak dra­ma­tyczne było jego życie, tak i dra­ma­tyczne są jego ob­razy. To­czy się w nich pełna na­pię­cia walka światła i kolo­rów, wszystko ma nie­zwy­kle eks­pre­syjną formę. Jego ob­razy od­zna­czają się in­ten­syw­nym kolo­ry­tem, znać na nich nie­mal każde do­tknięcie pędzla. Ma­lował krót­kimi, ner­wo­wymi „przecin­kami”.

Ob­raz, który wi­siał przede mną, twarz por­tre­to­wa­nego czło­wieka, kom­po­zycja i kolory­styka urze­kały siłą wy­razu: człowiek po­ka­zany przez Van Gogha zda­wał się to­czyć z sobą we­wnętrzną walkę. Jego twarz była pełna na­pię­cia. Tak, Van Gogha nie inte­re­so­wało, czy człowiek przez niego ma­lo­wany jest brzydki, czy ładny. Pra­gnął wy­razić prawdę o jego życiu du­cho­wym.

Czy obraz, który wi­siał przede mną, ma­lował Van Gogh, czy też fał­szerz, świetnie umiejący pod­robić mi­strza?

„Nie — mó­wi­łem sobie. — To jest ory­ginał”. Tak wy­raź­nie, tak do­kład­nie wi­dać było każdy ruch pędzla, każdą plamkę. Fał­szerz nie po­tra­fiłby tak pre­cy­zyj­nie na­śla­do­wać mi­strza, ogra­ni­czy­łby się do sko­pio­wa­nia cało­ści. W falsy­fika­cie kon­tury nie by­łyby tak wy­raźne, a po­cią­gnię­cia pędzlem mniej pewne. I pod­pis. To prze­cież pod­pis Van Gogha, au­ten­tyczny, taki oglą­da­łem na wielu jego płót­nach.

Ale czyż nie sty­ka­łem się już z ge­nial­nymi fał­sze­rzami obra­zów? I znowu opa­dły mnie wąt­pli­wo­ści, znowu wpa­try­wa­łem się w wi­szący na ścia­nie Por­tret leka­rza.

Na­gle ktoś trącił mnie w ramię i wy­rwał z za­my­śle­nia.

Była to ma­dame Eve­line. Od­szu­kała mnie w gale­rii, aby po­roz­ma­wiać o swojej misji w Pa­ryżu.

— Spotka­łam Vin­centa i wraz z nim od­wie­dzi­łam kilku pary­skich mar­chandów — za­częła swoją re­lację. — Wszędzie py­tałam o tego Bur­gesa i wszędzie otrzymy­wa­łam od­po­wiedź, że nikt ta­kiego czło­wieka nie zna, nikt o nim nie sły­szał. To dziwne, prawda?

— Owszem. Chciał prze­cież kupić od ba­rona ob­razy Re­noira i Ce­zanne'a. Jeśli jest ko­lek­cjo­ne­rem i inte­re­suje się ma­lar­stwem, nie spo­sób, aby nigdy nie kon­tak­tował się z handla­rzami obra­zów. Tym bar­dziej by go znali, gdyby sam był mar­chandem.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ma­dame Eve­line. — Z tego wy­nika, że on podał fał­szywe na­zwi­sko.

— Tak jest, ma­dame.

— In­nymi słowy, był pan na do­brym tro­pie, tylko że trop się urwał.

— Nie traćmy na­dziei, ma­dame — po­wie­działem, choć by­łem bar­dzo roz­cza­ro­wany.

Fran­cois Bur­ges był, jak na razie, jedy­nym punktem za­cze­pie­nia dla dal­szej działalno­ści de­tek­tywi­stycznej. A w tej chwili stra­ciłem na­wet i jego.

Ze­szli­śmy do hallu. Skłoniłem się ma­dame Eve­line, dzię­kując jej za wy­ko­nanie za­dania.

Sa­mot­nie opu­ści­łem za­mek, aby obej­rzeć de­mon­stro­wane wła­śnie wi­do­wi­sko „Dźwięk i światło”.

Za­padła noc. Na tara­sie sie­dzieli w wi­kli­no­wych fote­lach tury­ści. Po mu­rach Zamku Sze­ściu Dam su­nęły re­flektory, wy­do­by­wa­jąc jego kon­tury, wie­życzki, po­bły­sku­jąc w szy­bach okiennych, od­kry­wa­jąc skle­pie­nia daw­nego mo­stu. To­wa­rzy­szyła im mu­zyka z głośni­ków. Usły­sza­łem dźwięk rogu — to chyba w sta­rym Le Château de Six Da­mes któ­ryś z królów szy­ko­wał się do wy­ru­sze­nia na łowy.

Cie­kaw by­łem, jak wy­gląda urzą­dze­nie do reali­zacji wi­do­wi­ska „Dźwięk i światło”. Omijając gości sie­dzą­cych na ta­rasie skie­ro­wa­łem się do don­żonu, gdzie spo­dziewa­łem się za­stać Yvonne i Ro­berta.

Ale za­nim do­sze­dłem do po­tęż­nej wie­życy, nie­mal otar­łem się o Fi­lipa, który żywo ge­sty­ku­lując roz­ma­wiał o czymś z człowie­kiem wy­glą­dają­cym na tury­stę. Był to zresztą chyba tu­rysta, jeden z An­gli­ków, któ­rzy przyje­chali, aby obej­rzeć Za­mek Sze­ściu Dam. Roz­mowa to­czyła się w ję­zyku an­giel­skim. Nie zdziwiło mnie, że Filip, lokaj ba­rona, zna an­giel­ski. Prze­cież słu­żył z baro­nem w ma­ry­narce, a ma­ryna­rze, jak wia­domo, znają różne ję­zyki.

O czym roz­ma­wiał słu­żący ba­rona z tu­rystą — nie wiem. I na­wet nie sta­rałem się do­wie­dzieć. Ale nie by­łem tu je­dy­nym ob­ser­wato­rem, o czym prze­ko­na­łem się póź­niej.

Raptem za­padła ciemność. Za­pewne przewi­dy­wał ją pro­gram wi­do­wi­ska. Za chwilę bo­wiem za­paliły się nowe re­flektory, a dźwięki mu­zyki opo­wia­dały o po­lo­wa­niu, od­by­wa­ją­cym się w po­bli­skich bo­rach.

Ta mu­zyka i ob­razy tak mnie zafa­scy­no­wały, że przy­sta­ną­łem w mroku sta­rego don­żonu i przez jakiś czas pod­da­wa­łem się cza­rowi wi­do­wi­ska.

Wzrok mój jed­nak po­zo­stał by­stry i czujny. Za­no­to­wa­łem w pa­mięci chwilę, gdy Filip roz­stał się z an­giel­skim tury­stą. Po­tem za­uwa­ży­łem, że do Fi­lipa pod­szedł baron. Oby­dwaj prze­spa­ce­ro­wali się w moim kie­runku, ale nie do­szli do don­żonu. Za­trzymali się, roz­ma­wia­jąc.

A w tej chwili mu­zyka na jakiś czas przy­ci­chła, tylko ruch re­flektorów stał się żyw­szy.

— Tar­go­wa­łem się z nim, panie baro­nie — usły­sza­łem głos Fi­lipa — ale ten facet to twarda sztuka. Przy­stał jed­nak na moją cenę, nie po­pu­ści­łem ani franka. Oczywi­ście, nie po­wie­działem, że to pan kryje się za tą sprawą.

— To do­brze, Fili­pie. A kiedy on da pie­nią­dze?

— Jak tylko do­star­czę mu towar, pa­nie baro­nie.

— A jak się z nim umówiłeś?

— Kon­spi­ra­cyj­nie, panie baro­nie. Mamy prze­cież na karku aż trzech de­tek­ty­wów. Któ­ryś z nich mógłby się za­inte­re­so­wać, co ja wy­noszę z zamku. Ju­trzej­szej nocy wy­niosę towar taj­nym przej­ściem i za­biorę go ło­dzią. Z tym człowie­kiem umówi­łem się w dole rzeki. Przyjedzie swoim wo­zem.

— To wspaniale, Fili­pie. Naj­bar­dziej boję się kom­pro­mita­cji.

— Za­ła­twi­łem sprawę, panie baro­nie. Ale serce mi krwawi. Czy musi się pan tego wy­zby­wać?

— Nie mogę żyć bez franka, Fili­pie. Prze­cież na­wet u cie­bie je­stem tro­chę za­dłu­żony. Nie roz­pa­czaj, tylko chodź ze mną do pra­cowni. Mu­simy wszystko przy­go­to­wać na ju­trzej­szą noc.

I oby­dwaj spiesznym kro­kiem po­ma­sze­ro­wali do zamku.

— Pssst! — syk­nął ktoś obok mnie. I z mroku ota­cza­ją­cego don­żon wy­chylił się Pi­geon.

— Sły­szał pan? — za­pytał mnie szy­der­czo.

Nie mia­łem poję­cia, co są­dzić o tej dziwnej roz­mo­wie. Wy­glą­dała jed­nak bar­dzo po­dej­rza­nie.

Pi­geon rado­śnie zatarł ręce.

— Ju­tro przyłapię ich na gorą­cym uczynku. I otrzymam na­grodę, sto ty­sięcy fran­ków. Tak oto wy­jaśni się za­gadka ta­jem­ni­czego Fan­to­masa. Pi­geon nie jest głup­cem.

Był jak stary ogar. Gdy raz wszedł na trop, który wy­da­wał się wieźć do celu, trzymał się go z upo­rem. I może miał rację?

— A pan je­dzie do An­gers? — uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

— Tak — ski­ną­łem głową.

— No cóż, życzę po­wo­dze­nia. I oczywi­ście pro­szę o cał­ko­witą dys­kre­cję w sprawie ba­rona. Mam na­dzieję, że nie jest pan jego wspólni­kiem.

Wi­do­wi­sko wła­śnie się skończyło. An­glicy wra­cali przez zwo­dzony most do swoich auto­ka­rów i sa­mo­cho­dów, sto­ją­cych na par­kingu przed bramą wjazdową.

Z don­żonu wy­szli Yvonne i Ro­bert. Pan Pi­geon po­że­gnał mnie i od­szedł do zamku, a ja skie­ro­wa­łem się do mło­dych ludzi.

— My­śla­łam, że pan przyjdzie wcześniej i zo­ba­czy, jak ro­bimy to wi­do­wi­sko — z odrobiną żalu po­wie­działa Yvonne.

— Za­trzyma­łem się dłu­żej w gale­rii — od­rze­kłem wy­mi­ja­jąco. By­łem za­my­ślony i tro­chę roz­tar­gniony. Roz­mowa ba­rona z Fi­lipem, któ­rej nie ro­zu­mia­łem, lecz po­dob­nie jak Pi­geon mu­sia­łem uznać ją za po­dej­rzaną, obu­dziła we mnie we­wnętrzny nie­pokój i wprowa­dziła w stan na­pię­cia. Dziew­czynka na­tychmiast to wy­czuła.

— Czym się pan martwi? — za­py­tała.

— Fura kło­po­tów z tym Fan­to­ma­sem — od­po­wie­działem.

Ski­nęła głową, że mam rację. Ale jaka była rada na te kło­poty?

— Może pój­dziemy na spa­cer brze­giem rzeki? — za­pro­po­no­wał Ro­bert.

— Do­brze — przy­sta­łem na tę pro­po­zycję spo­dziewa­jąc się, że może uda mi się wy­cią­gnąć od mło­dych ludzi jakąś in­for­ma­cję o baro­nie.

Noc była piękna. Cie­pła i nie­zwy­kle cicha. Na sta­rych pla­ta­nach, ro­sną­cych w parku, nie drgnął na­wet listek.

Po­pro­wa­dzili mnie żwi­ro­waną alejką do ogrodu Diany de Po­itiers, pięk­nej fa­wo­ryty króla Hen­ryka II.

Ogród był ogromny, chyba sto pięć­dzie­siąt me­trów długi i sto me­trów sze­roki. Przy­cięte równo ży­wo­płoty i ra­baty ukła­dały się w piękne „esy”, na środku był okrą­gły klomb. Pu­szy­ste traw­niki do­peł­niały cało­ści, two­rząc jakby jeden ol­brzymi dy­wan o wspania­łym, kolo­ro­wym wzo­rze.

— Diana de Po­itiers — za­czął opo­wia­dać Ro­bert, bo wie­dział już, jak bar­dzo inte­re­suje mnie histo­ria — lubiła dwa ko­lory: czarny i biały. A miała tak po­tężny wpływ na króla Hen­ryka II, że i on upodobał je sobie. To ona pod­rzu­ciła kró­lowi po­mysł, aby dwu­dzie­sto­liw­ro­wym po­dat­kiem obło­żyć każdy dzwon w pań­stwie. Część do­cho­dów z tego po­datku jej rów­nież przy­pa­dała.

Słynny pi­sarz Ra­be­lais tak wtedy pi­sał: Król uwiązał wszystkie dzwonki w kró­le­stwie na szyi jed­nej kla­czy.

— A Kata­rzyna Me­dy­cej­ska? — spy­tałem Ro­berta. — Wiem, że po śmierci Hen­ryka II wy­pę­dziła Dianę i sama za­mieszkała w tym zamku.

— Nie­na­wi­dziła Diany, bo król da­rzył ją wzglę­dami, radził się i jej rad słu­chał. Diana była pięk­niej­sza i inte­li­gent­niej­sza od Kata­rzyny. Ale za­sługą Kata­rzyny Me­dy­cej­skiej jest zbu­do­wa­nie gale­rii na mo­ście w na­szym zamku. Żeby do­ku­czyć Dia­nie, w za­mian za nasz, od­dała jej po­nury za­mek w Chaumont.

— My­ślę, że nie do­ce­niasz Kata­rzyny — po­wie­działem. — Za życia swego mał­żonka, Hen­ryka II, po­zo­sta­wała w cie­niu. Ale po jego śmierci, przez trzy­dzie­ści lat od­gry­wała do­mi­nu­jącą rolę w hi­storii Fran­cji. Z Włoch wy­nio­sła głę­boką kul­turę, umiłowa­nie piękna i zbytku. Owszem, miała skłonności do in­tryg i, jak po­wia­dają, by­wała w po­lityce wia­ro­łomna. Lecz tacy wła­śnie byli ów­cze­śni ksią­żęta wło­scy. Cie­kaw je­stem, czy prze­bu­do­wu­jąc ten za­mek na sie­dzibę dla sie­bie, zro­biła tu ja­kieś tajne przejścia, tak jej po­trzebne dla prze­pro­wa­dza­nia po­li­tycz­nych in­tryg, ukradko­wego poro­zu­mie­wa­nia się z naj­róż­niej­szymi szpiegami i po­słań­cami?

— Py­tałam o to stryja — po­wie­działa Yvonne. — Ale stryj mówi, że w na­szym zamku nie ma taj­nych przejść.

Chrząk­ną­łem. Prze­cież sły­sza­łem, jak Filip mó­wił do ba­rona, że ju­trzej­szej nocy wy­do­sta­nie się z zamku taj­nym przej­ściem. A więc było w zamku tajne przejście. Stryj okłamy­wał Yvonne. Może i w in­nych sprawach po­stę­po­wał po­dob­nie?

Rzecz ja­sna, nie mo­głem im po­wie­dzieć o pod­słu­cha­nej roz­mo­wie. Ani o tym, co się szy­ko­wało na ju­trzej­szą noc. Przy­znaję jed­nak, że było mi przy­kro z po­wodu kłamstwa ba­rona, który wy­da­wał mi się taki sym­pa­tyczny.

Nie ode­zwałem się już ani sło­wem. Do­szli­śmy do końca ogrodu Diany de Po­itiers, a na­tra­fiw­szy na małą ła­weczkę, usie­dli­śmy tuż nad brze­giem rzeki.

Ob­jęła nas noc. U na­szych stóp ci­chutko szemrała rzeka, pły­nąca do skle­pień sta­rego mo­stu, na któ­rym Kata­rzyna Me­dy­cej­ska wzniosła gale­rię. W kilku oknach zam­ko­wych paliło się światło. Drugi brzeg rzeki tonął w ciemno­ściach, ale zda­wało mi się, że był tu bliżej nas. Czyżby rzeka zwę­żała się w tym miej­scu?

Za­py­tałem o to Yvonne.

— Nie, pro­szę pana. W tym miej­scu znaj­duje się wy­sepka. Ro­sną na niej drzewa, krzaki, trawa. Jest zu­peł­nie bez­ludna. Szkoda, że dziś księ­życ nie świeci, bo zo­ba­czy­łby ją pan na­wet w nocy. A z pań­skich okien nie wi­dać jej na rzece?

— Okna mo­jego po­koju wy­cho­dzą na drugą stronę — przy­po­mniałem Yvonne.

— W ubie­głym roku, latem, zbu­do­wali­śmy na wy­sepce sza­łas z ga­łęzi — opo­wia­dał Ro­bert. — Przyjem­nie się na niej opa­lać, bo ma piaszczy­ste brzegi.

— I jest bez­ludna? — upewniłem się.

Na­resz­cie zro­zu­mieli, dla­czego o to py­tam. Oni rów­nież za­uwa­żyli błysk światła na wy­spie.

Ktoś tam za­palał i ga­sił la­tarkę elek­tryczną. Dłu­gie i krót­kie bły­ski la­tarki prze­ci­nały ciemność nocy, kie­rując się w stronę zamku.

— Ktoś przy­pły­nął tam ło­dzią i bawi się światłem — do­my­ślał się Ro­bert.

— A może ten ktoś cze­goś szuka w ciemno­ściach? — za­sta­na­wiała się Yvonne.

Ści­sną­łem ich za ręce.

— Zwróćcie uwagę! Długi błysk... krótki, krótki, długi... długi. Ten ktoś po­słu­guje się alfa­be­tem Morse'a.

— Na­daje mor­sem? — zdu­miał się Ro­bert.

— Tak. I to do ko­goś, kto jest w zamku i pa­trzy w tę stronę z któ­regoś okna — po­wie­działem.

Gdy nale­ża­łem do har­cer­stwa, uczyłem się alfa­betu Morse'a. Za­czą­łem więc syla­bi­zo­wać: „U-w-a-ż-a-j n-a c-u-d-z-o-z-i-e-m-c-a z P -o-l-s-k-i...”

I rap­tem stało się coś, co sprawiło, że Yvonne wy­dała okrzyk zdu­mie­nia.

Ciemne dotąd okienko nad gale­rią za­częło roz­bły­ski­wać. Ktoś w zamku za­palał i ga­sił la­tarkę elek­tryczną.

— To okno od ła­zienki — stwierdził Ro­bert.

Syla­bi­zo­wa­łem: J-u-t-r-o j-e-d-z-i-e d-o A-n-g-e-r-s. P-i-1-n-u-j-c-i-e g-o.

Yvonne nie­cier­pli­wiła się.

— Bie­gnijmy do zamku. Może tego ko­goś schwy­tamy, jak bę­dzie wy­cho­dził z ła­zienki. Kto to jest?

— To Fan­to­mas! — za­wołał Ro­bert.

Znowu ści­sną­łem ich ręce.

— Uspokój­cie się — po­pro­siłem. — Już prze­stał nadawać. Za chwilę wyj­dzie z ła­zienki, więc i tak nie bę­dziemy wie­dzieli, kto to był. Zdaje mi się, że do tej ła­zienki każdy z do­mowni­ków ma do­stęp, prawda?

— Tak, pro­szę pana — szep­nął Ro­bert. — Pan sądzi, że ktoś z do­mowni­ków jest Fan­to­ma­sem?

— Nie. Ale jego po­moc­ni­kiem — po­wie­działem. Prze­rwa­liśmy roz­mowę. Oto na ciemnej toni rzecznej po­jawił się czarny, po­dłu­go­waty kształt.

Od wy­spy od­bijała łódka. Pły­nęła szybko z prą­dem rzeki, wpa­dła mię­dzy filary mo­stu pod gale­rią i znik­nęła nam z oczu.

— I co teraz zro­bimy? — za­pytał mnie Ro­bert.

— Nic — od­rze­kłem. — Wiemy, że ktoś z obecnych w zamku jest wspólni­kiem Fan­to­masa. To dobra in­for­ma­cja, ale musi po­zo­stać naszą ta­jem­nicą, aby ptaszka nie spło­szyć. Wiemy, że Fan­to­mas bę­dzie mnie śle­dził. Co wie­czór trzeba tu się za­cza­jać i za­po­zna­wać z „ko­re­sponden­cją” zło­czyńców. Może się to nam przy­dać, prawda?

 


ROZDZIAŁ ÓSMY [top]

ŚWIETNY HUMOR PIGEONA • CO JADAJĄ TUREŃCZYCY • POSZUKIWANIA PODEJRZANEGO • NIESPODZIANKA • W RYCERSKIEJ TWIERDZY • FULKO NERRA I INNI • JAK SKRADZIONO OBRAZ CARAVAGGIA • ZNOWU OPRYSZEK Z TRZCINKĄ • POZNAJEMY PIERRE MARCHANTA • JAK WYGLĄDAŁ OBRAZ VAN GOGHA • NIEZWYKŁY WĘCH MARCHANTA • NOWE PODEJRZENIA

 

W po­ran­nej pra­sie pary­skiej zna­la­złem no­tatkę za­ty­tuło­waną Trzy zero dla Fanto­masa:

Jak po­in­for­mo­wały nas źró­dła mia­ro­dajne, po­twierdziły się przy­pusz­cze­nia, że mimo wzmożonej czuj­ności i sprowa­dze­nia aż dwóch de­tek­ty­wów, Fantoma­sowi udało się skraść z galerii Zamku Sze­ściu Dam zna­ko­mity obraz Re­noira. Eks­per­tyza do­ko­nana w Luw­rze wy­ka­zała, że w gale­rii na miej­scu „Plaży” Re­noira zawi­sła kopia. Ist­nieją uza­sad­nione po­dej­rze­nia, że po­dobny los spo­tkał rów­nież „Portret leka­rza” pędzla Van Gogha. Do Zamku Sze­ściu Dam przy­był ostatnio trzeci de­tek­tyw, pan Ro­bi­noux z Pa­ryża. Czy trzem de­tek­ty­wom, panu Pi­geo­nowi z Agencji Ubezpie­cze­nio­wej, Panu Sa­mo­cho­dzi­kowi z Pol­ski i panu Ro­bi­noux, uda się zde­ma­sko­wać ta­jem­ni­czego, nie­uchwyt­nego zło­dzieja ob­ra­zów?
Jak do tej pory, jest trzy zero dla Fanto­masa.

Odłoży­łem ga­zetę z uczuciem gniewu. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że w na­szym zamku krył się in­for­ma­tor prasy, który działał bar­dzo sprawnie. Zło­ściło mnie to, że nie wiem, kim jest. Jakże mia­łem wskazać po­moc­nika Fan­to­masa i zde­ma­sko­wać jego sa­mego, skoro na­wet w ta­kiej sprawie nie by­łem w sta­nie ni­czego wy­ja­śnić?

Gniew minął mi po śnia­daniu, gdy z Yvonne i Ro­ber­tem wsiadłem do we­hi­kułu, aby poje­chać do An­gers.

W To­urs do­gonił nas pan Pi­geon swoim hum­be­rem. Oka­zało się, że ten szczwany lis, po­dej­rze­wa­jąc ba­rona, nie zre­zy­gno­wał jed­nak z mojej me­tody kro­cze­nia śla­dami Fan­to­masa. Idąc za moim przy­kła­dem, chciał się rów­nież za­po­znać z oko­licz­no­ściami kra­dzieży ob­ra­zów, do­ko­na­nych w zamku nad Lo­arą.

Do­padł nas na przedmie­ściu To­urs i za­gro­dził drogę hum­be­rem, tak że mu­sia­łem za­trzymać we­hikuł.

Pi­geon był w zna­ko­mi­tym hu­mo­rze.

— Cu­dzo­ziemcze — po­wie­dział pod­cho­dząc do we­hi­kułu. — Do­go­niłem cię, bo prze­raziła mnie myśl, że być może w swej po­goni za Fan­to­ma­sem za­po­mi­nasz o roz­ko­szach pod­nie­bie­nia. Zlą­kłem się, że jadąc przez To­urs nie wstąpisz do żad­nej ze słyn­nych w tym mie­ście re­stau­racji, a tego nie mógłbym sobie da­ro­wać jako Fran­cuz z krwi i ko­ści.

To mó­wiąc Pi­geon dał nam znak, aby­śmy je­chali za jego wo­zem.

— Jest w świetnym hu­mo­rze — stwierdziła Yvonne. — Tak się za­cho­wuje, jakby już miał w port­felu sto ty­sięcy dola­rów.

— Tak, to prawda. Hu­mor mu dopi­suje — zgo­dzi­łem się z dziew­czynką.

— Zdaje mi się, że chce się wo­bec pana za­ba­wić w przewod­nika — z nie­chę­cią do­rzucił Ro­bert. — A ja też mógłbym pana oprowa­dzić po To­urs. Prze­cież Yvonne i ja cho­dzimy tu­taj do li­ceum i miesz­kamy w To­urs w in­ter­nacie.

Pi­geon za­par­ko­wał swój wóz przed dużą re­stau­racją w stylu Lu­dwika XVI, przy ulicy Na­tio­nale, która prze­biega przez śro­dek starej dzielnicy mia­sta i łączy dwa nad­brzeża — nad Lo­arą i nad rzeką Cher. To­urs poło­żone jest na pła­skim tere­nie mię­dzy tymi dwiema rze­kami. O kilka ki­lo­me­trów dalej rzeka Cher łączy się z Lo­arą.

Nie chcąc sprawiać przy­kro­ści sym­pa­tycz­nemu Ro­ber­towi, prze­pro­siłem Pi­geona i oświad­czy­łem mu, że chęt­nie zjem z nim obiad, lecz naj­pierw po­sta­no­wi­łem zwiedzić mia­sto. Po­zo­sta­wili­śmy więc we­hikuł obok wozu Pi­geona i, umówiw­szy się z nim na spo­tka­nie za dwie go­dziny w wy­bra­nej przez niego re­stau­racji, po­sze­dłem z mło­dzieżą zwiedzać mia­sto.

A jest tu co oglą­dać.

To­urs liczy dziś pra­wie sto ty­sięcy miesz­kań­ców. Jest to mia­sto bar­dzo stare, po­czątki jego się­gają po­noć IV wieku. W ty­siąc lat póź­niej, to jest w końcu XIV wieku, roz­wi­nęło się tu tkactwo. Po dwu­stu la­tach było tu już pra­wie dwa­dzie­ścia ty­sięcy tka­czy. Za­bytki ich ręko­dzielni­czej sztuki oglą­dać można w bo­ga­tym w eks­po­naty Mu­zeum Sztuki, mieszczą­cym się w pa­łacu daw­nego arcy­bi­skup­stwa.

Lo­ara w To­urs ma pięć­set me­trów sze­roko­ści, mia­sto poło­żone jest na le­wym brzegu, a na pra­wym wi­dać wzgórza Saint-Cyr i Saint -Sympho­rien. Duży ka­mienny most z XVII wieku prze­cho­dzi mię­dzy dwiema zie­lo­nymi wy­sep­kami na Lo­arze i wie­dzie do starej dzielnicy, na ulicę Na­tio­nale.

Ro­bert i Yvonne po­pro­wa­dzili mnie naj­pierw w kie­runku wschod­nim, do kate­dry Saint-Ga­tien, w któ­rej bu­do­wie wy­śle­dzić można ewolucję stylu go­tyc­kiego, od jego pry­mi­tyw­nych po­cząt­ków w wieku XIII. Ka­tedrę, bar­dzo piękną, zdo­bią cenne wi­traże i lśniąca fa­sada. Dwie rene­san­sowe wieże kate­dralne gó­rują nad ca­łym mia­stem.

W są­siedztwie kate­dry, nieco na lewo, znaj­duje się klasztor de la Psa­lette z przełomu XV i XVI wieku. To w tej prze­pięk­nej bu­dowli, jakby przytulo­nej do mo­nu­mentalnej kate­dry, słynny pi­sarz fran­cuski Ho­no­riusz Bal­zac[50], uro­dzony w To­urs w 1799 roku, umieścił mieszka­nie swego bo­ha­tera, pro­bosz­cza z To­urs.

Z kate­dry, wstąpiw­szy tylko na chwilę do Pa­łacu Sztuk Pięk­nych w sta­rym arcy­bi­skup­stwie, po­wę­dro­wali­śmy na za­chód ulicą Col­berta, bar­dzo starą arte­rią miej­ską. Po dro­dze zwiedzili­śmy ma­low­niczy Foire-le-Roi. A po­tem wkroczy­liśmy do daw­nej dzielnicy han­dlo­wej, roz­cią­gają­cej się na za­chód od ulicy Na­tio­nale. Pełno tu było krę­tych uli­czek i za­byt­ko­wych za­jaz­dów, a na placu Plu­me­reau za­chwyciły nas bar­dzo stare, drewniane domy o nie­zwy­kle ostrych ścia­nach szczyto­wych. Póź­niej Ro­bert za­pro­wa­dził nas na plac du Grand Marché, czyli Wielki Ry­nek, i po­kazał prze­piękną fon­tannę Be­aune, wy­ko­naną w 1516 roku we­dług pro­jektu Mi­chała Co­lombe. Fon­tanna jest nie­zwy­kle deli­kat­nym dziełem rene­san­so­wej sztuki, wy­gląda jak ło­dyga dziwnego, za­chwycają­cego kwiatu.

W To­urs, jak wspo­mniałem, jest co zwiedzać. Na Sta­rym Mie­ście nie­mal wszystkie ulice warte są obej­rze­nia. A resztki daw­nej kate­dry Świętego Mar­cina? A dom Tri­stana l'Hermite z końca XV wieku i ulica Bro­gon­net? A pałac Gouin, ar­cy­dzieło re­ne­san­so­wej sztuki?

Lecz w re­stau­racji przy ulicy Na­tio­nale cze­kał już na nas pan Pi­geon. Była pora obiadu, de­tek­tyw zare­zer­wo­wał dla nas stolik i, jak się oka­zało, za­mó­wił na­wet spe­cjalne po­trawy.

— Gdzie pan się znaj­duje, cu­dzo­ziemcze? — pytał sa­dza­jąc nas przy stole. — W To­urs, prawda? A To­urs to sto­lica Tu­renii, drogi panie. Z tych stron wy­wo­dzi się kilku wiel­kich ludzi: De­scartes[51], Bal­zac i Ra­be­lais, to po­winno panu wy­star­czyć. Szczegól­nie ten ostatni uosabia wszystkie ce­chy tej wspaniałej kra­iny. Co za­mó­wi­łem na obiad? Wie­przowinę po tu­reń­sku i zie­loną ka­pustę sma­żoną na ma­śle. A na deser słynne cia­sto tu­reń­skie. I tro­chę owo­ców. Śliwki su­szone, spe­cjal­ność To­urs. Al­bo­wiem, cu­dzo­ziemcze, ważne jest, gdzie się co je. I tak, jeśli pan kie­dyś poje­dzie do Vau­vray, pro­szę skoszto­wać kieł­basy z piersi ku­rzej. Jeśli ma pan ochotę na dobrą rybę, to na­leży tam za­mó­wić szczupaka w ma­śle, wę­gorza w so­sie pi­kant­nym przy­rzą­dzo­nym na winie lub fa­sze­ro­wa­nego lesz­cza. Ach, jakże sma­ko­wita jest dzi­czy­zna z So­logne albo tam­tejsze ko­tlety w śmietanie. A w Chi­non, pro­szę pana, na­leży spró­bo­wać kur­czaka w winie. Czy jadł pan już szpa­ragi z Vineuil? A sery, drogi panie! Wspaniały jest nie­bie­ski ser z Olivet albo śmietan­kowy ser an­de­ga­weń­ski. Do Sau­mur musi pan się wy­brać na tam­tejsze tor­ciki pi­gwowe. Ach, cóż to za deli­cje!

To mó­wiąc Pi­geon gło­śno cmo­kał, jakby już pró­bo­wał tych wszyst­kich spe­cja­łów.

Żwawo za­brali­śmy się do wie­przowiny przy­rzą­dzo­nej po tu­reń­sku, a pan Ga­spard Pi­geon za­ba­wiał mnie roz­mową:

— Nie uro­dzi­łem się tutaj, miły panie — opo­wia­dał — ale lubię tu przyjeż­dżać. Tu­reń­czycy mają duże po­czu­cie hu­moru i wiele zdrowego roz­sądku. Nie są to lu­dzie bez­tro­scy i le­niwi, bo jak pan chyba za­uwa­żył, wiele trudu wy­maga zago­spo­da­ro­wa­nie tych po­letek wy­dar­tych doli­nie Lo­ary. A ileż rów­no­wagi du­cha mu­szą wy­kazać, gdy grad zniszczy win­nice! Poeta Al­fred de Vi­gny[52], który po­cho­dził z tych stron, tak mó­wił o Tu­reń­czy­kach:

Dzielny lud Tu­renii jest pro­sty, jak pro­ste jest jego życie, ła­godny jak tutej­sze po­wie­trze, silny jak gleba, którą uprawia.
W spa­lo­nych słoń­cem twa­rzach nie wi­dać chłodu i re­zerwy lu­dzi pół­nocy, ani ży­wio­ło­wości i ener­gii ludzi połu­dnia. Obli­cze tutej­szego czło­wieka jest szczere i prosto­duszne. Oto lud, z któ­rego wy­wo­dzi się święty Lu­dwik[53].

Tutaj, cu­dzo­ziemcze, usły­szysz naj­star­szy, naj­pięk­niej­szy język fran­cuski. No, nie­chże się pan roz­ch­mu­rzy. O czym pan tak pilnie roz­my­śla, je­dząc tę wie­przowinę?

— O Fan­to­ma­sie — od­par­łem szczerze. — Tra­pię się tą sprawą.

— O Fan­to­ma­sie? — obu­rzył się Pi­geon. — Ależ, drogi panie, nie wolno psuć sobie ape­tytu. Tę sprawę zo­stawmy na czas, gdy bę­dziemy już mieli pełne brzu­chy. Czy pan sądzi, że Fan­to­mas w rów­nym stop­niu o nas się martwi?

Ro­ze­śmiałem się ser­decznie. Od­nio­słem wra­żenie, że swoimi za­chwytami nad Tu­renią Pi­geon zjed­nał sobie sym­patię Ro­berta, który był Tu­reń­czy­kiem.

 

*   *   *

W naj­lep­szej ko­mi­tywie, dwoma sa­mo­cho­dami, wy­ru­szyli­śmy teraz do An­gers.

— Jak pan sądzi? Czy ktoś nas śle­dził w To­urs? — w dro­dze do zamku za­pytał mnie Ro­bert.

Udzielił mi się do­bry hu­mor Pi­geona.

— Ni­kogo nie za­uwa­ży­łem. Ale jeśli na­wet ktoś nas śle­dzi, to naj­wy­żej do­nie­sie Fan­to­ma­sowi, że jedli­śmy wie­przowinę po tu­reń­sku, zie­loną ka­pustę sma­żoną na ma­śle i cia­sto tu­reń­skie.

Ale świado­mość zaob­ser­wo­wa­nej przez nas wczoraj noc­nej „ko­re­sponden­cji” zło­czyńców nie da­wała nam spo­koju.

— Wiemy z całą pew­no­ścią — ode­zwał się Ro­bert — że w na­szym zamku znaj­duje się po­moc­nik Fan­to­masa. Wy­mieńmy więc wszyst­kich miesz­kań­ców i za­sta­nówmy się, który z nich jest naj­bar­dziej po­dej­rzany. A więc po kolei: baron i Fi­lip, ma­dame Eve­line i pan Pi­geon oraz de­tek­tyw Ro­bi­noux. Miesz­kań­cem zamku jest i mój oj­ciec, ale on prze­cież znaj­duje się w Pa­ryżu. Tylko pięć osób wchodzi w grę...

— Stryja od­rzuć. Głowę daję za jego uczciwość — stwierdziła Yvonne.

— O, nie. Tak nie można — po­kręcił głową Ro­bert. — Albo wszyst­kich bie­rzemy pod uwagę, albo ni­kogo.

— A dwie po­ko­jówki? A ku­charka? A dwaj strażnicy? A dwaj ogrodnicy? — przy­po­mniałem chłopcu. — Czy są­dzisz, że nikt z nich nie może być współpra­cow­ni­kiem Fan­to­masa?

— Ogrodnicy? — sceptycz­nie od­niósł się do tej myśli. — Oni rzadko wchodzą do zamku, a tym bar­dziej by­łoby dziwne, gdyby ktoś ich zo­ba­czył wchodzą­cych do ła­zienki na pię­trze. Co in­nego po­ko­jówki. Prze­cież one sprzątają ła­zienkę. Strażnicy też mają do niej do­stęp.

— Jak z tego wy­nika, liczba osób, które mo­gły wie­czo­rem zna­leźć się w ła­zience, jest spora — po­wie­działem. — I dla­tego wy­daje mi się, że tą me­todą do ni­czego nie doj­dziemy. Za dużo ta­jem­nic kryje się w Zamku Sze­ściu Dam. Yvonne, czy do­my­ślasz się już, kto jest in­for­ma­to­rem prasy?

— Nie — wes­tchnęła dziew­czynka — ale wkrótce będę wie­działa. Zresztą, czy to ta­kie ważne? O wiele waż­niej­sze jest, kto po­maga Fan­to­ma­sowi.

— Ale jeśli to na przy­kład pan Pi­geon jest po­moc­ni­kiem Fan­to­masa? — za­sta­na­wiał się chło­piec. — I poje­chał za nami, aby nas śle­dzić? Nigdy nie od­kry­jemy, kto nas śle­dzi, jeśli to bę­dzie ktoś z na­szego grona.

— Są­dzisz, że i ten drugi Pi­geon nie jest prawdzi­wym Pi­geo­nem? — wzruszy­łem ra­mio­nami. — Nie, mój drogi. Daję głowę za to, że nasz Pi­geon nie współpra­cuje z Fanto­ma­sem, a ma ochotę chwycić go za kark i wziąć pre­mię w wy­soko­ści stu ty­sięcy fran­ków. Kie­rując się twoją za­sadą, nale­ża­łoby też po­dej­rze­wać ma­dame Eve­line, że nas śle­dzi, po­mru­kując „ca­ramba, porca mise­ria”.

Ro­ze­śmieliśmy się, tak ab­sur­dalny wy­dał nam się ten po­mysł. Ciotka Eve­line mo­gła jeź­dzić szybkimi sa­mo­cho­dami, mo­gła po­wo­do­wać kraksy, ale do roli po­moc­nika Fan­to­masa chyba się nie nadawała, a tym bar­dziej nie umiałaby ko­goś ob­ser­wo­wać bez wzbudze­nia po­dej­rzeń.

Ale ja­kież było nasze zdu­mie­nie, gdy w An­gers zo­ba­czy­liśmy al­pine re­nault ciotki Eve­line, a w jej sa­mo­cho­dzie de­tek­tywa Ro­bi­noux. Wszak jesz­cze wczoraj pan Ro­bi­noux dość sceptycz­nie od­niósł się do mojej me­tody po­szu­ki­wań zło­dzieja. Dziwne, prawda?

Lecz o wszystkim po kolei.

Za­nim przy­byli­śmy do zamku w An­gers i spo­tkali­śmy tam ciotkę Eve­line, zwiedzili­śmy naj­pierw mia­sto i jego za­bytki.

An­gers to duże mia­sto, sto­lica An­de­ga­wenii. Poło­żone jest nad rzeką Ma­ine, osiem ki­lo­me­trów od miej­sca, w któ­rym wpada do Lo­ary. Mia­sto liczy po­nad sto trzy­dzie­ści ty­sięcy miesz­kań­ców, a poza tym, że znaj­duje się tu jeden z naj­wspanial­szych ry­cer­skich zam­ków Fran­cji, ma jesz­cze wiele in­nych po­wo­dów do dumy.

Z czego sły­nie An­gers? Przede wszystkim roz­wi­nięty jest tu han­del wi­nem, likie­rami, wa­rzy­wami, na­sio­nami, kwiatami, zio­łami lecz­ni­czymi i sa­dzonkami drzew. Co roku od­by­wają się w An­gers słynne targi wina, na które zjeż­dżają się znawcy z całej Fran­cji. W Angers działa na­wet spe­cjalne bractwo wi­nia­rzy zwane „Sa­cavins”. Ale oprócz han­dlu wi­nem An­gers sły­nie od sze­ściu wie­ków z przemy­słu włó­kien­ni­czego, w mie­ście są tkal­nie i przędzal­nie. Pro­du­kuje się tu rów­nież słynne pa­ra­solki i pa­ra­sole. A każ­dego roku w czerwcu w mu­rach zam­ko­wych od­bywa się fe­sti­wal mu­zyczny, tak zwany „Fe­sti­wal d'Angers”.

An­gers po­siada oprócz zamku bar­dzo wiele wspania­łych za­byt­ków, jak choćby kate­drę Świętego Mau­ry­cego, piękną bu­dowlę z przełomu XII i XIII stu­lecia. Tu zo­ba­czyć można je­den z naj­sławniej­szych wi­traży i ma­lowi­deł na szkle z XII i XIII wieku. W Mu­zeum Sztuki są ob­razy Watteau i wielu in­nych mala­rzy, a przede wszystkim zbiór dzieł słyn­nego rzeź­bia­rza Davida d'Angers[54], żyją­cego na przełomie XVIII i XIX wieku.

W An­gers warto zwiedzić Hotel Pincé — pe­łen uroku za­bytek rene­san­so­wej ar­chi­tek­tury. Znajduje się tam ko­lek­cja bez­cen­nych dzieł sztuki po­cho­dzą­cych z róż­nych stron świata, ofia­ro­wana mia­stu przez hra­biego Tur­pin de Cri­ssé. A je­śli ktoś głę­biej inte­re­suje się ar­chi­tek­turą i sły­szał o słyn­nym „sklepie­niu an­de­ga­weń­skim”, to obej­rzeć je może w bu­dynku, w któ­rym obecnie znaj­duje się Mu­zeum Ar­che­olo­giczne, a ongiś był szpital Świętego Jana, oraz w ko­ściele Świętego Ser­giu­sza, nale­żą­cym daw­niej do opactwa be­ne­dyk­ty­nów. Poza tym na szczególną uwagę za­słu­guje ko­ściół Świętej Trójcy z wieku XII, kole­giata Świętego Mar­cina, dawny stary klasztor Cier­nio­wej Ko­rony i opactwo Świętego Mi­ko­łaja, gdzie obecnie mie­ści się dom sióstr Do­brego Pa­ste­rza. Wielka, biała fa­sada daw­nego opactwa wi­doczna jest z wielu miejsc w An­gers.

Nie dys­po­no­wali­śmy nad­mia­rem czasu, więc po po­bież­nym obej­rze­niu kate­dry Świętego Mau­ry­cego poje­cha­liśmy sa­mo­cho­dem na plac Świętego Krzyża i przez ulice Montaut i Ol­selle­rie do­tarli­śmy na Bul­war Zamkowy.

Za­par­ko­wa­łem wóz przed zam­kiem i tu­taj, ku na­szemu wiel­kiemu zdu­mie­niu, w długim sze­regu prze­róż­nych wo­zów zo­ba­czy­liśmy al­pine re­nault ciotki Eve­line.

Ona sama w ogrom­nym ka­pelu­szu, przy­stro­jo­nym ja­kimś wiechciem z po­lnych kwiatów, sie­działa na ła­weczce obok bramy zam­ko­wej i paląc pa­pie­rosa zda­wała się ob­ser­wo­wać pana Ro­bi­noux, który tym ra­zem miał minę bar­dziej me­lan­cho­lijną niż za­zwy­czaj.

Ma­dame Eve­line oży­wiła się na nasz wi­dok i ski­nęła nam ręką na po­wita­nie, jed­no­cze­śnie za­pra­sza­jąc nas na swoją ławkę.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała wskazując pana Ro­bi­noux. — Pra­wie siłą mu­sia­łam go ścią­gnąć do An­gers. Mój de­tek­tyw nie wie­rzy, aby dreptanie po śla­dach Fan­to­masa mo­gło przy­nieść jakąś ko­rzyść. A ja my­ślę, że Pan Sa­mo­cho­dzik ma jed­nak rację. Trzeba naj­pierw po­znać taj­niki działania Fan­to­masa, bo to nas może uchronić przed na­stęp­nymi kra­dzie­żami.

Pan Ro­bi­noux bez­rad­nie roz­łożył ręce i nie zmienia­jąc me­lan­cho­lij­nego wy­razu twa­rzy, szep­nął smutnie:

— Pani mi płaci, pani ma prawo wy­ma­gać. Je­stem tutaj, skoro mnie pani przywio­zła.

— Ca­ramba, porca mise­ria, nie przywio­złam tu pana na spa­cer. Chcę wie­dzieć coś no­wego o tym prze­klę­tym Fan­to­ma­sie.

Ro­bi­noux ciężko wes­tchnął:

— Pani za dużo wy­maga, ma­dame. Prze­cież na­wet nie byli­śmy w zamku i z ni­kim nie roz­ma­wia­liśmy o do­ko­nanej tu kra­dzieży.

— Tak, to prawda — przy­znała ma­dame Eve­line. — A więc do zamku, pro­szę pań­stwa.

I żwawo pod­nio­sła się z ławki, kie­rując się do bramy zam­ko­wej.

Trakto­wała pana Ro­bi­noux jak swoją nową za­bawkę, jak coś w ro­dzaju ma­szynki, która miała jej do­star­czać wia­do­mo­ści o Fan­to­ma­sie.

W bra­mie za­trzymała się, zerk­nęła na zega­rek i za­py­tała pana Ro­bi­noux:

— Ile po­trze­buje pan czasu na zdo­bycie in­for­macji o kra­dzieży? Pięć mi­nut? Dzie­sięć? Dziś mu­simy jesz­cze sko­czyć do Cham­bord. Tam także skra­dziono ob­raz.

— Do Cham­bord? — zdu­mia­łem się.

Ma­dame Eve­line ujęła się pod boki i spoj­rzała na mnie z dumą:

— A pan myśli, że nie zdążę? Wy­cią­gnę ze swojego wozu wszystkie siły i niech mnie ro­wer Yvonne przejedzie, jeśli nie będę dziś w Cham­bord. Bo jeśli ja się do cze­goś za­bie­ram, to musi to być zro­bione na­tychmiast. Po­je­dziemy, panie Ro­bi­noux, dwieście ki­lo­me­trów na go­dzinę.

Pan Ro­bi­noux zro­bił prze­ra­żoną minę. I zwrócił się do Pi­geona:

— Zdaje się, że pan jest z Agencji Ubezpie­cze­nio­wej. Czy nie mógłby mnie pan ubezpie­czyć na życie?

— Je­stem de­tek­ty­wem, a nie agentem ubezpie­cze­nio­wym — ob­raził się Pi­geon.

We­szli­śmy do zamku i uda­liśmy się do gabi­netu ku­sto­sza w mu­zeum zam­ko­wym.

Mu­zeum to sły­nie przede wszystkim z naj­większego we Fran­cji zbioru pięk­nych, cen­nych arra­sów, przedsta­wia­ją­cych sceny bi­blijne. W ka­plicy zam­ko­wej znaj­dują się bo­gate zbiory ar­ra­sów fla­mandzkich. Wisi tam rów­nież kilka bez­cen­nych obra­zów wiel­kich mi­strzów, wśród któ­rych znaj­do­wał się skra­dziony ob­raz Ca­rava­ggia.

Ku­stosz zamku w An­gers oka­zał się męż­czy­zną ni­skiego wzrostu, lat około pięć­dzie­się­ciu. Prawdo­po­dob­nie po­cho­dził z połu­dnia, co można było po­znać po jego nie­zwy­kłej ru­chli­wo­ści. Kie­dyś miał chyba ogromną szopę czar­nych wło­sów, teraz jed­nak był zu­peł­nie siwy. Żywo ge­sty­ku­lując, ter­kotał jak kara­bin ma­szy­nowy, wy­rzu­cając kil­kaset słów na mi­nutę. Je­dyną na­mięt­no­ścią jego życia był za­mek w An­gers, toteż obu­rzała go sama myśl o tym, że ist­nieją na świe­cie ja­kieś inne zamki.

— Pań­stwo są z Château de Six Da­mes? — za­pytał z wy­raźną iro­nią. — Dla­czego ów obiekt na­zywa się zam­kiem? Przy­znaję, to ładne ca­cuszko. Ale tylko ca­cuszko, willa jed­no­ro­dzinna, pała­cyk, kur­nik, pro­szę pań­stwa. Prawdzi­wym zam­kiem jest ten tutaj, w Angers i zaraz oso­bi­ście pań­stwa po nim oprowa­dzę. Czy znają pań­stwo histo­rię tego zamku?

Nie po­mo­gły pro­testy, że przy­byli­śmy tutaj, aby po­znać oko­licz­ności kra­dzieży ob­razu Ca­rava­ggia.

— Ach, pań­stwa inte­re­suje ta bar­dzo smutna sprawa? — upewniał się nie wie­rząc, że ktoś przyjechał do An­gers nie po to, aby za­chwycać się zam­kiem. — Prze­ży­łem bole­śnie tę kra­dzież. Pań­stwo sobie wy­obra­żają: skra­dziono ogromnej war­tości obraz Ca­rava­ggia. I co naj­gor­sze, poli­cja nie zna­lazła ani ob­razu, ani zło­dzieja. Owszem, opo­wiem pań­stwu, jak to było, ale naj­pierw zwie­dzimy za­mek.

I choć sta­wia­liśmy pe­wien opór — przede wszystkim ciotka Eve­lina, któ­rej bar­dzo się śpie­szyło — ku­stosz po­pro­wa­dził naszą gro­madkę na po­dwó­rzec zam­kowy i za­czął po­ka­zy­wać po kolei sie­dem­na­ście po­tęż­nych wież, się­gają­cych czterdzie­stu, a na­wet pięć­dzie­się­ciu me­trów.

— An­gers, pro­szę pań­stwa — roz­wo­dził się ku­stosz — już w I wieku na­szej ery było sie­dzibą ple­mie­nia ryba­ków i my­śli­wych. Ich przy­wódca, książę Domnacus, po zdo­byciu mia­sta przez Rzymian uciekł w lasy i tam po­zo­stał na zaw­sze. Po­tem przy­szła era Norma­nów, pro­szę pań­stwa. W IX wieku An­gers opie­rało się wy­trwale ich ata­kom, ale zdo­byli je w 867 roku i sie­dzieli w nim przez sześć lat. Aby ich prze­pę­dzić, Karol Łysy i książę Bre­tanii po­słu­żyli się sztuczką, którą już wcześniej, przed pół­tora wieku za­sto­so­wał Cy­rus[55], zdo­bywca Ba­bi­lonu. A mia­no­wicie od­cięto ko­ryto rzeki Ma­ine i wody jej od­pro­wa­dzono w bok ka­na­łem. Prze­ra­żeni Norma­no­wie, któ­rych ło­dzie oka­zały się bez­uży­teczne, szybko przy­stą­pili do ro­ko­wań i od­dali mia­sto.

— Ale praw­dziwy roz­kwit An­gers, pro­szę pań­stwa — ter­kotał ku­stosz — za­czął się za pa­no­wa­nia rodu An­de­ga­we­nów, w któ­rym przewa­żało imię Fulko. Za­cznijmy więc od Fulki Do­brego. Za jego cza­sów wła­dza hra­biów an­de­ga­weń­skich była tak wielka, a kró­lew­ska tak mała, że gdy Fulkę od­wie­dził król Lu­dwik IV i chciał go zniewa­żyć, ten zdo­był się na od­po­wiedź: „Za­uważ, ła­skawy pa­nie, że na­wet król, gdy jest głupi, nie jest wart wię­cej niż ko­ro­no­wany osioł”. Naj­bar­dziej jed­nak znany był Fulko Nerra, czyli Czarny. Zo­stał hra­bią w wieku lat sie­dem­nastu i aż do sie­dem­dzie­sią­tego roku życia pro­wa­dził nie­ustannie wojny i spory z są­sia­dami feu­dal­nymi pa­nami. Ogniem i mie­czem raził To­urs, Le Mans, Blois i Nantes. Jesz­cze jako sta­rzec po­trafił po­noć wskoczyć na konia, po­galo­po­wać do Sau­mur i po­wró­cić do An­gers. Am­bitny i po­zba­wiony skru­pu­łów rabuś i gwałtow­nik, w chwilach chrześci­jań­skiej skru­chy bo i takie mu się nie­kiedy zda­rzały — ob­sy­py­wał zło­tem oko­liczne ko­ścioły i klasztory albo chwytał za ko­stur piel­grzymi i uda­wał się w po­kut­niczą wę­drówkę do Ziemi Świętej. Z po­wro­zem na szyi, z od­sło­nię­tymi krwawią­cymi ra­mio­nami, okła­dany ró­zgami przez dwóch pa­choł­ków szedł do Chrystu­so­wego Grobu. Ale gdy po­wra­cał do An­gers, znowu wszystko za­czy­nało się od po­czątku. Ma­jąc lat sie­dem­dzie­siąt, po­szedł do Jero­zo­limy po raz ostatni. W dro­dze po­wrotnej do An­gers nie wy­trzymał bi­czo­wa­nia, zmarł.

— Do­brze mu tak, ca­ramba, porca mise­ria — burknęła ciotka Eve­line.

Pan Ro­bi­noux po­smutniał jesz­cze bar­dziej, a de­tek­tyw Pi­geon mla­snął języ­kiem i stwierdził:

— Sły­sza­łem, że od­ży­wiali się bar­dzo nie­zdrowo. Jedli przeważ­nie dzi­czy­znę, a bar­dzo mało ja­rzyn.

Ku­stosz machnął lek­ce­wa­żąco ręką na tę uwagę i ter­kotał dalej:

— Ro­dem hra­biów an­de­ga­weń­skich przeważ­nie rzą­dziła chciwość i wy­gó­ro­wana am­bicja. Fulko Re­chin po­rzucił dwie żony, by póź­niej sa­memu do­świad­czyć wiel­kiej gory­czy, gdy król fran­cuski po­rwał mu trze­cią żonę, piękną i młodą Ber­trandę de Mon­ford. No­ta­bene Filip I, który oże­nił się z Ber­trandą, zo­stał póź­niej wy­klęty. Zaś jesz­cze inny Fulko oże­nił swego syna, God­fryda, z Ma­tyldą, córką króla An­glii, wdową po cesa­rzu nie­mieckim Hen­ryku V. Pan młody miał wtedy lat czterna­ście, a jego żona dwa­dzie­ścia dziewięć.

— Nie­sły­chane — zdu­miała się ma­dame Eve­line i tak była przejęta tą wia­do­mo­ścią, że na­wet za­po­mniała za­kląć po hisz­pań­sku i po wło­sku.

— Ów God­fryd — cią­gnął ku­stosz — znany był z przy­zwy­cza­jenia, które dało na­zwę wiel­kiej dy­nastii. Lu­bił ozdabiać hełm ga­łązką ja­łowca zwaną po łaci­nie „planta geni­sta”. Gdy król an­giel­ski zmarł bez­po­tom­nie, na tron wstąpili po­tom­ko­wie God­fryda. Pa­no­wali w Anglii po­nad trzy wieki jako Plantage­neci.

— A obraz Ca­rava­ggia? — prze­rwała ku­sto­szowi ma­dame Eve­line.

— Ach, to bar­dzo przy­kra sprawa — za­fra­so­wał się ku­stosz. — Ale pań­stwo po­zwolą, że jesz­cze opo­wiem im o świetności An­gers. Pań­stwo po­winni wie­dzieć, że An­gers to nie kur­nik, pała­cyk, do­mek jed­no­ro­dzinny, ale po­tężna ostoja hra­biów, a po­tem ksią­żąt an­de­ga­weń­skich. Tak, pro­szę pań­stwa, pierwszym księ­ciem zo­stał Karol An­de­ga­weń­ski, po­stać z wielu względów bu­dząca liczne spory. Pod­bił on, na prośbę pa­pieża, Ne­apol i Sy­cylię. Stworzył Kró­le­stwo Ne­apolu i ob­jął swymi wpływami cały Pół­wy­sep Ape­niń­ski. Ostatnim księ­ciem an­de­ga­weń­skim był słynny René, zwany Do­brym Księ­ciem René. Stu­dio­wał ła­cinę i grekę, mó­wił po wło­sku i ka­ta­loń­sku, znał na­wet he­braj­ski. Był kom­po­zyto­rem, ma­lował, ukła­dał wier­sze. Opa­no­wał ma­te­ma­tykę, geo­logię, prawo, jed­nym sło­wem — wspaniała rene­san­sowa po­stać. Oże­niony w wieku dwu­nastu lat z Iza­bellą Lota­ryń­ską, po­zo­sta­wał z nią w wier­nym związku przez trzy­dzie­ści lat, a po jej śmierci, ma­jąc lat czterdzie­ści sie­dem, po­ślubił Je­anne de Laval i był z nią rów­nie szczęśliwy. Jemu An­gers za­wdzięcza naj­wię­cej. Roz­bu­do­wał i umocnił za­mek, ozdobił go prze­pięk­nymi dziełami sztuki.

— No wła­śnie: dzieła sztuki. I co z obra­zem Ca­rava­ggia? — ciotka prze­stę­po­wała z nogi na nogę. Chciała prze­cież jesz­cze dziś sko­czyć do Cham­bord. A ku­stosz gadał i ga­dał...

Mnie jed­nak inte­re­so­wało to, co mó­wił. I twierdza w An­gers też wy­dała mi się wspaniała.

Ota­czały nas wy­sokie, po­nure, bru­natne mury, na które tylko mu­cha lub pająk mo­głyby się wspiąć. Ogromne, okrą­głe baszty spo­zie­rały do­koła rzadko roz­miesz­czo­nymi wą­skimi okienkami. A w dole roz­cią­gały się prze­pięk­nie utrzymane traw­niki i klomby z kwiatami. Ich białe, czerwone, żółte i ró­żowe barwy do­da­wały życia temu po­nu­remu, groź­nemu za­mczysku.

Po­szli­śmy do odre­stau­ro­wa­nej ka­plicy, zbu­do­wa­nej przez Jo­lantę Ara­goń­ską w XV wieku.

— O, tutaj, bli­sko ołta­rza, wi­siał obraz Ca­rava­ggia — wskazał nam ku­stosz puste miej­sce na ścia­nie ka­plicy. — Był to obraz świętego Ma­te­usza.

— Świętego Ma­te­usza? — zdziwi­łem się. — O ile wiem, ist­niały dwie wer­sje tego ob­razu. Ca­rava­ggio ma­lował cykl obra­zów do ka­plicy kar­dy­nała Contarelli w ko­ściele San Luigi dei Fran­cesi w Rzymie, w la­tach 1598-1602. Pierwszy obraz, przedsta­wia­jący świętego Ma­te­usza, zo­stał od­rzu­cony przez kler jako nie dość „godny” i „po­ważny”. Wtedy Ca­rava­ggio na­ma­lował drugi, który zo­stał przyjęty i wisi tam do dziś. Pierwsza wer­sja ob­razu świętego Ma­te­usza zna­lazła się w mu­zeum ber­liń­skim i spło­nęła w cza­sie ostatniej wojny.

— Tak, ma pan rację. Ale histo­rycy sztuki za­po­mi­nają jesz­cze o trze­ciej wer­sji, a właści­wie jakby szkicu do pierwszej wer­sji ob­razu świętego Ma­te­usza. To było duże za­mó­wie­nie ze strony ko­ścioła. I Ca­rava­ggio bar­dzo po­waż­nie je traktował. Wła­śnie u nas w kaplicy wi­siała ta jakby wstępna próba pierwszej wer­sji.

— Jak wy­glą­dał ten obraz? — za­py­tałem.

— Był bar­dzo piękny. Jak zwy­kle u Ca­rava­ggia, tło jest ciemne. Świętego Ma­te­usza i anioła, który po­maga mu pisać Ewangelię, przedsta­wił arty­sta nie­zwy­kle reali­stycznie. Święty Ma­teusz, pro­sty, stary rybak, o twa­rzy spa­lonej przez wi­chry i bu­rze mor­skie, z naj­większym mo­zo­łem spi­suje wszystko, czego był świad­kiem ob­cując z Chrystu­sem. Po­dobna do tego ob­razu była pierwsza wer­sja, którą zna pan chyba z re­pro­duk­cji, po­nie­waż, jak słusznie pan za­uwa­żył, spło­nęła pod­czas mi­nio­nej wojny. Księ­żom jed­nak święty Ma­teusz wy­dał się na obra­zie za mało udu­cho­wiony, za mało „święty”, za mało piękny i czci­godny. Toteż Ca­rava­ggio w dru­giej wer­sji uszlachet­nił po­stać świętego Ma­te­usza, który z wy­glądu bar­dziej przy­po­mina wspania­łego rzym­skiego mówcę czy filo­zofa niż pro­stego ry­baka, jakim był prze­cież w isto­cie.

— A w jaki spo­sób zgi­nął ten obraz? — wtrą­cił Pi­geon, któ­rego chyba znu­dziły wy­wody na temat treści ob­razu.

Ku­stosz bez­rad­nie roz­łożył ręce.

— Nie mam poję­cia. Poli­cja też nie wie. To jakaś bar­dzo dziwna histo­ria. Jakby zło­dziej prze­nik­nął przez mury, jakby był du­chem, wi­dzia­dłem, upio­rem..

— Fan­tom. Fan­to­mas... — szep­nął za na­szymi ple­cami pan Ro­bi­noux.

— Ka­plica otwarta jest tylko przez kilka go­dzin, kiedy za­mek zwiedzają tury­ści — wy­jaśnił ku­stosz. — Ale wtedy strażnik nie spuszcza jej z oka. Pań­stwo go wi­dzą.

Tak, w ka­plicy na krze­sełku sie­dział strażnik uzbrojony w pi­stolet, który mu wi­siał u pasa, jak kow­bo­jowi z we­sternu. .

— Gdy upłyną go­dziny zwiedza­nia, opuszcza się żela­zną kratę. Przez okna do­stać się do ka­plicy nie można, są zbyt wy­soko umiesz­czone. A na­wet gdyby zło­dziej chciał wejść przez okna, mamy tam foto­ko­mórki, które działają bez za­rzutu i po­wo­dują alarm w ca­łym zamku.

— Czy otrzymał pan list z żą­da­niem okupu? — spy­tałem.

— Tak. Jakiś Fan­to­mas gro­ził, że je­śli nie do­sta­nie okupu w wy­soko­ści trzy­dzie­stu ty­sięcy fran­ków, przed upływem mie­siąca skradnie obraz, a na jego miej­scu za­wiesi kopię. Oczywi­ście za­wia­do­mi­łem tutej­szą poli­cję, ale ona uznała, że list jest pi­sany przez wa­riata, bo ukraść ob­raz nie­po­dobna. I niech pań­stwo sobie wy­obrażą, gdy minął mie­siąc, jakiś dużej klasy znawca Ca­rava­ggia, zwiedza­jąc pew­nego dnia ka­plicę, za­pytał mnie, czy wisi tu kopia, czy ory­ginał. „Oryginał” od­par­łem z obu­rze­niem. Ale on z po­wąt­pie­wa­niem po­kręcił głową i poin­for­mo­wał mnie, że nie­dawno sły­szał, ja­koby w Ar­gen­tynie jakiś bo­gacz kupił po­ta­jem­nie ory­ginał Świętego Ma­te­usza pędzla Ca­rava­ggia. Rzecz ja­sna, na­tychmiast pod­nio­słem alarm. Za­wieźliśmy obraz do Luwru i wy­obraźcie sobie moje prze­raże­nie, moje roz­pacz i ból — ob­raz, który u nas wi­siał, oka­zał się zna­ko­micie pod­ro­bio­nym falsy­fika­tem. Ory­ginał znik­nął. Nie mu­szę chyba do­da­wać, że poli­cji nie udało się schwytać zło­dzieja, a ślad, który pro­wa­dził do Ar­gen­tyny, za­wiódł na ma­nowce.

A więc i tu­taj wszystko od­było się tak samo jak w Am­boise i w Zamku Sze­ściu Dam.

Za­my­śleni opu­ścili­śmy ka­plicę zam­kową.

Na­gle sta­ną­łem jak wryty. Zdu­mioną minę zro­biła rów­nież Yvonne i Ro­bert.

Oto przez po­dwó­rzec zam­kowy od strony głównej bramy je­chał ku nam człowiek na in­wa­lidz­kim wózku, po­py­cha­nym przez dwóch męż­czyzn. Jed­nym z nich był znany już nam z wi­dze­nia opry­szek z Or­lego Gniazda, w skó­rza­nej ban­dytce na gło­wie, czerwo­nej apaszce na szyi, z trzcinką w ręku.

Ma­dame Eve­line za­wo­łała gło­śno:

— Ca­ramba, porca mise­ria, niech mnie ro­wer Yvonne przejedzie, jeśli to nie pan Pierre Mar­chant!

I w swym wiel­kim ka­pelu­szu na gło­wie ru­szyła na spo­tka­nie panu w in­wa­lidz­kim wózku.

Był to przy­stojny jesz­cze męż­czy­zna lat około czterdzie­stu, o re­gu­lar­nych ry­sach i gładko wy­golo­nej twa­rzy, ja­snych, pro­stych, uli­za­nych wło­sach i ostrym, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu. Miał na sobie gar­nitur z naj­lep­szej wełny, białą ko­szulę i kra­wat z wpiętą weń wspaniałą perłą.

Jego in­wa­lidzki wó­zek po­py­chał oprócz opryszka w ban­dytce okropny gru­bas o łysej czaszce i atle­tycz­nej bu­do­wie. Tłuszcz, który ob­rósł mu ciało po­wo­do­wał, że atleta pocił się i miał za­dyszkę.

Pierre Mar­chant — wła­ści­ciel Or­lego Gniazda — uca­łował dłoń ma­dame Eve­line.

— Am­boise od­wie­dzam bar­dzo czę­sto, ma­dame — po­wie­dział Mar­chant do ciotki Eve­line. — Jak pani wie, ku­piłem Orle Gniazdo, uwielbiam bo­wiem stare, po­nure, mocne bu­dowle. Za­mek w Am­boise jest jesz­cze bar­dziej po­nury i so­lid­niej zbu­do­wany. Ża­łuję, że nie można go kupić. W ostatnim cza­sie moim hobby stała się histo­ria tutej­szych zam­ków. Bo cóż po­zo­staje in­wali­dzie, który wy­cofał się z inte­re­sów? Pustkę mo­jego życia wy­peł­nia zgłę­bia­nie prze­szło­ści. Czy nie pa­sjo­nu­jącą po­stacią był, na przy­kład, ów Fulko Nerra, który nie­gdyś wła­dał tym zam­kiem?

— Ten rabuś? Gwałtow­nik? Ten, który zgi­nął pod bi­czami? — obu­rzyła się ciotka Eve­line. — Je­śli cho­dzi o mnie, to wolę Do­brego Księ­cia René.

— René? Ależ, ma­dame, to był wspaniały umysł, ale straszny mię­czak. A ja nie cier­pię mię­cza­ków. Za Iza­bellą Lota­ryń­ską otrzymał w wia­nie Lota­ryn­gię, lecz kiedy chciał to księ­stwo przejąć w po­sia­danie, zo­stał po­bity przez księ­cia Bur­gun­dii i wzięty do nie­woli. Po­niósł także klę­skę, pró­bując zdo­być Kró­le­stwo Obojga Sy­cylii. Pod ko­niec swojego życia z fi­lozo­ficz­nym spo­ko­jem ob­ser­wo­wał, jak Lu­dwik XI zaj­muje An­de­ga­we­nię. A że był rów­nież hra­bią Pro­wan­sji, w końcu wy­niósł się z An­gers do Aix. Czy tak po­stę­puje praw­dziwy męż­czy­zna? Nie, ma­dame. Ja by­łem zaw­sze sil­nym człowie­kiem i choć dziś ka­lec­two przy­kuło mnie do wózka, ko­cham ludzi sil­nych. I lu­bię mocne, trwałe bu­dowle.

Ma­dame Eve­line przedsta­wiła nam pana Mar­chanta, który każ­demu po kolei uprzejmie ski­nął głową.

— Pana Mar­chanta po­zna­łam przed ro­kiem na wy­ści­gach sa­mo­cho­do­wych. Jest by­łym han­dla­rzem win — wy­ja­śniła. — Po­dob­nie jak i mnie, pa­sjo­nują go szybkie sa­mo­chody.

— Tak po­twierdził Mar­chant. Za­ro­biłem na­wet sporo gro­sza, sta­wia­jąc na tych wy­ści­gach. Ale sam nie mia­łem szczęścia do szybkich sa­mo­cho­dów. To wła­śnie zbyt szybki sa­mo­chód i nie­ostrożna jazda unie­ru­cho­miły mnie na zaw­sze na tym wózku — dodał ze smutkiem.

Wi­tając pana Ro­bi­noux, za­pytał go uprzejmie:

— Dla kogo pan teraz pra­cuje, panie Ro­bi­noux? Me­lan­cho­lijną twarz de­tek­tywa z Pa­ryża roz­jaśnił na mo­ment rado­sny uśmiech.

— Ła­skawy pan przy­po­mina mnie sobie?

— Oczywi­ście — od­parł Mar­chant. — Przed dwoma laty dzięki panu od­zy­ska­łem kosztow­ności skra­dzione w mojej willi w Biar­ritz. A te­raz dla kogo pan pra­cuje?

— Dla ma­dame, ła­skawy pa­nie — szep­nął de­tek­tyw i wskazał na ciotkę Eve­line.

— Okra­dziono pa­nią z kosztow­ności? — za­gad­nął ją pan Mar­chant.

— Nie, ca­ramba, porca mise­ria. Jesz­cze by tego bra­ko­wało! To mój brat, baron de Saint-Ga­tien ma kło­poty. Ta­jem­niczy zło­dziej krad­nie ob­razy z jego gale­rii.

— Ach, tak? — stwierdził pan Mar­chant, ale nie oka­zał zbyt wiel­kiego za­inte­re­so­wa­nia dla tej sprawy.

Gdy przy­szła kolej na mnie i zo­sta­łem przedsta­wiony panu Mar­chantowi, spoj­rzał na mnie prze­ni­kli­wie i stwierdził:

— Ja pana już wi­działem. Wczoraj. Wy­siadł pan ze swego prze­dziwnego sa­mo­chodu i oglądał pan mój za­mek, prawda?

— Tak — przytak­ną­łem nieco za­sko­czony. A on po­dra­pał się za le­wym uchem i rzekł:

— Uwięziony na wózku in­wa­lidz­kim, całe go­dziny spę­dzam w wieży zam­ko­wej, ob­ser­wu­jąc przez lu­netę życie, które toczy się w oko­licy. Pan wy­ba­czy mi brzydki nałóg pod­pa­try­wa­cza, ale pro­szę uwzględ­nić, że by­łem kie­dyś bar­dzo ru­chli­wym człowie­kiem, pro­wa­dzi­łem han­del win na dużą skalę. Cóż mi po­zo­stało, jak nie bez­czynne przy­glą­danie się światu?

— Ro­zu­miem pana — ski­ną­łem uprzejmie głową. A jed­no­cze­śnie dreszcz prze­biegł mi po krzyżu.

„Nie, to chyba nie­moż­liwe” — po­my­śla­łem.

— A to jest pan Ga­spard Pi­geon, de­tek­tyw z Agencji Ubezpie­cze­nio­wej — ma­dame Eve­line za­pre­zen­to­wała dru­giego de­tek­tywa.

— Miło mi nie­zmiernie — ski­nął głową pan Mar­chant.

A de­tek­tyw, chcąc oka­zać uprzej­mość, za­pytał Mar­chanta:

— Za­pali pan?

— Nie palę gau­lo­isów — od­parł pan Mar­chant.

Stary lis zare­ago­wał bły­ska­wicznie:

— A skąd pan wie, że ja palę gau­loisy? — rzekł i do­piero wy­cią­gnął z kie­szeni paczkę tych pa­pie­ro­sów.

Nie drgnął ani jeden mu­skuł w twa­rzy Mar­chanta. Nie zmieszał się, nie za­nie­po­koił. Tylko ner­wowo po­dra­pał się za le­wym uchem.

— Człowiek, który pali gau­loisy, pachnie nimi na odle­głość. Mam bar­dzo wy­czu­lony węch, pro­szę pana — wy­jaśnił.

Pi­geona i in­nych za­do­wo­liła ta od­po­wiedź. Była zresztą bar­dzo prawdo­po­dobna. Są lu­dzie obda­rzeni bar­dzo wrażliwym wę­chem. Wia­domo prze­cież, że zapa­chem pa­pie­ro­sów prze­siąk­nięte jest ubra­nie, a na­wet włosy pala­cza. Ja sam naj­czę­ściej palę czerwoną ho­len­der­ską „am­phorę” faj­kową, po­mie­szaną z „naj­przedniej­szym”. Nie­pala­cze mó­wili mi, że gdy zbli­żam się do nich, czują za­pach mo­jego tyto­niu. Po­tem przed Mar­chantem dy­gnęła panna Pa­tycz­kówna, czyli Yvonne, i wreszcie Ro­bert. Ciotka Eve­line huk­nęła do pana Ro­bi­noux:

— W drogę, sza­nowny pa­nie. Mu­simy jesz­cze sko­czyć do Cham­bord. A pana, panie Mar­chant, za­pra­szani do nas, do Zamku Sze­ściu Dam. Nie jest to mo­nu­mentalna bu­dowla, ale za to mój brat po­siada wspaniałą gale­rię współcze­snego ma­lar­stwa.

— Chętnie sko­rzy­stam z za­pro­sze­nia od­parł Mar­chant. — Chciał­bym rów­nież zało­żyć u siebie małą gale­rię. Ale a pro­pos tego, o czym pani ra­czyła wspo­mnieć: o kra­dzie­żach obra­zów. Jaki to obraz skra­dziono pani bratu?

— Dwa ob­razy: Ce­zanne'a i Re­noira.

— Ach, tak — kiw­nął głową pan Mar­chant. — Wczoraj jakiś osobnik za­pro­po­no­wał mi kupno ob­razu Van Gogha. Od­pra­wi­łem go z kwit­kiem, bo mia­łem nie­jasne po­dej­rze­nie, że to falsy­fikat. Nie mam ochoty dać się na­brać.

— Van Gogh? — prze­rwał mu bru­talnie pan Pi­geon. A jaki to był obraz, można wie­dzieć?

Mar­chant zwrócił się do sto­ją­cego za jego ple­cami gru­basa:

— Jaki to był obraz, An­tonio? To prze­cież ty roz­ma­wia­łeś dłu­żej z tym osobni­kiem.

O dziwo, gruby An­tonio mó­wił pi­skli­wie jak pa­nienka:

— Ja­kiś taki obraz...

— No, jaki? Oglądałeś go? — pod­niósł głos Mar­chant.

— Nie oglą­da­łem — prze­stra­szył się gru­bas. — On mi tylko mó­wił, jak ten obraz wy­gląda. Cho­dziło o ja­kiś por­tret.

Na twa­rzy Yvonne, Ro­berta, ciotki Eve­line, Ro­bi­noux i pana Pi­geona od­ma­lo­wało się naj­wyż­sze na­pię­cie. Czyżby Mar­chantowi pro­po­no­wano kupno Por­tretu leka­rza Van Gogha z galerii ba­rona de Saint-Ga­tien? A więc Ro­bi­noux miał rację: fał­szywy Pi­geon skradł tym ra­zem nie Re­noira, lecz Van Gogha.

— Jak wy­glą­dał ten człowiek? — zwrócił się do gru­basa Pi­geon.

— Ni­ski, z wą­si­kami, tro­chę po­dobny do pana. Przyjechał czar­nym hum­be­rem, za­pro­po­no­wał kupno, ale po­nie­waż pan Mar­chant kazał go od­pra­wić, więc bliżej się nim nie inte­re­so­wa­łem.

— A dla­cze­góż to ów osobnik zwrócił się wła­śnie do pana? — ostrym to­nem inda­go­wał Mar­chanta pan Pi­geon, po­iry­to­wany, że ów osobnik przy­po­minał z wy­glądu wła­śnie jego, Pi­geona.

— Nie wiem — wzruszył ra­mio­nami Mar­chant. — Być może sły­szał od ko­goś, że za­mie­rzam zało­żyć gale­rię obra­zów.

— To dla­czego od­pra­wił go pan z kwit­kiem?

— Nie znam się na ma­lar­stwie, ale wiele sły­sza­łem o fał­szer­zach dzieł sztuki. Po­sta­no­wi­łem na­by­wać ob­razy do swojej gale­rii tylko od osób god­nych za­ufa­nia, a nie od ja­kichś po­kąt­nych han­dla­rzy — wy­jaśnił Mar­chant.

Uznał roz­mowę z Pi­geo­nem za za­koń­czoną i zwrócił się do ma­dame Eve­line:

— Je­ste­śmy są­sia­dami, prawda? Za­pra­szam więc panią w od­wie­dziny. Zo­ba­czy pani, co zro­biłem z tej starej, nie­uży­tecz­nej daw­niej bu­dowli, która się na­zywa Orle Gniazdo.

— Dziękuję panu — z roz­tar­gnie­niem od­rze­kła ma­dame Eve­line, zaab­sor­bo­wana sprawą ob­razu Van Gogha.

A po­tem za­wo­łała z roz­paczą:

— Czy nie ma rady na zło­dzieja? Ca­ramba, porca mise­ria... A panu, panie Mar­chant, ra­dzę być ostrożnym z kup­nem obra­zów. Po­dej­rze­wam, że obraz, który chciano panu sprzedać, po­cho­dzi z gale­rii mo­jego brata.

— Prze­cież pani wspo­mniała o obra­zie Re­noira i Ce­zanne'a? — zdziwił się pan Mar­chant.

— No tak, ale... — ma­dame Eve­line machnęła ręką, co miało oznaczać, że w tym wszystkim sam dia­beł się nie poła­pie.

I na tym za­koń­czyło się nasze spo­tka­nie z pa­nem Mar­chantem. Ukłonili­śmy się panu na wózku i jego dwóm opie­ku­nom. Gdy od­cho­dzili­śmy w stronę bramy zam­ko­wej, Yvonne trą­ciła mnie w ramię i za­trzymała na chwilę.

— Co się stało? — za­py­tałem.

Dziew­czynka pa­trzyła w stronę Pierre Mar­cha­nata.

— Czy on panu ni­kogo nie przy­po­mina? — za­py­tała.

— Owszem...

— Do­strzegł pan ten jego gest, to dra­panie się za le­wym uchem? — upewniła się.

— Tak, Yvonne. Za­uwa­ży­łem ten gest.

— I przy­po­mina to panu ko­goś, prawda?

— Owszem.

— Fał­szy­wego Pi­geona — stwierdziła Yvonne.

A ja tylko kiw­ną­łem głową.

 


ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY [top]

CO ZROBIĆ Z TRZECIM OBRAZEM • NIE CIĄGNIJCIE POLICJI ZA JĘZYK • KTO SIĘ BOI PRAWDY • MALARZ VINCENT W TARAPATACH • KOMISARZ POKAZUJE PAZURKI • ZADANIE DLA MALARZA • KŁÓTNIA YVONNE I ROBERTAW ZASADZCE NA ZŁOCZYŃCĘ • ŚWIETNA INFORMACJA • „AKCJA X” • FILIP W PUŁAPCE • NOCĄ NA WYSPIE • RATUNEK • TAJEMNICA BARONA DE SAINT-GATIEN

 

— Ależ tak, panie baro­nie. Jeśli pan sobie tego ży­czy, mogę jutro znowu poje­chać do Pa­ryża — oświad­czył pod­czas kola­cji pan Ar­mand Du­rant. — Za­biorę do eks­per­tyzy obraz Van Gogha, ale je­stem prze­ko­nany, że to jed­nak ory­ginał.

— Ja też tak sądzę — wtrą­ciłem się.

Ba­ron de Saint-Ga­tien deli­kat­nie poru­szył głową, co zna­czyło, że nie zga­dza się z nami.

— Pan Ro­bi­noux — rzekł — su­ge­ruje, że Fan­to­mas ukradł także obraz Van Gogha. W tak po­waż­nej gale­rii jak nasza nie może być ani cie­nia wąt­pli­wo­ści, że jakiś obraz nie jest ory­gi­nalny. Jeśli ktoś od­kryje, że de­mon­struję mu kopię, bę­dziemy na zaw­sze ośmie­szeni i nikt do nas nie zaj­rzy.

— Tak, to ra­cja — zgo­dził się pan Du­rant.

— Tym bar­dziej — prze­rwała im ma­dame Eve­line — że pan Mar­chant mó­wił o ja­kimś czło­wieku, który pro­po­no­wał mu kupno por­tretu ma­lo­wa­nego przez Van Gogha. Ca­ramba, porca mise­ria, głowę dała­bym sobie uciąć, że to był Fan­to­mas i chciał sprzedać obraz z na­szej gale­rii.

— Nie wia­domo, ma­dame, czy cho­dziło o Por­tret leka­rza — od­po­wie­dział ku­stosz. — Van Gogh na­ma­lował wiele por­tre­tów.

Chciałem do­rzu­cić: „I nie ma żad­nych pod­staw, aby wie­rzyć sło­wom Mar­chanta”, lecz nie po­wie­działem tego, zda­jąc sobie sprawę, że zwy­czaj dra­pania się za le­wym uchem nie może być pod­stawą do po­dej­rzeń.

Pan Du­rant bez­rad­nie roz­łożył ręce i dodał:

— Oczywi­ście, jeśli pan baron tego sobie ży­czy, po­jadę jutro do Pa­ryża i za­wiozę ob­raz do eks­per­tyzy. Ale mu­szę mieć inny śro­dek lo­ko­mocji. Gdy je­cha­łem z obra­zem Ce­zanne'a za­tkał mi się gaź­nik i dwie go­dziny cze­ka­łem na Po­moc Dro­gową. Gdy je­cha­łem z obra­zem Re­noira, na­walił mi wał kor­bowy. Mój wóz to stary grat, ryzy­kowne jest wy­bie­rać się nim w drogę.

— Za­wiozę pana swoim al­pine — burknęła ciotka Eve­line. — Ca­ramba, porca mise­ria, do Pa­ryża zaje­dziemy w trzy mi­nuty.

— A ja was będę eskortował — wy­szeptał Ro­bi­noux.

Ba­ron ode­tchnął z ulgą.

— A więc wszystko w po­rządku. Van Gogh poje­dzie w zna­ko­mi­tym towa­rzy­stwie.

Na dłuż­szą chwilę za­padło mil­cze­nie.

Ko­lację, jak zwy­kle, podano w ja­dalni zam­ko­wej. Ale tym ra­zem uczestni­czyło w posiłku wię­cej osób. Obok mnie sie­dział ma­larz Vin­cent, brat Yvonne i bra­tanek ba­rona de Saint-Ga­tien. Przyjechał z Pa­ryża za­nie­po­ko­jony wia­do­mo­ściami o ko­lej­nych kra­dzie­żach w gale­rii zam­ko­wej.

Przybył także ko­mi­sarz poli­cji z To­urs — wy­soki, chudy, zu­peł­nie łysy męż­czy­zna z ogrom­nym no­sem. Jadł szybko, nie pa­trząc na ni­kogo, lecz w po­łowie kola­cji prze­rwał je­dze­nie i za­my­ślony robił kulkę z chleba z taką uwagą i za­pa­mię­tało­ścią, jakby mo­gła mu ona przy­nieść wy­ja­śnie­nie za­gad­ko­wej kra­dzieży ob­ra­zów.

Jak wiemy, przy stole sie­dział także Pi­geon, Ro­bi­noux i ja. Ba­ron de Saint-Ga­tien nie omieszkał na wstępie wy­razić swego ogrom­nego za­do­wo­lenia, że w jego zamku gosz­czą aż czte­rej zna­ko­mici (podkre­ślił to słowo into­nacją) de­tek­tywi, co daje mu na­dzieję, że wkrótce od­zyska swoją wła­sność.

Bra­ko­wało tylko Yvonne i Ro­berta. Oby­dwoje sie­dzieli już w sta­rym don­żonie, przy­go­to­wu­jąc apa­ra­turę do wi­do­wi­ska „Dźwięk i światło”. Dzi­siaj bo­wiem rów­nież przyje­chało kilka sa­mo­cho­dów oso­bo­wych i au­toka­rów z jakąś wy­cieczką za­gra­niczną.

Aby prze­rwać cią­żące mil­cze­nie, zwróciłem się do ciotki Eve­line:

— A w Cham­bord? Czy na­trafi­liście pań­stwo na coś inte­re­sują­cego?

Ma­dame Eve­line bez­ce­re­mo­nial­nie trą­ciła łok­ciem pana Ro­bi­noux:

— I co pan na to? Tra­fili­śmy na coś inte­re­sują­cego czy nie? Pan jest prze­cież de­tek­ty­wem, a nie ja.

Ro­bi­noux pod­niósł głowę znad fili­żanki her­baty i wy­szeptał:

— Od po­czątku uwa­ża­łem, że ta po­dróż nie ma sensu. Było wia­dome, że zło­dziej po­słu­guje się nadal tą samą me­todą. Naj­pierw list, po­tem na miej­scu ory­gi­nału po­jawia się zna­ko­micie zro­biona kopia. Na­sze od­wie­dziny w Cham­bord po­twierdziły, że trzyma się upar­cie swojej me­tody.

— A jed­nak ja tam jutro po­jadę — oświad­czy­łem.

Ro­bi­noux tylko wzruszył ra­mio­nami i znowu szep­nął:

— Jest pan cu­dzo­ziemcem i histo­ry­kiem sztuki. Zwiedza­nie zam­ków jest dla pana mi­łym zaję­ciem.

Dał mi do zro­zu­mie­nia, że nie sądzi, abym zbyt po­waż­nie traktował swoje de­tek­tywi­styczne zaję­cia.

— Ca­ramba, porca mise­ria — za­wo­łała nagle ciotka Eve­line. Prze­cież sie­dzi tu z nami ko­mi­sarz poli­cji. Czy po to utrzymu­jemy tak po­tężny apa­rat poli­cji, żeby usły­szeć: „Nic nie wiem w tej sprawie”?

Łysy ko­mi­sarz poli­cji z To­urs ści­snął w pal­cach kulkę chleba.

— Niech pani nie cią­gnie poli­cji za język — rzekł zło­wró­żeb­nie.

— A dla­czego to mam tego nie robić? — za­grzmiała ciotka. — Je­stem starą uczciwą ko­bietą i nie boję się prawdy.

— A pan, panie baro­nie? — spy­tał ko­mi­sarz.

— Ja? — zdziwił się baron. — To chyba oczywiste, że chciałbym do­wie­dzieć się prawdy.

— Ach, tak? — ucie­szył się ko­mi­sarz i za­czął robić nową kulkę z chleba. Nie­oczeki­wa­nie zwrócił się do Vin­centa: — Pan, panie de Saint-Ga­tien, rów­nież?

Vin­cent był przy­stoj­nym, szczupłym bru­ne­tem o śnia­dej cerze i buj­nej czu­pry­nie, która na karku i nad uszami zwi­jała się w kę­dziory. Jak wielu mło­dych mala­rzy pary­skich, no­sił się i za­cho­wy­wał ze swo­istą non­sza­lan­cją, jakby dając wszystkim do zro­zu­mie­nia, że dla niego liczy się tylko Praw­dziwa Sztuka, a reszta to mar­ność, nie­warta na­wet chwili uwagi.

Ko­mi­sarz poli­cji ulepił nową kulkę z chleba, zgniótł ją w pal­cach i jesz­cze raz zwrócił się do Vin­centa:

— Pa­nie de Saint-Ga­tien, mam pyta­nie: czy zdą­żył pan obej­rzeć wi­szące w gale­rii stryja ob­razy Ce­zanne'a i Re­noira?

— Już ich nie ma w gale­rii, są w moim gabi­necie — prze­rwał mu pan Du­rant. — Prze­cież nie bę­dziemy de­mon­stro­wać falsy­fi­ka­tów!

— A więc, panie de Saint-Ga­tien, czy obej­rzał pan w gabi­necie ku­sto­sza te dwa ob­razy?

— Tak — mruknął ma­larz.

I wy­da­wało mi się, że w jego ciemnych oczach do­strzegam nie­pokój.

— Czy przy­znaje się pan — cią­gnął dalej ko­mi­sarz — że oby­dwa te ob­razy, te falsy­fi­katy, wy­szły spod pana pędzla? In­nymi słowy, że to pan zro­bił te kopie?

Vin­cent za­czerpnął po­wie­trza. Po chwili po­wie­dział gło­śno:

— Tak. Ja zro­biłem te kopie.

Na twa­rzach jed­nych po­jawił się wy­raz naj­większego zdziwie­nia, na in­nych — prze­strach. Twarz ba­rona wy­ra­żała jedno i dru­gie. Za­uwa­ży­łem, że spo­gląda na Vin­centa jak na ko­goś ob­cego, ze zdu­mie­niem.

— Jak to się stało, Vin­cent? — spy­tał cicho.

— Nie mam nic wspólnego z kra­dzieżą ob­ra­zów, stryju — po­wie­dział wolno ma­larz — lecz chyba nie mu­szę ni­komu wy­ja­śniać, że w Pa­ryżu trudno jest wy­żyć ze sprzedaży wła­snych ob­ra­zów. Tym bar­dziej, gdy nie ma się jesz­cze na­zwi­ska, które zy­skało sławę. Aby żyć, trzeba chwytać się naj­róż­niej­szych zajęć. Mniej wię­cej przed pół ro­kiem zgło­sił się do mnie pe­wien człowiek i za­pro­po­no­wał wy­ko­nanie kopii obra­zów Re­noira, Ce­zanne'a i Van Gogha, znaj­dują­cych się w gale­rii stryja. Ów osobnik wy­jaśnił, że ob­razy te nigdy i nig­dzie nie były re­pro­du­ko­wane w natu­ral­nych wy­mia­rach, a jemu się po­do­bają i chciałby mieć ich kopie. Za­pro­po­no­wał dość dużą sumę, a że aku­rat by­łem bez forsy, więc pro­po­zycję przyjąłem. Ciotka Eve­line i stryj chyba pa­mię­tają, że przyje­cha­łem tutaj na dwa tygo­dnie i wiele go­dzin spę­dza­łem w gale­rii, ma­lując.

— My­śla­łem, że to ja­kieś twoje ćwi­cze­nia ma­lar­skie — rzekł stryj.

— Ca­ramba, porca mise­ria, czy przy­pusz­czasz, że ja inte­re­suję się tym, co ma­lu­jesz? — wzruszyła ra­mio­nami ciotka Eve­line.

— Zro­biłem te kopie. To nie jest prze­cież ka­ralne. Na­wet mi przez myśl nie prze­szło, że ten łaj­dak za­mie­rza je za­mie­nić na ory­gi­nały. Po­tem zgło­sił się po kopie, dał mi pie­nią­dze i roz­stali­śmy się.

— A czy nie było tak — ko­mi­sarz zro­bił nową kulkę z chleba — że już przed pół ro­kiem, ma­lując w gale­rii, do­konał pan za­miany ory­gi­na­łów na wła­sne kopie, a cała sprawa wy­dała się do­piero teraz?

Vin­cent za­czerwie­nił się z gniewu. Ba­ron za­pro­te­sto­wał:

— Rę­czę za uczciwość Vin­centa — stwierdził su­cho.

Vin­cent po­wie­dział gniewnie:

— Przypu­śćmy, że ma pan rację, ko­misa­rzu, że to ja do­ko­na­łem za­miany ory­gi­na­łów na wy­ko­nane przez sie­bie kopie. Przy­znaję, że spo­sob­ność mia­łem do­sko­nałą, po­nie­waż strażnicy w końcu prze­stali zwracać uwagę na moje zaję­cia w gale­rii. Ale w ta­kim razie, panie ko­misa­rzu, w ja­kim celu pi­sał­bym po­tem listy z żą­da­niem okupu i w ogóle do­pu­ścił­bym, aby cała ta sprawa wy­szła na jaw?

Ko­mi­sarz za­śmiał się iro­nicz­nie:

— Ależ ja pana nie oskarżam o pi­sanie li­stów z żą­da­niem okupu. Na­leży ra­czej są­dzić... — za­wie­sił głos, chwycił ka­wa­łe­czek chleba i zro­bił z niego ma­leńką kulkę — że to nie pan pisał te li­sty, lecz ktoś, kto do­wie­dział się o do­ko­nanej przez pana za­mia­nie. W ten spo­sób chciał ujawnić całą sprawę, li­cząc, że poli­cja trafi na ślad au­tora kopii.

Vin­cent ze­rwał się od stołu.

— Nie po­zwolę się obra­żać! — krzyknął. — Ja ma­lo­wa­łem kopie, lecz to nie ja do­ko­na­łem za­miany!

I jak sza­lony wy­biegł z ja­dalni.

— Rę­czę za uczciwość mego bra­tanka — po­wtó­rzył baron.

Ko­mi­sarz wes­tchnął z udanym ubo­le­wa­niem.

— Pan raczy pa­mię­tać, baro­nie, że przy­by­łem tutaj nie w ce­lach towa­rzy­skich, ale by pro­wa­dzić śledztwo. Lo­jalnie uprzedzam, że nie tylko pana bra­tanek, lecz i pan, baro­nie, po­dej­rzany jest w tej sprawie.

— Ja? — zdu­miał się baron.

— A tak — przytaknął uprzejmie ko­mi­sarz. — O tym może jed­nak in­nym ra­zem.

— Ca­ramba, porca mise­ria, chyba nie przy śnia­daniu? — za­wo­łała ciotka Eve­line. — Je­śli za­mie­rza pan psuć nam każdy po­siłek...

— Nie, ma­dame, my­ślę, że to się szyb­ciej wy­jaśni — mruknął łysy ko­mi­sarz i rów­nież wstał od stołu.

Ko­lacja była skoń­czona. Ale je­dyną osobą, która ode­szła od stołu z nie­zwy­kle za­do­wo­loną miną, był pan Ga­spard Pi­geon. Mi­jając mnie mruknął:

— I co pan na to? Bomba, prawda? No cóż, drogi panie. Po­wróz na szyi prze­stępcy za­ciska się.

Wy­sze­dłem na ta­ras, gdzie tury­ści oglą­dali wi­do­wi­sko „Dźwięk i światło”, a po­tem do parku. Spo­dziewa­łem się, że tam wła­śnie po­biegł Vin­cent, aby ochłonąć z gniewu.

Była już noc. Vin­centa zna­la­złem na ka­miennej ła­weczce nad rzeką.

Sie­dział wpa­trzony po­nuro w le­dwo wi­doczny nurt rzeki. Wciąż jesz­cze mio­tała nim złość. Na mój wi­dok chciał ze­rwać się z ławki i odejść w głąb parku, ale za­pewne przy­po­mniał sobie, że je­stem przyja­cie­lem Ka­ren Pe­ter­sen i przyje­cha­łem do Zamku Sze­ściu Dam na jej prośbę.

— Mam na­dzieję — burknął do mnie — że nie wspomni pan Ka­ren o tej nie­sa­mo­witej histo­rii? Go­towa po­my­śleć, że to na­prawdę ja za­mie­niłem ob­razy w gale­rii stryja. Wszystko sprzysię­gło się prze­ciw mnie! — za­wołał z gniewem i roz­paczą.

— Jak do tej pory, ist­nieją tylko po­dej­rze­nia. Ko­mi­sarz poli­cji nie jest w sta­nie udo­wod­nić panu prze­stęp­stwa. Ma­lo­wa­nie kopii nie jest ka­ralne.

— Czy pan zwrócił uwagę, że ko­mi­sarz na­wet nie za­pytał, jak wy­glą­dał osobnik, który za­mó­wił u mnie kopie? A dla­czego? Bo on w ogóle nie wie­rzy w ist­nie­nie tego osobnika. A ja nie mam żad­nego do­wodu na to, że mó­wię prawdę.

— A jak wy­glą­dał ten człowiek? — za­py­tałem.

— Miał długą, czarną brodę i bar­dzo bujne, ciemne włosy.

— Przypusz­czam, że i broda, i włosy były sztuczne. Ale mimo to może warto, aby pan przy oka­zji na­szki­co­wał mi por­tret tego osobnika?

Po chwili mil­cze­nia za­da­łem mu nowe pyta­nie:

— Oglądał pan dziś rano obraz Van Gogha?

— Tak.

— Czy na miej­scu ory­gi­nału wisi pana kopia?

— Nie. To chyba ory­ginał. Prze­cież wła­sną kopię bym po­znał.

— Dziwne — szep­ną­łem. — Za­mó­wiono u pana trzy kopie, a wy­ko­rzy­stano do za­miany tylko dwie.

— Może jesz­cze ktoś zro­bił kopię ob­razu Van Gogha i ta oka­zała się lep­sza? — za­sta­na­wiał się ma­larz. — O ile wiem, skra­dziono także obraz Memlinga, Ca­rava­ggia, Watteau. Ja nie ro­biłem ich kopii. Fan­to­mas musi mieć jesz­cze in­nego kopi­stę.

— A może w Zamku Sze­ściu Dam po­zo­staje nadal ory­gi­nalny Van Gogh? — za­py­tałem.

— Może — zgo­dził się ze mną. — Ale pan sły­szał, co mó­wili stryj i pan Du­rant. Skoro ist­nieje wąt­pli­wość, trzeba ob­raz za­wieźć do eks­per­tyzy.

— Tak — ski­ną­łem głową. — A panu radzę wra­cać do Pa­ryża.

— Te­raz? W tej sytu­acji? Gdy po­dej­rze­nia kon­cen­trują się na mojej oso­bie? Ko­mi­sarz po­traktuje to jako ucieczkę.

— Ko­mi­sarz nie zaka­zał panu wy­jazdu. Niech pan wraca do Pa­ryża i wśród tam­tej­szych mala­rzy spró­buje się do­wie­dzieć, czy któ­ryś z nich nie robił kopii Memlinga, Ca­rava­ggia albo Watteau. Przypusz­czam, tak jak pan, że dla Fan­to­masa. pra­co­wało kilku arty­stów. Wpraw­dzie Fan­to­mas to mistrz cha­rak­tery­zacji — pan sły­szał, jak on wcielił się w Pi­geona — ale może któ­ryś z tych mala­rzy zdo­łał do­strzec coś szczegól­nego w osobniku, który za­ma­wiał u niego kopię. I pro­szę na­szki­co­wać jego por­tret. Może w ten spo­sób uda nam się trafić na ślad Fan­to­masa.

— Do­brze — ura­do­wał się Vin­cent. Jesz­cze dziś wrócę do Pa­ryża. Spróbuję na­szki­co­wać syl­wetkę tego osobnika. Po­tem o to samo po­pro­szę mala­rzy, któ­rzy robili kopie in­nych skra­dzio­nych obra­zów. Jeśli oczywi­ście uda mi się do nich do­trzeć. W ten spo­sób będę miał uczucie, że czy­nię coś po­ży­tecz­nego, co może uwolnić mnie od po­dej­rzeń.

Jesz­cze chwilę po­sie­działem z nim na ławce, po­cie­sza­jąc go, że prawda musi w końcu wyjść na wierzch, a tym sa­mym zo­sta­nie oczysz­czony z po­dej­rzeń. Po­tem on od­szedł do zamku, aby po­wró­cić do Pa­ryża, a ja skie­ro­wa­łem się do don­żonu, gdzie prze­by­wała Yvonne i Ro­bert.

Nie było mi rado­śnie na du­szy i chyba trudno się temu dzi­wić. Pro­wa­dzone przeze mnie śledztwo, jak do tej pory, nie przy­no­siło kon­kret­nych wy­ni­ków. Wpraw­dzie kieł­ko­wały w mej gło­wie ja­kieś nie­okre­ślone po­dej­rze­nia i hi­po­tezy, ale nie po­parte żad­nymi do­wo­dami, wy­da­wały się ab­sur­dalne.

Również i pod in­nym względem zna­la­złem się w wy­jąt­kowo trud­nej sytu­acji. By­łem go­ściem ba­rona de Saint-Ga­tien i wi­nie­nem mu lojal­ność. A tym­cza­sem, po­dob­nie jak Pi­geon, sta­łem się świad­kiem po­dej­rza­nej roz­mowy ba­rona z jego sługą. Zda­wa­łem sobie sprawę, że na dzi­siej­szą noc Pi­geon przy­go­to­wuje pu­łapkę na Fi­lipa, a tym sa­mym na ba­rona. Jak po­wi­nie­nem po­stą­pić? Czy przez lojal­ność nale­żało ostrzec ba­rona?

Ale prze­cież brzy­dzi­łem się prze­stęp­stwem. Jeśli Pi­geon miał rację i za za­gadką Fan­to­masa krył się baron, po­wi­nien po­nieść za­słu­żoną karę. Moja lojal­ność mo­gła co naj­wy­żej ogra­ni­czyć się do bier­nej po­stawy wo­bec zaku­sów Pi­geona, ale w żad­nym razie nie wolno mi było prze­ciw­działać.

Z dru­giej jed­nak strony pro­wa­dzone przeze mnie śledztwo dało mi wy­star­cza­jące do­wody na to, abym na­brał prze­ko­nania, że baron jest nie­winny, po­dob­nie jak nie­winny jest jego bra­tanek Vin­cent. Ale udo­wod­nić ich nie­win­ność można było tylko przez zde­ma­sko­wa­nie prawdzi­wego wi­no­wajcy, a w tej sprawie czu­łem się cią­gle bez­radny.

„Po­trze­buję jesz­cze tro­chę czasu” — roz­my­śla­łem, kie­rując się do don­żonu.

Wi­do­wi­sko koń­czyło się. Smugi re­flektorów su­nęły po mu­rach zamku, z gło­śni­ków pły­nęły dźwięki me­nueta.

Wszedłem do don­żonu i aby nie prze­szka­dzać Yvonne i Ro­ber­towi, usia­dłem na krze­sełku pod ścianą, przy­glą­dając się, jak chło­piec sprawnie przy­ciska gu­ziczki na ta­blicy roz­dzielczej re­flektorów.

Wreszcie do­cze­ka­łem się końca wi­do­wi­ska. Yvonne wy­łą­czyła apa­ra­turę. Po­tem po­de­szła do mnie. Za­uwa­ży­łem, że ma wy­pieki na twa­rzy.

— Ob­my­ślili­śmy pu­łapkę na po­moc­nika Fan­to­masa — oświad­czyła. — Prze­cież chyba i dziś wie­czór Fan­to­mas bę­dzie się z nim poro­zu­mie­wał? Za­czaję się na ko­ryta­rzu, w któ­rym są drzwi do ła­zienki. Zna­leźli­śmy wspaniałe miej­sce na kry­jówkę. W końcu ko­ryta­rza stoi ogromny fotel. Schowam się za nim i będę ob­ser­wo­wać każ­dego, kto w porze nadawa­nia sy­gna­łów wej­dzie do ła­zienki.

Zbli­żył się Ro­bert.

— Trzeba zro­bić ina­czej, pro­szę pana. Tam, za fote­lem jest miej­sce tylko na jedną osobę. Ja się tam ukryję, a ona pój­dzie z pa­nem do parku, aby ob­ser­wo­wać wy­sepkę.

— Nie, to ja schowam się za fote­lem — upie­rała się Yvonne.

I by­liby się po­kłó­cili, lecz roz­strzygną­łem ich spór.

— Po­mysł jest do­bry. Ale to ro­bota dla męż­czy­zny. Za fote­lem skryje się Ro­bert.

— No, jasne. Ma pan rację — ucie­szył się chło­pak.

Yvonne tupnęła ze zło­ścią długą, pa­tycz­ko­watą nóżką

— Ca­ramba, porca mise­ria — za­wo­łała jak ciotka Eve­line. — Pan uważa, że ja się do ni­czego nie na­daję?

Prze­cząco po­krę­ciłem głową.

— I dla cie­bie znaj­dzie się zaję­cie, Yvonne. Zresztą jest tyle kło­po­tów...

I opo­wie­działem im o roz­mo­wie pod­czas kola­cji.

— Więc to są kopie Vin­centa? — prze­raziła się Yvonne. — O Boże, czy ko­mi­sarz go aresztuje?

— My­ślę, że nie — od­rze­kłem. — Po­stara się ze­brać wię­cej do­wo­dów winy two­jego brata i twojego stryja.

— Stryja? Mało im Vin­centa? — obu­rzyła się Yvonne. — A czy są ja­kieś pod­stawy, aby po­dej­rze­wać stryja?

Kiw­ną­łem głową.

— Nie­stety, tak. Przykro mi, że nie mogę wam o nich opo­wie­dzieć, ale je­stem związany ta­jem­nicą.

Yvonne była na­prawdę za­nie­po­ko­jona.

— Co robić, pro­szę pana? Co robić, żeby im jakoś po­móc? Prze­cież oni są nie­winni.

— I ja tak sądzę — od­par­łem. — Nie­stety, nie wiem, jak im w tej chwili po­móc.

Spoj­rza­łem na zega­rek.

— Czy to nie o tej porze zło­czyńca nadawał sy­gnały? — za­py­tałem.

Po­śpiesznie wy­szli­śmy z don­żonu. Tu­ryści już opu­ścili taras i park, który teraz ogar­nęła ciemność i ci­sza. W mroku bez­księ­ży­co­wej nocy świe­ciły tylko nie­które okna w zamku, blask ich nie­fo­rem­nymi pla­mami padał na rzekę.

Za­miast do ogrodu Diany de Po­itiers skie­ro­wa­łem się do wo­zowni.

— Do­kąd pan idzie? — zdu­miał się Ro­bert.

— Do swojego sa­mo­chodu.

— Prze­cież mie­liśmy iść nad rzekę, tam na­prze­ciw wy­spy?

— Poje­dziemy moim we­hi­ku­łem — wy­ja­śni­łem.

Nie ro­zu­mieli, dla­czego chcę je­chać sa­mo­cho­dem, a ja nie mo­głem im tego wy­tłu­ma­czyć.

Z ciemności wy­łonił się ko­mi­sarz poli­cji w towa­rzy­stwie Pi­geona. Ko­mi­sarz pod­szedł do Ro­berta.

— To ty, chłopcze, masz klu­cze do don­żonu i apa­ra­tury wi­do­wi­sko­wej? — za­pytał.

— Tak, pro­szę pana.

— Daj je nam. Chcemy jesz­cze raz za­po­znać się z tą apa­ra­turą — oświad­czył ko­mi­sarz.

— Czy coś się stało? — za­inte­re­so­wała się Yvonne.

Ko­mi­sarz nie­cier­pli­wym ge­stem wy­cią­gnął rękę po klu­cze i wi­dać było, że nie ma ochoty nic wy­ja­śniać mło­dym lu­dziom. Ale Pi­geon po­wie­dział:

— Wciąż jesz­cze za­sta­na­wiamy się, w jaki spo­sób zło­dziej wkleił ta­śmę ze swoim gło­sem.

Ro­bert wrę­czył klu­cze ko­misa­rzowi. I na­wet chciał pójść z nimi do don­żonu, ale ko­mi­sarz od­pra­wił go ru­chem dłoni.

— Sami damy sobie radę. Jutro od­dam ci klu­cze — oświad­czył. Ro­bert był z tego rad, mógł bo­wiem pójść do zamku, żeby wy­pa­try­wać osoby, która wej­dzie do ła­zienki.

Wy­pro­wa­dzi­łem we­hikuł z zam­ko­wych ga­raży. Wsiedli­śmy do niego z Yvonne i po­je­cha­liśmy do parku sze­roką aleją wy­sa­dzaną sta­rymi pla­ta­nami. Noc była bar­dzo ciemna, ale nie za­pa­lałem świateł. Nie chciałem, żeby nas za­uwa­żył zło­czyńca. Je­cha­łem nie­mal po omacku. Na szczęście Yvonne znała tu każde drzewo i nie­omylnie wskazy­wała drogę.

— Chcę zna­leźć się na­prze­ciw wy­spy — tłu­ma­czy­łem dziew­czynce. — Czy znasz tam skrawek plaży z do­brym zjaz­dem do wody?

— Chyba nie za­mie­rza pan wje­chać do rzeki? — roze­śmiała się.

— Nie wiem, czy to nie okaże się ko­nieczne — od­par­łem z po­wagą, lecz ona my­ślała, że ja żar­tuję.

Ko­men­de­rując mną: „na lewo”, „te­raz na prawo”, „te­raz znów na lewo i za­raz na prawo” — po­pro­wa­dziła we­hikuł alej­kami par­ko­wymi nad piaszczy­sty brzeg rzeki. Jak wspo­mniałem, było bar­dzo ciemno, nie wi­działem zary­sów wy­spy i w ogóle nie mia­łem poję­cia, gdzie jeste­śmy. Gdy Yvonne ka­zała mi sta­nąć i wy­sie­dli­śmy z we­hi­kułu, prze­ko­na­łem się, że tylko krok dzieli nas od rzeki. Sły­sza­łem na­wet cichy szmer wody pod­my­wa­jącej brzegi.

— I co teraz? — za­py­tała dziew­czynka.

— Ano, nic. Po­cze­kamy.

— Ale dla­czego przyje­cha­liśmy tu sa­mo­cho­dem? — dzi­wiła się.

— A może trzeba bę­dzie ko­goś ści­gać — od­po­wie­działem za­gad­kowo.

— Ach, ro­zu­miem, za­mie­rza pan schwytać zło­czyńcę, który z wy­spy na­daje sy­gnały — do­my­śliła się. — Tylko że do tego celu po­trzebny jest nie sa­mo­chód, lecz mo­to­rówka.

Po­krę­ciłem głową.

— Nie za­mie­rzam go schwytać. Za­po­lu­jemy na ko­goś in­nego.

— O rany, jaki pan ta­jem­niczy! — prychnęła gniewnie. — Ach, już ro­zu­miem. Za zde­ma­sko­wa­nie Fan­to­masa dają sto ty­sięcy dola­rów. Po­dzie­limy się, dobra?

— Do­bra.

— Panu też się przy­da­dzą pie­nią­dze. Ku­piłby pan sobie inny sa­mo­chód.

— Sły­sza­łem, że nie lu­bisz sa­mo­cho­dów.

— Ja nie lubię, ale pan chyba chciałby mieć taki wóz, jak ma ciotka Eve­line. Każdy męż­czy­zna lubi sa­mo­chody.

— Mój wóz jest lep­szy — oświad­czy­łem. Znowu przyjęła to jako żart.

— Pan jest bar­dzo fajny — po­wie­działa. — Gdy pan do nas przyjechał tą swoją po­kraką, do­my­śli­łam się od razu: przyjechał facet...

— ...który ma hopla z prze­rzutką — do­koń­czy­łem.

— A tak. I zaraz po­czu­łam do pana sym­patię, po­nie­waż po­my­śla­łam: „Skoro ten facet jeź­dzi taką po­kraką, to zna­czy, że mu sa­mo­chody nie im­po­nują. Za­miast sa­mo­chodu za­pewne wo­lałby ro­wer, ale prze­cież na ro­we­rze nie mógłby z Pol­ski przyjechać”. A jak jest w Pol­sce, pro­szę pana? Czy chło­pa­kom i dziew­czy­nom też im­po­nują sa­mo­chody?

Od­par­łem wy­kręt­nie:

— U nas jest tak, jak wszędzie. Ale na szo­sach widzi się sporo dziew­czyn i chłopców uprawia­ją­cych ko­lar­stwo. U was jest wy­ścig ko­larski „Tour de France”, a u nas Wy­ścig Po­koju na trasie War­szawa-Ber­lin-Praga. Sły­sza­łaś o tym?

— No pew­nie.

Tak gwa­rzyli­śmy sie­dząc na brzegu rzeki, w po­bliżu we­hi­kułu. Za­cho­wy­wa­łem spo­kój, ale były to tylko po­zory. Gdy wszedłem do don­żonu, zro­dził się w mojej gło­wie pe­wien po­mysł. Pełen we­wnętrz­nego na­pię­cia oczeki­wa­łem teraz na chwilę, gdy uda mi się go zre­ali­zo­wać. Trudność pole­gała na tym, że jed­no­cze­śnie chciałem przejąć in­for­ma­cje prze­ka­zy­wane przez zło­czyńców. Ba­łem się, że nie uda mi się po­go­dzić tych obu spraw.

A Yvonne, która nie zda­wała sobie sprawy z swoich uczuć i myśli, po­sta­no­wiła, jak to się mówi, „przyci­snąć mnie do muru” i wy­cią­gnąć ze mnie wszystkie moje po­dej­rze­nia i hi­po­tezy.

— Czy poje­dziemy jutro do Or­lego Gniazda? — za­py­tała nie­oczeki­wa­nie.

— Nie. Do Cham­bord — od­par­łem. — A w jakim celu mie­liby­śmy od­wie­dzać Orle Gniazdo? I jak się tam do­stać?

— Prze­cież i pan za­uwa­żył, że Mar­chant to fał­szywy Pi­geon.

— To są tylko po­dej­rze­nia — po­wie­działem z naci­skiem. — Cóż z tego, że dra­pie się za uchem? Wy­obra­żam sobie minę ko­misa­rza poli­cji z To­urs, gdy­bym mu po­wie­dział: „Aresz­tujcie Mar­chanta, po­nie­waż on dra­pie się za uchem, po­dob­nie jak fał­szywy Pi­geon”.

— Ma pan rację — wes­tchnęła. — Mar­chant zu­peł­nie nie jest po­dobny do Pi­geona. Tylko ten zwy­czaj dra­pania się za le­wym uchem...

— A wła­śnie — zgo­dzi­łem się z nią. — Dla­tego nie na­leży ni­komu mó­wić o na­szych po­dej­rze­niach. A swoją drogą po­win­naś wie­dzieć, że zna­ko­mita cha­rak­tery­zacja może zu­peł­nie zmienić twarz czło­wieka. Z mło­dzieńca zro­bić starca — i od­wrotnie. Bar­dzo od­mie­nia czło­wieka pe­ruka. Ale trudno przez dłuż­szy czas pa­no­wać nad swoimi odru­chami, szczegól­nie w chwilach, gdy człowiek jest zde­ner­wo­wany. Czę­sto na­wet nie zda­jemy sobie sprawy, że każdy z nas ma ja­kieś tylko sobie wła­ściwe gesty. Fał­szywy Pi­geon dra­pał się za le­wym uchem. I tak samo robi Mar­chant. Być może jed­nak jest to tylko zwy­kły zbieg oko­licz­ności.

Yvonne za­sta­na­wiała się gło­śno:

— No, do­brze, ale czy nie za dużo tych zbie­gów oko­licz­ności? Mar­chant przyjechał do An­gers w tym sa­mym mo­men­cie co i my. Ktoś mu za­pro­po­no­wał kupno ob­razu Van Gogha, który aku­rat nam zo­stał skra­dziony. Do licha, co to wszystko zna­czy?

Nic nie od­po­wie­działem. Ale po­dobne myśli snuły się i mnie po gło­wie. Chwilami wy­da­wało mi się, że w gę­stwi­nie za­ga­dek do­strzegam ja­kieś roz­wią­zanie, że już je­stem na tro­pie Fan­to­masa. Lecz były to tylko złu­dze­nia. Jakby mi się śniło, że błą­dzę w ciemności i na­gle do­strzegam w dali pa­lącą się jasno latar­nię. Gdy sze­dłem ku niej, rap­tem bu­dzi­łem się ze snu. I po­zo­sta­wa­łem znowu w ciemno­ściach.

— Uwaga! — syk­nęła Yvonne i kur­czowo chwyciła mnie za rękę.

Bez­wiednie spoj­rza­łem w kie­runku wy­spy. Do­piero po­tem zerk­ną­łem w stronę zamku i doj­rza­łem roz­bły­sku­jące światełko.

— Na­daje z in­nej ła­zienki. Tej na pierwszym pię­trze. A to cwa­niak! za­wo­łała Yvonne. — A Ro­bert sie­dzi za fote­lem na dru­gim pię­trze.

Zło­czyńca oka­zał się nie lada spry­cia­rzem. Ostrożność na­ka­zała mu drugi raz nie sy­gna­lizo­wać z tego sa­mego miej­sca. Ale czyż mo­głem przy­pusz­czać, że tak po­stąpi?

Syla­bi­zo­wa­łem jego sy­gnały: „J-u-t-r-o o c -z-t-e-r-n-a-s-t-e-j a-k-c-j-a x”.

I prze­stał bły­skać la­tarką. Okno ła­zienki na pierwszym pię­trze znów było ciemne.

Na­to­miast tym ra­zem ktoś z wy­spy bły­skał la­tarką:

„Z-r-o-z-u-m-i-a-ł-e-m” — nadawano od­po­wiedź.

I na tym za­koń­czyła się wy­miana zdań. Ktoś z zamku prze­kazał mel­du­nek ko­muś na wy­spie. A ten prze­nie­sie go dalej. Do kogo? Do ta­jem­ni­czego i nie­uchwyt­nego Fan­to­masa.

— Ak­cja? Co oni chcą zro­bić? — szepnęła Yvonne. Trzymała mnie kur­czowo za rękę i czułem, że jej dłoń drży z emo­cji. A ja by­łem ucie­szony.

— Ju­tro o czterna­stej — po­wta­rza­łem pół­gło­sem. — To zna­ko­micie.

— Pan wie, co oni chcą zro­bić?

— Nie. Ale mam teraz pew­ność, że baron nie ma z nimi nic wspólnego.

— To oczywiste — od­parła — ale prze­cież jedna sprawa nie ma nic wspólnego z drugą.

— No, wła­śnie — po­wie­działem ogromnie za­do­wo­lony. — Oni za­pla­no­wali na jutro akcję x, a baron za­pla­no­wał swoją ak­cję na dzi­siej­szą noc. To chyba wy­raźny do­wód, że twój stryj nie ma nic wspólnego z Fan­to­ma­sem.

Yvonne aż pod­sko­czyła.

— Mój stryj za­pla­no­wał jakąś akcję?

W tym mo­men­cie przez ciemność nocy przedarł się ostry gwizd. Do­leciał od strony zamku. Od­po­wie­dział mu taki sam gwizd; ale już z brzegu rzeki.

— Po­licja? — zdu­miała się Yvonne, bo gwizdy wy­dały się nam zna­jome. W ten spo­sób sy­gna­lizują poli­cjanci kie­ru­jący ru­chem ulicznym.

Raptem za­paliły się wszystkie re­flektory wi­do­wi­ska „Dźwięk i światło”. Oświetliły Za­mek Sze­ściu Dam, ich blask roz­pły­nął się po rzece.

Zro­zu­mia­łem: Pi­geon i ko­mi­sarz poli­cji za­sta­wili pu­łapkę na Fi­lipa i ba­rona. W tym celu wzięli klu­cze od sta­rego don­żonu i apa­ra­tury wi­do­wi­sko­wej.

— Niech pan pa­trzy! — za­wo­łała Yvonne, kur­czowo ści­ska­jąc moją rękę.

Od jed­nego ze środ­ko­wych fila­rów, na któ­rym wspierała się gale­ria zam­kowa, od­bijała łódka. Sie­dział w niej chyba Fi­lip, mo­głem się tego tylko do­my­ślać, bo mimo bla­sku re­flektorów odle­głość była zbyt duża, aby roz­róż­nić rysy twa­rzy.

Filip zo­rientował się, że jest wi­doczny w bla­sku re­flektorów, chwycił za wio­sła i za­czął nimi go­rącz­kowo pra­co­wać. Czy od­gadł, że to Pi­geon za­sta­wił na niego pu­łapkę?

Ale ko­mi­sarz przewi­dział po­dobną sytu­ację. Przy dru­gim brzegu cu­mo­wała łódź z motorem, w któ­rej sie­dzieli poli­cjanci. Usły­szeli­śmy war­kot uru­cha­mia­nego sil­nika. Łódź mo­to­rowa od­biła od brzegu i ostro ru­szyła w kie­runku ło­dzi Fi­lipa. Teraz na­wet laik mu­siał zda­wać sobie sprawę, że Filip nie zdąży do­bić do dru­giego brzegu. Zresztą i tam za­pewne kryli się poli­cjanci.

Po­zo­sta­wała tylko mała wy­sepka na rzece. I w tym kie­runku wio­sło­wał lokaj ba­rona.

— O Boże, co to wszystko zna­czy? — py­tała Yvonne. A ja mil­cza­łem, w na­pię­ciu śle­dząc łódkę.

Mo­to­rowa łódź poli­cji była coraz bliżej Fi­lipa. Jesz­cze tylko kil­kana­ście me­trów i po­li­cjanci chwycą za burtę. Jesz­cze tylko kilka me­trów...

— Stój! Stój! Za­trzymaj się! — wo­łali poli­cjanci. Re­flektory z wi­do­wi­ska „Dźwięk i światło” tak były usta­wione, że oświetlały za­mek, część parku, mo­sty zwo­dzone i pe­wien odci­nek rzeki, wy­sepka zaś po­grą­żona była w ciemno­ściach. Gdyby Fi­lip zdo­łał do niej do­pły­nąć, to może w mroku nocy zmy­liłby po­goń. Ale łódź mo­to­rowa była już w odle­gło­ści około trzech me­trów od łódki Fi­lipa, po­zo­stają­cej wciąż w obrę­bie bla­sku re­flektorów.

— To Filip! — krzyknęła zdu­miona Yvonne, bo do­piero teraz roz­po­znała wio­słu­ją­cego. — Ale dla­czego ucieka? Dla­czego ściga go poli­cja?

Na­gle stało się coś dziwnego, a za­ra­zem za­baw­nego. Rzeka była bo­gata w mie­lizny i piaszczy­ste łachy. I oto łódź mo­to­rowa poli­cjantów nagle za­ryła dzio­bem w ja­kąś pły­ciznę. Utknęła w miej­scu tak rap­tow­nie, że poli­cjanci omal nie po­wy­pa­dali za burtę. Fi­lip jesz­cze szyb­ciej jął poru­szać wio­słami i znik­nął w mroku nocy.

Czy na długo? Oto poli­cjanci już ścią­gali łódź z mie­lizny. Za kilka mi­nut do­biją do wy­spy i znajdą na niej Fi­lipa.

Teraz zde­cy­do­wa­łem się.

— Sia­daj do wozu — roz­ka­za­łem dziew­czynce.

A gdy po­słusznie wy­ko­nała moje pole­cenie, uru­cho­mi­łem silnik i wje­cha­łem sa­mo­cho­dem do rzeki. To­wa­rzy­szył temu gło­śny plusk wody, mo­kre bry­zgi ude­rzyły nas w twarz.

— O Boże! Pana sa­mo­chód! — krzyknęła zdu­miona Yvonne.

— Mój sa­mo­chód? — po­wtó­rzy­łem pyta­nie, za­nie­po­ko­jony, że może coś ze­psuło się w wehi­kule. Za­po­mniałem, że dziew­czyna nie miała poję­cia o wła­ści­wo­ściach mo­jego wozu.

— Pana sa­mo­chód pływa? Prze­cież on pływa po wo­dzie! — nie mo­gła ochłonąć ze zdu­mie­nia. — No tak, teraz ro­zu­miem, dla­czego pan jeź­dzi takim po­kracznym gra­tem. On jest cu­downy! On jest na­wet lep­szy... od ro­weru — stwierdziła z mocą, a był to chyba naj­pięk­niej­szy kom­ple­ment, jaki usły­szał mój we­hikuł.

Pły­ną­łem do wy­sepki zato­pio­nej w ciemno­ściach. Mrok był na­szym sprzymie­rzeń­cem, krył nas przed oczami poli­cjantów, któ­rzy ścią­gnęli łódź z mie­lizny. Mo­tor we­hi­kułu pra­co­wał ci­chutko, w prze­ci­wieństwie do hała­śli­wego dwu­suwu łodzi poli­cyj­nej. Ani ko­mi­sarz, któ­rzy całą tę akcję za­pewne ob­ser­wo­wał z zamku, ani towa­rzy­szący mu Pi­geon nie do­my­ślali się, że do po­ścigu za Fili­pem włą­czył się ktoś nowy. Nie wie­dział o tym rów­nież Filip. Wła­śnie dobił do wy­spy i zady­szany wy­ła­do­wy­wał z łodzi ja­kieś paczki, gdy bez­sze­lest­nie tuż obok niego wy­łonił się z rzeki mój we­hikuł i wy­je­chał na piaszczy­sty brzeg.

— Kto to?! — krzyknął prze­ra­żony Filip.

— Spo­koj­nie. To ja — od­rze­kłem wy­ska­kując z wozu.

Filip doj­rzał Yvonne i to wzbudziło w nim za­ufa­nie do mnie.

— Po­li­cjanci za chwilę tu będą. Niech pan siada do sa­mo­chodu — roz­ka­za­łem.

— Do sa­mo­chodu? Mam sia­dać do sa­mo­chodu? Chce pan mnie uto­pić? — wy­beł­kotał.

Raptem uświado­mił sobie, że znaj­du­jemy się na wy­sepce oto­czo­nej wodą. A więc przy­pły­nęli­śmy tutaj sa­mo­cho­dem.

— Jak się pan tu do­stał? — za­pytał, z tru­dem opa­no­wu­jąc prze­strach.

— Szkoda czasu na ga­danie. Ten sa­mo­chód pływa — wy­ja­śni­łem po­śpiesznie. — Pro­szę sia­dać! Uciekamy!

Po­mo­głem mu wrzucić paczki do we­hi­kułu. Łódkę ze­pchnęli­śmy na wodę. Po­winna była po­pły­nąć z prą­dem. Poli­cjanci rzucą się za nią w po­goń, my­śląc, że kryje się w niej Filip. A gdy do­padną łódki, my już bę­dziemy da­leko.

Usły­szeli­śmy war­kot mo­toru poli­cyj­nej łodzi. Zna­czyło to, że ścią­gnęli ją już z mielizny i te­raz płyną do wy­spy. Za­pa­lone na łodzi re­flektory dłu­gim pa­sem oświetlały rzekę.

„Żeby tylko nie do­strzegli we­hi­kułu” — po­my­śla­łem.

Ale nie. Pro­mień re­flektora od­krył łódkę Fi­lipa, nie­sioną przez prąd rzeki. Poli­cyjna łódź ru­szyła w ślad za nią, nie spuszczają z niej smugi światła.

A ja tym­cza­sem ci­chutko i bez po­śpie­chu wy­do­sta­łem się na drugi brzeg. Wje­cha­łem do ogrodu Diany de Po­itiers i pi­loto­wany przez Yvonne, za­czą­łem klu­czyć po ale­jach par­ko­wych.

— Co jest w tych paczkach? — spy­tałem Fi­lipa.

Ochłonął z prze­raże­nia, jakim na­pa­wała go myśl o spo­tka­niu z poli­cją.

— Przy­sią­głem baro­nowi, że nie zdra­dzę ta­jem­nicy — od­rzekł.

Za­trzyma­łem we­hikuł.

— Nigdy nie przy­kła­da­łem ręki do żad­nego nie­uczciwego przedsię­wzięcia — oświad­czy­łem. — Ura­to­wa­łem pana, po­nie­waż mia­łem pew­ność, że ta sprawa nie ma nic wspólnego z Fan­to­ma­sem. Ale mu­szę wie­dzieć, co jest w tych paczkach.

— Przy­sią­głem bara­nowi... — po­wtó­rzył Filip.

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Oby­dwaj, zdaje się, nie wzięliście pod uwagę, że poli­cja za­sta­wiła pu­łapkę. I wa­sza ta­jem­nica ry­chło prze­sta­łaby być ta­jem­nicą. Skoro pana wy­rato­wa­łem, to chyba mam prawo wie­dzieć, co jest w tych paczkach.

— Tak, Fili­pie. Ja też mam prawo wie­dzieć — po­wie­działa Yvonne. — Stryj jest uczciwym człowie­kiem. To, co kryje się w tych paczkach, za­pewne to po­twierdzi.

Do­da­łem:

— Cały park jest ob­sta­wiony przez poli­cję. Tak czy ina­czej, bez mojej dal­szej po­mocy nie wy­wie­zie pan tych pa­czek z parku. Musi mi pan, nie­stety, zdra­dzić ta­jem­nicę ba­rona.

Filip zda­wał sobie sprawę, że nie ma wyj­ścia. Zmu­szony był przy­stać na mój wa­runek.

— To niech pan sam zo­ba­czy — mruknął w końcu. Poło­ży­łem na kola­nach jedną z pa­czek, od­wią­za­łem oplątujący ją sznu­rek. Uka­zało się kar­to­nowe pu­dełko. A w pu­dełku — czy uwie­rzy­cie? w pu­dełku była mi­nia­tu­rowa ko­lejka elek­tryczna. Prze­śliczne wa­go­niki, lo­ko­mo­tywy, zwrotnice, se­ma­fory, bu­dynki sta­cyjne.

— Co to ma zna­czyć? — zdu­mia­łem się.

Filip wes­tchnął ciężko.

— Ba­ron bawi się ko­lej­kami elek­trycznymi. W pod­zie­miach zamku ma całą salę urzą­dzoną jak wielka sta­cja ko­le­jowa. Ale pan chyba wie, że ostatnio baron ma kło­poty fi­nan­sowe, więc wy­szu­ka­łem mu kupca, który na­bywa te ko­lejki.

— I po co ta ta­jem­nica?

— Pan nie ro­zu­mie? — wtrą­ciła żywo Yvonne. — My­ślę, że stryj oba­wia się śmieszno­ści. A przede wszystkim lęka się ciotki Eve­line. Gdyby wia­do­mość o tych jego dzie­cin­nych upodoba­niach do­tarła do ciotki, drwiłaby z niego nie­miło­sier­nie. A stryj chce uchodzić za po­waż­nego czło­wieka.

— Śmiałaby się z niego cała oko­lica — mruknął Filip.

— I ucie­kał pan przed poli­cją? Z tym za­baw­kami? — za­wo­łałem.

— Stra­ciłem głowę. Nie wie­działem, o co im cho­dzi — tłu­ma­czył się. — Zo­ba­czy­łem, że mnie gonią, więc za­czą­łem ucie­kać. Zresztą, nie chciałem zdra­dzić ta­jem­nicy ba­rona.

— To stryj po­sta­nowił po­zbyć się tego, czym tak lubi się ba­wić — ze smutkiem stwierdziła Yvonne. — Czy nie żal mu tych ko­lejek?

— Żal. Ale nie mamy ani franka — mruknął Filip.

Yvonne pod­jęła de­cyzję. Ta pan­nica lubiła rzą­dzić.

— Ko­lejki wrócą do stryja — po­wie­działa sta­now­czo. — A pie­nią­dze wkrótce się znajdą. Na po­czą­tek uszczknę coś ze swoich oszczęd­ności. A po­tem bę­dzie sto ty­sięcy. Zdo­bę­dziemy je za Fan­to­masa, prawda, panie To­ma­szu?

— Tak jest — przytak­ną­łem z głę­boką wiarą.

Po­sta­no­wili­śmy, że Filip sa­mot­nie, pod ochroną ciemności po­wróci do zamku, a ja z Yvonne ukryjemy w krza­kach paczki z za­baw­kami. Na­za­jutrz Filip od­nie­sie je do pod­ziemi. Ba­ro­nowi wy­jaśni, że z po­wodu ob­stawy poli­cyj­nej nie mógł do­star­czyć ko­lejek kup­cowi i ten z nich zre­zy­gno­wał. Oczywi­ście, nie wspomni ani sło­wem, że ja i Yvonne zo­stali­śmy do­pusz­czeni do ta­jem­nicy.

— A co po­wiemy poli­cji? — spy­tał Filip.

— Pro­szę mnie zo­sta­wić tę sprawę. Wy­ja­śnię Pi­geo­nowi jego omyłkę — rze­kłem. — Je­stem pe­wien, że i poli­cja po­trafi za­cho­wać dys­kre­cję, choćby ze względu na swój pre­stiż. Ale to trzeba zro­bić w at­mos­ferze spo­koju. Teraz niech pan znika i nie włazi poli­cjantom w oczy.

Filip wy­gra­molił się z we­hi­kułu.

— Chwi­leczkę! — za­trzyma­łem go. — Po­dobno w Zamku Sze­ściu Dam nie ma żad­nego ta­jem­nego przejścia. Któ­rędy pan wy­niósł paczki?

— W trze­cim fila­rze mo­stu są schody i drzwi, tro­chę po­wy­żej po­ziomu wody. Na­zwa­liśmy je z baro­nem taj­nym przej­ściem, ale to nie jest żadne tajne przejście. Gdy się pły­nie mię­dzy fila­rami mo­stu, wi­dać te drzwi. Ty prze­cież je znasz, Yvonne. Wszyscy wie­dzą o tych schodach do wody.

I tak wy­ja­śniła się jesz­cze jedna za­gadka.

 


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY [top]

KOMISARZ JEDZIE DO CHAMBORD • NOWE PODEJRZENIA PIGEONA • JESZCZE O ZAPACHU GAULOISÓW • W LASACH CHAMBORD • KŁOPOTY POLICJI • NIEZWYKŁY ZAMEK • FRANCISZEK I, LUDWIK XV, STANISŁAW LESZCZYŃSKI I INNIO OBRAZACH WATTEAU • RELACJE KUSTOSZA • TRZY ZASADNICZE PYTANIA • NA TROPIE FANTOMASA

 

Na­za­jutrz wczesnym ran­kiem łysy ko­mi­sarz poli­cji z To­urs i pan Ga­spard Pi­geon z kwa­śnymi mi­nami wy­słu­chali mojej rela­cji o noc­nych wy­da­rze­niach i ta­jem­nicy ba­rona de Saint-Ga­tien. Na do­wód, że mó­wię prawdę, za­pro­wa­dzi­łem ich do ogrodu Diany de Po­itiers i po­ka­za­łem ukryte w krza­kach paczki z mi­nia­tu­ro­wymi wa­goni­kami i lo­ko­mo­ty­wami.

— Dla­czego nie po­kazał nam pan tych pa­czek mi­nio­nej nocy? — za­pytał mnie su­rowo łysy ko­mi­sarz.

— At­mos­fera była zbyt go­rąca — od­par­łem. — A poza tym nie chciałem w tę sprawę wta­jem­ni­czać sze­re­go­wych funk­cjo­na­riu­szy poli­cji. Przykro by im było usły­szeć, że za­miast Fan­to­masa ści­gali czło­wieka, który pły­nął z pu­deł­kami za­ba­wek.

— Tak — ski­nął głową ko­mi­sarz. — Dla­tego nie bę­dziemy nadawać tej sprawie żad­nego roz­głosu. Niech ta­jem­nica ba­rona po­zo­sta­nie tylko wśród nas.

— Słusznie — przytak­ną­łem, świadom, że ko­mi­sarz oba­wia się kom­pro­mita­cji.

I w naj­większej zgo­dzie po­szli­śmy na śnia­danie do ja­dalni zam­ko­wej. Ba­ron de Saint-Ga­tien, jak zwy­kle, z mi­łym uśmie­chem na twa­rzy i z ogromną życzliwo­ścią od­nosił się za­równo do ko­misa­rza, jak i do pana Pi­geona. Ale za­pewne Fi­lip zdą­żył go już poin­for­mo­wać, że transakcja z ko­lej­kami nie do­szła do skutku, po­nie­waż Pi­geon i ko­mi­sarz za­sta­wili na niego pu­łapkę. Ba­ron był jed­nak prze­ko­nany, że nikt nie prze­nik­nął jego ta­jem­nicy, i to było dla niego po­cie­chą.

Ale ma­dame Eve­line omal nie ze­psuła wszyst­kiego.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała pod­czas śnia­dania. — Co to były za ha­łasy i gwizdy mi­nio­nej nocy? I czemu uru­cho­mił pan, panie ko­misa­rzu, apa­ra­turę wi­do­wi­skową?

Ko­mi­sarz od­po­wie­dział uprzejmie:

— Sta­rali­śmy się wy­ja­śnić, w jaki spo­sób Fan­to­mas wkleił ta­śmę ma­gne­to­fonu w apara­turze wi­do­wi­sko­wej. A owe ha­łasy i gwizdy na rzece miały związek z prze­pro­wa­dzoną przeze mnie próbą sprawno­ści na­szej poli­cji, ma­dame.

W ten spo­sób cała sprawa zo­stała wy­ja­śniona, że tak po­wiem, ofi­cjal­nie. My­ślę jed­nak, że nikt tym wy­ja­śnie­niom nie uwie­rzył. Pod­czas śnia­dania, po­dob­nie jak i pod­czas kola­cji, trwała at­mos­fera po­dejrzliwo­ści. Tylko że tym ra­zem to nie ko­mi­sarz i Pi­geon po­dejrzliwie od­nosili się do miesz­kań­ców zamku, ale miesz­kańcy zamku po­dej­rze­wali poli­cję i Pi­geona o jakąś nową ko­lejną pu­łapkę.

Zwróciłem się z pyta­niem do ku­sto­sza:

— Czy wy­biera się pan dziś do Luwru z obra­zem Van Gogha?

— Tak — od­parł pan Du­rant. — Za­bie­ram dziś obraz do Luwru. Ale poje­dziemy do­piero w południe, prawda, ma­dame? — za­pytał ciotki Eve­line.

— Mu­szę za­ła­twić zale­głą kore­sponden­cję — oświad­czyła ma­dame Eve­line. — Wciąż gdzieś jeż­dżę i na­wet nie mam czasu odpi­sać na li­sty przyjaciół. Po­święcę temu całe po­połu­dnie. A spe­cjali­ści i tak zajmą się eks­per­tyzą do­piero jutro. Wy­star­czy, że obraz do­star­czymy im dzi­siaj.

— Wra­cając zaś do sprawy au­ten­tycz­ności tego płótna — znów za­brał głos pan Du­rant — je­stem pewny, że to ory­ginał. Moje świa­dectwo jed­nak w tym względzie nie wy­star­czy. Pan baron ma słuszność twierdząc, że zgubna może oka­zać się choćby plotka, ja­koby nasza gale­ria pre­zen­to­wała kopie za­miast ory­gi­na­łów.

Ro­bi­noux wy­szeptał:

— W dro­dze do Luwru zajmę się ochroną ob­razu. To bar­dzo ważne, skoro pan Du­rant jest zda­nia, że eks­perci po­twierdzą au­ten­tycz­ność dzieła.

— A co pan bę­dzie robił? — za­py­tała mnie ma­dame Eve­line. Może wy­bie­rze się pan z nami do Pa­ryża?

— Jadę z Yvonne do Cham­bord — od­par­łem.

— Do Cham­bord? — za­inte­re­so­wał się rap­tem ko­mi­sarz i za­czął lepić kulki z chleba, co chyba zna­czyło, że in­ten­syw­nie myśli nad ja­kimś pro­ble­mem. — Pan, zdaje się, jest zna­ko­mi­tym pol­skim de­tek­ty­wem. Czy to prawda?

Chrząk­ną­łem, aby po­kryć zmiesza­nie.

— Je­stem mu­zeal­ni­kiem — wy­ja­śni­łem. — Ale zaj­muję się także fał­szer­stwami i kradzie­żami dzieł sztuki.

— Pan Sa­mo­cho­dzik — po­wie­dział o mnie Pi­geon — jest głę­boko prze­ko­nany, że idąc tro­pem prze­stępstw Fan­to­masa, zdoła trafić na roz­wią­zanie na­szej za­gadki.

— Ach, tak? Ro­zu­miem — mruknął ko­mi­sarz. — Dla­tego je­dzie pan do Cham­bord, skąd skra­dziono ob­raz Watteau — i chwycił nowy ka­wa­łek chleba, z któ­rego za­czął lepić małą kulkę. — Czy po­zwoli pan, że za­biorę się z wami?

— Ależ oczywi­ście, panie ko­misa­rzu.

Pi­geon po­gar­dli­wie wzruszył ra­mio­nami.

— Ten trop — stwierdził — pro­wa­dzi doni­kąd.

— A czy ma pan może jakiś inny trop? — od­po­wie­dział pyta­niem ko­mi­sarz.

— Nie — stwierdził Pi­geon.

Miał przy tym minę tak żało­sną, że aż żal mi się go zro­biło. No cóż, z chwilą gdy ujawniła się ta­jem­nica ba­rona, czuł się bie­dak bez­radny. By­łem jed­nak pe­wien, że nie spo­cznie, do­póki w jego mó­zgu nie zro­dzi się jakaś nowa hi­po­teza, na­su­wa­jąca roz­wią­zanie za­gadki Fan­to­masa. Mimo wszystko wciąż tkwiło we mnie prze­ko­nanie, że Pi­geon to wielki spry­ciarz.

I nie my­liłem się. Po śnia­daniu, gdy sze­dłem do ga­rażu, aby wy­pro­wa­dzić we­hikuł, za­cze­pił mnie Pi­geon. Wy­cią­gnął z kie­szeni paczkę gau­lo­isów.

— Za­pali pan? — za­pytał. — To zna­ko­mite pa­pie­rosy.

— Za­palę — wy­jąłem pa­pie­rosa z jego paczki. — Fał­szywy Pi­geon, czyli pana so­bo­wtór — do­da­łem — też palił gau­loisy.

— Ach, tak? — po­kiwał głową Pi­geon. — To bar­dzo cie­kawe, pro­szę pana. Ale jesz­cze cie­kaw­sza by­łaby od­po­wiedź na pyta­nie, które mi od wczoraj nie daje spo­koju. A miano­wicie: skąd Mar­chant wie­dział, że ja palę gau­loisy? Niech mi pan wie­rzy, na­wet naj­czul­szy nos nie wy­czuje na odle­głość pala­cza gau­lo­isów.

— Nie­stety, nie znam się na tym.

— Jed­nakże, wniosku­jąc ze słów Mar­chanta, za­inte­re­so­wał się pan Or­lim Gniazdem. Dla­czego?

— Bo to bar­dzo piękny stary za­mek. I ma­low­niczo poło­żony od­rze­kłem wy­kręt­nie.

— Czyżby? — iro­ni­zo­wał de­tek­tyw. — Przez chwilę na­wet na­prawdę uwie­rzy­łem, że pana inte­re­sują stare zamki nad Lo­arą. Dla­tego my­ślę, że skoro pan zwrócił uwagę na cie­kawą ar­chi­tek­turę Or­lego Gniazda, to nie sta­nie się nic złego, je­żeli Pi­geon rzuci na nie okiem.

— Ra­dzę to robić dys­kret­nie. Jak pan wie, Mar­chant ob­ser­wuje wzgórze pod zam­kiem przez lu­netę. A zdaje mi się, że jest to osobnik, który woli uni­kać za­inte­re­so­wa­nia.

— Skąd to prze­ko­nanie?

— Po­dobno ni­kogo ob­cego nie wpuszcza. Jego służba prze­go­niła spod zamku na­wet chłopców, któ­rzy tam chwytali dzi­kie kró­liki.

— Ach, tak? — mruknął Pi­geon. — A jak pan sądzi, dla­czego zja­wił się w An­gers w tym sa­mym cza­sie, co i my?

— Nie mam poję­cia — wzruszy­łem ra­mio­nami. — Wy­jaśnił, że inte­re­suje się histo­rią.

— Bar­dzo piękne za­inte­re­so­wa­nia, jak na by­łego han­dla­rza win — od­parł Pi­geon. — My­śla­łem wiele nad tą sprawą i do­sze­dłem do za­dzi­wia­ją­cego wniosku: on spo­tkał się z nami w An­gers, aby nas poin­for­mo­wać, że ktoś chciał mu sprzedać skra­dziony w na­szym zamku ob­raz Van Gogha.

Za­sta­no­wi­łem się chwilę.

— Kto wie, czy pan nie ma racji. Tylko w jakim celu miałby nam udzielić in­for­macji?

— Może chciał dys­kret­nie pod­sunąć nam jakiś trop?

— Za­mie­rza pan poje­chać do Or­lego Gniazda i za­pytać o to Mar­chanta?

— Nie. Bo sądzę, że ten trop oka­załby się fał­szywy — od­rzekł Pi­geon. — W takiej sytu­acji o wiele bar­dziej cie­kawi mnie in­for­ma­tor niż jego in­for­ma­cje.

„Ma jed­nak głowę na karku” — po­my­śla­łem z uznaniem o de­tek­tywie Agencji Ubezpie­cze­nio­wej. I po­sta­no­wi­łem dać mu do zro­zu­mie­nia, że i ja ży­wię wo­bec Mar­chanta pewne po­dej­rze­nia. Niech Pi­geon nie sądzi, że tylko on po­trafi ob­ser­wo­wać ludzi.

— A co po­wie­działby pan na to — ode­zwałem się — gdyby na­gle oka­zało się, że Mar­chant nie tylko nie musi jeź­dzić na in­wa­lidz­kim wózku, ale świetnie się wspina po dra­bin­kach sznu­ro­wych?

Pi­geon aż za­krztusił się dy­mem gau­loisa.

— Coś ta­kiego! — za­wołał po­ka­słu­jąc. — Czy pan się opiera na ja­kichś kon­kret­nych prze­słan­kach?

— Nie­stety, nie — bez­rad­nie roz­ło­ży­łem ręce.

I na tym za­koń­czy­liśmy roz­mowę, bo pod­szedł do mnie łysy ko­mi­sarz poli­cji z To­urs.

— No i co? Je­dziemy do Cham­bord? — upewnił się.

— Pi­geon uważa, że to tylko strata czasu — stwierdzi­łem za­czepnie.

Ko­mi­sarz wzruszył ra­mio­nami.

— Ach, ten Pi­geon. Przez niego wczoraj o mało nie skompro­mi­to­wali­śmy się. Po­wiem panu prawdę: chcę je­chać do Cham­bord, aby tam­tej­szemu ku­sto­szowi za­dać jedno pyta­nie.

— Nie py­tam jakie, bo wiem, że i tak mi go pan nie zdra­dzi.

— Usły­szy je pan w zamku w Cham­bord — rzekł ko­mi­sarz.

— A teraz jedźmy, do­brze? Za­leży mi na cza­sie, dla­tego ko­rzy­stam z pana sa­mo­chodu, a nie wzywam z To­urs wozu poli­cyj­nego.

Po­ma­sze­ro­wa­łem do ga­rażu i wy­pro­wa­dzi­łem swój we­hikuł. Po­tem pod­je­cha­łem pod za­mek i za­bra­łem do wozu Yvonne i Ro­berta. We trójkę zja­wili­śmy się przed ko­misa­rzem, który w oczeki­wa­niu na wy­jazd spa­ce­rował po parku.

— Co to za dziwny po­jazd? — za­pytał, z po­dejrzliwo­ścią zer­kając na mój we­hikuł. — Może ja we­zwę jed­nak wóz poli­cyjny?

Yvonne do­tknął ton jego głosu.

— On jest lep­szy od ro­weru — po­wie­działa.

Ale ko­mi­sarz poli­cji nie zda­wał sobie sprawy, że te słowa są w ustach Yvonne naj­większym kom­ple­mentem.

— Lep­szy od ro­weru? — za­nie­po­koił się. — A może jed­nak we­zwę wóz poli­cyjny?

— Ach, nie ma po­trzeby. Poje­dziemy bar­dzo szybko — za­pew­niłem go.

Nie mu­sia­łem jed­nak się śpie­szyć. Z Zamku Sze­ściu Dam do Cham­bord nie jest da­leko. Ko­mi­sarz, który do­sko­nale znał tutej­sze szlaki, po­pro­wa­dził nas bocznymi dro­gami przez Fou­geres, Cheverny, Bra­cieux.

Kilka ki­lo­me­trów przed zam­kiem wje­cha­liśmy we wspaniałe lasy. Był to wła­ści­wie park zam­kowy o po­wierzchni pię­ciu i pół hek­tara, z czego po­nad cztery i pół sta­no­wiły lasy. Park oto­czony był mu­rem dłu­gości trzy­dzie­stu dwu ki­lo­me­trów — w przewod­niku wy­czy­tałem, że jest to naj­dłuż­szy mur we Fran­cji.

Kie­dyś te lasy były wspania­łym tere­nem ło­wów kró­lew­skich. W parku znaj­do­wała się so­ko­larnia i psiarnie, gdzie krzy­żo­wano naj­lep­sze rasy psów my­śliw­skich z całej Eu­ropy. Bo też kró­lowie fran­cuscy byli za­palo­nymi my­śli­wymi. Król Lu­dwik XII po­trafił, na koniu go­niąc zwie­rzynę, prze­sa­dzić rów pię­cio­me­tro­wej sze­roko­ści, Fran­ci­szek I za­bijał dziki białą bro­nią, a na­wet słaby z na­tury i cho­ro­wity Karol IX spę­dzał w sio­dle dzie­sięć go­dzin i wspa­niale grał na rogu my­śliw­skim.

Dziś przez ogromny park pro­wa­dzi do zamku sześć bram i sześć wspania­łych alei. Sam za­mek, o pięk­nej, białej syl­wetce, rap­tow­nie wy­nurza się z zie­leni u końca alei i spotkanie z nim wy­daje się zaw­sze za­ska­ku­jące i nie­spo­dziewane.

Lecz za­nim opo­wiem o Cham­bord, jesz­cze słów kilka o ły­sym ko­misa­rzu poli­cji z Tours. Roz­mowa, jaką z nim od­by­łem pod­czas po­dróży do Cham­bord, wy­daje mi się bar­dzo ważna.

Przez całą drogę ko­mi­sarz dość iro­nicz­nie od­nosił się do mnie, może ze względu na to, że mia­łem sa­mo­chód nie­wiele lep­szy od ro­weru, a także z po­błaż­liwą iro­nią traktował Yvonne i Ro­berta.

— A wy, dzieci, rów­nież ba­wicie się w de­tek­ty­wów, jak ten pan? — za­pytał, ma­jąc mnie na myśli. Że niby ja ba­wię się w de­tek­tywa. In­nymi słowy, nie je­stem prawdzi­wym de­tek­ty­wem.

Za­pewne w poję­ciu ko­misa­rza prawdzi­wym de­tek­ty­wem był jedy­nie Pi­geon, który miał wspania­łego hum­bera i pra­co­wał dla Agencji Ubezpie­cze­nio­wej. Nie wiem, co my­ślał o panu Ro­bi­noux, lecz o ile zdo­łałem spo­strzec, nie spo­glą­dał na niego z sym­patią. Poli­cjanci nie lubią pry­wat­nych de­tek­ty­wów i od­noszą się do nich z odrobiną wyż­szo­ści. Ale pan Ro­bi­noux był prawdzi­wym de­tek­ty­wem, bo miał wi­zy­tówkę i za pie­nią­dze ciotki Eve­line badał sprawę kra­dzieży ob­ra­zów. A ja? Czy można było traktować po­waż­nie czło­wieka, który jeź­dził sa­mo­cho­dem „lep­szym od ro­weru”, a wnę­trze tego sa­mo­chodu przy­po­mi­nało ka­binę od­rzu­towca? My­ślę, że traktował mnie jak nie­szkodli­wego dzi­waka. A fakt, że spo­tkał mnie w Zamku Sze­ściu Dam, jesz­cze bar­dziej utwierdzał go w tym prze­ko­naniu. Dzi­wa­kami byli baron, ma­dame Eve­line. Czy można się dzi­wić, że mieli oni dzi­wacznego go­ścia z dzi­wacznym sa­mo­cho­dem?

— Chcę zdo­być sto ty­sięcy fran­ków na­grody za wskazanie Fan­to­masa — od­po­wie­działa mu z po­wagą Yvonne. — Taka suma wy­rato­wa­łaby nas z kło­po­tów fi­nan­so­wych.

— Ach, tak? — uśmiech­nął się po­błaż­liwie ko­mi­sarz. — Ale czy ty są­dzisz, dro­gie dziecko, że Fan­to­mas da ci się schwytać tylko dla­tego, że za­mie­rzasz zdo­być sto ty­sięcy fran­ków?

— Wy­star­czy go wskazać, pro­szę pana — od­rze­kła Yvonne. — Schwyta­nie można po­zo­sta­wić poli­cji.

— Za­pewne przy­pusz­czasz, miłe dziecko, że ów Fan­to­mas jest po­dobny do gości ba­rona de Saint-Ga­tien. Zjawi się w wa­szym zamku i przedstawi się: „Je­stem Fan­to­mas”, a wtedy ty go wskażesz poli­cji?

Yvonne wzruszyła ra­mio­nami.

— Już mia­łam przyjem­ność go po­znać, a na­wet po­czę­sto­wać kie­lisz­kiem sherry. Od­wie­dził nas jako fał­szywy Pi­geon.

— Skąd masz pew­ność, że to był Fan­to­mas?

— Nikt inny nie od­wa­żyłby się na takie przedsię­wzięcie — z głę­bo­kim prze­ko­na­niem oświad­czyła Yvonne.

Ko­mi­sarz po­gła­skał się po łysej gło­wie.

— Nie­stety, nic nie wiem o Fan­to­ma­sie wy­znał szczerze. Po­mny na iro­nię, z jaką mnie do tej pory traktował, po­zwo­liłem sobie stwierdzić:

— My­śla­łem, że poli­cja ma już pewne wy­obra­żenie o tym osobniku. Bądź co bądź w zam­kach nad Lo­arą gra­suje on od dłuż­szego czasu i po­pełnił sporo kra­dzieży.

Ko­mi­sarz znowu po­gła­skał się po łysi­nie.

— Musi pan przy­znać, że mamy do czy­nie­nia ze zja­wi­skiem nie­zwy­kłym. Kra­dzież to kra­dzież, pro­szę pana. Miał pan jakiś przedmiot i skra­dziono go panu, czyli już go pan nie ma, a stał się wła­sno­ścią zło­dzieja. Tak czy nie?

— Tak — zgo­dzili­śmy się.

— A jak się przedsta­wia sprawa z Fan­to­ma­sem? Czy w któ­rymś z zam­ków nad Lo­arą zgi­nął choć jeden obraz? Nie, pro­szę pana. Ob­razy wiszą, jak wi­siały, na zwy­kłych miej­scach. Po­dobno jed­nak za­miast ory­gi­na­łów wiszą falsy­fi­katy. Cóż to za kra­dzież, pro­szę pana, jeśli do jej stwierdze­nia po­trzeba eks­per­tów z Luwru? Sam wła­ści­ciel nie jest w sta­nie orzec: skra­dziono mu obraz, czy też nie? W żad­nym zresztą z wy­mie­nio­nych przy­pad­ków kra­dzieży nie od­kryto śla­dów wy­ła­ma­nia zamka czy wy­jęcia szyby. Nic ta­kiego, pro­szę pana. Niech mi pan wie­rzy, chwilami do­cho­dzę do za­ska­kują­cego wniosku: nie było żad­nych kra­dzieży ob­ra­zów.

— A jed­nak eks­perci z Luwru stwier­dzają, że przywie­zione do nich ob­razy są falsy­fika­tami, choć wła­ści­ciele mieli ory­gi­nały.

Ko­mi­sarz wes­tchnął i wskazał pal­cem mój we­hikuł.

— Oto jest pań­ski sa­mo­chód. Pew­nego dnia przy­cho­dzi pan do mnie i po­wiada: „Skra­dziono mi sa­mo­chód lep­szy od ro­weru.” Ale ja wi­dzę, że pan przyjechał do mnie tym sa­mo­cho­dem, i wy­ra­żam zdziwie­nie. Pan jed­nak twierdzi, że wpraw­dzie ten sa­mo­chód jest taki sam jak po­przedni, ale zda­niem eks­per­tów to jest jed­nak inny sa­mo­chód, czyli falsy­fikat. Na­wet pan, wła­ści­ciel tego dziwnego po­jazdu, nie jest w sta­nie stwierdzić, czy jeź­dzi tym sa­mym we­hi­ku­łem. I jakże w tej sytu­acji po­móc ma poli­cja? Po­win­ni­śmy za­pytać: „Czy jeź­dzi się panu rów­nie do­brze, jak daw­niej?” Od­po­wie pan, że tak. „No, to niech pan sobie dalej nim jeź­dzi i głowy nam nie za­wraca” po­win­ni­śmy panu rzec i go po­że­gnać.

— Z dziełami sztuki jest nieco ina­czej — od­par­łem. — Wpraw­dzie falsy­fikat Van Gogha wy­gląda tak samo jak ory­ginał, a w każ­dym razie róż­nice są dla laika zu­peł­nie nie­do­strzegalne, lecz jed­nak war­tość falsy­fi­katu jest zni­koma w po­rów­naniu z war­to­ścią ory­gi­nału. Dla wła­ści­ciela i tych, któ­rzy oglą­dają obraz, ważne jest, że każdą plamkę na tym płót­nie ma­lował Van Gogh, a nie oszust.

— A wła­śnie — burknął ko­mi­sarz. — Tego zu­peł­nie nie ro­zu­miem. Albo obraz jest ładny, albo brzydki. I na tym ko­niec. Pro­szę mi jed­nak po­wie­dzieć, jak w ta­kich wa­run­kach prze­pro­wa­dzić śledztwo?

Uśmiech­ną­łem się. Sytu­acja rze­czy­wi­ście była nie­ty­powa. Walka z Fan­to­ma­sem prze­ra­stała, zdaje się, moż­liwo­ści poli­cji z To­urs. Ko­mi­sarz zerk­nął do swojego no­tesu.

— W Cham­bord skra­dziono ob­raz Watteau. Tytuł ob­razu: Park. Co to był za ma­larz ten Watteau, pro­szę pana?

— An­toine Watteau — roz­po­czą­łem wy­ja­śnie­nia — był fran­cu­skim mala­rzem po­cho­dzą­cym z Flan­drii. Żył na przełomie sie­dem­na­stego i osiemna­stego wieku. Na dwo­rze fran­cu­skim po śmierci Lu­dwika XIV za­pa­no­wała moda na sztukę lekką i przyjemną, ra­du­jącą oko bo­gactwem barw. Ta­kim dworskim arty­stą był Watteau, który ma­lował wiele wspania­łych pej­zaży. Ale kra­jo­braz był dla niego tylko tłem, jakby sztuczną, te­atralną de­kora­cją, w któ­rej przedsta­wiał „wy­tworne za­bawy”: ko­lom­biny ucie­ka­jące przed pier­ro­tami, roz­ba­wione to­wa­rzy­stwo na tra­wie w parku dworskim. Ko­loryt tych scen był ba­śniowy. Watteau był arty­stą nie­zwy­kle wrażliwym na barwy i ma­lował na­prawdę pięk­nie. Zresztą, jak stwier­dzają znawcy, ten jego ba­śniowy świat krył głęb­szy sens. Watteau swoim pik­ni­kom i za­ba­wom nadawał po­etyc­kie, a na­wet filo­zo­ficzne zna­cze­nie. Pa­trząc na jego ob­razy, gdzie wszystko jest takie uła­dzone i upo­zo­wane, nie spo­sób jed­nak oprzeć się wra­żeniu ja­kie­goś smutku, który z nich ema­nuje. Oglądając je, trzeba się za­sta­no­wić nad złud­no­ścią szczęścia i piękna...

Ko­mi­sarz poli­cji z trza­skiem za­mknął no­tes.

— O la la! Jakie to wszystko wzrusza­jące — burknął. — Gdyby pan jesz­cze po­wie­dział, kto skradł oraz Watteau z zamku w Cham­bord, był­bym w pełni za­do­wo­lony.

Nie mu­sia­łem mu od­po­wia­dać, bo oto nagle wy­łoniła się przed nami ogromna, prze­piękna biała syl­wetka zamku w Cham­bord.

Na­pi­sa­łem „za­mek” i tak o nim piszą w przewod­niku, lecz choć wzo­ro­wany na twierdzy feu­dal­nej, zbu­do­wany zo­stał w okre­sie wpływów rene­sansu i nigdy nie speł­niał funk­cji obron­nych. To nie za­mek, ale ra­czej wspaniały pałac kró­lew­ski. Prze­ogromny, naj­ob­szer­niej­szy ze wszyst­kich, jakie znaj­dują się w doli­nie Lo­ary. Jest w nim czte­rysta czterdzie­ści kom­nat i po­mieszczeń mieszkal­nych. Wielko­ścią do­rów­nuje Wer­sa­lowi, a jak mó­wią nie­któ­rzy, był także „zwiastu­nem” Wer­salu.

Pałac w Cham­bord zbu­do­wał Fran­ci­szek I po roku 1519, a ro­bił to z ta­kim za­pa­łem, że nie kazał prze­rwać bu­dowy na­wet wtedy, gdy kasa pań­stwowa świe­ciła pust­kami, gdy nie miał pie­nię­dzy, aby wy­kupić z nie­woli swoich sy­nów. Chciał zmienić bieg Lo­ary, aby pły­nęła obok jego zamku, ale jego ar­chi­tekci prze­ra­żeni tak gi­gan­tycz­nym przedsię­wzięciem odra­dzili mu to. Mu­siał się za­do­wolić zmianą ko­ryta rzeki Cos­son, która teraz prze­pływa nie opo­dal pa­łacu.

Bu­dowę kon­tynu­ował król Hen­ryk II. I tak po­wstało wiel­kie dzieło, jakby wy­kute dłu­tem zna­ko­mi­tego rzeź­bia­rza.

Głównym trzo­nem zamku jest po­tężny don­żon, oto­czony wie­żami. Do czte­rech na­roż­nych wież pro­wa­dzą wspaniałe dwu­pię­trowe gale­rie, wsparte na arka­dach. One to za­my­kają wielki czworo­bok pa­łacu.

Znawców ar­chi­tek­tury za­chwycają przede wszystkim dwa ele­menty ar­chi­tek­to­niczne: schody i taras. Schody — kie­dyś je­dyne w swoim ro­dzaju — od dołu jed­nym cią­giem pro­wa­dziły aż pod dach. Ale ze względu na trud­ności, ja­kie na­strę­czały przy wchodze­niu, Fran­ci­szek I ka­zał zro­bić na nich po­desty i po­łą­czyć je z po­szczegól­nymi pię­trami. Dziś także jesz­cze robią duże wra­żenie.

Z ta­rasu, zbu­do­wa­nego we­dług wzo­rów wło­skiej ar­chi­tek­tury, dwór ob­ser­wo­wał przyjazdy i od­jazdy my­śli­wych na ko­niach, przy­bycie zna­ko­mi­tych gości, po­ka­zowe ćwi­cze­nia woj­skowe, pa­rady, walki ry­cer­skie.

W Cham­bord by­wało wielu kró­lów, dziewię­cio­krot­nie przyjeż­dżał tu Lu­dwik XIV. Warto jed­nak wie­dzieć, że by­wał tu także ktoś, kogo współcze­śni led­wie tole­ro­wali, a przecież zapi­sał się w histo­rii zło­tymi zgło­skami i po­zo­stał w pa­mięci po­tom­nych na zaw­sze, w prze­ci­wieństwie do nie­jed­nego po­tęż­nego władcy.

Tu, w Cham­bord słynny ko­me­dio­pi­sarz fran­cuski Mo­liere[56] pisał i wy­sta­wiał swoje ko­me­die, mię­dzy in­nymi Mieszcza­nina szlachci­cem. Los ko­me­dio­pisa­rza na dwo­rze kró­lew­skim nie był łatwy. Po­chlebcy chwalili sztukę, je­śli król ją chwalił, go­towi zaś byli do dru­zgo­cącej kry­tyki, jeśli król pod­czas przedsta­wie­nia ani razu nie uśmiech­nął się. Opowia­dają, że pod­czas wy­sta­wie­nia jed­nej ze sztuk w pa­łacu w Cham­bord Mo­lier, który w niej grał, z prze­raże­niem ob­ser­wo­wał po­nurą minę króla Lu­dwika XIV, zda­jąc sobie sprawę, że po za­koń­cze­niu przedsta­wie­nia cze­kają go nie lada zło­śli­wo­ści ze strony dwo­ra­ków. W pew­nej chwili zroz­pa­czony, wskoczył na akompa­niu­jący mu kla­wi­kord i uciekł ze sceny. Król roze­śmiał się. Sztuka była ura­to­wana.

Dla nas, Pola­ków, Cham­bord związane jest z na­zwi­skiem króla Sta­ni­sława Leszczyń­skiego. Zna­cie chyba z histo­rii tra­giczne dzieje tego króla? Otóż był on te­ściem króla fran­cu­skiego, Lu­dwika XV, który oże­nił się z Ma­rią Leszczyń­ską. Gdy Sta­ni­sław Leszczyń­ski mu­siał opu­ścić Pol­skę, po­tężny zięć po­zwo­lił mu za­mieszkać w zamku Cham­bord. Tutaj do dziś oglą­dać można ga­binet Sta­ni­sława Leszczyń­skiego i me­ble, któ­rych uży­wał.

Tyle o hi­storii. Nas przywio­dły do Cham­bord sprawy współcze­sne, go­nitwa za Fan­to­ma­sem.

Po­zo­sta­wili­śmy we­hikuł na par­kingu pała­co­wym, a po­tem przez wej­ście kró­lew­skie, tak zwane Porte Roy­ale, we­szli­śmy do hallu. Zaj­rzeli­śmy do wspaniałej sali przyjęć, gdzie wy­sta­wione były pi­sma doty­czące histo­rii pa­łacu, i po chwili za­pro­wa­dzono nas do ku­sto­sza.

Przyby­wa­jąc do Cham­bord w towa­rzy­stwie ko­misa­rza poli­cji, mie­liśmy uła­twioną sytu­ację. Ku­stosz, pan Ga­ston L., przyjął nas na­tychmiast. Miał chyba ze trzy­dzie­ści pięć lat, py­zate po­liczki, ró­żową cerę i jasne kę­dziory, co upodob­niało go do baro­ko­wego amorka. Urzędo­wał w za­byt­ko­wym ro­ko­ko­wym gabi­necie. Nad ka­napą, na któ­rej usie­dli­śmy, spo­strzegłem obraz Watteau, przedsta­wia­jący za­bawę w parku dworskim.

— Czy to o ten obraz po­kusił się zło­dziej? — za­py­tałem.

— Tak — od­rzekł ku­stosz. — Ten to falsy­fikat. Za­cho­dzimy w głowę, w jaki spo­sób do­ko­nano kra­dzieży, bo do­stać się tu bez mojej zgody nie spo­sób. Ga­binet mój znaj­duje się na pię­trze. Odźwierni pil­nują wej­ścia do pa­łacu, na każ­dym pię­trze znaj­duje się strażnik. Drzwi do gabi­netu za­mknięte są na dwa zamki za­trza­skowe, do któ­rych klu­cze noszę zaw­sze przy sobie.

Ko­mi­sarz był w złym hu­mo­rze. Burknął:

— Pan mówi o kra­dzieży ob­razu, a ja wi­dzę obraz na ścia­nie, hę?

— Mie­liśmy ory­ginał Watteau — od­parł ku­stosz, tro­chę zdu­miony sło­wami ko­misa­rza.

— Wy­glą­dał tak samo jak ten? — burknął znowu ko­mi­sarz.

— Tak samo. Na­wet ja, ob­cując wciąż z tym obra­zem, nie by­łem w sta­nie stwierdzić, czy za­mie­niono go na falsy­fikat. Do­piero eks­perci z Luwru...

— Wiem, wiem. Znam wy­niki śledztwa w tej sprawie — machnął ręką ko­mi­sarz. — Ale dla­czego, u licha, pytał pan eks­per­tów, skoro obraz wy­da­wał się panu iden­tyczny?

— Mó­wi­łem o tym pod­czas śledztwa. Naj­pierw przy­szedł list z po­gróż­kami od ja­kie­goś Fan­to­masa... — za­czął wy­ja­śnie­nia ku­stosz.

W mil­cze­niu, z uwagą wy­słu­cha­liśmy rela­cji ku­sto­sza. Była po­dobna do tej, jaką już sły­szeli­śmy w Am­boise i w An­gers.

— A więc naj­pierw list z żą­da­niem okupu i po­gróż­kami, że przed upływem mie­siąca skra­dziony zo­sta­nie obraz Watteau. Ku­stosz oczywi­ście po­wia­do­mił poli­cję i przedsię­wziął wszelkie środki za­bez­pie­cza­jące obraz przed kra­dzieżą. Ale gdy minął mie­siąc wy­zna­czony przez Fan­to­masa, ktoś ze zwiedza­ją­cych zwrócił ku­sto­szowi uwagę, że obraz Watteau w jego gabi­necie wy­gląda na falsy­fikat. Ku­stosz za­nie­po­koił się i za­wiózł obraz do Luwru, gdzie eks­per­tyza po­twierdziła fał­szer­stwo.

Za­da­łem pierwsze pyta­nie:

— A kim był ten człowiek, który pierwszy zwrócił uwagę, że obraz jest falsy­fika­tem?

— Nie pa­mię­tam jego na­zwi­ska — od­parł ku­stosz. — Zdaje mi się, że był to ja­kiś cu­dzo­zie­miec. W każ­dym razie nale­żał chyba do wiel­kich znawców Watteau, skoro przy po­wierz­chownych oglę­dzi­nach obraz wy­dał mu się zręczną kopią.

Dru­gie pyta­nie:

— Czy oso­bi­ście od­wiózł pan obraz Watteau do eks­per­tyzy w Luw­rze?

I od­po­wiedź ku­sto­sza:

— Tak. Wła­snym sa­mo­cho­dem. Ale w asy­ście strażnika.

Na­stą­piło teraz trze­cie moje pyta­nie. Gdy je za­da­wa­łem, spo­strzegłem, że na łysej czaszce ko­misa­rza po­ka­zały się drobne kro­pelki potu. Ko­mi­sarz trwał w wiel­kim na­pię­ciu ner­wo­wym. Od­nio­słem wra­żenie, że już otwierał usta i zro­bił ruch ręką, aby wtrą­cić się do na­szej roz­mowy i zadać ku­sto­szowi py­tanie, lecz ja go uprzedzi­łem.

— Czy po dro­dze, panie ku­sto­szu, nie miał pan ja­kie­goś wy­padku sa­mo­cho­do­wego?

W tym mo­men­cie spo­strzegłem zdu­mione twa­rze Yvonne i Ro­berta. Mnie zaś le­ciutko drgnęły ko­lana, co zna­czyło, że po­dob­nie jak ko­mi­sarz znaj­duję się w sta­nie sil­nego na­pię­cia ner­wo­wego.

— Nie. Nie mia­łem żad­nego wy­padku — od­rzekł zdzi­wiony ku­stosz.

— Na­prawdę żad­nego? — tym ra­zem wtrą­cił się ko­mi­sarz. — Nie za­pchał się panu gaź­nik, nie prze­biła się dętka w kole?

— Ach, o to panu cho­dzi? — uśmiech­nął się ku­stosz. — Owszem. Na­wa­liły ha­mulce w moim wo­zie i mu­sia­łem sko­rzy­stać z po­jazdu Po­mocy Dro­go­wej.

Ze­rwa­łem się z krze­sła, sko­czy­łem do biurka ku­sto­sza i chwyciłem słu­chawkę tele­fonu.

— Pa­nie ko­misa­rzu — po­wie­działem z tru­dem, bo czu­łem, że coś ści­ska za gar­dło. — Trzeba za­dzwonić do Am­boise i An­gers. Jeśli i tam­tejsi ku­sto­sze mieli po dro­dze po­dobne kło­poty...

Ko­mi­sarz pod­szedł do biurka i wyjął mi z rąk słu­chawkę.

— Nie trzeba dzwonić — rzekł. — Ja wiem, że oni też mieli kło­poty, jadąc z ob­ra­zem do Luwru. Przyje­cha­łem tutaj z pa­nem, aby zadać ku­sto­szowi py­tanie, czy nie miał ja­kichś przy­gód w dro­dze. Pan mnie wy­rę­czył, Panie Sa­mo­cho­dzik. Zdaje mi się, że oby­dwaj w tym sa­mym cza­sie wpa­dli­śmy na trop Fan­to­masa.

Spoj­rza­łem na ko­misa­rza z naj­wyż­szym uznaniem.

— Pan Du­rant tak barwnie opo­wia­dał o kło­po­tach w dro­dze do Pa­ryża — wy­ja­śni­łem ku­sto­szowi — że to na­su­nęło mi pierwsze nie­śmiałe po­dej­rze­nia.

— A ja bra­łem całą sprawę na ro­zum — wy­jaśnił z dumą ko­mi­sarz. — Po pro­stu żad­nego z tych ob­ra­zów nie można ukraść. A więc one nie zo­stały skra­dzione. Pan ro­zu­mie?

— Ro­zu­miem. Jak naj­bar­dziej ro­zu­miem — za­wo­łałem.

Ale ani ku­stosz, ani Yvonne i Ro­bert nie zro­zu­mieli nic z na­szej roz­mowy.

— Jak to, nie zo­stały skra­dzione? — zdu­miał się ku­stosz. — Prze­cież ten Watteau, który u mnie wi­siał, zo­stał za­mie­niony na kopię. Czy to nie jest rów­no­znaczne z kra­dzieżą?

— Ależ tak, drogi panie — kiw­nął głową ko­mi­sarz. — Ob­raz Watteau zo­stał skra­dziony. Tylko nie z zamku. Stało się to w dro­dze do Luwru...

— Prze­cież ja do Luwru wio­złem falsy­fikat! — za­wołał ku­stosz.

— Nie, pro­szę pana — tym ra­zem ja za­bra­łem głos. — Wiózł pan ory­ginał, o któ­rym pan my­ślał, że jest falsy­fika­tem. A ory­ginał stał się falsy­fika­tem do­piero w dro­dze do Pa­ryża.

Teraz rów­nież Yvonne po­jęła, na czym po­lega me­toda Fan­to­masa.

— Pan Du­rant! — za­wo­łała prze­ra­żona. — Pan Du­rant bę­dzie dziś wiózł obraz Van Gogha do Luwru. Boże drogi, nasz Van Gogh jest ory­gi­na­łem, a w dro­dze Fan­to­mas do­kona za­miany na falsy­fikat!

Ko­mi­sarz już roz­ma­wiał tele­fo­nicz­nie z Zamkiem Sze­ściu Dam.

— Czy Za­mek Sze­ściu Dam? — krzy­czał do tele­fonu. — Po­pro­szę do apa­ratu pana Du­ranta... Mówi ko­mi­sarz poli­cji w To­urs. To ważna sprawa. Co ta­kiego? Ku­stosz przed chwilą wy­je­chał do Pa­ryża? Z ma­dame Eve­line? Sa­mo­cho­dem al­pine re­nault?

Przypo­mniała mi się prze­chwycona wczoraj nocna roz­mowa zło­czyńców: „Ju­tro o czterna­stej akcja x”. A więc cho­dziło o kra­dzież ob­razu Van Gogha, wie­zio­nego do Luwru.

Tymcza­sem ko­mi­sarz poli­cji połą­czył się z ko­misa­rzem poli­cji w Orle­anie, tam­tędy bo­wiem w dro­dze do Pa­ryża mieli przejeż­dżać ku­stosz i ma­dame Eve­line.

— Dla­czego ja nie przyje­cha­łem wo­zem poli­cyj­nym? — jęk­nął zroz­pa­czony ko­mi­sarz, od­kła­dając słu­chawkę.

Spoj­rza­łem na zega­rek.

— Pa­nie ko­misa­rzu — po­wie­działem. — Jest w tej chwili trzy­nasta. Kra­dzież na­stąpi za go­dzinę. Ma­dame Eve­line i ku­stosz będą mu­sieli przejeż­dżać przez Blois. My tam mo­żemy być za chwilę i spo­tkać się z nimi gdzieś na trasie. Pa­nie ko­misa­rzu, pro­szę do mego wozu — oświad­czy­łem roz­ka­zu­jąco.

Wy­bie­gli­śmy z zamku, na­wet nie że­gna­jąc ku­sto­sza.

Na zam­ko­wym par­kingu, gdzie stał mój we­hikuł, ko­mi­sarz poli­cji bez­rad­nie roz­łożył ręce.

— Je­zus Ma­ria — mruknął. — Tym we­hi­ku­łem mamy wy­prze­dzić al­pine re­nault! Na Jowi­sza, już lepiej je­chać ro­we­rem!

Uspoka­jają­cym ge­stem poło­ży­łem dłoń na jego ra­mie­niu.

— Niech pan wsiada, panie ko­misa­rzu. Mój sa­mo­chód ma prze­rzutkę...

— Prze­rzutkę?

— A tak. Gdy prze­rzucę w nim biegi, poje­dzie na­wet dwieście pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na go­dzinę — po­wie­działem i mru­gną­łem do Yvonne.

 


ROZDZIAŁ JEDENASTY [top]

JAK ODKRYŁEM METODĘ FANTOMASA • DO TRZECH RAZY SZTUKA • PODEJRZANE OSOBY • PLAN SCHWYTANIA FANTOMASA • W MOTELU • KAPELUSZ CIOTKI EVELINE • CZYJ SAMOCHÓD JEST NIEZAWODNY • CO SIĘ PRZYDARZYŁO NA SZOSIE • SZALEŃCZY POŚCIG • I ZNOWU HELIKOPTER • STRZAŁ KOMISARZA

 

Nie mu­sieli­śmy się jed­nak śpie­szyć. Pan Du­rant i ciotka Eve­line po­winni byli je­chać szosą przez Blois, w kie­runku Orle­anu. Z Cham­bord do szosy było tylko kil­kana­ście ki­lo­me­trów. A uwzględ­nia­jąc fakt, że do­piero przed chwilą opu­ścili Za­mek Sze­ściu Dam, po­win­ni­śmy, nie śpie­sząc się, zna­leźć się na tej trasie przed nimi.

Jak po­wia­dam, je­cha­łem wolno, więc łysy ko­mi­sarz poli­cji, a rów­nież Yvonne i Ro­bert po­traktowali moje słowa o prze­rzutce w we­hi­kule jako zwy­kły żart. Ni­komu z nich zresztą nie chciało się roz­ma­wiać o tej sprawie. Yvonne i Ro­berta inte­re­so­wało przede wszystkim, w jaki spo­sób wpa­dłem na trop me­tody Fan­to­masa.

— Pa­mię­tacie chyba — za­czą­łem wy­ja­śnie­nia — że od pierwszej chwili mego przyjazdu do Zamku Sze­ściu Dam tra­piło mnie w za­sa­dzie jedno pyta­nie: dla­czego Fan­to­mas ostrzega przed kra­dzieżą? Prze­cież po­dobne ostrzeże­nia utrudniały mu zło­dziejską działal­ność. I, jak wie­cie, różne na ten temat roz­wa­żali­śmy od­po­wie­dzi. Lecz żadna z nich nie była dla mnie prze­ko­ny­wa­jąca. Wreszcie do­sze­dłem do wniosku, że Fan­to­mas chyba nie działa prze­ciw sobie. A więc te ostrzeże­nia nie utrudniają mu kra­dzieży, lecz na od­wrót — uła­twiają. Al­bo­wiem w lu­dziach od­po­wie­dzialnych za obraz bu­dzą nie­pokój, uczucie za­gro­żenia. Fan­to­mas działał jak zna­ko­mity psy­cho­log.

— A dla­czego usi­łował wzbudzić nie­pokój? — za­pytał Ro­bert.

— Jesz­cze nie ro­zu­miesz? — zdziwi­łem się. — Po otrzyma­niu ostrze­gawczego listu ku­stosz za­czy­nał żyć w lęku o ob­raz. Wy­star­czyło, by ktoś zasu­ge­rował mu, że obraz jest falsy­fika­tem, a ku­stosz go­tów był uwie­rzyć, że tak jest na­prawdę. I pę­dził z obra­zem do Luwru. Zwróćcie uwagę, że za każ­dym ra­zem wąt­pli­wo­ści co do au­ten­tycz­ności ob­razu wy­su­wali jacyś bliżej nie znani osobnicy. Byli to lu­dzie na­słani przez Fan­to­masa. Al­bo­wiem Fan­to­mas nie jest du­chem, nie umie prze­nikać przez mury i sta­wać się nie­wi­dzialnym dla strażni­ków i foto­ko­mó­rek. Jego me­toda pole­gała na tym, że od­działując psy­cho­lo­gicz­nie na ku­sto­sza, nie­jako zmu­szał go do wy­nie­sie­nia ob­razu ze zna­ko­micie strzeżo­nego miej­sca. Pod­czas transportu ob­razu łatwo było spo­wo­do­wać jakiś wy­pa­dek czy drobne uszko­dze­nie i do­ko­nać za­miany ory­gi­nału na falsy­fikat. Są­dzę, że Fan­to­mas zja­wiał się zaw­sze w po­staci Po­mocy Dro­go­wej.

— Tak — zgo­dził się ze mną ko­mi­sarz poli­cji. — I ja, choć in­nymi dro­gami, do­sze­dłem do ta­kich sa­mych wniosków. Dla mnie jako dla poli­cjanta sta­wało się coraz bar­dziej oczywiste, że z gale­rii zam­ko­wych nie można ukraść ob­razu, nie po­zo­sta­wia­jąc śla­dów wła­ma­nia. A więc skoro tak, to lo­giczna była tylko jedna od­po­wiedź: nie do­ko­nano żad­nych kra­dzieży. Taka od­po­wiedź jed­nak ni­kogo nie mo­gła za­do­wolić. Wszak kra­dzieże były fak­tem. Rozmy­ślając nad tą sprawą do­sze­dłem do prze­ko­nania, że z zamku wy­wo­żono ory­ginał, do Luwru zaś tra­fiał falsy­fikat. A więc mię­dzy zam­kiem a Luwrem na­stę­po­wała za­miana ory­gi­nału na falsy­fikat. Wró­ciłem do swoich wy­ja­śnień:

— Pierwsze po­dej­rze­nia zro­dziły się w mojej gło­wie po wi­zycie fał­szy­wego Pi­geona. Do­sze­dłem do lo­gicz­nego zresztą wniosku, po­dob­nie jak ko­mi­sarz, że z uwagi na obecność ku­sto­sza i Yvonne oraz strażnika fał­szywy Pi­geon nie mógł nic ukraść w gale­rii. A skoro tak, to po co była ta ma­ska­rada?

— A wła­śnie: po co? — za­pytał Ro­bert.

— O, to ja­sne — od­rze­kłem. — Fan­to­ma­sowi udała się już raz sztuczka z po­gróż­kami, żą­da­niem okupu i za­kwe­stio­no­wa­niem au­ten­tycz­ności ob­razu. Pan Du­rant, jak wiemy, za­wiózł obraz Ce­zanne'a do Luwru, a w dro­dze za­mie­niono ory­ginał na kopię. Fan­to­mas jed­nak oba­wiał się, że ta sama sztuczka z dru­gim obra­zem może się nie udać. Trzeba było wszyst­kich prze­by­wa­ją­cych w Zamku Sze­ściu Dam utwierdzić w prze­ko­naniu, że obraz Re­noira rze­czy­wi­ście zo­stał skra­dziony nie­mal na ich oczach. Fał­szywy Pi­geon był w gale­rii, ale nie wy­niósł z niej ob­razu Re­noira. Jak słusznie przewi­dział Fan­to­mas, obraz Re­noira odje­chał do Luwru. W dro­dze do­ko­nano za­miany ory­gi­nału na kopię.

— W jaki spo­sób?

— Tego oczywi­ście nie wiem. Trzeba za­pytać pana Du­ranta, co robili me­cha­nicy z Pomocy Dro­go­wej. Jedno jest pewne: Fan­to­mas tym ra­zem prze­do­brzył sprawę. Do­szedł do wniosku, że ma do czy­nie­nia z ta­kimi na­iw­nia­kami, iż może sobie po­zwo­lić na trzeci skok: ukraść ob­raz Van Gogha, a ra­czej zmu­sić pana Du­ranta, aby i ten obraz za­wiózł do Luwru. I oto do Zamku Sze­ściu Dam przy­szedł trzeci list z żą­da­niem okupu, tym ra­zem za obraz Van Gogha. Mało tego, zja­wił się ktoś, kto za­czął suge­ro­wać, że li­sty z żą­da­niem okupu przy­cho­dzą już po do­ko­naniu kra­dzieży. In­nymi słowy, fał­szywy Pi­geon ukradł nie obraz Re­noira, ale obraz Van Gogha.

— Ro­bi­noux... — szepnęła Yvonne.

— Ten pry­watny de­tek­tyw? — zdziwił się ko­mi­sarz. — Pan go po­dej­rzewa o współ­pracę z Fanto­ma­sem?

— Może to on nadawał świetlne sy­gnały? — po­wie­dział Ro­bert.

— Tak, jego po­dej­rze­wam. Po­wi­nien go pan areszto­wać — po­wie­działem do ko­misa­rza.

Po­tarł sta­ran­nie swoją ły­sinę.

— To są tylko po­dej­rze­nia, drogi panie. Aby ko­goś areszto­wać, trzeba mieć do­wody.

Wtrąciła się Yvonne:

— Jest jesz­cze jedna osoba po­dej­rzana. Przypo­mina fał­szy­wego Pi­geona.

— Któż to taki? — za­inte­re­so­wał się ko­mi­sarz

— Pierre Mar­chant.

— Wła­ści­ciel Or­lego Gniazda? Na litość bo­ską, chyba pa­nienka nie po­sądza tego nie­szczęśli­wego ka­leki o współ­udział w kra­dzie­żach obra­zów?

— A wła­śnie że go po­dej­rze­wam. Tak samo dra­pie się za le­wym uchem jak fał­szywy Pi­geon.

Ko­mi­sarz poli­cji po­gła­dził dło­nią łysą czaszkę.

— Nie, pro­szę pań­stwa. Tego już tro­chę za wiele. Oskarżać ko­goś o współ­udział w prze­stęp­stwie tylko dla­tego, że ten ktoś dra­pie się za le­wym uchem, nie, to prze­cho­dzi wszelkie wy­obra­żenie!...

Yvonne zro­biła nadą­saną minę.

— To już pań­ska sprawa, panie ko­misa­rzu. Po­nie­waż jed­nak w grę wchodzi na­groda w wysoko­ści stu ty­sięcy fran­ków za wskazanie Fan­to­masa, pro­szę za­pa­mię­tać, że to ja pierwsza wskaza­łam pana Mar­chanta jako osobnika nie­zwy­kle po­dej­rza­nego. Po­wta­rzam: nie­zwy­kle po­dej­rza­nego.

— Natu­ralnie, za­pa­mię­tam to sobie — uśmiech­nął się ła­ska­wie ko­mi­sarz poli­cji.

Yvonne miała roz­ra­do­waną buzię.

— W takim razie ta sprawa jest przeze mnie za­kle­pana. I jeśli zwróci się do pana ktoś inny, wskazując Mar­chanta, pro­szę mu po­wie­dzieć, że ja by­łam pierwsza.

— Czyżby ktoś jesz­cze po­dej­rze­wał tego po­czciwego han­dla­rza win? — zdziwił się ko­mi­sarz.

Za­bra­łem glos w tej mate­rii:

— Miałem dziś rano roz­mowę z Pi­geo­nem. Wy­wniosko­wa­łem, że i on żywi co do Mar­chanta nie­jakie po­dej­rze­nia.

— Ach, tak... — mruknął ko­mi­sarz. Do­piero teraz jak gdyby nieco po­waż­niej po­traktował słowa Yvonne.

Na tym roz­mowa urwała się, bo zna­leźli­śmy się na szo­sie N-154, pro­wa­dzą­cej z Blois do Orle­anu. Tuż za wio­ską Mer od­kryli­śmy przy dro­dze ma­leńki motel, prze­ro­biony z daw­nej karczmy czy przy­droż­nego za­jazdu. Był to dość długi dom z ka­mie­nia łupa­nego. Mie­ściła się tam salka re­stau­ra­cyjna. Przylegał do niej taras, na któ­rym stały wi­kli­nowe fotele i sto­liczki.

Za­par­ko­wa­łem we­hikuł przed mo­telem i wraz z Yvonne i Ro­ber­tem usie­dli­śmy na ta­rasie. Obok nas przejeż­dżały sa­mo­chody z Orle­anu i do Orle­anu. Mie­liśmy pew­ność, że nie umknie na­szej uwagi al­pine re­nault ciotki Eve­line. A i ona chyba do­strzeże nas na ta­rasie, po­pija­ją­cych oran­żadę.

W mo­telu był tele­fon. Ko­mi­sarz poli­cji na­tychmiast za­mknął się w kabi­nie i naj­prawdo­po­dob­niej roz­ma­wiał z po­licją w Orle­anie. Za­pewne na wy­pa­dek spo­tka­nia z Fanto­ma­sem wolał mieć pod ręką szybki wóz poli­cyjny.

Wkrótce zja­wił się obok nas i gła­dząc się po łysi­nie, oświad­czył:

— Zmieniłem plan. Nie bę­dziemy ostrzegać ma­dame Eve­line i pana ku­sto­sza przed cze­kają­cym ich ata­kiem Fan­to­masa. Jeśli ist­nieje choćby nikła szansa schwyta­nia zło­dzieja na gorą­cym uczynku, mu­szę ją wy­ko­rzy­stać.

— A obraz? Prze­cież ryzy­ku­jemy, że oni ukradną obraz! — za­wo­łałem.

— Trudno. Trzeba coś ryzy­ko­wać, jeśli chce się wy­grać dużą stawkę. Cóż bo­wiem z tego, że wiemy już, w jaki spo­sób do­ko­ny­wano za­miany ory­gi­na­łów na kopie, skoro zło­dzieje sta­ran­nie za­tarli za sobą ślady? Nie mamy ich ryso­pi­sów, nie znamy na­zwisk, nie wiemy, gdzie ich szu­kać. A w tej chwili nada­rza się oka­zja ze­tknięcia się z nimi bez­po­śred­nio. Mu­szę sko­rzy­stać z tej szansy. Skontak­to­wa­łem się z poli­cją w Orle­anie i wóz poli­cyjny bę­dzie cze­kał na mnie na przedmie­ściu mia­sta. Za­trzy­mamy sa­mo­chód ma­dame Eve­line i ja wsiądę do niego, aby się nim za­brać do Orle­anu. Tam prze­siądę się do wozu poli­cyj­nego, któ­rym poje­dziemy w ślad za ma­dame Eve­line. W mo­men­cie gdy Fan­to­mas przy­stąpi do akcji, my włą­czymy się rów­nież.

— Za­po­mina pan o Ro­bi­noux — po­wie­działem. — Jeśli wsiądzie pan do ich wozu, on na­bie­rze po­dej­rzeń i Fan­to­mas zre­zy­gnuje z ak­cji.

Ko­mi­sarz wzruszył ra­mio­nami.

— W Orle­anie wy­siądę. Jeśli więc na­wet za­cznie coś po­dej­rze­wać, to zdo­łam uśpić jego czuj­ność.

— Jak pan sobie ży­czy — od­par­łem. — Ja jed­nak rów­nież po­jadę w ślad za ma­dame Eve­line.

— Dla­czego?

— Chcę się przyjrzeć pracy poli­cji — od­rze­kłem bez­czel­nie.

Znowu wzruszył ra­mio­nami i za­żądał od kel­nera szklanki oran­żady, takiej, jaką i my pili­śmy. Nie zdą­żył jed­nak jej wy­pić, bo Yvonne doj­rzała na szo­sie zbli­ża­jący się wóz ciotki Eve­line. Dziew­czynka wy­bie­gła na skraj szosy, ma­cha­jąc ręką.

Pisz­cząc ha­mul­cami, al­pine re­nault za­trzymał się przed mo­telem.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ma­dame Eve­line, wy­sia­dając ze swego sta­lo­wego ru­maka. — A wy co tu robi­cie? — spy­tała za­uwa­żyw­szy ko­misa­rza, Ro­berta i mnie.

— Zwiedza­liśmy za­mek w Cham­bord, a te­raz chcemy jesz­cze sko­czyć do Orle­anu — wy­kręt­nie wy­tłu­ma­czyła nas Yvonne.

— Nie za­wra­caj­cie więc nam głowy, bo nam się śpie­szy — po­wie­działa ciotka Eve­line. — Czuję, że dzi­siaj wy­cisnę z tego bie­daka ostatni dech — po­kle­pała swój sa­mo­chód po błot­niku.

Zo­ba­czy­łem prze­ra­żoną minę pana Du­ranta, który sie­dział na prze­dzie. De­tek­tyw Ro­bi­noux tkwił na tyl­nym sie­dze­niu. Na kola­nach pia­sto­wał owi­nięty w pa­pier i owiązany sznurkiem obraz Van Gogha. Ro­bi­noux był blady, aż zie­lon­kawy. Za­pewne od chwili wy­jazdu z Zamku Sze­ściu Dam ma­dame Eve­line gnała na zła­ma­nie karku.

Za­uwa­ży­łem, że Yvonne i Ro­bert z ogromną uwagą wpa­trują się w pana Ro­bi­noux. Prze­stra­szy­łem się, że może to spo­strzec i na­bie­rze po­dej­rzeń. Od­cią­gną­łem ich na bok.

— Prze­stań­cie się na niego gapić — szep­ną­łem do Yvonne.

— Pan na­prawdę sądzi, że on jest po­moc­ni­kiem Fan­to­masa albo sa­mym Fan­to­ma­sem? — za­py­tała mnie Yvonne, a w gło­sie jej za­brzmiało po­wąt­pie­wa­nie.

— Tak sądzę.

— Wy­gląda nie­win­nie — mruknęła dziew­czynka.

— On nigdy nie wy­glą­dał nie­win­nie — odpa­rował Ro­bert. — Ma po­dej­rza­nie po­nurą minę.

— A jak ty, Yvonne, wy­obra­żasz sobie Fan­to­masa albo jego po­moc­nika? Że ma zęby wy­sta­jące z ust jak wampir i toczy wo­kół wściekłym spoj­rze­niem? — za­śmiałem się. — Przypo­mnij sobie fał­szy­wego Pi­geona. Również pre­zen­tował się bar­dzo sym­pa­tycz­nie.

— Mój Boże, skąd ciotka Eve­line wy­trza­snęła tego de­tek­tywa? — za­sta­na­wiała się Yvonne.

A tym­cza­sem ko­mi­sarz poli­cji wprosił się do al­pine re­nault.

— Czy ma­dame nie bę­dzie miała nic prze­ciw temu, abym poje­chał z nią do Orle­anu? — za­pytał. — Mam tam do za­ła­twie­nia pewną sprawę, a we­hikuł tego pana jest tylko nieco lep­szy od ro­weru.

— Lep­szy od ro­weru? — za­chi­cho­tała ciotka Eve­line. — Ca­ramba, porca mise­ria, lep­szy od ro­weru, pan po­wiada. Mój al­pine też jest nieco lep­szy od ro­weru — nie prze­sta­wała chi­cho­tać.

De­tek­tyw Ro­bi­noux nie był chyba za­chwycony pro­po­zycją jazdy w towa­rzy­stwie ko­misa­rza, ale nie dał tego po sobie po­znać. Za­pewne aby ukryć swoje nie­za­do­wo­lenie, wy­chylił się ku mnie przez okno sa­mo­chodu i szep­nął uprzejmie:

— A co w Cham­bord, drogi panie? Czy trafi­liście na ślad Fan­to­masa?

— Tak — od­par­łem szczerze, chcąc go za­nie­po­koić.

— Czyżby? — skrzywił się iro­nicz­nie.

— Ni­kły to ślad — po­wie­działem, aby uśpić jego czuj­ność. — Obej­rzeli­śmy fał­szywy ob­raz Watteau. Jeśli znaj­dziemy arty­stę, który robił kopie dla Fan­to­masa, to po nitce tra­fimy do kłębka.

— Ach, tak — ode­tchnął z wy­raźną ulgą.

Ciotka Eve­line szar­manckim ge­stem wskazała ko­misa­rzowi miej­sce w swoim wo­zie.

— Pro­szę wsiadać i do­brze trzymać się sie­dze­nia — oświad­czyła. Machnęła nam ręką na po­że­gna­nie, za­sia­dła za kie­row­nicą, wrzuciła pierwszy bieg i pu­ściła sprzęgło tak szybko, że wo­zem mocno szarpnęło. Ko­mi­sarz stuk­nął łysą głową w plecy pana Du­ranta.

Wóz ciotki miał wspaniały zryw. Po chwili jego pasa­że­rów dla od­miany aż wgniotło w fotele. A po kilku se­kun­dach znik­nął za za­krę­tem szosy.

— Niech pan teraz prze­stawi swoją prze­rzutkę — za­pro­po­no­wała Yvonne, gdy za­sie­dli­śmy w we­hi­kule.

— Nie martw się. Do­go­nimy ich — po­wie­działem sa­do­wiąc się za kie­row­nicą.

Nie wi­działem na razie po­trzeby de­mon­stro­wa­nia moż­liwo­ści mego we­hi­kułu. Do Orle­anu po­zo­sta­wało jesz­cze nie­całe trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów, ruch na szo­sie był ogromny i ciotka Eve­line nie mo­gła roz­wi­nąć dużej szybkości. Do­go­niła ko­lumnę wiel­kich cię­ża­ró­wek, a po­nie­waż z prze­ciw­nej strony wciąż nad­jeż­dżały coraz to nowe auta, mu­siała wlec się w kolum­nie. Wkrótce ją do­go­niłem i je­cha­łem za nią od­da­lony zale­dwie o trzy oso­bowe citro­eny, które wpa­ko­wały się mię­dzy jej wóz a mój we­hikuł.

Tak doje­cha­liśmy do przedmie­ścia Orle­anu. Tutaj ko­lumna cię­ża­ró­wek skrę­ciła w boczną ulicę, a ko­mi­sarz poli­cji wy­siadł z wozu ciotki Eve­line. Za­uwa­ży­łem, że na­tychmiast pod­biegł do ja­kie­goś sa­mo­chodu, który stał w małej uliczce. Zaś ma­dame Eve­line po­mknęła do cen­trum mia­sta i za­trzymała się przed skle­pem.

— Oho, zdaje mi się, że bę­dzie nowy ka­pe­lusz do­my­śliła się Yvonne. — Tu wła­śnie pra­cuje naj­lep­sza mo­dystka w Orle­anie.

Nie cze­kali­śmy, aż ciotka Eve­line po­każe się nam w no­wej kre­acji. Wy­je­cha­liśmy na szosę N-20 do Pa­ryża i za­trzymali­śmy się na skraju Bo­rów Orle­ań­skich. Ciotka Eve­line mu­siała znowu przejeż­dżać obok nas. Gdzieś tutaj rów­nież po­wi­nien był na­stą­pić atak Fan­to­masa na obraz Van Gogha.

— Co pan za­mie­rza robić? — spy­tała Yvonne. — Chce pan schwytać Fan­to­masa, gdy bę­dzie usi­łował za­mie­nić ob­razy?

— Nie żartuj, Yvonne — za­śmiałem się. — Czy są­dzisz, że pora­dzili­by­śmy sobie ze zgrają opryszków? Po pro­stu nie mógłbym sobie da­ro­wać, gdyby jed­nak Fan­to­ma­sowi udało się za­mie­nić ob­razy. Ko­mi­sarz za dużo ryzy­kuje. Bę­dziemy czu­wać nad obra­zem Van Gogha, a komisa­rzowi po­zo­sta­wimy opryszków. Dla­tego poje­dziemy skromnie za nimi, jako świadko­wie wy­da­rzeń. Gdy z mrocz­nych bo­rów wy­łoni się nagle ta­jem­niczy wóz Fan­to­masa...

— Te­raz to pan żar­tuje. Przypusz­cza pan, że Fan­to­mas wy­je­dzie z lasu?

— Nie, Yvonne. Przybę­dzie jako Po­moc Dro­gowa i za­cznie ho­lo­wać wóz ciotki Eve­line — pro­ro­ko­wa­łem.

— Al­pine re­nault? Ciotka twierdzi, że to nie­za­wodny sa­mo­chód.

— Nie ma nie­za­wod­nych sa­mo­cho­dów. Szczegól­nie gdy ktoś chce, aby za­wiódł. My­ślę, że pan Ro­bi­noux już się o to po­stara.

W tym mo­men­cie moim we­hi­ku­łem za­częło szar­pać. Na­stę­po­wały prze­rwy w pracy sil­nika. Mo­tor to za­trzymy­wał się, to znowu za­czy­nał pra­co­wać na bar­dzo szybkich ob­ro­tach.

— O rany! — jęk­ną­łem. — Zdaje mi się, że w moim wo­zie coś na­wala.

— No tak. Nie ma nie­za­wod­nych sa­mo­cho­dów — sar­ka­stycznie stwierdziła Yvonne. — Dla­tego uwa­żam, że naj­lep­szy jest ro­wer.

— I to wła­śnie w ta­kiej chwili — zmartwił się Ro­bert. — Prze­klęty we­hikuł. Co teraz zro­bimy?

Za­trzyma­łem wóz na skraju szosy, w cie­niu le­śnych drzew. Pod­nio­słem ma­skę i za­czą­łem grze­bać w sil­niku.

— Je­śli zo­ba­czy­cie ciotkę Eve­line — rze­kłem do mło­dych — to za­trzymaj­cie ją. Może ze­chce nas po­ho­lo­wać do naj­bliż­szego warsztatu sa­mo­cho­do­wego. Zdaje się, że na­walił mi kon­den­sator.

Za­jąłem się spraw­dza­niem układu elek­trycznego w we­hi­kule, a Yvonne i Ro­bert wy­szli z wozu i oczeki­wali na przyjazd ciotki Eve­line. Szosa była dość ru­chliwa, z Pa­ryża do Orle­anu cią­gnęły hordy ogrom­nych cię­ża­ró­wek, mknęły oso­bowe sa­mo­chody i mo­tocy­kle.

Ma­dame Eve­line chyba dość długo sie­działa u mo­dystki, bo zja­wiła się do­piero do dzie­się­ciu mi­nu­tach. Zo­ba­czyła Yvonne i za­trzymała wóz ze straszli­wym pi­skiem ha­mul­ców.

— Ca­ramba, porca mise­ria! To znowu wy? — krzyknęła, uchylając okno w sa­mo­cho­dzie. — Co wam się stało?

Przez mo­ment aż za­nie­mó­wi­łem uj­rzawszy, co ona ma na gło­wie. To był już nie ka­pe­lusz, a mi­nia­tu­rowa win­nica. Na czymś w ro­dzaju sło­mia­nej strzechy le­żały w nie­ła­dzie ki­ście sztucz­nych wi­no­gron, prze­pla­ta­nych sztucz­nymi li­śćmi win­nej lato­rośli.

— Dla­czego pan tak mi się przy­gląda? — po­dejrzliwie za­py­tała ciotka Eve­line.

— Ma pani... piękny ka­pe­lusz — wy­krztusiłem.

— Piękny, pan po­wiada — ucie­szyła się. — Ca­ramba, porca mise­ria, rze­czy­wi­ście, tym ra­zem ka­pe­lusz udał się mojej mo­dy­stce. A długo ją mu­sia­łam prze­ko­ny­wać, że to wspaniały po­mysł, aby przy­brać ka­pe­lusz wi­no­gro­nami. Ma pan do­bry gust, młody czło­wieku — stwierdziła i wy­raz ogromnej ła­ska­wo­ści po­jawił się na jej obli­czu.

— Chcieli­śmy je­chać do zamku Sully-sur-Loire — rzu­ciłem na chy­bił trafił. — Ale ze­psuł mi się sa­mo­chód.

Przez okno wyj­rzał Ro­bi­noux.

— Sully-sur-Loire? Ależ to w zu­peł­nie in­nym kie­runku — szep­nął. — Z Orle­anu nale­żało skrę­cić w stronę Gien, a nie Pa­ryża. Mu­sicie za­wró­cić.

— Jak mogę za­wró­cić, skoro ze­psuł mi się sa­mo­chód? — od­rze­kłem. — A czy ma­dame nie mo­głaby nas po­ho­lo­wać do naj­bliż­szego warsztatu sa­mo­cho­do­wego? Mam w wo­zie hol.

— Co ta­kiego? W żad­nym razie. Nam się bar­dzo śpie­szy — za­wołał pan Ro­bi­noux.

O dziwo, pan Ro­bi­noux od­zy­skał głos. Już nie szeptał — krzy­czał.

— Tak jest, nam się bar­dzo śpie­szy — przytaknął pan Du­rant. — Obieca­łem eks­per­tom z Luwru, że przywie­ziemy ob­raz przed go­dziną szes­nastą.

Yvonne zło­żyła bła­gal­nie ręce.

— I cio­cia po­zo­stawi nas na szo­sie bez żad­nej po­mocy?

— Ca­ramba, porca mise­ria — za­klęła ma­dame Eve­line. — Że też mu­sicie jeź­dzić sta­rym gra­tem. No cóż, trudno, po­ho­luję was do naj­bliż­szego warsztatu. Ale panu, młody czło­wieku, ra­dzę kupić jakąś nie­za­wodną ma­szynę. Nie musi to być al­pine re­nault, który jest zu­peł­nie fe­no­me­nalny i nigdy się nie psuje.

Prędko za­cze­piłem hol mię­dzy wo­zem ciotki Eve­line a we­hi­ku­łem. Ro­bi­noux usi­łował pro­te­sto­wać, w czym se­kun­do­wał mu ku­stosz, nie wie­dząc, że bez­wiednie służy sprawie zło­czyńców. Lecz ciotka Eve­line nie mo­gła od­mó­wić proś­bie małej Yvonne.

W dal­szą drogę ru­szyli­śmy ho­lo­wani przez al­pine re­nault.

— Czy to nie po­psuje szy­ków ko­misa­rzowi? — spy­tała mnie Yvonne. — Może Fan­to­mas nie ze­chce teraz do­ko­nać za­miany ob­ra­zów?

— Nie oba­wiaj się. Za­pewne w Orle­anie Ro­bi­noux dał umó­wiony znak swoim wspólni­kom, że można za­czy­nać akcję x. Teraz już nie zdoła tego od­wo­łać.

Ma­dame Eve­line zna­ko­micie ho­lo­wała we­hikuł. Uni­kała gwałtow­nych szarpnięć, które mo­gły spo­wo­do­wać ze­rwa­nie się holu, wy­ha­mo­wy­wała po­woli, abym zdą­żył przy­ci­snąć ha­mulce i nie ude­rzył w tył jej al­pine re­nault. Oczywi­ście, je­cha­liśmy dość wolno, co chwila wy­prze­dzały nas sa­mo­chody oso­bowe i cię­ża­rowe. W takiej ma­sie sa­mo­cho­dów świetnie krył się wóz poli­cyjny z ły­sym ko­misa­rzem z To­urs. By­łem pewny, że poli­cja ani na chwilę nie spuszcza wzroku z sa­mo­chodu ciotki Eve­line. Ko­mi­sarz z pew­no­ścią za­uwa­żył, że ma­dame wzięła nas na hol. Wy­obra­ża­łem sobie, jak w związku z tym zło­ścił się i krzy­czał do poli­cjantów w swoim wo­zie: „A ten cu­dzo­zie­miec czego się pęta na szo­sie? I jesz­cze do tego takim sta­rym gra­tem! Go­tów spło­szyć Fan­to­masa. A to osioł! Ma sa­mo­chód nie­wiele lep­szy od ro­weru i wy­biera się nim, aby schwytać zło­dzieja!”

A my, ho­lo­wani przez ciotkę Eve­line, zbli­żali­śmy się do dru­giego skraju Bo­rów Orle­ań­skich. I nic się nie wy­da­rzyło.

— Może jed­nak Fan­to­mas nas się prze­stra­szył? — za­częła nie­po­koić się Yvonne. — Że też pana we­hikuł mu­siał się aku­rat teraz ze­psuć!

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Czy nie sły­sza­łaś, że i me­cha­ni­zmy by­wają zło­śliwe, krnąbrne, uparte i prze­korne?

— A wła­ści­wie dla­czego pan jeź­dzi takim sa­mo­cho­dem? Czy nie stać pana na lep­szy? — spy­tał mil­czący dotąd Ro­bert.

— Co? — po­czu­łem się tro­chę ura­żony. — Nie po­doba się wam mój sa­mo­chód? A gdy pły­ną­łem nim na wy­spę, kto wy­rażał za­chwyt?

— No tak, on zna­ko­micie pływa — zgo­dziła się Yvonne. — Ale szkoda, że się psuje. Ro­wer jest jed­nak lep­szy od pań­skiego we­hi­kułu. Mnie na moim ro­we­rze jesz­cze nikt nie ho­lował.

Byli­śmy wła­śnie na skraju lasu, gdy sa­mo­cho­dem ciotki Eve­line wstrzą­snęły ja­kieś kon­wul­sje. Kil­ka­krot­nie rzu­ciło nim do przodu, a po­tem al­pine re­nault sta­nął rap­tow­nie i nie chciał ru­szyć dalej.

Wy­sko­czy­łem z we­hi­kułu i pod­sze­dłem do jej sa­mo­chodu.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — klęła ciotka Eve­line. — Czy pana wóz jest za­raź­liwie chory? Coś się ze­psuło w moim al­pine re­nault. A to wszak nie­za­wodny sa­mo­chód.

— Nie ma nie­za­wod­nych sa­mo­cho­dów — wy­szeptał Ro­bi­noux. — Ale na szczęście ist­nieje Po­moc Dro­gowa.

Ma­dame Eve­line wy­sia­dła ze swego wozu i pod­nio­sła ma­skę. Wy­glą­dała bar­dzo śmiesznie, bo jej wielki ka­pe­lusz, po­dobny do win­nicy, prze­krzywił się i za­wa­diacko zje­chał na lewą skroń.

— Ca­ramba! — mru­czała. — Kto z pa­nów zna się na me­cha­ni­zmie sa­mo­cho­do­wym?

Ro­bi­noux, Du­rant, Ro­bert i Yvonne, jed­nym sło­wem, całe towa­rzy­stwo, za­częło oglą­dać silnik. A każdy ro­bił mą­drą minę i uda­wał wiel­kiego znawcę sa­mo­chodu.

— Może któ­raś świeca nie pali? — za­sta­na­wiał się ku­stosz.

— Albo gaź­nik się za­pchał — wtrą­ciła Yvonne.

— Albo cewka na­wa­liła — dodał Ro­bi­noux.

Jak przy­stało na de­tek­tywa, któ­remu po­wie­rzono pie­czę nad bez­cen­nym obra­zem, Ro­bi­noux nie roz­sta­wał się z nim ani na chwilę. Wy­siadł z wozu, aby zaj­rzeć pod ma­skę sa­mo­chodu ciotki Eve­line. Pod pa­chą dzierżył obraz owi­nięty w pa­pier.

Trą­ciłem w ramię Yvonne i mil­cząco wskaza­łem jej wlot do baku z ben­zyną. Prze­cią­gną­łem pal­cem wo­kół wlotu i pod­su­ną­łem dziew­czy­nie palec.

— Wi­dzisz te ma­lutkie kryształki?

— Tak. Co to jest?

— Cu­kier, moja droga. Ktoś wsy­pał cu­kier do baku z ben­zyną. Sil­nik mu­siał się ze­psuć — stwierdzi­łem. I poło­ży­łem palec na ustach, dając dziew­czy­nie do zro­zu­mie­nia, że po­winna mil­czeć jak grób. Nie nale­żało pod­nosić alarmu, gdyż mo­głoby to spło­szyć Fan­to­masa.

Jesz­cze przez chwilę ciotka Eve­line i po­zo­stała kom­pania deli­be­ro­wała, po­chy­lając się nad silni­kiem. Lecz nagle Ro­bi­noux wskazał żółty fur­gonik.

— Nadjeżdża ratu­nek! — za­wołał, re­zy­gnu­jąc ze swego szeptu. — Po­moc Dro­gowa. Trzeba ją za­trzymać.

Po­moc Dro­gowa zda­wała się tylko cze­kać na nasz znak. Żółty fur­gonik zje­chał na kra­wędź szosy i za­trzymał się tuż przy al­pine re­nault. Wy­sko­czyło z niego dwóch mło­dych męż­czyzn w wy­bru­dzo­nych sma­rami kom­bine­zo­nach. Twa­rze też mieli brudne, jak gdyby przed chwilą le­żeli pod naj­brudniej­szymi wo­zami świata. Dla mnie było oczywiste, dla­czego tak się usmaro­wali. Gdy­by­śmy mu­sieli opi­sać poli­cji ich wy­gląd, nie po­trafi­liby­śmy tego zro­bić.

Umoru­sańcy tro­chę róż­nili się mię­dzy sobą. Jeden był bar­dziej usmaro­wany, a drugi mniej.

— Co się stało? — za­pytał ten mniej umo­ru­sany, pod­cho­dząc do wozu ciotki Eve­line.

— Ca­ramba, porca mise­ria — wy­krzyknęła ma­dame Eve­line. — Zdaje mi się, że zwrócę fir­mie sa­mo­cho­do­wej ten ru­pieć, za który da­łam osiem ty­sięcy fran­ków. Miał być nie­za­wodny, a ze­psuł się.

Po­ki­wali gło­wami, że po­dzielają jej iryta­cję. Ten bar­dziej umo­ru­sany stwierdził ce­dząc przez zęby:

— Ano, zo­ba­czymy, co się da zro­bić, pani sza­nowna.

— Mój wóz też jest ze­psuty — oświad­czy­łem. Spoj­rzeli nie­chęt­nie na mnie i na mój we­hikuł.

— Pań­ski sa­mo­chód? — skrzywił się ten mniej umo­ru­sany. — To chyba wrak sprzed pierwszej wojny światowej. Pan się dziwi, że on się ze­psuł? Ja bym się dzi­wił, gdy­bym zo­ba­czył, że on je­dzie.

I oby­dwaj za­śmiali się szy­der­czo. Po­tem wleźli pod wóz ciotki Eve­line i ka­zali sobie po­da­wać na­rzę­dzia ze swego fur­go­niku.

— Klucz nu­mer dwa­na­ście! — wo­łali, wy­chy­lając głowy spod sa­mo­chodu.

— Ósemkę!

— Szóstkę!

— Na­sa­dowy klucz: czter­nastka.

Przynosi­liśmy na­rzę­dzia z ich wozu, a oni żą­dali coraz to in­nych. Po te na­rzę­dzia bie­gali wszyscy nie wy­łą­cza­jąc ciotki Eve­line, która po­mru­ki­wała gniewnie: „Ca­ramba, porca mise­ria, dla­czego oni grze­bią pod spodem, skoro ze­psuł się silnik?” Ale gło­śno tego oświad­czyć nie śmiała, bo a nuż się ob­rażą? Al­bo­wiem każdy po­sia­dacz po­jazdu me­cha­nicz­nego wie, jak ob­raź­liwi by­wają me­cha­nicy i jak gu­ślar­ską ta­jem­ni­czo­ścią ota­czają czynności związane z na­prawą sa­mo­chodu. Naj­gor­sze jest to, że jak się ob­rażą, li­czyć można chyba tylko na cud. Po­zo­sta­wią wóz na szo­sie i od­jadą.

Na­wet Ro­bi­noux, nie roz­sta­jący się z obra­zem kil­ka­krot­nie bie­gał do fur­go­nika i przyno­sił na­rzę­dzia. Ob­ser­wo­wa­łem go bar­dzo pilnie. Za trze­cim ra­zem, gdy wszedł do wozu Po­mocy Dro­go­wej, prze­by­wał tam nieco dłu­żej. A gdy wy­szedł, zwróciłem uwagę, że pa­pier, w który owi­nięty był obraz, jest nie­dbale za­wią­zany sznurkiem.

„A więc stało się — po­my­śla­łem. — W sa­mo­cho­dzie Po­mocy Dro­go­wej Ro­bi­noux do­konał za­miany ob­ra­zów. Po­zo­sta­wił ory­ginał, a za­brał kopię, którą teraz pan Du­rant za­wie­zie do eks­per­tów w Luw­rze”.

Moje po­dej­rze­nia szybko zna­lazły po­twierdze­nie. Ro­bi­noux dał umo­ru­sań­com jakiś ta­jem­niczy znak i oby­dwaj zaraz wy­leźli spod sa­mo­chodu.

— Tego, nie­stety, nie da się teraz na­pra­wić — oświad­czył ciotce ów mniej umo­ru­sany. — Nie po­zo­staje nam nic in­nego, jak po­ho­lo­wać sa­mo­chód do Orle­anu, do warsztatu spe­cjali­stycznego.

— A mój wóz? — za­py­tałem z głu­pia frant.

— Pań­ski też po­ho­lu­jemy — oświad­czył ten bar­dziej umo­ru­sany. Za­nie­po­koiło mnie to. Czyżby w fur­go­netce był tak po­tężny silnik, że mo­gli ho­lo­wać aż dwa sa­mo­chody?

Szybko i sprawnie za­cze­pili swój hol do al­pine re­nault. A po­nie­waż ja by­łem związany ho­lem z tym wo­zem, sprawa dal­szej jazdy wy­da­wała się pro­sta.

Za­nim ru­szyli, ten wię­cej umo­ru­sany po­kle­pał mnie po ra­mie­niu.

— Je­śli pan się zga­dza do­pła­cić, to mo­żemy pana ho­lo­wać do mu­zeum w Orle­anie.

I znowu oby­dwaj zare­cho­tali rado­śnie. Za­wtó­rował im Ro­bi­noux, pan Du­rant uśmiech­nął się lekko. Tylko ma­dame Eve­line huk­nęła na nich groź­nie:

— Bez dow­ci­pów, pa­no­wie. Mamy ważne sprawy do za­ła­twie­nia. Ho­lujcie nas tym swoim „żółtkiem” po­gar­dli­wie okre­śliła ich fur­gonik.

Gdy zaję­liśmy miej­sca w we­hi­kule, Yvonne za­py­tała:

— Dla­czego nie za­pro­po­no­wał pan, żeby spró­bo­wali zre­pe­ro­wać pań­ski sa­mo­chód? Może da­łoby się nim poje­chać do Pa­ryża?

— Wo­lałem obyć się bez ich po­mocy.

— Dla­czego?

— Nie chciałem, żeby obej­rzeli mój we­hikuł: sil­nik oraz prze­rzutkę.

— Czy na­prawdę po­siada pan ta­jem­niczą prze­rzutkę? — nie do­wie­rzała Yvonne.

— Ależ tak, przy­się­gam ci — po­wie­działem.

— A nie nu­dzą pana dow­cipy na temat pań­skiego sa­mo­chodu? — za­py­tała znowu Yvonne.

— Owszem, nu­dzą, tym bar­dziej że, jak się oka­zuje, pod każdą sze­roko­ścią geo­gra­ficzną są po­dobne. W Pol­sce też wciąż mi pro­po­nują, że­bym mój we­hikuł od­sta­wił do mu­zeum.

— A pan się sprzeciwia?

Ru­szyli­śmy. Wy­cze­kaw­szy, aż na szo­sie zro­biło się tro­chę luź­niej, umo­ru­sańcy za­wró­cili w stronę Orle­anu.

Z sa­tys­fak­cją przyjąłem do wia­do­mo­ści fakt, że je­chali wła­śnie do Orle­anu, czyli na­prze­ciw przy­cza­jo­nemu gdzieś na dro­dze sa­mo­cho­dowi ko­misa­rza poli­cji, który za­pewne ob­ser­wo­wał nas z od­dali.

Jakoż wkrótce zo­ba­czy­łem jakiś wóz sto­jący na skraju szosy.

Umoru­sańcy oczywi­ście na­wet nie po­dej­rze­wali, że wóz ten na­leży do poli­cji. Za­pewne są­dzili, że to jakiś tury­sta roz­ko­szuje się cie­niem lasu.

W tym miej­scu od szosy od­cho­dziła w bok leśna droga. Nie­świadomi nie­bez­pie­czeń­stwa umo­ru­sańcy, za­pewne upo­jeni suk­ce­sem, zde­cy­do­wali się na „skok”. Na­gle szarpnęli fur­go­netką tak mocno, że prze­rwał się hol. Od­je­chali, a wóz ciotki Eve­line i mój we­hikuł po­zo­stały na szo­sie.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — wrzasnęła ciotka Eve­line wy­chy­lając głowę przez okno swojego wozu. — Co oni zro­bili? Hej, pa­no­wie, za­trzymaj­cie się!

Oni jed­nak uda­wali, że nie za­uwa­żyli ze­rwa­nia się holu, i je­chali dalej. Po­tem rap­tow­nie skrę­cili w leśną drogę.

Wy­sko­czy­łem z we­hi­kułu i od­cze­piłem hol mię­dzy moim sa­mo­cho­dem a ciotki Eve­line.

— Uciekają z ob­ra­zem Van Gogha! — krzykną­łem do Yvonne i Ro­berta.

Prze­krę­ciłem klu­czyk w sta­cyjce. Mój silnik na­tychmiast na­brał ob­ro­tów.

— To on nie był ze­psuty? — zdu­miała się dziew­czynka.

— Oczywi­ście że nie! — od­krzykną­łem, ostro ru­sza­jąc z miej­sca. W przelocie wi­działem zdu­mioną minę pana Du­ranta, nie­pokój na twa­rzy Ro­bi­noux. Ciotka Eve­line wy­gra­żała mi pię­ścią, bo zro­zu­miała, że zo­stała oszukana: mój we­hikuł wcale nie był ze­psuty.

Ko­mi­sarz poli­cji bły­ska­wicznie zo­rientował się w sytu­acji. Wóz poli­cyjny ru­szył z miejsca i skrę­cił w leśną drogę, w ślad za fur­goni­kiem. A ja poje­cha­łem za sa­mo­cho­dem poli­cji, bo nie chciałem prze­szka­dzać w po­ścigu.

To była na­prawdę sza­leń­cza jazda. Umoru­sańcy szybko pojęli, że są ści­gani przez dwa sa­mo­chody i za­częli klu­czyć po lesie. Jak słusznie do­my­śla­łem się, do fur­gonu mieli wmonto­wany po­tężny silnik. Gnali po lesie jak wa­riaci, opę­tani tylko jedną my­ślą: uciec sa­mo­cho­dom, które ich ści­gały.

A droga w le­sie oka­zała się fa­talna. Pełna głę­bo­kich ko­lein, wy­kro­tów, wy­stają­cych ko­rzeni drzew. Wo­zem rzu­cało do góry, aż ude­rza­łem głową w sufit. Zda­wało mi się, że lada chwila pękną re­sory. Nie wiem, co czuli poli­cjanci w citro­enie, bo mój we­hikuł miał bre­zen­towy dach, co oszczę­dziło nam gu­zów. Lę­ka­łem się tylko o re­sory, ale oka­zało się, że wuj Gromiłło uwzględnił i po­dobne sytu­acje. Wmonto­wał re­sory mocne i trwałe.

Umorusa­niec, który pro­wa­dził fur­gonik, był zna­ko­mi­tym kie­rowcą. Le­śną drogą, wą­ską i krętą, je­chał jak na raj­dzie do Monte Carlo. A po­nie­waż ogromny orle­ański bór po­cięty był siatką dróg i prze­siek, zda­wało się, że można po nich klu­czyć nie­skończe­nie, do­póki nie pękną re­sory lub nie za­brak­nie ben­zyny. Ucieka­jący ma przewagę nad ści­gają­cym, wy­biera bo­wiem kie­runek jazdy, a to zaw­sze może być za­sko­cze­niem dla jadą­cego za nim. Umorusa­niec wy­ko­rzy­stał tę przewagę. Roz­pę­dzał wóz, a gdy tylko uka­zały się roz­staje, uda­wał, że skręca w lewo, i rap­tow­nie do­ko­ny­wał zwrotu w prawo. Roz­pę­dzony poli­cyjny wóz skrę­cał w lewo albo pchał się pro­sto, a po­tem mu­siał się cofać, aby znowu je­chać w ślad za żół­tym fur­go­nem.

Kil­ka­krot­nie poli­cjanci omal nie wpa­dli na drzewo, raz na­wet otarli się błot­ni­kiem o wielki dąb na roz­staju. Dwukrot­nie udało się umo­ru­sań­com wprowa­dzić poli­cyjny wóz w ogromną ka­łużę wody i błota. Mo­gli tego do­ko­nać, po­nie­waż żółty fur­gon za­sła­niał sobą drogę. W bło­cie koła wozu poli­cyj­nego za­częły buk­so­wać — obra­cały się w miej­scu.

— Uciekną! — wrzasnęła roz­paczliwie Yvonne, wi­dząc uwięzioną w bło­cie poli­cyjną ma­szynę.

Ale nie. Po se­kun­dzie koła wozu poli­cyj­nego tra­fiły na twardy grunt

I wóz wy­do­stał się na suche drogę. Żółty fur­gon zdą­żył już jed­nak od­dalić się na sporą odle­głość.

Lecz po krót­kim cza­sie i on wpadł w roz­lewi­sko błota, roz­cią­ga­jące się w po­przek le­śnej drogi. Wje­chał w nie i z naj­większym wy­sił­kiem przedostał się na drugą stronę. Dla sil­nika był to ogromny trud, aż się za­go­to­wała woda w chłodnicy. Wtedy to do­pę­dził ich poli­cyjny wóz. Tym ra­zem kie­rowca-poli­cjant oka­zał się sprytniej­szy od umo­ru­sań­ców i po­je­chał skrajem ka­łuży, tuż przy pniach drzew obra­stają­cych drogę. Otarł lakier na karo­serii, lecz odle­głość mię­dzy fur­go­nem a wo­zem poli­cyj­nym znacznie zmalała.

Gdy umo­ru­sańcy zro­zu­mieli, że klu­cze­nie po lesie nie zdoła ich od nas od­cią­gnąć, zde­cy­do­wali się wje­chać na szosę 51, wio­dącą do Pi­thiy­iers i dalej do Fon­ta­ine­bleau. Za­nim jed­nak pod­jęli tę de­cyzję, uczynili roz­paczliwy wy­siłek po­zo­sta­wie­nia nas w tyle. Wje­chali w ja­kieś tak straszliwe dziury, że przez chwilę mia­łem wra­żenie, iż fur­gon się wy­wróci. Ale nic mu się nie stało. Na­to­miast w wo­zie poli­cyj­nym pękły re­sory — osiadł na ko­łach, nie mo­gąc ru­szyć z miej­sca.

— Niech pan, ko­misa­rzu, prze­siada się do mnie! — wrzasną­łem, pod­jeż­dża­jąc do poli­cyj­nego sa­mo­chodu, który wy­glą­dał jak wrak statku na mie­liźnie.

Bez zbędnych słów łysy ko­mi­sarz, a za nim jakiś ubrany po cy­wil­nemu poli­cjant nie­omal w biegu wskoczyli do we­hi­kułu. Zro­biło się w nim cia­sno, to jed­nak nie miało żad­nego zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sze było: nie spu­ścić z oka żół­tego fur­gonu.

— Za­mie­nili ob­razy. Ro­bi­noux to zro­bił — wy­ja­śni­łem szybko ko­misa­rzowi. — A ci ucie­kają z ory­gi­na­łem.

Zdy­szany ko­mi­sarz z tru­dem łapał od­dech.

— W na­szym wo­zie jest ra­dio­stacja. Za­alar­mo­wali­śmy poli­cję w Orle­anie i Pa­ryżu. Wszystkie szosy już chyba ob­sta­wione. Mają opis żół­tego fur­gonu.

Tymcza­sem fur­gon wy­je­chał z lasu na szosę do Pi­thiy­iers. Była to trasa dru­go­rzędna i nie tak uczęsz­czana, jak szosa mię­dzy Orle­anem i Pa­ry­żem. Zło­czyńcy mo­gli tu roz­wi­nąć większą szybkość. Do­dali gazu, po se­kun­dzie spo­strzegłem, że aby do­trzymać im tempa, mu­szę osią­gnąć szybkość stu ki­lo­me­trów na go­dzinę. A oni wciąż zwięk­szali pręd­kość.

— Sto... sto dwa­dzie­ścia... sto trzy­dzie­ści... sto czterdzie­ści — gło­śno li­czyła Yvonne. A wresz­cie za­wo­łała: — Pan mó­wił prawdę. Pana wóz ma prze­rzutkę!

— Na­prawdę? — ura­do­wał się ko­mi­sarz. Grube kro­ple potu po­ja­wiły się na jego łysej gło­wie. — To niech pan da gaz do de­chy, cu­dzo­ziemcze. Prze­cież oni uwożą ory­ginał Van Gogha. Je­śli go ukradną, moja ka­riera w poli­cji bę­dzie skoń­czona.

Przy­ci­sną­łem pedał gazu. Przy szybkości stu osiem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę, we­hikuł po­woli do­ga­niał żółty fur­gonik.

I wówczas zło­czyńcy zde­cy­do­wali się na śmiertelne ry­zyko. Przed nimi je­chał jakiś oso­bowy mały fiacik, a z przodu nad­jeż­dżał wielki tu­ry­styczny auto­kar. W ostatniej chwili kie­rowca fur­go­nika po­sta­nowił wy­prze­dzić fiata. Rzu­cił wóz do przodu, nie­omal pa­kując się pod po­tężny przód auto­karu. Kie­rowca auto­karu, wi­dząc, że jakiś sza­le­niec pcha mu się pod wóz, przy­ci­snął ha­mulce, a po­tem zje­chał na po­bo­cze, na szczęście równe w tym miej­scu i bez­drzewne.

Nie wiem, co się działo w auto­karze i czy ktoś z pa­saże­rów nie po­niósł szwanku. Au­tokar za­trzymał się, kie­rowca wy­sko­czył i za­czął wy­gra­żać pię­ścią w stronę żół­tego fur­go­niku. Ale zło­czyńcy już byli da­leko, zni­kali za za­krę­tem szosy. A ja, zmu­szony do wy­tra­cenia szybkości, żeby nie wpaść na fiata, nie mia­łem czasu dzie­lić obu­rze­nia kie­rowcy auto­karu. Wy­prze­dzi­łem wreszcie fiata i gna­łem jak sza­lony w ślad za nik­ną­cym w od­dali fur­goni­kiem.

— Dwieście ki­lo­me­trów — pi­snęła Yvonne, pa­trząc na licz­nik we­hi­kułu. Taką bo­wiem szybkość mu­sia­łem z niego wy­do­być, aby zbli­żyć się do ucie­kają­cych zło­czyńców.

Przy po­dob­nej szybkości drzewa na po­bo­czu zle­wają się w jedną ciemną smugę. Sły­chać tylko gwizd wia­tru na karo­serii sa­mo­chodu, który — przy takim pę­dzie — zdaje się wzlatywać w górę jak star­tu­jący sa­mo­lot, traci bo­wiem przy­czepność do szosy i może się roz­bić na każ­dym za­krę­cie. Kie­rowca zaś traci po­czu­cie odle­gło­ści. Mo­to­cykl czy sa­mo­chód, od któ­rego, jak się zda­wało — dzieli cię spory szmat drogi, na­gle uka­zuje się tuż przed ma­ską twego wozu. Bo on je­dzie osiem­dzie­siątką, a ty masz dwie setki na licz­niku.

Nie daj Boże, aby któ­ryś z jadą­cych przed tobą po­jaz­dów nagle za­ha­mo­wał. Nie zdo­łasz już za­trzymać w porę swego sa­mo­chodu. Droga ha­mo­wa­nia wy­dłuża się w nie­skończo­ność.

Na szczęście, jak wspo­mniałem, trasa ta nie była zbyt­nio uczęsz­czana. Zresztą, z tą za­wrotną szybko­ścią nie mu­sia­łem je­chać długo. Oto już tył żół­tego fur­gonu zna­lazł się przed moją ma­ską, zwolniłem szybkość i da­łem klak­so­nem znak, że będę wy­prze­dzał.

Nie zare­ago­wali na mój klak­son. Na­to­miast coś in­nego bar­dzo ich za­nie­po­koiło, a nawet prze­raziło. Da­leko przed sobą zo­ba­czyli sto­jący w po­przek szosy wóz poli­cyjny. Uj­rza­łem światła sto­powe na tyle fur­go­netki i przy­ci­sną­łem ha­mulce, aby w nią nie ude­rzyć.

Jed­nakże, jak po­wie­działem, ucie­ka­jący zaw­sze mają przewagę nad ści­gają­cymi. Za­ha­mo­wali gwałtow­nie, a po­tem, nie zwa­żając, że szosę od pola od­gra­dza rów, wje­chali w niego i wy­sko­czyli w pole. „Do­kąd oni ucie­kają?” — prze­mknęło mi przez głowę.

Nie zary­zy­ko­wa­łem po­wtó­rze­nia ich ma­newru. Fur­gonik miał wyż­sze za­wie­sze­nie, zaś mój we­hikuł osiadłby na kra­wę­dzi rowu. Po­my­śla­łem, że po polu da­leko nie uciekną, zresztą zo­ba­czyli ich poli­cjanci z wozu sto­ją­cego w po­przek szosy i wy­sy­pali się z niego jak jabłka z ko­szyka.

Z we­hi­kułu wy­siadł łysy ko­mi­sarz i tajny agent poli­cji. Wy­ma­chu­jąc pi­sto­le­tami, rzu­cili się bie­giem za pod­ska­kują­cym na polu fur­go­ne­tem, który je­chał coraz wol­niej i wolniej. Z po­czątku zło­czyńcy mieli pod ko­łami twardy grunt, lecz oto za­gro­dziło mi drogę pole psze­nicy. „Tu­taj ich zła­pią” — po­my­śla­łem.

Fur­gon za­trzymał się na skraju psze­nicz­nego łanu, zło­czyńcy wy­sko­czyli. Jeden z nich trzymał w ręku owi­nięty w pa­pier obraz Van Gogha.

— Stać! Stać! Za­trzymać się! Ręce do góry! — krzy­czeli nad­bie­ga­jący poli­cjanci.

Ale tamci nie za­trzymali się na ten roz­kaz. Po­pę­dzili w psze­nicę, która się­gała im do pasa. Ska­kali w niej jak dwa ogromne za­jące w wy­so­kiej tra­wie.

Raptem usły­szeli­śmy gło­śny war­kot. Oto zza hory­zontu wy­leciał szary heli­kop­ter. Ogłusza­jąc nas ry­kiem sil­nika, przetoczył się tuż nad na­szymi gło­wami i zna­lazł się nad psze­nicz­nym ła­nem.

Z heli­kop­tera wy­rzu­cono dra­binkę sznu­rową. Przez chwilę wlo­kła się po polu, ale pilot heli­kop­tera skie­rował ją nie­mal wprost na ucie­kają­cych. Chwycili się jej i zręcznie jak wie­wiórki za­częli się po niej wspinać.

A heli­kop­ter już zdą­żył się pode­rwać pio­nowo w górę.

Jeden z umo­ru­sań­ców wspinał się wol­niej, po­nie­waż w ręku trzymał obraz Van Gogha. I wtedy ko­mi­sarz poli­cji wy­strzelił z pi­sto­letu. Nie wiem, czy strzelał na po­strach, czy też ce­lował do któ­regoś ze zło­czyńców. W każ­dym razie nie trafił żad­nego z nich. Tylko ten, który trzymał obraz, tak się prze­raził, że wy­pu­ścił łup z rąk i szyb­ciej po­mknął w górę po dra­bince sznu­rowej.

A obraz z wy­soko­ści kilku me­trów spadł w psze­nicę, pod nogi ko­misa­rza poli­cji.

 


ROZDZIAŁ DWUNASTY [top]

SKĄD SIĘ WZIĄŁ DETEKTYW ROBINOUX • PORTRET PRZESTĘPCY • DZIWNY LIST • DOKĄD POSZŁA YVONNE • MADAME EVELINE UJEŻDŻA DZIKIEGO RUMAKA • NAROWISTY WEHIKUŁ • O JOHNIE BLACKU, „NAPADZIE STULECIA”, „RIFIFI” I MÓZGUW DRODZE DO ORLEGO GNIAZDA • ORDYNARNY NOSACZ I PERŁYW GNIEŹDZIE GANGSTERÓW

 

— Ca­ramba, porca mise­ria — za­wo­łała ma­dame Eve­line. — Gdy­bym wie­działa, że Ro­bi­noux ma coś wspólnego z Fan­to­ma­sem, już bym go wsa­dziła za kratki. Pan Du­rant by mi po­mógł i obez­władnili­by­śmy opryszka. Ale prze­cież nie mia­łam poję­cia, że to ban­dyta. Gdy tylko zwietrzył nie­bez­pie­czeń­stwo, to zna­czy zo­ba­czył, że we­hikuł Pana Sa­mo­cho­dzika i wóz poli­cyjny skrę­ciły w las za żół­tym fur­go­nem, bąk­nął coś do nas i ulot­nił się. Po pro­stu po­szedł w las i nie wró­cił. Po­tem nad­je­chała praw­dziwa Po­moc Dro­gowa i po­ho­lo­wała nas do Orle­anu. A stamtąd przyje­cha­liśmy do zamku tak­sówką. Ale ża­łuje, że Ro­bi­noux nie sie­dzi za krat­kami. To pana wina, Panie Sa­mo­cho­dzik. Mógł mnie pan ostrzec.

Prze­cząco po­krę­ciłem głową.

— Nie, ma­dame. Nie mo­głem tego zro­bić, bo nie by­łem pewny, czy nie zdra­dzi się pani przed Ro­bi­noux. A zresztą, czy uwie­rzy­łaby mi pani na słowo, że on działa z pole­cenia Fan­to­masa? Na­wet ko­mi­sarz poli­cji dość sceptycz­nie od­nosił się do mo­ich po­dej­rzeń. Trzeba było do­piero do­wodu rze­czo­wego w po­staci skra­dzio­nego ob­razu, aby się wszyscy prze­ko­nali, ja­kimi me­to­dami działa Fan­to­mas.

Do roz­mowy wtrą­ciła się Yvonne:

— A w ogóle skąd cio­cia wy­trza­snęła tego Ro­bi­noux? Prze­cież to cioci wy­nala­zek.

— Mój wy­nala­zek? — obu­rzyła się ma­dame Eve­line. — On się sam wy­na­lazł, ten Ro­bi­noux. Gdy ostatnio by­łam w Pa­ryżu, przedsta­wił mi się jako de­tek­tyw pry­watny. Po­wie­dział, że sły­szał o kło­po­tach, jakie mamy w Zamku Sze­ściu Dam, i za­pro­po­no­wał swoje usługi. Po­my­śla­łam, że przyda się nam jesz­cze jeden de­tek­tyw i dla­tego tutaj się zna­lazł.

Roz­mowa to­czyła się w ja­dalni Zamku Sze­ściu Dam pod­czas kola­cji.

Pełna wra­żeń Yvonne, po raz nie wia­domo który, opo­wia­dała wszystkim o po­ścigu za żół­tym fur­go­nem, ja zaś wy­ja­śni­łem ta­jem­nicę kra­dzieży ob­ra­zów.

Ba­ron de Saint-Ga­tien słu­chał tych rela­cji z nie­zwy­kle zdu­mioną miną, jakby ktoś opo­wia­dał mu baśń o żela­znym wilku, jego bra­tanek zaś, ma­larz Vin­cent, który znowu po­wró­cił z Pa­ryża i dał mi do zro­zu­mie­nia, że czę­ściowo wy­pełnił po­wie­rzoną mu misję, tylko zaci­skał pię­ści.

— Szkoda, że mnie z wami nie było — po­wta­rzał. — Już ja bym ich do­gonił i ko­ści pora­cho­wał. Po­my­ślcie: na mnie spa­dły wszystkie po­dej­rze­nia. Ile ja się wstydu naja­dłem! Ach, że mnie z wami nie było...

W ja­dalni, oparte o ścianę, stały dwa iden­tyczne ob­razy. Jeden ma­lował Van Gogh, a drugi był kopią, którą Ro­bi­noux za­mie­nił na ory­ginał i po­zo­sta­wił w wo­zie ciotki Eve­line. Ma­larz Vin­cent roz­po­znał ją jako swoje „dzieło”.

Roz­mowa to­czyła się wo­kół „metody Fan­to­masa”. Pan Du­rant za­czął przy­po­mi­nać sobie dwie po­przednie po­dróże z ob­ra­zami.

Za każ­dym ra­zem psuł mu się sa­mo­chód. Nie wzbudziło to w nim po­dej­rzeń, po­nie­waż, jak wiemy, miał wóz bar­dzo stary, który czę­sto od­ma­wiał po­słu­szeń­stwa. I za każ­dym ra­zem zja­wiała się na­tychmiast Po­moc Dro­gowa w po­staci żół­tego fur­go­niku. Ten fakt rów­nież nie bu­dził po­dej­rzeń, po­nie­waż szosy fran­cu­skie są nie­ustannie pa­tro­lo­wane przez po­dobne fur­go­niki.

Pan Du­rant jeź­dził z obra­zami sa­mot­nie. Gdy wiózł do Pa­ryża obraz Ce­zanne'a i me­cha­nicy z Po­mocy Dro­go­wej na­pra­wiali mu sa­mo­chód, udał się za po­trzebą w po­bli­skie krzaczki. Rzecz ja­sna, obraz po­zo­stał w jego sa­mo­cho­dzie i na­leży są­dzić, że w tym cza­sie za­mie­niono go na falsy­fikat.

Na­stęp­nym ra­zem me­cha­nicy z Po­mocy Dro­go­wej po­pro­sili pana Du­rant, aby ra­zem z nimi wlazł pod wóz i ob­cę­gami trzymał jakąś śrubę. Je­den z me­cha­ni­ków wy­lazł wtedy spod wozu, aby rze­komo wziąć ja­kiś do­dat­kowy klucz z fur­go­niku, i prawdo­po­dob­nie w tym cza­sie, gdy ku­stosz leżał pod sa­mo­cho­dem, do­konał za­miany ory­gi­nału na kopię.

— Skąd jed­nak Fan­to­mas wie­dział, kiedy Du­rant poje­dzie z ob­ra­zem do Luwru? W historii z ob­ra­zem Van Gogha in­for­ma­to­rem był pan Ro­bi­noux. Ale w dwóch po­przednich przy­pad­kach?

— Są­dzę, że lu­dzie Fan­to­masa ob­ser­wo­wali ku­sto­sza — po­wie­działem.

— Ko­mi­sarz jest teraz w swoim ży­wiole — stwierdził Vin­cent. — Nie ma już do czy­nie­nia z za­gad­ko­wym prze­nika­niem przez ściany gale­rii, lecz z kon­kre­tami. W jego ręce wpadł żółty fur­gonik Fan­to­masa, no i na wła­sne oczy wi­dział szary heli­kop­ter. Wy­star­czy, że trafi na trop wła­ści­ciela fur­gonu i he­li­kop­tera, a znaj­dzie i Fan­to­masa. Dość sceptycz­nie od­nio­słem się do jego słów.

— Obawiam się, że nie bę­dzie łatwo trafić na ślad wła­ści­ciela żół­tego fur­gonu. Przypusz­czani, że nu­mery reje­stra­cyjne były fał­szywe albo okaże się, że fur­gonik zo­stał wy­po­ży­czony od ko­goś przez ta­jem­ni­czego osobnika. I ślad się urwie. He­li­kop­ter zaś, jak wiemy, był do nie­dawna błę­kitny. Te­raz miał barwę szarą, a jutro może mieć zie­loną. Nie brak farby we Fran­cji, prawda?

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ciotka Eve­line. — Po­licja ma chyba spo­soby, aby zdra­pać lakier i spraw­dzić, jaki kolor miał po­przednio ten heli­kop­ter. Je­stem do­brej myśli, pro­szę pań­stwa.

Ode­zwał się baron de Saint-Ga­tien, który dotąd z uwagą przy­słu­chi­wał się na­szej roz­mo­wie.

— Ża­łuję nie­zmiernie, że nie ma z nami pana Pi­geona — rzekł. Przez cały czas po­dej­rze­wał mnie o kra­dzież mo­ich wła­snych ob­ra­zów i mniemał, że dybię na pie­nią­dze jego Agencji Ubezpie­cze­nio­wej. Nie mam o to do niego pre­tensji, gdyż tego ro­dzaju po­dejrzli­wość związana jest z uprawia­nym przez niego za­wo­dem de­tek­tywa. Przy­znaję jed­nak, że gdy­bym mógł wi­dzieć jego za­wie­dzioną minę, miał­bym dużą sa­tys­fak­cję.

— A wła­śnie, gdzie jest pan Pi­geon? — za­py­tała Yvonne. — Prze­cież nie za­po­wia­dał, że nie zjawi się na kola­cji.

Nie­stety, nikt nie wie­dział, gdzie się po­dział Ga­spard Pi­geon. Ale mie­liśmy na­dzieję, że wkrótce się po­jawi, po­nie­waż nie za­po­wia­dał wy­jazdu i po­zo­sta­wił rze­czy w swoim po­koju.

Nie za­przątali­śmy sobie dłu­żej głowy tą sprawą. Yvonne i Ro­bert uru­cho­mili apa­ra­turę wi­do­wi­ska „Dźwięk i światło”, bo tego wie­czoru znowu sporo tury­stów przyje­chało do Zamku Sze­ściu Dam. Pan Du­rant zajął się za­wie­sza­niem na daw­nym miej­scu ory­gi­nału Van Gogha, a kopię po­zo­sta­wił w swoim gabi­necie.

— Być może — zwie­rzył się — w przy­szło­ści, gdy Fan­to­mas zo­sta­nie schwytany, będę po­ka­zy­wał tę kopię jako pa­miątkę po dziwnych wy­da­rze­niach. Sta­nie się to jesz­cze jedną atrakcją dla tury­stów. Oni lubią takie histo­rie.

A mnie ma­dame Eve­line wy­cią­gnęła do ga­rażu. Uparła się, że musi obej­rzeć do­kład­nie mój we­hikuł.

Rzecz ja­sna, po­ka­za­łem go jej, po­wo­ziłem ją na­wet po alej­kach par­ko­wych.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała opusz­cza­jąc we­hikuł. — Al­pine re­nault kosztował osiem ty­sięcy fran­ków i ze­psuł go Fan­to­mas wsy­pując cu­kier do ben­zyny. Bę­dzie jed­nak zre­pe­ro­wany i my­ślę, że to mimo wszystko zna­ko­mity wóz. Jeśli pan chce, mo­żemy się za­mie­nić. Da mi pan swój we­hikuł, a ja dam al­pine. No co, zgoda?...

Rozłoży­łem ręce.

— Nie­stety, ma­dame, to pa­miątka ro­dzinna po moim wuju, za­po­zna­nym wy­na­lazcy. A poza tym je­stem ogromnie przywią­zany do swego sa­mo­chodu. Prze­ży­łem z nim sporo wspania­łych przy­gód.

Ma­dame Eve­line była bar­dzo roz­cza­ro­wana. Ale ja nie mo­głem po­stą­pić ina­czej. Nie sprzedał­bym swego we­hi­kułu ani nie za­mie­nił­bym go na ża­den inny sa­mo­chód. Na po­cie­sze­nie obie­ca­łem ma­dame, że w naj­bliż­szej przy­szło­ści po­zwolę jej po­pro­wa­dzić we­hikuł. Star­sza pani bar­dzo bo­wiem lubiła sa­mo­chody.

A po­tem, w swoim po­koju, spo­tka­łem się z Vin­cen­tem.

— Nie­stety, pro­szę pana — oświad­czył mi na wstępie — nie udało mi się do­trzeć do żad­nego z mala­rzy, który robił po­zo­stałe kopie dla Fan­to­masa. I sądzę, że to bez­na­dziejna sprawa, a w każ­dym razie, aby ją za­ła­twić, trzeba wiele czasu. Wia­do­mość o kra­dzie­żach w zam­kach nad Lo­arą zo­stała sze­roko omó­wiona w pra­sie. Ża­den z mala­rzy nie przy­zna się, że robił kopie dla zło­dzieja, bo nie chce być wmieszany w tę sprawę. Nie po­zo­stało mi nic in­nego, jak zro­bić por­tret zło­dzieja, po­słu­gując się wła­sną pa­mię­cią. Wy­ko­na­łem go. Oto on.

I po­dał mi kar­ton pa­pieru, na któ­rym kolo­ro­wymi fla­ma­strami wy­ma­lował por­tret ja­kie­goś osobnika z długą czarną brodą, wielką szopą czar­nych wło­sów i gę­stymi ba­kami na po­licz­kach.

— Tak wy­glą­dał człowiek, który za­mó­wił u mnie kopie obra­zów Ce­zanne'a, Re­noira i Van Gogha — oświad­czył Vin­cent.

Długą chwilę wpa­try­wa­łem się w ma­lunek.

— A czy nie mógłby pan za­ma­lo­wać brody, ba­ków, zmienić ucze­sania osobnika? Niech pan go zrobi blon­dy­nem — za­pro­po­no­wa­łem.

Vin­cent sko­czył do swego po­koju po pu­dełko z far­bami i po ja­kimś cza­sie oglą­da­łem do­ko­nane przez mala­rza zmiany na kar­tonie.

— Hm — mrukną­łem, oglą­dając ma­lunek. Po­dzię­ko­wa­łem Vin­cen­towi za wy­ko­naną przez niego prace i nic nie mó­wiąc o tym, jak wiel­kie uczyniła na mnie wra­żenie, po­sze­dłem z por­tre­tem do don­żonu, gdzie Yvonne i Ro­bert ob­słu­gi­wali apa­ra­turę wi­do­wi­skową.

Poło­ży­łem przed dziew­czynką, na pul­picie ste­row­ni­czym, ob­raz jej brata.

— Ależ to pan Mar­chant — szepnęła Yvonne. — Mar­chant, prawda, Ro­ber­cie?

I przywo­łała chłopca, który po­twierdził jej sąd. Był on zgodny i z moim.

— Kto robił ten obra­zek? — spy­tała Yvonne.

— Twój brat.

— Ach, ro­zu­miem. To jest osobnik, który za­mó­wił u niego kopie obra­zów z na­szej gale­rii — do­my­śliła się.

— Miał brodę, baki i pe­rukę na gło­wie — uzu­peł­niłem wy­ja­śnie­nia. — Ka­za­łem mu je za­ma­lo­wać i wy­łonił się Mar­chant. Cie­kawe, prawda?

— Czy po­każe pan to ko­misa­rzowi albo, nie daj Boże, Pi­geo­nowi? — za­nie­po­koiła się Yvonne. — Bła­gam pana, niech pan tego nie robi. Sami zaj­miemy się Mar­chantem. Prze­cież ja mu­szę zdo­być te sto ty­sięcy fran­ków na­grody.

Uśmiech­ną­łem się.

— Mnie nie za­leży na tych pie­nią­dzach, Yvonne — po­wie­działem. — Ale chęt­nie do­po­mogę w od­zy­ska­niu skra­dzio­nych obra­zów z wa­szej gale­rii. Po­nie­waż my­ślisz o na­gro­dzie, tro­chę za­cze­kam z prze­ka­za­niem ko­misa­rzowi tego por­tretu.

Wi­do­wi­sko „Dźwięk i światło” wciąż trwało, więc mu­sieli­śmy za­koń­czyć roz­mowę. Yvonne i Ro­bert byli zaab­sor­bo­wani poru­sza­niem się ta­śmy z dźwię­kiem, do któ­rej mu­sieli do­sto­so­wy­wać oświetle­nie zamku. Usiadłem z boku na krze­sełku i przez chwilę ob­ser­wo­wa­łem ich pracę. Po­tem moją uwagę zwróciła le­żąca na pul­picie ste­row­ni­czym kartka pa­pieru, gę­sto zapi­sana. Wy­glą­dało na to, że Yvonne, nim tu przy­sze­dłem, pi­sała do ko­goś list.

Za­uwa­żyła moje spoj­rze­nie i szybko schowała list do kie­szeni robo­czego far­tucha, który miała na sobie.

Wy­sze­dłem z don­żonu i usia­dłem na ła­weczce nieco od­dalo­nej od baszty.

Cze­ka­łem cier­pli­wie, aż skończy się wi­do­wi­sko, roz­jadą się tury­ści.

Wreszcie Yvonne i Ro­bert opu­ścili don­żon. Chłopiec po­szedł w kie­runku zamku, a dziew­czynka na mo­ment za­trzymała się na ta­rasie, po czym, ro­zej­rzawszy się na wszystkie strony, po­ma­sze­ro­wała przez park do bramy wjazdo­wej.

Sze­dłem za nią ostrożnie, aby mnie nie spo­strzegła. Sprzyjała mi ciemna noc i szum wia­tru, który tego wie­czoru dość silnie i ha­ła­śli­wie koły­sał sta­rymi pla­ta­nami.

Przed bramą zamku cze­kał jakiś mały oso­bowy wóz. Yvonne po­de­szła do niego, wrę­czyła coś kie­rowcy. A póź­niej, po­gwizdując we­soło, po­wró­ciła do zamku. Sa­mo­chód na­tychmiast odje­chał.

— No, jasne — mrukną­łem, idąc także do zamku.

Za­do­wo­lony z sie­bie roze­bra­łem się w swoim po­koju i wszedłem do łóżka.

Nie dane mi jed­nak było za­snąć. Wkrótce za­pukał do mnie Pi­geon. Przyjechał swoim hum­be­rem około dwu­na­stej w nocy, spa­ko­wał po­dróżny ne­seser i po­prosił Fi­lipa, aby po­wia­do­mił ba­rona, który za­jęty był w swojej ta­jem­ni­czej pra­cowni, że musi na jakiś czas wy­je­chać. Za­nim jed­nak opu­ścił za­mek, zaj­rzał do mego po­koju.

Chciałem mu opo­wie­dzieć o wy­da­rze­niach dnia, lecz Pi­geon machnął ręką.

— Wiem o wszystkim do­kład­nie, bo wie­czo­rem spo­tka­łem się w To­urs z ko­misa­rzem poli­cji. No cóż, gra­tuluję suk­cesu — po­wie­dział, ale czu­łem, że gry­zie go za­zdrość i nie w smak mu myśl, że jakiś cu­dzo­zie­miec wy­jaśnił ta­jem­nicze kra­dzieże w zam­kach nad Lo­arą, a on, re­no­mo­wany de­tek­tyw z Agencji Ubezpie­cze­nio­wej, po­dej­rze­wał nie­win­nych ludzi.

— Mu­szę jed­nak pana prze­strzec — dodał ro­biąc groźną minę — że do schwyta­nia Fan­to­masa jesz­cze droga bar­dzo da­leka.

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— To już sprawa poli­cji. Moim za­da­niem było roz­wią­zać za­gadkę i tego do­ko­na­łem.

Po­gła­dził swoje wą­siki.

— A Ga­spard Pi­geon nie bę­dzie się już zaj­mo­wał sprawą Fan­to­masa — po­wie­dział.

— Tak? — zdziwi­łem się.

— Czy sły­szał pan o nie­jakim Joh­nie Blacku? — za­pytał.

— Nie. Chyba nie... — po­trzą­sną­łem głową, bo nie by­łem tak zu­peł­nie pewny, czy to na­zwi­sko nie obiło mi się już kie­dyś o uszy.

— A wła­śnie — uśmiech­nął się Pi­geon z odrobiną wyż­szo­ści. — Otóż pra­gnę za­ko­mu­ni­ko­wać, że chęt­nie prze­ka­zuję panu i tej małej, iry­tują­cej pa­nience, jak ona tam ma na imię?...

— Yvonne.

— No tak, Yvonne... Jej i panu od­daję sprawę Fan­to­masa. A sobie po­zo­sta­wiam Johna Blacka. Za wskazanie tego osobnika rząd bry­tyjski wy­zna­czył prze­ogromną na­grodę. Ad­ieu! — machnął ręką na po­że­gna­nie i wy­szedł z mego po­koju.

„John Black”? — za­sta­na­wia­łem się dość długo. Moja pa­mięć jed­nak tym ra­zem oka­zała się za­wodna. A może po pro­stu by­łem zbyt zmę­czony? Wkrótce bo­wiem za­sną­łem bar­dzo mocno.

 

*   *   *

Rano wstałem wy­po­częty, pe­łen chęci do działania.

Ale na śnia­daniu nie za­sta­łem Yvonne. Filip poin­for­mo­wał mnie, że wczesnym ran­kiem ona i Ro­bert poje­chali do­kądś na ro­we­rach. Zro­biło mi się przy­kro. „Jeśli zor­gani­zo­wali jakąś wy­cieczkę, dla­czego nie za­pro­po­no­wali mi udziału? — po­my­śla­łem. — W Zamku Sze­ściu Dam zna­la­złby się za­pewne jesz­cze jeden ro­wer, a ja mó­wi­łem Yvonne, że lubię jeź­dzić na ro­we­rze.”

Śnia­danie jedli­śmy tylko we czwórkę: baron de Saint-Ga­tien, ciotka Eve­line, Vin­cent i ja. Ma­larz zaraz wy­je­chał do Pa­ryża. Pan Du­rant jadał za­zwy­czaj śnia­danie w swoim pry­wat­nym mieszka­niu na te­renie zamku, tylko na obiady i kola­cje by­wał za­pra­szany do stołu ba­rona.

Aby sprawić baro­nowi przyjem­ność, skie­ro­wa­łem roz­mowę na inte­re­su­jący go temat.

— Pytał mnie pan któ­regoś dnia, baro­nie — ode­zwałem się — co sądzę o ko­lej­nic­twie. Otóż mu­szę panu po­wie­dzieć, że bar­dzo nie lubię jeź­dzić po­cią­gami.

— Ach, tak — roz­cza­rował się baron.

— Mam jed­nak przyja­ciela, który choć oso­bi­ście nie lubi jeź­dzić po­cią­gami, po­nie­waż czę­sto się spóźniają, po­siada duży zbiór mi­nia­tu­ro­wych lo­ko­mo­tyw i wa­go­nów. Za­prosił mnie kie­dyś do sie­bie i przez kilka go­dzin wspaniale za­ba­wia­liśmy się ko­lej­kami.

— A jakie on ma ko­lejki? Sys­tem nie­miecki czy an­giel­ski? — za­inte­re­so­wał się baron.

— Miał nie­mieckie „Piko” — wy­ja­śni­łem zgodnie z prawdą, mam bo­wiem przyja­ciela, który pod pre­tek­stem, że robi to dla syna, za­ba­wia się ko­lej­kami elek­trycznymi.

— Są­dzę, że an­giel­skie ko­lejki są lep­sze — od­parł baron. I za­pytał: — A jak dużą ma stację roz­rzą­dową?

— Uwzględ­nia­jąc stan­dard na­szych mieszkań, jego stacja zaj­muje prze­strzeń po­koju o roz­mia­rach dwa na trzy me­try.

— Och, to ma­leń­stwo — po­kiwał głową ba­ron. — Ko­lej­nic­two wy­maga znacznie większych prze­strzeni.

Wtrąciła się ma­dame Eve­line:

— Ca­ramba, porca mise­ria, Ra­oulu, skąd ty tak do­brze znasz się na ko­lej­nic­twie? O ile wiem, by­łeś ofi­ce­rem ma­ry­narki wo­jen­nej, a nie za­wia­dowcą sta­cji?

— Tak, masz rację, ko­cha­nie — zmieszał się baron. — Ale zna­łem pew­nego czło­wieka, który w pod­zie­miach swej pod­miej­skiej willi urzą­dził dwie stacje roz­rzą­dowe i zbu­do­wał kilka ki­lo­me­trów mi­nia­tu­ro­wych to­rów. Mó­wił mi, że to wspaniała za­bawa.

— Nie chcesz chyba po­wie­dzieć, że nor­malny męż­czy­zna za­ba­wia się ko­lej­kami elek­trycznymi? Co in­nego sa­mo­chody. To jest piękna za­bawa — stwierdziła ma­dame Eve­line.

Ba­ron zmieszał się jesz­cze bar­dziej, i w tej chwili zro­zu­mia­łem, dla­czego swoje hobby oto­czył tak wielką ta­jem­nicą. Po­wie­działem do ma­dame Eve­line:

— Po­zwolę so­bie być in­nego zda­nia niż pani. Mój przyjaciel, który ma nie­wielką sta­cję roz­rzą­dową, jest człowie­kiem o zdrowych zmy­słach. Uważa, że jego hobby daje mu duże od­prę­żenie po tru­dach od­po­wie­dzialnej i ner­wo­wej pracy.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­grzmiała ciotka Eve­line. — Nic bar­dziej nie od­pręża niż jazda szybkim sa­mo­cho­dem.

Dys­kusja z nią wy­dała mi się ja­łowa, po­rzu­ciłem więc ten temat. Zresztą śnia­danie zaraz się skończyło i każdy z nas zajął się swoimi sprawami.

Po­że­gna­łem Vin­centa, który wsiadł do sa­mo­chodu i odje­chał do Pa­ryża. Po­tem, aby za­czerpnąć świe­żego po­wie­trza, po­sze­dłem na prze­chadzkę do ogrodu Diany de Po­itiers. Ale gdy tylko usia­dłem na ła­weczce nad brze­giem rzeki, za­czął sią­pić deszcz. Z po­chmurnego nieba le­ciały drobniut­kie kro­pelki i jakby deli­kat­nym wo­alem po­kryły po­dłu­go­watą syl­wetkę Zamku Sze­ściu Dam.

Teraz, z pew­nego od­dale­nia, za­mek wy­dał mi się jakby nie­re­alny, ba­śniowy. Miałem wra­żenie, że pa­trzę nie na praw­dziwy za­mek, lecz na wy­bla­kłą ilu­stra­cję w starej książce. Było to wra­żenie nie­zwy­kłe i choć deszcz z każdą chwilą pa­dał coraz większy, dość długo jesz­cze prze­by­wa­łem na brzegu rzeki, jakby oczekując, że po­przez szmer kro­pel spa­dają­cego desz­czu usły­szę od strony zwo­dzo­nych mo­stów tur­kot dworskiej ka­rety. Miałem uczucie, że za chwilę sta­nie się coś nie­zwy­kłego, na ścieżkach par­ko­wych zo­baczę Kata­rzynę di Me­dici taką, jaką przedsta­wiają ją stare ry­ciny. A może ujrzę nagle Ma­rię Stu­art lub prze­piękną Dianę de Po­itiers?

Nic ta­kiego jed­nak się nie stało. Tylko na­gle przy­po­mniałem sobie, gdzie spo­tka­łem się z na­zwi­skiem wy­mie­nio­nym przez Pi­geona. John Black!

No tak, czy­tałem o nim w ga­ze­tach. Człowiek, który nosił to na­zwi­sko, po­słu­giwał się zresztą mnó­stwem in­nych. Na­zy­wano go „człowie­kiem o stu twa­rzach i stu pasz­por­tach”. O jego spry­cie, inte­li­gen­cji i zdol­no­ściach krą­żyły le­gendy. Nikt nigdy nie wi­dział jego prawdzi­wej twa­rzy, bo był to mistrz cha­rak­tery­zacji. Nikt nie wie­dział do­kład­nie, w ja­kim kraju uro­dził się, bo po mi­strzowsku wła­dał kil­koma euro­pej­skimi języ­kami. Mó­wił po an­giel­sku jak oks­ford­czyk, po nie­miecku jak ber­liń­czyk, po fran­cu­sku jak czło­nek Fran­cu­skiej Aka­demii Lite­ra­tury. Wła­dał hisz­pań­skim i wło­skim. Swoje wiel­kie zdol­ności, spryt i in­teli­gen­cję wy­ko­rzy­sty­wał w prze­stęp­czym pro­cede­rze. Za­sły­nął jako ini­cjator i wy­ko­nawca naj­większych wła­mań i na­pa­dów na banki i kasy. To po­dobno on przed kil­ku­nastu laty opra­co­wał me­todę na­padu na bank zwaną „ri­fifi”. To on ob­my­ślił nie­zwy­kle pre­cy­zyjny plan na­padu na po­ciąg Lon­dyn-Glasgow, wio­zący pie­nią­dze. Wy­czyn ten na­zwano „na­pa­dem stu­lecia”, a jego ini­cjator zo­stał przez prasę na­zwany „Mó­zgiem”.

W ręce poli­cji wpa­dło wielu uczestni­ków „na­padu stu­lecia”. Kilku z nich ich przy­wódca umożliwił ucieczkę z do­brze strzeżo­nych wię­zień. Lecz poli­cji nigdy nie udało się wpaść na trop Mó­zgu. Wia­domo było tylko, że w An­glii po­słu­giwał się na­zwi­skiem John Black.

Czyżby Pi­geo­nowi wpa­dła w ręce jakaś in­for­ma­cja doty­cząca tego nie­zwy­kłego prze­stępcy, po­szu­ki­wa­nego przez poli­cję ca­łego świata? „John Black” — po­wta­rza­łem w myślach to na­zwi­sko. I rap­tem przy­szło mi na myśl, że być może Pi­geon do­szedł do wniosku, iż Mózg i Fan­to­mas to jedna i ta sama osoba. Czyż spo­sób, w jaki kra­dziono ob­razy z do­sko­nale strzeżo­nych gale­rii nie świadczył o Fan­to­ma­sie, że jest nie­zwy­kle sprytnym człowie­kiem? Któż inny mógł opra­co­wać tak nie­zwy­kły plan kra­dzieży ob­ra­zów, jak nie osła­wiony Mózg, czyli John Black?

Z głową pełną róż­nych myśli po­wró­ciłem do zamku i od­szu­ka­łem ciotkę Eve­line.

— Ma­dame — skło­niłem się jej — czy przy­po­mina sobie pani o za­pro­sze­niu Mar­chanta?

— No, jasne. Za­prosił mnie do Or­lego Gniazda.

— A może warto sko­rzy­stać z tego za­pro­sze­nia? — za­py­tałem.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ciotka Eve­line. — Nie trakto­wa­łam tego po­waż­nie. Bo co mnie ob­cho­dzi jakiś tam han­dlarz win?

Skłoniłem jej się po raz drugi, aby pod­kre­ślić, jak wiel­kim darzę ją sza­cun­kiem i jak wielką wagę przy­kła­dam do swojej pro­po­zycji.

— Bar­dzo chciałbym zo­ba­czyć Orle Gniazdo — po­wie­działem. — A od­nio­słem wra­żenie, że Mar­chant nie­chęt­nie wita tury­stów. On za­prosił panią do Or­lego Gniazda. W pani towa­rzy­stwie mógłbym zwiedzić to za­mczysko.

Zer­knęła na mnie uważnie.

— Tak panu na tym za­leży?

— To, zdaje się, cie­kawy obiekt ar­chi­tek­to­niczny — po­wie­działem. Za­paliła pa­pie­rosa i jeszcze raz łyp­nęła na mnie po­dejrzliwie.

— Na­prawdę inte­re­suje pana tylko stara ar­chi­tek­tura Or­lego. Gniazda?

— No, nie tylko — bąk­ną­łem. — Cie­kawi mnie też osoba wła­ści­ciela zamku.

— Ro­zu­miem. Pan nie chce po­wie­dzieć mi prawdy. No cóż, trudno, ca­ramba, porca mise­ria. Zro­bił pan tak wiele dla bied­nego Ra­oula, że go­towa je­stem je­chać do Mar­chanta. Tylko że, jak panu wia­domo, mój sa­mo­chód jest w na­pra­wie w Orle­anie.

— Poje­dziemy we­hi­ku­łem.

— Pana sa­mo­cho­dem? — oczy jej za­bły­sły, a pa­pie­ros zna­lazł się bły­ska­wicznie w drugim ką­ciku ust. — Ale ja będę go pro­wa­dzić, zgoda?

Aż oczy przy­mknąłem, prze­nik­nięty wizją straszliwej kata­strofy. Wes­tchnąłem ciężko:

— Zgoda. Ale to dziwny sa­mo­chód...

— Dziwny? Ca­ramba, porca mise­ria, nie ma dla mnie dziwnych sa­mo­cho­dów. Już ja go ujarzmię — oko jej bły­snęło. Po­cią­gała ją myśl o sza­leń­czej jeź­dzie.

— Poje­dziemy tam na­tychmiast. Pan po­zwoli, że tylko sko­czę do swego po­koju i za­łożę ka­pe­lusz.

Po­dreptała dziarskim kro­kiem i po krót­kim cza­sie zja­wiła się w ga­rażu, ma­jąc na gło­wie coś w ro­dzaju sło­mia­nej strzechy na wiej­skiej cha­łupie z oko­lic Mławy czy Skiernie­wic. Główka ka­pelu­sza prze­pa­sana była czerwoną wstęgą. Ko­niec wstęgi spływał na plecy ma­dame Eve­line jak war­kocz. No­siła czarną suk­nię, a na szyi wspaniałą kolię z pe­reł. Do­prawdy dziwny gust miała ma­dame Eve­line.

Wy­pro­wa­dzi­łem we­hikuł z ga­rażu na dość bez­pieczną odle­głość od ja­kie­go­kol­wiek muru i drzewa.

Nie­ży­jący już mój wuj Gromiłło, nie wiem dla­czego, prze­robił dawną skrzynię bie­gów Fer­rari 410. Na przy­kład tam, gdzie w każ­dym sa­mo­cho­dzie znaj­duje się bieg naj­niż­szy, u mnie był naj­wyż­szy, nie zna­czy to jed­nak wcale, że inne biegi po­zo­sta­wił we wła­ści­wym po­rządku. Tam gdzie po­wi­nien być drugi bieg, u mnie był czwarty, a tam gdzie trzeci, u mnie znaj­do­wał się drugi. Bieg naj­niż­szy są­sia­do­wał z naj­wyż­szym i tak dalej, i tym po­dob­nie, bez ładu i składu. Jeż­dżąc tym wo­zem zdo­łałem się przy­zwy­czaić do jego „dziwno­ści” i bezbłęd­nie wrzuca­łem ko­lejne biegi. Ale zda­wa­łem sobie sprawę, że ktoś, kto do tej pory pro­wa­dził zwy­kły sa­mo­chód, nie da sobie rady z we­hi­ku­łem.

Po­na­glany przez ciotkę Eve­line, po­słusznie prze­sia­dłem się na miej­sce obok kie­rowcy, jej po­zo­sta­wia­jąc kie­row­nicę i wszystkie pe­dały wozu.

— Już ja go ujarzmię — mru­czała ma­dame Eve­line, za­pa­lając pa­pie­rosa i umiesz­cza­jąc go za­wa­diacko w le­wym ką­ciku ust. Swój po­dobny do strzechy ka­pe­lusz zsu­nęła na plecy. Wy­glą­dała jak kow­boj, który wkroczył do cor­ralu, aby do­siąść dzi­kiego mu­stanga.

— Tutaj jest pierwszy bieg — usi­ło­wa­łem poin­for­mo­wać ciotkę Eve­line, lecz ona tylko gniewnie machnęła ręką.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała. — Kogo pan chce uczyć? Mnie? Spo­wo­do­wa­łam sto czterdzie­ści pięć kraks sa­mo­cho­do­wych. Już ja wiem, gdzie jest w sa­mo­cho­dzie sprzęgło, gaz i biegi. Nie ta­kimi wo­zami jeź­dzi­łam, Panie Sa­mo­cho­dzik.

Wci­snęła nogą pedał sprzęgła, prze­krę­ciła klu­czyk w sta­cyjce, po­ru­szyła rączką bie­gów. Po­tem pu­ściła wolno sprzęgło, rów­no­cze­śnie przy­ci­ska­jąc pedał gazu

Sil­nik za­wył straszliwie, we­hikuł jed­nak ani drgnął.

— Co się dzieje, ca­ramba, porca mise­ria? — zdu­miała się ma­dame Eve­line. — Czy u pana biegi są ze­psute?

— Nie, pro­szę pani — od­par­łem. — Wszystko działa bez za­rzutu, tylko że uru­cho­miła pani śrubę na­pę­dową. Gdy­by­śmy teraz znaj­do­wali się na środku rzeki, bar­dzo szybko po­pły­nęli­by­śmy do brzegu.

Ma­dame Eve­line wy­bału­szyła oczy.

— Co pan wy­ga­duje? Na jakiej wo­dzie?

— No tak. On pływa po wo­dzie.

— Jak to: pływa? Tak naj­zwy­czaj­niej pływa po wo­dzie? — nie wie­rzyła wła­snym uszom.

— Owszem, ma­dame. To am­fibia. Pro­szę wyjść z sa­mo­chodu i zaj­rzeć pod tył we­hi­kułu. Wła­śnie obra­cają się tam skrzydełka śruby na­pę­do­wej.

Wy­sko­czyła z wozu i aby zaj­rzeć pod tył we­hi­kułu zdjęła swój słomkowy ka­pe­lusz.

— Fak­tycz­nie — stwierdziła. — Śmi­gło się kręci. Panie drogi, a on nie lata?

— Na szczęście nie — uśmiech­ną­łem się.

Już z mniejszą pew­no­ścią sie­bie za­sia­dła znowu za kie­row­nicą. Wy­łą­czy­łem śrubę na­pę­dową, wskaza­łem jej rączkę prze­kładni skrzyni bie­gów prze­zna­czo­nej do na­pędu kół sa­mo­cho­do­wych.

Wol­niutko ru­szyli­śmy z miej­sca. Ale po chwili ma­dame Eve­line usi­ło­wała wrzucić drugi bieg. A po­nie­waż na­prze­ciw biegu dru­giego był u mnie bieg szó­sty, który nale­żało włą­czyć do­piero przy dużej pręd­kości, oczywi­ście we­hi­ku­łem tylko rzu­ciło do przodu i silnik zgasł.

— Co znowu, ca­ramba, porca mise­ria? — de­ner­wo­wała się ma­dame Eve­line.

— Wrzuciła pani naj­wyż­szy bieg. Mo­tor nie miał siły, aby poru­szyć ko­łami.

— A gdzie jest drugi bieg?

Wskaza­łem jej.

— Aha, tutaj? Ro­zu­mień. A trzeci?

— W tym miej­scu.

— Aha, ro­zu­miem. Czwarty pew­nie jest tutaj, prawda?

— Nie, ma­dame. Tu jest piąty.

— Ro­zu­miem. A tu czwarty, prawda?

— Nie, ma­dame, pani już za­po­mniała. Tu jest wła­śnie pierwszy bieg.

— Aha, ro­zu­miem. Pierwszy jest tutaj, a tu­taj szó­sty, w związku z tym tu mamy bieg drugi, tutaj trzeci, a tu jest czwarty.

— Nie, ma­dame. W tej chwili wskazuje pani biegi prze­zna­czone dla śruby na­pę­do­wej, gdy sa­mo­chód pływa po wo­dzie.

— Ca­ramba, porca mise­ria, a gdzie, u dia­bła, są biegi dla kół?

— Prze­cież pani już po­ka­zy­wa­łem. Tu jest bieg pierwszy, a tutaj drugi.

— Ro­zu­miem. Tutaj jest trzeci, a tu czwarty...

— Nie, ma­dame. Tu jest szó­sty, a tam trzeci.

— Do dia­ska, co pan opo­wiada? Prze­cież pan mó­wił, że pierwszy bieg jest tutaj?

— Tak, to jest pierwszy bieg, ale śruby na­pę­do­wej. Sa­mo­cho­dowy znaj­duje się po lewej stro­nie.

— No, jasne! — za­wo­łała rado­śnie ma­dame Eve­line. — Te­raz już wszystko ro­zu­miem.

Wci­snęła sprzęgło, prze­krę­ciła klu­czyk w sta­cyjce, po­ru­szyła dźwignią bie­gów, po­tem wolno pu­ściła sprzęgło, do­dała nieco gazu. Sil­nik za­wył, ale sa­mo­chód nie ru­szył z miej­sca.

— Ca­ramba, porca mise­ria, znowu włą­czy­łam śrubę na­pę­dową? — zdu­miała się ma­dame Eve­line.

— Nie, pro­szę pani. Je­ste­śmy na biegu jało­wym.

— Ro­zu­miem. To niech mi pan jesz­cze raz obja­śni. To jest pierwszy bieg, tak?

— Nie, ma­dame. To jest szó­sty bieg.

I tak trwało z pół go­dziny. Tłu­ma­czy­łem bez końca, wskazy­wa­łem ko­lejne biegi dla kół i śruby na­pę­do­wej.

Ale ma­dame Eve­line ko­lej­ność bie­gów w moim we­hi­kule wy­da­wała się nie do za­pa­mię­tania.

Pa­pie­ros jej zgasł, na twarz wy­stą­piły kro­ple potu.

W pew­nym mo­men­cie, po no­wej bez­owocnej pró­bie jazdy, ma­dame Eve­line trza­snęła pię­ścią w deskę roz­dzielczą wozu.

— Pa­nie — za­wo­łała — do dia­ska z takim sa­mo­cho­dem! Zdaje mi się, że pierwszy raz w życiu wo­lała­bym mieć ro­wer. Sia­daj pan za kie­row­nicą i jedźmy do Or­lego Gniazda, bo mam wra­żenie, że jesz­cze mi­nuta, a zwa­riuję. Pierwszy bieg, szó­sty, czwarty, trzeci... — ła­pała się za głowę. — Panie, to straszny sa­mo­chód.

— Nie, ma­dame. To tylko kwe­stia wprawy — od­rze­kłem uprzejmie, prze­sia­dając się na miej­sce kie­rowcy. — Gdy­bym pani nary­so­wał na kartce pa­pieru po­szczególne biegi i po­ćwi­czy­łaby pani w domu przez go­dzinę dziennie, je­stem pe­wien, że po ja­kimś cza­sie zu­peł­nie swo­bod­nie mo­głaby pani jeź­dzić moim we­hi­ku­łem.

— Jest pan tego pewny? — ucie­szyła się.

— Tak, ma­dame. Naj­zu­peł­niej pewny.

— W takim razie od jutra za­cznę ćwi­czyć w domu — zde­cy­do­wała. Al­bo­wiem myśl, że tra­fiła na sa­mo­chód, któ­rego nie umiała pro­wa­dzić, wy­da­wała jej się nie do znie­sie­nia.

Poje­cha­liśmy do Or­lego Gniazda. Było już po­połu­dnie, ale jak wspo­mniałem, tego dnia siąpił deszcz. Nie padał cią­gle, tylko od czasu do czasu po­ka­py­wało z nieba, po któ­rym wlo­kły się po­nure, ogromne, czarne zwa­liska chmur. Orle Gniazdo znaj­do­wało się na dość wy­so­kim wzgórzu, jego po­tężna baszta i zę­bate mury po­nuro ry­so­wały się na tle nieba po­kry­tego czar­nymi chmurami. Dzień był szary, wietrzny. W takiej sce­nerii nie­trudno by­łoby sobie wy­obra­zić, że za mu­rami Or­lego Gniazda mieszka straszliwy cza­row­nik Mer­lin, za bramą czy­hają na przy­bysza ja­do­wite smoki, a w pod­zie­miach zamku ję­czy uwięziona dziewica prze­cud­nej urody. Tylko że ani ciotka Eve­line, ani ja nie wy­glą­dali­śmy na bo­hate­rów opo­wie­ści o królu Artu­rze.

Lśniąca od desz­czu, czarna as­fal­towa szosa, pro­wa­dząca do ogromnej bramy zam­ko­wej, wiła się po po­chy­łości wzgórza. Gdzieś w po­łowie jego wy­soko­ści, środ­kiem drogi, je­chała do zamku dwu­kółka z ja­rzy­nami, cią­gniona przez osiołka.

Da­łem raz i drugi sy­gnał klak­so­nem, aby dwu­kółka ustą­piła mi z drogi. Lecz osiołek, jak to osiołek, oka­zał się uparty i ani my­ślał ustą­pić. Kie­ro­wała dwu­kółką dziew­czyna oku­tana szczelnie płachtą prze­ciw­desz­czową. Nie miała chyba żad­nego auto­ry­tetu u osiołka, bo choć szar­pała lej­cami i wy­ma­chi­wała ba­tem nad łbem z dłu­gimi uszami, osioł wciąż dreptał środ­kiem szosy.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ma­dame Eve­line, wy­chy­lając się przez okno we­hi­kułu. — Czy pa­nienka nie może przemó­wić do ro­zumu temu zwie­rzę­ciu? Czy osła nie obo­wią­zują prze­pisy dro­gowe?

Ale z osłem, jak wia­domo, nie warto wdawać się w dys­puty, a tym bar­dziej wy­my­ślać mu. Więc choć szosa była wą­ska, zje­cha­łem we­hi­ku­łem na jej skraj i ocie­rając się o kol­cza­sty ży­wo­płot, wy­prze­dzi­łem w końcu dwu­kółkę. W ten spo­sób pod­je­cha­łem pod bramy zamku pana Mar­chanta.

Za­trą­biłem bar­dzo gło­śno. Cze­kali­śmy z pięć mi­nut, aż ogromna brama nieco się uchyliła. Na tyle tylko, aby przez szpary prze­ci­snął się po­tężny męż­czy­zna z ogrom­nym czerwo­nym no­sem.

No­sacz żując gumę po­pa­trzył na nas nie­chęt­nie.

— Do kogo, hę? — za­pytał gru­bym gło­sem. — Tu­ry­stów się tu nie wpuszcza.

Ma­dame Eve­line wyj­rzała przez okno we­hi­kułu.

— Je­stem Eve­line Brion. Pro­szę za­mel­do­wać panu Mar­chantowi, że przy­by­łam na jego za­pro­sze­nie, aby obej­rzeć Orle Gniazdo.

No­sacz wzruszył ra­mio­nami i po­wie­dział nie prze­stając żuć gumy:

— Tu nie ma nic do oglą­dania. Nie sły­sza­łem o żad­nym za­pro­sze­niu.

Bar­dzo po­dejrzliwie spo­glą­dał na mój we­hikuł.

— Ma się ten kulo­od­porny wo­zik, co? — mru­gnął do mnie poro­zu­mie­wawczo. — I my­ślicie, że ja się dam na­brać? Eve­line Brion, co? Zna się to fał­szywe na­zwi­sko. Czuję, że jeste­ście z ja­kiejś fran­cu­skiej bandy. Jazda stąd, pó­kim do­bry.

Wziął nas za fran­cu­skich gangste­rów i chyba po­dej­rze­wał, że wie­ziemy w we­hi­kule ładu­nek dy­na­mitu.

A ma­dame Eve­line aż za­nie­mó­wiła na chwilę ze zgrozy i obu­rze­nia.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała wy­ska­kując z wozu. — Co pan po­wie­dział? Eve­line Brion to fał­szywe na­zwi­sko? Je­stem z ja­kiejś bandy? Boże drogi, gdyby to sły­szał mój mąż, naj­słyn­niej­szy ban­kier fran­cuski. Eve­line Brion z bandy? Ja pana wsa­dzę do kry­mi­nału! — wrzasnęła.

Myśl o kry­mi­nale, zdaje się, bar­dzo uba­wiła nosa­cza. Uśmiech­nął się od ucha do ucha. Przypo­mniał sobie jed­nak na­zwi­sko Brion.

— Brion? — za­sta­na­wiał się, ob­ser­wu­jąc bacznie ma­dame Eve­line. — Coś sobie przy­po­mi­nam. Nie­zły ma­jąte­czek miał ten facet. Pani jest jego mał­żonką? A te pe­rełki są praw­dziwe czy fał­szywe?

I wy­cią­gnął łapę w kie­runku kolii, którą ciotka Eve­line miała na szyi.

— Precz z ła­pami! — wrzasnęła ma­dame Eve­line. — Moje perły są fał­szywe? Czło­wieku, opa­mię­taj się, bo cię wsa­dzę do kry­mi­nału. Za te perły mo­gła­bym kupić tę wa­szą starą budę Orle Gniazdo i trzech ta­kich do­zor­ców jak pan.

Tym ra­zem ona do­tknęła no­sacza. Wy­pluł gumę do żucia, wy­pro­sto­wał się dum­nie.

— Nie je­stem do­zorcą — stwierdził po­nuro. — Za­li­czam się do przyjaciół pana Mar­chanta. I nie­po­trzebnie unosi się pani gniewem, ma­dame. O wa­szym przyjeź­dzie za­wia­do­mię pana Mar­chanta.

Zer­knął na perły ciotki Eve­line i dodał z bły­skiem chciwo­ści w oczach:

— A te pe­rełki, coś mi się widzi, są naj­praw­dziwsze w świe­cie. Bar­dzo ładne sztuki.

To mó­wiąc otworzył sze­roko bramę zamku. Wje­cha­liśmy naj­pierw do nisko skle­pio­nej ogromnej sieni, a po­tem na sze­roki po­dwó­rzec, oto­czony mu­rami.

Usły­szeli­śmy, jak za na­szymi ple­cami z głu­chym ło­sko­tem za­warły się po­tężne odrzwia. Ten ło­skot wy­dał mi się zło­wróżbny i aż dreszcz prze­szedł mi po ple­cach. Nie ule­gało bo­wiem żad­nej wąt­pli­wo­ści, że zna­leźli­śmy się nie tyle w Or­lim Gnieździe, co w gnieź­dzie gangste­rów.

 


ROZDZIAŁ TRZYNASTY [top]

TAJEMNICA ORLEGO GNIAZDA • DWUZNACZNA ROZMOWA Z MARCHANTEM • RYZYKOWNY POMYSŁ YVONNE • KIM OKAZAŁ SIĘ MURARZ • KŁOPOT ZE STARĄ DAMĄ • W LOCHACH STAREJ BASZTY • POGRÓŻKI FANTOMASA • DEMASKUJĘ TAJNEGO KORESPONDENTA • KATASTROFA KOLEJOWA

 

Za bramą Or­lego Gniazda krył się uro­czy, nie­mal rajski za­kątek. Oto w du­żym czworo­boku wy­so­kich śre­dnio­wiecz­nych mu­rów, w są­siedztwie po­nu­rego don­żonu, stała no­wo­cze­sna willa w stylu mau­re­tań­skim, tak biała, że na tle bru­nat­nych mu­rów raziła oczy.

U stóp willi roz­cią­gał się szmarag­dowy, sta­ran­nie utrzymany traw­nik i poły­ski­wał basen wy­ło­żony błę­kit­nymi ka­fel­kami. Za base­nem znaj­do­wał się mi­nia­tu­rowy ogródek, pełen roz­kwi­tłych róża­nych krzewów, wy­dzielają­cych upa­ja­jący za­pach. Wszędzie — od bramy do willi, od willi do ba­senu i po­przez ma­leńki ogród — pro­wa­dziły beto­nowe ścieżki. Nieco szer­sza dróżka wio­dła do bu­dynku go­spo­darczego z gara­żami i ko­mi­nem cen­tral­nego ogrzewa­nia.

Na środku dzie­dzińca ci­chutko szemrała duża fon­tanna.

— Tak, tam pro­szę poje­chać — roz­kazał nam no­sacz, wskazując nie­wielki par­king w są­siedztwie bu­dynku go­spo­darczego.

A gdy wy­sie­dli­śmy z we­hi­kułu, no­sacz za­pro­wa­dził nas do ogrodu, do małej al­tany ze szklanym da­chem, do ścian któ­rej tuliły się róże o bar­wie czerwo­nej, żółtej, kre­mo­wej, a nawet czar­nej.

Usiedli­śmy wy­god­nie w buja­nych fote­lach, a no­sacz po­śpie­szył do willi, aby panu Mar­chantowi za­anonso­wać nasze przy­bycie.

— Ca­ramba, porca mise­ria — mruknęła ma­dame Eve­line. — Pięk­nie sobie mieszka ten han­dlarz win. Gdy pod­jeż­dża się do Or­lego Gniazda, wy­daje się, że to kupa gru­zów i tchną­cych wil­gocią sta­rych mu­rów. A tym­cza­sem tutaj jest wprost cu­dow­nie. On musi mieć kupę forsy.

— Pani zna go od dawna? — za­py­tałem.

— Po­zna­łam go na wy­ści­gach sa­mo­cho­do­wych. Już to chyba mó­wi­łam. Miałam wtedy po raz pierwszy prze­piękny na­szyj­nik z dia­mentów...

— I po raz ostatni, prawda?

— Tak, a skąd pan o tym wie? — zdziwiła się ma­dame Eve­line. — Wła­śnie tej nocy w hotelu, w któ­rym się za­trzyma­łam, skra­dziono mi na­szyj­nik. Oczywi­ście, był do­brze ubezpie­czony i nic na tym nie stra­ciłam. Ale na­szyj­nik prze­padł. Czyżby pan są­dził?... — do­my­śliła się, jakie mia­łem po­dej­rze­nia.

— Tak — kiw­ną­łem głową. — Są­dzę, że wła­ści­ciel tego zamku, nie tyle z po­trzeby, ile dla sa­mej przyjem­ności, lubi od czasu do czasu za­kraść się do ho­telu po jakiś piękny przedmiot.

— O Boże! — ciotka Eve­line do­tknęła ko­lii z pereł. — Ucie­kajmy stąd. Ja mam na sobie dro­go­cenne perły.

— W tym zamku nic pani nie grozi — uśmiech­ną­łem się.

— Ma pan rację — mruknęła ma­dame Eve­line. — On sprawia wra­żenie dżentel­mena. Ale ten jego słu­gus to gangster. Czy pan za­uwa­żył, jak on chciwie wpa­try­wał się w moją kolię? Może lepiej zro­bimy ucie­kając stąd? A wła­ści­wie po co tu przyje­cha­liśmy? Pana na­prawdę inte­re­suje ar­chi­tek­tura tego zamku?

— Ach, nie, ma­dame. Chciałem bliżej po­znać Pierre Mar­chanta. Pani na­zywa go han­dla­rzem win. A skąd pani wie, że on się tym zaj­mo­wał?

— Sam mi to po­wie­dział — od­rze­kła. — Przedsta­wił mi się jako han­dlarz win, który wy­cofał się z inte­re­sów. Czyżby pan są­dził, że to nie­prawda? A skąd miałby pie­nią­dze na utrzyma­nie tak wspania­łego za­kątka?

— Nie wiem, ma­dame — znowu uśmiech­ną­łem się pod no­sem. Na­iw­ność ciotki Eve­line była roz­bra­ja­jąca. Jeśli Pierre Mar­chant miał coś wspólnego z Joh­nem Blackiem, to ra­czej było wąt­pliwe, aby kie­dy­kol­wiek zaj­mo­wał się han­dlem win. Prawdą było tylko, że miał duży ma­jątek, zdo­byty dzięki wła­ma­niom do ban­ków i na­pa­dom na kasy z pie­niędzmi. „Na­pad stu­lecia” przy­niósł mu ogromną for­tunę. Ale, jak można było przy­pusz­czać, Mózg chyba nie lubił wy­po­czy­wać. Być może bez­czynne ko­rzy­sta­nie z owo­ców prze­stęp­stwa wy­da­wało mu się czymś nad wy­raz nud­nym. Pew­nego dnia za­pra­gnął swą willę w stylu mau­re­tań­skim ozdobić wspania­łymi obra­zami. A że ku­po­wa­nie rze­czy dro­go­cen­nych było mu obce, a może na­wet wstrętne, wy­my­ślił sobie „metodę Fan­to­masa”, jak na­zwałem spo­sób kra­dzieży ob­ra­zów z gale­rii w zam­kach nad Lo­arą.

„Te ob­razy gdzieś tu­taj mu­szą być” — roz­my­śla­łem go­rącz­kowo.

Czy jed­nak nie po­no­siła mnie fan­tazja? Czy Pierre Mar­chant był na­prawdę Joh­nem Blackiem, po­szu­ki­wa­nym przez poli­cje an­giel­ską słyn­nym Mó­zgiem?

„Pi­geon wpadł na jakiś trop. I wpadł na niego wówczas, gdy zajął się osobą Mar­chanta. Prze­cież nie­dwu­znacznie wy­ni­kało to z na­szej wczoraj­szej roz­mowy” — me­dy­to­wa­łem.

Tymcza­sem na beto­no­wej ścieżce uka­zał się in­wa­lidzki fotel, po­py­chany przez nosa­cza. Na fo­telu, z no­gami okrytymi szkockim ple­dem, sie­dział Pierre Mar­chant. Miał na sobie cie­płą bon­żurkę, a pod szyją czerwony je­dwabny fular.

Gdy zbli­żał się do nas i pa­trzy­łem na jego gładko wy­go­loną twarz, ja­sne, sta­ran­nie przy­cze­sane włosy, nie mo­głem nie po­my­śleć, że być może jest to tylko jedno z licz­nych wcieleń Mó­zgu. Te włosy były może pe­ruką, a re­gu­larne rysy w każ­dej chwili mo­gły ulec znie­kształce­niu. Ist­niały prze­cież spo­soby, aby wy­pchnąć po­liczki i twarz uczynić pu­co­ło­watą. Ozdobiona gę­stym zaro­stem, w ni­czym nie przy­po­mi­na­łaby tej, którą teraz oglą­dali­śmy.

Jak na­prawdę wy­glą­dał John Black? Ile było ryso­pi­sów tego czło­wieka?

Poli­cji nie udało się nigdy uzy­skać odci­sków jego pal­ców. A twarz? Nikt nie wi­dział nigdy prawdzi­wego obli­cza tego czło­wieka.

Oto teraz pod­jeż­dżał do nas na swoim in­wa­lidz­kim fo­telu. Na kola­nach trzymał ga­zetę.

— Wi­tam pań­stwa — skło­nił się lekko i coś w ro­dzaju iro­nicz­nego uśmieszku prze­mknęło po jego ustach. Cie­szę się, że ma­dame do­trzymała obietnicy i ra­czyła oka­zać za­inte­re­so­wa­nie dla mo­jego zamku.

Ciotka Eve­line, jak zwy­kle, za­częła od prze­kleństw:

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała. — Pięk­nie się pan tu urzą­dził, szkoda ga­dać. Nigdy bym nie przy­pusz­czała, że za tymi po­nu­rymi mu­rami jest tak cud­nie.

Pierre Mar­chant z za­do­wo­le­niem słu­chał jej za­chwytów.

— Owszem, ma­dame, zro­biłem wiele dla tego za­kątka. Ale po­goda w tych stro­nach nie bywa tak wspaniała, jak na połu­dniu. Nie tak dawno na­by­łem małą po­sia­dłość w jed­nym z krajów arab­skich, gdzie niebo nie­mal zaw­sze jest bez­chmurne. Urządzi­łem tam duży ogród i wy­bu­do­wa­łem ob­szerną willę, ob­szer­niej­szą niż ta. W jed­nym z na­szych por­tów oczekuje mnie w każ­dej chwili mój jacht mo­to­rowy. Jeśli w dal­szym ciągu bę­dzie tu siąpił deszcz, wy­jadę stąd.

— Ach, szczęśliwa Ara­bia... — wes­tchnęła ciotka Eve­line. — Ja mam willę na Ri­wie­rze. Po­goda bywa tam dość zno­śna.

— Ale za dużo ludzi — od­parł pan Mar­chant. — A ja nie lubię ob­nosić się ze swoim in­wa­lidztwem i ra­czej szu­kam sa­mot­ności.

Do­piero teraz Mar­chant skie­rował prze­ni­kliwy wzrok na moją osobę.

— Miło mi pana po­witać — rzekł, bio­rąc do ręki ga­zetę. — To pan jest, jeśli się nie mylę, owym słyn­nym Pa­nem Sa­mo­cho­dzi­kiem?

— Tak mnie na­zy­wają.

— Dzi­siej­sza prasa wiele pisze o panu. Po­dobno udało się panu prze­chy­trzyć Fan­to­masa i uniemoż­liwić kra­dzież ob­razu Van Gogha. Pi­szą, że wy­krył pan „metodę Fan­to­masa” i od tej chwili nie ma on już żad­nych moż­liwo­ści działania.

— Tak, to prawda. Wy­kry­łem „metodę Fan­to­masa” i nie ukradnie on już żad­nego ob­razu z zam­ków nad Lo­arą.

— Czy jest pan może też na tro­pie sa­mego Fan­to­masa?

— Mam na­dzieję, że uda mi się go schwytać — kiw­ną­łem głową.

Mar­chant po­pa­trzył na mnie uważnie, jakby chciał tym spoj­rze­niem we­drzeć mi się pod czaszkę i po­znać moje myśli. Uśmiech­nął się jed­nak i stwierdził:

— Z ogrom­nym za­inte­re­so­wa­niem śle­dzi­łem wia­do­mo­ści w pra­sie o pań­skiej walce z Fanto­ma­sem. Wy­daje mi się, że Fan­to­masa zgu­biła nad­mierna pew­ność sie­bie. Nie do­cenił pana, panie...

— Mam na imię To­masz — wtrą­ciłem szybko — nie lubię bo­wiem, gdy na­zy­wają mnie Pa­nem Sa­mo­cho­dzi­kiem. Brzmi to prze­cież dość śmiesznie.

— A więc on chyba pana nie do­cenił — rzekł Mar­chant. — Ale za­pewne zgo­dzi się pan ze mną, że i Fan­to­mas nie jest człowie­kiem prze­cięt­nym.

— Tak — przytak­ną­łem. — To umysł nie­zwy­kły. Wy­my­śle­nie tak pro­stej, a jed­no­cze­śnie sku­tecz­nej me­tody kra­dzieży ob­ra­zów uwa­żam za praw­dziwy maj­stersztyk. Ale to człowiek nie­zwy­kle nie­bez­pieczny. Dla­tego tym większą mam ochotę spo­wo­do­wać, by go areszto­wano.

— Och, to chyba nie bę­dzie takie pro­ste — iro­niczny uśmieszek po­jawił się znowu na jego ustach. — O ile do­brze zro­zu­mia­łem wia­do­mo­ści za­miesz­czone w pra­sie, dotąd nie schwytano ni­kogo z jego ludzi. A więc trop urwał się. W jaki spo­sób chce pan trafić do Fan­to­masa?

— Mu­szę od­zy­skać skra­dzione przez niego ob­razy — po­wie­działem sta­now­czo. — I nie spo­cznę, do­póki tego nie do­ko­nam.

Mar­chant za­sta­nowił się chwilę, a po­tem rzekł z obo­jętną miną, jakby roz­wa­żał jakąś teo­re­tyczną kwe­stię:

— A gdyby Fan­to­mas za­pro­po­no­wał panu zwrot skra­dzio­nych obra­zów w za­mian za po­zo­sta­wie­nie go w spo­koju?

Tym ra­zem ja spoj­rza­łem na niego bar­dzo uważnie i po­wie­działem z naci­skiem:

— Od­dałby mi taką pro­po­zycją nie­zwy­kłą przy­sługę. Miałbym pew­ność, że po­siada te ob­razy, to zna­czy, nie sprzedał ich i nie po­wę­dro­wały one w świat. A tym sa­mym za­chę­ciłby mnie do walki. Nie spo­cznę, do­póki ten człowiek nie znaj­dzie się za krat­kami.

Jakby chmura przele­ciała mu przez twarz i zmiotła uśmieszek.

— Tym ra­zem wy­daje mi się, że pan nie do­cenia Fan­to­masa. Wąt­pię, aby udało się panu za­pro­wa­dzić go za kratki, jak to pan okre­śla. Pan nie zna Fan­to­masa. On bar­dzo ko­cha nie­bez­pie­czeń­stwo. Gdy znaj­duje się w trud­nej sytu­acji, do­piero wtedy jest w swoim ży­wiole.

— Pan za to bar­dzo do­brze go zna — stwierdzi­łem z prze­ką­sem.

— Wy­ro­biłem sobie o nim zda­nie na pod­sta­wie jego wy­czy­nów — od­rzekł. I znowu się uśmiech­nął.

To było oczywiste, że on do­my­ślał się, że ja wiem, kim jest Fan­to­mas. I dla­tego nasza roz­mowa była taka za­bawna.

— Ale nie przyjechał pan chyba do Or­lego Gniazda, aby szu­kać tutaj Fan­to­masa — z tym sa­mym uśmiesz­kiem po­wie­dział Mar­chant. — Jest pan cu­dzo­ziemcem, któ­rego inte­re­suje stara ar­chi­tek­tura zam­ków nad Lo­arą. Bar­dzo chęt­nie oprowa­dzę pana po swoim zamku. Drogi Artu­rze — zwrócił się do nosa­cza, który wciąż stał za jego ple­cami — po­zo­staw nas sa­mych. Ja sam po­pchnę fo­tel.

No­sacz skło­nił się Mar­chantowi i od­szedł w stronę bramy zam­ko­wej. A Mar­chant chwycił dłońmi za szprychy kół swego fotela i po­je­chał w głąb ogrodu.

— Ca­ramba, porca mise­ria — burknęła ciotka Eve­line. — Na­resz­cie skończy­liście, pa­no­wie, roz­mowę o Fan­to­ma­sie. Wy­znaję, że mam już do­syć tego czło­wieka. Słu­cha­nie o nim staje się nudne.

— Ma pani rację, ma­dame — ro­ze­śmiał się Mar­chant. — Pro­szę więc oglą­dać moje róże.

I oglą­dali­śmy wspaniale roz­kwi­tłe pąki róż, wdy­cha­liśmy ich sub­telny, mocny za­pach.

— Ten za­mek, gdy go na­by­łem przed pię­cioma laty — opo­wia­dał Mar­chant — był nie­mal kom­pletną ruiną. Ka­za­łem na­pra­wić mury obronne i zbu­do­wa­łem willę. Po­tem ka­za­łem zro­bić basen i ogród z al­taną.

— Po co panu basen? zdziwiła się ciotka Eve­line ze swoją szorstką bez­ce­re­mo­nial­no­ścią. — Prze­cież pan jest in­wa­lidą i nie może pan ko­rzy­stać z ba­senu.

— Ach, ma­dame, to przy­kro słu­chać o ka­lec­twie — wes­tchnął pan Mar­chant. — Le­czę się u naj­lep­szych leka­rzy i mam na­dzieję od­zy­skać kie­dyś wła­dzę w no­gach. Wówczas będę ko­rzy­stał z pły­wac­kiego ba­senu.

— Prze­pra­szam pana, panie Mar­chant — za­wstydziła się ciotka Eve­line. — Oczywi­ście, od­zyska pan wła­dzę w no­gach i bę­dzie pan ko­rzy­stał ze swojego wspania­łego ba­senu.

Mar­chant wy­je­chał na fo­telu z ogrodu i skie­rował się ku starej basz­cie obronnej, którą chciał mi po­kazać nieco do­kład­niej. Gdy mi­jali­śmy bramę wjazdową, zo­ba­czy­liśmy wó­zek z osioł­kiem sto­jący obok bu­dynku go­spo­darczego. Deszcz prze­stał wła­śnie pa­dać, więc dziew­czynka, która po­pę­dzała osiołka, zrzu­ciła z sie­bie bre­zen­tową płachtę.

— Yvonne? — wy­rwało się ciotce Eve­line. — Ca­ramba, porca mise­ria, co ta dziew­czyna tu robi?

W tym mo­men­cie chwyciłem ko­ścistą rękę star­szej pani i ści­sną­łem ją tak mocno, że nie­mal krzyknęła z bólu.

— Yvonne? — za­inte­re­so­wał się Mar­chant i ro­zej­rzał się na wszystkie strony. — O kim pani mówi, ma­dame?

Ciotka Eve­line chyba zro­zu­miała mój silny uścisk, bo za­częła dość męt­nie wy­ja­śniać:

— Ach, to nic waż­nego, pro­szę pana. Przypo­mniałam sobie o mojej bra­ta­nicy. Ta dziew­czyna nigdy mnie nie słu­cha i ko­rzy­stając z mojej nie­obecności może ze­chce przejechać się moim wo­zem. A to bar­dzo szybki sa­mo­chód.

— Są­dzi­łem, że pani sa­mo­chód jest ze­psuty — od­parł pan Mar­chant. — Tak pisali w gaze­tach — dodał.

— Już go na­pra­wiono — skła­niała ciotka Eve­line.

— Ach, tak — kiw­nął głową Mar­chant.

I skie­rował swój fotel w stronę baszty. A ja dys­kret­nie obej­rza­łem się do tylu. Tak, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że dziew­czynką, która przywio­zła ja­rzyny do Or­lego Gniazda, była Yvonne. Tak więc wy­ja­śniła się jej po­ranna nie­obecność w Zamku Sze­ściu Dam. Ro­bert miał w po­bli­skiej wio­sce ja­kieś zna­jo­mo­ści, dziew­czynce udało się na­mó­wić albo prze­kupić wła­ści­ciela wózka z osiołkiem i ten po­zwo­lił jej za­wieźć ja­rzyny do Or­lego Gniazda. Pil­nują­cemu bramy gangste­rowi w Or­lim Gnieździe za­pewne wy­ja­śniła, że wła­ści­ciel wózka za­cho­rował, a ona jest jego córką i za­stę­puje ojca. W ten spo­sób Yvonne do­stała się za bramę zamku.

„Na­raża się na po­ważne nie­bez­pie­czeń­stwo — po­my­śla­łem z obawą. — Co bę­dzie, jeśli zło­czyńcy do­my­śla się, że przy­była tutaj na prze­szpiegi?”.

Nie da­łem jed­nak nic po sobie po­znać i oka­zy­wa­łem ogromne za­inte­re­so­wa­nie po­tężną, starą basztą.

W ścia­nie don­żonu wy­kuto drzwi. Były otwarte na oścież, we­wnątrz pra­co­wała grupka ro­bot­ni­ków.

— Jak pań­stwo wi­dzą — obja­śniał Mar­chant — koń­czą się ro­boty mu­rar­skie. Don­żon miał daw­niej drewniane schody. Ka­za­łem zro­bić mu­ro­wane i wy­re­montować wszystkie cztery kon­dy­gna­cje wieży. Za­mie­rzam dach don­żonu po­kryć szkłem, a we wnę­trzu baszty urzą­dzę gale­rię obra­zów.

Na ka­miennej po­sadzce don­żonu le­żały kupy gruzu i ce­gieł, za­gra­dzały drogę worki z ce­mentem. Trzech ro­bot­ni­ków w po­pla­mio­nych ubra­niach za­mu­ro­wy­wało przewody elek­tryczne w ścia­nach.

— Taki tu bała­gan, że nie za­pra­szam pań­stwa na zwiedza­nie baszty — po­wie­dział pan Mar­chant. — Jeśli jed­nak pań­stwo mają ochotę pro­szę zaj­rzeć do lochu. O tam, w le­wym rogu wi­dać krę­cone schodki w dół. W daw­nych wie­kach pa­no­wie tego zamku wię­zili tam swoich wro­gów. Pana to po­winno za­inte­re­so­wać.

Kiw­ną­łem głową, że wszystko po­jąłem. Chciał mi dać do zro­zu­mie­nia, że je­śli będę w dalszym ciągu dep­tał Fan­to­ma­sowi po pię­tach, znajdę się w lo­chu pod basztą.

— Do licha! — za­wo­łała ciotka Eve­line. — Mu­szę zo­ba­czyć pod­ziemne wię­zie­nie. Fan­to­masa by w nim za­mknąć, w dy­bach osa­dzić, na tor­tury ska­zać!

Mar­chant uśmiech­nął się wy­ro­zu­miale. Po­my­śla­łem, że nasza wi­zyta set­nie go bawi. Miałem na końcu ję­zyka uwagę, która być może ze­psu­łaby mu do­bry hu­mor, ale ma­dame Eve­line już prze­dzie­rała się przez sterty gruzu i de­sek do wi­docznego w ka­miennej po­sadzce du­żego otworu ze schodami w dół.

Na­gle sta­nęła jak wryta.

— Pi­geon? Ca­ramba, porca mise­ria, czyżbym miała halu­cy­nacje? — mruknęła dość gło­śno.

Jej spoj­rze­nie skie­ro­wane było na ro­bot­nika za­ję­tego za­mu­ro­wy­wa­niem przewo­dów elek­trycznych w ścia­nie. Ubranie robo­cze tego czło­wieka było bar­dziej niż in­nych po­chla­pane wap­nem i uwi­jał się przy robo­cie gor­liwiej niż po­zo­stali.

Tak, to był Pi­geon. De­tek­tyw Agencji Ubezpie­cze­nio­wej. I on także zde­cy­do­wał się za­kraść do Or­lego Gniazda. Za­pewne ob­ser­wu­jąc wczoraj za­mek Mar­chanta, za­uwa­żył wy­cho­dzą­cych stąd ro­bot­ni­ków, do­wie­dział się od nich o prze­pro­wa­dza­nych przez Mar­chanta ro­bo­tach w starej basz­cie, wku­pił się w łaski mu­rarzy i dziś rano wraz z nimi zna­lazł się w Orlim Gnieździe. A więc nie omyliły mnie prze­czu­cia. Pi­geon po­dej­rze­wał, że Mar­chant jest słyn­nym Joh­nem Blackiem.

Nie wiem, czy Mar­chant usły­szał gło­śne prze­cież mruknię­cie ciotki Eve­line i za­uwa­żył jej ogromnie zdzi­wioną minę. Aby po­wstrzymać ma­dame przed dal­szymi wy­ra­zami zdu­mie­nia, chwyciłem ją mocno za ramię i wo­łając: „Do wię­zie­nia, do lochu!”, po­cią­gną­łem ją w dół.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — wo­łała ciotka Eve­line. — Co pan wy­pra­wia, Panie Sa­mo­cho­dzik? Prze­cież ja nogi po­łamię. I w ogóle, co to wszystko ma zna­czyć? Yvonne na wózku z ja­rzy­nami, Pi­geon jako mu­rarz? Czy ja zwa­rio­wa­łam?

Gdy zna­leźli­śmy się w ciemnym, wil­got­nym lochu, po­ło­ży­łem palec na ustach, dając znak, aby mil­czała.

— Póź­niej pani wszystko wy­ja­śnię. Po pro­stu Mar­chant to po­dej­rzany osobnik. Pi­geon go śle­dzi, pani ro­zu­mie?

— Ale Yvonne, ca­ramba...

— Ci­szej — syk­ną­łem. — Mu­simy uwa­żać. Jeśli Mar­chant zo­rientuje się, że jest śle­dzony, może to się źle skończyć dla Pi­geona i Yvonne.

— Niech tylko spró­buje zro­bić krzywdę mojej bra­ta­nicy — burknęła groź­nie ma­dame Eve­line. — Nie radzę mu mieć ze mną do czy­nie­nia.

— Ci­chooo! — sy­cza­łem jak wąż.

— I po co pan tak syczy? — wzruszyła ra­mio­nami. — Nie je­stem taka głu­pia, jak pan myśli.

Usły­szeli­śmy na schodach czy­jeś kroki. Zro­biw­szy więc naj­bar­dziej obo­jętne miny, za­częli­śmy z ogromną uwagą oglą­dać pod­zie­mie.

Była to duża, okrą­gła cela, prze­gro­dzona w po­łowie żela­zną kratą. To tam, za kratą, przy­ku­wano więźnia do ściany. Jesz­cze wi­dać było kilka łań­cu­chów uczepio­nych do po­tęż­nych ha­ków, wmuro­wa­nych w ściany. Światło sło­neczne spływało tutaj wą­ziutką strużką przez ma­leń­kie okienko od strony po­dwó­rza zam­ko­wego. Jeśli na­prawdę trzymano tu kie­dyś więźniów, to nale­żało współczuć ich doli. Za po­sła­nie mieli wiązkę wil­got­nej słomy. Zimno, brak ruchu i świe­żego po­wie­trza szybko pod­ko­py­wały ich zdrowie.

— Brr! — aż wstrzą­sną­łem się na myśl o udrę­kach więźniów Or­lego Gniazda.

Do pod­ziemi zszedł ochlapany wap­nem ro­bot­nik, był to Pi­geon. Udając, że ogląda ślady po za­mu­ro­wa­nych przewo­dach elek­trycznych, zbli­żył się do nas i szep­nął:

— Będę po­trze­bo­wał pań­skiej po­mocy. Pro­szę przyjść dziś wie­czo­rem, o siódmej, do go­spody „Pod Trzema Psami” w tutej­szej wio­sce.

To po­wie­dziawszy Pi­geon, po­gwizdując przez zęby jakąś nie­wy­raźną me­lodię, znowu wy­szedł na górę.

— Ja też. Ja też przyjdę do go­spody — mruknęła ciotka Eve­line. — Coś mi się widzi, że szy­kuje się jakaś nie­zwy­kła sprawa. Może do­star­czy mi wię­cej emo­cji niż jazda szybkim sa­mo­cho­dem?

— Nie, nie — za­pro­te­sto­wa­łem go­rąco. — To nie jest sprawa dla ko­biety.

— A Yvonne? Ją do­pu­ścili­ście do ta­jem­nicy? — ma­dame wzięła się pod boki i spoj­rzała na mnie za­czepnie. — A może uwa­żacie, że ja je­stem za stara, hę?

— Ależ nic po­dob­nego, ma­dame — wy­krę­ca­łem się. — Pi­geon jed­nak tylko mnie za­prosił do go­spody.

— Uważam, że po­stąpił nie­tak­tow­nie i wy­ja­śnię mu to dziś wie­czo­rem — burknęła.

Tro­chę za długo sie­dzie­liśmy w pod­zie­miu. Mo­gło to obu­dzić po­dej­rze­nia Mar­chanta.

Wy­szli­śmy więc na górę. Mar­chant tkwił wciąż na swoim in­wa­lidz­kim fo­telu. Palił che­ster­fielda i czy­tał ga­zetę.

— No i co? — za­pytał nas, pod­no­sząc głowę znad ga­zety. — Jak pre­zen­tuje się moje wię­zie­nie? Cha, cha, cha! — na­gle roze­śmiał się. — Na gór­nych pię­trach wspaniała gale­ria obra­zów, a na dole wię­zie­nie dla wro­gów. Za­mie­rzam, pro­szę pań­stwa, kupić kilka szczurów i za­mknę je w lochu dla towa­rzy­stwa tych, któ­rzy się tam znajdą.

— Pry­watne wię­zie­nie? I do tego cięż­sze niż Ba­stylia! — obu­rzyła się stara dama. — Ależ, drogi panie Mar­chant, coś ta­kiego jest zaka­zane przez prawo.

Mar­chant dodał uspoka­ja­jąco:

— Prze­cież ja tylko żar­to­wa­łem, ma­dame. Nie mam wro­gów, z któ­rymi mu­siał­bym aż tak okrutnie po­stę­po­wać. Prawda, że nie mam wro­gów? — pyta­nie to skie­rował do mnie.

— Ja­kich wro­gów może mieć były han­dlarz win? — od­po­wie­działem pyta­niem.

Oce­nił zręczność mojej od­po­wie­dzi. Z uznaniem po­kiwał głową, a po­tem po­wie­dział:

— Po­każę pań­stwu jesz­cze jedną małą sztuczkę dla cie­kaw­skich. Może pań­stwo jesz­cze raz wejdą do don­żonu? — za­pro­po­no­wał.

Ma­dame Eve­line, która była z na­tury bar­dzo cie­kawa, na­tychmiast po­śpie­szyła z powro­tem do wieży. Ja jed­nak po­zo­sta­łem obok Mar­chanta.

— A pan? — za­gad­nął mnie.

— Nigdy nie nale­ża­łem do ludzi cie­ka­wych — od­par­łem.

— Są­dzi­łem, że Pan Sa­mo­cho­dzik to osoba na­der cie­kaw­ska i wścibska — stwierdził Mar­chant.

— Nie roz­wią­zuję za­ga­dek i nie tro­pię prze­stęp­ców przez cie­ka­wość i wścib­stwo rze­kłem. — Po pro­stu lubię przy­gody. Czy to panu wy­ja­śnia mo­tywy mo­jego po­stę­po­wa­nia?

— Owszem — przytaknął.

Pod­je­chał do ściany don­żonu na swoim fo­telu i przy­ci­snął nie­wielki gu­zi­czek, który za­uwa­ży­łem do­piero, gdy go do­tknął pal­cami.

W tym mo­men­cie w drzwiach don­żona opa­dła z góry żela­zna krata. Ciotka Eve­line i pra­cu­jący w don­żonie ro­bot­nicy zo­stali uwięzieni.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ma­dame Eve­line. — Co pan wy­pra­wia, panie Mar­chant! Czy za­mie­rza mnie pan uwięzić i zażą­dać okupu?

Mar­chant roze­śmiał się gło­śno.

— Ależ nie, ma­dame. Po pro­stu chciałem pani za­de­mon­stro­wać tę małą sztuczkę przy­go­to­waną dla tych, któ­rzy chcieliby w przy­szło­ści bez mojej zgody obej­rzeć gale­rię obra­zów.

To mó­wiąc Mar­chant znowu przy­ci­snął guzi­czek i krata pod­nio­sła się do góry.

— Kilka ta­kich gu­zicz­ków zo­stało zain­sta­lo­wa­nych w róż­nych miej­scach mo­jego domu — wy­jaśnił, sze­ro­kim ge­stem wskazując willę. I do­dał: — Czy mogę za­pro­sić pań­stwa na obiad? Wy­daje mi się, że pora po temu jest jak naj­bar­dziej sto­sowna.

— Nie, dzię­ku­jemy ser­decznie — od­rze­kła ma­dame Eve­line. — Z przyjem­no­ścią zje­dli­by­śmy obiad w pana towa­rzy­stwie, ale mamy do za­ła­twie­nia jesz­cze kilka pil­nych spraw. W Zamku Sze­ściu Dam oczekują nas rów­nież go­ście i mu­simy być obecni na obie­dzie. A może pan, panie Mar­chant, ze­chciałby nam towa­rzy­szyć do Zamku Sze­ściu Dam? Jest to obiekt bar­dzo inte­re­su­jący. Poza tym nie wiem, czy pan sły­szał, że mój brat, baron de Saint-Ga­tien ma wspaniałą gale­rię obra­zów sztuki no­wo­cze­snej. Warto ją obej­rzeć.

— O tak, natu­ralnie. Ale pani ro­zu­mie, że ka­lece trudno się ru­szać. Oczywi­ście, w przy­szło­ści sko­rzy­stam z za­pro­sze­nia.

By­łem tro­chę nie­za­do­wo­lony, że ma­dame Eve­line od­rzu­ciła za­pro­sze­nie na obiad. Może przy tej oka­zji mógłbym ro­zej­rzeć się po willi i zo­ba­czyć, czy nie ma w niej ukrytych skra­dzio­nych obra­zów. Ale chyba Mar­chant nie był tak głupi, żeby te ob­razy trzymać na wi­docznym miej­scu. Do­my­śla­łem się zresztą, dla­czego ciotka Eve­line od­rzu­ciła za­pro­sze­nie. Stara pani nie­po­koiła się o Yvonne i chciała się upewnić, czy dziew­czynka, po wy­ła­do­wa­niu ja­rzyn z wózka, bez­piecznie zna­lazła się za bramą Or­lego Gniazda.

Mar­chant wyjął gwizdek z kie­szeni. Za­raz też od strony bu­dynku go­spo­darczego nad­biegł no­sacz.

— Za­pro­wadź pań­stwa do ich sa­mo­chodu i otwórz bramę — roz­kazał.

Na po­że­gna­nie wy­cią­gnął rękę do ma­dame, a na­stęp­nie uści­snął moją dłoń.

— Nie mó­wię panu: do zo­ba­cze­nia — rzekł mi na po­że­gna­nie — gdyż, jak panu mó­wi­łem, za­mie­rzam wy­je­chać z Or­lego Gniazda.

„Wy­fru­nąć” — do­da­łem w my­ślach. A gło­śno po­wie­działem:

— Ja też wkrótce wra­cam do Pol­ski. Oczywi­ście, po schwyta­niu Fan­to­masa.

Skłoniłem mu się i wraz z ciotką Eve­line skie­ro­wa­łem się do we­hi­kułu. Prze­cho­dząc przez po­dwó­rzec nie za­uwa­żyli­śmy już Yvonne. Zo­ba­czy­liśmy ją na szo­sie u pod­nóża zamku. Osiołek dreptał szybko z górki, a dziew­czynka z bar­dzo za­do­wo­loną miną sie­działa na koźle dwu­kółki.

Wy­prze­dzi­łem wó­zek i za­trzyma­łem we­hikuł do­piero na skraju wio­ski, za wy­so­kimi krza­kami. Nie chciałem, aby z mu­rów zamku do­strzeżono nasze za­inte­re­so­wa­nie dziew­czynką na wózku.

Cze­kali­śmy na Yvonne dość długo, bo osiołek był uparty i gdy tylko wó­zek sto­czył się z góry zam­ko­wej, nie było siły, aby przy­śpie­szył kroku.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ciotka Eve­line, gdy wreszcie po­ja­wiła się Yvonne. — Co ty wy­pra­wiasz, dziew­czyno? Co ma zna­czyć ta ma­ska­rada?

Yvonne nie prze­sta­wała się uśmiechać od ucha do ucha.

— A co? Świetnie to urzą­dzi­łam, prawda? Tym ban­dzio­rom z Or­lego Gniazda na­wet przez myśl nie prze­szło, że ja to je­stem ja.

— Po co się nara­żasz na nie­bez­pie­czeń­stwo? — jęk­nęła ciotka.

— A sto ty­sięcy fran­ków na­grody za Fan­to­masa? By­łam w Or­lim Gnieździe i je­stem pewna, że Mar­chant to Fan­to­mas.

— Skąd ta pew­ność? — za­py­tałem.

— Wi­działam coś ta­kiego, czego nikt z was nie mógł wi­dzieć — triumfu­jąco oświad­czyła dziew­czynka. — Gdy wy znik­nęli­ście w basz­cie, a Mar­chant zo­stał w fo­telu na ze­wnątrz, w pewnej chwili wstał i zro­bił kilka kro­ków dla roz­pro­sto­wa­nia nóg. On nie jest ka­leką. Cho­dzi jak każdy z nas. Jeśli więc udaje ka­lekę, to tylko dla­tego, że chce uchodzić za ko­goś in­nego, niż jest w rze­czy­wi­stości. To Fan­to­mas.

— Pi­geon też to chyba za­uwa­żył — rze­kła ma­dame Eve­line. Pi­geon? — zdziwiła się dziew­czynka.

— No, tak. Prze­cież jest jed­nym z mu­rarzy, któ­rzy pra­cują na basz­cie.

— Fiuuu! — gwizdnęła Yvonne. — Coś mi się widzi, że on chce mi sprzed nosa sprzątnąć na­grodę za Fan­to­masa.

— Zdaje mi się, że za­kle­pałaś sobie tę sprawę u ko­misa­rza poli­cji. Nie­po­trzebnie się nara­żasz — przy­po­mniałem jej.

Dziew­czynka spoj­rzała na mnie z po­wagą.

— Pan chyba nie sądzi, że ja to robię dla zdo­bycia pie­nię­dzy, choć przy­znaję, że przy­da­łyby się nam bar­dzo. Ale prze­cież mu­simy od­zy­skać skra­dzione ob­razy.

— Tak — zgo­dzi­łem się z nią.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ma­dame Eve­line. — Po­zwólcie, że ja tę sprawę we­zmę w swoje ręce. Mar­chant wy­gląda na dżentel­mena. Spróbuję się z nim do­ga­dać. Po­wiem mu, że wiemy, kim jest i Jeśli nie zwróci obra­zów, wy­damy go w ręce poli­cji.

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Przede wszystkim wy­śmieje pa­nią i za­pyta, jakie ma pani do­wody na to, że on jest Fan­to­ma­sem.

— Udaje in­wa­lidę... — od­rze­kła ciotka.

— To ża­den do­wód.

— Dra­pie się za le­wym uchem — do­rzu­ciła Yvonne.

— To rów­nież ża­den do­wód. Ko­mi­sarz poli­cji wy­śmiał cię, Yvonne — przy­po­mniałem jej. — A poza tym Mar­chant po­wie­dział, że wkrótce opuszcza Fran­cję. Za­pewne spró­buje uciec z ob­ra­zami. I szu­kaj wia­tru w polu.

Yvonne tupnęła nogą.

— Więc trzeba działać! Już! Na­tychmiast! Pa­nie Sa­mo­cho­dzik, co się z pa­nem dzieje?

— Nie lubię, kiedy się mnie na­zywa Pa­nem Sa­mo­cho­dzi­kiem — burkną­łem. — Je­stem po­ważną osobą, hi­sto­ry­kiem sztuki na sta­no­wi­sku w mini­ster­stwie.

I tak, tro­chę żar­tując, od­pro­wa­dzili­śmy Yvonne do za­grody wła­ści­ciela wózka i osiołka. Cze­kał tam na dziew­czynkę Ro­bert, za­gniewany, że Yvonne, a nie on, od­była po­dróż do Or­lego Gniazda. Wy­obra­ża­łem sobie dys­kusję mię­dzy nimi, kto ma wy­ru­szyć na nie­bez­pieczną wy­prawę.

Od­cią­gną­łem ich nieco na bok, aby nas ma­dame Eve­line nie sły­szała, i za­py­tałem Ro­berta:

— Co masz za­miar robić w przy­szło­ści, chłopcze? Zdumiało go to nie­oczeki­wane pyta­nie.

— Będę stu­dio­wał histo­rię — po­wie­dział.

— A ty, Yvonne?

— Jesz­cze nie wiem, pro­szę pana. A dla­czego pan o to pyta?

Zro­biłem bar­dzo po­ważną minę, cho­ciaż chciało mi się śmiać.

— Uważam, Yvonne, że po­win­naś stu­dio­wać dzienni­kar­stwo. Pi­szesz bar­dzo ładne wzmianki do gazet.

— Co ta­kiego? — nie zdo­łała opa­no­wać ru­mieńców, które uka­zały się na jej po­licz­kach.

— Prze­cież to ty jesteś tym ta­jem­ni­czym kore­sponden­tem, in­for­mu­ją­cym prasę o wy­da­rze­niach w Zamku Sze­ściu Dam — stwierdzi­łem.

Ro­bert pa­trzył zdu­miony na dziew­czynkę.

— To ty, Yvonne? Na­prawdę?

— Tak, ja — przy­znała się. — A co w tym złego? Jako kore­spon­dentka za­ra­biam tro­chę pie­nię­dzy. Dzięki tym za­rob­kom ku­piłam ma­szynę do strzyżenia traw­ni­ków. A i stry­jowi po­życzę na drobne wy­datki, żeby nie mu­siał sprzeda­wać swoich ko­lejek. Oni do­brze mi płacą za kore­sponden­cję o Panu Sa­mo­cho­dziku i Fan­to­ma­sie.

— Na litość bo­ską, Yvonne, oszczędź moją biedną osobę — roze­śmiałem się i po­sze­dłem do ma­dame Eve­line.

Yvonne i Ro­bert wró­cili do zamku na ro­we­rach, my zna­leźli­śmy się w domu o wiele wcześniej. Po obie­dzie baron de Saint-Ga­tien za­prosił mnie na kawę do zam­ko­wej bi­blio­teki.

Było to dość duże po­mieszcze­nie, o ścia­nach od góry do dołu za­sta­wio­nych sta­rymi księ­gami. Stały tu setki ksią­żek opraw­nych w świń­ską skórę. Istny raj dla ludzi roz­mi­ło­wa­nych w li­tera­turze i hi­storii. Usiedli­śmy przy ni­skim sto­liku, w głę­bo­kich fote­lach. Filip przy­niósł nam pachnącą kawę w zło­co­nych fili­żan­kach z sewr­skiej por­ce­lany.

— Chciał­bym panu wy­znać pewną ta­jem­nicę — ostrożnie ode­zwał się baron.

— Słu­cham uprzejmie. Ta­jem­nica zo­sta­nie przy mnie — za­pew­niłem ba­rona.

Na­brał w płuca dużo po­wie­trza, jakby zdra­dze­nie ta­jem­nicy było ogrom­nym wy­sił­kiem.

— Drogi pa­nie — za­czął. — Mu­szę panu wy­znać, że i ja, po­dob­nie jak nie znany mi z na­zwi­ska pana przyjaciel, je­stem wiel­bi­cie­lem mi­nia­tu­ro­wego ko­lej­nic­twa.

— Ach, tak?

— Mało tego — zni­żył głos do szeptu. — Obawa przed śmieszno­ścią, a szczegól­nie lęk przed drwinami ze strony mojej sio­stry Eve­line spo­wo­do­wały, że swoje za­inte­re­so­wa­nia zmu­szony je­stem okrywać ta­jem­nicą...

Znowu na­brał w płuca po­tężny łyk po­wie­trza i wy­rzucił jed­nym tchem:

— Mam dwie mi­nia­tu­rowe stacje i kil­kaset me­trów to­rów ko­lejo­wych. Czy chce się pan ze mną po­ba­wić ko­lej­kami?

Udałem ogromną ra­dość.

— Ależ to wspaniała pro­po­zycja! Je­stem panu nie­zmiernie zo­bo­wią­zany! — za­wo­łałem.

— Ci­szej... — baron przyłożył palec do ust i bacznie ro­zej­rzał się na wszystkie strony. — A więc idziemy, drogi panie. Za­pro­wa­dzę pana do swej pra­cowni.

Do bi­blio­teki zam­ko­wej przylegał jego gabi­net, w któ­rym od­kry­łem prze­piękne stare me­ble.

— Tu urzę­do­wał król Fran­ci­szek I — wy­jaśnił mi z dumą baron. — A w są­sied­nich po­ko­jach mieszkało pięć kró­le­wien: córki Kata­rzyny Me­dy­cej­skiej i jej pa­sier­bice. Z dal­szymi po­ko­jami są­sia­dują kom­naty księ­cia Yen­dóme i Ga­brieli d'Estrees.

To mó­wiąc przy­ci­snął jakiś me­cha­nizm, ukryty obok szafy bi­blio­tecz­nej w gabi­necie. Szafa obró­ciła się bez­sze­lest­nie i zo­ba­czy­łem ma­lutkie drzwi w ścia­nie. Za drzwiami znaj­do­wały się krę­cone schody, zbu­do­wane jakby w ogrom­nym ko­minie. Ba­ron prze­kręcił kon­takt elek­tryczny i schody roz­bły­sły światłem. Pro­wa­dzony przez ba­rona, dość długo schodzi­łem w dół.

— Tu były kie­dyś pod­zie­mia sta­rego młyna — wy­jaśnił mi. — Po­tem na ru­inach młyna wznie­siono za­mek.

Uj­rza­łem dwa duże pod­ziemne po­mieszcze­nia bez okien. Lecz nie czuło się tu wil­goci, działała bo­wiem kli­ma­tyza­cja.

Ba­ron prze­kręcił kon­takt elek­tryczny i aż za­nie­mó­wi­łem z za­chwytu.

Oby­dwie salki wy­peł­niała nie­mal cał­ko­wicie zbu­do­wana o metr nad pod­łogą ogromna mapa pla­styczna ja­kiejś oko­licy. Z masy pla­stycznej zro­biono pa­górki, do­liny, góry, rzeki. Oko­licę po­kry­wały lasy, gdzienieg­dzie lśniły je­ziora wy­ko­nane z lu­ster. Wszędzie roz­cią­gnięto setki me­trów ma­lu­teń­kich szyn. Wi­działem wia­dukty, mo­sty, tu­nele pod­ziemne i oczywi­ście dwie ogromne stacje ko­le­jowe, na któ­rych stały dzie­siątki po­cią­gów.

Na dwóch koń­cach mapy pla­stycznej znaj­do­wały się pul­pity do ste­ro­wa­nia po­cią­gami.

— Ja będę pusz­czał po­ciągi w pana kie­runku, a pan w moim — obja­śnił baron. — Za­bawa po­lega na tym, aby pan przyjmo­wał moje po­ciągi i kie­rował je na wolne tory i bocznice oraz pusz­czał po­ciągi w moim kie­runku. Za spo­wo­do­wa­nie kata­strofy każdy z nas wpłaca do tej skar­bonki jed­nego franka. Czy przy­staje pan na te wa­runki?

— Oczywi­ście — zgo­dzi­łem się. — Tylko mu­szę na­uczyć się ma­ni­pu­lo­wać zwrotni­cami.

Ba­ron dość długo mi obja­śniał, jak na­leży ste­ro­wać po­cią­gami za po­mocą po­kręteł na pul­picie. Lo­ko­mo­tywy miały elek­tryczne sil­niczki, szyny były przewo­dami, po któ­rych biegł prąd. Po­szczególne od­cinki szyn miały spe­cjalne pod­łą­cze­nia sprzężone z po­krę­tłami. Wy­star­czyło na jed­nym z od­cin­ków wy­łą­czyć prąd albo zmniej­szyć jego na­pię­cie, a po­ciąg sta­wał albo zwalniał. Po­dob­nie zdal­nie ste­ro­wane były zwrotnice. Opa­no­wa­nie tego skompli­ko­wa­nego sys­temu wy­ma­gało sporo czasu i za­pła­ciłem chyba z pięć fran­ków kary, za­nim jako tako na­uczyłem się ob­słu­gi­wać swoją sta­cję i wy­syłać po­ciągi w kie­runku ba­rona. Z jego stacji co pół mi­nuty, albo i czę­ściej, wy­bie­gał w moim kie­runku ja­kiś po­ciąg. Z tru­dem na­dą­ża­łem z lo­ko­wa­niem ich na boczni­cach lub znaj­do­wa­niem wol­nych to­rów, po któ­rych od­sy­łałem je w stronę prze­ciw­nika.

Była to wspaniała za­bawa. Ma­lutkie po­ciągi z ci­chym szmerem bie­gły po set­kach me­trów to­rów, zni­kały w tu­ne­lach, mknęły po wia­duk­tach i mo­stach, wiły się wśród la­sów, omi­jały pa­górki. Mie­liśmy do dys­po­zycji po­ciągi oso­bowe, to­wa­rowe, cy­sterny z pali­wem, lory z drewnem. Jed­nym sło­wem, wszystko urzą­dzone było tak, jak na prawdzi­wych to­rach ko­lejo­wych i na prawdzi­wych sta­cjach.

Wkrótce i baron dwu­krot­nie za­płacił karę za spo­wo­do­wa­nie zde­rze­nia eks­pre­sów. Za­żą­da­łem od ba­rona, aby uiścił po­dwójną karę, po­nie­waż do zde­rze­nia do­szło w miej­scu nie­zwy­kle nie­bez­piecznym, a mia­no­wicie na wy­so­kim wia­duk­cie. Lo­ko­mo­tywy i wa­gony spa­dły z szyn i zsu­nęły się po na­sypie na lu­strzaną ta­flę rzeki. Była to więc kata­strofa na wielką skalę.

I wła­śnie gdy usu­wali­śmy skutki ka­ta­strofy i sta­wia­liśmy lo­ko­mo­tywy i wa­gony na to­rach, otworzyły się nagle drzwi do pod­ziemi i sta­nęła w nich ma­dame Eve­line.

— O Boże... — szep­nął skon­fun­do­wany baron de Saint-Ga­tien.

Ale ciotka Eve­line nie wy­glą­dała na zdu­mioną czy za­sko­czoną wi­do­kiem mi­nia­tu­ro­wych ko­lejek.

— Pa­nie Sa­mo­cho­dzik — zwróciła się do mnie z wy­rzu­tem. — Pan, zdaje się, za­po­mniał, że jeste­śmy umówieni z Pi­geo­nem?

— Ach, tak... Rze­czy­wi­ście — spoj­rza­łem na zega­rek i po­rzu­ciłem pul­pit ste­row­niczy.

Ba­ron bacznie spoj­rzał na swoją sio­strę.

— Eve­line — rzekł. — Coś mi się wy­daje, że ty już kie­dyś oglą­dałaś te ko­lejki?

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała stara dama. — Na­prawdę są­dzi­łeś, że w tym zamku coś się przede mną ukryje? Ale co do mnie, to wolę szybkie sa­mo­chody od naj­szyb­szych ko­lejek elek­trycznych.

 


ROZDZIAŁ CZTERNASTY [top]

W GOSPODZIE „POD TRZEMA PSAMI” • PLON NIEBEZPIECZNEJ WYPRAWY • PRZEZ CHASZCZE I WĄDOŁY • WSPINACZKA PO LINIE • W WIEŻY • CO ZOBACZYLIŚMY NA ZAMKOWYM DZIEDZIŃCU • JOHN BLACK OBIECUJE POGNĘBIĆ PANA SAMOCHODZIKA • TAJEMNICZA KOPERTA • CZY JESTEM TCHÓRZEM • W PUŁAPCE • NA RATUNEK

 

Go­spoda „Pod Trzema Psami” mie­ściła się w gro­cie na wzgórzu, na któ­rym dum­nie i nie­przy­stęp­nie wznosiło się Orle Gniazdo. Znajdo­wała się ona na skraju wsi cią­gną­cej się wzdłuż drogi u pod­nóża zamku. Wieś wy­glą­dała ład­nie ze swymi bia­łymi do­mami, wto­pio­nymi w zie­leń drzew. Przy do­mach znaj­do­wały się sta­ran­nie upra­wiane ogródki z mnó­stwem róż­no­kolo­ro­wych kwiatów.

Nie wiem, czy grota, w któ­rej urzą­dzono go­spodę, była natu­ralna, czy też wy­kuta ręką czło­wieka. Stok wzgórza był w tym miej­scu pro­sto­padle ob­cięty i po­sta­wiono tu ścianę z grubych bali, z miej­scem na okno i sze­rokie odrzwia. Ko­min z czerwo­nej cegły, wy­ra­sta­jący ze stoku, świadczył, że i zimą do go­spody za­glą­dali oko­liczni miesz­kańcy.

Te­ren przed wej­ściem był sta­ran­nie wy­rów­nany i znaj­do­wało się tam coś w ro­dzaju par­kingu, ob­ro­śniętego ży­wo­pło­tem. Długi sto­jak na ro­wery świadczył, że przeważ­nie par­ko­wały tutaj po­jazdy jed­no­śla­dowe. Spo­strzegłem jed­nak ukrytego za ży­wo­pło­tem czar­nego hum­bera pana Pi­geona.

Sala w go­spo­dzie była ob­szerna, z łu­ko­wato skle­pio­nym sufi­tem, po­czer­nia­łym od sta­rości. Po­łowę sali zaj­mo­wały drewniane stoły z ła­wami i ma­łymi an­tał­kami za­miast stoli­ków. W dru­giej czę­ści, od­gro­dzo­nej nie­wy­soką balu­stradą, stało kilka be­czek z wi­nem. Wy­posa­żenie go­spody uzu­peł­niał szynkwas, za któ­rym urzę­do­wał gru­basek w bia­łym far­tuchu i cy­kli­stówce na gło­wie. Palił fajkę o dłu­gim cy­bu­chu i był po­chło­nięty jaki­miś ra­chunkami, bo o tej porze go­ście jesz­cze nie za­częli się schodzić. Klientami go­spody byli przeważ­nie oko­liczni rol­nicy, któ­rzy ko­rzy­stając z dłu­giego let­niego dnia pra­co­wali w polu.

Mimo cie­płej pory wła­ści­ciel go­spody roz­palił ogień w ko­minku. Pi­geon w swoim mu­rar­skim stroju sie­dział od­wró­cony do nas ple­cami, wpa­trując się w chy­bo­tliwy blask pło­mieni. Do­piero gdy sta­nęli­śmy obok i chrząkną­łem na przywita­nie, od­wró­cił głowę.

Na wi­dok ma­dame Eve­line tro­chę się zdziwił.

— Ma­dame — po­wie­dział, śmiesznie poru­sza­jąc wą­si­kami — czy nie lepiej było zo­stać w zamku? Bar­dzo sobie cenię pani udział w walce z Fan­to­ma­sem, oba­wiam się jed­nak, że nie wy­szedł na ko­rzyść sprawie.

— Ca­ramba, porca mise­ria, ma pan na myśli Ro­bi­noux? — za­py­tała stara dama. — Przy­znaję, że to był głupi po­mysł. Ale kto mógł przy­pusz­czać, że on jest po­moc­ni­kiem Fan­to­masa? Coś mi się widzi, że szy­kuje się tu jakaś zna­ko­mita histo­ria, znacznie bar­dziej emo­cjo­nu­jąca niż wy­ścigi sa­mo­cho­dowe. Zde­cy­do­wa­łam się wziąć w niej udział.

To mó­wiąc ciotka Eve­line stuk­nęła się dło­nią w bla­szany hełm, który miała na gło­wie. Bo trzeba nad­mie­nić, że wy­bie­rając się na spo­tka­nie z Pi­geo­nem i oczekując ja­kichś nie­zwy­kłych wy­da­rzeń, tym ra­zem zre­zy­gno­wała z ka­pelu­sza, a na głowę wdziała stary hełm ry­cer­ski, za­pewne zna­le­ziony w ru­pie­ciarni zam­ko­wej. Hełm był pordze­wiały i przy­po­minał stary gar­nek. Od­ra­dza­łem go ciotce Eve­line, bo ko­bieta w ta­kim heł­mie na gło­wie mu­siała zwracać ogólną uwagę. Ale stara dama uwa­żała, że hełm przy­po­mina kask mo­tocy­klowy. A poza tym twierdziła, że obecnie co­kol­wiek się nosi na sobie, nie budzi ni­czy­jego zdu­mie­nia, lu­dzie bo­wiem przy­zwy­czaili się do naj­większych dzi­wactw współcze­snej mody.

Tak więc ma­dame Eve­line przy­była do wi­niarni w heł­mie ry­cer­skim co, rzecz jasna, nie za­chwyciło de­tek­tywa Agencji Ubezpie­cze­nio­wej.

Pi­geon jęk­nął z roz­pa­czy.

— Ma­dame, to nie­bez­pieczna za­bawa. Ro­zu­miem, że pani chce wziąć w niej udział. Ale czemu wciągnęła pani w sprawę tę młodą pa­nienkę i chło­paka?

— Yvonne i Ro­berta?

— A tak. Przyje­chali tu na ro­we­rach przed pół go­dziną i oświad­czyli, że to oni mają naj­większe prawa do schwyta­nia Fan­to­masa. Tak jakby Fan­to­mas był ja­kimś rzad­kim, oka­zem mo­tyla, któ­rego można zła­pać w siatkę. A szczegól­nie ta pa­nienka miała pre­ten­sję, że wchodzę jej w pa­radę.

— Tak, tak, wła­śnie taka jest nasza Yvonne — z praw­dziwą dumą przytak­nęła ciotka Eve­line.

— Ma­dame, to chyba pani po­wie­działa jej o na­szym tu spo­tka­niu — z pre­ten­sją rzekł de­tek­tyw.

Stara dama wzruszyła ra­mio­nami.

— Yvonne za­py­tała mnie, o któ­rej mamy się spo­tkać z pa­nem Pi­geo­nem. Więc my­śla­łam, że ona wie o tym spo­tka­niu. Wy­mie­niłam miej­sce i go­dzinę spo­tka­nia. Czy pan sądzi, że ona mnie na­brała?

Pi­geon machnął ręką. Na­iw­ność ma­dame Eve­line prze­kra­czała wszelkie gra­nice.

— A gdzie są te­raz Yvonne i Ro­bert? — za­py­tałem de­tek­tywa.

— Po­szli na prze­szpiegi pod za­mek. Po­dobno Mar­chant poin­for­mo­wał pana, że za­mie­rza wy­je­chać. Oni oba­wiają się, że może umknąć, uwo­żąc ob­razy. Za­czaili się przy dro­dze do Or­lego Gniazda i ob­ser­wują bramę zam­kową.

Ma­dame Eve­line usia­dła na ławie i ude­rzyła pię­ścią w drewniany stół.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — wrzasnęła w stronę szynk­wasu tak groź­nie, że wła­ści­cie­lowi wy­padła z ust fajka. — Po­pro­szę o coś moc­nego.

Wła­ści­ciel go­spody, za­jęty ra­chunkami, do­piero w tym mo­men­cie uświado­mił sobie obecność damy w heł­mie na gło­wie. Chwycił le­żącą na szynkwa­sie ście­reczkę i truchtem przy­biegł do na­szego stołu. Gor­liwie za­czął ście­rać nie ist­nie­jący kurz.

— Tak jest, ma­dame. Co pani sobie ży­czy? — pytał z odrobiną stra­chu w gło­sie.

— Prze­cież po­wie­działam: coś moc­nego — huk­nęła ma­dame. — Wino! Ja­kiś stary rocz­nik.

— Tak jest ma­dame. Naj­star­szy — kiw­nął głową i po­biegł w naj­ciemniej­szy kąt go­spody.

A ciotka Eve­line, wielce za­do­wo­lona z prze­raże­nia jakie wzbudziła we wła­ści­cielu go­spody, spoj­rzała na nas triumfu­jąco.

— No, a te­raz do rze­czy, panie Pi­geon. Ja­kiej po­mocy pan od nas oczekuje? Wal pan śmiało. Może pan na mnie li­czyć.

Pi­geon ciężko wes­tchnął. Po­tem jed­nak roz­po­czął wy­ja­śnie­nia:

— Jak pan wie, cu­dzo­ziemcze — zwrócił się do mnie — osoba Mar­chanta wzbudziła moje za­inte­re­so­wa­nie. Przy po­mocy przyjaciół z prze­róż­nych agencji de­tek­tywi­stycznych w Pa­ryżu pró­bo­wa­łem tele­fo­nicz­nie do­wie­dzieć się, kim on wła­ści­wie jest i skąd wziął pie­nią­dze na od­bu­dowę i wy­posa­żenie sta­rego zamku. Nie­stety, osobę pana Mar­chanta ota­cza, mó­wiąc oględnie, „mrok ta­jem­nicy”. Za­sta­na­wia rów­nież fakt, że Mar­chant tak od­sepa­rował się od świata oraz to, że ten były han­dlarz win ma dziwną skłonność do za­trud­nia­nia u sie­bie ludzi o po­dej­rza­nym wy­glą­dzie.

— Je­stem zda­nia, że to gangste­rzy — zgo­dziła się z Pi­geo­nem ciotka Eve­line.

— Wszedłem w ko­mi­tywę z mu­ra­rzami re­montują­cymi don­żon w Or­lim Gnieździe i tak oto, jako mu­rarz, zna­la­złem się w zamku. W tym cza­sie wy­krył pan, w jaki spo­sób Fan­to­mas do­ko­ny­wał kra­dzieży ob­ra­zów. A był to spo­sób nad wy­raz sprytny. No cóż, re­jestr bar­dzo inte­li­gent­nych prze­stęp­ców nie jest znów aż tak wielki. Na pierwszy plan wy­sunął się John Black, słynny Mózg z „na­padu stu­lecia”.

— Czy poro­zu­miał się pan w tej sprawie z ko­misa­rzem poli­cji? — za­py­tałem.

Pi­geon po­gła­dził swoje wą­siki.

— Nie. I pro­szę, aby pan rów­nież tego nie czy­nił.

— Dla­czego?

— Ro­zu­miem pań­skie zdu­mie­nie — wy­jaśnił. — W wa­szym kraju nie ma de­tek­ty­wów pry­wat­nych, nie ma de­tek­ty­wów agencji ubezpie­cze­nio­wych, nie ma de­tek­ty­wów w służ­bie in­sty­tucji czy po­szczegól­nych branży spo­łecz­nych. A u nas każdy wielki dom towa­rowy, nie­mal każdy wielki ho­tel za­trud­nia wła­snych de­tek­ty­wów. Po­dob­nie każda wielka fa­bryka przy po­mocy de­tek­ty­wów chroni swoje ta­jem­nice pro­duk­cyjne. Za schwyta­nie Johna Blacka wy­zna­czono ogromną na­grodę. Jeśli o swoich po­dej­rze­niach poin­for­muje pan ko­misa­rza i on po­pro­wa­dzi dalej śledztwo, to jemu przy­pad­nie splendor i na­groda. Oczywi­ście zdaje sobie sprawę, że we dwójkę, a na­wet we trójkę, li­cząc też panią Brion — tu Pi­geon skło­nił się ciotce Eve­line — nie zdo­łamy schwytać Blacka. Ale przy­najmniej uzy­skamy pew­ność, że Pierre Mar­chant to John Black. Na­piszę ra­port do ko­misa­rza, tak że po­zo­sta­nie mu tylko sam akt areszto­wa­nia prze­stępcy. Wówczas otrzymam na­grodę. Pan ro­zu­mie?

— Owszem. Ale...

— Nie ma żad­nego „ale” — żachnął się Pi­geon. — Musi pan zro­zu­mieć, że mię­dzy de­tek­ty­wami pry­wat­nymi a po­li­cjantami nie zaw­sze do­brze układa się współ­praca. Ist­nieje mię­dzy nami wiele anta­goni­zmów, drogi panie. Z praw­dziwą sa­tys­fak­cją utrę nosa poli­cji.

— To też ro­zu­miem. Ale...

— Nie ma żad­nego „ale”. Chce mi pan po­móc?

— Owszem. Za­leży mi na od­zy­ska­niu obra­zów ba­rona, a także, oczywi­ście, zro­bię wszystko, aby nie­bez­pieczny prze­stępca otrzymał za­słu­żoną karę.

Pi­geon zatarł z ra­dości ręce.

— To wspaniale, Panie Sa­mo­cho­dzik.

— Nie lubię, gdy na­zywa się mnie Sa­mo­cho­dzi­kiem — burkną­łem. — Na imię mi To­masz.

— Więc do dzieła, panie To­ma­szu — po­wie­dział Pi­geon i od­cze­kaw­szy, aż od­szedł od na­szego sto­lika wła­ści­ciel go­spody, który przy­niósł ciotce Eve­line spo­rych roz­mia­rów gli­niany ku­bek z wi­nem, zni­żył głos do szeptu: — Pod­czas byt­ności w Or­lim Gnieździe udało mi się nie­po­strzeżenie przywią­zać długą linę do ma­łego okienka w basz­cie. Okienko jest na wy­soko­ści pięt­nastu me­trów od ziemi. Ani Fan­to­ma­sowi, ani ni­komu z jego oto­cze­nia nie przyjdzie na myśl, że od strony don­żonu może im gro­zić nie­bez­pie­czeń­stwo. Tylko mu­cha mo­głaby wleźć po stro­mej, wy­so­kiej ścia­nie. Otóż dzi­siej­szej nocy pan i ja za­krad­niemy się do Or­lego Gniazda i po­sta­ramy prze­do­stać się do wilii. In­nymi słowy, prze­pro­wa­dzimy mały reko­ne­sans w mieszka­niu Mar­chanta. Może uda się zna­leźć do­wody, że Mar­chant to w jed­nej oso­bie John Black i Fan­to­mas.

— Może rów­nież od­naj­dziemy skra­dzione ob­razy — przytak­nęła ciotka Eve­line.

Pi­geon poru­szył się nie­spo­koj­nie.

— Chyba pani, ma­dame, nie za­mie­rza wspinać się po linie?

— Ca­ramba. porca mise­ria, oczywi­ście że tego nie zro­bię, bo nie jest to zaję­cie sto­sowne dla ko­biety. Ale będę czu­wać pod wieżą. I gdyby wam coś się stało w zamku, już ja będę wie­działa, co robić.

— Wtedy musi pani za­wia­do­mić poli­cję — po­wie­dział Pi­geon.

I roz­po­częli­śmy omawia­nie szczegó­łów wy­prawy do Or­lego Gniazda.

Za­padł już mrok, a my wciąż jesz­cze od­by­wali­śmy na­radę. Pi­geon, który jako mu­rarz kręcił się po zamku i zdo­łał za­po­znać się z sytu­acją, na­szki­co­wał plan wnę­trza Or­lego Gniazda. Dzięki temu wie­dzie­liśmy, gdzie nale­żało spo­dziewać się strażni­ków i któ­rędy trzeba było prze­do­stać się do mau­re­tań­skiej willi. Roz­kładu po­ko­jów Pi­geon nie znał, bo w willi, nie­stety, nie był.

— Czy jeste­ście uzbrojeni? — za­py­tała ma­dame Eve­line. Pi­geon spoj­rzał na nią z prze­stra­chem.

— Broń palna, ma­dame? Ależ dziś już nikt sza­nu­jący się cze­goś ta­kiego nie używa! — nie­mal ze wstrętem od­niósł się do myśli o po­sia­daniu broni pal­nej. — Sa­dzę, że i John Black obywa się bez pi­sto­letu. Oczywi­ście nie mogę rę­czyć za jego gangste­rów, ale cóż, nie ma suk­ce­sów bez ry­zyka.

Gdy tak roz­ma­wia­liśmy, za oknami go­spody za­padła noc. Salę wy­peł­nili rol­nicy z wioski. Pili wino. grali w karty i za­cho­wy­wali się dość hała­śli­wie, co było nam na rękę, po­nie­waż mo­gli­śmy nadal swo­bod­nie roz­ma­wiać. Nikt na nas nie zwracał uwagi. Ciotka Eve­line, na szczęścia, zdjęła swój straszliwy hełm, wy­glą­dali­śmy więc na tury­stów, któ­rzy za­sie­dzieli się nieco dłu­żej w wiej­skiej go­spo­dzie.

Do wi­niarni wró­cili Yvonne i Ro­bert. Ukryci w przy­droż­nych krza­kach, ob­ser­wo­wali drogę i bramę Or­lego Gniazda. Ale przez cały czas nikt do zamku nie przy­szedł ani nie przyjechał. I nikt go nie opu­ścił.

Pi­geon spoj­rzał na zega­rek. Zbli­żała się dzie­siąta.

— Idziemy — zde­cy­do­wał. — Jeśli wy­ru­szymy zbyt późno, miesz­kańcy Or­lego Gniazda uda­dzą się na spo­czy­nek i być może drzwi mau­re­tań­skiej willi za­sta­niemy za­mknięte. Kto wie, czy Mar­chant nie zain­sta­lował tam sys­temu alar­mo­wego. Naj­lepiej bę­dzie prze­do­stać się do zamku w porze, gdy jego miesz­kańcy jesz­cze kręcą się po po­mieszcze­niach. Zwiększa to wpraw­dzie nie­bez­pie­czeń­stwo, ale uła­twia poru­sza­nie się po zamku, po­nie­waż po­szczególne po­mieszcze­nia nie są za­mknięte.

Wtajem­ni­czy­liśmy Yvonne i Ro­berta w plan Pi­geona. Rzecz ja­sna, chcieli wziąć udział w na­szej wy­pra­wie. Z tru­dem im to wy­per­swa­do­wa­łem. Za­pew­niłem ich, że bar­dziej będą nam po­mocni po­zo­stając na dole, niż dra­piąc się po linie do Or­lego Gniazda.

Stara dama miała czu­wać pod don­żo­nem u zwi­sają­cego luźno końca liny, a Yvonne i Ro­ber­towi po­wie­rzyli­śmy za­danie, które wy­ko­ny­wali przedtem, a mia­no­wicie ob­ser­wa­cję drogi i bramy zam­ko­wej.

Punktual­nie o dzie­siątej wie­czo­rem opu­ścili­śmy go­spodę. Ma­dame Eve­line wdziała swój hełm ry­cer­ski, Pi­geon za­brał z hum­bera la­tarkę elek­tryczną.

Noc była. cie­pła, widna, księ­ży­cowa. Chmury, które w ciągu dnia za­snu­wały nie­bo­skłon, roz­wiały się bez śladu.

Okrągła baszta don­żonu znaj­do­wała się tro­chę na lewo od drogi. A po­nie­waż w drodze do zamku mo­gli­śmy zo­stać za­uwa­żeni przez ob­ser­wa­tora ukrytego na mu­rach, zde­cy­do­wali­śmy wspinać się na przełaj — przez krzaki i chaszcze.

Yvonne i Ro­bert po­zo­stali w krza­kach przy dro­dze, nasza trójka: ciotka Eve­line, Pi­geon i ja, roz­po­częła wspi­naczkę. Wę­dro­wali­śmy wolno i ostrożnie, bo za­gra­dzały nam drogę gęste zaro­śla, a zbyt szybkie prze­dzie­ranie się przez nie mo­gło wy­wo­łać nad­mierny sze­lest. Wo­kół nas bo­wiem zale­gała noc cicha, bez­wietrzna, w któ­rej naj­mniejszy szmer roz­cho­dził się da­leko. Idąc sły­szeli­śmy szczekanie psów w wio­sce. W krza­kach i w tra­wie pora­stają­cej stok wzgórza gło­śno cy­kały świerszcze. Tylko po­nure za­mczysko przed nami spo­czy­wało w zu­peł­nej ciszy. Nie do­cho­dził stamtąd ża­den dźwięk.

Stok wzgórza zryty był przez dzi­kie kró­liki i ży­jące w ich są­siedztwie lisy. Krzaki i wy­sokie trawy to­nęły w mroku nocy, toteż co chwila wpa­dali­śmy w nory i nie­jedno z nas wy­wi­nęło kozia. Nie­mal co kilka mi­nut sły­sza­łem ciche po­mru­ki­wa­nie starej damy.

— Ca­ramba, porca mise­ria, znowu ja­kiś dół?... To wzgórze przy­po­mina ser szwajcar­ski. Ca­ramba, czy to się nigdy nie skończy?

Wszystko jed­nakże ma swój kres. Do­brnęliśmy wreszcie do baszty, któ­rej po­tężna syl­weta gó­ro­wała nad mu­rami zamku i oko­licą.

— Pst! — syk­nął Pi­geon.

Za­trzymali­śmy się u stóp wy­so­kiej, pro­sto­pa­dłej ściany. Długą chwilę na­słu­chi­wali­śmy. Ale ani ze szczytu baszty, ani z mu­rów zam­ko­wych nie do­cho­dził na­wet naj­cich­szy sze­lest. Tylko w zaro­ślach za na­szymi ple­cami grały świerszcze i ko­niki polne.

Ga­spard Pi­geon nie­mal po omacku od­szu­kał na mu­rze don­żonu grubą linę z wę­złami zwi­sa­jącą z góry, z nie­wi­docznego dla nas ma­łego okienka. Po­tem mocno nią szarpnął raz i drugi, aby upewnić się, czy jest do­brze przywią­zana i czy utrzyma cię­żar ludz­kiego ciała.

— No i co? Wspinamy się? — spy­tał mnie szeptem, za­wie­sza­jąc na szyi la­tarkę elek­tryczną.

— Tak — mrukną­łem.

Wy­znaję, że Pi­geon za­im­po­no­wał mi. Był py­szał­kiem i za­ro­zu­mial­cem, lecz nie bra­ko­wało mu od­wagi. Może wizja ogromnej for­tuny, którą ofia­ro­wy­wano za schwyta­nie Mó­zgu, do­da­wała mu od­wagi? Ja­kie by jed­nak nie kie­ro­wały nim mo­tywy, oka­zał się bar­dzo śmiały. Uzbrojony w la­tarkę elek­tryczną szedł „w pasz­czę lwa”.

— Czy umie pani gwizdać, ma­dame? — zwrócił się do ciotki Eve­line. — Gdyby pani do­strzegła gro­żące nie­bez­pie­czeń­stwo, na­leży nas jakoś uprzedzić.

— Gwizdać? Ca­ramba, porca mise­ria, natu­ralnie że umiem gwizdać. Jak pary­ski ulicznik — to mó­wiąc ciotka Eve­line wło­żyła dwa palce do ust i już za­mie­rzała dmuchnąć z całej siły, lecz Pi­geon chwycił ja za rękę.

— Nie teraz, ma­dame. Tylko w wy­padku nie­bez­pie­czeń­stwa.

— No, dobra, właźcie już na górę, bo tracę cier­pli­wość — od­rze­kła po­pra­wia­jąc na gło­wie swój stary hełm.

Pi­geon ru­szył pierwszy. Chwycił linę, pod­cią­gnął się na niej, a póź­niej, wspiera­jąc się no­gami o ce­gły w ścia­nie, za­czął wolno, ale wy­trwale piąć się ku górze. Po ja­kimś cza­sie znik­nął nam z oczu i nie wi­dzie­liśmy, czy do­tarł do okienka, czy też jesz­cze wisi na stro­mej ścia­nie. Wreszcie po­czu­łem szarpnię­cie liny, znak dla mnie, że na górze wszystko w po­rządku. Teraz przy­szła kolej na mnie.

Nigdy nie uprawia­łem alpi­ni­styki. Ale na­leżą do męż­czyzn wy­sportowa­nych, zręcznych, o dość sil­nych rę­kach. Wspinanie się po linie sprawiało mi jed­nak sporo trud­ności, choć co pół metra tra­fia­łem na gruby wę­zeł i mo­głem się go do­brze uchwycić dłońmi. Buty moje miały gu­mowe po­de­szwy i ła­two przylegały do po­ro­watej ściany, dając mi opar­cie.

Pięt­na­ście me­trów wspi­naczki po linie to dużo czy mało? Jak Wam się wy­daje, dro­dzy Czytel­nicy?

Pięt­na­ście me­trów — to nie brzmi zbyt efektow­nie. Ale prze­cież było to mniej wię­cej tyle. ile sobie liczy czte­ro­pię­trowy blok miesz­kalny. Już na wy­soko­ści dru­giego piętra czu­łem, że ręce mi cierpną, krew z nich od­pływa, a moje ciało za­czyna wa­żyć coraz wię­cej i więcej. Na wy­soko­ści trze­ciego piętra pot zrosił mi czoło.

Tylko raz zerk­ną­łem w dół. I aż mi się w gło­wie za­krę­ciło. Od­nio­słem wra­żenie, że pa­trzę w czarna cze­luść bez dna.

Wspi­naczka wy­da­wała się nie mieć końca. Ota­czała mnie ciemność nocy, tym gęst­sza, że na tę stronę baszty nie padał blask księ­życa. Pi­geon prze­zor­nie przywią­zał linę do okienka po­zo­stają­cego w naj­większym mroku, aby utrudnić od­kry­cie liny. Ale ciemność uniemoż­li­wiała zo­ba­cze­nie okienka, trudno więc było pod­czas wspi­naczki obli­czyć odle­głość. Od­nio­słem wra­żenie, że wciąż wi­szę mię­dzy nie­bem i zie­mią. A sił uby­wało.

— Prę­dzej, prę­dzej! — usły­sza­łem przy­na­gla­jący szept Pi­geona, do­cho­dzący mnie z góry, z odle­gło­ści nie większej niż dwa me­try.

Wzmo­głem wy­siłek. Po chwili wy­czu­łem dło­nią ostra kra­wędź nie­wiel­kiego okienka w mu­rze. Pi­geon chwycił mnie za rękę i po­mógł mi prze­ci­snąć się przez okno. Jesz­cze chwila i oto, ciężko od­dy­cha­jąc, sta­ną­łem na twar­dym grun­cie.

Pi­geon za­palił la­tarkę i osło­nił ją dłońmi. Znajdo­wali­śmy się na sze­ro­kim po­de­ście we­wnątrz baszty. W dół bie­gły krę­cone schody z nie­wy­soką balu­stradą. Ściany don­żonu były świeżo otyn­ko­wane, schody nowe, pod no­gami chrzęścił drobny gruz. Jak wiemy, Mar­chant roz­kazał wy­re­montować don­żon, aby w przy­szło­ści urzą­dzić w nim gale­rię obra­zów. Ja­kich obra­zów? Oczywi­ście, skra­dzio­nych. Co do tego nie mia­łem żad­nych wąt­pli­wo­ści.

— Schody nie skrzypią — szep­nął mi do ucha Pi­geon — ale mu­simy schodzić ostrożnie, bo wszędzie tutaj leżą ka­wałki desek.

Chwyci­łem dło­nią balu­stradę. Pi­geon zga­sił la­tarkę i w zu­peł­nych ciemno­ściach, po omacku, za­częli­śmy wolno schodzić w dół.

Znowu od­nio­słem wra­żenie, że nasza wę­drówka trwa wieczność. W rze­czy­wi­stości jed­nak schodzili­śmy chyba dość szybko. Pa­mię­tam, że mi­nęli­śmy dwa po­desty, za­nim zna­leźli­śmy się w dol­nym po­mieszcze­niu, w tym sa­mym miej­scu, skąd zsze­dłem do pod­ziemnego lochu.

Odrzwia baszty za­stali­śmy tro­chę uchylone. Za­pewne tak je po­zo­sta­wili od­cho­dzący stąd mu­rarze, a ra­czej to Pi­geon zad­bał o to, aby je tak po­zo­sta­wić.

Ostrożnie wy­sta­wili­śmy głowy z don­żonu. I oto co uka­zało się na­szym oczom.

Wnętrze Or­lego Gniazda oświetlało kilka elek­trycznych latarń. Ich blask padał na ogród ró­żany, al­tanę, basen ką­pie­lowy, drogę od bramy do willi mau­re­tań­skiej. Jasno oświe­tlony był także dzie­dzi­niec przy bra­mie zam­ko­wej i bu­dy­nek go­spo­dar­czy.

Zo­ba­czy­liśmy, że drzwi ga­rażu są otwarte, a na środku dzie­dzińca stoi mały fur­gonik. po­dobny do tego, któ­rego Fan­to­mas uży­wał do swoich zło­dziejskich eska­pad. Na dzie­dzińcu przy otwartej drewnia­nej skrzyni krę­cili się gru­bas i gangster, któ­rego na­zy­wali­śmy „fa­ce­tem z trzcinką”. Oby­dwaj wy­nosili z willi ob­razy owi­nięte sta­ran­nie w pa­pier. Układali je w drew­nia­nej skrzyni.

— Coś mi się widzi, że ptaszki za­mie­rzają ulot­nić się wraz z łu­pem — szep­nął za­nie­po­ko­jony Pi­geon.

Tak chyba było w isto­cie. Mar­chant zwietrzył nie­bez­pie­czeń­stwo i po­sta­nowił umknąć z zamku, wy­wo­żąc z sobą skra­dzione ob­razy. Ale co wprawiło go w taką pa­nikę? Czyżby moja dzi­siej­sza wi­zyta?

Przyłoży­łem usta do ucha Pi­geona i po­wie­działem szeptem:

— Po­win­ni­śmy jak naj­szyb­ciej wy­cofać się i za­wia­do­mić poli­cję.

— Ma pan rację — od­po­wie­dział — ale może wpierw zo­rientu­jemy się, do­kąd oni za­mie­rzają uciec. To bar­dzo ważne, by­śmy wie­dzieli, gdzie Black ma jesz­cze jedna kry­jówkę.

Do­pi­sy­wało nam szczęście. Drzwi willi mau­re­tań­skiej otworzyły się i sprę­ży­stym kro­kiem wy­szedł z niej... Mar­chant. Rzecz ja­sna, oby­wał się do­sko­nale bez in­wa­lidz­kiego fotela. Mar­chantowi towa­rzy­szył no­sacz i jakiś wy­soki, chudy męż­czy­zna.

— A to łaj­dak! — mruknął Pi­geon.

Teraz i ja roz­po­zna­łem chu­dego męż­czy­znę. Był nim Ro­bi­noux. Usły­szeli­śmy głos Mar­chanta, który mó­wił do gru­basa i gangstera z trzcinką:

— Je­stem prze­ko­nany, że naj­dalej jutro ze­chce tutaj wtar­gnąć poli­cja. Po­dobno w pobliżu go­spody wi­dziano sa­mo­chód Pi­geona. Ta dzi­siej­sza wi­zyta Sa­mo­cho­dzika też nie jest bez przy­czyny. Naj­lepiej zro­bimy ulat­nia­jąc się stąd na jakiś czas.

Ro­bi­noux za­pytał Mar­chanta:

— A co z Sa­mo­cho­dzi­kiem, bosie? Czy zo­sta­wimy go bez żad­nej na­uczki? To prze­cież przez niego nie mo­gli­śmy za­brać ob­razu Van Gogha. On po­krzy­żo­wał wszystkie nasze plany.

— Tak, tak, sze­fie. Trzeba mu dać na­uczkę — za­wo­łali nie­mal chó­rem.

— Pi­geona też trzeba by za­ła­twić — do­rzucił Ro­bi­noux. — Ten stary dureń strasznie mi grał na ner­wach.

Mar­chant rzekł z dumą:

— Spo­koj­nie, chłopcy. Wasz szef po­my­ślał i o tym. Pi­geon i Sa­mo­cho­dzik to lu­dzie wścibscy i cie­kawi, a na ta­kich prę­dzej czy póź­niej znaj­dzie się spo­sób. Teraz nie za­przątajcie sobie tym głowy, weź­cie się za ro­botę.

Wy­jął z kie­szeni dużą ko­pertę i po­dał ją gru­ba­sowi.

— Schowaj ją na dnie skrzynki. Nikt nie ma prawa zna­leźć jej przy któ­rymś z nas. Gdyby coś nam gro­ziło trzeba tę ko­pertę zniszczyć zro­zu­miano?

— No pew­nie, sze­fie — kiw­nął głową gru­bas. — W tej ko­per­cie kryje się nasza naj­większa ta­jem­nica.

— A teraz chodźcie po resztę ob­ra­zów — roz­kazał Mar­chant.

Gru­bas poło­żył ko­pertę na dnie skrzyni i całą gro­madą udali się do willi.

Pi­geon trącił mnie łok­ciem.

— Sły­szał pan? Mu­simy zdo­być tę ko­pertę. Kryje się w niej ich naj­większa ta­jem­nica.

— Trzeba dać znać poli­cji. Zła­pią ich i ta­jem­nica się wy­jaśni — od­po­wie­działem szeptem.

Ale de­tek­tyw po­kręcił głową.

— Sły­szał pan, co mó­wili? Jeśli bę­dzie im za­gra­żać ja­kieś nie­bez­pie­czeń­stwo, to zniszczą ko­pertę. Teraz jest szansa, aby ją zdo­być. No co? Sko­czymy?

A mnie nagle ogar­nął nie­pokój. Nie było to ja­kieś irra­cjo­nalne po­czu­cie nie­bez­pie­czeń­stwa. Po pro­stu sytu­acja, w ja­kiej znaj­do­wali­śmy się, i nie­dawne słowa Mar­chanta koja­rzyły mi się z czymś nie­po­koją­cym, co na­ka­zy­wało zdwojenie ostrożno­ści.

— Niech pan da spo­kój — po­wie­działem kła­dąc dłoń na ra­mie­niu Pi­geona.

— Pan jest tchórz. Lęka się pan ry­zyka! — burknął de­tek­tyw i wy­rwał ramię z mo­jego uści­sku.

Nie cze­kając na mnie, ogrom­nymi su­sami za­czął biec w kie­runku otwartej skrzyni, gdzie le­żała ta­jem­nicza ko­perta.

W bla­sku lamp wi­działem do­kład­nie każdy ruch Pi­geona. Oto do­padł skrzyni. Po­chylił się nad nią i zanu­rzył w nią rękę. Oto wyjął ko­pertę i triumfu­jąco zerk­nął w moim kie­runku.

Tylko kil­kana­ście kro­ków dzie­liło go od don­żonu. Sta­łem w drzwiach baszty i ob­ser­wu­jąc Pi­geona bez­wiednie wy­chy­liłem głowę na dzie­dzi­niec.

I na­gle...

Usły­sza­łem nad sobą cichy szmer. In­stynktow­nie cof­ną­łem się do wnę­trza baszty. W tym mo­men­cie gruba krata nie­mal otarła się o mnie, opa­dając w dół. Ja po­zo­sta­łem w wieży, a Pi­geon na dzie­dzińcu.

W mau­re­tań­skiej willi otworzyło się okno i roz­legł się śmiech Mar­chanta:

— A mó­wił pan, że nie jest pan cie­kawy. Pa­nie Sa­mo­cho­dzik! — za­wołał są­dząc wi­dać, że wraz z Pi­geo­nem po­bie­głem do otwartej skrzyni po ko­pertę.

Pi­geon do­padł kraty w drzwiach don­żonu i chwycił ją kur­czowo.

— Co się stało? Kto opu­ścił kratę? — za­czął się go­rącz­ko­wać.

— To oni. Ostrzega­łem pana — za­wo­łałem.

— Niech pan ją otworzy!

— Nie­stety, to nie jest w mojej mocy. Mogę tylko umknąć stąd jak naj­szyb­ciej i sprowa­dzić poli­cję.

To mó­wiąc co sił w no­gach po­bie­głem schodami na górę, do okienka, gdzie wi­siała zba­wienna lina.

 


ROZDZIAŁ PIĘTNASTY [top]

UCIECZKA PRZED ZŁOCZYŃCAMI • DRAMATYCZNE CHWILE • NIESPODZIEWANY RATUNEK • ARESZTOWANIE ZŁOCZYŃCÓW • ZDOBYWAMY ORLE GNIAZDO • GDZIE JEST FANTOMAS • ODNALEZIENIE PIGEONA • KTO SIEDZIAŁ NA DACHU • I ZNÓW FAŁSZYWY PIGEON • ODZYSKANIE SKRADZIONYCH OBRAZÓW

 

Prze­ci­sną­łem się przez okienko, chwyciłem linę i za­czą­łem się po niej spuszczać. By­łem świadomy, że zło­czyńcy lada chwila prze­ko­nają się, iż tylko Pi­geona udało im się schwytać w pu­łapkę. I wówczas zro­bią wszystko, aby i mnie do­stać w swoje łapy. Moja ucieczka z zamku gro­ziła im naj­większym nie­bez­pie­czeń­stwem. Wie­dzieli, że do­padnę naj­bliż­szego tele­fonu i po­wia­do­mię poli­cję.

Do­piero teraz po­jąłem, że przez cały czas nie do­ce­nia­łem sprytu Mar­chanta. Nie wiem. czy roz­po­znał on Yvonne w prze­bra­niu do­staw­czym ja­rzyn. Ale by­łem pewny, że albo on sam, albo któ­ryś z jego gangste­rów roz­po­znał Pi­geona w prze­bra­niu ro­bot­nika mu­rar­skiego. I za­pewne do­my­ślił się, że Pi­geon nie tylko w dzień, ale i w nocy bę­dzie usi­łował śle­dzić, co dzieje się w Or­lim Gnieździe. Ba! mógł się spo­dziewać, że do tej akcji wciągnie nie ko­misa­rza poli­cji, ale wła­śnie mnie. A Mar­chant po­sta­nowił schwytać nas obu.

Teraz było dla mnie rów­nież oczywiste, że wie­dział o li­nie, którą uczepił w oknie Pi­geon. I Mar­chant wraz ze swoimi zbó­jami cze­kał na nas w zamku. Na­wet roz­mowa, którą sły­szeli­śmy wy­chy­lając głowy z don­żonu, była prze­zna­czona dla na­szych uszu. Ko­perta zaś, którą Mar­chant wło­żył do otwartej skrzyni, nie kryła żad­nej ta­jem­nicy. Była to po pro­stu pu­łapka za­sta­wiona na mnie i na Pi­geona.

Ma­jąc do czy­nie­nia z tak nie­zwy­kle sprytnym prze­stępcą, trudno było przewi­dzieć jego dal­sze za­miary. Co zrobi, gdy od­kryje, że schwytał tylko Pi­geona?

Jedno wy­da­wało mi się pewne: je­śli chcę od­zy­skać skra­dzione ob­razy, to mu­szę się śpie­szyć.

Zsu­wa­łem się po linie tak szybko, że prawa dłoń ob­tar­łem sobie do krwi.

Wreszcie ze­sko­czy­łem na zie­mię i sta­ną­łem obok ciotki Eve­line.

— Co się stało? — za­py­tała, sły­sząc mój przy­śpie­szony od­dech.

— Od­kryli nas. Schwytali Pi­geona. Zaraz i nas za­czną ści­gać. A więc w nogi! — wy­ja­śni­łem ury­wa­nym gło­sem.

Chwyci­łem za rękę stara damę i za­czą­łem się z nią prze­dzie­rać przez krzaki.

Raptem na mu­rach zamku coś bły­snęło. To był silny re­flektor. Jego długi, ja­sny ozór wolno peł­znął po poro­śniętym krza­kami wzgórzu, za­pewne po­szu­kując mojej osoby. Jed­no­cze­śnie w noc­nej ciszy usły­sza­łem skrzypnię­cie bramy zam­ko­wej. Do­my­śli­łem się, że to opryszki wy­biegli z zamku, aby mnie schwytać. Re­flektor miał im wskazać, gdzie się skryłem.

— Pad­nij! — za­wo­łałem do ciotki Eve­line.

Oślepia­jący jęzor re­flektora sunął tuż obok nas, oświetla­jąc krzaki i wą­doły, kró­licze i lisie nory. A tam gdzie się­gnął, ro­biło się jasno jak w dzień.

Pro­mień minął nas szczęśli­wie, od­da­lony o dwa me­try. Ode­tchnąłem z ulgą i podnio­słem głowę. To samo zro­biła ma­dame Eve­line. W tym mo­men­cie jed­nak ukryty na mu­rach zam­ko­wych zło­czyńca gwałtow­nie poru­szył re­flektorem. Cof­nął go i pro­mień światła padł wprost na nas.

— Są! — usły­sza­łem triumfu­jący głos, do­bie­ga­jący do nas gdzieś z góry. — Szu­kaj­cie ich tam na prawo, w krza­kach.

Chwyci­łem ma­dame Eve­line za rękę i po­cią­gną­łem za sobą.

— W nogi! Ile sił! — po­wta­rza­łem.

Ale ma­dame Eve­line, mimo drzemią­cego w niej po­tęż­nego ła­dunku ener­gii, była już ko­bietą sę­dziwą. Trudno wy­ma­gać od sta­ruszki, aby bie­gła po wy­kro­tach jak zając czy młoda pa­nienka. Ani przez chwilę nie uda­wało nam się uciec spoza za­sięgu re­flektora. Wi­dział nas wciąż zło­czyńca na mu­rach, za­pewne sam Mar­chant. Wi­dzieli nas także jego po­moc­nicy, zbie­ga­jący ze stoku wzgórza. Sły­szeli­śmy za sobą trzask ła­ma­nych ga­łęzi i gło­śne na­wo­ły­wa­nia.

Na­gle ma­dame Eve­line przy­sta­nęła ła­piąc od­dech.

— Nie mam już sił — wy­szeptała. — Niech pan sam ucieka. Ja tylko utrudniam panu ucieczkę.

Za­wa­ha­łem się. Było oczywiste, że Mar­chantowi nie zale­żało na ma­dame Eve­line, tylko na mnie. Nie są­dzi­łem także, aby wy­rzą­dzili jej jaka­kol­wiek krzywdę. Lecz mimo to po­zo­sta­wie­nie sta­ruszki na pa­stwę zło­czyńców wy­da­wało mi się czy­nem nie­god­nym dżentel­mena.

— Niech pan ucieka — po­wta­rzała ma­dame Eve­line.

Ja jed­nak wciąż sta­łem obok niej, zu­peł­nie nie­zde­cy­do­wany. A po­goń znaj­do­wała się coraz bliżej i bli­żej.

Za­sta­na­wia­łem się, jak da­leko jest jesz­cze do szosy i do go­spody, w któ­rej był tele­fon. Ota­cza­jące nas ciemności utrudniały ocenę sytu­acji. Znajdo­wali­śmy się w kręgu światła re­flektora, co jesz­cze bar­dziej po­głę­biało wra­żenie mroku ota­cza­ją­cego nas ze­wsząd.

— Mamy ich! Są! — usły­sza­łem rado­sny wrzask gru­basa. Tylko kilka kro­ków dzie­liło nas od fa­ceta z trzcinka. Po chwili, gdy i oni wpa­dli w krąg światła, doj­rza­łem, że jest ich czte­rech: gru­bas, facet z trzcinka, Ro­bi­noux i no­sacz.

„No, prze­ciw tej czwórce sam nic nie pora­dzę” — po­my­śla­łem. I w tym mo­men­cie zde­cy­do­wa­łem się dać dra­paka, po­zo­sta­wia­jąc ciotkę Eve­line. Al­bo­wiem naj­waż­niej­sze było, aby po­wia­do­mić poli­cję o przy­go­to­wy­wa­nej przez Mar­chanta ucieczce.

Na­gle, tuż za ple­cami, usły­sza­łem gwizd. I zaraz takie same gwizdy roz­legły się ze wszyst­kich stron.

Tak, to były poli­cyjne gwizdki. Wzgórze zam­kowe oto­czone było przez poli­cję.

Zro­zu­miał to i Mar­chant. Bły­ska­wicznie zga­sił re­flektor, który od tej chwili mógł utrudniać poło­żenie jego lu­dziom. A czte­rej zło­czyńcy rzu­cili się do ucieczki w stronę bramy zam­ko­wej. W ślad za nimi, poro­zu­mie­wa­jąc się gwizd­kami i świe­cąc latar­kami elek­trycznymi, sze­roka ławą biegli poli­cjanci.

Nad zam­kiem za­czął krą­żyć poli­cyjny heli­kop­ter.

Z ciemności noc­nych wy­łonił się łysy ko­mi­sarz poli­cji.

W krót­kich sło­wach wy­ja­śni­łem mu sytu­ację. Wspo­mniałem też o uwięzie­niu Pi­geona i przy­go­to­wy­wa­nej ucieczce Mar­chanta.

— Pi­geon sie­dzi w lochu? — nie­mal ucie­szył się ko­mi­sarz. — Do­brze mu tak. Nie chciał ze mną współpra­co­wać. W ogóle mo­gli­ście ze­psuć całą sprawę. O mały figiel nie spło­szyli­ście Mar­chanta.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ciotka Eve­line. — To takie po­dzię­ko­wa­nie otrzymuje się za udział w akcji prze­ciw Fan­to­ma­sowi?

— Ma­dame — od­rzekł grzecznie ko­mi­sarz. — Czy nie sadzi pani, że w pani wieku nie jest czymś sto­sow­nym uga­niać się po wy­kro­tach?

Stara dama chciała coś od­po­wie­dzieć, ale obok nas po­ja­wiła się Yvonne. Jak się oka­zało, przy­byli pod zam­kowe wzgórze poli­cjanci na­tknęli się na po­zo­sta­wioną na straży dziew­czynkę i chłopca. Ko­mi­sarz do­wie­dział się od nich o na­szej wy­pra­wie do zamku i wy­raził swoje nie­za­do­wo­lenie. Gdy zło­czyńcy rzu­cili się za nami w po­goń, ko­mi­sarz i jego lu­dzie przez cały czas ob­ser­wo­wali po­ścig. Cze­kali cier­pli­wie, aż ści­ga­jący nas zło­czyńcy wpadną im pro­sto w ręce. Nie­stety, któ­regoś z po­li­cjantów po­nio­sły nerwy, zbyt wcześnie sko­rzy­stał z poli­cyj­nego gwizdka. Zło­czyńcy rzu­cili się do ucieczki.

Teraz, w ślad za poli­cjantami, za­częli­śmy znowu wspinać się na zam­kowe wzgórze. Schwyta­nie zło­czyńców wy­da­wało się już pro­ste i łatwe.

Przez całą drogę ko­mi­sarz nie prze­sta­wał po­mru­ki­wać gniewnie:

— Będę miał wielką sa­tys­fak­cję, uwalnia­jąc z lochu Pi­geona. Obiecał in­for­mo­wać mnie o wszyst­kich swoich pla­nach i po­dej­rze­niach, a po­stąpił zu­peł­nie ina­czej. Dla­czego? Prze­cież to oczywiste, że na­groda za Fan­to­masa przy­pad­nie w udziale tej pa­nience — wskazał Yvonne. — To ona pierwsza zwróciła uwagę po­licji na osobę Mar­chanta. Zba­dali­śmy prze­szłość tego pana i oka­zało się, że Pierre Mar­chant, han­dlarz win, nie żyje od kilku lat. Wdowa po prawdzi­wym Mar­chancie otrzymała dużo pie­nię­dzy za mil­cze­nie i oto Pierre Mar­chant zmar­twych­wstał jako Fan­to­mas. Cie­kaw je­stem, jak on się na­zywa na­prawdę?

Ro­ze­śmiałem się ci­chutko.

— Z czego pan się śmieje? — burknął ko­mi­sarz. — Cóż w tym we­so­łego?

— Wiem, dla­czego Pi­geon wolał pana nie in­for­mo­wać o swoich pla­nach. On zre­zy­gno­wał z na­grody za Fan­to­masa.

— A cze­muż to? — zdziwił się ko­mi­sarz.

— Bo on chce otrzymać na­grodę za schwyta­nie Johna Blacka.

— Co ta­kiego? — ko­mi­sarz wpadł do wy­krotu, nie za­uwa­żyw­szy go w ciemno­ściach. Gra­mo­ląc się z niego, jesz­cze przez chwilę nie mógł opa­no­wać zdu­mie­nia.

— A więc to tak! — po­wta­rzał. I ostro gwizdnął.

— Pa­no­wie! — krzyknął tu­bal­nie do poli­cjantów. — Ru­szaj­cie się żwawiej. Czy wie­cie, kto na nas czeka w Or­lim Gnieździe? John Black.

Sam dźwięk tego na­zwi­ska wy­star­czył, aby tyra­liera poli­cjantów przy­spie­szyła kroku. Było oczywiste, że na­wet mysz się nie prze­śliź­nie przez poli­cyjny kor­don. Schwyta­nie zło­czyńców po­zo­sta­wało kwe­stią mi­nut.

Jed­nakże, wbrew lo­gicz­nym przewi­dy­wa­niom, bieg wy­da­rzeń wkrótce się skompli­ko­wał i wcale nie na­stąpił po myśli ko­misa­rza.

Zło­czyńcy ucie­kli pod bramę zam­kowa, którą Mar­chant... za­mknął im przed no­sem. „Zdradził ich w trud­nej chwili — po­my­śla­łem. — Sam zaba­ryka­do­wał się w Or­lim Gnieździe, a ich po­zo­sta­wił na pa­stwę losu”.

Jakoż poli­cjanci oto­czyli opryszków pod za­mknięta bramą.

— Stój! Stój! Pod­dać się! Ręce do góry! — wo­łali mie­rząc do nich z pi­sto­letów.

Nadje­chały poli­cyjne sa­mo­chody, ich re­flektory oświetliły bramę. W bla­sku świateł czte­rej zło­czyńcy stali nad wy­raz spo­koj­nie, opie­rając się ple­cami o odrzwia bramy.

Wreszcie, gdy po­jawił się łysy ko­mi­sarz poli­cji, za­brał głos Ro­bi­noux:

— Co się tu dzieje, u licha, panie ko­misa­rzu? Chyba nie mnie pa­no­wie szu­kają?

— Nie, nie pana — od­parł ko­mi­sarz i zaraz się po­pra­wił: — To zna­czy nie tylko pana, przede wszystkim Mar­chanta. Mam na­kaz areszto­wa­nia.

— O Boże! — udał zdu­mie­nie Ro­bi­noux. — A za co, drogi ko­misa­rzu? Ja­kież to on po­pełnił prze­stęp­stwo? Ko­mi­sarz poli­cji wy­rzekł z ogromna god­no­ścią:

— Pierre Mar­chant jest po­szu­ki­wa­nym przez nas Fan­to­ma­sem alias Joh­nem Blackiem.

— O rany! Na­prawdę? — znowu udał zdu­mie­nie Ro­bi­noux. — A ja nic o tym nie wie­działem. Ten pan wy­najął mnie do wy­ko­nania pew­nego de­tek­tywi­stycznego za­dania. Nie mia­łem poję­cia, że to aż tak nie­bez­pieczna fi­gura.

Ode­zwał się gru­bas:

— Mnie przyjął do po­py­cha­nia swego in­wa­lidz­kiego fotela...

— A ja by­łem do­zorcą zam­ko­wym — po­wie­dział facet z trzcinką.

Ko­mi­sarz tup­nął nogą.

— Nie zgrywaj­cie się tu przede mną. Bra­liście udział w kra­dzieży ob­ra­zów.

Ro­bi­noux ze smutkiem po­kiwał głową.

— To po­ważny za­rzut, ko­misa­rzu. Trzeba go udo­wod­nić.

Po­my­śla­łem, że ko­misa­rzowi wcale nie bę­dzie łatwo udo­wod­nić tym opryszkom udział w ak­cjach Fan­to­masa. Na­le­żało się spo­dziewać, że banda Mar­chanta była dość liczna, a ci, któ­rzy brali udział w kra­dzie­żach, być może na­wet nie kon­tak­to­wali się z jego „do­mowni­kami” w Or­lim Gnieździe, słu­żą­cymi mu jako ochrona. Mar­chant po­starał się chyba o to, aby po­zo­sta­wali poza wszelkimi po­dej­rze­niami.

— Pa­nie Ro­bi­noux — roz­zło­ścił się ko­mi­sarz. — Pań­ski udział w usi­ło­wa­niu kra­dzieży ob­razu Van Gogha był oczywisty. Uciekł pan, gdy ści­gali­śmy ludzi Fan­to­masa.

Ro­bi­noux prze­cząco po­kręcił głową.

— Nie ucie­ka­łem, panie ko­misa­rzu. Ści­ślej­sze bę­dzie okre­śle­nie: tak mi się zro­biło wstyd, że go­tów by­łem za­paść się pod zie­mię. Od­sze­dłem za­wsty­dzony, że nie umiałem upil­no­wać ob­razu.

Ko­misa­rza dła­wiła wściekłość.

— Za­kuć ich w kaj­danki! — krzyknął do poli­cjantów. — Wo­zami poli­cyj­nymi od­wieźć ich do To­urs! I za­cznijcie wy­wa­żać tę bramę. W Or­lim Gnieździe są Mar­chant i Pi­geon.

Czte­rej zło­czyńcy z ogrom­nym spo­ko­jem po­zwo­lili sobie za­trza­snąć kaj­danki na rę­kach. Po­tem z takim sa­mym spo­ko­jem po­ma­sze­ro­wali do poli­cyj­nego sa­mo­chodu. Byli prze­ko­nani, że ko­mi­sarz ni­czego im nie udo­wodni i wkrótce znajdą się na wol­ności.

Tak, Mar­chant to był nie lada spry­ciarz. Teraz do­piero zro­zu­mia­łem, dla­czego od tylu lat poli­cja po­lo­wała na niego bez­sku­tecz­nie. Tylko że w tej chwili znaj­do­wał się w nie byle ja­kich opa­łach.

— Jak pan sadzi, czy z zamku jest dru­gie wyj­ście? — spy­tał mnie szeptem ko­mi­sarz.

— Wy­daje mi się, że nie ma — od­par­łem bez prze­ko­nania. Al­bo­wiem po takim lisie jak Mar­chant można się było spo­dziewać, że po­siada kilka wyjść ze swej nory.

Ko­mi­sarz na wszelki wy­pa­dek kazał znowu oto­czyć za­mek kor­do­nem poli­cjantów. Po chwili pod bramę pod­ło­żono kilka pe­tard i na­stąpił wy­buch. Jedno skrzydło bramy wy­padło z zawia­sów.

Wbiegli­śmy na zam­kowy dzie­dzi­niec.

Był jasno oświe­tlony, jak wówczas, gdy oglą­da­łem go z Pi­geo­nem. W tej chwili jed­nak nie było tutaj ży­wej du­szy. Otwarta skrzynia z obra­zami stała na środku dzie­dzińca.

Do­sko­czy­łem do skrzyni i za­czą­łem w niej szpe­rać.

— Są! są! — krzykną­łem rado­śnie. — Zdaje mi się, że są tutaj wszystkie skra­dzione ob­razy. I ob­raz Memlinga, i Watteau, i wszystkie płótna skra­dzione z Zamku Sze­ściu Dam!

Ko­mi­sarz zdjął z głowy swoje po­li­cyjne kepi i sta­ran­nie otarł pot z łysej cza­szki.

— No, w każ­dym razie od­nie­śli­śmy jakiś suk­ces — mruknął.

Poli­cjanci myszko­wali w zaka­mar­kach zam­ko­wego dzie­dzińca, wpa­dli do mau­re­tań­skiej willi, zaj­rzeli do don­żonu.

Willa oka­zała się pusta. Na­to­miast w pod­zie­miach don­żonu. za żela­zna kratą, mio­tał się Pi­geon.

— Wy­puść­cie mnie! Na litość bo­ska wy­puść­cie mnie! — bła­gal­nie krzyknął na nasz wi­dok bo­ha­terski de­tek­tyw Agencji Ubezpie­cze­nio­wej.

— Gdzie jest Mar­chant? — za­wołał ko­mi­sarz. — Czy nie wie pan, do­kąd zwiał ten łaj­dak?

— Wy­puść­cie mnie! — wołał Pi­geon. — Do­my­ślam się, gdzie on się ukrył. Ale naj­pierw mu­sicie mnie wy­pu­ścić, to wam wszystko po­wiem. Ja tu nie chce być ani chwili dłu­żej. Tu są szczury! Chciały mnie po­żreć.

Któ­ryś z poli­cjantów miał przy sobie pęk uni­wer­sal­nych klu­czy i z ich po­mocą upo­rał się z po­tężna kłódka, za­my­ka­jąca kratę lochu. Za­ta­cza­jąc się jak pi­jany, Pi­geon wy­biegł na dzie­dzi­niec.

— O Boże — jęk­nął. — W tym lochu szczury są wiel­kie jak koty!

— Gdzie jest Mar­chant! — nie­cier­pli­wił się ko­mi­sarz. Pi­geon wskazał szczyt baszty.

— Tam. Wi­działem go, jak tam ucie­kał. Na górę. Za­pewne chce sko­rzy­stać z mojej liny i spu­ścić się z okna.

— Nie ucieknie — mruknął rado­śnie ko­mi­sarz. — Pod basztą są moi lu­dzie.

Rzu­cili­śmy się wszyscy na schody w don­żonie. Pierwszy biegł ko­mi­sarz, ja sa­dzi­łem za nim, a za nami tło­czyli się poli­cjanci, wśród któ­rych byli ciotka Eve­line, Yvonne i Ro­bert. Każdy chciał być świad­kiem schwyta­nia Fan­to­masa.

Po­tyka­liśmy się na ku­pach gruzu po­zo­sta­wio­nego na schodach, przewra­cali­śmy się o ka­wałki desek, lecz bie­gli­śmy wy­trwale. Wi­dok zło­czyńcy miał nam wy­na­gro­dzić wszystkie trudy.

Oto zo­ba­czy­łem po­dest i okno z liną, zwi­sa­jącą po dru­giej stro­nie. To tędy do­sta­łem się do zamku wraz z Pi­geo­nem. I tędy ucie­kłem, gdy go schwytano.

Ko­mi­sarz wsa­dził głowę w małe okienko i wy­chy­liw­szy się krzyknął:

— Nie pró­bo­wał tędy ucie­kać?

— Nie, panie ko­misa­rzu! — od­krzyknął z dołu poli­cjant.

— A więc musi być na górze — stwierdził ko­mi­sarz.

Tylko kil­kana­ście stopni dzie­liło nas od wej­ścia na okrą­głą plat­formę, sta­no­wiącą za­ra­zem dach don­żonu. Świecąc latar­kami, po­pę­dzili­śmy na górę.

Na da­chu uj­rza­łem czło­wieka. Ktoś od­wró­cony do nas ple­cami sie­dział nie­ru­chomo na krze­śle.

— Ręce do góry! Pod­daj się, Mar­chant! — krzyknął ko­mi­sarz. Osobnik na krze­śle poru­szył się nie­mrawo. Zo­ba­czy­liśmy, że jest przywią­zany do opar­cia, a usta ma za­kne­blo­wane.

— Kto to? Kto to? — po­wta­rzał zdu­miony ko­mi­sarz.

A był to Pi­geon. Praw­dziwy Pi­geon.

Pierre Mar­chant, ucha­rak­tery­zo­wany na Pi­geona, prze­szedł swo­bod­nie przez kor­don poli­cji i prze­padł w ciemno­ściach nocy. Ko­mi­sarz poli­cji wy­krzy­kiwał coś o tym, że za­pewne zdo­łają go schwytać, bo chyba nie uciekł da­leko. Ale ja już w to nie wie­rzy­łem. Nie bez ko­zery Mar­chant na­zy­wał sie­bie Fan­to­ma­sem.

 


ZAKOŃCZENIE [top]

 

Spa­ko­wa­łem wa­lizkę i opu­ści­łem swój pokój w Zamku Sze­ściu Dam.

W hallu spo­tka­łem ba­rona de Saint-Ga­tien. Długo i wy­lew­nie dzię­ko­wał mi za po­moc przy od­zy­ska­niu obra­zów skra­dzio­nych z jego gale­rii, go­rąco na­ma­wiał mnie, abym go­ścił w jego zamku, jak długo ze­chcę. Lecz dla mnie sprawa Fan­to­masa była już za­koń­czona.

Po­byt we Fran­cji po­sta­no­wi­łem wy­ko­rzy­stać dla zwiedze­nia wspania­łych mu­zeów tego kraju. Czy mo­głem nie obej­rzeć Luwru i zgroma­dzo­nych w nim dzieł sztuki?

Po­sta­no­wi­łem wy­je­chać do Pa­ryża.

Fran­cuska prasa bul­wa­rowa sze­roko roz­pi­sy­wała się o na­szych przy­go­dach w Or­lim Gnieździe. Mnie i Pi­geona sła­wiono pod nie­biosa, obe­rwało się jedy­nie ły­semu ko­misa­rzowi poli­cji, któ­rego oskarżono o nie­udol­ność, po­nie­waż dał się Mar­chantowi wy­wieść w pole. Wy­daje mi się, że oskarżenia te były nie­sprawie­dliwe. Dzięki akcji poli­cji ode­brano zło­czyńcom ob­razy skra­dzione z zamku ba­rona, z Am­boise, An­gers i Cham­bord. Dla ko­misa­rza poli­cji sprawa Fan­to­masa nie zo­stała zresztą jesz­cze za­koń­czona, wciąż miał on na­dzieję, że uda mu się wy­do­być adres Mar­chanta od opryszków, któ­rych nadal trzymano w areszcie. Co do mnie, to by­łem prze­ko­nany, że Mar­chant opu­ścił Fran­cję. Pod no­wym na­zwi­skiem i w no­wym wcieleniu po­jawi się wkrótce w ja­kimś in­nym kraju.

Po­że­gnawszy ba­rona de Saint-Ga­tien, po­zo­sta­wi­łem w hallu swoją wa­lizkę i jesz­cze na chwilę zaj­rza­łem do gale­rii zam­ko­wej. Ku­stosz, pan Ar­mand Du­rant, roz­wie­szał od­zy­skane ob­razy. To­wa­rzy­szył mu Pi­geon, wciąż, nie­syty kom­ple­mentów, ja­kich mu nie szczędził bro­daty ku­stosz.

— Nie­stety, nie otrzymam na­grody za Johna Blacka — po­wie­dział mi Pi­geon. — Ko­mi­sarz po­szka­pił sprawę i po­zwo­lił Mar­chantowi uciec. Ale dzwonił do mnie pre­zes Agencji Ubezpie­cze­nio­wej i po­wie­dział, że za od­zy­ska­nie obra­zów do­stanę wy­soka pre­mię. Mam tro­chę oszczęd­ności, więc być może kupię sobie mały do­mek na połu­dniu Fran­cji i będę ho­do­wał róże...

— To nie za­mie­rza pan wal­czyć z prze­stęp­cami? — zdu­mia­łem się. Pi­geon po­gła­dził śmieszne wą­siki.

— Są­dzi pan, że kiedy pójdę na eme­ry­turę, prze­stępcy za­czną się pa­no­szyć? Pre­zes mi mó­wił, że chcą po­wie­rzyć mi słynną sprawę kra­dzieży ubezpie­czo­nych w na­szej Agencji bez­cen­nych sta­rych obra­zów z kate­dry w Ko­lonii. Za­sta­na­wiam się jed­nak. To bar­dzo trudna sprawa.

— Pan chyba lubi trudne sprawy?

— O, tak. Musi pan przy­znać, że sprawa Fan­to­masa była nie­zwy­kle trudna. Miałem dużo szczęścia, że udało mi się ją roz­wi­kłać.

Zu­peł­nie za­po­mniał o moim udziale. No cóż, nie był to skromny człowiek, ten Pi­geon.

— A co pan za­mie­rza? — za­pytał.

— Jadę do Pa­ryża, aby zwiedzić Luwr, a po­tem wra­cam do Pol­ski.

— Nie inte­re­suje pana histo­ria obra­zów skra­dzio­nych w Ko­lonii? Chętnie przyjął­bym pana jako swego po­moc­nika — po­wie­dział Pi­geon. — Wy­daje mi się, że ma pan żyłkę de­tek­tywi­styczną. Bra­kuje panu tylko wprawy.

Prze­cząco po­krę­ciłem głowa.

— Nie­stety, i tym ra­zem mu­szę panu od­mó­wić. W Pol­sce też jest wiele cie­ka­wych spraw do roz­wią­zania. Prasa do­nio­sła wła­śnie o „za­gad­kach Fromborka”. Może na­wet skrócę swój urlop, bo czuję, że je­stem po­trzebny swojemu Mi­ni­ster­stwu.

Pi­geon wzruszył ra­mio­nami.

— No cóż, zrobi pan, jak pan uważa. Ale przy­zna pan chyba, że u nas wię­cej można na­uczyć się w rze­mio­śle de­tek­tywi­stycznym niż u was. Nie by­wają u was prze­stępcy po­dobni do Fan­to­masa, a i de­tek­ty­wów po­dob­nych do mnie wielu się nie spo­tka, prawda?

W tym mo­men­cie wtrą­cił się ku­stosz Du­rant, który przez cały czas przy­słu­chi­wał się na­szej roz­mo­wie.

— Pa­nie Pi­geon — po­wie­dział — pan chyba za­po­mniał, że wła­śnie pan To­masz roz­szy­fro­wał za­gadkę kra­dzieży ob­ra­zów w gale­rii. Pan, jeśli się nie mylę, po­dej­rze­wał przede wszystkim ba­rona de Saint-Ga­tien.

Pi­geon za­kło­potał się. Na krótko zresztą. Po chwili już od­zy­skał pew­ność sie­bie.

— No cóż, wy­znaję, że pan To­masz bar­dzo zręcznie wpadł na trop za­gadki Fan­to­masa. Do­po­mógł mu w tym jed­nak przy­pa­dek.

Machną­łem ręką i opu­ści­łem gale­rię. Do­sze­dłem do wniosku, że Pi­geon, bez względu na oko­licz­ności, po­zo­sta­nie na zaw­sze py­szał­kiem.

Na dzie­dzińcu na­tknąłem się na Yvonne i Ro­berta. Maj­stro­wali coś przy prze­rzutce u roweru Yvonne.

— A co z na­grodą za wskazanie Fan­to­masa? — za­py­tałem dziew­czynkę.

Wes­tchnęła.

— Coś mi się zdaje, że na­groda przejdzie mi koło nosa. Pa­no­wie z Agencji Ubezpie­cze­nio­wej twierdzą, że na­groda doty­czyła osoby, któ­rej in­for­ma­cja do­po­może do schwyta­nia Fan­to­masa. A jak pan wie, Fan­to­mas uciekł z Or­lego Gniazda. Więc za­częli krę­cić z wy­płatą na­grody. Ale nie martwię się tym. Hi­storia z od­zy­ska­niem obra­zów przy­spo­rzyła nam sporo re­klamy w pra­sie. Otrzymali­śmy za­po­wiedź mnó­stwa wy­cie­czek. Za­ro­bimy sporo fran­ków.

Przyklęk­ną­łem przy ro­we­rze Yvonne.

— Gdy tu przyje­cha­łem, py­tałaś mnie, czy po­trafię zre­pe­ro­wać prze­rzutkę. Dziś wy­jeż­dżam. No cóż, spró­buję ją na­pra­wić.

Ro­bert roze­śmiał się.

— Wła­śnie przed chwilą ją zre­pe­ro­wa­łem. My­ślę, że te­raz już nie bę­dzie kło­po­tów z przerzu­ca­niem „bie­gów”.

Ro­bert urwał i w nie­mym zdu­mie­niu pa­trzył w stronę mo­stu zwo­dzo­nego. Na­sze spoj­rze­nia rów­nież po­bie­gły w tym kie­runku. I oto co uj­rzeli­śmy: przez most zwo­dzony do zamku je­chała na ro­we­rze ma­dame Eve­line.

Aż oczy przetarłem, bo wy­dało mi się, że ule­gam złu­dze­niu. Lecz tak. Była to rze­czy­wi­stość. Ma­dame Eve­line sie­działa na ro­we­rze.

— Ca­ramba, porca mise­ria! — za­wo­łała ze­ska­kując z ro­weru. — Ode­bra­łam w Orle­anie zre­pe­ro­wane al­pine re­nault. Je­cha­łam na nim jak sza­tan, dwieście ki­lo­me­trów na go­dzinę. Ale na pięć ki­lo­me­trów przed zam­kiem znowu się ze­psuł. Tak mnie to zi­ry­to­wało, że po­zo­sta­wi­łam go na szo­sie, po­ży­czy­łam ro­wer od ja­kie­goś wie­śniaka i oto je­stem.

— I jak się cioci je­chało? — za­py­tała Yvonne.

Stara dama po­pra­wiła na gło­wie ka­pe­lusz ozdobiony list­kami sa­łaty.

— Ro­wer, który po­ży­czy­łam, to stary grat. Wszystko w nim skrzypi i dzwoni. Ale czuje, że gdy­bym ku­piła jakiś no­wo­cze­sny wy­ści­gowy ro­wer z prze­rzutką, to po­ka­zała­bym, jak się jeź­dzi. — I do­dała: — Zdaje mi się, że kupię ro­wer. Sa­mo­chody za­czy­nają mi brzydnąć...

 

KONIEC

 

[top]

 


1 Don­jon (fr.) — baszta, wieża. [^]

2 Au­guste Re­noir (1841-1919) — fran­cuski ma­larz i rzeź­biarz, jeden z głównych przedsta­wi­cieli im­pre­sjo­ni­zmu. Cha­rak­tery­styczne dla jego obra­zów są ko­lory pa­ste­lowe, zwłaszcza od­cie­nie różu i błę­kitu. Za życia, po­dob­nie jak wielu in­nych mala­rzy im­pre­sjo­ni­stów, nie cie­szył się wiel­kim uznaniem. Dziś jego ob­razy na mię­dzy­naro­do­wych au­kcjach osią­gają ogromne ceny: po­nad sto ty­sięcy dola­rów za obraz. [^]

3 Kata­rzyna Me­dy­cej­ska (1519-1589) — kró­lowa Fran­cji, żona Hen­ryka II. Po­cho­dziła z książę­cego rodu wło­skiego Me­dy­ceuszów. Bez­względna, czę­sto zmienia­jąca orientacje po­li­tyczne, była inspi­ra­torką słyn­nej Nocy św. Bar­tło­mieja i rzezi hu­ge­no­tów. Po­są­dzono ją o liczne spi­ski, otru­cia, mordy po­li­tyczne. W sztuce fran­cu­skiej ugrunto­wała wpływy wło­skie [^]

4 Pablo Picasso (1881-1973) - wielki malarz współczesny pochodzenia hiszpańskiego, od roku 1904 zamieszkały we Francji. Na jego twórczość wywarł wpływ realizm hiszpański, neoimpresjonizm, symbolizm. Picasso był jednym z najbardziej aktywnych i wszechstronnych twórców XX wieku. Jego malarstwo budzi żywe dyskusje. Uważany jest za prekursora kubizmu i innych nowych kierunków. [^]

5 Henri Matisse (1869-1954) francuski malarz i grafik, główny przedstawiciel kierunku zwanego fowizmem, będącego reakcją na wrażeniowe malarstwo impresjonistów. Charakterystyczne dla twórczości Matisse'a są jaskrawe zestawienia barwne. Najsłynniejsze obrazy: Kobieta w kapeluszu, Radość życia, Taniec, Przepych, Spokój i rozkosz, Siedząca odaliska [^]

6 Jean Jacques Rousseau (1712-1778) - francuski pisarz i filozof wieku oświecenia, głoszący hasło powrotu do natury. Najbardziej znane jego książki: Emil, czyli o wychowaniu, Wyznania, Nowa Heloiza. [^]

7 George Sand, właśc. Aurora Dudevant (1804-1976) - pisarka francuska. Odegrała doniosłą rolę w życiu literackim i artystycznym epoki romantyzmu. Bliskie stosunki łączyly ją z wieloma wybitnymi ludźmi. [^]

8 Paul Cézanne (1839-1906) - malarz francuski, którego twórczość miała przełomowe znaczenie dla rozwoju malarstwa XX wieku. Wraz z przyswojeniem sobie zdobyczy impresjonizmu zmierzał Cézanne do przezwyciężenia jego jednostronności. Za życia Cézanne był malarzem mało znanym, lekceważonym, nawet wyśmiewanym. Obecnie na międzynarodowych aukcjach obrazy Cézanne'a osiągają bardzo wysokie ceny. Na jednej z ostatnich aukcji zapłacono za jego obraz 350 tysięcy marek zachodnioniemieckich. [^]

9 Théophile Gautier (1811-1872) — pisarz francuski, poeta i prozaik, przedstawiciel tzw. „drugiej generacji” romantyzmu francuskiego. Polskiemu czytelnikowi znany jest przede wszystkim jako autor popularnej awanturniczej powieści Kapitan Fracasse. [^]

10 Jo­anna d'Arc (1412-1431) — bo­ha­terka naro­dowa Fran­cji. Pod­czas wojny stu­let­niej mię­dzy An­glią i Fran­cją, stając na czele wojsk fran­cu­skich, oswobo­dziła Or­lean. Poj­mana przez An­gli­ków, zo­stała spa­lona w Rouen na stosie jako cza­row­nica. Be­aty­fi­ko­wana w 1909 r., a w 1920 ogło­szona świętą. [^]

11 Hi­storię po­zna­nia z Ka­ren znajdą Czytel­nicy w po­wie­ści Pan Sa­mo­cho­dzik i templa­riu­sze [^]

12 Pierre Ronsard (1524-1585) — poeta francuski, najwybitniejszy przedstawiciel francuskiego odrodzenia. Przepiękna jest jego liryka miłosna. W polskim przekładzie, w wyborze Artura Sandauera, ukazał się w 1956 r. Wybór poezji Ronsarda [^]

13 Joachim du Bellay (1522-1466) — poeta francuski, odegrał dużą rolę w rozwoju literatury francuskiej, wprowadzając nowe formy poetyckie: epopeję, odę, elegię, sonet. [^]

14 Je­anne An­to­inette Pois­son, mar­kiza de Pompa­dour (1721-1764) — fa­wo­ryta króla fran­cu­skiego Lu­dwika XV. Wy­wie­rała znaczny wpływ na jego życie i po­litykę. Wy­kształcona i utalen­to­wana, pro­te­go­wała uczonych, pisa­rzy, arty­stów [^]

15 Hans Memling (ok. 1440-1494) — jeden z najwybitniejszych malarzy niderlandzkich. Dzieła jego cechuje liryzm, spokój, wytworność. Malował obrazy religijne oraz portrety. Do najbardziej znanych należy ołtarz Sąd Ostateczny, znajdujący się w Muzeum Pomorskim w Gdańsku, oraz ołtarze: Trzech Króli, Świętego Jana, Świętego Krzysztofa. [^]

16 Michelangelo Merisi da Caravaggio (1573-1610) — malarz włoski, jeden z głównych przedstawicieli wczesnego baroku. Malował sceny mitologiczne, rodzajowe i dzieła o tematyce religijnej. Do najwybitniejszych należą: Obrazy z dziejów świętego Mateusza, Nawrócenie świętego Pawła, śmierć Marii, Bacchus, Chłopiec ugryziony przez jaszczurkę. Malarstwo Caravaggia odznacza się niezwykłym napięciem dramatycznym i siłą wyrazu. W Polsce jego rysunki oglądać można w Muzeum Pomorskim w Gdańsku. [^]

17 Jean Antoine Watteau (1684-1721) — francuski malarz i rysownik. Malował portrety, sceny z życia arystokracji. Przedstawiające pozornie szczęśliwy, beztroski świat, zabarwiał swe dzieła nastrojem melancholii, smutku, subtelnej ironii. Do najbardziej znanych jego obrazów należą: Gilles, Obojętny, Odjazd na Cyterę, Święto Miłości. [^]

18 François Rabelais (1494-1553) — wybitny pisarz francuskiego renesansu, humanista, lekarz. Autor słynnego dzieła Gargantua i Pantagruel, przełożonego na język polski przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Charakterystyczna dla twórczości Rabelais'go jest radość życia i specyficzny, rubaszny humor. [^]

19 Anatol France, właśc. Franciszek Thibault (1844-1924) — znakomity pisarz francuski. Jego dzieła cechuje ogromna erudycja, sceptycyzm i pogodna ironia. Najbardziej znane książki: Tais, Zbrodnia Sylwestra Bonnard, Gospoda pod królową Gęsią Nóżką, Wyspa pingwinów. Tu mowa o powieści Poglądy księdza Hieronima Coignarda. [^]

20 W pisowni francuskiej: Foulque Nerra [^]

21 La ba­gnole — stary, wy­słu­żony sa­mo­chód, grat. Mon­sieur la Ba­gno­lette — pieszczo­tliwe zdrobnie­nie; fran­cuski od­po­wiednik mo­jego prze­zwi­ska Pan Sa­mo­cho­dzik [^]

22 Tycjan, właśc. Tiziano Vecellio (ok. 1488-1576) — malarz wenecki, jeden z najwybitniejszych artystów włoskiego odrodzenia. Twórczość Tycjana była bardzo różnorodna. Malował obrazy religijne (słynny Grosz czynszowy), pełne patosu sceny monumentalne, akty kobiece, ukazujące piękno ludzkiego ciała (Wenus z Urbino). Nawiązywali do niego wybitni malarze XIX wieku, Manet i Renoir. Tycjan uważany jest za mistrza barwy i światła [^]

23 Giovani Bellini (ok. 1430-1416) — słynny malarz okresu renesansu, twórca weneckiej szkoły kolorystycznej. Pochodził ze znanej rodziny malarzy weneckich (syn Jacopa Belliniego). W Polsce obraz Giovanni Belliniego Madonna z Dzieciątkiem oglądać można w Muzeum Narodowym w Krakowie (zbiory Czartoryskich). [^]

24 Antonio Vivarini (1415-1484) — znakomity malarz włsoki okresu renesansu. Wiele obrazów malował wspólnie ze swym bratem Bartolomeo Vivarinim (1432-1499). [^]

25 Giorgione, właśc. Giorgio da Castelfranco (ok 1476-1510) — jeden z głównych przedstawicieli renesansowego malarstwa weneckiego. Uczeń Giovanni Belliniego. Wielostronnie uzdolniony, dążył do stworzenia symbiozy malarstwa, muzyki i poezji. Tworzył obrazy religijne i mitologiczne oraz portrety. Najsłynniejsze jego obrazy: Madonna ze świętym Liberiuszem i Franciszkiem, Burza, Koncert wiejski. Ostatnim jego dziełem była przypuszczalnie Wenus odpoczywająca, ukończona przez Tycjana. Wokół wielu obrazów od lat toczy się spór na temat ich autorstwa, przypisywanego Giorgione'owi lub Tyvjanowi. [^]

26 Edgar Hilaire Degas (1834-1917) — malarz, grafik i rzeźbiarz francuski. Malował duże kompozycje historyczne, portrety. W późniejszej twórczości, pod wpływem impresjonistów, dążył do uchwycenia przelotnych wrażeń. Najbardziej znane obrazy Degasa: Absynt, Na giełdzie, Klasa tańca, Tancerka na scenie, Czesząca się kobieta, Toaleta, Kąpiel. [^]

27 Rembrandt, właśc. Rembrant Harmenszoon van Rijn (1606-1669) — malarz i grafik holenderski, jeden z największych twórców w dziejach sztuki. Najsłynniejsze jego obrazy: Lekcja anatomii doktora Tulpa, liczne autoportrety i portrety jego żony Saskii. Ostatnim jego dziełem jest Powrót syna marnotrawnego — przejmująca apoteoza bezinteresownej miłości. Muzea polskie posiadają grafiki Rembrandta. W Krakowie, w zbiorach Czartoryskich obejrzeć można Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem, w Muzeum Narodowym w Warszawie Portret Maertena Day. [^]

28 Vermeer van Delft, znany także jako Johannes van der Meer (1632-1675) — malarz holenderski. Malował sceny rodzajowe, wnętrza mieszkalne, portrety, pejzaże. Jego twórczość przez długi czas była zapomniana, odkryto ją na nowo w połowie XIX wieku. Znanych jest około 40 jego obrazów. Widok Delf i Uliczka zaliczane są do najpiękniejszych w malarstwie holenderskim. Wyrafinowany kolorysta, jeden z prekursorów impresjonizmu. [^]

29 El Greco, właśc. Dominikos Theotokopulos (1541-1614) — słynny malarz pochodzenia greckiego, osiadły w Hiszpanii. Uczeń Tycjana, rozwinął jednak własny indywidualny styl, dążąc do uzyskania w obrazach atmosfery mistycyzmu i ekstatycznego wizjonerstwa. Stosował w swych obrazach odmaterializowane postacie o silnie wydłużonych proporcjach i niezwykłe efekty świetlne. Nie znalazł uznania za życia, odkryto go dopiero w XIX wieku. Do najsłynniejszych jego obrazów należą: Portret Giulia Clovio, Chrystus na krzyżu, Pogrzeb hrabiego Orgaza, Obnażenie z szat. [^]

30 Peter Paul Rubens (1557-1640) — malarz flamandzki, jeden z największych artystów baroku. Założył pracownię malarską. Współpracowało z nim wielu słynnych artystów. W jego malarstwie dominowała tematyka religijna i mitologiczna. Urzekało go piękno nagiego ciała, chętnie przedstawiał kobiety o obfitych kształtach (Sąd Parysa) i pulchne, roześmiane dzieci (Helena Fourment z dzećmi). Malował również pejzaże o bogatym kolorycie (Pejzaż z tęczą). Do najsłynniejszych jego obrazów należą: Święto Wenus, Trzy Gracje, Wenus przed lustrem, tryptyki Podniesienie krzyża i Zdjęcie z krzyża, Sąd Ostateczny, Pokłon Trzech Króli. Muzea polskie posiadają kilka rysunków Rubensa i obrazy z jego pracowni. [^]

31 Diego Velazquez, właśc. Diego Rodriguez de Silva (1599-1660) — malarz hiszpański, jeden z najwybitniejszych artystów baroku. Malował obrazy o tematyce mitologiczno-rodzajowej (Triumf Bachusa, Kuźnia Wulkana), portrety królów i dworzan, akty kobiece (Wenus z lustrem). Był jednym z najwybitniejszych kolorystów w dziejach malarstwa. W Muzeum Narodowym w Poznaniu znajduje się obraz z kręgu Velazqueza. [^]

32 Lucas Cranach Starszy (1472-1553) — malarz i grafik niemiecki. Tworzył liczne malowidła ołtarzowe, obrazy Matki Boskiej i protrety. W Polsce znajduje się kilka obrazów Cranacha Starszego: W Muzeum Narodowym w Warszawie Adam i Ewa, Lukrecja, Portret Księżniczki, w Muzeum w Sandomierzu i w Częstochowie dwa obrazy Madonny. Syn Cranach, Lucas Młodszy, po śmierci ojca prowadził dalej pracownie malarską. Był również bardzo utalentowany. Do najwybitniejszych jego obrazów należy Kazanie Jana Chrzciciela. [^]

33 Frans Hals (ok. 1585-1666), wybitny malarz holenderski pochodzenia flamandzkiego. Zasłynął jako portrecista. Obok Rembrandta i J. Vermeera jest zaliczany do najbardziej indywidualnych malarzy Holandii. Do najwybitniejszych jego obrazów należą: Przełożeni domu starców w Haarlemie, Malle Babe, Śmiejący się kawaler, Cyganka. [^]

34 Vincent van Gogh (1853-1890) — słynny malarz holenderski, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli postimpresjonizmu. Początkowo tworzył realistyczne rysunki, akwarele i obrazy o ciemnym kolorycie. Pod wpływem impresjonistów rozjaśnił i wzbogacił paletę barw. Do najbardziej znanych obrazów należą: Słoneczniki, Most w Arles, Pokój artysty, Arlezjanka, Białe róże, Miłosierny Saamarytanin. [^]

35 Maurice Utrillo (1883-1955) — francuski malarz i grafik, syn znanej malarki S. Valadon. Osiągnął własny styl, pełen melancholii i poezji. Początkowo tworzył naiwne, ciemne w kolorycie pejzaże miejskie. Tematem jego dzieł były uliczki Montmartre'u (Lapin Agile). Po przejściowych związkach z impresjonizmem w jego obrazach zaczęły dominować tonacje biało-szare. Później wzbogacił paletę, stosował barwy żywe, niekiedy krzykliwe. Malował miejskie widoki, portrety, martwe natury. [^]

36 Maurice de Vlaminck (1876-1958) — malarz i grafik francuski, jeden z przedstawicieli tzw. fowizmu. Tworzył pejzaże (Czerwone drzewa, Krajobraz z Chatou), martwe natury, kwiaty. Potem odszedł od fowizmu, stosował zwartą i wyważoną kompozycję. Jego pierwsze obrazy odznaczają się bardzo jaskrawymi barwami, później stosował ciemniejszą gamę kolorystyczną. [^]

37 Mare Chagall (1887-1985) — współczesny malarz i grafik rosyjski, mieszkający we Francji. Początkowo malował obrazy naiwno-relatywistyczne (Sabbath), potem zbliżywszy się do nowych kierunków: symbolizmu, ekspresjonizmu, surrealizmu, rozwinął całkowicie indywidualny styl, tworząc własny, pełen liryzmu świat fantazji, snu i baśni, świat poetyckiej metafory. Do najbardziej charakterystycznych jego obrazów należą: Ja i wieś, Skrzypek, Urodziny, Rewolucja, Król Dawid. [^]

38 Paul Klee (1879-1940) malarz szwajcarski, działał głownie w Niemczech. Podlegał wpływom kubizmu, dadaizmu, surrealizmu. Twórczość jego, akwarele i rysunki niedużego formatu, cechuje skłonność o groteski, łączenie barw i delikatnej, ruchliwej kreski z symboliką znaczeniową. [^]

39 Salvador Dali (1904-1989) — współczesny malarz hiszpański, znany ze swej ekscentryczności. W celu uzyskania atmosfery niezwykłości i grozy wykorzystuje w swych obrazach wizje senne, halucynacje, koszmary, przypadkowe zestawienia realnych przedmiotów. Cechuje go umiejętność łączenia różnych elementów formalnych i wirtuozeria techniczna. Najbardziej znane obrazy: Płonąca żyrafa, Kanibalizm jesieni, Krew jest słabsza niż miód, Przeczucie wojn domowej. [^]

40 Jean Desiré Gustave Courbet (1819-1977) — malarz francuski, jeden z głównych przedstawicieli kierunku realistycznego w sztuce europejskiej XIX wieku. Tematem jego obrazów była praca i los robotnika (Kamieniarze, Śpiąca tkaczka) oraz sceny z życia małego miasteczka i wsi. Do najbardziej znanych jego obrazów należą: Kąpiące się, Pogrzeb w Ornans, Dziewczęta znad brzegu Sekwany. W Polsce jego obrazy oglądać można w zbiorach sztuki na Wawelu i w Muzeum Narodowym w Warszawie. [^]

41 Ilja Riepin (1844-1930) — malarz rosyjski, najwybitniejszy przedstawiciel realizmu w sztuce rosyjskiej na przełomie XIX i XX wieku. Do najbardziej znanych jego obrazów należą: Car Iwan Groźny z synem Iwanem, Zaporożcy piszący list do sułtana tureckiego, Burłacy na Wołdze. W Polsce obrazy Riepina oglądać można w Muzeum Sztuki w Łodzi. [^]

42 Claude Monet (1840-1926) — jeden z twórców impresjonizmu. Malował krótkimi „przecinkami”, zacierającymi kontury przedmiotów. Główne obrazy: Impresja — wschód słońca, Stogi, Topole nad brzegiem Epte, Katedra w Rouen, Nenufary. [^]

43 Camille Pissarro (1830-1903) — francuski malarz i grafik, przedstawiciel impresjonizmu. Malował pejzaże nasycone słonecznym światłem, przepojone nastrojem spokoju i pogody. Tworzył wiejscie scenki rodzajowe (Zbierające jabłka), portrety, prace graficzne. [^]

44 Alfred Sisley (1939-1899) — malarz francuski pochodzenia angielskiego, jeden z czołowch przedstawicieli impresjonizmu. Malował pejzaże okolic Paryża i brzegów Sekwany, o charakterystycznym kolorycie (Powódź w Marly), przepojone światłem i nastrojem spokoju. [^]

45 Edouard Manet (1832-1883) — francuski malarz i grafik. W twórczości jego zaznaczył się wpływ malarzy włoskich i hiszpańskich (Olimpia, Śniadanie na trawie). W ostatniej fazie swej twórczości zbliżył się do impresjonistów. Do najważniejszych dzieł z tego okresu należą: Barka Moneta, Argenteuil, Nana, Przechadzka. [^]

46 Paul Gauguin (1848-1903) — jeden z największych artystów przełomu XIX i XX wieku. Początkowo ulegał wpływom impresjonistów. Własną koncepcję artstyczną znalazł w kontakcie z pierwotną, nieskażoną przez cywilizację naturą. Przebywał w Bretanii (Wieśniaczki bretońskie, Żółty Chrystus), a potem na Thaiti, gdzie powstały najwybitniejsze jego dzieła: Pozdrawiamy Ciebie, Kobieta z gardenią, Targ, Never more, Jeźdźcy na brzegu morza. [^]

47 Cicerone (wł.) — przewodnik. [^]

48 Leonardo da Vinci (1452-1519) — włoski malarz i teoretyk w dziedzinie malarstwa, rzeźbiarz, architekt, technik, badacz przyrody i filozof, jeden z najznakomitszych artystów renesansu. Do najwybitniejszych jego obrazów należą: Ostatnia Wieczerza, Mona Lisa, Leda z łabędziem. W Polsce w Muzeum czartoryskich w Krakowie oglądać można jego Damę z łasiczką. [^]

49 Maria Stuart (1542-1587) — królowa Szkocji i Francji, córka króla szkockiego Jakuba V. Wyszła za mąż za króla Francji Franciszka II, a po jego śmierci objęła rządy w Szkocji. Pretendowała do korony angielskiej, ale wywołała bunt i musiała abdykować na rzecz swego syna. Schroniła się w Anglii, gdzie przez 19 lat przebywała w więzieniu i na rozkaz Elżbiety, królowej angielskiej, została ścięta. Jej tragiczne dzieje stały się tematem wielu utworów literackich, m.in. Słowackiego i Schillera. [^]

50 Honoré de Balzac (1799-1850) — znakomity pisarz francuski, realista, autor Komedii ludzkiej, obejmującej 85 powieści i opowiadań z życia społeczeństwa francuskiego lat 1816-1848. Na język polski wiele jego utworów przełożył Tadeusz Boy-Żeleński. [^]

51 René Descartes, Kartezjusz (1596-1650) — znakomity filozof i matematyk, twórca geometrii analitycznej, czołowy przedstawiciel nowożytnego racjonalizmu. Jego Rozprawę o metodzie przełożył Tadeusz Boy-Żeleński. [^]

52 Alfred de Vigny (1797-1863) — pisarz francuski, jeden z głównych przedstawicieli romantyzmu. Na polski przełożono powieść historyczną Cinq-Mars, czyli spisek na Ludwika XIII oraz dramat Chatterton, należący do najwybitniejszych dzieł romantycznych. [^]

53 Święty Ludwik, Ludwik IX z dynastii Kapetyngów (1214-1270) — król francuski. Ukrócił samowolę fudałów powołując sądy królewskie, tzw. parlamenty. Pokojowa polityka zapewniła mu ogromny autorytet moralny. Popierał rozwój nauki (początki Sorbony), wprowadził jednolity system monetarny. Brał udział w dwóch krucjatach do Ziemi Świętej. [^]

54 Pirre Jean David d'Angers (1788-1856) — rzeźbiarz francuski, zajmujący się głównie rzeźbą portretową i medalierstwem. Tworzył pomniki, popiersia, medale i medaliony, m.in. Mickiewicza, Lelewela, A.J. Czartorskiego. [^]

55 Cyrus II Star­szy, zwany Wielkim (rok ur. nie­znany, zmarł w roku 529 p.n.e.) — król Persji od 550 roku p.n.e. Oba­lił króla me­dyj­skiego, zdo­był Ar­me­nię, Ka­pa­docję i rzą­dzone przez Kre­zusa pań­stwo lidyj­skie, pod­bił Sip­par i Ba­bilon, po­łożył kres ist­nie­niu pań­stwa no­wo­ba­bi­loń­skiego. W swych wy­pra­wach do­tarł aż nad Mo­rze Śród­ziemne i pod­po­rząd­ko­wał sobie Azję Przednią. Zgi­nął w walce z ple­mio­nami scy­tyj­skimi w do­rze­czu Amu-da­rii. W tradycji histo­rycz­nej uwa­żany za wzór sprawie­dli­wego i to­le­ran­cyj­nego władcy. [^]

56 Moliere, właśc. Jean Baptiste Poquelin (1622-1673) — największy komediopisarz francuski. Wiódł żywot wędrownego aktora, zmarł na scenie. Jego komedie zyskały światowy rozgłos: Pocieszne wykwintnisie, Chory z urojenia, Szkoła mężów, Szkoła żon, Świętoszek, Skąpiec, Mizantrop, Lekarz mimo woli i inne. U nas wystawiane są w przekładach Boya-Żeleńskiego. [^]