UUK Quality Books


Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i Winnetou

 


Spis treści

Do Czytelników
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

 


Do Czytelników [top]

 

Do na­pisania tej książki skło­niły mnie na­mowy przyja­ciół i mło­dych czytel­ników, którzy odwie­dzając moje domo­stwo w Jerz­wałdzie na Ma­zurach z tro­ską za­stana­wiali się nad przy­szło­ścią Poje­zierza Mazur­skiego. Nie­wąt­pliwie bo­wiem traci ono swoje niepo­wta­rzalne piękno na skutek zabu­dowa­nia brze­gów ośrod­kami wcza­sowymi.

Pisząc tę książkę dałem się wziąć na lep po­chlebstw, że jestem niejako pre­dyspo­no­wany do podję­cia tego tematu, gdyż łączę w sobie dwie po­stawy: turysty-wod­niaka, buszu­jącego po je­ziorach, i za­razem kogoś, kto mieszka tam na stałe. Widzę, jak me­cha­niczne piły obalają dwu­setlet­nie so­sny i buki, obser­wuję z roku na rok zwięk­szającą się in­wazję tury­stów, a biały żagiel mojego jachtu pozo­staje na je­ziorach aż do późnej jesieni; gdy pusto­szeją akweny, na brze­gach pozo­stają tylko sterty śmieci, butelek i opa­kowań, fale zaś kołyszą smugi rozla­nej oliwy z silni­ków moto­rówek i ślizga­czy.

Mo­głem opisać w tej książce kon­kretne miej­scowo­ści i je­ziora, wymie­nić z nazwy ośrodki wcza­sowe, których urzą­dzenie i spo­sób użyt­kowa­nia godne są naj­więk­szego potę­pienia. Wymy­śliłem jednak ów Złoty Róg, Oślą Łąkę i Jezioro Zmierzchun, aby wielu mogło się w tej książce odna­leźć i zrozu­mieć swą winę.

Po­cząt­kowo książka ta miała być pa­stiszem, na­śla­dow­nic­twem literac­kiej powie­ści in­diań­skiej i przy­godo­wej. Czytel­nicy i wielbi­ciele tego ga­tunku za­pewne od­najdą u mnie jakby echo swoich lektur, strzępy i zbitki zna­nych im skądi­nąd sytu­acji.

Ale w miarą two­rzenia forma wy­mknęła się spod mojej kon­troli, anga­żując mnie bar­dziej, niż się tego mo­głem spo­dzie­wać. Oczy­wiście, brzmią w tej książce echa wspo­mnia­nych lektur, lecz już bez tej zamie­rzonej lekkiej drwiny. Albo­wiem odzy­wają się one w każ­dym z nas, gdy znaj­dzie się twarzą w twarz z nie­kła­maną przy­rodą. Przy­pomi­nają się wtedy historie o Win­netou i tropi­cielach śladów, o włó­czę­gach, tram­pach i wspa­niałych żegla­rzach. Na czas urlopu, ode­rwany od swych co­dzien­nych zajęć, niemal każdy turysta roz­sta­wia­jący nad brze­giem jeziora płó­cienny „wi­gwam” za­czyna identy­fiko­wać się z ido­lami swojej młodo­ści. Podno­sząc żagiel na uko­chanej mini-łajbie rusza, albo odkryć nie­znany ląd i spotkać praw­dziwą przy­godę.

Żyje we mnie na­dzieja, że po­dobnie jak oglą­dam mło­dych harce­rzy z białymi sznu­rami, pilnu­jących po­rządku na uli­cach na­szych miast, zoba­czę w przy­szłości spe­cjalnie prze­szko­lone zastępy i dru­żyny, zaj­mujące się ochroną przy­rody, strze­gące latem rezer­watów przed wan­dali­zmem. Może zdarzy mi się spotkać w la­sach patrole harcer­skie z em­ble­matami „Straż Ochrony Przy­rody”, wdra­żające nie­sfor­nych tury­stów w zasady przepi­sów o ochro­nie środo­wiska natu­ral­nego. Komu bo­wiem jak nie lu­dziom mło­dym musi zależeć na tym, aby pozo­stało dla nich to, co było jeszcze i na­szym udzia­łem — piękno i urok pol­skich jezior i lasów.

Ale po­wieść ta nie jest ad­reso­wana jedynie do mło­dzieży. Stara­łem się nadać jej taką formę, aby odro­binę zado­wole­nia znalazł w niej i czytel­nik starszy. To my, dorośli, pono­simy odpo­wie­dzial­ność za owe połacie obalo­nych staro­drze­wów, za znisz­czone brzegi jezior, za smugi oliwy na wo­dach Poje­zierza Mazur­skiego. Będę szczę­śliwy, jeśli ktoś z Was wstrzyma się wiosną z ze­rwa­niem kon­walii majo­wej, a któryś z kie­rowni­ków ośrodka wcza­sowego zdejmie z drzew leśnych tuby gigan­tofo­nów. Albo­wiem ambi­cją chyba każ­dego pisarza jest nie tylko ukazy­wać złożo­ność spraw, bawić i uczyć, ale także i kształ­tować oby­czaje.

 

Zbigniew Nienacki
Jerzwałd , luty 1974 r.

 


ROZDZIAŁ PIERWSZY [top]

KTO DEWASTUJE RUINY ZAMKU? • ZŁOTY RÓG • OSIEM STOPNI W SKALI BEAUFORTA • DWA KLANY WODNIAKÓW • W OPARACH DYMU I W PIEKLE HAŁASU • JAK WYGLĄDA KRWAWA MARY? • ZAMACH NA WOLNOŚĆ • TAJEMNICZY ŻEGLARZ • „MOBY DICK” I „SWALLOW” • ZWYCIĘSTWO LATAJĄCEGO HOLENDRA • DZIWY W KAWIARNI • ZAGŁUSZACZ RADIOODBIORNIKÓW • MILCZĄCY WILK, WINNETOU I MISS KAPITAN

 

To miały być praw­dziwe waka­cje. Bez roz­wią­zywa­nia za­gadek histo­rycz­nych, bez przy­gód i tropie­nia prze­stęp­ców, godzą­cych w skarby kultury naro­dowej. Zamie­rzałem wyje­chać na Ma­zury i wypo­czywać: pły­wać i opalać się w słońcu.

Ale w przed­dzień mego wy­jazdu na urlop — a było to na po­czątku lipca — doszła do na­szego depar­ta­mentu w Mi­nister­stwie Kul­tury i Sztuki wia­do­mość, że pe­wien wielki zakład prze­my­słowy, posia­dający swój ośro­dek wypo­czyn­kowy w miej­scowo­ści Złoty Róg nad je­ziorem Zmierzchun, posta­nowił roze­brać znaj­dujący się nie opodal stary zamek i na jego miej­scu zbu­dować klub-ka­wiarnię. W tej sytu­acji dy­rektor Mar­czak, któ­remu podle­gały nie tylko muzea, lecz i sprawa ochrony za­bytków, pole­cił mi, abym jadąc na wy­poczy­nek, niejako po drodze, zbadał sprawę na miej­scu. Nie pierw­szy to bo­wiem już raz musie­liśmy prze­ciw­działać zama­chom na za­byt­kowe bu­dowle, które prze­różne insty­tucje próbo­wały rozbie­rać lub przera­biać bez zgody głów­nego lub woje­wódz­kiego kon­ser­watora. Usiło­wano je „uno­wocze­śnić”, przy­stoso­wać do no­wych potrzeb nie uwzględniając jednak, że w ten sposób tracą swój pier­wotny histo­ryczny cha­rakter.

Tak było i tym ra­zem. Dla­tego nie namy­ślając się wiele wyszu­kałem na ma­pie je­zioro Zmierzchun — nigdy bo­wiem tam nie byłem — i za­braw­szy z archi­wum teczkę z do­ku­menta­cją doty­czącą zamku w Złotym Rogu, naza­jutrz wcze­snym ran­kiem wsia­dłem w swój wehi­kuł i wyru­szyłem w drogę.

Dzień był sło­neczny, ale nie­zwykle wietrzny. Na niebie nie było ani jednej chmurki, wiał jednak tak silny wiatr, że na otwar­tych prze­strze­niach samo­chód nie­omal spy­chało do rowu. Aby utrzy­mać wła­ściwy kieru­nek, trzeba było nie­ustan­nie nadra­biać kie­row­nicą, jechać wolno i ostroż­nie.

I dla­tego dopiero po pię­ciu go­dzi­nach jazdy od War­szawy zoba­czyłem drogo­wskaz z napi­sem Złoty Róg — 10 ki­lome­trów. Strzałka wska­zywała boczną, wą­ską, as­faltową drogę, prowa­dzącą w głąb wiel­kiego kom­pleksu leśnego. Skrę­ciłem w nią i odtąd po oby­dwu stro­nach drogi rozcią­gały się lasy pełne cieni­stego buka. Aż do Zło­tego Rogu nie do­strze­głem żadnej wsi, żad­nego osiedla — wy­ma­rzone okolice dla ko­goś, kto szuka spo­koju i samot­ności.

Lecz oto las się na­gle skoń­czył. Ujrza­łem ogromną toń jeziora aż białego od piany, którą niosły po­tężne, rozko­łysane przez wiatr grzy­wacze. Po prawej stronie las cią­gnął się nie­prze­rwaną ciemną linią aż po ho­ryzont, gdzie jezioro zwę­żało się w prze­smyk, łączący je z drugim, nieco więk­szym, i trzecim — jesz­cze więk­szym jezio­rem. Dalej, jak to wi­dzia­łem z mapy, prowa­dził kanał, wią­żący te trzy akweny z potęż­nym zbior­nikiem Śniardw.

Asfal­towa szosa skrę­cała na lewy, nie zale­siony brzeg i koń­czyła się ślepo przed bramą dużego ośrodka wy­po­czyn­ko­wego, usytu­owa­nego na piasz­czy­stym półwy­spie. Już z daleka widać było dzie­siątki brzyd­kich dom­ków cam­pingo­wych, a nie opodal półwy­spu, na niewy­sokim wzgó­rzu ob­ro­śnię­tym starymi drze­wami — wzno­siły się bru­natne ruiny starego zamku: na wpół zruj­no­wana wieża i kawa­łek ściany z oczo­dołami okien. Wzdłuż szosy, prowa­dzącej do ośrodka wy­po­czyn­ko­wego, tuż nad brze­giem jeziora rozcią­gało się kil­kana­ście zagród chłop­skich i domów. Naj­pierw wi­doczne były kom­pleksy czer­wo­nych da­chów zabu­dowań nadle­śnictwa Złoty Róg, potem za­grody chłop­skie i drew­niany długi hangar nad wodą, za­pewne ryba­czówka. Jesz­cze dalej stał, zbu­do­wany z prefa­bryka­tów beto­no­wych i szkła, pawi­lonik ka­wiarni gmin­nej spół­dzielni oraz czer­wony budy­nek poczty, sklep, szkoła pod­sta­wowa i remiza stra­żacka. Na końcu znaj­dował się ośro­dek wypo­czyn­kowy i tu się koń­czyła szosa, a za ośrod­kiem, już w lesie, rozcią­gała się duża polana pełna różno­kolo­rowych na­miotów i cu­mują­cych przy brzegu żagló­wek — za­pewne pole na­mio­towe.

Turyści zasie­dlili chyba także ma­leńką wy­sepkę, znaj­dującą się na prze­dłuże­niu półwy­spu i stano­wiącą jakby małą kropkę nad i, bo właśnie literę „i” przy­pomi­nał półwy­sep, zajęty przez ośro­dek wcza­sowy. Wokół wy­sepki koły­sało się na fa­lach kilka­naście moto­rówek, w zie­leni drzew i krza­ków prze­świty­wały płótna na­miotów.

Czu­łem się zmę­czony po­dróżą i przed przy­stąpie­niem do czyn­ności służ­bo­wych — obej­rzenia zamku i roz­mowy z kie­row­nic­twem ośrodka — po­stano­wiłem się po­krzepić szklanką czar­nej kawy. Za­trzy­małem więc wehi­kuł na małym par­kingu przed ka­wiarnią, gdzie stało już kilka samo­cho­dów. Wysia­dając z wehi­kułu, rozpro­sto­wując nogi i plecy — zoba­czyłem, że od strony jeziora ka­wiarnia posiada bardzo ładny taras ze stoli­kami, a od ta­rasu schodzi w wodę drew­niany pomost, przy którym po le­wej stronie koły­sało się na fa­lach kilka żagló­wek, a po prawej kilka moto­rówek i łodzi moto­rowych. To za­pewne wi­chura szale­jąca na jezio­rze spę­dziła wod­niaków do brze­gów, jed­nych pod na­mioty, innych do ka­wiarni, gdzie mogli w zaci­szu po­czekać, aż wiatr prze­stanie dąć i uspo­koją się fale. Nawet taras ka­wiar­niany okazał się zu­pełnie pusty, nikt bo­wiem nie chciał się wy­stawiać na ude­rzenia wi­chury, która w pory­wach osią­gała chyba siłę ośmiu stopni w skali Bea­uforta.

Otwo­rzyłem drzwi ka­wiarni i nie­omal cofną­łem się. W twarz ude­rzyły mnie gęste kłęby dymu tyto­nio­wego, a bę­benki uszu bole­śnie zarea­gowały na wrzask kilku grają­cych radio­od­biorni­ków tury­stycz­nych. Dym potra­fię znieść, ponie­waż sam palę, lecz na hałas reaguję gwał­townie i bole­śnie. Nie ma dla mnie nic bar­dziej niena­wist­nego niż wi­dok mło­dzieńca czy dziew­czyny idą­cych po uli­cach lub alei parko­wej, na brzegu mor­skim czy nad je­ziorem — z grają­cym apara­tem tranzy­storo­wym w ręku. Uwa­żam za szczyt cham­stwa i nie­taktu, gdy ktoś z grają­cym apara­tem wcho­dzi do pu­blicz­nego lokalu i zmusza wszystkich do słucha­nia tego, czego on sam słucha.

Ale tu nie miałem wyboru. Chcia­łem się napić kawy, więc mu­siałem wejść w dym i hałas. Z tru­dem — po­przez siną zasłonę tyto­nio­wego smrodu — od­kryłem pusty stolik w rogu sali. Popro­siłem kel­nerkę o szklankę po­dwój­nie wzmocnionej kawy i zamie­rzałem zapro­pono­wać otwo­rzenie okna, ale pomy­ślałem, że na nic to się nie zda, ponie­waż to wi­chura na dworze spo­wodo­wała, że okna zostały za­mknięte, aby nie wy­rwało ich z futryn. Innymi słowy, nale­żało przy­pusz­czać, że w bez­wietrzny dzień w ka­wiarni jest znośne powie­trze. Ale ten hałas? Tych kilka radio­od­biorni­ków — czy wyły tutaj każ­dego dnia? Pa­mięta­jąc o moto­rów­kach, które wi­dzia­łem koło wyspy i przy pomo­ście ka­wiarni, pomy­ślałem, że w takim hałasie prze­nigdy nie chciał­bym spędzić urlopu w Złotym Rogu. Zała­twię sprawę starego zamku i od­jadę stąd na­tych­miast tam, gdzie jeszcze można posłu­chać szumu wiatru i beł­kotu fal.

Kawa okazała się nad wyraz dobra. Pijąc ją drob­nymi łykami zaczą­łem bez­wied­nie rozglą­dać się po sali, próbu­jąc się zo­riento­wać, jakich to tury­stów i wcza­sowi­czów zwa­biają lasy i jeziora w Złotym Rogu.

Od razu się rzucało w oczy, że klien­tela ka­wiarni dzieliła się jakby na dwie zasad­nicze grupy. Po prawej stronie sie­dzieli chyba żegla­rze, co po­zna­wało się po białych kurt­kach, broda­tych twa­rzach, fanta­zyj­nych kapelu­szach. Po le­wej zaś zaj­mowali stoliki moto­rowod­niacy — w skó­rza­nych kurt­kach, w wy­bru­dzo­nych sma­rami spodniach. Moto­rowod­niaka poznać zresztą bardzo łatwo. Na na­szych wo­dach rzadko spo­tkasz łódź z silni­kiem typu „John­son” lub „Mer­kury”. Prze­ważają hała­śliwe bzyka­cze-dwu­suwy: warty, tummlery, D-6, mo­skwy, wichry. A jesz­cze nie zda­rzyło mi się spotkać dwu­suwo­wego silnika, który praco­wałby na wo­dzie bez­błędnie, nie zale­wałaby mu się świeca, spraw­nie działał iskrownik, nie zatykał się gaźnik. Dla­tego każdy właści­ciel ta­kiego silnika po ja­kimś czasie ma za pa­znok­ciami i na ubraniu trudno usu­walne ślady oleju.

I wła­śnie sprawa dość cha­rakte­ry­styczna: na stoli­kach moto­rowod­niaków stały ryczące aparaty ra­diowe. No cóż, hałas motoru ślizga­cza siłą rzeczy przytę­pia słuch. Gdy płynie się z takim silni­kiem, trzeba głośno krzy­czeć, aby się poro­zumieć, i nic dziw­nego, że po­tem trzeba słuchać radia na pełny regu­lator.

Inaczej zupeł­nie że­glar­stwo. To sport cichy, wyma­gający sku­pienia i spo­koju. Sza­nujący się że­glarz śródlą­dowy nie tylko nie wcho­dzi na ża­glówkę w bu­tach, ale nie zabiera z sobą w rejs aparatu radio­wego. Etyka żeglar­ska za­kazuje gwiz­dać i krzy­czeć na wodzie, nawet podno­szenie głosu jest niemile wi­dziane, i nic dziw­nego, że sport ten wy­cho­wuje ludzi, którzy nie tylko ko­chają wiatr, lecz i szanują ciszę. Nawet gdy wyjdą na ląd.

Nie dziwi­łem się więc zauwa­żając nie­chętne spoj­rzenia, jakie żegla­rze po­syłali w stronę moto­rowod­niaków. Ro­zu­miałem rów­nież, dla­czego sie­dzieli od­dziel­nie, dla­czego po prze­ciw­nych stro­nach pomo­stu ka­wiar­nia­nego cumo­wały ża­glówki i moto­rówki, dla­czego przy brzegu polany leśnej wi­dzia­łem same maszty, a wo­kół wy­sepki koły­sały się same moto­rówki. W Złotym Rogu między dwiema gru­pami wod­niaków pano­wał ostry kon­flikt.

Rzecz jasna, goście ka­wiarni nie skła­dali się z sa­mych żegla­rzy i moto­rowod­niaków. Było tu także kilku auto­mobili­stów, których samo­chody wi­dzia­łem na par­kingu, jacyś prze­jezdni turyści, prze­ważnie męż­czyźni z żo­nami i dziećmi. Jeden z tych panów kilka­krotnie błagal­nie składał ręce, zwra­cając się do moto­rowod­niaków, aby ściszyli radia, lecz jego prośba pozo­stawała bez echa.

W pewnej chwili kel­nerka — młoda dziew­czyna w krót­kiej su­kience i ma­łym far­tuszku — wy­szła na zaple­cze ka­wiarni i wró­ciła trzy­mając w ręku wy­wieszkę. Skie­rowała się w stronę stoli­ków moto­rowod­niaków i wy­wieszkę ucze­piła do kin­kietu na ścianie. Teraz mogli­śmy od­czytać treść wy­wieszki, wypi­saną kolo­rowym flama­strem: Upra­sza się o ciszę i nie­włą­czanie radio­od­biorni­ków.

Rzuciła mi się w oczy bardzo różna reakcja gości. Auto­mobili­ści ode­tchnęli z ulgą. Na ustach żegla­rzy poja­wiły się trium­fujące uśmieszki. Nato­miast twarze moto­rowod­niaków stały się złe, zacięte. I jak na ko­mendę ściszyli aparaty ra­diowe.

Ale nie, nie dlatego, że przyjęli do wia­domo­ści treść wy­wieszki. Po prostu zamie­rzali pole­mizo­wać z kel­nerką, a wrzask grają­cych pudeł mógł im w tym prze­szko­dzić.

Głos zabrał rosły bro­dacz z „afry­kańską” czu­pryną.

— Halo, proszę pani, co ma zna­czyć ten na­pis?

— Nie umie pan czytać? — kel­nerka udała zdu­mienie.

— Umiem, pro­szę pani. I dlatego właśnie pytam: kto wydał zakaz włą­czania radio­od­biorni­ków?

— Nasza kie­row­niczka.

— Ach, więc to sprawka Krwa­wej Mary — oburzył się Ku­dłacz. — Pro­simy bardzo, niech ona tu przyj­dzie i wytłu­maczy się przed nami.

Od stolika zerwał się mały blon­dynek w okula­rach i skó­rzanej kurtce:

— Co to ma zna­czyć? W żadnej ka­wiarni nie ma takich wywie­szek. Nig­dzie nie jest zabro­nione włą­czanie radio­od­biorni­ków. Wiem o tym, jako student prawa nieco orien­tuję się w przepi­sach.

— Tak jest. Adwo­kat ma rację. Niech tu do nas przyj­dzie Krwawa Mary — darło się brac­two moto­rowod­niaków.

Kel­nerka wzru­szyła ramio­nami i wyszła na za­plecze. Z nie­cier­pliwo­ścią ocze­kiwali­śmy jej po­wrotu w to­warzy­stwie kie­row­niczki ka­wiarni. Jedni, bo spo­dzie­wali się awan­tury, która uroz­maicić mogła życie na wcza­sach, jeszcze inni, bo cie­kawi byli osoby o tak groźnie brzmiącym prze­zwisku.

Krwawa Mary? Wy­obra­ziłem sobie rosłą, tęgą kobietę o groź­nym wej­rzeniu i rękach aż do łokci uma­zanych we krwi.

A wy­szła do nas bardzo młoda i ładna dziew­czyna o ja­snych, gładko zacze­sanych wło­sach, zwią­zanych z tyłu ko­kardą. Miała na so­bie ob­cisłe spodnie z wel­wetu i koszulę o mę­skim kroju. Rysy jej twa­rzy wydały mi się deli­katne, choć jak na mój gust miała zbyt sze­roko roz­sta­wione oczy i wysta­jące kości policz­kowe. Spo­kojnym kro­kiem pode­szła do moto­rowod­niaków i po­wie­działa bez odro­biny irytacji w gło­sie:

— Nie życzę sobie, żeby mnie nazy­wano Krwawą Mary. Na imię mam Maria.

Podo­bały mi się jej słowa. Ja także nosi­łem prze­zwisko Pan Samo­cho­dzik. Ale uwa­żałem, że w ten sposób mogą o mnie mówić jedynie moi przyja­ciele.

— A co doty­czy wy­wieszki — cią­gnęła dalej — zrobi­łam ją na ży­czenie wielu gości. Od pew­nego czasu zwra­cali mi oni uwagę, że w prowa­dzonej przeze mnie ka­wiarni jest zbyt głośno. A przecież jest to ka­wiarnia wcza­sowa, ludzie przy­jeż­dżają do Zło­tego Rogu, aby odpo­cząć od hała­sów w mieście.

Od­krzyk­nął jej Ku­dłacz:

— My wiemy, jakich gości ma pani na myśli. Żegla­rzy. Oni od dawna na nas krzywo patrzą. Ale my, moto­rowod­niacy, którzy także jeste­śmy klien­tami tej ka­wiarni, chcemy w niej słuchać mło­dzie­żowej muzyki. Nasze życze­nia też należy uwzględnić.

Od stolika znowu zerwał się Adwo­kat:

— Sza­nowna pani zapo­mniała, że do wielu ka­wiarń spe­cjalnie kupuje się szafy grające, ma­gneto­fony, radia, a nawet spro­wadza orkie­stry, aby goście mogli posłu­chać muzyki. Tak dzieje się nie tylko w ka­wiar­niach miej­skich, lecz i w ka­wiar­niach wcza­sowych. Dla­tego uwa­żamy, że wy­dany przez panią zakaz jest bez­prawny i nie bę­dziemy się do niego stoso­wać. Proszę mi po­kazać okólnik, który zabra­nia włą­czać radio­od­bior­niki w pu­blicz­nych loka­lach.

Nie­stety, miał rację. Jak do tej pory ani Mini­ster­stwo Handlu We­wnętrznego, ani po­szcze­gólne dyrek­cje za­kładów gastro­no­micz­nych nie wydały w tej spra­wie żad­nego okól­nika.

Ale młoda kie­row­niczka ka­wiarni w Złotym Rogu była sprytną osóbką.

— Pan ma tylko czę­ściowo rację — odparła spo­kojnie. — Pro­szę nie zapo­minać, że każda ka­wiarnia ma swoją specy­fikę. Na ży­czenie klien­tów i za zgodą kie­row­nictwa lokalu można wpro­wadzić szafę grającą i w okre­ślo­nych godzi­nach organi­zować nawet wie­czorki ta­neczne przy ma­gneto­fonie lub or­kie­strze. Ale skoro moi goście życzą sobie ciszy, muszę uwzględnić ich żą­dania.

— To bez­prawie! Pani jest po stronie żegla­rzy! — wołał Ku­dłacz.

Krwawa Mary potrzą­snęła głową:

— Nie intere­suje mnie rodzaj sportu upra­wiany przez mych gości. Uwzględniam tylko ich ży­czenia. A pa­nowie, jeśli nie za­stosują się do wy­wieszki, od­powia­dać będą za zakłó­cenie spo­koju pu­blicz­nego.

— Co takiego? — zdu­miał się Adwo­kat. — Ja znam prze­pisy, pani nie ma prawa tyrani­zować nas swymi lokal­nymi zarzą­dze­niami. Tury­styczne radio­od­bior­niki są do ku­pienia w skle­pach, a więc każdy oby­watel ma prawo ich używać, bo po to są sprze­dawane.

Krwawa Mary znowu potrzą­snęła głową:

— Pan się myli, panie Adwo­kacie. Dam panu przy­kład. Czy wolno każ­demu śpie­wać? Tak. Są nawet spe­cjalne bu­dynki, zwane ope­rami, gdzie się okla­skuje śpie­waków. Ale jeśli pan ze­chce śpie­wać w ka­wiarni, zosta­nie pan uka­rany za zakłó­cenie spo­koju pu­blicz­nego.

Znowu ode­zwał się Ku­dłacz:

— My wiemy, co się kryje za tą wy­wieszką. Do­szła do nas wia­do­mość, że w Złotym Rogu po­wstała tajna grupa pod nazwą „Liga do Walki z Hała­semi pani za­pewne została jej człon­kiem.

— Tak jest — pod­chwy­cił jego słowa Adwo­kat. — Doszły nas słuchy, że na czele owej ligi stoi Win­netou.

Krwawa Mary wzru­szyła ramio­nami:

— Nie należę do żadnej tajnej organi­zacji. Nie mam też nic wspól­nego z Win­netou. Od czasu, gdy zabi­łam w naszym okręgu ło­wiec­kim jelenia o naj­więk­szym porożu, on wstąpił wobec mnie na ścieżkę wo­jenną.

— Ale prawdą jest, że Win­netou napisał do Urzędu Rady Mini­strów wielki memo­riał, aby to jezioro objąć strefą ciszy — zawo­łał Ku­dłacz. — A to jest już koniec dla nas, moto­rowod­niaków. I pod memo­riałem Win­netou podpi­sali się żegla­rze, a także i pani, jako kie­row­niczka ka­wiarni. Wczo­raj cały wie­czór war­czał bęben na dru­gim brzegu jeziora. Wszy­scy już wiedzą, że Win­netou chce wyko­pać prze­ciw nam swój topór wo­jenny. Tylko, że my się nie damy. Mamy potęż­nych przyja­ciół. Z nami jest ośro­dek wcza­sowy, bo oni też po­siadają moto­rówkę. A z ośrod­kiem wcza­sowym nie wygra­cie.

— Tak jest — pode­rwał się z krzesła Adwo­kat. — Czy pani zdaje sobie sprawę, z kim zadzie­racie? Ośro­dek wcza­sowy pod­lega Mini­ster­stwu Prze­mysłu Cięż­kiego, czy pani to rozu­mie? To klu­czowy prze­mysł, proszę pani. Co dają pań­stwu żegla­rze? Czy przy­spa­rzają dewiz, czy po­mna­żają dochód naro­dowy? Nie, nawet zabie­rają dewizy na swoje różne rejsy zagra­niczne. Dla­tego, jak pani myśli, czyje żądania zostaną uwzględnione? Że­glarzy, którzy chcą ciszy, czy ośrodka wcza­sowego? Kto wygra? Win­netou i garstka żegla­rzy, czy pan Purtak, kie­rownik ośrodka wcza­sowego?

Ten potok słów zdawał się za­lewać młodą kie­row­niczkę ka­wiarni. Zdania brzmiały groź­nie, ar­gu­menty były ważkie. Nic więc dziw­nego, że Krwawa Mary mil­czała bez­radnie, spo­gląda­jąc to na że­glarzy, to na swoją wy­wieszkę.

Jej chwi­lową słabość wyko­rzystał Ku­dłacz.

— Pa­nowie! — wrza­snął do swoich kole­gów — grajcie na tranzy­storach. Nie przyj­mu­jemy do wia­domo­ści za­kazów Krwa­wej Mary. Jeśli Win­netou i ich tajna liga chce z nami wojny, to teraz ogła­szam wszem i wo­bec: my także wyko­pujemy topór wo­jenny i wypę­dzimy stąd nie tylko Win­netou, ale i wszystkich żegla­rzy, je­śli im się nie podoba zapach na­szych spalin i warkot na­szych silni­ków.

I ra­diood­bior­niki ryknęły jeszcze gło­śniej niż przed­tem. Cie­kawy byłem, jak w tej sy­tuacji za­chowa się Krwawa Mary. Czy da spokój całej spra­wie, uwa­żając się za poko­naną? A może pobie­gnie na poste­runek, aby z po­mocą mili­cjanta zapro­wadzić spokój w swej ka­wiarni?

Ale zda­rzyło się coś, co uwagę i jej, i moją, i wszystkich gości zwró­ciło zupeł­nie w innym kie­runku.

Oto z prze­smyku na je­ziorze Zmierzchun wypły­nął jacht — mimo sztor­mowej pogody i tak silnych szkwałów, że pory­wały pianę z fali i rozno­siły ją po ca­łym roz­szala­łym je­ziorze. Żeglarz, który przy takim wietrze zdecy­dował się płynąć, musiał mieć nie lada od­wagę, a i jego jacht posia­dał chyba wielką odpor­ność na fale.

Może był to mały, sta­bilny kiler?[1]. Ale kilery rzadko zja­wiają się na jezio­rach mazur­skich, ponie­waż trudno im do­bić do płyt­kich brze­gów, wody zaś ob­fitują w nie ozna­czone mieli­zny. Wiatr wiał od prze­smyku, jacht płynął forde­win­dem, czyli kursem wiatru peł­nego, mógł więc osią­gnąć dużą szyb­kość i nie­omal rósł w na­szych oczach, z każdą chwilą stając się więk­szy i więk­szy.

— To jakaś śmieszna sa­mo­róbka — pogar­dliwie zawo­łał któ­ryś z żegla­rzy. — Wła­ściciel za­pewne sam ją sobie zrobił i sam uszył żagle, bo ta­kie ja­kieś dziwne widać olino­wanie. A wi­dzicie, co to za ża­giel?

No cóż, nie dziwiło mnie ich zdu­mienie. Przy ka­wiar­nianym pomo­ście wi­dzia­łem tylko omegi, finny, BM-ki, hetki i cadety[2]. Są to jachty jedno­masz­towe z dość pro­stym oża­glowa­niem typu „Mar­coni”[3]. Dziś na takich jach­tach uczy się u nas że­glar­stwa śródlą­do­wego.

Lecz ja zdo­byłem patent ster­nika w swoich stu­denc­kich cza­sach, parę ład­nych lat temu, gdy nale­żałem do Aka­demic­kiego Zrze­szenia Spor­towego. Wi­dywało się wtedy na je­ziorach najróż­niejsze łajby.

Zbli­żała się ku nam nie­zwykle zgrabna jol z grot-masz­tem i bez­an­masz­tem[4] umieszczo­nym za sterem. Miała oża­glowa­nie typu gaflo­wego[5] — dość rzadko dziś spoty­kane na je­ziorach mazur­skich. Z po­wodu silnego wiatru kieru­jący jach­tem żeglarz zrefo­wał[6] wielki żagiel i zrzucił bezan.

Nie dziwiła mnie też tak duża liczba fałów, czyli lin przy masz­cie głów­nym. Albo­wiem żagiel ga­flowy oprócz grot­fału potrze­buje jeszcze dirka[7] i pikfału. Z dziobu wysta­wał buksz­pryt[8], a więc zna­czyło to, że żeglarz mógł się po­sługi­wać nie tylko fokiem, lecz i kliwe­rem, a i do spi­nakera musiał być osobny fał.

Rzadko dziś na na­szych jezio­rach zoba­czyć można żagiel bryfok, balon­fok czy genu­afok[9] — stąd też i zdzi­wienie mło­dych żegla­rzy śródlą­do­wych, gdy trafi się jed­nostka z bar­dziej skom­pliko­wanym oża­glowa­niem.

Jol była już bli­sko, wi­dzieli­śmy ją bardzo wyraź­nie. Za sterem siedział rosły męż­czyzna w gru­bym czar­nym swetrze i z roz­wianą szopą jasnych wło­sów.

Bystre oko mogło już te­raz prze­czytać napis na bur­cie, wy­malo­wany dużymi lite­rami: MOBY DICK.

Przy­po­mnia­łem sobie wspa­niałą książkę, która w dzie­ciń­stwie i latach młodo­ści dała mi tyle nie­zwy­kłych prze­żyć, za­pład­niała moją wy­obraź­nię. Histo­ria o ogromnym białym wielo­rybie, zwa­nym Moby Dick, o szalo­nym, a może wspa­niałym kapita­nie, który go ści­gał i zginął wraz z załogą swego wielo­rybni­czego statku — dostar­czała mi wiele tema­tów do rozmy­ślań.

I by­łem niemal pewien, że czło­wiek, który imie­niem Moby Dicka nazwał swój jacht, nie mógł być prze­cięt­nym żegla­rzem, bo ci zazwy­czaj dają swym łajbom imiona dziew­cząt, ptaków, ryb. Na je­ziorach roi się od „Nep­tunów”, „Ry­bitw”, „Wand”, „Mew” i tym podob­nych.

Nagle w prze­smyku poka­zał się znowu biały żagiel. Płynął drugi żeglarz, nie mniej od­ważny od tego na „Moby Dicku”. Nie, był chyba po sto­kroć od­waż­niejszy, albo­wiem płynął na peł­nych żaglach.

Wy­dawało się, że po pro­stu leci po fa­lach z każdą se­kundą po­chła­niając prze­strzeń jeziora. Przed chwilą jeszcze jacht był ma­leńki, ledwie wi­doczny, a już teraz zbliżał się do „Moby Dicka”, pę­dząc w ślizgu z nie­pojętą szyb­kością. Zaiste, słusz­nie uczynił jego właści­ciel malu­jąc na burtach nazwę „Swallow”, co zna­czy „Ja­skółka”. Jacht bo­wiem zdawał się unosić na swoich dwóch napię­tych żaglach jak na skrzy­dłach.

„Swallow” miał na żaglu litery FD, co znaczy Flying Du­tchman. Ale nawet bez tych liter do­świad­czony żeglarz na­tych­miast rozpo­zna syl­wetkę takiego jachtu wśród dzie­siąt­ków innych.

Oto płynął ku nam Lata­jący Holen­der — wy­czy­nowy jacht rega­towy, o jakim marzą setki żegla­rzy. Jest to jeden z naj­szyb­szych jach­tów dwu­oso­bo­wych, jakie można spotkać na wo­dach śródlą­do­wych.

Pływa­nie na Latają­cym Holen­drze wy­maga ogromnego do­świad­czenia. To nie omega ani nawet finn. Rzadko płynie się na nim siedząc w kokpi­cie[10], czę­ściej bala­stować trzeba na tra­pezie, to na lewej, to znów na prawej burcie. Zbyt po­wolne wyjście na tra­pez albo zbyt po­wolny powrót do kokpitu grozi wy­wrotką. Praw­dziwej akro­bacji trzeba, aby utrzy­mać nad wodą piętna­ście metrów kwa­drato­wych żagla na łaj­bie sto­sun­kowo wąskiej i lek­kiej, o nie­wiel­kim zanu­rzeniu.

A na „Swallowie” płynęła kobieta. I to samot­nie, podob­nie jak samot­nie płynął żeglarz na „Moby Dicku”. Wi­dzieli­śmy ją na tra­pezie, zwie­szoną nad wzbu­rzo­nymi falami. Miała białe włosy i biały kapok[11].

Nie pa­trzyłem na ze­garek, ale mi­nęło chyba tylko kilka minut, gdy „Swallow” dopę­dził „Moby Dicka”, zrów­nał się z nim, a po­tem wy­prze­dził.

— Brawo! — za­wyli żegla­rze w ka­wiarni. — Brawo, „Swallow”!

Że­glarka na „Swallowie” za­pewne nie zamie­rzała jednak dobijać do po­mostu ka­wiarni. Rap­tem zrobiła zwrot, kieru­jąc jacht do obo­zowi­ska że­glarzy.

I wtedy wiatr ją położył. Upa­dła na wodę jak motyl ze zwar­tymi skrzy­dłami.

Sternik na „Moby Dicku” zerwał się z miejsca, gotów skie­rować swój jacht na po­moc tonącej. Ale ona dała mu ręką znak, że nie potrze­buje po­mocy. Bły­ska­wicz­nie wsko­czyła na miecz swego jachtu i w mgnie­niu oka posta­wiła go na wo­dzie, dzio­bem do wiatru. Potem z kocią zręcz­nością wsko­czyła na tra­pez i ostroż­nie, pra­wym halsem[12] ru­szyła w kie­runku obo­zowi­ska że­glarzy. Albo­wiem nie może płynąć na La­tają­cym Holen­drze ten, kto nie zna sztuki bły­ska­wicz­nego stawia­nia jachtu na wo­dzie.

Obra­mowa­nie okna i ściana ka­wiarni zasło­niły wkrótce La­tają­cego Holen­dra. Pozo­stał nam tylko widok „Moby Dicka”, który szedł wprost na brzeg. Lecz gdy mijał pomost ka­wiarni, sternik nagle doko­nał zwrotu, ustawił jacht pod wiatr i zrzucił żagiel. Silny po­dmuch osłabił pęd „Moby Dicka” do tego stopnia, że wol­niutko zbliżył się do desek pomo­stu prawą burtą. Zwój grubej liny, zwany „buchtą”, ochro­nił brzeg burty przed otar­ciem o kant pomo­stu. Żeglarz wysko­czył na pomost, przy­trzymał jacht i zarzu­cił linę cu­mow­niczą na wy­stający pa­chołek. Potem wyjął z kabiny torbę po­dróżną i puścił wolno jacht, który po­rwany przez fale odszedł kilka metrów od po­mostu i szarpał się na linie jak na­rowisty koń trzy­many cu­glami.

Za chwilę żeglarz wszedł do ka­wiarni. I po­dobnie jak ja za­trzymał się w drzwiach ude­rzony bole­śnie wrza­skiem tranzy­storo­wych radio­od­biorni­ków. Wyraz jego twarzy zdawał się mówić „O Boże, czemu tu taki hałas?” Bez­radnie rozglą­dał się po za­dymio­nej sali, na próżno szuka­jąc wol­nego stolika.

Ale oto na­prze­ciw niemu ruszyła Krwawa Mary. I ona, podob­nie jak goście z ka­wiarni, podzi­wiała samot­nego żegla­rza, który w tę wietrzną po­godę wypły­nął na jezioro. Być może za­chwy­ciła ją także jego rosła syl­wetka, opa­lona, piękna twarz i ogromna szopa jasnych wło­sów. Zapra­szają­cym gestem wska­zała mu służ­bowy stolik, znaj­dujący się przy bufecie.

Ol­brzym skinie­niem głowy po­dzię­kował jej za tę uprzejmość. Nie wy­rzekł ani słowa, bo i tak zagłu­szyłby je wrzask apara­tów ra­dio­wych. Skromnie usiadł przy wska­zanym mu stoliku, posta­wił swoją po­dróżną torbę. Gdy przyj­rzałem mu się do­kład­niej, dosze­dłem do wnio­sku, że ma chyba około czter­dziestu lat, ale odmła­dzała go szczu­pła, mło­dzień­cza syl­wetka.

Pode­szła do niego kel­nerka, aby przyjąć zamó­wienie. Ol­brzym mówił coś do niej, ale ona wi­docz­nie go nie sły­szała. Kręciła głową, wska­zując ryczące pu­dełka na sto­likach.

Ol­brzym zmarszczył groźnie brwi. A potem włożył dłoń do swej torby po­dróżnej. I w tym mo­mencie stało się coś zadzi­wiają­cego. Jak za do­tknię­ciem czaro­dziej­skiej różdżki umil­kły wszystkie tu­ry­styczne radio­od­bior­niki. W ka­wiarni nastała taka ci­sza, że chyba i bzy­czenie muchy by się usły­szało, gdyby mucha mogła żyć w takim dymie.

— Pro­szę o szklankę her­baty i ciastko droż­dżowe — za­brzmiał w ka­wiarni tubalny głos ol­brzyma.

Moto­rowod­niacy zaczęli oglą­dać swoje aparaty ra­diowe. Pukali w nie zagię­tymi pal­cami, przy­kładali uszy do gło­śników, kręcili gał­kami, wyj­mowali i spraw­dzali baterie. Na próżno. Apa­raty ra­diowe ucichły, choć wydo­bywał się z nich cichu­teńki szmer, najlep­szy dowód, że nic się w nich nie ze­psuło. Spra­wiały wraże­nie, jakby ktoś — jakaś dziwna siła — ode­pchnął od nich fale ra­diowe lub za­kłócił ich od­biór w taki sposób, że tylko szem­rały niewy­raźnie i bełko­tliwie.

Domy­ślałem się przy­czyny tego zjawi­ska. Pod­czas swej po­dróży do Francji, prze­jeż­dżając przez Repu­blikę Fede­ralną Nie­miec, wi­dzia­łem w tamtej­szych skle­pach aparaty do za­głusza­nia apara­tów ra­dio­wych w ce­nie trzy­dziestu sied­miu dola­rów i więcej, w za­leżno­ści od tego, czy dzia­łały one w pro­mieniu stu, czy cztery­stu metrów. Były to apa­raty zmi­niatu­ryzo­wane, nie­które wiel­kości pła­skiej latarki elek­trycz­nej, inne jeszcze mniej­sze — wiel­kości pu­dełka papie­rosów. I po­dobnie jak ra­diowe aparaty tranzy­sto­rowe, zasi­lane były przez baterie elek­tryczne.

Nie ulegało wąt­pliwo­ści, że jasno­włosy, żeglarz włą­czył taki właśnie „zagłu­szacz ra­diowy”. Trzy­mał go w tor­bie po­dróżnej i zde­ner­wo­wany hała­sem — uru­chomił. A teraz z naj­nie­win­niejszą miną obser­wował moto­rowod­niaków, opu­kują­cych swoje radio­od­bior­niki. Postą­pił oczy­wiście wbrew prawu, gdyż podob­nie jak nie wolno nikogo zmu­szać do słucha­nia ra­dia, tak samo nie wolno nikomu zabra­niać słucha­nia. W jednym i dru­gim wy­padku jest to zamach na wol­ność oby­watela.

— Pa­nowie! — wrza­snął nagle Ku­dłacz: — To ja­kaś granda! Ktoś nam zrobił głupi kawał.

Szczu­pły, wysoki chło­pak w ciem­nych okula­rach, także moto­rowod­niak — oskar­życiel­skim gestem wycią­gnął rękę w stronę jasno­wło­sego żegla­rza.

— Chce­cie wie­dzieć, kto za­głuszył nasze radio­od­bior­niki? To on. Ten osob­nik, który przy­płynął tu przed chwilą. Ja go znam, pano­wie. On był, i chyba jest nadal, do­centem na wy­dziale elek­troniki na po­litech­nice. Przez niego obla­łem trzeci semestr i wy­rzucili mnie z uczelni. Przez niego mu­siałem po­wtórnie zdawać egza­min na inną uczel­nię. Je­stem prze­konany, że po­siada aparat, który zagłu­sza głos naszym radio­od­biorni­kom.

Spoj­rzenia wszystkich gości w ka­wiarni skie­rowały się na jasno­wło­sego żegla­rza. Ale on zdawał się tego nie wi­dzieć, podob­nie jak udawał, że nie słyszy oskar­żeń, które padały pod jego adre­sem. Z naj­więk­szym spo­kojem jadł ciastko i popi­jał je gorącą herbatą.

Krwawa Mary pa­trzyła na niego z uwiel­bie­niem.

— Pro­szę pań­stwa — powie­działa — nie wiem, kto włą­czył ten cu­downy zagłu­szacz. Ale w imieniu wielu tu obec­nych pragnę mu za to ser­decznie po­dzię­kować.

Jej słowa spo­wodo­wały lawinę wrza­sku od stoli­ków moto­rowod­niaków. Że­glarze kla­skali w ręce, aby wyra­zić swój podziw dla ta­jemni­czego właści­ciela „zagłu­szacza”, przy­łączyli się także do nich auto­mobili­ści. Moto­rowod­niacy jednak wołali jeden przez dru­giego:

— To skandal! To bez­prawie! To nik­czem­ność! Kupili­śmy radio­od­bior­niki w pań­stwo­wych skle­pach! Nikt nie ma prawa zabra­niać nam na nich grać. Niech ktoś pójdzie na mi­licję. Tego osob­nika po­winno się aresz­tować!

Ale mimo pogró­żek, żaden z nich nie ru­szył się od sto­lika. Czuli się rów­nież winni, ponie­waż wbrew wy­wieszce włą­czyli przed­tem swoje tury­styczne radio­od­bior­niki.

Ol­brzym jadł i pił spo­kojnie, udając, że nic nie sły­szy i nic nie rozu­mie. A gdy skoń­czył, zapła­cił kel­nerce i wstał. Goto­wał się właśnie do wyjścia, gdy do ka­wiarni wszedł śred­niego wzro­stu szczu­pły brunet, o gładko zacze­sanych wło­sach i pięknie opalo­nej twarzy. Mógł mieć około trzy­dziestu dwóch lat, ubrany był z wyszu­kaną spor­tową elegan­cją. Ani jedna rzecz, którą miał na sobie, nie po­cho­dziła ze sklepu ze stan­dar­dową kon­fekcją, a była szyta na za­mó­wienie, według indy­widu­alnego pomy­słu. Na nogach miał wąskie za­mszowe spodnie be­żo­wego koloru, wpusz­czone w ory­ginalne indiań­skie moka­syny, obcisłe i mięk­kie. Za­mszowa bluza wło­żona była w spodnie, wo­kół roz­chylo­nego kołnie­rza czer­wieniła się je­dwabna chustka.

Jasno­włosy znieru­cho­miał na widok tego czło­wieka. Otwo­rzył sze­roko ra­miona i zawo­łał na całą ka­wiarnię:

— Win­netou, mój bracie i przyja­cielu...

I oby­dwaj padli sobie w ra­miona, obej­mując się moc­nym, brater­skim uści­skiem.

— Idąc nad je­ziorem wi­dzia­łem kanu Mil­czą­cego Wilka, który kiero­wał się w tę stronę — powie­dział Win­netou. — I na­tych­miast przy­bie­głem tutaj, aby urado­wać oczy wido­kiem mojego brata. Dla­czego Mil­czący Wilk ominął wi­gwam Win­netou i przybył do za­dymio­nego wi­gwamu bla­dych twarzy? Czy serce Mil­czą­cego Wilka nie mówiło mu, że Win­netou czeka na niego z utęsk­nie­niem?

— Nie chcia­łem zakłó­cać spo­koju Win­netou — odparł ol­brzym. — Wiem, że mój brat lubi samot­ność. Dusza moja tęsk­niła za lasem i jezio­rem w Złotym Rogu, dlatego przy­byłem tutaj znowu. Nie chcia­łem na­rzucać się Win­netou.

— Mój wi­gwam jest twoim wi­gwa­mem — powie­dział Win­netou kładąc rękę na ramie­niu Mil­czą­cego Wilka. — Płyńmy stąd zaraz, bracie mój. Win­netou nie lubi hała­śli­wego wi­gwamu Krwa­wej Mary.

I obo­jętnie rozej­rzał się po twa­rzach gości siedzą­cych w ka­wiarni. A oni wpa­trywali się w niego ze zdu­mie­niem i zacie­kawie­niem, niektó­rzy nawet z roz­bawie­niem. Nie co­dzien­nie się prze­cież zdarza zoba­czyć dwóch męż­czyzn, którzy mówią do sie­bie ję­zykiem zna­nym każ­demu, kto w młodo­ści roz­czyty­wał się w książ­kach indiań­skich Karola Maya.

Wzrok Win­netou spoczął dłużej tylko na Krwa­wej Mary. Wi­dzia­łem, jak dziew­czyna się za­rumie­niła pod tym spoj­rze­niem, a chcąc ukryć rumie­niec, szybko odwró­ciła twarz.

Win­netou także odwró­cił się gwał­townie i ruszył do drzwi ka­wiarni. Mil­czący Wilk podjął z pod­łogi swoją torbę po­dróżną i po­śpie­szył tuż za nim. Gdy mijali mój stolik, usły­szałem, jak Mil­czący Wilk szepnął do swego towa­rzysza:

— Wi­dzia­łem dziś na jezio­rze Miss Kapi­tan. Popły­nęła na bin­dugę.

Win­netou przy­stanął gwał­townie. Jego twarz stała się po­nura, usta miał mocno zaci­śnięte.

— I ja ją wi­dzia­łem, mój bracie. Win­netou ma złe prze­czucie.

W za­myśle­niu potrzą­snął głową, jakby starał się po­zbyć złych myśli, które go ogar­nęły. Potem otwo­rzył drzwi ka­wiarni i prze­puścił przo­dem Mil­czą­cego Wilka.

Przez okna ka­wiarni wi­dzieli­śmy, jak oby­dwaj zgrab­nie wsko­czyli na jacht. Mil­czący Wilk ustawił „Moby Dicka” pod wiatr i wcią­gnął żagiel ga­flowy, a Win­netou uwolnił jacht od cumy. Odeszli od po­mostu pra­wym halsem, potem Mil­czący Wilk wy­ostrzył żagiel i zrobił zwrot przez sztag. Teraz lewym halsem prze­cięli jezioro i skie­rowali się do zaro­śnię­tego lasem brzegu.

Odpły­nęli od ka­wiarni najwy­żej cztery­sta metrów, gdy znowu ryknęły aparaty ra­diowe. Nie­wielką salę na powrót wypeł­nił wrzask. Ale po tym, co się tu przed chwilą stało — moto­rowod­niacy mieli uczucie klęski. Ko­lejno wyłą­czali swoje pudła, a po­tem zaczęli ze sobą półgło­sem roz­ma­wiać. Byłem pewien, że mówią o Win­netou i Mil­czącym Wilku. I że nie wyra­żają się o nich z sym­patią.

 


ROZDZIAŁ DRUGI [top]

ZDEWASTOWANE RUINY • OŚRODEK WCZASOWY CZY TWIERDZA? • JAK ROZGRABIA SIĘ LASY I JEZIORA • ZŁA REALIZACJA PIĘKNEJ IDEI • KTO LUBI GIGANTOFONY? • SKUTKI PEWNEJ OMYŁKI • TAJNE PLANY KIEROWNIKA PURTAKA • WYKŁADAM SWOJE KARTY • PROŚBY I POGRÓŻKI • CO LUBIĄ ROBOTNICY? • KIM JEST WINNETOU? • KTO UKRADŁ PSA?

 

Zamek nad je­ziorem Zmierzchun zbu­do­wany został w roku 1386 przez prepo­zyta katedry pome­zań­skiej, Hen­ryka ze Skolina. Kie­dyś służył ku obronie i po­siadał kilka baszt oraz wyso­kie mury oto­czone fosą połą­czoną z jezio­rem. Prze­budo­wany w XV, XVI i XVIII wieku utracił swój obronny cha­rakter i stał się rezy­dencją miesz­kalną ze wspa­niałą wieżą bramną, zwień­czoną rene­sanso­wym pięk­nym szczy­tem. Ale w następ­nych wie­kach popadł w ruinę i do dziś ocalały tylko frag­menty kilku baszt, resztki murów obron­nych, wspa­niała wieża bramna i dwie ściany miesz­kal­nego skrzy­dła w połu­dnio­wym narożu.

Ruiny porosła wysoka trawa, kikuty ster­czały pośród starych buków, które wyro­sły na nie­wiel­kim wzgó­rzu zam­kowym. Wieża i resztki ścian z oczo­dołami okien wi­doczne były z daleka, aż z dru­giego brzegu, ma­lowni­czo ry­sując się w tle zielo­nych lasów i jasnego nieba. O od­budo­wie tego zamku nikt oczy­wiście nie myślał, zbyt wielki byłby to bo­wiem koszt i chyba zupeł­nie niepo­trzebny. Nie­mniej jednak, ze względu na swój histo­ryczny cha­rakter, a także dlatego, że stano­wił piękny ele­ment krajo­brazu, stary zamek podle­gał opiece Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki — sta­nowił obiekt chro­niony pra­wem, o czym infor­mo­wała czer­wona ta­bliczka z go­dłem pań­stwo­wym. W obiek­cie tego rodzaju nie wolno prze­prowa­dzać jakich­kol­wiek zmian bez zgody kon­ser­watora woje­wódz­kiego. Nawet prze­sunię­cie kil­kuna­stu ce­gieł jest ka­ralne, nie mó­wiąc o zabie­raniu stąd cegieł czy ka­mieni jako mate­riału bu­dowla­nego dla in­nych obiek­tów.

A tym­czasem w ru­inach zamku w Złotym Rogu ujrza­łem kilka pryzm staran­nie ułożo­nych rene­sanso­wych cegieł, pocho­dzą­cych z roz­biórki. We­wnątrz murów walały się nowe deski przy­goto­wane do wznie­sienia jakie­goś rusz­towa­nia, le­żały worki z ce­men­tem i kupy nawie­zio­nego żwiru oraz pojem­niki do rozra­biania za­prawy murar­skiej. Innymi słowy, ktoś chciał tu coś zbu­dować, wyko­rzy­stując stare cegły jako mate­riał bu­dow­lany.

Nie spo­tkałem w ru­inach robot­ników ani w ogóle żad­nego czło­wieka, ale i nie mu­siałem wypy­tywać o sprawcę. Wie­dzia­łem prze­cież, że to po­łożony po drugiej stronie drogi ośro­dek wcza­sowy jed­nego z wiel­kich zakła­dów pracy pra­wem kaduka za­anek­tował ruiny i posta­nowił prze­budo­wać je na klub-ka­wiarnię.

Jak wspo­mnia­łem, ośro­dek wcza­sowy mieścił się na półwy­spie, dość głę­boko wcho­dzą­cym w jezioro. Nasadę półwy­spu prze­cięto wysoką siatką z dodat­kową ochroną w po­staci dwóch linii drutów kolcza­stych. Tylko wąska brama z budką por­tiera prowa­dziła na półwy­sep, gdzie stało kilka szere­gów, podob­nych do psich bud, dom­ków cam­pingo­wych i długi, ja­skrawo poma­lowany barak, stano­wiący za­pewne sto­łówkę i po­miesz­czenie admi­nistra­cji.

— Pan do kogo? — za­trzymał mnie przy bramie głos broda­tego sta­ruszka.

— Do kie­row­nictwa ośrodka — od­powie­dzia­łem.

— Pan nie jest u nas na wcza­sach?

— Nie. Mam sprawę służ­bową.

— W ta­kim ra­zie muszę panu wypi­sać prze­pustkę do kie­row­nika ośrodka, pana Purtaka. Pro­szę dać mi do­wód osobi­sty albo legity­mację służ­bową. A prze­pustkę, proszę pa­miętać, żeby kie­rownik podpi­sał, bo inaczej ja pana stąd nie wy­pusz­czę.

W mil­czeniu poda­łem swoją legity­mację służ­bową i uśmie­chając się pod nosem ocze­kiwa­łem, aż portier wy­pełni kilka rubry­czek prze­pustki. Uśmie­chałem się, choć ogar­nęło mnie uczucie irytacji. Jest bo­wiem czymś oczy­wistym, że bez prze­pustki nie wpusz­cza się nikogo do żad­nego po­waż­nego za­kładu pracy, gdyż nie jest sprawą słuszną, aby kręcili się tam ludzie obcy i nie upo­waż­nieni. Ale tu był prze­cież tylko ośro­dek wypo­czyn­kowy, gdzie nie kryły się żadne tajem­nice pro­dukcji, a co najwy­żej obcy przy­bysz mógł stwier­dzić — ładne czy brzyd­kie pa­nienki przyje­chały na wy­poczy­nek. Iryto­wały mnie także wysoka siatka i drut kolcza­sty nad nią roz­pięty. Wy­dawało mi się, że wy­star­czyłby zwykły niski płot, aby od­dzielić teren ośrodka wy­po­czyn­ko­wego. Wyso­kie ogro­dzenie jak gdyby chciało dać wszystkim do zrozu­mienia: wara wam od nas, nikt nie ma tu prawa wstępu, tylko my mamy prawo korzy­stać z wody i słońca.

Idea, aby nad je­ziorami budo­wać ośrodki wcza­sowe, gdzie ludzie mo­gliby znaleźć wypo­czynek po ca­łorocz­nej pracy — jest słuszna i trzeba ją upo­wszechniać. Ale nie­kiedy po pro­stu można odnieść wraże­nie, że po­szcze­gólne wielkie za­kłady pracy chcia­łyby niemal rozdra­pać między siebie polskie rzeki i jeziora, pozo­sta­wiając innym tylko brzyd­kie, mało atrak­cyjne okolice. Wy­pacza się też tę piękną ideę budu­jąc ośrodki na łapu-capu, bez uwzględnienia życzeń kon­ser­wato­rów przy­rody. Brzegi rzek i jezior zostają upstrzone set­kami szka­rad­nych budek, z pry­mityw­nymi urzą­dze­niami, których ścieki zatru­wają wody tychże jezior i rzek.

— Pro­szę, oto pańska prze­pustka — obu­dził mnie z zamy­ślenia głos broda­tego por­tiera.

Po­dzię­kowa­łem skinie­niem głowy i ruszy­łem w kie­runku ja­skrawo poma­lowa­nego baraku. Sze­dłem wyas­falto­waną uliczką, obsa­dzoną lam­pami jarze­nio­wymi. Tu i ówdzie na słu­pach latarń wisiały ogromne gi­ganto­fony, z których rozle­gały się ja­zgo­tliwe dźwięki skocz­nych wal­czy­ków i starych, ogra­nych piose­nek. Mu­zyczkę nada­wano z płyt mocno zdar­tych, gigan­tofony skrze­czały bardzo głośno. A że po wo­dzie głos biegnie sze­roko, nie było chyba miejsca na je­ziorze, gdzie nie do­cho­dziłby ten hałas. I jakże w ta­kich warun­kach napa­wać się ciszą lasu i wody, słuchać szumu trzcin przy­brzeż­nych, plusku fal, ga­wędy dzi­kiego ptac­twa? Pomy­ślałem z ża­lem, że na skutek hałasu wkrótce za­pewne wy­niosą się stąd łabę­dzie i dzikie kaczki, siwe czaple i kor­morany. A ro­botnik, który prawie cały rok pracuje w zgiełku maszyn i przy­będzie tu z na­dzieją znale­zienia ciszy i spo­koju — prze­żyje ogromne roz­czaro­wanie.

— Po­szła Karoo­olinka do Go­goli­naaa... — chry­piały gigan­tofony starą pio­senkę sprzed lat.

Melo­dia ta towa­rzy­szyła mi aż do drzwi z napi­sem Admi­nistra­cja Ośrodka. Przyci­snąłem klamkę i zna­lazłem się w niedu­żym, jasnym poko­iku. Za ogromnym biur­kiem z telefo­nem prze­łączni­kowym sie­działa młoda, ładna blon­dy­neczka. Nie miała chyba zbyt wiele pracy, bo na biurku leżała otwarta sa­szetka z przy­rzą­dami do ma­nicure. Ale w tej chwili blon­dy­neczka uda­wała bardzo zajętą i z su­rową miną prze­ma­wiała do brzyd­kiej, młodej pa­nienki, której towa­rzyszył starszy pan z sumia­stymi wąsami, w okula­rach w drucia­nej oprawce. Przy­pomi­nał wyglą­dem majstra z oglą­danej kiedyś przeze mnie sztuki cze­skiej zaty­tuło­wanej Bry­gada szlifie­rza Kar­hana. Brzydka pa­nienka była w ko­stiumie kąpie­lowym, a star­szy pan w gar­niturze i z wa­li­zeczką w ręku. Domy­śliłem się, że pa­nienka dopiero co przyje­chała na wczasy, gdyż ciało miała białe, a starszy pan właśnie chyba opusz­czał ośro­dek wcza­sowy, gdyż twarz miał ogo­rzałą od słońca. Zresztą, przed bramą ośrodka za­uwa­żyłem duży autokar, przy którym zbie­rały się gro­madki ludzi. Za­pewne koń­czył się właśnie jeden turnus, a za­czynał na­stępny.

— Mó­wiłam już pań­stwu, że pan kie­rownik Purtak jest bardzo zajęty — wyja­śniała sekre­tarka. — Ma konfe­rencję z in­struk­torem kultu­ralno-oświatowym, panem No­skiem. A poza tym, mogę wam z góry oświadczyć, że wa­sze ży­czenie nie bę­dzie speł­nione. Pan kie­rownik musi się trzy­mać pro­gramu.

Starszy pan wzru­szył ramio­nami.

— Spę­dziłem tu dwa tygo­dnie urlopu. My­ślałem, że będę mógł łapać rybki i wypo­cząć. Ale ryby zostały wytrute przez te dia­belskie moto­rówki, a gi­ganto­fony nie dawały mi spać. Kole­dzy upo­ważnili mnie, abym wniósł tę sprawę pod roz­wagę kie­row­nika ośrodka. Wra­cam do War­szawy, ale ta młoda osoba tu po­zostaje i bę­dzie mu­siała słuchać wrza­sków gigan­tofo­nów. Ją upo­waż­niła mło­dzież na­szego za­kładu, żeby inter­we­nio­wała u kie­row­nika.

— Bez prze­rwy tylko „Pary­ski Gavro­che” albo „Karo­linka” — burk­nęła pa­nienka. — Czy to już nie można nada­wać innych, now­szych melodii?

— Zwróć­cie się do dy­rekcji fabryki, żeby dała pienią­dze na nowe płyty — wzru­szyła ramio­nami sekre­tarka.

— Ach, nie o to chodzi. Po co w ogóle ciągle uru­cha­miać radio­węzeł? — po­wie­dział starszy pan.

Pa­nienka zza biurka spoj­rzała na niego ze zdu­mie­niem.

— Taki jest pro­gram, proszę pana. Dy­rektor na­czelny oświadczył panu kie­rowni­kowi Purta­kowi, że ro­botnicy mają odpo­czywać w at­mosfe­rze przy­jemnej i rado­snej. A czy można ją stwo­rzyć bez muzyki?

— Dy­rektor na­czelny nie przy­jeżdża tu na wczasy, tylko jeździ do Ju­gosła­wii — mruk­nął starszy pan. — Gdyby tu choć raz przyje­chał na kilka dni, to by mu się ode­chciało tej mu­zyczki. Ale ja o tym wszystkim poin­for­muję naszą radę zakła­dową. Chcemy ciszy, pani rozu­mie?

Blon­dy­neczka zza biurka doszła do wnio­sku, że ta roz­mowa przy­biera niewła­ściwy obrót, bo na­gle ra­czyła zwró­cić uwagą na moją osobę.

— A pan w ja­kiej spra­wie? Słyszał pan chyba, że kie­rownik Purtak jest zajęty. Ma konfe­rencję.

— Wiem. Z in­struk­torem kultu­ralno-oświatowym, panem No­skiem — przy­takną­łem złośli­wie. — Ale proszą mu powie­dzieć, że przyje­chał do niego gość z War­szawy. Z mi­nister­stwa...

Nawet nie dała mi dokoń­czyć. Pisnęła rado­śnie i jak bomba wpadła do dru­giego pokoju.

— Panie kie­row­niku! Przed­stawi­ciel mini­ster­stwa przyje­chał...

Na­tych­miast na progu ogromnego gabi­netu poka­zał się młody, przy­stojny brune­cik w białej koszuli, kra­wacie, niena­gannie skrojo­nym ciem­nym garni­turku.

— Przed­stawi­ciel z mini­ster­stwa — powtó­rzył z entu­zja­zmem i szero­kim gestem wska­zał mi wnę­trze gabi­netu. — Proszę, bardzo proszę, właśnie na pana cze­kamy już od kilku dni.

Zapre­zento­wał mi in­struk­tora kultu­ralno-oświatowego, pana Noska, malut­kiego, wścib­skiego czło­wieczka z wydat­nym nosem, którym co chwila pocią­gał, jakby wie­trzył coś nie­przy­jem­nego albo miał katar sienny. Zasia­dłem w głębo­kim klubo­wym fotelu na­prze­ciw lśnią­cego biurka. Takich foteli i takiego biurka nie miał nawet mini­ster kultury i sztuki, do któ­rego raz w życiu zosta­łem we­zwany. Na podło­dze le­żał gruby dywan, na ścianie wisiała jakaś mapa lub ob­raz okryty za­słonką.

Chcia­łem wy­łusz­czyć swoją sprawą, ale pan Purtak nie dał mi dojść do głosu. Ciągle mówił i mó­wił:

— Kon­fero­wałem właśnie z pa­nem No­skiem na te­mat naszej dalszej dzia­łalno­ści. Z wielką nie­cier­pliwo­ścią ocze­kiwali­śmy pań­skiego przy­jazdu. Po­trzebna jest nam apro­bata i pomoc mini­ster­stwa. Chcemy, aby mini­ster­stwo dopo­mogło nam w reali­zacji na­szych wspa­niałych planów. Trzeba bo­wiem panu wie­dzieć, że na­poty­kamy kolo­salne trudno­ści, a z naczel­nej dy­rekcji pomoc otrzy­mu­jemy bardzo nie­wielką. Dy­rektor na­czelny ograni­czył się tylko do jed­nego. Powie­dział mi: „Purtak, rób pan, co chcesz, a my mu­simy mieć naj­wspa­nialszy ośro­dek wypo­czyn­kowy w Pol­sce. Je­śli okaże się, że ma pan zdol­ności organi­zacyjne, za­biorę pana do sie­bie do War­szawy”. I sta­ram się jak mogę, ale na­poty­kam trudno­ści, które tylko mini­ster­stwo może poko­nać. Zacznę od wta­jemni­czenia pana w nasze plany...

Otwo­rzyłem usta, aby wyja­śnić mu, że zaszła po­myłka, bierze mnie za przed­stawi­ciela Mini­ster­stwa Prze­mysłu Cięż­kiego, gdy ja jestem z Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki. Ale Purtak znowu nie dał mi dojść do słowa. Zerwał się z krzesła i od­słonił mapę wi­szącą na ścianie.

— Oto, proszę pana, tak bę­dzie w naj­bliższej przy­szłości wyglą­dał nasz ośro­dek...

Umiem szybko czytać mapy. Ujrza­łem za­rys je­ziora, wy­sepkę, ruiny zamku, po­lankę, gdzie mieszkali że­glarze. Gruba czer­wona krecha, ozna­czająca granice ośrodka, obej­mo­wała na pla­nie i wy­sepkę moto­rowod­niaków (połą­czona była z półwy­spem czymś w ro­dzaju mostu), i po­lanę żegla­rzy, i ruiny zamku. Niemal cały lewy brzeg był na planie wła­snością ośrodka.

W zro­zumie­niu sprawy dopo­mógł mi zresztą sam Purtak.

— Wy­sepka jest na razie wła­snością zespołu pań­stwo­wych gospo­darstw rybac­kich i za­miesz­kują ją turyści moto­rowod­niacy. Dyrek­cja ze­społu nie chce nam wy­sepki wy­dzier­żawić. Z uwagi na tu­rystów. Ale my, to znaczy ja i pan Nosek, znamy już sposób na wy­kurze­nie z niej moto­rowod­niaków. Ta polana pozo­staje miej­scem cam­pingo­wym dla że­glarzy i sta­nowi wła­sność nadle­śnictwa, gdyż jest to stara bin­duga. Wspólnie z panem No­skiem opra­cowali­śmy plan usunię­cia stam­tąd że­glarzy. Jeśli jeszcze mini­ster­stwo dokona odpo­wied­niego nacisku na nadle­śnic­two, wej­dziemy w po­siada­nie także i bindugi.

— Na­prawdę? Ma­cie sposób na że­glarzy i moto­rowod­niaków? — za­pyta­łem zacie­ka­wiony.

— A tak — roze­śmiał się szyder­czo Purtak. — Po prostu napu­ścimy jed­nych na dru­gich, bo oni się strasz­nie nie lubią. Turyści wezmą się za łby, a my we­zwiemy mili­cję, aby zapro­wa­dziła spokój, czyli innymi słowy — wypro­siła ich z je­ziora. Wtedy będzie już łatwiej wejść w po­siada­nie i wyspy, i po­lany. Zresztą, pan Nosek opra­cował pie­kielnie sprytny plan, w który pana wta­jemni­czymy, jeśli pan ze­chce nam okazać pomoc.

— Ro­zu­miem — kiw­nąłem głową, choć wy­znaję, że zimny dreszcz prze­szedł mi po plecach. — A te ruiny? — wska­załem mapę.

— Ruiny wkrótce roz­bie­rzemy i stanie tam nasz klub. Mamy już za­twier­dzone plany. Będzie salka z telewi­zorem, ka­wiarnia, sale bilar­dowe oraz sala kinowa.

— Chce­cie ro­zebrać ruiny? — uda­łem zdu­mienie. — A czy nie le­piej wybu­dować nowy klub z wła­snego mate­riału?

— Dy­rektor na­czelny oświadczył mi, że wy­czer­pano już fundu­sze na inwe­stycje. Nato­miast są nie wyko­rzy­stane fundu­sze na remont kapi­talny. Jed­nym sło­wem — kie­rownik Purtak chytrze zmru­żył lewe oko — doko­namy „re­montu kapi­talnego” ruin zam­ko­wych. Roz­bie­rzemy stare mury i posta­wimy nowy klub.

Na­brałem w piersi duży haust powie­trza i oświadczyłem:

— Przy­kro mi, ale to się nie uda. Przyje­chałem tu wła­śnie w tej spra­wie. Jestem przed­stawi­cielem Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki. Stwierdziłem dewa­stację obiektu zabyt­ko­wego, za chwilę spiszę proto­kół i prześlę go do proku­ratury w celu rozpo­częcia docho­dzenia. Jedno­cześnie zaka­zuję jakich­kol­wiek dal­szych prac na terenie zamku i w jego pobliżu.

To mó­wiąc wyją­łem swoje pełno­moc­nictwo i poło­żyłem je na biurku kie­row­nika Purtaka.

Czy wy­obra­żacie sobie zdu­mienie, a zara­zem przera­żenie Purtaka i pana Noska?

Żaden z nich przez dłuższą chwilę nie był w sta­nie wydu­sić z siebie choćby słowa. Nosek po­czer­wieniał jak bu­rak i głośno pocią­gał no­sem. Purtak mach­nął gniew­nie rę­kami i zanim wresz­cie prze­mówił szybko zakrył mapę. Albo­wiem na tej mapie zamiast ruin zam­ko­wych widniał zarys klubu.

— Pan jest z Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki? — szep­nął wresz­cie, zaled­wie rzu­ciwszy okiem na moje doku­menty.

— Tak. I zabra­niam dalszej dewa­stacji obiektu zabyt­ko­wego — powtó­rzyłem twardo.

Purtak usiło­wał całą sprawę obrócić w żart. Roze­śmiał się z udaną rado­ścią:

— Pan chyba nie mówi po­ważnie, że to jest obiekt zabyt­kowy. To kupa gruzu, proszę pana. Zupeł­nie bezu­ży­teczna kupa gruzu. A my chcemy dla klasy robot­niczej na­szego wiel­kiego za­kładu zbu­dować klub, wspa­niały obiekt kultu­ralno-oświatowy. Wy­daje mi się, że właśnie Mini­ster­stwo Kul­tury i Sztuki po­winno nam w tym pomóc.

— Myli się pan — od­parłem zimno. Cieszy nas, gdy ja­kiś za­kład buduje klub dla swojej załogi. Ale nie może to na­stąpić kosz­tem pozby­cia się pa­miątki histo­rycznej. Jeśli w tym roku nie macie pienię­dzy, zbu­dujecie klub w innym termi­nie. Ale ruin zam­ko­wych rozbie­rać nie wolno. Stano­wią one wła­sność naro­dową, a także są pięk­nym ele­men­tem krajo­brazu.

Kie­rownik Purtak zmienił ton. Zaczął mi grozić:

— Nasz ośro­dek wcza­sowy nie należy do Mi­nister­stwa Kul­tury i Sztuki. Podle­gamy Mini­ster­stwu Prze­mysłu Cięż­kiego i tylko to mi­nister­stwo może nam coś za­kazać. Nasi robot­nicy muszą mieć klub i będą go mieli, choćby dzie­sięć ta­kich ruin zam­ko­wych trzeba było roze­brać.

— Znowu się pan myli — odrze­kłem twardo. — Wiem, że ten ośro­dek wcza­sowy należy do jed­nego z klu­czo­wych zakła­dów pracy. Będę się cie­szył, jeśli jego załoga znaj­dzie tu wypo­czynek. Ale nie wolno zapo­minać, że ro­botnicy przy­jeż­dżają tutaj nie tylko po to, aby opalać się na słońcu i pły­wać po jezio­rze. Chcą przede wszystkim zetknąć się z przy­rodą i pięk­nym krajo­brazem. Nie wolno go szpecić, bo tym samym odbiera się możli­wość peł­nego wypo­czynku.

— Wiem, kto pana tu nasłał! Win­netou! — histe­rycznie zawo­łał Purtak. — Ale my i jego stąd także potra­fimy wyku­rzyć. To całe jezioro będzie wkrótce nale­żeć do naszej fabryki. Za­ła­twiamy to na naj­wyż­szym szcze­blu. Nasz zakład to po­tęga. Czy sądzi pan, że istnieje siła, która potrafi prze­ciw­stawić się nam, gdy ze­chcemy roze­brać ruiny i posta­wić klub dla załogi?

— Tak — odpo­wie­dzia­łem wcale nie prze­stra­szony. — Tą wielką siłą będzie rozsą­dek. To prawda, że ośro­dek należy do klu­czo­wego za­kładu. Jeste­śmy dumni z wa­szej fabryki i z tego, co ona robi. Na pewno nie znaj­dzie się nikt w naszym kraju, kto by nie ze­chciał pomóc w tym, aby ośro­dek był piękny i do­brze się w nim wypo­czy­wało. Ale to nie może nastą­pić kosz­tem nisz­czenia piękna krajo­brazu, starych ruin, zabie­rania całego jeziora. Jeśli na półwy­spie jest wam za mało miejsca, za­miast dzie­siąt­ków budek cam­pingo­wych zbu­dujcie pię­trowe pawi­loniki. Wasz zakład stać na to. Dziwię się zresztą, że do tej pory nie zjawił się nikt z Mini­ster­stwa Go­spo­darki Tere­nowej i Ochrony Śro­dowi­ska i nie opie­częto­wał wa­szego radio­węzła. Jeszcze teraz żyją na jezio­rze dzikie łabę­dzie, dzikie kaczki, siwe czaple i kor­morany. Ale przy takim wrza­sku gi­ganto­fonów za rok wasi wcza­sowi­cze będą mogli te piękne ptaki oglą­dać je­dynie w ki­nie, na ekranie telewi­zora albo na rycinie w książce.

Ode­zwał się No­sek. Za­chry­piał jak stary głośnik.

— Re­alizu­jemy pro­gram opra­co­wany w na­czelnej dyrek­cji. Pro­gram prze­widuje: przy śniada­niu, obie­dzie i kolacji — mu­zyka z głośni­ków. A także prze­jażdżki moto­rów­kami po je­ziorze. Co wie­czór potań­cówka w sto­łówce. Dy­rektor zapo­wie­dział, że ma być wesoło. Lu­dzie przyje­chali tu na wczasy, a nie na uro­czysto­ści po­grze­bowe.

— A może pan znowu się myli? — powie­dzia­łem. — Może właśnie ten i ów z wa­szych robot­ników chce w ciszy postać z wędką nad wodą, a wa­sza moto­rówka za­truwa jezioro i po­woduje zdy­chanie ryb?

— Mówi pan jak Win­netou, który tu pana nasłał — za­chry­piał znowu Nosek. — Ale to jezioro wkrótce bę­dzie nasze.

Dosze­dłem do wnio­sku, że dalsza dysku­sja nie ma żad­nego sensu. Napi­sałem przez kalkę proto­kół w trzech eg­zem­pla­rzach, w któ­rym opisa­łem dewa­stacje ruin zam­ko­wych. Zaka­załem w proto­kole dal­szych prac w ruinach. Jeden eg­zem­plarz proto­kołu pozo­stawi­łem panu Purta­kowi, drugi posta­nowi­łem wysłać do proku­ratury, a trzeci do Mi­nister­stwa Kul­tury i Sztuki. Na tym skoń­czyłem swoje czyn­ności służ­bowe. Poże­gnałem się z oby­dwoma panami bez poda­nia ręki. Skło­niłem się im i popro­siłem o podpi­sanie prze­pustki. Gdy opusz­czałem budy­nek admi­nistra­cji sły­szałem, jak kie­rownik Purtak krzy­czał na swoją sekre­tarkę:

— Dla­czego pani nie spraw­dziła, co to za je­den? To był opry­szek z Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki, a nie z na­szego mini­ster­stwa. Przez panią zdra­dziłem mu na­sze plany...

Na ła­weczce, tuż przy asfal­towej uliczce prowa­dzącej do por­tierni, sie­dzieli brzydka pa­nienka w ko­stiumie kąpie­lowym i star­szy pan w dru­cia­nych okula­rach na nosie. Wy­glądało na to, że cze­kali, aż opusz­czę ga­binet kie­row­nika i wyjdę z bu­dynku.

Na mój widok starszy pan wstał z ławki i zagro­dził mi drogę.

— Na­zywam się Ru­dziński — oświadczył. — Pracuję w na­szej fabryce w dziale głów­nego me­cha­nika. Słyszał pan, co mówi­łem sekre­tarce pana Purtaka? Pan jest z mini­ster­stwa, prawda? Czy nie mógłby pan wpły­nąć na Purtaka, żeby wyłą­czył gigan­tofony i prze­stał obwo­zić wcza­sowi­czów tą prze­klętą moto­rówką? Kąpać się nie można, przy brzegu pełno rozla­nej oliwy.

Bez­radnie rozło­żyłem ręce.

— Je­stem z Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki. To­masz mam na imię — po­dałem rękę panu Ru­dziń­skiemu, który od razu wzbu­dził moją sym­patię. Może dlatego, że podob­nie jak i ja nie lubił hałasu.

— Mam na imię Halina — dy­gnęła przede mną młoda pa­nienka. — Pra­cuję w księ­gowo­ści. Szkoda, że pan nie jest z Mini­ster­stwa Prze­mysłu Cięż­kiego, bo po­trafiłby pan zmusić Purtaka, żeby nada­wał ja­kieś nowo­cze­śniej­sze melo­die albo rze­czywi­ście wyłą­czył gigan­tofony. Gdzie­kol­wiek się po­płynie jezio­rem, wszę­dzie je słychać. Czło­wiek ma wraże­nie, że jest na skrzy­żowa­niu Alej Jero­zolim­skich i Mar­szał­kow­skiej, a nie na wcza­sach. I kąpać się nie można, bo wy­chodzi się z wody pobru­dzo­nym oliwą.

Dosze­dłem do wnio­sku, że pra­cow­nicy tej fabryki po­winni zostać poin­for­mo­wani o bez­praw­nych poczy­na­niach Purtaka. Usie­dliśmy więc na ła­weczce i opo­wie­dzia­łem im o de­wasta­cji ruin zam­ko­wych. Wspomnia­łem też o tym, co zda­rzyło się w ka­wiarni, wspo­mnia­łem o tajem­niczej Lidze do Walki z Hała­sem, a także o tajnych pla­nach Purtaka i No­ska, zmie­rzają­cych do wy­rugo­wania z je­ziora moto­rowod­niaków i żegla­rzy, i za­wład­nięcia wy­sepką i bin­dugą.

— Ależ to okropne — oburzył się pan Ru­dziński — jesz­cze dziś będę w War­szawie, a jutro zjawię się w fabryce. Może pan być pewien, że o tych wszystkich spra­wach opo­wiem na naj­bliż­szym zebra­niu rady zakła­dowej. Po co nam wyspa i bin­duga, skoro nie je­steśmy w sta­nie do­brze zago­spoda­rować półwy­spu? Przede wszystkim należy skana­lizo­wać ośro­dek wypo­czyn­kowy, bo te­raz wszystkie ścieki spły­wają do je­ziora, w któ­rym się ką­piemy. Przez prawie cały rok pracuję w huku maszyn i na wcza­sach chciał­bym odpo­cząć, a nie wysłu­chiwać wrza­sku gi­ganto­fonów.

— I to ze sta­rymi melo­diami — dodała Halina.

— Lu­biłem cho­dzić na spacer do ruin zam­ko­wych — dodał pan Ru­dziński. — Za­uwa­żyłem, że tam kręcą się ja­cyś ro­botnicy i roz­bierają we­wnętrzne mury. My­ślałem, że za­mek będzie odre­stau­rowany. Na­wet mi przez myśl nie prze­szło, że pan Purtak zamie­rza zbu­dować tam klub-ka­wiarnię. Czy pan są­dzi, że robot­nik nie doce­nia piękna starych bu­dowli? Nasz zakład stać na to, aby zbu­dować nowy klub, może jeszcze nie w tym roku, ale w następ­nym. Roczne plany wyko­nujemy z dużą nad­wyżką i mamy ogromny fun­dusz so­cjalny właśnie na tego rodzaju cele.

Uści­skałem mocno jego pra­wicę.

— Cie­szę się, że znala­złem u pana zrozu­mienie. I bar­dzo będę rad, je­śli rze­czywi­ście poin­for­muje pan o tych wszystkich spra­wach waszą radę zakła­dową.

Usły­szeli­śmy klak­son auto­karu.

— To na mnie trąbią — rzekł pan Ru­dziński. — Że­gnam więc. I proszę mi za­ufać. Ja już po­ruszę niebo i ziemię, aby tu przyje­chali przed­stawi­ciele dyrek­cji i rady zakła­dowej.

Pan Ru­dziński truch­tem pobiegł do au­tokaru, a ja poca­łowa­łem rączkę panny Haliny.

— Po­zwolę sobie panią poże­gnać. Wyko­nałem swój obo­wiązek służ­bowy i także wyjeż­dżam ze Zło­tego Rogu. Wprawdzie właśnie od dziś rozpo­czy­nam urlop, ale nie zamie­rzam go spę­dzać nad je­ziorem, gdzie panuje taki hałas.

Odda­łem prze­pustkę i po chwili już sie­dzia­łem w wehi­kule, który ocze­kiwał na mnie w pobliżu ruin zam­ko­wych. Zakrę­ciłem starte­rem i uru­cho­miłem silnik. Potem ruszy­łem ostro, rad, że za chwilę opusz­czę Złoty Róg i jezioro Zmierzchun.

Lecz po chwili zaczą­łem od­czuwać nara­stający we mnie niepo­kój, jakbym chciał pozo­stawić jakąś nie zała­twioną sprawę. A prze­cież chyba wła­ściwie wypeł­niłem pole­cenie służ­bowe w Złotym Rogu. Doko­nałem lustra­cji, spi­sałem proto­kół i zabro­niłem dalszej dewa­stacji zamku. Więc czemu ów niepo­kój i nieza­dowo­lenie ciągle mnie nie opusz­czały?

I gdy pod­jeż­dżałem do ka­wiarni, przy­czyna mego na­stroju stała się ja­sna. Zro­zu­miałem, że potę­piam siebie za chęć ucieczki znad tego jeziora. Należał mi się wprawdzie zasłu­żony wypo­czynek, jak wszystkim pracu­jącym lu­dziom, ale czy leżało w moim cha­rakte­rze prze­cho­dzić obojęt­nie obok dzieją­cego się zła? Czy przez przy­padek nie stałem się po­siada­czem tajem­nicy ujaw­nionej mi przez Purtaka?

Nad jezio­rem Zmierzchun szyko­wała się pod­stępna intryga, ma­jąca na celu usunię­cie stąd żegla­rzy i moto­rowod­niaków. Kie­rownik Purtak zamie­rzał przejąć kon­trolę nad całym jezio­rem i wyrzu­cić stąd tajem­ni­czego Win­netou. Czyż mo­głem pozo­stać na uboczu tych wyda­rzeń?

Są lu­dzie, którzy narze­kają na brak przy­gód. Ja ich mam zawsze nad­miar. Albo­wiem tylko obojęt­nych na zło omija przy­goda.

Za­trzy­małem się przed ka­wiarnią w Złotym Rogu i znowu wsze­dłem do wnę­trza.

Jak przed­tem, zoba­czyłem w ka­wiarni gro­madkę moto­rowod­niaków i żegla­rzy, z szek­lami ucze­pio­nymi do pa­sków spodni. Zmie­niło się tu tylko tyle, że pano­wała teraz cisza. Popro­siłem kel­nerkę, aby umoż­liwiła mi roz­mowę z kie­row­niczką ka­wiarni.

— Mam na imię To­masz — przed­stawi­łem się Krwa­wej Mary. — Przyja­ciele nazy­wają mnie Pan Samo­cho­dzik, ponie­waż posia­dam bardzo dzi­waczny samo­chód. Pracuję w Mi­nister­stwie Kul­tury i Sztuki i przy­byłem tutaj służ­bowo, aby unie­możli­wić ośrod­kowi wypo­czyn­ko­wemu dalszą roz­biórkę zabyt­ko­wych ruin. Zała­twiłem tę sprawę i za­mie­rzałem stąd odje­chać, ale zainte­reso­wała mnie osoba Win­netou i posta­nowi­łem go odwie­dzić. Czy mo­głaby mi pani powie­dzieć, któż to jest na­prawdę ów Win­netou i jak do niego doje­chać?

Krwawa Mary popa­trzyła na mnie z dużym zainte­reso­wa­niem.

— Unie­możli­wił pan dalszą roz­biórkę ruin? To wspa­niale! Wy­obra­żam sobie, jak wście­kał się kie­rownik Purtak, który miał zamiar wybu­dować tam klub. Cieszę się z tego, bo lu­biłam cho­dzić na spacery do ruin.

Usie­dliśmy przy służ­bowym stoliku, gdzie można było swo­bodnie poroz­ma­wiać. Za­uwa­żyłem, że gdy tylko wspo­mnia­łem o Win­netou, jej oczy zabły­sły i wyda­wało mi się, że doj­rzałem w nich jak gdyby mgiełkę roz­marze­nia.

— Pyta pan o Win­netou? — ode­zwała się po chwili. — No cóż, nie­wiele mogę panu o nim powie­dzieć. Przy­był tu przed trzema laty z War­szawy. Porzu­cił miasto i po­stano­wił osie­dlić się w głu­szy le­śnej. Jest plasty­kiem z wy­kształ­cenia, o ile wiem, zaj­muje się przede wszystkim ilu­stro­wa­niem książek. Przed czte­rema laty otrzy­mał na­grodę pań­stwową I stop­nia, a z nią dość dużą sumę pienię­dzy. Wtedy kupił tu ka­wałek nie­użytku i zbu­dował dom z bali drew­nia­nych, ten swój słynny wi­gwam.

— A skąd u niego te skłon­ności indiań­skie, jeśli tak to można okre­ślić?

— Po­dobno już od dzie­ciństwa lubił ryso­wać Indian. Potem zyskał uzna­nie w Polsce i na świecie jako zna­komity ilu­strator książek Karola Maya. Nawet otrzy­mał sty­pen­dium do Sta­nów Zjed­noczo­nych, był tam jakiś czas, ilu­strując książki o In­dia­nach i po­znając indiań­ski folklor. Przy­wiózł do kraju wiele indiań­skich strojów i in­nych przed­miotów, pió­ropu­szy i toma­haw­ków, nawet bęben wo­jenny. Jego dom nad je­ziorem to takie małe mu­zeum indiań­skiego folk­loru. Mło­dzież w Złotym Rogu prze­zwała go Win­netou, a on przyjął to prze­zwisko jako własne imię i posłu­guje się nim w roz­mowie z przyja­ciółmi.

— Do­brze mu się powo­dzi?

— Nie wiem — rzekła w za­myśle­niu. — Ni­komu o tym nie mówi, ale myślę, że za­rabia bardzo mało. Mieszka da­leko od War­szawy, daleko od wy­daw­nictw i redak­cji. Bardzo rzadko przy­syłają mu ja­kieś zlece­nia na wyko­nanie ilustra­cji. Ale on ma też małe wyma­gania. Jest sa­motny, upitrasi sobie byle co i byle jak. Drzew tu pod dostat­kiem, więc ma czym ogrze­wać swój wi­gwam. Kocha przy­rodę i jest szczę­śliwy, że może co­dzien­nie oglą­dać je­zioro i prze­bywać w są­siedz­twie ogromnego lasu. Na tym tle ma zresztą bardzo wiele prze­róż­nych dzi­wactw. Należy do na­szego koła ło­wiec­kiego, ale krzywo patrzy na wszystkich myśli­wych, którzy strze­lają do zwie­rzyny z nowo­czesnej broni. On sam posiada staro­świecką du­bel­tówkę i oczy­wiście nigdy nic nie potrafi upolo­wać. Kiedyś, wy­daje mi się, że mnie nawet lubił. Ale od czasu, gdy przy­byli tu zagra­niczni turyści na po­lowa­nie i ja im poma­gałam (do­stałam potem od nich w na­grodę sztucer z lu­netą), on po­wie­dział, że je­stem mor­der­czynią zwie­rząt i nazwał mnie Krwawą Mary. Jego cichym marze­niem jest, aby my­śliwi polo­wali za po­mocą łuku i strzał. To śmieszne, prawda? A gdy zabi­łam roga­cza o rekor­dowym porożu, uznał mnie niemal za swego wroga i ledwo mi się kłania...

— Czy sły­szała pani o Miss Kapi­tan?

— Nie. Nie mam pojęcia, kto to taki...

W tym mo­mencie przed drzwi ka­wiarni zaje­chał żółty tere­nowy łazik i do wnę­trza wszedł szybko wysoki, bar­czysty męż­czyzna w zie­lonym mun­durze z dys­tynk­cjami nadle­śni­czego.

— To mój oj­ciec — rzekła Krwawa Mary i pod­niosła się od stolika.

Nadle­śniczy stanął w drzwiach ka­wiarni i groź­nym wzro­kiem omiótł gości. Miał wielki czer­wony nos i bardzo niski, hu­czący bas.

— Pa­nowie żegla­rze — za­brzmiał dono­śnie jego głos — zrobili­ście mi wielką krzywdę. Oświadczam wam, że jeśli w ciągu dwu­dziestu czte­rech godzin nie znaj­dzie się mój uko­chany pies, wypę­dzę was z bindugi i, na Jowi­sza, oddam bin­dugę panu Purta­kowi.

Krwawa Mary pode­szła do ojca.

— Co się stało, tato? — zapy­tała zdu­miona.

— A co, nic nie wiesz? — obu­rzył się. — Sły­szałem, że i ty nale­żysz do Ligi do Walki z Hała­sem. Mó­wiłem ci prze­cież, że dosta­łem list z po­gróż­kami, podpi­sany przez tę ligę. Zagro­zili mi, że jeśli wezmę się do żywi­cowa­nia sta­ro­drzewu na pra­wym brzegu jeziora, zginie mój pies. Wczo­raj miałem naradę z ży­wicza­rzami i kaza­łem im rozpo­cząć prace w sta­ro­drze­wie. I dziś mój Bil zniknął, prze­padł. Nie ma go koło domu, nie ma go w lesie, pół dnia straci­łem na szuka­nie. Po­rwano mojego uko­cha­nego wyżła.

Od stolika pod­niósł się ja­kiś że­glarz:

— Pro­szę pana, to nie my. Nic o tej spra­wie nie wiemy.

Znowu zahu­czał bas nadle­śni­czego:

— Pa­nowie żegla­rze! Nie przyj­muję do wia­domo­ści żad­nych wyja­śnień. Oświadczam pu­blicz­nie, że dałem rozkaz żywi­cowa­nia, a następ­nie wycię­cia sta­ro­drzewu nad je­ziorem, bo taki mamy plan wyrębu. Nie lękam się wa­szych metod terroru. Bin­dugę, na któ­rej bi­waku­jecie, mogę oddać robot­nikom leśnym jako pastwi­sko dla krów i owiec lub prze­kazać w użyt­kowa­nie ośrod­kowi wcza­so­wemu. I zro­bię tak, jeśli mój wyżeł nie znaj­dzie się w ciągu dwu­dziestu czte­rech godzin.

To mó­wiąc nadle­śniczy wy­szedł z ka­wiarni, mocno trza­skając drzwiami. A w ka­wiarni zrobił się tu­mult. Żegla­rze opu­ścili stoliki i oto­czyli Krwawą Mary.

— Pro­szę pani, to nie my. Nikt z nas nie ukradł psa pani ojcu. Nie­chże pani jakoś wpły­nie na nadle­śni­czego. Poszu­kamy tego psa...

Nie mo­głem się już doci­snąć do Krwa­wej Mary i opu­ściłem ka­wiarnię. Do­sze­dłem do wnio­sku, że muszę jak naj­szyb­ciej odna­leźć wi­gwam Win­netou i poroz­ma­wiać z nim o sytu­acji nad je­ziorem Zmierzchun. Moim zda­niem, sytu­acja ta wyglą­dała bardzo groźnie.

 


ROZDZIAŁ TRZECI [top]

NA DRODZE DO WINNETOU • KTO BRUDZI JEZIORO? • CZY WOLNO GWIZDAĆ W LESIE? • SPOTKANIE • W LABIRYNCIE ŚCIEŻEK • STRZAŁ DO ODYŃCA • CZY JESTEM GREENHORNEM? • W WIGWAMIE • BLADA TWARZ • OPOWIEŚĆ WINNETOU • KTO JEST WROGIEM PRZYRODY? • PRZECIW KOMU NALEŻY WYKOPAĆ TOPÓR WOJENNY? • LIST OD TAJNEJ LIGI

 

Nie uzy­skałem adresu Win­netou, ale pa­mięta­jąc, w jakim kie­runku popły­nęła jol Mil­czą­cego Wilka, domy­śliłem się, że mieszka on naj­praw­dopo­dobniej na pra­wym brzegu jeziora. Naj­łatwiej chyba byłoby znaleźć jego dom od strony wody, poszu­kując miejsca, gdzie przy­cumo­wano „Moby Dicka”. Ale choć wiatr uspo­koił się już i na jezio­rze po­kazało się mnó­stwo żagló­wek i moto­rówek, nie za­ryzy­kowa­łem wypły­nięcia swoim wehi­kułem. Nie lu­biłem bez po­trzeby ujaw­niać wszystkich wła­ściwo­ści mego samo­chodu. Zdecy­dowa­łem więc, że po­jadę wehi­kułem wzdłuż pra­wego brzegu (mu­siała tam być ja­kaś le­śna droga), a po­tem napo­tkaw­szy kogoś w lesie, zapy­tam o wła­ściwy kieru­nek.

Zja­dłem obiad w go­spodzie ludo­wej w Złotym Rogu, nie chcąc tracić czasu na przy­goto­wywa­nie so­bie po­siłku na ku­chence gazo­wej. Z tego też względu nie prze­brałem się w strój po­dróżny, lecz pozo­stałem w gar­niturze i białej koszuli z kra­watem, jak przy­stało na urzęd­nika Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki. W tym to stroju wyje­chałem z War­szawy, pomny, że jadę służ­bowo i będę musiał złożyć ofi­cjalną wizytę w ośrodku wcza­sowym, a tego nie wy­pada prze­cież robić w gumia­kach, wel­weto­wych spodniach i wytar­tym swetrze.

Dość szybko znala­złem na pra­wym brzegu piasz­czystą leśną drogę, która to zbli­żała się do je­ziora, to znów od niego odda­lała, ciągle jednak pozo­stając w po­bliżu wody. Rósł tu ogromny so­snowy staro­drzew, stosun­kowo rzadki zresztą, ale o pięk­nym trawia­stym pod­szyciu. W niebo ster­czały wielkie sosny, prze­pusz­czające ku ziemi dużo światła sło­necz­nego, tak że teren ten przy­pomi­nał wspa­niały park. To o ten sta­ro­drzew wal­czyła z nadle­śnic­twem tajem­nicza Liga do Walki z Hała­sem, ucie­kając się na­wet do terroru i po­rywa­jąc nadle­śni­czemu ulubio­nego psa.

Wkrótce jed­nak staro­drzew skoń­czył się i na­potka­łem mnó­stwo młod­ników świer­kowo-sosno­wych. Potem nad brze­giem jeziora otwo­rzyła się nie­wielka po­lanka, gdzie zoba­czyłem dwie syrenki i dwa żółte na­mioty, a więc za­pewne przy­pad­kowy biwak tury­stów. Pozo­stawi­łem wehi­kuł na drodze i ru­szyłem pieszo ku bi­wa­kowi, łudząc się, że może owi tu­ryści wskażą mi drogę do Win­netou.

Ale trafi­łem nie­fortun­nie. Oby­dwaj właści­ciele syre­nek i żółtych na­miotów oraz żon o pokaź­nej tu­szy i po dwojgu dzieci do lat dzie­sięciu — kłócili się ze sobą za­wzięcie. Oby­dwaj zresztą posta­wili swoje na­mioty na dwóch koń­cach polany. Z wy­glądu także stano­wili swoje prze­ciwień­stwa. Jeden był mały, łysy i gruby, a drugi wysoki, z ob­fitą czu­pryną, chudy.

Mały, gruby, łysy wołał:

— Jakim pra­wem myje pan swój samo­chód w wodzie z je­ziora? Czy pan wie, że nawet jeziora mazur­skie są już za­trute przez smary, ben­zynę i olej oraz prze­różne ścieki fa­bryczne? Około trzech procent po­wierzchni Wiel­kich Jezior Mazur­skich stało się zu­pełnie martwe. Za­nie­czysz­czono Niego­cin i Beł­dany, a teraz tacy jak pan chcą zanie­czyścić jezioro Zmierzchun.

Wy­soki, owło­siony, chudy pogro­ził pię­ścią ma­łemu:

— A pan co robi? Pańska żona prała bluzkę w je­ziorze w proszku ixi. Czy pan nie wie, że deter­genty nie rozkła­dają się w wo­dzie i zatru­wają ją na zawsze? A co ona zrobiła z dziećmi? Czy nie myła im głów szam­ponem i nie płukała w je­ziorze? To pan za­truwa wodę, a nie ja. Ja myłem samo­chód w pew­nym odda­leniu od je­ziora i nosi­łem wodę w ku­bełku. Nato­miast takich jak pan, którzy zatru­wają środo­wisko natu­ralne, po­winno się usuwać znad wody.

— Co takiego? Pan mi grozi?! — krzy­czał gruby. — Co zaś ty­czy mojej żony, to ona uży­wała szam­ponu jajecz­nego, więc nie za­truła wody.

Pano­wie kłócili się, ich żony pitra­siły obiad na ku­chen­kach gazo­wych, głośno grały tranzy­sto­rowe radia. Jed­nym sło­wem, praw­dziwa „urlo­powa sie­lanka” w gro­nie ro­dzin­nym z miłym są­siedz­twem. Tym przy­jem­niejsza, że lato­rośle oby­dwu panów plu­skały się przy brzegu, pisz­cząc i wrzeszcząc strasz­liwie.

Czy tacy ludzie mogą wska­zać drogę do Win­netou? — po­my­ślałem. I już chcia­łem zawra­cać do wehi­kułu, gdy nagle za moimi ple­cami cicho jak duch pojawił się męż­czyzna w mun­durze leśni­czego, z du­bel­tówką prze­wie­szoną przez ramię. Leśni­czy był młody, w okula­rach, szczu­pły. Zasa­lutował i wy­jąwszy z ra­por­tówki blo­czek z man­datami oświadczył oby­dwu kłócą­cym się pa­nom:

— Zmu­szony jestem obcią­żyć panów man­datami, po sto złotych od każ­dego. Pano­wie złamali prze­pisy, i to czte­rokrot­nie.

Kłótnia urwała się. Skłó­ceni pano­wie poczuli się so­lidarni, albo­wiem zaata­kowała ich trzecia osoba.

— Co takiego? Man­daty? Łama­nie przepi­sów? Pan się myli, panie leśni­czy, nie je­steśmy żad­nymi chuli­ganami. Ja pracuję jako główny tech­nolog w wiel­kim zakła­dzie. A ten pan jest in­żynie­rem w zakła­dach je­dwab­ni­czych. Przyje­chali­śmy tu na wy­poczy­nek!

Leśni­czy rozło­żył ręce.

— Po pierw­sze: rozbili­ście obóz w miej­scu nie wyzna­czo­nym do tego celu. Po drugie: używa­cie ku­chenek tury­stycz­nych także w miej­scu do tego celu nie wyzna­czo­nym. Po trzecie: jak wska­zują ślady kół, przeje­chali­ście przez młod­nik i uprawę leśną, a, jak wia­domo, nie wolno wcho­dzić do młod­ników i upraw, zanim nie osiągną wyso­kości jed­nego metra i dwu­dziestu centy­metrów. Po czwarte: zlek­cewa­żyliście napis na dro­dze: „Ostoja zwie­rzyny”.

— To jest po­lanka leśna nad je­ziorem, a nie żadna ostoja zwie­rzyny! — wo­łali so­lidarnie dwaj pano­wie. — Nie ła­miemy tu krza­ków, nie nisz­czymy drze­wo­stanu.

Leśni­czy pokrę­cił głową:

— Na tej po­lance leśnej zasiali­śmy rośliny motyl­kowe, aby mogła się ży­wić zwie­rzyna leśna i nie szko­dziła rolni­kom w polu. A pano­wie swoimi na­mio­tami i nogami znisz­czyli kawa­łek poletka.

Pano­wie spoj­rzeli pod nogi:

— To nie jest trawa, lecz rośliny motyl­kowe? Nie je­steśmy rolni­kami, nie znamy się na rośli­nach. Myśle­liśmy, że to trawa.

Leśni­czy wzru­szył ramio­nami i zaczął wypi­sywać mandat. Dodał przy tym:

— A po piąte: i pano­wie, i wasze dzieci bardzo hała­sują, co też jest zaka­zane.

Obu­rzenie oby­dwu męż­czyzn osią­gnęło szczyt. Aż za­chły­stywali się, woła­jąc na prze­mian:

— Jak to? Gdzie mają się wy­szu­mieć nasze dzieci? W domu krzy­czeć im nie wolno, bo to prze­szka­dza są­siadom. W szkole też nie wolno. To samo na ulicy. Zawsze im mówi­liśmy: „Czego się drzesz, nie je­steś w lesie”. A teraz oka­zuje się, że i w lesie nie mogą się wy­krzy­czeć?

Leśni­czy wrę­czył im man­daty.

— Nie­stety, nie mam dzieci i nie wiem, czy one muszą się wy­krzy­czeć. Nato­miast znam prze­pisy, a te mó­wią, że w lesie hała­sować nie wolno. Nie należy tu krzy­czeć oraz jeździć pojaz­dami z zepsu­tymi tłumi­kami. Nie wolno także używać sy­gnałów dźwię­ko­wych.

— Do li­cha! — zawo­łał gruby jego­mość — w ta­kim ra­zie w lesie nic nie wolno? To ja przez cały rok ciężko pracuję, kupi­łem na raty samo­chód, żeby móc wysko­czyć z rodziną na zieloną trawkę, a tu się oka­zuje, że nigdzie nie wolno wypo­czywać.

— Wolno. Ale tylko w miej­scach do tego celu prze­zna­czo­nych — cier­pliwie wyja­śniał leśni­czy. — Wła­śnie dlatego, że co­raz więcej ludzi posiada samo­chody i coraz więcej ludzi chce korzy­stać z zieleni, wy­dano odpo­wied­nie prze­pisy, aby zapo­biec nisz­czeniu dobra, które należy do wszystkich. Las ro­śnie przez dzie­siątki lat, a znisz­czyć go można w jed­nej chwili. Jeśli tury­styka będzie się rozwi­jać w takim tempie jak dotąd, być może przyj­dzie czas, gdy wstęp do lasu będzie miał tylko ten, kto wykaże się znajo­mością przepi­sów obo­wią­zują­cych w lesie; podob­nie jak nie do­pusz­cza się na drogi pu­bliczne nikogo, kto nie zna przepi­sów o poru­szaniu się po dro­gach. Las ma okre­śloną pojem­ność. Na­ukowcy twier­dzą, że może on wchło­nąć bez szkody najwy­żej dwa­dzie­ścia osób na je­den hektar pod warun­kiem, że osoby te będą jedynie space­rować po wy­zna­czo­nych ścież­kach, nie śmiecić i nie hała­sować. Na bi­waki wyzna­czyli­śmy spe­cjalne pola na­mio­towe.

— Ale tam nie można wy­trzy­mać, taki jest hałas! — zawo­łał chudy jego­mość. — Ciągle grają radia i gitary. W nocy spać nie można.

— To jest chyba wina samych tury­stów. Pano­wie także włą­czyli swoje radia, a twier­dzą, że szukają ciszy.

Oby­dwaj pano­wie z bólem serca wycią­gnęli z portfeli stu­zło­towe bank­noty. Wi­dzia­łem na ich twa­rzach ogromne roz­czaro­wanie. Nie tyle przy­kro im było z po­wodu utraty pewnej sumy pienię­dzy, ile przy­krość spra­wiła świa­do­mość, że roz­wiały się ich wy­obra­żenia o urlopie spę­dzo­nym „sam na sam z na­turą”, na ło­nie przy­rody.

Powró­ciłem na drogę do we­hikułu, ocze­kując, aż le­śniczy skoń­czy roz­mowę z tury­stami. To była osoba, która mogła mi wska­zać drogę do Win­netou.

— Pan na mnie czeka? — za­pytał zdzi­wiony. — Mu­szę panu się przy­znać, że nie lubię wypi­sywać man­datów. Nie­stety, muszę to ro­bić bardzo często. Ot, na przy­kład w maju na skraju lasu na­tkną­łem się na stojący wspa­niały wóz. Wła­śnie wracali do niego dwie młode panie i pan. Nieśli bukie­ciki kon­walii. Byli zdu­mieni, gdy obcią­żyłem ich man­datami, ponie­waż kon­walia ma­jowa jest czę­ściowo chro­niona, wolno ją tylko zrywać dla celów leczni­czych. Ów pan z bukie­cikiem kon­walii okazał się wybit­nym kon­struk­torem, który buduje nasze okręty. A w le­sie za­chował się jak chuli­gan. Nie miał pojęcia, że nie wolno zrywać pach­nących kon­walii. W na­szym społe­czeń­stwie ciągle jeszcze żyje wy­obra­żenie, że w lesie można robić, co się chce.

— Ma pan ra­cję — zgo­dziłem się z nim. — Ale to sprawa całego na­szego sys­temu wy­cho­wawczego. Jak mało ludzi wie, które rośliny są chro­nione. Do szkół wkro­czyła już na­uka o przepi­sach ruchu drogo­wego. Ale nikt nie uczy ludzi od mło­dych lat, co wolno robić w lesie lub nad jezio­rem. Kiedy gwiz­dałem w domu, mój oj­ciec mówił do mnie: „Idź do lasu z tym gwiz­daniem”. Za czasów mojego ojca wolno było gwiz­dać na wodzie i w le­sie. Ale teraz trzeba się za­cho­wywać cicho.

— Cie­szę się, że pan to ro­zumie — uśmiechnął się przy­jaźnie leśni­czy — choć wy­gląda pan na nie­dziel­nego turystę, a tacy na ogół nie wyka­zują zrozu­mienia dla tych spraw.

— Je­stem z Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki. Szu­kam drogi do Win­netou — wyja­śniłem.

Obej­rzał mnie od stóp do głów z nowym zainte­reso­wa­niem. Wy­dawało mi się, że jak gdyby iro­niczny uśmie­szek prze­mknął po jego ustach na wi­dok mojej białej koszuli, kra­wata, białej chus­teczki w kie­szonce mary­narki.

— Do niego nie doje­dzie pan samo­cho­dem — oświadczył. — Od strony lądu wi­gwam Win­netou ota­czają bagna, na któ­rych po­wstanie rezer­wat łosi. Kiedyś można było przez nie przeje­chać samo­cho­dem, ale od czasu, jak się zerwał most na ka­nale melio­racyj­nym, do Win­netou prowa­dzą już tylko ścieżki. Wiele z nich jest fał­szy­wych, wy­depta­nych przez zwie­rzynę, łatwo więc zabłą­dzić.

— Nie można było mostu napra­wić?

— Po co? Tam będzie rezer­wat łosi, na ba­gnach nie prowa­dzimy zrębów i trze­bieży. A Win­netou woli cho­dzić ścież­kami, więc nikt nie jest zainte­reso­wany w od­budo­wie mostu. Naj­łatwiej dostać się do Win­netou od strony wody. Niech pan wróci do Zło­tego Rogu, wy­najmie łódkę i trzyma się pra­wego brzegu. Ujrzy pan le­śną zatokę, wpły­nie pan tam i zoba­czy wi­gwam z drew­nia­nych bali.

Spoj­rzałem na ze­garek.

— Tro­chę za późno na po­wrót do Zło­tego Rogu. Mam do niego pilną sprawę, więc zary­zykuję pieszą wę­drówkę. Do li­cha, potra­fię chyba odróż­nić ścieżkę łosi od ścieżki wy­depta­nej przez ludzką stopę. Gdy­bym tylko mógł tu gdzieś zosta­wić swój wehi­kuł...

Znowu coś w rodzaju uśmieszku prze­mknęło po twa­rzy le­śni­czego. Wy­dawało mi się, że uba­wiła go myśl o mojej wę­drówce przez bagna.

— O pół kilo­metra dalej znaj­duje się moja leśni­czówka — po­wie­dział — na po­dwórku może pan pozo­stawić samo­chód.

Zapra­szają­cym gestem wska­załem mu miejsce w we­hikule. Wsiadł i ru­szyli­śmy do jego domu. Gdy powie­dzia­łem, że przy­byłem, aby wstrzymać roz­biórkę starego zamku na le­wym brzegu, nabrał do mnie sym­patii.

— Ośro­dek wcza­sowy bardzo się tu­taj sza­rogęsi — stwier­dził. — Ciągle są z nimi jakieś kłopoty. Na lewym brzegu też mam trochę lasu i aż serce mi się kraje, że każ­dej je­sieni odkry­wam sterty śmieci, całe połacie papie­rzysk i puszek po kon­ser­wach, puste butelki, które na słońcu dzia­łając jak so­czewka, mogą wznie­cić po­żar. Ale trudno zabro­nić wcza­sowi­czom space­rów po lesie. Na szczę­ście, na prawy brzeg rzadko im się chce przy­cho­dzić. Co najwy­żej do­pły­wają łód­kami i za­śmie­cają tylko sam brzeg jeziora. Naj­gorsze są jed­nak te wie­czorne krzyki w ośrodku, dźwięki mu­zyki, nawo­ływa­nia i oczy­wiście jazgot moto­rówek. Kor­morany już się od nas wynio­sły, uciekną także i siwe czaple, które tu miały swoje miejsca lęgowe.

— Czy to prawda, że Win­netou wyko­pał to­pór wo­jenny prze­ciw moto­rowod­niakom i ośrod­kowi wcza­so­wemu? — za­pyta­łem.

— Nic o tym nie wiem — rzekł. — Sły­szałem tylko, że na­pisał memo­riał do Pań­stwo­wej Rady Ochrony Przy­rody i Urzędu Rady Mini­strów z propo­zycją, aby na­sze je­zioro objąć strefą ciszy.

Roz­mowa urwała się, bo droga dopro­wa­dziła nas do zbu­dowa­nej z czer­wonej cegły i krytej da­chówką dużej leśni­czówki. Dość szeroki, zie­lony od rzęsy kanał łączył leśni­czówkę z jezio­rem Zmierzchun. Na czer­wonym domu widniał napis: Bu­kow­nica. Leśni­czówka skła­dała się z kilku budyn­ków gospo­dar­czych ogro­dzo­nych płotem z siatki. Na drugim brzegu kanału rozcią­gał się bu­kowy las. Dostać się tam było można prze­cho­dząc przez wąski most z pni drzew­nych.

Oka­zało się, że w tym ustron­nym za­kątku leśni­czy mieszka tylko z żoną, na­uczy­cielką w szkole w Złotym Rogu. Na po­dwórku kręciło się kilka białych gęsi i stado kur, między któ­rymi biegał młody piesek, skrzy­żowa­nie wyżła z ter­rierem. Wcza­sowi­czów nie za­uwa­żyłem, więc pomy­ślałem, czy nie warto by za­trzy­mać się tu na wypo­czynek urlo­powy. Ale była to sprawa przy­szłości, na ra­zie zamie­rzałem nawią­zać kontakt z Win­netou.

— Musi pan przejść przez kanał i dalej masze­rować leśną drogą, a póź­niej ścież­kami, trzy­mając się jednak brzegu jeziora — obja­śniał leśni­czy. — Ostrzegam jednak, że to droga trudna i nie­bez­pieczna.

Nie bałem się ani trudów, ani nie­bezpie­czeństw. Wehi­kuł po­zosta­wiłem na po­dwórku i na­tych­miast wyru­szyłem w drogę.

Jak wspo­mnia­łem, po połu­dniu wiatr ucichł i zaraz zrobiło się upalnie, a na­wet duszno. Im bar­dziej zagłę­białem się w las, tym trud­niej mi się w nim oddy­chało. I im bli­żej byłem bagien, tym zacie­klej atako­wały mnie ogromne roje koma­rów i wiel­kich krwio­żer­czych bąków. Lubią one byto­wać na terenie o wil­gotnym pod­łożu, a są tak na­trętne i spra­gnione krwi, że nie odstra­sza ich wyma­chiwa­nie rę­kami. Do­piero ude­rzenie dłonią i śmierć kładzie kres ich krwio­żer­czemu ata­kowi. Każde zaś uką­szenie to bo­lesny bąbel na skó­rze.

Wkrótce tra­fiłem na miejsce, gdzie droga leśna skrę­cała rap­townie w prawo, aby ominąć rozle­głą do­linę, poro­śniętą ba­gien­nym lasem. Domy­śliłem się, że do Win­netou nale­żało iść na wprost, wąską ścieżką przez bagna.

Las, przez który odtąd masze­rowa­łem, był to tak zwany ols je­sio­nowy. Królo­wały tu jesiony i olsze, rosły też wiązy, dęby i brzozy, a na wzgór­kach trafiały się świerki. Wi­dzia­łem też krzaki lesz­czyny, cze­remchy, czar­nego bzu i czarnej po­rzeczki, pod­legają­cej czę­ściowej ochro­nie. Jej owoce i liście, a także młode pędy mają zasto­sowa­nie w lecz­nictwie i prze­myśle; tyle jej zbie­rano, że ta kiedyś tak po­pularna smoro­dina trafia się już coraz rza­dziej. Na dnie lasu zasie­dlił się bluszcz kurdy­banek, kozłek lekar­ski, przy­tulia i rzadki u nas, podle­gający całko­witej ochro­nie — krusz­czyk błotny o lan­ceto­watych liściach na dłu­giej, pół­metro­wej, niemal nagiej łody­dze.

Ścieżka wiła się jak wąż, omija­jąc trzęsa­wiska ze smro­dliwą wodą i spróchniałe trupy prze­wróco­nych drzew. Gęste liście starych jesio­nów i olsz zasła­niały sło­neczne światło. Pa­nująca du­chota czyniła jeszcze bar­dziej zjadli­wymi żyjące tu ko­mary i bąki by­dlęce. Rzecz cie­kawa — sam­czyk bąk żywi się je­dynie nekta­rem kwia­tów, a tylko samica jest tak krwio­żercza.

Na pniach jesio­nów i olsz wi­dzia­łem stojące na wy­pro­stowa­nych nóż­kach gzy sarnie i jelenie, ocze­kujące tu na swoje ofiary — zwie­rzynę płową. Pozo­sta­wiają one na ich skórze swoje jaja, które potem zwie­rzę zli­zując — wchła­nia. Larwy gzów wę­drują przez ciało zwie­rzęcia i w końcu usada­wiają się bli­sko jego grzbietu, ujaw­niając się na skórze w for­mie wstręt­nego ropie­jącego wrzodu.

Od czasu do czasu atako­wał moją twarz, ręce i szyję owad po­dobny do mu­chy — strzy­żak jele­nica — twardy, bru­natno-czarny, o dużej głowie i ostrej kłujce. Jego uką­szenie jest bolesne i zwy­kłe klap­nięcie dłonią nie wy­starcza, aby go zabić. Bez żad­nego bólu traci skrzy­dła i dalej bole­śnie kąsa.

Sze­dłem więc wolno, bo nie tylko mu­siałem oga­niać się od żąd­nych mojej krwi owa­dów, ale i uważać, aby w swych płyt­kich panto­flach nie wdep­nąć w błoto, kryjące się pod zdra­dliwym, mięk­kim kożu­chem mchów lub trawy.

W tym lesie było chyba mnó­stwo prze­różnej zwie­rzyny. Świad­czyły o tym nie tylko ślady racic łosi i jeleni, saren i kozłów, wy­raźnie odbite w bło­cie, ale tu i ówdzie wi­działo się całe połacie ziemi zrytej kłami dzików, czyli jak się to mówi w ję­zyku myśli­wych, „zbuchtowa­nej”. Nie­liczne świerki, wi­doczne na małych wznie­sie­niach, nosiły ślady „spa­łowa­nia” przez roga­cze, czyli na wy­sokości ich łbów zostały odarte z kory. Tak osła­bione drzewa łatwo potem atakuje kornik, naj­więk­sza plaga na­szych lasów.

Ścieżka nagle roz­dzieliła się na trzy wąskie dróżki. Która z nich prowa­dziła do Win­netou?

Wy­brałem tę od strony jeziora, bo prze­cież po­dobno nad wodą znaj­duje się wi­gwam tego arcy­cieka­wego czło­wieka. Ale po kilku­dzie­sięciu kro­kach drogę zagro­dził mi szeroki i głę­boki kanał od­wad­niający. Mu­siałem zawró­cić aż do roz­staju ścieżek i tym razem wy­brałem dróżkę od prawej strony, a więc najdal­szą od brzegu jeziora.

Sze­dłem i sze­dłem, a nogi coraz bar­dziej zapa­dały się w poro­śniętą mchem ziemię. Panto­fle po­kryło mi błoto, twarz oble­piły rozcią­gnięte między pniami grube paję­czyny. Potem trafi­łem na sze­roko rozlaną kałużę zielon­ka­wego błota. Może zawró­cić? — pomy­ślałem. Na błocie leżał jednak omszały pień starego jesionu. Po­stano­wiłem przejść po nim aż na drugą stronę rozle­wiska. Wy­dawało mi się bo­wiem, że da­lej już teren jest su­chy i trochę wznie­siony, a więc może właśnie tam zaczy­nało się króle­stwo Win­netou...

Wstą­piłem na pień i ba­lansu­jąc na nim jak lino­sko­czek wolno sze­dłem nad zieloną po­krywą błota. Pień nie był na szczę­ście spróchniały i szło się po nim zupeł­nie do­brze. Tyle tylko, że mu­siałem utrzy­mywać rów­no­wagę za po­mocą sze­roko roz­sta­wio­nych rąk, przez co ła­twy dostęp do mojej twarzy miały stada koma­rów i wście­kłych gzów. Sko­rzy­stały z okazji i gryzły mnie niemi­łosier­nie, nie­omal oble­piając mi twarz, kark i dłonie.

Rap­tem ja­kiś giez uderzył mnie w oko tak bole­śnie, że dłońmi złapa­łem się za twarz. Ta chwila wy­star­czyła, abym stracił rów­no­wagę i zsunął się z pnia wprost w zie­lonawo-czarną maź.

Wpa­dłem w bagno po ko­lana. Na domiar złego prze­wróci­łem się i od stóp do głów uma­załem swój garni­tur. W opła­kanym stanie były teraz moja koszula, kra­wat i biała chus­teczka wyglą­dająca z kie­szonki.

Na brzegu chcia­łem się osu­szyć z błota, lecz oka­zało się, że jeszcze gorzej się brudzę, ręce bo­wiem miałem uwa­lane w mule. A rąk nie było gdzie umyć.

Rozej­rzałem się po lesie i stwier­dziłem, że znaj­duję się jakby na dość sporej wy­sepce wśród bagien. Rosły tu stare świerki i przy­cho­dziło mnó­stwo dzików, bo pnie u dołu nosiły ślady czo­chrania się zwie­rząt. Dziki ocie­rały się tak długo, aż ob­darły pień z kory i świerk puścił żywicę. Na pniach pozo­stały kłaki i przyle­piona do nich szcze­cina.

Na chwilę staną­łem nieru­chomo, aby odpo­cząć po nie­fortun­nej wę­drówce. Cią­gle miałem wąt­pliwo­ści, czy jestem na wła­ściwej drodze. Może nale­żało jednak pójść środ­kową ścieżką?

Wtem usły­szałem łomot i trzask łama­nych gałęzi. A po­tem jak bły­ska­wica wysko­czył z gę­stwiny ogromny ody­niec. Rów­nocze­śnie, nie­omal nad swoim uchem, usły­szałem strzał z dubel­tówki. Nie­celny był to strzał, bo ody­niec w ogromnych susach prze­biegł obok mnie i prze­padł w drugim końcu wyspy. Jeszcze jakiś czas sły­szałem łomot jego racic i szelest liści na krza­kach, przez które się prze­dzierał.

Za moimi ple­cami za­brzmiał głos ludzki:

— Jakiż zły duch spro­wadził tutaj bladą twarz?

Spoza pnia gru­bego świerka wy­szedł Win­netou z dubel­tówką w ręku. Tak, to był on — ogo­rzała twarz, my­śliwsko-in­diański strój, na no­gach moka­syny z mięk­kiej skóry.

Obrzu­cił mnie nie­chęt­nym spoj­rze­niem. Oczy­wiście nie uszedł jego uwagi mój urzęd­niczy garni­tur uwa­lany błotem, zielon­kawa od ba­gna biała koszula i chu­steczka. Twarz też chyba miałem ubru­dzoną błotem i za­krwa­wioną od uką­szeń koma­rów.

— Blada twarz wy­brała się na spacer? — rzekł. — A ja od dwóch mie­sięcy na próżno zacza­jam się tutaj na odyńca. Sza­ble jego oce­niam na dwa­dzie­ścia cztery centy­metry długo­ści, a fajki mają ob­wody co naj­mniej osiem centy­metrów. Ale blada twarz tego za­pewne nawet nie ro­zumie, bo wy­gląda na gre­en­horna.

Byłem zły, że ogląda mnie w tak opła­kanym stanie, i od­burk­nąłem:

— Spu­dłował pan i to wszystko. Trzeba było celniej strzelać. Miał pan go od sie­bie na czter­dzieści metrów.

— Słusz­nie — skinął głową. — Ale moja strzelba niesie celnie tylko na małą odle­głość. Nie uży­wam sztu­cera z japoń­ską lu­netą, nie je­stem mor­dercą zwie­rząt jak owa Krwawa Mary, która buszuje w tych lasach. Ale blada twarz, która jest green­hornem, nie odpo­wie­działa jednak na moje pytanie: co robi na tych ba­gnach? Proszę mi wy­baczyć moją cieka­wość, mam jednak prawo o to pytać.

To mó­wiąc odgiął klapę swojej kurtki i poka­zał mi błysz­czący i kolo­rowy zna­czek ze styli­zowa­nym żubrem i świer­kami oraz wyraź­nym napi­sem: Straż Ochrony Przy­rody.

Tak, miał prawo pytać, co ro­bię na tych ba­gnach i czy w sposób wła­ściwy prze­sze­dłem przez teren leśny.

— Przy­sze­dłem tutaj, aby spotkać się z panem, jeśli to pan jest owym słyn­nym Win­netou.

— Tak, ja nim jestem, choć nie wiem, czy słyn­nym.

— Pra­cuję w Mini­ster­stwie Kul­tury i Sztuki. Przy­byłem do Zło­tego Rogu, aby zapo­biec dewa­stacji starego zamku. Zada­nie swoje wyko­nałem, ale jedno­cześnie dowie­dzia­łem się o spra­wach, które i pana mogą zainte­reso­wać.

— To ja zasy­gnali­zowa­łem pań­skiemu mini­ster­stwu, że Purtak roz­biera stary zamek — stwier­dził. — Cieszę się, że mój sygnał wy­wołał od­dźwięk.

I dodał, patrząc na mój uwa­lany błotem garni­tur:

— Musi się pan dopro­wadzić do po­rządku. Zapra­szam bladą twarz do swego wi­gwamu. To już bardzo blisko od tego miejsca.

Zgo­dziłem się pójść do niego, bo za­mie­rzałem poroz­ma­wiać o sytu­acji nad je­ziorem. Trak­tował mnie nieco pogar­dliwie, jak nie­dziel­nego turystę, ale miałem na­dzieję, że przy bliż­szym pozna­niu na­bierze do mnie zaufa­nia.

Po­prowa­dził mnie znaną tylko sobie ścieżką, ledwo wi­doczną na ba­gnach. Wkrótce wy­dostali­śmy się z grzą­skiej kotliny i sta­nęli­śmy na twar­dym gruncie, wśród starych buków. Po kil­kudzie­sięciu kro­kach otwo­rzyła się przed nami mała polana, ograni­czona kana­łem melio­racyj­nym, brze­giem jeziora i wy­soką pali­sadą za­ostrzo­nych pni świer­ko­wych. Na środku polanki ujrza­łem mały dom, niski a długi, zbu­do­wany z gru­bych bali. Po­krywał go stromy dach z białego eternitu. Do brzegu jeziora prowa­dziła ścieżka, a przy brzegu znaj­dował się drew­niany pomost. Cu­mo­wały tu „Moby Dick” i dwie podłu­gowate łodzie wyro­bione z pnia drzewa, praw­dziwe indiań­skie kanu.

Piękne to było miejsce. Za­plecze stano­wiły las bu­kowy i bagni­sty ols jesio­nowy, z dru­giej zaś strony rozle­wała się za­toka. Spo­kojną jej toń pokry­wały ogromne li­ście grążeli, nenufa­rów i lilii wod­nych, brzegi obra­stały trzciny i sito­wie. W pobliżu do­strze­głem ogromne gniazdo łabę­dzia, tu i ów­dzie buszo­wały łyski, nurki i cyranki. Nie docie­rały tutaj moto­rówki, a Win­netou w swym kanu sunął chyba przez wodę bez­sze­lestnie jak duch, była to więc praw­dziwa ostoja dzi­kiego ptac­twa.

Win­netou otwo­rzył furtkę w pali­sadzie i wpro­wadził mnie na po­dwórze, a po­tem do wnę­trza domu.

Nie było tam ścian dzia­łowych, lecz tylko jedna ogromna izba o ścia­nach wyło­żonych drew­nem i obel­kowa­nym suficie. Izba miała jakby trzy po­ziomy, które od­dzie­lały od siebie balu­stradki. W środ­kowej części, najniż­szej — znaj­dował się ogromny ko­minek z wiel­kim paleni­skiem, a przy nim ławy z bali drzew­nych. Na wyż­szym pode­ście były sypial­nia i pra­cownia Win­netou — zoba­czyłem tam prosty, zro­biony z desek tapczan i stół zarzu­cony karto­nami papieru. Na drugim, wyż­szym pozio­mie znaj­dowała się sy­pialnia dla go­ści, za­uwa­żyłem tam także tapczan i niski stolik z ławami. Pod­łogi na pode­stach pokry­wały skóry dzików, na drew­nia­nych ścia­nach wisiały pióro­pusze indiań­skie, łuki, maski, toma­hawki, dzidy, jednym sło­wem — praw­dziwe mu­zeum indiań­skiego folk­loru.

Elek­trycz­nego oświe­tlenia tu nie było, wszę­dzie wi­działo się drew­niane świeczniki i ozdobne stare lampy naf­towe.

— Oto i mój wi­gwam — z dumą w gło­sie oświadczył Win­netou.

Na komi­nie płonął ogień, w garnku zawie­szo­nym nad pło­mie­niem coś się goto­wało. A przy komi­nie siedział Mil­czący Wilk i juzin­giem[13] ob­szywał kausze[14] liny fałowej do wcią­gania żagla.

Zoba­czyw­szy mnie Mil­czący Wilk odłożył swoją robotę i pyta­jąco spoj­rzał na przyja­ciela.

— Przy­prowa­dziłem bladą twarz, która zabłą­kała się na ba­gnach i wy­gląda na gre­en­horna — przed­stawił mu Win­netou moją osobę. — Ta blada twarz pracuje w Mi­nister­stwie Kul­tury i Sztuki i doko­nała wspa­niałego czynu: zabro­niła Purta­kowi roz­biórki starego zamku. Dla­tego Win­netou przyjął ją życz­liwie i po­może jego szaty dopro­wadzić do po­rządku.

Mil­czący Wilk wstał ze swego miejsca i skło­nił się kładąc rękę na piersi:

— Wro­gowie Purtaka są przyja­ciółmi Mil­czą­cego Wilka. Blada twarz znaj­dzie wy­godne miejsce na ła­wie koło komina.

Uśmiechnąłem się. W tym dziw­nym domu, gdzie na ścia­nach wisiały indiań­skie pióro­pusze, łuki i koł­czany pełne strzał, nagle do­znałem uczucia, jak­bym odbył podróż w kra­inę dzie­ciństwa. Wtedy także mó­wiono do mnie takim właśnie języ­kiem. Na po­dwórku wiel­kiej kamie­nicy, gdzie miesz­kałem, nosi­łem pióro­pusz, poda­runek od ojca. Mój starszy brat był Du­chem Pusz­czy, a ja So­kolim Okiem. Potem prze­żywali­śmy przy­gody Skó­rzanej Poń­czochy, byli­śmy bohate­rami powie­ści Kiddy — dzie­cię obozu: Janem Wilczą Łapą i innymi posta­ciami ze wspa­niałych książek o życiu west­manów i In­dian. I oto na­gle znowu wkro­czyłem w tę krainę. Było dla mnie oczy­wiste, że ci dwaj ludzie — ów Win­netou i żeglarz prze­zwi­skiem Mil­czący Wilk — jak gdyby prowa­dzili dalej dawną, piękną zabawę. Może robili to, aby wy­zwolić się od trosk co­dzien­ności? A może krył się w tej ich za­bawie jeszcze jakiś inny, głębszy sens, który miałem dopiero w przy­szłości zrozu­mieć? Czymś nie­grzecznym byłoby nie­prze­strze­ganie w tym domu stylu, jaki na­rzucał gospo­darz. Jeśli chcia­łem znaleźć w tych lu­dziach przyja­ciół, powi­nienem był włą­czyć się w ich za­bawę. I nie po­wiem, abym czynił to z przy­krością. W głębi duszy tliła i we mnie tęsk­nota za tam­tymi beztro­skimi latami.

Przyło­żyłem więc także dłoń do piersi w miej­scu, gdzie bije serce, skło­niłem się i oświadczyłem:

— Przy­byłem do tego wi­gwamu ze sło­wami przy­jaźni na ustach i ser­cem pełnym życz­liwości. Cie­szę się, że mo­głem poznać sław­nego męża, Win­netou, i jego przyja­ciela i brata, wspa­niałego żegla­rza, Mil­czą­cego Wilka. Przy­gnała mnie tu troska o los tej okolicy, której zagraża wielkie nie­bezpie­czeń­stwo. Przy­byłem także, aby was ostrzec. Imię moje nie jest wam za­pewne znane. Przyja­ciele nazy­wają mnie Pan Samo­cho­dzik.

Win­netou, który w tym mo­mencie niósł dla mnie miskę pełną wody, za­trzymał się tak rap­townie, że woda chlu­snęła na pod­łogę.

— Czy to zna­czy, że blada twarz jest wielbi­cielem owych cuch­nących, bla­sza­nych koni zwa­nych auto­mobi­lami?

Nie od razu odpo­wie­dzia­łem na pytanie. Ode­brałem od Win­netou miskę z wodą. Czysz­cząc ubranie, twarz i ręce wi­dzia­łem ich nie­chętne spoj­rzenia skie­rowane na mnie i nie prze­stawa­łem się uśmie­chać. Bawiła mnie ta sytu­acja. Śmie­szyła mnie myśl, że oto ja, czło­wiek, któ­remu nie­ustan­nie to­warzy­szyła przy­goda, uznany zosta­łem za nie­dziel­nego turystę, wiel­bią­cego zapach spalin samo­cho­do­wych.

Gdy skoń­czyłem czysz­czenie ubrania, ode­zwa­łem się:

— Po­siadam starego grata, którym jeżdżę po kraju, bo tego wyma­gają moje czyn­ności służ­bowe. Od czasu do czasu słu­cham radia. Nie­kiedy także oglą­dani pro­gram w telewi­zji. Cza­sami chodzę do kina. Ale ko­cham także ciszę lasów i jezior, jestem wro­giem tych, co ją zakłó­cają. Wiem, jak należy zacho­wać się na ulicy, na szo­sie, w lesie, na je­ziorze. Korzy­stam z do­robku cywili­zacji, ale to nie znaczy, że nie będę bronił przy­rody przed cywili­zacją i jej zgub­nym wpły­wem. Howgh — za­koń­czyłem po in­diań­sku, pa­mięta­jąc jeszcze lekturę książek Karola Maya.

— Ps­haw — zaklął cicho Win­netou. — Blada twarz prze­mawia bardzo dumnie.

A ja mówi­łem dalej:

— Nad tą oko­lica zawisło wielkie nie­bezpie­czeń­stwo. Win­netou i Mil­czący Wilk popeł­nili kilka błędów. Oba­wiam się, że jeśli nie weź­miecie do serca tego, co chcę wam powie­dzieć, wasze plany uczy­nienia z tej okolicy oazy spo­koju wezmą w łeb, a i was stąd wkrótce wy­rzucą. Po wy­kona­niu swego służ­bo­wego zadania miałem zamiar wyje­chać. Ale pozo­stałem i przy­sze­dłem tutaj, ponie­waż rów­nież ko­cham przy­rodę.

— Ps­haw — zaklął cicho Win­netou. — Blada twarz ma twarz? I czy mamy otwo­rzyć uszy dla czło­wieka, który nie rozróż­nia ścieżki łosi od ścieżki ludzi?

— Zmy­lił mnie pański trop — odpar­łem. — Szedł pan ścieżką łosi, aby zapo­lować na dzika. Dla­tego zabłą­dziłem na ba­gnach. Ale zanim wyłożę swoją sprawę, za­dam wam jedno pytanie i bar­dzo proszę o szczerą odpo­wiedź. Od tego zależy bardzo wiele.

— Pro­szę, niech blada twarz nas pyta — kiwnął głową Win­netou.

— Gdy przyje­chałem do Zło­tego Rogu, usły­szałem, że po­wstała tu tajna Liga do Walki z Hała­sem. Czy na­prawdę istnieje taka liga i czy pano­wie do niej należą?

— Nie — odparł Win­netou. — Nie nale­żymy do tej ligi. Ale sercem i duszą jeste­śmy po jej stronie.

— Wie­rzę — kiw­nąłem głową. — Świad­czy to jednak, że nie­bezpie­czeń­stwo wy­gląda groź­niej, niż mo­głem przy­pusz­czać.

— Niech blada twarz mówi, bo tracę cier­pli­wość... — mruk­nął Win­netou.

— Gdy zjawi­łem się w ośrodku wcza­sowym, kie­rownik Purtak, wpro­wa­dzony w błąd przez sekre­tarkę, wziął mnie za przed­stawi­ciela Mini­ster­stwa Prze­mysłu Cięż­kiego i wta­jemni­czył w swoje plany. Otóż zamie­rza on po­więk­szyć ośro­dek o bin­dugę, gdzie biwa­kują żegla­rze, i o wyspę, gdzie cumują swoje łajby moto­rowod­niacy. W dal­szych pla­nach prze­widuje wypę­dzenie stąd także i Win­netou.

Na twarzy Mil­czą­cego Wilka do­strze­głem wyraz rozcza­rowa­nia.

— I to wszystko, co chciała nam powie­dzieć blada twarz? My o tym bardzo dobrze wiemy i potra­fimy obronić tę zie­mię przed nie­bezpie­czeń­stwem białego diabła, który nosi nazwi­sko Purtak. Win­netou jest wo­dzem wszystkich opalo­nych mężów, którzy ko­chają wiatr, ciszę jezior, wodne ptac­two, las i spokój. Przyj­dzie dzień, gdy wyko­pie on swój topór wo­jenny, a wów­czas w popło­chu uciekną stąd wszystkie blade twarze, a na miej­scu ich ohyd­nych, drew­nia­nych wi­gwa­mów wyro­śnie wysoka trawa. Win­netou napisał memo­riał do Wiel­kich Wo­dzów w War­szawie, aby je­zioro to i okolice stały się strefą ciszy i spo­koju. Gdy przyj­dzie zgoda Wiel­kich Wo­dzów z War­szawy, wów­czas zdej­miemy skalp każ­demu, kto ze­chce hała­sować grają­cym pudłem, ośmieli się pę­dzić po jezio­rze smro­dliwym dia­błem zwa­nym moto­rówką. Umilkną też krzy­kliwe usta zwane gigan­tofo­nami. I tak się stanie, howgh.

Ode­zwał się Win­netou. Mówił śpiew­nie z odro­biną smutku:

— Był czas, gdy nad tym je­ziorem unosiły się nie­przeli­czone stada ptac­twa, a w la­sach prze­biegały rącze sarny i jelenie. Nad jezio­rem le­żała wielka cisza, szu­miał tylko wiatr w trzci­nach i fale zale­wały piasek na półwy­spie Zło­tego Rogu, pozo­sta­wiając na nim piękne białe muszle. I tylko od czasu do czasu prze­mykała przez jezioro cicha wio­słowa kanu lub po­kazał się biały żagiel. Aż pew­nego dnia wtar­gnęły tutaj krzy­kliwe blade twarze. Kupiły półwy­sep w Złotym Rogu. Ogro­dziły teren wysoką siatką, zbu­dowały ohydne drew­niane wi­gwamy i doły klo­aczne, z któ­rych brud ścieka do czy­stego daw­niej je­ziora. Wraz z nimi przy­były smro­dliwe diabły zwane moto­rów­kami. Wko­pano w ziemię słupy z krzy­czą­cymi ustami. Całą noc palą się u nich światła jarze­niowe, z nocy czyniąc dzień i budząc grozę u ptac­twa. Na je­ziorze pły­wają smugi sma­rów, bo wraz z bla­dymi twa­rzami z ośrodka ośmie­liły się tu przy­być blade twarze zwane moto­rowod­nia­kami. One to zasie­dliły wyspę, gdzie daw­niej dzikie kaczki budo­wały swoje gniazda i wy­siady­wały pi­sklęta. Co roku woda jest brud­niejsza, co roku ubywa ptac­twa i zwie­rzyny, która ucieka spło­szona przez blade twarze, space­rujące wszę­dzie z grają­cymi pu­dłami w rę­kach. Ale przelał się już dzban ze złem. Blade twarze drżą słysząc co noc bęben wo­jenny Win­netou. Głos wojen­nego bębna zagłu­szy krzy­czące usta bla­dych twarzy i wleje od­wagę w serca wszystkich mężów ko­chają­cych las i wiatr. I, jak nam wia­domo, tu i ówdzie mężo­wie ci zry­wają się do walki z hała­sem. Cieszy nas to, bo wkrótce na­dejdzie dzień, gdy wyko­piemy topór wo­jenny. Nie mogąc jeździć na swych smro­dli­wych dia­błach, nie mogąc słuchać grają­cych pudeł, blade twarze same się stąd wy­niosą i trawa poro­śnie miejsca po ich wi­gwa­mach na półwy­spie.

— Czy mó­wiąc o opalo­nych mężach, którzy tu i ówdzie zry­wają się do walki z hała­sem, Win­netou ma na myśli ową tajem­niczą ligę? Oba­wiam się, że za dzia­łalno­ścią ligi kryje się właśnie Purtak.

— Dziw­nie mówi blada twarz — wzru­szył ramio­nami Win­netou. — Wszy­scy, którzy walczą o ciszę, są na­szymi braćmi. A Purtak kocha hałas i swoje krzy­czące usta.

— Liga do Walki z Hała­sem ukradła psa nadle­śni­czemu — po­wie­dzia­łem. — Nadle­śniczy otrzy­mał list od ligi, w któ­rym ostrze­żono go, że jeśli zdecy­duje się wy­ciąć so­snowy staro­drzew, zniknie jego ulu­biony pies my­śliwski. I pies zginął.

— Wspa­niale — zawo­łał Mil­czący Wilk. — Nadle­śniczy nie ośmieli się te­raz wyci­nać staro­drzewu, o któ­rym Win­netou wspo­minał w swym memo­riale do Wiel­kich Wo­dzów w War­szawie.

Scep­tycznie pokrę­ciłem głową.

— Oba­wiam się, że skutki tego będą opła­kane. Nadle­śniczy sądzi, że człon­kami ligi są żegla­rze i Win­netou. I że kra­dzież psa to wasza sprawka. Po­stano­wił wypę­dzić żegla­rzy z bindugi. W tej sytu­acji Purtak bez trudu ją do­stanie.

— Co takiego? — oburzył się Win­netou.

— Pro­szę, niech blada twarz mówi — uspo­koił go gestem Mil­czący Wilk.

— Pur­tak po­stano­wił wyko­rzystać wasz memo­riał dla swoich celów. Zanim Pań­stwowa Rada Ochrony Przy­rody i Urząd Rady Mini­strów usto­sun­kują się do memo­riału, on już wej­dzie w posia­danie i bindugi, i wy­spy. A gdy lewy brzeg jeziora stanie się wła­snością ośrodka, bez trudu będzie mógł storpe­dować treść memo­riału.

— Oskal­puję go — wark­nął Win­netou.

— Takie po­gróżki na nic się nie zdadzą — po­wie­dzia­łem. — Sprawa wy­gląda po­ważnie. On wpadł na bar­dzo sprytny pomysł. Po­stano­wił zrazić wszystkich do kon­cepcji strefy ciszy. Aby prze­kreślić wasze plany, wilk przy­brał skórę jagnię­cia. Podej­rze­wam, że to on za­łożył Ligę do Walki z Hała­sem i posta­nowił na jej konto robić prze­różne brewe­rie. Wiem, że za­mierza skłócić żegla­rzy z moto­rowod­nia­kami, dopro­wadzić kon­flikt na jezio­rze do stanu wrze­nia, a potem przy po­mocy milicji rozpę­dzić całe towa­rzy­stwo i stać się panem jeziora. Dam wam przy­kład: w ka­wiarni w Złotym Rogu znala­zła się wy­wieszka zaka­zująca włą­czania radio­od­biorni­ków. Moto­rowod­niacy podej­rze­wają, że kryje się za tym dzia­łalność ligi. I jakby na po­twier­dzenie tego faktu pojawił się tam Mil­czący Wilk, przyja­ciel Win­netou, i wygłu­szył aparaty tranzy­sto­rowe. Teraz wszy­scy są prze­konani, że Win­netou prze­wodzi tajnej lidze. A tym samym to on kryje się za sprawą kra­dzieży psa nadle­śni­czego. Purta­kowi chodzi o to, aby zrazić wszystkich do Win­netou, a także zdy­skre­dyto­wać jego memo­riał. Oba­wiam się, że liga będzie dalej działać na konto Win­netou. Dla­tego trzeba wystą­pić do walki z ligą. Należy zjed­noczyć wszystkie siły dla tej sprawy, wcią­gnąć do walki takich ludzi jak Krwawa Mary...

Win­netou prze­rwał mi gwał­townie:

— Tajna liga? To wspa­niałe, że są ludzie, którzy walczą z hała­sem. To nasi bracia. Ukradli psa nadle­śni­czemu? Bardzo dobrze. Leśni­czy mógł zrezy­gno­wać z wyrębu staro­drzewu. To śmieszne ra­dzić mi wystą­pić do walki z ludźmi, którzy, podob­nie jak i ja, niena­widzą hałasu. I to śmieszne pro­pono­wać mi wypa­lenie fajki pokoju z Krwawą Mary, która poluje za po­mocą sztu­cera i lunety japoń­skiej.

Wsta­łem z ławy, obcią­gnąłem na sie­bie oczyszczony z błota garni­tur.

— Speł­niłem swój obo­wiązek. Ostrzegłem was — powie­dzia­łem. — Przy­szłość pokaże, kto miał rację: ja czy wy. Pozo­stanę tu jesz­cze ja­kiś czas nad tym je­ziorem. Jeśli doj­dziecie do wnio­sku, że jednak słusz­ność leży po mojej stronie, gotów jestem wypa­lić z wami fajkę pokoju i wy­kopać topór wo­jenny prze­ciw tajnej lidze, za którą kryje się Purtak.

To mó­wiąc skło­niłem się obu męż­czy­znom i opu­ściłem wi­gwam Win­netou.

Ale jeszcze pewna oko­licz­ność za­trzy­mała mnie na krótką chwilę. Oto na ze­wnętrznej stronie drzwi spo­strze­głem przy­cze­piony pi­nezką list. Pod­czas naszej roz­mowy w wi­gwa­mie Win­netou, ktoś zakradł się na podwó­rze i niepo­strze­żenie zdołał pozo­stawić list na drzwiach.

Win­netou wziął do ręki kartkę i od­czytał ją gło­śno:

Win­netou! Liga do Walki z Hała­sem na swoim konspi­racyj­nym zebra­niu wy­brała Cię jedno­głośnie swoim Wiel­kim Wo­dzem. Czy zga­dzasz się na ten wybór? Jeśli tak, to przy­płyń dziś na przy­stań...

W tym mo­mencie Win­netou prze­rwał czyta­nie i spoj­rzał na mnie zna­cząco. Poją­łem, że daje mi do zro­zumie­nia, abym sobie poszedł, gdyż nie zamie­rza zdra­dzać mi miejsca swego spo­tkania z człon­kami ligi.

Chcia­łem jeszcze raz ostrzec go przed ligą, ale wydało mi się, że jest za­chwy­cony wybo­rem na Wiel­kiego Wodza. W ta­kiej sytu­acji nie prze­mówi­łyby do niego moje argu­menty. Czy miałem zresztą jakieś do­wody na to, że za dzia­łalno­ścią ligi krył się Purtak?

W mil­czeniu opu­ściłem podwó­rze i poma­szero­wałem ścieżką przez bagna.

 


ROZDZIAŁ CZWARTY [top]

JAK WYGLĄDA STAROŚWIECKI ROMANTYZM? • CZY LAS PRZYPOMINA FABRYKĘ? • SZUKAM SOJUSZNIKÓW • NARADA WOJENNA • GDZIE JEST UKRYTY PIES NADLEŚNICZEGO? • PODEJRZANI OSOBNICY • JAK ZOSTAŁEM DON KICHOTEM • CZY MOŻNA ZWYCIĘŻYĆ PURTAKA? • KTO WŁAMAŁ SIĘ DO RADIOWĘZŁA? • PANNA HALINKA LUBI KRYMINAŁY

 

Leśni­czy Piąt­kowski okazał duże zrozu­mienie dla mojej osoby, pogry­zionej przez komary i oble­pionej błotem. Na moje pytanie, czy nie mógł­bym w pobliżu leśni­czówki rozbić biwaku, za­propo­nował mi nocleg w wol­nym pokoju. Żona leśni­czego, sym­pa­tyczna pani Anna, zapro­siła mnie nawet do kuchni, gdzie przy­rzą­dziłem sobie kolację. Od pani Anny dowie­dzia­łem się, że oby­dwoje, ona i jej mąż, choć mogli praco­wać w dużym mieście, wy­brali jednak zagu­bioną w la­sach leśni­czówkę, aby pozo­stać w bliskim kon­takcie z przy­rodą.

Czy wobec takich ludzi miało sens ukry­wanie celu mej wizyty u Win­netou?

— Spo­dzie­wałem się, że pana źle przyj­mie — poki­wał głową leśni­czy. — Już sam pana ubiór, garni­tur i biała koszula mogły w nim wzbu­dzić niechęć. Nie cierpi samo­cho­dziarzy i nie­dziel­nych tury­stów. Oczy­wiście, nie wie­dzia­łem, że poszedł pan do niego, aby go ostrzec. Wielka szkoda, że nie wziął sobie do serca pań­skich rad.

— Czy zalicza się pan do przyja­ciół Win­netou? — za­pyta­łem. — Miesz­kacie w naj­bliż­szym są­siedz­twie i za­pewne często spoty­kacie się z sobą. Może właśnie panu uda się namó­wić Win­netou, aby się odciął od dzia­łalno­ści Ligi do Walki z Hała­sem.

Leśni­czy za­stano­wił się chwilę, a po­tem prze­cząco pokrę­cił głową:

— Nie­stety, nie mam na niego żad­nego wpływu. Od­nio­słem wraże­nie, że od pew­nego czasu nawet boczy się na mnie. Ma preten­sje, że nie przyłą­czyłem się do jego walki o zacho­wanie staro­drzewu nad je­ziorem. W jego pojęciu nie do­syć ko­cham las i przy­rodę. A może myśli, że się oba­wiam narazić nadle­śni­czemu?

— A jak jest na­prawdę?

— Wy­daje mi się, że Win­netou repre­zentuje staro­świecki, na­iwny ro­man­tyzm. Jego stosu­nek do przy­rody jest zbyt krań­cowy. Dla nas, le­śników, las to nie tylko obszar ziemi poro­śniętej drze­wami, ostoja ciszy i spo­koju, rezer­wuar świe­żego powie­trza, ale także swoista fabryka produ­kująca drzewo po­trzebne dla in­nych gałęzi naszej gospo­darki. Stare, dwu­setlet­nie drzewa są bar­dzo piękne, ale przed­sta­wiają mniej­szą war­tość gospo­darczą niż drzewa młod­sze. Nie­kiedy lepiej jest wyciąć je i na ich miejsce posa­dzić nowy młody las. Nasze pań­stwo potrze­buje papie­rówki dla fa­bryk papieru, ko­palnie żądają kopal­niaka dla ochrony pod­ziem­nych koryta­rzy. Do lasu trzeba pod­cho­dzić z miło­ścią, ale bez staro­świec­kiego senty­menta­lizmu. I tak jest chyba w spra­wie staro­drzewu, o który walczy Win­netou. Gdyby Win­netou pod­szedł do tego bez wale­nia w bęben wo­jenny i poroz­mawiał z nad­leśni­czym, być może potra­fiłby prze­konać woje­wódzki zarząd, aby pozo­stawić wąski pas sta­rych drzew nad samym jezio­rem, resztę zaś wyciąć. Ale on na­pisał swój memo­riał i zaata­kował nas jako nisz­czy­cieli środo­wiska. I nad­leśni­czy po­stano­wił swoje zadanie wyko­nać, to znaczy cały staro­drzew wyży­wico­wać i potem wyciąć. A te­raz nadle­śni­czemu ukra­dziono psa, aby go zmusić do zmiany planów pań­stwo­wych. Ma pan słusz­ność podej­rze­wając, że nadle­śniczy widzi za tą sprawą osobę Win­netou i jego zwo­lenni­ków, zgro­ma­dzo­nych w lidze. Może zdołam wytłu­maczyć nadle­śni­czemu, że Win­netou nie ma nic wspól­nego z tajną ligą?

— Ba — wzru­szyłem ramio­nami — on nie miał z nią nic wspól­nego jeszcze dzisiaj. Ale czy to samo będzie można powie­dzieć jutro?

Leśni­czy wes­tchnął:

— Oba­wiam się, że sprawa przy­brała zły ob­rót. Czym się to wszystko skoń­czy? Win­netou i jego idea stwo­rzenia strefy ciszy nad je­ziorem zyska wroga w nadle­śni­czym, choć sam nadle­śniczy kocha las, ci­szę i przy­rodę. Nadle­śniczy zabie­rze że­gla­rzom bin­dugę, bo ich rów­nież posą­dza o przy­należ­ność do ligi. Zo­staną nad je­ziorem moto­rowod­niacy i Purtak, który w końcu za­wład­nie je­ziorem i zaleje je hała­sem z gigan­tofo­nów i pali­wem z moto­rówek. A gdy władze połapią się, że jezioro nie na­daje się nawet do ką­pieli, będzie już za późno. Trzeba lat, aby oczy­ścić wodę ze sma­rów, trzeba wielu lat, aby powró­ciło tu ptac­two i wyrósł nowy las.

— Dla­tego uwa­żam, że powin­niśmy coś przed­się­wziąć nie oglą­dając się na Win­netou — powie­dzia­łem z mocą. — Jestem gotów pozo­stać tutaj i spędzić tu urlop. Trzeba odna­leźć psa nadle­śni­czego i zdema­skować tajną ligę. Czy mogę liczyć na pana?

— Tak — odparł szcze­rze. — Ma pan moją rękę. Zrobię wszystko, co w mo­jej mocy.

Uści­snęli­śmy sobie dłonie. A w tym mo­mencie doszedł nas, odbity przez las, głuchy, mono­tonny dźwięk.

— Sły­szy pan? To warczy bęben wo­jenny Win­netou. Jest to praw­dziwy indiań­ski bę­ben, który przy­widzi z Ame­ryki.

Wy­szliśmy przed leśni­czówkę. Zapa­dła już noc, otaczał nas mrok i las pe­łen ła­god­nych po­szu­mów. Nad kana­łem krzy­czały dzikie ka­czory.

Na­brałem w płuca głęboki haust powie­trza przesy­conego aro­matem lasu. I pomy­ślałem, że wielu ludzi w mia­stach tęskni do ta­kiej chwili, do ta­kiego wie­czoru, do za­pachu lasu. Taki wie­czór po­zwala rozprę­żyć się ner­wom zmę­czo­nym pracą, daje nowe siły, budzi energię do dal­szego działa­nia.

A jed­nak znaj­dują się lu­dzie, którzy właśnie w imieniu tych spra­gnio­nych ciszy i spo­koju niszczą jedyne miejsca, gdzie czło­wiek może rozprę­żyć swoje nerwy i odzy­skać zdro­wie.

Oto przez wąski pas drzew od­dzie­lają­cych nas od jeziora, z dru­giego brzegu, gdzie rozło­żył się ośro­dek wcza­sowy, dobie­gły nas hała­śliwe dźwięki gi­ganto­fonów. Na je­ziorze zaś bzy­czały jazgo­tliwe moto­rówki.

I w le­sie głucho war­czał bęben wo­jenny, wzy­wający do walki wszystkich ludzi, którzy ko­chają przy­rodę...

— We dwójkę, pan i ja — ode­zwa­łem się do le­śni­czego — nie­wiele potra­fimy zdzia­łać. Co pan są­dzi o Krwa­wej Mary? Czy nie mo­głaby nam pomóc?

— Tak, to świetny po­mysł — zgodził się — zaraz do niej za­dzwo­nię i popro­szę, aby tu przyje­chała. O tej porze kończy pracę w ka­wiarni. Jest córką nadle­śni­czego i dzięki niej mo­żemy uzy­skać pewien wpływ na niego.

Posze­dłem z nim do kance­larii le­śnictwa. Piąt­kowski pokrę­cił korbką staro­świec­kiego aparatu telefo­nicz­nego i popro­sił o połą­czenie z ka­wiarnią w Złotym Rogu.

W pół go­dziny później przed leśni­czówką pojawił się ru­chliwy stru­mień światła i za­war­czał moto­rowe­rek „Ko­mar”. Przyje­chała nim Krwawa Mary uzbro­jona w swój sztucer z ja­pońską lunetą.

— Mam wraże­nie — powie­działa dziew­czyna do Piąt­kow­skiego — że w Złotym Rogu dzieje się coś złego. Gdy tu jecha­łam, dwu­krotnie spo­tkałam jakichś typków, którzy nieśli coś, co wyglą­dało na tablice ogło­sze­niowe. Ale na mój widok scho­wali się w krzaki. Nie mieli chyba uczci­wych zamia­rów, skoro tak zrobili.

— Zba­damy tę sprawę — zde­cydo­wałem. — Ale na ra­zie propo­nuję naradę wo­jenną.

— Szy­kujecie, pa­nowie, jakiś spisek? — za­śmiała się dziew­czyna. — A może jeste­ście człon­kami tajnej ligi, która ukradła psa mo­jemu ojcu?

Usie­dliśmy we trójkę w kan­celarii. W krót­kich sło­wach opo­wie­dzia­łem Krwa­wej Mary o swej wizy­cie w ośrodku wcza­sowym i ujaw­nio­nych pla­nach Purtaka. Zrela­cjono­wałem także odwie­dziny u Win­netou i wyja­wiłem swoje podej­rzenie w spra­wie dzia­łalno­ści ta­jemni­czej ligi.

— Po­stano­wiłem spędzić tutaj urlop — oświadczyłem na za­koń­czenie. — Lubię przy­gody, a ta za­po­wiada się wspa­niale. Stawką jest osią­gnięcie spo­koju nad je­ziorem, wyeli­mino­wanie stąd ludzi, którzy odbie­rają in­nym możli­wość praw­dzi­wego odpo­czynku. Pan Piąt­kowski zade­klaro­wał mi swą pomoc. A pani?

— Ma pan moją rękę — podała mi małą, ko­biecą dłoń.

— Więc jest nas teraz troje — powie­dzia­łem. — Win­netou i Mil­czący Wilk repre­zentują, nie­stety, skrajne po­glądy. Takich ludzi nazywa się eks­tremi­stami. Win­netou chciałby, aby ludz­kość wróciła do epoki kamie­nia łu­panego. Nie tędy droga. Jezioro nie może być ani wła­snością Purtaka, ani Win­netou, albo­wiem jest wspól­nym dobrem.

— Ro­zu­miem — kiw­nęła głową Krwawa Mary — i zga­dzam się z panem. Rzecz jednak w tym, w jaki sposób zamie­rza pan działać?

— Na­szym pod­stawo­wym zada­niem będzie zdema­skowa­nie Purtaka — po­wie­dzia­łem. — Jestem prze­konany, że to on kryje się za ową ligą. Niech pani postara się prze­konać o tym swego ojca.

— To nie­moż­liwe — wes­tchnęła — ojciec nie uwie­rzy, że Purtak ukradł mu psa. On jest prze­konany, że na czele ligi stoi Win­netou, a do ligi należą żegla­rze. Wszystkie fakty na to wska­zują.

— Zga­dzam się z panią. Dla­tego przede wszystkim mu­simy odna­leźć psa pani ojca. Niech on nam da na to dwa, trzy dni...

— Po­roz­ma­wiam z ojcem — obie­cała Krwawa Mary — ale on jest bardzo rozgo­ry­czony tą sprawą. Trzeba panu wie­dzieć, że do tej pory tylko dzięki osobi­stej inter­wencji ojca wolno było biwa­kować żegla­rzom na bin­dudze. Albo­wiem jest to miejsce, które wiosną służy do spła­wiania drzew i w za­sadzie wstęp obcym jest tam wzbro­niony. Rów­nież robot­nicy leśni, którym po­zwo­lono na bindu­dze paść bydło, mają za złe ojcu, że wpu­ścił tam tu­rystów, ponie­waż żegla­rze depczą trawę, a także gubią ha­czyki od wę­dek. Był wypa­dek, że krowa haczyk po­łknęła i zdechła. Oj­ciec mój jest je­dynym czło­wie­kiem, który tu nad jezio­rem bronił intere­sów żegla­rzy.

— I wła­śnie dlatego zaata­kował go Purtak — stwier­dziłem. — Chce zdobyć bin­dugę dla ośrodka wcza­sowego. Tym szyb­ciej mu­simy odna­leźć psa i udo­wodnić nadle­śni­czemu, że nie zrobili tego żegla­rze, ale właśnie Purtak.

— Ach, to by­łoby wspa­niałe — aż kla­snęła w ręce Krwawa Mary. — Wytar­guję u ojca te dwa, trzy dni, zanim podej­mie decyzję co do bindugi. Ale czy uda się nam odna­leźć psa? Jak pan myśli, gdzie go scho­wano?

— Nie wiem. I właśnie panią chcia­łem o to za­pytać. Czy są w lesie miejsca, gdzie można by trzy­mać psa, tak aby go nikt nie usły­szał?

Leśni­czy Piąt­kowski i Krwawa Mary zasta­nawiali się długo. A wresz­cie oświadczyli zgod­nie:

— Nie, w lesie psa nie można ukryć. Są skła­dziki na beczki z ży­wicą i oczy­wiście można tam za­mknąć skra­dzio­nego psa. Ale pozo­sta­wione samot­nie zwie­rzę bę­dzie wyło i szcze­kało. Usły­szą go gajowi albo robot­nicy leśni i uwol­nią.

— W ta­kim ra­zie pies został ukryty w ośrodku wcza­sowym — oświadczyłem. — Przy­pusz­czam, że znaj­duje się tam sporo zaka­mar­ków. Zdaje mi się rów­nież, że wi­dzia­łem tam wcza­sowi­czów z pie­skami i jeśli ktoś usłyszy szcze­kanie, pomy­śli, że to je­den z tych psów daje znać o sobie. Łatwo też uwię­zio­nemu psu do­star­czyć jedze­nie z wcza­sowej sto­łówki.

— Być może, że ma pan ra­cję — zgodził się le­śniczy — ale w jaki sposób to stwier­dzić?

— Trzeba znaleźć jakiś pre­tekst, aby się dostać na te­ren ośrodka wcza­sowego, rozej­rzeć się i po­słuchać. Przede wszystkim pani, panno Mary, potrafi rozpo­znać szcze­kanie wa­szego psa. I to bę­dzie nasze pierw­sze bojowe zadanie — zde­cydo­wałem, patrząc na ze­garek.

Albo­wiem pora była koń­czyć naszą naradę. Zrobiło się późno. Krwawa Mary po­winna była wrócić do Zło­tego Rogu. Ja zaś z leśni­czym zamie­rzali­śmy jeszcze prze­space­rować się nad brze­giem jeziora, aby stwier­dzić, czy nie kręcą się tam ludzie, o któ­rych wspo­mniała dziew­czyna.

Ale po go­dzin­nym space­rze po lesie powró­ciliśmy do domu nie spo­tkaw­szy w ogóle żad­nego czło­wieka. Podej­rzani osob­nicy prze­padli w ciem­no­ściach noc­nych.

Spałem na pię­trze w poko­iku z oknem wy­cho­dzą­cym na las i kanał do je­ziora. Szu­miały mi drzewa za oknami, przez otwarte okno osło­nięte siatką wpły­wało do po­koju leśne powie­trze. Gdy obu­dziłem się, było po ósmej rano. Leśni­czy już od dawno prze­bywał w lesie, a na­wet zdążył na moto­rowe­rze wpaść do nadle­śnictwa w Złotym Rogu. Wrócił do domu przy­wożąc zaska­kujące wieści.

Liga oży­wiła swoją dzia­łalność. W kilku miej­scach nad brze­giem jeziora od­kryto przy­bite do drzew drew­niane tablice: Strefa Ciszy. Był to czyn sprzeczny z pra­wem, ponie­waż memo­riał Win­netou nie zo­stał jeszcze rozpa­trzony i nie wia­domo było, czy władze wyrażą zgodę. A po­nadto wyda­rzyło się coś jeszcze groź­niej­szego w skut­kach. W nocy wła­mano się do radio­węzła ośrodka wcza­sowego i zde­molo­wano urzą­dzenia nadaw­cze, połą­czone z gigan­tofo­nami. Na miej­scu wła­mania znale­ziono kartkę z napi­sem Liga do Walki z Hała­sem.

Kie­rownik Purtak wezwał telefo­nicznie milicję, aby zajęła się od­nale­zie­niem spraw­ców wła­mania. Jak opo­wiadał leśni­czy, zda­niem Purtaka sprawcy wła­mania nie trzeba było daleko szukać. Po­dobno kry­tycznej nocy, o godzi­nie dwuna­stej, wi­dziano kanu Win­netou dobi­jające do przy­stani ośrodka.

— Czyżby Win­netou dał się wcią­gnąć w aferę i wziął udział we wła­maniu do ra­diowę­zła? — zasta­na­wiałem się gło­śno. — A może po pro­stu wcią­gnięto go w pu­łapkę?

Idąc za pierw­szym odru­chem serca chcia­łem już masze­rować do wi­gwamu Win­netou, aby dopo­móc mu wy­brnąć z kłopo­tów. W porę jednak przy­po­mnia­łem sobie o jego wczo­raj­szym zacho­waniu się wobec mnie i dosze­dłem do wnio­sku, że być może znowu po­traktuje mnie nie­chętnie. Kło­poty z tajną ligą uczy­nią go może bar­dziej skłon­nym do zaufa­nia moim sło­wem — pomy­ślałem.

Popro­siłem leśni­czego o wy­poży­czenie łódki, zacu­mowa­nej w kanale. Posta­nowi­łem popły­nąć do ka­wiarni w Złotym Rogu, a pe­tem ewen­tualnie do ośrodka wcza­sowego, aby nawią­zać kontakt z pa­nienką, którą tam wczo­raj po­znałem. Mo­głem oczy­wiście poje­chać lub po­płynąć wehi­kułem, który był amfibią, do­sze­dłem jednak do wnio­sku, że wehi­kuł zbyt rzuca się w oczy. A nie chcia­łem, aby Purtak lub Nosek wie­dzieli, że zo­stałem w Złotym Rogu, ba, że kręcę się koło ośrodka, co mogło wzbu­dzić ich po­dejrze­nia.

Pła­sko­denna, zro­biona z desek łódź leśni­czego sunęła po wo­dzie lekko i szybko. Po kilku­nastu ru­chach wio­słami wypły­nąłem z ka­nału na sze­roko rozlaną toń je­ziora. Dzień był od rana ciepły, bez­chmurny, po wodzie szły tylko lekkie szkwały, marsz­czące złocistą od słońca toń. Przy drugim brzegu, koło bindugi, wi­dzia­łem stojące nieru­chomo ża­glówki, ocze­kujące na sil­niejszy wiatr, który — jak wiem to ze swego żeglar­skiego do­świad­czenia — w taki dzień jak dzisiaj zrywa się do­piero koło połu­dnia. Zaroiło się nato­miast od moto­rowod­niaków. Od wy­sepki do brzegu, gdzie znaj­dowały się ka­wiarnia, sklep, restau­racja i poczta, praco­wicie war­czały małe tummlery, do­cze­pione do ka­jaków i puntów węd­kar­skich, brzę­czały głośno ślizga­cze z dwu­dzie­sto­kon­nymi silni­kami. Na całym jezio­rze nie znala­złby nikt miejsca, dokąd nie do­cho­dziłby przeni­kliwy jazgot silni­ków. Na szczę­ście mil­czały gigan­tofony w ośrodku wcza­sowym i hałas na je­ziorze był dziś chyba znacz­nie mniej­szy niż wczo­raj.

Przy­wiąza­łem łódkę do pala przy pomo­ście ka­wiarni i wsze­dłem do wnę­trza. O tej po­rze go­ści było bardzo nie­wiele, usiedli­śmy z Krwawą Mary przy służ­bowym stoliku i mo­gliśmy swo­bodnie poroz­ma­wiać o na­szych spra­wach.

— Jesz­cze wczo­raj, po powro­cie z leśni­czówki, długo w noc dys­kuto­wałam z oj­cem — opo­wia­dała dziew­czyna. — Nie­stety, ojciec nie chce wie­rzyć, że za szyl­dem Ligi do Walki z Hała­sem kryje się Purtak, a nie Win­netou i żegla­rze. Żąda dowo­dów, a prze­cież pan ich nie ma, prawda?

— To są tylko moje przy­pusz­czenia.

— No właśnie. Dla­tego z naj­więk­szym trudem wymo­głam na ojcu, aby wstrzymał się z usta­wie­niem tablicy, zabra­niają­cej bi­wako­wania na bin­dudze. Ojciec jest bardzo zmar­twiony zagi­nię­ciem swo­jego uko­cha­nego my­śliw­skiego psa. Opo­wie­dzia­łam mu o panu i obie­całam, że zaj­miemy się po­szuki­wa­niami. Oświadczył mi: „Daję wam dwa dni. Albo uda wam się od­naleźć psa, albo dostar­czyć dowo­dów, że to nie Win­netou i żegla­rze, lecz Purtak”.

— A co ze sta­ro­drze­wem? Oglą­dałem go. Jest bardzo piękny. W na­szym kraju już nie ma tak wiele starych kom­plek­sów le­śnych.

— Ech, to trudna sprawa. Jeśli ojciec wstrzyma żywi­cowa­nie sta­ro­drzewu, dla wielu będzie to zna­czyło, że uląkł się ter­rory­stów. Oba­wia się, że to może zachę­cić człon­ków ligi do dal­szych eksce­sów. Poza tym ma w pla­nie wycię­cie sta­ro­drzewu i zasa­dzenie tam mło­dego lasu. Ojciec jest starym leśni­kiem, zako­cha­nym w lasach i swojej pracy. Jemu też żal tego staro­drzewu. Co robić w tej sy­tuacji? Wyja­śnię panu w naj­więk­szej tajem­nicy, że i on po ci­chu jest po stronie Win­netou. Wiem, że w naj­więk­szym sekre­cie rozka­zał po­zosta­wić w stanie niena­ruszo­nym dość szeroki pas sta­ro­drzewu nad samym brze­giem jeziora. A do Mini­ster­stwa Le­śnictwa napisał list z prośbą o ko­rektę planu wyrębu uza­sad­niając to wzglę­dami krajo­bra­zowo-wido­ko­wymi. Jest na­dzieja, że mi­nister­stwo zgodzi się na korektę planu. Ale nikt nie może o tym wie­dzieć. Albo­wiem terro­ryści z ligi za­czną mówić, że to dzięki ich po­czyna­niom urato­wano część staro­drzewu. I znowu ruszą do ataku. Pan chyba już sły­szał, co się stało minio­nej nocy?

— Tak. Roz­sta­wiono nad je­ziorem tablice z napi­sem Strefa Ciszy.

— To znowu akt bez­prawia. Chyba nikt bar­dziej od le­śników nie pragnie, aby tu była strefa ciszy. Ale z drugiej strony nikt, poza nadle­śnic­twem, nie ma prawa roz­stawia­nia ja­kich­kol­wiek tablic na te­renie lasów pań­stwo­wych. I ojciec kazał gajo­wym usunąć tablice, a straż leśna rozpo­częła docho­dzenie w tej spra­wie. I w po­jęciu wielu ludzi ojciec okaże się czło­wie­kiem, który rze­komo kocha hałas.

— Przede wszystkim należy odszu­kać psa. Wtedy uda się pani prze­konać ojca, że Liga do Walki z Hała­sem to jedno, a Win­netou i jego memo­riał to drugie.

Popa­trzyła mi w oczy:

— Czy pan jest tego aż tak pewien? W nocy zde­mon­towano urzą­dzenia radio­węzła. Wi­dziano Win­netou i Mil­czą­cego Wilka na przy­stani ośrodka.

Mil­czałem. Bo na­prawdę nie miałem żadnej pewno­ści, czy Win­netou i Mil­czący Wilk nie wzięli udziału w no­wym terro­ry­stycz­nym akcie ligi.

A ona nacie­rała dalej:

— Pa­mięta pan, że to wła­śnie Mil­czący Wilk w ka­wiarni zagłu­szył wczo­raj ra­dia tranzy­sto­rowe. Każdy domy­śla się, że on jest człon­kiem Ligi do Walki z Hała­sem. A teraz, gdy zmu­szono do mil­czenia radio­węzeł ośrodka, na kogo padną podej­rzenia?

— Sza­tański plan. Pie­kielnie sprytna intryga.

— W dal­szym ciągu sądzi pan, że za tą sprawa kryje się Purtak? Prze­cież to nie ma sensu. Purtak nie działa prze­ciw sobie.

— A może właśnie cho­dziło mu o to, aby odsu­nąć od siebie podej­rzenia?

Z po­wąt­piewa­niem potrzą­snęła głową:

— Poza panem nikt nie posą­dza go o związki z ligą. Więc on nie musi się ni­czego oba­wiać.

— Ła­cińskie przy­słowie mówi: „Ten jest winien, kto ma z tego ko­rzyść”. Wkrótce prze­kona się pani, kto od­niesie naj­więk­sza ko­rzyść ze zde­mon­towa­nia urzą­dzeń radio­węzła. Podej­rzenia, jak pani sama wie, kierują się w stronę Win­netou. Może właśnie cho­dziło o to, aby narobić kłopo­tów najpo­waż­niej­szemu prze­ciwni­kowi Purtaka? Taki postę­pek nazywa się prowo­kacją.

Odnio­słem wraże­nie, że nie prze­kona­łem jej. Wprawdzie nie wysu­wała prze­ciw moim sło­wom żad­nych za­strze­żeń, ale też i nie pod­chwy­ciła moich argu­men­tów.

— Była pani w ośrodku wcza­sowym? — za­pyta­łem.

— Tak. Jeszcze wczo­raj ośro­dek zamó­wił u mnie trzy tace ciastek na dzi­siejszą wie­czorną potań­cówkę. Poje­chałam więc tam pod pretek­stem, że nie wiem jakie to mają być ciastka. Ale nie mo­głam zbyt długo kręcić się po ośrodku i nie zauwa­żyłam ni­czego podej­rza­nego. Zamó­wienie odwo­łali, ponie­waż z po­wodu zde­mon­towa­nia ra­diowę­zła potań­cówka się nie odbę­dzie.

— No cóż, może ja będę miał więcej szczę­ścia — powie­dzia­łem, podno­sząc się od stolika i że­gnając Krwawą Mary.

Od­prowa­dziła mnie aż na ka­wiar­niany pomost. Nie chciało się jej pomie­ścić w głowie, że jakiś obcy czło­wiek, który tu pierw­szy raz przyje­chał, nagle ze­chciał się za­jąć trud­nymi spra­wami miesz­kań­ców Zło­tego Rogu, ba, zdecy­dował się po­święcić na to swój urlop.

— Pan pracuje w Mi­nister­stwie Kul­tury i Sztuki? — upew­niła się.

— Je­stem muze­alni­kiem.

Za­śmiała się ci­cho.

— Czy to śmieszne?

— Tro­szeczkę — przy­znała. — Zawsze wy­obra­żałam sobie muze­alnika jako zasu­szo­nego sta­ruszka z pie­ty­zmem wycie­rają­cego kurz ze starych obra­zów. A pan wczo­raj po­wie­dział: „Lubię przy­gody”. I zde­cydo­wał pan w Złotym Rogu spędzić urlop. Dziwne...

— Dziwne — zgo­dziłem się. — Ale taki już jestem. Może po pro­stu do­sze­dłem do wnio­sku, że póki Purtak rządzi się tu­taj jak szara gęś, sta­remu zam­kowi wciąż grozi nie­bezpie­czeń­stwo roz­biórki? A może przera­ziła mnie per­spek­tywa urlopu, pole­gają­cego na bez­czyn­nym prze­wraca­niu się z boku na bok, w za­leżno­ści od tego, który bok już się bar­dziej opalił?

— A może jest pan współ­cze­snym Don Ki­chotem?

— Czyżby sądziła pani, że walka z Pur­takiem przy­pomina walkę z wia­trakami?

— Za Purta­kiem stoi po­tężne mini­ster­stwo, ogromny za­kład. A za pa­nem? Za Win­netou?

Wzru­szyłem ramio­nami.

— Myli się pani. Za Purta­kiem nikt nie stoi, bo on nie ma ra­cji. Cała sztuka polega na tym, aby tego do­wieść. A wtedy cała jego potęga runie w gruzy.

To mó­wiąc wsko­czyłem do łódki, odbi­łem od pomo­stu i na poże­gnanie kiw­nąłem jej ręką.

— Do widze­nia, Don Kicho­cie! — zawo­łała.

— Do widze­nia, Krwawa Mary! — od­krzyk­nąłem.

Złożyła rękę w trąbkę i zawo­łała:

— Nie lubię tego prze­zwiska...

Uśmiechnąłem się i jeszcze raz kiw­nąłem jej ręką. Byłem już dość daleko od po­mostu i nie mo­głem jej od­krzyk­nąć, że mnie się to prze­zwisko bardzo podoba. Ale warkot prze­jeż­dżają­cej bli­sko moto­rówki i tak za­głu­szyłby moje słowa.

Dziew­czyna nie za­pytała mnie, w jaki sposób zamie­rzam spene­trować ośro­dek wcza­sowy. W ogóle odnio­słem wraże­nie, że nie bardzo wierzy w możli­wość odna­lezie­nia psa. Jak sama stwier­dziła, brała mnie za ko­goś, kto po­rywa się z motyką na słońce. I cho­ciaż ofia­rowała mi wczo­raj swoją pomoc — roz­ma­wiała z ojcem, nawet odwie­dziła ośro­dek wcza­sowy w po­szuki­waniu psa — to prze­cież nie wie­rzyła w sku­tecz­ność tych przed­się­wzięć.

Tak rozmy­ślając kiero­wałem łódź w stronę pomo­stu ośrodka wcza­sowego. Lecz gdy pod­płyną­łem dość blisko, omi­nąłem pomost, bo wydało mi się, że w natłoku plażu­jących tam wcza­sowi­czów do­strze­głem in­struk­tora Noska.

Domy­ślacie się chyba, Drodzy Czy­telnicy, że szu­kałem panny Haliny, którą wczo­raj po­znałem w ośrodku. Jakże ją jed­nak mo­głem wyróż­nić w tłumie oku­pują­cym brzeg jeziora i deski pomo­stu? Leżało tam na kocach i leża­kach mnó­stwo osób, na wo­dzie krążyło kilka­dziesiąt kaja­ków, rowe­rów wod­nych i łódek. W tej masie pły­wają­cego sprzętu pozo­stawa­łem nie­zauwa­żalny, ale i mnie rów­nież trudno było do­strzec pożą­daną osobę. Może zresztą panna Ha­linka dziś zrezy­gno­wała z opala­nia i poszła na spa­cer do lasu?

Krą­żyłem chyba z go­dzinę wzdłuż brzegu. I po­woli traci­łem na­dzieję, gdy raptem ktoś do mnie zawo­łał z prze­pły­wają­cego obok roweru wod­nego. Była to panna Ha­linka.

— Nie odje­chał pan jednak, panie Toma­szu.

— Psst! — syk­nąłem, przy­kłada­jąc zna­cząco palec do ust i robiąc tajem­niczą minę. — Czy może pani pod­płynąć bliżej? Mam ważną sprawę do pani.

Zacie­ka­wiona pokrę­ciła peda­łami roweru i po chwili znala­zła się koło mojej łódki.

— Czy to pani uniesz­kodli­wiła radio­węzeł ośrodka? — zapy­tałem żarto­bliwie. — Sły­szałem, że speł­niły się pani życze­nia i zaprze­stano nada­wać stare melo­die.

— Nie, to nie ja. Zrobiła to ja­kaś Liga do Walki z Hała­sem.

Uśmiechnąłem się za­gad­kowo.

— Czy ma pani coś prze­ciw małej randce, o tam, za tymi trzci­nami? Bę­dziemy mogli swo­bodnie poroz­ma­wiać. Mam dużo do opo­wie­dzenia.

Nie byłaby kobietą, gdyby się nie dała skusić na pro­pozy­cję od­bycia roz­mowy, która zapo­wia­dała się tajem­niczo. Zakrę­ciła peda­łami roweru, a ja poru­szyłem wio­słami, i oto zna­leźli­śmy się za kępą trzcin, osła­niają­cych nas od brzegu.

— Jak pani widzi, zosta­łem w Złotym Rogu. I będę tu nadal. Zafra­powało mnie tu kilka spraw, o któ­rych się dowie­dzia­łem. Chciałbym je wyja­śnić. Wy­daje mi się, że warto na to po­święcić urlop.

Opo­wie­dzia­łem jej o kra­dzieży psa nadle­śni­czego, o wi­zycie u Win­netou, o mo­ich po­dejrze­niach wobec Purtaka i tajnej ligi.

— Fiuuu — aż gwizd­nęła panna Halina. — Toż to praw­dziwy krymi­nał. I pan tego nie zmyślił?

— Nie — pod­nio­słem dwa palce jak do przy­sięgi.

— I pan sądzi, że ów Win­netou jest nie­winny i nie ma nic wspól­nego z wła­ma­niem do na­szego radio­węzła?

— Je­stem tego niemal pewien.

— Pan Purtak wezwał dziś rano milicję. Przyje­chali, obej­rzeli zde­mon­towane urzą­dzenie radio­węzła, potem wsiedli na na­szą moto­rówkę i po­dobno popły­nęli do domu Win­netou. Wi­dziano go tutaj ostat­niej nocy. Niektó­rzy mówią, że to właśnie on prze­wodzi Lidze do Walki z Hała­sem.

— To nie­prawda. Wiem, że do­piero wczo­raj zwró­cili się do niego, aby zo­stał ich hono­rowym preze­sem i zjawił się o dwuna­stej w nocy na wa­szej przy­stani. Podej­rze­wam, że była to pu­łapka, w którą go wcią­gnięto, aby na niego rzucić podej­rzenia o wła­manie do ra­diowę­zła.

— To wstrętne. Na nie­win­nego czło­wieka rzucać podej­rzenia! — obu­rzyła się panna Ha­linka. — Czy można mu ja­koś pomóc?

— Oczy­wiście. Wła­śnie w tym celu szuka­łem pani. Chodzi o psa nadle­śni­czego. Jestem prze­konany, że pies został ukryty w wa­szym ośrodku. Czy są tu miejsca, gdzie pies może pozo­stawać nie za­uwa­żony?

— Ale co ma ten pies wspól­nego z Win­netou?

— Psa ukradła liga. Jeśli zdo­łamy udo­wodnić, że zrobił to Purtak, tym samym udo­wod­nimy, że to on kryje się za dzia­łalno­ścią ligi. I po­średnio pomo­żemy tym Win­netou.

— Ro­zu­miem. Domy­ślam się rów­nież, że chce pan, abym to ja zajęła się w ośrodku po­szuki­wa­niem psa nadle­śni­czego. A jak ten pies wy­gląda?

Stuk­nąłem się pal­cem w głowę.

— Na­wet nie zapy­tałem, jak on się wabi i jakiej jest maści. A to ze mnie gapa. Wiem tylko tyle, że to wy­żeł. Musi pani wypa­trzyć, czy po obie­dzie Purtak lub Nosek nie wyno­szą gdzieś resztek jedze­nia. Wy­daje mi się, że pies znaj­duje się w jakiejś piw­nicy albo szopie. Chyba są tu takie miejsca?

— Oczy­wiście. Służą jako maga­zyny na łódki, narzę­dzia i tak dalej.

— No właśnie. Zaj­mie się tym pani, panno Ha­linko?

— Natu­ralnie. Ta hi­storia wy­gląda jak z krymi­nału — stwier­dziła z entu­zja­zmem. — A ja bardzo lubię czytać i słu­chać prze­róż­nych sensa­cyj­nych opo­wieści. Pan na­prawdę pracuje w Mi­nister­stwie Kul­tury i Sztuki? Bo jak się z panem roz­mawia, odnosi się wraże­nie, że jest pan, no... pry­wat­nym detek­tywem — uśmiechnęła się z zado­wole­niem, że znala­zła dla mnie wła­ściwe okre­ślenie.

— Zdaje mi się, że za dużo jednak czyta pani krymi­nałów. Przy­sięgam, że pracuję jako muze­alnik, a nie detek­tyw.

— Mu­zealnik? — w głosie jej za­brzmiało roz­czaro­wanie.

— Zarę­czam pani, że rów­nież muze­alnicy potra­fią brać udział w prze­róż­nych sensa­cyj­nych histo­riach. Prze­żyłem ich wiele i kiedyś pani o nich opo­wiem.

— Świet­nie — ucie­szyła się. Podała mi rękę i po­trzą­snęła nią. — Aha — przy­po­mniała coś so­bie — czy wolno pana o coś za­pytać?

— Słu­cham...

— Pan jest żonaty?

— Nie.

— I nie ma pan tu żad­nej dziew­czyny?

— Nie.

— To dobrze.

— Dla­czego?

— Bo ja strasz­nie nie lubię innych dziew­cząt. Mam mnó­stwo kole­gów, a żadnej kole­żanki. Dziew­czyny są na ogół zazdro­sne i lubią rządzić, zaw­sze są z nimi jakieś kłopoty, dąsy, obra­żania się. Jed­nym sło­wem, lepiej, że dzia­łamy we dwójkę.

— Może będzie nas więcej... — po­wie­dzia­łem ostroż­nie, myśląc o Krwa­wej Mary i leśni­czym.

— Nie chcę, żeby nas było więcej. We dwoje też od­naj­dziemy tego psa. Je­śli bę­dzie nas więcej, to ja się wypi­suję z tej za­bawy.

I zro­biła obra­żoną minę.

— Do­brze, dobrze — rze­kłem polu­bownie.

Na po­żegna­nie poin­for­mo­wałem ją, że miesz­kam w leśni­czówce. Kiw­nąłem jej głową i popły­nąłem w stronę dru­giego brzegu. Gdy już od­daliłem się nieco, wes­tchną­łem ciężko. Uświa­domi­łem sobie, że Ha­linka pływa samot­nie na dwu­oso­bowym rowe­rze wod­nym. Innymi słowy: dotąd nie znala­zła żadnej kole­żanki i żad­nego kolegi. Pomy­ślałem, że za­pewne w jej przy­padku spraw­dza się przy­słowie: „Przy­gania kocioł garn­kowi, a sam smoli”. To ona lubiła rządzić i była zazdro­sna o każdą kole­żankę. Och, będą z nią jeszcze kłopoty — me­dyto­wałem. I ogar­nęły mnie złe prze­czucia.

 


ROZDZIAŁ PIĄTY [top]

CZY LUBIĘ KWIATY? • ŚLEDZTWO W SPRAWIE WŁAMANIA • GDZIE UKRYTO SKRADZIONE LAMPY? • FAŁSZYWE OSKARŻENIE I MOJA OBRONA • KTÓRĘDY PRZYBYLI ZŁODZIEJE? • NA TROPIE PRZESTĘPCÓW • JEDNA CZY DWIE KOBIETY • SZMINKA I ŁUSKA NABOJU • KRWAWA MARY MA PODWÓJNY JĘZYK

 

Bez trudu odna­lazłem na dru­gim brzegu nie­wielką za­toczkę, wrzy­nającą się w ląd. W głębi zatoki, w tle starych buków i świer­ków, bielał eterni­towy dach domu Win­netou. Stał on, jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem, na niewy­sokim pa­górku, oto­czo­nym pali­sadą z za­ostrzo­nych okrą­glaków. Za­toka leżała nieco poniżej — wąski pas wyso­kich trzcin od­dzielał ląd od wody. W jed­nym miej­scu trzciny były wy­cięte: tu znaj­dował się drew­niany pomost, a przy nim cumo­wały jol Mil­czą­cego Wilka i moto­rówka, którą za­pewne przy­byli tu mili­cjanci. Za­uwa­żyłem także wycią­gnięte na brzeg dwie kanu Win­netou.

Wokół domu i na brzegu zatoki nie było nikogo. Ale chyba zauwa­żono mnie przez okno, bo po chwili otwo­rzyły się drzwi i pod­szedł do mnie jakiś młody męż­czyzna w ko­szuli z prze­krzy­wio­nym kra­watem. Miał jasne włosy i wesołe spoj­rzenie.

— Dzień dobry — skłonił się — witam pana i od razu zadaję pytanie: czy jest pan człon­kiem Ligi do Walki z Hała­sem?

Żach­nąłem się:

— Broń Boże. Należę do wro­gów ligi.

— Czyżby? — zdu­miał się szcze­rze ów osob­nik. — Pierw­szy raz w ży­ciu wi­dzę czło­wieka, który lubi hałas.

— Tego prze­cież nie powie­dzia­łem. Nie lu­bię hałasu, ale nie mam także nic wspól­nego z tajem­nicza ligą. Nie podo­bają mi się metody jej działa­nia. Je­stem, proszę pana, prze­ciw terro­rowi.

— To świet­nie. To, można rzec, nawet zna­komi­cie. Bo ja, pro­szę pana, jestem z mili­cji. Nazy­wam się Frą­czak, kapitan.

I mach­nął mi przed nosem legity­macją Milicji Oby­watel­skiej.

Poka­załem mu le­gity­mację służ­bowa Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki.

Popa­trzył na mnie z uśmie­chem:

— Pan repre­zentuje kulturę czy sztukę? — za­pytał.

— I jedno, i drugie.

— A ra­diowę­zeł, czy to wcho­dzi w zakres kultury, czy sztuki?

— To zależy, co się przez niego nadaje — od­parłem.

— A je­śli nic się nie nadaje, bo ktoś ukradł dwie lampy?

— No, to wtedy taki ra­diowę­zeł wcho­dzi w zasięg działa­nia milicji.

— A właśnie — zgo­dził się ze mną — dla­tego tu jestem.

— Zda­wało mi się, że ra­diowę­zeł jest po tamtej stronie jeziora.

— Słusz­nie — poki­wał smut­nie głową — ale lampy z ra­diowę­zła znala­złem tutaj. O, w tej drew­nianej łódce — wska­zał na kanu nale­żące do Win­netou.

— Hm...

— Ale pla­styka, proszę pana, wcho­dzi w zakres zainte­reso­wania Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki?

— Oczy­wiście.

— Pisa­nie na de­skach...

— To nie pla­styka, proszę pana.

— A już miałem na­dzieję, że może pan coś wie o napi­sach Strefa Ciszy, roz­miesz­czo­nych nad je­ziorem.

— Czy i tutaj ich pan szuka? — za­pyta­łem.

— Nie­zupeł­nie — odparł. — Napi­sów tu nie ma. Ale znala­zły się pędzle i farby. Leżały w rogu podwó­rza za domem.

— Hm...

Pomil­czał chwilę, a po­tem zapytał:

— Od dawna zna pan oby­watela, którego tu na­zywają Win­netou?

— Od wczo­raj. Wła­śnie wczo­raj zło­żyłem mu pierw­szą wi­zytę. Dziwię się jednak, że po­sądza go pan o wła­manie do ra­diowę­zła i malo­wanie napi­sów.

Mili­cjant pod­niósł oby­dwie ręce do góry.

— Wiem równie dobrze jak pan, że to czło­wiek niepo­szla­kowa­nej uczci­wości, ale nawet czło­wiek o niepo­szla­kowa­nej uczci­wości może zdobyć się na czyn koli­dujący z pra­wem, jeśli się go bez prze­rwy bom­barduje hała­sem. Czyż nie tak?

W tym mo­mencie otwo­rzyły się drzwi i wy­szedł z nich Win­netou. Szedł do mnie z wycią­gniętą ręką. Zda­wało mi się, że mój widok spra­wia mu radość.

— Wi­tam bladą twarz, którą wczo­raj na­zwa­łem green­hornem, a dziś wydaje mi się mądrą jak sowa — powie­dział ści­skając moją dłoń. — Blada twarz odra­dzała mi wczo­raj spo­tkania z przed­stawi­cielami tajnej ligi. Nie posłu­chałem tej rady i wraz z Mil­czącym Wil­kiem popły­nęli­śmy do przy­stani ośrodka wcza­sowego. Nie­stety, nikt z człon­ków ligi nie zjawił się na spo­tkanie. Czeka­liśmy na próżno chyba go­dzinę, a po­tem powró­ciliśmy do wi­gwamu. Rano przy­była milicja i od­kryła w mojej kanu dwie lampy skra­dzione z ra­diowę­zła, a w rogu mego podwó­rza farby i pędzle, któ­rymi ro­biono napisy Strefa Ciszy, na ta­blicach roz­sta­wio­nych potem wzdłuż brzegu. Win­netou i Mil­czący Wilk nie po­słu­chali rady green­horna i dali się wcią­gnąć w pu­łapkę.

Zwró­ciłem się do mili­cjanta:

— W której kanu zna­leźli­ście, pano­wie, lampy? W tej, w któ­rej Win­netou popły­nął na przy­stań ośrodka, czy w tej, która tu po­została?

— W tej, która tu po­została — od­parł po chwili mili­cjant i popa­trzył na mnie z uwagą.

— Wy­daje mi się, że mógł­bym rzucić nowe światło na te dziwne sprawy — oświadczyłem.

Mili­cjant szero­kim gestem wska­zał drzwi domu Win­netou:

— Może tam dokoń­czymy tej roz­mowy, pano­wie.

We­szliśmy do wi­gwamu Win­netou, gdzie za sto­łem siedział umun­duro­wany po­rucznik milicji i pisał coś pilnie na ar­kuszu papieru. Przed nim, na zydlu, siedział Mil­czący Wilk. Za­pewne spisy­wano proto­kół z prze­słucha­nia.

— Nie przy­byłem tutaj, aby sy­cić wzrok klęską mężów, którzy podob­nie jak i ja ko­chają przy­rodę — oświadczyłem Mil­czą­cemu Wil­kowi. — Przy­byłem, aby wypa­lić fajkę pokoju i wy­kopać topór wo­jenny prze­ciw bladej twarzy nazwi­skiem Purtak.

— Howgh — rzekł Mil­czący Wilk i podał mi rękę.

Kapi­tan Frą­czak zapro­testo­wał:

— Za po­zwole­niem, pano­wie. Oby­watele nie będą tu teraz wyko­pywać żad­nych topo­rów. Obec­nie prze­prowa­dzimy śledz­two w spra­wie wła­mania do ra­diowę­zła. Czy proto­kół z prze­słucha­nia już gotowy? — za­pytał umun­duro­wa­nego po­rucz­nika milicji.

Po­rucznik przy­taknął, ale miał bardzo nieza­dowo­loną minę.

— Oby­watelu kapita­nie — zwrócił się do kolegi — w drodze do tego domu wspo­mnia­łem, że pragnę wyco­fać się ze śledz­twa, albo­wiem mogą po­wstać wąt­pliwo­ści co do mojego obiek­tywi­zmu.

— Czy podej­rzani — kapitan zerknął na Win­netou i Mil­czą­cego Wilka — wyra­zili wąt­pli­wość co do wa­szego obiek­tywi­zmu, po­rucz­niku?

— Nie. Ale nie wiem, czy wam wia­domo, że mnie i Win­netou łączy wiele wię­zów i zależ­ności poza­służ­bo­wych. On jest preze­sem koła węd­kar­skiego, do któ­rego i ja na­leżę. Ja zaś je­stem preze­sem koła ło­wiec­kiego, do któ­rego on należy. Poza tym zosta­łem człon­kiem Ligi Ochrony Przy­rody, w której on jest prze­wodni­czącym od­działu gmin­nego, a także człon­kiem Woje­wódz­kiego Komi­tetu Ochrony Przy­rody. Jed­nym sło­wem, w pew­nym sensie jestem mu podle­gły. Wspomnę także, iż zło­żyłem swój podpis na jego memo­riale skie­rowa­nym do Pań­stwo­wej Rady Ochrony Przy­rody i Rady Mini­strów, aby na­sze je­zioro objąć strefą ciszy.

— Hm — mruk­nął za­kłopo­tany kapitan — ale czy uczynił pan to jako ko­men­dant tutej­szego poste­runku, czy jako pry­watna osoba?

— Jako pry­watna osoba, Jan Kluź­niak.

— W ta­kim ra­zie nie widzę prze­szkód, aby pan dalej prowa­dził docho­dzenie. Korzy­stając z okazji, rów­nież jako pry­watna osoba, złożę kole­dze wyrazy po­dzię­kowa­nia za ten czyn. Albo­wiem i mili­cjanci lubią nie­kiedy po­węd­kować w ryb­nym jezio­rze oraz pospa­cero­wać z żoną po le­sie.

Głos zabrał Win­netou. Prze­mówił do po­rucz­nika Kluź­niaka:

— Wy­palili­śmy fajkę pokoju. Ale te­raz wystę­puje pan tu w ma­jestacie prawa i dlatego niech panu nie za­drży ręka, gdy wyjmie pan kaj­danki, aby skuć nimi moje dłonie.

— Oby­watele, więcej powagi — zgro­mił ich kapitan i zwró­cił się do mnie. — Na­reszcie może do­wiemy się, co oby­watel ma do powie­dzenia w inte­resują­cej nas spra­wie. Lecz na wstępie: jak się oby­watel nazywa i w ja­kim cha­rakte­rze prze­bywa w oko­licach Zło­tego Rogu?

Opo­wie­dzia­łem im o celu mego przy­jazdu w te okolice i o de­wasta­cji ruin, doko­nywa­nej przez Purtaka. Mó­wiłem dalej:

— Od dziś rozpo­czął się mój urlop. Zdecy­dowa­łem pozo­stać w tej okolicy, po­nieważ wydała mi się piękna i inte­resu­jąca pod wie­loma wzglę­dami. Do rzeczy jednak. Otóż wia­domo mi, że działa tutaj jakaś tajna Liga do Walki z Hała­sem. Wczo­raj przy­słała ona do Win­netou list, w którym ogło­siła go swoim hono­rowym preze­sem i zapro­siła na spo­tkanie o dwu­nastej w nocy koło przy­stani ośrodka wcza­sowego. W tym czasie ktoś włamał się do radio­węzła...

Prze­rwał mi ka­pitan:

— Czy­taliśmy list taj­nej ligi i załą­czyli­śmy go do akt sprawy. Wy­nika z niego, że liga zapla­nowała na tę noc ja­kąś swoją akcję, być może właśnie wła­manie do ra­diowę­zła. Jaką jednak mamy gwa­rancję, że nie wziął w niej udziału ani Win­netou, ani Mil­czący Wilk?

Ode­zwał się Win­netou. Oświadczył z ogromną godno­ścią:

— Win­netou nie splamił ust kłam­stwem. Przy­był z Mil­czącym Wil­kiem na spo­tkanie z ligą, ale do tego spo­tkania nie do­szło. Gdy powró­ciliśmy do wi­gwamu i poło­żyli­śmy się spać, ktoś przy­płynął tu i do mojej kanu pod­rzucił skra­dzione lampy. Podob­nie zro­biono z puszką farby i pędz­lem. Powód takiego postę­powa­nia wydaje się oczy­wisty. Wszy­scy tu wiedzą o moim memo­riale do Wiel­kich Wo­dzów w War­szawie. Ale nie wszystkim się on po­doba. Blade twarze z ośrodka wcza­sowego zamie­rzają zdobyć nowe tereny: bin­dugę i wyspę, chcą także wyku­rzyć stąd Win­netou. O taj­nych pla­nach Purtaka dowie­działa się wczo­raj blada twarz, nie­słusz­nie prze­zwana przeze mnie green­hornem. Ostrzegała mnie przed Ligą do Walki z Hała­sem. Nie posłu­chałem jednak, bo wy­dawało mi się, że lu­dzie z ligi są moimi braćmi. Nie­stety, to była pu­łapka. Cho­dziło o to, aby skom­pro­mito­wać mnie w oczach Wiel­kich Wo­dzów i nie do­puścić do za­twier­dzenia memo­riału. Howgh.

Kapi­tan potrzą­snął głową:

— Nas obcho­dzą fakty.

— Chwi­leczkę, po­zwól­cie mi mówić — ode­zwa­łem się. — Otóż, jak wy­wnio­sko­wałem, Win­netou i Mil­czący Wilk sądzą, że po ich powro­cie do domu ktoś tu przy­płynął łódką i pod­rzucił do­wody prze­ciw nim. Ale czy tak na­prawdę było? Jestem prze­konany, że to w cza­sie nie­obec­ności Win­netou i Mil­czą­cego Wilka pod­rzu­cono do­wody ich winy. Dla­tego lampy znala­zły się w tej kanu, która pozo­stała na brzegu. Twier­dzę, że tajem­niczy „ktoś” przybył tu z dowo­dami rze­czo­wymi nie wodą, ale lą­dem.

Kapi­tan za­stano­wił się:

— Za­łóżmy, że ma pan ra­cję...

— Ten „ktoś” musiał pozo­stawić ślady — powie­dzia­łem.

Win­netou gwał­townie wstał ze swego zydla:

— Ależ tak! Na rogi naj­więk­szego byka, ten green­horn ma ra­cję! Koło pali­sady i na ba­gnach mu­siały pozo­stać ja­kieś ślady.

Ze­rwali­śmy się ze swoich miejsc i wy­szliśmy na po­dwórze.

— Za­cznijmy szu­kać śladów po drugiej stronie pali­sady — zapro­pono­wał Win­netou. — Nie zrobili­śmy tego, bo są­dzili­śmy, że wroga blada twarz przy­płynęła łódka. Jeśli jednak przy­była lądem, to mu­siała w któ­rymś miej­scu przejść przez pali­sadę.

Ogro­dzenie było wyso­kie na dwa metry, za­ostrzone.

Oko­rowane pnie nie dawały żad­nego oparcia dla rąk i nóg. Wy­dawało się nie­moż­liwe, aby ktoś zdołał przez nie przejść.

Ale Win­netou nie dał się zwieść pozo­rom. Przy­klęknął i zaczął uważ­nie ba­dać ziemię w na­rożniku. Po chwili wska­zał nam dwa niemal niewi­doczne zagłę­bienia w ziemi.

— Czy moi przyja­ciele widzą te dwa znaki? — za­pytał. — Tutaj zagłę­biły się w tra­wie dwa długie drągi. Wróg wyciął je w le­sie, do­stawił do pa­lisady i wdra­pał się po sę­kach jak po szcze­blach drabiny. Potem przeło­żył drążki na drugą stronę i zlazł po nich. Pod­rzucił do­wody rze­czowe i wró­cił tym samym sposo­bem. Win­netou jest pewien, że w bliskiej odle­głości od tego miejsca znaj­dziemy te dwa drągi. A na bagnie będą dalsze ślady.

Spo­strze­żenie oka­zało się trafne. Nie dalej niż dwa­dzie­ścia metrów od pa­lisady zna­leźli­śmy dwa drążki świer­kowe o sękach tak przy­ciętych, że mogły służyć dla nóg jako oparcie. Nieco dalej odkry­liśmy w błot­nistym terenie ścieżkę spląta­nych z sobą śladów ludz­kich.

— Tędy przy­szedł i tędy wrócił — oświadczył Win­netou.

Wska­załem dalsze ślady na bło­cie.

— Było ich dwóch lub dwoje. Szli w gumia­kach, co po­znać po prąż­kowa­nym wzorze pode­szew.

— Nasz green­horn dobrze tropi ślady — stwier­dził z uzna­niem Win­netou. — Szkoda, że jest bladą twarzą.

Roze­śmia­łem się:

— Za dwa tygo­dnie będę opa­lony tak jak i pan. I nikt nie ośmieli się na­zwać mnie bladą twarzą.

— O, to nie bę­dzie aż takie proste — stwier­dził Mil­czący Wilk. — Nie wy­starczy się opalić, aby prze­stać być bladą twarzą. Nie kolor skóry trzeba zmie­nić, ale swoje nasta­wienie do świata przy­rody. Su­rowy egza­min czeka każ­dego, kto chce zostać człon­kiem ple­mienia ludzi ko­chają­cych przy­rodę.

Win­netou za­trzymał się, położył mi rękę na ra­mieniu i za­gląda­jąc w twarz zapytał z po­wagą:

— Czy blada twarz, zwana green­hornem, pra­gnie poddać się ta­kiemu egza­minowi?

— Tak — odpo­wie­dzia­łem.

— W ta­kim ra­zie niech blada twarz przy­będzie dziś wie­czorem do wi­gwamu Win­netou na eg­zamin. Jeśli wyj­dzie z niego zwy­cięsko, Win­netou i Mil­czący Wilk wypalą z nim fajkę pokoju i na­zwą go swoim bratem. A póź­niej wyko­piemy topór i odtań­czymy taniec wo­jenny.

Kapi­tan po­drapał się w głowę.

— Nie jestem pewien, czy wyko­pywa­nie to­porów wojen­nych i tego rodzaju tańce są praw­nie do­zwo­lone. A jak wy­gląda ów to­pór? Czy nie należy zali­czyć go do białej broni, a ta, jak wia­domo, wy­maga jednak spe­cjal­nego ze­zwole­nia?

— Win­netou posiada takie ze­zwole­nie — odpo­wie­dział. — Albo­wiem jest to biała broń o cha­rakte­rze za­bytko­wym. Topór wo­jenny ple­mienia Iroke­zów.

— Uży­wać białej broni nie wolno — wtrą­cił żarto­bliwie ko­men­dant poste­runku — ale prawo nasze nie wy­raża się nega­tywnie o za­kopy­waniu i wyko­pywa­niu białej broni. Rów­nież o tańcach wojen­nych nie ma mowy w na­szym kodek­sie karnym. Uwa­żam, że może­cie wyko­pać to­pór, trochę potań­czyć.

— Ale czy mają prawo wal­czyć z ligą? — pod­chwy­cił żart kapitan. — Od spraw wojen­nych jest Mini­ster­stwo Obrony Naro­dowej, a od bezpie­czeń­stwa i spo­koju pu­blicz­nego — organa milicji oraz Mini­ster­stwo Spraw We­wnętrznych. Jeśli jednak zało­żymy, że owa liga nie jest jak na ra­zie ciałem mate­rial­nym, ale wy­obra­żeniem zła, to nawet jest wska­zane, aby oby­watele wal­czyli ze złem, każdy na swoim od­cinku.

— Walka z ligą to walka o ochronę śro­dowi­ska natu­ralnego — po­wie­dzia­łem.

— No, jeśli tak przed­stawia się ta sprawa, to i ja nie wi­dzę żad­nych prze­ciw­wska­zań — rzekł kapitan.

— W ta­kim ra­zie może i blada twarz z orga­nów ściga­nia przyj­dzie dziś wie­czór na naszą uro­czy­stość — zapro­pono­wał Win­netou.

— Nie­stety, nie umiem tańczyć — wy­kręcił się ka­pitan.

Tak żarto­bliwie roz­ma­wiając, ani przez chwilę nie tra­ciliśmy z oczu po­dwój­nego śladu. Nie ulegało wąt­pliwo­ści, że kiero­wał się ku brze­gowi jeziora. Grunt był tu bagni­sty, w błocie gniły prze­wró­cone wia­trem pnie olszyn i jesio­nów, wę­drówkę utrud­niały gęste krzaki i rozle­wiska wody, które nasi wro­gowie spod znaku ligi musieli omijać. Jeśli drogę tę prze­byli dwu­krotnie, i to w nocy, nie­trudno się domy­ślić, że wrócili od stóp do głów uma­zani błotem. Ślady, jakie po nich pozo­stały, świad­czyły, że nieje­den raz się prze­wrócili.

— Pro­szę tu spoj­rzeć — w pewnej chwili przy­wołał nas Mil­czący Wilk.

I wska­zał nam miejsce, gdzie osoba, która niosła pu­dełko z far­bami, prze­wróciła się. Pod­czas upadku wieczko pu­dełka odsko­czyło i trochę czer­wonej farby wylało się w błoto.

Brzeg jeziora okazał się już bardzo bliski. Obra­stały go wy­sokie trzciny, wyraź­nie jednak widniał w nich prze­smyk pozo­sta­wiony przez łódkę. Na wą­skim skrawku pia­sku rzucił się nam w oczy trój­kątny ślad po dziobie łodzi, wycią­gniętej na ląd. W naj­bliż­szym są­siedz­twie piasek był zdep­tany ludz­kimi sto­pami.

— Łódka miała kil, a nie była pła­sko­denna — stwier­dził Win­netou. — Takie łodzie space­rowe posiada ośro­dek wcza­sowy.

— Po­dob­nych łódek jest wiele na na­szym jezio­rze — odpa­rował ko­men­dant poste­runku. — Ja też mam taką.

Win­netou znalazł na pia­sku trzy niedo­pałki papie­rosów. Każdy z nich nosił czer­woną ob­wódkę szminki do ust.

— W akcji prze­ciw Win­netou — ode­zwa­łem się — brały udział trzy osoby. Praw­dopo­dobnie dwóch męż­czyzn i jedna kobieta.

— Nasz green­horn ma ra­cję — poparł mnie Win­netou. — Ko­bieta nie wysia­dała z łódki. Cze­kała w niej, aż tam­tych dwóch wy­pełni swoją misję. Gryzły ją tu komary i sie­dząc w łódce nie­ustan­nie pa­liła pa­pierosy. Dla­tego są ślady aż po trzech niedo­pał­kach.

— To były gie­wonty — stwier­dził ko­men­dant, cho­wając niedo­pałki do ko­perty. — Na szmin­kach, nie­stety, nie znam się. Trzeba by dać do eks­pertyzy. Zresztą, mogę zapytać żony, bo chyba nie bę­dziemy wysy­łać tych niedo­pałków do za­kładu krymi­nali­styki.

Nagle ko­men­dant poste­runku pochy­lił się ku ziemi, pod­niósł coś, obej­rzał i scho­wał do kie­szeni.

— A może w łódce czekały dwie kobiety, a nie jedna? — ode­zwał się nie­ocze­kiwa­nie. — Innymi słowy, może w wy­prawie do domu Win­netou brały udział aż cztery osoby?

— Z czego pan to wy­wnio­skował? — za­cieka­wiłem się.

— Jedna kobieta paliła papie­rosy gie­wont i miała usta wy­malo­wane szminką. Druga nato­miast nie używa szminki i nie pali papie­rosów. Nato­miast miała ze sobą strzelbę. A że jest za­palo­nym myśli­wym, gdy zoba­czyła w świetle księ­życa wy­pły­wającą z szu­warów łyskę, oddała do niej jeden strzał. Znala­złem na pia­sku łu­skę na­boju śruto­wego.

— Skąd pan wie, że to była łyska? — zdu­miał się ka­pitan.

— Bo te­raz wolno strzelać tylko do ły­sek — odparł ko­men­dant. — A ja znam tę pa­nią i wiem, że ona nie kłusuje.

— Zgoda, Ale na jakiej pod­stawie twier­dzi pan, że to była ta wła­śnie kobieta? — do­pyty­wał się kapitan.

Po­rucznik wyja­śnił:

— W naszym kole ło­wiec­kim jest tylko jedna dubel­tówka o kali­brze dwa­dzie­ścia. A to są tereny ło­wiec­kie na­szego koła. Du­bel­tówka taka jest wła­snością Krwa­wej Mary. Ma ją oprócz swego sztu­cera. Znala­złem tu łuskę dwu­dziestkę.

Wyjął z kie­szeni łuskę i poka­zał ją nam na swej otwar­tej dłoni.

Win­netou poki­wał głową:

— Krwawa Mary. Wie­dzia­łem, że mnie nie cierpi...

Odzy­skałem głos, który na chwilę ode­brało mi zdu­mienie:

— Nigdy w to nie uwie­rzę! Może ta łu­ska le­żała tu wcze­śniej? Czy o dwuna­stej w nocy słysze­liście strzały?

— Tak — powie­dział Mil­czący Wilk — nawet kilka.

— Och, to nie żaden dowód — rzekł ko­men­dant. — Około dwuna­stej ja rów­nież polo­wałem. Nie­daleko stąd, w polu, odda­łem trzy strzały do wiel­kiego odyńca. Nie­stety, spu­dło­wałem. Tym nie­mniej, nie ulega wąt­pliwo­ści, że ta łu­ska należy do Krwa­wej Mary.

Znowu ode­zwał się Win­netou:

— Nie można się ni­czego do­brego spo­dzie­wać po skwaw, która zamiast goto­wać obiady i niań­czyć dzieci, ugania się po lesie ze sztuce­rem. Usta niewia­sty są gładkie, a oczy błysz­czące jak gwiazdy. Ale kto uwie­rzy jej sło­wom i zapa­trzy się w jej oczy, ten po­sma­kuje napoju z pio­łunu. Nie cierpi mnie, ponie­waż ją głośno gromię za to, że strzela ze sztu­cera i ma ja­pońską lunetę. Można było się domy­ślić, że należy do ligi.

— Nie, to nie­moż­liwe — zapro­testo­wałem — ona bardzo boleje nad tym, że Win­netou wyklu­czył ją z grona swych przyja­ciół.

Win­netou popa­trzył na mnie z odro­biną współ­czucia:

— Blada twarz, zwana nie­słusz­nie green­hornem, jest jeszcze młoda.

— Ona nie należy do ligi. Roz­ma­wiałem z nią szcze­rze! — zawo­łałem.

Win­netou z ubole­wa­niem potrzą­snął głową:

— Dziw­nie mówi teraz blada twarz. Wczo­raj przez jego usta płynęły rozsą­dek i prawda, której nie po­słu­chali­śmy. A w tej chwili jakby zasłona spadła mu na oczy. Purtak to przy­stojny męż­czyzna. Może obiecał Krwa­wej Mary, że jeśli po­może mu opa­nować jezioro, to gdy zosta­nie awan­sowany do War­szawy, zabie­rze ją ze sobą?

Nie miałem żad­nych kontr­argu­men­tów. Czu­łem tylko, że ta dziew­czyna nie mogła być zdolna do podło­ści. Ale żegna­jąc się ze mną powie­działa tak dziw­nie: „Do widze­nia, Don Kicho­cie”. Nie wie­rzyła, że uda się walka z ligą. Skąd ten brak wiary? Czy nie dlatego, że i sama zali­czała się po cichu do zwo­lenni­ków Purtaka? Zda­wała sobie sprawę, że będę wal­czył samot­nie, oto­czony utajo­nymi wro­gami, i muszę prze­grać.

Powró­ciliśmy do domu Win­netou.

— Rze­czywi­ście, rzucił pan nowy snop światła na tę historię — oświadczył kapitan. — Śledztwo w spra­wie wła­mania do ra­diowę­zła pójdzie teraz szer­szym fron­tem, mu­simy bo­wiem uwzględnić możli­wość fał­szy­wych oskar­żeń. Odna­lezione lampy zwró­cimy, oczy­wiście, ośrod­kowi wcza­so­wemu. Myślę, że wkrótce, nie­stety odezwą się gi­ganto­fony.

 


ROZDZIAŁ SZÓSTY [top]

PRZYSMAK, PASSAT I DZIEWCZYNA MOICH MARZEŃ • LADY ELISABETH I ANNA ORZELSKA • CZY MOŻNA ZAKOCHAĆ SIĘ W PORTRECIE DAMY? • PANI DO TOWARZYSTWA PURTAKA • PIĘKNY ANTONIO • ZAPROSZENIE NA BAL GAŁGANIARZY • DZIEWCZYNA W KŁOPOTACH • POZNAJĘ PRAWDZIWĄ LADY • WYKOPUJEMY TOPÓR WOJENNY • MILADY WYMYŚLA PODSTĘP

 

Zwró­ciłem leśni­czemu jego łódkę i zdałem mu re­lację z poran­nych wyda­rzeń u Win­netou. Potem zasia­dłem w swym wehi­kule i wyru­szyłem do Zło­tego Rogu, aby w bezpo­śred­niej roz­mowie z Krwawą Mary wyja­śnić tajem­niczą sprawę łuski z jej strzelby. Ani przez chwilę nie wie­rzyłem, że to ona brała udział w pró­bie zrzu­cenia na Win­netou winy za wła­manie do ra­diowę­zła.

Zanim jednak doszło do tej roz­mowy, zja­dłem obiad w re­staura­cji w Złotym Rogu. A gdy zają­łem wresz­cie miejsce na par­kingu przed ka­wiarnią, tuż za mną wje­chał tam wspa­niały passat z do­czep­nym wóz­kiem, na któ­rym znaj­dowała się czer­wona plasty­kowa moto­rówka. Z pas­sata wy­siadł męż­czyzna lat około trzy­dziestu, nie­zwykle przy­stojny i zna­komi­cie ubrany. Był bardzo po­dobny do wło­skiego aktora nazwi­skiem Ma­stroianni — ten sam czarny zabój­czy mały wąsik, ten sam owal twarzy i kru­cze włosy. Razem z nim opu­ściła wóz dziew­czyna, ciemna blon­dynka ucze­sana na pazia.

Wy­znaję, że na jej wi­dok aż mi dech zaparło w pier­siach. Nie, nie dlatego, że odzna­czała się aż tak wielką urodą, choć była ładna, z nie­bie­skimi oczami, ma­łymi ustami i mocno zary­sowa­nymi ciem­nymi brwiami. Ona po pro­stu ubrana była w kreto­nową błę­kitną su­kienkę z du­żym dekol­tem i krót­kimi rękaw­kami. Su­kienka miała dół klo­szowy, wiatr odsło­nił zgrabne, opa­lone nogi w panto­felkach na wy­sokim obcasie. Na szyi zoba­czyłem białe, duże korale, w raku trzy­mała białą torebkę.

Patrząc na nią z za­chwy­tem, raptem uświa­domi­łem sobie, że chyba od bar­dzo dawna nie wi­dzia­łem dziew­czyny w su­kience i dla­tego ta zrobiła na mnie aż tak silne wraże­nie. Nie nosiła ela­stycz­nych spodni jak moje kole­żanki w biu­rze. Nie miała na so­bie powy­ciera­nych dżin­sów i powy­ciąga­nego na wszystkie strony swetra z fan­tazyj­nymi łatami jak dziew­częta moto­rowod­niaków lub że­glarzy. Jed­nym sło­wem — naresz­cie praw­dziwa dziew­czyna, taka, jakie kiedyś widy­wało się często, a dziś są zja­wi­skiem rzad­kim, niemal wyjąt­kowym.

— Spójrz, Elisa­beth — powie­dział Przy­stoj­niak, wska­zując mój wehi­kuł — jaki śmieszny sa­mo­chód. Praw­dziwe stra­szydło. Czy nie przy­pomina ci we­hikułu z „Wa­kacji pana Hulot”?

Nie wie­dzia­łem, obrazić się czy też udać, że nie sły­szałem tej uwagi. Osta­tecznie, pan Hulot z filmów Tatiego był po­stacią bardzo sym­pa­tyczną. Mój wehi­kuł zaś wyglą­dał rze­czywi­ście szka­radnie i choć ja, świa­domy jego nie­zwy­kłych zalet, przy­zwy­cza­iłem się do jego wy­glądu, to prze­cież nie mo­głem mieć preten­sji, że u in­nych wzbu­dzał drwiny i śmiech. Przy­pomi­nał skrzy­żowa­nie czółna na ko­łach z na­miotem tury­stycz­nym lub dom­kiem cam­pingo­wym. Z przodu wyglą­dał jak jakaś larwa dziw­nego owada o czte­rech oczach ogromnych wypu­kłych re­flekto­rów, z zadar­tym ku górze odwło­kiem, pod którym kryła się śruba napę­dowa, uży­wana, gdy pojazd mój pływał po wo­dzie. Jego bla­szana karose­ria była wykle­pana młot­kiem i źle le­żał na niej la­kier. Patrząc na tę brzydką, po­kraczną syl­wetkę, trudno było przy­pusz­czać, że kryje wspa­niały silnik ferrari 410.

Ale dziew­czyna tylko mu­snęła wzro­kiem mój samo­chód i odrze­kła z nutką krytyki w gło­sie:

— Stra­szydło? Dla­czego, Antoni, uży­wasz zawsze aż tak ostrych okre­śleń? Czy nie wy­starczy zauwa­żyć, że samo­chód, który tu stoi, jest po prostu nieco od­mienny od tych, jakie zazwy­czaj oglą­damy na szo­sach?

Przy­stoj­niak wzru­szył ramio­nami:

— Ech, Elisa­beth, czy ty zawsze musisz być aż taka wy­tworna? Te­raz, gdy je­steśmy już daleko od War­szawy, mogę ci szcze­rze wyznać: uwa­żam cię za kawa­łek lodu. Na li­tość boską, czy zawsze musisz pa­miętać, że je­steś tłu­maczką w Mi­nister­stwie Spraw Zagra­nicz­nych? Nie prze­bywasz na rau­cie w amba­sadzie, przyje­chałaś na cam­ping do mego przyja­ciela.

Dziew­czyna udała, że nie do­strze­gła tego wybu­chu złości.

— Czy jesteś pewien, An­toni — zapy­tała — że bę­dzie on miał dla mnie wolny domek cam­pin­gowy?

— Ech, stara, oczy­wiście...

— Nie mów do mnie „stara” — zażą­dała sta­now­czo.

Przy­stoj­niak znowu zarea­gował gniew­nie:

— Będę mówił tak, jak zechcę. W słowie „stara” nie ma nic ob­raźli­wego, to po prostu wyraz pewnej poufa­łości.

— Nie zga­dzam się na żadne poufa­łości.

— Jesteś moim kum­plem, czy nie?

— Nie jestem i nie będę ni­czyim kum­plem — potrzą­snęła ener­gicznie głową, aż jej włosy przez mo­ment roz­pierz­chły się na wietrze. Po chwili jednak znowu leżały gładko uło­żone.

W Przy­stoj­niaku nara­stał gniew:

— Ejże, Elisa­beth, czy na­prawdę jeszcze nikt nie na­uczył cię ro­zumu? Chcesz wie­dzieć, jak cię nazy­wają twoi kole­dzy i kole­żanki? „Lady Elisa­beth”. Inaczej na cie­bie nie mówią tylko „lady”. Żało­sne, prawda?

— Lady? — zdu­miała się odro­binę. — Zawsze chcia­łam być lady.

— Teraz żadne lady nie są w mo­dzie. Teraz jest moda na fajne dziew­czyny.

— Więc nie je­stem modna — od­rzekła pogod­nie.

W Przy­stoj­niaku gniew osią­gnął szczyty. Wy­buch­nął ze złością:

— Po­wiem prawdę, przy­wio­złem cię dla swego kolegi, który prowa­dzi tu ośro­dek cam­pin­gowy. Ja znam mnó­stwo dziew­cząt mil­szych od cie­bie. Ale on mnie kiedyś prosił, żebym poznał go z jakąś praw­dziwą damą, bo to­warzy­stwo wcza­sowi­czek już mu się znu­dziło. Przy­wio­złem mu więc ciebie. Musisz być dla niego miła, bo ina­czej obrazi się i każe ci miesz­kać we wspól­nym pokoju.

Dziew­czyna zerk­nęła na niego z nowym zainte­reso­wa­niem.

— Zdaje mi się, że czeka cię po­dróż do War­szawy — po­wie­działa cicho.

— Nie zwa­riowa­łem — roze­śmiał się bez­czelnie. — Jeśli chcesz wracać do War­szawy, raz na dzień odcho­dzi stąd auto­bus. To znaczy już dziś odszedł. A te­raz chodź napić się kawy — i schwy­cił dziew­czynę za ło­kieć.

Sta­now­czym gestem wyjęła z jego ręki swoje ramię.

— Bar­dzo cię proszę, podaj mi z samo­chodu mój neseser — zażą­dała.

Wzru­szył ramio­nami i rzekł pojed­nawczo:

— Do­bra, dobra, nie gnie­waj się, Elisa­beth. Naj­pierw napi­jemy się kawy i przy stoliku omó­wimy nasze sprawy.

Dziew­czyna zasta­nowiła się chwilę, zanim dała odpo­wiedź:

— Zgoda, napiję się kawy. Ale nie wydaje mi się, aby ta roz­mowa była już dla mnie cie­kawa. Wiem z góry, co mi ze­chcesz powie­dzieć i jaką usły­szysz odpo­wiedź.

Oby­dwoje wol­nym kro­kiem ruszyli do ka­wiarni, a ja sie­dzia­łem w swym wehi­kule — bez­wiedny świa­dek ich roz­mowy — i pa­trzyłem za nimi, a szcze­gólnie za nią, która wyda­wała mi się jakąś nad­zwy­czajną istotą, kimś, o kim się marzy, ale nigdy nie spo­tyka.

— Lady. Młoda lady. Praw­dziwa lady — szep­tałem do sie­bie i ze zdu­mie­niem aż po­trzą­snąłem głową.

Do tej pory tylko w starych książ­kach i prze­róż­nych roman­sach angiel­skich czyta­łem o mło­dych da­mach, czyli „lady”. W ży­ciu po­wsze­dnim spoty­kałem dziew­częta i młode kobiety, które poufale pokle­pywały mnie po ple­cach albo trącały łok­ciem i mówiły: „Jak się masz, stary. Jak ci leci, chłopie? Chodź, bracie, napi­jemy się kawy”. Nosiły spodnie, po­wycią­gane swetry, spra­wiały wraże­nie wiecz­nie zaję­tych i zabie­ganych. Obju­czone siat­kami wysta­wały w kolej­kach do rzeź­nika, godzi­nami roz­ma­wiały przez telefon o ciu­chach, które miały nadejść do ja­kiegoś sklepu albo właśnie nade­szły. Usiło­wały być do­brymi kum­plami, świet­nie zda­wały egza­min pod­czas urlo­pów, bo zna­komi­cie wio­sło­wały i silnie trzy­mały szoty żagli. Można było przy nich opo­wiadać słone kawały, nie obra­żały się o byle co. I podo­bały się wielu moim kole­gom, którzy żenili się z nimi, two­rzyli rodziny, mieli dzieci. A ja? Do­piero teraz zrozu­miałem, że pod­świa­domie ma­rzyłem o praw­dziwej lady. Albo­wiem w do­bie, gdy strojem i spo­sobem bycia dziew­częta upodobniały się do chłop­ców, ten i ów męż­czyzna zaczy­nał smęt­nie za­stana­wiać się nad por­tretami dam, które pre­zento­wały mi­nione epoki. Czy nie stała się moim ide­ałem owa słynna Anna Orzel­ska, córka króla Augu­sta Moc­nego, zwana „błę­kitną”, bo stroje swe, liberie i pałac w War­szawie, wszystko miała w ko­lorze błękit­nym? Jej portret zoba­czyłem w pa­łacu w Niebo­rowie, zrobi­łem jego foto­grafię i zawie­siłem nad biur­kiem w swoim pokoju. To była kobieta moich marzeń.

A teraz tu, w Złotym Rogu, minęła mnie dziew­czyna, którą nazy­wano „lady”. Nosiła niebie­ską, kreto­nową su­kienkę...

Z trza­skiem za­mkną­łem drzwi wehi­kułu i pośpie­szyłem do ka­wiarni.

Gdy wsze­dłem, Przy­stoj­niak z młodą damą stali obok stolika, przy którym siedział kie­rownik Purtak w to­warzy­stwie in­struk­tora Noska. Nastę­powała właśnie scena powi­tania i pre­zenta­cji.

— Oto jest dama dla ciebie, przyja­cielu — mówił Przy­stoj­niak, wska­zując lady.

Purtak chciał z naj­więk­szą galan­terią ucało­wać dłoń panny Elisa­beth, ale młoda dama skinęła lekko głową i powie­działa z naj­więk­szą swo­bodą:

— Pa­nowie wyba­czą, ale jestem zmę­czona po­dróżą i chcę chwilę wypo­cząć. Tym bar­dziej, że jeszcze dziś czeka mnie po­wrotna droga do War­szawy.

To mó­wiąc, mimo ich prote­stów, zajęła miejsce przy wol­nym stoliku w naj­bliż­szym są­siedz­twie tego, gdzie i ja zdą­żyłem się usado­wić.

— Ależ, proszę pani — zawo­łał Purtak i zaczął bez­radnie wyma­chiwać rękami. Słów mu brakło dla wy­rażenia zdu­mienia i obu­rzenia na za­cho­wanie młodej damy.

Przy­stoj­niak położył mu rękę na ramie­niu.

— Młode damy mają to do sie­bie, że lubią się ob­rażać o byle co — po­wie­dział uspo­kaja­jąco. — Ale nie przej­muj się tym, stary. Z nimi trzeba jak z zają­cem. Musi skru­szeć. To znaczy, trzeba je po­zosta­wić ja­kiś czas w samot­ności, aby prze­my­ślały to i owo.

Purtak usiadł po­słusz­nie, ale ciągle odwra­cał głowę w stronę młodej damy. Nato­miast dama nie odwra­cała głowy w żadną stronę, jak przy­stało na lady. Wyjęła z to­rebki płaską skó­rzaną papie­rośnicę, zapa­liła dłu­giego papie­rosa z ustni­kiem i gdy pode­szła kel­nerka, zamó­wiła dużą kawę. Z jej zacho­wania i wyrazu twarzy nikt by nie po­znał, że prze­żyła wielką przy­krość i czeka ją nie lada kłopot: powrót do War­szawy w sy­tuacji, gdy auto­bus już odszedł. Cie­kawe, czy damy jeżdżą auto­stopem — za­stana­wiałem się, bo ani przez chwilę nie przy­szło mi na myśl, aby młoda dama zdecy­dowała się za­miesz­kać w ośrodku wcza­sowym.

Tym­czasem przy stoliku Purtaka dość głośno roz­ma­wiano. Może zale­żało im na tym, aby młoda lady bez­wied­nie sły­szała, o czym mówią?

— Do­brze, że przyje­chałeś, Anto­nio — mówił Purtak. — Na dziś wie­czór zapla­nowa­liśmy bal gałga­niarzy, czo­łową im­prezę turnusu. Mieli­śmy obawy, że im­preza się nie odbę­dzie, bo wy­obraź sobie, wła­mano się do na­szego radio­węzła i skra­dziono dwie lampy. Ale na szczę­ście znala­zły się.

— Czy masz dla mnie wolny domek? I dla tej... damy?

— Oczy­wiście. Byłem prze­cież przy­goto­wany na wasz przy­jazd.

Z za­plecza wyszła Krwawa Mary. Trzy­mała w ręku duże, bla­szane pudło, zawie­rające ciastka na wie­czorną zabawę w ośrodku. Po­stawiła je na stoliku przed No­skiem. Zoba­czyła Przy­stoj­niaka i uśmiechnęła się.

— O, Piękny Anto­nio — zawo­łała — przy­po­mniał pan sobie o Złotym Rogu?

Piękny Anto­nio po­ufałym gestem objął ramie­niem Krwawą Mary i ser­decznie ją uści­skał.

— Za­po­mnieć o Zło­tym Rogu? Nigdy — wy­rzekł. — A Złoty Róg to przede wszystkim piękna Mary.

Krwawa Mary wysu­nęła się z jego objęć.

— Przez cały rok nie raczy­łeś na­wet napisać kartki — stwier­dziła sucho.

Piękny Anto­nio za­kłopo­tał się:

— To prawda, Mary. Ale czy wiesz, ile miałem zajęć? Chyba sły­szałaś, że w tym roku starto­wałem w wy­ścigu do Monte Carlo.

— I za­jąłeś przed­ostat­nie miejsce — za­śmiała się Krwawa Mary.

— To także prawda — zgo­dził się potul­nie. — Ale to nie moja wina. Mia­łem wóz źle przy­goto­wany. W przy­szłym sezonie będzie lepiej.

I zmie­nił te­mat, który wyda­wał mu się kłopo­tliwy.

— Przy­byłem tu z pewną propo­zycją, Mary — rzekł. — W na­szym zakła­dzie otwie­ramy ka­wiarnię klu­bową. Wy­daje mi się, że istnieje pewna szansa dla ciebie. Mo­głabyś objąć stano­wisko kie­row­niczki. Szkoda takiej dziew­czyny dla Zło­tego Rogu.

— Ach, nie wiem, czy nada­wała­bym się...

Ode­zwał się Purtak:

— Ja też obie­całem zabrać do War­szawy pannę Mary. Mam na­dzieję, że przyj­dzie pani na nasz bal gałga­niarzy. Jak na­zwa wska­zuje, stroje będą do­wolne. Im gorsze, tym lepsze.

Nie wiem, o czym dalej roz­ma­wiali, bo za­uwa­żyłem, że od stolika w rogu ka­wiarni ktoś daje mi jakieś znaki.

To była Halina. Sie­działa samot­nie, z mocno skwa­szoną miną. Oczy­wiście pośpie­szyłem na jej we­zwanie, przy­wita­łem się i usia­dłem na wska­zanym mi krześle.

— Widzi pan to towa­rzy­stwo — wska­zała oczami Purtaka, Pięk­nego Anto­nia, Noska i Krwawą Mary. — Do­brana paczka, prawda?

— Pani zna tego Przy­stoj­niaka? — za­pyta­łem.

— Oczy­wiście. Pracuje w dziale zaopa­trzenia naszej fabryki. Tak na­prawdę jednak, to działa w klu­bie spor­towym. Nasz zakład bo­wiem rok­rocznie wysta­wia załogę do rajdu samo­cho­do­wego. Piękny Anto­nio, bo tak go nazy­wają, jest właśnie naszym czoło­wym raj­dow­cem.

— Ma piękny nowy wóz. Passat — stwier­dziłem. — I rze­czywi­ście jest bardzo przy­stojny. Dziew­częta za nim szaleją, prawda?

— O wa — uśmiechnęła się drwiąco. — W ubie­głym roku właśnie szalał za mną. Byli­śmy na wcza­sach w Złotym Rogu. Wszystko między nami zapo­wia­dało się tak pięknie, aż nagle wtrą­ciła się ta Krwawa Mary. Niech mi pan powie, dla­czego ona się tak po­doba męż­czy­znom?

— Nie wiem. Co do mnie, więk­sze wraże­nie robi na mnie ta dama w nie­bie­skiej su­kience.

— To jakaś lala z War­szawy. A co do Krwa­wej Mary i Anto­nia, to tym ra­zem ja im po­psuję szyki. Znajdę sposób, aby ze­mścić się za ubie­gło­roczne postę­powa­nie.

Nie­bez­pieczna zazdro­śnica — wes­tchną­łem w duchu. Potem pomy­ślałem o Krwa­wej Mary i także do­znałem uczucia przy­krości. Do tej chwili bo­wiem dałbym sobie uciąć głowę, że łu­ska od naboju Krwa­wej Mary znala­zła się przy­pad­kowo w miej­scu, gdzie wylą­dowała łódka, którą przy­byli ci, co wła­mali się do radio­węzła. Teraz nie byłem tego aż tak pewien. Oka­zało się, że Purtak, Nosek, Piękny Anto­nio i Krwawa Mary to była paczka przyja­ciół czy też kole­gów waka­cyj­nych. Krwawa Mary mogła oczy­wiście mieć do Purtaka takie czy inne za­strze­żenia, ale za­pewne stano­wił on dla niej szansę wy­jazdu ze Zło­tego Rogu. I pomy­ślałem: owszem, la­tem w Złotym Rogu jest pięknie i ona znaj­duje tu cie­kawe towa­rzy­stwo. Ale je­sienią? Zimą? Win­netou miał rację, Purtak obiecał jej, że gdy dyrek­tor za­bierze go do War­szawy, on i dla Mary znaj­dzie tam miejsce.

— Co się pan tak zamy­ślił? — doszło do mnie pytanie Halinki.

Ock­nąłem się z zamy­ślenia:

— Czy nie mo­głaby pani zapro­sić mnie na bal gałga­niarzy? Sko­rzy­stam z okazji, żeby pokrę­cić się po ośrodku. Może trafię na ślad psa nadle­śni­czego?

Panna Ha­linka skinęła głową:

— Zgoda. Zapra­szam pana. Ale ja już domy­ślam się, gdzie jest ten pies. U Purtaka, w jego domku.

— Co też pani mówi? Na­prawdę?

— A tak. Dziś po obie­dzie Purtak wziął ze sto­łówki miskę z reszt­kami jedze­nia i zaniósł ją do swego domku. A trzeba panu wie­dzieć, że on ma domek nieco na osob­ności, ogro­dzony żywo­płotem. Gdy wrócił do swego biura, zakra­dłam się tam i sta­rałam się zaj­rzeć do jego pokoju przez okno. Nie­stety, nic nie wi­dzia­łam, bo w oknie są bar­dzo gę­ste fi­ranki. Usły­szały mnie psy i zaczęły szcze­kać.

— Psy?!

— No tak. Purtak ma jam­niczkę. Otóż daw­niej ta jam­niczka biegała po ca­łym ośrodku, a te­raz jest za­mknięta w jego domku. To właśnie wydało mi się podej­rzane i dlatego tam po­szłam. Nie omyli­łam się. Usły­szałam szcze­kanie dwóch psów. On trzyma swoją jam­niczkę w domu, bo wraz z nią ukrywa psa nadle­śni­czego.

— Wspa­niale — szep­nąłem — pani jest nad­zwy­czaj­nym detek­tywem.

— Tak pan są­dzi? — ucie­szyła się.

— Dziś wie­czorem, pod­czas balu, za­krad­niemy się pod domek Purtaka i upew­nimy się, czy to rze­czywi­ście pies nadle­śni­czego.

— Jak się pan upewni, skoro nigdy pan nie widział tego psa ani nie rozpo­zna pan jego szcze­kania? Pan nawet nie wie, jak on się wabi.

— Ra­cja. Ale myślę, że na balu rów­nież będzie Krwawa Mary. Ją o to popro­szę.

— Krwawa Mary? — obu­rzyła się.

— To prze­cież córka nadle­śni­czego. Im zginął ten pies.

Panna Ha­linka chytrze przy­mru­żyła oko.

— Krwawa Mary należy do jed­nej paczki z Pur­takiem i Pięk­nym Anto­nio. Je­śli do­wie się, że Purtak skradł im psa, po­kłócą się. I skoń­czy się przy­jaźń. A to bar­dzo dobrze — aż ręce zatarła, taka była zado­wolona. — Purtak jest przyja­cielem Anto­nia, który na pewno będzie się z nim solida­ryzo­wał. Krwawa Mary wy­padnie więc z ich to­warzy­stwa za to, że naro­biła Purta­kowi kłopo­tów.

Panna Ha­linka, zdaje się, lu­biła intrygi. Ale mnie ta jej in­tryga była na rękę. Cho­dziło prze­cież o odna­lezie­nie psa nadle­śni­czego.

— Spo­tkamy się więc na balu gałga­niarzy — upew­niłem się, ści­skając na po­żegna­nie dłoń Haliny.

— Tak. Proszę oczy­wiście zabrać odpo­wiedni strój — uśmiechnęła się do mnie.

Wró­ciłem do swo­jego stolika. A w tym czasie Krwawa Mary poże­gnała paczkę Purtaka i wró­ciła do swych zajęć na za­pleczu. Piękny Anto­nio i jego przyja­ciele zapła­cili za kawę. Nosek zabrał pudło z ciast­kami i cała trójka skie­rowała się do wyjścia.

Piękny Anto­nio na krótką chwilę za­trzymał się przy stoliku Elisa­beth.

— Je­dziesz do ośrodka, czy zosta­jesz tutaj? — zapytał.

— Oczy­wiście zostaję. Bądź tak uprzejmy i przy­nieś mi z sa­mo­chodu mój neseser.

Roze­śmiał się bez­czelnie:

— O nie, moja droga. Zgłoś się po niego do ośrodka, gdzie czeka na cie­bie twój domek cam­pin­gowy. I prze­stań robić minę wiel­kiej damy.

W tej chwili gotów byłem zerwać się ze swego miejsca i zażą­dać, aby przy­niósł Elisa­beth jej neseser. Ale po­wstrzymałem się. Prze­cież nie znalem młodej damy. Nie upo­waż­niła mnie do ta­kiego kroku. Nie znałem w ogóle tych ludzi i nie miałem naj­mniej­szego prawa wtrą­cać się w ich sprawy.

Opusz­czając ka­wiarnię Piękny Anto­nio za­uważył Halinę.

— O, jeszcze jedna zna­joma — stwier­dził głośno. — Może chcesz jechać do ośrodka? Po­je­dziemy moim nowym wozem. Chodź z nami, Ha­linka. Cieszę się bardzo, że cię tu spo­tkałem.

Zrobił to spe­cjalnie, aby Elisa­beth zrozu­miała, że on zna na­prawdę mnó­stwo dziew­cząt, które nie są tak ob­raźliwe jak ona.

Halina wstała od sto­lika i dołą­czyła się do towa­rzy­stwa. Wi­dzia­łem przez okno, jak wsia­dali do passata i odje­chali śmiejąc się z czegoś. Może z Elisa­beth, która pozo­stała w ka­wiarni? Ta dziew­czyna znala­zła się rze­czywi­ście w trudnej sytu­acji. Auto­bus do War­szawy już od­szedł. Piękny Anto­nio za­trzymał jej ne­seser, w któ­rym być może miała nie tylko swoje osobi­ste rze­czy, ale i pie­niądze.

Serce zabiło mi bardzo mocno. Oto miałem wspa­niałą szansę, aby poznać młodą damę. Ale jak to zro­bić, żeby jej nie urazić? Czy wypa­dało podejść do jej stolika i za­ofia­rować swoją bezin­tere­sowną pomoc? Jak na ta­kie po­stępo­wanie reagują praw­dziwe lady?

Pomy­ślałem, że praw­dziwe damy cechuje chyba rozsą­dek. Nie ob­razi się na mnie, bo nie jest gę­sią czy głupią kozą. Praw­dziwa dama zawsze zacho­wuje się wła­ściwie, czyli roz­sądnie.

Od­ważnie więc staną­łem przy jej stoliku i skło­niwszy się grzecznie powie­dzia­łem:

— Pani wyba­czy, ale mimo woli byłem świad­kiem pani kon­fliktu z jej znajo­mym. Wiem, że po­została pani tu w dość kłopo­tliwej sytu­acji. Proszę nie brać mi za złe, że go­tów je­stem zaofia­rować swoją bezin­tere­sowną pomoc.

— Ach tak — zaru­mieniła się jakby za­wsty­dzona świa­domo­ścią, że wiem o jej kło­potach.

— Au­tobus do War­szawy będzie dopiero jutro. W le­śni­czówce, gdzie miesz­kam, są wolne pokoje.

Pod­niosła na mnie swoje duże niebie­skie oczy.

— Nie wiem, czy mam prawo wyko­rzy­stywać pańską uprzejmość. Ale rze­czywi­ście nie widzę innego wyjścia, jak tylko prze­noco­wać tutaj i jutro odje­chać do War­szawy.

— W ta­kim ra­zie pod­wiozę panią do le­śni­czówki, gdzie załatwi pani nocleg. Mo­żemy to zro­bić za­raz.

— No tak, natu­ralnie — z roz­tar­gnie­niem skinęła głową, ciągle spo­gląda­jąc na mnie uważ­nie, jakby jeszcze zasta­na­wiając się, czy wy­pada przyjąć moją pomoc.

Ale rozsą­dek zwy­ciężył.

— Dzię­kuję panu — powie­działa i popro­siła kel­nerkę, aby przy­jęła od niej pienią­dze za kawę.

Za­prowa­dziłem Elisa­beth do wehi­kułu, otwo­rzyłem drzwiczki. Jedno­cześnie pilnie obser­wo­wałem jej twarz, ocze­kując, że po­jawi się na niej wyraz nie­chęci, bo mój wehi­kuł przy­pomi­nał odra­pane czółno na kół­kach. Ale ona usiadła w we­hikule z taką miną, jakby to był merce­des.

— Pani wyba­czy, że jeżdżę takim śmiesznym pojaz­dem — tłuma­czyłem — ale, nie­stety, nie stać mnie na inny. A poza tym to bardzo dobry wehi­kuł.

— Ro­zu­miem — uprzejmie kiw­nęła głową i ucięła roz­mowę na ten temat.

Nic nie wska­zywało na to, że ma ochotę słuchać moich zwie­rzeń o samo­cho­dzie. Zobo­wiąza­łem się za­wieźć ją do leśni­czówki i cze­kała, aż to zro­bię. Robiła wraże­nie, że nie ocze­kuje, abym się jej przed­stawił, ani sama nie zamie­rza tego uczy­nić. Uraziło mnie to trochę, bo by­łem przy­zwy­cza­jony do ła­twego zawie­rania znajo­mości. Piękny Anto­nio ma racją — pomy­ślałem — to za­pewne sopel lodu.

W zu­pełnym mil­czeniu, już nie zabie­rając głosu, zawio­złem lady do leśni­czówki i za­pre­zento­wałem ją żo­nie le­śni­czego, która zapro­wa­dziła ją do wol­nego pokoju. Młoda dama po­dzię­kowała mi grzecznie za oka­zaną jej po­moc, poza tym oświadczyła, że nigdy mi nie zapo­mni wy­świad­czonej uprzejmości. Jej ton dawał mi jed­nak do zrozu­mienia, że na­szą znajo­mość uważa za skoń­czoną, a w każ­dym razie nie pragnie jej konty­nu­ować. I wy­mó­wiwszy się zmę­cze­niem, na­tych­miast znik­nęła w swoim pokoju, który zresztą sąsia­dował z moim.

Wy­znaję, że i mnie prze­szła ochota na konty­nu­owanie znajo­mości z „praw­dziwą lady”.

Sopel lodu, kawa­łek drewna, ma­nekin — okre­ślałem ją w my­ślach. Moja męska próż­ność została ura­żona. Spo­dzie­wałem się przy­najm­niej, że po tym, co dla niej zrobi­łem, okaże mi tro­chę zainte­reso­wania. Ale cóż, to była może na­prawdę praw­dziwa dama, a takie przyj­mują każdą grzeczność za coś natu­ralnego i oczy­wi­stego. Z go­ryczą pomy­ślałem, że być może tak samo wobec mnie postą­piłaby słynna pięk­ność sprzed lat, Anna Orzel­ska z por­tretu w Niebo­rowie. I po­stano­wiłem, że po powro­cie do domu zdejmę ze ściany foto­grafię jej por­tretu.

Znowu poży­czyłem łódkę od le­śni­czego i obmy­ślając plan postę­powa­nia na balu, powio­słowa­łem do wi­gwamu Win­netou, aby wziąć udział w wy­kopa­niu to­pora wojen­nego prze­ciw Purta­kowi.

Ale zanim to się stało, Win­netou poka­zał mi swoje szkice do ilu­stracji no­wego wyda­nia książek Karola Maya. Zoba­czyłem strasz­liwe posta­cie czer­wono­skó­rych i białych rabu­siów, Win­netou i Old Sure­handa oraz innych zna­komi­tych west­manów.

Potem, gdy dzięki rysun­kom wpro­wa­dziłem się w odpo­wiedni nastrój, Win­netou i Mil­czący Wilk się­gnęli do szafy w ścia­nie i wyjęli z niej indiań­skie stroje. Prze­brali się w nie, twarze poma­lowali sobie na ko­lor wo­jenny.

Dla mnie wyna­leźli orygi­nalne som­brero, za­mszową bluzę z mnó­stwem kie­szeni i je­dwabną apaszkę pod szyję. Wy­gląda­łem w tym jak król cow­bojów.

— To mój poda­runek dla bladej twarzy zwanej green­hornem — oświadczył mi Win­netou. — Przyda ci się na balu gałga­niarzy.

— Świet­nie — ucie­szyłem się — zrobię sobie maskę z poń­czochy i będę wystę­pował jako „Zorro-jeź­dziec w ma­sce”.

Na­stępnie Win­netou i Mil­czący Wilk podsu­nęli ławę do ko­minka, na któ­rym paliły się brzo­zowe polana, i usie­dli na niej. Mnie wska­zali zydel.

— Czy blada twarz imie­niem Pan Samo­cho­dzik, a przeze mnie zwana green­hornem, pra­gnie poddać się eg­zami­nowi i stać się człon­kiem ple­mienia ludzi miłują­cych przy­rodę? — zapytał Win­netou.

Zrobi­łem w my­ślach rachu­nek sumie­nia. Przy­rodą intere­sowa­łem się od naj­wcze­śniej­szego dzie­ciństwa. Wie­dzia­łem, jak się zacho­wać w lesie, w górach, nad wo­dami. Znałem prze­pisy o ochro­nie środo­wiska natu­ralnego.

— Tak — odpar­łem po chwili zasta­nowie­nia.

Win­netou i Mil­czący Wilk wy­mienili między sobą spoj­rzenia. Za­pewne poro­zu­mie­wali się co do ko­lejno­ści pytań.

— Nie wy­starczy kochać przy­rodę. Ją trzeba także chronić — rzekł Mil­czący Wilk. — A więc pierw­szy waru­nek wstępny: czy blada twarz jest człon­kiem Ligi Ochrony Przy­rody?

— Tak. Oto moja legity­macja — się­gnąłem do port­fela i poda­łem le­gity­mację.

— Do­brze. Jakie gatunki drzew podle­gają ścisłej ochro­nie? — zapytał Win­netou.

— Cis. Limba. Brzoza ojcow­ska. Brzęk. Jarząb szwedzki.

— A ja­kie ro­śliny zielne?

— Pa­proć, widłaki, peł­nik, orlik pospo­lity, tojad, sa­sanka, zawilec, miłek, ro­siczka, ko­tewka, dyptam, mi­kołajek nad­morski, go­ryczki, sza­rotka, arnika, dzie­więćsił, pa­jęcz­nica, lilia złoto­głów...

— Do­syć. Słyszę, że blada twarz zna ro­śliny chro­nione. A krzewy i krze­winki?

Za­cząłem wy­mie­niać:

— Ko­so­drze­wina, wiśnia karło­wata, waw­rzynek wilcze łyko, waw­rzynek głów­kowy, kło­koczka połu­dniowa, bluszcz, róża­necz­nik żółty, wicio­krzew pomor­ski...

— W po­rządku — skinął głową Mil­czący Wilk. — A teraz na­stępne pytanie: jakie zwie­rzęta podle­gają ścisłej ochro­nie?

— Jeż, wszystkie gatunki ryjów­kowa­tych, kret, nieto­perz, zając bielak, świstak, bóbr, pilchowate, niedź­wiedź, grono­staj, ła­sica, łaska, norka euro­pejska, kuna do­mowa, żbik, żubr, kozica.

— Blada twarz mówi słusz­nie — ucie­szył się Win­netou. — A płazy?

— Sa­laman­dra, kumak nizinny i ku­mak górski, traszki, grze­biuszka ziemna, rze­kotka drzewna, ro­pucha pa­skówka...

— A gady?

— Żółw błotny, jasz­czurka zwinka, jasz­czurka żywo­rodka, padalec zwy­czajny, wąż Esku­lapa, gnie­wosz plami­sty, za­skro­niec zwy­czajny.

Win­netou i Mil­czący Wilk po­wstali ze swych miejsc.

— Blada twarz imie­niem Pan Samo­cho­dzik — rzekł uro­czyście Win­netou — od tej chwili prze­stała być bladą twarzą. Czy Mil­czący Wilk widzi po­trzebę, aby pytać ją jesz­cze, jak powi­nien czło­wiek zacho­wywać się w lesie lub nad wodą?

— Nie — odparł Mil­czący Wilk — on wie to wszystko. Dla­tego wypa­limy z nim fajkę pokoju i uczy­nimy go swoim bratem.

— Nasz nowy brat — powie­dział o mnie Win­netou — okazał roz­wagę i mą­drość godną wiel­kiego wo­jow­nika. Dla­tego nie bę­dziemy więcej nazy­wać go green­hornem. Czy nasz nowy brat zgadza się wraz z Win­netou i Mil­czącym Wil­kiem zasiąść przy jednym ogni­sku i wypa­lić z nimi fajkę pokoju?

— Będę tym za­szczy­cony.

— Imię na­szego brata brzmi To­masz. Nosi on prze­zwisko Pan Samo­cho­dzik, ale przy­pomina to śmier­dzące spali­nami ma­szyny. Nasz brat, jak już powie­dzia­łem, jest mądry i roz­ważny jak sowa. Niech mi bę­dzie wolno nazwać go Szarą Sową. Win­netou ma prze­czucie że imię to sta­nie się wkrótce sławne nad mazur­skimi jezio­rami. Przy wie­czor­nych ogni­skach będą o nim opo­wiadać harce­rze i my­śliwi, żegla­rze i wędka­rze. Howgh.

Win­netou zdjął ze ściany wi­szącą na gwoź­dziu długą fajkę, ozdo­bioną pió­rami. Napeł­nił ją tyto­niem o nazwie amfora, zapa­lił, wy­dmu­chał dym ku niebu i ku ziemi, a po­tem na cztery strony świata. Na­stępnie podał fajkę mnie, a ja po­stąpiw­szy podob­nie, poda­łem ją Mil­czą­cemu Wil­kowi.

— Niech mi bę­dzie wolno — rzekł Win­netou — zwać Szarą Sowę swoim bratem. A Szara Sowa niechaj uważa Win­netou za swego brata. Mój wi­gwam jest twoim wi­gwa­mem, a moje myśli nie będą tajem­nicą dla Szarej Sowy.

Te same słowa usły­szałem i od Mil­czą­cego Wilka. A wtedy powie­dzia­łem:

— Szara Sowa jest tylko prze­lotnym pta­kiem nad tym pięk­nym jezio­rem. Przy­był tu, aby bronić piękna tego zakątka prze­ciw zabor­czym planom bladej twarzy o na­zwisku Purtak. Mój wi­gwam pozo­stał daleko stąd, aż w War­szawie. Lecz Win­netou i Mil­czący Wilk niech wiedzą, że jego wi­gwam jest także ich wi­gwa­mem, a myśli Szarej Sowy nie będą dla nich tajem­nicą. Szara Sowa ma przed sobą dwa tygo­dnie, które posta­nowił spędzić w Złotym Rogu. Swoje ramię oddaje do po­mocy Win­netou wie­dząc, że wy­korzy­sta on je w dobrej spra­wie ochrony przy­rody.

A gdy wypo­wie­dzia­łem te słowa, Win­netou wziął z domu szpadel i skinął na nas, aby­śmy wyszli z nim na dwór. Kil­koma ru­chami szpadla odsu­nął ziemię obok małego krzaka dzi­kiego bzu i wyjął owi­nięty w na­tłusz­czony papier — ogromny in­diański topór. Ujął go w rękę, za­mach­nął się nim parę razy i prze­mówił:

— Blade twarze z ośrodka wcza­sowego dowie­dzą się tej nocy, że przy­roda ma także swoich obroń­ców. Win­netou, Mil­czący Wilk i Szara Sowa dopiszą dziś nowy roz­dział do kroniki swoich czy­nów. Nie po­zwo­limy, aby na­sze je­zioro stało się śmier­dzą­cym bajo­rem, które omijać będzie dzikie ptac­two, a zatrute ryby ukażą swoje brzu­chy. Oto jest nasz topór wo­jenny. Niech myśl o nim spędza sen z powiek bladym twa­rzom z ośrodka wcza­sowego i wszystkim tym, którzy niszczą natu­ralne środo­wisko czło­wieka. Blade twarze chcą posiąść te te­reny za po­mocą gwałtu, prze­kup­stwa, intryg i fał­szy­wych oskar­żeń. Ale wszystkie ich kno­wania prze­tnie ostrze tego topora. Howgh.

To mó­wiąc Win­netou uderzył topo­rem w jedną z odrośli krzaka bzu i prze­ciął je jak za­pałkę. A póź­niej mówił dalej:

— Przy­sięgam, że nie spo­cznę, nie za­znam spo­koj­nego snu ani nie najem się do syta, dopóki nad tym je­ziorem nie za­panuje cisza. Wypę­dzimy stąd śmier­dzące moto­rówki, zmu­simy do mil­czenia krzy­czące usta gigan­tofo­nów. Kto będzie chciał prze­bywać nad je­ziorem, będzie musiał szano­wać prawa przy­rody.

— Howgh — rzekł Mil­czący Wilk.

— Howgh — po­wie­dzia­łem i ja, Szara Sowa. I doda­łem: — Blada twarz nazwi­skiem Purtak musi doznać sto­krot­nych cier­pień przy palu mę­czeń­stwa. Nie żądam jego krwi. Męka zawie­dzio­nych ambicji jest nie­kiedy gorsza od mąk fizycz­nych. Purtak odej­dzie stąd w niesła­wie, a cóż może być gor­szego dla męż­czyzny?

Usły­szeli­śmy skoczną mu­zykę gigan­tofo­nów na drugim brzegu. Głos niosły wody jeziora, odbijał go i zwie­lokrot­niał las na na­szej stronie. W ośrodku wcza­sowym rozpo­czynała się za­bawa.

Win­netou wy­niósł na po­dwórko zro­biony ze skóry bęben wo­jenny. Przy­kucnął i zaczął w niego ude­rzać dłońmi. Usły­szałem rytm wojen­nego bębna Iroke­zów, który popły­nął przez wodę w stronę ośrodka wcza­sowego i mu­siał tam być sły­szalny mimo wrza­skliwej muzyki z gi­ganto­fonów.

I ja rów­nież, wio­słując do le­śni­czówki, długo sły­szałem warkot bębna. Rytm zwia­stujący wojnę docho­dził mych uszu jeszcze i wów­czas, gdy dobi­łem do przy­stani w leśni­czówce i wy­ciąga­jąc na brzeg łódkę ujrza­łem sie­dzącą na le­żaku lady Elisa­beth.

— Och, jaki piękny ma pan ubiór — raczyła zauwa­żyć młoda dama. — A czy nie wie pan, któż to tak bębni w lesie przez cały wie­czór?

— To mój przyja­ciel Win­netou ogłasza całemu światu, że wstąpił na ścieżkę wo­jenną.

— Win­netou? — zdzi­wiła się lekko — zdaje mi się, że znam tę osobę. Ale ra­czej z litera­tury.

— Słusz­nie, milady — rze­kłem, zdej­mując kape­lusz i kła­niając się z naj­więk­szą galan­terią — w isto­cie rzeczy, Win­netou jest po­stacią lite­racką. Ale w tej okolicy za­miesz­kał pewien czło­wiek, który zbu­dował wi­gwam i stara się tu żyć na sposób indiań­ski. On to przy­brał sobie imię Win­netou. I on to właśnie uderza w bę­ben.

— Dla­czego to robi? Czyżby nie lu­bił ci­szy?

— A słyszy pani mu­zykę z ośrodka wcza­sowego? To ich gi­ganto­fony zakłó­cają ci­szę nad jezio­rem. Ich moto­rówka hała­suje bez prze­rwy na wodzie, wy­płasza ptac­two i brudzi wodę. Kie­rownik Purtak, który został pani dziś przed­sta­wiony, chce za po­mocą najróż­niej­szych intryg stać się panem całego jeziora i roz­budo­wać ośro­dek. To właśnie prze­ciw jego kno­wa­niem swój topór wo­jenny wyko­pał Win­netou.

— Ro­zu­miem, bawi­cie się, pano­wie, w Indian. Za­pewne w dzie­ciń­stwie mieli­ście zbyt suro­wych rodzi­ców — stwier­dziła lady i jak przy­stało na bar­dzo wy­tworną osobę, znowu nie okazała więk­szego zainte­reso­wania tema­tem.

O czym z nią roz­ma­wiać? Chyba tylko o pogo­dzie — pomy­ślałem, wspo­mina­jąc książki o an­giel­skich lady, gdzie temat pogody bywał zawsze mile wi­dziany. A prze­cież mógł­bym jej powie­dzieć, że to może dzięki takim jak Win­netou i Mil­czący Wilk jezioro w Złotym Rogu uniknie za­głady swego życia biolo­gicz­nego i stanie się oazą spo­koju i praw­dzi­wego wypo­czynku.

Jak rozkru­szyć ten so­pel lodu? — zasta­na­wiałem się.

Wyją­łem z kie­szeni przy­goto­waną u Win­netou poń­czochę z dziu­rami na nos, usta i oczy, nacią­gnąłem ją na twarz i zawo­łałem do lady, udając zbira:

— U hu hu...

Na­reszcie jakby nikły uśmiech po­jawił się na jej ustach.

— Pan jest bardzo weso­łym czło­wie­kiem — stwier­dziła. — Czy wy­biera się pan na bal ma­skowy?

— Tak. Dziś wie­czorem w ośrodku wcza­sowym jest bal gałga­niarzy.

Uśmiech pierzchnął na­tych­miast z jej ust.

— Ach, tak — szepnęła i za­myśliła się.

Posze­dłem do swego pokoju i koń­czyłem ostat­nie przy­goto­wania do wyjścia, gdy ktoś zapu­kał do moich drzwi.

— Mi­lady?

— Prze­pra­szam pana — ode­zwała się nie­śmiało, z wy­razem zaże­nowa­nia na ładnej buzi. — Ośmielam się jednak zapytać, czy nie mógłby pan wziąć mnie ze sobą do ośrodka wcza­sowego. Jak panu wia­domo, za­brano tam mój neseser. Mam w nim przy­bory toale­towe, szla­frok, nocną koszulę — za­rumie­niła się przy tych sło­wach, jakby nosze­nie noc­nych koszul było czymś nad wyraz wsty­dliwym i nie­sto­sow­nym, a w każ­dym razie nie nale­żało o tym mówić w to­warzy­stwie męż­czyzny.

— I są­dzi pani, że Piękny Anto­nio bez żad­nych oporów wyda pani neseser?

— Och, użyję pod­stępu. Po­wiem mu, że zdecy­dowa­łam się pozo­stać w ośrodku, za­żądam domku i nese­sera. On za­prowa­dzi mnie do domku i da ne­seser, a ja za­niosę go do pana samo­chodu. O ile, rzecz jasna, da mi pan klucze od wozu i poje­dzie pan tam samo­cho­dem. Potem po­wrócę tu ra­zem z panem. I nese­serem.

— O, milady! — za­woła­łem z uda­nym zdu­mie­niem — prze­nigdy nie są­dził­bym, że stać panią na po­dobne pod­stępy. Choć pomysł oczy­wiście jest bardzo dobry.

— Czy rze­czywi­ście postą­pię bardzo niesto­sownie? — za­kłopo­tała się. — Ale i ja zo­stałam tutaj zwa­biona pod­stępem. Wy­daje mi się, że win­nam panu pewne wyja­śnienia w związku z tą sprawą. Otóż Piękny Anto­nio jest moim znajo­mym. Przed­wczo­raj spo­tkałam go na ulicy i powie­dzia­łam mu, że nie­spo­dzie­wanie otrzy­małam urlop, a nie mam zała­twio­nych wcza­sów. Oświadczył mi, że on je­dzie do swego przyja­ciela, który prowa­dzi ośro­dek wcza­sowy, i znaj­dzie się tam dla mnie domek cam­pin­gowy. Zgo­dziłam się. A potem oka­zało się, że mam być damą do to­warzy­stwa dla kie­row­nika.

— Nie spodo­bał się pani?

— Nie odpo­wiada mi taka rola.

— Ro­zu­miem. Ale okolice Zło­tego Rogu chyba są bar­dzo ładne, prawda?

— Tak. Podoba mi się tutaj. Po raz pierw­szy znala­złam się na Mazu­rach.

— Więc może pani tu pozo­stanie?

— W ośrodku wcza­sowym? — wy­raz wstrętu pojawił się na jej twa­rzy.

— Nie. U le­śni­czego. Na złość Pięk­nemu Anto­nio i Purta­kowi.

— Nie zależy mi na tym, aby komuś robić na złość — rzekła ta wy­tworna osóbka.

 


ROZDZIAŁ SIÓDMY [top]

NA BALU GAŁGANIARZY • LADY WRACA DO NIEWOLI • TAJEMNICA DOMKU CAMPINGOWEGO • POJAWIENIE SIĘ CZERWONOSKÓRYCH • KTO ROZPOZNA PSA? • CZY MOŻNA ZAUFAĆ KRWAWEJ MARY? • SEKRETARKA KRZYŻUJE NASZE PLANY • LADY ELISABETH I LADY MAKBET • MAM OSTRY START • PODEJRZLIWOŚĆ PURTAKA • PODWÓJNY JĘZYK SKWAW

 

Zapar­kowa­łem wehi­kuł przed bramą ośrodka wcza­sowego, wrę­czyłem milady klucze od mojego samo­chodu. Wąsaty portier wpu­ścił nas bez prze­pustek, ponie­waż z okazji balu zapro­szono wiele osób ze Zło­tego Rogu.

Zapadł już zmierzch, w ośrodku paliły się ja­rze­niowe lampy, rozrzu­cające wokoło swoje trupie światło. Gi­ganto­fony ryczały melo­dię tanga mi­longa.

Bal, a raczej zabawa ta­neczna, odby­wał się w sto­łówce, miesz­czącej się w długim baraku, jednym z tych szpet­nych budyn­ków, któ­rymi upstrzono brzeg prze­pięk­nego jeziora. Przez otwarte okna widać było tań­czące pary. Prawie wszy­scy go­ście byli prze­brani — nosili zawoje z ręcz­ników na gło­wach, fezy, bur­nusy z prze­ściera­deł. Naj­więcej było, rzecz jasna, prze­róż­nych piratów oraz Cyga­nek w kolo­rowych bluz­kach i przy­długich su­kien­kach. Zoba­czyłem przez okno Krwawą Mary tań­czącą z Purta­kiem, była w stroju my­śliw­skim — na głowie miała kapelu­sik z piór­kiem, Purtak miał na twarzy wąską ma­seczkę.

Podob­nie wą­ską, wy­tworną, czarną ma­seczkę nosił i Piękny Anto­nio. O, jakże roz­pro­mienił się na widok Elisa­beth. Potem zmarszczył groźnie brwi, zoba­czyw­szy, że przy­bywa w mę­skim towa­rzy­stwie Zorra.

— Wi­dzę, że poszłaś po ro­zum do głowy — po­wie­dział do lady. — A kim jest ten pan?

— Je­stem Hulot — przed­stawi­łem się.

Ale on chyba już za­po­mniał o roz­mowie przed ka­wiarnią, bo moje nazwi­sko przyjął jako praw­dziwe.

— Miło mi nie­zmier­nie, panie Hulot — rzekł z fał­szywą grzecznością. — Mam na­dzieję, że nie znajdę w panu prze­ciw­nika, który zechce ode­brać mi moją brankę. Bo trzeba panu wie­dzieć, że pani Elisa­beth została wzięta w ja­syr.

— Ten pan — rzekła mu Elisa­beth, skła­niając głowę w moim kie­runku — po pro­stu pod­wiózł mnie tutaj z wioski. A te­raz, Anto­nio, zapro­wadź mnie do mojego domku i daj mi mój neseser. Chcia­łabym się prze­brać i przyjść także na bal.

— Tak, tak, oczy­wiście — zgo­dził się Anto­nio. Ujął pod rękę Elisa­beth i popro­wadził ją do dłu­giego rzędu kolo­rowych budek, które na­zwano dom­kami cam­pingo­wymi.

W drzwiach sali tanecz­nej na­tkną­łem się na Ha­linę. Prze­brana była za Cy­gankę, miała kolo­rową bluzkę i duże kółka-klipsy przy­cze­pione do uszu. Na wło­sach nosiła barwną, pstro­katą chus­teczkę. Pa­trzyła w ślad za Anto­niem i Elisa­beth, odcho­dzą­cymi alejką między dom­kami.

— To pan przy­prowa­dził tu tę lalę z War­szawy? — burk­nęła nie­chętnie.

— Tak. Ale ona nie chce tu zostać. Po­wiem pani w tajem­nicy, że wy­najęła już po­kój w leśni­czówce, a te­raz przy­szła po neseser, któ­rego Anto­nio nie chciał jej od­dać. Ona nie stanie pani na drodze do Anto­nia.

— To dobrze. Starczy mi Krwa­wej Mary — rzekła ze zło­ścią. — A teraz chodźmy się bawić. Jeszcze chyba za wcze­śnie, aby zakraść się do domku Purtaka.

Zatań­czyłem z Ha­liną dwa tańce — co spra­wiło mi zresztą dużą przy­jem­ność, ponie­waż lubię tańczyć, a Ha­lina była dobrą tan­cerką — gdy na sali zjawił się Piękny Anto­nio. Był sam, za­pewne Eliza­beth powie­działa mu. że zamie­rza się prze­brać i kazała mu wrócić na za­bawę. Anto­nio pod­szedł zaraz do Purtaka, ba­wią­cego się z Krwawą Mary, za­trzymał ich i coś im mówił z oży­wie­niem. Purtak śmiał się bardzo głośno, przy­pusz­czać mo­głem, że Anto­nio opo­wiadał mu o powro­cie Eli­sabeth.

Halina nie mogła znieść tej we­sołości, prze­rwała taniec i wycią­gnęła mnie przed barak.

— Nie cierpię Krwa­wej Mary — powta­rzała z uporem, tak jakbym o tym nie wie­dział. — Odkąd ona tu jest, Anto­nio znowu nie zwraca na mnie żadnej uwagi. Czy wie pan, że on za­mierza zabrać ją do War­szawy?

— Owszem, sły­szałem o tym — skiną­łem głową.

Space­rując przed bara­kiem, ode­szliśmy główną alejką, obsa­dzoną dość wyso­kim żywo­płotem ze śliwy sybe­ryjskiej.

Nara­stała we mnie niechęć do Ha­liny, bo nie lu­bię aż tak za­zdro­snych dziew­cząt.

Od strony bramy wyjaz­dowej ośrodka nade­szła Elisa­beth. Zdą­żyła się jednak prze­brać, bo kreto­nową su­kienkę zmie­niła na rów­nież błę­kitną, ale z wełny, robioną na drutach. Su­kienka była bardzo obcisła i teraz można było ocenić, jak bardzo jest Elisa­beth zgrabna.

— Pro­szę — powie­działa, wrę­czając mi klu­cze do wehi­kułu. — Mój neseser znaj­duje się w pań­skim wozie. Od tej chwili gwiż­dżę so­bie na Anto­nia i Purtaka.

— Lady?! — za­woła­łem z akcen­tem potę­pienia w gło­sie. — Czy godzi się, aby dama gwiz­dała?

Zaru­mieniła się, co było wi­doczne nawet w okrop­nym świetle lamp jarze­nio­wych.

— Ma pan słusz­ność. Ale je­stem już u kresu wy­trzy­mało­ści ner­wowej. Czy pan wie, jak strasz­nie Anto­nio wy­śmie­wał się ze mnie, gdy prowa­dził mnie do domku cam­pingo­wego i odda­wał ne­seser? Mówił: „Wró­ciłaś jednak, ko­teczku. Wró­ciłaś, owieczko, przy­szłaś do nas, za­jączku. Ja wiem, jak trzeba postę­pować z dziew­czę­tami. Ze mną żadna nie bę­dzie robić fochów”. Dla­tego posta­nowi­łam się ze­mścić. Pozo­stanę tu jesz­cze trochę, będę tańczyć, śmiać się, bawić, a gdy pan zdecy­duje się na powrót do le­śni­czówki, wy­mknę się z balu.

— Jak Kop­ciuszek — rze­kłem.

— Ale nie zo­stawię im na­wet swego panto­felka.

— Za­iste, zemsta godna praw­dziwej lady — stwier­dziłem z głę­bokim prze­kona­niem.

— Tak, pani jest wspa­niała — zgo­dziła się Ha­linka, albo­wiem wie­działa już na pewno, że Eli­zabeth nie stanie jej na drodze do Anto­nia.

W tym mo­mencie za ple­cami Elisa­beth za­szem­rało coś w żywo­płocie. Piękna lady obej­rzała się prze­stra­szona i zoba­czyła dwóch czer­wono­skó­rych wy­chyla­jących się zza krza­ków. Na gło­wach mieli wspa­niałe pióro­pusze, twarze ich poma­lowane były ja­skrawo.

— O Boże! — jęknęła.

Halina także wyglą­dała na zasko­czoną. Nie uprze­dziłem jej prze­cież, że Win­netou i Mil­czący Wilk przy­płyną tu na kanu i pod osłoną ciem­ności za­kradną się do ośrodka, aby pomóc mi w odna­lezie­niu psa nadle­śni­czego.

— Pro­szę pa­miętać, milady — po­wie­dzia­łem uspo­kaja­jąco — że od­bywa się tu­taj bal gałga­niarzy i obo­wią­zują do­wolne stroje.

— Ro­zu­miem — ode­tchnęła z ulgą Elisa­beth — ci pa­nowie wyglą­dają jednak tak auten­tycznie...

— To moi przyja­ciele — wyja­śniłem — Win­netou i Mil­czący Wilk.

Win­netou zapytał mnie półgło­sem:

— Czy białe skwaw, z któ­rymi roz­mawia Szara Sowa, są tymi skwaw, które zapro­wadzą nas do wi­gwamu Purtaka?

— Tak. Ta oto biała skwaw imie­niem Halina wie, gdzie jest wi­gwam Purtaka.

Win­netou potrzą­snął wspa­niałym pióro­puszem.

— Dzicy mężo­wie nie zapo­mną jej do­brego czynu — rzekł z po­wagą.

— A ta druga biała skwaw — wska­załem Eliza­beth — to biała lady, która znala­zła się w nie­woli Purtaka. Szara Sowa posta­nowił ją uwol­nić.

Win­netou znowu skinął pióro­puszem.

— Mój brat, Szara Sowa, uczynił słusz­nie. A więc to jest lady?

— Tak. Praw­dziwa lady.

— Lady — po­wtórzył Win­netou i przyj­rzał się jej bacznie. — Praw­dziwa lady to dziś rzadki okaz.

Wy­ciągnął przez żywo­płot swoją dłoń i ujął ma­lutką rękę Elisa­beth. Potrzą­snął ją mocno, aż lady przy­kuc­nęła.

— O Boże — jęknęła znowu trochę prze­stra­szona.

A Win­netou oświadczył groźnie:

— Win­netou nie ufa żadnej skwaw, albo­wiem wszystkie one mają język roz­dwo­jony. Ich słowa przeczą ich czy­nom, ich czyny przeczą sło­wom. Ale tym ra­zem Win­netou zaufa białym skwaw. Chodźmy więc do wi­gwamu Purtaka.

Ktoś poka­zał się w drzwiach sali tanecz­nej, więc moi przyja­ciele skryli się za żywo­płotem. Ująłem pod ręce obie dziew­czyny i udając, że chcemy od­być krótki spacer, poszli­śmy wolno główną alejką. Win­netou i Mil­czący Wilk skra­dali się za nami wzdłuż żywo­płotu.

Elisa­beth wciąż nie mogła ochło­nąć ze zdu­mienia, wy­woła­nego sło­wami Win­netou.

— Oni na­prawdę są pań­skimi przyja­ciółmi? — ośmie­liła się zapytać. — Tro­chę ich się oba­wiam. Nie wyglą­dają na takich, którzy przy­szli się bawić, ale ra­czej doko­nać ja­kiegoś strasz­nego czynu.

— Są na ścieżce wojen­nej — powie­dzia­łem. — Prze­cież sły­szała pani głos bębna? Wyko­pali­śmy topór wo­jenny. Ja je­stem ich bratem i, jak dowie­działa się pani, otrzy­małem imię Szara Sowa.

— Tak, tak, ro­zu­miem — rzekła z roz­tar­gnie­niem, bo w rze­czywi­stości nic nie rozu­miała. — Ale dla­czego zamiast bawić się, oni robią takie groźne miny?

— Pur­tak ukradł psa nadle­śni­czemu i być może więzi go w swoim wi­gwa­mie. Mu­simy zbadać tę sprawę.

— Ukradł psa? — Elisa­beth zamru­gała powie­kami. — Pan wyba­czy, ale ja nic nie ro­zu­miem.

— Na­reszcie — stwier­dziłem.

— Co naresz­cie?

— Na­reszcie pani nic nie rozu­mie. Bo do tej pory pani wszystko ro­zu­miała i dlatego nie mo­głem ni­czego wyja­śnić. Teraz jednak nie mam już na to czasu.

Byli­śmy poza zasię­giem lamp jarze­nio­wych. Halina skrę­ciła w boczną uliczkę, gdzie stało zaled­wie kilka dom­ków cam­pingo­wych. Na sa­mym końcu uliczki, w pew­nym odda­leniu od in­nych, znaj­dował się sa­motny domek oto­czony żywo­płotem. Domy­śliłem się, że to jest właśnie miesz­kanie Purtaka. Jak z tego wyni­kało, kie­rownik ośrodka na własny użytek cenił sobie ciszę i od­osob­nienie i za­miesz­kał jak najda­lej od gigan­tofo­nów i innych wcza­sowi­czów.

Domek składał się z poko­iku, mikro­skopij­nej ku­chenki i ma­lutkiej sieni. Na oknach były okien­nice, teraz za­mknięte, więc nie mogli­śmy zajrzeć do środka.

Gdy tylko zbliży­liśmy się do drzwi, we­wnątrz domku za­szcze­kał grubo pies. A po chwili ode­zwał się drugi psi głos.

Niemal bez­sze­lestnie, kocimi sko­kami, nad­biegli Win­netou i Mil­czący Wilk. Dzięki żywo­płotowi, który obra­stał wszystkie uliczki w ośrodku, udało im się tu przyjść nie­zauwa­żenie w ślad za nami.

— Biała skwaw miała rację. Tu są dwa psy — stwier­dził Win­netou.

— To prawda. Ale czy ten drugi należy do nadle­śni­czego?

Psy szcze­kały coraz gło­śniej i zaja­dlej.

— Po­winni­śmy się stąd wyco­fać — rzekł Win­netou. — Szcze­kanie słychać bardzo daleko i może dojść do uszu Purtaka.

Ode­szliśmy od domku na dużą odle­głość i szcze­kanie urwało się.

— Mógł­bym teraz wsiąść w we­hikuł i poje­chać do nadle­śnictwa — ode­zwa­łem się. — Myślę że po­trafił­bym nakło­nić nadle­śni­czego, aby przybył tutaj i spraw­dził, czy to nie jego pies został uwię­ziony przez Purtaka. Jeśli jednak okaże się, że Purtak ma ja­kiegoś innego psa, zbłaź­nimy się, a to może okazać się bardzo nieko­rzystne dla na­szych przy­szłych planów...

— No to co ro­bić? Nie bę­dziemy chyba sie­dzieć tutaj z zało­żonymi rękami — ode­zwał się Mil­czący Wilk. — Może wła­miemy się do wi­gwamu i zabie­rzemy oby­dwa psy, a potem wyja­śnimy, czy je­den z nich jest psem nadle­śni­czego. Teraz, pod­czas zabawy w ośrodku, to jedyna okazja, aby doko­nać ta­kiej akcji.

— Na zaba­wie znaj­duje się Krwawa Mary — za­brałem głos po chwili zasta­nowie­nia. — Ona potrafi rozpo­znać szcze­kanie psa jej ojca. Jestem pewien, że zdołam ją na­kłonić, aby przy­szła tu ze mną.

— Nie ufam żadnej skwaw, a tym bar­dziej Krwa­wej Mary — zaopo­nował Win­netou.

— Ona trzyma z Pur­takiem — ode­zwała się mil­cząca dotąd Halina. — Pur­tak i Anto­nio obie­cali jej pracę w War­szawie. Jeśli się dowie, że chcecie uwol­nić psa, zdradzi was.

— Tak, skwaw mają po­dwójne języki — powie­dział Win­netou.

Młoda lady zwró­ciła się do mnie z pyta­niem:

— Dla­czego ten pan wciąż mówi tak źle o ko­bietach? Prze­cież nie wszystkie ko­biety kłamią.

— Słusz­nie — zgo­dziłem się z nią. — Zresztą, nie mamy wyboru i mu­simy zary­zyko­wać. Jestem prze­konany, że mimo chęci wy­jazdu do War­szawy, Krwawa Mary nas nie zdradzi. Osta­tecznie to pies jej ojca. Będzie zasko­czona, gdy się okaże, że Purtak ukradł psa, i za­pewne opowie się po naszej stronie. A poza tym zrodził się w mojej głowie plan, który unie­moż­liwi jej zdradę. Win­netou i Mil­czący Wilk pozo­staną tutaj na czatach, a my pój­dziemy na za­bawę. Po­roz­ma­wiam z Krwawą Mary i przy­prowa­dzę ją tutaj. Jeśli rozpo­zna psa swego ojca, wów­czas Win­netou i Mil­czący Wilk zabiorą ją swoją kanu po nadle­śni­czego. W ta­kiej sytu­acji nie będzie miała okazji, aby nas sypnąć.

— Zgoda — przy­taknął Win­netou — z ust Szarej Sowy płynie mą­drość.

Oby­dwaj mężo­wie ukryli się za żywo­płotem. A ja wzią­łem pod rękę młodą lady i Halinę, i ru­szyli­śmy do baraku.

W sali tanecz­nej nadal ba­wiono się we­soło. Grano właśnie „Ostatni walc”.

— Mam prośbę — zwró­ciłem się do Haliny — wolę nie kręcić się po sali. Najle­piej będzie, jeśli pani wej­dzie między tańczą­cych i gdy skoń­czy się ten kawa­łek, wy­woła na dwór Krwawą Mary.

Usia­dłem z lady na ła­weczce przed bara­kiem, a Halina weszła do środka.

Zdją­łem maskę Zorra, którą do tej pory nosi­łem na twarzy. Było mi w niej bardzo gorąco i nie­wy­godnie.

— Czy mógłby mi pan wyja­śnić wasze dziwne postę­powa­nie?... — zagad­nęła mnie lady.

Za­cząłem mówić o przy­czy­nach mego przy­jazdu do Zło­tego Rogu, bo prze­cież miało to istotne zna­czenie dla całej sprawy, ale raptem wyrósł obok mnie Piękny Anto­nio.

— Eli­sabeth — rzekł gniew­nie — gdzie ty się po­dzie­wasz? Twój domek za­mknięty, na sali balo­wej cię nie ma. Za­cząłem podej­rzewać, że ucie­kłaś z ośrodka. A ty sie­dzisz tutaj z panem Hulo­tem...

Urwał. Zoba­czył mnie bez maski i przy­po­mniał sobie swoje żarty przed ka­wiarnią. Do­myślił się te­raz, że poda­jąc mu nazwi­sko „Hulot” za­żarto­wałem sobie z niego. Roz­gnie­wało go to tym bar­dziej.

— Pan Hulot — powie­dział roz­sier­dzony — ma upodo­banie do sta­rych samo­cho­dów, ale woli młode dziew­czyny, hę? I to cudze, prawda?

Szukał wyraź­nie za­czepki ze mną, a ja nie mo­głem mu stawić czoła, bo chcia­łem, aby jak naj­szyb­ciej stąd odszedł. Dla­tego nie za­reago­wałem na jego słowa tak, jak bym tego chciał.

— Nie wie­dzia­łem, że lady Elisa­beth jest pańską dziew­czyną — odpo­wie­dzia­łem uprzejmie.

— Lady Eliza­beth? — roze­śmiał się. — Oświadczam panu, że ona nie jest żadną lady, a po pro­stu Elką, która uro­dziła się na Solcu. Jej mama pracuje jako salowa w szpi­talu, a tata jest ślusa­rzem. Na te swoje wielkie miny może nabrać tylko takiego faceta jak pan, mnie tym nie zaim­ponuje. Odkąd zaczęła praco­wać jako tłu­maczka w Mi­nister­stwie Spraw Zagra­nicz­nych i parą razy pod­wie­ziono ją służ­bowym merce­desem, zaczęła nosa zadzie­rać. Czym pan chce jej zaim­pono­wać? Swoim gratem, pudłem, mu­zeal­nym ekspo­natem samo­cho­dowym? Ona sobie wyma­rzyła wyjść za mąż za an­giel­skiego lorda i jeździć rols-roysem. Kręci nosem nawet na Purtaka...

— Niech pan mu nie wierzy, że chcę wyjść za mąż za lorda — szepnęła Eli­sabeth, Wy­dawało mi się, że jest bliska płaczu, ale, jak przy­stało na lady, opa­nowała się.

— No, dość gada­nia, chodź na salę do Purtaka — rzekł jej roz­kazu­jąco Piękny Anto­nio.

Czu­łem, że lady się sprze­ciwi, co mo­głoby utrud­nić moją sytu­ację. Dla­tego po­pchnąłem ją deli­katnie w stronę Anto­nia. Chyba zrozu­miała, o co mi chodzi, bo po­słusz­nie po­szła w jego towa­rzy­stwie.

Piękny Anto­nio zawo­łał do mnie na od­chod­nym:

— Na­wet z lady trzeba ostro, panie Hulot.

Znik­nęli w drzwiach i jedno­cześnie urwała się melo­dia „Ostat­niego walca”. Z sali tanecz­nej wysy­pało się mnó­stwo ludzi, wyszła także Halina z Krwawą Mary.

— Ma pan do mnie jakąś sprawę? — za­pytała mnie Krwawa Mary, zbli­żając się do ławki, na któ­rej sie­dzia­łem.

— W domu Purtaka są dwa psy — wyja­śniłem. — Jeden z nich należy do niego. Ale drugi? Może to jest pies pani ojca? Gdy zaczną znowu grać, odda­limy się ostroż­nie i pój­dziemy do tego domku. Myślę, że roz­pozna pani po szcze­kaniu wa­szego psa.

— Czyżby pan miał rację i Purtak rze­czywi­ście maczał palce w kra­dzieży psa? — rzekła w za­myśle­niu.

Nie wyglą­dała na zmar­twioną tą in­forma­cją. Nie sprzy­jała więc chyba Purta­kowi, jak to sobie wy­obra­żali Win­netou i Halina.

„Nie, ona nas nie zdradzi — po­my­ślałem — nie mogę chyba aż tak bardzo mylić się w swoich sądach o lu­dziach”.

Po­dzię­kowa­łem Halinie za jej do­tych­cza­sową pomoc i dora­dziłem, żeby wróciła na salę zabaw. Jej udział w dal­szej akcji już był zby­teczny. Nie chcia­łem, aby Purtak spo­strzegł, że ona nam sprzyja i że mamy w ośrodku swoją wtyczkę.

Gi­ganto­fony zary­czały „Do zako­chania jeden krok” i przed bara­kiem zrobiło się na­tych­miast zupeł­nie pu­sto. Space­rowym kro­kiem, jak gdyby chcąc ode­tchnąć chłod­nym powie­trzem nocy, poszli­śmy z Krwawą Mary w stronę domku Purtaka. Po­witało nas ujada­nie dwóch psów. — To Bil! Nasz Bil — zawo­łała Krwawa Mary i pod­biegła do drzwi domku.

Ale drzwi były za­mknięte. Z drugiej strony usły­szeli­śmy skom­lenie psa, który rozpo­znał głos Krwa­wej Mary. Teraz już nie ulegało żadnej wąt­pliwo­ści, że Purtak razem ze swoją jam­niczką trzymał także psa nadle­śni­czego.

Obok nas jak spod ziemi wyro­sły dwie posta­cie w stro­jach indiań­skich. Krwawa Mary oczy­wiście rozpo­znała Win­netou i Mil­czą­cego Wilka, ale nie ode­zwała się ani sło­wem. Jej ura­żona ambi­cja nie po­zwalała powi­tać Win­netou, który głosił o niej, że jest mor­der­czynią zwie­rząt i nazwał ją Krwawą Mary.

— Pur­tak po­stąpił bardzo brzydko — ode­zwała się dziew­czyna. — Jeśli ojciec dowie się, że to on skradł psa, długo tutaj miejsca nie za­grzeje.

— Wła­śnie chodzi nam o to, aby spro­wadzić tu pani ojca — powie­dzia­łem. — Niech w jego obec­ności Purtak otwo­rzy drzwi swego domku i uwolni psa. Dla­tego najle­piej będzie, jeśli w towa­rzy­stwie Mil­czą­cego Wilka i Win­netou popły­nie pani do nadle­śnictwa.

— Do­brze — skinęła głową. — Zróbmy to na­tych­miast.

I szyb­kim kro­kiem podą­żyła w kie­runku przy­stani, a za nią, kryjąc się za żywo­płotem, pobie­gli Win­netou i Mil­czący Wilk. Co do mnie — nie spie­sząc się, bo nie było dokąd, posze­dłem do ba­raku.

Nie­szczę­ściem w sa­mym cen­trum ośrodka wcza­sowego znaj­dował się dość duży placyk, nie ogro­dzony żywo­płotem. Win­netou i Mil­czący Wilk musieli przez niego prze­biec, pozo­stając w tym mo­mencie w bla­sku lamp jarze­nio­wych. Tak się złożyło, że akurat prze­cho­dziła tędy sekre­tarka Purtaka, ta sama platy­nowa blon­dynka, którą już zdąży­łem poznać po przy­jeździe do Zło­tego Rogu.

Zoba­czyła dwóch Indian i okrzyk zdzi­wienia wyrwał się jej z ust.

— Czy wi­działa pani, pani Mario? — zwró­ciła się do mi­jającej ją Krwa­wej Mary — co to za dziwni ludzie w ta­kich stro­jach?

Win­netou i Mil­czący Wilk zdołali znowu ukryć się w ciem­no­ściach, ale se­kre­tarka nie mogła o nich zapo­mnieć.

— Ni­kogo nie wi­dzia­łam — skła­mała Krwawa Mary.

— Przy­sięgam, że byli tutaj dwaj India­nie — powta­rzała.

— No to co? Prze­cież mamy bal gałga­niarzy — uspo­kaja­jąco rzekła Krwawa Mary.

Sekre­tarka ze zdzi­wie­niem pokrę­ciła głową:

— Nie wi­dzia­łam, żeby tak ubrani wcza­sowi­cze tań­czyli na sali. Skąd zresztą wzięli takie piękne stroje?

— A co? Myśli pani, że praw­dziwi India­nie przyje­chali tutaj aż ze Sta­nów Zjed­noczo­nych, aby oskal­pować kie­row­nika Purtaka? — żarto­bliwie powie­działa do niej Krwawa Mary.

Sekre­tarka roze­śmiała się. I wszystko może byłoby w po­rządku, gdyby nie na­głe poja­wienie się Purtaka, a wła­ściwie lady Elisa­beth, która wybie­gła z sali balo­wej, a za nią pospie­szył Purtak.

— Panno Elisa­beth, proszę się na mnie nie gnie­wać — mówił prze­pra­szają­cym tonem, drep­cząc za nią — nikt tu na­prawdę nie zamie­rza pani więzić. Jeste­śmy ludźmi kultu­ral­nymi i w ogóle dżen­telme­nami.

Zoba­czył Krwawą Mary roz­ma­wiającą z jego sekre­tarką.

— O, pani Maria — ucie­szył się. — Anto­nio pani szuka, bo obie­cała mu pani taniec.

— In­dianie — zachi­chotała sekre­tarka. — India­nie za­raz pana oskal­pują.

— Co takiego? — zdu­miał się Purtak.

— A tak. Wi­dzia­łam tutaj dwóch Indian — wyja­śniła sekre­tarka. — Cie­kawe, skąd wypo­ży­czono takie piękne stroje? Może od pana Win­netou, który mieszka po drugiej stronie jeziora.

Tylko tego brako­wało. Krwawa Mary domy­śliła się, że jeśli nie za­cznie działać, cały nasz plan może runąć. Chwy­ciła Purtaka i po­cią­gnęła go w stronę baraku:

— Z Anto­nim nie będę tańczyć, bo on ma dwie prawe nogi. Ale pan tańczy jak Fred Astaire. Może zrobi mi pan tę grzeczność i każe jeszcze raz na­stawić płytę z Dą­brow­skim i razem zatań­czymy?

Purta­kowi po­chle­biały słowa Krwa­wej Mary, tym bar­dziej, że pa­dły one w obec­ności Elisa­beth, która zda­wała się nim gardzić. Z dumną miną ujął pod rękę Krwawą Mary i po­szedł z nią na salę ta­neczną.

Ode­tchną­łem z ulgą, choć było oczy­wiste, że re­alizacja na­szego planu musi się odwlec, do­póki Krwawa Mary nie odtań­czy „Do zako­chania jeden krok” i nie zdoła wy­mknąć się z sali ta­necznej.

Pośpie­szyłem do se­kre­tarki.

— Czy można panią prosić? — za­pyta­łem, kła­niając się grzecznie. — Nie je­stem wprawdzie tak wspa­niałym tance­rzem jak pan Purtak, ale sły­szałem, że pani świet­nie tańczy.

— A od kogo pan słyszał? Zdaje mi się, że ja pana nie znam. Pan nie jest z na­szego ośrodka.

— Przyje­chałem z War­szawy, z Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki. Po­znałem panią przed­wczo­raj...

— Ach, to pan — przy­po­mniała sobie niemiłą omyłkę, jaką popeł­niła.

— Po­znanie nasze być może nie wypa­dło najle­piej — przy­takną­łem jej my­ślom. — Ale zrobiła pani na mnie wielkie wraże­nie. Wła­śnie ze względu na panią zdecy­dowa­łem się pozo­stać w Złotym Rogu. Chyba nie od­mówi mi pani tego tańca?

Kła­małem jak najęty. Ale może właśnie takie pry­mi­tywne kłam­stwa odno­szą najlep­szy skutek? Jaka? dziew­czyna nie wierzy, że po­trafi uczy­nić na kimś „pioru­nujące wraże­nie”?

— Pan buja — stwier­dziła sekre­tarka — ale oczy­wiście chętnie z pa­nem zatań­czę, je­śli panu tak na tym zależy. Pan po­zwoli, że do­kończę papie­rosa.

Paliła car­mena, którego mdlący zapach nie­trudno wyróż­nić z innych gatun­ków papie­rosów. A więc to nie ona pozo­stawiła niedo­pałki koło łódki — pomy­ślałem.

W tej chwili nie miało to jed­nak żad­nego zna­czenia. Naj­waż­niejsze było, aby na jakiś czas zapo­mniała o In­dia­nach i nie opo­wia­dała o nich na prawo i lewo.

Skoń­czyła papie­rosa, niedo­pałek rzuciła na żwir i przy­deptała go nogą.

— Chodźmy, bo właśnie zaczęli grać — rzekła i ruszyła do ba­raku.

Lady Elisa­beth do­tknęła mojego ramie­nia.

— Pro­szę o klucz od pań­skiego wozu — szepnęła — Mam dosyć wszystkiego. Wolę w pań­skim wozie zacze­kać na pana niż być nara­żona na umizgi Purtaka.

Bez słowa wrę­czyłem jej klucz i pośpie­szyłem za platy­nową blon­dynką.

Prze­tań­czyli­śmy „Do zako­chania jeden krok”. Potem „O mamy, mamy blues”. Przez cały czas plotłem blon­dynie jakieś duby sma­lone o nie­spo­dzie­wanym zainte­reso­waniu się jej osobą. Nie bardzo mi wie­rzyła, bo nie umia­łem zdobyć się na prze­kony­wujący ton.

Obok mnie tań­czyła Krwawa Mary z Pur­takiem. Zapo­mnia­łem, że nie mam na twa­rzy maski Zorra, i kie­rownik ośrodka mnie rozpo­znał. Za­uwa­żyłem, że wy­mienił z Mary jakąś uwagę na mój temat, za­pewne zapytał ją, czy nie wie, kto mnie zapro­sił na zabawę. Od chwili, gdy mnie rozpo­znał — wyraz jego twarzy stał się po­dejrz­liwy. Byłem dla niego przed­stawi­cielem Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki, który przyje­chał służ­bowo w spra­wie ruin zam­ko­wych i po za­łatwie­niu sprawy powi­nien był wrócić do War­szawy. A tym­czasem widział mnie w ka­wiarni i zoba­czył na swojej zaba­wie. Nie mógł wie­dzieć, że mam już urlop, miał więc prawo podej­rzewać, że może nie dowie­rzam jego oświadczeniu o za­prze­staniu roz­biórki zamku. Ale chyba nie wiązał tej hi­storii ze sprawą ukry­tego psa?

Po drugim tańcu miałem już na­dzieję, że Krwawa Mary zdoła wy­mknąć się z baraku. Nie­stety, wpadła w ra­miona Pięk­nego Anto­nia, któ­remu udało się wy­rwać z ramion Haliny. Ta ostat­nia po­cie­szyła się Purta­kiem i bawili­śmy się dalej, to zna­czy ja mu­siałem trzeci raz tańczyć z pla­tynową blon­dynką. W miarę upływu czasu stawa­łem się coraz bar­dziej roztar­gniony i mil­czący, co z kolei i w niej wzbu­dziło po­dejrz­liwość. Oświadczyła mi w końcu:

— Dziwny z pana czło­wiek. Naj­pierw to pan aż rwie się do tańca ze mną, a teraz ma pan minę, jakby chciał pan już tańczyć z kimś innym. Myśli pan, że nie wiem o pań­skiej dziew­czynie?

— Mojej dziew­czynie?

— Za­uwa­żyłam, że ta dziew­czyna w błę­kitnej su­kience wzięła od pana klucze od sa­mo­chodu. Niech pan się przy­zna, zapro­sił mnie pan do tańca, żeby jej zro­bić na złość.

— Tak jest. Pani jest spo­strze­gawcza — przy­znałem się.

— Wy­gląda strasz­nie lal­kowato — okre­śliła Elisa­beth.

— Owszem. Ale to praw­dziwa lady.

— Lady? — zdu­miała się. — Wi­dzia­łam tylko jedną lady. Lady Makbet.

I aż nią wstrzą­snął dreszcz na wspo­mnie­nie tamtej lady, która wsła­wiła się licz­nymi mor­der­stwami.

— Ta nie jest taka groźna. Starczy tu jedna Krwawa Mary.

— A ja my­ślałam, że ją przy­wiózł tutaj Piękny Anto­nio.

— Zro­bił to. Ale ja mu sprząt­nąłem ją sprzed nosa.

Spoj­rzała na mnie z uzna­niem:

— Nie wy­gląda pan aż na ta­kiego uwo­dzi­ciela.

— Ma­skuję się.

Przy­glądała mi się z wiel­kim zainte­reso­wa­niem. Piękny Anto­nio był nie­zwykle przy­stojny, o mnie tego powie­dzieć nie było można. A jed­nak to właśnie ja za­brałem mu dziew­czynę i to w za­wrot­nym tempie. Mu­siała więc tkwić we mnie jakaś ma­gne­tyczna siła. Długo się nad tym zasta­na­wiała, aż wresz­cie powie­działa:

— Ma pan ostry start, to prawda. Jak pan do mnie wy­starto­wał, aż tchu nie mo­głam złapać. Dla­tego był pan lepszy od Anto­nia. Tylko że nie wszystkie dziew­czyny to lu­bią.

Na szczę­ście prze­stali grać. Za­uwa­żyłem, że Anto­nio za­prosił Krwawą Mary do bu­fetu, który znaj­dował się w sąsied­nim po­miesz­czeniu. Po­szedł tam także Purtak z Ha­liną. Platy­nowa blon­dynka miała na­dzieję, że może i ja uczy­nię po­dobnie, ale prze­prosi­łem ją grzecznie i wysze­dłem na dwór. Pomy­ślałem, że na­leży poro­zumieć się z Win­netou i Mil­czącym Wil­kiem, którzy ukryci za ży­wo­płotem ocze­kiwali na Krwawą Mary.

Oby­dwu przyja­ciół znala­złem w pobliżu przy­stani. Powie­dzia­łem im o trud­no­ściach, jakie Krwawa Mary ma z opusz­cze­niem baraku. Tym­czasem jednak z po­wodu prze­dłuża­jącej się prze­rwy w tańcach coraz więcej osób opusz­czało salę ta­neczną i spa­cero­wało po alej­kach ośrodka. Mu­sieli­śmy więc odejść jeszcze dalej w ciem­ność, aż na samą przy­stań.

I to był nasz naj­więk­szy błąd, o czym prze­konali­śmy się wkrótce.

Roz­ma­wiali­śmy długą chwilę, gdy nagle usły­szeli­śmy odgłos spiesz­nych kroków. Nad­biegły Krwawa Mary i Ha­lina.

— Do­myśli­łam się, że ukryli­ście się na przy­stani — powie­działa Krwawa Mary zady­szana bie­giem — stało się chyba coś złego. Purtak nabrał podej­rzeń, bo do­wie­dział się od swojej sekre­tarki o buszu­jących w ośrodku In­dia­nach. Sły­szałam, jak powie­dział do Pięk­nego Anto­nia: „Win­netou coś knuje. Musisz mi pomóc, Anto­nio”. Oby­dwaj wybie­gli z baraku i popę­dzili do jego domku cam­pingo­wego.

Win­netou cięż­kim wzro­kiem popa­trzył na Krwawą Mary.

— Pur­tak nie mógł się sam domy­ślić, że przy­szliśmy uwol­nić psa. Ktoś nas zdra­dził. Zawsze mówi­łem, że białe skwaw mają język po­dwójny. Pur­tak po­stano­wił wy­wieźć stąd psa.

Nie było czasu na dysku­sje.

— Za mną! Mu­simy po­krzy­żować ich za­miary — krzyk­nąłem i rzuci­łem się bie­giem w stronę domku Purtaka.

 


ROZDZIAŁ ÓSMY [top]

W POGONI ZA BLADĄ TWARZĄ • CZYJ RUMAK JEST SZYBSZY? • KTO JEST PIRATEM DROGOWYM? • PIĘKNY ANTONIO WYPROWADZA NAS W POLE • INDIANIE CZY GANGSTERZY? • CO ZROBIONO Z PSEM? • LADY PÓJDZIE DO REZERWATU • TRZECH DZIWNYCH DŻENTELMENÓW • LIST DO REDAKCJI • LOS MOTOROWODNIAKÓW WISI NA WŁOSKU • KTO KOCHA WINNETOU? • DECYZJA KRWAWEJ MARY

 

Ile mi tylko tchu w pier­siach star­czyło, pędzi­łem przez ośro­dek wcza­sowy, a za mną, wiel­kimi susami, prze­skaku­jąc żywo­płoty, biegli Win­netou i Mil­czący Wilk. Pędzi­liśmy na ukos przez klomby, ra­baty, traw­niki, byle tylko prędzej dopaść Purtaka i Pięk­nego Anto­nia.

Musiał to być dość za­bawny widok dla licznie zebra­nej przed bara­kiem pu­blicz­ności, dwaj bie­gnący India­nie i Zorro w czarnej masce na twa­rzy. Sły­szeli­śmy uwagi i okrzyki:

— Ej, India­nie, kogo chcecie oskal­pować?

— Pa­trzcie, ludzie, inwa­zja In­dian! Ratuj się, kto w Boga wierzy!

— In­dianie atakują...

— Do­kąd to, pano­wie? Panie proszą do tańca, dla­czego ucieka­cie?

Za­uwa­żyłem jakiś ruch koło bramy ośrodka.

— Tam, tam — wska­załem bramę. — Piękny Anto­nio uru­chamia swo­jego passata. Pró­bują z Purta­kiem wy­wieźć psa z terenu ośrodka. Za nimi, przyja­ciele!

Przed wie­rzejami bramy stał passat z pra­cują­cym silni­kiem. Przed­nie i tylne światła miał zapa­lone. Wąsaty portier mozolił się z otwo­rze­niem bramy, a wy­chy­lony przez okno samo­chodu Purtak po­msto­wał na niego:

— Prę­dzej, panie Józefie! Nam się śpieszy. Co pan, śpi?

Dopę­dziłem passata gotują­cego się do drogi. Zaj­rzałem do wnę­trza, ale było tam ciemno. Z tyl­nego siedze­nia ode­zwały się psy. Tak, wyraź­nie rozróż­niłem dwa psie głosy.

Portier otwo­rzył bramę. Passat ostro ruszył z miej­sca. Stało się to tak na­gle, że nawet nie zdąży­łem chwy­cić za klamkę drzwi­czek.

Stojąc przed bramą wi­dzieli­śmy już tylko dwa czer­wone tylne światła samo­chodu, który skręcił na as­faltową szosę i odje­chał w stronę Zło­tego Rogu. Oczy­wiście Purtak i Anto­nio musieli mnie zoba­czyć, gdy przy­bliży­łem twarz do szyby samo­chodu. Wi­dzieli chyba także nad­biega­jących Win­netou i Mil­czą­cego Wilka.

— Pie­kło i szatani! — mruk­nął Win­netou. — Blade twarze mają cuch­nącego konia. Nie zdo­łamy ich do­gonić.

— Ja także mam tutaj swo­jego blasza­nego konia — oświadczyłem Win­netou i kiw­nąłem ręką, aby pobiegł za mną.

Portier zdążył za­mknąć jedną po­łówkę bramy, gdy prze­biegli­śmy obok niego i zna­leźli­śmy się przy zapar­kowa­nym wehi­kule. Drzwiczki samo­chodu zasta­łem otwarte, a we wnę­trzu, na przed­nim siedze­niu tkwiła lady.

— Kto to!? — zapytał groźnie Win­netou.

— To lady. Ukrywa się przed Purta­kiem — wyja­śniłem szybko i ode­brałem od niej klucze do wozu.

Uru­cho­miłem silnik, a Win­netou i Mil­czący Wilk zajęli miejsca na tyl­nym siedze­niu.

— Czy stało się coś złego? — za­pytała Elisa­beth swoim wy­twor­nym tonem. — Przed chwilą odje­chał stąd samo­chód z Anto­niem i Purta­kiem. Przera­ziłam się, że może odkryli moją ucieczkę i ru­szyli w pościg.

— Nie, lady. Tym razem porwali psy i ucie­kają. Ale my ich do­gonimy i schwytamy.

— Ro­zu­miem — skinęła głową lady. I dodała z wa­haniem: — Nie, nie ro­zu­miem. Passata chce pan dogo­nić swoim samo­cho­dem? Czy pan wie, że passat to bar­dzo szybki samo­chód?

— A pani zna się na sa­mo­cho­dach? No tak, jeź­dziła pani nawet merce­desem — do­dałem z prze­kąsem, bo zi­ryto­wała mnie jej nie­wiara w możli­wości mego wehi­kułu.

— Ach — szepnęła lady — pan jest bardzo zło­śliwy.

Ru­szyłem z miej­sca, od razu nabie­rając dużej szyb­kości. Z po­gardą my­ślałem o pas­sacie. Cóż z tego, że miał piękną syl­wetkę i aż lśnił lakie­rem, pod­czas gdy mój wehi­kuł przy­pomi­nał rozkra­czoną żabę albo skrzy­żowa­nie czółna z dom­kiem cam­pingo­wym. Passat stano­wił naj­nowszy krzyk tech­niki fabryki Volkswagen w Niem­czech Za­chod­nich. Ale nie rozwi­jał szyb­kości więk­szej niż 160 kilo­metrów na go­dzinę. Mój wehi­kuł po­siadał silnik ferrari 410 i potrafił osią­gnąć szyb­kość 240 kilo­metrów na go­dzinę. Po­kraczna, kle­pana młot­kiem karose­ria kryła istne cudo tech­niki. Można rzec — brzydka po­włoka zawie­rała wspa­niałą duszę[15].

Zwal­niając szyb­kość miną­łem wieś pogrą­żoną we śnie i ciem­no­ściach. Dokąd mógł poje­chać Piękny Anto­nio? Tylko dalej tą samą asfal­tową szosą. Nie było w bok żadnej innej drogi, poza po­lnymi wybo­istymi dróż­kami.

Anto­nio nie zary­zyko­wałby skręcić w żadną z nich, oba­wiając się o resory no­wego wozu.

— Zaraz go do­gonimy — po­cie­szyłem przyja­ciół — Anto­nio nie jedzie chyba szybko, bo nie spo­dziewa się po­ścigu.

Doda­łem gazu i wkrótce strzałka szyb­ko­ścio­mierza zaczęła pełzać w prawo, osią­gając liczbę sto czter­dzieści. Zapa­liłem halo­geny i szosa przed moim wehi­kułem stała się ja­sna jak w sło­neczny dzień. Wci­snąłem pedał gazu i na uchy­lonym wy­wietrz­niku jazgo­tliwie za­śpiewał wiatr. Słupy telefo­niczne po obu stro­nach drogi zlały się jakby w je­den.

— Och — ci­chutko jęknęła lady zasko­czona szyb­kością, jaką osią­gnął wehi­kuł.

Asfal­towa szosa ucie­kała przez lasy licz­nymi zakrę­tami. Raz po raz światła re­flekto­rów trafiały na zwartą ścianę drzew, co zna­czyło, że za chwilę szosa skręci w lewo lub w prawo. Potem przez kilka­set metrów droga biegła prosto, aby znowu ukazać zwartą ścianę lasu i zagro­zić wi­rażem w lewo lub prawo. Nie­stety, o kie­runku skrętu nie in­for­mo­wały tablice przy­drożne, wy­dział komu­nikacji zado­wolił się jednym zna­kiem drogo­wym — „sie­demna­ście zakrę­tów”.

Zwol­niłem więc, choć na szo­sie z po­wodu późnej pory nie wi­działo się ani wozów kon­nych, ani moto­cykli­stów czy rowe­rzy­stów, lecz w każdej chwili z lasu wybiec mogła sarna lub dzik.

Miną­łem trzeci zakręt, gdy zoba­czyłem tylne czer­wone światła ucie­kają­cego passata.

— Blade twarze mają cuch­nącego konia o dużej pręd­kości — stwier­dził Win­netou — ale bla­szany koń mojego brata to praw­dziwy rumak, pędzi szyb­ciej od wiatru.

— Ale cuch­nie więcej niż inne bla­szane konie — powie­dzia­łem. — I spala dwa razy tyle ben­zyny.

— Dla­tego Win­netou nie lubi blasza­nych koni bla­dych twarzy.

— Słusz­nie — przy­takną­łem — ale czy Win­netou wie, dla­czego w Ame­ryce wygi­nęli India­nie? Bo wal­czyli z bla­dymi twa­rzami za po­mocą strzał i łuków. Blade twarze zaś po­siadały szyb­ko­strzelne kara­biny. Jeśli chce się zwy­ciężyć swoich wro­gów, trzeba mieć broń równie dobrą, a na­wet lepszą. Nie dogoni się pie­chotą Pięk­nego Anto­nia. Ale przy po­mocy blasza­nego konia na­uczymy go rozumu.

Młoda lady była za­chwy­cona szybką jazdą.

— On jest rajdo­wym kie­rowcą — rzekła o Pięk­nym Anto­nio — a pan, panie Szara Sowo? Prze­pra­szam, że tak pana nazy­wam, ale przed­sta­wiając mi się bardzo niewy­raźnie powie­dział pan swoje imię.

— Niech będzie Szara Sowa — skiną­łem głową.

Za­czerp­nęła w piersi więcej powie­trza:

— Czy nie mo­żemy jechać trochę szyb­ciej?

Spoj­rzałem na nią zdu­miony:

— Och, lady, w pani drze­mie praw­dziwy demon pręd­kości. Nie wiem, czy potra­fię spro­stać pani wyma­ganiom.

— Prę­dzej, prędzej! Uwiel­biam wy­ścigi samo­cho­dowe — wołała Elisa­beth, zapo­mina­jąc, że praw­dziwa lady po­winna zacho­wywać się bar­dziej po­wścią­gliwie.

Przyci­snąłem pedał gazu i już sie­dzia­łem na ogonie passata. Zmie­niłem długie światła na krótkie, potem przyci­snąłem klak­son i dałem Pięk­nemu Anto­nio do zrozu­mienia, że za­mie­rzam go wy­prze­dzać.

Piękny Anto­nio zjechał na prawą stronę, ustę­pując mi drogi. Za­pewne ani mu przez myśl nie prze­szło, że to wła­śnie my do­ga­niamy go po­kracz­nym wehi­kułem pana Hulot. Sądził, że to jakiś turysta merce­desem lub in­nym luksu­sowym i szyb­kim wozem śpieszy ze Zło­tego Rogu na war­szaw­ską szosę.

Nasze samo­chody zrów­nały się i przez mo­ment jechali­śmy błotnik przy błot­niku, szyba w szybę. Do­piero wtedy Piękny Anto­nio za­uważył, że wy­prze­dza go po­kraczny we­hikuł, który był przed­miotem jego drwin.

Na­tych­miast nie­spo­dzie­wanie dodał gazu i wysfo­rował się do przodu, wyci­skając peda­łem przy­spie­szacza naj­więk­szą pręd­kość z passata.

— O Boże — jęknęła lady. — Mó­wiłam, że on jest raj­dow­cem.

— Pira­tem, lady — burk­nąłem. — Tak zacho­wuje się pi­rat dro­gowy. Usiło­wał nas ze­pchnąć na po­bocze, co przy tej szyb­kości grozi kata­strofą.

— Blada twarz imie­niem Piękny Anto­nio okazała się zdolna nawet do zbrodni — po­wie­dział ponuro Win­netou.

Doda­łem gazu i bez trudu dopę­dziłem passata. Znowu przyci­snąłem klak­son zmie­niając światła. Lecz tym ra­zem on nie za­reago­wał, ba, gdy tylko usiło­wałem go wy­prze­dzić, zajeż­dżał mi drogę, spy­chając na po­bocze.

Pędzi­liśmy więc jeden za dru­gim z coraz więk­szą szyb­kością.

Przed każ­dym zakrę­tem wyha­mo­wywał gwał­townie, potem na pro­stej doda­wał szyb­kości. Pisz­czały opony na wi­rażach, świstał ponuro wiatr na wy­wietrz­niku. Piękny Anto­nio ciągle nie mógł uwie­rzyć, że po­kraczny we­hikuł jest jednak szyb­szy od jego samo­chodu. Skąd miał wie­dzieć, że ściga go nie żaden śmieszny we­hikuł pana Hulot, ale wóz o ogromnej mocy? Passat miał silnik o pojem­ności 1450 centy­metrów sze­ścien­nych, a mój prawie... 5000. Passat posia­dał moc zna­mio­nową 75 koni me­cha­nicz­nych, gdy mój wehi­kuł... 340. Wróbel i ja­strząb — oto było chyba najwła­ściw­sze po­równa­nie dla oby­dwu wozów. Tylko że jego był piękny, a mój brzydki.

Nic dziw­nego, że nie­ustan­nie miał mnie za sobą.

Do­piero gdy doje­chali­śmy do szosy war­szaw­skiej, zrozu­miał jednak, że nie uciek­nie. I wów­czas to posta­nowił wyko­rzystać swoją szkołę jazdy raj­dowca. Przy wjeź­dzie na war­szaw­ską auto­stradę na na­szej drodze wid­niała mała wy­sepka z ruchem jedno­kierun­kowym, Passat skręcił w prawo i świa­tłem miga­cza dał mi znać. że i na auto­stra­dzie skie­ruje się w prawo. Ale gdy tylko znalazł się tam, raptem przyci­snął mocno ha­mulce (a dwa przed­nie ha­mulce miał tar­czowe). Wo­zem zarzu­ciło gwał­townie. Lecz on umiał kon­trolo­wać poślizg. Nie­mal na miej­scu doko­nał zwrotu o 180 stopni i zamiast w prawo, poje­chał w lewo, i jeszcze raz w lewo powra­cając na szosę do Zło­tego Rogu.

Nie­stety, nie prze­wi­dzia­łem ta­kiego ma­newru i poje­chałem w prawo. Do­piero po chwili wyha­mo­wałem i za­wróci­łem. Ale on już był daleko, tylne światła ginęły za pierw­szym zakrę­tem drogi przez las.

Dogo­niłem go do­piero za trzecim zakrę­tem. O dziwo, jechał wolno, nawet bardzo wolno. Bez naj­mniej­szego oporu dał się wy­prze­dzić.

Zaje­chałem mu drogę i usta­wiłem się w po­przek szosy, zmu­szając go, aby się za­trzymał.

— Co to za żarty? — zawo­łał obu­rzony, wysia­dając z wozu.

Win­netou i Mil­czący Wilk rów­nież wysko­czyli z wehi­kułu, bez słowa minęli go i otwo­rzyli tylne drzwiczki passata.

— Pa­nowie, co to? Rozbój? — oburzył się Purtak, zaj­mujący miejsce przy kie­rowcy.

Na tyl­nym siedze­niu passata leżał tylko jeden pies. Jamnik. A ra­czej jam­niczka. Pies Purtaka.

Spoj­rzałem na Win­netou i skiną­łem głową, aby wracał do we­hikułu. Rozu­mieli­śmy się bez słów. Anto­nio i Purtak wyko­rzystali czas, gdy wy­prze­dzili nas po swym zaska­kują­cym ma­newrze, za­trzy­mali się gdzieś na mo­ment i wypu­ścili, a raczej wy­pchnęli do lasu psa nadle­śni­czego.

— Pies wróci sam do domu — powie­dzia­łem do Win­netou — o ile wiem, bywał na po­lowa­niach i chyba ten las zna tak jak jego pan.

Ale nie dane nam było spo­kojnie wrócić do we­hikułu. Piękny Anto­nio za­stąpił nam drogę.

— Pa­nowie, co to wszystko ma zna­czyć?! — wołał obu­rzony.

Coraz gło­śniej krzy­czał, bo wie­dział, że nie mo­żemy już te­raz udo­wodnić, że oni oprócz jam­niczki wieźli innego psa. Za­pewne po drodze Purtak uświa­domił Anto­nia, dla­czego ukry­wał dru­giego psa i dla­czego musi się go pozbyć.

— Pan jest pi­ratem drogo­wym, panie Anto­nio — rze­kłem ze wzgardą. — Mam świad­ków, że nie dał się pan wy­prze­dzić. Zajeż­dżał nam pan drogę, starał się ze­pchnąć mnie na po­bocze, co gro­ziło kata­strofą i śmier­cią.

— A pan mnie ośle­piał swoimi re­flekto­rami — odparł bez­czelnie Anto­nio. — Nie zmienił pan długich na krótkie. To także jest pi­ractwo.

— Je­chałem na krót­kich świa­tłach.

— Nie!

— Tak!

— Nie! — upierał się Anto­nio. — Gdy mnie pan oślepił, a mam na to świadka w osobie kie­row­nika ośrodka wcza­sowego, po­stano­wiłem nie ustąpić panu z drogi i zmusić do za­trzy­mania się.

— To czemu pan tego nie zrobił?

— Od­radził mi to potem pan Purtak. Ma on wyro­bione zdanie o pań­skich dwóch pasaże­rach w tych stro­jach błazeń­skich. Oba­wiał się, że zosta­niemy przez was napad­nięci w lesie.

— No i co? Nikt pana nie na­padł?

— Chce pan wie­dzieć, co my­ślę o panu? Pan jest gang­sterem. Dla niepo­znaki przy­odział pan swój wehi­kuł w brzydką karo­serię.

— Tak. I mam wmontowane w niego dwa kara­biny maszy­nowe — kiw­nąłem głową.

Nie umiał jednak poha­mować w so­bie cieka­wości samo­cho­dziarza.

— A swoją drogą, co to za wóz, panie sza­nowny?

— We­hikuł pana Hulot — odrze­kłem drwiąco i za­jąłem miejsce za kie­row­nicą. Szkoda mi było czasu na kłótnie z Pięk­nym Anto­nio.

Cieka­wość przy­gnała go jed­nak aż do we­hikułu. Wtedy to zo­baczył młodą lady.

— Eli­sabeth? Ty tu­taj? Z nimi? — oburzył się.

A po­tem zaczął przy­woły­wać Purtaka, który wciąż siedział w pas­sacie, nie chcąc bezpo­średnio anga­żować się w kłótnie między kie­row­cami. Był szczę­śliwy, że omi­nęła go roz­mowa o psach. Wie­dział, że nie potra­fimy mu udo­wodnić prze­stęp­stwa, ale wolał oczy­wiście nie po­ruszać tego tematu.

— Chodź, przyja­cielu, zobacz, kto tu siedzi. Nasza lady — wołał do Purtaka Piękny Anto­nio.

Kie­rownik ośrodka przy­szedł wresz­cie do wehi­kułu, zerknął na lady i bez słowa wzru­szył ramio­nami.

— Co? — zdziwił się Anto­nio. — Nic cię to nie obcho­dzi? Prze­cież to twoja dziew­czyna. Przy­wio­złem ci ją z War­szawy. A ci gang­sterzy ją po­rwali!

— Nie jestem po­rwana — ode­zwała się młoda lady. — Siedzę tutaj dobro­wolnie i spra­wia mi to przy­jem­ność.

— Ach tak? Przy­jemnie ci w towa­rzy­stwie takich typów? Usma­rowa­nych szminką w naj­rozma­itsze wzory? I tak się za­cho­wuje dama! Wy­biera pierw­sze lepsze podej­rzane towa­rzy­stwo i czuje się w nim zna­komi­cie. Czy wiesz przy­najm­niej, cc to za ludzie?

— Natu­ralnie, że wiem — odparła lady — ci dwaj pano­wie z tyłu to India­nie. Je­den z nich nosi nazwi­sko Win­netou, a drugi Mil­czący Wilk. Ten zaś pan jest Szarą Sową.

Pięk­nego Anto­nia ogarnął śmiech. Aż zgiął się wpół, tak go rozba­wiła naiw­ność młodej lady.

— In­dianie, Elisa­beth? — ryczał ze śmie­chu. — Ależ to prze­bie­rańcy, dziew­czyno.

Purtak położył mu ręką na ramie­niu:

— Daj spokój, Anto­nio. Ta pani zrobiła tak jak chciała. Ale mówię ci, że nie jest to praw­dziwa dama.

— Pew­nie, że nie jest — pod­chwy­cił Anto­nio i oświadczył nam tryum­fująco: — I w ogóle wkrótce prze­kona­cie się, co to za osóbka. To nie dziew­czyna, to so­pel lodu, zimny głaz, kamień, kukła drew­niana, mane­kin. Jeszcze będzie­cie żało­wać...

Włą­czyłem roz­rusznik i ru­szając samo­cho­dem, zawo­łałem do Anto­nia:

— Wtedy ją panu od­wiozę...

Nie wiem, czy milady uwie­rzyła w moją po­gróżkę. A jed­nak trochę się za­niepo­koiła, gdy zamiast do le­śni­czówki, skrę­ciłem do ośrodka wcza­sowego. Nie wie­działa prze­cież, że obok przy­stani pozo­stała kanu Win­netou. Oby­dwaj moi przyja­ciele zamie­rzali powró­cić do domu tą samą drogą.

Wysa­dziłem ich przed bramą ośrodka. Że­gnając się z nami, Win­netou powie­dział naj­pierw do mnie, a potem do mi­lady:

— Spraw­dziły się słowa Win­netou, że nie można wie­rzyć białym skwaw, albo­wiem mają one po­dwójne języki. Ale biała skwaw, zwana lady, zyskała sobie szacu­nek Win­netou. Dla­tego, jeśli zdecy­duje się ona pozo­stać w Złotym Rogu, mój wi­gwam stoi dla niej otwo­rem. Młoda biała skwaw jest praw­dziwą lady, a to rzad­kość. Podob­nie jak rzadkie kwiaty po­winno się lady oto­czyć ochroną i trzy­mać w rezer­wacie, dokąd nie mia­łyby wstępu blade twarze po­dobne do Purtaka i Pięk­nego Anto­nia. Howgh.

To mó­wiąc odszedł wraz z Mil­czącym Wil­kiem.

A lady zmar­twiła się:

— On na­prawdę chciałby mnie za­mknąć w re­zerwa­cie?

— O, milady, to był prze­cież kom­ple­ment. Uznał, że jest pani jak rzadki i piękny kwiat.

Uśmiechnęła się z odro­biną zakło­potania. Wy­dawało mi się, że tra­pił ją jakiś niepo­kój. Wresz­cie nie wy­trzy­mała i od­ważnie zapy­tała:

— An­tonio mówił tak źle o pa­nach. To nie­prawda, że je­steście gang­sterami?

— On jest gang­sterem — od­parłem z obu­rze­niem.

— Pan się myli. On jest po pro­stu źle wy­cho­wany...

— Ach tak — mruk­nąłem z iro­nią.

Ale milady wciąż trapiła ta sprawa:

— Pro­szę nie obra­żać się i nie sądzić, że je­stem wścib­ska lub nie­tak­towna. Ale cie­kawi mnie, czym się pa­nowie zaj­mują?

— Je­stem muze­alni­kiem, Win­netou upra­wia grafikę, a Mil­czący Wilk pracuje na po­litech­nice jako elek­tronik.

— Ro­zu­miem, ale cie­kawi mnie także, czy to, co tu robicie, owe dziwne pogo­nie, stroje, zagi­nione i pory­wane psy, ma ja­kiś zwią­zek z waszą pracą?

— W pew­nym sensie, milady. Jeste­śmy w trakcie walki o ochroną śro­dowi­ska natu­ralnego.

— Ro­zu­miem. W ga­zetach wiele się ostat­nio pi­sze na ten te­mat. Nie przy­pusz­czałam jednak, że ta walka od­bywa się właśnie w taki sposób...

Zapar­kowa­łem wehi­kuł na podwó­rzu i poże­gnałem milady u drzwi jej po­koju.

— Że­gnam panią i życzę szczę­śliwej po­dróży do War­szawy — po­wie­dzia­łem na poże­gnanie.

Jeszcze raz ob­rzuci­łem spoj­rze­niem jej piękną, deli­katną twarz, która przy­pomi­nała mi damę z por­tretu w Niebo­rowie. Te same szla­chetne rysy, drobne usta, kształtny nos i dumne spoj­rzenie wiel­kiej damy. Ale może i tamta była tak samo drew­niana?

— Bal ma­skowy... skra­dziony pies... pościgi samo­cho­dowe... India­nie i muze­alnicy — powta­rzała z za­chwy­tem milady. — Jakie to wszystko cie­kawe i pod­nieca­jące. W gaze­tach nama­wiają wszystkich, aby brali udział w walce o ochronę śro­dowi­ska natu­ralnego i teraz zupeł­nie się temu nie dziwię. To na­prawdę pasjo­nujące zajęcie.

— Że­gnam, milady — skło­niłem się i znik­nąłem za swoimi drzwiami.

Kładąc się do snu pomy­ślałem, że na dłuższą metę wielkie damy jednak są nie do znie­sienia.

 

*   *   *

Naza­jutrz obu­dziłem się dość późno. Elisa­beth chyba jeszcze spała, bo z jej pokoju nie do­chodził mnie żaden odgłos. Po­śpiesz­nie przy­goto­wałem sobie śniada­nie w pustej kuchni leśni­czego i wyje­chałem swym wehi­kułem do Zło­tego Rogu.

Dzień był po­chmurny, zbie­rało się na deszcz. Niebo miało burą barwę, jakby ktoś ciemną czapą nakrył cały świat. Ogromną toń jeziora nie marsz­czyła naj­drob­niejsza fala. Na wodzie stało kilka żagló­wek z obwi­słymi ża­glami, ich załogi praco­wicie ma­chały wio­słami.

Przy pomo­ście ka­wiarni cumo­wało kilka­naście moto­rówek, jakby w ka­wiarni odby­wał się zjazd moto­rowod­niaków.

Gdy parko­wałem wehi­kuł, zauwa­żyłem trzech dziw­nych osob­ników, siedzą­cych w pobliżu ka­wiarni na traw­niku przy asfal­towej drodze. Ubrani byli w powy­cierane dżinsy i pstro­kate koszule z prze­dziw­nymi napi­sami. Na jednej z nich wid­niało groźnie brzmiące ha­sło: me­mento mori, co zna­czy pa­miętaj o śmierci. Drugi miał na plecach re­klamę coca-coli, a trzeci napisał sobie na ko­szuli czer­wonym atra­men­tem: jestem Genek. Mieli brody, wąsy, długie włosy i patrząc na nich przy­pomi­nał mi się frag­ment „Po­wrotu taty” Mic­kiewi­cza: „Brody ich długie, krę­cone wąsi­ska, wzrok dziki, suknia plu­gawa”. Ale na zbójów nie wyglą­dali, tylko na au­tosto­powi­czów. Sie­dzieli w kucki, u nóg ich le­żały małe tobołki. Na wbitym w zie­mię patyku tkwiła deska z ogło­sze­niem: trzech dżen­telme­nów szuka niezbyt ciężkiej pracy.

Roz­bawił mnie ten na­pis. Nie wyglą­dali na dżen­telme­nów. Ale uczci­wie przy­zna­wali się do tego, że nie lubią cięż­kiej roboty.

I rap­tem, tuż obok owych dżen­telme­nów, za­trzymał się prze­jeż­dżający droga łazik z nadle­śnictwa. Wy­siadł z niego nadle­śniczy Wojt­czak.

— Pa­nowie szukają roboty? — za­pytał ich, a ja przy­staną­łem, cie­kawy, jaką to pracę zapro­ponuje im nadle­śniczy. — Po­trze­bujemy ludzi do czysz­czenia młod­ników.

— Na czym polega ta ro­bota i ile można zarobić? — ode­zwał się rze­czowo dżen­telmen z napi­sem me­mento mori.

— Do­stanie­cie sie­kiery i będzie­cie wyci­nać młode drzewka, które rosną zbyt gęsto. Jeśli przyło­życie się do roboty, to za­robicie po dwa, a nawet trzy ty­siące przez miesiąc.

Popa­trzyli na sie­bie pyta­jąco. Wresz­cie dżen­telmen z napi­sem me­mento mori plunął sobie pod nogi i oświadczył nadle­śni­czemu:

— Nie czytał pan na­szego ogło­szenia? Szu­kamy niezbyt cięż­kiej pracy. Ma­chać sie­kierą to nie dla nas.

Nadle­śniczy zaklął pod nosem, wsiadł do ła­zika i odje­chał. A trzech dżen­telme­nów znowu pogrą­żyło się w swoim sen­nym ocze­kiwa­niu na chęt­nego, który by ich wyna­jął do niezbyt cięż­kiej roboty.

W ka­wiarni odby­wała się chyba rze­czywi­ście narada moto­rowod­niaków. Ze­stawili trzy stoliki i obsie­dli je szczel­nie, dys­kutując nad czymś po ci­chu. Oma­wiali jakąś bardzo ważną sprawę, bo nawet nie włą­czyli swoich tranzy­storo­wych apara­tów, aby im hałas nie prze­szka­dzał.

Usia­dłem przy wol­nym stoliku i zaraz pode­szła do mnie Krwawa Mary.

— Bil powró­cił — oświadczyła z naj­więk­szą ra­dością. — Przy­szedł do domu dziś nad ra­nem. Był bardzo zmę­czony...

Opo­wie­dzia­łem jej o na­szych wczo­raj­szych przy­godach, o po­ścigu samo­chodu i fortelu, jakiego użył Piękny Anto­nio, aby wy­prowa­dzić nas w pole.

— Nie­stety, nie mamy dosta­tecz­nego do­wodu na to, że Purtak więził psa pani ojca. Ale rozpo­znała pani głos Bila w domku Purtaka. My wiemy więc, że to on kryje się za spraw­kami rzeko­mej ligi. Cie­kawe, co po­myślał pani ojciec, gdy zoba­czył wresz­cie Bila przed drzwiami swego miesz­kania?

— Po­wie­dział, że że­glarze zlękli się groźby wyrzu­cenia ich z bindugi.

— O Pur­taku nie pomy­ślał?

— Ani trochę. Uważa, że jest non­sensem podej­rzewać kie­row­nika ośrodka o ta­kie głupie intrygi.

— A pani, co o tym wszystkim na­prawdę sądzi?

— Nie wiem, co o tym myśleć. Sły­szałam głos Bila w domku Purtaka. Ale nie mogła­bym sobie dać uciąć głowy, że to był właśnie Bil.

— Skom­lał za drzwiami.

— No tak, ale...

— A więc jest ja­kieś „ale”? Nie chce pani uwie­rzyć w prze­wrot­ność Purtaka. Dla­czego? Bo za­leży pani na znajo­mości z Pur­takiem i Pięk­nym Anto­nio. Obie­cali pani posadę w War­szawie. Win­netou ma ra­cję mó­wiąc, że białym skwaw nie można wie­rzyć. On jest prze­konany, że to pani zdra­dziła nas Purta­kowi.

Opadła na krzesło obok mojego stolika. Twarz ukryła w dło­niach, jakby jej się na płacz zbie­rało. Opa­nowała się jednak.

— Wiem, że Win­netou sądzi mniej jak najgo­rzej — wy­szep­tała. — Od chwili, gdy dosta­łam sztucer z lu­netą japoń­ską, znie­nawi­dził mnie. Nie cierpi każ­dego, kto nie prowa­dzi ta­kiego trybu życia jak on. A ja nie zga­dzam się z nim pod wie­loma wzglę­dami. Lecz nie zdra­dziłam was, przy­sięgam. Och, gdyby pan domy­ślał się, jak bardzo mi za­leży na przy­jaźni z Win­netou i jego sym­patii. Lecz wszystko sprzy­sięga się prze­ciwko mnie...

— Ha­lina nas zdra­dziła — stwier­dziłem.

— Ona?

— Nie cierpi pani, bo wy­daje jej się, że pani zabiera jej Pięk­nego Anto­nia. Chciała pokłó­cić pa­nią z Purta­kiem i jego towa­rzy­stwem, udo­wodnić Purta­kowi, że pani stoi po naszej stronie. I do­pięła swego. Purtak już nie będzie miał do pani zaufa­nia. Omy­liła się jednak co do Anto­nia. Jego te sprawy nic nie obcho­dzą. Jemu pani się bardzo podoba...

— Dzwo­nił tu dziś rano i propo­nował prze­jażdżkę swoją nową moto­rówką.

— Zgo­dziła się pani?

— Nie miałam czasu.

— Tylko dlatego? — za­pyta­łem, patrząc na nią uważ­nie. Albo­wiem zda­wało mi się, że od­gaduję w tej dziew­czynie jej głę­boko ukrytą tajem­nicę.

— Win­netou... — mruk­nąłem.

Poło­żyła mi dłoń na ustach:

— Bła­gam pana, niech pan nie mówi tego, o czym pan myśli w tej chwili.

— Do­brze — skiną­łem głową.

Była smutna, zga­szona.

— Wszystko sprzy­sięgło się prze­ciw mnie. Ucho­dzę w jego oczach za mor­der­czynię zwie­rząt. Podej­rzewa, że to ja zdra­dziłam wszystko Purta­kowi. A teraz jeszcze...

— Co się stało?

— Dziś był u mnie ko­men­dant poste­runku, po­rucznik Kluź­niak, i zadał mi mnó­stwo dziw­nych pytań. Oka­zało się, że ktoś pod­rzucił Win­netou skra­dzione z ra­diowę­zła lampy. Ko­men­dant podej­rzewa, że ja rów­nież je­stem w tę sprawę wmie­szana, ponie­waż gdzieś tam znale­ziono łuskę z mojej dubel­tówki.

— To prawda. Od­kryli­śmy ślady, które dopro­wa­dziły nas na brzeg jeziora do miejsca, gdzie zło­dzieje przy­byli łódką. Naj­praw­dopo­dobniej byli to dwaj męż­czyźni i dwie kobiety. Jedna paliła gie­wonty i malo­wała usta per­łową szminką...

— Nie palę i nie maluję się.

— Na piasku leżała łuska z dubel­tówki kaliber dwa­dzie­ścia. Tylko pani ma w tej okolicy taką strzelbę.

Krwawa Mary pokrę­ciła głową:

— Nie mam pojęcia, skąd wzięła się tam moja łuska, Ko­men­dant opisał mi miejsce jej znale­zienia. Nie byłam tam w tym roku.

— A kiedy ostat­nio polo­wała pani?

— Z du­bel­tówką? Cztery dni temu. Strze­lałam do ły­sek, ale w zu­pełnie innej stronie.

— Czy polo­wała pani z łódki?

— Oczy­wiście. Ojciec ma ciężką krypę, poży­czyłam więc łódkę w ośrodku wcza­sowym. Lekką, space­rową łódź, na po­lowa­nie.

— Strze­lała pani z łódki?

— Kil­kakrot­nie.

— I w łódce zostały łuski?

— Nie pa­miętam, ale naj­praw­dopo­dobniej łuski upadły na dno łódki.

— Teraz już wszystko ro­zu­miem. Łódkę pani zwró­ciła ośrod­kowi, ale łu­sek pani nie wyjęła. Potem tej sa­mej łódki użyli zło­dzieje. Dwaj męż­czyźni poszli z lam­pami do lasu, do domu Win­netou, a ko­bieta, która została na brzegu, nudziła się, paliła papie­rosy, trafiła nogą na łu­skę, pod­niosła ją i wy­rzuciła na brzeg. Oczy­wiście, nie zrobiła tego w tym celu, aby na panią rzucić podej­rzenia.

— A kim mogła być ta kobieta?

— My­ślałem z po­czątku, że to sekre­tarka Purtaka. Używa perło­wej szminki. Ale pali car­meny, a nie gie­wonty.

— Car­meny? — zdu­miała się Krwawa Mary. — Prze­cież to bardzo drogie papie­rosy.

— A jednak sam wi­dzia­łem, że wczo­raj na zaba­wie paliła car­meny.

— Może wyjąt­kowo na za­bawę kupiła paczkę carme­nów albo ktoś ją poczę­stował. Nie wiem, jakie ona pali papie­rosy, ale na pewno nie car­meny.

— Ma pani rację. Nie pomy­ślałem o tym, że se­kre­tarki w ośrodku wcza­sowym nie stać na ta­kie drogie papie­rosy. Jak z tego wynika, nie mógł­bym być detek­tywem, bo je­stem za mało spo­strze­gawczy.

— Och, niech pan tak nie mówi. Jest pan świet­nym detek­tywem.

Wska­załem nara­dzają­cych się moto­rowod­niaków:

— A oni nad czym tak de­batują? Nawet o swoich radio­od­biorni­kach zapo­mnieli.

— Nie czytał pan dzisiej­szej gazety? Za­miesz­czono list ze Zło­tego Rogu.

I przy­niosła mi dzi­siejszą gazetę, wska­zując na ko­re­spon­dencję umieszczoną w dziale Listy od Czy­telni­ków.

Prze­czyta­łem:

Do jed­nego z pięk­niej­szych zakąt­ków Polski należy grupa jezior koło miej­scowo­ści Złoty Róg. Jest to kilka jezior, połą­czo­nych ze sobą wą­skimi prze­smy­kami. Co roku przy­jeżdża tu co­raz więcej tury­stów, moto­rowod­niaków i żegla­rzy, bo jeziora mają piękne brzegi i stosun­kowo czystą wodę. Nie­stety, rybacy w Zło­tym Rogu, nale­żący do zespołu Pań­stwo­wych Go­spo­darstw Rybac­kich, prze­gro­dzili prze­smyki sie­ciami i żakami, co bardzo utrud­nia moto­rowod­niakom prze­płynię­cie z jed­nego jeziora na drugie. Tego rodzaju prak­tyki ry­baków nie są chyba wska­zane, nie tylko ze względu na tury­stykę wodną, ale i ochronę śro­dowi­ska natu­ral­nego. Przez oka sieci i żaków mogą prze­pływać tylko małe ryby, duże zaś do­stają się w sieci i są wy­ła­wiane. W ten sposób unie­możli­wia to natu­ralną wy­mianę dużych okazów między jednym a dru­gim akwe­nem wod­nym. Taką gospo­darkę ry­backą należy uznać za nie­słuszną i ra­bun­kową.
(imię i nazwi­sko znane redak­cji)
Żeglarz-tury­sta

— I to o tej ko­re­spon­dencji dys­kutują tak za­wzięcie nasi moto­rowod­niacy?

— Są bardzo zanie­poko­jeni.

— Dla­czego? Prze­cież je­śli ar­tykuł odnie­sie wła­ściwy skutek, rybacy będą musieli zdjąć żaki z prze­smy­ków i moto­rowod­niakom ułatwią tury­stykę wodną.

— Och, pan nie zna tutej­szych stosun­ków. Dzięki tym żakom na prze­smy­kach rybacy mają lepsze połowy. Jeśli im każą zdjąć żaki, rozeźlą się na tury­stów. Żegla­rzom nie będą mogli doku­czyć, ponie­waż oni bi­wakują na bin­dudze, a ta należy do nadle­śnictwa. Ale moto­rowod­niacy za­miesz­kują wyspę, która jest wła­snością zespołu Pań­stwo­wych Go­spo­darstw Rybac­kich. Rybacy ze Zło­tego Rogu od dawna już proszą dyrek­cję swego zespołu o ze­zwole­nie na wypas krów i byków na tej wy­sepce. Dyrek­cja jednak, ze względu na tu­rystów, zaka­zywała prze­woże­nia tam byków, które mogą narobić szkody biwa­kują­cym. Trudno prze­wi­dzieć, co się teraz stanie. Być może dyrek­tor ze­społu po­czuje się ura­żony kore­spon­dencją w ga­zecie, każe zdjąć żaki z prze­smy­ków, ale jedno­cześnie ze­zwoli ryba­kom na wypas bydła na wy­spie, co jest jedno­znaczne z wypę­dze­niem moto­rowod­niaków. Wo­leli oni podno­sić sil­niki w chwili prze­pływa­nia nad żakami, a miesz­kać na wyspie.

— Ależ to iden­tyczna historia, jak ta z kra­dzieżą psa i bin­dugą. Tylko że tym razem napi­sano list do redak­cji i chodzi nie o bin­dugę, a o wy­sepkę.

— Znowu podej­rzewa pan Purtaka?

— Oczy­wiście. To naj­pew­niej on prze­brał się w strój „żegla­rza-tu­rysty”. Mó­wiłem pani, że w jego pla­nach leży wypę­dzenie żegla­rzy z bindugi, a moto­rowod­niaków z wy­spy. Gdy tury­stów nie bę­dzie już ani na bin­dudze, ani na wyspie, wy­stąpi do nadle­śnictwa i do PGR o jedno i drugie miejsce na po­szerze­nie ośrodka wcza­sowego. Ani nadle­śnic­two, ani PGR nie znajdą argu­men­tów, aby ośrod­kowi odmó­wić tych te­renów.

— Czy pan na­prawdę sądzi, że Purtak to jakiś demon zła?

— Nie. Po pro­stu wielki spry­ciarz i uro­dzony intry­gant. Chce za wszelką cenę prze­nieść się do War­szawy.

— My­ślę, że można w re­dakcji gazety spraw­dzić, co to za „że­glarz-turysta”?

— Wąt­pię, skoro za­strzegł sobie anoni­mo­wość. Co in­nego, gdyby podane w ko­re­spon­dencji fakty oka­zały się fał­szywe i krzyw­dzące kogoś, wów­czas redak­cja ujaw­niłaby nazwi­sko autora listu. Takie są oby­czaje pra­sowe.

— Więc nie do­wiemy się, kto jest tym tajem­niczym „żegla­rzem”?

— W każ­dym razie nie po­przez redak­cję. Autora listu trzeba szukać tu, na miej­scu. Zresztą, prze­cież wiemy, gdzie go szukać.

— Ach, pan ciągle o Pur­taku. Nie­stety, tym ra­zem nie mogę dać wiary pań­skim podej­rze­niom. Po pro­stu nie może mi się pomie­ścić w głowie, że on jest zdolny aż do tak pie­kielnie prze­wrotnej intrygi.

— Roz­czaro­wuje mnie pani.

— Roz­czaruję pana jeszcze bar­dziej, gdy po­wiem, że zde­cydo­wałam się przyjąć w War­szawie pracę kie­row­niczki klubu-ka­wiarni przy­zakła­dowej. Posta­nowi­łam wyje­chać ze Zło­tego Rogu. — To mó­wiąc smut­nie po­pa­trzyła w okno, przez które widać było jezioro — szary prze­stwór wód oko­lony ciem­nozie­lonym lasem.

— No cóż, zrobi pani tak, jak zechce — po­wie­dzia­łem, wstając od sto­lika.

Byłem na­prawdę bardzo rozcza­rowany po­stawą Krwa­wej Mary. Oka­zała się jedną z tych wielu dziew­cząt, które marzą, aby opuścić swoją ro­dzinną wieś choćby była naj­pięk­niejsza — i prze­nieść się do wiel­kiego miasta. Ale czy miałem prawo ją po­tępiać? Czy jest w tym coś złego, że młoda, ładna dziew­czyna chce mieć pod bokiem kino, teatr, nowe towa­rzy­stwo, szyb­sze tempo życia? Gdyby potę­piać takich jak ona ludzi, nale­żałoby to samo zrobić wobec dzie­siąt­ków tysięcy osób, które rok­rocznie opusz­czają wioski i prze­noszą się do miast. A za godną po­chwały po­stawę trzeba by uznać jedynie krok Win­netou, który porzu­cił wielkie miasto i prze­niósł się do swego wi­gwamu nad je­ziorem. Ale prze­cież tak jak on nie mogą robić wszy­scy! Roz­wija­jący się prze­mysł potrze­buje wciąż no­wych rąk do pracy. Czy to nam się po­doba, czy nie, co roku pewna liczba miesz­kań­ców wsi prze­niesie się do miasta i jest to proces zupeł­nie natu­ralny.

Ale prze­cież czułem jednak żal do Krwa­wej Mary. Ukło­niłem się jej chłodno i opu­ściłem ka­wiarnię. Po­śpie­szyłem do Win­netou, aby powia­domić go o nowej intry­dze Purtaka.

 


ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY [top]

KŁAMSTWO SZAREJ SOWY • O KARAMPUKACH SŁÓW KILKA • DZIWNY POMYSŁ • KIEDY ZAKOPIEMY TOPÓR WOJENNY? • BLADE TWARZE I PRZYRODA • JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁ ŚWIAT? • CZY MOŻNA NAUCZYĆ LUDZI CHODZIĆ PO LESIE? • PORTRET ANNY ORZELSKIEJ • MÓJ PODWÓJNY JĘZYK • NA WZBURZONYM JEZIORZE • CZY GROZI NAM KATASTROFA?

 

Na drodze do le­śni­czówki napo­tkałem Elisa­beth. Szła wolno w lek­kich panto­felkach i błę­kitnej su­kience, dźwi­gając swój neseser. Do­myśli­łem się, że idzie do przy­stanku auto­buso­wego.

Wy­dała mi się prze­śliczna z tymi wło­sami na pa­zia, zgrabną syl­wetką i manie­rami wiel­kiej damy. Znowu przy­po­mniała mi Annę Orzel­ską z por­tretu w Niebo­rowie.

I nagle zrobiło mi się żal, że odjeż­dża i oto nigdy już jej nie zo­baczę.

Zaha­mo­wałem, aż koła pod­niosły tuman kurzu.

— Ach, milady — za­woła­łem, wyska­kując z wehi­kułu. — Czy pani, broń Boże, nie zamie­rza wyje­chać?

Kich­nęła raz i drugi. Tuman kurzu powoli opadał.

— Tak, właśnie idę do auto­busu...

— Za późno — skła­małem bez­czelnie. — Wi­dzia­łem, jak od­chodził.

Zdzi­wiła się i spoj­rzała na ze­garek:

— Prze­cież dopiero jedena­sta. Auto­bus odcho­dzi o jedena­stej trzy­dzieści.

— Pani zega­rek źle chodzi. Spóź­nia się właśnie o te pół go­dziny.

— Do tej pory był punk­tualny. Może zapo­mnia­łam go dziś nakrę­cić.

— Pro­szę, niech pani wsiada do sa­mo­chodu. Nie pozo­staje nic in­nego jak powró­cić do leśni­czówki. Nikt z niej pani nie wypę­dza.

— No tak, ale nie wiem, czy wy­pada...

— A cóż w tym złego, że po­zosta­nie pani tutaj jeszcze przez jeden dzień? Chce pani spędzić urlop w War­szawie? Zresztą, Win­netou zapra­szał panią do swego wi­gwamu. Nie wy­pada nie złożyć mu wi­zyty.

— Tak pan myśli? — za­stana­wiała się, wsia­dając do we­hikułu. — A czy moja obec­ność nie sprawi mu kłopotu? Ja zupeł­nie nie wiem, jak należy postę­pować z In­dia­nami. Oba­wiam się, że mogę postą­pić nie­tak­townie i on się obrazi. A poza tym trochę się go boję. A także tego Mil­czą­cego Wilka. Czy oni zawsze mają na twa­rzach takie straszne barwy?

— Mam na­dzieję, że dziś nie wy­ruszają na wy­prawę wo­jenną.

— A panu... czy nie spra­wiam zbyt wiel­kiego kłopotu?

— Mnie?

— No tak. Wy­dawało mi się, że chwi­lami bardzo pana irytuję. Myślę, że Anto­nio miał rację mó­wiąc o mnie, że je­stem trochę jak so­pel lodu. A ja na­prawdę nie wiem, jak po­stępo­wać z męż­czy­znami, żeby czuli się do­brze w moim towa­rzy­stwie.

— Pani jest bardzo piękna...

— Ach, wszy­scy mi to mó­wią, ale tak na­prawdę to nikt się mną nie in­tere­suje.

— Pro­szę się tym nie przej­mować. Dla mnie i dla Win­netou jest pani praw­dziwą lady. Nie­często zdarza się spotkać damę. Wy­daje mi się, że potra­fimy to doce­nić.

— Na­prawdę? — i z naj­więk­szą uf­nością popa­trzyła na mnie swoimi błękit­nymi oczami Anny Orzel­skiej.

Zaje­chali­śmy przed leśni­czówkę. Za­nio­słem jej ba­gaż do pokoju, a gdy wróci­łem na dół, za­stałem ją roz­ma­wiającą z żoną leśni­czego.

— Zo­stałam zapro­szona do wi­gwamu pana Win­netou — infor­mo­wała ją Elisa­beth — ale na­prawdę nie wiem, czy wy­pada mi tam pójść.

— Ale dla­czego?

— Pan Win­netou mówił mi, że jest dzikim mężem...

— Ach, nie jest aż tak bardzo dziki, jak to o sobie twier­dzi. Za­pewne zasta­nie pani w jego wi­gwa­mie także i mojego męża. Ale tam to on na­zywa się Ci­cha Stopa. Umie cho­dzić po lesie niemal bez szmeru i dla­tego na­zwali go Ci­chą Stopą. Dziś nad ra­nem oby­dwaj z Win­netou ustrze­lili potęż­nego odyńca. Mąż skoń­czył wcze­śniej zajęcia służ­bowe i poszedł pomóc go opra­wiać.

— Czy będę mógł poży­czyć łódkę? Chciałbym z panią Elisa­beth popły­nąć do Win­netou — zwró­ciłem się do pani Anny.

— Nie­stety, łódkę poży­czył jeden z gajo­wych — odrze­kła.

Zmartwiła mnie ta wia­do­mość, bo nie wie­dzia­łem, jak w tej sy­tuacji dotrzeć do wi­gwamu Win­netou. Wehi­kułem nie zamie­rzałem płynąć. Wie­loletnie do­świad­czenie na­uczyło mnie, abym krył wła­ściwo­ści mego po­jazdu.

— A może znajdą się ja­kieś gu­mowe buty dla pani Elisa­beth? Znam drogę przez bagna, ale nie można jej prze­być w panto­felkach.

Pani Anna miała nogę nieco więk­szą niż milady, ale po włoże­niu fil­cowej wkładki Elisa­beth mogła nosić jej gu­miaki. Nało­żyła je i wyru­szyli­śmy oby­dwoje przez ols je­sio­nowy. Oczy­wiście, uprze­dziłem Elisa­beth o trudno­ściach wę­drówki, ale nie zrezy­gno­wała.

— Pan ma o mnie złe wy­obra­żenie, panie Szara Sowo — powie­działa. — Jeśli po­trzeba, umiem masze­rować. Nie uwie­rzy pan za­pewne, ale lu­bię goto­wać. Jestem wy­trwała i nigdy nie choro­wałam. Wy­daje mi się, że potra­fiła­bym polubić wieś.

— Och, muszę o tym powie­dzieć Win­netou. On powi­nien się ożenić.

— Z In­dianką, prawda?

— Prze­cież on nie jest India­ninem, milady. To słynny malarz i gra­fik. Za­uwa­żyłem, że z wiel­kim zainte­reso­wa­niem odnosi się do pani.

Za­trzy­mała się przed ogromnym rozle­wi­skiem wody i błota.

— Nie pójdę dalej — stwier­dziła. — Za­cho­wuje się pan jak Piękny Anto­nio. On przy­wiózł mnie tu dla Purtaka, a pan prowa­dzi mnie dla Win­netou. Zupeł­nie nie rozu­miem, dla­czego tak się dziw­nie dzieje, że ile­kroć po­znam jakie­goś pana, mimo za­chwy­tów, których mi nie szczę­dzi, na­tych­miast pragnie mnie poznać z kimś innym.

— O, milady, pani mnie opacz­nie zrozu­miała. Wy­chwa­lam zalety Win­netou, aby znik­nęły pani obawy przed jego osobą.

Popa­trzyła mi w oczy i rzekła twardo:

— Ja się nikogo nie boję. Ani Anto­nia, ani Purtaka, ani pana, ani Win­netou. Nie lę­kam się rów­nież ciem­ności, żab i myszy.

I chyba mówiła prawdę. Mimo deli­kat­nego wy­glądu i wy­twor­nych manier w gruncie rzeczy twarda z niej była dziew­czyna. Zręcz­nie prze­cho­dziła po pniach, leżą­cych w bagnie, śmiało brnęła po kostki w mule i ugi­nają­cym się pod nogami mchu. Z przy­jemno­ścią obser­wo­wałem jej harmo­nijne ruchy, zgrabne nogi, wy­smukłą postać.

Kiedyś moda robiła wszystko, aby w ko­biecie pod­kreślić jej ko­biecość. To­warzy­szył temu rów­nież sposób bycia, odpo­wied­nio do­brany do płci. Dziś dziew­czyna staran­nie ukrywa swą kobie­cość, sposób bycia niczym nie różni jej od męż­czyzny, oby­czaje są szorst­kie i gminne. Po współ­cze­snym świecie całymi sta­dami chodzą „ka­ram­puki”, tato-mamy, babo-chłopcy, o niezde­cydo­wanej płci i nie zdecy­dowa­nych oby­czajach.

Elisa­beth była inna i dlatego za­chwy­cająca. Gdy w pewnej chwili za­trzy­mała się, aby wejść na spróchniały pień drzewa na trzęsa­wisku, raptem ująłem ją pod kolana i sa­memu grzę­znąc w błocie prze­nio­słem dziew­czynę na su­chy skra­wek ziemi. Przy­tuliw­szy do niej głowę, po­czułem zapach perfum „Cha­nel” nr 5, któ­rymi — jak uczyła mnie lektura roman­sów — pach­nieć winna każda praw­dziwa dama.

Posta­wiwszy ją na ziemi, trochę zady­szany, bo była jednak dość ciężka, ode­zwa­łem się nie­śmiało:

— Mi­lady, czy to będzie bardzo niesto­sowne, jeśli panią poca­łuję?

— W rękę?

— Nie. W usta.

Popa­trzyła na mnie z nie­kłama­nym zdu­mie­niem:

— Skąd panu taki pomysł przy­szedł do głowy?

— Nie wiem. Cza­sami mie­wam takie pomy­sły. Czy to coś złego? Nie mam pojęcia, skąd się one we mnie biorą.

— I czę­sto to się panu zdarza? To znaczy, czy często po­dobne pomy­sły przy­chodzą panu do głowy?

— Nie... — wy­bąka­łem.

— A ja myślę, że na­wet bardzo często. Po­dobny wyraz twarzy, jak te­raz, miał pan na zaba­wie w ośrodku, gdy roz­mawiał pan z Krwawą Mary. Taki sam wyraz twarzy wi­dzia­łam u pana, gdy tańczył pan z ową tle­nioną blon­dynką. Mam na­dzieję, że to nie jest choro­bliwe — stwier­dziła i ruszyła ścieżką ku przo­dowi.

A ja nie wie­dzia­łem: zakpiła sobie ze mnie, czy też dała do zrozu­mienia, że uważa mnie za nic­ponia w ro­dzaju Pięk­nego Anto­nia. To już nie sopel lodowy. To praw­dziwa góra lodowa — po­my­ślałem — Ocean Lodo­waty!

Ale po chwili minął mi zły humor. Oto weszli­śmy na suchy pagó­rek i zaha­czyli­śmy wysoką pali­sadę ogra­dzającą wi­gwam Win­netou. Wpro­wa­dziłem dziew­czynę na po­dwó­rzec, ukaza­łem zbu­do­wany z drew­nia­nych bali dom mojego przyja­ciela.

Twarz milady wyra­żała szczery za­chwyt.

— Chcia­łabym tu miesz­kać — zawo­łała.

— I rą­bać drewno do ko­minka — rzu­ciłem zjadli­wie.

— Natu­ralnie. Tylko mu­siała­bym mieć lekką sie­kierkę.

— I no­siłaby pani wodę z jeziora?

— Oczy­wiście. Ale mu­siała­bym mieć małe wiadro.

— A zimą, milady? Zimą jest tu śnieg po ko­lana i jezioro zama­rza.

— Spra­wiła­bym sobie długie buty...

Wy­szedł Win­netou ubrany w swój zwykły strój — spodnie za­mszowe i kur­teczkę z we­luru. Nie miał na twarzy barw wojen­nych. Czarne, gładko przy­cze­sane włosy przyle­gały do głowy, twarz była ogo­rzała i piękna. Nie wyglą­dał na swoich trzy­dzieści pięć lat.

— Mi­lady — skłonił się jej dwor­nie — miło mi po­witać panią u wejścia do mego wi­gwamu. Dziś rano upolo­wałem dzika. Przed chwilą, razem z Mil­czącym Wil­kiem i Cichą Stopą, opra­wili­śmy go i teraz sma­żymy dziczą wą­trobę. Mam na­dzieję, że piękna biała skwaw i mój brat Szara Sowa nie po­gardzą skromną strawą dzikich mężów.

Milady dy­gnęła jak pen­sjo­narka. A Win­netou ujął ją pod rękę i wpro­wadził do wi­gwamu. Na wiel­kim ka­mien­nym paleni­sku płonął ogień pod­grze­wający patel­nię, na której sma­żyła się sma­kowi­cie pach­nąca wą­troba dzika. Nad ranem leśni­czy Piąt­kowski i Win­netou zaczaili się w pobliżu uprawy ziem­niacza­nej pod lasem, gdzie — jak powia­domił ich je­den z rolni­ków w Złotym Rogu — co noc przy­chodził jakiś wielki dzik i robił ogromne szkody. Dzika zabił Win­netou, wypa­troszyli go z le­śni­czym i od­wieźli do go­spody ludo­wej w Złotym Rogu, a sobie — zwy­czajem my­śliw­skim — pozo­stawili tylko wą­trobę. Teraz przy­rzą­dzano ją na kolację.

Przy komi­nie za­siadło nas pię­cioro: lady Elisa­beth, Win­netou, Mil­czący Wilk, leśni­czy i ja. Czy trudno odgad­nąć, o czym zaczęli roz­ma­wiać ludzie ko­chający wiatr, wodę, szum lasu i ciszę wiel­kich jezior? Oczy­wiście, jedy­nym tema­tem, który ich nigdy nie znudzi, jest właśnie las i woda, przy­gody prze­żyte pod­czas wę­drówek.

Opo­wie­dzia­łem o roz­mowie z Krwawą Mary i o li­ście, który ukazał się w gazecie, bu­dząc niepo­kój moto­rowod­niaków. Win­netou skwi­tował tę wia­do­mość ostrymi sło­wami:

— Blada twarz nazwi­skiem Purtak nie spo­cznie, dopóki nie po­szerzy posia­dłości ośrodka wcza­sowego, bo spo­dziewa się za to służ­bo­wego prze­niesie­nia do War­szawy. Ale tak, jak po­krzy­żowali­śmy jego plany zagar­nięcia bindugi, tak być może potra­fimy nie do­puścić do za­garnię­cia wy­spy. Lada dzień należy ocze­kiwać odpo­wiedzi Wiel­kich Wo­dzów z War­szawy. A gdy zgodzą się na­sze je­zioro objąć strefą ciszy, wów­czas wy­niosą się stąd moto­rowod­niacy, a i za­kład pracy będzie gdzie indziej szukać miejsca na ośro­dek wcza­sowy. Pójdą tam, gdzie będzie można grzmieć krzy­czą­cymi ustami i jeź­dzić na śmier­dzą­cych moto­rów­kach. Blade twarze z ośrodka wcza­sowego nie potra­fią żyć bez hałasu i smrodu spalin. Trawa poro­śnie ośro­dek wcza­sowy, a my za­ko­piemy wów­czas topór wo­jenny.

Z po­wąt­piewa­niem pokrę­ciłem głową:

— De­cyzja o strefie ciszy może rozzło­ścić Purtaka, ale w gruncie rzeczy będzie ona na ręką także i wcza­sowi­czom z ośrodka. Będą mogli odpo­czywać w ciszy i spo­koju, kąpać się w czystej wodzie. Po­rzucą moto­rówkę, za­mkną radio­węzeł, a do wycie­czek po je­ziorze zaczną używać tylko łódek, kaja­ków, rowe­rów wod­nych i żagló­wek. Jeśli mój brat Win­netou nie zgodzi się z faktem, że ośro­dek wcza­sowy i blade twarze mają tutaj rację bytu, spotka go klę­ska. Blade twarze muszą znaleźć miejsce na wy­poczy­nek po cięż­kiej pracy.

Win­netou milczał długą chwilę. Ale wresz­cie rzekł:

— Od­wie­dziłem kiedyś Stany Zjed­no­czone. Byłem także w kraju, który nazywa się Ja­ponia, i w wiel­kim jego mieście o na­zwie Tokio. I co tam wi­dzia­łem? Oglą­dałem miasta o tak zady­mio­nych spali­nami ulicach, że poli­cjanci, kieru­jący ruchem, mu­sieli mieć na twa­rzach maski z tle­nem. Wi­dzia­łem kioski uliczne, gdzie sprze­da­wano lu­dziom łyk czy­stego powie­trza. Wi­dzia­łem połacie ziemi zmie­nionej w śmiet­nisko. Wi­dzia­łem ogromne ob­szary nie­gdyś żyznej ziemi zamie­nione w ja­łową pusty­nię. Wi­dzia­łem rzeki i jeziora martwe od ja­dów, które wy­dzie­lają fa­bryki. Oglą­dałem ginące od dymu lasy. Wi­dzia­łem je­ziora tłuste od rozla­nej na nich ropy nafto­wej i oleju... Nasza ojczy­zna jest pięk­nym krajem. Czy mo­żemy dopu­ścić, aby i u nas wszystko zmie­niło się w jedno wielkie śmiet­nisko? To prawda, że Wielcy Wo­dzowie wydali zbiór przepi­sów o ochro­nie środo­wiska natu­ralnego, który może być przy­kładem dla całego świata. Ale czy wszy­scy stosują się do tych przepi­sów? Czy nie jest tak, że wiele zakła­dów pracy woli płacić kary za zatru­wanie rzek i jezior, zamiast budo­wać oczyszczalnie ście­ków? Myli­cie się sądząc, że Win­netou jest prze­ciw wszystkim bladym twa­rzom nad je­ziorem. Niech mają swój ośro­dek wcza­sowy na półwy­spie. Ale jak on wy­gląda? Zabu­dowali go ohyd­nymi bara­kami, zamiast pora­dzić się plasty­ków i kon­ser­wato­rów przy­rody i wybrać taki typ domku cam­pingo­wego, który harmo­nizo­wałby z kra­jobra­zem. Mają pienią­dze na dalsze baraki w no­wych miej­scach, a szkoda im pie­niędzy na ka­naliza­cję. Wolą spusz­czać brudy do je­ziora, w któ­rym się kąpią. A czy ich obec­ność tutaj musi wiązać się z hała­sem gigan­tofo­nów, radio­od­biorni­ków, z łosko­tem silni­ków? Dla­tego nie wolno dopu­ścić do tego, aby otrzy­mali jeszcze bin­dugę i wyspę. Na bindu­dze po­winna w przy­szłości stanąć stanica wodna dla że­glarzy i kaja­kowi­czów. A wy­spę niech pozo­stawią bez­ludną jako miejsce lęgowe dla ptac­twa wod­nego. Oto i wszystko, co chce osią­gnąć Win­netou.

Głos zabrał, mało­mówny zazwy­czaj, Mil­czący Wilk:

— Win­netou powie­dział prawdę. Walka nasza nie bę­dzie łatwa i krótka. Nie tak rychło zdo­łamy zako­pać to­pór wo­jenny. Ludzie w wiel­kich mia­stach duszą się od zatru­tego powie­trza i głuchną od hałasu. Trage­dia polega jednak na tym, że gdzie­kol­wiek wyru­szą w poszu­kiwa­niu ci­szy i czy­stego powie­trza, niosą ze sobą smród spalin i hałas.

— Tak jest — zgo­dziłem się z Mil­czącym Wil­kiem.

— A więc rzecz polega na tym, aby chronić przy­rodę nie przed ludźmi, ale dla ludzi. I taki powi­nien być nasz pro­gram działa­nia. A skoro cel na­szej walki jest słuszny, mamy obo­wiązek stoso­wać legalne metody walki, bo tylko takie mogą odnieść skutek. Purtak działa przy po­mocy intryg i kłamstw. A my? Słusz­nie po­stąpił Win­netou opra­cowu­jąc memo­riał. Je­stem pewien, że znaj­dzie on zrozu­mienie u Wiel­kich Wo­dzów w War­szawie. Ale to jeszcze mało.

— Zga­dzam się — pod­chwy­cił moje słowa Cicha Stopa. — Gro­żenie topo­rem wojen­nym nie na wiele się zda. Trzeba stoso­wać zupeł­nie inne formy działa­nia. Wy­daje mi się, że sprawą ochrony przy­rody powin­niśmy zainte­reso­wać mło­dzież. Przed tygo­dniem odwie­dziłem obóz harce­rzy, poło­żony nad drugim jezio­rem. O trzy kilo­metry od nich znaj­duje się re­zerwat kormo­ranów. Na sto­sun­kowo nie­wiel­kiej prze­strzeni, na drze­wach obra­stają­cych mały półwy­sep, ptaki zbu­dowały ponad sześć­set gniazd. Ale ta kolonia chyba wkrótce ule­gnie li­kwida­cji Dla­czego? Wła­śnie z po­wodu bla­dych twarzy z ośrodka wcza­sowego kiero­wa­nego przez Purtaka. On wszystkim wcza­sowi­czom radzi odwie­dzić rezer­wat kormo­ranów. I nad je­ziorko idą co­dzien­nie gro­madki tury­stów. Z apara­tami radio­wymi, krzy­cząc i hała­sując. Pod­chodzą do drzew, na któ­rych znaj­dują się gniazda, pło­szą ptaki, nie dają im spo­kojnie wysia­dywać mło­dych. Purtak radzi zwie­dzać, ale ni­kogo nie in­for­muje, jak się po­winni zacho­wać w takim miej­scu. Opo­wie­dzia­łem o tym harce­rzom. I wiecie, co za­decy­do­wano? Wy­zna­czyli patrole. Co­dzien­nie wokół rezer­watu krążą teraz warty harcer­skie, nie do­pusz­czając tury­stów bezpo­średnio pod drzewa, na których znaj­dują się gniazda, przy­pomi­nając o zacho­waniu ciszy. Turyści oglą­dają z pewnej odle­głości, co zresztą w ni­czym nie od­biera wrażeń, po­nieważ właśnie z da­leka łatwiej obser­wować ptaki na gniaz­dach. Jestem pewien, że ta grupa harce­rzy bę­dzie już przez całe życie wie­działa, w jaki sposób po­winno się za­cho­wywać w re­zerwa­cie przy­rody. Staną się oni no­wymi obroń­cami natu­ralnego środo­wiska czło­wieka.

Z du­żym uzna­niem przyję­liśmy opo­wiada­nie Ci­chej Stopy. Ja także byłem zdania, że ta­kie formy walki są warte upo­wszechnienia. Ale jedno wydało się nam bez­sporne. Nie­szczę­ściem dla przy­rody nie są ośrodki wcza­sowe nad je­ziorami i w la­sach, ale niewła­ściwe nimi zarzą­dzanie przez ludzi po­kroju Purtaka. W imię posze­rzenia tere­nów rekre­acyj­nych chcie­liby oni za­wład­nąć je­ziorami i la­sami, poo­gra­dzać je dru­tami kolcza­stymi, zabu­dować kosz­mar­nymi bud­kami, napeł­nić brudem i hała­sem.

Dla wielu ludzi las to tylko zbio­rowi­sko drzew. Ale właśnie to zbio­rowi­sko drzew wytwa­rza swoisty mikro­klimat, pewien układ warun­ków, który na­ukowcy na­zywają bioce­nozą. W lesie wszystkie ro­śliny są w jakiś sposób od sie­bie zależne i mogą żyć je­dynie w tej współ­zależ­ności. Wiel­kie drzewo potrafi rozra­stać się właśnie dlatego, że ma odpo­wied­nie pod­łoże, gdzie egzy­stują małe krzewy, zioła, bakte­rie. Nisz­czenie tego pod­łoża — zrywa­nie ziół, kwia­tów, wy­depty­wanie mchów, poro­stów — powo­duje umie­ranie bakterii umoż­liwia­jących rozwój życia roślin, a tym samym niszczy cały las.

Lady Elisa­beth, wpa­trzona w blask ognia buszu­jącego na ko­minie, w mil­czeniu przy­słu­chi­wała się na­szej roz­mowie, nie za­biera­jąc głosu. Była za­chwy­cona wnę­trzem wi­gwamu i wspa­niałymi ilustra­cjami Win­netou do książek o In­dia­nach i zwie­rzętach. Podo­bały się jej proste meble w wi­gwa­mie, skóry służące jako dy­wany i pokry­cia na ławach. Szybko zo­riento­wała się, że ma do czy­nienia z ludźmi wy­kształ­conymi i kultu­ral­nymi, których połą­czyła miłość do przy­rody.

Jadła więc ze sma­kiem wą­tróbkę z dzika i popi­jała ją herbatą. Win­netou i Mil­czący Wilk, jak przy­stało na dzi­kich mężów, nie uży­wali widel­ców. Cicha Stopa i ja rów­nież przy­stoso­wali­śmy się do tej kon­wencji. Ale dla lady znalazł się i nóż, i wide­lec, choć wyra­ziła goto­wość jedze­nia na sposób indiań­ski. Albo­wiem praw­dziwa lady, nawet jedząc pal­cami, nie prze­staje być damą.

Czas mijał szybko.

— Już dzie­wiąta — w pewnej chwili stwier­dził Cicha Stopa.

— Dzie­wiąta? — upew­niła się lady, spo­gląda­jąc na swój zega­rek.

— Z całą pewno­ścią — po­twier­dził le­śniczy.

— Ach tak — mruk­nęła lady, a potem zwró­ciła się do Win­netou: — Tyle razy wspo­minał pan, że białe skwaw mają po­dwójne języki. A cóż należy sądzić o mężu, który ma także roz­dwo­jony język?

— Go­dzien jest potę­pienia — wy­rzekł z po­wagą.

— W ta­kim ra­zie musi­cie potępić Szarą Sowę. Okła­mał mnie, gdy szłam dziś do auto­busu, aby odje­chać do War­szawy. Powie­dział, że mój zega­rek spóźnia się o pół go­dziny. Oka­zuje się jednak, że ze­garek chodzi punk­tualnie.

Zapa­dło mil­czenie. Win­netou, Mil­czący Wilk i Cicha Stopa patrzyli na mnie z uwagą, czeka­jąc, jak wyja­śnię im tę sprawę. Lecz ja jak­bym nabrał wody w usta.

— Czy Szara Sowa ma coś na swoją obronę? — za­pytał Win­netou.

— Nie.

— Więc Szara Sowa przy­znaje się, że okła­mał białą skwaw?

— Owszem. Al­bo­wiem nie chcia­łem, żeby wyje­chała ze Zło­tego Rogu.

— A dla­czego?

— Przy­kra mi była myśl, że biała skwaw spędzi swój urlop w du­żym mieście, po­nieważ Piękny Anto­nio ją oszukał, a ona nie zała­twiła sobie żad­nych wcza­sów. Poza tym biała skwaw bardzo mi przy­pomina pewną bliską mi osobę.

— Kogo? — zain­tere­sowała się Eli­sabeth.

— By­łem wów­czas stu­dentem historii sztuki i wiele czasu spę­dzałem w pa­łacu w Niebo­rowie, poma­gając tamtej­szemu kusto­szowi. Wpadł mi w oczy portret Anny Orzel­skiej, tak zwanej błękit­nej damy, córki Augu­sta II Moc­nego. Zako­chałem się w niej pierw­szą mło­dzień­czą ro­man­tyczną miło­ścią. Lady Elisa­beth trochę przy­pomina mi tamtą damę. Żal mi było, że od­jeżdża...

— Hm — chrząknął nie­pewnie Win­netou i spoj­rzał pyta­jąco na Mil­czą­cego Wilka i Cichą Stopę. — Co moi bracia sądzą o tej spra­wie? Jaki wyda­dzą wyrok na Szarą Sowę?

— Ach, nie musi­cie być spe­cjalnie surowi — po­wie­działa w mo­jej obronie Elisa­beth — w gruncie rzeczy jestem bardzo zado­wolona, że tu pozo­stałam i po­znałam miłe towa­rzy­stwo. Szarą Sową kiero­wały szla­chetne po­budki.

— Mimo to bar­dzo źle postą­pił — poki­wał głową zmar­twiony tą sprawą Win­netou.

— Bar­dzo żałuję swego po­stępku... — mruk­nąłem.

— Co takiego? — obu­rzyła się milady. — Go­towa byłam mu wyba­czyć jego kłam­stwo, bo do­wie­dzia­łam się, jak mu bardzo zależy na mojej obec­ności. Ale skoro on te­raz żałuje, że po­zosta­łam w Złotym Rogu, czuję się głę­boko do­tknięta. Bardzo proszę o su­rowy wyrok.

— Zgoda — przy­taknął Win­netou. — Ale nam, przyja­ciołom, trudno będzie wyna­leźć dla niego karę. Niech więc pani sama osądzi Szarą Sowę i wyda wyrok.

— Do­brze — zgo­dziła się lady — prze­myślę jego winę i wezmę pod uwagę skru­chę. A swoją drogą, cie­kawa jestem, jak wy­gląda Anna Orzel­ska.

— O, to się da zała­twić — urado­wał się Win­netou. Pod­szedł do ściany, odsu­nął mi­sternie ukryte drzwi; ukazała się dość bogata biblio­teka.

— Mam tu al­bum o Niebo­rowie — powie­dział. Wy­ciągnął książkę, prze­kart­kował ją i po­dał milady otwartą na stronie z re­pro­dukcją por­tretu pięknej damy.

Elisa­beth długo wpa­trywała się w portret. Wresz­cie z wes­tchnie­niem za­mknęła książkę:

— Nie wiem, czy rze­czywi­ście je­stem do niej po­dobna. Jeśli jednak chodzi o mło­dzień­czą miłość Szarej Sowy, to trzeba przy­znać, że ma on do­bry gust. Szkoda tylko, że, jak wynika z pod­pisu, dama ta li­czy­łaby dziś ponad dwie­ście lat. Jemu jednak, jako muze­alni­kowi, zdaje się to zupeł­nie nie prze­szka­dzać.

Zło­śliwa z niej osóbka. Moi przyja­ciele parsk­nęli śmie­chem. Ale wyba­czyłem jej ostry język. Prze­pięknie bo­wiem wyglą­dała w blasku ognia, tańczą­cego na wiel­kich pola­nach w komi­nie. Jej długie rzęsy rzucały na po­liczki bardzo wyra­ziste cienie, na czole i policz­kach pełzał migo­tliwy złoty blask, a dłonie, które spo­czy­wały na ob­nażo­nych kola­nach, miały żół­tawą barwę kości sło­niowej. Nie mo­głem się jej napa­trzyć, bo na tle drew­nia­nych ścian domu Win­netou, w swej błękit­nej su­kience, wyda­wała się jakby damą z por­tretu lub sta­rego sztychu. I mó­wiąc prawdę zupeł­nie nie czułem się winny, że moje kłam­stewko zdecy­dowało o jej pozo­staniu w Złotym Rogu.

Gdy wyszli­śmy przed dom, pora już bo­wiem była wracać do le­śni­czówki, dziew­czyna za­drżała od chłodu.

Noc była ciemna i wietrzna, po niebie pędziły ogromne zwali­ska chmur i tylko od czasu do czasu uka­zywał się księżyc. Po­nuro szu­miał las ota­czający wi­gwam. Win­netou i Mil­czący Wilk posta­nowili nas od­stawić łódką. Nale­żało się spo­dzie­wać, że na je­ziorze będzie jeszcze zimniej.

— Mi­lady — ode­zwał się Win­netou — czy zgodzi się pani przyjąć ode mnie skromny in­diański przy­odzie­wek? Moka­syny, spodnie z frędz­lami i bluzę pod­szytą futer­kiem.

Przy­stała na tę sen­sowną propo­zycję. Wróci­liśmy do wi­gwamu; Win­netou otwo­rzył jedną ze swych potęż­nych skrzyń. Zawie­rała ona stroje indiań­skie i prze­różne inne rekwi­zyty, które po­trzebne były Win­netou, gdy robił ilustra­cje do książek o In­dia­nach. Oczy­wiście strój, który wypo­życzył milady, nie był orygi­nalny, a tylko w pe­wien sposób styli­zo­wany na in­diański. Ale wyglą­dał prze­pięknie i był ciepły.

Elisa­beth prze­brała się w niego w ciem­nym kącie wi­gwamu i gdy ukazała się nam, wydała się jeszcze pięk­niejsza. Wy­glądała jak paź królo­wej ze starego histo­rycz­nego filmu.

— Mi­lady — skłonił się jej Win­netou — mój brat, Szara Sowa, nie ma po­dwój­nego języka. My­śliwy, gdy poluje na do­rodną zwie­rzynę, ma prawo naśla­dować głosy rozma­itych zwie­rząt, aby przy­wabić ją do siebie. Nikt nie uważa tego za oszu­stwo. Zręczny wy­bieg należy do broni wo­jow­nika.

— Ach tak? — zdu­miała się lady. — Czy tę my­śliwską ewen­tual­ność miał pan na myśli wspo­mina­jąc o rezer­wacie? Zresztą, o ile dobrze usły­szałam, on ża­łuje swo­jego po­stępku i tego mu nie mogę wyba­czyć.

To mó­wiąc skie­rowała się do drzwi — wysoka, smu­kła, wiotka, praw­dziwa So­snowa Igiełka z czy­tanej przeze mnie kiedyś indiań­skiej powie­ści.

Wy­powie­dzia­łem głośno to imię. Win­netou poki­wał głową z uzna­niem, a Mil­czący Wilk powie­dział:

— Nasz brat znalazł piękne imię dla milady. Ona jest jak So­snowa Igiełka, choć nie pach­nie la­sem, ale per­fu­mami.

Win­netou zarzu­cił na ramię swoją strzelbę i wy­szliśmy przed dom, kieru­jąc się do przy­stani.

Zabły­sła la­tarka elek­tryczna w ręku Cichej Stopy. Poza krę­giem światła rozpo­ścierała się nie­prze­nik­niona nocna ciem­ność i szu­miał groźnie las.

Sma­gani po­dmu­chami wiatru zajęli­śmy miejsca w kanu. Mil­czący Wilk usiadł na dziobie, Win­netou na ru­fie, a my: lady, ja i Cicha Stopa — w środku. Łódź była wąska, można w niej było sie­dzieć tylko jeden za dru­gim. Wio­słowali także tylko Mil­czący Wilk i Win­netou, posłu­gując się krót­kimi wio­słami.

Odbili­śmy od brzegu i wkrótce za­częło nas mocno kołysać.

Na je­ziorze szalały wielkie grzy­wacze. Co chwila któryś z nich zała­mywał się i mimo szumu wiatru słysze­liśmy syk piany, rozpra­szają­cej się po wo­dzie. Na szczę­ście wiatr wiał od Zło­tego Rogu tak, że nie zmie­niając kie­runku mogli­śmy płynąć pod fale.

— Czy So­snowa Igiełka nie boi się fal i wi­chury? — za­wołał Win­netou, prze­krzy­kując łoskot wiatru i szum wody.

Lady mil­czała, nie wie­dząc, do kogo skie­rowane były te słowa.

— To panią na­zwali­śmy So­snową Igiełką — po­wie­dzia­łem.

— Mnie?

Jakaś wysoka fala zała­mała się w pobliżu i bry­zgi wody ude­rzyły ją w twarz. Wzdrygnęła się cała i szybko otarła mokre po­liczki.

— Nie, nie boję się — od­krzyk­nęła — z wami ni­czego się nie boję.

Słowa te po­łech­tały mile naszą męską ambi­cję. Mil­czący Wilk i Win­netou zaczęli silniej wio­słować, kieru­jąc dziób prze­ciw falom. Usły­szałem szept lady:

— Czy to imię ozna­cza, że zosta­łam In­dianką?

— Nie.

— To dobrze. Bo już bałam się, że odtąd każecie mi jeść rękami.

Rap­tem, gdy na mo­ment za­świecił księżyc — zoba­czyli­śmy na trawer­sie ja­kiś ogromny, zbli­żający się ku nam czarny kształt. Jakby jakaś ogromna skała wyro­sła na­gle przed nami.

— Uwaga! Przed nami duża łajba — krzyk­nął ostrze­gawczo Mil­czący Wilk.

Win­netou wyjął z kie­szeni latarkę z wy­mien­nymi kolo­ro­wymi szkieł­kami i kilka­krotnie błysnął czer­wonym świa­tłem w kie­runku zbli­żającej się łajby. Albo­wiem na wo­dzie panuje zasada, że bar­dziej zwrotna i szybka jed­nostka pły­wająca po­winna ustę­pować jedno­stce wol­niejszej i mniej zwrot­nej.

Nie­stety, z napły­wającej łajby jak gdyby nas nie zauwa­żono. Upar­cie płynęła wprost na nas, ani na chwilę nie zmie­niając kursu. Był to chyba jacht ża­glowy, ale ża­gle nie zostały wcią­gnięte. Nie słysze­liśmy rów­nież łoskotu silnika. Czarna masa ka­dłuba wyra­stała z wody coraz bliżej — i było coś groź­nego w tej ogromnej syl­wetce płyną­cej ku nam w mil­czeniu. Jak gdyby dążyła ku nam, aby nas rozbić i zatopić.

A do­okoła, jak okiem sięgnąć, roz­ciągało się roz­szalałe jezioro, ze­wsząd nad­biegały wielkie fale o spie­nio­nych grzbietach. Wiatr chło­stał nas kro­plami piany zerwa­nej z grzy­waczy. Kanu gwał­townie podry­wała się do góry, dzio­bem swym bodąc niebo, potem zaś równie gwał­townie zesu­wała się w dół w otwarte na mo­ment czelu­ście je­ziora. I czarny kształt wciąż zbliżał się. Groźny, mil­czący, cichy.

 


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY [top]

JACHT ZJAWA • TAJEMNICA BEZLUDNEGO RAMBLERA • RATUJEMY DRYFUJĄCĄ ŁAJBĘ • ZAGADKA ŚLIZGACZA • CZY „SWALLOW” PŁYNIE DO PIEKŁA? • NA POKŁADZIE LATAJĄCEGO HOLENDRA • KTO DOKONAŁ PRZESTĘPCZEGO CZYNU? • URODA MISS KAPITAN • WDZIĘCZNOŚĆ BLADYCH TWARZY • ŻEGLARZE NA ŚCIEŻCE WOJENNEJ • CZY JESTEM ZMIENNY W SWYCH GUSTACH? • WYRUSZAMY, ABY ZAPOBIEC WOJNIE

 

Mają swoje le­gendy morza i oceany, a na­leży do nich historia Latają­cego Holen­dra, który jest zjawą statku. Jeziora mazur­skie rów­nież obfi­tują w prze­różne niesa­mowite opo­wieści. Ileż to ich osnuto na te­mat zato­pio­nego na Ma­zurach luksu­sowego jachtu, należą­cego ongiś do jed­nego z hitle­row­skich zbrod­niarzy wojen­nych — Goer­inga. Na że­glar­skich biwa­kach słyszy się, że ten i ów wi­dział jacht prze­pły­wający nocą w ciszy i bez świateł. Po­dobno w duszne noce letnie wy­pływa on z dna je­ziora i prowa­dzony przez upiory krąży bez celu z jeziora na je­zioro, omija­jąc wy­spy i półwy­spy, dopóki blady świt nie roz­wieje go jak po­ranną mgłę...

Czy i w tej chwili ukazał się przed nami ów jacht-upiór, jacht-zjawa?

Był co­raz bli­żej. Dzie­liło go od nas zaled­wie kilka metrów. Jego dziób kiero­wał się w prawy bok naszej łodzi. Na mo­ment ukazał się księżyc — zoba­czyli­śmy grot­maszt bez ża­gla, stalowe liny, pusty pokład. Światło księ­życa poły­ski­wało na szy­bach bula­jów, jakby dając jakiś znak, ostrze­gając przed czymś lub grożąc.

— Uwaga! Zaraz w nas uderzy — krzyk­nąłem.

Mil­czący Wilk i Win­netou ostro praco­wali wio­słami, starając się uciec z kursu jachtu-upiora. Ale wielka bryła szła wprost na nas, wiatr i silne fale unie­możli­wiały ma­newry kanu. Nad­ludz­kim wysił­kiem udało się nam odwró­cić łódź tak, że dziób jachtu tylko otarł się o naszą burtę. A wtedy Win­netou wsko­czył na pokład jachtu. Mil­czący Wilk także chwy­cił się burty, ale nie wcho­dził na jacht, tylko mocno przy­warł do niego, nie opusz­czając kanu. W ten sposób płynę­liśmy razem, trzy­mani przez Mil­czą­cego Wilka.

Po chwili Cicha Stopa i ja rów­nież wsko­czyli­śmy na pokład jachtu.

— Jest pusty, brak załogi — poin­for­mował nas Win­netou, który już zdążył zajrzeć do ka­biny, świe­cąc elek­tryczną latarką.

Jacht dryfo­wał na jezio­rze, nie­siony wia­trem i falami. Był to tury­styczny ram­bler[16] z ka­biną i ża­glami omegi. Koły­sało nim mocno, więc Win­netou chwy­cił za rumpel[17], kieru­jąc dziób skośnie do ucie­kającej fali. Chciał jacht skie­rować jak najda­lej od brzegu, bo przy takim wietrze mógł się rozbić.

— Przy­wiążcie kanu do jachtu — rozka­zał Win­netou. — I wchodźcie wszy­scy na pokład. Po­móżcie So­snowej Igiełce.

Ogromne fale koły­sały ram­blerem. Chwy­ciłem pod pachy So­snową Igiełkę i wcią­gnąłem ją na jacht.

— O Boże, uto­niemy — szep­tała milady, gdy któraś z wyż­szych fal ude­rzyła w bok ram­blera i prze­walała się przez pokład dzio­bowy, zale­wając nas zimną, spie­nioną wodą.

So­snowa Igiełka miała mokre ubranie, na szczę­ście zamsz dobrze chronił jej ciało przed wilgo­cią. Z krót­kich wło­sów ście­kała woda, grzywka nad oczami przyle­piła się do czoła. Jach­tem wciąż mocno koły­sało, raz po raz strugi wody zale­wały nas wszystkich. Wy­dawało się, że lada chwila jacht zatonie albo prze­wróci się na bok.

Milady kur­czowo trzy­mała mnie za ra­mię, unie­możli­wiając jakie­kol­wiek działa­nie.

— Uto­niemy! Uto­niemy! — krzy­czała mi w ucho.

Zgro­miłem ją:

— Mi­lady! Jest pani wśród dżen­telme­nów. Nikt nie po­zwoli pani utonąć.

Teraz Mil­czący Wilk odebrał ster od Win­netou i zaczął wyda­wać roz­kazy:

— Wcią­gnąć grotża­giel aż do trzeciej refy...

Uwol­niłem się z uścisku So­snowej Igiełki i sko­czyłem wyko­nać rozkaz. Brzeg był już blisko, za chwilę jacht mógł się roz­trza­skać albo osiąść na mieliź­nie, gdzie fale prze­wróci­łyby go w mgnie­niu oka. Ratu­nek zależał od szyb­kiego działa­nia.

Mokra liklina z tru­dem posu­wała się w liksz­parze[18]. Po­rządnie namę­czyłem się, za­nim wcią­gnąłem do góry kilka ref ża­gla.

W tę odro­binę żagla wpadł wiatr i Mil­czący Wilk zdołał jacht posta­wić bokiem do wiatru, a po­tem dzio­bem. Teraz wcią­gnęli­śmy wyżej żagiel.

— Dość! — krzyk­nął Mil­czący Wilk, gdy na bomie pozo­stały jeszcze trzy refy. Przy tak sil­nym wietrze wolał pływać ze zmniejszoną po­wierzchnią głów­nego żagla.

Zawią­załem grotfał na knadze[19] umiej­sco­wionej na cę­gach[20] masztu i z da­chu kabiny zesko­czyłem do kokpitu. W tym czasie Win­netou prze­szedł na dziób i powró­cił do nas z infor­macją, że wy­ciągnął z wody linę ko­twiczną. Jego zda­niem, wyglą­dała na prze­ciętą lub prze­rwaną jakimś ostrym narzę­dziem. Ko­twica została w pia­sku przy­brzeż­nym, a wiatr poniósł jacht na je­zioro.

— Naj­pew­niej urwał się z bindugi — do­szedł do mnie głos Mil­czą­cego Wilka.

I w tamtą stronę skie­rował jacht, każąc mu na razie płynąć lewym halsem. Oczy­wiście, czekało nas jeszcze parę zwro­tów, bo nie sposób płynąć na ża­glach wprost pod wiatr. Kanu Win­netou cią­gnęła się za jach­tem ucze­piona na linie cu­mow­niczej.

Na ja­kiś czas zapa­nowała kom­pletna ciem­ność, bo księżyc okrył się chmu­rami. Płynę­liśmy po omacku, al­bo­wiem latarka Win­netou oświe­tlała wzbu­rzone jezioro tylko na kilka metrów.

Nagle po­przez szum fal i wycie wiatru na wan­tach doszedł na­szych uszu nara­stający łoskot silnika nad­pły­wającej moto­rówki. Po chwili zabły­sło ostre światło re­flek­tora i omio­tło po­kład jachtu. Ktoś mijał nas śli­zga­czem, który szedł ostro z fali na falę, ude­rzając dnem ka­dłuba w grzywy fal.

— Hej, hej, lu­dzie! — wołał stojący na dziobie Win­netou, wyma­chując latarką.

Załoga ślizga­cza mu­siała nas za­uważyć. A jednak moto­rówka nie tylko nie zwol­niła biegu, ale jak gdyby go przy­spie­szyła. Za­mon­towany na moto­rówce re­flektor oświe­tlał wyraź­nie i Win­netou, i nas na jachcie. Wszy­scy dawali­śmy płyną­cym znaki, aby się za­trzy­mali.

Rap­tem zgasło światło re­flek­tora i śli­zgacz zniknął w ciem­no­ściach nocy.

I znowu przez pewien czas płynę­liśmy niemal po omacku, aż wresz­cie wy­szedł księżyc i oświe­tlił spie­nione od grzy­waczy jezioro.

— Uwaga! Na trawer­sie znowu kanu bez załogi! — za­wołał Win­netou. — Niech Mil­czący Wilk prze­sunie trochę ster w lewo, spró­bujemy je schwytać.

Mil­czący Wilk prze­sunął rączkę rumpla i dał mi znak, abym przejął ster. Chciał dopo­móc Win­netou w za­trzy­maniu dryfu­jącej ża­glówki.

Ale gdy tylko uważ­niej wpa­trzył się w mrok, krzyk­nął po­nuro:

— To Lata­jący Holen­der. „Swallow”!

Za­uwa­żyłem, że oby­dwaj opu­ścili ręce, rezy­gnując Z za­trzy­mania jachtu.

— Tak. To „Swallow” — mruk­nął Win­netou. — Niech więc płynie, choćby do pie­kła.

Nie ro­zu­miałem ich za­cho­wania. Wprawdzie przy­po­mnia­łem sobie krótką wy­mianę zdań w ka­wiarni gdy mówili o ta­jemni­czej Miss Kapi­tan, ale dla mnie nic to wszystko nie zna­czyło. Nie mieli­śmy prawa pozo­stawić jachtu jego wła­snemu losowi.

— Ja go sam uratuję, jeśli wy nie chcecie — za­woła­łem.

I skie­rowa­łem ram­blera do pra­wego boku dryfu­jącego „Swallowa”. A po­tem prze­kaza­łem ster Mil­czą­cemu Wil­kowi i chwy­ciłem się ręką stalo­wej wanty[21]. Wsze­dłem na burtę w mo­mencie, gdy oby­dwa jachty niemal ocie­rały się o sie­bie i prze­sko­czyłem do kokpitu Latają­cego Holen­dra.

— Szara Sowo! Co pan robi? Pan się utopi! — usły­szałem za sobą roz­pacz­liwy krzyk So­snowej Igiełki.

Jachty bły­ska­wicz­nie od­daliły się od siebie. Po omacku chwy­ciłem rączkę rumpla i obró­ciłem jacht pod wiatr. Potem w roz­koły­sanej strasz­liwie ża­glówce na czwo­rakach dosze­dłem do masztu, znala­złem knagę i zawią­zany na nim fał grota. Pod­trzy­mując lewą ręką bom, prawą zaczą­łem wcią­gać ża­giel, co przy­cho­dziło mi z trudno­ścią, ponie­waż jacht znowu stanął bokiem do wiatru, a nie było komu trzy­mać steru. Ale gdy tylko odro­bina żagla znala­zła się przy masz­cie, jacht stał się zaraz na­wietrzny i po­słusz­nie za­czął usta­wiać się do wiatru. Teraz łatwiej mi było wcią­gnąć na maszt jeszcze kilka metrów żagla, resztę pozo­sta­wiając nawi­niętą na bo­mie.

Trzy­mając szot[22] grota wla­złem na tra­pez i popły­nąłem lewym halsem w stronę bindugi. O kie­runku decy­dowała moja intuicja żeglar­ska, a nie wzrok, pano­wała bo­wiem prawie zu­pełna ciem­ność.

Lecz potem ukazał się księżyc i zo­riento­wałem się, że płynę we wła­ściwą stronę. Wy­ostrzyłem nieco sterem[23] i odtąd sze­dłem kursem na wiatr, czyli beide­win­dem.

Jacht dawał się do­brze prowa­dzić i mimo że nie wcią­gnąłem całego grota i oby­wałem się bez foka, płynął bardzo szybko. Za­chwy­cała mnie zręcz­ność, z jaką wcho­dził na fale, to znów przeci­nał je dzio­bem. Był wraż­liwy na każde ude­rzenie wiatru, lecz jedno­cześnie jak ra­sowy koń na drgnie­nie wędzi­dła, tak on re­agował na każde poru­szenie steru lub szotów. Wy­konano go w do­brym zakła­dzie szkut­niczym i był świet­nie utrzy­many. Osprzęt i ta­kielu­nek miał zresztą zupeł­nie nowy, podob­nie jak i da­kro­nowe żagle.

Płynąc nim nie mo­głem nie pomy­śleć o Miss Kapi­tan, która z taką bra­wurą, a jedno­cześnie znajo­mością sztuki żeglar­skiej, wpły­nęła nie­dawno na je­zioro i osie­dliła się za­pewne na bin­dudze. Nie ulegało wąt­pliwo­ści, że jej osobę i Win­netou oraz Mil­czą­cego Wilka wią­zały w prze­szłości jakieś sprawy. Miss Kapi­tan po­zosta­wiła chyba w pa­mięci moich przyja­ciół nie najlep­sze wspo­mnie­nia, skoro jej przy­bycie zrobiło na nich aż tak złe wraże­nie, a Win­netou wzdry­gnął się, gdy pojął, że wy­pada mu rato­wać „Swallowa”.

A teraz oto ja płyną­łem na „Swallowie”, aż uj­rzałem brzeg jeziora i mnó­stwo poru­szają­cych się na nim świa­tełek. To poły­ski­wały elek­tryczne latarki żegla­rzy, którzy zo­riento­wali się, że ich jachty wiatr poniósł na je­zioro.

Mimo że pły­nąłem szybko, Mil­czący Wilk zdołał już do­prowa­dzić ram­blera do brzegu bindugi. On, Win­netou, Cicha Stopa, i milady stali na brzegu oto­czeni gro­madą żegla­rzy i opo­wiadali o tym, jak zo­baczyli na je­ziorze dryfu­jący jacht, schwytali go i dopro­wadzili do bin­dugi. Oka­zało się, że wiatr porwał na je­zioro aż osiem­naście żagló­wek.

Gdy zbli­żyłem się na „Swallowie”, kobieta z ja­snymi wło­sami wbie­gła do wody, nie zwa­żając na to, że jest w ubraniu. Chwy­ciła dziób Latają­cego Holen­dra i pomo­gła mi wpro­wadzić ża­glówkę na pły­ciznę. Pod­niosła miecz i płetwę ste­rową.

— Mój „Swallow”, ko­chany „Swallow” — mówiła piesz­czotli­wie głasz­cząc dłonią poszy­cie po­kładu i burty jachtu. — Czy nic mu się nie stało, proszę pana? Nie uszko­dził go wiatr? Nie uderzył o brzeg?

Pytała mnie go­rącz­kowo, zara­zem oglą­dając do­kładnie kadłub i ta­kielu­nek, spraw­dzając, czy ża­giel nie został po­rwany. Do­piero potem wycią­gnęła do mnie rękę:

— Dzię­kuję panu. Urato­wał pan mojego „Swallowa”. Nigdy panu tego nie za­pomnę.

Była piękna. W bla­sku księ­życa, który oświe­tlał wyraź­nie jej twarz, wyglą­dała na dwa­dzie­ścia pięć lat, ale liczyła sobie za­pewne znacz­nie więcej. Miała figurę mo­delki, rysy kla­syczne jak Wenus, której kopię oglą­dałem w Mu­zeum Naro­dowym w War­szawie. Głos jej brzmiał ciepło, lecz jedno­cześnie wy­czu­wało się w tej ko­biecie jakąś ogromną siłę i wład­czość.

— Kim pan jest? — zapy­tała. — Chcia­łabym wie­dzieć, komu jestem winna wdzięczność.

— Moje nazwi­sko nic pani nie powie. Przyja­ciele nazy­wają mnie Pan Samo­cho­dzik. Tutaj otrzy­małem przy­domek Szara Sowa.

— A mnie nazy­wają Miss Kapi­tan — uśmiechnęła się i po męsku, silnie potrzą­snęła moją dłonią. — Pan nawet nie wie, jak wiele zrobił pan dla mnie. „Swallow” to dla mnie i wiatr, i słońce, i włó­częga po je­ziorach. A to jest cała moja miłość.

Wy­dała mi się cza­rująca. Jej głos, spoj­rzenie, uśmiech — mogły zawró­cić w głowie każ­demu męż­czyźnie. Jakiż zresztą praw­dziwy męż­czyzna nie za­chwy­ciłby się ko­bietą, dla której jedyną miło­ścią były jeziora, wiatr i słońce.

— To nie tylko moja zasługa — ode­zwa­łem się — pły­nąłem razem z Win­netou i Mil­czącym Wil­kiem...

Prze­rwała mi. Potrzą­snęła głową:

— Nie wierzę, aby któryś z nich chciał rato­wać mój jacht. Och, ileż oni by dali, abym była bardzo daleko stąd. Nie lubi się czło­wieka, którego się skrzywdziło. Bo sta­nowi on wy­rzut sumie­nia.

Chcia­łem zapytać o bliż­sze szcze­góły tej historii, ale pode­szła do nas So­snowa Igiełka.

— Tak się ba­łam o pana, Szara Sowo — powie­działa. — Gdy prze­skoczył pan na tę ża­glówkę i prze­padł w ciem­no­ściach, przez chwilę my­ślałam, że nigdy już pana nie zo­baczę. I strasz­nie się przera­ziłam.

Rzuciła dys­kretne spoj­rzenie na Miss Kapi­tan i umilkła, jakby spło­szona wido­kiem urody tej ko­biety. Lecz była prze­cież lady, umiała nad sobą pano­wać.

— Win­netou i Mil­czący Wilk rów­nież się o pana niepo­koili — dodała.

Miss Kapi­tan znowu miała uśmiech na twarzy i jej głos brzmiał ciepło.

— Na­rze­czona? Sym­patia? — spytała mnie o So­snową Igiełkę.

— Nie — odpar­łem.

— A więc to tylko waka­cyjna znajo­mość — powie­działa do­myśl­nie i od tej chwili prze­stała w ogóle zwra­cać uwagę na mi­lady.

Ani jedna, ani druga nie zrobiły gestu, który wska­zy­wałby, że chcą się po­znać. Mimo to zde­cydo­wałem się przed­stawić sobie obie panie, ale zbliżył się Ci­cha Stopa.

— Nie ulega wąt­pliwo­ści, że lina ko­twiczna w ram­blerze została prze­cięta nożem — oświadczył. — W pia­sku nad­brzeż­nym i na pły­ciźnie odna­leziono uwię­zioną ko­twicę z resztą liny. A ten jacht?

Za­miast mnie odpo­wie­działa mu Miss Kapi­tan:

— W „Swallowie” zro­biono to samo. Ko­twica z kawał­kiem liny pozo­stała na brzegu, a reszta liny wlokła się za jach­tem. Proszę zoba­czyć...

Cicha Stopa zajął się z Miss Kapi­tan oglą­daniem prze­ciętej liny, a ja wraz z mi­lady pod­sze­dłem do gro­madki żegla­rzy ota­czają­cych Win­netou i Mil­czą­cego Wilka.

— Głowę dałbym sobie uciąć — grzmiał gruby mło­dzian, jak oka­zało się później właści­ciel urato­wa­nego przez nas ram­blera — że to świń­stwo zrobili moto­rowod­niacy. Podej­rze­wają, że je­steśmy człon­kami tajnej Ligi do Walki z Hała­sem i chcemy ich usunąć z je­ziora.

— Nie ma pan na to żad­nych dowo­dów — rzekł Mil­czący Wilk.

— Nie muszę mieć dowo­dów. Po­przeci­nano liny ko­twiczne w na­szych ża­glów­kach. Wy­gląda na to, że jest to zor­gani­zowana akcja. Wy­gląda na ze­mstę. A kto ma coś prze­ciw nam? Tylko moto­rowod­niacy.

Do gro­mady żegla­rzy dołą­czyła się te­raz Miss Kapi­tan.

Usły­szałem jej głos:

— Jest dowód winy moto­rowod­niaków. Ten pan — wska­zała Cichą Stopę — powie­dział mi, że gdy płynęli tu, mi­nęła ich moto­rówka, która nie za­trzy­mała się, mimo że da­wali sy­gnały.

— Mo­to­rówka płynęła od strony przy­stani ośrodka wcza­sowego, a nie z bin­dugi — wyja­śnił Cicha Stopa.

— To nic nie znaczy — za­wołał gruby mło­dzian. — Może spe­cjalnie zato­czyli półkole. To był wybieg, pro­szę pań­stwa. Któż inny po­przeci­nałby nam liny ko­twiczne? I po co? Dla głu­piego kawału? Nie, to był akt zemsty za to, że po­dej­rze­wają nas o chęć wyru­gowa­nia ich z je­ziora. A kto jest wszystkiemu winien? Pan, Win­netou.

Nastała cisza. Żegla­rze spo­glądali na Win­netou takim wzro­kiem, jakby to on wypę­dził jachty na je­zioro.

— Niech blada twarz mówi szcze­rze — ode­zwał się Win­netou pogar­dliwym tonem.

— Blada twarz, blada twarz — prze­drzeź­niał go gruby mło­dzian. — Pan się bawi w Indian, a nam przeci­nają liny. Bo pan tu chce mieć strefę ciszy. Przy­znaję, to do­bry pomysł, ale niere­alny. Nikt się nie zgodzi, aby wypę­dzić stąd moto­rowod­niaków i za­bronić ośrod­kowi wcza­so­wemu uży­wania gigan­tofo­nów. W ga­zecie ukazał się list wymie­rzony prze­ciw moto­rowod­niakom, a podpi­sany przez jakie­goś że­glarza. Nikt z nas go nie na­pisał. Ale oni nas po­sądzają i zde­cydo­wali się ze­mścić. Odbyli naradę w ka­wiarni, a to są jej skutki. To szalony pomysł z tą strefą ciszy. Jestem wdzięczny panu Win­netou za to, że przy­prowa­dził mój jacht, ale nie da się ukryć, że po­średnio właśnie on jest odpo­wie­dzialny za wszystko.

Win­netou odpo­wie­dział z dumą:

— Blade twarze mogą sobie myśleć, co chcą i obar­czać mnie winą za wszystko, co się tu stało. Win­netou nie re­zy­gnuje jednak z walki o strefę ciszy nad je­ziorem i nie wycofa swego memo­riału. Nie ro­bię tego, aby przy­podo­bać się bladym twa­rzom, zwa­nym żegla­rzami lub moto­rowod­nia­kami. Czynię to dla zacho­wania czysto­ści je­ziora, dla ptac­twa wod­nego i ryb, dla wszystkich ludzi, którzy teraz i w przy­szłości będą chcieli korzy­stać z nieska­żonych zaso­bów przy­rody. Win­netou także oświadcza, że ani on, ani jego przyja­ciele nie należą do żadnej ligi. Ale Win­netou wyko­pał swój topór wo­jenny i nie spo­cznie, dopóki na je­ziorze nie za­panuje cisza i spokój. Win­netou nie ko­cha bla­dych twarzy zwa­nych moto­rowod­nia­kami i dąży do tego, aby opu­ścili oni na­sze je­zioro. Ale dopóki nie ma dosta­tecz­nych dowo­dów, aby są­dzić, że to oni doko­nali prze­stęp­czego czynu, odra­dza wam jakie­kol­wiek działa­nie prze­ciw nim. Jest ktoś, komu zależy bardzo na tym, aby na­sze je­zioro stało się wi­downią wojny między róż­nymi rodza­jami bla­dych twarzy.

— Któż to taki? — ode­zwały się liczne głosy.

— Win­netou nie rzuca na wiatr swoich oskar­żeń. Dla­tego zamil­czy jego imię.

I dał nam znak, aby­śmy wraz z nim udali się na kanu i opu­ścili bin­dugę.

Za na­szymi ple­cami pod­niosła się wrzawa:

— Bro­nił moto­rowod­niaków, sły­szeli­ście? To ja­kiś pod­stęp z jego strony.

Wy­dawało mi się, że wy­różni­łem głos Miss Kapi­tan:

— Nie wierz­cie Win­netou! On coś knuje. Powia­dam wam, on coś knuje.

Ktoś inny wołał:

— Rano odnaj­dziemy jachty na je­ziorze, ale ile z nich zosta­nie uszko­dzo­nych? I kto nam za to za­płaci?

I znowu usły­szałem głos Miss Kapi­tan:

— Gdy pomy­ślę, że i mój jacht mógł spotkać najgor­szy los, aż zęby mi dzwo­nią ze złości. Nie je­steście męż­czy­znami, jeśli nie potra­ficie się ze­mścić.

— Tak jest. Odpła­cić im trzeba tą samą monetą.

— Jeśli wy tego nie zrobi­cie, to ja sama, kobieta, po­każę wam, jak trzeba się ze­mścić.

Mil­czący Wilk mruk­nął jakby do sie­bie:

— To prawda. Ona potrafi się mścić.

Cicha Stopa i Mil­czący Wilk ścią­gnęli kanu na wodę. W tym czasie znala­złem się sam na sam z Win­netou i zdecy­dowa­łem się zapytać:

— Dla­czego mój brat Win­netou nie chciał rato­wać „Swallowa”?

Znie­rucho­miał. A potem odwró­cił się do mnie, położył mi dłoń na ramie­niu i rzekł cicho:

— Niech mój brat Szara Sowa wyba­czy, że nie od­po­wiem mu na to py­tanie. Może jeszcze przyj­dzie chwila, gdy Szara Sowa dowie się prawdy. Ale teraz niech mój brat przyj­mie moje ostrze­żenie i jak za­razy unika skwaw o imie­niu Miss Kapi­tan.

I wszedł do kanu, chwy­tając do rąk wiosło. Pomo­głem usado­wić się So­snowej Igiełce. Odbili­śmy od brzegu, znowu wyru­szając na wzbu­rzone jezioro, w mrok, bo księżyc skrył się za chmu­rami. Po twa­rzach chło­stał nas wiatr, strzępy piany osia­dały na ubra­niach.

— Piękna, prawda? — usły­szałem szept milady.

— Kto?

— Niech pan nie udaje, że pan nie wie, o kim mówię. O Miss Kapi­tan.

— To prawda, że jest kla­sycznie piękna. Jak Wenus.

Za­śmiała się ci­chutko:

— Czy pan nigdy nie wyj­dzie poza swoje muze­alne pięk­ności? A swoją drogą my­ślałam, że po­zosta­nie pan wierny tej An­nie Orzel­skiej z Niebo­rowa. Jak to dobrze, że wczo­raj na ba­gnach nie przy­jęłam pań­skich zalo­tów. Zbyt pan zmienny w swych upodo­ba­niach, Szara Sowo.

Jakiś czas płynę­liśmy w zu­pełnym mil­czeniu. Potem wiatr przy­cichł i zaczęło mżyć.

Ode­zwał się Ci­cha Stopa:

— A mimo wszystko cie­kawe, kto po­przeci­nał im liny ko­twiczne. Może jednak żegla­rze mają rację, posą­dzając o tę sprawę moto­rowod­niaków? Wi­dzieli­śmy prze­cież moto­rówkę, która nie za­trzy­mała się, mimo dawa­nych jej przez nas sy­gnałów.

— Nie — odparł Win­netou. — Źle myślę o mo­toro­wod­nia­kach, ponie­waż pły­wają na kanu, które cuchną ben­zyną i zatru­wają jezioro. Ale Win­netou nie po­sądza moto­rowod­niaków o czyny prze­stępcze. Jedna tylko osoba zdolna tu jest do naj­gor­szych łaj­dactw. Jest nią blada twarz nazwi­skiem Purtak.

Było już po dwuna­stej w nocy i wciąż siąpił deszcz. Wy­dawało się, że w taką pogodę nikt, oprócz nas, nie wypły­nął na jezioro, co najwy­żej błąkają się ża­glówki z prze­ciętymi linami ko­twicz­nymi.

A jed­nak? Usły­szeli­śmy nagłe warkot moto­rowej łodzi. Do­biegł nas od strony zatoki, gdzie miesz­kał Win­netou. Potem zaczął się od­dalać i wresz­cie ucichł, stłu­miony przez odle­głość, szum wiatru i fal.

— Mam prze­czucie — po­wie­dział Cicha Stopa — że to ta sama moto­rówka, która minęła nas, nie za­trzy­mując się. Sły­szeli­ście jej warkot? Ona chyba popły­nęła do prze­smyku na Je­zioro Łabę­dzie. To nie jest moto­rówka z wy­spy.

Win­netou prze­stał na chwilę wio­słować.

— Win­netou wie, o czym myślą jego przyja­ciele. Powin­niśmy popły­nąć te­raz na wyspę moto­rowod­niaków i prze­konać się, czy to oni doko­nali prze­stęp­czego czynu. Jeśli śpią spo­kojnie, nie roz­sta­wiwszy żad­nych straży, będzie to naj­lepszy dowód ich nie­winno­ści. A jeśli czu­wają lub na­radzają się, bę­dzie to znak, że mają nieczy­ste su­mienia i spo­dzie­wają się ze­msty żegla­rzy.

— Na­leży ich ostrzec przed zemstą żegla­rzy — powie­dzia­łem.

— Słowa Szarej Sowy są sło­wami Win­netou — przy­taknął.

— Może jednak naj­pierw odsta­wimy So­snową Igiełkę do wi­gwamu Cichej Stopy — zapro­pono­wałem. — Nie chciał­bym narażać jej na trudy i nie­bezpie­czeń­stwa.

— Słusz­nie. Nie mo­żemy narażać białej skwaw na trudy wy­prawy — zgo­dził się ze mną Win­netou.

Ale So­snowa Igiełka ani przez chwilę nie chciała zrezy­gno­wać z na­szego towa­rzy­stwa:

— Za­nim odsta­wicie mnie do le­śni­czówki, żegla­rze już zdążą dostać się na wyspę moto­rowod­niaków. A prze­cież je­śli chcecie osią­gnąć swój cel, powin­niście być tam przed nimi. Coś mi się zdaje, pano­wie, że wy nic nie wiecie o bia­łych skwaw. Nie boją się tru­dów ani nie­bezpie­czeństw.

— Pani nie jest zwykłą skwaw — od­parłem — pani jest lady.

— No to co?

— Tam mogą być sytu­acje niesto­sowne dla dam.

— A cóż to? Czyżby czte­rech wo­jowni­ków nie potra­fiło obronić jednej skwaw? — obu­rzyła się. — Zresztą So­snowa Igiełka nie boi się bla­dych twarzy zwa­nych moto­rowod­nia­kami.

Roze­śmia­łem się. Lady Elisa­beth, odkąd została So­snową Igiełką, prze­szła wielką prze­mianę.

Ale miała rację. Mijali­śmy właśnie wyspę moto­rowod­niaków. Droga do le­śni­czówki zaję­łaby nam wiele czasu, a to mogło unie­możli­wić re­alizację na­szych zamia­rów. Do­tkną­łem więc ramie­nia Win­netou i dałem mu do zrozu­mienia, aby skie­rował kanu do wy­spy.

 


ROZDZIAŁ JEDENASTY [top]

NA WYSPIE MOTOROWODNIAKÓW • ALARM WŚRÓD NOCY • GDZIE SZUKAĆ SPRAWCÓW ZŁA? • W OCZEKIWANIU NA „MŚCICIELI” • KTO LUBI DZIEŁA SZTUKI? • DLACZEGO POZOSTAJĘ KAWALEREM? • „MŚCICIELE” WPADAJĄ W POTRZASK • WINNETOU GODZI BLADE TWARZE • SZYDERSTWA MILADY • SKRADZIONA MOTORÓWKA • DAMA W NOCNEJ KOSZULI

 

Ponuro i groź­nie hu­czał wiatr w gałę­ziach drzew, które wia­nusz­kiem obra­stały brzeg wyspy, za­miesz­kanej przez moto­rowod­niaków. Ten groźny po­mruk usły­szeli­śmy wcze­śniej, nim zama­jaczył przed nami ciemny kształt nie­wiel­kiego skrawka ziemi, oto­czo­nego wo­dami jeziora. Księ­życ poka­zywał się te­raz tylko na krótkie chwile, dobili­śmy więc do wy­spy prawie po omacku. Szmer piasku pod dnem kanu powia­domił nas, że jeste­śmy na miej­scu i pora wysia­dać.

Kanu Win­netou osiadła na mieliź­nie w nie­wiel­kiej za­toczce, od­dzielo­nej piasz­czy­stym cyplem od drugiej zatoki. Tam na kotwi­cach cumo­wało kilka­naście moto­rówek. W głębi wyspy, na du­żej łące oto­czonej drze­wami, bielały dachy kilku­dzie­sięciu na­miotów, zgru­powa­nych w zwartą osadę.

Wy­cią­gnęli­śmy kanu na brzeg. Nie mogło to się odbyć bez hałasu, a jed­nak nikt nie wy­szedł ku nam. Obóz moto­rowod­niaków spał mocno, nikt nie czuwał na straży. W ta­kiej sytu­acji roz­gnie­wani żegla­rze mogli bez naj­mniej­szego ryzyka przy­płynąć tutaj i w od­wecie po­przeci­nać nożem wszystkie cumy łajb moto­rowod­niaków.

— Jest to chyba najlep­szy dowód, że są nie­winni -stwier­dził Win­netou. — Gdyby to oni doko­nali hań­bią­cego czynu na bin­dudze, czu­waliby dzieląc się wraże­niami i ocze­kując zemsty żegla­rzy. Tylko głupiec nie domy­ślałby się, że żegla­rze nie pusz­czą płazem wyrzą­dzonej im krzywdy.

Za­trzy­mali­śmy się między na­mio­tami. Win­netou wydał okrzyk wo­jenny Iroke­zów, aby za­alar­mować śpią­cych.

— Ihihi­hihi­hihi — za­brzmiało na wyspie groźne wycie.

Po chwili z na­miotów zaczęli wyska­kiwać roze­spani moto­rowod­niacy. Zabły­sły światła latarek elek­trycz­nych. Rozpo­znałem Kudła­cza i Adwo­kata. Pode­szli do nas, świe­cąc la­tarkami.

— Co się stało? Dla­czego podno­sicie alarm? — pytał po­dejrz­liwie Ku­dłacz, gdy rozpo­znał Win­netou i Mil­czą­cego Wilka. O oby­dwu miał zdanie, że na­leżą do tajnej ligi, a więc są wro­gami moto­rowod­niaków.

— Sia­dajcie — zapro­pono­wałem. — Przy­byli­śmy tu z ważną wia­domo­ścią.

— A co? Chce­cie nam może powie­dzieć, że je­zioro objęto już strefą ciszy i mamy się stąd wyno­sić? — mruk­nął Ku­dłacz.

— A może to któ­ryś z was napisał list do gazety? — za­pytał Adwo­kat.

Oto­czyły nas nie­chętne, wrogie twarze. Zdałem sobie sprawę, że przy­bywa­jąc tu­taj podję­liśmy się bardzo trud­nego zadania.

— Dziś w nocy, przed niecałą go­dziną — oświadczyłem — ktoś po­przeci­nał liny ko­twiczne jach­tów żegla­rzy na bindu­dze. Więk­szość żagló­wek wiatr poniósł na je­zioro.

Mil­czeli, nie bardzo wie­dząc, jak się usto­sun­kować do tej wieści. Za­pewne spra­wiła im satys­fakcję wia­do­mość, że ich wro­gom przyda­rzył się kłopot. Ale na­tych­miast pomy­śleli o swoich moto­rów­kach, które mógł spotkać po­dobny los.

Kilku moto­rowod­niaków pobie­gło za­raz na brzeg, aby spraw­dzić, czy moto­rówki nie uciekły na wodę. Wrócili jednak z wie­ścią, że wszystko jest w naj­lep­szym po­rządku.

— Łajby stoją na miej­scu. Ale powin­niśmy wysta­wić warty — zapro­pono­wał któryś z mo­toro­wod­niaków.

Ku­dłacz wciąż był wobec nas nieufny.

— Dzię­kujemy wam za wia­do­mość — ode­zwał się — ale chciał­bym wie­dzieć, co się na­prawdę kryje za wa­szym przy­byciem. Wiem prze­cież, że pan Win­netou poto­piłby w jezio­rze wszystkich moto­rowod­niaków. A tu raptem przy­płynął, aby nas ostrzec.

— Tak jest. To wy­gląda podej­rzanie — przy­taknął Adwo­kat. — Nie mam zaufa­nia do Win­netou, a tym bar­dziej do tego pana z poli­tech­niki — miał na myśli Mil­czą­cego Wilka.

Pora była wyja­śnić sprawę do końca.

— Że­glarze z bin­dugi myślą, że to wy po­przeci­naliście im liny — po­wie­dzia­łem.

— My!? — obu­rzył się Ku­dłacz. — A to łajdaki! Tylko łajdaki mogą nas po­sądzić o coś takiego!

— Spo­kojnie — wstrzymałem potok wymy­słów na że­glarzy. — Wy posą­dzacie ich o napisa­nie ar­tykułu do ga­zety, oni zaś sądzą, że w ten sposób ze­mścili­ście się na nich.

Pod­niosła się wrzawa. Prze­krzy­kiwali się je­den przez dru­giego:

— To pewne, że oni napi­sali ten artykuł. Chcą nas wyrzu­cić z jeziora. Ale nikt z nas nie prze­ciął im lin. Nawet przez myśl nie prze­szło nam coś podob­nego.

— Wi­dziano was w połu­dnie, gdy w ka­wiarni nara­dzali­ście się w związku z ar­tyku­łem — przy­po­mnia­łem im. — Po­dej­rze­wają, że pod­czas tej narady zdecy­dowa­liście ze­mścić się na nich.

Ku­dłacz uciszył kole­gów, którzy znowu podjęli wymy­sły pod adre­sem żegla­rzy.

— Owszem, na­radza­liśmy się. Ale po­przeci­nanie lin ko­twicz­nych nie zmie­niłoby w ni­czym naszej sytu­acji — wywo­dził lo­gicznie Adwo­kat. — A nawet prze­ciwnie, mo­głoby nam to za­szko­dzić w opinii spo­łecznej. Pod­czas narady posta­nowili­śmy napisać list do dyrek­cji Ze­społu Pań­stwo­wych Go­spo­darstw Rybac­kich i odciąć się od treści arty­kułu.

— Fak­tem jest jednak, że ktoś prze­ciął liny...

— Ale to nie my. To fał­szywe oskar­żenie — oburzał się Adwo­kat — w języku praw­niczym nazywa się to oszczerstwo. A za oszczerstwo jest kara.

Za­cząłem im tłuma­czyć:

— Po­stawcie się na miej­scu że­glarzy. Prze­cięto im liny ko­twiczne w jach­tach. Kogo mogą winić za ten czyn? Tylko was, ponie­waż wiedzą, że macie do nich wiele preten­sji.

— Pro­szę im więc powie­dzieć, że to nie my — za­propo­nował Ku­dłacz.

— Mó­wili­śmy. Ale nie wszystkim trafiło to do prze­kona­nia — powie­dzia­łem. — Zresztą nie mieli­śmy żad­nych dowo­dów waszej nie­winno­ści.

Ku­dłacz wzru­szył ramio­nami:

— Skoro sami nie macie pewno­ści, że jeste­śmy nie­winni, dla­czego przy­byli­ście, aby poin­for­mować nas o tej spra­wie?

— Ktoś chce za wszelką cenę skłócić nas wszystkich — ode­zwał się Win­netou. — To prawda, że ja i moi przyja­ciele dą­żymy do tego, aby je­zioro objąć strefą ciszy. Jeste­śmy wro­gami silni­ków spali­no­wych. Ale to nie znaczy, że ucie­kamy się do metod niedo­zwolo­nych. Tym­czasem ktoś tutaj zaczął działać na cu­dzy ra­chunek. Naj­pierw ukra­dziono psa nadle­śni­czemu, potem roz­sta­wiono tablice z napi­sami Strefa Ciszy. Wresz­cie wła­mano się do radio­węzła w ośrodku i do mojej kanu pod­rzu­cono skra­dzione lampy. Teraz zaś ktoś chce skłócić ze sobą moto­rowod­niaków i żegla­rzy, i dopro­wadzić do otwar­tej walki między bla­dymi twa­rzami.

— Nic z tego nie ro­zu­miem — wzru­szył ramio­nami Adwo­kat. — W ja­kim celu to robi? Jaką będzie miał z tego ko­rzyść?

— Ach, to pro­ste — powie­dzia­łem — gdy dojdzie do otwar­tej wojny między dwoma gru­pami bla­dych twarzy, wów­czas można będzie i jed­nych, i drugich usunąć z bin­dugi i wyspy. Albo­wiem gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzy­sta.

Mil­czeli. Nie mieli pojęcia o taj­nych pla­nach Purtaka.

— Komu zależy na wy­spie albo bindu­dze? — zasta­nawiali się gło­śno.

Posta­nowi­łem, jak to się mówi, wyło­żyć wszystkie karty.

— Przed nie­daw­nym czasem na wła­sne oczy wi­dzia­łem w gabi­necie kie­row­nika ośrodka wcza­sowego, Pur­taka, wielką mapę. Na tej mapie ośro­dek wcza­sowy rozpo­ściera się na wyspie, obej­muje bin­dugę i ruiny zamku.

Nastą­piła kon­sterna­cja. Rzuci­łem podej­rzenie na ich naj­więk­szego sojusz­nika. Nie tak łatwo było im się pogo­dzić z myślą, że uknuł on in­trygę nie tylko prze­ciw żegla­rzom, ale i moto­rowod­niakom.

— Spraw­dzę u Purtaka, czy rze­czywi­ście ma taką mapę — powie­dział po­dejrz­liwie Ku­dłacz.

Win­netou oświadczył dumnie:

— Nie obcho­dzi nas, czy blade twarze, zwane moto­rowod­nia­kami, dają wiarę naszym sło­wom. Przy­płynę­liśmy tu bo­wiem w in­nym celu. Oba­wiamy się, że niektó­rzy że­glarze powo­dowani uczu­ciem zemsty mogą przy­być tutaj, aby doko­nać tej zemsty.

Za­wrzało.

— Niech tylko odważą się na coś podob­nego. Już my się z nimi roz­pra­wimy! Poła­piemy ich, zwią­żemy i odsta­wimy na mi­licję — prze­krzy­kiwali się wza­jemnie i coraz dalej zapę­dzali się w swych po­gróż­kach. Propo­nowali nawet najbar­dziej wyra­fino­wane kary dla że­glarzy.

Uci­szyłem ich z naj­więk­szym trudem. Wyja­śniłem, że tego rodzaju postę­pek spo­woduje za­ognie­nie sto­sun­ków z żegla­rzami. Wyło­żyłem im także plan, który na­prędce przy­szedł mi do głowy:

— Ja, Win­netou i Mil­czący Wilk, a także Cicha Stopa — wska­załem swoich przyja­ciół — miłu­jemy pokój. Pra­gniemy dopro­wadzić do tego, aby żegla­rze wypa­lili z wami fajkę pokoju. Jeśli nie po­słucha­cie na­szych rad, wy­buch­nie otwarta wojna. A wtedy i was, i ich usuną z tego jeziora.

Zro­zumieli, że mam rację i wysłu­chali mojej propo­zycji. W kilka chwil później, zgod­nie z moją radą, na wy­spie poga­sły światła latarek i zapa­nowała cisza. Obóz moto­rowod­niaków znowu pogrą­żył się we śnie.

Minął kwa­drans, a po­tem pół go­dziny. Wiatr gnał po niebie desz­czowe chmury, od czasu do czasu poka­powało, potem prze­stawało padać i uka­zywał się księżyc. O brzeg wyspy z gło­śnym szu­mem rozbi­jały się fale, a w bla­sku księ­życa wi­działo się białe płaty piany na nad­biega­jących grzy­wa­czach. Szu­miały także chło­stane wia­trem drzewa na wy­spie, a szmer liści głuszył wszystkie inne od­głosy.

— Czy moi bracia, Win­netou, Szara Sowa i Mil­czący Wilk — zapytał nas Ci­cha Stopa — pewni są, że żegla­rze przy­płyną tej nocy, aby ze­mścić się na moto­rowod­nia­kach? Noc jest desz­czowa i wietrzna, nie będzie im się może chciało kręcić po je­ziorze i zemstę odłożą na inną porę. Mają zresztą tylko dwie łajby, które im przy­prowa­dzili­śmy: ram­blera i Latają­cego Holen­dra.

— Wła­śnie dlatego jeszcze dziś tu przy­będą — stwier­dziłem. — Nie da im zasnąć myśl o ża­glów­kach, które wiatr poroz­pędzał po je­ziorze.

— Szara Sowa ma słusz­ność — zgodził się ze mną Win­netou.

— Za­łożę się o swój skalp, że za chwilę w ciem­no­ściach zama­jaczą ich ża­gle — dorzu­cił Mil­czący Wilk — albo­wiem znaj­duje się wśród nich Miss Kapi­tan, a ona jest mściwa.

Za­uwa­żyłem mimo mroku, że po tych sło­wach Win­netou skinął głową i rzucił Mil­czą­cemu Wil­kowi ostrze­gawcze spoj­rzenie, jakby dając mu znak, żeby nie po­ruszał tego tematu.

— Pora na nas — rzekł głośno.

I oby­dwaj z Mil­czącym Wil­kiem znik­nęli w ciem­no­ściach, zgod­nie z opra­cowa­nym przez nas uprzednio planem działa­nia.

Ode­zwała się milady:

— Od­nio­słem wraże­nie, że oby­dwaj ci wa­leczni mężo­wie, Win­netou i Mil­czący Wilk, znają dobrze tę piękną panią po­dobną do Wenus z Mu­zeum Naro­do­wego. I nie są najlep­szego zdania o jej cha­rakte­rze. Co pan na to, Szara Sowo?

— Ach, lady, zapo­mina pani, że je­stem z wy­kształ­cenia histo­rykiem sztuki. Uwiel­biam piękno. Nic nie wiem o cha­rakte­rze Anny Orzel­skiej, a jednak była ona przed­miotem moich wes­tchnień.

— Cha­rakter dla pana nie ma zna­czenia? Piękno prze­mija, drogi panie.

— Cha­rakter rów­nież ulega zmia­nom. Znałem osoby, o któ­rych mó­wiono, że w młodo­ści były prze­miłe. A prze­cież z wie­kiem stały się nie do wy­trzy­mania. Zresztą, czy prze­minęło piękno Anny lub Wenus?

— Panu, jako muze­alni­kowi, wy­starczy za­pewne portret pięknej damy. Być może właśnie dlatego do te pory pozo­stał pan w stanie bez­żen­nym. Nie znalazł pan na swej drodze życio­wej istoty wy­star­czająco sza­cownej. Teraz ma pan więcej szczę­ścia.

— Co pani ma na myśli?

— Miss Kapi­tan. Ona jest wy­star­czająco... spaty­no­wana.

— Nie bardzo rozu­miem — mruk­nąłem.

— Po­wie­dzia­łam: spaty­no­wana. Tak się to mówi o starych przed­mio­tach, jeśli mają na so­bie piętno czasu.

— Ale co to ma wspól­nego z Miss Kapi­tan?

— Nie zauwa­żył pan, ile ona ma na so­bie patyny w po­staci kre­mów, pudru i szmi­nek? I to na obozie żeglar­skim. Jej uroda, drogi panie, jest podra­biana. Tak samo sztuczna jak biała peruka.

— Ona była w peruce?

— Natu­ralnie, Szara Sowo. Żadna kobieta na świecie nie ma natu­ralnie białych wło­sów. Przy­znaję, że jako dzieło sztuki jest być może intere­sująca ze względu na ilość farb i tak dalej, nato­miast jako żywa istota...

I pa­stwi­łaby się nade mną Bóg wie jak długo, ale oto Cicha Stopa pod­niósł rękę do góry i uciszył ją.

— Płyną — stwier­dził krótko.

Daleko od wy­spy, na krawę­dzi księży­co­wego blasku, który jak srebrny stru­mień płynął ku nam po wo­dzie, zama­jaczyły przed nami dwie białe plamy żagli.

Oby­dwie łajby wiel­kim łukiem omijały wyspę. Ich ster­nicy za­pewne zamie­rzali dobić do brzegu od strony za­wietrz­nej.

— Płyną ram­bler i Lata­jący Holen­der — oświadczyłem, przyj­rzaw­szy się oby­dwu jach­tom — a więc spraw­dziły się na­sze prze­widy­wania.

Wzią­łem za rękę lady Elisa­beth i wraz z Cichą Stopą pośpie­szyli­śmy w tę stronę wyspy, gdzie nale­żało się spo­dzie­wać przy­bycia mści­wych żegla­rzy.

Poło­żyli­śmy się w tra­wie za dużą połacią dziko rosną­cych malin i cier­pliwie ocze­kiwali­śmy, aż żegla­rze wyjdą na brzeg.

— Blade twarze zwane żegla­rzami — tonem Win­netou szepnęła So­snowa Igiełka — nie spo­dzie­wają się pułapki. Je­stem pewna, że od­niesie­cie zwy­cięstwo.

— Prze­stała pani lubić blade twarze?

— Dzięki wam odkry­łam, że blade twarze są pewne siebie, zaro­zu­miałe i lekce­ważą skwaw. Wy­daje im się, że skoro posia­dają bla­szane cuch­nące konie i miesz­kają w ka­mien­nych mia­stach z wodą bieżącą, to cały świat do nich należy i każda skwaw po­winna padać przed nimi na kolana. Czy nie tak odno­sili się do mnie? Czy nie po­dobnie traktują Krwawą Mary?

Nie miałem czasu roz­trząsać tej kwestii. Oto oby­dwa jachty na peł­nych żaglach zaczęły pod­cho­dzić do brzegu.

Po nie­długim czasie naj­pierw ram­bler, a potem Lata­jący Holen­der pod­niosły swoje miecze i płe­twy ste­rowe, aby dopły­nąć jak najbli­żej lądu. Potem opadły żagle, chlu­pała woda na pły­ciźnie, gdy żegla­rze ze­skaki­wali z jach­tów.

Księ­życ świecił teraz mocno i syl­wetki przy­byszów ryso­wały się przed nami bardzo wyraź­nie. Wi­dzia­łem więc, że z ram­blera zesko­czyło sześciu męż­czyzn, a z Latają­cego Holen­dra — Miss Kapi­tan i jakiś żeglarz, któ­rego zabrała z sobą jako członka za­łogi.

Usły­szałem głos Miss Kapi­tan:

— Je­stem pewna, że nas nie ocze­kują. Śpią w na­mio­tach i ani im przyj­dzie do głowy, że przy­płynę­liśmy tutaj. Nie wiedzą prze­cież, że odzy­skali­śmy dwa jachty.

Ko­mendę chciał objąć gruby mło­dzian w okula­rach, ale ona na­tych­miast narzu­ciła wszystkim swą wolę:

— Mo­to­rówki cumują po drugiej stronie wyspy — mó­wiła — a na­mioty mają na środku wyspy. Pój­dziemy brze­giem. W mroku drzew omi­niemy na­mioty i w ten sposób dosta­niemy się do ich moto­rówek Pa­miętaj­cie: przeci­nać liny ko­twiczne i moto­rówki spy­chać na jezioro. Czy wszy­scy mają noże?

— Tak — za­brzmiała chó­ralna, lecz ci­cha odpo­wiedź. Nie pozo­stawili żad­nego war­tow­nika przy oby­dwu jach­tach, co było nam bardzo na rękę. Gdyby ktoś z nich pozo­stał, musie­liby­śmy z Cichą Stopą obez­wład­nić go i zakne­blować, aby nie pod­niósł alarmu. A wszelka prze­moc, nawet w słusz­nej spra­wie, jest mi wstrętna. Dla­tego ode­tchną­łem z ulgą, gdy cała ósemka prze­padła w ciem­no­ściach.

Odcze­kali­śmy kilka minut, a po­tem bez zbęd­nych słów ja i Cicha Stopa pod­nieśli­śmy się z trawy i pod­biegli­śmy do jach­tów.

Naj­pierw wyrzu­ciliśmy z nich wszystkie pa­gaje[24] i ukry­liśmy je w krza­kach. Cicha Stopa zdjął nawi­nięty na bom grotża­giel ram­blera, a ja to samo zrobi­łem z żaglem Latają­cego Holen­dra. Zanie­śliśmy je w krzaki i ukryli­śmy staran­nie.

I znowu zapa­dliśmy w tra­wach, czeka­jąc na dalszy ciąg wyda­rzeń.

Nastą­pił on zresztą już po chwili. Rap­tem z drugiej strony wyspy dobiegł na­szych uszu czyjś ostrze­gawczy krzyk, potem rozle­gło się woła­nie, za­brzmiały wrza­ski. Nara­stał tumult i od­głos kilku­nastu bie­gną­cych nóg. To schwytani na gorą­cym uczynku że­glarze ucie­kali te­raz do swych jach­tów, aby czym prędzej odpły­nąć na bin­dugę. Umy­kali przez wyspę, ile sił mieli w nogach, a za nimi podno­siła się wrzawa roz­budzo­nego obozu moto­rowod­niaków i poły­ski­wały światła wielu latarek.

Zdy­szani, z gło­śnym chlu­potem wbiegli w wodę i wsko­czyli na łajby. Wy­rwali ko­twice z piasku. A po­tem posy­pały się przera­żone okrzyki:

— Gdzie żagiel? Nie ma bomu i żagla!...

— Gdzie pagaje?!

— Ści­gają nas! Odbi­jajcie od brzegu! Prędzej! Prę­dzej!

— Nie ma ża­gla!

— Nie ma wiosła!

— Słu­chajcie, ktoś nam ukradł pagaje...

— Ża­giel też zginął...

Miotali się na jach­tach, a tym­czasem pogoń, zło­żona z Win­netou i Mil­czą­cego Wilka oraz gro­mady moto­rowod­niaków, stała już na brzegu, o kilka kroków od jach­tów, któ­rymi „mści­ciele” nie mogli odpły­nąć. Ku ich przera­żeniu, światła kilku­nastu latarek skie­rowane zostały na łajby, oświe­tlając do­kładnie każ­dego z nich.

Nad wrzawą pod­niósł się gromki, wy­raźny głos Win­netou.

— Niech blade twarze uspo­koją się i posłu­chają Win­netou. Jeste­ście w pu­łapce, do któ­rej wpro­wa­dziła was chęć zemsty. Uspo­kójcie się, usiądź­cie w swych kanu i posłu­chajcie, co mamy wam do po­wie­dzenia.

Gruby mło­dzian wrza­snął:

— Zdrada, pa­nowie! Win­netou nas oszukał!

— A ostrze­gałam was, głupcy — za­wołała Miss Kapi­tan. — Mó­wiłam, żeby mu nie wie­rzyć!

— To było jasne od po­czątku, że on trzyma z mo­toro­wod­nia­kami — krzyk­nął któryś z że­glarzy. — Może nawet to on, wraz z nimi, po­przeci­nał liny i roz­pędził jachty po je­ziorze.

Znowu pod­niósł się tu­mult, wyda­wało się, że żegla­rze rzucą się z pię­ściami na moto­rowod­niaków. Ale tych ostat­nich było znacz­nie więcej i każdy zdawał sobie sprawę, że tego rodzaju po­stawa jeszcze pogor­szy sytu­ację żegla­rzy.

Znowu rozległ się głos Win­netou:

— Nie oszu­kałem was, a prze­ciwnie, ostrze­gałem przed próbą wy­warcia zemsty na bla­dych twa­rzach zwa­nych moto­rowod­nia­kami. Twier­dziłem, że nie ma żad­nych dowo­dów ich winy i sąd Win­netou po­twier­dził się całko­wicie. Blade twarze, zwane moto­rowod­nia­kami, nie brały udziału w hań­biącym czynie. Ale blade twarze, zwane żegla­rzami, nie uwie­rzyły zapew­nie­niom Win­netou i posta­nowiły ze­mścić się na moto­rowod­nia­kach. Win­netou miłuje jednak pokój i posta­nowił unie­możli­wić wy­warcie zemsty, albo­wiem ten fakt mógł rozpę­tać nie­obli­czalną w skut­kach wojnę. Teraz nade­szła chwila, gdy jedna grupa bla­dych twarzy będzie mogła poroz­ma­wiać z drugą grupą i dojść do po­rozu­mienia. Win­netou żąda, aby oby­dwie strony wypa­liły ze sobą fajkę pokoju.

— Co takiego? — obu­rzyli się moto­rowod­niacy. — Mamy z nimi per­trakto­wać, gdy schwytaliśmy ich na gorą­cym uczynku? Wio­słami ich, pano­wie, po­trakto­wać, a nie fajką pokoju!

Przez chwilę my­ślałem, że doj­dzie do bójki. Ale Win­netou wystą­pił ostro.

— To nasi jeńcy — oświadczył moto­rowod­niakom. — Blade twarze zwane moto­rowod­nia­kami umó­wiły się z nami, że prze­każą nam tych ludzi. Zro­bimy nad nimi sąd.

Żegla­rze obu­rzyli się:

— Jaki sąd? Co za sąd? Kto ma nas prawo sądzić?

— Ży­jemy w wol­nym kraju. Jeste­śmy uczci­wymi oby­wate­lami pod ochroną prawa.

— Ci­cho! — wrza­snął na nich Win­netou. — A czy uczciwi oby­watele przeci­nają liny cu­mow­nicze? Sami łamie­cie prawo, a chce­cie jego ochrony. Wy­chodź­cie na­tych­miast na brzeg, bo za­raz was wycią­gniemy z jach­tów.

— A gwa­rantu­jecie nam bezpie­czeń­stwo? — zapytał gruby mło­dzian.

— Tak! Choć na to nie za­sługu­jecie i należy się wam po­rządne lanie — powie­dział Win­netou.

Ostrożnie i z waha­niem wyszli z jach­tów. Zaraz też otoczył ich zwarty krąg moto­rowod­niaków.

— Sia­dajcie. Po­roz­ma­wiamy w spo­koju — zapro­pono­wał Win­netou wska­zując bujną trawę, pora­stającą brzeg.

Musieli go słu­chać. Usiedli gro­madką, a do­okoła nich zajęli miejsca moto­rowod­niacy.

Win­netou usiadł na skrzy­żowa­nych nogach, po in­diań­sku. I z ogromną godno­ścią zadał pierw­sze pytanie:

— Czy blade twarze, zwane żegla­rzami, mogą wyja­śnić tym oto bladym twa­rzom, zwa­nym moto­rowod­nia­kami, dla­czego doko­nano zdra­dziec­kiego na­jazdu na wy­spę?

Głos zabrał gruby mło­dzian. Opo­wie­dział o jach­tach, które tej nocy wiatr rozpę­dził po jezio­rze. Stwierdził, że przy­prowa­dzony przez nas ram­bler i Lata­jący Holen­der miały liny ko­twiczne prze­cięte nożem. Kto doko­nał tego ha­nieb­nego czynu? Zda­niem żegla­rzy, zrobili to ich wro­gowie. Czyż moto­rowod­niacy nie od­grażali się, że wypę­dzą że­glarzy z bin­dugi? Czy nie wpra­wił ich we wście­kłość artykuł w ga­zecie, który został podpi­sany przez jakie­goś że­glarza, lecz żaden z żegla­rzy nie przy­znaje się do tego. W tej sytu­acji posta­nowili ze­mścić się na moto­rowod­nia­kach.

— Chcie­liśmy zapła­cić im pięk­nym za na­dobne — zakoń­czył swe wyja­śnienia.

— Blade twarze zwane moto­rowod­nia­kami — powie­dział Win­netou — przy­sięgają, że nie prze­cięli wa­szych lin ko­twicz­nych. Owszem, my­śleli, żeby wam doku­czyć, ale nie w ta­kiej formie.

— Więc któż to zrobił? — za­pytał gruby mło­dzian.

Mil­czeli­śmy. Nikt z nas nie mógł dać wyraź­nej od­powie­dzi na to py­tanie.

— Szu­kajcie, a znaj­dziecie spraw­ców — oględ­nie prze­mówił Win­netou. — Pa­miętaj­cie jednak moje słowa: zrobił to ktoś, kto jest wro­giem nie tylko żegla­rzy i moto­rowod­niaków. Zale­żało mu na skłóce­niu z sobą wszystkich grup wod­niac­kich. Jest to ktoś, kto chce wejść w po­siada­nie i bindugi, i wy­spy.

A po­tem podjął decyzję:

— Blade twarze zwane żegla­rzami od­płyną stąd wolni, jeśli przy­rzekną, że prze­konają inne blade twarze o nie­winno­ści moto­rowod­niaków. Wy­palą także z nimi fajkę pokoju na znak, że ze­szli ze ścieżki wojen­nej. Ze swej strony blade twarze, zwane moto­rowod­nia­kami, po­mogą im rano w odszu­kaniu jach­tów rozpę­dzo­nych przez wiatr i przy­rzekną, że nie będą hała­sować na swoich krzy­czą­cych pu­dłach w ka­wiarni, w lesie i na je­ziorze.

— O prze­pra­szam — wrza­snął Ku­dłacz, a przy­taknął mu Adwo­kat. — Z jakiej to racji mamy pójść na ustęp­stwa w sto­sunku do że­glarzy? To nie my prze­cięli­śmy im liny. To nie my przy­pły­niemy do nich z wro­gimi zamia­rami.

Win­netou pod­niósł rękę do góry, naka­zując oby­dwu mil­czenie:

— Gdy Win­netou przybył tutaj ze swymi braćmi, moto­rowod­niacy spali juk su­sły. Gdyby nie my, wasze moto­rówki znaj­dowa­łyby się te­raz na jezio­rze, po­rwane przez wiatr. Win­netou i jego bracia nie do­puścili do roz­pętania wojny, która oby­dwu stro­nom mo­głaby przy­nieść niepo­weto­wane szkody. Nie wy­starczy chwi­lowo uśmie­rzyć kon­flikt. Jeśli chce się osią­gnąć trwały pokój, należy także usunąć choć czę­ściowo jego źródło, a jest nim hałas powo­do­wany nie tylko przez silniki moto­rówek, ale i przez grające pudła.

— A je­śli nie zgo­dzimy się na to? — zapytał za­czepnie Ku­dłacz.

— Win­netou zapro­pono­wał wypa­lenie fajki pokoju bladym twa­rzom. Nie powie­dział jednak, że sam wypali fajkę pokoju z mo­toro­wod­nia­kami. Albo­wiem Win­netou jest na ścieżce wojen­nej i walczy o strefę ciszy na je­ziorze. Moto­rowod­niacy będą mieli wy­star­czająco dużo kłopo­tów w walce o po­zosta­nie na wyspie, po co więc chcą robić sobie dodat­ko­wych wro­gów?

— In­nymi słowy — ode­zwał się Adwo­kat — pan twardo stoi na stano­wisku, że my mu­simy stąd odejść?

— Tak.

— Ale dokąd, jeśli ła­ska powie­dzieć?

— Nie wiem, Win­netou pragnie jednak, aby to jezioro było ciche i nie za­bru­dzone sma­rami. W Pol­sce jest wiele innych jezior, gdzie wolno pływać moto­rów­kami. Blade twarze tam się prze­niosą. Zresztą Win­netou pomy­ślał i o tej spra­wie. Znacie jezioro o na­zwie Kikuł? Pły­wają tam nawet statki space­rowe. Tam niech się prze­niosą blade twarze ze swoimi cuch­nącymi kanu.

— By­łem tam w ubie­głym roku — wzru­szył ramio­nami Adwo­kat. — Strasz­nie dużo tury­stów i zatrzę­sienie moto­rówek. Taki hałas, że spać nie można. Nawet w nocy pły­wają na moto­rach.

— A właśnie. Blada twarz uważa, że jest tam zbyt wielki hałas, więc część tego hałasu przy­niósł na na­sze je­zioro.

Adwo­kat mach­nął ręką:

— Na szczę­ście je­zioro to nie jest ni­czyją pry­watną wła­snością i nikt nie ma prawa zabro­nić nam pływać tu moto­rów­kami. Istnieje bardzo małe praw­dopo­do­bień­stwo, aby Rada Mini­strów rozpa­trzyła pozy­tywnie waszą propo­zycję.

Dysku­sja prze­dłużała się. Spo­strze­głem, że za­czyna świtać i po­stano­wiłem przy­czynić się do zakoń­czenia sporu.

— Pa­nowie — powie­dzia­łem — jak na razie nie ma mowy o usu­nięciu stąd żad­nego wod­niaka. Ale chyba nikt z was nie chce, aby ciągle z nową siłą wybu­chały kłótnie i awan­tury. Wszy­scy mu­simy pójść na pe­wien kom­promis. Żegla­rze zgodzą się wy­słu­chiwać wa­szych moto­rów, ale wy musi­cie przy­najm­niej w ka­wiarni, na wo­dzie i na je­ziorze nie włą­czać apara­tów ra­dio­wych.

Delibe­rowali jeszcze jakiś czas, lecz w końcu przy­stali na wa­runki pokoju. Win­netou wycią­gnął z kie­szeni swoją fajkę, nabił ją amforą i wrę­czył ją Kudła­czowi. Ten zapalił, parę razy wy­dmuchnął dym i podał fajkę gru­bemu osob­nikowi, przy­wódcy żegla­rzy.

Wy­znaję, że bar­dzo mnie bawił ten wi­dok. Byli to naj­pew­niej lu­dzie skądi­nąd po­ważni, a jed­nak wszy­scy poddali się for­mom indiań­skim, narzu­conym im przez Win­netou. Może decy­dowała o tym atmos­fera wcza­sów i wypo­czynku, jakie­goś odprę­żenia psy­chicz­nego? To, co w in­nym miej­scu byłoby jakimś bez­sen­sow­nym wygłu­pia­niem się, tu nikogo nie śmie­szyło.

Jedna tylko osoba spo­śród grona żegla­rzy nie przy­jęła fajki pokoju. Była to Miss Kapi­tan. Oświadczyła drwiąco pod adre­sem tych, z któ­rymi przy­płynęła:

— Jeste­ście głup­cami, że po­zwala­cie so­bie rozka­zywać, jakby­ście byli małymi dziećmi. Kim jest Win­netou, że da­jecie mu prawo, aby wam narzu­cał swoją wolę?

— On ma ra­cję. Po co nam tutaj wojna? — obu­rzyli się na nią inni żegla­rze. — Przyje­chali­śmy wypo­czywać, a nie toczyć spory.

— Rób­cie, jak chcecie. Uwa­żam was za tchórzy — po­wie­działa. — Nie będę brała do ust tej ohyd­nej fajki. Jutro od­płynę stąd nad inne jezioro, gdzie żeglują praw­dziwi męż­czyźni, a nie tchórz­liwe baby.

I skie­rowała się do „Swallowa”, nie chcąc brać udziału w ce­remo­nii za­warcia pokoju. Po drodze na mo­ment za­trzy­mała się obok mnie.

— Żal mi pana — stwier­dziła — dał się pan opętać przez Win­netou. Jak dawno go pan zna?

— Od trzech dni...

— Przyje­chał pan tu na wczasy? Pływa pan na jakiejś łajbie?

— Spro­wa­dziła tu mnie sprawa służ­bowa...

— I przy­stał pan do bandy Win­netou?

— Dla­czego pani jego przyja­ciół nazywa bandą? — obu­rzyłem się.

Zmie­niła ton. Głos jej za­brzmiał miękko, piesz­czotli­wie:

— Prze­pra­szam, jeżeli pana urazi­łam. Ale pan jeszcze nie zna Win­netou. Kiedyś prze­kona się pan, jaki on jest na­prawdę. Za­po­mnijmy jed­nak o nim. Czy umie pan żeglo­wać?

— Mam nawet patent ster­nika.

— O, to świet­nie. Więc może jutro, a wła­ściwie dziś, bo prze­cież północ minęła, odwie­dzi mnie pan na bindu­dze? Popły­wamy na „Swallowie”. Podoba się panu mój jacht?

— Jest wspa­niały.

— Prze­bywam tu sama, brakuje mi dru­giego członka za­łogi. Zresztą to pan urato­wał jacht, powi­nien pan na nim popły­wać.

— Bar­dzo chętnie — ura­dowa­łem się.

A po­tem przy­nio­słem jej bom z gro­tem. Teraz, gdy nastą­piła ugoda, można już było żegla­rzom zwró­cić ich żagle i wiosła.

Na­tych­miast odbiła od brzegu, nie za­biera­jąc nawet tego żegla­rza, z którym przy­płynęła.

— Będę czekała — za­wołała ku mnie, odcho­dząc „Swallowem” od wy­spy.

Była piękna, choć rze­czywi­ście na twarzy jej za­uwa­żyłem sta­ranny maki­jaż, który tak wyszy­dziła So­snowa Igiełka. Ale miała zara­zem jakiś dziwny, nie­poko­jący urok, którego milady nie za­uwa­żyła. Miss Kapi­tan była tajem­nicza, a ja prze­pada­łem za tajem­niczo­ścią.

— No i co? Umó­wiła się z panem — stwier­dziła iro­nicznie So­snowa Igiełka, gdy jacht Miss Kapi­tan od­dalił się. — Zaiste, odniósł pan bły­ska­wiczny sukces. Można powie­dzieć, zrobił pan na niej „pioru­nujące wraże­nie”.

— Może...

— Ech, Boże — wes­tchnęła z uda­nym ubole­wa­niem. — U wszystkich ta sama męska próż­ność. Szkoda, że pan nie może siebie wi­dzieć. Chudy, zgar­biony, w du­żych okula­rach, typowy mól książ­kowy. I pan na­prawdę wierzy, że taki męż­czyzna może jej się podo­bać?

— A pani myśli, że taki męż­czyzna jak ja nie może się po­dobać żadnej kobie­cie?

— Nie takiej jak ona. Jej chodzi o to, że pan jest przyja­cielem Win­netou, a ona go nie cierpi z nie­wia­do­mych mi po­wodów. Uma­wia się z pa­nem, bo ma na­dzieję, że od­ciągnie pana od Win­netou.

Skło­niłem się So­snowej Igiełce.

— Mi­lady — powie­dzia­łem z emfazą — być może jestem chudy, przy­gar­biony i brzydki. Ale do li­cha, mam prawo chyba iść na randkę z piękną kobietą?

Zbu­dził się dzień. Żegla­rze pod­nieśli żagiel na ram­blerze, a my wsie­dliśmy do kanu i odpły­nęli­śmy w stronę leśni­czówki. Moto­rowod­niacy obie­cali żegla­rzom, że gdy tylko zjedzą śniada­nie, uru­chomią silniki w swoich łajbach i wyru­szą na jezioro w po­szuki­waniu zagi­nio­nych jach­tów.

Dzień wstał po­chmurny, z desz­czo­wymi chmu­rami, które szybko prze­laty­wały po nie­bie. Wiatr znowu wzmógł się i rozko­łysał jezioro. Od strony Zło­tego Rogu nad­biegały wyso­kie fale oło­wianej barwy, na środku jeziora zała­mując się z szu­mem i niosąc na so­bie ko­żuch białej piany.

So­snowa Igiełka ziewała w kanu, dys­kretnie zakry­wając dłonią usta.

— Prze­żyłam nieza­po­mniane chwile — oświadczyła. — To było na­prawdę wspa­niałe obser­wować, jak dwie wrogie grupy bla­dych twarzy zmusi­liście do zgody. Wierzę, że do­stanie­cie w swoje ręce strasz­liwego Purtaka. Ale czy on na­prawdę jest aż tak nie­bez­pieczny? — zapy­tała z odro­biną powąt­piewa­nia w głosie. — Bo na mnie zrobił wraże­nie zu­pełnie sym­pa­tycznej bladej twarzy. Oczy­wiście, nie chcia­łam być jego damą do to­warzy­stwa, ale to zupeł­nie inna historia.

— To samo za­pewne myśli pani o Pięk­nym Anto­nio, który zabrał pani neseser i chciał uwię­zić w ośrodku wcza­sowym — burk­nąłem.

— Och, nie przesa­dzajmy z tym uwię­zie­niem — zie­wnęła znowu milady.

Wszystko wska­zywało na to, że ko­łysanie łodzi i długa podróż przez jezioro wpro­wadzi ją w sen.

Ale nie dane jej było zasnąć w kanu. Oto od przy­stani ośrodka wcza­sowego z gło­śnym war­kotem odbiła wielka moto­rówka do prze­woże­nia wcza­sowi­czów. Na­brała roz­pędu i pędziła wprost na nas, ostro rozbi­jając fale i two­rząc za sobą spie­niony kilwa­ter[25]. Po kilku minu­tach znala­zła się tuż koło nas i za­trzy­mała się, koły­sząc na fali. Silnik jej pra­cował na wol­nych obro­tach, unie­możli­wiając dryf.

Zoba­czyli­śmy, że w oszklonej nadbu­dówce stoi za sterem in­struk­tor No­sek, a w ogromnym kokpi­cie z dwoma rzę­dami ławek sie­dzieli Purtak, Piękny Anto­nio, Halina i... Krwawa Mary ze sztuce­rem na ramie­niu.

Piękny Anto­nio wy­chylił się za burtę i prze­krzy­kując szum wiatru wołał w na­szym kie­runku:

— Halo, pano­wie, czy nie wi­dzieli­ście mojej czer­wonej moto­rówki? Podej­rze­wamy, że ukradło ją w nocy trzech opryszków, którzy kręcili się po Złotym Rogu w po­szuki­waniu pracy.

Zrobi­łem z dłoni trąbkę i krzyk­nąłem do Anto­nia:

— O dwuna­stej w nocy minęła nas ja­kaś moto­rówka. Ale nie rozpo­znali­śmy barwy ani załogi. Za­cho­wy­wała się tro­chę podej­rzanie...

— To oni! — wrza­snął Anto­nio. — Dokąd odpły­nęli?

— W stronę prze­smyku na dru­gie je­zioro — od­krzyk­nąłem, przy­po­mniawszy so­bie uwagę Cichej Stopy, że sły­szał hałas motoru odda­lają­cego się do prze­smyku.

Piękny Anto­nio za­uważył milady.

— Eli­sabeth — krzyk­nął — znowu gdzieś cię uwożą? Może chcesz prze­siąść się na naszą łajbę? Co się z tobą stało, Elisa­beth? Czy to wy­pada, żeby dziew­czyna gusto­wała w towa­rzy­stwie dziku­sów?

Taka była jego zapłata za na­sze in­forma­cje. Łajdak! Po­stano­wiłem odpła­cić mu się tym samym.

— Pani Mario — zawo­łałem do Krwa­wej Mary — pro­simy do nas, na pie­czeń z dzika. Win­netou i ja za­pra­szamy panią ser­decznie. Chyba nie gu­stuje pani w towa­rzy­stwie bawi­dam­ków?

Krwawa Mary poma­chała nam przy­jaźnie ręką:

— Teraz nie mogę, bo obie­całam im pomóc w schwytaniu zło­dziei. Zwol­niłam się z ka­wiarni i płynę z nimi. Ale jak wrócę, przyjdę do was na pie­czeń z dzika.

Purtak dał znak No­skowi i ten włą­czył bieg. Moto­rówka ruszyła ostro. Wy­wołana przez nią fala o mało nas nie prze­wróciła.

— Mój biały brat zapro­sił Krwawą Mary — z nie­zado­woloną miną rzekł Win­netou — a prze­cież mój brat wie, co Win­netou sądzi o Krwa­wej Mary. Ona ma po­dwójny język, zdra­dziła nas Purta­kowi.

— To nie ona, ale Halina — od­parłem. — To Halina ma po­dwójny język.

— O Boże, pano­wie — jęknęła milady. — Czy znowu będzie­cie w kółko mówić o po­dwój­nych języ­kach? Już wolę, gdy wymy­ślacie bladym twa­rzom.

Na­reszcie dobili­śmy do przy­stani w kanale obok leśni­czówki. So­snowa Igiełka wysko­czyła na brzeg, a za nią opu­ściłem kanu wraz z Cichą Stopą. Win­netou i Mil­czący Wilk odpły­nęli na­tych­miast do swej zatoki. Po nocy spę­dzonej na je­ziorze czułem się zmę­czony i chciało mi się spać. Współ­czułem Cichej Stopie, który musiał zaraz udać się do swych zwy­kłych zajęć w lesie.

Kiw­nąłem głową milady i szyb­ciutko znik­nąłem w swoim pokoju. Po­śpiesz­nie ro­zebra­łem się i wla­złem pod koc, obie­cując sobie, że będę spał aż do po­łudnia.

Ale nawet oczu nie zdoła­łem zmru­żyć. Wkrótce usły­szałem głośne kroki na scho­dach i po chwili w moim pokoju zjawili się Win­netou i Mil­czący Wilk.

— Niech mój biały brat ubiera się szybko — gromko oświadczył Win­netou. — Dziś w nocy, pod­czas naszej nie­obec­ności, ktoś włamał się do wi­gwamu Win­netou i skradł jego stroje indiań­skie oraz inne cenne przed­mioty zabyt­kowe. Być może zrobili to ci sami opryszkowie, których goni Anto­nio. Win­netou skorzy­sta te­raz z tele­fonu Cichej Stopy i powia­domi o kra­dzieży milicję w Złotym Rogu. A po­tem wyru­szymy w ślad za opryszkami. „Moby Dick” czeka na przy­stani w kanale.

Zbiegli po scho­dach do kance­larii le­śni­czego, aby zatele­fono­wać do Zło­tego Rogu, a ja ubra­łem się. Wrzu­ciłem do po­dróżnej torby najpo­trzeb­niejsze rzeczy i po­bie­głem na przy­stań.

Po chwili przy­byli tam także i moi dwaj przyja­ciele. Mil­czący Wilk zasiadł za ste­rem, Win­netou ode­pchnął jacht od przy­stani. Na peł­nych żaglach wypły­nęli­śmy na jezioro, kieru­jąc się w stronę prze­smyku.

Wsze­dłem na po­kład i odwró­ciwszy się w stronę leśni­czówki, za­woła­łem:

— Że­gnaj, milady. Szkoda, że już się nie zoba­czymy... Jacht płynął ostro forde­win­dem[26], z cichym szu­mem rozci­nając dzio­bem wyso­kie fale. Nie znałem czeka­jącej nas trasy, popro­siłem więc Win­netou o mapę tych jezior. Po­szedł po nią do ka­biny, ale na­tych­miast cofnął się, jakby zoba­czył diabła. Z trza­skiem za­mknął drzwiczki.

— Niech nas Wielki Mani­tou ma w swojej opiece — wy­szeptał. — W kabinie znaj­duje się milady. I do tego tylko... w noc­nej ko­szuli.

— Boże drogi! — Mil­czący Wilk miał oczy pełne zdu­mienia.

— To nie­moż­liwe — wydu­siłem z siebie.

Win­netou potrzą­snął głową:

— Niech mój brat sam prze­kona się o tej praw­dzie...

Od­ważnie pod­sze­dłem do ka­biny i zapu­kałem w drzwiczki:

— Mi­lady? Halo, milady...

— Pro­szę nie wcho­dzić — usły­szałem pi­skliwy głosik — jestem tylko w nocnej koszuli.

Ręce mi opadły.

— Mi­lady, czy to sto­sowne dla młodej damy?...

— Wiem, że to niesto­sowne — od­powie­działa — ale co miałam zrobić? Usły­szałam, co mówił Win­netou u pana w pokoju, a wie­dzia­łam, że nie ze­chcecie mnie zabrać. Więc zdoła­łam tylko chwy­cić su­kienkę i szczo­teczkę do zę­bów i ukry­łam się w ka­binie jachtu. Jeśli żaden z was nie będzie tu teraz zaglą­dał, zdołam się prze­brać w su­kienkę.

— Do­brze, milady — mruk­nąłem.

Odsze­dłem od ka­biny i z dumą popa­trzyłem na swoich towa­rzyszy.

— A jednak nie za­po­mniała szczo­teczki do zę­bów. Ona jest na­prawdę lady.

 


ROZDZIAŁ DWUNASTY [top]

O WODNYCH ROŚLINACH • „PIEKIEŁKO” • CZY ŻEGLARSTWO ŚRÓDLĄDOWE JEST TRUDNE? • ROZBITKOWIE • POMAGAMY NASZYM WROGOM • BUNT KRWAWEJ MARY • GDZIE SZUKAĆ OPRYSZKOW? • KTO JADA ZUPY Z PUSZEK? • CO MYŚLĄ DZIEWCZĘTA O INDIANACH? • ANTONIO JAKO „WOREK TRENINGOWY” • CO ODKRYLIŚMY W TRZCINACH?

 

Na zielo­nej od lasów mapie regionu, tuż obok ogromnego rozle­wiska Śniardw, które po­dobne jest do wiel­kiego błękit­nego naczy­nia — wpadał w oczy jak gdyby duży wisio­rek, zło­żony z trzech niebie­skich ka­mieni-jezior. Pierw­sze z jezior nosiło nazwę Zmierzchun, drugie — Ła­będzie, a trze­cie — Kikuł. Łą­czyły je wą­skie prze­smyki, a po­tem długi kanał wiązał z base­nem Śniardw i Krainą Wiel­kich Jezior Mazur­skich.

Mapa powie­działa mi, że Jezioro Łabę­dzie jest dwu­krotnie więk­sze od jeziora Zmierzchun. Nasze — bo tak je w my­ślach okre­śliłem — miało tylko jedną wy­sepkę, tę, gdzie biwa­kowali moto­rowod­niacy. Na Ła­będzim były aż cztery wyspy różnej wiel­kości i żad­nego ośrodka cam­pingo­wego. Jezioro miało bo­wiem niedo­stępne, bagni­ste brzegi, poro­śnięte trzci­nami, co jest zjawi­skiem czę­stym na akwe­nach Mazur. Niego­ścinne trzciny unie­możli­wiają dostęp do wody, kąpiel nie jest przy­jemna z po­wodu wy­włócz­nika kłoso­wego, mo­czarki kana­dyj­skiej, tojeści roze­słanej lub rdestu. Uni­kają takich jezior moto­rowod­niacy, bo ro­śliny okrę­cają się wokół śrub napa­do­wych. Dzięki temu wody te są oazą spo­koju dla ptac­twa wod­nego i praw­dziwy miło­śnik przy­rody odnaj­dzie tu okazy, które gdzie indziej zupeł­nie wygi­nęły.

Ale czy wielu jest praw­dzi­wych miło­śników przy­rody? Wy­daje mi się, że dla więk­szości tury­stów rośliny obra­stające brzegi noszą pogar­dliwą nazwę trzcin lub szuwa­rów. A prze­cież brzegi jezior zarasta nie tylko trzcina pospo­lita, ale i ocze­ret je­ziorny, sit sku­piony i dwu­dzielny, tata­rak, pałka szero­ko­listna i wą­sko­listna, zwana ro­góżką. Owe zaś za­rośla, które z taką złością i po­gardą zdej­muje ze skrzy­dełek śruby moto­rowod­niak, są zna­komi­tym ja­dalnym orze­chem o nazwie ko­tewka. Orzech ko­tewki jest bardzo smaczny. Kie­dyś zbie­rany był ma­sowo i dlatego stał się dziś rośliną chro­nioną pra­wem. Podob­nie jest z ro­siczką okrą­gło­listną oraz pływa­czem zwy­czaj­nym o nitko­wa­nych liściach. Nie wolno także zrywać pięknie kwit­nących białych grzy­bieni.

Nie odno­śmy się więc z po­gardą do owych roślin pokry­wają­cych wody jezior, nie uwa­żajmy ich za chwa­sty, które należy wyry­wać, aby „oczy­ścić” wodę. Wśród łodyg trzcin kwitnie bujne życie drob­nych zwie­rzątek i owa­dów, które stano­wią pokarm więk­szości ryb. Pod ol­brzy­mimi liśćmi grzy­bieni znaj­dują osłonę i cień zwie­rzęta wodne; spodnia część liści to praw­dziwe miesz­kania dla se­tek prze­róż­nych wod­nych stwo­rów. Tu, na brze­gach niego­ścin­nych dla lu­dzi je­zior, napo­tkać można żabę wodną, ku­maka, traszkę lub żółwia błot­nego. Tu — wśród trzcin i na brze­gach, gdzie rzadko zagląda czło­wiek z tranzy­storo­wym radio­od­biorni­kiem w ręku — żyje jeszcze znaj­dujący się pod ochroną bliski krewny sło­wika — po­dróżni­czek, a także remiz, prze­śmieszny zi­moro­dek, siewka, czajka, trzci­nak, bąk. W okresie, gdy siedzą na ja­jach, w gniaz­dach ukry­tych wśród trzcin lub na drze­wach, płoszy je war­kot moto­rówek, jaja stygną, pi­sklęta zdy­chają. Dla­tego akweny, na które wkra­cza nie­kultu­ralny turysta, wkrótce pu­sto­szeją z ryb i ptac­twa.

Na mapie, tuż przy wyj­ściu z prze­smyku na Je­zioro Łabę­dzie, zauwa­żyłem kilka­naście maleń­kich, czar­nych kropek. U każ­dego wod­niaka znaki te bu­dzą ogromny nie­pokój. Kro­peczki te ostrze­gają, że w tym właśnie miej­scu znaj­dują się skały pod­wodne, głazy albo mieli­zny upstrzone ka­mie­niami. Z po­cząt­kiem lata, gdy poziom wody w je­ziorach bywa zazwy­czaj jeszcze dość wysoki, owe skały i kamie­niste mieli­zny po­krywa woda i łatwo na nich złamać miecz w ża­glówce lub rozorać kadłub. Moto­rowod­niacy w ta­kich miej­scach łamią śruby napę­dowe, krzy­wią ko­lumny silni­ków, wyła­mują rufy.

— Czy mój brat wie o pod­wod­nych rafach przy wyj­ściu z prze­smyku? — za­pyta­łem Mil­czą­cego Wilka.

Pota­kująco skinął głową:

— Niech Szara Sowa będzie spo­kojny. Mil­czący Wilk zna miejsce zwane przez wod­niaków „pie­kieł­kiem”, Znaj­duje się ono bliżej lewego brzegu, dlatego my bę­dziemy się trzy­mać brzegu pra­wego. Gdy płyną­łem na jezioro Zmierzchun, wi­dzia­łem, że skały pie­kiełka po­krywa woda, bo po­ziom jeziora jest obec­nie dość wysoki. Ale myślę, że duża fala będzie obna­żać głazy na pły­ciźnie. Mój brat zoba­czy wów­czas, dla­czego miejsce to na­zwano „pie­kieł­kiem”.

Zbli­żali­śmy się już do prze­smyku i Mil­czący Wilk rozka­zał mi odkna­gować szoty foka i wybrać go nieco. Wybrał rów­nież bezan­żagiel i to samo rozka­zał zrobić z grot­żaglem, który trzymał Win­netou. Ostrzegł nas, że z uwagi na wy­soką ścianę lasu, rosną­cego na pra­wym brzegu prze­smyku, może nam grozić nie­spo­dzie­wana „rufa”, czyli nagłe prze­rzuce­nie ża­gli na drugą stronę burty na skutek gwał­townej zmiany kie­runku wiatru. A nie­ocze­kiwany zwrot przez rufę w najlep­szym wy­padku kończy się ude­rze­niem bomu w głowę, w naj­gor­szym zaś — prze­wróce­niem jachtu.

Mil­czący Wilk był do­brym wod­nia­kiem, bez żad­nych więc kłopo­tów weszli­śmy w prze­smyk. Wiatr dmu­chał tutaj z więk­szą siłą, wtło­czony między dwie ściany lasu, które two­rzyły jak gdyby komin z po­tężnym cią­giem. Szli­śmy więc ze zdwo­joną pręd­kością.

— Uwaga! Sieci! — krzyk­nął na­gle Mil­czący Wilk.

Były to sieci, o których w li­ście do redak­cji pi­sał ta­jemni­czy „że­glarz”.

Bły­ska­wicz­nie rzuci­łem się do ka­biny i pod­nio­słem miecz. Mil­czący Wilk zrobił to samo z płetwą ste­rową. Prze­szliśmy nad sie­ciami, które z cichym szme­rem otarły się o dno ka­dłuba.

Tajem­niczy kore­spon­dent miał rację. Nie wolno było prze­gra­dzać żakami prze­smyku. Prze­szka­dzało to w wę­drów­kach ryb, a także utrud­niało tury­stykę wodną.

Brzegi cie­śniny były zaro­śnięte. Szum wody, rozci­nanej dzio­bem jachtu, wypło­szył z trzcin stada perko­zów i kaczek krzy­żówek, które z furko­tem skrzy­deł ucie­kały przed nami na Je­zioro Łabę­dzie.

Otwo­rzyło się ono przed nami niemal nagle. Wielka toń wody, czarna jak niebo pokryte ciem­nymi, zwali­stymi chmu­rami. Przeta­czały się po jezio­rze ogromne, krótkie fale, co zna­czyło, że dno nie znaj­duje się tu­taj głę­boko. Po chwili zoba­czyłem „pie­kiełko” — spie­nioną kipiel w po­bliżu wy­sepki o piasz­czys­tych brze­gach, zale­wa­nych przez fale. Gdy woda ustę­powała, uka­zywały się ośli­zgłe głazy, nie­które o spicza­stych koń­cach.

Na piasz­czy­stym brzegu wy­sepki tkwiła prze­chy­lona na lewą burtę ogromna moto­rówka ośrodka wcza­sowego. Z da­leka wi­dzieli­śmy kilka sylwe­tek ludz­kich, kręcą­cych się koło niej. Spra­wiali wraże­nie, że usiłują ze­pchnąć moto­rówkę na wodę. Potem, gdy pod­płynę­liśmy bliżej, zaczęli machać ku nam rękami. Za­pewne coś wołali, ale wiatr wiał od nas i pory­wał ich głosy,

— Coś mi się zdaje, że in­struk­tor kultu­ralno-oświatowy, pan Nosek, rozbił moto­rówkę na skałach „pie­kiełka” — ode­zwa­łem się do Win­netou.

— Mój brat ma słusz­ność — skinął głową Win­netou.

I stało się dla nas oczy­wiste, że bę­dziemy musieli dobić do wy­sepki i zająć się rozbit­kami. W ta­kiej sytu­acji nale­żało zapo­mnieć o wro­gości wobec Purtaka. Mil­czący Wilk ominął wy­sepkę dość dużym łukiem, a po­tem lewym halsem pod­szedł do niej od strony za­wietrz­nej. Wy­cią­gnąłem miecz i kadłub jachtu lekko poszo­rował po pia­sku Win­netou rzucił ko­twicę i po chwili wysko­czyli­śmy na mały skra­wek lądu, który raz po raz zale­wały fale. I zaraz, czła­piąc po wodzie, pod­szedł ku nam Piękny Anto­nio.

— No­sek wpa­kował nas na głazy i urwał skrzy­dełko śruby. Pano­wie, za­bierz­cie mnie, proszę, na swoja łajbę i po­płyńmy na po­szuki­wanie mojej moto­rówki. Te łaj­daki nie mogły odpły­nąć daleko, bo w baku było nie­wiele ben­zyny.

Wyraz jego twarzy świad­czył, że rze­czywi­ście bardzo go martwi strata moto­rówki. Prosił nas o pomoc, nie wie­dząc oczy­wiście, że zło­dzieje, którzy porwali mu łajbę, okradli także i Win­netou. Wie­dzia­łem, że zabie­rzemy go z sobą na jacht, ale jedno­cześnie iryto­wała mnie świa­do­mość, że bez­czelnie prosi nas o pomoc, on, który poma­gał Purta­kowi wy­wieźć psa nadle­śni­czego.

Przy­czła­pała Krwawa Mary, a po­tem zbli­żyła się i Ha­lina. Może miała nas za naiw­niaków, którzy nie wiedzą o jej zdra­dzie, bo na­wet uda­wała radość na nasz widok...

— Cześć, panie Toma­szu! — zawo­łała. — Czy wyra­tuje pan rozbit­ków?

— Oczy­wiście — ski­nąłem głową — prze­wie­ziemy was na brzeg i dalej już pie­chotą dosta­niecie się do ośrodka.

— Pie­chotą? — obu­rzyła się. — To chyba z dzie­sięć kilo­metrów. My­ślałam, że do­star­czycie nas aż do domu.

— Nie mamy czasu — wyja­śnił Mil­czący Wilk. — Tych trzech opryszków, którzy ukradli moto­rówkę, zabrało Win­netou jego rzeczy. Mu­simy ich ścigać.

— To świet­nie — ucie­szył się Anto­nio. — Moi wro­gowie są i wa­szymi wro­gami. Panie Mil­czący Wilk, szkoda czasu na ga­danie z dziew­czy­nami. Niech one tu zostaną na wy­spie, a my od razu płyńmy za opryszkami. Dziew­czy­nom nic tu nie grozi. Będzie płynąć jakaś inna łajba, to je stąd zabie­rze.

Krwawa Mary i Ha­lina za­wrzały obu­rze­niem.

— Toś ty taki? Każesz nam tu sie­dzieć i marz­nąć? Patrz­cie go, jaki się znalazł dżen­telmen.

— Zro­zumcie, moja moto­rówka — tłu­maczył się. — Chodzi o po­śpiech. Opry­chy sprzedadzą ją komuś albo utopią.

Wresz­cie przy­czła­pali Purtak i No­sek, który pocią­gnął nosem, jakby mu się na płacz zbie­rało.

— Gdyby pano­wie byli tak uprzejmi i pod­rzucili nas do brzegu, to bę­dziemy po sto­kroć zobo­wią­zani — oświadczył grzecznie Purtak. — Wy­cią­gnęli­śmy naszą łajbę na brzeg, tak że fale jej nie po­rwą. Niech tu czeka. W ośrodku mam zapa­sową śrubę, przy­płynę tutaj łodzią i napra­wię silnik.

Dziew­częta weszły na jacht i zaraz znik­nęły w kabinie, bo zmar­zły na wyspie. Pur­tak i Nosek pomo­gli ze­pchnąć jacht na wodę, potem także wsko­czyli na po­kład. Pra­wym halsem popły­nęli­śmy szybko w stronę naj­bliż­szego brzegu.

Purtak, gdy dowie­dział się o kra­dzieży strojów indiań­skich Win­netou, udał ogromne obu­rzenie.

— Ża­łuję bardzo — oświadczył — że sto­sunki między mną i panami ukła­dają się nie najle­piej. Ale mimo to pro­szę przyjąć ode mnie wyrazy ubole­wania i życze­nia, abyście jak naj­szyb­ciej schwytali zło­dziei.

— Przy okazji, mam na­dzieję, odzy­skam i moto­rówkę — po­cieszał się Anto­nio.

Uprzejme słowa Purtaka nie zrobiły wraże­nia na Win­netou. Nie ode­zwał się też ani sło­wem. Dla niego Purtak był tylko bladą twarzą, która ma roz­dwo­jony język. Trzy­mając szot grota patrzył na wodę i za­pewne pragnął jak naj­szyb­ciej dobić do brzegu i po­zbyć się niemi­łego towa­rzy­stwa.

Nosek prze­stał raptem pocią­gać no­sem i ode­zwał się płacz­liwie:

— To wszystko stało się przez pana kie­row­nika. Chcia­łem płynąć prosto, a pan kie­rownik rozka­zał mi skręcić w lewo. I dlatego wpa­dliśmy na głazy.

— Na mnie pan zwala? — obu­rzył się Purtak. — A czy ja kie­dykol­wiek wy­pły­wałem na Je­zioro Łabę­dzie? Skąd mo­głem wie­dzieć, że tu są skały pod­wodne? To pan obwozi wy­cieczki. To pan jest in­struk­torem kultu­ralno-oświatowym.

Z ka­biny wyj­rzała Krwawa Mary. W ręku miała kubek z her­batą, którą za­pewne otrzy­mała od mi­lady, gospo­darują­cej w kabinie.

— Jeśli sądzi­cie, pano­wie, że ja wy­siądę na brzegu, to się mylicie — oświadczyła, poda­jąc Win­netou kubek z her­batą.

A ten przez mo­ment zawa­hał się, czy przyjąć herbatę z rąk skwaw, której nie da­rzył sym­patią, ale w końcu wziął do ręki kubek, nie chcąc de­mon­stro­wać swojej nie­chęci.

— Biała skwaw, zwana Krwawą Mary, nie zdaje sobie chyba sprawy, że Win­netou i jego przyja­ciele znaj­dują się na ścieżce wojen­nej — powie­dział.

Wzru­szyła ramio­nami:

— Po pierw­sze: nie jestem żadną białą skwaw, zwaną Krwawą Mary. To pan mnie tak na­zwał, a ja nie cierpię tego prze­zwiska. Po drugie: nie jest to chyba aż tak nie­bez­pieczna wy­prawa, skoro zabra­liście tę lalkę z War­szawy.

Zabra­łem głos:

— Co tyczy pani Elisa­beth, to ona zobo­wiązała się nam przy­rządzać strawę. A poza tym ona jest lady.

Krwawa Mary była zdu­miona:

— Co to znaczy, że ona jest lady?

Przez chwilę mil­czałem zasta­na­wiając się, jak w krót­kich sło­wach wyja­śnić po­stawę So­snowej Igiełki.

— Ona jest lady, a to zna­czy, że wie, jak się zacho­wać w każdej sytu­acji. Z taką skwaw nie bę­dziemy mieli żad­nych kłopo­tów.

Krwawa Mary wróciła do ka­biny i po chwili wyszła z niej, niosąc coś w ręku.

— Czy wiecie, co to jest, pano­wie — potrzą­snęła białą szmatką. — To jest nocna koszula waszej pa­nienki. Nie wzięła kurtki ani cie­płych spodni, ale za­brała nocną koszulę. Umrzeć można ze śmie­chu.

Znowu zabra­łem głos, żeby rato­wać nasz auto­rytet:

— Praw­dziwa lady — powie­dzia­łem — może zapo­mnieć o cie­płej kurtce i spodniach. Ale nigdy nie za­pomni o noc­nej ko­szuli i szczo­teczce do zę­bów.

— I to się wam podoba? — zdu­mienie jej nie miało granic.

Wyszła milady. Podała mi ku­bek z herbatą i wzięła od Krwa­wej Mary swoją nocną koszulę.

— Pro­szę pani — powie­działa do niej z wy­niosłą miną — nie wydaje mi się słuszne, aby swoje ra­chunki z tymi panami zała­twiała pani za po­mocą mojej nocnej koszuli.

To mó­wiąc dys­tyngo­wanie powró­ciła do kabiny. A Krwa­wej Mary zrobiło się głupio.

Piękny Anto­nio milczał dys­kretnie, nie chcąc żadną uwagą prze­ciw So­snowej Igiełce narażać się któ­remuś z nas. Mil­czeli także Purtak i No­sek. Za­pewne marzyli o chwili, gdy wy­siądą na brzeg i nie będą korzy­stać z naszej łaski.

Ale Krwa­wej Mary trudno było przy­znać się do klęski. Wpa­dła w złość. W prze­ciwień­stwie do mi­lady, miała, zdaje się, ogromny tempe­rament. Ujęła się pod boki, stanęła wyzy­wająco przed Win­netou i zaczęła mówić:

— Nie rozu­miem, za co nie cierpi pan kobiet, panie Win­netou, i dla­czego mnie uważa pan za swo­jego naj­więk­szego wroga. Chyba tylko dlatego, że ustrze­liłam lep­szego zwie­rza niż pan. Czy to moja wina, że pan jest za­cofa­nym myśli­wym? Jeśli pan jutro wymy­śli, że wszy­scy po­winni polo­wać za po­mocą łuku i dzidy, to też mamy się do tego stoso­wać?

— Po­lować tylko za po­mocą łuku? Hm, to zupeł­nie niezły pomysł — mruk­nął Win­netou.

— O, wie­dzia­łam, że pan tak powie, panie Win­netou — zawo­łała Krwawa Mary — zresztą nie zamie­rzam z panem dys­kuto­wać. O ile się nie mylę, nie pan tu jest kapita­nem, ale pan Mil­czący Wilk. Prawda, że nie wy­prosi mnie pan ze swego jachtu? — zwró­ciła się do niego.

Mil­czący Wilk chrząknął z zakło­pota­niem i spoj­rzał pyta­jąco na Win­netou.

— Wszystkie skwaw mają po­dwójne języki — mruk­nął Win­netou.

Krwawa Mary mach­nęła ręką:

— Może pan mówić, co pan chce. A ja nie opusz­czę Anto­nia. Przyja­ciół nie opusz­cza się w bie­dzie — powie­działa.

— Ach tak? — Win­netou zaci­snął usta.

Anto­nio chwy­cił dłoń Krwa­wej Mary i ucało­wał ją szar­mancko:

— Dzię­kuję ci, Mary­siu. Je­steś wspa­niałą dziew­czyną.

I wów­czas stało się coś dziw­nego. Krwawa Mary niemal ze zło­ścią wy­rwała mu swoją rękę i krzyk­nęła w stronę Win­netou:

— Mam dosyć tego jeziora! I zapa­dłej dziury, jaką jest Złoty Róg! Anto­nio i pan Purtak obie­cali, że zabiorą mnie do War­szawy. A pan, panie Win­netou, niech pan sobie siedzi w swoim wi­gwa­mie i gotuje zupki z puszek. Myśli pan, że nie wiem, co mówił lekarz o panu? Że jeszcze trochę, a przez ten swój indiań­ski tryb życia nabawi się pan kataru żo­łądka. A gdy pan za­choruje, to nikt do pana nawet nie zaj­rzy, bo wszy­scy się z pana śmieją. Tak, wszy­scy, wszy­scy! — zawo­łała.

Wy­buch­nęła pła­czem i uciekła do ka­biny.

A Win­netou aż zgarbił się, jakby ten potok słów spadł mu cięża­rem na plecy.

Z ka­biny wyszła Halina i po­wie­działa do nas z wy­rzutem:

— No proszę, dopro­wadzi­liście dziew­czynę do pła­czu.

Myślę, że Win­netou czuł się fatalnie. Mnie zresztą rów­nież zrobiło się przy­kro.

— Boże drogi — wes­tchnął Mil­czący Wilk — prze­cież tak na­prawdę to nikt nie zamie­rzał was wypra­szać z jachtu. Jeśli chcecie, mo­żecie z nami płynąć. Tylko nie urzą­dzajcie tutaj ryków.

Tym­czasem nasz jacht wpły­nął w trzciny i roz­oraw­szy je dzio­bem, dotknął su­chego lądu.

— Dzię­kuję panom i do zoba­czenia — za­wołał Purtak, zeska­kując na brzeg. — Życzę szyb­kiego schwytania zło­dziei.

Nosek rów­nież wysko­czył z „Moby Dicka”. Ode­pchnę­liśmy się pa­gajami od płyt­kiego w tym miej­scu dna i za­wróci­liśmy na je­zioro.

— I do­kąd te­raz po­pły­niemy? — za­pytał Anto­nio.

Win­netou zasta­nowił się.

— Czy blada twarz może mi po­wie­dzieć, ile ben­zyny znaj­dowało się w baku jego hała­śliwej kanu?

— Naj­wyżej na pół go­dziny pracy silnika.

— W ta­kim ra­zie opryszki nie zdołały opuścić Jeziora Łabę­dziego i tutaj powin­niśmy ich szukać.

— Może poży­czyli albo kupili od ko­goś ben­zynę?

Win­netou wy­mow­nym gestem wska­zał wzbu­rzoną falami toń je­ziora.

— Blada twarz widzi, że je­zioro jest pu­ste. Opryszki, a przy­najm­niej kanu, którą oni ukradli, pozo­staje gdzieś tutaj. A co o tym sądzi mój brat, Szara Sowa?

— Zga­dzam się z Win­netou — odpar­łem.

— Ja rów­nież — powie­dział Mil­czący Wilk. — Dla­tego mu­simy płynąć wzdłuż brzegu, pilnie obser­wując, czy nie widać poła­ma­nych trzcin, co może ozna­czać, że ktoś wpły­nął w nie łajbą.

A więc byli­śmy zgodni co do taktyki i kie­runku poszu­kiwań. Przez jezioro przeta­czały się silne szkwały i spie­nione fale. W taką pogodę tylko bardzo do­świad­czony żeglarz wyru­szał w rejs, a u że­glarzy trudno zaopa­trzyć się w paliwo. Moto­rowod­niacy zaś unikali Jeziora Łabę­dziego z po­wodu roślin­ności, która je pokry­wała. Dla moto­rowod­niaków rajem było jezioro Zmierzchun i trzecie w łań­cuchu jezior, naj­więk­sze je­zioro Kikuł, o wo­dach przej­rzys­tych i piasz­czys­tych brze­gach. Jeśli więc rze­czywi­ście w baku moto­rówki paliwa było tylko na pół go­dziny pracy silnika, opryszki nie były w stanie wydo­stać się na Ki­kuł i tu ich nale­żało szukać.

Mieli jednak nad nami prze­wagę przy­najm­niej dzie­sięciu godzin. O ile — rzecz jasna — słuszne było nasze założe­nie, że około pół­nocy doko­nali wła­mania do wi­gwamu Win­netou i warkot skra­dzionej moto­rówki słysze­liśmy na je­ziorze w chwili, gdy opu­ścili­śmy bin­dugę. Pod osłoną ciem­ności opryszki wy­płynęły na Je­zioro Łabę­dzie i tu za­pewne śruba napę­dowa wplą­tała się im w wodną roślin­ność. Z po­wodu mroku nie ry­zyko­wali chyba oczyszczania śruby i w ta­kim ra­zie musieli płynąć wolniej, zu­żywa­jąc więk­szą ilość paliwa, bo śruba praco­wała z naj­więk­szym wysił­kiem. Być może w po­łowie jeziora zabra­kło im paliwa. Była duża fala, wiatr zaczął dryfo­wać moto­rówkę ku brze­gowi. A po­nieważ w nocy i teraz wiatr wiał w tym samym kie­runku, moto­rówkę znosiło na pół­nocny brzeg.

— Mój brat ma rację — stwier­dził Win­netou, zauwa­żywszy, że szkła lor­netki kieruję na pół­nocny brzeg jeziora. W tym zresztą kie­runku Mil­czący Wilk prowa­dził „Moby Dicka”. — Tam na pół­noc­nym brzegu wylą­dowali zło­dzieje.

— Od tamtej chwili minęło wiele godzin — od­parłem. — Kto wie, co zdążyli zrobić z mo­to­rówką.

Piękny Anto­nio zaj­rzał do kabiny.

— Dziew­częta! — zawo­łał. — Wyjdźcie na pokład i ob­ser­wujcie brzegi. Im więcej oczu będzie wypa­trywać moto­rówki, tym jest więk­sza szansa, że ją odnaj­dziemy.

Dziew­częta po­słusz­nie wyszły z ka­biny i rozsia­dły się na wolnej burcie. Wiatr zaczął wiać z nieco mniej­szą siłą, ale był ciągle przeni­kliwie zimny i chło­stał kro­plami wody.

Win­netou miał na sobie ciepłą kurtkę sztor­mową.

Zdjął ją i okrył nią Krwawą Mary, która trzęsła się z zimna. Ale dziew­czyna zdjęła kurtkę.

— Tak się pan o mnie trosz­czy? A przed półgo­dziną chciał mnie pan wypro­sić z jachtu.

I przy­jęła orta­lio­nową kurtkę od Anto­nia.

Fakt, że Anto­nio od­dał swoją kurtkę Krwa­wej Mary, wy­wołał na twa­rzy Haliny wyraz nieza­dowo­lenia. Sama się­gnęła po kurtkę Win­netou i osten­tacyj­nie usiadła koło niego na bur­cie. Moja kurtka okryła ra­miona So­snowej Igiełki.

Win­netou rzekł z obo­jętną miną:

— Jeśli chcia­łem wypro­sić wszystkie skwaw z jachtu, to tylko dlatego, że wy­prawa nasza potrwa długo i może być nie­bez­pieczna. Uwa­żam zresztą, że wszystkie skwaw po­winny sie­dzieć w swoich wi­gwa­mach i warzyć strawę.

Krwawa Mary za­śmiała się:

— A czemu to pań­ski wi­gwam jest pu­sty i żadna skwaw nie wa­rzy strawy, tylko przy­rządza pan sobie zupki z puszek?

— Czemu Krwawa Mary mówi wciąż o zup­kach z puszek? Nie jadam zup z puszek.

— Czyż­bym się myliła? — za­kpiła Krwawa Mary. — Skle­powa w Złotym Rogu mówiła mi, że pan bez prze­rwy kupuje albo zupy w proszku, albo zupę w puszce. A na drugie danie zawsze przy­rządza pan woło­winę w sosie wła­snym, rów­nież z puszki. Przy takim odży­wianiu się grozi panu wrzód żo­łądka.

Zabra­łem głos:

— Wczo­raj ja­dłem u Win­netou zna­komi­cie przy­rzą­dzoną wą­tróbkę z dzika.

— Coś podob­nego! — udała zdu­mienie Krwawa Mary. — Win­netou zdołał zabić dzika? Aż mi się wie­rzyć nie chce. Zabił dzika ze swojej przed­poto­powej dubel­tówki? To była chyba chora sztuka.

Win­netou nie re­agował na jej złośli­wość. Sie­dział na bur­cie, trzy­mając w ręku szot żagla, pogrą­żony w wynio­słym mil­czeniu.

A te­mat, porzu­cony na chwilę przez Krwawą Mary, nie­spo­dzie­wanie podjęła So­snowa Igiełka, kieru­jąc ku mnie pytanie:

— A pan, Szara Sowo, dla­czego do tej pory nie ma pan żadnej skwaw?

— Ja­dam w sto­łówce Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki — od­parłem wy­krętnie.

— A pan? — zwró­ciła się do Mil­czą­cego Wilka.

Nasz kapitan wska­zał ob­rączkę na palcu:

— Mam miłą żonę, milady. Jest podob­nie jak i ja elek­troni­kiem i żegla­rzem. Obec­nie jednak prze­bywa na za­gra­nicz­nym sty­pen­dium. Mimo licz­nych zajęć, gotuje w domu obiady. W gro­nie moich znajo­mych słynie ze wspa­niałych racu­chów.

Milady ze smut­kiem potrzą­snęła głową:

— Mój Boże — wes­tchnęła — dla­czego tak się dzieje, że gdy się po­zna intere­sują­cego męż­czyznę, to oka­zuje się, że jest on już żo­naty?

— Słusz­nie — pod­chwy­ciła Krwawa Mary. — Dla nas zostają potem sami dzi­wacy, z któ­rymi dziew­czyna zupeł­nie nie wie, jak po­stępo­wać.

— Czy mnie także uważa pani za dzi­waka? — obu­rzył się Piękny Anto­nio.

— Nie — odparła zdecy­dowa­nie. — W panu nie ma nic z dzi­waka. Repre­zentuje pan ba­nalny typ flircia­rza. Prze­bywa­jąc wciąż w miej­scowo­ści wcza­sowej widy­wałam takich całe tuziny.

W jego obronie stanęła Halina:

— An­tonio jest inny niż wszy­scy. Przy­pomina Ma­stroianniego. I nie bawi się w Indian.

— No tak, to rze­czywi­ście wielka zaleta — przy­taknęła Krwawa Mary. — Po­wiedz­cie sami, jak długo zwykła dziew­czyna może przy­słu­chiwać się ta­kim oto roz­mów­kom: „Czy mój brat, Szara Sowa, myśli podob­nie jak i ja? Czy mój brat Win­netou widzi na ho­ryzon­cie ja­kieś dziwne blade twarze? Niech mój brat Szara Sowa pa­mięta, że wszystkie skwaw mają po­dwójne języki”. A przecież ci pano­wie mają już po trzy­dzie­stce. Inni męż­czyźni w ich wieku są już żonaci, mają dzieci, a oni ciągle bawią się w Indian. A wie­cie dla­czego? Bo to ła­twiej­sze niż pono­sić od­powie­dzial­ność za czyjś los, za szczę­ście uko­chanej kobiety.

Z od­sieczą nie­spo­dzie­wanie przy­szła nam milady:

— Jak sły­szałam, tęskni pani do miasta i miej­skiego towa­rzy­stwa. No cóż, życzę pani szczę­ścia. Co do mnie, znu­dziło mi się odbie­rać te same tele­fony od tych samych mło­dych ludzi, którzy nie­ustan­nie propo­nują: „Ej, Elka, masz dziś trochę czasu? Mamy chatę, płyty, bę­dziemy robić ubaw. Przyjdź, Elka, zaba­wimy się”. A gdy spo­tkasz się z mło­dym męż­czyzną w ro­dzaju Anto­nia, to albo musisz wysłu­chiwać jego życio­rysu, albo mówi ci o samo­cho­dach, albo o tym, jak to on za­mierza dorobić się wiel­kiej ilości pienię­dzy. Po raz pierw­szy w życiu ktoś mi mówił o pięk­nie przy­rody i nazwał mnie So­snową Igiełką. Po raz pierw­szy w życiu płynę po wzbu­rzonym jezio­rze i jestem szczę­śliwa, że mogę komuś zrobić herbatę. Po raz pierw­szy w życiu byłam w domu niepo­dob­nym do owych M-2 i M-3 w mono­ton­nych i jedna­ko­wych blo­kach miesz­kal­nych, z ich stan­dardo­wym wypo­saże­niem, tym samym ukła­dem poko­jów, mikro­skopij­nymi ku­chen­kami i łazien­kami, meblo­ścian­kami i wiel­kimi pu­dłami telewi­zorów.

— I mo­głaby pani żyć bez ła­zienki? — prze­raziła się Halina.

— Wodę do my­cia można zagrzać i w ko­tle, a kąpać się w balii — odparła zdecy­dowa­nie milady. I do­dała: — Ze stra­chem myślę już o powro­cie do War­szawy, do tele­fonów od Anto­nia i jemu podob­nych.

— Och, Elisa­beth, czemu to ze mnie zrobi­łaś wo­rek trenin­gowy? — burk­nął Piękny Anto­nio. — Przy­sięgam, że więcej do cie­bie nie za­dzwo­nię.

Słowa So­snowej Igiełki jakoś głę­boko zapa­dły w moje serce. Wes­tchną­łem na myśl, że będę musiał powró­cić do swej kawa­lerki na Starym Mie­ście, słuchać przez ścianę jak kłócą się ze sobą moi są­siedzi lub wrzeszczy u nich telewi­zor. I nikt już nie powie: „Czy Szara Sowa widzi ślad bla­dych twarzy na pia­sku na­brzeż­nym?”. O, jakże zazdro­ściłem Win­netou, który obser­wować będzie nadej­ście je­sieni. A gdy przyj­dzie zima, śnieg opatuli jego wi­gwam. Potem będzie on brnąć przez zaspy i zamar­znięte bagno do Zło­tego Rogu, aby kupić w sklepie puszkę zupy i pu­dełko woło­winy w sosie wła­snym — a ja po­wlokę się do kina albo usiądę przy kalory­ferze, wspo­mina­jąc tylko zapach ognia płoną­cego na wiel­kim paleni­sku.

— Uwaga! Przed nami pół­nocny brzeg jeziora — obu­dził mnie z zamy­ślenia głos Mil­czą­cego Wilka. — Pły­niemy za szybko i ukryta w trzci­nach moto­rówka może ujść naszej uwagi. Zrzucić grot! Pozo­sta­niemy tylko przy foku.

Pomo­głem Win­netou opuścić grot, który ułoży­liśmy na bo­mie. Potem opu­ścili­śmy i bezan­żagiel. Jacht zwolnił szyb­kość tak, że mogli­śmy do­kładnie obser­wować brzeg, który wyrósł przed dzio­bem „Moby Dicka” i uka­zał głę­boką zatokę. Jezioro wyglą­dało tutaj jak ogromna bu­telka z wielką szyjką. Brzegi były dość wyso­kie, po­ro­śnięte sosno­wym borem. Pasmo trzcin głę­boko wcho­dziło w wodę. Prze­smyk wyda­wał się z da­leka niemal całko­wicie zaro­śnięty i dopiero gdy pode­szliśmy bliżej, ujrzeli­śmy wąską smugę wody prowa­dzącą gdzieś dalej.

Nagle zaczął padać deszcz i dziew­częta skryły się w kabinie. To samo zrobił Piękny Anto­nio. Ale my musie­liśmy zostać na od­krytym pokła­dzie, bo wiatr niósł nas wprost w prze­smyk.

Fale były ogromne, rozpę­dzone na ca­łej dłu­gości jeziora. Z szu­mem wpa­dały w trzciny, gięły je, roz­chylały. Rap­tem wyda­wało mi się, że do­strze­gam jakiś duży kształt ryt­micz­nie, uno­szony do góry z falami ataku­jącymi ląd.

— Uwaga na prawo! Spójrz­cie tam, gdzie rośnie po­chy­lona wierzba — za­woła­łem do przyja­ciół.

Mil­czący Wilk szybko skręcił sterem jachtu. Dziób wje­chał w trzciny i zaczął je roz­chylać, coraz głębiej wcho­dząc w zieloną gę­stwinę. Wiatr parł na fok, który wy­brzu­szył się mocno i popy­chał jacht mimo oporu, jaki sta­wiały zarośla. Wresz­cie opór stał się tak wielki, że „Moby Dick” za­trzymał się, choć wy­brzu­szony fok praco­wał całą swoją po­wierzchnią. Ale byli­śmy już tylko o dwa metry od czer­wonej moto­rówki, przy­wiąza­nej do po­chylo­nej wierzby nad­brzeż­nej i okrytej dla niepo­znaki wiąz­kami zerwa­nego tata­raku. Gdyby nie wysoka fala, która chwi­lami podno­siła kadłub ponad poziom zielo­nej gę­stwiny, prze­nigdy nie dojrze­liby­śmy moto­rówki Pięk­nego Anto­nia.

Nie­stety, miejsce to wy­glądało na bez­ludne. Opryszków już tu­taj nie było. W moto­rówce brako­wało także silnika.

 


ROZDZIAŁ TRZYNASTY [top]

GDZIE SZUKAĆ OPRYSZKÓW? • PRAWDZIWY WINNETOU I WINNETOU ZE ZŁOTEGO ROGU • PODWÓJNE OBLICZE MILCZĄCEGO WILKA • CO USŁYSZELIŚMY PRZEZ RADIO • BIAŁY HOLOWNIK • POŻEGNANIE MILCZĄCEGO WILKA • GAJÓWKA SOLNIK • SOSNOWA IGIEŁKA NIE ZAWIEDZIE PRZYJACIÓŁ • NA TROPIE ZŁODZIEJASZKÓW

 

Przy­cumo­wali­śmy jacht do po­chylo­nej nad wodą wierzby i od­rzu­ciwszy wiązki sitowia obej­rzeli­śmy odna­lezioną moto­rówkę.

Bra­kowało do­czep­nego silnika D-18 oraz pompki benzy­nowej z prze­wodem i kani­stra. Pozo­stał tylko plasty­kowy czer­wony kadłub z kie­row­nicą i urzą­dze­niem do ste­rowa­nia.

— Silnik i kani­ster ważyły co naj­mniej czter­dzieści kilo­gra­mów — stwier­dził Piękny Anto­nio. — Opry­chy stąd odeszły, ale chyba takiego ciężaru nie za­brały ze sobą. Ukryli gdzieś, a teraz chyba poszu­kują kupca.

Przy­znali­śmy mu ra­cję. I rozpo­częli­śmy poszu­kiwa­nia sil­nika.

Moto­rówkę zdry­fowało — jak wspo­mnia­łem — pod wysoki brzeg poro­śnięty sosno­wym borem. Pod­szycie było tu bogate, a mnó­stwo wia­troło­mów stwa­rzało wiele kryjó­wek. Zna­leźli­śmy miejsce, gdzie opry­chy uczto­wały po kra­dzieży i ocze­kiwały świtu, aby przy świetle dzien­nym wyru­szyć w dalszą drogę. Trawa była tu zgnie­ciona, leżało kilka­naście niedo­pałków papie­rosów sport, pusta butelka po owo­cowym winie i opróż­nione płaskie pu­dełko z angiel­skimi napi­sami po mielo­nej szynce.

— A może oni wła­mali się rów­nież do na­szego maga­zynu? — zasta­na­wiała się Halina. — Wła­śnie z takich puszek dosta­jemy szynkę na śniada­nie i takie wino wi­dzia­łam w maga­zynie ośrodka.

— Wąt­pliwe — pokrę­cił głową Anto­nio. — Maga­zyn jest dobrze za­mknięty. Ta­kie samo wino i kon­serwę można dostać w skle­pach.

— A właśnie, że szynki eks­porto­wej w naszym sklepie nie było — upie­rała się Halina, — Py­tałam o nią, bo mi sma­kowała i chcia­łam ją kupić na pod­wie­czorek, bo ko­lacje w ośrodku nie są smaczne.

Nie byli­śmy w stanie wyja­śnić tej sprawy. Nie odna­leźli­śmy także silnika, choć bardzo do­kładnie prze­szuka­liśmy teren w pro­mieniu przy­najm­niej dwustu metrów.

W ka­binie „Moby Dicka” nasze panie od­kryły puszki kon­serw i duże pudło diete­tycz­nego chleba, a że wszy­scy wyru­szyli­śmy bez śniada­nia, podały nam sma­kowity posiłek.

— Gdyby tu był praw­dziwy Win­netou — ode­zwała się Krwawa Mary — na­tych­miast od­kryłby trop zło­dziei i ruszy­liby­śmy za nimi. Pa­miętam „Old Sure­handa” i „Win­netou” Karola Maya. Boha­terowie tych powie­ści zawsze bez trudu znaj­dowali tropy. Jakieś zła­mane gałązki, grudki ziemi poru­szone stopą ludzką wska­zywały im, do­kąd poszli prze­stępcy. Ale nasz Win­netou jedynie z przy­domku przy­pomina tam­tego dżen­tel­mena.

— Ale jest rów­nież dżen­telme­nem — powie­działa milady.

Lecz Krwawa Mary puściła jej uwagę mimo uszu.

— A Szara Sowa, choć chciałby od­grywać rolę Old Shat­ter­handa — cią­gnęła dalej — nie tylko nie ma dwóch strzelb, ale może nawet nie umie strzelać. To po prostu nie­moż­liwe, aby trzech opry­chów, dźwi­gają­cych ciężki silnik, nie po­zosta­wiło żad­nego wi­docz­nego tropu. Z sil­nika musiał kapać olej, bo każdy dwu­su­wowy silnik jest za­pa­prany oliwą. Idąc łamali gałązki, gięli trawę...

— O wa! — wzru­szyłem ramio­nami. — Pełno tu po­łama­nych gałązek i przy­giętej trawy. Konia z rzę­dem temu, kto wśród tego boga­tego pod­szycia leśnego odnaj­dzie kroplę oliwy, która skapnęła z sil­nika.

Ja także czyta­łem książki Karola Maya, Rze­czywi­ście, bohate­rowie tych powie­ści bez trudu odkry­wali każdy trop na sawan­nie albo w Górach Skali­stych. Może jednak tam in­aczej rosły trawy, mniej było złama­nych gałązek i w ogóle trop wyraź­niej się zazna­czał? Albo tamte historie nale­żało między bajki włożyć.

Win­netou milczał skon­fundo­wany. Sie­dział na tra­wie po indiań­sku trzy­mając strzelbę na kola­nach. Nie­stety, tropu zło­dziei odna­leźć nie umiał. I Krwawa Mary mogła sobie z niego do woli dwo­rować.

Auto­rytet nasz zmalał do tego stopnia, że Piękny Anto­nio wyjął z torby po­dróżnej zmi­niatu­ryzo­wany radio­od­biornik i choć wie­dział, że nie lubimy hałasu, wyszu­kał na skali jakąś mu­zyczkę o bar­dzo szyb­kim rytmie.

Krwawa Mary zainte­reso­wała się mi­niatu­rowym apara­tem. Za­częła go oglą­dać na wszystkie strony, potem przeje­chała po skali i znala­złszy śpie­wają­cego Pre­sleya, zaczęła go słu­chać z wiel­kim zado­wole­niem.

— Ejże, panie inży­nierze — zawo­łała ostrze­gawczo do Mil­czą­cego Wilka, który pod­niósł się ze swego miejsca i skie­rował do jachtu. — Wiem, że ma pan zagłu­szacz. Ale chyba nie za­broni nam pan posłu­chać muzyki? Ktoś mi mówił, że to właśnie pan jest jednym ze współtwór­ców tego radio­od­bior­nika.

Mil­czący Wilk za­trzymał się w pół drogi do „Moby Dicka”.

— To prawda — od­rzekł z po­wagą — ale tu­taj je­stem Mil­czącym Wil­kiem, który naj­chęt­niej poto­piłby w jezio­rze wszystkie tranzy­sto­rowe pu­dełka grające.

— Na­prawdę wierzy pan w to, że jest pan Mil­czącym Wil­kiem? Skoro poma­gał pan budo­wać ten aparat, to może wypa­dałoby go tro­chę po­słuchać? Nie chce pan chyba, abym pomy­ślała, że wprawdzie nie­jedna skwaw ma po­dwójny język, ale niektó­rzy męż­czyźni mają po­dwójne oblicza.

Win­netou zerwał się z miejsca. Na jego twarzy widać było deter­mina­cję.

— Zga­ście to wrzeszczące pudło — powie­dział. — Win­netou niena­widzi hałasu. I nigdy nie wpro­wadzi żadnej skwaw do swego wi­gwamu, bo wraz z nią mu­siałby wpro­wadzić grające pudło.

W tym mo­mencie mu­zyka się urwała. I roz­legł się głos spikera radio­wego:

Uwaga. Po­dajemy komu­nikat. Inży­nier Mie­czy­sław Paw­łowski, prze­bywa­jący w po­dróży żeglar­skiej na Ma­zurach, pro­szony jest o na­tych­mia­stowy powrót do War­szawy, do miejsca pracy. Powta­rzam...

Mil­czący Wilk spoj­rzał na Win­netou, a ten odpo­wie­dział mu zdu­mio­nym spoj­rze­niem.

— Wzy­wają mnie do War­szawy — szep­nął Mil­czący Wilk — za­pewne zbiera się komi­sja, która ma rozpa­trzyć mój wyna­lazek. Chodzi o nowy system zasila­nia dla minia­turo­wych apara­tów ra­dio­wych.

Krwawa Mary wyłą­czyła radio­od­biornik. Na­stała zu­pełna cisza.

Nagle uświa­domi­łem sobie, że nie­zależ­nie od tego, jakie przy­bierali­śmy pozy, byli­śmy jednak nie­odrod­nymi dziećmi swej epoki. Ukształtowała nas cywili­zacja i pozo­stawa­liśmy od niej zależni. Win­netou potrafił trwać w swoim wi­gwa­mie, oby­wając się bez wody bieżą­cej, bez elek­trycz­ności i gazu, bez samo­cho­dów i szyb­ko­strzel­nych strzelb z nok­towizo­rami. Ale inni? Mogli jedynie co ja­kiś czas udawać, że są jego braćmi i potra­fią żyć tak jak on.

Zapy­tałem ze smut­kiem:

— Czy na­prawdę nie można uciec od sie­bie? Na czas urlopu i wy­po­czynku uma­wiamy się, że jeste­śmy kimś innym, niż je­steśmy, nie wi­dzimy radia i telewi­zji, nie czy­tamy gazet, nie chcemy wdy­chać spalin samo­cho­do­wych. Ale ty­siące niewi­dzial­nych nici łą­czy nas ze świa­tem, w którym należy słuchać radia i oglą­dać telewi­zję, trzeba jeździć samo­cho­dami.

— Tak — rzekł cicho Mil­czący Wilk — dla mnie właśnie skoń­czyła się ta zabawa. Krwawa Mary zwy­ciężyła. Nie jestem Mil­czącym Wil­kiem, ale in­żynie­rem Paw­łow­skim, elek­troni­kiem, który musi prze­rwać swój urlop.

Popa­trzyłem na Krwawą Mary. Ale nie zoba­czyłem wyrazu try­umfu na jej twarzy. Win­netou siedział mil­czący, przy­gar­biony. A mnie było bardzo żal i jego, i Mil­czą­cego Wilka, i sie­bie, ponie­waż także ule­głem przez kilka dni cza­rowi pięknej zabawy.

Nawet Anto­nio, którego chyba nie­wiele intere­sowało poza szyb­kimi samo­cho­dami i dziew­czy­nami, zrozu­miał klęskę Win­netou. Stwierdził, wzru­szyw­szy ramio­nami:

— Prze­cież to było jasne od sa­mego po­czątku. Nikt nie za­mieni kalory­ferów na piec ka­flowy. Latem można się ba­wić w różne gry, czemu nie. Ale życie jest bru­talne, pano­wie. Na co dzień zostaje proza. I naj­wcze­śniej rozu­mieją to ko­biety. One moc­niej niż my chodzą po ziemi. Dla­tego Mary wie, co robi, że chce się stąd wy­rwać do du­żego miasta.

Wy­dawało mi się, że Krwawa Mary ma ochotę podejść do Win­netou i powie­dzieć coś ta­kiego, co znowu wróci­łoby mu wiarę w jego ideały. Ale nie odwa­żyła się. Bo czy to nie ona właśnie najbar­dziej zjadli­wie wy­śmie­wała jego po­stawę wobec życia?

I nagle obudził się we mnie bunt:

— To wszystko jest nie­prawda, co powie­dzia­łem przed chwilą.

Nikt mi nie odpo­wie­dział. Do­piero po ja­kimś czasie zapytał mnie Win­netou:

— A co jest prawdą?

— Nie wiem — odpar­łem szcze­rze. — Wy­daje mi się jednak, że co­raz więcej ludzi na świecie nie chce żyć w pętach cywili­zacji, która uczy­niła z nas nie­wolni­ków samo­cho­dów, apara­tów ra­dio­wych i telewi­zyj­nych, lodó­wek i odku­rzaczy. Ale bunt nie może pole­gać na tym, że pew­nego dnia rozbi­jemy samo­chody, uto­pimy w jezio­rze aparaty ra­diowe i telewi­zyjne, wyłą­czymy lo­dówki i odku­rzacze i wró­cimy do epoki kamie­nia łu­panego. Bo taki bunt ska­zany jest na klęskę, a po­garda dla cywili­zacji staje się tylko krót­ko­trwałą urlo­pową zabawą w In­dian. Istnieje możli­wość podpo­rząd­kowa­nia so­bie cywili­zacji. Czy posia­dając samo­chód mu­simy nim jeździć zawsze i wszę­dzie, nawet do budki z papie­rosami? Czy mając telewi­zor mu­simy gapić się w niego całe wie­czory, zabie­rać go z sobą nawet do na­miotu, na urlop? Czy na jezio­rach mu­simy płynąć w szyb­ko­bież­nych hała­śli­wych ślizga­czach? Czy kochać przy­rodę i ochra­niać ją to zna­czy gardzić cywili­zacją? A może właśnie to cy­wiliza­cja po­zwoli nam ochro­nić przy­rodę? Nie każdy może i zechce za­miesz­kać w wi­gwa­mie jak Win­netou. Ale każdy może tak jak Win­netou chcieć zacho­wać czystą wodę na­szych jezior i ciszę leśną. Wierzę, że Win­netou zwy­cięży...

Z prze­smyku prowa­dzą­cego na je­zioro Kikuł zabu­czał statek. Kiero­wał się na Je­zioro Łabę­dzie i ostroż­nie wcho­dził w wąski pas wody między ścianą trzcin. Był to duży, biały holow­nik, nale­żący za­pewne do Ze­społu Go­spo­darstw Rybac­kich.

— Może kapitan holow­nika zauwa­żył opryszków z moim silni­kiem? — zasta­nawiał się Piękny Anto­nio, który zdaje się nie­wiele zrozu­miał z moich wypo­wiedzi. I za­czął wyma­chiwać rękoma, dając znak sterni­kowi, aby zbliżył się do na­szego brzegu.

Ho­lownik znowu zabu­czał głośno. Był to sygnał, że sternik widzi jacht i nas na brzegu.

Mil­czący Wilk pod­szedł do Win­netou, objął go mocno, uści­skał.

— Szara Sowa mówił słusz­nie — ode­zwał się do przyja­ciela. — Byli­śmy do tej pory nieco śmieszni i przez to sa­motni. Niektó­rzy z nas, na przy­kład ja, mieli­śmy jakby dwa oblicza. Ale gdy zmie­nimy swoje postę­powa­nie, brzegi jezior mazur­skich zaroją się od na­szych braci. Nie zaprze­czymy naszym ide­ałom przez to, że bę­dziemy mieli radia i sztu­cery. Naj­waż­niejsze jest prze­cież umieć nad nimi pano­wać, a to zna­czy używać ich tylko wtedy, gdy istnieje ko­niecz­ność. Coraz więcej ludzi nauczy się żyć ciszej. Mój brat, Win­netou, zwy­cięży. To je­zioro obej­mie strefa ciszy.

— Mój brat, Mil­czący Wilk, wierzy w to? — z na­dzieją w gło­sie za­pytał Win­netou.

— Tak się sta­nie. Howgh — stwier­dził Mil­czący Wilk. — Od­płynę stąd holow­nikiem, pozo­sta­wiając wam „Moby Dicka”. Szara Sowa ma, jak wiem, patent ster­nika, a więc będzie mógł nim pływać po je­ziorze, a gdy skoń­czy się wasza wo­jenna wy­prawa, od­stawi go na przy­stań koło wi­gwamu Win­netou. Ja zaś zała­twię swoje sprawy w War­szawie i po­wrócę tutaj, aby znowu towa­rzyszyć Win­netou.

A po­tem Mil­czący Wilk pod­szedł do mnie:

— Szara Sowo, ści­skam cię ser­decznie. Bądź zdrów! Mam na­dzieję, że jeszcze nieraz spo­tkamy się na szlaku Wiel­kiej Przy­gody.

Z kolei poże­gnał So­snową Igiełkę:

— Mi­lady — rzekł — znamy się krótko, ale niech mi bę­dzie wolno zacho­wać wiarę, że zdą­żyła pani poko­chać nasze jezioro i w pa­mięci pani pozo­stanie wspo­mnie­nie o na­szych przy­godach.

— Tak — szepnęła So­snowa Igiełka i dy­gnęła jak pen­sjo­narka.

A po­tem Mil­czący Wilk podał rękę Krwa­wej Mary.

— Biała skwaw ma ostry język — stwier­dził — ale Mil­czący Wilk dobrze wie, że jej usta prze­czyły jej my­ślom.

Biały holow­nik ominął „Moby Dicka” i za­trzymał się o metr od trzcin i jachtu. Zrzu­cono z niego ko­twicę, a na pokład wszedł męż­czyzna w fu­fajce i zielo­nym kapelu­siku na głowie.

— To dyrek­tor tu­tej­szego Ze­społu Go­spo­darstw Rybac­kich — szepnęła do mnie Mary.

On także poznał Win­netou i Mary, bo zdjął kapelu­sik i skłonił się im.

— Czy nie wi­dział pan trzech opryszków, dźwi­gają­cych silnik D-18? — za­pytał go Piękny Anto­nio i wska­zał swoją moto­rówkę w trzci­nach. — Ukra­dziono mi ją. Zna­leźli­śmy ją tu w trzci­nach, ale zło­dzieje zabrali silnik.

— Nie — zaprze­czył dyrek­tor — zresztą, skoro pozo­stawili tu ka­dłub, to znaczy, że ode­szli stąd la­sem.

Mil­czący Wilk wsko­czył na chwilę do ka­biny jachtu i zabrał z niej po­dróżny worek ze swoimi rze­czami.

— Pły­nie pan, zdaje się, do Zło­tego Rogu? — zwró­cił się do dy­rektora — czy zgodzi się pan zabrać mnie w cha­rakte­rze pa­sażera? Muszę prze­rwać urlop i na­tych­miast wracać do War­szawy.

Dy­rektor zapro­sił go szero­kim gestem.

— Niech pan skacze, panie Mil­czący Wilku.

— Zna mnie pan? — ucie­szył się inży­nier.

— A oczy­wiście. Prze­cież to już chyba minęło osiem lat, jak pan co roku przy­pływa tutaj „Moby Dic­kiem”. Znam także z widze­nia i ze słysze­nia pana Win­netou — uśmiechnął się do Win­netou, który jak po­sąg stał nieru­chomo na brzegu, ze strzelbą w ręku.

Win­netou skłonił się grzecznie dy­rekto­rowi:

— I ja witam wodza ryba­ków — rzekł. — Wiele sły­szałem o panu, nigdy jednak dotąd nie skrzy­żowali­śmy ze sobą na­szych topo­rów wojen­nych.

Dy­rektor uśmiechnął się zło­śliwie:

— By­łem skłonny są­dzić, że Win­netou chęt­niej walczy ołów­kiem niż to­porem.

— Co wódz ryba­ków ma na myśli? — za­pytał ostro Win­netou.

— Wspominam o słyn­nym memo­riale Win­netou oraz o liście do re­dakcji. Wła­śnie w tej spra­wie płynę do Zło­tego Rogu. Po tym arty­kule otrzy­mali­śmy telefo­nogram z na­szego mini­ster­stwa, by na­tych­miast zdjąć żak i otwo­rzyć prze­smyk.

— Ja nie pisa­łem li­stu do redak­cji — odparł dumnie Win­netou.

— Może. Ale w memo­riale także wspo­mniał pan o naszym żaku.

— Owszem. Bo sądzę, że żak powi­nien być zdjęty.

— Zwy­ciężył więc pan, Win­netou. Myślę jednak, że pań­ski memo­riał nie zosta­nie za­ak­cepto­wany przez War­szawę. Nikt nie zgodzi się objąć tego jeziora strefą ciszy. Bo na czym będą pływać rybacy? Na łód­kach z wio­słami? Nie, panie Win­netou, to jest popy­chanie świata do tyłu. Mamy zrezy­gno­wać z silni­ków na rzecz wioseł? Czy pan wie, jakie mamy plany odło­wów?

Win­netou odrzekł twardo:

— Sta­wianie żaków prze­gra­dzają­cych zupeł­nie prze­smyk jest wbrew przepi­som o ochro­nie środo­wiska natu­ralnego. Teraz, owszem, wy­konu­jecie plany. Ale co będzie za parę lat? Za­braknie zupeł­nie ryb w je­ziorze Zmierzchun i w ogóle będzie­cie musieli zlikwi­dować gospo­dar­stwo rybac­kie. Co zaś ty­czy owej strefy ciszy, to le­śnicy już dawno tę sprawę umieli roz­wiązać. Posta­wili zakazy wjazdu dla samo­cho­dów z za­strze­żeniem, że nie doty­czy to wozów admi­nistra­cji le­śnej. To samo można zrobić i na je­ziorze Zmierzchun. Posta­wić znak zakazu pływa­nia na silni­kach, z wyłą­cze­niem silni­ków łodzi rybac­kich. Macie raptem jedną łódź z moto­rem w tamtym gospo­dar­stwie. Ona nie zrobi wiele szkody.

Dy­rektor poki­wał głową.

— Oj, dziwak z pana, Win­netou. Wielki dziwak. Ale kto wie, może właśnie dzięki takim lu­dziom jak pan ludz­kość ocali trochę czystej wody i świe­żego powie­trza. Proszę mi wie­rzyć, panie Win­netou, że ser­cem i duszą jestem po pana stronie. Pry­watnie ak­ceptuję pańskie postu­laty. Nie­stety, jako dyrek­tor ze­społu gospo­darstw rybac­kich muszę myśleć o wy­kona­niu planów i zrobię wszystko, aby pański memo­riał nie został za­twier­dzony.

Uśmiechnąłem się. Oto jeszcze jeden czło­wiek o po­dwój­nym obliczu. Za­dzi­wiające, że właśnie sprawa ochrony śro­dowi­ska natu­ralnego wy­wołała w lu­dziach kon­flikt we­wnętrzny między tym, co robili, a tym, co od­czu­wali. Ale czy po­dobna sytu­acja mogła trwać w nie­skoń­czo­ność?

Nade­szła chwila poże­gnania Mil­czą­cego Wilka. Win­netou chwy­cił go w ra­miona i uści­skał mocno. Mil­czący Wilk skoczył potem na po­kład swego jachtu, a z niego następ­nym sko­kiem dostał się na pokład holow­nika.

Za­zgrzy­tał łań­cuch ko­twiczny, ho­lownik zahu­czał głucho i za­pieniła się woda za rufą.

— Niech cię Wielki Mani­tou ma w swej opiece! — krzyk­nął Win­netou.

W mil­czeniu i długo patrzy­liśmy na od­dala­jący się biały holow­nik. Pa­trzyli­śmy za nim, dopóki nie znik­nęła nam z oczu wypro­sto­wana syl­wetka Mil­czą­cego Wilka, który stał na pokła­dzie i wciąż spo­glądał w na­szą stronę.

Potem znowu zasie­dliśmy na brzegu. Pora była zasta­nowić się wresz­cie, gdzie szukać zło­dziei.

Od dłuż­szego już czasu trapiło mnie pytanie, na które nie znaj­dowa­łem odpo­wiedzi.

— Cie­kaw je­stem — zwró­ciłem się do Pięk­nego Anto­nia — dla­czego skra­dziono właśnie pańską moto­rówkę, a nie którąś z mo­toró­wek zacu­mowa­nych na wy­spie? Pańska, o ile wiem, była na przy­stani ośrodka, a tam nie można się do­stać bez zgody por­tiera. Teren jest ogro­dzony.

— Nie mam pojęcia, dla­czego ukradli właśnie moją łajbę — wes­tchnął Anto­nio — może z wyspy trud­niej ukraść, bo na wyspę trzeba dostać się łódką? A do ośrodka mogli wejść w czyimś towa­rzy­stwie.

— No tak — skiną­łem głową. — Może poznali jakąś wcza­so­wiczkę i ona ich za­prosiła.

— Oni mieli swoje dziew­czyny — rzekł Anto­nio.

— Skąd pan to wie?

— Pur­tak z nimi roz­mawiał, bo chciał ich za­trudnić przy pra­cach po­rząd­ko­wych w ośrodku. Zre­zy­gnował z tego, gdy zo­riento­wał się, że oni nie kwapią się do żadnej pracy. Powie­dzieli mu, że przy­szli zdobyć trochę żywno­ści, bo mają swoje dziew­czyny w ja­kimś Sol­niku.

— I do­piero teraz pan nam to mówi? Sądząc po pu­stej puszce i bu­telce, zdobyli żyw­ność. I chyba właśnie poszli do Solnika. Gdzie to jest, u li­cha?

Spoj­rzeli­śmy na Krwawą Mary i Win­netou. Oni najle­piej znali te okolice.

— Sol­nik to mała ga­jówka — wyja­śniła Krwawa Mary. — Znaj­duje się w głębi lasu, sześć kilo­metrów od naj­bliższej wsi. Stąd będzie przy­najm­niej dzie­sięć kilo­metrów.

— By­łem w Sol­niku wiele razy — ode­zwał się Win­netou — i po­prowa­dzę tam Szarą Sowę. Uj­miemy prze­stęp­ców i odzy­skamy skra­dzione rzeczy.

Krwawa Mary ude­rzyła gniew­nie dłonią w kolbę swego sztu­cera.

— Hola, pano­wie. Coś mi na to wy­gląda, że za­mier­zacie pójść tam tylko we dwóch.

— Ktoś musi pilno­wać „Moby Dicka” i moto­rówki. Skwaw pozo­staną więc tutaj razem z bladą twarzą nazwi­skiem Anto­nio — zdecy­dował Win­netou.

— Słusz­nie — przy­taknął Piękny Anto­nio.

Nie uśmie­chała mu się per­spek­tywa dzie­sięcio­kilo­metro­wego marszu przez las. Lepiej było pozo­stać nad wodą z dziew­czę­tami. Był uro­dzo­nym bawi­dam­kiem i taka sytu­acja bardzo mu od­powia­dała.

— A ja jednak pójdę do Solnika — uparła się Krwawa Mary. — Mój sztucer może się przy­dać.

— Tu także będzie po­trzebny. Chyba nie chcesz pozo­stawić nas bez żadnej broni — zaopo­nował Piękny Anto­nio.

Oczy­wiście, nie tyle zale­żało mu na sztuce­rze, co na obec­ności Krwa­wej Mary.

Lecz dziew­czyna była uparta.

— Jak do tej pory, jeszcze żad­nemu męż­czyźnie nie wolno decy­dować o mo­ich po­stęp­kach. Zrobię tak, jak to uwa­żam za wła­ściwe. Pozo­stanie tu Ha­lina, bo zdaje się o niczym innym nie ma­rzy, jak o słod­kich godzi­nach z Pięk­nym Anto­niem. Pozo­stanie także Elisa­beth.

— Dla­czego? — za­pytała milady.

— Czeka nas długi marsz, a pani jest w panto­flach, które nadają się je­dynie do tańca na par­kiecie. Pani jest damą, prawda? A dama to taka osoba, przed którą trzeba otwie­rać drzwiczki w samo­cho­dzie, prze­nosić przez stru­mień i w ogólez nią ciągłe kłopoty. Na­prawdę, nikt nie bę­dzie miał czasu, aby się panią zaj­mować.

Od dawna ocze­kiwa­łem ta­kiej chwili i takich słów. Między tymi dwiema dziew­czy­nami mu­siało kiedyś dojść do starcia Repre­zento­wały prze­cież tak różne po­stawy.

So­snowa Igiełka popa­trzyła na Krwawą Mary z ogromną wyż­szością.

— Wy­daje mi się, że pani mało wie o praw­dzi­wych da­mach — stwier­dziła słodko. — Męż­czyźni otwie­rają przed nami drzwiczki samo­cho­dów, ale gdy samo­chód się ze­psuje, potra­fimy popy­chać go tak samo jak inne. Być może należy nas prze­nosić przez stru­mień, ale gdy zacho­dzi ko­niecz­ność, gotowe jeste­śmy prze­płynąć jezioro. Albo­wiem nie zdarza się, aby praw­dziwa dama porzu­ciła męż­czyznę w trudnej chwili.

— Pani wyba­czy, ale to śmieszne. Nie wy­obra­żam sobie pani przy boku Win­netou albo Szarej Sowy.

Piękny Anto­nio ro­ześmiał się na cały głos. Na­reszcie znalazł okazję, aby doku­czyć milady:

— Eli­sabeth, wiesz dobrze, że je­steś kawał­kiem lodu. Prze­cież nie każdy lubi lody, tym bar­dziej nie­słodkie.

Dałem znak Win­netou, aby nie wda­wał się w spory między skwaw. Wsze­dłem do ka­biny „Moby Dicka” i po­dałem przyja­cielowi cztery koce, które on za­czął zaraz rolo­wać. Było oczy­wiste, że nie uwol­nimy się od Krwa­wej Mary ani od So­snowej Igiełki.

Zapa­kowa­łem torbę z pro­wian­tem i koche­rem, bo nale­żało się spo­dzie­wać, że wy­padnie nam noco­wać w lesie. W tym czasie milady siedząc na pniaku i wy­sta­wiając przed oczy Anto­nia swoje piękne, długie nogi zapy­tała go ze zło­śliwym uśmieszkiem:

— Uwa­żasz, Anto­nio, że jestem kawał­kiem lodu, ponie­waż nie każdy męż­czyzna może mnie wziąć pod rękę?

Mary ude­rzyła dłonią po kol­bie swego sztu­cera:

— Czy mnie pani miała na my­śli, mó­wiąc o tych, co dają się każ­demu brać pod rękę?

— Nie miałam na my­śli ni­kogo kon­kret­nego — odparła. Potem wstała, obcią­gnęła su­kienkę i po­wie­działa do nas:

— Pa­nowie, jestem gotowa do drogi.

 


ROZDZIAŁ CZTERNASTY [top]

DROGA PRZEZ LAS • ZAGADKA SAMOTNEJ GAJÓWKI • ŚLADY KOŁO STUDNI • TAJEMNICZY JEŹDZIEC • DOKĄD POJECHAŁ INSTRUKTOR NOSEK • O LADY I KARAMPUKACH • NOCNE PODCHODY • OBOZOWISKO OPRYSZKÓW • PODSŁUCHANA ROZMOWA • PORWANIE SOSNOWEJ IGIEŁKI • ŚMIAŁY CZYN KRWAWEJ MARY • PTASZNICY • ZABIERAMY PRZESTĘPCOM SKALPY

 

Minęła piąta po po­łudniu, niebo się rozpo­godziło. W le­sie nie od­czu­wało się wiatru i zro­biło się bardzo ciepło.

Już dwie go­dziny masze­rowali­śmy w kie­runku Solnika, a do celu naszej wę­drówki ciągle było daleko.

Naj­pierw minęli­śmy bór su­chy, gdzie rosły sosny i sporo brzóz. Ale drzewa były tam na ogół wątłe, bo nie znaj­dowały w gle­bie do­sta­tecznej ilości wody. Spoty­kali­śmy ja­łowce, pod nogami szele­ścił chro­botek i wrzos pospo­lity. Tu i ów­dzie wi­dzia­łem spe­cjalny gatu­nek ro­snącej na wzgó­rzach sasanki oraz na ogół rzadki w la­sach miłek wio­senny. Oby­dwie te rośliny mają w kwiet­niu i maju bardzo ładne kwiatki — ileż to ludzi zrywa je, nie wie­dząc, że są chro­nione.

Potem weszli­śmy w zwany przez leśni­ków bór świeży, ro­snący na nieco lepszej glebie. Sosny były tu wyższe i grub­sze, silniej­sze, a wraz z nimi współ­pano­wały brzozy i świerki.

Dla prze­cięt­nego turysty — a ta­kich setki tysięcy każ­dego roku wcho­dzi do na­szych lasów — szliśmy przez naj­zwy­klejszy bór. Założę się zresztą, że nie każdy z was wie, jaka jest różnica między lasem i borem. Dla niejed­nego bór to po pro­stu bardzo duży las. A prze­cież tak nie jest. Lasy — to po­łacie ziemi poro­śniętej drze­wami z prze­wagą liścia­stych; a bory — mają prze­wagę drzew igla­stych.

Dla czło­wieka, który kocha przy­rodę, las to ogromny świat pełen pięk­nych roślin, siedli­sko prze­róż­nych owa­dów, ptaków i zwie­rząt...

Oto na drodze siedzi żar­łoczny chrząszcz, trzyszcz pia­sko­wiec, a z pnia sosny spo­gląda ku nam tycz cieśla o długich wąsach. Gdy przy­bliżyć do niego ucho, a on po­ruszy głową, słychać jak gdyby ciche skrzy­pienie. Bardzo za­bawny owad — zresztą wielki szkod­nik.

Droga skrę­ciła rap­townie w lewo i otwo­rzył się przed nami typowy las ma­zurski. Szli­śmy wśród wspa­niałych świer­ków, sosen, dębów i bu­ków. Tu i ówdzie wi­działo się mo­drze­wie, brzozy, lipy, klony i osiki, a także graby. Jakież bo­gactwo prze­róż­nych drzew, a także ogromna wielo­rakość roślin. Oto tak rzadko u nas kwit­nący bluszcz pospo­lity, a tam dalej bluszcz kurdy­banek. Oto naj­pięk­niejszy kwiat na­szych lasów — lilia złoto­głów, którą tak często zry­wają turyści, niepo­mni, że jest co­raz rzadsza i dla­tego została objęta ochroną. Oto przynęt purpu­rowy, kwit­nący żółto pełnik, rów­nież chro­nione. Oto widłak goździ­sty, który najbar­dziej lubi bór świeży, gdzie rozpo­ściera się wśród łanów bo­rówki czer­nicy. Nie wy­gląda ani pięknie, ani impo­nująco, ale jest bardzo rzadki i jak wszystkie wi­dłaki pod­lega ścisłej ochro­nie.

W lipcu w lesie nie­wiele lata motyli. Naj­czę­ściej rzuca się w oczy ma­lutka rusałka pawik, brą­zowa z dużym barw­nym oczkiem. Znacz­nie więk­sze od niej są mie­niak tęczo­wiec i mie­niak stróż­nik, barwy brązo­wej z odcie­niem fioletu. Gdy szliśmy przez las, na lufie strzelby Win­netou przy­siadła na chwilę bar­czatka dębo­listna, malutki moty­lek o skrzy­dłach podob­nych do za­schniętego li­ścia dębu. Przy­cupnęła na lu­fie tylko na mo­ment i zaraz odfru­nęła spło­szona.

Ga­jówkę Solnik odna­leźli­śmy dopiero wie­czorem. Dość długo klu­czyli­śmy po borach i la­sach, ponie­waż Krwawa Mary kilka­krotnie myliła drogę i dopiero Win­netou odnaj­dywał wła­ściwy kieru­nek. No cóż, le­śne drogi są do siebie bardzo po­dobne i dlatego łatwo na nich zabłą­dzić.

Naj­pierw otwo­rzyła się przed nami duża polana, oto­czona ścianą drzew. Na środku polany znaj­dował się mały staw obro­śnięty trzci­nami i sito­wiem. Nad stawem stały zabu­dowa­nia — kryty da­chówką długi dom i obok stajnia czy też obora. Do za­budo­wań prowa­dziła droga wysa­dzana starymi brzo­zami. Piękne to było miejsce, ustronne, ci­che.

Bli­skość opryszków naka­zywała ostroż­ność. Za­trzy­mali­śmy się na skraju polany i, po­zosta­jąc niewi­doczni za krza­kami, zaczę­liśmy przez lor­netkę obser­wować zabu­dowa­nia.

— Okna i drzwi ga­jówki są za­bite de­skami — stwier­dził Win­netou. — Nic nie wska­zuje na to, aby tu ktoś miesz­kał. Coś mi się zdaje, że Piękny Anto­nio otrzy­mał złe infor­macje. Poszli­śmy fał­szy­wym tropem.

— W ga­jówce od dwóch lat już nikt nie mieszka — po­wie­działa Krwawa Mary. — Stąd jest sześć kilo­metrów do naj­bliższej osady ludz­kiej, nie ma tu światła elek­trycz­nego, zimą droga do Solnika staje się nie­prze­jezdna. Sły­szałam, że tę ga­jówkę w ostat­nim czasie wyna­jął od nadle­śnictwa jakiś literat z War­szawy. Ale jak widać, jeszcze się tu nie spro­wadził.

Win­netou poki­wał głową:

— Nie będzie miał prądu, ale znaj­dzie ci­szę. Ja go ro­zu­miem. Jedni tęsknią za mia­stem, bo tam jest gwar i ruch. A inni ucie­kają z miast, poszu­kując ciszy i od­osob­nienia.

— Pić mi się chce — oświadczyła Krwawa Mary. — W ga­jówce jest pompa na po­dwórzu. Na­pijemy się wody, od­pocz­niemy i wra­camy do jachtu.

Prze­konani, że ga­jówka Solnik pozo­staje nie za­miesz­kana, już śmiało wyszli­śmy z lasu i drogą wysa­dzaną brzo­zami poszli­śmy do zabu­dowań.

Na piasz­czystej drodze nie wi­działo się śladu po­jazdu — nikt tędy od dawna nie prze­jeżdżał ani wozem, ani samo­cho­dem. Na po­dwórzu trawa rosła niemal do pasa i tylko wokół pompy była zdep­tana, i to dość dawno, bo po­łamane źdźbła zdą­żyły uschnąć.

— Ktoś tu był. I to przed chwilą — mruk­nął na­gle Win­netou, po­wstrzymując Krwawą Mary, która chwy­ciła za żelazną rączkę pompy.

Studnia została do­okoła umoc­niona beto­nem. Win­netou wska­zał na betonie ślady po nie­dawno rozla­nej wodzie. Jesz­cze nie zdążyła wy­schnąć. Innymi słowy, przed nie­daw­nym czasem ktoś pom­pował wodę i trochę jej rozlał na be­ton.

— Może prze­cho­dzili tędy robot­nicy leśni albo turyści? — po­wie­działa Krwawa Mary i znowu chciała chwy­cić za rączkę pompy.

Ale i tym ra­zem Win­netou ją wstrzymał.

— To jest stara pompa — rzekł. — I być może skrzypi. Póki nie upew­nimy się, że w po­bliżu nie ma nikogo, proszę się wstrzymać z nabie­raniem wody.

Ostrożnie ob­sze­dłem zabu­dowa­nia. Długo wsłu­chi­wałem się w szum lasu, który otaczał polanę, śledzi­łem stado dzikich kaczek na sta­wie. Nic nie wska­zywało na to, aby czyjaś obec­ność pło­szyła ptac­two.

Rap­tem aż sko­czyłem do góry. Spod nóg ze­rwał mi się zdzi­czały kot i miau­cząc prze­raźli­wie uciekł w las. Wi­dzia­łem, jak Krwawa Mary bły­ska­wicz­nie zdjęła z ra­mienia sztucer, aby strzelić do kota, bo zdzi­czałe są strasz­liwą plagą w lesie, lecz Win­netou chwy­cił za lufę i kot zniknął w wy­sokiej trawie.

— Nie wolno strzelać — oświadczył. — Huk strzału może zwró­cić czyjąś uwagę.

— Prze­cież tu nikogo nie ma — bro­niła się dziew­czyna.

Ale Win­netou już coś odkrył. Ledwo wi­doczna ścieżka wiła się wśród traw, prowa­dząc od za­budo­wań aż do brzegu stawu, a po­tem ni­kła w lesie. Wy­glądało na to, że od tamtej strony przy­chodził tu ktoś po wodę do pi­cia,

— Nigdy nie byłem w tamtej stronie lasu — stwier­dził Win­netou. — Być może znaj­dują się tam rów­nież jakieś zabu­dowa­nia.

— Nie — pokrę­ciła głową Krwawa Mary — nic tam nie ma. Tylko stary paśnik dla sa­ren i roga­czy. To zresztą nie nasz teren ło­wiecki, tylko koła my­śliw­skiego przy Mini­ster­stwie Handlu Zagra­nicz­nego. Oni zbu­dowali paśnik i ma­gazyn na siano.

Paśnik na siano? Mi­niona zima była bardzo ła­godna dla zwie­rząt. Ani dużych mro­zów, ani du­żego śniegu. Może w ma­gazy­nie zo­stało trochę siana?

— Do­bre miejsce dla tych, co pra­gną unik­nąć lu­dzi — powie­dzia­łem. — Bardzo smacz­nie śpi się na sianie. Szcze­gólnie, gdy nie trzeba nikomu płacić za nocleg i pytać o zgodę.

Może więc jednak infor­macje Pięk­nego Anto­nia były praw­dziwe? Opryszki i ich dziew­czyny miesz­kały w Sol­niku. Tyle że nie w ga­jówce, ale w maga­zynie na sia­nie.

— Ścieżka wskaże nam drogę — zdecy­dował Win­netou i zdjął z ramie­nia swoją staro­świecką strzelbę. — Jest na­dzieja, że opryszków znaj­dziemy na miej­scu. Za­pewne odpo­czy­wają po tru­dach marszu i prze­życiach minio­nej nocy.

Już mieli­śmy ruszyć na ścieżkę, gdy Win­netou rzucił się na ziemię i dał nam znak, żeby­śmy zrobili to samo.

— Ktoś tu nad­jeżdża. Na że­laznym koniu zwa­nym moto­cyklem — szep­nął.

Słuch miał zna­komity. Po chwili i my także usły­szeli­śmy warkot moto­cykla. Mógł to być któryś z leśni­czych albo robot­nik le­śny, wra­cający po pracy do domu. Lecz Win­netou wolał upew­nić się z ukry­cia, kim jest nad­jeż­dżający. Było to zresztą wska­zane w sytu­acji, gdy znaj­dowa­liśmy się w pobliżu obozu bandy zło­dzie­jasz­ków.

Za przy­kładem Win­netou wyco­faliśmy się poza węgieł obory, gdzie rosły ogromne ło­piany i łopu­chy. Ukryci w wy­sokiej masie zielska, pozo­stawa­liśmy niewi­doczni, mogąc jednak obser­wować drogę do ga­jówki.

Jakoż wkrótce uj­rzeli­śmy nad­jeż­dżają­cego. Mimo hełmu na głowie rozpo­znali­śmy go na­tych­miast.

— To prze­cież Nosek — zdzi­wiła się Krwawa Mary.

— Może pan Purtak wysłał go po nas? — zasta­na­wiała się So­snowa Igiełka. I chciała na jego spo­tkanie pod­nieść się z łopia­nów.

Win­netou po­wstrzymał ją uści­skiem ręki:

— Naj­pierw prze­ko­najmy się, czego szuka tutaj ta blada twarz.

— A kogo miałby tu szu­kać, jak nie nas? — odrze­kła Krwawa Mary. — Chyba nie po­sądza go pan o przy­jaźń ze zło­dzie­jasz­kami? To oczy­wiste, że Purtak wysłał go na poszu­kiwa­nie Anto­nia. Nosek znalazł go, a Anto­nio skie­rował Noska do ga­jówki. Być może Purta­kowi udało się tra­fić na ślad opryszków?

— Ci­cho! — syknął Win­netou — to zdra­dziecka blada twarz. Nie mo­żemy jej ufać.

— O wa, ja się w Indian nie bawię... — mruk­nęła Krwawa Mary, po­słusz­nie jednak pozo­stając w ukryciu.

Tym­czasem Nosek podje­chał do ga­jówki i za­trzymał się na mo­ment, rozglą­dając się na wszystkie strony. Wy­glądało na to, że rze­czywi­ście właśnie nas szuka.

Lecz nie. Do­strzegł ścieżkę nad stawem i zaraz odje­chał w stronę, gdzie, jak stwier­dziła Krwawa Mary, znaj­dował się stary paśnik.

— Mój brat Win­netou — powie­dzia­łem z uzna­niem — jest prze­biegły jak lis. Blada twarz nazwi­skiem Nosek przy­była tu na spo­tkanie z opryszkami.

— Nie wierzę — żach­nęła się Krwawa Mary — w głowie mi się nie chce mieścić, aby Purtak i No­sek byli w zmo­wie ze zło­dzie­jami, którzy ukradli moto­rówkę najlep­szego przyja­ciela Purtaka. Dużo bym dała, aby zoba­czyć, czy on rze­czywi­ście poje­chał do paśnika. Cie­kawam też, o czym będzie mówił z opryszkami. Jeśli oczy­wiście oni tam obo­zują...

Win­netou położył rękę na moim ramie­niu:

— Ja i mój brat, Szara Sowa, speł­nimy życze­nie Krwa­wej Mary. Opo­wiemy jej, jak wyglą­dało spo­tkanie Noska z in­nymi bla­dymi twa­rzami i o czym oni ze sobą roz­ma­wiali.

— A więc chcecie mnie po­zbawić przy­jemno­ści pod­cho­dzenia prze­ciw­nika? — obu­rzyła się dziew­czyna.

— Pozo­stanie pani z milady. Zosta­wimy ją pod pani opieką — po­wie­dzia­łem, patrząc ze współ­czu­ciem na wymę­czoną mar­szem twarz So­snowej Igiełki.

Bo lady, choć nie po­skar­żyła się ani sło­wem, z ulgą usiadła na tra­wie i zdjęła panto­felki. Spra­wiała wraże­nie, że gdyby przy­szło jej teraz wstać i pójść dalej, zrobi­łaby to chyba z naj­więk­szym wysił­kiem.

Wy­mo­ściłem posła­nie z czte­rech koców.

— Pro­szę tu­taj spo­cząć, milady — za­propo­nowa­łem — gdy podej­dziemy opryszków, przy­rzą­dzimy kolację i poło­żymy się na spo­czynek.

Krwawa Mary, jak wiemy, nie da­rzyła milady sym­patią.

— Nie zamie­rzam pilno­wać dam — oświadczyła. — Uwiel­biam pod­cho­dzenie zwie­rzyny. Tak samo chętnie po­dejdę do opryszków w ich obo­zowi­sku.

Win­netou zgro­mił ją:

— Krwawa Mary wciąż zapo­mina, że jest skwaw!

— Nie jestem Krwawą Mary — obu­rzyła się. — Nie podoba mi się to imię. Panią Elisa­beth na­zwali­ście So­snową Igiełką. Jeśli już mam nosić prze­zwisko, to właśnie w tym rodzaju.

— Mo­żemy panią nazwać Ka­rampu­kiem — powie­dział Win­netou.

— Co to znaczy? Ka­rampuk to prze­cież taki telewi­zyjny „tata-mama”.

— Wła­śnie. Ni to męż­czyzna, ni to skwaw — od­rzekł z satys­fakcją. — Win­netou ma inny ideał kobiety. Zga­dza się on z naj­pięk­niejszą skwaw o imie­niu Brigitte Bardot, która powie­działa, że „ko­bieta po­winna być odpo­czyn­kiem wo­jow­nika”.

Krwawa Mary zaru­mieniła się:

— A więc to tak? Pan lubi ko­kietki i damy?

Odsta­wiła pod ścianę ga­jówki swój sztucer, poło­żyła się na ko­cach obok So­snowej Igiełki, zało­żyła nogę na nogę i ukła­dając usta w ciup, oświadczyła:

— Pa­nowie, czy już jestem lady? Ach, nie pójdę z wami pod­cho­dzić wstrętne blade twarze, bo nie jest to zajęcie dla skwaw. Zresztą, w le­sie można spotkać żabę, a praw­dziwa lady za­pewne boi się żaby. Jaka szkoda, że nie uży­wam perfum. Ale może któryś z pa­nów posiada sole trzeź­wiące na wy­padek, gdyby tu za­czął latać nieto­perz albo za­skro­bała mysz leśna? Jeśli chcecie, mogę być „odpo­czyn­kiem wo­jowni­ków”. Gdy przyj­dziecie do ga­jówki zwy­ciężeni przez opryszków, poczę­stuję was herbatą i opa­trzę wasze zadra­pania.

Win­netou uśmiechnął się, a ja roze­śmia­łem się głośno. Krwawa Mary — mimo swego mę­skiego prze­brania, sztu­cera i chęci pod­cho­dzenia wro­gów, miała, w so­bie bardzo dużo kobie­cości. Wprawdzie nosiła teraz strój my­śliwski — wą­skie spodnie wpusz­czone w wy­sokie buciki z mięk­kiej skóry, skó­rzaną kur­teczkę i pas z nabo­jami, ale to ubranie jeszcze bar­dziej uwy­puklało jej ko­biecą syl­wetkę. I gdy tak le­żała na ziemi, a jej długie jasne włosy rozsy­pały się na kocu wokół głowy, wyglą­dała na­prawdę prze­pięknie. Nikt nie mógłby jej na­zwać Ka­rampu­kiem. Była tak samo ko­bieca jak milady, choć w zupeł­nie in­nym rodzaju.

— Krwawa Mary — po­wie­dzia­łem — jest jak dziki koń na stepie. Ten, kto zdoła ją ujarz­mić, będzie ją kar­mił z ręki i przy­biegać ona będzie na każde jego woła­nie.

— Cie­kawe, czy taki już się na­rodził — parsk­nęła pogar­dliwym śmie­chem.

— Win­netou — rze­kłem.

— On? — udała, że wi­dzi go po raz pierw­szy. — Win­netou ucieka przed każdą skwaw jak zając przed lisem. Jemu się wydaje, że skwaw wypeł­niłaby jego wi­gwam hała­sem radia i telewi­zora i zmu­siłaby go do kupna samo­chodu. Co mu po skwaw, która celniej od niego strzela? Niech żyją zupki z puszek i wo­łowina w sosie wła­snym!

Win­netou miał smagłą cerę. Ale prze­cież nie potrafił ukryć ru­mieńca, który poka­zał mu się na policz­kach.

Zarzu­cił na ramię swą staro­świecką strzelbę i od­szedł z ga­jówki, kieru­jąc się do ścieżki nad stawem. Po­spie­szyłem za nim, a gdy dogo­niłem, on za­trzymał się i powie­dział chmur­nie:

— Dziwne były słowa mojego brata. Szara Sowa nie ro­zumie, że Krwawa Mary lubi bawić się wszystkimi jak kot myszą? Czy Szara Sowa nie wi­dział, jak ona postę­puje z Pięk­nym Anto­nio? Obie­cała mu, że wyje­dzie do War­szawy, a prze­cież, zdaje się, nie zamie­rza do­trzy­mać przy­rzecze­nia. Win­netou sądzi, że ona jest zawsze jak my­śliwy, a zwie­rzyną nie­kiedy staje się męż­czyzna. Lubi podejść cicho i osa­czyć go, aby mieć potem powód do chwały. O, co innego So­snowa Igiełka. Ona, jeśli powie męż­czyźnie „tak”, to nie będzie zna­czyć „nie”.

— A więc mój brat myśli o milady? — uczu­łem w sercu jakby ukłucie.

— Win­netou zdaje sobie sprawę, że milady jest zbyt deli­katna, aby miesz­kać w jego wi­gwa­mie. Ona została stwo­rzona do in­nego życia.

— Tak, ale...

Prze­rwał mi:

— Nie bądźmy jak skwaw, które toczą jałowe roz­mowy. Nasi wro­gowie nie będą czekać, aż skoń­czymy gada­nie.

I ruszył ścieżką nad stawem.

Słońce zacho­dziło czer­wono, koń­czył się długi dzień. Nawet nie pa­trząc na ze­garek mo­głem powie­dzieć, że zbliża się dwu­dziesta, albo­wiem każdy obser­wator przy­rody wie, że na po­czątku lipca słońce wscho­dzi około trzeciej minut osiem­naście, a za­chodzi około dwu­dziestej. W ciągu lipca dzień staje się krótszy o go­dzinę i pod koniec tego mie­siąca słońce znika za ho­ryzon­tem o dzie­więtna­stej dwa­dzie­ścia dzie­więć.

Rano i w po­łudnie wiał wiatr, było chłodno i desz­czowo. Ale wie­czorem zrobiło się cie­pło, zbli­żała się piękna, letnia noc. Czer­wono zacho­dzące słońce zapo­wia­dało na jutro wiatr, wszystko jed­nak wska­zywało na to, że bę­dzie on tylko chło­dzić lip­cowy skwar.

Gdy zbliży­liśmy się do skraju lasu, Win­netou poszedł na lewo, a ja na prawo. Któryś z nas musiał trafić na obóz opryszków. Zapa­dająca noc sprzy­jała na­szym zamia­rom. Pod osłoną ciem­ności łatwiej było pod­kraść się do obo­zowi­ska i do­kładnie zo­riento­wać się w sy­tuacji.

Wsze­dłem między drzewa i wkrótce ogar­nął mnie zmrok. Zo­riento­wałem się, że jestem w bo­rze mie­szanym świe­żym, pełnym sosen i świer­ków z do­mieszką dę­bów, mo­drzewi, brzozy i buka. Pod­szycie stano­wiły lesz­czyna, jarząb, dość gęsto rosnące, co utrud­niało skra­danie się, gdyż każdy nie­ostrożny ruch powo­dował szelest liści. Dno boru pora­stała miej­scami malina ka­mionka, chwy­tająca za no­gawki spodni. Aby unik­nąć szele­stu, mu­siałem omijać całe jej połacie, co opóź­niało mój marsz.

Ale czy były po­wody do aż takiej ostroż­ności? Opryszki nie wyglą­dały na ludzi zży­tych z lasem. Nale­żało wątpić, czy potra­fili roz­różnić szelest wy­wołany skra­daniem się czło­wieka od chro­botu myszy, buszu­jącej wśród ze­schłych liści. Nie przy­pusz­czałem także, aby obo­zowi­ska ich strze­gła warta. Za­pewne ani się spo­dzie­wali, że od­naj­dziemy skra­dzioną moto­rówkę i pój­dziemy za nimi do Solnika.

Nie wiem, jak długo skra­dałem się przez bór, kieru­jąc się raczej in­stynk­tem niż wzro­kiem. Wiem tylko, że było już zu­pełnie ciemno, gdy nagle po­czułem nosem specy­ficzny zapach palą­cego się spi­rytusu denatu­rowego. A potem — po lewej ręce — usły­szałem szmer głosów ludz­kich.

Wresz­cie, mimo gęstego mroku, doj­rzałem jaśniej­szą prze­strzeń. To była ma­leńka po­lanka. Maja­czył na niej niewy­raźny kształt sporej szopy obitej de­skami. Tuż obok niej stał pa­śnik — nie­duży daszek wsparty na skrzy­żowa­nych żer­dziach.

Pod dasz­kiem paśnika wisiała na sznurku lampa cam­pin­gowa na elek­tryczne baterie. Na ziemi stał kocher z pal­nikiem, który płonął niebie­ska­wym ogniem spiry­tusu. Na ko­cherze znaj­dował się tu­ry­styczny czajnik. Po­krywka na nim pod­skaki­wała, co zna­czyło, że woda zaczy­nała się goto­wać.

Pod szopą, oparty o ścianę, stał moto­cykl Noska. Jego samego zoba­czyłem w gro­nie kilku osób, siedzą­cych wokół ko­chera.

Lampa cam­pin­gowa oświe­tlała dość do­kładnie wszystkie twarze. Oprócz Noska rozpo­znałem osob­nika, który miał na koszuli wypi­sane Jestem Genek. Sie­działy z nimi trzy dziew­czyny ubrane po mę­sku.

Gdzie reszta zło­dzie­jasz­ków — zanie­po­koiłem się, bo prze­cież brako­wało jeszcze dwóch — może są w maga­zynie na siano?

— Her­bata gotowa — oświadczyła jedna z dziew­cząt i pod­niosła się z ziemi, aby zdjąć czajnik z pal­nika.

Pod­czoł­gałem się na skraj polanki, potem wyco­fałem się nieco i bez­sze­lestnie pod­sze­dłem od tyłu aż pod ścianę szopy na siano. Pomy­ślałem, że jeśli przy­łożę ucho do szcze­liny między de­skami, usłyszę posa­pywa­nie śpią­cych tam dwóch pozo­stałych osob­ników.

Ku mo­jemu zdzi­wieniu, za ścianą usły­szałem popi­skiwa­nie ptaków.

— Czy wszy­scy już macie swoje porcje? — za­pytał ko­biecy głos.

— Tak, wszy­scy — odpo­wie­dział drugi ko­biecy głos.

A więc jednak całe brac­two zebrało się koło ko­chera. Gdzie w ta­kim ra­zie znaj­dowali się jeszcze dwaj?

Nie miałem czasu, aby za­stana­wiać się nad tą sprawą. Przy herba­cie rozpo­częła się roz­mowa, której treść zupeł­nie mnie po­chło­nęła.

Rozpo­znałem głos Noska:

— Po­stąpili­ście pa­skud­nie. Kie­rownik Purtak po­trakto­wał was jak przyja­ciół, za drobną przy­sługę dał wam dużo kon­serw i wina, a wy zrobili­ście mu głupi kawał. Ukra­dliście moto­rówkę, która należy do jego przyja­ciela. I jak on teraz wy­gląda? Musi­cie zwró­cić moto­rówkę, bo w prze­ciw­nym razie on go­tów jest powie­dzieć o was milicji.

— O wa! — za­śmiał się po­gardli­wie „Je­stem Genek” — jeśli milicja dobie­rze się nam do skóry, to prze­cież nie obej­dzie się bez tego, żeby­śmy nie powie­dzieli, jak to kie­rownik Purtak namó­wił nas do prze­cięcia lin ko­twicz­nych żegla­rzom na bin­dudze. I że za tę przy­sługę dał nam trochę kon­serw i parę butelek wina.

Mu­siałem zakryć ręką usta, aby stłumić okrzyk, który już wy­biegł mi na usta. A więc to jednak Purtak krył się za hi­storią z ża­glów­kami, kazał opryszkom po­przeci­nać liny ko­twiczne w ża­glów­kach.

— A więc co? Nie odda­cie moto­rówki? — obu­rzył się Nosek.

— Nie mówię, że nie od­damy — polu­bownie rzekł Genek — za­brali­śmy ją prze­cież przez po­myłkę. Pan wie, jak to jest. Nie chciało nam się do obozu wracać na pie­chotę i posta­nowili­śmy poży­czyć łajbę z moto­rem. Ta czer­wona na wa­szej przy­stani zaraz nam wpadła w oko. Kadłub jej to i zaraz mogę panu zwró­cić. On jest ukryty w trzci­nach w tym miej­scu, gdzie za­czyna się prze­smyk z Łabę­dziego na Ki­kuł. Leży nakryty wiąz­kami trzciny przy po­chylo­nej nad wodą wierz­bie. Ale z silni­kiem będzie gorsza sprawa. Pino­kio i Rudy wy­mon­towali go i gdzieś ukryli. Nawet nie wiem gdzie, bo mnie wysłali do obozu, żebym zaniósł dziew­czy­nom te wasze kon­serwy i wino. Pino­kio mówił mi tylko, że pój­dzie z Rudym nad Kikuł, ponie­waż tam biwa­kuje dużo tury­stów i znaj­dzie się chyba taki, co zechce kupić silnik. Radzę panu, niech pan jutro rano poje­dzie nad Kikuł, od­szuka Pinokia i powie mu, co i jak. Jestem pewien, że odda panu silnik.

Z na­pię­ciem słu­chałem dalej roz­mowy. Mia­łem na­dzieję, że do­wiem się, gdzie nad je­ziorem Kikuł szukać Ru­dego i Pinokia.

— Kikuł jest ogromny — rzekł Nosek — jeśli zacznę wzdłuż brze­gów szukać Ru­dego i Pinokia, to i przez tydzień ich nie znajdę. Musi pan poje­chać ze mną, prze­cież chyba jakoś się umó­wili­ście.

— Nie — odparł opry­szek — ukryli­śmy kadłub moto­rówki w trzci­nach, bo jest znaczny, i oni poszli nad Kikuł, a ja za­brałem kon­serwy i wino, i powę­dro­wałem tutaj, bo dziew­czy­nom naszym koń­czyła się żyw­ność. Nie mogli­śmy dopu­ścić, żeby po­marły z głodu.

— Ale pan może poje­chać ze mną nad Kikuł. We dwóch szyb­ciej ich znaj­dziemy.

— Nie wolno mi się stąd ruszać. Jutro ma tu przyje­chać samo­cho­dem pewien facet z War­szawy. On han­dluje ptasz­kami. Mamy trochę towaru i on jutro przy­będzie, żeby towar zabrać. Bo my przez lato to głów­nie żyjemy z ptasz­ków.

Noska nie ob­cho­dziły ptaki łapane przez opryszków.

— Prze­cież tu pozo­staną dziew­czyny — stwier­dził — one mogą mu wydać towar i zainka­sować pienią­dze.

— Nie — uparł się opry­szek — sprze­daż towaru to po­ważna sprawa. Nie można jej po­wie­rzyć dziew­czy­nom. Tu chodzi o grub­szą go­tówkę, pan ro­zumie? Ja mu­szę tu tkwić jak na poste­runku. A panu radzę: jedź pan nad Kikuł. Jestem pewien, że odnaj­dzie pan Ru­dego i Pinokia. Od­dadzą panu silnik, jeśli go nie sprze­dali — dodał.

— A właśnie — mruk­nął Nosek.

Był chyba bardzo zły na opryszka i posta­nowił go na­stra­szyć:

— Głup­stwo zrobili­ście, wła­mując się do domu Win­netou. On już zebrał zgraję uzbro­jonych face­tów i jach­tem popły­nęli w ślad za wami. Oba­wiam się, że powia­domią tury­stów nad je­ziorem Kikuł o kra­dzieży. Rudy i Pino­kio nie tylko nic nie sprzedadzą, ale jeszcze wpadną w ich ręce.

— Fiuuu! — za­gwiz­dał za­niepo­kojony opry­szek — to on taki cwa­niak, ten Win­netou?

— A co? Nie znali­ście go przed­tem? — zdziwił się No­sek. — Kto wam nadał tę ro­botę? Skąd wie­dzieli­ście, że on ma w swoim domu różne indiań­skie rzeczy?

— To Pino­kio za­rządził skok na jego dom — oświadczył Jestem Genek. — Nie mówił nam, kto mu powie­dział o indiań­skich ciu­chach. Wspominał coś tylko o jakiejś babce, która mu podsu­nęła myśl, żeby się do niego wła­mać.

— I nie mówiła, że Win­netou to nie­bez­pieczny fa­cet? Dziwię się, że w ogóle udało się wam tam dostać.

— E, mieli­śmy po prostu trochę szczę­ścia. Płynę­liśmy moto­rówką, zaraz jak ukra­dliśmy ją z waszej przy­stani. I zoba­czyli­śmy na jezio­rze łódź z pnia drzewa. Po­myśle­liśmy, że to ten Win­netou płynie gdzieś ze swoimi kum­plami, a to zna­czyło, że dom został bez opieki. Więc popły­nęli­śmy tam. Drzwi zastali­śmy za­mknięte na bardzo prosty zamek. No i zała­twili­śmy wszystko jak trzeba.

Nosek wstał z ziemi, pod­szedł do swego moto­cykla i wy­prowa­dził go na po­lanę.

— A te­raz czeka was kupa kłopo­tów — powie­dział z głębo­kim prze­kona­niem. — Win­netou zebrał mocną bandę. Sły­szeli­ście coś o Mil­czącym Wilku? Albo o Szarej Sowie?

— Nie...

— A właśnie. A o Krwa­wej Mary pan coś wie?

— Nie...

— Mają strzelby i sztu­cery. Jeśli pozo­stawili­ście moto­rówkę w trzci­nach, to ją już za­pewne odna­leźli. Nie tak trudno się domy­ślić, że zabra­liście silnik, żeby go sprze­dać. A do­kąd można zanieść silnik? Tylko nad Kikuł, gdzie jest mnó­stwo tury­stów, i tylko czekają na ta­kiego, co ze­chce sprze­dać silnik albo indiań­skie rzeczy.

— O rany! — jęknął opry­szek — w ta­kim ra­zie muszę jakoś prze­strzec kole­gów.

— Ano, niech pan robi, jak pan chce — burknął Nosek. — A co tyczy naszej roz­mowy, to gdyby zjawił się tu Pino­kio albo Rudy, proszę im po­wie­dzieć, żeby się ze mną skon­takto­wali. Będę w ośrodku.

— Do­bra, dobra — mruk­nął opry­szek.

Nosek chyba doszedł do wnio­sku, że jeśli więcej postra­szy opryszków, będą bar­dziej skłonni oddać silnik.

— Jesz­cze raz powta­rzam — rzekł — strzeż­cie się Win­netou. Jeśli któryś z was wpad­nie w jego ręce, on za­bierze mu skalp.

— Co pan gada? Jaki skalp? Tego nie wolno robić!

— A kraść to wolno? — zakpił Nosek. — On się zresztą nigdy nikogo nie pyta o zgodę. Nie­jed­nego już tak urzą­dził. Szcze­gólnie okrutny bywa wobec takich, co niszczą przy­rodę. Ma na tym tle praw­dzi­wego fioła... Gdyby dowie­dział się o wa­szych ptasz­kach, złama­nego grosza nie dałbym za wa­sze skalpy.

— Jak on to robi? Ściąga włosy ze skórą z głowy? — tro­chę przera­ził się „Je­stem Genek” i do­tknął swoich długich, brud­nych kudłów.

— No, aż tak źle to nie jest — zre­flekto­wał się Nosek. — Osta­tecznie żyjemy w cy­wili­zowa­nym świecie. Ale włosy obetnie do go­łej skóry, zrobi z nich pęczek i za­wiesi sobie u pasa. Wi­dzia­łem u niego kilka­naście takich pęcz­ków — fanta­zjował.

Kopnął nogą roz­rusznik moto­cykla, uru­chomił silnik, zapalił re­flektor i odje­chał, klucząc między drze­wami. A gdy blask świateł jego moto­cykla zniknął za za­krętem leśnej ścieżki, raptem coś za­szele­ściło w krza­kach i na po­lanę wy­szedł drugi z opryszków, ten, który miał napi­sane na koszuli Me­mento mori.

O zgrozo, popy­chał przed sobą So­snową Igiełkę, a na ramie­niu niósł nasze cztery koce.

— Rudy! Rudy! — za­pisz­czały dziew­czyny opryszków.

— To ja. I w ja­kim towa­rzy­stwie — wska­zał milady i le­ciutko pchnął ją ku lampie.

Po­czułem niepo­kój. Gdzie się po­działa Krwawa Mary, skoro opry­szek bez żad­nych kłopo­tów przy­prowa­dził So­snową Igiełkę?

— Był tu Nosek z ośrodka wcza­sowego — poin­for­mował Ru­dego „Je­stem Genek”.

— Wiem. Sły­szałem waszą roz­mowę, bo sie­dzia­łem w krza­kach razem z tą ślicz­notką. Buzię jej rączką zakry­łem, żeby nie pi­snęła słówka i cze­kałem, aż ten facet odej­dzie. Jak­bym mu się na oczy poka­zał, to by chciał wie­dzieć, gdzie jest Pi­nokio. A Pi­nokio chyba nie taki frajer, żeby mu sil­nik od­dawać.

— To może szkoda, że po­wie­dzia­łem mu o ka­dłubie moto­rówki?

— Do­brze zrobi­łeś. Przy­najm­niej okaza­liśmy dobrą wolę, rozu­miesz?

— Pew­nie, że rozu­miem. A skąd wziąłeś tę ślicz­notkę? — do­piero teraz zwrócił uwagę na mi­lady.

Rudy roze­śmiał się ru­basznie:

— Nie uwie­rzysz, bratku, ale znala­złem ją w lesie.

— Tu­taj?

— A tak. Wra­cam bardzo zmę­czony, bo to prze­cież kawał drogi znad jeziora Kikuł. Wstę­puję na podwó­rze ga­jówki, żeby się na­pić wody i nie uwie­rzysz, bratku, co wi­dzę? Na po­dwórzu ga­jówki, na tych oto ko­cykach, śpi w najlep­sze praw­dziwa ślicz­notka.

— I co?

— Obu­dziłem ją, wy­tłuma­czyłem grzecznie, że w lesie samej spać nie­bez­piecz­nie, bo wilki grasują, a i rozma­ite ło­buzy się kręcą. Ładna jest, prawda?

Wziął ją pod rękę i chciał dopro­wadzić bliżej do lampy, żeby kolega zoba­czył, jaką to uro­dziwą pa­nienkę przy­prowa­dził. Ale milady strzą­snęła jego rękę i odsu­nęła się.

— Ręce przy sobie — powie­działa ze spo­kojem, ale sta­now­czo. — Zgo­dziłam się tu przyjść, bo pan mnie szarpał. I brudną łapą zakrył mi pan usta. Jest pan wstrętny i nie zamie­rzam z panem roz­ma­wiać.

„Je­stem Genek” z po­dzi­wem kręcił głową:

— Praw­dziwa ślicz­notka, szkoda gadać. A to miałeś szczę­ście. I sama tam była? Dziwne, no nie?

— Po­wie­działa, że za­błą­dziła.

— Ładna jest. I jak pięknie pach­nie. Perfu­mami, bracie. Nie to, co te nasze stra­szydła.

Popa­trzył na trzy dziew­czyny, które sie­działy przy koche­rze i z niechę­cią zerkały na mi­lady.

— E, ty, Genek! — za­wołała jedna z nich. — Uważaj na skręty. Też się znalazł dżen­telmen. Stra­szydła o nas mówi.

— Ci­cho, stra­szydła! — huk­nął na nie Rudy. I skłonił się grzecznie przed milady. — A pani będzie ła­skawa usiąść sobie, o tu, na wła­snych kocy­kach.

To mó­wiąc położył na ziemi stertę kocy i wska­zał miejsce So­snowej Igiełce. Ta zresztą zacho­wy­wała się spo­kojnie, była opa­no­wana i nie oka­zywała strachu. Chyba domy­ślała się, że ja i Win­netou znaj­dujemy się w pobliżu.

Trzy stra­szydła obser­wo­wały ją pilnie, po ci­chu wy­mie­niając między sobą jakieś uwagi i chi­cho­cząc.

Do­piero teraz przyj­rzałem im się bacznie i stwier­dziłem, że są to kla­syczne Ka­ram­puki. Setki takich widuje się na róż­nego rodzaju mło­dzie­żo­wych biwa­kach lub na auto­stopie.

Ich twarze chyba od dawna nie wi­działy mydła, a włosy nie wie­działy, co to szam­pon. Nosiły „szwedy” z teksasu, które defor­mo­wały im nogi, przez co wy­dawały się jakby spętane jakimiś kajda­nami. Brudne, za­tłusz­czone orta­lio­nowe kurtki, męskie ruchy, popy­chania łok­ciami, klepa­nia po plecach, papie­rosy w ustach — oto ich syl­wetki i sposób zacho­wania się. Na­prawdę, gdyby nie pi­skliwe głosy, nikt by nie powie­dział, że to dziew­czyny. Bo ta­kie same spodnie, dłu­gie włosy i za­tłusz­czone kurtki mieli Rudy i „Je­stem Genek”.

Widok praw­dziwej dziew­czyny musiał je za­sko­czyć, a zara­zem zanie­pokoić. Być może, gdyby którąś z nich umyć i ucze­sać, prze­brać w su­kienkę — oka­załoby się, że jest nawet ład­niejsza od mi­lady. Ale to ona była w su­kience, miała staran­nie ucze­sane włosy i pach­niała perfu­mami „Cha­nel” nr 5. Nic dziw­nego, że za­równo „Je­stem Genek”, jak i Rudy nie mogli się na­patrzeć So­snowej Igiełce.

— Cho­lernie ładna — po­mru­kiwał z za­chwy­tem „Je­stem Genek”.

— Mam szczę­ście, nie, bracie? — chwalił się Rudy, który uważał milady niemal za wła­sność. — A nie chcia­łem posłu­chać Pinokia i wra­cać do obozu.

— Dla­czego on cię tu przy­słał?

— Bo jutro ma przyje­chać facet po ptaszki. Pino­kio mi powie­dział: „Wra­caj tam, bo Genek zabie­rze forsę i zwieje”.

— A to drań!

— On zna ży­cie. I opła­cało się tu iść. Znala­złem la­leczkę.

„Je­stem Genek” zwrócił się do milady:

— Czy wolno wie­dzieć, jak pani na imię?

— Ela.

— Też pięknie — z po­dzi­wem stwier­dził Genek. — Nie żadna Ma­riola, Iwona czy Gra­żyna, tylko Ela.

Rudy wycią­gnął z kie­szeni paczkę spor­tów, poczę­stował milady, a gdy ta od­mówiła, sam zapalił.

— Zo­stanie pani z nami, prawda? Może pani być moją dziew­czyną.

— Pan żartuje — wzru­szyła ramio­nami milady.

Z grona stra­szydeł pode­rwał się ro­sły, czarny Ka­rampuk:

— Coś ty po­wie­dział, Rudy? A ja to czyją jestem dziew­czyną?

Rudy szturchnął łok­ciem Genka:

— Masz lu­sterko? Daj jej, niech się przej­rzy. Gdzież ja miałem oczy, gdy ją po­zna­wałem. Ela to jest przy­najm­niej dziew­czyna. Przyj­rzyjcie się i zo­baczcie, jak po­winna wyglą­dać pa­nienka. Stra­szydła, zostało tam ja­kieś wino? Trzeba oblać moje święto.

Rosły Ka­rampuk chwy­cił le­żący tuż obok kołek i pogro­ził Ru­demu:

— Po­wie­dzia­łam ci, żebyś uważał. Ja ci pokażę „stra­szydło”! Sam wyglą­dasz jak strach na wróble. Ta dziew­czyna mu się spodo­bała, bo nosi su­kienkę i ma gołe nogi. A jak ja cho­dziłam w su­kience, to mi powie­działeś: „Co ty, ze wsi jesteś? Cho­dzisz jak własna ciotka, nie wiesz, że się teraz «szwedy» nosi?”

— Ucisz ją, bo się zde­ner­wuję.

Ale i pozo­stałe Ka­ram­puki aż podry­giwały ze zło­ści. Zaiste, śmieszny to był wi­dok, a zara­zem żałosny. Ru­chy miały nie­zgrabne, w szero­kich spodniach i luź­nych kurt­kach przy­pomi­nały niedź­wie­dzie.

Milady oświadczyła Ka­rampu­kom:

— Niech się pa­nie nie mar­twią. Takich dżen­telme­nów jak ci mnó­stwo chodzi po szo­sach. Znajdą panie innych, może mniej obe­rwa­nych.

W krza­kach po drugiej stronie polany rozległ się ko­biecy śmiech. I po sekun­dzie wyszła na po­lanę Krwawa Mary ze sztuce­rem w ręku.

Za­śmie­wała się gło­śno:

— A to im pani powie­działa. Coś wspa­niałego! Na pęczki takich mło­dzie­żow­ców można zbierać po róż­nych ośrod­kach wcza­sowych, po dro­gach i lasach. A one, bie­dactwa, mar­twią się, że ich stracą.

Ka­ram­puki przy­siadły ze zdu­mienia. „Je­stem Genek” zrobił wielkie oczy, a Rudy podra­pał się po sku­dlo­nych wło­sach:

— O rany, co ta za jedna?

I usi­łował wstać, lecz lufa sztu­cera, która nagle skie­rowała się na niego, osa­dziła go na miej­scu.

— Ej, przyja­cielu — ostrze­gła go Krwawa Mary. — Siedź, jeśli ci dobrze. A pani, milady, niech pani zabie­rze na­sze koce. Jak tylko zrobię tutaj porzą­dek, pój­dziemy szukać na­szych wo­jowni­ków. Coś mi się zdaje, że oni zabłą­dzili w lesie.

„Je­stem Genek” ochło­nął ze zdu­mienia i zaczął się stawiać:

— Pro­szę pani, nie tak ostro! Kto to słyszał, żeby do tu­rystów mie­rzyć z broni palnej?

Rudy puknął się dłonią w czoło:

— Ja ją znam! — za­wołał. — To kie­row­niczka ka­wiarni w Złotym Rogu. Nazy­wają ją Krwawa Mary.

— Do usług, przyja­cielu — kiw­nęła głową dziew­czyna — a teraz po­wiedz mi, gdzie trzy­macie ptaszki. Obiło mi się o uszy, że ła­piecie je do klatek i za­mier­zacie jutro sprze­dać. Jed­nym sło­wem, do kra­dzieży moto­rówki i wła­mania do domu Win­netou należy dodać jeszcze jedno prze­stęp­stwo: łapanie ptaków.

— A co, pani z milicji? — za­pytał ją drwiąco Rudy.

— Ze związku ło­wiec­kiego — odpo­wie­działa. — A ptaszki za­pewne trzy­macie w szo­pie?

I nie namy­ślając się po­szła zajrzeć do szopy.

W ciem­no­ściach nie do­strze­gła klatek, więc zrobiła krok do środka, obra­cając się ple­cami do „ptasz­ników”.

W tym mo­mencie Rudy zerwał się gwał­townie, zrobił kilka szyb­kich i ci­chych kroków, pod­biegł do szopy i zatrza­snął drzwi za Krwawą Mary.

— Mamy ją! — zawo­łał try­umfu­jąco.

— Otwórzcie, bo będę strze­lała — zawo­łała przez drzwi Krwawa Mary.

— Strzelaj! Strzelaj! — od­krzyk­nął jej Rudy. I wydał ko­mendę Gen­kowi:

— A te­raz w nogi! Szybko, zanim ona prze­strzeli skobel na drzwiach.

Zaczęli miotać się po polanie, zbie­rając poroz­rzu­cane tam swoje rzeczy. W tym zamie­szaniu nawet nie za­uwa­żyli, że na po­lanie stanął Win­netou.

— Do­kąd wam tak spieszno? — za­grzmiał jego dono­śny głos. — Czyżby z po­wodu jednej skwaw blade twarze ogarnął prze­strach?

Nie było już po­trzeby dal­szego ukry­wania się w ciem­no­ściach. Wy­sze­dłem na po­lanę i zbli­żyłem się do milady.

— Czy nie uczy­nili pani żadnej krzywdy? — zapy­tałem.

— Ach, nie — zaprze­czyła, skła­dając nasze koce. — Mam chyba tylko siniak na ra­mieniu.

Pod­sze­dłem do drzwi szopy i otwo­rzyłem je sze­roko.

— Jest pani wolna — oświadczyłem Krwa­wej Mary, nie bez nutki try­umfu.

— Biała skwaw imie­niem Krwawa Mary — rzekł Win­netou — nie po­słu­chała nas i popeł­niła dwa błędy. Po­zwoliła, aby So­snowa Igiełka dostała się do niewoli ptasz­ników, a po­tem sama wpadła w nie­wolę.

— Dała­bym sobie radę — odparła lekce­ważąco. — A co do mi­lady, to uprze­dzam was, że nie zamie­rzam zaj­mować się pil­nowa­niem dam.

A banda ptasz­ników zbiła się w ciasną gro­madkę i z praw­dzi­wym stra­chem pa­trzyła na Win­netou. Nosek na­opo­wiadał Gen­kowi strasz­nych historii o Win­netou, słyszał te opo­wieści ukryty w krza­kach Rudy, więc Win­netou nawet nie mierzył do nich ze swojej strzelby, tylko ją trzymał nie­dbale zarzu­coną na ra­mieniu, a żaden nie próbo­wał ucieczki.

— Przy­nieście ptaki w klat­kach — rozka­załem — a nie zapo­mnijcie o si­dłach.

Gro­madka ptasz­ników na­tych­miast ruszyła do szopy, ale Win­netou ich za­trzymał.

— Ka­ram­puki niech zostaną — oświadczył.

— Jakie Ka­ram­puki? — zapytał Rudy.

— Wa­sze skwaw — wyja­śnił Win­netou. — A może wy także jeste­ście chło­pakami? — zwrócił się do trzech Ka­rampu­ków.

— Nie. My je­steśmy dziew­czyny — odrze­kły chórem, robiąc wdzięczne minki do Win­netou.

— Hm — mruk­nął Win­netou i spoj­rzał na nie po­dejrz­liwie. — Nie wyglą­dacie na skwaw.

Zabrał głos rosły Ka­rampuk:

— Teraz taka jest moda, że dziew­czyny wyglą­dają jak chło­paki, a chło­paki jak dziew­czyny. Zresztą, mo­żemy to udo­wodnić...

— O, nie ma po­trzeby... Wie­rzę wam — powie­dział spiesz­nie Win­netou, a wszystkie Ka­ram­puki zachi­chotały rado­śnie.

Dwaj ptasz­nicy wynie­śli z szopy cztery duże klatki z pta­kami i trzy si­dła. W klat­kach zoba­czyli­śmy mnó­stwo ptaków — prze­ważnie były to szczy­gły i mako­lągwy, ale nie brakło szpa­ków, kosów, wilg, a nawet były pójdźka i sowa płomy­kówka. W Pol­sce niemal wszystkie ptaki podle­gają ochro­nie. Myśli­wym w pew­nych okre­sach wolno polo­wać na dzikie kaczki i gęsi, słonki, bekasy, głuszce, łyski, derka­cze. I można także nie­kiedy zabijać ja­strzę­bie, gdy szko­dzą w gospo­dar­stwach rolnych, pory­wając ptac­two do­mowe. Nie podle­gają ochro­nie tylko wróbel do­mowy i wróbel mazu­rek, ale to nie znaczy, że ktoś ma prawo chwy­tać je w sidła i trzy­mać w klatce, w nie­woli.

Otwo­rzyłem drzwiczki klatek, ale śpiące ptaki jakoś nie chciały same szukać wolno­ści. Mu­siałem je po prostu wy­trzą­snąć przez otwarte drzwiczki. Odle­ciały na­tych­miast w mrok lasu.

Wtedy wzią­łem od Win­netou jego toma­hawk i porą­bałem nim klatki na drobne ka­wałki. Tak samo pocią­łem si­dła.

— O rany — wyrwał się z piersi ptasz­ników okrzyk zgrozy.

I do­piero gdy upora­łem się z tym wszystkim, Win­netou uro­czyście oświadczył ptasz­nikom:

— Po­pełnili­ście cztery prze­stęp­stwa: po­przeci­naliście liny ko­twiczne w jach­tach na bindu­dze, ukra­dliście moto­rówkę, wła­mali­ście się do domu Win­netou i skra­dliście jego rzeczy oraz łapali­ście ptaki. Ta ostat­nia zbrod­nia wydaje się Win­netou najgor­szą. Albo­wiem nie ma nic pięk­niej­szego nad śpiew ptaków w le­śnej gę­stwinie lub nad brze­giem jeziora. Jest to także prze­stęp­stwo prze­ciwko czło­wie­kowi, albo­wiem odbie­racie w ten sposób lu­dziom możli­wość wspa­niałego wypo­czynku, jakim jest słucha­nie ptasich głosów. Win­netou będzie dziś ramie­niem spra­wie­dliwo­ści, którą okaże wam przy­roda. Ptaki nie umieją mówić, ale Win­netou w ich imieniu roz­prawi się z wami. I zabie­rze skalpy.

— Nie! Nie! — wrza­snęli ptasz­nicy.

Byłem zdecy­do­wany zapro­testo­wać prze­ciwko obcię­ciu wło­sów oby­dwu ptasz­nikom. Bo choć prze­stęp­stwa, jakie popeł­nili, wyda­wały mi się wielkie, ale zawsze prze­ciw­sta­wiałem się po­glądom, że „gwałt niech się gwał­tem odciska”. Mieli­śmy prawo ich ścigać, doko­nali bo­wiem zama­chu na cudzą wła­sność i nisz­czyli przy­rodę, ale nikt nie upo­ważnił nas do sądze­nia tych ludzi, a tym bar­dziej egze­kwo­wania od nich kary w postaci obcię­cia im wło­sów.

Win­netou wyjął z po­chwy swój nóż my­śliwski.

— Obe­tnę wam po ko­smyku — rzekł.

Po­wstrzymałem go:

— Niech mój brat tego nie czyni. Nie bę­dziemy wpro­wa­dzali praw pusz­czy. Dopóki nie osądzą ich lu­dzie do tego celu powo­łani, nawet włos nie powi­nien im spaść z głowy.

Win­netou zawa­hał się:

— A co mój brat, Szara Sowa, propo­nuje? Chyba nie zamie­rza pu­ścić wolno bla­dych twarzy, zwa­nych ptasz­nikami?

— Jako „skalpy” za­bie­rzemy im do­wody osobi­ste. Potem prze­ka­żemy je na poste­runek milicji w Złotym Rogu. Tam zgłoszą się po nie blade twarze i złożą przed milicją zezna­nia o swoich uczyn­kach. Wspomną też, kto rozka­zał im prze­ciąć liny ko­twiczne w jach­tach na bindu­dze.

— Zgoda — przy­taknął Win­netou i scho­wał nóż.

Oby­dwaj ptasz­nicy — uszczę­śli­wieni, że nie obcięto im wło­sów — po­śpiesz­nie od­dali swoje do­wody osobi­ste. Gorzej było z Ka­rampu­kami. Rosły Ka­rampuk podał Win­netou legity­mację szkolną.

— Czy taki skalp wy­starczy? — za­pytał.

— A ja nie mam w ogóle skalpu — po­wie­dział inny Ka­rampuk.

W re­zulta­cie Win­netou mach­nął ręką i zacho­wał tylko do­wody oby­dwu ptasz­ników.

— Pa­miętaj­cie — ostrzegł ich — jeśli któryś z was ośmieli się jeszcze kiedyś wejść do tu­tej­szych lasów i natknie się na mnie, to spo­tkanie skoń­czy się znacz­nie go­rzej niż dzisiaj.

Teraz ja za­brałem głos. Ale nie bawi­łem się w mo­ralizo­wanie:

— Skra­dliście silnik i rzeczy Win­netou. Odzy­skamy je. Prze­strze­gam jednak, że jeśli o tym, co się tu stało, powia­domi­cie wa­szego przy­wódcę, spotka was dodat­kowa kara. Niech się nikt nie waży poja­wić nad je­ziorem Kikuł.

Trzy Ka­ram­puki oświadczyły zgod­nie:

— My, proszę panów, zaraz jutro ru­szamy z po­wrotem do War­szawy. Bo my jeste­śmy z War­szawy, z Woli. Już wcze­śniej my­ślały­śmy, jak stąd uciec. Jeść tu nie było co, ciągle głodo­wały­śmy. Oni kazali nam chwy­tać ptaki w sidła, a sami gdzieś łazili. I jeszcze z nas dziś szy­dzili, że je­steśmy stra­szydła. Pan Win­netou zrobił bardzo dobrze, że za­brał im skalpy.

Pod­nio­słem z ziemi nasze koce, wzią­łem za rękę milady i ru­szyłem do ga­jówki. Za mną poszli Win­netou i Krwawa Mary.

Zbli­żała się północ. Noc była ciepła, ale za­uwa­żyłem, że mimo to So­snowa Igiełka trzęsie się z zimna.

Na­zbie­rałem więc trochę su­chego chrustu i na podwó­rzu ga­jówki rozpa­liłem mały ogie­nek. Krwawa Mary przy­rzą­dziła kolację z przy­niesio­nego przez nas su­chego pro­wiantu. Gdy skoń­czyli­śmy jeść, Win­netou wstał i zarzu­cił na ramię swoją strzelbę.

— Szara Sowa i oby­dwie skwaw położą się spać — rzekł — Win­netou pod­kradnie się do obozu ptasz­ników i będzie obser­wował ich po­czyna­nia. Być może któryś z nich zechce nas oszu­kać i pójdzie ostrzec Pinokia. A wtedy Win­netou ruszy jego śladem i trafi do miejsca, gdzie ukryto silnik i rzeczy Win­netou. Jutro rano ma tu przyje­chać jakiś czło­wiek z War­szawy. Jest to za­pewne han­dlarz pta­kami, czyli strasz­liwy pedlar[27]. Win­netou chciałby za­noto­wać numer blasza­nego konia należą­cego do pe­dlara.

— A my co mamy robić? — spy­tała Krwawa Mary.

— Teraz spać. A jutro rano Szara Sowa zapro­wadzi was na „Moby Dicka”. Pod­niesie­cie ża­gle i popły­niecie nad je­zioro Kikuł. Za­trzy­macie się w miej­scu, które nosi nazwę Ośla Łąka i jest naj­więk­szym obo­zowi­skiem bla­dych twarzy. To tam za­pewne poszedł Pino­kio, aby sprze­dać silnik i moje rzeczy. Tam też w swoim czasie spotka­cie Win­netou.

I bez­sze­lestnie zniknął w ciem­no­ściach lipco­wej nocy. A ja doło­żyłem do ognia resztę chrustu i rozło­żyłem na ziemi koce dla Krwa­wej Mary i So­snowej Igiełki. Oby­dwie zasnęły, a ja siedząc przy ogniu czu­wałem, rozmy­ślając o swojej znajo­mości z Win­netou i przy­godach, jakie mnie jeszcze czekały.

 


ROZDZIAŁ PIĘTNASTY [top]

POŻEGNANIE PIĘKNEGO ANTONIA • JEZIORO KIKUŁ • DONKEY'S MEADOW, CZYLI OŚLA ŁĄKA • CZY KRWAWA MARY ZOSTANIE LADY? • I ZNOWU ANTONIO • JAK WYPOCZYWA SIĘ NA OŚLEJ ŁĄCE? • DZIWNY BRODACZ I NAUKI YOGÓW • WIELKI BÓBR I PUŁAPKA NA PINOKIA

 

Na­stęp­nego dnia, po dłu­gim marszu przez las, dopiero około połu­dnia dotarli­śmy do „Moby Dicka”. Obok jachtu cumo­wała moto­rówka z ośrodka wcza­sowego — jesz­cze wczo­raj ścią­gnięta ze skał „pie­kiełka” i na­pra­wiona. Na moto­rówce urzę­dował in­struk­tor No­sek, nie­świa­domy, że wiemy o jego spo­tkaniu z ptasz­nikami.

— No i co? Nie powio­dło się wam? — powitał nas niemal rado­śnie. — A gdzie to pan Win­netou?

Udzie­liłem mu wymi­jającej odpo­wiedzi. Umó­wili­śmy się bo­wiem, że do­póki nie od­zy­skamy rzeczy Win­netou, poczy­nania nasze pozo­sta­wimy w ta­jem­nicy.

— Dla­czego tak was długo nie było? — niemal z obu­rze­niem zwrócił się do nas Piękny Anto­nio. — Zrobi­liście ze mnie stróża wa­szego jachtu. I do tego wraca­cie z pu­stymi rękami. Sam się te­raz wezmę do po­szuki­wania zło­dziei. Prze­siadam się na moto­rówkę pana Noska i wyru­szam po swój silnik.

Piękny Anto­nio myślał, że tylko Nosek i on wiedzą, że Pi­nokio zaniósł silnik nad je­zioro Kikuł. Ale zamiast po­dzielić się z nami infor­macją — jak uczy­niłby to każdy uczciwy czło­wiek — on wolał ją za­chować dla siebie.

Uda­łem zmar­twio­nego jego decyzją:

— Chce nas pan zosta­wić bez swojej po­mocy? Bez pana nie od­naj­dziemy rzeczy Win­netou.

— A pewnie, że nie znaj­dziecie — dum­nie wyprę­żył się Piękny Anto­nio — ale ja nie mam wobec was żad­nych zobo­wiązań. Uwa­żam, że każdy z nas powi­nien działać na wła­sną rękę.

— Jak to? — udałem obu­rzenie. — Czy nie pomo­gliśmy panu odna­leźć kadłub moto­rówki?

— Od­nalazł­bym go i bez waszej łaski — burknął nie­chętnie Piękny Anto­nio. — Pan Nosek też tu trafił. Dziś rano. Mam zresztą dużo żalu do was, panie Szara Sowo. Zabrał mi pan w bar­dzo pod­stępny sposób dziew­czynę.

— Myśli pan o milady?

— Przy­wio­złem ją tu z War­szawy, a pan sprząt­nął mi ją sprzed nosa. Tak się nie robi, proszę pana.

Krwawa Mary rów­nież dobrze ode­grała swoją rolę. Zrobiła smutną minę:

— A o mnie zapo­mnia­łeś, Anto­nio? Mnie też chcesz tu po­zosta­wić? Po tylu obiet­nicach...

Piękny Anto­nio mógł teraz puszyć się jak paw. Próż­ność jego została mile po­łech­tana.

— Wi­dzę — stwier­dził — że gdy prze­space­rowa­łaś się dwa­dzie­ścia kilo­metrów przez las, to wrócił ci spryt. Ale już za późno, moja droga. Mam zupeł­nie inne pro­jekty.

— Krę­tacz — rzuciła nagle Halina, która sie­działa w mo­to­rówce bardzo mar­kotna.

— Co się stało, panno Halino? — za­pyta­łem.

— Nic się nie stało. Tyle tylko, że ran­kiem prze­pły­wała tędy jakaś sa­motna pięk­ność w ża­glówce, za­trzy­mała się przy nas i Anto­nio z miejsca zako­chał się w niej. Zapro­siła go na ja­kąś Oślą Łąkę. I on śpieszy na spo­tkanie.

— Czy tą piękną że­glarką nie była Miss Kapi­tan?

— Być może, nie wiem, jak ją nazy­wają. Wy­malo­wana, w bia­łej pe­ruczce.

— To ona — stwier­dziła milady.

— Bel­lissima — po­wie­dział po włosku za­chwy­cony Anto­nio. — Cu­downa.

Halina aż po­czer­wie­niała z zazdro­ści i zi­ryto­wana prze­rwała te jego wy­wody:

— Panie Nosek, czy nie pora już wy­ruszyć do ośrodka? Jeszcze dziś zamie­rzam wyje­chać do War­szawy.

— Szczę­śliwej drogi, moja mała — powie­dział Piękny Anto­nio i usiadł obok niej w moto­rówce.

Czer­wony kadłub łajby Anto­nia był już przy­cumo­wany do moto­rówki ośrodka wcza­sowego. Nosek zapu­ścił silnik, Halina poma­chała nam ręką na poże­gnanie i łajba odpły­nęła w stronę Zło­tego Rogu.

I my także usado­wili­śmy się w jachcie. Pod­nio­słem grotża­giel, Krwawa Mary odcze­piła cumę od po­chylo­nej wierzby, wiatr wpadł w ża­giel i jacht wszedł w prze­smyk. Popły­nęli­śmy na jezioro Kikuł.

Dzień był sło­neczny, wiał lekki wiate­rek. Wkrótce zna­leźli­śmy się na ogromnej toni wodnej, gdzie aż roiło się od białych i czer­wo­nych żagli, z łosko­tem sunęły ślizga­cze oraz prze­różne dzi­waczne „samo­róbki” — tra­twy z docze­pio­nymi silni­kami lub ża­glami przy­pomi­nają­cymi suszące się na słońcu prze­ściera­dła. Na jezio­rze uwijało się także mnó­stwo kaja­ków — jednym sło­wem, było tu tłoczno od łajb i ludzi. Nie wi­działo się nato­miast ani dzikich łabędzi, ani nawet dzikich kaczek. Jedynie mewy, skrze­cząc głośno, unosiły się nad ludz­kim rojowi­skiem, szuka­jąc w wodzie żeru. Ale i one miały coraz mniej po­karmu, bo wi­bracje śrub napę­do­wych silni­ków ściga­czy za­bijały nary­bek, a po wo­dzie pły­wały tłuste plamy oliwy. Rybacy coraz rza­dziej chwy­tali ryby, czę­ściej nato­miast wyła­wiali puste butelki i puszki po kon­ser­wach. Ostrzegano tury­stów, aby gołą stopą nie wcho­dzili z brzegu do wody, gdyż łatwo było rozciąć nogę na roz­bitym szkle lub ostrych jak brzy­twa wiecz­kach od pu­szek po kon­ser­wach.

Gdy przy­kłada­łem do oczu lor­netkę, wi­dzia­łem na brze­gach mnó­stwo dom­ków cam­pingo­wych, należą­cych do naj­róż­niej­szych zakła­dów pracy. Ci, któ­rzy bu­dowali te ośrodki, trak­towali wodę jako najlep­sze miejsce do wy­rzuca­nia śmieci i nie­po­trzeb­nych rupieci. Ośrodki wcza­sowe były więc czyste, ale je­zioro brudne. W nie­których miej­scach ogło­szono nawet zakaz kąpieli, gdyż przy brze­gach bar­wami tęczy mieniły się smugi oliwy i sma­rów, a ci, któ­rzy odwa­żyli się zanu­rzyć w jezio­rze, dosta­wali prysz­czy na skórze. Po­dobno kilku kie­rowni­ków ośrod­ków wcza­sowych nad je­ziorem Kikuł zebrało się, aby uchwalić re­zolucję zaka­zującą uży­wania silni­ków spali­no­wych. Lecz wszystko — jak to się mówi — roze­szło się po ko­ściach, ponie­waż każdy ośro­dek miał swoją moto­rówkę do prze­woże­nia wcza­sowi­czów i zamie­rzał jej nadal używać.

Naj­więk­sza osada na­mio­towa nad je­ziorem Kikuł po­wstała na nie­użytku, rozcią­gają­cym się wzdłuż za­chod­niego brzegu. Powo­dzenie swoje za­wdzię­czała dość do­bremu dojaz­dowi i blisko­ści wioski, gdzie znaj­dowały się studnie z czy­stą wodą oraz były go­spoda ludowa, sklep i poczta. Miesz­kańcy wsi na­zywali to miejsce Oślą Łąką, choć nigdy chyba żadne osły tam się nie pa­sły. Nie podo­bała się ta na­zwa tu­rystom, toteż wkrótce jakiś snob prze­tłuma­czył ją na an­gielski „Don­key's Me­adow”, co brzmiało dum­nie.

Egzo­tyczna to była osada. Przy­pomi­nała znane z opisów na­mio­towe miasta na Dzikim Zacho­dzie w okresie „go­rączki złota”, z ca­łym ich praw­dzi­wym kolo­rytem. Tylko że lu­dzie poszu­kiwali tutaj nie złota, lecz wypo­czynku i opa­lenizny, jeź­dzili nie na ko­niach, ale podno­sili kurz opo­nami samo­cho­dów. Nie brakło jednak prze­róż­nych poszu­kiwa­czy przy­gód i oszu­stów usiłu­jących uszczknąć coś z pie­niędzy wyda­wa­nych przez wcza­sowi­czów. Można tu było więc spotkać pomy­sło­wych kombi­nato­rów, po słonej cenie dostar­czają­cych rzad­kich w skle­pach kon­serw lub od­sprze­dają­cych po dwu­krotnej cenie ben­zynę i butle z gazem.

W ubie­głym roku od­kryto tu na­wet dwie meliny, gdzie o każdej porze dnia i nocy, po od­po­wied­nio wyso­kich cenach, sprze­da­wano alkohol.

Na okres lata władze mili­cyjne kiero­wały na Oślą Łąkę dwóch funk­cjona­riuszy, którzy za­miesz­kiwali w wo­zie na kół­kach, podob­nym do słyn­nego wozu Drzy­mały. Trzeba stwier­dzić, że oby­dwaj mieli pełne ręce roboty, uśmie­rzając kłótnie, chwy­tając zło­dzie­jasz­ków, przyj­mując skargi, likwi­dując na­mioty, w któ­rych pod pretek­stem gier towa­rzy­skich upra­wiano hazard.

Ośla Łąka wyda­wała się ide­alnym miej­scem do sprze­daży skra­dzio­nych rzeczy. W ulicz­kach z dzie­siąt­kami na­miotów, w wielo­barw­nym i wielo­języcz­nym tłumie wcza­sowi­czów (przy­jeż­dżali tu turyści z NRD, z Cze­cho­słowa­cji i Węgier) — ła­two było, nie zwra­cając niczy­jej uwagi, sprze­dać silnik do moto­rówki. W ta­kim mrowi­sku ludz­kim można też było li­czyć na spo­tkanie kogoś, kto zainte­resuje się in­diań­skimi orygi­nal­nymi przed­mio­tami — i dlatego właśnie Win­netou ocze­kiwał, że na Don­key's Me­adow na­tkniemy się na Pinokia.

„Moby Dick” płynął ba­kszta­giem, który wiał trzy czwarte od rufy. Mocno prażyło słońce, lekki wiatr studził upał, pod dzio­bem z cichym szu­mem rozstę­powały się nie­wielkie fale. Don­key's Me­adow leżała — jak wspo­mnia­łem — na wschodnim brzegu. Skoro więc zna­leźli­śmy się na środku jeziora, zmie­niłem nieco kurs, odro­binę wybie­rając żagiel. Odtąd płynę­liśmy pół­wia­trem albo­wiem zamie­rzałem jednym halsem dojść do wi­docz­nego już z dala ogromnego zbio­rowi­ska różno­kolo­rowych na­miotów.

Podróż do Don­key's Me­adow upły­nęła przy­jemnie, ponie­waż oby­dwie towa­rzy­szące mi pa­nie przy­rzą­dziły w kabinie bardzo smaczny po­siłek. Nie­stety, nie ma róży bez kolców, nie obyło się bez złośli­wości pod moim adre­sem.

— O ile pa­miętam — po­wie­działa w pew­nym mo­mencie So­snowa Igiełka — Szara Sowa umó­wiony był wczo­raj z Miss Kapi­tan. Wy­obra­żam sobie, jak mu przy­kro, że nie zdołał pójść na randkę. A teraz Anto­nio umówił się z nią na Oślej Łące.

— Spra­wie­dliwo­ści stało się za­dość — stwier­dziła Krwawa Mary. — Szara Sowa także porwał dziew­czynę Pięk­nemu Anto­nio.

— Czy mnie pani ma na myśli? — za­pytała milady. — Wciąż docho­dzą mnie uwagi, że ktoś mnie dla ko­goś przy­wiózł, ktoś mnie komuś zabrał. Byłam już po­rwana, uwię­ziona, wy­wie­ziona i tym po­dobne. Po­stronna osoba mo­głaby odnieść wraże­nie, że bez prze­rwy je­stem oblę­żona przez wielbi­cieli. A prawda jest taka, że tylko jedna osoba, Szara Sowa, raz tylko, pod­kre­ślam, usiło­wał mnie poca­łować. A gdy odmó­wiłam jak każda uczciwa dziew­czyna, po­śpiesz­nie zrezy­gnował i odtąd nie po­nawiał tego rodzaju propo­zycji. Zaczy­nam powoli marzyć, żeby mnie ktoś wresz­cie na­prawdę porwał.

— Sły­szy pan? — surowo popa­trzyła na mnie Krwawa Mary.

— Nie nadaję się na pory­wacza...

— No jasne. Zawsze te wy­kręty — mruk­nęła milady.

Zdu­miałem się.

— Ob­cho­dzimy się z panią jak z damą, a pani wnosi preten­sje?

So­snowa Igiełka zdjęła z nóg panto­fle, wsko­czyła na dach kabiny, chwy­ciła się wan­tów i zaczęła skakać, nucąc pod nosem:

Kto mnie uwięzi?
Kto porwie kiedy?
Dość byłam lady!
Dość byłam lady!

Krwa­wej Mary podo­bała się chyba ta pio­senka. Też wsko­czyła na ka­binę i zanu­ciła:

Założę suknię,
wy­rzucę „szwedy”,
zostanę lady,
zostanę lady!
Odłożę sztucer
i może wtedy
powie­dzą: lady.
Stanę się lady!

Roz­bawiły mnie te śpiewy i pląsy na da­chu kabiny. Oczami duszy wi­dzia­łem już milady ubraną w spodnie i uga­niającą się ze sztuce­rem po lesie albo za­krwa­wio­nym nożem opra­wiającą upolo­wa­nego dzika. Nie, to było zupeł­nie nie­praw­dopo­dobne. O ile łatwiej przy­cho­dziło mi przed­stawić sobie Krwawą Mary w dłu­giej sukni wie­czoro­wej pach­nącą perfu­mami „Cha­nel” nr 5. Tym­czasem „Moby Dick” pod­chodził do brzegu, na któ­rym rozcią­gała się osada na­miotów — Ośla Łąka. Wzdłuż lądu cumo­wały jachty i moto­rówki, a na piasku leżały kajaki po­dobne do ko­loro­wych zde­chłych ryb.

Przy­biłem do skraju osady. Nie chcia­łem, aby na­sze poja­wienie się zbyt wielu oso­bom rzuciło się w oczy. Wprawdzie Pino­kio chyba nie za­pa­miętał mej twarzy, a na pewno nie mógł wie­dzieć, że „Moby Dick” przybył tu jego tropem, ale któż mógł zarę­czyć, czy któryś z ptasz­ników z Sol­nika nie przybył tutaj wcze­snym ran­kiem i nie ostrzegł Pino­kia przed grożą­cym nie­bezpie­czeń­stwem?

Na cóż jednak mogła zdać się na­sza ostroż­ność, skoro zaled­wie za­rzuci­łem ko­twicę tuż przy jałowej, wy­schniętej łące — gdy na to właśnie miejsce wje­chał passat Pięk­nego Anto­nia. Przy kie­row­nicy siedział in­struk­tor No­sek.

Jak z tego wyni­kało, oby­dwaj dżen­telmeni zdołali dopły­nąć moto­rówką do ośrodka, wsiąść w pas­sata i okrą­żywszy jezioro przy­być na Oślą Łąkę niemal równo­cześnie z nami. Zapar­kowali samo­chód na skraju osady, obok wbi­tego w ziemię palika, na któ­rym wid­niała de­seczka z napi­sem: ulica Księży­cowa. Wyjęli z ba­gaż­nika torbę z na­miotem i mate­race. Jed­nym sło­wem, zamie­rzali rozło­żyć się tutaj biwa­kiem. Piękny Anto­nio umówił się z Miss Kapi­tan, ale chciał chyba także odzy­skać silnik swej moto­rówki. W tym ostat­nim przed­się­wzię­ciu pomoc swoją zaofia­rował Nosek, który — jak wiemy — po­stano­wił tu­taj od­szukać Pinokia.

— Ci pano­wie udają, że nas nie wi­dzą — z sarka­zmem stwier­dziła Krwawa Mary.

— Mnie też nie zależy na tej znajo­mości — powie­działa So­snowa Igiełka.

W ten sposób skwi­towali­śmy fakt obec­ności Noska i Anto­nia na Oślej Łące.

Była już druga po po­łudniu. Po na­myśle zdecy­dowa­łem, że naj­pierw ja udam się na zwiady, a oby­dwie panie pozo­staną na jachcie. Potem zaś one pójdą rozej­rzeć się po osadzie, a znowu ja po­zostanę na „Moby Dicku”.

Wyru­szyłem zaraz po skla­rowa­niu[28] żagla, co jest powin­nością żegla­rza, gdy zamie­rza opuścić jacht. Omi­nąłem staran­nie Noska i Pięk­nego Anto­nia, roz­sta­wiają­cych namiot przy ulicy Księ­życo­wej i znala­złszy wąską uliczkę między na­mio­tami space­rowym kro­kiem udałem się do miejsca, które wyda­wało mi się cen­trum Don­key's Me­adow. Mieszkali tam chyba cudzo­ziemcy, bo na­mioty były wspa­niałe, wielo­izbowe. Sły­szało się obcą mowę — wę­gierską, cze­ską, nie­miecką, a na­wet francu­ską. Przy niedu­żym placu stał wóz na kołach gumo­wych, wid­niały na nim litery MO. W pobliżu sprze­da­wano kiełba­ski z rożna, zoba­czyłem także budkę z lo­dami (nie­stety, lodów nie było) oraz kiosk „Ruchu” z ga­zetami i papie­rosami. To było city, czyli cen­trum Oślej Łąki. Od tego miejsca uliczki zabu­do­wane na­mio­tami biegły w stronę jeziora.

Ludzi wi­działo się tu tyle, co na skrzy­żowa­niu Alej Jero­zolim­skich i Mar­szał­kow­skiej w godzi­nach szczytu. Ten szedł nad je­zioro do swojej łajby, tamten po kiełba­skę z rożna, inny do go­spody ludo­wej lub na pocztę. Ów niósł butlę z gazem, inny tasz­czył wiosło kaja­kowe, ktoś dźwi­gał bom z żaglem, inny znów silnik moto­rówki. Roze­brane panie i dziew­czyny masze­rowały nad je­zioro, aby po obie­dzie wziąć porcję słońca, inne znów wra­cały z wody na obiad. Gwarno i rojno było także przed na­mio­tami. Na wol­nym powie­trzu stały ko­chery spiry­tusowe i kuch­nie ga­zowe oraz pry­musy na naftę. Wszę­dzie pitra­szono jedze­nie, w powie­trzu unosił się za­pach ryb smażo­nych na oleju. Nie było na­miotu, skąd nie do­cho­dziłby głos spikera radio­wego lub mu­zyczka.

Dzie­siątki, setki ludzi półna­gich lub ubra­nych w naj­dzi­wacz­niejsze stroje. Każdy zresztą nosił się, jak chciał, bo prze­bywał na wcza­sach. Opis tych strojów zająłby za­pewne kilka stronic, więc go po­nie­cham. Zresztą, chyba każdy z was wdep­nął kiedyś do po­dobnej osady i wie, jak w niej się żyje.

Sze­dłem wolno, raz po raz przez kogoś popy­chany, potrą­cany. To otarł się o mnie wy­sma­rowany olej­kiem golas, który dźwi­gał wielki bochen chleba, innym razem po­pchnęła mnie pa­nienka, bie­gnąca z piłką nad brzeg jeziora. Między na­mio­tami i po ulicz­kach goniły się dzieci, wrzeszcząc, ile tylko miały sił w płu­cach. Har­cowały tu także psy prze­różnej maści i rozma­itych ras. Jed­nym sło­wem, wspa­niały wypo­czynek! Zdu­miewał mnie widok brzu­cha­tych panów, z po­wagą niosą­cych wspa­niałe wędki. Jedni szli nad je­zioro, drudzy wracali znad wody, żaden jednak nie niósł ryb. A mimo to cho­dzili dumnie z węd­kami, choć w jezio­rze Ki­kuł ryba jest taką samą rzad­kością, jak w niektó­rych skle­pach ryb­nych w War­szawie.

Jak w tym ogromnym tłumie prze­bierań­ców i gola­sów odna­leźć Pinokia? — za­stana­wiałem się. I coraz bar­dziej ugruntowy­wało się we mnie prze­kona­nie, że tylko szczę­śliwy zbieg oko­liczno­ści może mi pomóc w po­szuki­wa­niach.

Zwie­dziłem całe Don­key's Me­adow, łącznie z jego peryfe­riami. Stwierdziłem, że Oślą Łąkę otaczał szczel­nie wie­niec samo­cho­dów. „Bla­szane cuch­nące konie”, jak je nazy­wał Win­netou, prażyły się na słońcu, ema­nując zapa­chem sma­rów, ben­zyny i roz­grzanej gumy. Ten i ów, ko­rzy­stając z wol­nego czasu, grzebał pod wozem, wyła­żąc spod niego usmo­lony od stóp do głów. Inny czyścił i re­gulo­wał gaźnik, a wtedy samo­chód wył na zwięk­szo­nych obro­tach, z rury wyde­chowej zaś wydo­bywał się kłąb czar­nego dymu. Hałas i swąd wiatr niósł między na­mioty.

Sklepik w wio­sce nie był w stanie zaspo­koić potrzeb licznie przy­byłych tutaj tury­stów. Całe więc kara­wany samo­cho­dów ruszały do miasta po żyw­ność, gaz i paliwo. Jedni wyjeż­dżali, inni wracali, toteż na zmiaż­dżonej set­kami kół ja­łowej łące wid­niały już ogromne ły­siny piasku, który podno­szony opo­nami wozów tworzył chmurę pyłu i osiadał na na­mio­tach i twa­rzach ludzi.

Na ja­kiś czas uwagę moją przykuł dziwny obra­zek. Oto przed małym na­miotem, na skraju osady, przy­kucnął na wpół goły mło­dzie­niec. Miał impo­nującą brodę i bardzo długie włosy, które okry­wały mu ra­miona. Sie­dział w pozycji lotosu i mono­tonnym głosem prze­mawiał do gro­madki chłop­ców i dziew­cząt. Raz po raz za­trzy­mywał się przy nich zacie­ka­wiony prze­cho­dzień, ale wy­słu­chaw­szy prze­mó­wienia broda­cza, odcho­dził rozba­wiony.

— Cy­wiliza­cja i tech­nika stały się naj­więk­szym prze­kleń­stwem ludz­kości — głosił mono­tonnie bro­dacz. — Ludzie gonią za pie­niędzmi, za­pomi­nając, że praw­dziwe szczę­ście dać może jedynie pozna­nie samego siebie. Smrody spa­lin sa­mo­cho­do­wych i komi­nów fa­brycz­nych zatruły powie­trze, wkrótce zadu­simy się od tego zadu­chu. Na­wozy sztuczne deszcz zmywa z pól do je­zior i morza, wkrótce więc umrzemy z pra­gnienia. Tru­cizna kryje się na­wet w owo­cach opyla­nych środ­kami owa­dobój­czymi. Po­śpiech i tempo życia powo­dują zawały serca. A przecież szczę­ście jest w zasięgu ręki. Spró­bujcie poznać samych siebie, naucz­cie się praktyk jogów, oddaj­cie się medy­tacjom.

A po­tem bro­dacz dodał:

— Od jutra rano w tym miej­scu każdy, kto wpłaci sto złotych, bę­dzie mógł na­uczyć się ćwi­czeń i praktyk jogów...

Wzru­szyłem ramio­nami i odsze­dłem. Nie dlatego, abym skłonny był drwić sobie z ko­rzyst­nego działa­nia ćwi­czeń jogów. Od wielu lat upra­wiałem szwedzką gimna­stykę, która przy­nosi odprę­żenie dla ciała i duszy. Prak­tyki jogów, zwią­zane z okre­ślo­nymi ćwi­cze­niami ciała, także po­zwa­lały swo­bodnie oddy­chać i rozluź­niać mię­śnie. Mogły one wielu lu­dziom dać odprę­żenie, radość. Taki sam stosu­nek miałem także do metody Zen — mil­czą­cego nieru­cho­mego siedze­nia w pozycji lotosu i odda­wania się wielo­go­dzin­nym medy­tacjom. Z naj­więk­szym zainte­reso­wa­niem prze­czyta­łem kiedyś książkę Suzuki „Eseje o bud­dyzmie Zen”. Ale iryto­wało mnie, gdy ten czy ów zwo­lennik Ha­thajogi lub Zen usiło­wał twier­dzić, że jest to najdo­skonal­sze le­kar­stwo na wszel­kie dole­gliwo­ści tra­piące ludz­kość.

To prawda, że spaliny samo­cho­dowe zatru­wają powie­trze. Ale nie zmieni się tego po­przez medy­tacje. Jedy­nym ratun­kiem jest wyna­lezie­nie ta­kiego silnika, który zmniejszy ilość trują­cych gazów.

Na całym świecie mi­liony ludzi umie­rają z głodu, bo bra­kuje chleba, owo­ców i jarzyn. Ćwi­czenia jogów i medy­tacje w pozycji lotosu nie na­pełnią im brzu­chów, nie na­pędzą krwi do ich organi­zmów. Trzeba podno­sić wydaj­ność gleby, stosu­jąc na­wozy sztuczne, lecz w taki sposób, aby nie zatru­wały potem rzek i mórz. Trzeba opylać lasy, poże­rane przez szkod­niki, ale opylać je ta­kimi środ­kami, które nie za­bijają owa­dów i ptaków.

I uczeni pracują nad tymi zagad­nie­niami. Myślą o tym rządy wielu państw. Prasa raz po raz do­nosi o mię­dzyna­rodo­wych konfe­ren­cjach po­świę­conych walce o ochronę wód, powie­trza, ziemi.

Dla­tego z iro­nicz­nym uśmie­chem na twa­rzy pomy­ślałem o bro­daczu skłon­nym za sto złotych uczyć ćwi­czeń jogów, za­pewne na pod­stawie lekcji, które w swoim czasie zapre­zento­wał popu­larny tygo­dnik „Prze­krój”. Jedno­cześnie żało­wałem, że „ka­zań” broda­cza nie wysłu­chał Win­netou. Być może prze­ko­nałby się, jak piękna i szla­chetna walka o ochronę śro­dowi­ska natu­ralnego stawała się polem, na któ­rym próbują żero­wać prze­różni szarla­tani i oszuści.

Tak medy­towa­łem powra­cając w stronę jachtu, gdy nagle na pe­ryfe­riach Oślej Łąki, w ogromnej groma­dzie lśnią­cych lakie­rem aut, uj­rzałem za­bawny wehi­kuł, którego syl­wetka wydała mi się zna­joma.

Był to napę­dzany elek­trycz­nością wózek pocz­towy jakich wiele widzi się u nas na dwor­cach kole­jowych gdy z peronu na pe­ron prze­wożą worki z listami, pacz­kami. Tego rodzaju wóz­kami roz­wożą także chleb do skle­pów w wielu mia­stach; są po­wolne, ale ci­che i nie wy­dzie­lają spalin. Na dwor­cach kole­jowych i na ulicach więk­szych miast widuje się wózki z od­krytą kabiną i plat­formą, bywają jednak także obu­do­wane, z oszkloną ka­biną i budą na to­wary.

Ten, który stał na Oślej Łące, był sta­rym wóz­kiem pocz­towym. Wła­ściciel wózka sam dorobił oszkloną ka­binę, a na plat­formie zbu­dował rodzaj skrzyni, po­dobnej do le­żącej na ple­cach szafy. Znałem owego czło­wieka. Nazy­wał się Wie­sław Kamas i był eme­ryto­wanym urzęd­nikiem pocz­towym.

Przez czter­dzieści lat pan Wie­sław Kamas zasia­dał za okien­kiem pocz­towym w Ło­dzi i rozsy­łał listy do naj­róż­niej­szych miast i wsi. Być może to wła­śnie w tym czasie zro­dziła się w nim tę­sknota, aby kiedyś zoba­czyć owe miej­scowo­ści, które znał tylko z nazwy i adre­sów na koper­tach li­stów i paczek. Ale stało się to moż­liwe dopiero wów­czas, gdy prze­szedł na eme­ryturę. Wów­czas to kupił prze­zna­czony na złom stary wózek pocz­towy i z po­mocą swego syna, inży­niera elek­tryka, wyre­mon­tował go, prze­zna­czając do krajo­znaw­czych po­dróży. Odtąd pan Wie­sław Kamas już od wcze­snej wiosny aż do późnej jesieni swoim elek­trycz­nym wóz­kiem zwie­dzał Polskę, powo­lutku tocząc się po na­szych szo­sach.

Wózek był za­opa­trzony w kilka cięż­kich aku­mula­torów, mógł rozwi­jać szyb­kość do pięć­dzie­sięciu kilo­metrów na go­dzinę. W skrzyni na plat­formie pan Kamas wiózł pro­stow­nik i gdy aku­mula­tory wy­czer­pały się, zawsze znalazł się ja­kiś go­ścinny czło­wiek, który po­zwalał mu włą­czyć pro­stow­nik do gniazdka elek­trycz­nego w swym miesz­kaniu i po­nownie nała­dować aku­mula­tory. W na­grodę za to pan Kamas opo­wiadał o przy­godach, jakie zda­rzyły mu się w po­dróży, o cie­ka­wych lu­dziach, jakich odwie­dził i poznał.

Pan Kamas miał w skrzyni ku­chenkę gazową, garnki, zapasy żywno­ści, kołdrę i po­duszkę, i od biedy mógł się na­wet tam prze­spać. Za­zwy­czaj jednak znaj­dował gościnę u życz­liwych ludzi, a takich u nas prze­cież nie brakuje. Był pan Kamas wiel­kim bojow­nikiem o ochronę śro­dowi­ska natu­ralnego (za­pewne także dlatego jeździł wóz­kiem elek­trycz­nym, a nie moto­cyklem czy moto­rowe­rem), a że jego wózek toczył się wolno i musiał mieć częste postoje, mógł pan Kamas wiele zoba­czyć i wiele usły­szeć. Kon­ser­wato­rzy przy­rody otrzy­mywali od niego listy, w których pisał im o od­krytych wspa­niałych oka­zach drzew, god­nych, aby je uznać za po­mniki przy­rody. Od­wie­dzał także i nasze mini­ster­stwo powia­da­miając o kilku zabyt­ko­wych ka­plicz­kach przy­droż­nych, które nale­żało poddać kon­serwa­cji, aby nie znisz­czyły ich zu­pełnie słoty i wiatry. W ten właśnie sposób po­znałem pana Ka­masa, a nawet — jak są­dzę — za­przy­jaźni­łem się z nim, bo wart był tej przy­jaźni, choćby ze względu na swoje wspa­niałe zainte­reso­wania.

Elek­tryczny wózek stał na Oślej Łące. Zna­czyło to, że gdzieś w po­bliżu musi znaj­dować się i jego właści­ciel.

Znowu więc zaczą­łem space­rować po ulicz­kach Don­key's Me­adow, aż wresz­cie za­uwa­żyłem barczy­stą syl­wetkę pana Ka­masa odzia­nego w spodnie wpusz­czone w dłu­gie buty, kracia­stą ko­szulę i ogromny tra­perski kape­lusz z opusz­czo­nymi kre­sami.

— Pan Samo­cho­dzik! Pan To­masz! — zawo­łał sze­roko otwie­rając ra­miona.

Uści­snęli­śmy się ser­decznie, uca­łowali­śmy głośno i kilka­krotnie.

— Czyżby i pana, panie Wie­sławie, przy­cią­gnęły uroki Oślej Łąki? — zapy­tałem, wska­zując mia­steczko na­miotów.

Pan Kamas z nie­chęcią obrzu­cił spoj­rze­niem i samo­chody, i całą Oślą Łąkę.

— Wy­brałem się w podróż Koper­nikow­skim szla­kiem, ale zbo­czyłem z niego, ponie­waż dowie­dzia­łem się, że gdzieś w tych stro­nach mieszka nie­zwykle intere­sujący czło­wiek, prze­zwi­skiem Win­netou. Jest to po­dobno zna­komity grafik, otrzy­mał nawet na­grodę pań­stwową I stop­nia. Rzucił jednak miasto, zbu­dował dom nad je­ziorem. Tam pracuje i żyje jak In­dianin. Jego pasją jest ochrona przy­rody. Posta­nowi­łem odna­leźć go i po­znać.

Uśmiechnąłem się.

— Być może jeszcze dziś, tutaj, pozna go pan osobi­ście.

— Skąd pan o tym wie?

— Wy­paliłem z nim fajkę pokoju, nazwał mnie swoim bratem. Bardzo proszę, gdy tu będzie, nie na­zywać mnie przy nim Panem Samo­cho­dzi­kiem, bo on bardzo nie lubi samo­cho­dów. Otrzy­małem od niego imię Szara Sowa.

Pan Kamas przyj­rzał mi się bacznie:

— A wie pan, że w tych dużych okula­rach ma pan coś z sowy? Jak pan sądzi, Szara Sowo, czy Win­netou zechce się i ze mną za­przy­jaźnić?

— Je­stem tego pewien. Już sam fakt, że podró­żuje elek­trycz­nym wóz­kiem, obudzi w nim dla pana sym­patię — a gdy dowie się, ja­kim to pan jest wę­drow­cem po szla­kach ojczy­stych i co pan zrobił dla ochrony przy­rody, serce przed panem otwo­rzy.

— I nada mi imię?

— To ja mogę zrobić nawet zaraz. Będzie się pan od dziś nazy­wał Wielki Bóbr. Mam prawo do nada­wania imion, ponie­waż je­stem bratem Win­netou.

— Wielki Bóbr? — zasta­nawiał się gło­śno.

— A może pan chce się na­zywać: traper Sępi Dziób? Albo Wie­sław Niedźwie­dzia Łapa? — zapy­tałem.

— Nie. Wolę być Wiel­kim Bo­brem. Bo tamte imiona brzmią zbyt pom­pa­tycznie.

Tak roz­ma­wiając, pode­szliśmy do elek­trycz­nego wózka i usie­dliśmy na skrzyni. W wiel­kim skrócie opo­wie­dzia­łem Wiel­kiemu Bo­browi o przy­czy­nach mego przy­jazdu do Zło­tego Rogu. Długo snułem opo­wieść o Win­netou i Mil­czącym Wilku, o zło­wro­gim Pur­taku i ptasz­nikach, o na­szych przy­godach, które dopro­wa­dziły nas aż tutaj, na Oślą Łąkę.

— Szkoda, że nigdy nie wi­dzia­łem Pinokia — wes­tchnął Wielki Bóbr. — Może mógł­bym okazać się po­ży­teczny przy jego poszu­kiwa­niu?

Opisa­łem mu wygląd Pinokia. Ale takich jak on — pstro­kato ubra­nych i długo­wło­sych — było tu mnó­stwo. Pinokia zresztą wi­dzia­łem także tylko prze­lotnie i trudno było wska­zać u niego jakaś cha­rakte­ry­styczną cechę.

Nagle Wielki Bóbr chytrze przy­mrużył oczy, aż jego ogo­rzałą twarz po­kryło mnó­stwo zmarszczek.

— Skoro ja nie znam Pinokia, to może byłoby z ko­rzyścią, aby to on mnie odszu­kał i poznał — rzekł.

— W jaki sposób?

— Prze­cież przybył tutaj, aby sprze­dać silnik i rzeczy skra­dzione Win­netou.

— No tak, ale...

— On mnie nie zna, nic o mnie nie wie, nie ma pojęcia, że ja spo­tkałem pana, a pan, Szara Sowo, jest przyja­cielem Win­netou. Swój wózek wpro­wadzę bliżej cen­trum osady i przy­czepię do niego ogło­szenie: „Kupię silnik do moto­rówki i inne rzeczy”.

— Wy­starczy „Kupię silnik”, bo to nie wzbu­dzi żad­nych podej­rzeń. Tu jest osada wcza­sowa, tego rodzaju trans­akcje są tu na miej­scu. Wcza­sowi­cze koń­czący urlop czasem sprze­dają moto­rówki i silniki.

— No, na wcza­sowi­cza ra­czej nie wyglą­dam — stwier­dził Wielki Bóbr.

— Ale wy­gląda pan na handla­rza — powie­dzia­łem.

Umó­wili­śmy się, że jeśli wpad­nie na trop, to znaczy jeśli Pino­kio za­uważy ogło­szenie i zapro­ponuje sprze­daż silnika, wów­czas Wielki Bóbr od­szuka mnie na „Moby Dicku”.

Poże­gnałem się i ruszy­łem w po­wrotną drogę do jachtu. Na ulicy Księ­życo­wej zoba­czyłem Miss Kapi­tan. Wy­cho­dziła z namio­ciku, który tu za­pewne rano usta­wiła. Obok na­miotu leżał bom z nawi­niętym żaglem ze „Swallowa”. Miss Kapi­tan podjęła bom, zarzu­ciła go na ra­mię i ruszyła w kie­runku jeziora. Sze­dłem przez chwilę za nią i stwier­dziłem, że skie­rowała się do na­miotu Pięk­nego Anto­nia i Noska, którzy pitrasili jakiś posiłek na ga­zowej ku­chence.

— No i co, idziemy pły­wać? — usły­szałem, jak za­pytała Pięk­nego Anto­nia.

Na­tych­miast odsta­wił ku­bek z kawą i zerwał się z miejsca, gotów towa­rzyszyć pięknej pani.

Mijając ich, ukło­niłem się Miss Kapi­tan, która pogro­ziła mi palcem:

— Cze­kałam wczo­raj na bindu­dze. Ale pan, jak wi­dzę, wolał inne towa­rzy­stwo na Oślej Łące — powie­działa.

Piękny Anto­nio rzucił mi wrogie spoj­rzenie.

— Jezus Maria, wciąż ten sam facet — mruk­nął po­nuro. — Panie, zabrał mi pan już jedną dziew­czynę. Mało panu tamtej?

— A co, Szara Sowa zabrał panu dziew­czynę? — roze­śmiała się Miss Kapi­tan.

— No, w pew­nym sensie... — od­rzekł Piękny Anto­nio — ale mam na­dzieję, że pani mi już nie za­bierze.

Skło­niłem się Miss Kapi­tan:

— Nie mo­głem przyjść na bin­dugę, ponie­waż temu panu skra­dziono silnik, a mo­jemu przyja­cielowi wiele zabyt­ko­wych indiań­skich przed­miotów. Zaj­mo­wałem się po­szuki­wa­niem zło­dziei.

— I znalazł pan?

— Nie.

— Szkoda, że nie popły­wali­śmy na „Swallowie”. A te­raz, nie­stety, jestem już umó­wiona z pa­nem Anto­niem.

— Czyżby pan Anto­nio zrezy­gnował z po­szuki­wania zło­dziei silnika? — za­pyta­łem iro­nicznie.

Wzru­szył ramio­nami:

— Pan Nosek tym się zajmie. Zresztą, co to pana obcho­dzi?

— Słusz­nie — skiną­łem głową i poma­szero­wałem w swoją stronę. A oni, Piękny Anto­nio i Miss Kapi­tan, poszli do „Swallowa”, który stał nie opodal „Moby Dicka”.

 


ROZDZIAŁ SZESNASTY [top]

GDZIE JEST WINNETOU? • „PIĄTE KOŁO U WOZU” • DOKĄD POSZŁA MISS KAPITAN? • CZYM SIĘ ZAJMOWAŁ PROROK? • PODSŁUCHANA ROZMOWA • TALIE ZNACZONYCH KART • KIEDY ZJAWI SIĘ PINOKIO? • CO SIĘ DZIAŁO W OBOZIE PTASZNIKÓW? • ZNOWU OKŁAMUJĘ MILADY • WYZNANIE SOSNOWEJ IGIEŁKI • CZY POWRÓCĘ KIEDYŚ NAD JEZIORO? • KTO NIE ROZUMIE SKWAW?

 

Obu­dził mnie chłód wie­czoru i śmie­chy dziew­częce. So­snowa Igiełka i Krwawa Mary powró­ciły ze spaceru po Don­key's Me­adow i dzieliły się wraże­niami. Space­rowały trzy go­dziny, gdy ja drze­małem w ka­binie jachtu. Obej­rzały całą osadę, jadły kiełba­ski z rożna, opę­dzały się od propo­zycji pływa­nia na kaja­kach, ża­glów­kach, moto­rów­kach. Od­wie­dziły nawet Pro­roka — bo tak na Oślej Łące nazy­wano broda­cza, który za sto złotych gotów był udzie­lić lek­cji jo­gizmu — i wy­słu­chały jego kolej­nego „wy­kładu” o za­gładzie ga­tunku ludz­kiego. Zna­komi­cie się bawiły, bo Krwawa Mary uda­wała lady, a So­snowa Igiełka zgry­wała się na Ka­ram­puka. Po­dobno zostały zacze­pione przez dwóch Fran­cuzów, a gdy się oka­zało, że So­snowa Igiełka świet­nie mówi po francu­sku, oby­dwaj cudzo­ziemcy tak się nią za­chwy­cili, że zapro­pono­wali jej wyjazd do Francji.

— Sły­szy pan, Szara Sowo? — po­trząsała mną Krwawa Mary, bo uda­wałem, że nadal śpię. — Fran­cuzi chcą porwać milady, która klepała ich po plecach i spra­wiała wraże­nie do­brego kumpla. I co pan na to?

— To straszne — stwier­dziłem.

— Prze­raziła pana myśl, że chcą porwać milady?

— Ach, nie o to chodzi. Zlą­kłem się, że So­snowa Igiełka i mnie będzie klepać po ple­cach. Bardzo tego nie lu­bię.

Wie­czór był ci­chy, po­godny, woda ciepła. Wiatr ustał zupeł­nie, obwi­sły ża­gle na jach­tach. Wi­dzia­łem, jak Miss Kapi­tan i Piękny Anto­nio wracali do brzegu, popy­chając paga­jami „Swallowa”, który nie miał ani odro­biny wiatru w ża­glach. Na je­ziorze szaleli nato­miast moto­rowod­niacy, bez prze­rwy ryczały silniki.

Nasze panie przy­goto­wały kolację. Ja­dłem w mil­czeniu, wsłu­chany w hałas silni­ków na jezio­rze i pogwar setek apara­tów ra­dio­wych, docho­dzący od strony osady na­mioto­wej. Gdzieś tam — w ulicz­kach Oślej Łąki — być może właśnie teraz Pino­kio usiło­wał sprze­dać komuś silnik i rzeczy Win­netou. Myśl o tym nie dawała mi spo­koju.

— Dla­czego Win­netou nie dał do tej pory żad­nego znaku życia? — ode­zwa­łem się do dziew­cząt. — Może coś przy­krego spo­tkało go w Sol­niku?

— A chcia­łam zostać razem z nim — wy­buch­nęła żalem Krwawa Mary.

— Skwaw po­winny sie­dzieć w wi­gwa­mie — powie­dzia­łem to­nem Win­netou.

— No tak, oczy­wiście — ironi­zowała Krwawa Mary — ale nie­chby tylko która skwaw chciała prze­kro­czyć progi jego wi­gwamu...

— O, prze­pra­szam, ja tam byłam — ode­zwała się milady.

— Wiem o tym — powie­działa ze zło­ścią Krwawa Mary. — Dla­tego właśnie posta­nowi­łam stać się lady. Ale czy to po­może? Żeby mu się spodo­bać, powin­nam gorzej od niego strzelać, pły­wać i w ogóle wszystko ro­bić go­rzej. Ale wów­czas znie­nawi­dziła­bym siebie.

— Nie w tym rzecz — pokrę­ciłem głową. — Win­netou przeżył jakąś tajem­niczą historię, która uczy­niła go nieuf­nym wobec skwaw.

— Na­prawdę? — za­intere­sowała się Krwawa Mary, bo nie ma dla kobiety ni­czego bar­dziej pasjo­nują­cego niż czyjaś tajem­nica.

Milady popa­trzyła mi w oczy:

— Miss Kapi­tan?... — zapy­tała ci­cho.

Z po­dzi­wem popa­trzyłem na So­snową Igiełkę:

— Ma pani dużo intuicji. A to świad­czy, że jest pani praw­dziwą kobietą, a nie górą lodową.

Milady zaci­snęła usta, do­tknięta przy­po­mnie­niem opinii, jaką wygła­szał o niej Piękny Anto­nio.

— To nie in­tuicja, Szara Sowo — rzekła chłodno. — Wi­dzia­łam, że on nie chciał rato­wać „Swallowa”. A to jest czło­wiek, który zazwy­czaj na pewno postę­puje inaczej. A co do tej „góry lodo­wej”, to może warto naresz­cie prze­stać już o tym mówić? Oka­zuje się, że także nie bu­dzę za­chwytu, jeśli zacho­wuję się ina­czej niż zwykle.

— Nikt nie nama­wiał pani do uda­wania Ka­ram­puka — stwier­dziłem ze zło­ścią, bo iryto­wało mnie wy­obra­żenie sceny, gdy milady pokle­puje kogoś po ple­cach i trąca go łok­ciem.

A po­tem doda­łem:

— Pani wie, milady, że Win­netou nie lubi Ka­rampu­ków.

— No to co z tego?

— Wiem, że pani intere­suje się nim. I jak mi się zdaje, z wza­jemno­ścią.

Nic nie odrze­kła. A ja po­dzię­kowa­łem za kolację. Z torby po­dróżnej wyją­łem czystą koszulę, prze­brałem się i z butami w ręku zesko­czyłem z jachtu na pły­ciznę.

— Wy­biera się pan na za­bawę? — za­pytała mnie Krwawa Mary. — Po­dobno na cen­tral­nym placu Oślej Łąki mają być dzisiaj tańce. Przy­najm­niej za­brałby pan So­snową Igiełkę. Ja mogę pozo­stać na jachcie.

— Na zabawę? — wzru­szyłem ramio­nami. — Wy­daje mi się, że nie po to tutaj przy­płynę­liśmy.

Chla­piąc głośno po wo­dzie prze­sze­dłem na brzeg i usia­dłem na pia­sku, aby wysu­szyć stopy. Po chwili obok mnie zjawiła się Krwawa Mary.

— Dla­czego pan za­czął doku­czać milady? Zo­stała z nami, bo my­ślała, że przyda się w wy­prawie. A pan traktuje ją jak piąte koło u wozu.

— Trak­tuję ją jak damę.

— Dla­tego nie chce być już lady. I to pana też gniewa, prawda? Niech ją pan zabie­rze na Oślą Łąkę.

— Nie mogę.

— Znowu pan powie, że to nie­bez­pieczna wy­prawa albo coś w tym rodzaju?

— Za­mie­rzam spotkać się z Miss Kapi­tan. Wiem, gdzie jest jej namiot. Chcę z nią po­roz­ma­wiać. Ona mnie intry­guje.

— Ach, tak? — powie­działa krótko.

Odej­ściu jej towa­rzy­szyło strasz­liwe chla­panie wody. Mu­siała być bardzo zła.

Wzu­łem buty i posze­dłem na ulicę Księ­życową. Zmartwiła mnie wia­do­mość, że So­snowa Igiełka źle się wśród nas czuje. Ale w tej chwili intere­sowała mnie przede wszystkim Miss Kapi­tan. Mę­czyło mnie podej­rzenie, które zro­dziło czyjeś pozor­nie nic nie zna­czące zdanie. Ktoś inny w ogóle nie zwró­ciłby na nie uwagi. Ale ja w nie­jednej już uczest­niczy­łem przy­godzie i mia­łem pod tym wzglę­dem słuch bardzo wy­czu­lony.

Zapa­dła noc. Płótna na­miotów prze­świe­tlone były lam­pami cam­pingo­wymi. Wcza­sowi­cze skoń­czyli kolację i po­woli ukła­dali się do snu. Ale na ulicz­kach wciąż roiło się od tury­stów, prze­ważnie mło­dzieży, która masze­rowała nad wodę, aby tam spędzić „ro­man­tyczny wie­czór” przy dźwięku gitar.

Miss Kapi­tan nie było na biwaku. Jej namiot zasta­łem za­sznu­rowany. Nie pły­wała, bo obok na­miotu leżał żagiel nawi­nięty na bom. Dosze­dłem do wnio­sku, że być może udała się na prze­chadzkę po osadzie i ru­szyłem wolno do cen­trum Don­key's Me­adow.

Tym razem miałem szczę­ście. Wkrótce za­uwa­żyłem Miss Kapi­tan, je­dzącą gorącą kiełba­skę przy stoisku z roż­nem. Już miałem zamiar podejść i roz­począć roz­mowę, ale coś mnie po­wstrzymało. Oto Miss Kapi­tan — ubrana w białe spodnie i białą żeglar­ską bluzę, co nada­wało jej nie­zwy­kłego szyku — nagle poszła wolno w drugi koniec osady. Idąc rozglą­dała się po na­mio­tach, jak gdyby kogoś wypa­trywała. Po­stano­wiłem prze­konać się, kogo też ona poszu­kuje na Oślej Łące.

Sze­dłem za nią w pew­nym odda­leniu, raz po raz cho­wając się za plecy prze­cho­dzą­cych. Nie podej­rze­wała zresztą, że jest śle­dzona, bo ani razu nie obej­rzała się za siebie. W swym białym odzie­niu, z piękną twarzą i w białej pe­ruczce na głowie budziła zainte­reso­wanie panów. Raz po raz ktoś się do niej uśmie­chał, zaga­dywał, lecz ona trakto­wała wszystkich z obojęt­nością, a na­wet niechę­cią. Widać było wyraź­nie, że nie szuka tu żad­nych no­wych znajo­mości.

Minęli­śmy elek­tryczny wózek Wiel­kiego Bobra. Wid­niał na niej karton z napi­sem Kupię silnik. W ka­binie siedział Wielki Bóbr i drze­mał. Prze­sze­dłem obok niego, a on mnie nie za­uważył.

Miss Kapi­tan przy­śpie­szyła kroku. I po­szła prosto do na­miotu Pro­roka, który już drze­mał, bo tylko jego bose i nieco brudne nogi wysta­wały z na­miotu.

— Hej, Prorok, obudź się! — zawo­łała Miss Kapi­tan, trąca­jąc gołe nogi czub­kiem swego panto­felka.

Bose stopy znik­nęły z pola widze­nia, a z na­miotu wyj­rzała kudłata głowa.

— O, Miss Kapi­tan! — ucie­szył się. — Pino­kio mówił mi, że zamie­rzasz przy­płynąć na Oślą Łąkę, ale nie sądzi­łem, że zrobisz to tak szybko. Cią­gnie cię w te strony, co?

— Ty także co roku tutaj namiot rozbi­jasz. Sły­szałam, że udzie­lasz lekcji jogi­zmu. To prawda?

— Po sto złotych od lek­cji.

— I masz chęt­nych?

— Wejdź do na­miotu, poroz­ma­wiamy — za­propo­nował Prorok, niknąc w na­miocie i robiąc miejsce dla Miss Kapi­tan.

Serce waliło mi mocno. Ten strzęp roz­mowy wy­star­czył, aby zo­riento­wać się, że nie­spo­dzie­wanie znala­złem się na tropie nie­zwykle intere­sującej sprawy. Miss Kapi­tan znała Pinokia, być może wi­działa się z nim w Złotym Rogu. „Je­stem Genek” wspo­minał No­skowi, że ja­kaś kobieta podsu­nęła Pino­kiowi myśl obra­bowa­nia wi­gwamu Win­netou. Czyżby tą ko­bietą była właśnie Miss Kapi­tan?

Prorok rów­nież znał Pinokia. Two­rzyli paczkę, która rok­rocznie w tę samą okolicę przy­bywała na wczasy. Może po­przez Pro­roka można będzie trafić do Pi­nokia?

Kil­koma susami znala­złem się na tyłach na­miotu. Było ciemno, nikt mnie nie wi­dział. Poło­żyłem się na ziemi i zaczą­łem pełznąć, aby znaleźć się pod wen­tyla­cyjnym okien­kiem i słyszeć dalszy ciąg roz­mowy tych dwojga.

Rap­tem o mało nie krzyk­nąłem. Moje ręce trafiły na nie­ru­chome ludzkie ciało.

— Psssst — usły­szałem szept.

Mimo ciem­ności rozpo­znałem Win­netou. I on także leżał na ty­łach na­miotu Pro­roka. Skąd się tu­taj wziął? Kto mu powie­dział, że przyj­dzie tu Miss Kapi­tan?

To nie była pora i miejsce na wyja­śnienia. Poło­żyłem się obok niego i podob­nie jak on wytę­żyłem słuch.

Miss Kapi­tan mówiła kpiąco do Pro­roka:

— Wy­gląda na to, że spo­rząd­niałeś. Na­prawdę żyjesz tu tylko z udzie­lania lekcji jogi­zmu?

— Mo­żesz wie­rzyć lub nie, ale to prawda. Za sku­pywa­nie skra­dzio­nych rzeczy w ubie­głym roku dosta­łem wyrok z za­wie­sze­niem i nie chcę, żeby mi się drugi raz noga powi­nęła. Lekcji nie mam za dużo, to fakt. Ale od czasu do czasu organi­zuję par­tyjki pokera, a ja, jak wiesz, mam szczę­ście w kartach.

— Szczę­ście? To się nie na­zywa szczę­ście, tylko szu­lerka, mój drogi.

— Wolę to niż paser­stwo — rzekł Prorok. — Dziś rano był u mnie Pino­kio i propo­nował mi kupno skra­dzio­nego silnika do moto­rówki i jakieś indiań­skie ciuchy. Powie­dzia­łem mu, żeby szukał innego frajera. Ja się w to nie bawię.

— Gdyby znowu się zjawił, przyślij go do mnie. Na in­diań­skie ciuchy znajdę klienta, a silnik to może tu sprze­dać bez trudu. Prze­cho­dząc wi­dzia­łam ogło­szenie umo­cowane na elek­trycz­nym wózku, że jego właści­ciel chce kupić silnik. Ale może Pino­kio już się tu więcej nie po­każe?

— Przyj­dzie. Nie jutro, to po­jutrze. Silnik i te ciu­chy ma scho­wane w ja­kiejś kry­jówce. Musiał pójść do swojej bandy w lesie. Oni łowią ptaki, rozu­miesz?

— Wiem.

— A to­bie jak się wie­dzie? Obie­całaś w ubie­głym roku, że mnie zabie­rzesz w rejs po Mazu­rach i nic z tego nie wyszło.

— Na taki rejs trzeba mieć pienią­dze. Na dziko już nie wolno biwa­kować, a za miejsce na cam­pin­gach trzeba płacić. No i trzeba mieć coś do jedze­nia, chyba sam rozu­miesz. Przyje­chałam tutaj bez pienię­dzy, my­ślałam, że tro­chę ich wydo­będę od pew­nego faceta. Ale nic z tego nie wyszło.

— Masz coś na oku?

— Za­kochał się we mnie facet z War­szawy. Ten, któ­remu Pino­kio ukradł moto­rówkę. Przyje­chał tu dzisiaj swoim samo­cho­dem.

— Trzeba ostrzec Pinokia...

— Coś ty. Ten czło­wiek to głupiec. Można by mu sprze­dać jego własny silnik. Chce się ze mną wybrać w rejs moim jach­tem. No cóż, może nie będę miała innego wyjścia.

— Ma pienią­dze?

— Żebyś widział jego wóz! Ekstra­klasa. Nowy za­chod­nio­nie­miecki passat.

— To znaczy, że jest bogaty. Nie możesz zapro­sić go do mnie na karty?

— A po­dzielisz się wy­graną?

— Pół na pół.

— Słowo?

— Słowo honoru — przy­sięgał Prorok, jakby rze­czywi­ście był czło­wie­kiem honoru.

— Do­brze — powie­działa. — Mogę tu go spro­wadzić jeszcze tej nocy. Masz w na­miocie jakieś światło?

— Są świece. To lep­sze niż lampa cam­pin­gowa, bo nie za­uważy, że karty są zna­czone. Lecz jeśli on zechce grać swoimi kartami?

— Nie wydaje mi się, żeby woził ze sobą karty. A zresztą, daj mi teraz zna­czoną talię. Za­gramy „moimi”, co nie obudzi jego podej­rzeń.

I Pro­rok dał chyba Miss Kapi­tan ta­lię zna­czo­nych kart, bo po chwili powie­działa „Cześć” i wy­szła z na­miotu.

Win­netou dotknął mojego ramie­nia. Zro­zu­miałem, że mamy się wy­cofać ze swoich stano­wisk.

Ostrożnie wyśli­znęli­śmy się poza obręb osady na­mioto­wej i przy­stanęli­śmy dopiero nad je­ziorem. Mimo ciem­ności na brzegu było gwarno i rojno, brzę­czały gitary i radia tranzy­sto­rowe. A na wodzie wciąż jeszcze buszo­wały moto­rówki.

— Nie­po­koiłem się już o mo­jego brata — ode­zwa­łem się. — Nie było go dłużej, niż prze­widy­wałem. Czy ptasz­nicy zwinęli swoje stano­wisko, zgod­nie z przy­rzecze­niem?

— Win­netou czekał na przy­jazd pedlara z War­szawy. A ten zjawił się do­piero w połu­dnie. Zapi­sałem numer jego wozu i powia­domię ko­mendę sto­łeczną. Gdy odje­chał pustym samo­cho­dem, a banda ptasz­ników zaczęła likwi­dować swoje obo­zowi­sko, nie­spo­dzie­wanie przybył Pino­kio. Przy­szedł z Oślej Łąki, bo lę­kał się, że Rudy i „Je­stem Genek” nie rozli­czą się z nim z pienię­dzy otrzy­ma­nych od pe­dlara. Był przera­żony, kiedy mu powie­dzieli o naszej wizy­cie i poka­zali poła­mane klatki. Ogar­nął go także strach na wia­do­mość, że mamy do­wody osobi­ste dwóch ptasz­ników. Uznał ich za spalo­nych i posta­nowił nie wta­jemni­czać w swoje dalsze plany. Dora­dził im, aby poszli do Zło­tego Rogu i posta­rali się w mili­cji wszystkie grze­szki zwalić na niego, jedno­cześnie tłuma­cząc się, że nie znają ani jego praw­dzi­wego nazwi­ska, ani adresu, bo spo­tkali go przy­pad­kowo na wcza­sach. On zaś, Pino­kio, nie da się złapać. Sprzeda skra­dzione rzeczy, ulotni się stąd i już w War­szawie po­dzieli się z nimi pie­niędzmi. Banda zdecy­dowała jednak prze­sie­dzieć w Sol­niku jeszcze jeden dzień, a wraz z nimi pozo­stał także Pino­kio. Był głodny, a oni mieli zapasy kon­serw. W roz­mowie ptasz­ników kilka­krotnie padło nazwi­sko: Prorok. Win­netou jeszcze w ubie­głym roku słyszał o Pro­roku, który w każde lato odwie­dza Oślą Łąkę i han­dluje skra­dzio­nymi rze­czami. Przy­sze­dłem tutaj z na­dzieją, że prę­dzej czy później Pino­kio ze­chce skon­takto­wać się z Pro­rokiem, aby sprze­dać skra­dzione rzeczy. Odna­lazłem jego namiot i za­cząłem go ob­ser­wować. A po­tem zjawiła się Miss Kapi­tan i mój brat Szara Sowa.

— Je­stem pewien, że to Miss Kapi­tan za­chęciła Pinokia do ob­rabo­wania wi­gwamu Win­netou.

— I ja tak są­dzę. Ona zdolna jest do naj­więk­szej podło­ści.

W mil­czeniu ruszy­liśmy do jachtu. Krwawa Mary sie­działa na da­chu kabiny i słu­chała śpie­wów, które od Oślej Łąki niosła tutaj woda.

— Wi­tam białą skwaw o imie­niu Krwawa Mary — po­witał ją wesoło Win­netou, wska­kując zręcz­nie do kokpitu.

— Na imię mam Maria — odrze­kła wynio­śle, to­nem milady. — Czy jest pan głodny?

— Od wczo­raj nic w ustach nie miałem...

— No jasne! Naj­pierw jada się woło­winę z puszek i zupki w proszku. A te­raz w ogóle nastała prze­rwa w jedze­niu. Przy takim trybie życia wkrótce pan zacho­ruje. Ciągle pan zapo­mina, że nie jest pan jednak ani praw­dzi­wym Win­netou, ani nie żyje na kartach książek Karola Maya, w któ­rych bohate­rowie nie choro­wali na żołą­dek, a rany leczyli indiań­skimi ziołami.

Zerk­nąłem do ka­biny, rozej­rzałem się po jezio­rze.

— Gdzie jest milady? Po­szła na spacer do osady? — za­pyta­łem po chwili.

— Nie, Szara Sowo. Odje­chała. To znaczy poszła do au­tobusu.

— Dla­czego? Co się stało tej skwaw? — zdu­miał się Win­netou.

— Ostrzegałam Szarą Sowę, że So­snowa Igiełka czuje się tu jak piąte koło u wozu. Trak­tujecie ją jak małe dziecko, które wciąż wy­maga opieki. A tak na­prawdę to ża­den z was nie intere­suje się nią na serio.

Wsko­czyłem na pły­ciznę i chla­piąc popę­dziłem do brzegu. Nie tracąc czasu na wkła­danie butów, na bo­saka pobie­głem do wioski.

Pędzi­łem jak mara­toń­czyk i So­snową Igiełkę dopa­dłem na roz­staju dróg przed ko­ścio­łem. Elisa­beth stała obok słupa ze zna­kiem PKS i medy­towała przed rozkła­dem jazdy. Jakiś łobuz uderzył kamie­niem w żółtą ta­bliczkę, farba tu i ówdzie odpa­dła, co nie po­zwa­lało zo­riento­wać się w ter­minach przy­jazdu i od­jazdu auto­busów.

— Mi­lady, co pani wy­prawia? — za­woła­łem.

— Nie nazy­wam się milady. Na imię mi Eliza — powie­działa. — A poza tym je­stem górą lodową.

— Co pani wyga­duje? Czy ktoś z nas wyrzą­dził pani jakąś przy­krość? Dla­czego pani chce nas opuścić?

— Mam swoje po­wody.

Zerk­nąłem na po­obijaną ta­bliczkę z roz­kładem jazdy.

— I tak pani dziś nie odje­dzie. Infor­mo­wałem się i powie­dziano mi, że o tej porze nie od­chodzi stąd żaden auto­bus. Proszę wracać na „Moby Dicka”. Jutro podej­mie pani wła­ściwą decyzję.

Spoj­rzała na ta­bliczkę, prze­stąpiła z nogi na nogę, nie mogąc zdecy­dować się, czy mnie posłu­chać.

— No cóż — wes­tchnęła — chyba jednak prze­nocuję na „Moby Dicku”...

Jakiś czas szliśmy obok siebie nie roz­ma­wiając. Wresz­cie skręci­liśmy na rozjeż­dżoną kołami samo­cho­dów łąkę, a wtedy drogę rozja­śniły silne światła re­flekto­rów i minął nas auto­bus PKS. Zmie­rzał do przy­stanku, na któ­rym przed nie­daw­nym czasem stała lady Elisa­beth.

— Pan mnie znowu oszukał.

— Yhm... — chrząknąłem zakło­potany, bo to była prawda. — Wy­korzy­stałem fakt, że rozkład jazdy był nie­czy­telny.

— I znowu, być może, będzie pan tego żało­wał — powie­działa po chwili.

— Lady Elisa­beth — zabra­łem głos z wielką po­wagą. — Wła­ściwie o co pani chodzi? I ja, i mój przyja­ciel Win­netou trakto­wali­śmy panią, jak traktuje się damę. Rów­nież i Krwawa Mary, choć z po­czątku pani doku­czała, to prze­cież ostat­nio, jak gdyby nabrała do pani sym­patii.

Pokrę­ciła głową w za­myśle­niu:

— Nie wiem, Szara Sowo, czy potra­fię panu wyja­śnić moje uczucie. Mam duży żal do pana. Już raz oszukał mnie pan, gdy szłam do au­tobusu w Złotym Rogu. Sądzi­łam, że zrobił to pan dlatego, abym pozo­stała z panem. A po­tem oka­zało się, że pan żałuje swego po­stępku. Mimo to jed­nak ukry­łam się w jachcie, gdy wyru­szali­ście na wy­prawę. Sądzi­łam, że okażę się wam po­mocna. Nie­stety, dosta­łam się do niewoli ptasz­ników i wyma­gałam opieki Krwa­wej Mary i waszej. A już najbar­dziej gnie­wało mnie to, że bez prze­rwy myśli­cie o Miss Kapi­tan. Co w niej takiego, czego nie ma we mnie, że taki głupi Anto­nio pole­ciał za nią jak wariat, a i pan poszedł jej szukać w osa­dzie?...

Złapa­łem się za głowę:

— Mi­lady, moje zainte­reso­wanie Miss Kapi­tan jest czysto, że tak po­wiem, służ­bowe.

— O tak — przy­taknęła z iro­nią.

— Lady Elisa­beth — oświadczyłem — my­ślę, że nigdy nie zrozu­miem żadnej kobiety.

Byli­śmy już nad brze­giem jeziora, w po­bliżu „Moby Dicka”. So­snowa Igiełka za­trzy­mała się i poło­żyła mi dłoń na ramie­niu.

— Szara Sowo — rzekła niemal niedo­sły­szalnie — czy nie pora stać się doro­słym?

Być może chciała powie­dzieć jeszcze coś więcej, ale za na­szymi ple­cami pojawił się Win­netou.

— Blade twarze, Piękny Anto­nio i Nosek, grają w karty w namio­cie Pro­roka — poin­for­mował mnie.

Przy­witał się z So­snową Igiełką i w trójkę poma­szero­wali­śmy przez płyci­znę na jacht. Win­netou zjadł kolację, Krwawa Mary poczę­stowała nas mocną herbatą.

Ośla Łąka powoli zasy­piała, cichły wrza­ski i śpiewy nad je­ziorem. Coraz rza­dziej brzę­czały także moto­rówki na wo­dzie. Krwawa Mary i mi­lady przy­goto­wały sobie miejsca do snu w ka­binie, a dla nas w kokpi­cie. Ale nie chciało nam się spać. Noc była ciepła, nawet bardzo parna. Mimo powie­trza peł­nego spalin, mimo rozla­nej wokoło wody z tłu­stymi pla­mami oliwy, coraz moc­niejszy stawał się za­pach jeziora, wodo­rostów, trzciny, za któ­rym tę­skni każdy miesz­kaniec miasta. Zaczął działać urok nocy spę­dzanej na jachcie i roz­wią­zały się nasze języki. Mówi­liśmy o tym i owym, a po­tem ja zaczą­łem opo­wiadać o sobie i swo­jej pracy w pro­win­cjonal­nych muze­ach, i w Mi­nister­stwie Kul­tury i Sztuki. Wspomnia­łem nie­które ze swoich przy­gód, prze­żytych pod­czas poszu­kiwa­nia za­ginio­nych w czasie wojny zbio­rów muze­alnych, o walce z handla­rzami i prze­mytni­kami dzieł sztuki, o tro­pieniu fałsze­rzy i zło­dziei anty­ków. A gdy skoń­czyłem, Win­netou stwier­dził ze smut­kiem:

— Mam na­dzieję, że mój brat, Szara Sowa, poko­cha te okolice podob­nie jak Win­netou i zechce oddać swe serce wiel­kiej spra­wie ochrony przy­rody. Win­netou zaczął marzyć, że Szara Sowa wybu­duje sobie wi­gwam tuż obok mojego i odtąd oko Szarej Sowy będzie co­dzien­nie oglą­dać je­zioro i las. Ale ze słów Szarej Sowy zrozu­miałem, że poko­chał on na zawsze swoją pracę i zwią­zane z nią przy­gody. Szara Sowa po­trzebny jest dla spraw ochrony za­bytków, tak jak Win­netou po­trzebny jest tutaj, aby chronić po­mniki przy­rody. Wiem, że Szara Sowa wkrótce stąd odej­dzie, ale wiem także, iż zatę­skni za Złotym Ro­giem. I wróci wtedy do Win­netou.

— Howgh — po­wie­dzia­łem uro­czyście — przy­sięgam, że tutaj po­wrócę.

— Ja także chcia­łabym tutaj kiedyś powró­cić — ode­zwała się So­snowa Igiełka.

Ale gdy zaczęła nam opo­wiadać o sobie i o swej pracy, stało się dla nas ja­sne, że słowa jej nie znaj­dują pokry­cia. Gdy odej­dzie stąd, za­pewne wkrótce za­pomni o Zło­tym Rogu i dziw­nym czło­wieku prze­zwi­skiem Win­netou.

Od trzech lat pra­cowała jako tłu­maczka w Mi­nister­stwie Spraw Zagra­nicz­nych. Miała wielkie zdol­ności języ­kowe, kursy języ­ków francu­skiego i an­giel­skiego ukoń­czyła z odzna­cze­niami i nagro­dami w postaci sty­pen­diów zagra­nicz­nych. Jako sty­pen­dystka prze­bywała dość długo w An­glii i we Francji. Gdy podjęła pracę, coraz czę­ściej uczest­niczyła w róż­nych po­waż­nych roz­mo­wach dyplo­ma­tycz­nych na bar­dzo wyso­kim szcze­blu. Jej zdol­ność do ję­zyków, a także niena­ganne ma­niery świet­nie od­powia­dały cha­rakte­rowi pracy — piloto­wała delega­cje za­gra­nicz­nych parla­menta­rzy­stów, zda­rzyło się jej także wyjeż­dżać na Zachód w roli tłu­maczki. Tryb życia, jaki prowa­dziła, jakże był różny od tego, który uko­chał Win­netou, a na­wet ja, skromny urzęd­nik Mini­ster­stwa Kul­tury i Sztuki. Wprawdzie i ona była tylko zwykłą tłu­maczką, lecz prze­cież miała zupeł­nie inny rodzaj pracy i obra­cała się w zu­pełnie innym środo­wisku. Ja — żyłem wśród staroci, muze­alnych ekspo­natów i anty­ków, ona — niemal co ty­dzień wspa­niałym samo­cho­dem jechała na mię­dzyna­rodowe lotni­sko, aby tłuma­czyć słowa powi­tań lub poże­gnań wiel­kich mężów stanu. Tylko zwykły przy­padek spro­wadził ją do Zło­tego Rogu i zetknął z nami.

Dla­tego może Krwawa Mary nic nam nie opo­wie­działa o so­bie. Bo o czym zresztą miała mówić? Każdy dosko­nale wy­obrażał sobie pracę kie­row­niczki ka­wiarni w ma­łej wiosce wcza­sowej, gdzie tylko latem życie tętni szyb­szym ryt­mem. Jej pa­sją był las, polo­wania. Za­pewne wiele mo­głaby nam opo­wie­dzieć o dziw­nych zwy­czajach róż­nych leśnych zwie­rząt, o ich pod­cho­dzeniu, o przy­godach na po­lowa­niach. Ale mil­czała, zdając sobie sprawę, że mo­głaby wy­wołać dysku­sję z Win­netou na te­mat jej sztu­cera z lunetą. Wolała nie wszczynać z nim sporów. Przy­słu­chi­wała się roz­mowie, a ja wi­dzia­łem jej oczy wpa­trzone w twarz Win­netou. O czym my­ślała? Może o jego pustym wi­gwa­mie, o zup­kach z puszek, które sobie przy­rządzał, a po­tem za­siadał przy stole i przy kopcą­cej lampie nafto­wej ry­sował posta­cie wal­czą­cych Indian.

— Być może na­prawdę tu kie­dyś powró­cicie — ode­zwała się z gory­czą. — Zjawi­cie się, jak Mil­czący Wilk, na dwa, trzy tygo­dnie, aby za­chły­snąć się świe­żym powie­trzem, zapa­chem jeziora i lasu. Potem je­sienne liście zasypią wasze ślady. A po ukry­tych pod śnie­giem ścież­kach leśnych, po zamar­znię­tym je­ziorze cho­dzić będzie tylko Win­netou. W jego pa­mięci wasze twarze pozo­staną wciąż żywe, pod­czas gdy wspo­mnie­nie o nim zblak­nie w was pod nawałą no­wych wrażeń i spraw. Ale czy wy wiecie, jak smutny i długi jest wie­czór, gdy noc zapada już o czwartej, a wiatr, zaci­nając śnie­giem lub desz­czem, napiera na ściany domu, las zaś huczy wkoło jak morze?

— Win­netou na­uczył się roz­ma­wiać sam z sobą — powie­dział mój przyja­ciel. A potem dodał: — Ro­zu­miem słowa Krwa­wej Mary i dlatego nie dziwię się, że chce opuścić Złoty Róg i za­miesz­kać w ka­mien­nych wi­gwa­mach bla­dych twarzy.

— Nigdy stąd nie odejdę — za­wołała Krwawa Mary i opu­ściła kabinę jachtu.

Win­netou popa­trzył ze zdu­mie­niem to na mnie, to na milady. So­snowa Igiełka osten­tacyj­nie wes­tchnęła:

— Coś mi się zdaje, że oby­dwaj pano­wie na­prawdę nic a nic nie rozu­mieją skwaw...

 


ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY [top]

GDZIE JEST MISS KAPITAN? • KTO KUPI WYSPĘ NA ŚNIARDWACH? • MISS KAPITAN WYPROWADZA NAS W POLE • KAPITAN MILICJI ODBIERA „SKALPY” • NIEOCZEKIWANA KLĘSKA PURTAKA • LIST OD WIELKIEGO BOBRA • JAK SCHWYTAĆ ZŁODZIEJA? • PODROŻ NA DNIE SKRZYNI • ILE KOSZTUJE SILNIK? • PINOKIO W PUŁAPCEW POGONI ZA „SWALLOWEM”

 

Ranek wstał prze­piękny — sło­neczny, bez­wietrzny. Dzień zapo­wiadał się nie­zwykle upalnie.

Przy­rządzi­liśmy śniada­nie na „Moby Dicku”, a po­tem wraz z Win­netou pod­kra­dłem się w naj­bliższe są­siedz­two na­miotu Pro­roka, aby obser­wować, czy nie pojawi się Pi­nokio. Nie­stety, ptasz­nika nigdzie nie było widać. Prorok spał w swoim namio­cie, od­rabia­jąc za­legło­ści noc­nych godzin, spę­dzo­nych przy kartach. Tak samo zasznu­rowany był namiot Miss Kapi­tan. Rów­nież Piękny Anto­nio oraz Nosek aż do połu­dnia nie wy­ściubili głów ze swo­jego na­miotu.

Idąc przez osadę dwu­krotnie miną­łem wózek Wiel­kiego Bobra, ale nie pod­cho­dziłem do niego, aby nikt nie spo­strzegł, że się znamy. Wie­dzia­łem, że jeśli Pino­kio zgłosi się, Wielki Bóbr da mi znać i zdą­żymy przed­się­wziąć odpo­wied­nie kroki.

W Don­key's Me­adow już od wcze­snych godzin poran­nych trwał ruch, podno­siła się wrzawa gło­sów ludz­kich i apara­tów ra­dio­wych. Po je­ziorze śmi­gały moto­rówki, żegla­rze snuli się sennie na brzegu, ponie­waż wiatr był bardzo słaby. Wkrótce skąpa trawa nad wodą pokryta została różno­kolo­ro­wymi kocami i mate­racami, na któ­rych leżały obna­żone ciała ludzkie. Także i nasze obie panie opalały się na dachu kabiny jachtu. So­snowa Igiełka już nie wspo­minała o wy­jeździe. Zbrod­nią byłoby zresztą decy­dować się na podróż w tak piękny dzień.

Około dwuna­stej w połu­dnie wy­szedł ze swego na­miotu Piękny Anto­nio, a później Nosek. Zbu­dzili się chyba w fa­talnych humo­rach, bo za­miast wziąć się do śniada­nia, rozpo­częli kłótnię. Nie słysze­liśmy ich głosów, ale z na­szego jachtu widać było, jak gniew­nie wyma­chują rękami. Do bójki nie do­szło. Nosek jednak spako­wał swoje rzeczy i z torbą w ręku, wciąż gniew­nie wyma­chując rękami — po­szedł na przy­stanek auto­bu­sowy. Nie­trudno było się domy­ślić, że Prorok ograł ich wczo­raj w karty i obaj pano­wie wza­jemnie oskar­żali się o prze­graną. Piękny Anto­nio po­siadał za­pewne jakieś re­zerwy na ksią­żeczce PKO, ale No­sek — skromny in­struk­tor kultu­ralno-oświatowy — bole­śnie od­czuwał prze­graną i zdecy­dował powró­cić do Zło­tego Rogu.

Około połu­dnia zerwał się sil­niejszy wiate­rek, zabie­liły się na je­ziorze trój­kąty żagli. Pod­nio­słem do oczu lor­netkę i przez jakiś czas z cieka­wością starego żegla­rza ob­ser­wo­wałem pły­wające po wo­dzie łajby. Nagle poda­łem lor­netkę Win­netou:

— Czy to nie „Swallow” płynie wzdłuż brzegu?

— Tak. To „Swallow” — przy­taknął Win­netou. — Wła­śnie dobija do małego półwy­spu. Wy­daje mi się, że oprócz Miss Kapi­tan ktoś jeszcze jest na jachcie.

Jed­nym sło­wem — po­szka­piliśmy sprawę. Wi­dzieli­śmy zasznu­rowany namiot Miss Kapi­tan i byli­śmy prze­konani, że śpi ona po nocy spę­dzonej na grze w karty. A tym­czasem kto wie, od kiedy buszo­wała na je­ziorze.

— Może pływa z Pro­rokiem? — ode­zwa­łem się.

— Sły­szałem chra­panie docho­dzące z na­miotu Pro­roka. A skoro Piękny Anto­nio je śniada­nie przed swoim na­miotem, to znaczy, że Miss Kapi­tan ma tutaj jeszcze kogoś znajo­mego.

Oczy­wiście, przy­szedł nam na myśl Pino­kio. Czyżby zdołał się już skon­takto­wać z Proro­kiem i z Miss Kapi­tan?

„Swallow” dobił do półwy­spu. Ten ktoś chyba wysko­czył na brzeg.

— Teraz Miss Kapi­tan znowu płynie w na­szą stronę. Sama. — infor­mował Win­netou, obser­wując przez szkła daleki jacht. — Nale­żało bez prze­rwy obser­wować na­mioty Pro­roka i Miss Kapi­tan. A tym­czasem zado­wolili­śmy się prze­kona­niem, że i ona śpi po nocy spę­dzonej przy kartach, po­dobnie jak Nosek i Piękny Anto­nio.

Ale nie miało sensu robie­nie so­bie wy­rzutów z tego po­wodu. „Swallow” dobił do brzegu, Miss Kapi­tan za­cumo­wała go i wyszła na ląd kieru­jąc się do na­miotu Pięk­nego Anto­nia.

Po chwili roz­pro­mie­niony Anto­nio już szedł z Miss Kapi­tan na „Swallowa”, aby popły­wać po jezio­rze.

— Niech mój brat, Win­netou, obser­wuje przez lor­netkę „Swallowa” — powie­dzia­łem — a ja pójdę zerk­nąć na Pro­roka.

Wkrótce prze­kona­łem się, że Prorok już nie śpi. Tkwił przed swym na­miotem w po­zycji lotosu i prawił kazanie gro­madce mło­dych gola­sów. Usia­dłem na ziemi nie opodal Pro­roka, udając, że rów­nież zainte­reso­wało mnie jego prze­mó­wienie.

— Cy­wiliza­cja i rozwi­jający się prze­mysł — głosił Prorok — jest wro­giem ludz­kości i przy­szłych poko­leń. Czy wiecie, że wkrótce na ziemi za­braknie ropy nafto­wej, żelaza, węgla, cyny, miedzi, wy­cięte zostaną lasy i zatrute wszystkie wody? Wy­czyta­łem w gazecie, że pewien bogaty Anglik kupił wyspę na Pa­cyfiku i za­mierza na niej osiąść z gro­madką ludzi, którzy tak jak on nie­nawi­dzą cywili­zacji. Na tej wyspie nie bę­dzie wolno używać lodó­wek, silni­ków spali­no­wych... Ludzie będą żyli wolni od kło­potów zwią­zanych z na­prawą wadli­wie pracu­jących instala­cji wo­docią­go­wych i elek­trycz­nych. Nauki jogów są wspa­niałą rzeczą i sto złotych za lek­cję jo­gizmu nie wydaje mi się za wiele. Ale w głowie mojej zrodził się lep­szy pomysł. Oto mogli­byśmy złożyć się na kupno małej wy­sepki na je­ziorze Śniar­dwy i za­miesz­kać tam w okresie letnim. Byłaby to wy­spa mło­dzieży, gdzie nie mia­łyby wstępu cywili­zacja i tech­nika. W sa­motno­ści i od­osob­nieniu spę­dzili­byśmy tam czas na medy­tacjach.

— A czy pań­stwo zgodzi się ją sprze­dać? — zapytał któryś ze słu­chaczy.

— Zgo­dzi się — stwier­dził Prorok — trzeba tylko zebrać odpo­wied­nią sumę pienię­dzy. Oto jest skar­bonka. Od dziś będę w nią zbierał datki na kupno wyspy.

I po­stawił przed na­miotem gli­nianą skar­bonkę. Słu­chacze z za­intere­sowa­niem wysłu­chali no­wego pro­jektu Pro­roka, ale nikt nie kwapił się z dat­kiem. Może nie mieli zaufa­nia do Pro­roka, a może brako­wało im pie­niędzy?

A po­tem przy­szedł ktoś jeszcze. Z po­czątku nie wi­dzia­łem go, bo sta­nął za moimi ple­cami. Za­uwa­żyłem tylko, że Pro­rok trochę się za­niepo­koił i scho­wał skar­bonkę do na­miotu.

— Och, Widel­ski, Widel­ski — usły­szałem zna­jomy głos — kiedy ty się wresz­cie ustat­kujesz? Masz na karku wyrok w za­wie­szeniu i za­miast wziąć się do uczci­wej ro­boty, lu­dziom w gło­wie mącisz. A nie kupu­jesz nadal skra­dzio­nych rzeczy?

— Nie, panie władzo. Jak Boga ko­cham, że to mi się już nie zdarza. — Pro­rok wstał z miejsca i przy­jął ugrzecznioną po­stawę.

— A w karty nie gry­wasz na pie­niądze?

— Nie panie władzo. Już się to także mi nie zdarza. Utrzy­muję się z udzie­lania lekcji ćwi­czeń jogów. Sto złotych biorę za lek­cję.

— Znowu jakieś kolejne oszu­stwo, panie Prorok — po­wie­dział kapitan milicji, ten sam, którego po­znałem w domu Win­netou.

On też mnie poznał. Kiwnął głową w moim kie­runku i uśmiechnął się dys­kretnie. A po­tem zrobił surową minę i rzekł do Pro­roka:

— Pa­miętaj, przyja­cielu, że jeśli będę na cie­bie ja­kieś skargi, zosta­niesz za­mknięty do pudła. Wprawdzie nale­żałoby cię za­mknąć choćby za twoje głupie gada­nie, ale ponie­waż nikt cię na se­rio nie bierze, to ciesz się, że panuje u nas wol­ność słowa. Tylko pa­miętaj: z da­leka od kra­dzio­nych rzeczy i od kart, rozu­miesz?

— Tak jest, panie władzo — ukło­nił się Prorok.

Kapi­tan mru­gnął do mnie, żebym poszedł za nim, co też uczy­niłem. Był ubrany po cy­wil­nemu. Wy­gląda­liśmy więc jak dwaj wcza­sowi­cze, którzy wol­nym krocz­kiem space­rują po osadzie na­miotów.

Gdy zna­leźli­śmy się sam na sam w bocz­nej uliczce, przy­jazny uśmiech znik­nął z ust ka­pitana.

— Gdzie są skalpy? — za­pytał ostro.

— Jakie skalpy?

— Cho­dzi mi o skalpy, które zabra­liście chło­pakom w Sol­niku. Wzięli­ście im do­wody osobi­ste.

— Owszem — wyją­łem z kie­szeni dwa do­wody osobi­ste i odda­łem je kapita­nowi — ale chyba dowie­dział się pan, w ja­kiej to było sytu­acji?

— Wiem wszystko. Mimo to nie jestem za­chwy­cony faktem, że za­brali­ście komuś do­wody osobi­ste. Tego nikt poza milicją nie ma prawa robić.

— Sytu­acja była wyjąt­kowa. Nie mogli­śmy ptasz­ników zabrać na po­steru­nek, a z dru­giej strony nie chcieli­śmy, aby uciekli.

— Wy­star­czyło spisać dane perso­nalne. A poza tym, czy nie przy­szło wam do głowy, że taka dzia­łalność może przy­nieść więcej szkody niż po­żytku?

— O ja­kiej dzia­łalno­ści pan myśli?

— Otrzy­mali­śmy meldu­nek, że wła­mano się do domu Win­netou i skra­dziono mu in­diań­skie rzeczy. Rozu­miem, że roz­poczę­liście pogoń za zło­dzie­jami, bo do tego macie prawo. Ale gdy już wpa­dliście na trop prze­stęp­ców, nale­żało poro­zumieć się z nami. Czy pan wie, że w Sol­niku popsu­liście nam ważną akcję?

— Nie bardzo rozu­miem...

— A tak. Czy na­prawdę sądzi pan, że nie wie­dzieli­śmy o ban­dzie ptasz­ników, biwa­kującej w Sol­niku? Jest praw­dopo­dobne, że ta­kich band grasuje jeszcze kilka w róż­nych rejo­nach kraju. Nato­miast jeden jest han­dlarz, który jeździ od bandy do bandy i kupuje ptaki, a potem nimi han­dluje. Otóż zale­żało nam przede wszystkim na schwytaniu tego właśnie czło­wieka.

— Win­netou zapisał numer jego wozu.

— I co z tego? Od paru dni czeka­liśmy, aż han­dlarz przyje­dzie do Solnika po ptaki. I rze­czywi­ście przyje­chał. Ale ptaków nie za­brał, bo wypu­ścili­ście je na wol­ność. Gdy za­trzy­mali­śmy handla­rza w drodze po­wrotnej, li­cząc, że bę­dzie wiózł ptaki i schwytamy go na go­rącym uczynku, po­kazał nam pusty samo­chód. I wywi­nął się, bo ni­czego nie mo­żemy mu udo­wodnić.

— Ba, a skąd mogli­śmy o tym wie­dzieć?

— Po­wta­rzam więc, że gdy wpa­dliście na trop prze­stęp­ców, nale­żało poro­zumieć się z nami, a nie działać na wła­sną rękę. A co do ptasz­ników, infor­muję pana, że ta cała banda, z wy­jątkiem jed­nego o prze­zwisku Pino­kio, siedzi w aresz­cie w Złotym Rogu. Pod­czas wstęp­nego prze­słucha­nia opo­wie­dzieli o tym, jak poła­mali­ście klatki i zabra­liście im do­wody osobi­ste. A teraz chcę wie­dzieć, czy macie jakiś kon­kretny trop w spra­wie skra­dzio­nych rzeczy indiań­skich?

— Ukrył je gdzieś Pino­kio.

— To i my wiemy.

— Mam na­dzieję, że ptasz­nicy wy­znali wam, że to Purtak zachę­cił ich do prze­cięcia lin ko­twicz­nych w jach­tach na bindu­dze. Być może uda się także do­wieść Purta­kowi, że włamał się do radio­węzła i był ową Ligą do Walki z Hała­sem. Ukradł psa nadle­śni­czego, a chciał o wszystkie swoje prze­stęp­stwa oskar­żyć Win­netou.

— Pur­tak nie jest już kie­rowni­kiem ośrodka. Jakiś wcza­sowicz pod­niósł w fabryce taką wrzawę, że do Zło­tego Rogu zje­chała bły­ska­wicz­nie rada zakła­dowa przed­się­bior­stwa. Prze­prowa­dzono lustra­cję maga­zynów, stwier­dzono, że bra­kuje środ­ków żywno­ścio­wych, jednym sło­wem, Purtak popeł­nił go­spo­darcze nad­użycia. Oka­zało się także, iż człon­kowie rady zakła­dowej znają treść memo­riału, jaki Win­netou prze­słał do Urzędu Rady Mini­strów. I choć to może pana zdziwi, zga­dzają się z jego treścią. Robot­nicy też chcą ciszy nad je­ziorem i czy­stej wody do ką­pieli. Purtaka zwol­niono w try­bie dyscy­plinar­nym, czeka go do­cho­dzenie proku­rator­skie. A gdy upadek Purtaka stał się ogólnie wia­domy, na po­steru­nek zgłosili się in­struk­tor No­sek i sekre­tarka. Za­pewne chcąc rato­wać własną skórę opo­wie­dzieli, jak to Purtak zmusił ich do popeł­nienia prze­stęp­stwa. Purtak upozo­rował wła­manie do ra­diowę­zła i z po­mocą Noska i se­kre­tarki dwie lampy pod­rzucił do ło­dzi Win­netou. Nosek przy­znał się, że na roz­kaz Purtaka wy­malo­wał ta­blice z napi­sem Strefa Ciszy i potem razem z by­łym kie­rowni­kiem roz­stawił je w le­sie, a następ­nie udało im się namó­wić ptasz­ników do prze­cięcia lin od jach­tów na bindu­dze. Tak więc docho­dzenie proku­rator­skie prze­ciw Purta­kowi obej­muje nie tylko jego nad­użycia gospo­darcze, ale i upozo­rowane wła­manie, rzuce­nie fał­szy­wych oskar­żeń na Win­netou i wszystkie inne sprawki. Nie od rze­czy też wspo­mnieć, że wczo­raj mia­no­wano no­wego kie­row­nika ośrodka wcza­sów. Wydał mi się sen­sow­nym czło­wie­kiem. Zaka­zał rej­sów moto­rówką. Wolno będzie pływać tylko na ka­jakach, rowe­rach wod­nych oraz ża­glówką, którą przed­się­bior­stwo zamie­rza za­kupić i rozpo­cząć kursy żeglar­skie. Powie­dział mi także nowy kie­rownik, że pragnie spro­wadzić pla­styka, który zapro­jektuje domki cam­pin­gowe dosto­sowane do tu­tej­szego krajo­brazu. Ostat­nio sporo się na ten te­mat pi­sze w prasie i mówi przez radio.

— Pan Ru­dziński spełnił swoje przy­rzecze­nie... — szep­nąłem urado­wany.

— A któż to taki?

— Ro­botnik, który był na wcza­sach w Złotym Rogu. Spo­tkałem go w pierw­szy dzień po swoim przy­jeździe. Opo­wie­dzia­łem mu o de­wasta­cji ruin zam­ko­wych, a on uskarżał się na hałas gigan­tofo­nów. Po­szedł nawet ze skargą do Purtaka, ale ten nie miał czasu go przyjąć. Pan Ru­dziński przy­rzekł mi, że po po­wrocie do fa­bryki poru­szy tę sprawę na ze­braniu rady zakła­dowej. Wspa­niała, mądra blada twarz. Opo­wiem o nim Win­netou i gdy pan Ru­dziński przyje­dzie tu w przy­szłym roku, jestem pewien, że Win­netou wypali z nim fajkę pokoju.

Ująłem kapi­tana pod rękę i zapro­wa­dziłem go do cen­trum osady, gdzie w elek­trycz­nym wózku drze­mał Wielki Bóbr.

— Widzi pan ten napis? — za­pyta­łem.

— „Ku­pię sil­nik do moto­rówki” — prze­czytał kapitan.

— Ten wózek jest wła­snością mojego znajo­mego, pana Ka­masa. Na moją prośbę wypi­sał to ogło­szenie. No i cze­kamy...

— Do­brze pomy­ślane. Ale ra­dzę nie tracić ner­wów. Pino­kio za­pewne naj­pierw spró­buje wy­son­dować, czy jest szansa sprze­daży silnika. Jeśli zła­piemy go za wcze­śnie, to może zaciąć się i sporo czasu upłynie, zanim zechce wska­zać kry­jówkę. Należy tak to wszystko zor­gani­zować, żeby on sam zapro­wadził nas do swojej kry­jówki.

— Tak właśnie chcemy zro­bić.

— I otrzy­mam od pana wia­do­mość, gdy tylko Pino­kio zgłosi się do właści­ciela wózka?

— Tak.

Uści­snęli­śmy sobie ręce. On po­szedł do za­mie­nio­nego na po­steru­nek wozu na ogu­mio­nych kołach, a ja wróci­łem na „Moby Dicka”.

Win­netou siedział na bur­cie jachtu i od czasu do czasu oglądał przez lor­netkę pły­wają­cego po je­ziorze „Swallowa”. Opo­wie­dzia­łem mu o spo­tkaniu z ka­pita­nem milicji. Podob­nie jak i ja musiał wyra­zić słowa skru­chy, że nie­prze­myśla­nym naj­ściem na obo­zowi­sko ptasz­ników popsu­liśmy szyki milicji. Posta­nowili­śmy, że odtąd bę­dziemy starali się po­rozu­mie­wać z orga­nami ściga­nia.

O dru­giej po połu­dniu „Swallow” dobił do brzegu. Za­pewne Miss Kapi­tan i Piękny Anto­nio zgłod­nieli i zdecy­dowali przy­rządzić sobie posiłek. My także byli­śmy już głodni, więc zapro­siłem nasze dziew­częta na obiad do go­spody ludo­wej w wiosce. Win­netou pozo­stał na jachcie na straży.

Na po­czcie, skąd milady wysłała pocz­tówkę do War­szawy, spo­tkali­śmy Pięk­nego Anto­nia. Z kwaśną miną pobie­rał pie­niądze z ksią­żeczki.

— I co z silni­kiem? Czy jest już pan na tropie zło­dzieja? — za­pyta­łem go uprzejmie.

Mach­nął ręką:

— Stra­ciłem na­dzieję. Ten wstrętny No­sek obiecał że od­zyska mój silnik, ale w końcu obraził się na mnie i powró­cił do Zło­tego Rogu. A jak wasze sprawy?

Zrobi­łem smutną minę:

— Fia­sko. I my także tracimy na­dzieję. Coś mi się zdaje, że od­pły­niemy stąd z pu­stymi rękami.

Piękny Anto­nio przy­witał się z Krwawą Mary i So­snową Igiełką, która skoń­czyła pisanie kart pocz­towych do znajo­mych.

— Eli­sabeth, jeśli chcesz, mogę cię od­wieźć do Zło­tego Rogu — zaofia­rował się.

— Już wra­casz? — zdzi­wiła się So­snowa Igiełka. — Czyżby Miss Kapi­tan znu­dziło się twoje towa­rzy­stwo?

Piękny Anto­nio na­puszył się jak paw:

— My­lisz się, góro lodowa. Od­prowa­dzę samo­chód do Zło­tego Rogu i jeszcze dziś wie­czorem po­wrócę tu au­tobu­sem. Zosta­wiam Miss Kapi­tan pienią­dze na zakup żywno­ści. Wie­czorem wyru­szam z nią w rejs na Śniar­dwy.

— Życzę po­myśl­nych wia­trów — powie­działa milady.

Zjedli­śmy obiad w okrop­nym tłoku, bo ga­stro­nomia w tej wsi nie była przy­goto­wana na tak wielką inwa­zję tu­rystów. Potem Win­netou poszedł na obiad. W tym czasie Piękny Anto­nio zwinął swój namiot i odje­chał do Zło­tego Rogu. Miss Kapi­tan także znik­nęła, ale Win­netou powró­cił z obiadu z wia­domo­ścią, że widział ją u Pro­roka.

— Ukry­łem się za są­sied­nimi na­mio­tami i wysłu­chałem kazania bladej twarzy prze­zwi­skiem Prorok. — po­wie­dział Win­netou. — Czy mój brat nie sądzi, że słowa Pro­roka przy­pomi­nają słowa Win­netou? On także mówi o ochro­nie przy­rody, o cuch­nących blasza­nych ko­niach, o zgiełku, jaki jest w ka­mien­nych mia­stach bla­dych twarzy.

Wzru­szyłem ramio­nami:

— Pro­rok nie mówi o ochro­nie przy­rody. On propo­nuje ucieczkę od cywili­zacji, a nie walkę o za­cho­wanie natu­ralnego środo­wiska.

Do „Moby Dicka” przy­szedł mały chło­piec w ko­stiumie kąpie­lowym. W ręku niósł kopertę.

— To dla pa­nów — powie­dział, wrę­czając mi list.

Domy­śliłem się, że jest to znak od Wiel­kiego Bobra i serce mi ży­wiej zabiło.

Po­dzię­kowa­łem chłopcu i ro­zer­wałem kopertę.

Muszę się z Wami na­tych­miast spotkać. Pro­ponuję kępę krza­ków nad je­ziorem na po­łudnie od Oślej Łąki.
Wielki Bóbr.

Poka­załem list Win­netou i opo­wie­dzia­łem mu o Wiel­kim Bobrze.

Mój przyja­ciel oświadczył z po­wagą:

— Win­netou jeszcze nie uści­snął dłoni Wiel­kiego Bobra, ale czuję, że serce jego zapała do niego miło­ścią. Blada twarz, która na wózku elek­trycz­nym prze­mierza polskie drogi, zosta­nie bratem Win­netou.

Popro­siliśmy nasze panie, aby pozo­stały na jachcie, a sami — poje­dynczo, aby nie zwra­cać ni­czyjej uwagi — udali­śmy się na po­łudnie.

W tej części jeziora brzeg był łysy, fale obmy­wały piasek, wyżej zaś ro­sła rzadka trawa. Do­piero w odle­głości pół kilo­metra znaj­dowała się duża kępa krza­ków i drzew, przez którą prowa­dziło kilka ścieżek wy­depta­nych butami wędka­rzy.

Jezioro Kikuł stawało się co­raz uboż­sze w ryby, ale wędka­rze nie tracili nadziei na po­łów. Wy­cięli nawet kilka drzew i zrobili coś w rodzaju małego pomo­stu, z którego łatwiej było zarzu­cać przy­nętę. I właśnie na tym pomo­ście siedział Wielki Bóbr, trzy­mając w ręku wędkę i uda­jąc, że łowi ryby.

Na nasz widok odłożył wędzi­sko i zszedł z po­mostu. W gę­stwinie krza­ków odkry­liśmy małą po­lankę, usiedli­śmy tam i osło­nięci ze wszystkich stron mogli­śmy swo­bodnie poroz­ma­wiać.

Zwró­ciłem uwagę, że Wielki Bóbr spo­glądał na Win­netou z podzi­wem i sza­cun­kiem. Także i Win­netou z wielką cieka­wością obser­wował eme­ryta, który zaj­mował się ochroną przy­rody i podró­żował po kraju.

— Wielki Bóbr śpie­szył w te strony swoim elek­trycz­nym mu­stan­giem, aby poznać Win­netou, którego czyny stały się sławne — po­wie­dział pan Kamas.

— Wi­gwam Win­netou stoi otwo­rem dla Wiel­kiego Bobra. W wi­gwa­mie tym nie ma elek­trycz­ności. Ale Win­netou ma w Złotym Rogu przyja­ciół, którzy nakar­mią elek­trycz­nością mu­stanga Wiel­kiego Bobra — odrzekł Win­netou.

Przy­stąpili­śmy do sedna sprawy.

— Przed go­dziną zauwa­żyłem, że koło mojego wózka — opo­wiadał Wielki Bóbr — kręci się ja­kiś młody czło­wiek. Ob­ser­wował mnie bacznie, wresz­cie zbliżył się i zapytał, czy rze­czywi­ście chcę kupić silnik do moto­rówki. Zrobi­łem obo­jętną minę i stwier­dziłem, że za­leży mi na moc­nym dużym silniku, nie dla siebie, ale dla znajo­mego. On od­rzekł, że wła­śnie ma do sprze­dania silnik D-18...

— To Pino­kio — wy­rwało mi się. A Win­netou po­wścią­gliwie skinął głową.

— Wy­jaśnił mi, że pływał swoją moto­rówką, ale pękł mu ka­dłub, więc posta­nowił ją tu zosta­wić. Silnik jest dobry, nowy, mło­dzie­niec musi wracać do War­szawy, bo kończy mu się urlop i silnika ze sobą nie zamie­rza dźwi­gać. Zapro­pono­wałem, żeby silnik przy­niósł do mnie, obejrzę go i ewen­tualnie kupię. Ale on nie zgodził się na to. Po­wie­dział, że sil­nik ma na bi­waku dość daleko od Oślej Łąki i nie chce mu się nieść tutaj tak du­żego ciężaru. Umó­wili­śmy się, że przyj­dzie po mnie wie­czorem i poje­dziemy na bi­wak moim wóz­kiem.

— Zna­komi­cie! — wy­krzyk­nąłem, klepiąc się dłońmi po ko­lanach. — To znaczy, że za­prowa­dzi nas do swojej kry­jówki. Przy­pusz­czam, że tam, gdzie i silnik, trzyma rów­nież rzeczy Win­netou.

— Ale w jaki sposób będzie­cie go śledzić? — za­stana­wiał się Wielki Bóbr. — My poje­dziemy wóz­kiem. A wy?

Od razu zrodził się w mojej głowie pewien pomysł:

— W skrzyni wózka jest do­syć miejsca na dwie osoby. Za­mknie nas pan, Wielki Bobrze, i hajda do kry­jówki ze skra­dzio­nymi rze­czami. W od­po­wied­niej chwili wysko­czymy ze skrzyni i skoń­czymy całą sprawę.

Roz­praco­wali­śmy pomysł w naj­drob­niej­szych szcze­gółach. Ustali­liśmy nawet, gdzie Wielki Bóbr ukryje swoje rzeczy, opróż­niając skrzy­nię na wózku. A mia­nowi­cie zo­stawi je pod opieką miesz­kają­cego tuż obok właści­ciela rożna do kiełba­sek, z którym Wielki Bóbr zdążył się za­przy­jaźnić.

Nagle przy­po­mnia­łem sobie o dość ważnej spra­wie:

— Któ­ryś z nas musi zrezy­gno­wać z udziału w wy­prawie. Albo ja, albo Win­netou. Sądzę, że i kapitan milicji będzie się chciał zabrać do skrzyni, a tam jest miejsca tylko na dwie osoby. Aresztowanie opryszka nie może się obejść bez udziału władzy.

Nie pozo­stało nic in­nego, jak zdać się na los szczę­ścia. Wielki Bóbr przy­goto­wał dwie zapałki, jedną krótsza, drugą dłuższą. Zde­cydo­wali­śmy, że ten, który wycią­gnie dłuższą — poje­dzie wóz­kiem, drugi zaś po­zosta­nie na jachcie.

Wy­grałem. Win­netou stwier­dził mar­kotnie:

— Mój brat, Szara Sowa, ma szczę­ście. Los uko­chał go sobie, dając mu moż­ność prze­życia nowej przy­gody.

Na tym zakoń­czyli­śmy naradę. Wielki Bóbr zarzu­cił na ramię wędkę i po­masze­rował do osady, a ja i Win­netou jeszcze przez krótki czas posie­dzieli­śmy nad brze­giem jeziora. W go­dzinę później zjawi­liśmy się na „Moby Dicku”.

Wypi­łem szklankę czar­nej kawy, którą przy­goto­wała milady i po­sze­dłem na po­steru­nek milicji. Los sprzy­jał mi w dal­szym ciągu, albo­wiem zasta­łem kapi­tana, a on za­ak­cepto­wał pomysł z ukry­ciem się w skrzyni wózka. Z praw­dziwą nie­cier­pliwo­ścią ocze­kiwali­śmy wie­czoru. To nie było łatwe zakraść się do wózka tak, aby nikt nas nie zauwa­żył. Wózek stał prze­cież w cen­trum osady. Zrobi­liśmy to więc dopiero o zmierzchu, jako że i Pino­kio obiecał przyjść wie­czorem. Opry­szek wolał do swojej kry­jówki jechać nocą i trans­akcję za­wrzeć pod osłoną ciem­ności.

Usa­dowili­śmy się w drew­nianym pudle. Oka­zało się, że jest więk­sze, niż przy­pusz­czałem. Leże­liśmy z wy­godnie wycią­gnię­tymi nogami, za­mknięci dwu­skrzy­dło­wym wie­kiem. Pudło miało dość duże szcze­liny, było czym oddy­chać, lecz czułem się jak w trum­nie.

— Coś mi się zdaje, że to nie był najlep­szy pomysł — po­mru­kiwał kapitan milicji.

— Więc może za­aresz­tuje go pan, jak tylko się zjawi? — za­propo­nowa­łem. — Po kilku prze­słucha­niach na pewno wskaże miejsce, gdzie ukrył silnik i rzeczy Win­netou.

— Być może, ale zawsze jest le­piej, gdy prze­stępcę chwyta się z łupem w ręku. Wtedy nie kręci, nie kluczy, nie wy­piera się. A poza tym, może okaże się, że wbrew pozo­rom on jednak ma ja­kichś wspól­ników?

Usły­szeli­śmy puka­nie w wieko skrzyni. To Wielki Bóbr dawał nam znać, że wi­dzi nad­cho­dzą­cego Pinokia.

— Do­bry wie­czór panu — za­brzmiał głos mło­dego męż­czyzny. — Wi­dzę, że pan już przy­goto­wał się do wy­jazdu. Tak panu zależy na sil­niku?

Czyżby coś podej­rzewał? — prze­mknęło mi przez myśl.

— Nie zależy mi na nim aż tak bardzo. W ogóle zamie­rzam stąd zaraz odje­chać. Zała­twiłem tutaj to, co miałem zała­twić i pora ruszać dalej.

— A co pan tutaj zała­twiał?

— Przy­wio­złem trochę jabłek. Poszły jak woda. Teraz wrócę do domu i przy­wiozę nową porcję.

— Pan mieszka nie­daleko stąd?

— A tak.

— I nie zostało panu jakieś jabłko? — za­pytał i bezce­remo­nialnie chciał pod­nieść wieko skrzyni, ale Wielki Bóbr prze­zornie siedział na oby­dwu skrzy­dłach.

— Nie mam już ja­błek, dopiero jutro przy­wiozę nową porcję — po­wie­dział do Pi­nokia.

— E, jutro to mnie już tu nie bę­dzie — rzekł Pino­kio i usado­wił się w cia­snej kabinie obok kie­rowcy.

— Do miasta pan wraca? — za­pytał Wielki Bóbr.

— Jesz­cze nie. W rejs po­płynę z kolegą. Ża­glówką. A te­raz ru­szajmy do wsi. Dalej ja panu wskażę drogę.

Wielki Bóbr włą­czył dźwi­gnię silnika i wó­zek poto­czył się po łące. Elek­tryczny motor praco­wał ci­cho, więc słysze­liśmy roz­mowę:

— Czy ma pan przy­goto­waną forsę na sil­nik?

— Za­leży, ile bę­dzie kosz­tował...

— Przy­najm­niej połowę ceny skle­powej, bo sil­nik jest jak nowy. Jeśli da mi pan osiem tysięcy, silnik będzie pana.

— Dam pięć.

— Nigdy w ży­ciu! — zawo­łał obu­rzony Pino­kio. — Taki silnik wart jest co naj­mniej piętna­ście ty­sięcy.

— Dam tylko pięć, bo pan coś często ogląda się za siebie. Jakby się pan czegoś oba­wiał.

— Pan myśli, że sil­nik jest kra­dziony?

— Nic mnie nie ob­chodzi, skąd on jest. Ale ponie­waż pan ciągle się ogląda za sie­bie, to dam tylko pięć.

— Mogę się nie oglą­dać...

Minęli­śmy wieś i usły­szałem znowu głos Pinokia:

— A te­raz w prawo. Poje­dziemy na półwy­sep. Czeka tam na mnie kolega z ża­glówką. Jeśli pan nie kupi silnika, zabie­rzemy go do Miko­łajek. Da pan osiem, silnik będzie pana, a nie, to handluj pan jabł­kami.

— Dam pięć — powtó­rzył Wielki Bóbr.

O mało nie parsk­nąłem śmie­chem. Wielki Bóbr targo­wał się z takim zapa­łem, jakby rze­czywi­ście zamie­rzał kupić silnik. Ale myślę, że do­brze robił, ponie­waż Pino­kio na­bierał przez to co­raz więk­szego zaufa­nia.

— Sprze­dam za osiem tysięcy — mru­czał Pino­kio. — Prze­cież już się teraz nie oglą­dam za siebie.

— Bo je­dziemy przez las — powie­dział Wielki Bóbr, jedno­cześnie infor­mując nas, gdzie jeste­śmy. — A ko­legi z ża­glówką jakoś nie wi­dać.

— Nie ma go fak­tycznie, ale zaraz tu bę­dzie.

— Nie wierzę w tę ża­glówkę. Dla­tego te­raz dam za silnik tylko cztery tysiące.

— To nie­moż­liwe!

— Dam cztery, bo naj­pierw się pan ogląda, a po­tem pan kłamie o ża­glówce. Do­sze­dłem do wnio­sku, że pan weź­mie tyle, ile zechcę panu dać.

— Ża­glówka zaraz tu przy­płynie, pan się prze­kona.

— Wtedy dam pięć tysięcy — zde­cydo­wanie rzekł Wielki Bóbr.

Jecha­liśmy po ja­kichś strasz­nych wy­krotach, raz po raz ude­rzałem głową o wieko skrzyni. Nagle zapisz­czały ha­mulce i wózek za­trzymał się.

— Do­kąd te­raz, panie młody? Chce pan, żebym do je­ziora wje­chał? Gdzie jest silnik?

— Zaraz przy­niosę. Niech pan tu za­czeka — Pino­kio wysko­czył z kabiny.

Po chwili Wielki Bóbr uchylił jedno skrzy­dło wieka. Ostrożnie wy­chylili­śmy głowy i rozej­rzeli­śmy się do­okoła.

Znaj­dowa­liśmy się na zaro­śnię­tym drze­wami, nie­wiel­kim półwy­spie. Nasze przy­wykłe do ciem­ności oczy doj­rzały czarną syl­wetkę Pinokia, który przy­klęknął obok prze­wróco­nego drzewa. Wi­chura wy­rwała pień razem z ko­rze­niami, pozo­sta­wiając w ziemi głęboki lej, w którym grzebał teraz Pino­kio, odrzu­cając na bok ze­schnięte liście.

Stęknął głośno podno­sząc wresz­cie z dna ciężki silnik D-18 wraz z ko­lumną i śrubą napę­dową. Postę­kując niósł go ku nam, a wtedy kapitan cichu­teńko wysko­czył ze skrzyni, za­szedł chło­paka z boku i położył mu rękę na ramie­niu.

— Nie męcz się, przyja­cielu...

— Kto pan jest? Kim jeste­ście? — wrza­snął Pino­kio, gdy i mnie zoba­czył obok kapi­tana.

Chciał porzu­cić sil­nik i umknąć w las, ale ka­pitan sta­now­czym gestem ujął go za ra­mię.

— Nie bój się, Pino­kio — rzekł. — I za­nieś silnik na wó­zek. Zosta­łeś aresz­towany.

Pino­kio po­słusz­nie za­niósł silnik do wózka.

— Oszu­kał mnie pan — wark­nął do Wiel­kiego Bobra.

Latarką elek­tryczną oświe­tliłem lej po wy­rwa­nym drze­wie. Był pusty. Rzuci­łem się do Pi­nokia.

— Łaj­daku, gdzie są rze­czy ukra­dzione Win­netou?

Pogar­dliwie wzru­szył ramio­nami:

— Nic o nich nie wiem, co się pan mnie czepia?

— Twoi kole­dzy, ptasz­nicy — rzekł kapitan — także zostali aresz­towani. Zeznali, że wraz z tobą wła­mali się do samot­nego domu nad je­ziorem w Złotym Rogu. Zabra­łeś stam­tąd dwa worki skra­dzio­nych rzeczy. Jeśli je zwró­cisz dobro­wolnie, wspo­mnę o tym w proto­kole i być może sąd weź­mie to pod uwagę.

Pino­kio mruk­nął coś niewy­raźnie pod nosem. Za­uwa­żyłem, że pa­trzy pilnie na je­zioro. Zda­wało mi się, że w mroku do­strze­gam na tle ciem­nego nieba białą plamę żagla z łajby, która płynęła nieda­leko brzegu.

I nagle Pino­kio wyrwał się nam. Ogromnymi susami pobiegł do wody. Kapi­tan krzyk­nął ostrze­gawczo, wy­rwał z kie­szeni pistolet i dwa razy strzelił w po­wietrze. Ale oto z krza­ków nad brze­giem wysko­czył jakiś cień, dopadł ucie­kają­cego Pinokia i po­walił go do wody.

— Win­netou! — za­woła­łem.

Kapi­tan po­chwy­cił Pi­nokia, szamo­cącego się z Win­netou.

— Dla­czego ucie­kałeś na je­zioro? My­ślałeś, że zdołasz prze­płynąć na drugi brzeg? — pytał kapitan.

Pino­kio milczał. Z jego twarzy i ubra­nia skapy­wała woda.

Chcia­łem powie­dzieć o ża­glówce, która na od­głos strza­łów nagle zmie­niła kurs, i zaczęła bły­ska­wicz­nie od­dalać się od brzegu, ale uczu­łem na swoim ręku silny ucisk palców Win­netou. Mój przyja­ciel dawał mi do zrozu­mienia, abym milczał. Dla­czego? Prze­cież to był naj­pew­niej „Swallow” z Miss Kapi­tan. I chyba na „Swallowie” znaj­dowały się dwa worki z rze­czami Win­netou. Miss Kapi­tan była w kon­takcie z Pino­kiem i umó­wiła się z nim, że gdy sprzeda ten sil­nik, zabie­rze go w rejs. Czyż nie wspo­mniał Pino­kio o ża­glówce, która miała na niego czekać w umó­wio­nym miej­scu?

— Sia­daj na wózek i nie próbuj więcej żad­nych sztu­czek — rozka­zał zło­dzie­jasz­kowi kapitan milicji. A co do rze­czy pana Win­netou, to my­ślę, że wkrótce po­wiesz nam jednak, gdzie je ukryłeś.

W ka­binie nie było miejsca dla tylu osób.

— My pój­dziemy pieszo — za­propo­nowa­łem.

Win­netou odwo­łał na bok Wiel­kiego Bobra.

— Win­netou nigdy nie za­pomni przy­sługi, którą mu wy­świad­czył Wielki Bóbr. Być może z Szarą Sową wyru­szymy dziś w dalszą drogę. Wielki Bóbr niech jedzie swym elek­trycz­nym mu­stan­giem do Zło­tego Rogu i zapyta o wi­gwam Win­netou. Oto klucze od mego wi­gwamu.

— Do­brze — skinął głową Wielki Bóbr. — Zacze­kam na was w Złotym Rogu.

Teraz ja pod­sze­dłem do niego na chwilę.

— Mam wielką prośbę — wy­znałem — gdy Wielki Bóbr będzie na nas czekał w Złotym Rogu, może znaj­dzie kogoś, kto ze­chce się podjąć opieki nad ru­inami zamku, to zna­czy zo­stanie Spo­łecz­nym Opie­kunem Zabyt­ków.

— Ach, nie wiem, czy potra­fię wska­zać wła­ści­wego czło­wieka — zafra­sował się.

— Wielki Bóbr łatwo nawią­zuje kon­takty i przy­jaźnie z ludźmi. Zna się także na lu­dziach lepiej ode mnie i za­pewne wskaże mi najlep­szego kandy­data.

To mó­wiąc wrę­czyłem mu spe­cjalną dekla­rację, którą po wy­pełnie­niu i prze­anali­zowa­niu nale­żało za­twier­dzić w mini­ster­stwie.

Uści­snęli­śmy sobie pra­wice, a potem Wielki Bóbr wszedł do ka­biny, gdzie sie­dzieli już Pi­nokio i kapitan. Elek­tryczny wózek niemal bez szmeru poto­czył się w kie­runku wioski, a ja i Win­netou pozo­stali­śmy w ciem­no­ściach nocy.

Ode­zwa­łem się pierw­szy:

— Znam myśli mojego brata. Win­netou chce teraz ruszyć w po­goń za Miss Kapi­tan.

— Tak. Bie­gnijmy brze­giem do jachtu i podno­śmy wszystkie ża­gle. Je­stem pewien, że ona popły­nie na Śniar­dwy.

— Dla­czego Win­netou nie dał mi wspo­mnieć o niej mili­cjan­towi? Tutej­szy po­steru­nek nie ma moto­rówki, ale mogą za­dzwo­nić do Miko­łajek i milicja, która czuwa na Śniardwach, szybko chwyci „Swallowa”.

— Niech Szara Sowa zaufa Win­netou i nie pyta go o nic więcej. Być może wkrótce na­stąpi taka chwila, gdy Win­netou wyjawi mu i tę tajem­nicę.

— W drogę więc! — zawo­łałem.

Po dzie­sięciu minu­tach biegu minęli­śmy wy­brzeże Oślej Łąki i zbliży­liśmy się do miejsca, gdzie cumo­wał „Moby Dick”. Na brzegu jeziora stali Piękny Anto­nio i Prorok. Roz­ma­wiali z oży­wie­niem, wska­zując coś na jezio­rze.

— To był „Swallow”, słowo honoru — mó­wił Piękny Anto­nio. — Dla­czego jednak ona odpły­nęła? Prze­cież umó­wiła się, że dziś wie­czorem zabie­rze mnie w rejs na Śniar­dwy. Dałem jej pie­niądze na za­kup żywno­ści.

— Ja też jej da­łem swoje oszczędności — burk­nął ze złością Prorok. — Ka­zała mi tu cze­kać. Miała dziś wie­czorem wyru­szyć ze mną w rejs na Śniar­dwy.

— Nie wierzę panu! — wrza­snął Piękny Anto­nio. — Prze­cież ze mną była umó­wiona...

— Nie­prawda. Umó­wiła się ze mną — z uporem powta­rzał Prorok.

Za­trzy­małem się przy nich i oświadczyłem:

— Oby­dwaj nie macie racji, pano­wie. Ona umó­wiła się z kimś trzecim.

— Z kim? Co to za je­den? — wy­krzy­kiwali obaj.

— Pino­kio. Ale i on po­został na brzegu. Odpły­nęła sama. Na po­ciechę mogę pana poin­for­mować, Anto­nio, że odna­leźli­śmy pański silnik. Jest do ode­brania na po­ste­runku milicji.

Popę­dzili­śmy przez płyci­znę do na­szego jachtu, Krwawa Mary i So­snowa Igiełka właśnie przy­goto­wy­wały kolację.

— Rzu­cić wszystko i do żagli! — rozka­zał Win­netou.

— Wszystkie ża­gle na maszty. Pod­nosić ko­twicę — wyda­wałem roz­kazy. — Wcią­gnąć latarkę na główny maszt!

Rozpo­częła się go­rącz­kowa krząta­nina całej załogi. A gdy wcią­gnąłem już grotża­giel, Win­netou znalazł chwilę, aby mi szep­nąć:

— Niech Szara Sowa się nie łudzi. Nie zdo­łamy dopę­dzić „Swallowa”.

— A jednak będę próbo­wał. Mamy prawie dwa razy tyle płótna, co „Swallow”.

— Trudno jest dogo­nić „Swallowa”. Win­netou wie o tym bardzo dobrze. „Swallow” to jacht Win­netou.

 


ROZDZIAŁ OSIEMNASTY [top]

NA „MORZU MAZURSKIM” • JEZIORO PEŁNE ZDRADY • ROZMYŚLANIA O TAJEMNICY WINNETOU • MISS KAPITAN IGRA Z „MOBY DICKIEM” • KTO DOGONI „SWALLOWA”? • GDY BURZA HUCZY WOKÓŁ NAS • ZAGADKA CZARCIEGO OSTROWU • CO ODNALEŹLIŚMY NA SKAŁACH? • ROZSTANIE Z MISS KAPITAN • POZNAJEMY TAJEMNICĘ WINNETOU • I ZNOWU PORWANIE

 

Do­piero o świcie, wy­trwale pracu­jąc wio­słami, wyszli­śmy z kanału na nie­wielką zatokę, która otwie­rała drogę na Śniar­dwy. O pół­nocy, gdy mijali­śmy pierw­szą śluzę na ka­nale, dowie­dzieli­śmy się, że Lata­jący Holen­der prowa­dzony przez młodą kobietę wy­prze­dzał nas zaled­wie o pół go­dziny. Ale przy pierw­szej śluzie „Swallowa” wzięła na hol jakaś moto­rówka, którą zresztą spo­tkali­śmy przy drugiej śluzie, gdyż silnik się w niej zepsuł. Miss Kapi­tan zy­skała nad nami przy­najm­niej go­dzinę prze­wagi. I tak wyglą­dała nasza sytu­acja, kiedy naresz­cie można było odło­żyć wiosła i znowu pod­nieść żagle. Tylko że za­brakło wiatru...

— Mamy nie­wielką szansę dopę­dzenia „Swallowa” — powie­dział Win­netou. — Nasza na­dzieja w tym, że być może Miss Kapi­tan nie spo­dziewa się po­goni. Po ca­łonoc­nej wę­drówce przez kanał zacu­mo­wała gdzieś jacht i poło­żyła się do snu.

Nie mogła zrobić inaczej, bo nie było warun­ków do żeglugi, a trudno przy­pusz­czać, że zde­cydo­wała się płynąć przy po­mocy pagaja. Wraz ze świtem na je­ziorze rozpły­nęła się gęsta mgła. Naj­lżejszy wiate­rek nie poru­szał tej białej waty, woda spra­wiała wraże­nie gład­kiej, mato­wej szkla­nej szyby.

Czy ktoś z was oglądał kiedyś mglisty świt nad je­ziorem? Czy oddy­chał wilgot­nym powie­trzem przesy­conym zapa­chem wodo­rostów, ryb i trzcin przy­brzeż­nych? Czy słyszał głos dzikich kaczek i ka­czorów, bu­szują­cych w zaro­ślach osnu­tych białym wo­alem?

Nasze panie były zbyt zmę­czone, aby rozko­szować się pięk­nem po­ranka. Poło­żyły się do snu w kabinie, to samo zrobił Win­netou, rozcią­gając się w kokpi­cie. Mnie przy­padła wachta i ob­ser­wowa­nie maleń­kiej chorą­giewki, czyli wimpla, umieszczonej na to­pie[29] głów­nego masztu.

Zwisał jednak martwo i smut­nie. Rozło­żyłem się na dachu kabiny, pod głowę podło­żyłem kapok i pogrą­żyłem się w rozmy­śla­niach.

Oto byli­śmy w zatoce, która wy­cho­dziła na Śniar­dwy, nasze naj­więk­sze je­zioro. Niektó­rzy na­zywają je „Mo­rzem Mazur­skim”, bo wraz z wszystkimi swoimi zato­kami, które tworzą jakby od­dzielne jeziora, zaj­muje ono po­wierzchnię stu trzy­dziestu kilo­metrów kwa­drato­wych. W nie­których miej­scach jego odle­głość z za­chodu na wschód wynosi sie­demna­ście, a z pół­nocy na po­łudnie trzyna­ście kilo­metrów. Ogromny akwen spra­wia, że jest ono praw­dzi­wym rajem dla że­glarzy, lecz jedno­cześnie potrafi stać się i pie­kłem. Śniar­dwy są bo­wiem nie­zwykle kapry­śne i zdra­dliwe. Nie­kiedy jego gładka po­wierzchnia zwabia ku środ­kowi żegla­rzy i wiośla­rzy, a potem w ciągu kilku­nastu minut potrafi pokryć się wy­soką i ostrą falą, która może zatopić kajaki, jachty, moto­rówki.

Pułapki kryje także i dno je­ziora, stosun­kowo płytko poło­żone, od kilku do kil­kuna­stu metrów. Tylko w nie­których miej­scach Śniar­dwy mają głębo­kość do dwu­dziestu trzech metrów. Tu i ówdzie na płyt­kim dnie, pokryte dwu­dzie­sto­centy­me­trową war­stwą wody, leżą po­tężne głazy i kamie­nie. Szcze­gólnie bogate w rafy ka­mienne są okolice wysp Czarci Ostrów, Sze­roki Ostrów oraz miej­scowo­ści Nowe Guty i Okar­towo. Tury­styczne mapy nie zawsze do­kładnie lokali­zują te pułapki, toteż wiele jach­tów i moto­rówek roz­trza­skało się już na Śniardwach i wielu żegla­rzy oraz moto­rowod­niaków po­chło­nęły wody jeziora.

Na Śniardwach z pół­nocy na po­łudnie, to jest z Mi­kołajek do Pi­sza, kursują statki żeglugi pasa­żer­skiej. Kto nie odbył takiej prze­jażdżki stat­kiem, niech uczyni to jak najprę­dzej. Do­piero wów­czas, choćby z po­kładu statku, zda so­bie sprawę, jak piękne są je­ziora mazur­skie i jak ważne jest, aby ich piękno pozo­stało nieska­żone dla na­stęp­nych poko­leń.

Duża wska­zówka mojego ze­garka dwu­krotnie obiegła tarczę, gdy mgła zaczęła się prze­rzedzać, wę­drując do góry. Zanie­pokoiło mnie to trochę, albo­wiem do­świad­czenie żeglar­skie uczyło, że jeśli mgła opad­nie w dół, zazwy­czaj nastę­puje sło­neczny dzień. Jeśli zaś uniesie się w górę, dzień będzie duszny, upalny, a koło połu­dnia naj­pew­niej zdarzy się bu­rza. Ale między tą chwilą i po­ran­kiem budzi się często wiatr, na ogół umiar­ko­wany, który dopiero przy nadej­ściu burzy nabiera siły or­kanu, aby potem znowu za­mrzeć, czyniąc wie­czór tak ci­chym, jakim był po­ranek.

Wim­pel wi­siał jednak wciąż nieru­chomo, smęt­nie...

Pomy­ślałem o Miss Kapi­tan. Jaka tajem­nica wiązała Win­netou z tą nie­bez­pieczną, a tak piękną kobietą? Dla­czego Win­netou powie­dział, że „Swallow” był jego jach­tem i w jaki sposób znalazł się on w po­siada­niu Miss Kapi­tan?

I dokąd zmie­rzała ona na „Swallowie”? Prze­wi­dzieć jej kurs to była połowa suk­cesu w po­ścigu.

Śniar­dwy były jak matka oto­czona rojem dzieci, więk­szych i mniej­szych jezior. Seksty, War­nołty, Tu­chlin, Koń­czewo, rezer­wat je­ziora Łuk­najny i jezioro Biało­ławki. Dzie­siątki zatok i zato­czek, gdzie łatwo się za­szyć i zgubić ślad na długie tygo­dnie. Trzy letnie mie­siące nie wy­starczą, aby odszu­kać na tym je­ziorze kogoś, kto nie chce, aby go od­kryto.

Dzięki pienią­dzom zdo­bytym na Pro­roku i Pięk­nym Anto­niu miała Miss Kapi­tan wy­star­czające środki finan­sowe, aby prze­żyć parę tygodni w ja­kimś ustron­nym zaka­marku Śniardw. Z drugiej jednak strony spra­wiała wraże­nie ko­biety żądnej przy­gód i no­wych znajo­mości. Czy potra­fiłaby prze­sie­dzieć gdzieś w od­osob­nieniu, nie wy­ściu­biając nosa na szero­kie wody? Czy umia­łaby zrezy­gno­wać z żeglo­wania na „Swallowie”? A poza tym nosiła się chyba z za­miarem spie­nięże­nia rzeczy Win­netou. Tego zaś do­konać mogła jedynie w du­żych ośrod­kach wcza­sowych, w Miko­łajkach, w Pi­szu lub w Ru­cianem.

...Na topie masztu zatrze­potał wimpel. Po je­ziorze prze­biegła smuga po­marsz­czonej wody, zato­czyła koło i rozlała się po całej zatoce. Mgły już nie było, snuła się wy­soko jak tiulowa firanka, okry­wając słońce. Na niebie two­rzyły się ba­ranki.

Ude­rzyłem w dzwon wachty, za­wie­szony przy drzwiach do kabiny.

Chorą­giewka na to­pie skrę­cała się, wska­zując wiatr za­chodni. Do Miko­łajek można było popły­nąć jednym halsem, w pół­wietrze.

Dziew­czyny i Win­netou poja­wili się na po­kładzie. Teraz, gdy mgła ustą­piła, wi­działo się ogromne rozle­wisko błękit­nej wody. Wy­glądało jak morze, bo drugi brzeg pozo­stawał niewi­doczny.

Pod­nieśli­śmy grotża­giel, który trzymał Win­netou. Ja wzią­łem w ręce szot bezana i ster. Krwawa Mary wcią­gnęła foka genuę tak szero­kiego, że swym rogiem szoto­wym sięgał niemal do po­łowy jachtu. Wiatr wydął żagle i „Moby Dick” ruszył do przodu, przeci­nając na ukos drobne, niskie fale.

Razem z nami wypły­nęła z zatoki grupa pięciu omeg o czer­wo­nych żaglach. Ale gdy zna­leźli­śmy się kilka­set metrów od brzegu, wzięli kurs na pół­nocny zachód i po­płynęli ba­kszta­giem, a my skie­rowali­śmy się w stronę Miko­łajek.

Z po­czątku wiatr wiał z siłą jed­nego stopnia w skali Bea­uforta, a więc był to wła­ściwie po­dmuch, powo­dujący drobną, łusko­watą falę. Potem przy­szły dwójka i trójka powo­dujące krótkie fale o szkli­stych grzbietach. Po­rywy osią­gały czwórkę, ale były krótkie i wy­woły­wały tak nie­wielki prze­chył, że na­wet nie wy­ostrzałem ste­rem ani nie ka­załem luzo­wać żagli. Tyle tylko, że gdy do­strze­gałem nad­biega­jący szkwał, zleca­łem wszystkim zajęcie miejsca na le­wej burcie.

Przez cały czas So­snowa Igiełka lustro­wała jezioro przez lor­netkę, ale poza pię­cioma ome­gami, które odeszły w prawo i po któ­rych pozo­stały tylko nie­wielkie trójką­ciki na bez­miarze wód, nie wi­dzieli­śmy żad­nego innego jachtu. Zajęty obser­wacją jeziora przed dzio­bem, nie za­uwa­żyłem, że od za­chodu nad­szedł szkwał, znacz­nie sil­niejszy niż po­przed­nie. Ude­rzył szóstką, jacht pochy­liło mocno na prawą burtę.

Krwawa Mary krzyk­nęła nagle i wypu­ściła z ręki szot foka.

— Za nami jacht! Lata­jący Holen­der! — zawo­łała.

Nie­spo­dzie­wany widok poszu­kiwa­nej przez nas ża­glówki tak ją zasko­czył, że gdy uderzył wiatr, nie utrzy­mała foka. Lina szo­towa wy­rwała się z kipy[30] i — zwi­jając się jak żmija — poszy­bowała wy­soko ponad fale.

Win­netou wylu­zował grotża­giel, po­zwala­jąc mu wpaść w ło­pot. Ja zrobi­łem to samo z beza­nem, jacht wypro­stował się i zwolnił.

Lor­netka zaczęła prze­cho­dzić z rąk do rąk. Wi­dzieli­śmy przez nią, jak z trzcin w po­bliżu zatoki, w któ­rej czeka­liśmy na wiatr, wypły­nął „Swallow” i kursem na wiatr szedł na za­chód. Miss Kapi­tan płynęła ostrym beide­win­dem, a nie ma lep­szego wiatru do szyb­kiego żeglo­wania. „Swallow” znaj­dował się w ślizgu, zda­wało się, że zaled­wie muska po­wierzchnią fal.

— Ona nie płynie do Mi­kołajek — stwier­dziłem — ale dla­czego nie po­została w trzci­nach? Była dobrze ukryta i mogła prze­czekać, aż od­pły­niemy i nie bę­dziemy mogli jej zo­baczyć. Może nie za­uwa­żyła „Moby Dicka”?

— Nie. Jestem pewien, że rozpo­znała jacht Mil­czą­cego Wilka — odrzekł Win­netou. — Kurs, który wzięła, także nie świad­czy o celu jej drogi. Ona po prostu lubi nie­bezpie­czeń­stwo i posta­nowiła zaba­wić się naszym kosz­tem.

Lata­jący Holen­der to szybki jacht. Ale jol Mil­czą­cego Wilka miała więk­szą po­wierzchnię żagli i przy umie­jętnym prowa­dzeniu nie po­winna pozo­stawać w tyle.

— Uwaga! Przy­goto­wać się do zwrotu — rzu­ciłem rozkaz.

— Tak jest. Gotowi do zwrotu — usły­szałem odpo­wiedź.

Usta­wiłem jacht dzio­bem do wiatru:

— Uwaga, zwrot przez sztag!

— Tak jest. Zwrot przez sztag.

Jacht prze­szedł linię wiatru, bomy grota i bezana przele­ciały na drugą burtę. Wiatr prze­rzucił także fok, który wciąż łopotał wście­kle na wietrze.

Do­piero teraz Krwawa Mary weszła na po­kład dzio­bowy i chwy­ciła luźny szot, prze­ciąga­jąc go przez kipę. Po chwili kaza­łem wszystkim wybrać żagle i poszli­śmy ostrym beide­win­dem, aby prze­ciąć drogę Miss Kapi­tan.

Ale ona była daleko przed nami. My płynę­liśmy pra­wym halsem, ona lewym, miejsce prze­cięcia się kursów mu­siało wypaść dla niej bardzo ko­rzyst­nie. Miała nad nami prze­wagę czasu i szyb­kości.

— Mi­lady! Proszę zejść do ka­biny i odszu­kać mały trój­kątny żagie­lek — rozka­załem.

Po­słusz­nie znik­nęła w kabinie i przy­niosła kliwer. Kaza­łem Krwa­wej Mary zakna­gować foka i wejść z kliwe­rem na sam dziób. Tam, na buksz­prycie, nale­żało zacze­pić szeklą przedni róg kliwera. Wcią­gać go było łatwo, ponie­waż przedni lik nie miał raks[31] i po prostu pod­ciągało się go na fale aż do bloczku ucze­pio­nego przy salingu[32]. Byłem prze­konany, że kliwer stwo­rzy dy­szę dla foka i w ten sposób osią­gniemy znacz­nie więk­szą szyb­kość.

Szoty kliwera powie­rzyli­śmy milady. Nie miała pojęcia o sztuce żeglar­skiej, ale tak mały żagie­lek nie wyma­gał siły i spe­cjal­nych umie­jętno­ści.

Jakoż po chwili odnio­słem wraże­nie, że jacht poszedł szyb­ciej.

Wciąż wiała czwórka, chwi­lami słabnąc i prze­cho­dząc w trójkę. „Swallow” płynął z moc­nym prze­chyłem, jego maszt tworzył z po­wierzchnią wody kąt najwy­żej czter­dziestu stopni.

— Czy mój brat, Szara Sowa, widzi, że ona płynie bez foka? — zapytał mnie Win­netou.

— To oczy­wiste. Musi prze­cież bala­stować na tra­pezie.

Lecz gdy tylko wypo­wie­dzia­łem te słowa, „Swallow” stanął pod wiatr i Miss Kapi­tan wcią­gnęła fok i potem zrobiła zwrot.

— Pły­nie w naszą stronę — krzyk­nęła zdu­miona milady.

Wy­dałem rozkaz polu­zowa­nia ża­gli i odpa­dłem od linii wiatru, aby prze­ciąć drogę „Swallowa”. Ale Miss Kapi­tan pod­niosła miecz. Po­zba­wiony hamu­jącego ciężaru „Swallow” poszy­bował forde­win­dem po czub­kach fal, mijając o kil­kadzie­siąt metrów dziób naszej łajby.

— Ona po pro­stu drwi sobie z nas — stwier­dziła z gory­czą Krwawa Mary.

Spoj­rzałem na niebo. Gro­ma­dziły się na nim czarne chmury. Naj­więk­sza z nich — brunat­nej barwy, dopiero wy­chylała się zza hory­zontu.

— Coś mi się zdaje, że ta zabawa nie potrwa zbyt długo... — mruk­nąłem.

Rozka­załem Krwa­wej Mary zrzucić fok i kliwer. Wcią­gnęli­śmy do góry ogromny spi­naker, który na­tych­miast wy­brzu­szył się jak balon. Popły­nęli­śmy pełnym wia­trem na kilwa­terze — pozo­sta­wio­nym przez „Swallowa”.

— Teraz ją do­pad­niemy — po­mru­kiwa­łem przez zaci­śnięte zęby.

Mijała minuta za mi­nutą. Metr po metrze doga­niali­śmy Latają­cego Holen­dra. Spina­ker chwy­tał wiatr jak po­tężny parasol i cią­gnął „Moby Dicka” z coraz więk­szą szyb­kością.

Jeszcze tylko sto metrów dzieliło nas od „Swallowa”.

Miss Kapi­tan chyba zrozu­miała, że może prze­grać tę zabawę. Ra­tun­kiem dla niej był beide­wind. Zoba­czyłem, że doko­nuje zwrotu pod wiatr, zrzuca fok, wska­kuje na trapez i znowu idzie ku nam w śli­zgu i gło­śnym szu­mem wody rozbi­janej przez dziób „Swallowa”. Mijając nas w odle­głości najwy­żej pięć­dzie­sięciu metrów, po­ma­chała ku nam ręką, a gdy znik­nęła za naszą rufą, zda­wało mi się, że wiatr przy­niósł mi jej tryum­fujący śmiech.

Upły­nęła długa chwila, zanim zrzu­ciłem spina­ker i znowu wcią­gnęli­śmy fok i kliwer. Miss Kapi­tan zy­skała nad nami przy­najm­niej pół kilo­metra prze­wagi. Płynęła kursem na za­chód, to le­wym, to pra­wym halsem, wciąż ostro pod wiatr.

Tym­czasem wiatr wzmógł się. Po je­ziorze przeta­czały się gę­ste białe grze­bienie piany. „Moby Dicka” coraz bar­dziej kładło na lewą burtę, która chwi­lami zda­wała się się­gać wody. Nie pomo­gło bala­stowa­nie, mu­siałem odpaść od wiatru, bo choć milady i Krwawa Mary umiały pływać, to prze­cież nie miałem prawa narażać je na nie­bezpie­czeń­stwo wy­wrotki. Ale w takiej sytu­acji odle­głość od La­tają­cego Holen­dra wciąż powoli wzra­stała.

Z nie­poko­jem, a zara­zem z pewną na­dzieją spo­gląda­łem w niebo. Bru­natna chmura pokryła już połowę nieba, sięga­jąc prażą­cego mocno słońca. Burzę zapo­wiada zawsze nagła cisza na je­ziorze, po niej dopiero nastę­puje gwał­towny hura­gan. Tylko szale­niec od­waży się po­zostać wtedy na wo­dzie. Miss Kapi­tan mu­siała więc szukać schro­nienia przy brzegu i tam mogli­śmy ją dopaść.

„Swallow” wziął kurs na połu­dnie i wszedł między dwie wyspy, które wyło­niły się z je­ziora. Były to Szeroki Ostrów i ma­leńka Wyspa Pajęcza, od pół­nocy niedo­stępna z po­wodu pod­wod­nych skał.

Rap­tem znik­nęło słońce i zro­biło się niemal ciemno. Wi­siała nad nami ciężka bru­natno-czarna chmura. Wiatr malał z każdą chwilą.

— Do­bijemy do Sze­rokiego Ostrowu — zdecy­dowa­łem. — Za­trzy­mamy się w trzci­nach. Zrzu­cimy żagle.

Lecz „Swallow” pędził dalej. Już minął Wyspę Pajęczą. Od­nio­słem wraże­nie, że Miss Kapi­tan zamie­rza przed nadej­ściem burzy prze­być jeszcze kilka kilo­metrów jeziora i wejść w cie­śninę obok wyspy Kaczor.

— Ona płynie na Czarci Ostrów! — za­wołał Win­netou. — Ale nie zdąży. Już jest cisza...

Wiatr ustał, jakby ktoś nożem uciął, zwisły żagle i wimpel.

— Zrzu­cić wszystkie ża­gle i za wiosła — wy­dałem ko­mendę.

Usły­szeli­śmy pierw­szy groźny po­mruk grzmotu. Je­zioro wyglą­dało, jakby ktoś rozlał na nim oliwę. W po­wietrzu pano­wała du­chota i wio­słując za­wzięcie z tru­dem chwy­taliśmy oddech, a na­sze ciała oblały się potem.

Do trzcin nad­brzeż­nych przy Szero­kim Ostro­wie pozo­stało najwy­żej sto metrów. Lecz lada chwila nagły po­dmuch hura­ganu mógł nas po prostu rzucić na brzeg, Nale­żało prędko umo­cować jacht ko­twicą. Wio­słowa­liśmy więc wciąż wy­trwale, byle znaleźć się jak najbli­żej trzcin.

Obej­rzałem się do tyłu. Miss Kapi­tan zrzu­ciła żagiel i także chwy­ciła za wiosło. Ale było jeszcze bardzo daleko do Czar­ciego Ostrowu, gdzie chciała schro­nić się przed burzą i ukryć przed nami.

Dla­czego właśnie wy­brała tę wyspę, a nie Pajęczą? Czarci Ostrów prawie całko­wicie oto­czony jest pod­wod­nymi rafami. Może Miss Kapi­tan znała do­godne przej­ście między rafami i ocze­kiwała, że za­pa­mię­tawszy się w swej pogoni, popły­niemy z nią i roz­trza­skamy „Moby Dicka” na skałach pod­wod­nych? A może na Czar­cim Ostro­wie znała jakąś kry­jówkę, gdzie zamie­rzała scho­wać worki z rze­czami Win­netou i potem gotowa była nam stawić czoła z pustym jach­tem. Bo któż wtedy byłby w sta­nie udo­wodnić jej, że miała skra­dzione rzeczy? Czarci Ostrów świet­nie nada­wał się na taką kry­jówkę. W od­ległych wie­kach był miej­scem tajem­ni­czych obrzę­dów religij­nych daw­nych Prusów. Pod koniec XVIII wieku stała tam twier­dza, po której pozo­stały ukryte w ziemi piw­nice. Dzieje tej wy­spy osnute są le­gen­dami o dia­błach i cza­rowni­cach, zbie­rają­cych się na miej­scu pogań­skich obrzę­dów, o skar­bach ukry­tych w pod­zie­miach twier­dzy, o wyła­wia­nych z wody topiel­cach ze strza­ska­nych na skałach jach­tów...

Mrok gęst­niał, ale nie była to ciem­ność nad­cho­dzącej nocy. Z nieba sączyła się brą­zowo-żółta po­świata z od­cie­niem czer­wieni. Ude­rzył grom jeden, a póź­niej drugi. Dziób na­szego jachtu musnął trzciny przy­brzeżne. Spraw­dziłem paga­jem głębo­kość wody i stwier­dziłem, że sięga zaled­wie do pasa. Obró­ciłem „Moby Dicka” dzio­bem na zachód i rzu­ciłem do wody ko­twicę, upew­niając się, czy mocno trzyma.

Wciąż jeszcze trwała przej­mująca, zło­wróżbna cisza. Wi­dzieli­śmy przera­żone ptac­two, które z pośpie­chem ucie­kało znad jeziora w głąb za­drze­wionej wyspy.

— Pa­trzcie, ona chyba osza­lała! Pod­niosła żagiel — zawo­łała Krwawa Mary, obser­wując przez lor­netkę Latają­cego Holen­dra.

— To nie szaleń­stwo — odpar­łem. — Na pa­gaju nie zdoła już w tak krót­kim czasie dotrzeć do wy­spy. Czy widzi­cie, że zrefo­wała żagiel? Czeka teraz na pierw­szy po­dmuch burzy, aby na nim dopły­nąć do brzegu. Tylko że ten po­dmuch może ją wy­wrócić.

Nad na­szymi gło­wami jakby niebo rozpę­kło się na kilka kawał­ków. Prze­orały je bły­ska­wice, grzmoty zlały się w jeden długi po­mruk, a potem rozległ się ło­skot jak od salwy armat­niej.

— Niech Win­netou zluzuje sztag — rozka­załem. — Poło­żymy główny maszt. Top masztu ściąga pio­runy.

Nagle zaszu­miało, jakby gdzieś w po­bliżu prze­laty­wały tysiące ptaków. Na zacho­dzie woda zbie­lała i zaczęła się nad nią unosić mgiełka po­rwa­nych wia­trem kropel. Biała ściana rozpy­lonej wody szła ku nam z szyb­kością po­śpiesz­nego po­ciągu, a towa­rzyszył jej ło­skot grzmotów i blask bły­skawic. Wi­chura zata­mo­wała nam oddech w pier­siach. A po­tem przy­szły ogromne fale. Zaję­czała lina cu­mow­nicza ucze­piona do ko­twicy, liny stalowe ode­zwały się potę­pień­czym wy­ciem. Spadła na nas masa rozpy­lonej wia­trem wody, fale biły w jacht zale­wając przedni pokład i wci­skając się do kokpitu.

Zmo­czeni od stóp do głów, słania­jąc się pod napo­rem wi­chury, poło­żyli­śmy z Win­netou główny maszt. Nasze panie sie­działy już bez­piecz­nie w kabinie, słu­chając jak strugi wody łomo­czą po dachu. Ale nam nie wolno było się kryć do zacisz­nego wnę­trza „Moby Dicka”. Mu­sieli­śmy uważać, czy jacht stawia opór fali i czy wiatr nie spycha go na brzeg.

Bły­ska­wice cięły niebo na ka­wałki, a pio­runy biły gdzieś bardzo blisko — może w wodę, może w drzewa? Grzmotom to­warzy­szył trzask łama­nych na wy­spie drzew. Jacht tańczył na ogromnych falach, które od za­chodu ude­rzyły w nas jak tara­nem. „Moby Dick” szarpał linę ko­twicy, a ta centy­metr za centy­metrem prze­suwała się po dnie jeziora, wpy­chając nas w trzciny.

Wzra­stała ulewa. Spa­dały na nas całe kubły wody, a wiatr zapie­rał nam oddech. Mu­sieli­śmy zesko­czyć do kokpitu, aby ścianą kabiny zasło­nić twarze od wiatru i za­czerp­nąć tchu. Tak mijały minuty, które dłużyły się jak go­dziny.

Zaj­rzałem do ka­biny. Milady i Krwawa Mary sie­działy sku­lone obok skrzynki mie­czowej i spo­glądały w okienka zale­wane poto­kami wody.

— Jak się pani czuje, So­snowa Igiełko? — za­woła­łem.

Uśmiechnęła się:

— Po­win­nam się bać, prawda? Ale ni­czego się nie lękam.

— Może pani na­prawdę prze­stała być lady?

Na da­chu kabiny, jak werbel, pukały krople desz­czu. Ich rytm stawał się nie­równy, słabszy...

Wy­sze­dłem na po­kład. Wokół już poja­śniało. Ze wschodu do­cho­dziły cich­nące grzmoty od­dalają­cej się burzy.

— Słońce! — za­wołał Win­netou.

Jezioro znowu stało się gładkie. Pły­wały po nim poła­mane trzciny, gałęzie, liście. I wszę­dzie snuła się de­likatna mgiełka.

Posta­wili­śmy główny maszt. Dziew­częta pomo­gły nam wcią­gnąć główny żagiel i fok. Wydo­stali­śmy się z trzcin i wy­szliśmy na wolną od ro­ślin wodę.

Wkrótce po­wiał lekki szkwa­lik i wolno poniósł nas w stronę Czar­ciego Ostrowu.

— O, patrz­cie, tam płynie pagaj — zauwa­żyła milady.

Na trawer­sie zo­baczy­łem krótkie wiosło żeglar­skie. Zmie­niłem kurs i po chwili wyjęli­śmy je z wody.

— To wiosło ze „Swallowa” — stwier­dził Win­netou, biorąc je do ręki i wska­zując wyryty scyzo­rykiem napis na rę­kojeści.

Ogar­nął mnie niepo­kój. Jak okiem sięgnąć, na je­ziorze nie wi­dać było żadnej łajby. Może pagaj wypadł z La­tają­cego Holen­dra pod­czas gwał­tow­nego prze­chyłu, a Miss Kapi­tan nie chciała tracić czasu na go­nitwę za wio­słem?

— Na prawo są skały wysta­jące z wody — ostrzegł mnie Win­netou.

Zwol­niłem szyb­kość, każąc luzo­wać żagle. Odtąd płynę­liśmy bardzo powoli. Krwawa Mary i Win­netou usiedli na dziobie i koń­cami wioseł son­dowali wodę, wyszu­kując pod­wodne głazy.

Czarci Ostrów był już blisko. Wi­dzieli­śmy gołym okiem drzewa, trzciny przy­brzeżne, piasz­czystą łachę.

— Tam! Tam! Na lewo! — zawo­łała Krwawa Mary.

Między dwoma gła­zami leżał na boku „Swallow”. Gdy zbliży­liśmy się do niego, zoba­czyli­śmy, że poszy­cie przed­niego po­kładu zostało zdarte, a prze­łamany maszt trzymał się tylko dzięki ża­glowi.

— A co się stało z Miss Kapi­tan?

Zoba­czyłem przera­żone oczy Krwa­wej Mary i milady. Ale Win­netou nie okazał niepo­koju. Ocenił odle­głość wyspy od roz­bitej ża­glówki i stwier­dził:

— My­ślę, że ona jest na wyspie. Zna­komi­cie pływa, a miała na so­bie gruby kapok.

Win­netou zesko­czył do wody i pod­płynął do uwię­zio­nego na skałach jachtu. Wdra­pał się na burtę i wydo­był z kokpitu dwa worki ze swoimi rze­czami.

Dobili­śmy do piasz­czystej łachy na wy­spie.

— Win­netou miał rację. Ona jest tutaj — oświadczyłem, wska­zując świeży ślad małej stopy odbity na pia­sku. Ślad kiero­wał się w głąb wy­sepki, między dziko rosnące maliny.

Nie musie­liśmy szukać długo Miss Kapi­tan. Sku­lona z zimna, w prze­mo­czonej odzieży sie­działa na małej po­lance i usiło­wała wysu­szyć zapałki.

— Czego chcesz? — ode­zwała się wrogo do Win­netou. — Twoje rzeczy są w worku na „Swallowie”, który utonął. — I roz­płakała się.

— „Swallow”. Mój ko­chany „Swallow” — łzy ciekły jej po twarzy. Ona na­prawdę ko­chała ten jacht.

Zrobiło mi się jej żal. Może była zła, prze­wrotna, ale wi­dzia­łem w niej także wspa­niałego żegla­rza.

— „Swallow” nie utonął — po­wie­dzia­łem — leży rozbity na skałach. Wzięli­śmy z niego rzeczy Win­netou. „Swallowa” można będzie wyre­mon­tować. Ma zła­many maszt i roz­darte poszy­cie na dziobie.

Ze­rwała się ze swego miejsca.

— Gdzie on jest? Pokaż­cie mi go. Musi­cie pomóc mi ścią­gnąć go na wyspę. Ukryję go w krza­kach, po­płynę stat­kiem do Mi­kołajek, kupię tam maszt i spro­wadzę tutaj szkut­nika. Na­prawię „Swallowa”.

— Zgoda — przy­takną­łem. — Ścią­gniemy ze skał „Swallowa” i zabie­rzemy panią do Mi­kołajek. Na poste­runek milicji.

— Do­brze. Wszystko mi jedno. Ale naj­pierw mu­simy tu przy­holo­wać „Swallowa”.

Milady i Krwawa Mary wyjęły z jachtu naszą kuch­nię ga­zową i zabrały się do przy­rzą­dzania obiadu. A ja z Win­netou i Miss Kapi­tan do­płynę­liśmy do „Swallowa”, ścią­gnęli­śmy go ze skał i przy po­mocy liny prze­cią­gnęli­śmy na płyci­znę. Potem zdjęli­śmy żagiel, odwró­ciliśmy jacht do góry dnem i prze­nieśli­śmy go w krzaki malin, które go do­brze ukryły.

Obiad zjedli­śmy w mil­czeniu. Bo i o czym było mówić? O przestęp­stwach doko­nanych przez Miss Kapi­tan? O jej kłam­stwach i oszu­stwach?

O czwartej po połu­dniu pod­nieśli­śmy żagle na „Moby Dicku” i omi­jając skały pod­wodne popły­nęli­śmy na połu­dniowy zachód, bo tak życzył sobie Win­netou. Nikt z nas nie pytał go, dla­czego tak po­stano­wił. Sza­nowa­liśmy jego tajem­nicę.

Po półgo­dzinie zna­leźli­śmy się na tra­sie stat­ków pasa­żer­skich płyną­cych z Pisza do Mi­kołajek. Win­netou rozka­zał zrzucić żagle. Za­trzy­mali­śmy się na­prze­ciw Niedźwie­dziego Rogu z jego pięk­nym punk­tem wido­kowym na Śniar­dwy.

Miss Kapi­tan stała na pokła­dzie wsparta o maszt i paliła papie­rosa za papie­rosem.

Tym­czasem Win­netou po­grzebał chwilę w skrzynce bosmańskiej i wyjął z niej kilka kolo­rowych flag mię­dzyna­rodo­wego kodu. Wprawa, z jaką prze­bierał w pra­wie czter­dziestu różno­kolo­rowych flagach o naj­róż­niej­szych kształ­tach, upew­niła mnie osta­tecznie, że kiedyś był on żegla­rzem. Lecz na „Moby Dicku”, pod­czas całej naszej po­dróży, ani razu nie za­siadł za sterem.

Wybrał sygnał dwu­fla­gowy „EJ”, który znaczył: „Czy może­cie mi pomóc”.

Był to sygnał prze­zna­czony dla pa­sażer­skiego statku, który właśnie wypły­nął z jeziora Seksty i szedł ku nam. Płynął szybko, z po­kładu roz­cho­dziły się dźwięki mu­zyki tanecz­nej.

Kapi­tan statku dojrzał „Moby Dicka”, znaj­dują­cego się na jego kursie.

Usły­szeli­śmy długie, trwa­jące co naj­mniej pięć sekund bucze­nie sy­reny okrę­towej. Był to sygnał: „Bacz­ność”. Potem rozle­gły się dwa długie bucze­nia i jedno krótkie, co ozna­czało, że sta­tek zamie­rza skręcić i wy­prze­dzić nas wzdłuż prawej burty.

Nagle kapitan zauwa­żył flagi kodu sy­gnało­wego i woda za rufą gwał­townie zawi­rowała. Statek przy­hamo­wał, a później za­trzymał się.

— Co się stało? — doszedł nas głos kapi­tana, znie­kształ­cony przez tubę mega­fonu.

— Pro­simy o zabra­nie jed­nego pasa­żera. Ko­biety. Źle się czuje — krzyk­nął Win­netou.

— Do­brze. Dobij­cie do lewej burty — zahu­czał głos kapi­tana.

Chwy­ciliśmy za pa­gaje i po chwili nasz jacht zbliżył się do statku. Miss Kapi­tan — w mil­czeniu, nie da­rząc nas nawet spoj­rze­niem — weszła na burtę jachtu. Jakiś mary­narz podał jej rękę, a ona zgrab­nie wsko­czyła na po­kład statku.

A po­tem Win­netou gwał­townie ode­pchnął jacht od statku i zaczął ze wszystkich sił wio­słować, jakby pra­gnąc jak naj­szyb­ciej znaleźć się da­leko od Miss Kapi­tan.

Syrena znowu zawyła. Za­pieniła się woda za rufą i state­czek powoli odpły­nął, kieru­jąc się do Mi­kołajek. Pasa­żero­wie na pokła­dzie ma­chali ku nam chus­tecz­kami, bo ten incy­dent stano­wił dla nich pewne uroz­maice­nie po­dróży. Tylko Miss Kapi­tan nie zrobiła naj­mniej­szego gestu w na­szą stronę, choć — gdy statek oddalał się — odwró­ciła się twarzą ku nam i pa­trzyła na nas długo. Myślę, że z niena­wiścią.

Win­netou odłożył wiosło i zaczął ściągać kod sy­gna­łowy.

— Dla­czego? Dla­czego pan tak postą­pił? — wy­buch­nęła nagle Krwawa Mary. — Prze­cież ona miała skra­dzione rzeczy. To oszustka!

Win­netou spoj­rzał w stronę statku, który był już tylko białą plamą na bez­miarze wód.

— Ona była moją żoną — wyja­śnił krótko.

Do­piero nocą, gdy prze­byli­śmy pierw­szą śluzę w kanale i po­stano­wili­śmy odpo­cząć, Win­netou zdecy­dował się udzie­lić nam szer­szych wyja­śnień.

Sie­dzieli­śmy wszy­scy w kabinie, ota­czając stolik na skrzyni mie­czowej. So­snowa Igiełka posta­wiła przed nami kubki z gorącą kawą i podała herbat­niki, nędzne resztki na­szych zapa­sów. Za okrą­głymi okien­kami zale­gała noc, jacht stał przy­cumo­wany do ob­ramo­wa­nego wikliną brzegu kanału.

— Oże­niłem się przed dzie­się­cioma laty. Byłem po­cząt­kują­cym grafi­kiem, a ona stu­dentką Aka­demii Sztuk Pięk­nych. Praco­wałem dużo, żona ukoń­czyła studia, doro­biliśmy się miesz­kania i wspa­niałej pra­cowni, a po­nieważ oby­dwoje uwiel­biali­śmy żeglar­stwo, po ja­kimś czasie kupili­śmy Latają­cego Holen­dra, którym prze­mie­rzali­śmy jeziora mazur­skie. W jakiś czas później otrzy­małem sty­pen­dium zagra­niczne i wyje­chałem do USA, gdzie moje rysunki Indian wzbu­dziły duże zainte­reso­wanie. Gdy wróci­łem do kraju, prze­kona­łem się, że żona stała się zu­pełnie innym czło­wie­kiem, spra­gnio­nym uciech, zabaw, towa­rzy­stwa. Zapro­pono­wałem jej rozwód — za cenę miesz­kania i „Swallowa” zgo­dziła się dać mi wol­ność. Przez jakiś czas miesz­kałem kątem u przyja­ciół. Lecz nagle przy­szła na­groda pań­stwowa, pie­niądze. Kupi­łem wtedy skra­wek gruntu nad je­ziorem, zbu­dowa­łem dom i za­miesz­kałem w swoim wi­gwa­mie. Lecz moja była żona uwa­żała, że po­winna rów­nież otrzy­mać część pienię­dzy z na­grody, gdyż wiele moich rysun­ków, które zyskały rozgłos, po­cho­dziło z czasów, gdy byli­śmy jeszcze mał­żeń­stwem. Wyto­czyła mi proces, ale prze­grała. Nie zrezy­gno­wała jednak ze swych rosz­czeń i przed kil­koma dniami przy­płynęła tutaj na „Swallowie”, aby jeszcze raz za­żądać ode mnie pienię­dzy. Nie­stety, choć­bym chciał, nie mo­głem spełnić jej żą­dań. Po prostu nie mam grosza. Zamó­wienia na ilu­stracje, które otrzy­muję, star­czają mi za­ledwie na bar­dzo skromne życie. Powie­dzia­łem jej to przy naszym spo­tkaniu, ale nie wzięła tego pod uwagę. Stwierdziła, że mam duże bo­gactwo w in­diań­skich rekwi­zytach i gdy­bym je sprze­dał, miał­bym dość pienię­dzy i dla siebie, i dla niej. Nie zgo­dziłem się, rzecz jasna. Poże­gnała mnie pełna niena­wiści i spo­tkaw­szy Pi­nokia namó­wiła go do kra­dzieży. To wszystko, moi przyja­ciele, znacie już całą moją tajem­nicę. Dodam jeszcze, że odda­jąc jej „Swallowa”, przy­sią­głem sobie nigdy więcej nie za­siadać za ste­rem żadnej ża­glówki. Nie chcę, aby biały żagiel i poczu­cie steru przy­pomi­nało mi lata spę­dzone z nią na wo­dzie. Ona jednak co roku przy­pływa „Swallowem” w te okolice, aby drażnić mnie swoją obec­nością. Prze­zwano ją Miss Kapi­tan, ponie­waż rze­czywi­ście świet­nie umie żeglo­wać. Zrobiła wiele złego, ale nie potra­fiłem oddać jej w ręce spra­wie­dliwo­ści. Wy­baczcie mi tę słabość.

To mó­wiąc wy­szedł z kabiny, usiadł na po­kładzie dzio­bowym i pozo­stał tam na długo.

Potem i Krwawa Mary wyszła z ka­biny. Sły­szałem, jak ode­zwała się do Win­netou:

— Jeżeli panu na tym bardzo zależy... to po­wiem panu, że mnie już obrzydł sztucer z lu­netą. Sprze­dam go i kupię taką samą dubel­tówkę, jaką i pan ma. Wcale nie prze­padam za ra­diem i telewi­zją. W ka­wiarni wywie­siłam ogło­szenie, że nie wolno włą­czać radio­od­biorni­ków. I nigdy nie opusz­czę Zło­tego Rogu...

 

*   *   *

W dwa dni później, na po­dwórku leśni­czówki, że­gnali mnie Win­netou, Krwawa Mary i Wielki Bóbr. Zapa­kowa­łem już do we­hikułu wszystkie swoje rzeczy, rów­nież So­snowa Igiełka na tylne siedze­nie poło­żyła swój po­dróżny neseser.

Wielki Bóbr wrę­czył mi wypeł­nione for­mula­rze de­klaracji.

— Zna­lazłem Spo­łecz­nego Opie­kuna Zabyt­ków w Złotym Rogu. Wy­daje mi się, że potrafi on za­dbać o to, aby nikt nie dewa­stował ruin starego zamku — stwier­dził.

Zaj­rzałem do de­klaracji.

— Na Boga, to Win­netou! — ura­dowa­łem się. — Na­prawdę mój brat i przyja­ciel chce podjąć się tego zadania? Je­stem pewien, że na­sze mini­ster­stwo szybko za­twier­dzi pana kandy­daturę i przyśle odpo­wied­nią le­gity­mację. Win­netou, dzię­kuję panu ser­decznie.

Ale Win­netou nie lu­bił po­dzię­kowań. Posta­rał się szybko zmie­nić te­mat i zaczął żarto­wać z So­snowej Igiełki.

— Białą skwaw — po­wie­dział — przy­wiózł do Zło­tego Rogu czło­wiek prze­zwi­skiem Piękny Anto­nio. Przyje­chała do nas So­snowa Igiełka lśnią­cym blasza­nym koniem. Co powie­dzą jej zna­jomi z dyplo­macji, gdy zoba­czą pa­nią w takim dziw­nym wehi­kule? Pomy­ślą, że pani wraca nie z Mazur, ale z Księ­życa.

— Słusz­nie — przy­taknęła milady — dla­tego popro­szę Szarą Sowę, aby od­wiózł mnie tylko na ro­gatki War­szawy. Dalej pojadę tak­sówką.

— Mi­lady, to jakaś pu­łapka — rzekł Win­netou. — Podej­rze­wam, że bla­szany koń Szarej Sowy jest równie zagad­kowy, jak za­gad­kowy jest uśmiech, który widzę na jego twarzy.

Po­dzię­kowa­łem le­śni­czemu za go­ścinę, poże­gnałem jego mał­żonkę. Uca­łowa­łem ser­decznie Win­netou i Krwawą Mary. Uści­skałem Wiel­kiego Bobra.

— Pro­szę siadać, ru­szamy w świat — powie­dzia­łem do milady.

So­snowa Igiełka zajęła miejsce obok kie­rowcy. Zapu­ściłem silnik i ruszy­łem wehi­kułem.

Ale nie skrę­ciłem na drogę do wsi, tylko poje­chałem do ka­nału.

— O Boże, oni się utopią! — usły­szałem woła­nie Krwa­wej Mary.

Wi­dzia­łem, że Win­netou rzucił się w pogoń za we­hiku­łem. Lecz mój samo­chód już był nad brze­giem kanału.

— Boże drogi! — krzyk­nęła roz­pacz­liwie So­snowa Igiełka.

Wehi­kuł wje­chał w wodę. Śruba napę­dowa zaczęła się ob­racać, popły­nęli­śmy kana­łem do jeziora.

— Pań­ski sa­mo­chód pływa! — Na­prawdę pływa — wołała zdu­miona milady.

Nie ode­zwa­łem się ani sło­wem. Wy­płynę­liśmy na je­zioro i skrę­ciłem w prawo.

— Do­kąd pły­niemy? Prze­cież mieli­śmy jechać do War­szawy — stwier­dziła So­snowa Igiełka.

— Do­sta­niemy się do War­szawy przez jeziora mazur­skie, milady.

— Ależ ja na to nie wy­raziłam zgody — zauwa­żyła dys­tyngo­wanie.

— Słusz­nie. Ale czy biała skwaw o imie­niu So­snowa Igiełka nie wy­raziła kiedyś ochoty, aby ktoś porwał ją tak na­prawdę? Więc to wła­śnie się stało. Howgh.

 

[top]

 


1 Wy­róż­niamy dwa rodzaje jach­tów: kilery — z umieszczo­nym pod dnem łodzi bala­stem, który zapew­nia nie­wy­wra­calność łodzi, i jachty mie­czowe, z tzw. mie­czem czyli arku­szem blachy zawie­szo­nym pod dnem, który po­więk­sza opór boczny jachtu. Wcią­ganie miecza umoż­liwia pływa­nie nawet po płyt­kich wo­dach. [^]

2 Omega — naj­popu­larniej­sza u nas łódź ża­glowa o po­wierzchni ża­gli 15 m2. Fin — łódź rega­towa z jednym tylko żaglem o po­wierzchni 10 m2. BM-ka — świetna do że­glugi jezio­rowej o wszechstron­nym prze­zna­czeniu; łódź z ża­glami o po­wierzchni 12 m2. Hetka, czyli jacht klasy „H”, ma ża­gle o po­wierzchni 15 m2. Cadet — to ma­lutka łódka, uży­wana przede wszystkim przez mło­dzież. Ma ciężar tylko 54 kg i nieco ponad 5 m2 żagla. [^]

3 Oża­glowa­nie typu „Mar­coni” cha­rakte­ryzuje się trój­kątnym grotem, czyli żaglem głów­nym. [^]

4 Jol — ogólna nazwa nada­wana małym ło­dziom spor­towym o oża­glowa­niu sko­śnym, posia­dają­cym dwa maszty. Maszt tylny, bez­an­maszt, umieszczony za ste­rem, jest znacz­nie niższy od masztu przed­niego (czyli masztu głów­nego, zwa­nego też grot­masz­tem). [^]

5 Oża­glowa­nie ga­flowe — rodzaj oża­glowa­nia sko­śnego, w któ­rym żagiel czwo­rokątny roz­pięty jest za po­mocą gafla — uko­śnego drzewca opie­rają­cego się jednym koń­cem o maszt. Do dru­giego końca przy­moco­wany jest róg żagla (czyli lik). [^]

6 Re­fować w ję­zyku żeglar­skim znaczy zmniejszać po­wierzchnię żagla. Żagiel nawija się na drzewce po­ziome, zwane bomem. Każdy żagiel składa się z po­dłuż­nych pasów: refów — i stąd nazwa. W za­leżno­ści od tego, ile ża­gla nawi­nie się na bom, mó­wimy, że ktoś nawi­nął je­den, dwa, trzy refy. [^]

7 Dirk — nazwa jednej z lin pod­trzy­mują­cych bom. [^]

8 Buksz­pryt — drzewce uko­śne wysu­nięte poza dziób jachtu. Można do niego moco­wać dodat­kowy mały żagiel, np. trój­kątny malutki kliwer. [^]

9 Mię­dzy dzio­bem a masz­tem głów­nym prze­biega lina stalowa zwana szta­giem. Na niej zawie­sza się żagle po­mocni­cze zwane sztak­slami. Należą do nich trój­kątny żagiel o na­zwie fok, trój­kątny o bardzo wydłu­żonej pod­stawie — genu­afok i spina­ker (przy­pomina wydęty balon) oraz bryfok i ba­lonfok. [^]

10 Każdy jacht ma dziób i rufę pokrytą pokła­dem. Część środ­kowa nie ma po­kładu — tu wła­śnie znaj­duje się miejsce dla załogi zwane kokpi­tem. W jach­tach kabi­no­wych kokpit czę­ściowo zakryty jest kabiną. [^]

11 Ka­pok — popu­larna nazwa kami­zelki ratun­kowej. [^]

12 Jacht ma lewą i prawą burtę. Gdy wiatr wieje na prawą burtę (grot wów­czas znaj­duje się za lewą burtą), mó­wimy, że pły­niemy pra­wym halsem. I od­wrotnie, gdy wiatr wieje na lewą burtę, płynie się le­wym halsem. [^]

13 Ju­zing — cienka linka, czasem smo­łowana. [^]

14 Kau­sza lub inaczej cho­mątko — me­talowe okucie zabez­pie­czające linę przed prze­ciera­niem się. [^]

15 Histo­rię we­hikułu i zwią­zane z nim przy­gody znajdą Czy­telnicy w ta­kich książ­kach, jak „Wy­spa zło­czyń­ców”, „Pan Samo­cho­dzik i templa­riusze”, „Księga stra­chów”, „Nie­samo­wity dwór”, „Nowe przy­gody Pana Samo­cho­dzika”, „Pan Samo­cho­dzik i za­gadki From­borka”, „Pan Samo­cho­dzik i Fanto­mas”, „Pan Samo­cho­dzik i tajem­nica tajem­nic”. [^]

16 Ram­bler — mały jachcik zapro­jekto­wany przez J. Holta w 1954 roku. Budo­wany w trzech wer­sjach: śródlą­dowej z wiel­kim kokpi­tem, tury­stycz­nej z cięż­szym mie­czem i kabiną oraz w wersji mor­skiej, z bala­stem i kokpi­tem odpły­wo­wym. Zyskał sobie bardzo wielu zwo­lenni­ków. Ma 15 m2 ża­gla, podob­nie jak omega, ale jest o wiele lżejszy i ła­twiej­szy do trans­portu. [^]

17 Rum­pel, in­aczej ste­row­nica, to drążek zamo­co­wany do trzonu steru. Za jego po­mocą zmie­nia się poło­żenie płetwy steru. [^]

18 Maszt w jachcie ma wy­ciętą od strony żagla dość głę­boką szparę, w którą wsuwa się kra­wędź grota. Szpara ta umoż­liwia podno­szenie żagla i wiąże go z masz­tem. Na­zywa się ona szparą likową. Żagiel od strony masztu jest ob­szyty liną, która wcho­dzi w ową szparę likową i unie­możli­wia ode­rwanie się ża­gla od masztu. Lina ta na­zywa się liną likową, likliną. [^]

19 Knagi — spe­cjalne uchwyty, słu­żące na jachcie do mo­cowa­nia lin. Knagi mogą być meta­lowe lub drew­niane, proste lub bar­dziej skom­pliko­wane — na przy­kład auto­ma­tycznie zaci­skające się na linie. [^]

20 Cęgi — bardzo mocny, zwią­zany z kadłu­bem jachtu uchwyt, w który wkłada się maszt. Maszt w cę­gach moco­wany jest dwoma bol­cami — usunię­cie jed­nego z nich umoż­liwia poło­żenie masztu na po­kładzie, na przy­kład przy prze­pływa­niu pod niskim mo­stem. [^]

21 Wanta — jedna z kilku lin stalo­wych pod­trzy­mują­cych maszt z boków. [^]

22 Szot — linka zamo­cowana do boku żagla, za jej po­mocą można ustawić bom, a tym samym żagiel, pod odpo­wied­nim kątem. [^]

23 Wy­ostrzyć sterem to zna­czy zmniejszyć kąt między osią wzdłużną jachtu a linią wiatru. [^]

24 Pa­gaje — krótkie wiosła uży­wane przez żegla­rzy gdy nie ma wiatru. [^]

25 Kil­water — ślad to­rowy, czyli ukła­dające się za rufą płyną­cej jed­nostki zawi­rowa­nia wody zna­czące wyraź­nie prze­bytą drogę. [^]

26 Forde­wind — kurs jachtu płyną­cego z wia­trem wieją­cym prosto od rufy. [^]

27 Pe­dlar — wę­drowny han­dlarz. Win­netou użył tu okre­ślenia za­czerp­niętego z po­wieści Karola Maya. [^]

28 Skla­rować żagiel — po opusz­czeniu w dół staran­nie go ułożyć na bo­mie i owią­zać liną szo­tową. [^]

29 Top — wierz­chołek masztu. [^]

30 Kipy — drew­niane lub meta­lowe oczka, przy­twier­dzone do burty. Prze­chodzą przez nie szoty foka. [^]

31 Raksy — za­czepy służące do umo­cowa­nia ża­gla przed­niego na sztagu. [^]

32 Sa­ling — roz­pórki zakła­dane między maszt a wanty, rozpy­chające te ostat­nie na ze­wnątrz. W ten sposób wanty są sil­nie na­prę­żone. [^]