Zbigniew Nienacki

Pan Samochodzik i człowiek z UFO

Olsztyn-Białystok, 1988

 


Spis treści

PROLOG
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
ZAKOŃCZENIE

 


PROLOG [top]

 

Zda­rzyło się to mie­siąc przed moim służ­bo­wym wy­jaz­dem do sto­licy Ko­lum­bii, Bo­goty. Pra­co­wa­łem wtedy bar­dzo in­ten­syw­nie, przy­go­to­wu­jąc mate­riały do refe­ratu, jaki w Bo­gocie na mię­dzy­naro­do­wym kon­gre­sie, po­świę­co­nym sprawie ochrony mu­zeów przed coraz licz­niej­szymi wła­ma­niami, miał wy­gło­sić mój bez­po­średni zwierzch­nik, Mar­czak, dy­rek­tor Cen­tral­nego Za­rządu Mu­zeów w Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Sztuki. Tezy na­szego refe­ratu były na­stę­pu­jące: na ca­łym świe­cie mnożą się kra­dzieże dzieł sztuki i w związku z tym mu­zea bo­ga­tych kra­jów coraz bar­dziej udo­sko­na­lają sys­temy za­bez­pie­cza­jące zbiory przed zło­dziejami. Są to sys­temy nie­zwy­kle kosztowne, wy­posa­żone w skompli­ko­wane apa­ra­tury elek­tro­niczne. Biedniej­szych państw nie stać na ich za­sto­so­wa­nie. A zresztą, jak wy­ni­kało z fak­tów, które skrzętnie od­no­to­wy­wa­łem, do­sko­nale­niu sys­te­mów za­bez­pie­cza­ją­cych towa­rzy­szyło zaw­sze do­sko­nale­nie spo­so­bów wła­mań i kra­dzieży. Świat był więc wi­dow­nią swo­istej eskalacji: coraz droż­sze urzą­dze­nia za­bez­pie­cza­jące i coraz sprytniej­sze spo­soby ich unieszko­dli­wia­nia. Jak długo miała trwać ta eskalacja?

Stwierdzi­liśmy w na­szym refe­racie, że in­dy­wi­du­alni zło­dzieje dzieł sztuki na­leżą już do prze­szło­ści, za­miast nich po­wstały ogromne, mię­dzy­naro­dowe gangi prze­stęp­cze. Tym wła­śnie gan­gom po­winno się prze­ciw­sta­wiać nie coraz lep­sze środki za­bez­pie­cza­jące, ale mię­dzy­naro­dową orga­niza­cję dla zwalcza­nia gan­gów, zło­żoną z roz­ma­itych spe­cjali­stów do walki z kra­dzie­żami dzieł sztuki. Tylko po­wstanie takiej orga­niza­cji mo­gło — na­szym zda­niem — poło­żyć tamę nara­stają­cej fali wła­mań i kra­dzieży do mu­zeów. Al­bo­wiem dane staty­styczne na ten temat były po pro­stu prze­ra­ża­jące. W ciągu mi­nio­nych czte­rech lat na ca­łym świe­cie skra­dziono czterdzie­ści dwa ty­siące dzieł sztuki o łącz­nej war­tości trzy­dzie­stu mi­lio­nów dola­rów. Co­dziennie łu­pem zło­dziei pa­dało śred­nio od czte­rystu pięć­dzie­się­ciu do pię­ciu­set ta­kich dzieł...

Pew­nego dnia, gdy mo­zoli­łem się nad do­bo­rem naj­wła­ściw­szych słów dla zo­bra­zo­wa­nia tych za­gad­nień, do mo­jego po­koju w Mi­ni­ster­stwie wniesiono nagle dru­gie biurko. W ślad za nim zja­wiła się dziwna osoba. Z po­czątku nie wie­działem, czy to ko­bieta, czy męż­czy­zna, bo miała krótko przy­cięte włosy, zmierz­wione i przy­po­mi­na­jące pta­sie gniazdo. No­siła ta osoba spodnie i coś w ro­dzaju luź­nej, weł­nia­nej tu­niki zro­bio­nej na dru­tach, po­dob­nej do worka na psze­nicę. Na jej szyi wi­siał prze­dziwny na­szyj­nik — na gru­bym łań­cuszku koły­sały się drewniane klocki zu­peł­nie takie same, ja­kimi kie­dyś ba­wi­łem się w przed­szkolu. Ile ta osoba mo­gła mieć lat? — dwa­dzie­ścia osiem? czterdzie­ści? sześćdzie­siąt? Tak na dobrą sprawę wi­działem tylko jasną cerę po­licz­ków, mocno za­ci­śnięte usta oraz wy­raź­nie zary­so­wany pod­bró­dek bez zaro­stu.

— Czego pan lub pani sobie ży­czy? — zwróciłem się do niej uprzejmie.

— To pan o mnie nic nie wie? — zdu­miała się owa osoba gło­sem ko­bie­cym i mi­łym dla ucha. — Je­stem Flo­ren­tyna, pań­ska se­kre­tarka.

Prze­raże­nie ode­brało mi głos. Przypo­mniałem sobie kło­poty, jakie prze­ży­łem z po­przednią se­kre­tarką, panną Mo­niką. Wówczas to Mar­czak zgo­dził się, że­bym sam sobie wy­na­lazł od­po­wiedniego współpra­cow­nika, nie­ko­niecznie zresztą ko­bietę. A oto teraz przy­słano bez mojej wie­dzy jakąś pannę Flo­ren­tynę, dziwną osobę z kloc­kami na szyi.

Bez słowa wy­sze­dłem z po­koju i uda­łem się do swego zwierzch­nika.

Mar­czak uni­kał mego spoj­rze­nia. Coś tam chrząkał, po­mru­kiwał, prze­su­wał pa­piery na biurku, a po­tem zerk­nąw­szy w okno oświad­czył urzę­do­wym to­nem:

— Dwa lata w pań­skim dziale był blo­ko­wany wolny etat. Od dwóch lat obie­cy­wał pan, że wy­naj­dzie sobie se­kre­tarkę i nic z tego nie wy­szło. Nie stać nas na taką roz­rzut­ność, panie To­ma­szu. Pro­szę się więc nie dzi­wić, że w tych dniach mini­ster ra­czył się oso­bi­ście za­inte­re­so­wać tą sprawą i mu­sieli­śmy przyjąć pannę Flo­ren­tynę.

— Kim ona jest? — za­py­tałem grzecznie.

Mar­czak bez­rad­nie roz­łożył ręce.

— Nie wiem, pa­nie To­ma­szu. Mi­nister we­zwał mnie do sie­bie i po­wie­dział jak do przyja­ciela: „Prowa­dzisz oży­wioną ko­re­sponden­cję z mu­ze­ami na ca­łym świe­cie, wy­jeż­dżasz wkrótce do Bo­goty, aby wy­gło­sić refe­rat. Panna Flo­ren­tyna zna do­sko­nale dzie­sięć języ­ków. Taka osoba bę­dzie ci bar­dzo po­trzebna, choćby z tego względu, że re­ferat na­leży przełożyć na kilka języ­ków”. Od­rze­kłem mini­strowi, że mogą to zro­bić wy­na­jęci tłu­ma­cze. Ale on znowu rzekł do mnie jak do przyja­ciela: „Ta pani pra­co­wała naj­pierw w Mi­ni­ster­stwie Przemy­słu Ciężkiego, ale z ja­kichś ta­jem­ni­czych względów wkrótce jej wy­mó­wiono. Po­tem za­trud­niono ją w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych. Nie­stety, jest osobą po­zba­wioną ja­kich­kol­wiek umiejętno­ści dy­plo­ma­tycz­nych i na­ro­biła im mnó­stwo kło­po­tów. Za­dzwonili do mnie z Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych (a wiesz, że mu­simy się z nimi li­czyć) i po­pro­sili, abym zna­lazł dla niej u nas jakąś pracę”.

— Nie uznaję pro­tekcji — oświad­czy­łem.

— Ja także, pa­nie To­ma­szu — przytaknął gor­liwie Mar­czak. — Ale w tym wy­padku mu­simy ustą­pić. Nasz mini­ster mnie o to po­prosił, a jego po­prosił inny mini­ster. To jed­nak pana wina, że do tej pory nie zna­lazł pan sobie se­kre­tarki.

— I co ja mam z nią zro­bić? — wes­tchnąłem.

— Nie wiem, pa­nie To­ma­szu — za­kło­potał się szczerze Mar­czak. — Może weź­miemy ją ze sobą do Bo­goty, przyda się nam jako tłu­macz w roz­mo­wach z mu­zeal­ni­kami in­nych kra­jów. Nasz refe­rat też przełoży na dzie­sięć języ­ków.

Z cięż­kim ser­cem wró­ciłem do swojego po­koju, gdzie za­sta­łem pannę Flo­ren­tynę, sie­dzącą za wniesio­nym nie­dawno biur­kiem i prze­glą­da­jącą ja­kieś za­gra­niczne cza­sopi­smo.

Po­łowa refe­ratu na kon­gres w Bo­gocie była już go­towa. Wrę­czy­łem go jej i po­leci­łem, aby prze­tłu­ma­czyła na dzie­sięć języ­ków.

— Prze­pra­szam panią, ale jakie ję­zyki pani zna? — za­py­tałem.

— An­giel­ski, nie­miecki, fran­cuski, wło­ski, hisz­pań­ski, por­tu­gal­ski, ro­syj­ski, ho­len­der­ski, grecki, duń­ski. Mogę także dość swo­bod­nie roz­ma­wiać po ja­poń­sku, w ję­zyku su­ahili oraz pa­pia­mento.

— Pa­pia­mento? — po­my­śla­łem, że żar­tuje sobie ze mnie.

Lecz ona od­parła z po­wagą:

— Pa­pia­mento jest języ­kiem uży­wa­nym przez lud­ność za­mieszku­jącą An­tyle Ho­len­der­skie. To mie­sza­nina ho­len­der­skiego, hisz­pań­skiego, por­tu­gal­skiego, fran­cu­skiego oraz języ­ków afry­kań­skich. Znam rów­nież tro­chę...

— Nie, nie, do­syć — oświad­czy­łem bła­gal­nie.

Od tej chwili przez pra­wie dwa tygo­dnie nie od­zy­wali­śmy się do sie­bie ani sło­wem w żad­nym ję­zyku, na­wet po pol­sku. Z po­czątku pró­bo­wa­łem do niej za­gad­nąć, py­tałem o to i owo, ale zby­wała mnie pół­słówkami albo po pro­stu mo­no­syla­bami. Zresztą tak na­prawdę nie mie­liśmy wspólnego te­matu do roz­mowy. Ona znała dzie­sięć języ­ków, ja na­to­miast by­łem de­tek­ty­wem. Mnie inte­re­so­wali zło­dzieje dzieł sztuki i wła­ma­nia do mu­zeów. Ona sprawiała wra­żenie osoby za­jętej jaki­miś wła­snymi we­wnętrz­nymi tro­skami i po pro­stu ogra­ni­czała się do wy­ko­ny­wa­nia tego, co jej zle­ciłem.

Aż wreszcie po dwóch ty­go­dniach usły­sza­łem znowu głos Flo­ren­tyny. Prze­glą­dała wła­śnie tygo­dnik wło­ski „Epoca” i nagle wy­krzyknęła z naj­większym entu­zja­zmem:

— Niech pan sobie wy­obrazi, że, jak mó­wią dane staty­styczne, do roku ty­siąc dziewięć­set sie­dem­dzie­sią­tego bar­dzo dużo Nie­zi­den­tyfi­ko­wa­nych Obiektów La­tają­cych, czyli Uni­den­tified Fly­ing Ob­jects, zwa­nych w skró­cie UFO uka­zy­wało się wła­śnie nad Ko­lum­bią.

— I co z tego?

— Prze­cież mam z pa­nami wy­je­chać do Bo­goty. Ach, jakie to bę­dzie cu­downe, je­śli uda mi się tam po­roz­ma­wiać z kimś, kto wi­dział UFO.

— Pa­nią inte­re­sują po­dobne sprawy?

— Ja po pro­stu żyję nimi dzień i noc — wy­krzyknęła nie­mal z dzi­kim entu­zja­zmem. — Prze­czy­tałam wszystko, co napi­sano o UFO i UFO-lud­kach. Ko­re­sponduję z naj­więk­szymi znawcami tego za­gad­nie­nia oraz z dzie­siąt­kami ludzi w róż­nych kra­jach, któ­rzy wi­dzieli UFO, a na­wet kon­tak­to­wali się z UFO-lud­kami. Znajo­mość wielu języ­ków jest w tym nie­zwy­kle przy­datna.

— O tak, oczywi­ście — przytak­ną­łem ze zro­zu­mie­niem. — Prze­pra­szam za nie­dy­skretne pyta­nie: pani jest mę­żatką? ma pani dzieci?

Flo­ren­tyna za­ru­mie­niła się lekko i od­parła z nie­chę­cią:

— Nie wy­szłam za mąż i mieszkam z ma­mu­sią. Ko­bieta ogar­nięta pasją na­ukową nie może tracić czasu na głu­pie randki z męż­czy­znami. Dzieci też, oczywi­ście, nie po­sia­dam.

— Wszystko jasne — kiw­ną­łem głową. — Tak więc UFO to pani je­dyna na­mięt­ność. Z jej po­wodu wę­druje pani od jed­nej in­sty­tucji do dru­giej, nig­dzie długo nie za­grzewa­jąc miej­sca. Nie­stety, mu­szę panią poin­for­mo­wać, że i ja w żadne UFO nie wie­rzę. Uważam tę sprawę za wy­mysł pseudo­nau­kow­ców i fan­ta­stów. Jeśli pra­gnie pani pra­co­wać w moim dziale, to pro­szę nigdy przy mnie nie mó­wić o UFO, UFO-lud­kach i tym po­dob­nych histo­riach.

W od­po­wie­dzi usły­sza­łem ciche:

— Zga­dzam się, panie kie­row­niku...

A kiedy zerk­ną­łem w jej stronę, za­uwa­ży­łem, że od­su­nęła nieco kępkę ko­smy­ków za­sła­nia­ją­cych jej czoło i oczy. W tych oczach — o dziwo, bar­dzo du­żych i bar­dzo ład­nych — uj­rza­łem łzy. A choć ostrze­gano mnie już wiele razy, iż łzy sta­no­wią broń naj­czę­ściej uży­waną przez ko­biety, po­czu­łem głę­boką skru­chę, zro­biło mi się bar­dzo przy­kro i oświad­czy­łem ła­god­nie:

— Nie je­stem kie­row­ni­kiem tyra­nem. Przy­się­gam, że na wiele może pani sobie po­zwo­lić. Po­sta­ram się tole­ro­wać pani ewentu­alne wy­cho­dze­nie po za­kupy w go­dzi­nach pracy, a na­wet jeśli naj­dzie panią ochota, aby za­tań­czyć na wła­snym biurku, nie po­wiem złego słowa. Ale o jedno na­prawdę bła­gam: ani słowa o UFO.

Zro­zu­miała. I odtąd znowu nie­wiele ze sobą roz­ma­wia­liśmy. Aż wreszcie przy­szedł dzień na­szego od­lotu do Bo­goty i zna­leźli­śmy się w trójkę na mię­dzy­naro­do­wym lotni­sku na Okę­ciu. Dy­rek­tora Mar­czaka i mnie cel­nicy prze­pu­ścili do sa­mo­lotu po po­bież­nym tylko spraw­dze­niu ba­gaży. Na­to­miast pannę Flo­ren­tynę spo­tkała z ich strony wielka po­dejrzli­wość. Za­pro­wa­dzili ją do spe­cjal­nego po­mieszcze­nia, gdzie zo­stała pod­dana oso­bistej rewi­zji. Na szczęście panna Flo­ren­tyna nie po­sia­dała rze­czy zaka­za­nych do wy­wozu i po ja­kimś cza­sie wraz z nami zna­lazła się w sa­mo­locie.

— Niech się pani nie martwi, bo to się nie­kiedy zda­rza — po­cie­szył ją dy­rek­tor Mar­czak.

— To mój prze­piękny, no­wo­cze­sny na­szyj­nik wzbudził za­inte­re­so­wa­nie cel­ni­ków — oświad­czyła panna Flo­ren­tyna. — Zba­dali do­kład­nie wszystkie klocki po­dej­rze­wa­jąc, że za­wie­rają schowki, w któ­rych kryją się ja­kieś nie oclone to­wary.

A ja po­czu­łem rap­tem strach na myśl, że z tak dzi­wacznie ubraną osobą będę mu­siał re­pre­zen­to­wać nasz kraj za gra­nicą. Dla­tego za­py­tałem zło­śli­wie:

— A pani tu­nika? Czy ona nie wzbudziła po­dej­rzeń cel­ni­ków? Nie sądzi pani, że ta tu­nika tro­chę przy­po­mina wo­rek na psze­nicę? O ile wiem, nie ma w na­szym kraju za­kazu wy­wozu wor­ków na psze­nicę. A jed­nak, jeśli ktoś wy­wozi taki wo­rek...

— Stop — ode­zwała się ostro, czerwona ze zło­ści panna Flo­ren­tyna. — Pan nie ma gustu i nie zna się na no­wo­cze­snej mo­dzie. Tę tu­nikę sama zro­biłam szy­deł­kiem, a mój na­szyj­nik wszystkim się po­doba. Tak, tak, za­uwa­ży­łam, że jest coś we mnie, co budzi pań­ską nie­chęć. Teraz wiem co: mój zbyt ele­gancki wy­gląd.

To po­wie­dziawszy, panna Flo­ren­tyna za­jęła w sa­mo­locie fotel obok mnie i w ten spo­sób, nie­mal ramię w ramię, ale w mil­cze­niu, odle­cieli­śmy do Bo­goty.

 


ROZDZIAŁ PIERWSZY [top]

ZASKAKUJĄCE WYDARZENIE W BOGOCIE • KTO STRACIŁ GŁOWĘ, A KTO JĄ TRZYMAŁ WYSOKO • ROZPACZ DYREKTORA MARCZAKA • FLORENTYNA TRAFIA NA UFO-LOGÓW • NA CO CHCIAŁEM POŻYCZYĆ PIENIĄDZE • DOBROĆ FLORENTYNY • PIĘKNA MULATKA • CO KRYŁA CZARNA TOREBKA • JAK ZOSTAŁEM NAZWANY „EL SENOR COCHECITO” • CZUJNOŚĆ FLORENTYNY

 

Był to chyba naj­większy skandal, jaki w ostatnim cza­sie zda­rzył się w histo­rii mu­zeal­nic­twa. Wszystkie światowe ga­zety pi­sały o nim na pierwszych stro­nach — nie szczędząc ironii, szy­der­stwa, a także wy­ra­zów obu­rze­nia i prze­strogi. Po tygo­dniu in­for­ma­cje o owym skandalu ze­szły na dal­sze strony, ale na­wet naj­skrom­niej­sza no­tatka w tej sprawie zaw­sze za­wie­rała odrobinę szy­der­stwa, i to pod adre­sem mu­zeal­ni­ków, któ­rych i ja je­stem przedsta­wi­cie­lem. Czytając ga­zety, lu­dzie śmieli się z nas w tramwa­jach, me­trach, ka­wiar­niach i pry­wat­nych mieszka­niach. Mu­zeal­nicy stali się obiektem dow­ci­pów opo­wia­da­nych sobie na przyję­ciach. Pewna wielka firma o światowej re­no­mie o mało nie zo­stała zruj­no­wana, kil­ku­nastu star­szych wie­kiem mu­zeal­ni­ków skie­ro­wano na eme­ry­tury, wielu mu­zeal­nych de­tek­ty­wów, cie­szą­cych się dotąd za­słu­żoną sławą, po­nio­sło szwank na ho­norze.

Skandal ów na­stąpił pod­czas Mię­dzy­naro­do­wego Zjazdu Mu­zeal­ni­ków, który od­by­wał się w Bo­gocie i po­świę­cony był sprawie za­bez­pie­cze­nia mu­zeów przed coraz bar­dziej roz­prze­strzenia­jącą się plagą wła­mań. Trze­ciego dnia obrad, póź­nym wie­czo­rem, gdy na mównicy w sali kon­fe­ren­cyj­nej ho­telu Hil­ton zna­lazł się przedsta­wi­ciel firmy „Wilson and Company”, spe­cjali­zują­cej się w sys­te­mach alar­mo­wych, na salę do­tarła wia­do­mość, że przed pół­go­dziną grupa za­ma­sko­wa­nych wła­my­wa­czy uśpiła strażni­ków, sfor­so­wała ide­alny sys­tem alar­mowy firmy „Wilson and Company” i zra­bo­wała naj­cen­niej­sze eks­po­naty z ma­ga­zy­nów słyn­nego na ca­łym świe­cie Mu­zeum Złota w Bo­gocie. Wia­do­mość tę przy­niósł in­spektor poli­cji don Sala­zar Esponoza. Nie­spo­dziewa­nie wszedł na salę kon­fe­ren­cyjną, wskoczył na po­dium, dość szorstkim ge­stem od­sunął z mównicy przedsta­wi­ciela firmy „Wilson and Company” i pod­nie­sio­nym gło­sem, z żywą ge­sty­kula­cją wła­ściwą La­tyno­som, po­wia­do­mił nas o wła­ma­niu i kra­dzieży.

Tego, co się po­tem stało na sali kon­fe­ren­cyj­nej, po pro­stu nie po­trafię opi­sać. Przedsta­wi­ciel firmy „Wilson and Company” ze­mdlony osu­nął się na pod­łogę, mu­zeal­nicy — sza­cowni prze­cież i godni pa­no­wie — pode­rwali się ze swych miejsc i zasy­pali in­spektora set­kami pytań, co spo­wo­do­wało, że można było ogłuchnąć od wrzasku. Na wła­sne oczy wi­działem, jak dy­rek­tor Luwru szar­pał sobie włosy na gło­wie, prze­ra­żony, że po­dobna hi­storia może się zda­rzyć rów­nież i w Pa­ryżu, a dy­rek­tor Bri­tish Mu­seum, chłodny An­glik z nie­od­łączną fajką w zę­bach, upu­ścił tę fajkę na zie­mię i, co gor­sza, sam ją po­tem przy­dep­tał i zła­mał. Nie bę­dzie prze­sady, jeśli stwierdzę, że wszyscy za­cho­wali się tak, jak gdyby na chwilę po­tra­cili zmy­sły. Nie bę­dzie prze­sady, jeśli do­dam, że jedy­nie dwaj lu­dzie po­zo­stali spo­kojni: dy­rek­tor Mar­czak i ja, jego urzędnik do spe­cjal­nych poru­czeń. Sie­dzie­liśmy spo­koj­nie wła­śnie dla­tego, że wczoraj na tej sa­mej sali kon­fe­ren­cyj­nej dy­rek­tor Mar­czak wy­głosił refe­rat, w któ­rym sta­rali­śmy się prze­ko­nać ze­bra­nych mu­zeal­ni­ków z ca­łego świata, że sto­so­wa­nie coraz do­sko­nal­szych sys­te­mów alar­mo­wych nie ma sensu, gdyż jed­no­cze­śnie do­sko­nalą się spo­soby wła­mań. To, co się wy­da­rzyło, po­twierdziło naszą tezę.

Na­pi­sa­łem, że w ogól­nej wrzawie i tu­mul­cie tylko dy­rek­tor Mar­czak i ja za­cho­wali­śmy spo­kój. Był to jed­nak spo­kój po­zorny. Dy­rek­tor Mar­czak w la­tach swej mło­dości kil­ka­krot­nie od­wie­dzał Ame­rykę Po­łu­dniową i wy­dał na­wet książkę pt. „Sztuka pre­ko­lum­bij­ska”, dla­tego wia­do­mość o okra­dze­niu ma­ga­zy­nów słyn­nego Mu­zeum Złota wstrzą­snęła nim rów­nież mocno jak i in­nymi uczestni­kami mię­dzy­naro­do­wej kon­fe­rencji. Ale Mar­czak wy­soko cenił sobie god­ność dy­rek­tor­ską i uwa­żał, że na­wet w naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nej chwili po­wi­nien oka­zy­wać po­wściągli­wość i spo­kój godny zwierzch­nika Cen­tral­nego Za­rządu Mu­zeów. Po­dob­nie po­zorny był i mój spo­kój, a prze­ni­ka­jące moją duszę uczucie dumy nie po­zba­wione zo­stało do­mieszki gory­czy, po­nie­waż nasz refe­rat nie zo­stał wy­słu­chany z nale­żytą uwagą. I trudno się temu dzi­wić, skoro na sali znaj­do­wało się wielu przedsta­wi­cieli firm ofe­rują­cych sys­temy alar­mowe i se­kretne zamki, które miały uczynić mu­zea nie­do­stęp­nymi dla wła­my­wa­czy twier­dzami.

In­spektor poli­cji opu­ścił salę, czemu się nikt nie dzi­wił, bo prze­cież cze­kało go śledztwo w sprawie wła­ma­nia i po­ścig za prze­stęp­cami. Na od­chodnym ob­wie­ścił, że wła­my­wa­cze wkrótce zo­staną schwytani, a ich łup od­zy­skany, wąt­pię jed­nak, czy kto­kol­wiek wie­rzył w to optymi­styczne za­pew­nie­nie. Po jego odej­ściu przewod­ni­czący obrad uspokoił tu­mult na sali ogła­sza­jąc prze­rwę i za­po­wia­dając na dzień ju­trzej­szy uro­czy­ste za­koń­cze­nie kon­fe­rencji. Po­tem — zgodnie z uprzednim pla­nem — wszyscy za­pro­szeni go­ście mieli od­być wy­cieczkę do słyn­nego Parku Ar­che­olo­gicz­nego w San Au­gu­stin.

Uczestni­ków kon­fe­rencji za­kwatero­wano w ho­telu Hil­ton, w któ­rym się ona od­by­wała. Wje­cha­liśmy windą na czternaste pię­tro, gdzie dano nam dwom do dys­po­zycji luk­su­sowy aparta­ment, a pani Flo­ren­tynie mały pokój. I tutaj do­piero dali­śmy upust swoim prawdzi­wym od­czu­ciom.

— To straszne, panie To­ma­szu. To po pro­stu okropne — jęk­nął dy­rek­tor Mar­czak za­pa­dając się w nie­zwy­kle miękki fotel kryty skórą. — Mu­zeum Złota w Bo­gocie jest czymś zu­peł­nie wy­jąt­ko­wym. Po­siada pięt­na­ście ty­sięcy uni­ka­to­wych wy­ro­bów ze złota, po­cho­dzą­cych z epoki pre­ko­lum­bij­skiej, to jest ośmio­krot­nie wię­cej niż wszystkie tego ro­dzaju zbiory na świe­cie. W tym mu­zeum znaj­duje się prze­bo­gata ko­lek­cja szmarag­dów ko­lum­bij­skich, a wśród nich naj­większy na świe­cie nie oszli­fo­wany szmaragd. Pal sześć zresztą szmaragdy! Naj­cen­niej­sze są wy­roby sta­ro­daw­nej sztuki złot­ni­czej. Nie wszystkie pięt­na­ście ty­sięcy prze­pięk­nych wy­ro­bów ze złota można było umieścić w ga­blo­tach mu­zeal­nych, co jakiś czas prze­cież trzeba zmienić eks­po­zycję. Ogromna ilość owych cu­dow­nych rze­czy po­zo­sta­wała więc w ma­ga­zy­nach. I po­my­śleć, że padły one łu­pem zło­dziei. W tej sprawie nie ma co mó­wić o stra­cie war­tości mi­lio­nów dola­rów, po­nie­waż są to za­bytki o nie­oce­nio­nej war­tości, nie do od­two­rze­nia, sta­no­wiące war­tość histo­ryczną. Je­śli na do­miar złego owi wła­my­wa­cze po pro­stu przetopią te przed­mioty w sztaby, ludz­kość po­nie­sie nie­od­wra­calną stratę.

Dy­rek­tor Mar­czak, za­pewne po­wo­do­wany roz­paczą, mó­wił do mnie jak do ko­goś, kto pierwszy raz w życiu do­wie­dział się o ist­nie­niu Mu­zeum Złota. A prze­cież nie­obca mi była cu­downa sztuka pre­ko­lum­bij­ska. Swoje pierwsze kroki po przylocie do Bo­goty skie­ro­wa­łem wła­śnie do Mu­zeum Złota, gdzie spę­dzi­łem pra­wie cały dzień. Słu­cha­łem jed­nak Mar­czaka w mil­cze­niu, nie prze­ry­wa­jąc, bo ro­zu­mia­łem, jakie uczucia mio­tają tym nie tylko za­słu­żo­nym mu­zeal­ni­kiem (dla któ­rego się­gnię­cie ręką po za­bytek było nie­mal święto­kradztwem), ale i au­to­rem książki o sztuce pre­ko­lum­bij­skiej.

— Trzeba coś zro­bić, panie To­ma­szu, aby ura­to­wać te skarby. Nie mo­żemy tu tkwić bez­czynnie. Po­win­ni­śmy działać, po­ma­gać w schwyta­niu prze­stęp­ców — wołał zroz­pa­czony Mar­czak, a ja sie­działem bez­rad­nie w fo­telu i ćmi­łem zna­ko­mite ko­lum­bij­skie cy­garo.

Bo cóż mo­gli­śmy uczynić dla sprawy od­zy­ska­nia owych skar­bów w ob­cym kraju, z gar­ścią pesos w kie­szeni, do­star­czo­nych nam przez orga­ni­zato­rów kon­fe­rencji? Za kilka dni, po obej­rze­niu Parku Ar­che­olo­gicz­nego w San Au­gu­stin, mie­liśmy odle­cieć do kraju.

Mar­czak wołał do mnie, że trzeba działać, po­ma­gać, robić coś, aby od­zy­skać zra­bo­wane przed­mioty, ale rów­nie do­brze jak i ja wie­dział, że nic uczynić nie mo­żemy. Ta sprawa prze­ra­stała siły nie tylko nas dwóch, ale i dzie­siąt­ków in­nych mu­zeal­ni­ków, ba, na­wet poli­cji ko­lum­bij­skiej. Tylko zgroma­dzone siły całej światowej poli­cji mo­gły do­ko­nać cudu, schwytać wła­my­wa­czy i ode­brać im zdo­bycz. Byli­śmy bo­wiem pewni, że sys­tem alar­mowy firmy „Wilson and Company” przełamać mo­gła tylko do­sko­nale zor­gani­zo­wana banda, wy­posa­żona w naj­no­wo­cze­śniej­szą tech­nikę. Być może już w tej chwili kilka heli­kop­terów nale­żą­cych do bandy przewio­zło zdo­bycz na sta­tek sto­jący nie­da­leko brze­gów Ko­lum­bii. Wkrótce zaś zra­bo­wane z Mu­zeum Złota skarby znajdą się w nie­do­stęp­nej kry­jówce. Po ja­kimś cza­sie zło­dzieje roz­poczną per­trak­tacje z szej­kami naf­to­wymi lub in­nymi mi­liar­de­rami, aby ten i ów skra­dziony przedmiot od­sprzedać po ba­joń­skiej cenie.

W swoim cza­sie Mar­czak i ja sto­czy­liśmy za­wziętą walkę z „Niewi­dzialnymi” — mię­dzy­naro­do­wym gan­giem zło­dziei dzieł sztuki. Udało nam się na­wet schwytać ich przy­wódcę, nie­ja­kiego Marlona Mendozę. Po tym fak­cie na krótko skończyły się wła­ma­nia do świato­wych mu­zeów, za­pewne owa banda szu­kała no­wego przy­wódcy i orga­ni­za­tora. I chyba go zna­lazła, bo po­tem wła­ma­nia za­częły się od nowa, i to coraz bez­czel­niej­sze. Tym bar­dziej że kra­dzieże dzieł sztuki sta­wały się zaję­ciem lu­kra­tyw­nym. A działo się tak dla­tego, że jedy­nie dzieła sztuki nie tylko nie tra­ciły nic na swej war­tości w dobie ogól­nej infla­cji, ale prze­ciw­nie, ich war­tość rosła z roku na rok. Była to więc naj­lep­sza lo­kata ka­pitału dla ko­goś, kto miał dużo pie­nię­dzy. Nie­trudno więc zgadnąć, że po­sia­dacze ogrom­nych for­tun na­by­wali dzieła sztuki na­wet od zło­dziei i trzymali je w sej­fach, do któ­rych nikt nie miał do­stępu.

W takiej sytu­acji po­wstawały nowe gangi, sta­ra­jące się spro­stać żą­da­niom bo­ga­czy. Łupy swoje gangste­rzy zby­wali po wy­so­kich ce­nach i ogromne sumy in­we­sto­wali w dal­szy roz­wój gan­gów, które sta­wały się jak gdyby po­nad­naro­do­wymi przedsię­bior­stwami. Dys­po­no­wały set­kami wła­my­wa­czy, a także spe­cjali­stami od wszelkiej innej ro­boty, na­wet od za­bija­nia. Gangste­rzy ku­po­wali myśli i wy­na­lazki inży­nie­rów, aby przełamać sys­temy alar­mowe. Mieli do swej dys­po­zycji labo­rato­ria, sa­mo­loty, statki, prze­ku­py­wali cel­ni­ków i poli­cjantów. Walka z taką orga­niza­cją gangster­ską wy­ma­gała ogrom­nych środ­ków fi­nan­so­wych, a tych, jak zwy­kle na szla­chetne cele, bra­ko­wało.

O tym wła­śnie my­śla­łem słu­cha­jąc peł­nych roz­pa­czy na­wo­ły­wań dy­rek­tora Mar­czaka. Czułem swoją bez­rad­ność i dla­tego na­wet nie za­bie­rałem głosu. Mil­cza­łem i pali­łem cy­garo. W końcu i dy­rek­tor Mar­czak uświado­mił sobie naszą sytu­ację, także za­milkł i za­my­ślił się.

Nie wiem, jak długo sie­dzie­liby­śmy na­prze­ciw sie­bie w miękkich fote­lach, każdy z nas po­grą­żony w nie­we­so­łych me­dyta­cjach, gdyby do na­szych drzwi nie za­pu­kała panna Flo­ren­tyna. Zja­wiła się ubrana w swoją straszliwą tu­nikę i miała jak zwy­kle na pier­siach kloc­ko­waty na­szyj­nik. Ale jej czarne oczy błyszczały nie­zwy­kłą rado­ścią:

— Prze­pra­szam pana, panie dy­rek­torze — zwróciła się do Mar­czaka dy­gając jak małe dziew­czątko — bar­dzo prze­pra­szam, że dziś po połu­dniu urwałam się z obrad kon­fe­rencji. Po­zna­łam tu jed­nak pew­nego UFO-loga, a jak pan wie, sprawy UFO są mi naj­bliż­sze. Otóż ten UFO-log udo­wod­nił mi na pod­sta­wie staty­styki, że naj­wię­cej lata­ją­cych spodków po­ka­zy­wało się w Ko­lum­bii nad gó­rami Sierra Nevada de Santa Marta. Dla­czego wła­śnie tam? Czy to nie cie­kawa sprawa? I czy pa­no­wie nie wie­dzą, gdzie leżą góry Sierra Nevada de Santa Marta? Gdy­bym zo­stała tu tro­chę dłu­żej, ów UFO-log po­znałby mnie z pew­nym człowie­kiem, prawdo­po­dob­nie jed­nak wa­ria­tem, po­nie­waż prze­bywa na te­renie sa­nato­rium dla ner­wowo cho­rych. Otóż ten człowiek twierdzi, że jest z UFO...

— Do dia­bła z UFO — prze­rwał jej gwałtow­nie dy­rek­tor Mar­czak. — Pani nie wy­peł­nia swoich obo­wiązków. Po­winna pani nam towa­rzy­szyć na obra­dach, a tym­cza­sem wy­myka się pani z kon­fe­rencji. Stała się rzecz straszna. Gdyby pani była wraz z nami, być może dzięki zna­jo­mo­ści dzie­się­ciu języ­ków, do­wie­działaby się pani ja­kichś szczegó­łów doty­czą­cych owej okropnej sprawy.

I dy­rek­tor Mar­czak opo­wie­dział pan­nie Flo­ren­tynie o wła­ma­niu do ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota.

Oczy Flo­ren­tyny stra­ciły swój rado­sny blask.

— O mój Boże, pan ma rację! — szepnęła. — Za­nie­dba­łam swoje obo­wiązki. Ale po­sta­ram się wszystko na­pra­wić. Zresztą jest z nami pan To­masz. Wiem, że on nie zna się na no­wo­cze­snej mo­dzie, ale trzeba mu od­dać sprawie­dli­wość: sły­nie jako zna­ko­mity de­tek­tyw. Sły­sza­łam o tym od wielu ludzi i na­wet czy­tałam o nim w za­gra­nicz­nych ga­ze­tach.

Mar­czak po­kiwał głową i rzekł ze smutkiem:

— Pan To­masz jest rze­czy­wi­ście do­brym de­tek­ty­wem, ale i on tu nic nie może zdziałać. Je­dyne co nam po­zo­staje, to poło­żyć się spać. Jutro czeka nas za­koń­cze­nie kon­fe­rencji i wy­cieczka do Parku Ar­che­olo­gicz­nego w San Au­gu­stin.

Po­chle­biała mi wiara panny Flo­ren­tyny w moje umiejętno­ści. A że lu­bimy ludzi, któ­rzy mają o nas dobre zda­nie, na­tychmiast po­my­śla­łem, że być może panna Flo­ren­tyna nie jest jed­nak naj­go­rzej ubraną osobą na świe­cie i oprócz wad ma także za­lety, a na­leży do nich obiekty­wizm.

Po­grze­ba­łem w kie­szeni ma­ry­narki i wy­jąłem z niej garść pesos.

— Gdyby tak pan dy­rek­tor po­ży­czył mi kilka pesos... — za­pro­po­no­wa­łem nie­śmiało.

— A na co one panu? Te­raz, po nocy...

— Na dole jest bar czynny do trze­ciej nad ra­nem. My­ślę, że po­wi­nie­nem tam wy­pić kieli­szek brandy.

— Co ta­kiego? — szczerze obu­rzył się Mar­czak. — Prze­cież pan jest abs­ty­nen­tem. Zaw­sze sta­wia­łem pana za wzór in­nym pra­cow­ni­kom.

Skru­szony opu­ści­łem głowę na piersi i wy­ja­śni­łem:

— Ostatnio prze­czy­tałem w pew­nej po­wie­ści cie­szą­cej się ogrom­nym po­wo­dze­niem u czy­telni­ków, że bo­hater, rów­nież de­tek­tyw, gdy tylko miał kło­poty, wy­pijał kieli­szek brandy i po­tem na chwilę roz­ja­śniało mu się w gło­wie.

— I to za moje pesos? Za te kilka pesos, które za­osz­czę­dzi­łem z na­szych diet, żeby kupić pa­miątkę z Ko­lum­bii? Czy pań­skie pesos na ten cel nie wy­star­czą? — spy­tał po­iry­to­wany dy­rek­tor.

— Miesz­kamy w ho­telu Hil­ton — przy­po­mniałem Mar­cza­kowi. — To naj­droż­szy hotel w Bo­gocie. Obawiam się, że ceny w ba­rze są od­po­wiednio wy­sokie. Co bę­dzie, jeśli za­mó­wię brandy i za­brak­nie mi pie­nię­dzy? Chyba pan nie chce, abym nara­ził na szwank dobre imię Cen­tral­nego Za­rządu Mu­zeów?

— Tak, tak, oczywi­ście. Prze­nigdy nie wolno nam się kom­pro­mi­to­wać — po­śpiesznie zgo­dził się ze mną Mar­czak.

— Da mi więc pan kilka pesos?

Mar­czak za­sta­nowił się.

— A może za­mówi pan tylko wodę so­dową? — za­pro­po­no­wał.

— Po wo­dzie so­do­wej nie roz­ja­śnia się w gło­wie...

Mar­czak ciężko wes­tchnął, po­grze­bał w kie­szeni i wreszcie wrę­czył mi mo­netę — pięć­dzie­siąt cen­tavos, coś w ro­dzaju pięć­dzie­się­ciu gro­szy. Czy­niąc zaś ten wspania­ło­myślny gest, nie omieszkał gło­śno za­sta­no­wić się:

— Nie je­stem pe­wien, czy nie łamię prze­pi­sów. Nie dano nam tych skrom­nych diet na alko­hol.

Nie po­zo­stało mi nic in­nego, jak schować mo­netę do kie­szeni i po­dzię­ko­wać Mar­cza­kowi za jego szczodrość. Wstałem z fotela i w towa­rzy­stwie Flo­ren­tyny opu­ści­łem nasz aparta­ment. Kil­kana­ście kro­ków szli­śmy w mil­cze­niu ko­ryta­rzem, aż w pew­nej chwili zna­leźli­śmy się tuż obok drzwi do jej po­koju. Wtedy de­likat­nie do­tknęła mo­jego ra­mie­nia.

— Pa­nie To­ma­szu — szepnęła nie­śmiało. — Chcę panu coś ofia­ro­wać.

To mó­wiąc wło­żyła klucz do zamka drzwi swego po­koju i otworzyła je na oścież.

By­łem za­sko­czony. A cóż ta­kiego chciała mi ofia­ro­wać panna Flo­ren­tyna, otwierając przede mną drzwi? Lecz ona wbiegła do po­koju i po chwili wró­ciła z gar­ścią pesos w dłoni.

— To, co dał panu dy­rek­tor Mar­czak, nie wy­star­czy na kieli­szek brandy — oświad­czyła, skromnie kry­jąc oczy za opusz­czo­nymi po­wie­kami. — Oszczę­dza­łam na kupno ja­kie­goś dro­bia­zgu, wiem jed­nak, że mu­szę się po­świę­cić dla sprawy.

— Nie mogę przyjąć od pani pie­nię­dzy — ode­zwał się mój mę­ski ho­nor.

Mo­netę, którą mi wci­snęła, wło­ży­łem z po­wro­tem w jej dłoń i po­bie­głem do windy.

Nie za­mie­rza­łem, rzecz jasna, ra­czyć się alko­ho­lem. Po pro­stu, gdy sie­działem na górze na­prze­ciw Mar­czaka, przy­szło mi na myśl, że nie tylko my dwaj, lecz także inni uczestnicy kon­fe­rencji za­pewne ko­mentują wy­pa­dek wła­ma­nia do Mu­zeum Złota. Mu­zeal­ni­kom zaś towa­rzy­szą mu­ze­alni de­tek­tywi, a nie­któ­rzy z nich, po­dob­nie jak bo­hater wspaniałej po­wie­ści, lubią od­wie­dzać bary, gdzie po kie­liszku brandy roz­ja­śnia się im w gło­wie. Chciałem zna­leźć się wśród nich, po­słu­chać roz­mów i uwag, do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o sprawie wła­ma­nia. Garść pe­sos po­trzebna mi była, aby dla za­cie­śnie­nia zna­jo­mo­ści z kimś do­brze poin­for­mo­wa­nym, za­pro­po­no­wać mu wła­śnie kieli­szek brandy.

Po ogrom­nym hallu ho­telo­wym spa­ce­rował tylko por­tier w li­berii. Nie mu­sia­łem pytać go o drogę, gdyż czerwony neon nad schodami pro­wa­dzą­cymi do pod­ziemi wy­raź­nie in­for­mo­wał: „Coctail-bar”. Zszedłem po tych schodach do dość spo­rego po­mieszcze­nia, gdzie w pół­mroku kró­lował ogromny, pół­koli­sty bufet z wy­so­kimi stoł­kami, a ściana za ba­rem przy­po­mi­nała wi­trynę sklepu z naj­droż­szymi i naj­bar­dziej kolo­ro­wymi bu­tel­kami prze­róż­nych alko­holi. Nie­stety, ku mo­jemu roz­cza­ro­wa­niu, coctail-bar był pusty. A ści­ślej, pra­wie pusty. Na wy­so­kim stołku sie­działa sa­mot­nie młoda ko­bieta w wie­czo­rowej, ską­pej sukni na cien­kich ra­miącz­kach i są­czyła przez słomkę jakiś coctail z wy­so­kiej, cien­kiej szklanki. Za ba­rem urzę­do­wał bar­man w białej ma­ry­narce i z czarną muszką pod brodą — chyba Me­tys, bo miał oliw­kową cerę, wy­sta­jące kości po­licz­kowe i nie­prze­nik­nioną twarz o dziwnie nie­ru­cho­mych oczach. No cóż, nie uwzględ­niłem faktu, że dy­rek­torzy mu­zeów za­pro­szeni na kon­fe­ren­cję do Bo­goty byli przeważ­nie star­szymi pa­nami, nie­na­wy­kłymi prze­sia­dy­wać no­cami w coctail-ba­rach. De­tek­tywi zaś, któ­rych ze sobą przy­wieźli, nie nale­żeli do osób so­wicie opła­ca­nych i jeśli na­szła ich ochota na roz­ja­śniającą umysł brandy, wo­leli chyba pójść do baru na są­sied­nią ulicę, gdzie alko­hol kosztował taniej.

Za­mie­rza­łem wyjść z pod­zie­mia, gdy bar­man rap­tow­nie oży­wił się, zro­bił za­pra­sza­jący gest ręką i uśmiech­nął się sze­roko. W moim kie­runku ob­róciła się także sa­motna dama — prze­piękna, młoda Mu­latka. Przypo­mniałem sobie, że wi­działem ją na na­szej kon­fe­rencji, jej uroda zro­biła na mnie nie­zwy­kłe wra­żenie. A że zaw­sze mia­łem upodoba­nie do pięk­nych ko­biet, tedy nieco non­sza­lanc­kim kro­kiem skie­ro­wa­łem się do stołu ba­ro­wego i za­sia­dłem na wy­so­kim stołku. Bar­man wy­twornym ge­stem podał mi kolo­rową kartę coctaili, win i wó­dek. Skie­ro­wa­łem wzrok je­dynie na ceny i wy­bra­łem, rzecz jasna, tru­nek naj­tań­szy. Gdy, skła­dając kartę jak skrzydła kolo­ro­wego mo­tyla, wy­mie­niłem jego na­zwę (trudną zresztą do wy­mó­wie­nia i za­pa­mię­tania), bar­man lekko uniósł do góry brwi, jak gdyby nie po­tra­fiąc po­ha­mo­wać zdu­mie­nia. A jed­nak z po­wagą po­sta­wił przede mną ma­lutkie na­czy­nie wy­peł­nione... pie­przem.

Piękna Mu­latka gło­śno roze­śmiała się, a po­tem ze­sko­czyła ze swego stołka, po­de­szła do mnie i po­wie­działa po an­giel­sku:

— Pan się za­pewne po­mylił, se­#241;or Po­lacco. Nie za­uwa­żył pan, że w kar­cie oprócz du­żych napi­sów w ję­zyku hisz­pań­skim są także mniej­szymi lite­rami wy­dru­ko­wane na­zwy trun­ków w ję­zyku an­giel­skim, fran­cu­skim i nie­mieckim. Po­pro­szę jesz­cze raz o kartę — zwróciła się do bar­mana.

Nie­trudno było zgadnąć, skąd wie­działa, że je­stem Pola­kiem. Do klapy ma­ry­narki mia­łem przy­pięty zna­czek kon­fe­rencji, a na owym znaczku zo­stało wy­szczegól­nione moje imię, na­zwi­sko oraz kraj, z któ­rego przy­by­łem.

— Dziękuje, seń­#241;ora — od­rze­kłem grzecznie, jesz­cze raz przyjmu­jąc kartę i wczytując się w nią już bar­dzo do­kład­nie.

— Se­#241;o­rina — po­pra­wiła mnie. — Se­#241;o­rina Leti­cia.

Do­wie­działem się, że jest panną i przy oka­zji po­zna­łem jej imię. Nie po­zo­stało mi więc nic in­nego, jak roz­stać się z kartą alko­holi, ze­sko­czyć ze stołka, przedsta­wić się, po­ca­ło­wać ją w rękę, a do­piero po­tem znowu wdrapać się na sto­łek i kon­tynu­ować stu­dia nad ce­nami trun­ków. Wy­bra­łem naj­tań­szy gin z toni­kiem, który i tak miał po­chło­nąć po­łowę mo­ich zaso­bów go­tów­ko­wych. W tym cza­sie se#241;o­rina Leti­cia prze­nio­sła się ze swego stołka na są­sia­du­jący ze mną. Na szczęście za­brała ze sobą słomkę i szklankę z coctailem.

Umoczy­łem usta w szklance z gi­nem i za­pali­łem cy­garo.

Panna Leti­cia uśmiech­nęła się do mnie jesz­cze pro­mienniej i oświad­czyła z głę­bo­kim prze­ko­na­niem:

— Wy­słu­cha­łam wczoraj refe­ratu pol­skiej dele­gacji. Za­miast na­pę­dzać pie­nią­dze do kas firm pro­du­kują­cych sys­temy alar­mowe, zale­cali­ście zgroma­dze­nie mię­dzy­naro­do­wego fun­du­szu na walkę z gan­gami rabu­siów dzieł sztuki. To, co się wy­da­rzyło w Mu­zeum Złota, udo­wod­niło, że mie­liście cał­ko­witą rację.

Mój Boże, któż z nas nie jest łasy na po­chlebstwa. Tym bar­dziej gdy sły­szy je z ust pięk­nej ko­biety. Bo panna Leti­cia była na­prawdę osobą o nie­zwy­kłej uro­dzie. Miała sma­głą, deli­katną cerę, pełne usta, czarne, gę­ste włosy ufry­zo­wane na modne „afro” i ogromne, czarne oczy w oprawie dłu­gich, ciemnych rzęs (o ta­kich oczach pi­sze się w po­wie­ściach, że są ak­sa­mitne). Jej oj­cem był człowiek biały, a matką Mu­rzynka. Tu, w Ko­lum­bii, nie miało to żad­nego zna­cze­nia, al­bo­wiem Ko­lum­bij­czycy szczycą się tym, że nie ist­nieje u nich ra­sizm. Bia­łych nie traktuje się w Ko­lum­bii lepiej ani go­rzej, a może na­wet tro­chę go­rzej, szczegól­nie ame­ry­kań­skich gringo, jak się ich tu na­zywa. Uchodzą za ludzi py­szał­ko­wa­tych, oka­zują bo­wiem in­nym swoją wyż­szość i chcą im­po­no­wać port­fe­lami peł­nymi dola­rów.

— Pani jest bar­dzo uprzejma — od­po­wie­działem. — Nasz refe­rat był wy­ni­kiem wielu przemy­śleń, a także do­świad­czeń. Kie­dyś udało się nam roz­bić gang „Niewi­dzialnych” i po­tem przez jakiś czas był spo­kój z wła­ma­niami do mu­zeów.

— Zdaje się, że czy­tałam o tym na­wet w na­szych ko­lum­bij­skich ga­ze­tach — oświad­czyła se#241;o­rina Leti­cia, kła­dąc na kon­tu­arze stołu ba­ro­wego swoją ma­lutką, czarną to­rebkę. — O ile pa­mię­tam, dość po­ważną rolę ode­grał w tej sprawie pe­wien de­tek­tyw o bar­dzo za­baw­nym pseudo­nimie „Pan Sa­mo­cho­dzik”.

— To wła­śnie ja — skło­niłem się uprzejmie, pełen py­chy. — We Fran­cji na­zy­wają mnie „Mon­sieur la Ba­gno­lette”. W Cze­chach „Pan Au­tak”, w Sło­wacji „Pan Tra­gacik”. Po pol­sku zaś „Pan Sa­mo­cho­dzik”.

— A po hisz­pań­sku — kla­snęła rado­śnie w dło­nie — po hisz­pań­sku bę­dzie „El Se­#241;or Co­che­cito”. Mój Boże, tak sławny człowiek sie­dzi w moim towa­rzy­stwie i pije tylko gin z toni­kiem. Bar­man, pro­szę o jakiś bar­dziej wy­szu­kany tru­nek.

— O nie, se#241;o­rina — za­pro­te­sto­wa­łem sta­now­czo. — Ja piję tylko tonik. Gin za­mó­wi­łem wy­łącz­nie po to, aby nie zro­bić przy­kro­ści bar­ma­nowi.

Wy­glą­dała na nie­zwy­kle za­inte­re­so­waną moją osobą. Schlebia­łem sobie, że moja apa­rycja, a nie fakt roz­bicia gangu „Niewi­dzialnych”, tak wiel­kie uczyniła na niej wra­żenie. Po­ufale poło­żyła dłoń na mojej ręce i za­py­tała:

— Jak pan sądzi, don Thomas, kto do­konał wła­ma­nia do Mu­zeum Złota? Czy zro­biła to grupa tutej­szych wła­my­wa­czy, czy jakiś mię­dzy­naro­dowy gang?

— Nie znam szczegó­łów, se#241;o­rina. Ale skoro Mu­zeum po­sia­dało sys­tem alar­mowy firmy „Wilson and Company”, to nie mo­gli go sfor­so­wać zwy­kli amatorzy. Są­dzę, że mię­dzy­naro­dowy gang „Niewi­dzialnych” zdo­łał się zor­gani­zo­wać na nowo po klę­sce, jaką mu za­dali­śmy. W Eu­ropie jesz­cze boją się działać, bo oca­la­łych z po­gromu członków gangu „Niewi­dzialnych” wciąż ma na oku in­spektor Raymond Con­nor i jego spe­cjalna bry­gada ze Sco­tland Yardu, dla­tego prawdo­po­dob­nie prze­rzu­cili się na inne kon­ty­nenty, przede wszystkim do Ame­ryki Po­łu­dniowej.

— Są­dzi pan, że na­szej poli­cji uda się od­zy­skać skra­dzione eks­po­naty?

— Nie znam umiejętno­ści ko­lum­bij­skiej poli­cji, se#241;o­rina. Być może znaj­dują się w jej sze­re­gach zna­ko­mici fa­chowcy. Rzecz jed­nak w tym, że je­śli owego zu­chwałego ra­bunku do­ko­nali „Niewi­dzialni”, to bez­cenne za­bytki mu­ze­alne są już w tej chwili poza gra­ni­cami Ko­lum­bii. My­ślę, że tak silny gang roz­bić można tylko przy współ­pracy poli­cji ca­łego świata, a ra­czej spe­cjal­nie po­wo­łanej do tego celu mię­dzy­naro­do­wej bry­gady. Na utworze­nie cze­goś ta­kiego trzeba mnó­stwo pie­nię­dzy. A tak się, nie­stety, składa, se­#241;o­rina, że świat współcze­sny stać na kolo­salne zbrojenia, a bra­kuje pie­nię­dzy na walkę z han­dla­rzami nar­koty­ków i zło­dziejami dzieł sztuki.

W tym mo­men­cie w drzwiach baru po­ka­zała się panna Flo­ren­tyna ubrana w swą tu­nikę i okropny na­szyj­nik. Jed­nym rzu­tem oka ob­jęła wnę­trze baru, a po­tem jak pan­tera rzu­ciła się w na­szym kie­runku i poło­żyła dłoń na to­rebce se#241;o­riny Leti­cii.

— Na Boga, pa­nie To­ma­szu — jęk­nęła. — Czy pan nie widzi, że w tej to­rebce jest ukryty mały ma­gne­tofon, który na­grywa pań­skie słowa?

Se­#241;o­rina Leti­cia zro­zu­miała, że zo­stała zde­ma­sko­wana. Zdjęła swoją dłoń z mojej ręki, wy­rwała to­rebkę pan­nie Flo­ren­tynie i szybkim kro­kiem skie­ro­wała się do drzwi baru. Za­nim znik­nęła mi z oczu, od­wró­ciła się i po­sy­łając mi uśmiech, za­wo­łała:

— Do zo­ba­cze­nia, amigo!

Po pan­nie Leti­cii po­zo­stał na kon­tu­arze nie do­pity kieli­szek coctailu. A po­nie­waż nie wi­działem, aby za niego pła­ciła, po­my­śla­łem ze stra­chem, że na mnie spadnie obo­wią­zek uisz­cze­nia po­dwójnego ra­chunku.

— Czy mam za­pła­cić rów­nież za tę panią? — z drże­niem w gło­sie za­py­tałem bar­mana.

— O nie, se#241;or. Ta pani ma u nas otwarty, nie­ogra­ni­czony kre­dyt.

— Kim ona jest, u li­cha? — za­py­tałem.

— Nie mam poję­cia, se#241;or. Bar­mana nie inte­re­sują takie sprawy. Wiem tylko, że pan jest praw­dziwy hom­bre.

Nie zna­łem hisz­pań­skiego, ale wie­działem, że hom­bre oznacza stu­pro­cen­to­wego, twar­dego, od­waż­nego męż­czy­znę.

— Hombre? — zdu­mia­łem się.

— A tak — ski­nął głową, ro­zej­rzał się po barze, jak gdyby upewnia­jąc się, że oprócz na­szej trójki nie ma ni­kogo ob­cego, i do­dał szeptem: — Z tą se#241;o­riną mało kto od­waży się roz­ma­wiać. Wszyscy go­ście jej uni­kają. Mó­wią, że to nie­bez­pieczna ko­bieta. A pan za­cho­wał się jak praw­dziwy hom­bre i długo z nią roz­ma­wiał.

Z ulgą za­pła­ciłem za swój napój i ra­zem z panną Flo­ren­tyną opu­ści­łem bar. W holu ho­telo­wym, w win­dzie i na ko­ryta­rzu w mil­cze­niu i ze skru­chą mu­sia­łem wy­słu­chać jej peł­nej gory­czy mowy:

— To tak pan po­stę­puje, panie To­ma­szu? Nie mo­głam za­snąć my­śląc, że nie wziął pan ode mnie pie­nię­dzy i być może znaj­duje się pan w ta­ra­pa­tach fi­nan­so­wych. Miałam okropne wy­rzuty su­mie­nia. Za­nie­dba­łam bo­wiem dziś swoje obo­wiązki. Te wy­rzuty su­mie­nia wy­gnały mnie z po­koju na po­szu­ki­wa­nie pana. I co zo­ba­czy­łam? Dał się pan omotać ja­kiejś pięk­nej Mu­latce, za­pewne szpiegowi, który na­gry­wał roz­mowę z pa­nem. Miał rację dy­rek­tor Mar­czak ostrzega­jąc mnie, że jest pan flir­cia­rzem, któ­remu każda ko­bieta może za­wró­cić w gło­wie.

Przed drzwiami jej po­koju przy­zna­łem z god­no­ścią:

— Ma pani rację, panno Flo­ren­tyno. Ta piękna Mu­latka miała chyba ma­gne­tofon ukryty w to­rebce i coś mi się zdaje, że źle po­stą­piłem wdając się z nią w roz­mowę.

To po­wie­dziawszy, pe­łen skru­chy uda­łem się do na­szego aparta­mentu. Na szczęście dy­rek­tor Mar­czak już spał i nie mu­sia­łem mu zda­wać rela­cji z nie­for­tun­nej przy­gody w coctail-ba­rze.

 


ROZDZIAŁ DRUGI [top]

JAK SIĘ WŁAMANO DO MAGAZYNÓW MUZEUM ZŁOTA • REWELACJA KOLUMBIJSKIEJ GAZETY • JAK ZOSTAŁ UŚMIERZONY GNIEW MARCZAKA • PIĘKNO BOGOTY • KTOŚ NAS ŚLEDZI • PRZYKRA PRZYGODA MARCZAKA • TAJEMNICZY NIEZNAJOMY • KIM JEST RALF DAWSON? • DZIWNA PROPOZYCJA • WARIAT CZY OSZUST? • PIERWSZE SPOTKANIE Z CZŁOWIEKIEM Z UFO

 

Wczesnym ran­kiem, jesz­cze przed śnia­da­niem, panna Flo­ren­tyna zja­wiła się w na­szym aparta­men­cie z pli­kiem gazet, w któ­rych spo­dziewali­śmy się zna­leźć podane przez dziennika­rzy szczegóły zu­chwałego wła­ma­nia do Mu­zeum Złota. Były to miej­scowe, ko­lum­bij­skie ga­zety wy­da­wane w ję­zyku hisz­pań­skim, a po­nie­waż nie zna­łem tego ję­zyka, mu­sia­łem z ko­nieczności zdać się na pannę Flo­ren­tynę oraz dy­rek­tora Mar­czaka, który także wła­dał hisz­pań­skim.

Mar­czak przejrzał dwie ga­zety i poin­for­mo­wał mnie, że, jak wy­nika z re­lacji dziennika­rzy, zło­dzieje unieszko­dli­wili strażni­ków wpusz­cza­jąc usy­pia­jący gaz przez otwór wentyla­cyjny, a na­stęp­nie po­słu­żyli się spe­cjal­nie skon­stru­owa­nym lase­rem. Z okna domu poło­żo­nego na­prze­ciwko Mu­zeum wy­ce­lo­wali laser pro­sto na za­wie­szoną na ścia­nie główną skrzynkę alar­mową i po pro­stu ją spa­lili. W ten spo­sób sys­tem alar­mowy zo­stał unie­ru­cho­miony, uśpieni strażnicy nie sta­wiali oporu, zło­dzieje bez trudu sfor­so­wali se­kretne zamki po­mieszczeń ma­ga­zy­no­wych. Do sal mu­zeal­nych bali się wejść, gdyż chro­nił je do­dat­kowy sys­tem alar­mowy. Gmach opu­ścili tyl­nym wyj­ściem, ła­dując łupy prawdo­po­dob­nie do trzech cię­ża­ró­wek, które odje­chały w nie­zna­nym kie­runku.

— Szu­kaj wia­tru w polu — po­wie­działem. — Te cię­ża­rówki wkrótce znajdą się po­rzu­cone w gó­rach o pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Bo­goty, gdzie za­pewne przy­go­to­wano uprzednio lą­do­wi­sko dla śmi­głowców. Ci, któ­rzy do­ko­nali wła­ma­nia, nie li­czyli się z kosztami. Świadczy o tym także fakt uży­cia la­sera. Prze­cież la­sera nie można ku­pić w skle­pie tak jak zwy­kłą strzelbę. A to, zdaje się, był laser spe­cjal­nie skon­stru­owany do tej akcji. Gdzie szu­kać spraw­ców?

— To prawda, panie To­ma­szu — zgo­dził się ze mną Mar­czak. — Ko­lum­bia to kraj roz­legły, prze­cięty wzdłuż gór­skimi łań­cu­chami, peł­nymi głę­bo­kich dolin i dzi­kich pust­kowi. A do tego sel­was — nie­prze­byta dżungla. Szu­kać w ta­kim kraju kry­jówki ban­dy­tów to chyba trud­niej­sze niż przy­sło­wio­wej igły w stogu siana.

W tym mo­men­cie panna Flo­ren­tyna, za­jęta stu­dio­wa­niem ko­lum­bij­skich gazet, za­chi­cho­tała gło­śno.

— Mi­nio­nej nocy — rze­kła — pan To­masz nie wy­dał na próżno pie­nię­dzy. Po­stąpił jak szu­ka­jąca re­klamy hol­ly­wo­odzka ak­torka fil­mowa, i udzielił wy­wiadu przedsta­wi­cielce „Wiado­mo­ści Bo­goty”. Oto tytuł na pierwszej stro­nie wy­bity tłu­stym dru­kiem: „Je­den z naj­większych de­tek­ty­wów mu­zeal­nych, zwany Se­#241;or Co­che­cito, stwierdza auto­ry­ta­tyw­nie, że skra­dzione dzieła sztuki znaj­dują się już za gra­ni­cami Ko­lum­bii”. I da­lej: „Se­#241;or Co­che­cito ma duże suk­cesy w walce ze zło­dziejami dzieł sztuki. To on w swoim cza­sie po­mógł roz­bić słynny gang «Niewi­dzialnych», działający w Eu­ropie, oraz przy­czy­nił się do schwyta­nia jego przy­wódcy o na­zwi­sku Marlon Mendoza. Ko­rzy­stając z faktu, że tak słynny de­tek­tyw znaj­duje się wśród uczestni­ków kon­fe­rencji w Bo­gocie, na­sza poli­cja, a szczegól­nie in­spektor Sala­zar Esponoza, po­winni bez­zwłocznie zwrócić się o po­moc do tego świetnego fa­chowca w celu od­zy­ska­nia skra­dzio­nych za­byt­ków”.

— Dość! Dość! — jęk­ną­łem. — Niech mi pani tylko po­wie, kto jest pod­pi­sany pod tymi enuncja­cjami?

Dy­rek­tor Mar­czak ode­brał Flo­ren­tynie eg­zem­plarz „Wiado­mo­ści Bo­goty”, prze­biegł wzrokiem wy­dru­ko­wany arty­kuł i po­wie­dział ze sro­gim mar­sem na czole:

— Dzienni­karka, która zro­biła panu tę re­klamę, na­zywa się Leti­cia Lu­ci­nante. Czy to imię i na­zwi­sko coś panu mówi?

— Aż za wiele, dy­rek­torze. Wczoraj w coctail-ba­rze przy­sia­dła się do mnie pewna bar­dzo ładna Mu­latka i, oka­zując ogromne za­inte­re­so­wa­nie na­szym refe­ratem, wy­son­do­wała moją opi­nię o wła­ma­niu do Mu­zeum Złota. Po­wi­nie­nem się do­my­ślić, że to dzienni­karka.

Flo­ren­tyna nie omiesz­kała się po­chwalić:

— Gdyby nie moja czuj­ność, panie dy­rek­torze, kto wie, co jesz­cze po­wie­działby pan To­masz tej strasznej ko­bie­cie. Na szczęście, pa­miętna pań­skich prze­stróg, rów­nież ze­szłam na dół do coctail-baru. Od razu spo­strzegłam ma­gne­tofon ukryty w to­rebce i prze­rwa­łam ów „ro­mans”.

— Dziękuję pani, panno Flo­ren­tyno — po­chwalił ją Mar­czak. — Na przy­szłość pro­szę nadal opie­ko­wać się To­ma­szem, który rze­czy­wi­ście traci głowę dla byle spód­niczki.

— Le­ticia Lu­ci­nante nie była w spód­niczce, ale w bar­dzo wy­de­kol­to­wa­nej sukni — za­uwa­ży­łem.

— Co za róż­nica: spód­niczka czy suk­nia? — wzruszył ra­mio­nami Mar­czak.

— A jed­nak ważne, panie dy­rek­torze — po­wie­działem. — bO gdyby Leti­cia Lu­ci­nante była ubrana na przy­kład w ob­szerną, szy­deł­kową tu­nikę i chciała ze mną roz­ma­wiać o UFO, a nie o na­szym refe­racie, na pewno nie uda­łoby się jej wciągnąć mnie w pu­łapkę.

— Pan nie zna się na no­wo­cze­snej mo­dzie — po­gar­dli­wie stwierdziła Flo­ren­tyna. — Czy pan myśli, że to ta­kie trudne zmienić tu­nikę na krótką spód­niczkę? Ele­gancka ko­bieta nie po­winna jed­nak tego czy­nić.

— Do licha, o czym wy mó­wicie? — obu­rzył się Mar­czak. — Co ma wspólnego sprawa mody z tym nie­by­wa­łym arty­ku­łem? Czy wie­cie, co o nas po­wie­dzą uczestnicy kon­fe­rencji? Że jeste­śmy ta­nimi re­kla­mia­rzami. Pan To­masz na­gadał tej dzienni­karce masę głupstw. Bo jakie są pod­stawy, aby twierdzić, że skra­dzione eks­po­naty znaj­dują się już poza gra­ni­cami Ko­lum­bii? Jeśli ko­lum­bij­ska poli­cja wkrótce znaj­dzie kry­jówkę ban­dy­tów gdzieś w po­bli­skich gó­rach, pan To­masz wyj­dzie na głupca. I zara­zem skompro­mi­tuje nasz Cen­tralny Za­rząd Mu­zeów.

Dy­rek­tor Mar­czak znowu zaj­rzał do ga­zety i po­liczki jego po­krył ru­mie­niec:

— Czy wie­cie, co ona napi­sała? „Pol­ska dele­gacja z pro­feso­rem dok­to­rem Ja­nem Mar­cza­kiem na czele wy­su­nęła na kon­fe­rencji je­dyną słuszną pro­po­zycję: utworze­nia mię­dzy­naro­do­wego fun­du­szu do walki ze zło­dziejami dzieł sztuki. W świetle tego, co się stało mi­nio­nej nocy w Mu­zeum Złota, ta pro­po­zycja zy­skuje na wa­dze i po­winna zo­stać jak naj­szyb­ciej roz­pa­trzona przez kom­pe­tentne czynniki. Nie mamy bo­wiem do czy­nie­nia ze zło­dziejami amato­rami, ale z do­sko­nale zor­gani­zo­wa­nym gan­giem. Świadczy o tym fakt uży­cia la­sera i inne szczegóły tech­niczne wła­ma­nia”.

Po tych sło­wach dy­rek­tor Mar­czak chrząknął z za­do­wo­le­niem i rzekł do mnie ła­ska­wie:

— Owszem, to nie jest głu­pia osoba. Ona jedna, jak mi się wy­daje, zwróciła uwagę na zna­cze­nie na­szej pro­po­zycji. To na­wet nie jest źle, że wy­mie­niła moje na­zwi­sko oraz mój tytuł na­ukowy. Dla­tego, jeśli jesz­cze kie­dyś ze­chce pan póź­nym wie­czo­rem zejść do baru, po­życzę panu od­po­wiednią kwotę. Kto wie, może dziś wie­czór także zaj­rzę z pa­nem do tego baru, aby napić się to­niku lub wody so­do­wej. Leti­cię Lu­ci­nante warto wprowa­dzić w szczegóły na­szej pro­po­zycji. Im wię­cej zy­skamy so­jusz­ni­ków, tym lepiej, pa­nie To­ma­szu.

Ode­tchnąłem z ulgą. Dy­rek­tor Mar­czak był człowie­kiem mą­drym i wiel­kim znawcą mu­zeal­nic­twa, ale to wcale nie zna­czy, że nie mie­wał skłonności do ule­gania po­chleb­stwom. Fakt, że Leti­cia Lu­ci­nante wy­mie­niła jego tytuł na­ukowy, a przede wszystkim wskazała na niego, jako inspi­ra­tora naj­lep­szego — jej zda­niem — pro­jektu walki ze zło­dziejami dzieł sztuki, wprawił go w do­bry hu­mor. A gdy po zej­ściu na dół do wspólnej sali ja­dal­nej stwierdził, że wielu dele­ga­tów przy­gląda się nam z życzliwą cie­ka­wo­ścią, hu­mor mu się jesz­cze bar­dziej po­pra­wił. Po śnia­daniu w holu ho­telo­wym oto­czyli Mar­czaka przedsta­wi­ciele wielu gazet i za­sy­pali pyta­niami o ów pro­jekt. Po­dobno dziennika­rze po­szu­ki­wali rów­nież i mojej osoby, aby prze­pro­wa­dzić ze mną wy­wiad, lecz ja, przewi­dując to, prze­zor­nie umknąłem do aparta­mentu i uda­wa­łem, że nie ist­nieję, to zna­czy nie otwierałem drzwi i nie pod­no­siłem słu­chawki tele­fonu. W ten spo­sób za­osz­czę­dzi­łem sobie (do­wie­działem się o tym nieco póź­niej) przy­krej roz­mowy z in­spektorem poli­cji Sala­za­rem Esponozą, który uznał moją wy­po­wiedź w „Wiado­mo­ściach Bo­goty” za ob­raź­liwą dla poli­cji. Zresztą wkrótce oka­zało się, że zgodnie z moimi przy­pusz­cze­niami, cię­ża­rówki wła­my­wa­czy zna­le­ziono po­rzu­cone na gór­skiej przełęczy, na dro­dze mię­dzy Bo­gotą a miej­sco­wo­ścią Vil­lavi­cen­cio. W tym miej­scu poli­cjanci od­kryli ślady dwóch du­żych heli­kop­terów, które odle­ciały w kie­runku za­chodnim, to jest w stronę wy­brzeża Pa­cy­fiku.

Mar­czak udzielał wy­wia­dów bar­dzo długo, a jako tłu­maczka słu­żyła mu panna Flo­ren­tyna. Spotka­łem się z nimi do­piero w połu­dnie w sali kon­fe­ren­cyj­nej, gdzie zgodnie z wczoraj­szą za­po­wie­dzią miało się od­być uro­czy­ste za­koń­cze­nie mię­dzy­naro­do­wego spo­tka­nia. Na try­bunę jed­nak wy­szedł pro­fesor Da­wid Ra­wil­son, przewod­ni­czący dele­gacji bry­tyj­skiej, i w imie­niu orga­ni­zato­rów kon­fe­rencji przełożył jej uro­czy­ste za­koń­cze­nie na go­dziny wie­czorne. Tymcza­sem uczestnicy kon­fe­rencji mieli bo­wiem pod­jąć bar­dzo ważną re­zolu­cję, którą za­mie­rzali do­piero opra­co­wać.

Do wie­czora po­zo­stało nam parę go­dzin.

— Po­każę panu Bo­gotę — za­pro­po­no­wał mi Mar­czak. — By­łem tu przed dwu­dzie­stoma laty, gdy pi­sa­łem swoją książkę o sztuce pre­ko­lum­bij­skiej. My­ślę, że będę do­brym przewod­ni­kiem.

— To cu­downe — kla­snęła w ręce panna Flo­ren­tyna. — Ja także bar­dzo pra­gnę zo­ba­czyć Bo­gotę.

Dy­rek­tor Mar­czak spoj­rzał kry­tycz­nie na pannę Flo­ren­tynę, a że pod­czas na­szej po­ran­nej roz­mowy zo­stał uczulony na sprawy mody, jej ob­szerna, szy­deł­kowa tu­nika i kloc­ko­waty na­szyj­nik wzbudziły w nim wąt­pli­wo­ści. Jak wielu męż­czyzn, prawdo­po­dob­nie wolał ko­biety w spódnicz­kach i su­kien­kach. Po­my­ślał, że panna Flo­ren­tyna bę­dzie swoim stro­jem zwracać ogólną uwagę, a nie chciał być przedmio­tem sen­sacji.

— Nie­stety, panno Flo­ren­tyno — rzekł z fał­szy­wym smutkiem w gło­sie. — Przede wszystkim obo­wią­zek, a po­tem przyjem­ność. Przełożyła pani nasz refe­rat na dzie­sięć języ­ków i dzięki temu zy­skali­śmy sporo zwolenni­ków na­szych po­stu­latów. Zna pani także język su­ahili i pa­pia­mento. Może warto w tych języ­kach przedsta­wić choćby skró­coną treść na­szego refe­ratu?

W ten oto spo­sób po­zby­liśmy się panny Flo­ren­tyny, jej okropnej tu­niki i jesz­cze okrop­niej­szego na­szyj­nika.

Zresztą już po chwili na lud­nej ulicy za­po­mnieliśmy o tej sprawie. Bo­gota to cu­downe mia­sto. Leży w doli­nie dłu­giej na sześćdzie­siąt i sze­ro­kiej na czterdzie­ści ki­lo­me­trów, oto­czo­nej nie­bo­tycz­nymi gó­rami, bar­dzo żyz­nej, peł­nej zie­leni, ka­na­łów iry­ga­cyj­nych i po­ciętej siecią dróg. Kie­dyś po­dobno był w tym miej­scu kra­ter wy­ga­słego wul­kanu, zasy­pa­nego w ciągu wie­ków odłam­kami skał.

Bo­gota, jaką po­znał dy­rek­tor Mar­czak przed dwu­dzie­stu laty i dzi­siej­sza, to dwa różne mia­sta. Obecnie za­mieszkuje ją pra­wie trzy mi­liony miesz­kań­ców, co roku przy­bywa sto ty­sięcy no­wych — przeważ­nie ludzi z pro­win­cji: In­dian, Me­ty­sów, Mu­latów, któ­rzy w sto­licy szu­kają ła­twiejszego chleba. Ulice wy­peł­nia hałas i za­duch spa­lin ty­sięcy sa­mo­cho­dów, na chodni­kach tło­czy się nie­zli­czone mrowie ludz­kie. Wę­drówka po uli­cach jest trudna, po­nie­waż wszędzie, w bra­mach i na chodni­kach, stoją stra­gany prze­kup­niów ofe­rują­cych naj­roz­mait­sze to­wary, od kolo­rowej, pro­sto­kąt­nej tka­niny z otworem na głowę, zwa­nej ruan, po szmaragdy sprzeda­wane po­noć „za bez­cen” przez po­szu­ki­wa­czy skar­bów. Prze­cho­dzący ulicą cu­dzo­zie­miec cią­gle jest chwytany za rę­kaw i ob­sy­py­wany pro­po­zy­cjami kupna ze­garka, losu na lote­rię, ta­jem­ni­czego skarbu. Nie­ustanny na­pływ przy­by­szów, chęć szybkiego wzboga­cenia się po­wo­dują, że mia­sto roz­rasta się wzdłuż i wszerz. Od czasu po­przedniej tu byt­ności Mar­czaka na miej­scu nędznych le­pia­nek wy­rosły wspaniałe wie­żowce, praw­dziwe dra­pacze chmur. Mię­dzy nimi można jed­nak zo­ba­czyć małe, nędzne do­mo­stwa, naj­lep­szy do­wód, że mia­sto roz­bu­do­wało się z wiel­kim po­śpie­chem. Ta­kim wła­śnie wie­żow­cem jest hotel Hil­ton przy Car­rara Sie­dem, czyli Siódmej Prze­cznicy, ale on znaj­duje się w no­wej czę­ści mia­sta. Stare mia­sto to przede wszystkim plac Bo­livara i dzielnica wo­kół ko­ścioła San Igna­cio, któ­rego bu­dowę roz­po­częto jesz­cze w ty­siąc sześćset czwartym roku. Kto jed­nak szuka eg­zo­tyki i prze­róż­nych cie­ka­wo­stek, ten po­wi­nien udać się w oko­lice ho­telu Tun­dama, gdzie wą­skie za­ułki prze­cięto no­wo­cze­snymi ar­te­riami ko­mu­nika­cyj­nymi. Trwa tam sza­lony ruch, kłębi się barwny tłum o róż­nych kolo­rach skóry. To w oko­li­cach tego ho­telu zo­ba­czyć można In­dian, któ­rzy przy­byli do sto­licy, aby wprost na chodniku ofe­ro­wać do sprzedaży wy­roby swej sztuki i płody rolne. Aż za­tyka od­dech za­pach pły­nący z ma­łych knaj­pek, gdzie na wę­glu drzew­nym na że­liw­nym rusz­cie smaży się mięso. I wszędzie hałas. Z każ­dej knajpki, z każ­dego okna, nie­mal z każ­dej bramy do­bie­gają gło­śne dźwięki lu­do­wej mu­zyki ko­lum­bij­skiej, bar­dzo ryt­micznej, choć, jak na mój gust, nieco mo­no­ton­nej.

W pew­nej chwili dy­rek­tor Mar­czak spoj­rzał na zega­rek i stwierdził z przy­kro­ścią, że czas po­świę­cony na wę­drówkę po Bo­gocie mija zbyt szybko. O tej porze w ho­telu Hil­ton po­da­wano do stołu wy­kwintny obiad opła­cony przez orga­ni­zato­rów kon­fe­rencji. Mie­liśmy więc do wy­boru: albo czym prę­dzej wró­cić do ho­telu i zre­zy­gno­wać z dal­szego zwiedza­nia mia­sta, albo machnąć ręką na obiad. Na po­siłek w któ­rej­kol­wiek z ma­łych knaj­pek w cen­trum Bo­goty stać nas nie było.

Mar­czak za­dźwięczał swoją gar­ścią pesos, które miał w kie­szeni.

— Wy­pi­jemy po małej czar­nej w ja­kiejś po­bli­skiej ka­wia­rence i w dal­szą drogę, pa­nie To­ma­szu — zade­cy­do­wał. — Być może już nigdy wię­cej nie bę­dziemy mieli oka­zji po­znać za­byt­ków tego mia­sta. A kawa ko­lum­bij­ska, jak pan wie, jest zna­ko­mita i wzmocni nasze siły.

Wstąpili­śmy do mi­kro­sko­pijnej ka­fejki, zaję­liśmy miej­sce przy ma­lut­kim, okrą­głym sto­liczku i za­mó­wili­śmy dwie kawy. I właśnie wtedy uświado­mi­łem sobie, że od pew­nego czasu ktoś nas śle­dzi. Przez okno ka­wia­renki wi­działem na ulicy spa­ce­rują­cego męż­czy­znę, który rzucił mi się w oczy już kil­ka­krot­nie. Pierwszy raz, gdy wsiadali­śmy do za­tło­czo­nego auto­busu przed ho­telem — on wskoczył za nami, nie­mal w ostatniej chwili. Po­tem za­uwa­ży­łem go za na­szymi ple­cami na Ave­nida Jimenez. Chyba do­strzegł mój ba­daw­czy wzrok, po­nie­waż szybkim kro­kiem wy­prze­dził nas, do­szedł do rogu ulicy i dał sobie oczy­ścić trze­wiki jed­nemu z kil­ku­nastu pu­cy­bu­tów sie­dzą­cych na chodniku. Wtedy to stra­ciłem go z oczu, aby tutaj, przed ka­wiar­nią, znowu uj­rzeć. A więc cią­gle szedł za nami.

Nie wy­glą­dał na poli­cjanta ani gangstera. Ani w ogóle na ko­goś, kto za­wo­dowo zaj­muje się śle­dze­niem in­nych. Wy­soki, szczupły męż­czy­zna, naj­pew­niej Eu­ro­pej­czyk, w ele­ganckich, sza­rych spodniach z fla­neli i sza­rej twe­edo­wej ma­ry­narce oraz w nie­ska­zitel­nie białej ko­szuli. Rysy twa­rzy miał deli­katne i bar­dzo jasną kar­nację skóry. W jego stroju za­uwa­żało się ele­menty tu­tejsze, jak gdyby od dawna mieszkał w Ko­lum­bii. Na gło­wie nosił duże, czarne som­brero, pod koł­nie­rzy­kiem miał fan­ta­zyj­nie za­wią­zaną czarną wstą­żeczkę. Pod pa­chą trzymał zwi­nięty w rulon bar­dzo kolo­rowy ruan, który w zimny ra­nek albo wie­czór za­rzu­cało się tutaj na plecy i piersi.

Nie po­wie­działem Mar­cza­kowi o swoich spo­strzeże­niach, gdyż za­pewne wy­śmiałby mnie. Bo kto i po co miałby nas śle­dzić? Spo­koj­nie do­piłem kawę, po­cze­ka­łem, aż Mar­czak po­zbę­dzie się swoich pesos i wy­szli­śmy na ulicę.

Osobnik w czar­nym som­brero uda­wał, że ogląda wy­stawę ja­kie­goś sklepu. Ru­szyli­śmy wol­nym kro­kiem w kie­runku placu Bo­livara. Mar­czak, wzmoc­niony kawą, oży­wił się i za­czął opo­wia­dać le­gendę o zało­żeniu mia­sta Bo­gota, le­gendę, która sprowa­dziła wiele nie­szczęść na In­dian ko­lum­bij­skich.

— Trzeba panu wie­dzieć, pa­nie To­ma­szu, że pła­sko­wyż, na któ­rym leży teraz Bo­gota, przed set­kami lat nale­żał do In­dian Mu­iscas. Po­dobno żyli oni w takim ze­psu­ciu mo­ral­nym, że roz­gniewani bo­go­wie uka­rali ich za to i cała do­lina za­mie­niła się w je­zioro. Wkrótce jed­nak po­jawił się biały bóg z wielką brodą, oko­liczna zaś lud­ność in­diań­ska, która przed poto­pem schroniła się w góry, na­zwała go Bo­chica. Ów bóg złotą laską trzy­krot­nie ude­rzył w skały za­my­kając je­zioro od połu­dnia i wówczas wody spły­nęły w do­liny poto­kiem i po­łą­czyły się z nur­tem rzeki Magda­leny. W ten spo­sób po­wstał wo­do­spad Tequen­dama, a na su­chym dnie je­ziora znowu mo­gli za­cząć żyć In­dia­nie. Nie­stety, drogi panie To­ma­szu, jak pan wie, w Ko­lum­bii dużo jest pra­sta­rych wy­ro­bów ze złota. Z tego po­wodu zro­dziła się le­genda, że na dnie któ­regoś z je­zior, na te­renie za­mieszka­nym przez In­dian Mu­iscas, ist­nieje El Do­rado, kra­ina pełna złota i szczęścia. Ta le­genda przy­cią­gnęła tutaj aż trzech zdo­byw­ców na czele wo­jow­ni­czych dru­żyn. Byli to: prawnik Gon­zalo Jimenez de Qu­esada, kon­kwi­sta­dor Se­ba­stian de Be­lal­cazar i Ni­colau Fe­der­mann. Do­my­śla się pan, ilu wo­dzów i In­dian z ple­mie­nia Mu­iscas zgi­nęło okrutnie, po­nie­waż nie po­tra­fiło albo nie chciało wskazać drogi do El Do­rado? Jedno jest pewne, że ów Gon­zalo Jimenez de Qu­esada, po­szu­ki­wacz El Do­rado, zało­żył Bo­gotę w ty­siąc pięć­set trzy­dzie­stym ósmym roku, a je­dy­nym El Do­rado na świe­cie po­zo­staje do dziś port lotni­czy w Bo­gocie, bo tak wła­śnie zo­stał on na­zwany.

Za­jęty słu­cha­niem i mar­szem po ulicy na­wet nie spo­strzegłem, że Mar­czak idzie z co­raz większym tru­dem i mówi coraz wol­niej. Raptem umilkł, za­chwiał się i gdy­bym nie chwycił go w ra­miona, osu­nąłby się na chodnik.

Ktoś po­mógł mi pod­trzymać Mar­czaka. Tak, to był wła­śnie śle­dzący nas osobnik. Rzu­cił swój kosztowny ruan, pod­jął nogi Mar­czaka i wskazując głową po­bliski sklep, po­wie­dział coś do mnie po hisz­pań­sku, a kiedy zo­rientował się, że nie znam tego ję­zyka, prze­szedł szybko na an­giel­ski.

— To brak tlenu, pro­szę pana. Zwykły brak tlenu. Trzeba tego pana prze­nieść do dro­gerii i za­dzwonić po po­go­towie tle­nowe.

Nie była to sto­sowna chwila, aby pytać, kim jest. Naj­waż­niej­sze, że chciał nam po­móc. Prze­nie­śli­śmy więc Mar­czaka do po­bli­skiej dro­gerii, poło­żyli­śmy go na znaj­dują­cej się tam ka­napce. Męż­czy­zna w czar­nym som­brero chwycił słu­chawkę tele­fonu, wy­kręcił nu­mer i szybko rzucił w mi­kro­fon kilka słów po hisz­pań­sku. Nie mi­nęło dzie­sięć mi­nut, gdy z ry­kiem syren zaje­chało auto po­go­towia, dwóch Me­ty­sów w bia­łych far­tu­chach wy­sko­czyło z bu­tlą i ma­ską tle­nową, którą przy­tknięto do ust Mar­czaka. W miarę jak tlen z butli do­sta­wał się do płuc, Mar­czak od­zy­ski­wał przytom­ność, na po­liczki po­wra­cały mu ru­mieńce.

Tak oto Bo­gota dała nam do zro­zu­mie­nia, że jest pięk­nym i cie­ka­wym mia­stem, ale nie każdy może się w nim czuć do­brze. I trudno się temu dzi­wić — prze­cież leży na wy­soko­ści dwóch ty­sięcy sze­ściu­set me­trów. Wę­dro­wać po uli­cach to tak samo, jakby spa­ce­ro­wać po szczycie ta­trzańskiej Łomnicy. W po­wie­trzu po pro­stu bra­kuje tlenu, co za­czy­nają od­czu­wać szczegól­nie lu­dzie starsi wie­kiem z dole­gli­wo­ściami układu krą­żenia i układu od­de­cho­wego. W ho­telu Hil­ton mie­liśmy kli­ma­tyza­cję, Mar­czak czuł się świetnie. Ale wy­star­czył dłuż­szy marsz przez mia­sto, by brak tlenu dał znać o so­bie, po­wo­dując omdlenie. Zresztą kli­mat Bo­goty w ogóle musi się wy­dać przy­kry człowie­kowi, który przy­był ze strefy umiarko­wa­nej. Po­byt tutaj wy­maga stop­niowo przy­zwy­cza­jania orga­ni­zmu nie tylko do bar­dzo roz­rze­dzo­nego po­wie­trza, ale i nie­zwy­kłych sko­ków tem­pe­ra­tury. Bar­dzo zimne są ranki i wie­czory. Dla­tego pierwszym za­ku­pem każ­dego cu­dzo­ziemca za­mie­rza­ją­cego dłu­żej po­zo­stać w Bo­gocie jest cie­pły ruan, który na­rzuca się na sie­bie dla ochrony przed chło­dem.

Po pięt­nastu mi­nu­tach Me­tys w bia­łym far­tuchu odjął ma­skę od ust Mar­czaka i oświad­czył, że wszystko jest okay i że star­szemu panu wró­ciły już siły i zdrowie. Za­żądał za tę usługę rów­no­war­tość trzech dola­rów. Człowiek w czar­nym som­brero bez słowa wyjął port­fel, odli­czył pie­nią­dze i wrę­czył je pra­cow­ni­kowi po­go­towia tle­no­wego. A ja za­czerwie­niłem się ze wstydu, bo nie miał­bym czym za­pła­cić. W kie­szeni po­sia­da­łem jedy­nie pięć­dzie­siąt cen­tavos.

Po­wi­nie­nem był za­pewne za­pro­te­sto­wać prze­ciw szczodro­ści ob­cego czło­wieka. Może nale­żało sprzedać zega­rek albo po­pro­sić pra­cow­ni­ków po­go­towia o ode­sła­nie ra­chunku pod adre­sem na­szej Am­ba­sady w Bo­gocie. Ale przez owe pięt­na­ście mi­nut, gdy Mar­czak od­dy­chał przez ma­skę tle­nową, uważnie ob­ser­wo­wa­łem owego czło­wieka i, sam nie wiem z ja­kich przy­czyn, po­czu­łem do niego sym­patię. Miał nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat, a kiedy na chwilę zdjął swoje ele­ganckie som­brero, zo­ba­czy­łem bar­dzo jasne, krótko przy­cięte włosy. Szare oczy, jasna cera bez opa­leni­zny, zęby tak białe i równe, że wy­da­wały się sztuczne, dło­nie o dłu­gich pal­cach i wy­pie­lę­gno­wa­nych pa­znokciach — wszystko to wskazy­wało, że jest dżentel­me­nem. Szare oczy spo­glą­dały uważnie, władczo — od­no­siło się wra­żenie, że ten człowiek lubi i po­trafi na­rzu­cać swą wolę. Ale zara­zem jego uśmiech miał w sobie coś chło­pię­cego i uj­mu­ją­cego.

Po od­jeź­dzie po­go­towia ra­tun­ko­wego on wy­szedł na ulicę i za­trzymał tak­sówkę.

— Nie, nie — bro­nił się dy­rek­tor Mar­czak. — Czuję się już zna­ko­micie i pój­dziemy pie­szo.

Mar­czak wie­dział, że tak­sówki w Bo­gocie są dro­gie i nie stać nas na ko­rzy­sta­nie z ich usług. Ów obcy jak gdyby zro­zu­miał nasze uczucia, bo po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się i zdejmu­jąc z głowy ka­pe­lusz:

— Nie przedsta­wi­łem się pa­nom. Na­zy­wam się Ralf Daw­son. Je­stem An­gli­kiem od dzie­się­ciu lat prze­by­wa­ją­cym w Ko­lum­bii. Dziś w połu­dnie wprowa­dzi­łem się do ho­telu Hil­ton. Za­uwa­ży­łem, że dziennika­rze bar­dzo się pa­nami inte­re­sują i do­wie­działem się od nich, że je­ste­ście mu­zeal­ni­kami z dale­kiego kraju. A po­nie­waż ja także zde­cy­do­wa­łem się wra­cać do ho­telu tak­sówką, miło mi bę­dzie, jeśli pa­no­wie sko­rzy­stają z tego sa­mego po­jazdu.

No cóż, za­pro­sze­nie brzmiało uprzejmie i nie było w nim ni­czego, co mo­głoby nas obra­zić. Do­my­śli­łem się, że ten człowiek kryje jakąś za­gadkę, jego spo­tka­nie z nami nie miało żad­nych cech przy­padku, a uprzej­mość dyk­to­wały chyba spe­cjalne względy. Ale to wcale nie prze­szka­dzało, aby wraz z nim za­brać się tak­sówką do ho­telu Hil­ton. In­stynkt de­tek­tywa na­ka­zy­wał mi wie­rzyć, że wkrótce za­gadka tego czło­wieka sama się wy­jaśni.

W dro­dze do ho­telu mil­czeli­śmy. Raz tylko, gdy mi­jali­śmy skrzyżo­wa­nie Dzie­siątej i Dziewięt­na­stej ulicy i uj­rza­łem prze­piękny wi­dok po­kry­tej zie­lenią góry Mon­se­rate z bia­łym klaszto­rem na szczycie, wy­rwał się z mej piersi okrzyk:

— Jakże tu pięk­nie. Szkoda, że już nie­długo wy­jeż­dżamy i że za­pewne nigdy tu nie po­wrócę.

Ralf Daw­son oświad­czył z po­wagą:

— To nie jest wcale ta­kie pewne, mi­ster Thomas. Mam prze­czu­cie, że bę­dzie się pan jesz­cze nie­raz za­chwycał pięk­nem Bo­goty.

— Jest pan może odrobinę ja­sno­wi­dzem? — za­py­tałem bez ironii, aby go nie ura­zić.

Ski­nął głową i od­parł serio:

— Tak. A ści­ślej, mie­wam prze­czu­cia, które bar­dzo czę­sto się spraw­dzają.

W ho­telu Daw­son od­pro­wa­dził Mar­czaka aż do na­szego aparta­mentu i pora­dził mu, aby się poło­żył do łóżka i wy­po­czął.

— To do­brze panu zrobi — tłu­ma­czył. — Bo prze­cież musi pan wziąć udział w wie­czor­nym za­koń­cze­niu kon­fe­rencji. Sły­sza­łem od dziennika­rzy, że pod­jęte zo­staną ja­kieś bar­dzo ważne de­cyzje. Spo­kój i go­dzina snu może się oka­zać naj­lep­szym le­kar­stwem na pana dole­gli­wość.

Na­tychmiast zo­rientował się, że dy­rek­tor dzieli ze mną aparta­ment i moja obecność może Mar­cza­kowi za­kłó­cić spo­kój.

— Pana zaś, mi­ster Thomas, za­pra­szam do swego po­koju. Mieszkam pię­tro wy­żej. Pro­po­nuję kieli­szek sherry i po­ga­wędkę. W tym cza­sie mi­ster Mar­czak prze­śpi się i wy­pocznie.

Przyjąłem za­pro­sze­nie. Ja rów­nież mie­wa­łem prze­czu­cia, które się czę­sto spraw­dzały. Tym ra­zem by­łem pe­wien, że na osobności Daw­son ze­chce ze mną o czymś waż­nym po­roz­ma­wiać.

Mieszkał w jesz­cze bar­dziej luk­su­so­wym aparta­men­cie niż my. Miał do dys­po­zycji małą sy­pial­nię, dość spory salo­nik i dużą ła­zienkę. Mó­wił chyba prawdę, że do­piero dziś się tu wprowa­dził, bo za­uwa­ży­łem sto­jące w ko­ryta­rzu dwie nie roz­pa­ko­wane ele­ganckie wa­lizki.

Za­prosił mnie do salo­niku, otworzył drzwiczki szafki chłodni­czej mi­ster­nie ukrytej w ścia­nie.

— A więc sherry, whi­sky, gin? — za­pytał.

— To­nik — od­po­wie­działem.

Ski­nął głową i wyjął dwie bu­telki to­niku.

— Do­my­śla­łem się, że nie lubi pan alko­holu. Ja także rzadko go uży­wam.

Uprzej­mym ge­stem wskazał mi fotel, z oszklonej ser­wantki wyjął szklanki i rozlał do nich tonik. Usiadł w fo­telu na­prze­ciw mnie.

— Nie mogę pana po­czę­sto­wać ani cyga­rem, ani pa­pie­ro­sem. Nie palę — oświad­czył z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem. — Ale dym mi nie prze­szka­dza.

Zo­stało to po­wie­dziane po to, abym sobie po­zwo­lił na wy­pale­nie cy­gara, co też i uczyniłem. W tym mo­men­cie ktoś za­pukał do drzwi i po chwili do aparta­mentu wszedł boy ho­te­lowy, który wrę­czył Daw­so­nowi szarą ko­pertę. Go­spo­darz prze­prosił mnie i pod­szedł do okna, gdzie przez dzie­sięć mi­nut prze­glą­dał ja­kieś pa­piery. Po­tem wró­cił na swoje dawne miej­sce, napił się to­niku i rzekł:

— Wy­daje mi się, że po­wi­nie­nem panu po­wie­dzieć coś wię­cej o sobie. Tym bar­dziej że, jak to zdą­żył pan zdaje się za­uwa­żyć, sze­dłem za wami pod­czas spa­ceru po mie­ście, co mo­gło wy­glą­dać po­dej­rza­nie. A ja po pro­stu szu­ka­łem oka­zji, aby z pa­nem na­wią­zać kon­takt. I przy­pa­dek, przy­kry dla pana Mar­czaka, przy­szedł mi z po­mocą.

Łyk­nął to­niku, uśmiech­nął się przyjaźnie i mó­wił dalej:

— Wspo­mniałem, że je­stem An­gli­kiem i na­zy­wam się Ralf Daw­son. Od pra­wie dzie­się­ciu lat prze­by­wam na te­renie Ko­lum­bii, mieszkam pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Bo­goty w pięk­nym parku oto­czo­nym wy­so­kim mu­rem. W tym parku znaj­duje się czterdzie­ści luk­su­sowo urzą­dzo­nych pa­wilo­nów, a ści­ślej, ma­leń­kich dom­ków, gdzie pod sta­ranną opieką dok­tora Rod­rigo Alva­reza, zna­ko­mi­tego psy­chia­try i psy­cho­ana­lityka, prze­bywa wiele bar­dzo za­moż­nych osób. Nie jest to jed­nak szpital dla wa­ria­tów w ści­słym tego słowa zna­cze­niu. Ra­czej sa­nato­rium dla ludzi znerwi­co­wa­nych, odrobinę nie­zrówno­wa­żo­nych. Każdy z nas ma wła­sny do­mek, może spo­tykać się z in­nymi pa­cjentami lub ich uni­kać, ko­rzy­stamy ze wspaniałej bi­blio­teki, pre­nu­me­ru­jemy cza­sopi­sma, mamy ba­sen pły­wacki i kort teni­sowy. Nie­któ­rzy z nas, jak na przy­kład ja, zali­czani do osób nie­szkodli­wych dla oto­cze­nia, otrzymują prze­pustki na krót­kie po­dróże. Mamy prawo przyjechać do Bo­goty i za­mieszkać w ho­telu albo na­wet od­być dal­szą po­dróż, aby od­wie­dzić krewnych, zna­jo­mych, przyjaciół.

„On nie jest znerwi­co­wany — po­my­śla­łem. — Ten człowiek ma nerwy jak po­wrozy”.

— Jak pan zdą­żył za­pewne wy­wniosko­wać z mo­ich słów, na­leżę do ludzi za­moż­nych. Je­stem jesz­cze mło­dym i peł­nym życia człowie­kiem, nie­chże się więc pan nie dziwi, że mo­no­tonne życie w za­kła­dzie dok­tora Alva­reza już mi się nieco znu­dziło. Dziś rano prze­czy­tałem w ga­ze­tach o wła­ma­niu do Mu­zeum Złota i za­po­zna­łem się z wy­wia­dem, jaki z pa­nem prze­pro­wa­dziła dzienni­karka z „Wiado­mo­ści Bo­goty”. Po­my­śla­łem: „A gdy­bym tak zajął się sprawą od­zy­ska­nia owych uni­ka­to­wych zbio­rów, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego celu naj­lep­szych de­tek­ty­wów? Czy nie by­łoby to ja­kimś no­wym ele­mentem w moim mo­no­ton­nym życiu, wspaniałą przy­godą, która być może sta­no­wi­łaby na­wet le­kar­stwo na moją ner­wicę?” Zwierzy­łem się ze swych myśli dok­to­rowi Alva­re­zowi i on przy­znał mi rację. „To bę­dzie dla pana zna­ko­mita tera­pia” — stwierdził. Udzielił mi ze­zwolenia na wy­jazd do Bo­goty i oto je­stem tutaj, sie­dzę przed pa­nem. I jed­no­cze­śnie skła­dam pro­po­zycję: czy ze­chce pan, za od­po­wiednio wy­sokie wy­na­gro­dze­nie, które zresztą sam pan ustali, współpra­co­wać ze mną w sprawie od­zy­ska­nia zbio­rów z ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota?

Od­po­wie­działem:

— Ależ to non­sens. Taka sprawa wy­maga działania setek spe­cjali­stów, i to na ca­łym świe­cie.

Uśmiech­nął się wy­ro­zu­miale:

— Je­stem zda­nia, że nie setki poli­cjantów, ale wła­śnie kilka osób, na­wet dwie, pan i ja, ma­jąc do dys­po­zycji po­ważne środki fi­nan­sowe, prę­dzej i sku­tecz­niej trafi do celu. Nic zresztą nie stoi na prze­szkodzie, aby ko­rzy­stać z in­for­macji poli­cjantów. To prze­cież tylko kwe­stia od­po­wiedniej sumy pie­nię­dzy. Co się zaś tyczy pana osoby, wła­śnie przed chwilą boy ho­te­lowy przy­niósł mi z tutej­szej pry­wat­nej agencji de­tek­tywi­stycznej wy­cinki z ga­zet doty­czące pana działalno­ści. Wy­star­czyło mi rzu­cić na nie okiem, aby się upewnić, że pan jest człowie­kiem, któ­rego po­trze­buję.

Prze­cząco po­krę­ciłem głową:

— Nie­stety, pra­cuję w pol­skim Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Sztuki, przyje­cha­łem tutaj jedy­nie na mię­dzy­naro­dową kon­fe­ren­cję. Mu­szę wra­cać do kraju, gdzie czeka mnie wiele pracy.

— Otrzyma pan takie ho­nora­rium, ja­kiego sobie pan zaży­czy.

— Nie je­stem człowie­kiem za­moż­nym. Żyję bar­dzo skromnie. Ale nie na­leżę także do ludzi, o któ­rych można po­wie­dzieć, że są „do wy­naję­cia”.

— A jed­nak przed kil­koma laty pra­co­wał pan we Fran­cji na pry­watne zle­cenie i wy­grał pan walkę z tak zwa­nym Fan­to­ma­sem. Wzmiankę o tym zna­la­złem w jed­nym z wy­cin­ków pra­so­wych.

— To prawda. Uczyniłem to jed­nak tylko w ra­mach swego urlopu, i to nie za pie­nią­dze, ale na prośbę pew­nej ko­biety, z którą się przyjaźnię. Przykro mi, że mu­szę panu od­mó­wić.

— Może teraz rów­nież mógłby wziąć pan urlop? Po­roz­ma­wiam o tym z pa­nem Mar­cza­kiem...

— Niech pan tego nie robi. Nie udzieli ta­kiej zgody, nie ma do tego prawa.

— Ro­zu­miem — znowu uśmiech­nął się przyjaźnie. — Zresztą ta­kiej wła­śnie od­mownej od­po­wie­dzi od pana oczeki­wa­łem. Prze­ko­nuję się jesz­cze raz, że jest pan wła­ści­wym człowie­kiem.

Zdziwiła mnie jego reak­cja. Nie zło­ścił się z po­wodu mojej od­mowy, nie na­kła­niał po­wtórnie, ale za­cho­wy­wał się jesz­cze bar­dziej przyjaźnie i życzliwie. Bacznie pa­trzył na mnie swoimi sza­rymi oczyma i jak gdyby czy­tając w mo­ich my­ślach, po­wie­dział:

— Nie obra­żam się na pana i nie gniewa mnie pań­ska od­mowa, po­nie­waż wiem to, o czym pan jesz­cze nie wie, a co sta­nie się dziś wie­czo­rem na wa­szej kon­fe­rencji. Dla­tego wie­rzę, że sprawa na­szej współ­pracy sta­nie się znowu aktu­alna.

— To wy­klu­czone. Nie będę nigdy pra­co­wał pry­wat­nie — oświad­czy­łem wstając z fotela.

— Ra­dzę wy­strzegać się mó­wie­nia słowa „zawsze” oraz słowa „nigdy” — za­zna­czył, rów­nież wstając z fotela. — My­ślę, że spo­tkamy się wkrótce w nieco in­nych oko­licz­no­ściach. A co do mojej cho­roby, wy­jawię panu to, co po­wie­działby panu dok­tor Alva­rez, gdyby nie obo­wią­zy­wała go ta­jem­nica le­kar­ska. Otóż od czasu do czasu wy­daje mi się, że je­stem człowie­kiem, który tu przy­był z UFO, czyli, jak się to mówi, z Nie­zi­den­tyfi­ko­wa­nego Obiektu La­tają­cego. I co gor­sza, cza­sami mam uczucie, że po­trafię czy­tać w cu­dzych my­ślach albo robić coś, czego ża­den inny człowiek zro­bić nie po­trafi. Ot, na przy­kład, spo­wo­do­wać, żeby nagle roz­dzwonił się apa­rat tele­fo­niczny, który stoi pod oknem.

W tym mo­men­cie uśmiech znik­nął z jego ust. Za­czął z na­pię­ciem wpa­try­wać się w apa­rat tele­fo­niczny.

Twarz mu jakby stę­żała, a skóra na po­licz­kach na­prę­żyła się.

I apa­rat roz­dzwonił się ostro, gwałtow­nie...

Nie ba­wiły mnie takie sztuczki. Ukłoniłem się i rze­kłem chłodno:

— Oprócz mnie i dy­rek­tora Mar­czaka prze­bywa w Bo­gocie panna Flo­ren­tyna. Ta ko­bieta jest po­dobno wielką znawczy­nią spraw UFO. Wy­daje mi się, że znaj­dzie pan w niej inte­re­su­jącą roz­mówczy­nię, a kto wie, może także i przy­szłego współpra­cow­nika. Pro­szę się nie zra­żać fak­tem, że cho­dzi w prze­dziwnej szy­deł­ko­wej tu­nice i nosi na­szyj­nik z ogrom­nych kloc­ków...

Opu­ści­łem pokój Daw­sona prze­ko­nany, że mia­łem jed­nak do czy­nie­nia z cho­rym ner­wowo człowie­kiem.

 


ROZDZIAŁ TRZECI [top]

POWOŁANIE BIURA KOORDYNACYJNEGO • POCZĄTEK WALKI Z GANGIEM ZŁODZIEI DZIEŁ SZTUKI • PODROŻ DO SAN AUGUSTIN • I ZNOWU RALF DAWSON • NA TROPACH TAJEMNICZEJ KULTURY • DZIWNY LIST • INDIAŃSKI NASZYJNIK • GROŹNE SPOTKANIE Z POSZUKIWACZAMI SKARBÓW • W OBLICZU ŚMIERCI • NIESPODZIEWANY RATUNEK

 

Na­stęp­nego dnia już o świ­cie wraz z dwu­dzie­sto­kil­ku­oso­bową grupą uczestni­ków kon­fe­rencji za­jąłem miej­sce w sa­mo­locie, który prze­niósł nas do miej­sco­wo­ści Po­payan, skąd du­żym auto­ka­rem wy­ru­szyli­śmy w kil­ku­go­dzinną po­dróż do Parku Ar­che­olo­gicz­nego w San Au­gu­stin. Je­cha­łem bez dy­rek­tora Mar­czaka — on po­zo­stał w Bo­gocie, za­jęty nie­zwy­kle waż­nymi sprawami, o któ­rych do­wie­dzie­liśmy się w trak­cie za­koń­cze­nia mię­dzy­naro­do­wej kon­fe­rencji. Oka­zało się, że wła­ma­nie do Mu­zeum Złota do tego stop­nia wstrzą­snęło ludźmi od­po­wie­dzialnymi za ochronę za­byt­ków kul­tury, że kilku wpływo­wych uczestni­ków kon­fe­rencji, zgodnie z suge­stiami za­war­tymi w re­fera­cie na­szej dele­gacji, po­wo­łało Mię­dzy­naro­dowy Ko­mitet Ochrony Za­byt­ków. Zwrócono się tele­fo­nicz­nie i tele­gra­ficz­nie do mini­strów kul­tury kilku bo­gat­szych państw świata i uzy­skano od nich od­po­wiednio wy­sokie kwoty pie­niężne na rzecz spe­cjal­nego Fun­du­szu Ochrony Za­byt­ków. Mię­dzy­naro­dowy Ko­mitet miał po­wo­łać Biuro Ko­or­dy­na­cyjne do walki z gan­gami, do­ko­nują­cymi kra­dzieży dzieł sztuki na całej kuli ziemskiej. Zde­cy­do­wano, że w skład owego Biuro Ko­or­dy­na­cyj­nego wejdą lu­dzie naj­bar­dziej do­świad­czeni. Biuro miało zor­gani­zo­wać spe­cjalną kar­to­tekę zło­dziei dzieł sztuki, a także za­trud­nić naj­zręczniej­szych de­tek­ty­wów oraz na­wią­zać ścisłą współ­pracę z In­ter­po­lem. W ten spo­sób cały nasz glob zo­stałby ob­jęty siatką agentów in­for­mu­ją­cych o wszelkich kra­dzie­żach dzieł sztuki oraz szla­kach ich przemytu. Uchwa­lono, że sie­dzibą tak Mię­dzy­naro­do­wego Ko­mi­tetu, jak i Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego bę­dzie Paryż. Na razie, tu w Bo­gocie, miano jesz­cze przez kilka dni dys­ku­to­wać o kształcie Ko­mi­tetu oraz usta­lić za­kres działań przy­szłego Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego. Ukonsty­tu­ował się rów­nież ów Mię­dzy­naro­dowy Ko­mitet. Wy­brano przewod­ni­czą­cego oraz czte­rech za­stęp­ców. Dy­rek­tor Mar­czak zo­stał jed­nym z wi­ce­przewod­ni­czą­cych, co było zro­zu­miałe, po­nie­waż to jego myśli wy­ło­żone w na­szym refe­racie zy­skały na­resz­cie re­alny kształt i zo­stały przyjęte przez wszyst­kich uczestni­ków kon­fe­rencji. Tak więc dy­rek­tor Mar­czak po­zo­stał w Bo­gocie, a wraz z nim i panna Flo­ren­tyna, któ­rej zna­jo­mość dzie­się­ciu języ­ków była w tej chwili Mar­cza­kowi po­trzebna. Wy­cieczkę do San Au­gu­stin uznano za bar­dzo atrakcyjną — Mar­czak do­szedł do wniosku, że po­wi­nie­nem sko­rzy­stać z oka­zji po­zna­nia za­byt­ków sztuki pre­ko­lum­bij­skiej. Dla­tego zo­sta­łem przez niego wy­łą­czony z prac orga­niza­cyj­nych Ko­mi­tetu i mo­głem wziąć udział w tej cie­ka­wej im­pre­zie.

Sa­mo­lot do Po­payan nie zo­stał spe­cjal­nie wy­na­jęty, ale miał nor­malny rejs ko­mu­nika­cyjny, dla­tego nie by­łem za­sko­czony, gdy zo­ba­czy­łem w nim Ralfa Daw­sona. Na szczęście ja sie­działem z przodu, a on z tyłu, ogra­ni­czy­liśmy się więc tylko do wy­miany ukło­nów. Zdziwi­łem się jed­nak tro­chę, kiedy uj­rza­łem go w auto­karze do San Au­gu­stin. Zaraz jed­nak wy­ja­śni­łem sobie tę sprawę bez spe­cjal­nego trudu: w auto­karze po­zo­stało kilka wol­nych miejsc i człowiek z od­po­wiednią sumą pie­nię­dzy mógł bez pro­blemu za­brać się z nami. Tym bar­dziej że, jak to zdą­ży­łem za­uwa­żyć, kie­row­nik na­szej wy­cieczki za­przyjaźnił się z Daw­so­nem i w auto­karze sie­dział obok niego.

Nie wi­działem zresztą żad­nego po­wodu, aby za­przątać sobie głowę Ral­fem Daw­so­nem, szczegól­nie że nie był na­trętny i nie usi­łował mnie już wię­cej na­kła­niać do współ­pracy. Z Po­payan do San Au­gu­stin je­dzie się przez Andy, wy­sokie na cztery ty­siące me­trów. Urzeka­jące wi­doki stro­mizn skal­nych i prze­pięk­nych, głę­bo­kich wą­wo­zów po­chła­niały całą moją uwagę. Szosa wznosiła się wy­soko krę­tymi ser­pen­ty­nami, to znów opa­dała w dół tak rap­tow­nie, że aż dech za­pie­rało w pier­siach i chwilami głu­chło się od na­głych zmian ci­śnie­nia. Droga przez góry była nie­bez­pieczna, w każ­dej chwili z wy­so­kich, na­gich szczytów mo­gły osu­nąć się la­winy skał i ka­mieni; kil­ka­krot­nie sta­wali­śmy na­wet, aby usu­nąć z szosy wiel­kie głazy, które spa­dały przed go­dziną lub może kwa­dran­sem.

Ale po ja­kimś cza­sie, kiedy już przywy­kłem do nie­zwy­kłych wi­do­ków gór­skich i oswoiłem się z dzi­kim kra­jo­bra­zem, myśli moje po­wró­ciły jed­nak do osoby Daw­sona. Bro­niłem się przed tym — nie­stety, bez re­zul­tatu. On sie­dział za mną, po­dob­nie jak w sa­mo­locie, wy­da­wało mi się, że pa­trzy na moje plecy i tył głowy; nie­mal fi­zycznie czu­łem ten wzrok na sobie i to zmu­szało mnie do my­śle­nia o nim.

Nie czu­łem do niego wro­gości czy nie­chęci — to pewne. Za­cho­wał się szla­chet­nie, gdy nagle za­słabł dy­rek­tor Mar­czak. Po­tem za­pro­po­no­wał współ­pracę, a gdy od­mó­wi­łem, po­że­gnał mnie z taką samą uprzejmo­ścią. Tylko ta jedna sztuczka z tele­fo­nem wy­dała mi się bar­dzo tan­detna. Prze­cież to nie­trudno umówić się z kimś, na przy­kład z boyem ho­telo­wym, który przy­niósł ko­pertę, żeby o okre­ślo­nej mi­nucie, a na­wet se­kun­dzie, za­tele­fo­no­wał do po­koju, a po­tem wy­trzeszczyć oczy na apa­rat tele­fo­niczny i za­cze­kać, aż ode­zwie się sy­gnał. Tak, to było tan­detne i ja­koś nie bar­dzo pa­so­wało do wy­twornie za­cho­wu­ją­cego się Daw­sona. Czemu on to zro­bił? I dla­czego, od razu na wstępie, poin­for­mo­wał mnie, że jest ner­wowo chory i prze­bywa w sa­nato­rium dok­tora Alva­reza? Kto ze­chce współpra­co­wać z wa­ria­tem? Na­wet, jeśli ów wa­riat po­siada dużo pie­nię­dzy i uchodzi za nie­szkodli­wego?

Zna­łem kilku ludzi o sil­nie za­chwianej rów­no­wa­dze psy­chicznej. Cie­kawe, że ża­den z nich nigdy by w ten spo­sób o sobie nie po­wie­dział, ba, każdy z nich był głę­boko prze­ko­nany, że to inni mają za­chwianą rów­no­wagę psy­chiczną, na­to­miast on jest wła­śnie naj­bar­dziej nor­malny. Czyżby Ralf Daw­son po­zo­sta­wał wy­jąt­kiem? A może ra­czej on po pro­stu chciał uchodzić za sza­leńca lub nie­zrówno­wa­żo­nego? In­nymi słowy — był to człowiek zu­peł­nie nor­malny, bez żad­nych kło­po­tów z ner­wami i wła­sną psy­chiką. W jakim jed­nak celu pro­wa­dził ze mną tę dziwną grę? I chyba pro­wa­dził ją nadal, skoro wy­brał się do San Au­gu­stin. „O nie, to już prze­sada — stro­fo­wa­łem się w du­chu. — On nie pro­wa­dzi żad­nej gry, a tylko ko­rzy­sta z oka­zji, aby zo­ba­czyć Park Ar­che­olo­giczny. Pra­gnął od­na­leźć ukra­dzione skarby, a to zna­czy, że inte­re­sują go za­bytki”.

Moje roz­my­śla­nia prze­rwało za­trzyma­nie się auto­karu. Przybyli­śmy do celu po­dróży — ma­łego, li­czą­cego pięć ty­sięcy miesz­kań­ców mia­steczka San Au­gu­stin, z ru­chli­wym i peł­nym gwaru ry­neczkiem, ko­ściołem, uliczkami, przy któ­rych znaj­do­wało się mnó­stwo ma­łych skle­pi­ków. Ho­teli było nie­wiele, bo też i tury­ści na ogół rzadko tu za­glą­dają, po­nie­waż Park Ar­che­olo­giczny i jego ka­mienne rzeźby nie cie­szą się na świe­cie taką sławą, jak na przy­kład bu­dowle In­ków czy Ma­jów. Przy­czyna owego braku po­pu­lar­ności tkwi także i w tym, że prze­dziwne rzeźby i gro­bowce w oko­li­cach San Au­gu­stin od­kryto do­piero w na­szym stu­leciu, a wła­ści­wie w po­łowie na­szego wieku. Tak się bo­wiem stało, że gdy w XVI wieku przy­byli tutaj hisz­pań­scy zdo­bywcy, pła­sko­wyż San Au­gu­stin za­stali zu­peł­nie bez­ludny, bez ja­kich­kol­wiek śla­dów wspaniałej, roz­kwi­tają­cej tu przez setki lat kul­tury. Al­bo­wiem In­dia­nie za­mieszku­jący ten teren, oto­czony z czte­rech stron gó­rami, sta­no­wią­cymi natu­ralną twierdzę — pła­sko­wyż o kli­ma­cie wiecznej wio­sny — po­sta­no­wili go opu­ścić i schronić się w po­bli­skich gó­rach. Może sły­szeli od zbie­gów z in­nych oko­lic, że hisz­pań­scy na­jeźdźcy nisz­czą starą kul­turę, bez­czeszczą gro­bowce, po­szu­kując złota i klej­no­tów? W nie­do­stępne kry­jówki gór­skie za­brali wszystko, co się dało unieść. Ślady po sobie sta­ran­nie za­tarli, na­wet ogromne, ka­mienne rzeźby zdo­łali zasy­pać zie­mią. I tak przez dwa wieki pła­sko­wyż San Au­gu­stin skrzętnie krył swoją ta­jem­nicę, aż wreszcie w ty­siąc sie­dem­set pięć­dzie­sią­tym siódmym roku pe­wien za­kon­nik, wy­słany w te strony przez bi­skupa z Po­payan w celu po­szu­ki­wa­nia złota w sta­rych gro­bow­cach, od­na­lazł kilka ka­miennych rzeźb ukrytych w ziemi. Wzmianka o nich ni­kogo jed­nak nie za­inte­re­so­wała — wszak szu­kano złota, a nie piękna za­klę­tego w ka­mie­niu. I znowu nie­mal przez dwa wieki cu­downa kul­tura In­dian z San Au­gu­stin po­zo­stała ni­komu nie znana i nie naru­szona. Aż do­piero w na­szych cza­sach naj­pierw an­giel­ska, a po­tem nie­miecka wy­prawa ar­che­olo­giczna zwróciła uwagę na San Au­gu­stin. Prace wy­ko­pali­skowe na większą skalę roz­po­częły się w po­łowie XX wieku, wówczas to wspaniała cy­wili­zacja i kul­tura San Au­gu­stin uchyliła rąbka swej ta­jem­nicy — od­ko­pano setki ka­miennych, ogrom­nych po­są­gów, rytu­alne ba­seny wy­drą­żone w ka­mie­ni­stych poto­kach, nie­zli­czone ilo­ści gro­bow­ców obło­żo­nych cien­kimi, ka­miennymi płyt­kami, ka­mienne kur­hany wznoszące się nad sar­kofa­gami i rzeź­bami przy­stro­jo­nymi w bi­żute­rię: bran­so­lety, na­szyj­niki, na­kry­cia głowy, pek­to­rały. Od­nale­ziono także ślady daw­nych za­bu­do­wań mieszkal­nych — okrą­głych dom­ków o stoż­ko­wych da­chach śred­nicy około czte­rech me­trów, o ścia­nach zro­bio­nych z ple­cio­nego bam­busu. Aż dziwne, że twórcy ka­miennych, mo­nu­mental­nych rzeźb ani nie bu­do­wali świątyń z ka­mie­nia, ani też ka­miennych do­mów.

I tak, rok po roku, każda wy­prawa ar­che­olo­giczna od­kry­wała nowe za­gadki i ta­jem­nice San Au­gu­stin — dziś wiemy, że miesz­kańcy tych tere­nów byli wspania­łymi rol­ni­kami: uprawiali ku­ku­rydzę, jutę, orzeszki ziemne, trud­nili się także my­śli­stwem i zbie­rac­twem. Wielu z nich zaj­mo­wało się rze­mio­słem — wy­ra­biali przed­mioty ze złota i mie­dzi, wy­ko­ny­wali z gliny piękne or­na­mentowe tale­rze, czarki, wazy, pu­chary na krót­kich i dłu­gich nóż­kach, miski, dzbany i urny. Wiemy także, jak wy­glą­dali twórcy tej kul­tury i cy­wili­zacji, zdo­łano ich wy­gląd od­two­rzyć na pod­sta­wie rzeźb, po­znano ich orga­niza­cję spo­łeczną, rytu­ały po­grze­bowe, wie­rze­nia reli­gijne. Udało się też usta­lić, że kul­tura tego ple­mie­nia ist­niała na te­renie San Au­gu­stin przez dwa ty­siące lat, to jest od pią­tego wieku przed naszą erą aż do na­jazdu Hiszpa­nów. Byli więc ró­wie­śni­kami sta­ro­żyt­nych Gre­ków, ale ich kul­tura roz­wi­jała się znacznie dłu­żej.

Ob­szar ob­jęty ba­da­niami ar­che­olo­gicz­nymi ma kil­kaset ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych i wiele dni trzeba, aby go zwiedzić. Trzy dni pro­po­nuje się na obej­rze­nie za­byt­ków naj­waż­niej­szych, da­ją­cych wy­obra­żenie o całej ta­jem­ni­czej zagi­nio­nej cy­wili­zacji. Na­pi­sa­łem: ta­jem­ni­czej. W rze­czy­wi­stości bo­wiem, choć tak wiele już do­wie­dziano się o ży­ciu i sztuce daw­nych miesz­kań­ców pła­sko­wyżu — każdy rok ujawnia coraz nowe za­gadki i każe są­dzić, że kryje się ich jesz­cze wiele.

Umiesz­czono nas w ma­łym hote­liku z po­ko­ikami bez okien. Światło do po­koju wpa­dało przez oszklone drzwi, wy­cho­dzące na pełen kwiatów we­wnętrzny po­dwó­rzec zwany pa­tio. Byli­śmy zmę­czeni wie­logo­dzinną jazdą auto­ka­rem, cią­głą zmianą ci­śnie­nia. Nasz przewod­nik za­po­wie­dział, że tylko dwa dni dano nam na za­po­zna­nie się z za­byt­kami San Au­gu­stin, a więc czeka nas mor­der­cze tempo. Zo­ba­czymy ści­sły Park Ar­che­olo­giczny oraz El Bosque, czyli „Las rzeźb”. Drugi dzień po­świę­cimy na wi­zytę w Alto de los Ido­los oraz Fu­ente de Lavapatas, czyli w base­nie do rytu­al­nego ob­my­wa­nia stóp. Na­le­żało od­po­cząć w ho­telu, na­brać sił do wy­prawy.

Ko­lację podano przy du­żym stole ustawio­nym wśród eg­zo­tycz­nych kwiatów w ho­telo­wym patio. Chciałem jak naj­szyb­ciej od­po­cząć — ja­dłem więc szybko, nie na­wią­zując roz­mów ze współto­wa­rzy­szami wy­cieczki, choć wśród nich było kilka cie­ka­wych osób, histo­ry­ków sztuki i mu­zeal­ni­ków. Podano nam miej­scowe po­trawy o dość spe­cy­ficz­nym smaku, ale na­wet nie za­inte­re­so­wa­łem się, z czego i jak je przy­rzą­dzono oraz jakie noszą na­zwy. Na­tychmiast po kola­cji poło­ży­łem się do łóżka i choć zmrok do­piero za­czy­nał za­pa­dać, zaraz za­sną­łem.

Obu­dził mnie jakiś dziwny szmer, jak gdyby ktoś pukał ci­chutko do drzwi po­koju. Otworzy­łem oczy i na­sta­wi­łem uszu, ale szmer czy też lek­kie pu­kanie nie po­wtó­rzyło się wię­cej. Usiadłem na łóżku i wówczas za oszklo­nymi drzwiami uj­rza­łem cień ludz­kiej po­staci, która przez szparę mię­dzy drzwiami i fra­mugą wsu­nęła do mego po­koju coś pła­skiego i bia­łego — chyba ko­pertę z li­stem.

Ze­rwa­łem się z łóżka i pod­bie­głem do drzwi. Ta­jem­niczy cień oka­zał się jed­nak szyb­szy, przez oszklone drzwi uj­rza­łem, jak roz­pływa się wśród kwiatów w patio, po­tem usły­sza­łem stuk drzwi z sieni pro­wa­dzą­cej na ulicę. By­łem w pi­dża­mie i nie wi­działem sensu w uga­nia­niu się za ta­jem­niczą po­stacią. Tym bar­dziej że pod no­gami le­żała biała ko­perta. Ten ktoś, kto zna­lazł się pod moimi drzwiami, był po pro­stu po­słań­cem. Na­le­żało ra­czej za­po­znać się z li­stem.

Za­pali­łem światło w po­koju i ro­zer­wa­łem ko­pertę.

— „Se­#241;or Co­che­cito” — prze­czy­tałem na­głó­wek.

Ktoś nie­wprawną ręką, w peł­nej błę­dów an­gielsz­czyźnie napi­sał za­dzi­wia­jące za­pro­sze­nie:

Jeśli jest pan czło­wie­kiem od­waż­nym i inte­re­sują Pana zagi­nione skarby, pro­szą wyjść zaraz z ho­telu. Tuż za ro­giem ulicy, po lewej stro­nie, czeka na Pana grono przyjaciół.

Nie taję, że by­łem za­sko­czony i na­prawdę nie mia­łem poję­cia, jak nale­żało po­stą­pić. Po­drzeć list i poło­żyć się spać? Za­cho­wać go i rano spró­bo­wać wy­ja­śnić sprawę przy po­mocy na­szego przewod­nika? A może jed­nak pójść na spo­tka­nie, bo prze­cież inte­re­so­wały mnie zagi­nione skarby...

Wreszcie jed­nak ubrałem się i opu­ści­łem pokój. Mi­ną­łem patio, sień i zna­la­złem się na po­grą­żonej w mroku ulicy. Lamp tu nie było, nikły krąg światła da­wała tylko ża­rówka umiesz­czona nad drzwiami ho­telu; dalej już zale­gała ciemność. Nie po­sia­da­łem cie­płego ruana, na­tychmiast więc prze­nik­nął mnie nocny ziąb. Prze­zor­nie wziąłem sza­lik, teraz owi­ną­łem go wo­kół szyi i pod­nio­słem koł­nierz ma­ry­narki, a przy­zwy­czaiwszy tro­chę oczy do mroku, ru­szy­łem w lewą stronę, tak jak mi to na­ka­zano w ano­ni­mo­wym liście.

Po kil­ku­nastu kro­kach zbli­ży­łem się do małej, skrę­cają­cej w lewo uliczki. I tuż za ro­giem uj­rza­łem trzech męż­czyzn sie­dzą­cych w kucki pod ślepą ścianą ja­kie­goś domu. Mieli na sobie cie­płe ruany, sze­roko­skrzydłe ka­pelu­sze na­su­nięte na oczy, każdy z nich nosił ogromną ma­czetę. Wy­glą­dali na stru­dzo­nych wę­drowców, któ­rych nie stać na miej­sce w ho­telu i dla­tego drzemią na ulicy.

Od­głos mo­ich kro­ków zbu­dził jed­nego z nich. Le­niwie wstał ze swojego miej­sca, wy­pro­sto­wał się i za­trzymał mnie ci­chym okrzykiem:

— Amigo!

Zro­bił dwa kroki w moim kie­runku. Ry­sów jego twa­rzy nie po­tra­fiłem roz­róż­nić z po­wodu mroku. Pa­mię­tam, że miał dużą, czarną brodę. Na­gle po­czu­łem w dłoni coś cięż­kiego. Bro­dacz wło­żył w moją rękę nani­zane na sznu­rek gli­niane pa­ciorki, chyba or­na­mento­wane, co wy­czu­wa­łem ko­niuszkami pal­ców.

— Weź to, amigo — ode­zwał się ła­maną an­gielszczy­zną. — To praw­dziwy skarb, pro­sto z in­diań­skiego grobu. Weź ten poda­runek od przyjaciół.

Mó­wił prawdę. Na­szyj­nik chyba do­piero zo­stał wy­jęty z in­diań­skiego grobu. Gli­niane kulki jesz­cze oble­piał pia­sek. Do­my­śli­łem się, z kim mam do czy­nie­nia. Przewod­nik opo­wia­dał mi o pla­dze po­szu­ki­wa­czy skar­bów. No­cami pe­ne­trują oni te­reny wy­ko­pa­lisk i ogar­nięci my­ślą o wzboga­ceniu się, od­sprzedają za bez­cen, przeważ­nie cu­dzo­ziemcom, ame­ry­kań­skim gringo. Przewod­nik ostrzegał nas przed nimi, okre­ślając ich jako „nie­bez­piecznych ludzi”. I tak oto zna­la­złem się oko w oko z owymi po­szu­ki­wa­czami i mia­łem przyjąć ich poda­runek — na­szyj­nik wy­do­byty z in­diań­skiego gro­bowca.

— Nie chcę wa­szego poda­runku — oświad­czy­łem po an­giel­sku, sta­rając się od­dać bro­da­czowi na­szyj­nik.

On jed­nak nie chciał go przyjąć.

— No, se#241;or. Po­da­runku nie wolno zwracać — po­wie­dział sta­now­czo. — Jeśli ktoś zwraca poda­runek, to ob­raża tego, kto go daje. A na ob­razę od­po­wiada się no­żem.

Co mia­łem uczynić? Rzu­cić im na­szyj­nik pod nogi i ucie­kać do ho­telu? A może ra­czej nale­żało przyjąć poda­runek, a jutro rano prze­kazać na­szyj­nik dy­rekcji Parku Ar­che­olo­gicz­nego, aby trafił do zbio­rów mu­zeal­nych?

— Si, se#241;or. Gra­cias — rze­kłem po hisz­pań­sku i schowa­łem na­szyj­nik do kie­szeni.

Chciałem obró­cić się na pię­cie i odejść do ho­telu, ale bro­dacz chwycił mnie za ramię i za­trzymał w miej­scu.

— Se­#241;or — ode­zwał się uprzejmie, z tru­dem do­bie­rając an­giel­skie słowa. — Ty do­stałeś poda­runek od przyjaciół i te­raz daj poda­runek swoim przyja­cio­łom. Tak wy­pada po­stą­pić. Po­daru­nek za poda­runek.

— Czego chce­cie? — ode­zwałem się znie­cier­pli­wiony. Zro­zu­mia­łem bo­wiem, że to nie był z ich strony ża­den poda­runek, a po pro­stu w tej for­mie po­sta­no­wili mi sprzedać na­szyj­nik.

— Ty nam poda­ruj pięć­dzie­siąt dola­rów — usły­sza­łem.

Wzruszy­łem ra­mio­nami i wy­cią­gną­łem z kie­szeni na­szyj­nik.

— Nie mam pięć­dzie­się­ciu dola­rów. Nie mam ani jed­nego do­lara — oświad­czy­łem.

— Nie kłam — rzekł groź­nie bro­dacz. — Ty jesteś gringo. Każdy gringo ma dużo dola­rów.

Za­czą­łem mu tłu­ma­czyć, że nie je­stem ame­ry­kań­skim cu­dzo­ziemcem, ale cu­dzo­ziemcem z Pol­ski, bez dola­rów. Nie słu­chał mnie albo nie ro­zu­miał tego, co do niego mó­wię.

— Pięć­dzie­siąt dola­rów — po­wta­rzał coraz na­tar­czy­wiej i groź­niej. Dwóch drzemią­cych pod ścianą męż­czyzn na­gle wstało, oto­czyli mnie i wy­cią­gnęli z po­chew swoje ma­czety.

— Weź­cie swój poda­runek. Nie mam ani jed­nego do­lara. — Otworzy­łem swój port­fel po­ka­zując im, że nie po­sia­dam żad­nego banknotu.

— Przyjąłeś poda­runek. I ty nam daj poda­runek — bro­dacz wy­cią­gnął z po­chwy swoją ma­czetę.

Sytu­acja była na­prawdę groźna. Ton głosu bro­dacza sta­wał się coraz bar­dziej gniewny, a ko­niec jego ma­czety znaj­do­wał się coraz bliżej mego gar­dła. I po­czu­łem strach, bo po­jąłem, że być może zginę w ciemnej uliczce San Au­gu­stin, i to z po­wodu zwy­kłego nie­poro­zu­mie­nia. Uciekać? Spróbo­wać któ­regoś z chwytów dżudo albo ka­rate? Po­przewra­cać ich i wziąć nogi za pas? Nie, to było nie­moż­liwe. Mieli w rę­kach gołe ma­czety i ob­stą­pili mnie ze wszyst­kich stron. Przy tym uważnie śle­dzili każdy mój ruch. Gdy­bym tylko spró­bo­wał przewró­cić jed­nego, dwóch po­zo­sta­łych prze­bi­łoby mnie swymi ma­cze­tami.

I rap­tem, gdy już by­łem nie­mal pe­wien, że zginę w ciemnej uliczce San Au­gu­stin — ktoś bez­sze­lest­nie jak kot wy­szedł zza rogu domu. Usły­sza­łem zna­jomy głos, który po­wie­dział coś ostro po hisz­pań­sku.

Ralf Daw­son stał o trzy kroki od nas i roz­ka­zu­jąco przema­wiał do ban­dy­tów. Lecz oni tylko przez krótką chwilę byli za­sko­czeni jego bez­sze­lest­nym po­ja­wie­niem się. Bro­dacz krzyknął do swoich kom­pa­nów, ci zaś pod­nieśli do góry ma­czety i rzu­cili się na Daw­sona.

I oto stała się rzecz za­dzi­wia­jąca. Daw­son cof­nął się dwa kroki, ob­jął spoj­rze­niem na­cie­rają­cych nań ban­dy­tów, któ­rym nagle wy­le­ciały z rąk ma­czety i z gło­śnym brzę­kiem upa­dły na bruk ulicy. Przez krótki mo­ment stali jak spa­rali­żo­wani, a ich twa­rze zda­wały się wy­rażać ja­kieś prze­dziwne cier­pie­nie. Po­tem bro­dacz wrzasnął prze­raź­liwie i wszyscy trzej rzu­cili się do ucieczki, zni­kając w mroku ulicy i po­zo­sta­wia­jąc broń na bruku.

— Czy nic się panu nie stało? — za­pytał mnie uprzejmie Ralf Daw­son.

Opowie­działem mu o ano­ni­mo­wym liście, o poda­runku, za który żą­dali pięć­dzie­się­ciu dola­rów. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że gdyby nie nagłe po­ja­wie­nie się Daw­sona, być może stra­cił­bym życie. Czułem, jak prze­peł­nia mnie uczucie wdzięcz­ności i sym­patii dla tego czło­wieka.

— Na­sze po­koje w ho­telu są­sia­dują ze sobą — wy­jaśnił mi za­gadkę swego na­głego po­ja­wie­nia się. — Nie mo­głem za­snąć i dla­tego spo­strzegłem, że jakiś człowiek za­krada się pod drzwi pań­skiego po­koju, puka do drzwi i po­tem ucieka. Za­uwa­ży­łem, że wkrótce opu­ścił pan hotel. Prze­czu­cie mó­wiło mi, że grozi panu ja­kieś nie­bez­pie­czeń­stwo. Ubrałem się więc i wy­sze­dłem. Tro­chę to długo trwało, gdyż naj­pierw uda­łem się w prawą stronę, a do­piero po­tem w lewo.

— Ura­tował mi pan życie — oświad­czy­łem w po­wrotnej dro­dze do ho­telu. — Już drugi raz mam panu coś do za­wdzięcze­nia.

— Dro­biazg — uśmiech­nął się, jakby prze­pra­sza­jąc mnie za to, co się stało. — Nie sądzę, aby ci osobnicy rze­czy­wi­ście chcieli panu wy­rzą­dzić jakąś krzywdę. My­ślę, że za­mie­rzali pana so­lidnie na­stra­szyć, aby im pan dał pie­nią­dze.

— Nie mam pie­nię­dzy — po­wie­działem. — Nie po­tra­fiłem im tego wy­ja­śnić albo oni nie chcieli tego zro­zu­mieć.

Gdy mi­jali­śmy ho­te­lowe patio, ogar­nął nas du­szący, ale piękny za­pach eg­zo­tycz­nych kwiatów. Na chwilę za­trzyma­łem się, aby ode­tchnąć tą cu­downą wo­nią. Daw­so­nowi ów za­pach także zda­wał się sprawiać przyjem­ność. Przy­sta­nął wraz ze mną, zdjął swój czarny ka­pe­lusz i przy­gła­dził dło­nią jasne, gę­ste włosy. W świetle lamp za­wie­szo­nych na ho­telo­wym po­dwó­rzu znowu mo­głem się przyjrzeć deli­kat­nym ry­som jego twa­rzy, nie­mal ko­bie­cej cerze, pod­chwycić spo­kojne wej­rze­nie sza­rych oczu. Jeśli wie­rzyć tym, któ­rzy twierdzą, że twarz jest zwiercia­dłem du­szy czło­wieka, to Ralf Daw­son miał szla­chetną du­szę.

— A swoją drogą — ode­zwałem się — jakie to dziwne, że wy­star­czyło jedno pań­skie spoj­rze­nie, a owych trzech ty­pów jak gdyby spa­rali­żo­wało.

— Tak, to bar­dzo dziwne — zgo­dził się ze mną Daw­son. — Zdaje mi się, że wspo­mniałem już panu o swoich dziwnych umiejętno­ściach.

Po­sta­no­wi­łem być szczery.

— Czy wie pan, Ralf — wy­zna­łem — że wtedy w ho­telu w Hil­ton, gdy spoj­rzał pan na tele­fon i on nagle za­dzwonił, po­my­śla­łem, że chciał mi pan za­im­po­no­wać głu­pią sztuczką.

— To nie była głu­pia sztuczka — od­parł z po­wagą.

— Wie­rzę panu. Po tym, co się stało dzi­siaj, wie­rzę panu.

Uśmiech­nął się i po­wie­dział:

— I źle pan robi. W ho­telu Hil­ton tele­fon za­dzwonił dla­tego, że za­pra­gną­łem, aby tak się stało. Na­to­miast wła­śnie to, co się panu przytrafiło przed chwilą, na­zwać na­leży or­dy­narną sztuczką. Dziś wie­czo­rem ku­piłem od trzech po­szu­ki­wa­czy skar­bów stary, in­diań­ski na­szyj­nik. Za­pro­po­no­wa­łem, aby za od­po­wiednią opłatą na­pisali do pana list i ode­grali tę scenkę na ulicy. Umówi­łem się z nimi, że rzucą się na mnie z ma­cze­tami, a gdy spoj­rzę na nich, ma­czety wy­lecą im z dłoni. I do­brze za­grali swoją rolę.

Za­nie­mó­wi­łem. A po­tem wy­buchną­łem gniewem:

— Dla­czego pan to zro­bił? Chcę wie­dzieć także, dla­czego mi pan o tym mówi. Jaki ma pan cel, aby zo­hy­dzić się w mo­ich oczach?

— Nie pra­gnę zo­hy­dzić się w pań­skich oczach, mi­ster Thomas — od­rzekł spo­koj­nie. — Chcę jed­nak, aby pan o mnie my­ślał. Z nie­chę­cią lub z nie­po­ko­jem. Ale my­ślał. Wciąż o mnie my­ślał.

— Po co?

— Bo pra­gnę panu wkrótce wy­znać coś bar­dzo waż­nego. A to wy­maga od­po­wiedniego przy­go­to­wa­nia.

— Nie chcę słu­chać żad­nych pań­skich wy­znań — oświad­czy­łem.

Wy­jąłem z kie­szeni na­szyj­nik in­diań­ski i od­da­łem go Daw­so­nowi. Na­stęp­nie szybkim kro­kiem uda­łem się do po­koju i sta­ran­nie za­mknąłem za sobą drzwi. Ro­ze­bra­łem się i poło­ży­łem do łóżka, prze­ko­nany, że zaraz zasnę. Ralf Daw­son osią­gnął jed­nak swój cel: aż do rana nie zmruży­łem oka i bez prze­rwy o nim my­śla­łem.

 


ROZDZIAŁ CZWARTY [top]

NAD POTOKIEM LAVAPATAS • ZAGADKOWE POSĄGI • O ARCHEOLOGII PRZYSZŁOŚCI • CO TO SĄ UFO? • KATASTROFA NAD MAŁĄ TUNGUSKĄ • POSZUKIWANIE ZAGINIONYCH PRZEDMIOTÓW • DRAMAT LUDZI Z PRZYSZŁOŚCI • DLACZEGO RALF DAWSON MIESZKA W SANATORIUM • CO ODKRYŁ NARESZCIE CZŁOWIEK Z UFO? • DLACZEGO POWINIENEM RATOWAĆ PRZYSZŁOŚĆ?

 

Z Ral­fem Daw­so­nem spo­tka­łem się do­piero po dwóch dniach, już pod ko­niec na­szej wy­cieczki, gdy zwiedza­liśmy słynne Fu­ente de Lavapatas, to jest wy­kuty w skale rytu­alny basen do ob­my­wa­nia stóp. Przelotnie jed­nak wi­działem Ralfa na­za­jutrz po przy­go­dzie z po­szu­ki­wa­czami skar­bów w nie­wiel­kim mu­zeum, mieszczą­cym się na te­renie ści­słego Parku Ar­che­olo­gicz­nego, oto­czo­nego ogrodze­niem z siatki i pil­no­wa­nego przez spe­cjal­nych strażni­ków. Daw­son wrę­czył dy­rek­to­rowi mu­zeum stary na­szyj­nik in­diań­ski, który mu od­da­łem w patio ho­telo­wym. Bar­dzo ucie­szył mnie ten gest, zro­bił bo­wiem to samo, co chciałem zro­bić ja: nie za­trzymał dla sie­bie cen­nego za­bytku wy­kra­dzio­nego z gro­bowca, lecz oddał go do mu­zeum. A kiedy dy­rek­tor mu­zeum wy­lew­nie dzię­ko­wał Daw­so­nowi, on zaś od­szedł na bok, jak gdyby jego po­czu­cie skromno­ści raziła owa wy­lew­ność, nagle przy­szło mi na myśl, że być może zbyt po­chopnie uwie­rzy­łem jego wy­zna­niom o wy­naję­ciu po­szu­ki­wa­czy, aby mnie na­stra­szyli. Jaki bo­wiem cel chce osią­gnąć człowiek, który stara się przedsta­wić in­nym od naj­gor­szej strony? Może po pro­stu nad­mierna skrom­ność, nie­chęć do wy­słu­chi­wa­nia wy­ra­zów wdzięcz­ności za ura­to­wa­nie mi życia skło­niły go do kłamstwa? I tak my­śląc, mia­łem ochotę pod­biec do Daw­sona i po­wie­dzieć mu o tym, ale on gdzieś znik­nął. Tego dnia nie na­tknąłem się już na niego, nie spo­tka­łem go też do połu­dnia dnia na­stęp­nego. Wiele wskazy­wało na to, że za­bytki w San Au­gu­stin oglą­dał sa­mot­nie, aż do chwili, gdy i ja odłą­czy­łem się od in­nych i od­po­czy­wa­łem nad prze­pięk­nie szu­mią­cym poto­kiem Lavapatas.

O wszystkim trzeba jed­nak opo­wie­dzieć po kolei, po­nie­waż każdy szczegół w tej sprawie ma ogromne zna­cze­nie. Jak choćby ten, że za­gadka, którą nie­wąt­pli­wie kryła osoba Ralfa Daw­sona, wy­da­wała się ni­czym wo­bec ta­jem­nic ujawnio­nych przez ar­che­olo­gów na pła­sko­wyżu San Au­gu­stin. Już po od­wie­dzi­nach w ści­słym Parku Ar­che­olo­gicz­nym na­su­wało się każ­demu mnó­stwo pytań, na które bra­ko­wało od­po­wie­dzi. Cóż bo­wiem z tego, że naj­ogól­niej wiemy, jak wy­glą­dał ta­jem­niczy lud z San Au­gu­stin: miesz­kańcy tego te­renu byli na ogół wy­socy, po­sia­dali prze­cięt­nie sto sześćdzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzrostu. No­sili róż­no­rodne stroje — ko­biety krót­kie spód­niczki pod­trzymy­wane w ta­lii pa­skiem, męż­czyźni prze­paski na bio­drach. Ciała swoje ma­lo­wali na czerwono, czarno i żółto. Cóż z tego, że orientu­jemy się, jak wy­glą­dały ich rytu­ały po­grze­bowe: umarłych cho­wano w za­leż­ności od po­zycji spo­łecz­nej w gro­bach skrom­nych lub w wy­szu­kany spo­sób obło­żo­nych ka­miennymi pły­tami. Zmarłym da­wano na dal­szą drogę na­czy­nia ce­ra­miczne, prze­różne w swojej for­mie i or­na­mentyce, odłamki ob­sy­dianu, ka­wałki krzemie­nia, złote ozdoby, perły, kol­czyki, ob­rączki na nos i wspaniałe dia­demy. Na­wet wia­domo tro­chę o ich wie­rze­niach reli­gij­nych i prze­róż­nych kul­tach. Węża uznawali za swego mi­tycz­nego przodka i zara­zem bó­stwo desz­czu, orzeł sta­nowił sym­bol światła i siły, małpa pa­tro­no­wała ob­rzę­dom płod­ności, koty — uzmysła­wiały po­nury świat pod­ziemny, w któ­rym kró­lo­wały ra­zem z żabą, jasz­czurką i sa­la­man­drą. Nie­stety, jedno wciąż po­zo­sta­wało nie­wia­dome — dla­czego owi świetni złot­nicy i garn­carze tak wiele wy­siłku wkładali w rzeź­bie­nie ogrom­nych po­są­gów ka­miennych, nie­kiedy wy­so­kich na pięć me­trów. Po­sągi te wy­obra­żają ptaki albo ludzi z gło­wami pta­ków, ludzi po­dob­nych do węży, a także straszliwe po­twory po­że­ra­jące małe dzieci. Naj­wię­cej dys­kusji bu­dzą jed­nak po­sągi ludzi o dwóch gło­wach i dwóch róż­nych twa­rzach. Jedna twarz jest uśmiech­nięta, a druga prze­raża wy­ra­zem pod­łości i nik­czemności. Jaką wie­dzę o czło­wieku chciał prze­kazać po­tom­nym ta­jem­niczy lud z San Au­gu­stin? Czy — jak sądzą nie­któ­rzy — ostrzegał, że cza­sami lu­dzie mają jak gdyby dwie dusze i dwa obli­cza? Że są lu­dzie po­dobni do pta­ków, zdolni do naj­wyż­szych wzlotów i inni, po­dobni do ga­dów peł­zają­cych nisko, tuż przy ziemi?

Mieszkali w skrom­nych chat­kach uple­cio­nych z bam­bu­so­wych prę­tów. Z tru­dem wal­czyli o swój byt, a tyle ener­gii wkładali w rzeź­bie­nie wiel­kich po­są­gów ka­miennych, któ­rych do tej pory od­ko­pano po­nad trzy­sta. Rzeźbili je przy po­mocy pry­mi­tyw­nych na­rzę­dzi, krze­miennych dłut i sie­kier, co wy­ma­gało nie­zwy­kłej cier­pli­wo­ści i dłu­giego czasu. Wy­łu­py­wali po­staci z wiel­kich brył ka­miennych, które ode­rwały się od gór­skich skał, inne rzeź­bili w ska­łach. Ist­niały też spe­cjalne ka­mie­nio­łomy, skąd go­towe już fi­gury transpor­to­wano na spore odle­gło­ści przy po­mocy naj­prawdo­po­dob­niej wał­ków drewnia­nych. I po co? W imię ja­kich wie­rzeń? Dla­czego roz­sta­wiali je po naj­róż­niej­szych za­kąt­kach swego pła­sko­wyżu?

Wi­dzie­liśmy te po­sągi w Parku Ar­che­olo­gicz­nym, po­tem w Alto de los Ido­los. Duże zgru­po­wa­nia po­są­gów znaj­dują się także w in­nych miej­scach, ta­kich jak Me­sistas, Alto de Lavapatas, La Pa­rada, El Ta­blon, w La Chaquira, w Qu­ebra­dillas, w Cerro de la Pe­lota, w Qu­in­chana i w Alto de la Pie­dras. Po­sągi zdu­mie­wają, prze­ra­żają, zdają się za­da­wać pyta­nia — lecz od­po­wie­dzi, jak do tej pory, nikt nie po­trafi udzielić. A one mil­czą, uśmie­chają się swymi ka­miennymi twa­rzami, wy­krzywiają ka­mienne usta...

A może mają rację ci, któ­rzy po­wia­dają, że Ame­rykę Po­łu­dniową od­wie­dzały kie­dyś istoty z ko­smosu i to po nich po­zo­stał ta­jem­niczy trój­ząb An­dów, kształty figur prze­dziwnych zwie­rząt na pła­sko­wyżu Nazca, za­gad­kowe mia­sto In­ków Ma­chu-Pic­chu, pła­sko­rzeźby z Tikal, a także być może po­sągi z San Au­gu­stin?

I wreszcie Fu­ente de Lavapatas. W sa­mot­nej skale nad poto­kiem o na­zwie Lavapatas dawni miesz­kańcy tych ziem wy­kuli duży, obejmu­jący pięć­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych, sztuczny basen. Woda stru­mie­niami spływa mię­dzy rzeź­bio­nymi ka­na­łami, two­rząc jakby iskrzący się i wiecznie szemrzący dy­wan o cu­dow­nie pięk­nym dese­niu. Na ścia­nach ba­senu wi­dać nie­zli­czoną ilość pła­sko­rzeźb przedsta­wia­ją­cych przeważ­nie węże, sa­la­man­dry, jasz­czurki, a na­wet po­stacie ludz­kie. Do czego słu­żył ten basen? Do na­ka­zy­wa­nej reli­gią ce­re­mo­nii ob­my­wa­nia stóp? A może rów­nież do ką­pieli lecz­ni­czych — bo i taka ist­nieje hi­po­teza.

Usiadłem na ka­miennej kra­wę­dzi ta­jem­ni­czego ba­senu i za­słu­chany w szmer stru­mie­nia, mru­żąc oczy od iskrzą­cych się w słońcu kro­pel wody, po­grą­ży­łem się w roz­my­śla­niach o za­gad­ko­wym lu­dzie za­mieszku­ją­cym pła­sko­wyż San Au­gu­stin. Po­zo­stali uczestnicy wy­cieczki już stąd ode­szli, aby w nie­dale­kim, in­diań­skim sza­łasie zjeść przy­go­to­waną dla nas kola­cję. Ale ja nie mia­łem ochoty na je­dze­nie. Wy­bra­łem chwilę sa­mot­ności i za­dumy.

Nie za­uwa­ży­łem, kiedy koło mnie znowu, nie­mal bez­sze­lest­nie, jakby i jego wy­cza­ro­wała pełna rzeźb skała, po­jawił się Ralf Daw­son.

— Za­sta­na­wia się pan nad za­gad­kami San Au­gu­stin? — za­czął roz­mowę, sia­dając tuż koło mnie na ka­miennym obrzeżu ba­senu. — My­ślę, że obecne me­tody prac wy­ko­pali­sko­wych, nie­stety, nie da­dzą szybko od­po­wie­dzi na nę­ka­jące pana pyta­nia. Od­ko­puje się z pia­sku ka­mienne fi­gury, otwiera stare groby i za­sta­na­wia, do czego słu­żył wło­żony tam przedmiot. Dla­czego po­ma­lo­wano go na kolor czerwony, czarny lub żółty. Od­po­wiedź jest zaw­sze wąt­pliwa, jak to się mówi, hi­po­te­tyczna. Co in­nego, gdyby tak można było wsiąść do szklanej kuli, która, jak słynny „we­hikuł czasu” Wellsa, prze­nio­słaby na­ukowców w do­wolny czas, w do­wolny rok. Przez prze­zro­czy­ste ściany szklanej kuli można by ob­ser­wo­wać życie ludz­kie w daw­nych wie­kach, na przy­kład oby­czaje miesz­kań­ców San Au­gu­stin w pią­tym wieku przed naszą erą albo w wieku dzie­sią­tym na­szej ery. I choć nie mo­gliby owi na­ukowcy poro­zu­mie­wać się z ludźmi z in­nego czasu, to prze­cież peł­nię wie­dzy o prze­szło­ści da­łaby im już sama ob­ser­wa­cja. Ar­che­olo­dzy w prze­zro­czy­stej kuli wi­dzie­liby nie tylko, w jaki spo­sób rzeźbi się po­sągi w San Au­gu­stin oraz transpor­tuje w różne miej­sca, ale po ja­kimś cza­sie do­my­śli­liby się, po co to ro­biono.

— To piękne, ale nie­prawdo­po­dobne — od­par­łem.

— Dla­czego? Zna pan chyba teo­rię względ­ności Ein­ste­ina? Czas jest rów­nież względny. Wia­domo dziś, że gdyby ku krań­com na­szej ga­lak­tyki wy­słać czło­wieka w po­jeź­dzie ko­smicznym, to prawdo­po­dob­nie, w za­leż­ności od tego jak szybko i jak da­leko by pole­ciał, na ziemi za­stałby po swym po­wro­cie już na­stępne po­kole­nia, choć sam po­sta­rzałby się naj­wy­żej o pięć lub dzie­sięć lat. Wszystko za­leży od pręd­kości, z jaką poru­szamy się w prze­strzeni.

— Na razie osią­gamy szybkość zale­dwie jede­nastu ki­lo­me­trów na se­kundę. Pan zaś mówi o pręd­ko­ściach po­nad­świetlnych. To bajka.

— Owszem. Ale to bajka jedy­nie dla pana i dla ludzi panu współcze­snych. Może ona być jed­nak rze­czy­wi­sto­ścią dla istot ludz­kich, żyją­cych na przy­kład w roku trzyty­sięcznym.

— To prawda — zgo­dzi­łem się z nim. — Do tego czasu tech­nika i cy­wili­zacja mogą zro­bić ogromne po­stępy.

— No, wła­śnie. I nie­wy­klu­czone, że lu­dzie z roku trzyty­sięcznego także będą się inte­re­so­wali prze­szło­ścią. Dla tego celu zbu­dują owe „we­hi­kuły czasu”, prze­zro­czy­ste, szklane kule, i będą prze­nosić się w nich w do­wolny wiek, a na­wet w do­wolny rok, aby ob­ser­wo­wać życie na ziemi w mi­nio­nych cza­sach. Ba — roze­śmiał się ci­chutko — je­stem pe­wien, że oni już to czy­nią. Od czasu do czasu wi­dziano na nie­bie prze­zro­czy­ste dyski na­zwane Nie­zi­den­tyfi­ko­wa­nymi Obiektami La­tają­cymi. Ileż ton za­dru­ko­wa­nego pa­pieru po­świę­cono za­sta­na­wia­niu się, czy nie prze­by­wają w tych po­jaz­dach istoty z ko­smosu. Ten i ów na­wet spo­tykał się z zie­lo­nymi lud­kami. Za­sta­na­wiano się, czemu la­tają nad Zie­mią i nie chcą na­wią­zać kon­taktu z ludźmi. A ni­komu jakoś przez myśl nie prze­szło, że nie są to istoty z in­nych ga­lak­tyk, ale lu­dzie z Przy­szło­ści, któ­rzy w swych po­jaz­dach czasu ob­ser­wują życie istot ludz­kich w na­szej te­raź­niej­szo­ści. In­nymi słowy, Przy­szłość z trzyty­sięcznego roku usi­łuje zo­ba­czyć, jak wy­gląda życie czło­wieka dwu­dzie­stego wieku.

— To bar­dzo cie­kawa i ory­gi­nalna hi­po­teza — stwierdzi­łem bez za­chwytu.

Al­bo­wiem przy­po­mniałem sobie to, co Daw­son opo­wie­dział mi na po­czątku na­szej zna­jo­mo­ści: że jest za­moż­nym człowie­kiem od dzie­się­ciu lat prze­by­wa­ją­cym w sa­nato­rium dok­tora Rod­rigo Alva­reza. Tam leczy swoją ner­wicę, która po­lega na tym, że nie­kiedy wy­daje mu się, iż jest człowie­kiem z UFO. Dla­tego po­wie­działem tro­chę szorstko:

— Szkoda, że ci pa­no­wie z Przy­szło­ści, któ­rzy tak bez­czel­nie ob­ser­wują nasze życie, nie raczą nas o tym poin­for­mo­wać. Przyda­łoby się też, aby nam prze­ka­zali coś ze swej po­tęż­nej wie­dzy, ot, choćby po­mo­gli nam w walce z pla­gami prze­róż­nych tra­pią­cych nas cho­rób, z gło­dem na ziemi, nę­dzą, nie­ustają­cymi woj­nami.

Od­nio­słem wra­żenie, że nie wy­czuł w to­nie mego głosu nie­chęci. Wy­jaśnił uprzejmie:

— A czy nie przy­szło panu na myśl, panie To­ma­szu, że przy­najmniej w pierwszym okre­sie ba­dań ar­che­olo­gicz­nych pro­wa­dzo­nych przez ludzi z Przy­szło­ści, wszelki kon­takt z oso­bami żyją­cymi w in­nym cza­sie po­zo­sta­wał nie­moż­liwy? Po pro­stu nie można było wyjść z ta­kiego we­hi­kułu czasu. Wy­ma­ga­łoby to bo­wiem de­mate­riali­zacji istoty z Przy­szło­ści i po­tem jej mate­riali­zacji w in­nym cza­sie. Przybysze po­trafili jedy­nie ob­ser­wo­wać prze­szłość ze swych prze­zro­czy­stych we­hi­ku­łów, ale nie mo­gli z nich wyjść ani z nich przemó­wić.

— Po­wie­dział pan: przy­najmniej w pierwszym okre­sie ba­dań ar­che­olo­gicz­nych pro­wa­dzo­nych z tych we­hi­ku­łów. To zna­czy, że póź­niej już ten kon­takt stał się moż­liwy.

— Owszem. Ale wówczas mógł po­wstać zakaz kon­taktu ludzi z Przy­szło­ści z ludźmi Prze­szło­ści.

— Dla­czego?

— Bo taki kon­takt może dla ludzi z Przy­szło­ści sta­no­wić śmiertelne nie­bez­pie­czeń­stwo. Ba, nie tylko dla owych lu­dzi, ale dla całej Przy­szło­ści.

— Nie bar­dzo ro­zu­miem...

— Pro­szę sobie wy­obra­zić, że lu­dzie z roku trzyty­sięcznego prze­noszą się, na przy­kład, do sta­ro­żyt­nego Rzymu w czasy Ju­liu­sza Ce­zara. Idą po uli­cach sta­rego Rzymu i nagle wdają się w uliczną bójkę, ja­kich wtedy było wiele. Tak się składa, że w owej bójce ginie nie tylko człowiek z Przy­szło­ści, ale rów­nież Bru­tus, który za dwa dni ma zabić Ju­liu­sza Ce­zara. I co wtedy? Ju­liusz Ce­zar nie zo­staje za­bity. Hi­storia poto­czy się zu­peł­nie ina­czej niż się poto­czyła. Oktawian Au­gust nie bę­dzie cesa­rzem itd., itp. Mówi pan o ra­dach lub wspania­łych wy­na­laz­kach, które istoty z Przy­szło­ści mo­głyby dać lu­dziom żyją­cym we wcześniej­szym cza­sie. A może owe rady i wska­zówki spo­wo­do­wa­łyby całą masę nie­szczęść i, co naj­gor­sze, zmieni­łyby bieg histo­rii, a więc tym sa­mym prze­kre­śli­łyby Przy­szłość taką, jaka ona jest lub ma być. Co by się stało, gdyby le­gio­ni­stom rzymskim dano do ręki kilka kara­bi­nów ma­szy­no­wych albo uczestni­kom pierwszej wojny światowej ujawniono ta­jem­nicę roz­sz­cze­pie­nia atomu? Nie wolno zmieniać ni­czego w histo­rii, po­dob­nie jak nie na­leży wyj­mo­wać żad­nej ce­giełki z wy­so­kiej i smu­kłej ko­lumny, bo ina­czej ca­łość się za­wali. My­ślę, że ludzi z Przy­szło­ści obo­wią­zuje su­rowy zakaz wy­cho­dze­nia ze swych we­hi­ku­łów, aby bez­po­śred­nio nie spo­wo­do­wali ogrom­nego nie­szczęścia, to jest uni­ce­stwienia Przy­szło­ści. Czy jest pan to w sta­nie zro­zu­mieć?

— Tak... Chyba tak... — od­par­łem po chwili wa­hania.

— Przedsta­wię panu tę sprawę na bar­dziej pla­stycznym przy­kła­dzie. Kiedy uro­dził się pana oj­ciec?

— W ty­siąc dziewięć­set pięt­na­stym roku.

— Przypu­śćmy, że w tej chwili, gdy tu sie­dzimy na brzegu ka­nału, ar­che­olo­dzy z Przy­szło­ści zde­cy­do­wali się wy­lą­do­wać swym we­hi­ku­łem czasu w roku ty­siąc dziewięć­set czterna­stym, opu­ścili go i w ja­kiś spo­sób ze­tknęli się z pana dziadkiem. W wy­niku tego spo­tka­nia pana dzia­dek nie oże­nił się z pana babką, a tym sa­mym nie uro­dził się pana oj­ciec i pan nie mógł się naro­dzić. Pana więc nie ma. Na mo­ich oczach de­mate­riali­zuje się pan. Oto dla­czego lu­dzie z Przy­szło­ści nie mogą wy­cho­dzić ze swych we­hi­ku­łów. Każde bo­wiem takie wyj­ście w do­wol­nie wy­brany rok może spo­wo­do­wać nie­obli­czalne w skut­kach kon­se­kwencje, a na­wet ogromną kata­strofę.

Kiw­ną­łem głową na znak, że mnie prze­konał. Bo w jego ar­gu­mentacji od­kry­łem sens. Tylko że ja nie wie­rzy­łem w lata­jące tale­rze, a tym bar­dziej w we­hi­kuły czasu. Przez całe swoje do­rosłe życie zaj­mo­wa­łem się tro­pie­niem zło­dziei i fał­sze­rzy dzieł sztuki, by­łem człowie­kiem, o któ­rym się mówi, że „twardo stąpa po ziemi”. Teraz także za­miast dys­ku­to­wać z Daw­so­nem o ar­che­olo­gii przy­szło­ści, wo­lał­bym roz­ma­wiać z ko­misa­rzem poli­cji w Bo­gocie, aby usły­szeć od niego naj­now­sze in­for­ma­cje o kie­runku ucieczki zło­dziei. Ale być może miej­sce, w ja­kim się znaj­do­wa­łem, ów prze­dziwny basen wy­kuty w ka­mie­niu, szemrząca woda, po­stacie jasz­czu­rek, sa­la­man­der i węży, jak gdyby wy­chy­lają­cych się ze skał — wszystko to po­wo­do­wało, że na chwilę pod­da­łem się wizji Daw­sona i nie od­pra­wi­łem go ostrym sło­wem.

Ralf Daw­son pod­niósł się z obrzeża ka­nału, prze­spa­ce­rował, po­tem znowu usiadł, a gdy moje mil­cze­nie zda­wało się prze­dłu­żać w nie­skończo­ność, ode­zwał się pół­gło­sem, aby nie wy­pro­wa­dzić mnie z na­stroju ta­jem­ni­czo­ści:

— Pew­nego razu kiedy szklane kule ar­che­olo­gów z Przy­szło­ści nie były jesz­cze tak do­sko­nałe jak bu­do­wane póź­niej, zde­cy­do­wali się oni wy­ru­szyć na wy­prawę w ty­siąc dziewięć­set ósmy rok na­szej ery. I stało się nie­szczęście, na­stą­piła awa­ria ma­szyny. Pierwszy wy­buch zaob­ser­wo­wano nad Ko­lum­bią, we­hikuł zmienił tra­jek­torię lotu i skie­rował się w stronę bie­guna pół­noc­nego. Po­tem na­stąpił drugi wy­buch i wspaniała kula ule­gła cał­ko­wi­temu zniszcze­niu, a skutki tego były tak straszne jak wy­buch bomby ato­mo­wej. Stało się to w bez­lud­nych oko­li­cach, nad rzeką Mała Tun­gu­ska na Sy­berii. I do tej pory wielu współcze­snych panu na­ukowców za­sta­na­wia się, co też wy­da­rzyło się w ty­siąc dziewięć­set ósmym roku nad Małą Tun­gu­ską. Czy na­stąpił tam upa­dek ogrom­nego me­te­orytu, czy też zde­rzyła się z Zie­mią jakaś ko­meta. A może awa­rii uległ sta­tek przy­by­szów z ko­smosu? Tylko ni­komu nie przy­cho­dzi do głowy, że był to apa­rat do ba­dania Prze­szło­ści skon­stru­owany przez istoty ludz­kie ży­jące w Przy­szło­ści.

— Znam dzienni­karkę, pannę Leti­cię Lu­ci­nante z „Wiado­mo­ści Bo­goty”, która bar­dzo chęt­nie opu­bli­kuje pana hi­po­tezę. Sta­nie się pan człowie­kiem sławnym — wtrą­ciłem cierpko, po­nie­waż sły­sza­łem mnó­stwo fan­ta­stycznych teorii na temat tak zwa­nego me­te­orytu tun­gu­skiego.

— Nie gonię za sławą — wzruszył ra­mio­nami Daw­son. — Rzecz jed­nak w tym, że pod­czas awa­rii, która na­stą­piła nad Ko­lum­bią, szklana kula za­częła się po pro­stu roz­pa­dać. Przez pęk­nię­cia w jej po­włoce wy­padły na zie­mię trzy przed­mioty róż­nej wiel­kości i o róż­nym prze­zna­cze­niu. Wia­do­mość o tym fak­cie prze­raziła ludzi z Przy­szło­ści. Bo gdyby lu­dziom współcze­snym panu, panie To­ma­szu, udało się zna­leźć któ­ryś z tych przed­miotów i po­znać jego prze­zna­cze­nie, mo­gliby prze­sko­czyć całe wieki pod względem cy­wili­za­cyj­nym, a więc tym sa­mym nie­które wieki mu­sia­łyby prze­stać ist­nieć. Tak więc na sku­tek awa­rii, Przy­szło­ści za­częła gro­zić za­głada. Na­tychmiast, rzecz jasna, w roku ty­siąc dziewięć­set ósmym i w la­tach na­stęp­nych wy­ru­szyły ko­lejne wy­prawy ar­che­olo­giczne, aby od­na­leźć owe zgu­bione przed­mioty. Na szczęście dwa z nich ema­no­wały spe­cjalny blask i bez trudu udało się je za­brać z dna mo­rza, tam bo­wiem się zna­lazły. Na ślad trze­ciego przed­miotu nie na­tra­fiono.

— Skąd pan o tym wie?

— Jak to? Więc nie przy­po­mina sobie pan, co panu kie­dyś po­wie­działem? Je­stem człowie­kiem z UFO, wy­słan­ni­kiem dale­kiej Przy­szło­ści.

— Ach tak, rze­czy­wi­ście, mó­wił mi to pan — kiw­ną­łem głową i wes­tchnąłem, gdyż zda­łem sobie sprawę, że mam do czy­nie­nia z cho­rym człowie­kiem. Udałem za­inte­re­so­wa­nie i stwierdzi­łem:

— Skoro lu­dzie z Przy­szło­ści nie po­trafili zna­leźć tego przed­miotu, to tym bar­dziej nie znajdą go lu­dzie z te­raź­niej­szo­ści. Nie ma chyba po­wo­dów do nie­po­koju.

— Owszem, są takie po­wody. Ów przedmiot zro­biony jest ze spe­cjal­nego stopu. Jak obli­czyli nasi uczeni, po upływie pew­nego czasu na­stą­pią w nim nie­zwy­kle nie­ko­rzystne reak­cje che­miczne i fi­zyczne. I wówczas za­cznie on ema­no­wać nie­wi­dzialną śmierć. Za rok lub dwa lu­dzie z czwartego ty­siąc­lecia będą nie­spo­dziewa­nie umierać dla­tego, że pewna wy­prawa ar­che­olo­giczna skończyła się kata­strofą i zgu­bie­niem ma­lut­kiego przed­miotu zro­bio­nego ze stopu przy­po­mi­nają­cego złoto. Nasi uczeni, świadomi nie­bez­pie­czeń­stwa, my­ślą, jak uchronić ludz­kość przed gro­żącą za­gładą. Ale, jak do tej pory, nie zdo­łali wy­na­leźć ni­czego, co mo­głoby za­bez­pie­czyć przed ową gro­żącą w Przy­szło­ści śmiercią. Dla­tego naj­wyż­sze wła­dze rzą­dzące spo­łe­czeń­stwem Przy­szło­ści zde­cy­do­wały się zła­mać do­tych­cza­sowy zakaz wszelkiego kon­taktu ludzi z Przy­szło­ści z ludźmi z Prze­szło­ści. Po­zo­stało jedno: od­na­leźć ów przedmiot i zniszczyć go.

— I udało się? — za­py­tałem bez spe­cjal­nego za­inte­re­so­wa­nia, bo nie prze­pa­dam za histo­ryj­kami z ga­tunku science-fic­tion. Wie­działem już jed­nak, że Daw­son jest człowie­kiem po­my­lo­nym. Z po­dob­nymi osobni­kami, uczono mnie, na­leży po­stę­po­wać spo­koj­nie i uda­wać, że się wie­rzy we wszystko, co mó­wią.

— Nie­stety — oświad­czył ze smutkiem Daw­son — nie od­na­leźli­śmy tego przed­miotu, choć wy­siłek był ogromny. Aż trzy­dzie­ści trzy wy­prawy wy­ru­szyły z Przy­szło­ści w Prze­szłość. Jak wspo­mniałem, zła­mano zakaz kon­taktu istot z Przy­szło­ści z ludźmi i światem ist­nie­ją­cym w Prze­szło­ści. Czy jest pan w sta­nie wy­obra­zić sobie, co prze­żywa człowiek z Przy­szło­ści, gdy cof­nie się w cza­sie o pra­wie ty­siąc lat? Pierwszy nasz wy­słan­nik do­znał tak wiel­kiego szoku, że lu­dzie z Prze­szło­ści uznali go za wa­riata i za­mknęli w domu obłą­ka­nych. Mu­sieli­śmy zor­gani­zo­wać spe­cjalną wy­prawę po niego. To na­uczyło nas, że ludzi, któ­rzy mają być prze­nie­sieni w Prze­szłość, na­leży pod­da­wać przez długi czas spe­cjal­nemu szkoleniu, aby unik­nąć owych szo­ków, na­zwa­nych przez leka­rzy „szo­kami prze­szło­ści”. Ale i tak wszystkie nasze wy­siłki speł­zły na ni­czym. A to dla­tego, że człowiek wy­słany z Przy­szło­ści w Prze­szłość ma bar­dzo ogra­ni­czoną moż­li­wość działania. Musi tak po­stę­po­wać, aby nie naru­szyć w ni­czym stanu rze­czy w cza­sie, do któ­rego zo­stał prze­nie­siony. Ot, na przy­kład, ja, Daw­son. Nie mogę pro­wa­dzić sa­mo­chodu, bo a nuż przejadę czło­wieka. Nie jest wy­klu­czone, że owa przeje­chana przeze mnie osoba okaże się moim wła­snym pro­to­pla­stą i tym sa­mym prze­stanę ist­nieć. Dla­tego prze­nie­siony w rok ty­siąc dziewięć­set sie­dem­dzie­siąty wo­lałem za­mieszkać w od­osobnie­niu, w sa­nato­rium dok­tora Alva­reza. Stamtąd sta­rałem się do­wie­dzieć, czy ktoś nie od­na­lazł po­szu­ki­wa­nego przez nas przed­miotu. To straszne, panie To­ma­szu, sie­dzieć w ta­kim do­bro­wol­nym wię­zie­niu przez kil­kana­ście lat i cze­kać. Wciąż cze­kać na in­for­ma­cję.

— Dla­czego wy­lą­do­wał pan wła­śnie w ty­siąc dziewięć­set sie­dem­dzie­sią­tym roku?

— Trudności z na­szym prze­no­sze­niem się w Prze­szłość za­częły się od chwili, gdy lu­dzie wy­na­leźli radar, za­częli wy­syłać po­jazdy w ko­smos, a także skon­stru­owali ra­kiety bali­styczne dale­kiego za­sięgu. Te­raz każdy z na­szych we­hi­ku­łów może być nara­żony na schwyta­nie, uni­ce­stwienie, ko­lejną kata­strofę, po­dobną do tej, która wy­da­rzyła się w ty­siąc dziewięć­set ósmym roku. Dla­tego rok ty­siąc dziewięć­set sie­dem­dzie­siąty uznano za nie­prze­kra­czalną gra­nicę, poza którą nie wolno prze­do­sta­wać się w Prze­szłość.

— I nigdy nie wróci pan w Przy­szłość?

Prze­cząco po­kręcił głową.

— Wrócę. Zo­stanę za­brany z roku ty­siąc dziewięć­set sie­dem­dzie­sią­tego. Będę wzięty w Przy­szłość ta­kim, jakim mnie wy­sa­dzono w Prze­szło­ści. Nie po­zo­sta­nie mi pa­mięć o tym, co ro­biłem i jak ży­łem, nie za­pa­mię­tam roz­mowy z pa­nem ani w ogóle spo­tka­nia z pa­nem. Wrócę w swoje czasy młodszy o te kil­kana­ście lat, jakie spę­dzi­łem w sa­nato­rium dok­tora Alva­reza.

— Okropnie to za­wiłe. Aż mąci mi się w gło­wie... — wy­ją­ka­łem.

— Po ja­kimś cza­sie zro­zu­mie pan bez trudu wszystkie te sprawy. Naj­waż­niej­sze — na chwilę prze­rwał opo­wia­danie i za­wie­sił głos — że od­kry­łem ów po­szu­ki­wany przez nas przedmiot.

— Tak? A gdzie on jest? — za­py­tałem z udaną uprzejmo­ścią.

— Zna­la­złem go w spisie rze­czy skra­dzio­nych z ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota w Bo­gocie. Ten spis opu­bli­ko­wały „Wiado­mo­ści Bo­goty”. Jak tylko do­tarła do mnie ta ga­zeta, opu­ści­łem sa­nato­rium dok­tora Alva­reza i zna­la­złem się w ho­telu Hil­ton. Panie To­ma­szu — chwycił mnie za rękę — trzeba na­tychmiast od­na­leźć zło­dziei, któ­rzy okra­dli mu­zeum. Mogę to uczynić tylko przy po­mocy ko­goś ta­kiego jak pan, bo prze­cież mnie sa­memu ni­czego nie wolno ro­bić, aby nie naru­szyć natu­ral­nego po­rządku rze­czy. Mu­szę jed­nak od­na­leźć ów przedmiot i zniszczyć go. Przyby­łem tutaj, aby ura­to­wać Przy­szłość. Dla­tego bła­gam pana o po­moc w schwyta­niu zło­dziei i od­zy­ska­niu ich łupu. Do pań­skiej dys­po­zycji od­daję cały swój ma­jątek, a także wszystkie swoje zdol­ności, o któ­rych jesz­cze pan nie wie. Je­stem spe­cjal­nym de­tek­ty­wem, przez wiele lat szkolono mnie w celu po­szu­ki­wa­nia tego przed­miotu.

Nigdy dotąd nie wi­działem go w takim sta­nie. To nie był ten po­godny, opa­no­wany i zaw­sze odrobinę uśmiech­nięty Ralf Daw­son. „Wa­riat, który ma atak” — po­my­śla­łem.

— Za trzy dni od­latuję do swego kraju, do Pol­ski — przemó­wi­łem ła­god­nie.

— Nie od­leci pan do swego kraju — oświad­czył. — Dziś rano za­tele­fo­no­wa­łem do Bo­goty i do­wie­działem się, że wy­zna­czono już dy­rek­tora Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego do walki z gan­gami zło­dziei dzieł sztuki. Zo­stał nim słynny an­giel­ski de­tek­tyw Raymond Con­nor ze Sco­tland Yardu. On już z pa­nem współpra­co­wał i na pewno za­żądał, aby pan był jego po­moc­ni­kiem. Naj­prawdo­po­dob­niej zo­sta­nie pan jed­nym z tych, któ­rym po­wie­rzy się za­danie od­nale­zie­nia za­byt­ków ukra­dzio­nych z ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota. A ja chcę być tylko pana skrom­nym współpra­cow­ni­kiem...

Nie chciałem pro­wa­dzić dalej tej roz­mowy. Zde­cy­do­wa­łem się po­zo­sta­wić Daw­sona w wy­ku­tym w skale base­nie i pójść do sza­łasu, gdzie jedli kola­cję uczestnicy wy­cieczki do San Au­gu­stin. Zro­biłem już na­wet krok jeden i drugi, gdy nagle moje oczy ze­tknęły się ze spoj­rze­niem Daw­sona. Za­uwa­ży­łem, że jego twarz jest nie­zwy­kle blada, jak gdyby rap­tem ubyło mu sił. A ze mną stało się coś za­dzi­wia­ją­cego — sta­ną­łem jak spa­rali­żo­wany, nie mo­głem zro­bić kroku na­przód ani w tył, poru­szyć ręką.

Jak z ogromnej dali usły­sza­łem głos Daw­sona:

— Mu­sisz mnie wziąć za po­moc­nika, To­ma­szu... Mu­sisz to uczynić dla rato­wa­nia Przy­szło­ści...

— Tak — od­po­wie­działem, choć nie chciałem tego uczynić i choć nie poru­szy­łem war­gami.

Po se­kun­dzie na twarz Daw­sona wró­ciły ru­mieńce, a ja znowu mo­głem się poru­szać. Przez chwilę mia­łem wra­żenie, że to, co się stało, wy­my­śli­łem sobie lub że to był tylko sen.

Daw­son zdjął ka­pe­lusz i po­że­gnał mnie ski­nie­niem głowy, mó­wiąc ze swym zwy­kłym, po­god­nym uśmie­chem:

— Bar­dzo chciałbym, że­by­śmy zo­stali prawdzi­wymi przyja­ciółmi, pa­nie To­ma­szu. Hip­noza i inne tego ro­dzaju sztuczki mogą wy­mu­sić słowo „tak”, ale nie po­trafią zro­dzić uczucia za­ufa­nia i prawdzi­wej przyjaźni.

Od­sze­dłem bez słowa, a on po­zo­stał wśród wy­ku­tych w skale po­staci jasz­czu­rek, sa­la­man­der i węży. Gdy do­tar­łem do sza­łasu, gdzie koń­czono kola­cję, mia­łem w gło­wie taki za­męt, że nie chciałem z ni­kim roz­ma­wiać. W mil­cze­niu wsiadłem do auto­karu; w ostatniej chwili przed od­jaz­dem wskoczył do niego także Ralf Daw­son.

Tym ra­zem wra­cali­śmy przez miej­sco­wość o na­zwie Ne­iva, skąd w póź­nych go­dzi­nach noc­nych ma­łymi sa­mo­lo­tami pole­cieli­śmy do Bo­goty.

 


ROZDZIAŁ PIĄTY [top]

JAK SPRAWDZIŁA SIĘ PRZEPOWIEDNIA CZŁOWIEKA Z UFO • DYREKTOR MARCZAK ZLECA MI SPECJALNE ZADANIE • MOJA WŁADZA NAD FLORENTYNĄ I JEJ WŁADZA NADE MNĄ • OSTRZEŻENIE PRZED RALFEM DAWSONEM • TAJNE SPOTKANIE Z RAYMONDEM CONNOREM • OSTRZEŻENIE INSPEKTORA ESPONOZY • FAŁSZYWY PASZPORT • PLAN DZIAŁANIA • NOGI PANNY FLORENTYNY

 

W ho­telu Hil­ton z wielką nie­cier­pli­wo­ścią oczekiwał mnie dy­rek­tor Mar­czak. Mimo póź­nej pory wcale nie za­mie­rzał kłaść się spać. Jego wa­lizka była spa­ko­wana, na stole leżał bilet lotni­czy do Pa­ryża. Z całej syl­wetki i ru­chów mego przełożo­nego try­skała ener­gia, za­do­wo­lenie z sie­bie i władczość.

— Pa­nie To­ma­szu — po­wie­dział od razu po po­wita­niu. — Za dwie go­dziny od­latuję do Pa­ryża, gdzie od­bę­dzie się ze­bra­nie Mię­dzy­naro­do­wego Ko­mi­tetu Ochrony Za­byt­ków. Jako jeden z wi­ce­pre­ze­sów tego Ko­mi­tetu mu­szę być obecny na ze­bra­niu, tym bar­dziej że głównym punktem po­rządku ob­rad ma stać się sprawa po­wo­łania Mię­dzy­naro­do­wego Fun­du­szu dla Ochrony Za­byt­ków. W Pa­ryżu będę cze­kał na jakiś sy­gnał od pana. To mnie bo­wiem Mię­dzy­naro­dowy Ko­mitet zlecił bez­po­średni nad­zór nad pań­ską dal­szą działalno­ścią.

— Jaką działalno­ścią? — za­py­tałem nie­śmiało.

Dy­rek­tor Mar­czak wzruszył ra­mio­nami.

— Naj­pierw w całej pra­sie światowej robi pan sobie re­klamę jako naj­wy­bit­niej­szy de­tek­tyw i po­gromca „Niewi­dzialnych”, a teraz udaje pan osobnika po­zba­wio­nego zdol­ności przewi­dy­wa­nia. Wczoraj do Bo­goty Przyleciał Raymond Con­nor, który zgo­dził się zo­stać sze­fem Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego do walki z mię­dzy­naro­do­wymi gan­gami zło­dziei dzieł sztuki. Oczywi­ście na­tychmiast zażą­dał, aby pan zo­stał mu pod­po­rząd­ko­wany. Nie­stety, nie mo­głem Con­no­rowi tego od­mó­wić, tym bar­dziej, że — jak mi po­wie­dział w po­ufnej roz­mo­wie — to panu za­mie­rza po­wie­rzyć śledztwo w sprawie wła­ma­nia do ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota. Spotka się z pa­nem jutro rano, omówi szczegóły i udzieli od­po­wiednich peł­no­moc­nictw. Nie mu­szę chyba przy­po­mi­nać, że choć odtąd bę­dzie pan pod­legał Con­no­rowi, to ja, Mar­czak, po­zo­staję nadal pana zwierzch­ni­kiem i od czasu do czasu życzę sobie otrzymy­wać in­for­ma­cje o toku pracy.

— Ależ ja mu­szę wra­cać do kraju — usi­ło­wa­łem opo­no­wać. — Po­zo­sta­wi­łem tam wiele nie za­koń­czo­nych spraw.

— Do­koń­czy je pan póź­niej — lek­ce­wa­żąco machnął ręką. — Po­ro­zu­mia­łem się w pana sprawie z naszą am­ba­sadą w Bo­gocie, a po­przez nią z na­szym mini­strem kul­tury i sztuki. Otóż po­wiem panu, że nie tylko po­wi­nien pan tu po­zo­stać, ale na­wet musi pan od­na­leźć złote za­bytki skra­dzione z Mu­zeum Złota.

— Ko­lum­bia ma swoją wła­sną zna­ko­mitą poli­cję — oświad­czy­łem.

— To prawda, ale za­po­mina pan, że skra­dzione przed­mioty są już za­pewne poza gra­ni­cami tego kraju. Tylko Mię­dzy­naro­dowe Biuro Ko­or­dy­na­cyjne po­trafi wpaść na trop prze­stęp­ców. Zresztą, wszystko wy­jaśni panu Raymond Con­nor.

„No cóż — po­my­śla­łem — spraw­dziły się słowa Ralfa Daw­sona”.

Jego in­for­ma­torzy mó­wili prawdę. Zde­cy­do­wano, że nie po­wrócę do kraju, ale zo­stanę w Bo­gocie. Wy­znaję szczerze, że nie po­cią­gała mnie ta nowa przy­goda. Nie ba­łem się nie­bez­pie­czeństw, ale brzemię na­rzu­cone mi przez Mar­czaka, fakt, że, jak się wy­raził, mu­szę zna­leźć skra­dzione za­bytki, nie­mal mnie obez­władnił. Lecz z Mar­cza­kiem dys­kusja na taki temat była po pro­stu nie­moż­liwa.

Tam gdzie wchodził w grę pre­stiż kie­ro­wa­nego przez niego Cen­tral­nego Za­rządu, po­zo­sta­wał nie­ubła­gany. Miałem ochotę po­wie­dzieć mu, że sprzedał mnie Con­no­rowi jak towar eks­por­towy, jak sa­mo­chód czy inny przedmiot. Było w tym jed­nak sporo mojej winy, bo prze­cież to ja nie­ostrożnie udzieliłem wy­wiadu pan­nie Leti­cii Lu­ci­nante i zro­biłem sobie re­klamę jako „Niezwy­cię­żony Se­#241;or Co­che­cito”.

— Aha — przy­po­mniał sobie dy­rek­tor Mar­czak. — Zo­staje pan w Bo­gocie, a prze­cież nie zna pan hisz­pań­skiego. Zde­cy­do­wa­łem się przy­dzie­lić panu do po­mocy pannę Flo­ren­tynę, która...

— O, Boże. Wszystko, tylko nie to — za­opo­no­wa­łem.

— Chwi­leczkę, panie To­ma­szu — prze­rwał moje pro­testy. — Pod­czas pań­skiej wy­cieczki pra­co­wa­łem tro­chę z Flo­ren­tyną i prze­ko­na­łem się, że jest to osoba sprytna i inte­li­gentna. Jej zna­jo­mość języ­ków przyda się panu. I pro­szę ze mną na ten temat nie dys­ku­to­wać.

Przed pół­nocą pod hotel zaje­chała tak­sówka i Mar­czak odje­chał na lotni­sko. Że­gna­jąc się ze mną i panną Flo­ren­tyną raz jesz­cze przy­po­mniał nam o ko­nieczności in­for­mo­wa­nia go o wszelkich na­szych po­czy­na­niach. Zbyt do­brze zna­łem Mar­czaka, aby nie wie­dzieć, że jeśli uda mi się wpaść na wła­ściwy trop, na­tychmiast zjawi się u mo­jego boku, aby po­tem jak zwy­kle pu­szyć się dum­nie i sobie przy­pi­sy­wać przy­najmniej po­łowę za­sług. Ale taki on już był — i ta­kim go bar­dzo lubi­łem. Tym bar­dziej że i moje klę­ski brał także w po­łowie na swoje barki.

Po od­jeź­dzie Mar­czaka panna Flo­ren­tyna, nie ba­cząc na późną porę, za­cią­gnęła mnie do swego po­koju. Roz­sia­dła się wy­god­nie w fo­telu i oświad­czyła sta­now­czo:

— Dy­rek­tor Mar­czak zlecił mi spe­cjalną opiekę nad pa­nem. Teo­re­tycz­nie, to pan bę­dzie moim zwierzch­ni­kiem. W praktyce jed­nak dy­rek­tor dał mi pewną wła­dzę. Otóż mam pana strzec przed róż­nego ro­dzaju spódnicz­kami i su­kien­kami oraz ostro in­ter­we­nio­wać, jeśli jakaś ko­bieta znowu ze­chce panu za­wró­cić w gło­wie.

Po­my­śla­łem: „Po­cze­kaj, dziew­czyno. Niech no tylko Con­nor wrę­czy mi jakąś sumkę pie­nię­dzy, a i ty bę­dziesz zmu­szona nosić spód­niczki”. Gło­śno zaś rze­kłem:

— W po­rządku, panno Flo­ren­tyno. Prawdo­po­dob­nie przyda mi się ktoś tak czujny jak pani.

— I jesz­cze jedno, pa­nie To­ma­szu — po­wie­działa. — Gra­suje w tym ho­telu osobnik na­zwi­skiem Ralf Daw­son, który po­daje się za czło­wieka z UFO. Za­prosił mnie do swego po­koju, po­czę­sto­wał ko­nia­kiem i, mu­szę przy­znać, za­cho­wy­wał się jak dżentel­men. Na­wet chwalił moją tu­nikę i mój na­szyj­nik. Nie­stety, ten człowiek jest oszu­stem. Znam się do­brze na UFO-lo­gii, kore­sponduję w dzie­się­ciu języ­kach ze znawcami tego przed­miotu. Oświad­czam auto­ry­ta­tyw­nie, panie To­ma­szu, że osobnicy po­cho­dzący z UFO są ma­łymi lu­dzi­kami zie­lo­nego ko­loru, a Daw­son wy­gląda jak każdy z nas.

— Mówi, że jest człowie­kiem z Przy­szło­ści. UFO to we­hi­kuły czasu.

— Bzdura! — prze­rwała mi ostro. — UFO, czyli lata­jące spodki, są we­hi­ku­łami przy­by­wa­ją­cymi do nas z in­nych ga­lak­tyk. To już zo­stało stwier­dzone przez UFO-lo­gów. Pan się zna na mu­zeal­nic­twie i jest pan zna­ko­mi­tym de­tek­ty­wem. Ale od spraw UFO ja je­stem spe­cja­listką i musi mi pan wie­rzyć.

— Jego wy­wody mają pe­wien sens — sam nie wiem, dla­czego sta­ną­łem w obronie Daw­sona.

— Nie mają żad­nego sensu — z upo­rem po­wtó­rzyła Flo­ren­tyna. — Jego wy­wody są sprzeczne z ustale­niami UFO-lo­gów. Dla­tego sta­now­czo ostrzegam pana przed Ral­fem Daw­so­nem. Dzie­siątki osób na Ziemi miało już spo­tka­nia z zie­lo­nymi lu­dzi­kami, które wy­sia­dły z lata­ją­cych spodków. Daw­son jest oszu­stem.

— Ro­zu­miem i przyjmuję to do wia­do­mo­ści — oświad­czy­łem dla świętego spo­koju.

Było późno i czu­łem się senny. Nie­stety, panna Flo­ren­tyna chciała dalej pro­wa­dzić roz­mowę.

— Jako pań­ska pod­władna — pod­jęła nowy temat — mu­szę coś nie­coś wie­dzieć o panu.

— Co chce pani wie­dzieć?

— Dla­czego jest pan ka­wale­rem? Może prze­żył pan nie­szczęśliwą mi­łość lub też nie zna­lazł pan god­nej sie­bie ko­biety?

— Nie, panno Flo­ren­tyno. Tak się jakoś skła­dało, że gdy tylko po­zna­łem jakąś cie­kawą dziew­czynę i za­ko­cha­łem się w niej, dy­rek­tor Mar­czak po­wie­rzał mi nowe za­danie. Mu­sia­łem wy­je­chać, a gdy wra­ca­łem, ona za­zwy­czaj była za­mężna.

Zdumie­nie na chwilę ode­brało jej mowę.

— To pan... pan jest ka­wale­rem... z braku czasu?

— Tak — ukło­niłem się grzecznie, po­wie­działem do­bra­noc i wy­nio­słem się z jej po­koju. Z naj­większą rado­ścią do­pa­dłem swego łóżka i na­tychmiast za­sną­łem.

O świ­cie zbu­dziło mnie pu­kanie i gdy, za­spany, w pi­dża­mie otworzy­łem drzwi po­koju, zo­ba­czy­łem na ko­ryta­rzu Ray­monda Con­nora, który bez żad­nych ce­re­mo­nii i wy­ja­śnień od razu wpa­ko­wał się do środka i zajął miej­sce w fo­telu.

— Cześć, Thomas — po­wie­dział, jak­by­śmy byli sta­rymi przyja­ciółmi i jakby ostatnie nasze spo­tka­nie od­było się wczoraj, a nie przed dwoma laty w War­sza­wie, gdzie aresztował szefa „Niewi­dzialnych”, Marlona Mendozę.

Był to ogromny, dwume­trowy dry­blas lat około czterdzie­stu, o nie­bie­skich oczach i zu­peł­nie siwej, gę­stej czu­pry­nie. Gdy po­zna­łem go w War­sza­wie, był rudy. Ale, jak mi ktoś opo­wia­dał, lubił zmieniać nie tylko kolor wło­sów. Po­trafił na­wet od­mie­nić swoją syl­wetkę, spo­sób mó­wie­nia, za­cho­wa­nia się. Może to wła­śnie dzięki tej umiejętno­ści zdo­łał od­nieść tak wiele suk­ce­sów w walce ze zło­dziejami dzieł sztuki.

— Obudź się, skup całą swą uwagę i wy­słu­chaj mnie cier­pli­wie, bo nie mam wiele czasu — przy­na­glał, pa­trząc, jak prze­cie­ram oczy i zie­wam. — Po roz­biciu „Niewi­dzialnych” po­wstał prawdo­po­dob­nie jakiś nowy gang, który do­konał wła­ma­nia do Mu­zeum Złota w Bo­gocie.

— Tak — ziewną­łem.

— Rzecz w tym, że to ty mu­sisz do­star­czyć in­for­macji o owym gangu. Przynio­słem ci tro­chę pie­nię­dzy na bie­żące wy­datki. Przykro mi, że jest ich nie­wiele, ale na razie Biuro Ko­or­dy­na­cyjne nie uzy­skało po­kaź­nych sum na swoją działal­ność. Wszystkie kraje chcą chro­nić za­bytki, lecz mało który kwapi się, aby wy­asy­gno­wać pie­nią­dze. Przynio­słem ci też peł­no­moc­nic­two do działania w imie­niu Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego. Na razie spró­buj wy­stę­po­wać jako Se­#241;or Co­che­cito, a gdy spo­strzeżesz, że miej­scowa po­licja spo­gląda na cie­bie nie­chęt­nie, po­staraj się znik­nąć im z oczu.

— To zna­czy... — spró­bo­wa­łem do­wie­dzieć się cze­goś kon­kret­nego o mej działalno­ści, ale on zbył tę sprawę machnię­ciem ręki.

— Pyta­nia będą póź­niej. Jesz­cze dziś wie­czo­rem mu­szę odle­cieć do Pa­ryża, aby na obra­dach Mię­dzy­naro­do­wego Ko­mi­tetu Ochrony Za­byt­ków przedsta­wić pełny bu­dżet Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego. Dla­tego po­wiem krótko: mia­nuję cię bry­ga­die­rem Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego. Ty zaś mu­sisz sam do­brać sobie kil­ku­oso­bową bry­gadę i za­jąć się sprawą wła­ma­nia do Mu­zeum Złota. Od pierwszego na­szego wiel­kiego suk­cesu za­leży, czy otrzy­mamy pie­nią­dze na dal­szą działal­ność w skali światowej. Peł­no­moc­nic­two Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego, a także funk­cja bry­ga­diera nie daje ci pra­wie żad­nych upraw­nień, poza jed­nym: jak po­pad­niesz w kło­poty z po­licją ja­kie­goś kraju, po­sta­ramy się ci po­móc. Pa­mię­taj: nie jesteś poli­cjantem, nie masz prawa ni­kogo areszto­wać. Do two­ich obo­wiązków na­leży wy­łącz­nie zbie­ranie in­for­macji i prze­ka­zy­wa­nie ich do Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego w Pa­ryżu przy po­mocy za­szy­fro­wa­nych de­pesz lub li­stów. Oto Bi­blia i in­strukcja, jak masz z niej ko­rzy­stać przy szy­fro­wa­niu de­pesz. In­strukcji na­ucz się na pa­mięć i po­tem ją spal.

Poło­żył na stole po­pu­larne, kie­szonkowe wy­danie Biblii i mó­wił dalej, wy­rzu­cając słowa jak kara­bin ma­szy­nowy wy­rzuca kule:

— Jesz­cze raz ci przy­po­mi­nam, że nie mamy upraw­nień poli­cji. Ba, jak się do tej pory zdo­łałem zo­rientować, w nie­któ­rych kra­jach poli­cja bę­dzie spo­glą­dać wrogo na naszą działal­ność, nikt bo­wiem nie lubi, żeby na jego tere­nie jacyś obcy wsa­dzali nos w różne tajne sprawy. Tym nie­mniej Biuro Ko­or­dy­na­cyjne opra­co­wało już tekst umowy o współ­pracy z po­li­cjami po­szczegól­nych kra­jów, ale czy wszędzie doj­dzie do pod­pisa­nia tych umów i czy będą one re­spekto­wane, trudno w tej chwili przewi­dzieć. Biuro Ko­or­dy­na­cyjne bę­dzie po pro­stu zbie­rać in­for­ma­cje o prze­stęp­cach zaj­mu­ją­cych się kra­dzieżą dzieł sztuki, na­stęp­nie owe in­for­ma­cje prze­każe od­po­wiednim ko­mór­kom poli­cyj­nym. Tak więc to nie my, ale oni do­ko­nają bez­po­śred­nich areszto­wań i to im za­pewne przy­pi­sane zo­staną wszystkie za­sługi. Na­sza działal­ność musi, nie­stety, po­zo­stać w cie­niu. Czy masz ja­kieś pyta­nia?

— Jaki jest sto­su­nek tutej­szej poli­cji do działalno­ści Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego? Kon­kret­nie: czy warto współpra­co­wać z in­spektorem Esponozą?

— Nie po­trafię ci dać zde­cy­do­wa­nej od­po­wie­dzi. Na wia­do­mość, że po­wstało Biuro Ko­or­dy­na­cyjne i że pra­gniemy mu po­móc w od­nale­zie­niu zbio­rów z Mu­zeum Złota, aż piał z za­chwytu i obie­cał z nami współpra­co­wać. Ale je­stem za stary lis, aby dać się wprowa­dzić w po­trzask. Esponoza chce po pro­stu do­wie­dzieć się, kto z na­szej strony po­pro­wa­dzi śledztwo w sprawie tego wła­ma­nia i mieć go na oku. Umowy o współ­pracy z nami jesz­cze nie pod­pisali. Jed­nym sło­wem: wo­bec Esponozy bądź bar­dzo ostrożny. Dru­gie pyta­nie?

— Kto to jest Ralf Daw­son? Czy sły­sza­łeś o takim osobniku? Po­dobno od po­nad dzie­się­ciu lat mieszka na te­renie Ko­lum­bii, choć jest An­gli­kiem. Na­ma­wiał mnie do wspólnego po­szu­ki­wa­nia spraw­ców wła­ma­nia do Mu­zeum Złota.

— Nigdy o kimś takim nie sły­sza­łem. Sprawdź go sam albo przez Esponozę.

— Czy wia­domo ci coś wię­cej na temat wła­ma­nia do Mu­zeum Złota, niż to, co po­da­wała miej­scowa prasa?

— Nie. W ogóle nie inte­re­so­wa­łem się tą sprawą. Cały czas po­chła­niała mnie orga­niza­cja Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego, sprawa umów o współ­pracy z po­li­cjami i oczywi­ście wy­bór od­po­wiednich bry­ga­die­rów. To ty masz za za­danie od­na­leźć spraw­ców wła­ma­nia i usta­lić miej­sce, gdzie ukryli swoje łupy. Czy to już wszystko?

— Nie. Jesz­cze czwarte pyta­nie. Dy­rek­tor Mar­czak zo­sta­wił mi tu dziew­czynę, która włada dzie­się­cioma ję­zy­kami. Nie znam hisz­pań­skiego, więc na dobrą sprawę mo­głaby mi być po­mocną. Z dru­giej jed­nak strony...

— Dość — uciął. — To twoja sprawa. Mo­żesz ją wziąć do swojej bry­gady albo ode­słać do kraju. Ty od­po­wia­dasz za prze­bieg śledztwa i do cie­bie na­leżą wszelkie de­cyzje doty­czące two­jej bry­gady.

Roz­mowę uznał za skoń­czoną. Zo­sta­wił na stole peł­no­moc­nic­two oraz ko­pertę z pie­niędzmi, uści­snął mi rękę i na­tychmiast wy­szedł z po­koju. Był za­wo­do­wym de­tek­ty­wem i mnie także uwa­żał za za­wo­dowca. Po­wie­dział mi tyle tylko, ile jego zda­niem nale­żało po­wie­dzieć. Na towa­rzy­skie po­gwarki nie miał czasu. Zresztą prawdo­po­dob­nie nie chciał, aby ktoś za­uwa­żył jego wi­zytę w moim po­koju, dla­tego wy­brał tak wczesną porę i sta­rał się u mnie prze­by­wać jak naj­kró­cej. Ta­jem­niczy gang mógł mieć w ho­telu Hil­ton swoich szpiegów, któ­rych za­pewne in­tere­so­wało, komu Con­nor po­wie­rzy śledztwo w sprawie wła­ma­nia do Mu­zeum Złota.

Po wyj­ściu Ray­monda Con­nora jesz­cze przez jakiś czas sie­działem w pi­dża­mie na swoim łóżku, zbie­rając roz­pro­szone myśli i usi­łując usta­lić plan dal­szego działania. Nie­stety, nic mą­drego nie wy­my­śli­łem. W końcu po­sze­dłem do ła­zienki, ogo­liłem się, wy­ką­pa­łem, nało­ży­łem gar­nitur i zje­cha­łem windą na dół, aby zjeść śnia­danie.

Gdy mi­jałem kan­tor re­cep­cji, przywołał mnie ubrany w libe­rię Mu­lat, który za­ła­twiał sprawy mel­dun­kowe. Przy kon­tu­arze stał jakiś typ w du­żym ka­pelu­szu na gło­wie i ze znu­dzoną miną palił cuchnące cy­garo. Nie­trudno się było do­my­ślić, że to taj­niak na służ­bie in­spektora Sala­zara Esponozy.

— Se­#241;or ma zare­zer­wo­wany u nas pokój do jutra do połu­dnia — poin­for­mo­wał mnie re­cep­cjo­nista. — Czy se#241;or prze­dłuża re­zer­wa­cję już na wła­sny koszt, czy też po­dob­nie jak inni uczestnicy Kon­fe­rencji od­latuje dziś lub jutro?

Wy­jąłem z kie­szeni swój po­wrotny bilet lotni­czy.

— A wła­śnie, był­bym za­po­mniał — uśmiech­ną­łem się do niego uprzejmie. — Czy mógłby mi pan zare­zer­wo­wać dwa miej­sca w sa­mo­locie lecą­cym przez Paryż do War­szawy na jutro rano? Bo­gota to piękne mia­sto, ale, nie­stety, moje sprawy zmu­szają nas do wy­jazdu.

— O tak, ro­zu­miem, to wielka szkoda — rów­nie uprzejmie od­po­wie­dział re­cep­cjo­nista. — Rzecz ja­sna za­ła­twię panu oraz se#241;o­rinie miej­sce w ju­trzej­szym sa­mo­locie do Pa­ryża. Szkoda, na­prawdę wielka szkoda, że se#241;or nie może u nas zo­stać dłu­żej.

I na­wet coś jakby nuta prawdzi­wego żalu za­brzmiało w jego gło­sie. Na­to­miast osobnik w wiel­kim ka­pelu­szu ode­tchnął z taką ulgą, że przez mo­ment dym z jego cy­gara osło­nił cały kan­tor re­cep­cji.

W ów kłąb dymu cyga­ro­wego rzu­ciłem pyta­nie do re­cep­cjo­nisty:

— Czy se#241;or Ralf Daw­son prze­bywa w swoim po­koju?

— Nie. On już wczoraj wie­czo­rem opu­ścił nasz hotel i ka­zał się za­wieźć tak­sówką do sa­nato­rium. To bar­dzo chory człowiek, ale nie­zwy­kle miły i po­rządny. Po­czuł się źle i mu­siał wró­cić. Lu­bimy go, od wielu lat za­mieszkuje w na­szym ho­telu i zaw­sze wi­tamy go z rado­ścią.

— Ja też go bar­dzo polu­biłem pod­czas wspólnej wy­cieczki do San Au­gu­stin — oświad­czy­łem. — Ża­łuję, że po­czuł się źle.

— On ma chore nerwy — po­ufnie wy­jawił mi re­cep­cjo­nista — ale niech mi pan wie­rzy, jest zu­peł­nie nie­szkodliwy. Służba ho­te­lowa wprost go uwielbia, gdyż nie jest tak skąpy, jak wielu in­nych gringo.

Była to alu­zja do tego, abym i ja po­zo­sta­wił hojny na­pi­wek. Nie­stety, z przy­zna­nych mi diet nie po­sia­da­łem już ani cen­tavos, a pie­nią­dze otrzymane od Con­nora prze­zna­czone zo­stały na zu­peł­nie inne cele. Nie zale­żało mi zresztą na tym, aby w ho­telu Hil­ton po­zo­stało po mnie rów­nie dobre wra­żenie jak po Ral­fie Daw­sonie. Udałem więc, że nie zro­zu­mia­łem aluzji, zo­sta­wi­łem swój bilet lotni­czy i ski­nąw­szy głową, tak re­cep­cjo­ni­ście jak i taj­nia­kowi, uda­łem się do sali re­stau­ra­cyj­nej, gdzie cze­kało na mnie ob­fite śnia­danie. Wkrótce zja­wiła się także panna Flo­ren­tyna i za­jęła miej­sce przy moim stole.

— W re­cep­cji poin­for­mo­wano mnie, że pan pole­cił zare­zer­wo­wać dla nas miej­sca w ju­trzej­szym sa­mo­locie do Pa­ryża. Zdziwiło mnie to, bo dy­rek­tor Mar­czak wspomniał, że prawdo­po­dob­nie po­zo­sta­niemy w Bo­gocie.

W gło­sie jej wy­czu­łem żal z po­wodu wy­jazdu. Od­po­wie­działem z po­wagą:

— Owszem, był taki plan. Nie­stety, pani go po­krzy­żo­wała.

— Ja? — zdziwiła się. — Prze­cież nie zro­biłam chyba żad­nego nie­sto­sow­nego kroku?

— Wszyst­kiemu winna jest pani szy­deł­kowa tu­nika oraz na­szyj­nik z ogrom­nych kloc­ków. Cała Bo­gota o ni­czym in­nym nie mówi, tylko o pani stroju.

— Ależ to wspaniale. Sta­łam się sze­rzy­cielką no­wo­cze­snej mody — po­wie­działa z za­chwytem.

— Praca de­tek­tywa jest bar­dzo trudna, panno Flo­ren­tyno. De­tek­tyw nie może na sie­bie zwracać uwagi. Tymcza­sem pani osoba zbyt rzuca się w oczy z winy owej tu­niki i kloc­ko­wa­tego na­szyj­nika. Nie po­zo­staje mi nic in­nego, jak pole­cieć z pa­nią do Pa­ryża.

— Ach tak... — po­smutniała.

— Je­śli jed­nak, panno Flo­ren­tyno, tak się zda­rzy, że pani znaj­dzie się w sa­mo­locie beze mnie, to pro­szę nie pod­nosić żad­nego alarmu, tylko le­cieć spo­koj­nie do Pa­ryża. Tam skontak­tuje się pani z dy­rek­to­rem Mar­cza­kiem i od niego otrzyma dal­sze in­strukcje.

— Ach tak, ro­zu­miem — ki­w­nęła głową, choć nic nie ro­zu­miała.

Wy­jąłem kilka bankno­tów z ko­perty, którą otrzyma­łem od Con­nora, i wrę­czy­łem je Flo­ren­tynie.

— Oto pie­nią­dze na bilet z Pa­ryża do War­szawy. Je­śli zo­sta­nie jakaś reszta po wy­ku­pie­niu biletu, może pani kupić cie­kawą książkę o UFO lub po pro­stu spód­niczkę.

Flo­ren­tyna na­resz­cie po­jęła, że po­sta­no­wi­łem się jej po­zbyć.

— To tak? To tak? — po­wta­rzała z obu­rze­niem. — Wy­pę­dza mnie pan wbrew zale­ce­niom dy­rek­tora Mar­czaka i wbrew lo­gice. Chce pan tu zo­stać nie zna­jąc hisz­pań­skiego. To prze­cież śmieszne, panie To­ma­szu.

— Wolę roz­ma­wiać z Ko­lum­bij­czy­kami na migi niżeli po­ka­zy­wać się z osobą, która zwraca ogólną uwagę swoim stro­jem.

— Ach tak? Ach tak? — znowu po­wta­rzała, teraz już na­prawdę zroz­pa­czona. — Od dawna wie­działam, że nie cierpi pan mojej tu­niki i na­szyj­nika. Ale prze­cież wie­lo­krot­nie mó­wi­łam, że je­stem go­towa po­świę­cić się dla dobra sprawy. Mogę sprawić sobie spód­niczkę, i to na­wet bar­dzo krótką, je­śli pan takie lubi. Mam zgrabne nogi i zu­peł­nie do­brze wy­glą­dam w krót­kich spódnicz­kach...

— Nie, panno Flo­ren­tyno — pieszczo­tliwie po­gła­ska­łem ją po dłoni, po­nie­waż wy­raz roz­pa­czy na jej twa­rzy i pod­nie­siony głos za­czął zwracać uwagę go­ści na sali. — Nie mam prawa żą­dać od pani aż tak wiel­kiego po­świę­cenia. Spód­niczka, mój Boże. Pani wie, że tracę głowę dla każ­dej krót­kiej spód­niczki, a chyba pani nie chce, abym stra­cił tę głowę dla pani, gdy jest ona po­trzebna dla sprawy od­zy­ska­nia skra­dzio­nych za­byt­ków. Zresztą, o czym tu mó­wić? Jutro le­cimy do Pa­ryża.

— Le­cimy więc ra­zem do Pa­ryża — za­my­śliła się Flo­ren­tyna. — W Pa­ryżu otrzy­mamy nowe in­strukcje i za­pewne jed­nak po­wró­cimy do Bo­goty. Pan po­zwoli, że pójdę do sie­bie, po­nie­waż z tego wszyst­kiego roz­bo­lała mnie głowa.

„Czy ona ma rze­czy­wi­ście zgrabne nogi?” — za­sta­na­wia­łem się śle­dząc wzrokiem jej od­da­la­jącą się syl­wetkę. W tu­nice panna Flo­ren­tyna wy­glą­dała jak grzesznica w worku po­kut­nym.

Ko­rzy­stając z tego, że ode­szła, czym prę­dzej opu­ści­łem hotel i skie­ro­wa­łem się do cen­trum mia­sta. Za mną zaś — jak to stwierdzi­łem po chwili — ru­szył męż­czy­zna z nie­od­łącz­nym cyga­rem w ustach, ów taj­niak in­spektora Esponozy. „Bę­dzie mi towa­rzy­szył aż do jutra, do­póki nie od­lecę z Bo­goty” — po­my­śla­łem me­lan­cho­lijnie.

W połu­dnie zna­la­złem się na placu Bo­livara i uda­wa­łem, że z naj­większym za­inte­re­so­wa­niem oglą­dam po­mnik czło­wieka, który po­mógł Ko­lum­bij­czy­kom uzy­skać nie­pod­le­głość. Mój „opiekun” przyjął ten fakt chyba ze zro­zu­mie­niem, bo przy­kuc­nął w rogu placu, ka­pe­lusz na­sunął na czoło i po­świę­cił się wy­po­czynkowi. Poin­for­mo­wano go za­pewne, że je­stem mu­zeal­nym de­tek­ty­wem, do­szedł więc do wniosku, że zwy­cię­żył we mnie mu­zeal­nik i ostatnie go­dziny przed opuszcze­niem Bo­goty po­sta­no­wi­łem po­świę­cić na kon­tem­pla­cję za­byt­ków i ar­chi­tek­tury. I uczyniłem wszystko, aby go w tym prze­ko­naniu upewnić. Naj­pierw długo, ze znaw­stwem, przy­glą­da­łem się po­mni­kowi, który jest dziełem wło­skiego rzeź­bia­rza Te­nora­niego, po­tem ob­sze­dłem cały plac. Każda jego strona zbu­do­wana zo­stała w zu­peł­nie in­nym stylu ar­chi­tek­to­nicz­nym. Nieco dłu­żej kon­tem­plo­wa­łem Ca­pitol, z jego połu­dniowym kla­sycy­stycznym skrzydłem. Na­stęp­nie na chwilę zaj­rza­łem do sta­rego ko­ścioła San Igna­cio, zbu­do­wa­nego na wzór rzym­skiego ko­ścioła Je­zusa. A kiedy mój „opiekun” uznał, że ob­ser­wa­cja gringo jest naj­ła­twiejszym zaję­ciem pod słoń­cem, po wyj­ściu z ko­ścioła rap­tem przy­śpie­szy­łem kroku, tak że mu­siał nie­mal za mną biec, i za­trzyma­łem się do­piero przed gma­chem... Ko­mendy Poli­cji. Dy­żu­rują­cego tam poli­cjanta po­pro­siłem o za­mel­do­wa­nie mnie in­spekto­rowi Esponozie.

My­ślę, że spo­dziewał się on mojej wi­zyty. Bez zbędnych for­mal­ności i dłu­giego oczeki­wa­nia zo­sta­łem wprowa­dzony do ogrom­nego gabi­netu, a na mój wi­dok Sala­zar Esponoza — ni­ski, otyły męż­czy­zna, o bar­dzo ciemnych wło­sach Kre­ola — nie­mal wy­biegł zza swego po­tęż­nego biurka. Usa­do­wili­śmy się w miękkich klu­bo­wych fote­lach przy na­roż­nym sto­liku. Zaraz też na tym sto­liku zna­lazły się dwie fili­żanki kawy.

— Wiele o panu sły­sza­łem i wiele czy­tałem, El Se­#241;or Co­che­cito — po­wie­dział Esponoza. — W wy­wia­dzie udzielo­nym „Wiado­mo­ściom Bo­goty” stwierdził pan, że zra­bo­wane za­bytki zło­dzieje wy­wiozą za gra­nicę. I tak się, nie­stety, stało. Aż dwa duże heli­kop­tery odle­ciały gdzieś w bez­kresną dal. Może do Ekwadoru? Może do Bra­zylii? Może do We­ne­zueli albo Peru? Nie­wy­klu­czone, że skarby znaj­dują się w tej chwili na ja­kimś okrę­cie pły­ną­cym w nie­zna­nym kie­runku. Pań­ska ocena tej sprawy oka­zała się tak trafna, że po pro­stu ma­rzy­łem o spo­tka­niu z pa­nem i teraz oto moje ma­rze­nie się speł­niło. Prasa nasza suge­ro­wała, że po­win­ni­śmy sko­rzy­stać z pana obecności w Bo­gocie i po­pro­sić pana o po­moc. O ni­czym in­nym nie ma­rzę. Za­pewne wkrótce uda się pan do Ekwadoru, Peru, Bra­zylii lub Pa­namy i tam roz­pocznie śledztwo dla Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego...

Pięk­nie to sobie ob­my­ślił se#241;or Esponoza. Miałem się roz­dzie­lić na kilka osób i jed­no­cze­śnie zna­leźć w Ekwadorze, Pa­na­mie, Bra­zylii, Peru lub We­ne­zueli. In­nymi słowy, dał mi do zro­zu­mie­nia, że moją obecność w Bo­gocie uważa za zbędną.

— Na­prawdę nie udało się wam usta­lić, w jakim kie­runku odle­ciały heli­kop­tery? — za­py­tałem.

— Cy­gara. Za­po­mniałem o cyga­rach — in­spektor ze­rwał się z fotela, pod­biegł do biurka z nie­zwy­kłą jak na oty­łego czło­wieka ru­chli­wo­ścią i wró­cił z pu­deł­kiem ko­lum­bij­skich cygar. Do­piero gdy za­pali­liśmy, po­wie­dział ze smutkiem:

— Heli­kop­tery odle­ciały naj­pierw na połu­dnie, póź­niej zmieniły kie­runek na połu­dniowo-wschodni, po­tem na wschodni, a wreszcie pół­nocno-za­chodni. Na­prawdę trudno stwierdzić, jaki był rze­czy­wisty kie­runek lotu. Udało się nam usta­lić, że w na­pa­dzie na mu­zeum brało udział dzie­sięć osób. I to dzie­się­ciu cu­dzo­ziemców z kilku kra­jów euro­pej­skich: Re­pu­bliki Fede­ralnej Nie­miec, Włoch, Por­tuga­lii, Hiszpanii. Był z nimi na­wet jeden Szwajcar. Owa dzie­siątka przy­była tu do nas na ty­dzień przed na­pa­dem i za­mieszkała w czte­rech ho­te­lach: Ba­cata, Con­ti­nen­tal, Cor­dil­lera oraz Santa Fe de Bo­gota. Jeden z nich wy­najął mieszka­nie na­prze­ciw Mu­zeum Złota i tam zain­sta­lo­wali apa­rat lase­rowy. Na krótko przed na­pa­dem ukra­dli cię­ża­rówki z po­bli­skiego przedsię­bior­stwa transpor­to­wego. Do­ko­nali wła­ma­nia do ma­ga­zy­nów, łupy zała­do­wali na cię­ża­rówki i odje­chali w góry. W umówio­nym miej­scu o okre­ślo­nej go­dzi­nie zja­wiły się tam heli­kop­tery, które za­brały i łup, i spraw­ców. W ten spo­sób wszelki ślad po nich zagi­nął. To zna­czy po­zo­stał jeden ślad: dzie­się­ciu ludzi opu­ściło cztery na­sze ho­tele bez wy­mel­do­wa­nia się, stąd wiemy, jaka była liczba uczestni­ków na­padu. Ech, gdyby choć jeden Ko­lum­bij­czyk brał w tym udział, być może chwycili­by­śmy ko­niec nitki i tra­fili­by­śmy do kłębka. Nie­stety, to byli bar­dzo sprytni zło­dzieje, znamy je­dynie ich fał­szywe na­zwi­ska z kart mel­dun­ko­wych hoteli. Nie po­zo­stało więc nam nic in­nego, jak poro­zu­mieć się z poli­cjami są­sied­nich kra­jów i oczeki­wać cier­pli­wie, aż któ­ryś ze zra­bo­wa­nych przed­miotów gangste­rzy będą usi­ło­wali sprzedać. W tej sprawie bar­dzo li­czymy na po­moc In­ter­polu oraz Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego, któ­rym kie­ruje Raymond Con­nor. Po­znał go pan za­pewne?

— A tak. Dwa lata temu, na lotni­sku w War­sza­wie.

— Pan Con­nor był wczoraj w Bo­gocie. I o ile moje in­for­ma­cje są dobre, wi­dział się z pa­nem dziś wczesnym ran­kiem. W połu­dnie odle­ciał do Pa­ryża.

— Ju­tro rano, ra­zem ze swoją se­kre­tarką, rów­nież od­latuję do Pa­ryża. Nie wy­klu­czam moż­liwo­ści, że Raymond Con­nor wciągnie mnie do pracy w Biu­rze Ko­or­dy­na­cyj­nym, a wówczas, kto wie, czy nie zo­ba­czymy się znowu w Bo­gocie — od­po­wie­działem wy­kręt­nie.

Esponoza uśmiech­nął się sze­roko.

— Przyj­miemy tu pana z całą życzliwo­ścią. Pro­szę nas tylko uprzedzić o swoim przy­byciu. Chcemy ko­rzy­stać z wszelkiej po­mocy. Oczywi­ście na okre­ślo­nych zasa­dach, se#241;or. Nasz mini­ster spraw we­wnętrz­nych jesz­cze nie pod­pisał umowy o współ­pracy z Biu­rem Ko­or­dy­na­cyj­nym i do­póki to się nie sta­nie, nie bę­dziemy na na­szym tere­nie tole­ro­wali żad­nej działalno­ści śled­czej, nie uzgodnio­nej z poli­cją. Czy pan mnie zro­zu­miał?

No cóż, chyba to nie było trudne do zro­zu­mie­nia. Do­piłem kawę, zdu­siłem cy­garo w po­piel­niczce i wstałem z fotela. Już na po­że­gna­nie, ści­ska­jąc moją dłoń, Sala­zar Esponoza po­sta­nowił dać mi deli­kat­nego prztyczka w nos.

— Sły­sza­łem, Se­#241;or Co­che­cito, że pań­skie za­inte­re­so­wa­nie wzbudził nie­jaki Ralf Daw­son?

— Owszem — ski­ną­łem głową do­my­śliw­szy się, że to mój „opiekun” jesz­cze z ho­telu Hil­ton za­dzwonił do Esponozy po­wia­da­mia­jąc go, że py­tałem o Daw­sona w re­cep­cji.

— Otóż za­pew­niam pana, Se­#241;or Co­che­cito, że ten człowiek nie ma nic wspólnego z na­pa­dem na mu­zeum. Po­sia­damy pełne in­for­ma­cje o panu Daw­sonie, który w na­szym kraju za­mieszkuje od po­nad dzie­się­ciu lat. Znamy ży­cio­rys jego dziadka, jego ojca i jego matki. Pra­dziad pana Daw­sona przed wie­loma laty do­robił się dużej for­tuny gra­jąc na gieł­dzie, po­tem dziad po­mna­żał ten ma­jątek, lo­kując go w ko­rzystnych ak­cjach naj­róż­niej­szych przedsię­biorstw. Nie­stety, wnuk nie do­rów­nuje swoim przodkom. Jest chory ner­wowo i leczy się w kli­nice dok­tora Alva­reza. Jego cho­roba po­lega na tym, że uważa się za czło­wieka z UFO. Se­#241;or Daw­son od czasu do czasu, za ze­zwole­niem dok­tora Alva­reza, robi wy­prawy do Bo­goty i chce tu ko­goś zwerbo­wać do wspólnych po­szu­ki­wań ja­kie­goś przed­miotu, zgu­bio­nego po­dobno przez UFO w ty­siąc dziewięć­set ósmym roku. Nam to zu­peł­nie nie prze­szka­dza, po­nie­waż w od­róż­nie­niu od in­nych gringo bywa on tak do­bry, że jesz­cze nigdy nie od­mó­wił po­kaź­nego datku, gdy zbie­ramy na wdowy po za­bi­tych poli­cjantach. Zarę­czam panu, że jest to człowiek kryszta­łowy i sam oso­bi­ście raz w roku skła­dam wi­zytę w sa­nato­rium, aby wziąć od niego czek na szla­chetny cel, jakim jest opieka nad wdowami.

W taki wła­śnie spo­sób in­spektor Esponoza dał mi do zro­zu­mie­nia, że uważa mnie za głupca. Uczynił to tak zręcznie, że na­wet nie mo­głem się obra­zić. Opusz­cza­jąc gmach poli­cji wie­działem już jed­nak, jakim to cu­dem Ralf Daw­son mógł wziąć udział w wy­cieczce do San Au­gu­stin i wcześniej ode mnie wie­dział o wielu taj­nych sprawach. Daw­son miał opi­nię nie­szkodli­wego wa­riata. Fakt, że cie­szył się spe­cjal­nymi wzglę­dami Sala­zara Esponozy, da­wał mu moż­li­wość zdo­bycia in­for­macji od urzędni­ków i poli­cjantów. „Jak do­brze jest być za­moż­nym wa­ria­tem” — za­nu­ciłem sobie pod no­sem, ma­sze­rując do ho­telu Hil­ton. I rap­tem aż przy­sta­ną­łem ogar­nięty za­dzi­wia­jącą my­ślą: a jeśli Daw­son tylko udaje wa­riata? Jeśli od po­nad dzie­się­ciu lat czyni to w tym celu, aby trakto­wano go z po­błaż­liwą życzliwo­ścią?

„Nie. On jest na­prawdę wa­ria­tem” — do­sze­dłem do wniosku, przy­po­mi­nając sobie, co mó­wił w Fu­ente de Lavapatas.

Do ho­telu towa­rzy­szył mi ten sam „opiekun” w du­żym ka­pelu­szu na gło­wie i z cy­ga­rem w ustach. Nie przejmo­wa­łem się tym, gdyż wie­działem, że zgu­bię go jutro na lotni­sku El Do­rado. Teraz zaś może mnie śle­dzić, jak długo mu tylko siły i sprytu wy­star­czy.

Tuż przed wie­czo­rem do mego po­koju wszedł kel­ner w ele­ganckiej, białej ma­ry­narce i z brą­zową muszką pod brodą. Na spe­cjal­nym wózku wto­czył pół­mi­sek z ka­nap­kami, ja­kieś go­rące danie i duży ter­mos z her­batą. Ale minę miał taką, jak gdyby przy­niósł mi bombę, która zaraz wy­buchnie.

— Se­#241;or za­mó­wił kola­cję do swego po­koju — po­wie­dział zna­cząco, ukło­nił się i wy­szedł.

„Czyżby ktoś da­wał mi do zro­zu­mie­nia, abym nie opuszczał po­koju?” — prze­mknęło mi przez głowę. Lecz gdy tylko za­sia­dłem do kola­cji i chwyciłem ser­wetkę, prze­ko­na­łem się, że pod nią leży duża ko­perta. W ko­per­cie zna­la­złem pasz­port z moim zdję­ciem. Jak wy­ni­kało z tego pasz­portu, by­łem oby­wa­telem ho­len­der­skim i na­zy­wa­łem się Thomas van Ha­gen. Je­dząc, od czasu do czasu chi­cho­tałem, tak mnie roz­śmie­szyła moja wła­sna sytu­acja. Ten pasz­port za­pewne na wszelki wy­pa­dek przy­słał mi Raymond Con­nor, abym w trud­nej sytu­acji pod in­nym na­zwi­skiem znik­nął z pola wi­dze­nia gangste­rom albo poli­cji. Za­po­mniał jed­nak za­pytać, ja­kimi języ­kami wła­dam i uczynił mnie Ho­len­drem, a ja nie umiałem ani słowa po ho­len­der­sku. Mało tego, mia­no­wał mnie bry­ga­die­rem i na­kazał szu­kanie skra­dzio­nych zbio­rów w kraju, w któ­rym mó­wiło się po hisz­pań­sku, a ja rów­nież nie zna­łem tego ję­zyka. Było dla mnie oczywiste, że gdy tylko spró­buję działać jako peł­no­moc­nik Con­nora, na­tychmiast zo­stanę za­trzymany przez poli­cję ko­lum­bij­ską i po­sta­wiony przed obli­czem Sala­zara Esponozy, który po­pa­trzy na mnie z po­lito­wa­niem i choć za­pewne nie za­mknie w areszcie, to jed­nak nie omieszka ode­słać mnie na­tychmiast do Pa­ryża pod za­rzu­tem, że za­czą­łem działać na wła­sną rękę, mimo że umowa z Biu­rem Ko­or­dy­na­cyj­nym nie zo­stała jesz­cze pod­pi­sana.

Ale i w mojej gło­wie, dzięki otrzyma­nemu pasz­por­towi, zro­dził się plan wy­pro­wa­dze­nia w pole in­spektora Esponozy. Zde­cy­do­wa­łem, że gdy wy­eks­pe­diuję do Pa­ryża pannę Flo­ren­tynę i uda mi się nie­spo­dziewa­nie umknąć z lotni­ska El Do­rado, pod ob­cym na­zwi­skiem za­mel­duję się w ja­kimś in­nym ho­telu w Bo­gocie i za­tele­fo­nuję do panny Leti­cii Lu­ci­nante z re­dak­cji „Wiado­mo­ści Bo­goty”. Se­#241;o­rina Lu­ci­nante wy­glą­dała na sprytną osóbkę, sta­ra­jącą się uzy­skać in­for­ma­cje wszelkimi moż­li­wymi me­to­dami. By­łem pe­wien, że je­śli obie­cam jej pierwszeń­stwo w pu­bli­kacji na temat mo­jego śledztwa, znajdę w niej wspania­łego współpra­cow­nika.

Czy nale­żało jed­nak z tą sprawą cze­kać aż do jutra, do mej ucieczki z lotni­ska? Wszak panna Leti­cia Lu­ci­nante pra­wie co wie­czór urzę­do­wała w cocktail-barze w ho­telu Hil­ton.

Tak roz­my­ślając, opu­ści­łem swój pokój i zje­cha­łem windą na dół do coctail-baru.

Tym ra­zem bar był pełen gości, a Me­tys o nie­prze­nik­nio­nej twa­rzy uwi­jał się sta­wia­jąc na kon­tu­arze szklanki i kie­liszki z kolo­ro­wymi trun­kami. Na wy­so­kich stoł­kach sie­dzieli przeważ­nie sami pa­no­wie, ośrodkiem zaś ich za­inte­re­so­wa­nia była ko­bieta-wamp w czar­nej, krót­kiej, obci­słej spód­niczce i białej, je­dwabnej, bar­dzo wy­de­kol­to­wa­nej bluzce. Miała sta­ran­nie ufry­zo­wane włosy, opa­da­jące na gołe, krą­głe ra­miona. Była ładna, ale mnie raziły jej zbyt ja­skrawo po­ma­lo­wane usta i przy­czer­nione rzęsy. Nie lubię wy­zy­wa­jącej urody u ko­biet, dla­tego nie zwróciłem na nią większej uwagi i przez chwilę sta­łem w drzwiach baru, szu­kając wzrokiem Leti­cii Lu­ci­nante. Nie­stety, tego wie­czoru dzienni­karki w ba­rze nie było.

I już mia­łem za­miar wy­cofać się do swego po­koju, kiedy nagle za­inte­re­so­wała mnie pro­wa­dzona gło­śno w ję­zyku an­giel­skim roz­mowa kilku pa­nów z ową ko­bietą wampem.

— Nie ulega wąt­pli­wo­ści, ła­skawa pani — mó­wił jakiś szpa­ko­waty męż­czy­zna w wy­tartej na łok­ciach ma­ry­narce i prze­krzywio­nym kra­wa­cie — że to wła­śnie Ame­ryka Po­łu­dniowa budzi naj­większe za­inte­re­so­wa­nie ob­cych istot z ko­smosu. Dziełem ko­smi­tów jest słynny trój­ząb z An­dów, fi­gury dziwnych zwie­rząt wy­ryte na pła­sko­wyżu Nazca, także ko­smi­tów przedsta­wia pła­sko­rzeźba z Tikal. Jeśli po­zwoli pani za­mó­wić na jej koszt jesz­cze jeden wspaniały cocktail, wy­mie­nię wię­cej miejsc świadczą­cych, że ko­smici i dziś przy­by­wają do Ame­ryki Po­łu­dniowej, aby na­pa­wać się śla­dami swojej daw­nej tu byt­ności. Czy sły­szała pani o tak zwa­nej Dia­bel­skiej Doli­nie w gó­rach Sierra Nevada de Santa Marta? Mieszka­jący w tych gó­rach In­dia­nie, a także po­szu­ki­wa­cze szmarag­dów, wi­dy­wali tam kie­dyś lą­du­jące prze­zro­czy­ste kule, w któ­rych sie­dzieli lu­dzie zu­peł­nie po­dobni do nas. Nie­stety, ja­kieś straszne siły bro­nią do­stępu do Dia­bel­skiej Do­liny i mało kto ma od­wagę za­pusz­czać się w tamte strony.

— Nie zga­dzam się z pa­nem — od­parła ko­bieta wamp. — Istoty przylatu­jące z UFO są ma­łymi zie­lo­nymi lu­dzi­kami, które mają na gło­wie an­teny za­miast uszu. To zo­stało w Eu­ropie stwier­dzone po­nad wszelką wąt­pli­wość. Stu­diuję te sprawy od kilku lat i kore­sponduję ż naj­wy­bit­niej­szym znawcami tej dzie­dziny, znam bo­wiem dzie­sięć języ­ków, a także wła­dam języ­kami su­ahili oraz papia...

Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem pod­sze­dłem do ko­biety wampa i poło­ży­łem dłoń na jej krą­głym, na­gim ra­mie­niu.

— Pani za dużo wy­piła, Flo­ren­tyno — oświad­czy­łem su­rowo. — Pro­szę na­tychmiast wra­cać do swego po­koju i wy­ja­śnić mi, co ma zna­czyć ta ma­ska­rada?

Flo­ren­tyna po­słusznie zsu­nęła się ze stołka i pod­trzymy­wana przeze mnie pod rękę, po­nie­waż odrobinę się zata­czała, opu­ściła coctail-bar.

— Mam już bilet lotni­czy do Pa­ryża na dzień ju­trzej­szy — tłu­ma­czyła mi w dro­dze do swego po­koju. — Do­wie­działam się też, ile kosztuje bilet z Pa­ryża do War­szawy i zgodnie z pana pole­ce­niem resztę pie­nię­dzy wy­da­łam na kupno spód­niczki i blu­zeczki oraz na skromne przyjęcie dla tutej­szych UFO-lo­gów. Jak panu się po­doba spód­niczka? Prawda, że jest bar­dzo krótka i że mam zgrabne nogi?

To mó­wiąc panna Flo­ren­tyna za­trzymała się w ko­ryta­rzu ho­telo­wym i chwyciw­szy pal­cami spód­niczkę, zło­żyła mi ukłon.

— Pani jest wsta­wiona. I wy­ma­lo­wana jak wampir. Pro­szę na­tychmiast umyć twarz i poło­żyć się do łóżka.

Szu­kając w to­rebce klu­cza od swego po­koju, Flo­ren­tyna za­częła na­rze­kać:

— Pan... pan... jest okropny! I w ogóle nie zna się pan na ko­bie­tach. Pan myśli że je­stem nie­zgrabna, a tym­cza­sem ta pań­ska Mu­latka, Leti­cia Lu­ci­nante, na­wet się do mnie nie umywa. Ale ja uznaję tylko no­wo­cze­sne stroje i je­stem pre­kur­sorką no­wej mody. Pan chce mnie ode­słać do Pa­ryża i do War­szawy. Pan chce się mnie po­zbyć, bo wy­daję się panu brzydka. Ale pan się myli. Mnie po pro­stu nie za­leży na tym, aby być ładną, a od czasu, gdy rzucił mnie mój na­rze­czony, zde­cy­do­wa­łam się nie wy­cho­dzić nigdy za mąż i na zaw­sze po­świę­cić się UFO-lo­gii. Nie cier­pię męż­czyzn, bo są wia­ro­łomni...

Po­mo­głem jej zna­leźć klucz, otworzy­łem drzwi i nie­mal we­pchnąłem do po­koju.

— Ma pani rację, Flo­ren­tyno — oświad­czy­łem. — Męż­czyźni są wia­ro­łomni. Co in­nego małe, zie­lone lu­dziki z ante­nami na gło­wach. Do­bra­noc pani.

Za­mknąłem drzwi jej po­koju i po­sze­dłem pro­sto do sie­bie.

„Na szczęście już jutro po­zbędę się tej panny” — po­my­śla­łem z ulgą.

 


ROZDZIAŁ SZÓSTY [top]

ZŁOTO JAKO SYMBOL NIEŚMIERTELNOŚCI • MÓJ PLAN POSZUKIWANIA ZŁODZIEI • CO ZROBIĆ Z FLORENTYNĄ? • NA LOTNISKU EL DORADO • SPRYT SALAZARA ESPONOZY • NIEUDANA UCIECZKA I NIEOCZEKIWANY PRZYJACIEL • PORWANIE • O CZŁOWIEKU, KTÓRY MYŚLAŁ, ŻE JEST PTAKIEM • TARZAN I SLIPY Z TYGRYSIEJ SKÓRY • W LUKSUSOWEJ PUŁAPCE

 

Ko­lum­bij­scy In­dia­nie przed na­jaz­dem hisz­pań­skich kon­kwi­sta­do­rów nie cenili sobie złota jako środka do osią­gnię­cia bo­gactw czy wła­dzy. Do­strzegli na­to­miast, że złoto, w prze­ci­wieństwie do in­nych me­tali, nie ulega koro­zji ani zniszcze­niu. Dla­tego stało się ono dla nich me­talem ma­gicz­nym, sym­bo­lem nie­śmiertel­ności. Złoty kru­szec wy­do­by­wali z pia­sku zale­gają­cego dna rzek i stru­mieni albo wy­łu­py­wali ze złóż skal­nych, skła­dają­cych się z kwarcu, kal­cytu i tlenku że­laza, a więc trzech ele­mentów nie­zbędnych do po­wstania do­brego stopu. Po­tem z owego stopu, który robili w garn­kach gli­nia­nych tech­niką wal­co­wa­nia i wy­tła­cza­nia, po­słu­gując się ryl­cem me­talo­wym lub ko­ścia­nym, wy­ra­biali prze­piękne ozdoby: na­szyj­niki, pek­to­rały, fi­gurki i całe sceny ro­dza­jowe, a na­wet przed­mioty użytku co­dziennego, na przy­kład bu­telki. Co ele­gantsi miesz­kańcy daw­nej Ko­lum­bii mieli złote, ma­sywne ozdoby na nos, kaski, dia­demy, prze­różne wi­siorki, prze­śliczne spinki o główkach za­koń­czo­nych dzwo­neczkami, prze­dziwne ma­ski, pę­sety do wy­ry­wa­nia wło­sów, grze­bie­nie, a także in­stru­menty mu­zyczne. Ar­chi­tekci in­diań­scy uży­wali rów­nież zło­tych liści do przy­ozdabia­nia świątyń. Słońce od­bijało swe pro­mie­nie w ty­sią­cach ta­kich zło­tych list­ków, które poru­szane wia­trem, wy­da­wały deli­katne i me­lo­dyjne dźwięki.

Wspo­mniałem, że zło­tem inte­re­so­wali się nie dla zdo­bycia bo­gactwa czy wła­dzy, ale ze względów reli­gij­nych. Stąd też wy­do­byty z ziemi cenny kru­szec, przeto­piony i ukształto­wany po­tem przez nie­zwy­kle uta­len­to­wa­nych arty­stów i rze­mieślni­ków, z cza­sem zwracali Matce-Ziemi. Prze­piękne wy­roby ze złota kładli zmarłemu do grobu, aby towa­rzy­szyły mu w po­śmiertnej, ta­jem­ni­czej dro­dze i być może duszę zmarłego czy­niły nie­śmiertelną.

Tak było aż do pierwszej po­łowy XVI wieku, kiedy to hisz­pań­scy zdo­bywcy opa­no­wali, w la­tach ty­siąc pięć­set trzy­dzie­ści sześć — trzy­dzie­ści osiem, nie­mal całą dzi­siej­szą Ko­lum­bię. Po­wo­do­wała nimi żądza zdo­bycia złota. Chcieli na­peł­nić nim skarbce kró­lów, a przy oka­zji sami się wzbogacić i dzięki temu po­siąść wła­dzę nad in­nymi. Od cza­sów Ko­lumba raz po raz obie­gały Hiszpa­nów le­gendy o ogrom­nych zło­tych skar­bach, znaj­dują­cych się w dzi­siej­szej Ame­ryce Po­łu­dniowej. Ale naj­bar­dziej przema­wia­jąca do wy­obraźni i naj­bar­dziej ku­sząca awantur­ni­ków stała się le­genda o ist­nie­jącej gdzieś na tere­nie dzi­siej­szej Ko­lum­bii Kra­inie Złota zwa­nej El Do­rado. Opowia­dano, że w pew­nym ta­jem­ni­czym miej­scu złoty bóg Do­rado ubrany od stóp do głowy w złotą bi­żute­rię, raz w roku zanu­rzał się w świętym jezio­rze, a ty­siące ze­bra­nych na brzegu In­dian rzu­cało mu na po­że­gna­nie dzie­siątki ty­sięcy zło­tych ozdób. Od­na­leźć to miej­sce, wy­do­być z niego zato­pione skarby — oto co przy­świe­cało set­kom uzbrojo­nych Hiszpa­nów, gdy, nie ba­cząc na głód, cho­roby, nie­przy­chylny kli­mat i ogromne góry — wszerz i wzdłuż przemie­rzali Ko­lum­bię i tortu­ro­wali schwyta­nych In­dian, aby zmu­sić ich do wskazania Kra­iny Złota.

Nie­stety, nikt nigdy nie trafił do El Do­rado. Mimo to statki wra­cały do Hiszpanii obła­do­wane skar­bami zra­bo­wa­nymi ze świątyń in­diań­skich i sta­rych gro­bow­ców. W Eu­ropie, nie ba­cząc na urodę i mi­sterne wy­ko­nanie zło­tych wy­ro­bów, przeta­piano je na sztaby i na mo­nety z po­dobi­znami kró­lów. Los jed­nak po­trafił nie­kiedy mścić się na kon­kwi­sta­do­rach za ich okru­cień­stwo, za za­chłanną żądzę zdo­bycia bo­gactwa. Nie­które ze zra­bo­wa­nych wy­ro­bów oka­zy­wały się sto­pem nie­wiel­kiej ilości złota ze sre­brem i mie­dzią, czyli tak zwaną tem­baga. In­dia­nie znali bo­wiem tech­nikę po­cią­gania po­wierzchni me­talu so­kiem pew­nej ro­śliny, któ­rej kwas roz­pusz­czał war­stwę mie­dzi i czy­nił ją po­dobną do ciemnego złota. I tak oto nie­jeden zdo­bywca, który mie­nił się już bo­ga­czem, po­nie­waż zra­bo­wał mnó­stwo in­diań­skich przed­miotów, rap­tem sta­wał się że­bra­kiem.

Roz­ko­py­wa­nie sta­rych, in­diań­skich gro­bów i po­szu­ki­wa­nie zło­tych skar­bów trwało aż do po­czątku XX wieku. Po kon­kwi­sta­do­rach przy­szła kolej na po­szu­ki­wa­czy skar­bów. W ten spo­sób dzie­siątki ty­sięcy prze­pięk­nych ozdób i in­nych przed­miotów, wy­ko­ny­wa­nych rę­kami uta­len­to­wa­nych rze­mieślni­ków, przeto­piono w pie­cach albo sprzedano do in­nych kra­jów, nisz­cząc bez­cenne ślady kul­tury in­diań­skiej. Aż wreszcie Julio Caro i dr Luis An­gel Arango zor­gani­zo­wali w ty­siąc dziewięć­set trzy­dzie­stym dziewią­tym roku, przy Banku Re­pu­bliki Ko­lum­bij­skiej, Mu­zeum Złota. W ty­siąc dziewięć­set sześćdzie­sią­tym ósmym roku mu­zeum prze­nie­siono do spe­cjal­nego bu­dynku, wy­posa­żo­nego w sale wy­sta­wowe, gdzie zgroma­dzono pięt­na­ście ty­sięcy za­byt­ków sztuki złot­ni­czej daw­nych miesz­kań­ców Ko­lum­bii. Jest to je­dyna taka ko­lek­cja na ca­łym świe­cie. Można tam zo­ba­czyć mi­ster­nie wy­ko­naną figu­ralną przy­krywkę do na­czy­nia, pek­torał z Re­strepo z or­na­mentami na brze­gach i ma­ską po­środku, wspaniały na­szyj­nik, skła­da­jący się aż z czterdzie­stu ośmiu ma­lut­kich czę­ści przedsta­wia­ją­cych styli­zo­wane kro­ko­dyle, złotą bu­telkę — je­den z naj­bar­dziej zna­nych wy­ro­bów złot­nic­twa ko­lum­bij­skiego, i barkę sym­boli­zu­jącą le­gendę o El Do­rado — na barce wy­ła­do­wa­nej zło­tem i szmarag­dami pły­nie wódz i na­czel­nicy.

Tej ogromnej ilości eks­po­na­tów nie jest się w sta­nie po­kazać od razu zwiedza­ją­cym, na­wet w ogrom­nym mu­zeum peł­nym du­żych sal wy­sta­wo­wych. Żadne zresztą mu­zeum na świe­cie nie eks­po­nuje ca­łego swojego bo­gactwa, ale od czasu do czasu urzą­dza wy­stawy spe­cjali­styczne, po­świę­cone ja­kiejś cie­ka­wej gru­pie za­byt­ków. Dla­tego każde mu­zeum po­siada ma­ga­zyny, które wciąż uzu­peł­nia coraz to no­wymi skar­bami.

Nie do sal wy­sta­wo­wych, a wła­śnie do ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota do­stali się wła­my­wa­cze i zra­bo­wali stamtąd przed­mioty, które miały być eks­po­no­wane na ko­lej­nych wy­sta­wach. Jak teraz od­na­leźć owych wła­my­wa­czy? W jaki spo­sób wpaść na ich trop? Ja­kimi spo­so­bami od­zy­skać przed­mioty bez­cenne nie tylko dla Ko­lum­bii, lecz dla całej światowej kul­tury?

Te i po­dobne pyta­nia za­da­wa­łem sobie aż do rana pod­czas ostatniej nocy spę­dzo­nej w ho­telu Hil­ton. Ga­zety ko­lum­bij­skie, które zo­sta­wił mi dy­rek­tor Mar­czak, po­da­wały pełny spis skra­dzio­nych rze­czy i liczne ich foto­gra­fie. Sta­rałem się utrwalić w pa­mięci naj­cen­niej­sze i naj­pięk­niej­sze z tych skar­bów, za­pa­mię­tać ich wy­gląd na pod­sta­wie foto­grafii ga­ze­to­wych.

A ran­kiem wraz z panną Flo­ren­tyną bar­dzo sta­ran­nie przejrza­łem swoje rze­czy, po­se­gre­go­wa­łem je na te, które będą mi nie­odzowne, i na takie, bez któ­rych mogę się obejść. Te ostatnie uło­ży­łem w wa­lizce — miała ona odle­cieć sa­mo­lotem do Pa­ryża i tam na lotni­sku Orly po­zo­stać tak długo, aż się po nią sam zgło­szę. Rze­czy nie­zbędne (wśród nich Bi­blię od Con­nora) wło­ży­łem do torby po­dróż­nej. Panna Flo­ren­tyna do­my­ślała się, że z tą torbą za­mie­rzam umknąć z lotni­ska tuż przed od­lotem na­szego sa­mo­lotu. Jesz­cze nie wie­działem, jak to uczynię, spo­dziewa­łem się jed­nak, że tak duże lotni­sko, jak to w Bo­gocie, musi mieć kilka wejść i kilka wyjść. Po­sta­no­wi­łem, że gdy moja wa­lizka przejdzie już od­prawę celną, którą za­pewne ob­ser­wo­wać bę­dzie taj­niak Sala­zara Esponozy, i zo­sta­nie umiesz­czona na transpor­terze do sa­mo­lotu, prze­cho­dząc do sali od­prawy pasz­por­towej umknę spod ob­ser­wacji i bocznym wyj­ściem wy­do­stanę się z gma­chu dworca lotni­czego. Go­dzinę lub dwie po­zo­stanę ukryty, a kiedy upewnię się, że mój ob­ser­wator po­wró­cił do mia­sta, tak­sówką każę się za­wieźć do poło­żo­nego w bar­dzo ru­chli­wej dzielnicy Bo­goty ho­telu Tun­dama. Tam za­mel­duję się jako ho­len­der­ski tury­sta Thomas van Ha­gen i z po­koju ho­telo­wego za­tele­fo­nuję do panny Leti­cii Lu­ci­nante.

Nie­stety, nie przewi­działem, że na lotni­sko od­pro­wa­dzi nas nie jeden agent, lecz kilku. Wy­peł­niali cały sa­mo­chód oso­bowy, który spod ho­telu Hil­ton wy­ru­szył w ślad za naszą tak­sówką. Esponoza nie był głup­cem, nie uwie­rzył, że taki człowiek jak Raymond Con­nor nie na­wią­zał ze mną kon­taktu i nie wciągnął mnie do współ­pracy z Biu­rem Ko­or­dy­na­cyj­nym. Nie dał także wiary mo­jemu za­pew­nie­niu, że opuszczę Bo­gotę, obo­jętny na los skra­dzio­nych z mu­zeum przed­miotów. Panna Flo­ren­tyna (znowu ubrana w tu­nikę przy­ozdobioną kloc­ko­wa­tym na­szyj­ni­kiem) jesz­cze raz, już w dro­dze na lotni­sko, pró­bo­wała mnie prze­ko­nać o ko­nieczności swojego po­zo­sta­nia w Bo­gocie. Po­wta­rzała z upo­rem:

— Dy­rek­tor Mar­czak roz­kazał mi nie od­stę­po­wać pana ani na krok. A pan tym­cza­sem chce się mnie po­zbyć. Prze­cież pan nie zna hisz­pań­skiego, pan sobie nie pora­dzi bez mojej po­mocy...

Wpadłem na po­mysł, jak ją prze­ko­nać do wy­jazdu z Bo­goty.

— Pani się myli, panno Flo­ren­tyno — kła­ma­łem. — Cho­dzi mi po pro­stu o bar­dzo sprytny wy­bieg. Pani strój i pani osoba zwróci na sie­bie uwagę ob­ser­wu­ją­cych taj­nia­ków. Gdy zo­baczą, że pani wsiada do sa­mo­lotu, po­my­ślą, że ja także opusz­czam Bo­gotę. W ten spo­sób, dzięki pani, uda mi się zmy­lić ich czuj­ność. A pani, po spo­tka­niu z dy­rek­to­rem Mar­cza­kiem, znowu przyleci do Bo­goty. W ho­telu Hil­ton zo­sta­wię dla pani wia­do­mość, gdzie się ukrywam.

Kłamstwo było — jak to się po­wiada — szyte gru­bymi nićmi, ale panna Flo­ren­tyna w nie uwie­rzyła. Nie wie­działa, bie­daczka, że w ślad za nią za­mie­rzam wy­słać do Pa­ryża za­szy­fro­waną depe­szę z prośbą, aby pod żad­nym pozo­rem nie przy­sy­łano mi takiej współpra­cow­niczki. Cóż mi bo­wiem mo­gło przyjść z jej zna­jo­mo­ści dzie­się­ciu języ­ków oraz ję­zyka su­ahili i pa­pia­mento, skoro ją przede wszystkim pa­sjo­no­wały sprawy UFO?

— Pan się na mnie nie gniewa za mój wczoraj­szy strój i wy­stęp w coctail-ba­rze? — upewniła się.

— Oczywi­ście, że się nie gniewam. Prze­ko­na­łem się, że pani ma zgrabne nogi, jest pani ładną i in­tere­su­jącą ko­bietą. Na­wet w tej chwili, mimo tu­niki i na­szyj­nika, do­strzegam pani ładną twarz i prze­piękne oczy.

To była prawda. Po wczoraj­szym „wy­stę­pie” po­zo­stała jej nowa fry­zura, która od­sła­niała czoło, oczy i nos. W tej fry­zurze Flo­ren­tyna wy­gląda rze­czy­wi­ście na ładną dziew­czynę.

Na lotni­sku spadł na mnie nowy kło­pot. Wpraw­dzie, tak jak przewi­dy­wa­łem, w gma­chu portu lotni­czego było kilka wejść i kilka wyjść, ale wszystkie na­tychmiast zo­stały ob­sa­dzone przez ludzi Esponozy. Mój zna­jomy taj­niak nie spuszczał mnie z oka. Na­su­nąw­szy ka­pe­lusz na czoło i usa­do­wiw­szy się na ka­napie w ogromnej po­cze­kalni, z szy­der­czym uśmie­chem ob­ser­wo­wał, jak ner­wowo cho­dzę to tu, to tam, aby zna­leźć wyj­ście, któ­rego nie strzegli lu­dzie in­spektora. A tym­cza­sem z gło­śnika za­po­wia­dano odlot sa­mo­lotu do Pa­ryża. Co mia­łem zro­bić? Od­da­łem swoją wa­lizkę do ocle­nia, a po­tem zo­ba­czy­łem, że od­jeż­dża na transpor­terze. Pasa­że­rom od­latu­ją­cym do Pa­ryża ka­zano tym­cza­sem udać się do sali od­prawy pasz­por­towej, co już uczyniła panna Flo­ren­tyna. Zro­zu­mia­łem, że nie zdo­łam się uwolnić spod ob­ser­wacji i moje plany zo­stały po­krzy­żo­wane. Mo­głem tylko odle­cieć do Pa­ryża wraz z Flo­ren­tyna i ewentual­nie, w kilka dni póź­niej, po poro­zu­mie­niu z Con­no­rem, wró­cić do Bo­goty.

Zre­zy­gno­waw­szy z ucieczki, wmiesza­łem się w tłu­mek pasa­że­rów tło­czą­cych się do wą­skiego przejścia, gdzie dwaj ofi­ce­rowie stemplo­wali pasz­porty. Na­gle jakiś bar­czy­sty Mu­rzyn w szo­fer­skiej czapce na gło­wie do­tknął mego ra­mie­nia i szep­nął ła­maną an­gielszczy­zną, abym udał się na­tychmiast do znaj­dują­cej się tuż obok mę­skiej toa­lety. Nie za­sta­na­wia­łem się, kim jest ten człowiek i na czyje działa pole­cenie. Bły­ska­wicznie znik­ną­łem w drzwiach toa­lety, a on wszedł za mną. W mil­cze­niu wrę­czył mi jakąś torbę po­dróżną i ode­brał moją wła­sną. Na­stęp­nie, mimo mo­ich pro­te­stów, szybkimi ru­chami wy­sma­rował mi twarz jakąś ciemną ma­ścią tak, że wy­glą­da­łem jak Mu­rzyn. Na głowę wło­żył mi swoją czapkę szo­fera.

— Pro­szę iść do wyj­ścia na par­king sa­mo­cho­dowy — roz­kazał, a kiedy za­wa­ha­łem się, dodał: — W czar­nym bu­icku czeka na pana przyjaciel.

Co mo­głem zro­bić? Chyba tylko po­słu­chać tego pole­cenia. Dla­tego nie­dba­łym kro­kiem kie­rowcy, który przy­był na lotni­sko po swego zwierzch­nika, wy­sze­dłem z to­alety. Ma­sze­rując w kie­runku wyj­ścia z napi­sem „Par­king sa­mo­cho­dowy”, ką­tem oka do­strzegłem zna­jo­mego agenta, który już za­czy­nał się nie­po­koić, nie wi­dząc mnie w tłoku pasa­że­rów do­ko­nują­cych od­prawy pasz­por­towej. Nie zwrócił uwagi na Mu­rzyna, który także opu­ścił toa­letę i teraz wol­nym kro­kiem przemie­rzał ogromną po­cze­kal­nię.

Z biją­cym ser­cem mi­ną­łem sa­mo­otwiera­jące się szklane drzwi i od razu wśród dzie­siąt­ków sa­mo­cho­dów uj­rza­łem wiel­kiego, czar­nego bu­icka. Na drzwicz­kach był napis w ję­zyku hisz­pań­skim.

— Wejdź szyb­ciej, To­ma­szu — usły­sza­łem zna­jomy głos Ralfa Daw­sona. — Zaj­mij miej­sce tuż przy mnie i nie pytaj o nic. Za­suń także fi­rankę w oknie po swojej stro­nie.

Co mia­łem uczynić? Cof­nąć się i od­dać w ręce ludzi Esponozy? Zro­biłem tak, jak mi roz­kazał Daw­son. Za­jąłem miej­sce w sa­mo­cho­dzie, zasu­ną­łem fi­rankę. Po chwili zbli­żył się do nas ten sam Mu­rzyn. Niósł moją torbę po­dróżną, a gdy za­siadł za kie­row­nicą, ode­brał mi swoją czapkę. Do­piero wtedy za­uwa­ży­łem, że na jej otoku wid­nieje napis: „Sa­nato­rium dr Alva­reza”.

— Tak, To­ma­szu — przytaknął Daw­son, jak gdyby zga­dując moje myśli. — Je­dziemy do sa­nato­rium. Tam nie bę­dzie cię szu­kać Esponoza. W spo­koj­nej at­mos­ferze zdo­łamy omówić sprawy, które nas oby­dwu inte­re­sują.

Czarny kie­rowca szybko wy­pro­wa­dził wóz na auto­stradę do mia­sta.

Za­chi­cho­tałem wy­obra­ziw­szy sobie, jak agenci Esponozy mio­tają się teraz po po­cze­kalni lotni­ska. I co zrobi in­spektor, gdy mu za­mel­dują, że wy­mknąłem się spod ob­ser­wacji i nie odle­cia­łem do Pa­ryża.

Daw­son i tym ra­zem jak gdyby od­czy­tał moje myśli.

— Nie oba­wiaj się, To­ma­szu — rzekł swym mi­łym gło­sem. — Z lęku przed gniewem in­spektora i utratą po­sady twój „Anioł Stróż” okłamie Esponozę, po­wie, że jed­nak odle­ciałeś do Pa­ryża. Prze­cież nikt nie uwie­rzy, że stałeś się rap­tem nie­wi­dzialny.

Sa­mo­chód skrę­cił z auto­strady w boczną szosę i po­mknął w kie­runku ogrom­nych, dzi­kich gór.

— Skąd wie­działeś, że chcę zo­stać w Bo­gocie i bę­dzie mi po­trzebna po­moc? — za­py­tałem, także prze­cho­dząc na „ty”, jak to przed chwilą uczynił Daw­son.

Tym ra­zem to on za­śmiał się cicho:

— Czy my­ślisz, że je­stem mniej inte­li­gentny od in­spektora? Tacy jak ty nie rezy­gnują z walki. Na­prawdę trudno mi było uwie­rzyć, aby Se­#241;or Co­che­cito na­wet nie ze­chciał spró­bo­wać zna­leźć zło­dziei za­byt­ków. Zresztą mam mnó­stwo zna­jo­mych w ho­telu Hil­ton i do­wie­działem się od nich, że Raymond Con­nor był u cie­bie wczoraj rano. Po­my­śla­łem, że na pewno zgo­dzi­łeś się współpra­co­wać z Biu­rem Ko­or­dy­na­cyj­nym i bę­dziesz usi­łował zo­stać w Bo­gocie w taki spo­sób, aby o tym nie wie­dział Esponoza. Je­dyne zaś miej­sce, gdzie można spró­bo­wać uwolnić się od jego „opieki”, to port lotni­czy.

— Nie­stety, bez two­jej po­mocy mu­siał­bym jed­nak odle­cieć.

— Tak też po­my­śla­łem. I dla­tego zna­la­złem spo­sób, abyś tego nie zro­bił.

— Ale dla­czego, na mi­łość bo­ską?!

— Mó­wi­łem ci prze­cież. W imię Przy­szło­ści — od­parł z po­wagą.

A ja wes­tchnąłem ciężko, bo pod­czas roz­mowy z Daw­so­nem na mo­ment za­po­mniałem, że mam do czy­nie­nia z wa­ria­tem. Je­dziemy zaś nie gdzie in­dziej, tylko do sa­nato­rium dla ner­wowo cho­rych.

Po raz trzeci od­gadł moje myśli. Oświad­czył z mi­łym uśmie­chem:

— Nie prze­szka­dza mi w ni­czym fakt, że uwa­żasz mnie za czło­wieka nie­spełna ro­zumu. Udowod­niłem przed chwilą, że mimo to po­trafię ci po­móc. Nie za­mie­rzam prze­ko­ny­wać cię, że nie je­stem wa­ria­tem. Naj­waż­niej­sze, abyś mi choć tro­chę za­ufał. Łą­czy nas jedno: pra­gnie­nie od­nale­zie­nia zło­dziei i ich łupu. A skoro nasze cele są zbieżne, nie sta­nie się nic złego, jeśli połą­czymy także nasze wy­siłki.

— Ja pra­gnę od­na­leźć łup i zwrócić za­byt­kowe przed­mioty do Mu­zeum Złota — po­wie­działem. — Ty na­to­miast, jak mi wy­ja­śniłeś, chcesz od­na­leźć jakiś przedmiot i zniszczyć go.

— Tak. Ale to nie jest przedmiot za­byt­kowy. To nie dzieło sztuki pre­ko­lum­bij­skiej. Jeśli więc od­najdę go i zniszczę, ty bę­dziesz miał spo­kojne su­mie­nie.

Sa­mo­chód pro­wa­dzony przez czar­no­skó­rego kie­rowcę naj­pierw piął się ser­pen­tyną w górę, a po­tem za­częli­śmy — nie­mal na łeb i szyję — zjeż­dżać w dół, w ogromną, zie­loną do­linę, którą pły­nęła Rio Bo­gota. To tutaj nad sa­mym brze­giem rzeki ka­mienny mur ota­czał dość duży teren, gdzie w zie­leni drzew i krzewów eg­zo­tycz­nych znaj­do­wało się kil­ka­dzie­siąt bar­dzo pięk­nych pa­wilo­ni­ków, poo­gra­dza­nych sta­ran­nie strzyżo­nymi ży­wo­pło­tami. Gdyby nie wy­soka, zro­biona z ku­tego że­laza brama ze strażni­kiem w uni­for­mie, można by po­my­śleć, że ten za­kątek z jego ciszą i spo­ko­jem jest ja­kimś no­wym rajem na ziemi.

Tuż przy bra­mie wjazdo­wej zo­ba­czy­łem pała­cyk — chyba główny bu­dy­nek sa­nato­rium. Tu prawdo­po­dob­nie urzę­do­wał dok­tor Alva­rez, tu go­to­wano po­siłki, które na­stęp­nie liczna służba w bia­łych far­tu­chach spe­cjal­nymi elek­trycznymi wóz­kami do­star­czała do po­szczegól­nych dom­ków, do każ­dego bo­wiem pro­wa­dziła wyżwi­ro­wana i sta­ran­nie utrzymana dróżka. Do­wie­działem się od Daw­sona, że dok­tor Alva­rez po­zwala spo­tykać się tym pa­cjentom, któ­rzy wy­rażali na to ochotę i przyjaźnili się ze sobą. Mo­gli oni na­wet za­pra­szać się wzajem­nie do swych pa­wilo­ni­ków, urzą­dzać przyjęcia, a także ko­rzy­stać z kor­tów teni­so­wych na za­ple­czu pała­cyku, z bo­gatej bi­blio­teki, z sali ki­no­wej. Jed­nym sło­wem, tera­pia dok­tora Alva­reza pole­gała na tym, że pa­cjent miał prawo do sa­mot­ności, ale w każ­dej chwili mógł z niej zre­zy­gno­wać. Miał też moż­li­wość peł­nego roz­wija­nia swych za­inte­re­so­wań — pa­cjenci po­sia­dali małe labo­rato­ria che­miczne, sto­larnie, wła­sne pra­cow­nie ma­lar­skie i rzeź­biar­skie. Po­bieżny rzut oka na to sa­nato­rium wy­star­czył, aby do­my­ślić się, że pobyt w nim był nie­zwy­kle kosztowny. Ro­dziny mi­lio­ne­rów kie­ro­wały tutaj swych naj­bliż­szych, jeśli stwier­dzono u nich ner­wicę albo gdy mieli sza­leń­cze po­my­sły, które mo­gły zruj­no­wać ro­dzinne firmy lub kom­pro­mi­to­wać in­nych w oczach opi­nii pu­blicznej. Nie, nie było to żadne luk­su­sowe wię­zie­nie, choć i ta­kie po­dej­rze­nie mi się na­su­nęło. Daw­son za­pew­nił mnie, że tak na­prawdę tylko jeden strażnik czuwa przy bra­mie, bez trudu można więc prze­do­stać się przez mur oka­la­jący sa­nato­rium. Doktor — na­wet za naj­wyż­sze ho­nora­ria — nie godzi się przyjmo­wać pa­cjentów nie­bez­piecznych dla oto­cze­nia, na­to­miast chęt­nie widzi róż­nego ro­dzaju dzi­wa­ków i ła­god­nych sza­leń­ców. Jeśli u któ­regoś z nich stwierdzi ja­kieś groźne ob­jawy, po­wia­da­mia ro­dzinę i po­leca prze­nieść cho­rego do spe­cjali­stycznej kli­niki. Tak więc w isto­cie dok­tor Alva­rez bar­dzo uła­twia sobie pracę. Jego za­danie to po pro­stu stwa­rza­nie pa­cjentom ta­kich wa­run­ków, w ja­kich czują się naj­lepiej.

Sa­mo­chód za­trzymał się przed pała­cy­kiem. Dalej już po­szli­śmy z Daw­so­nem na pie­chotę jego „pry­watną” drogą wy­ty­czoną ścia­nami ży­wo­płotu. Za­uwa­ży­łem, że Ralf wrę­czył dys­kret­nie kie­rowcy po­kaźny na­pi­wek i że nikt ze służby krę­cącej się przed pała­cy­kiem nie zwrócił na mnie uwagi. Za­pewne pa­cjenci mieli prawo przyjmo­wać gości spoza sa­nato­rium.

— Pa­mię­taj, To­ma­szu, że prze­by­wam tutaj już od dzie­się­ciu lat — oświad­czył mi Daw­son, znowu zga­dując moje myśli. — W tym cza­sie przy po­mocy środ­ków fi­nan­so­wych za­skar­biłem sobie sym­patię ca­łego per­so­nelu sa­nato­ryj­nego. Jeśli ze­chcę, aby dok­tor Alva­rez nie do­wie­dział się o twoim u mnie po­bycie, mo­żesz być pe­wien, że się nie do­wie.

To mó­wiąc uśmiech­nął się i pro­wa­dząc mnie dalej alejką, za­czął opo­wia­dać:

— Mnie się wy­daje, że je­stem człowie­kiem z UFO. Na­to­miast mój są­siad, Rod­rigo de Cu­nillo, syn wiel­kiego pe­ru­wiań­skiego mi­lio­nera, sądzi, że jest człowie­kiem-pta­kiem i ma po­dob­nie jak ptak kości puste w środku. Pew­nego dnia usi­łował wzlecieć z ta­rasu w domu swego ojca, co skończyło się stłu­cze­niem nogi. U nas czuje się świetnie, gdyż Alva­rez skon­stru­ował mu spe­cjalną wagę. Ro­drigo waży się na niej co­dziennie i od­krywa, że rze­czy­wi­ście jest lżej­szy niż inni lu­dzie. Doktor prze­konał go, aby nie usi­łował latać, do­póki nie wy­rosną mu pióra u ra­mion. Drugi mój naj­bliż­szy są­siad, Burt Dun­can, brat pew­nego mi­liar­dera z Dal­las, wie­rzy że jest Ta­rza­nem wy­cho­wa­nym przez małpy. Doktor Alva­rez kazał mu skon­stru­ować spe­cjalny ha­mak mię­dzy gałę­ziami drzewa, w któ­rym za­zwy­czaj sypia. W porze desz­czo­wej oczywi­ście prze­nosi się do swego pa­wilo­niku, a kiedy znu­dzi mu się huś­tanie na li­nach, ga­wę­dzi sobie przy kie­liszku sherry. Człowiek-ptak też jest zresztą przemiły. Po­znasz ich oby­dwu i na pewno polu­bisz.

Do­szli­śmy do par­tero­wego, bia­łego bu­dynku oto­czo­nego ma­łym ogród­kiem peł­nym prze­pięk­nych kwit­ną­cych, eg­zo­tycz­nych kwiatów. Na par­terze domku był ogromny pokój, po­dzielony jak gdyby na trzy czę­ści. W jed­nej czę­ści znaj­do­wała się sy­pial­nia, w dru­giej — coś w ro­dzaju ba­wialni z bi­blio­teką, fote­lami i ko­min­kiem oraz ba­rem, w trze­ciej była pra­cow­nia. Ja­kim ce­lom słu­żyła, nie wiem. Wi­działem tylko kilka za­mkniętych szaf, półki ze szklanymi re­tor­tami i dwa pal­niki ga­zowe. Z pra­cowni schody pro­wa­dziły na pod­dasze.

— Na górze mam ma­lutki aparta­ment. Tam bę­dziesz spał — poin­for­mo­wał mnie Daw­son.

— Wspaniale mieszkasz — stwierdzi­łem. — Cu­downe miej­sce do wy­po­czynku.

— Owszem. Ale ja tu już je­stem dzie­sięć lat. Zwa­rio­wać można z nu­dów — ro­ze­śmiał się.

Z półki nad ko­min­kiem ode­zwał się cichy sy­gnał, coś jak brzę­cze­nie tele­fonu. I rze­czy­wi­ście stał tam apa­rat tele­fo­niczny. Daw­son zdjął słu­chawkę i roz­po­czął roz­mowę:

— Cześć, Rod­rigo. Tak, wró­ciłem już z Bo­goty i za­mie­rzam tro­chę po­mieszkać u sie­bie. Co? Na­prawdę dziś wa­żysz o pięć mili­gra­mów mniej niż wczoraj? No, tak, to cu­downe. Cie­szę się, że ro­bisz po­stępy. Masz ochotę mnie od­wie­dzić? Do­sko­nale. Za­pra­szam cię na ju­trzej­szy wie­czór, dziś bo­wiem mój gość musi wy­po­cząć. Chcesz przyjść w towa­rzy­stwie Burta? Nie mam nic prze­ciwko temu, pod wa­run­kiem, że tym ra­zem nie zjawi się u mnie w sli­pach zro­bio­nych z ty­gry­siej skóry. Przypo­mnij mu, że u mnie po go­dzi­nie dziewięt­na­stej obo­wią­zuje strój wie­czo­rowy. Coś mi się zdaje, że Burt za­po­mniał, iż Ta­rzan był jed­no­cze­śnie lor­dem Greystoke i od czasu do czasu nosił także frak lub smo­king... Tak, mam go­ścia. Nie oba­wiaj się, to zu­peł­nie nie­szkodliwy ma­niak. Wy­obraża so­bie, że jest de­tek­ty­wem, spe­cjali­stą od zło­dziei dzieł sztuki, i nosi pseudo­nim Se­#241;or Co­che­cito. Praw­dziwy Se­#241;or Co­che­cito odle­ciał dziś do Pa­ryża, wi­działem to na wła­sne oczy. Nie rób jed­nak przy­kro­ści mo­jemu go­ściowi i traktuj go z całą po­wagą. W rze­czy­wi­stości jest Ho­len­drem, ale udaje, że nie umie ani słowa po ho­len­der­sku, na­to­miast świetnie włada an­giel­skim, a także nie­mieckim, fran­cu­skim i pol­skim. Co, nie umiesz po pol­sku? Nie szkodzi. Rozma­wiaj z nim po an­giel­sku. Od czasu do czasu zwracaj się do niego per „se­#241;or Po­lacco”, a bę­dzie tobą za­chwycony. Wi­działeś w na­szej bi­blio­tece roz­mówki an­giel­sko-pol­skie? Nie trudź się. Rod­rigo, za­pew­niam cię, że on też nie zna pol­skiego...

Daw­son skończył wreszcie tę ab­sur­dalną roz­mowę.

Po­wie­działem z obu­rze­niem:

— Nie ro­zu­miem, Ralf, dla­czego przedsta­wiasz mnie jako wa­riata?

Daw­son bez­rad­nie roz­łożył ręce:

— Znasz przy­sło­wie: jeśli wszedłeś mię­dzy wrony, mu­sisz kra­kać jak i one. To jest, To­ma­szu, sa­nato­rium dla wa­ria­tów. A te­raz idź na górę, weź prysznic i po­zbądź się ciemnej farby z twa­rzy. W sza­fie znaj­dziesz gar­ni­tury. Je­ste­śmy tego sa­mego wzrostu, więc któ­ryś z nich bę­dzie na cie­bie pa­so­wał. Zaraz przy­wiozą obiad na dwie osoby, a do obiadu w moim domu na­leży się prze­brać. Wy­bierz strój ele­gancki, al­bo­wiem mam tu opi­nię czło­wieka, który ceni dobre ma­niery.

Bez słowa po­sze­dłem na górę do ma­łego aparta­mentu zło­żo­nego z sy­pialni, mi­kro­sko­pij­nego salo­niku oraz luk­su­so­wej ła­zienki. Pod­sze­dłem do man­sar­do­wego okna i uj­rza­łem nie­prze­bytą ścianę zie­leni. I na­gle — sam nie wiem czemu — po­czu­łem się jak ktoś schwytany w pu­łapkę. Jeśli Ralf Daw­son skłamał mó­wiąc, że tylko jeden strażnik pil­nuje bramy, w rze­czy­wi­stości zaś sa­nato­rium jest zna­ko­micie strzeżone, mo­gło to oznaczać tylko jedno, zna­la­złem się w luk­su­so­wym areszcie, zdany na łaskę i nie­łaskę czło­wieka, który z mi­łym uśmie­chem na twa­rzy bez­tro­sko twierdził, że wy­siadł z UFO, aby ura­to­wać Przy­szłość.

 


ROZDZIAŁ SIÓDMY [top]

TAJEMNICA HOLENDERSKIEGO PASZPORTU • ZAGADKA CZŁOWIEKA Z UFO • JAK PODRÓŻUJĄ LUDZIE PRZYSZŁOŚCI • WYPRAWA W GŁĄB SIEBIE • PRZYBYSZ Z DZIEWIĘĆ TYSIĘCY STO DZIEWIĄTEGO ROKU • HISTORIA PRZYSZŁOŚCI • RÓWNOWAGA WSZECHŚWIATA • STRASZNA SIŁA „PSI” • JAK POSZUKIWANO ZAGINIONEGO PRZEDMIOTU • OSTATNIA SZANSA

 

Obiad przywiózł nam na elek­trycznym wózku mil­czący In­dia­nin. Roz­sta­wił dania na stole, skło­nił się i odje­chał rów­nież bez słowa. Naj­pierw jedli­śmy zupę z roz­go­to­wa­nymi ka­wał­kami pro­siaka, z mnó­stwem ja­rzyn, ku­ku­rydzą i ry­żem, przy­pra­wioną ostrym so­sem z aji, cze­goś w ro­dzaju pa­pryki. Na dru­gie otrzymali­śmy ta­ma­les — ugo­to­wany ryż, wy­mie­szany z gro­chem, ce­bulą, sie­ka­nym mię­sem pro­sięcia i z wbi­tymi jaj­kami. Wszystko to zo­stało owi­nięte w li­ście ba­na­nowe i pod­grzane. Po­tem jedli­śmy lody o róż­nych sma­kach.

Po obie­dzie usie­dli­śmy w fote­lach, każdy z nas z fili­żanką kawy w dłoni. Ja za­pali­łem cy­garo.

— Swoim są­sia­dom po­wie­działeś, że je­stem Ho­len­drem. Skąd wiesz, że mam ho­len­der­ski pasz­port? — za­py­tałem.

Po­pa­trzył na mnie ze zdziwie­niem:

— Nie do­my­śliłeś się, że to ja ka­za­łem ci go do­star­czyć? Było tro­chę kło­potu ze zdo­by­ciem two­jego zdję­cia, ale re­cep­cjo­nista w ho­telu Hil­ton za od­po­wiednią opłatą zro­bił od­bitkę z foto­grafii w twoim prawdzi­wym pasz­por­cie.

— Do licha, dla­czego uczyniłeś mnie aku­rat Ho­len­drem? I po co mi fał­szywy pasz­port?

— Ech, To­ma­szu — wes­tchnął Daw­son z uda­nym ubo­le­wa­niem. — Zo­stałeś Ho­len­drem, po­nie­waż naj­ła­twiej było mi zdo­być pasz­port ho­len­der­ski. W Ko­lum­bii i w są­sied­nich kra­jach bywa bar­dzo mało Pola­ków. Twój pol­ski pasz­port mu­siałby siłą rze­czy wzbudzić za­inte­re­so­wa­nie wła­ści­cieli hoteli, po­li­cjantów. A obecność Ho­len­dra ni­kogo tu nie dziwi i nie za­sta­na­wia. Poza tym mia­łem jesz­cze jedną sprawę na względzie. Mu­sia­łem brać pod uwagę i taką ewentual­ność, że umy­kając z lot­niska nie ze­chcesz sko­rzy­stać z mojej po­mocy. Przewi­dy­wa­łem, że wówczas pod fał­szy­wym na­zwi­skiem za­mel­du­jesz się w któ­rymś z hoteli i ze­chcesz skontak­to­wać się z panną Leti­cią Lu­ci­nante.

— Tak wła­śnie pla­no­wa­łem.

— A panna Leti­cia Lu­ci­nante — oświad­czył z uśmie­chem — przywio­złaby cię tutaj. Al­bo­wiem za­równo ona, jak i całe „Wiado­mo­ści Bo­goty” są do mojej dys­po­zycji. W swoim cza­sie re­dak­cja zna­lazła się w kło­po­tach fi­nan­so­wych, po­mo­głem im i sta­łem się udziałow­cem wy­daw­nic­twa. W za­mian za to je­stem przez tę re­dak­cję in­for­mo­wany w pierwszej ko­lej­ności o wszelkich inte­re­sują­cych mnie sprawach. Tak czy ina­czej, To­ma­szu, do­szłoby wkrótce do na­szego spo­tka­nia i na­szej współ­pracy.

— Je­steś pe­wien, że bę­dziemy ra­zem szu­kać zło­dziei?

— Tak — od­parł bez­tro­sko. — Nie masz in­nego wyj­ścia. Zro­biłem cię Ho­len­drem, wkrótce uczynię wa­ria­tem. A po­nie­waż ja już je­stem wa­ria­tem, po­dróż dwóch zwa­rio­wa­nych gringo nie wzbudzi większego za­inte­re­so­wa­nia. Do­dam, że w Ko­lum­bii wszyst­kich gringo uważa się za coś w ro­dzaju wa­ria­tów.

— Nie jesteś wa­ria­tem — stwierdzi­łem sta­now­czo.

— Słusznie — ski­nął głową. — Chciał­bym jesz­cze, abyś uwie­rzył, że je­stem człowie­kiem z Przy­szło­ści.

Od­sta­wi­łem na stolik nie do­pitą kawę, zga­siłem nie do­pa­lone cy­garo. Po­sta­no­wi­łem raz wreszcie wy­ja­śnić do końca sprawę Ralfa Daw­sona. Wie­działem, że je­stem w jego rę­kach, zdany w pew­nym sen­sie na jego łaskę i nie­łaskę — ale choćbym miał zre­zy­gno­wać z po­szu­ki­wa­nia zło­dziei, nie za­mie­rza­łem współpra­co­wać z człowie­kiem, który pro­wa­dził ze mną po­dwójną grę.

— Po­wiedz mi, kim jesteś na­prawdę.

Po­pa­trzył na mnie z odrobiną smutku i zdziwie­nia w oczach, jak gdyby było mu przy­kro, że jed­nak mu nie ufam.

— Można mnie zra­nić, zadać ból, a na­wet zabić — po­wie­dział. — Tak, można mnie zabić, To­ma­szu, po­dob­nie jak każ­dego czło­wieka, który w tej chwili żyje na ziemi. Ale tym róż­nię się od in­nych, że będę wskrze­szony. Pew­nego dnia we­hikuł czasu prze­nik­nie w ty­siąc dziewięć­set sie­dem­dzie­siąty rok i za­bie­rze mnie w Przy­szłość ta­kim, jakim mnie zo­sta­wił — bez żad­nych ran na ciele, bez pa­mięci o tym, że za­dano mi ból albo na­wet śmierć. Wtedy wrócę w swój praw­dziwy czas, to jest w trzy­sta sie­dem­dzie­siąty rok Ery Pa­no­wa­nia Ro­zumu. Co jesz­cze chcesz wie­dzieć?

— Wszystko. Po­wiedz mi o so­bie wszystko. A także o Erze Pa­no­wa­nia Ro­zumu — po­pro­siłem, bo rap­tem po­czu­łem, że wie­rzę temu człowie­kowi i otworzyła się przede mną cu­downa szansa, aby po­znać przy­szłość ludz­kości.

Otworzył oczy i prze­cząco po­kręcił głową:

— Nie­wiele mam ci do wy­ja­śnie­nia. Bo jeśli na­wet po­wiem ci wszystko tak, jak tego pra­gniesz, twoja wy­obraźnia od­rzuci moje słowa.

— Nie je­stem głup­cem, Ralf. Mo­żesz mi wie­rzyć, mam dużą wy­obraźnię — znowu obu­dziła się we mnie nie­pew­ność. Po­my­śla­łem, że zna­lazł wy­bieg, aby się wy­krę­cić od od­po­wie­dzi.

Ale on chyba wie­dział, co czuję. Kiw­nął głową i rzekł:

— To­ma­szu, zadaj mi kon­kretne pyta­nie o jakąś sprawę z Przy­szło­ści, a prze­ko­nasz się, że moja od­po­wiedź bę­dzie dla cie­bie nie­zro­zu­miała, po­dob­nie jak człowie­kowi ze sta­ro­żyt­nego Rzymu nie wy­tłu­ma­czysz, co to jest sa­mo­chód czy mo­to­cykl.

— No wła­śnie, ja­kimi środ­kami transportu się po­słu­guje­cie wy, lu­dzie z trzy ty­siące sto szó­stego roku?

— Żad­nymi, To­ma­szu.

— Nie ro­zu­miem...

— Nie od­czu­wamy po­trzeby prze­mieszcza­nia się w prze­strzeni.

— Na­prawdę, nie ro­zu­miem. Każdy tkwi jak ka­mień?

— Nie. Je­ste­śmy bar­dzo ru­chliwi, ale to nie zna­czy, że poru­szamy się w prze­strzeni. Owszem, od­by­wamy bar­dzo dłu­gie i mę­czące po­dróże, przeważ­nie jed­nak do we­wnątrz sie­bie, we wła­sną wy­obraźnię i we wła­sne myśli.

— Wy­tłu­macz mi to ja­śniej.

— Nie po­trafię, To­ma­szu. Naj­pierw bo­wiem mu­siał­byś zro­zu­mieć, że prze­szło trzy­sta lat wcześniej, to jest na po­czątku Ery Ro­zumu, lu­dzie pojęli, że dą­żenie do wol­ności w ta­kim poję­ciu, jakie ist­nieje w two­ich cza­sach, jest bez­uży­teczne. Wol­ność ze­wnętrzna czło­wieka bywa ogra­ni­czona. Na­to­miast ni­czym nie ogra­ni­czona jest wol­ność we­wnętrzna istoty ludz­kiej. To, co na­zy­wa­cie duszą ludzką lub psy­chiką, nie ma gra­nic i po­zna­wa­nie tego, co jest w nas i w in­nych lu­dziach, bywa nie­zwy­kle fa­scy­nu­jące. Tak więc stali­śmy się isto­tami, które zre­zy­gno­wały z wol­ności ze­wnętrznej na rzecz nie­skończe­nie wiel­kiej wol­ności myśli, uczucia, wy­obraźni i ro­zumu. Od­by­wamy cu­downą wę­drówkę w głąb swojej psy­chiki, prze­ży­wa­jąc pełne przy­gód po­zna­nia swego „ja”, swego „id”, swego „su­per-ja” oraz tego, o czym jesz­cze nie wie­cie, ale co tkwi w czło­wieku i nosi na­zwę siły „psi”. Po­dróż w głąb sie­bie i naj­bliż­szej istoty po­trafi być nie­zwy­kle dra­ma­tyczna, nie­kiedy na­wet tra­giczna i może skończyć się śmiercią myśli, wy­obraźni, ro­zumu. W na­szej jaźni czają się po­twory, prze­pa­ście, pu­sty­nie bez wody, dżungle nie do prze­bycia. I to jest świat, który nas inte­re­suje, To­ma­szu.

— Czy mógłbyś to zro­bić ze mną?

— Nie masz wy­do­sko­nalo­nej w sobie siły „psi”, która umożliwia taką wę­drówkę. W mo­ich cza­sach już od chwili na­ro­dzin czło­wieka owa siła „psi” zo­staje w isto­cie ludz­kiej stop­niowo uru­cha­miana i udo­sko­na­lana. Je­steś człowie­kiem, który większość swojej ener­gii ży­cio­wej prze­zna­cza na życie ze­wnętrzne. W mo­ich cza­sach bywa prze­ciw­nie. Większa część ży­cio­wej ener­gii czło­wieka prze­zna­czona zo­stała na życie we­wnętrzne, du­chowe, a tylko małą jej część ofia­ro­wu­jemy światu ze­wnętrz­nemu: pracy, pro­du­ko­wa­niu żyw­ności, za­cho­wa­niu ga­tunku, dal­szemu roz­wo­jowi tech­niki i cy­wili­zacji.

— Nie cie­kawi was ko­smos i inne ga­lak­tyki?

Nie od razu od­po­wie­dział. Naj­pierw przy­glą­dał mi się długo i z ogromną uwagą, jak gdyby za­sta­na­wia­jąc się, czy je­stem choć tro­chę przy­go­to­wany na jego słowa. Aż wreszcie rzekł cicho:

— Okłama­łem cię, To­ma­szu. Uczyniłem to nie w złych za­mia­rach, ale po to, abyś stop­niowo mógł przyjąć prawdę. Nie po­cho­dzę z trzy ty­siące sto szó­stego roku we­dle wa­szego ka­len­darza, lecz z dziewięć ty­sięcy sto dziewią­tego. To jest z dzie­sią­tego ty­siąc­lecia.

Mil­cza­łem. Ta in­for­ma­cja tak mnie za­sko­czyła, że nie mo­głem wy­po­wie­dzieć słowa. Ogromna prze­strzeń czasu, jaka dzie­liła mnie i tego czło­wieka, stała się dla mo­jego umy­słu wręcz nie­wy­obra­żalna. Je­dyną reak­cją, na jaką po­tra­fiłem się zdo­być, stała się myśl: on jest jed­nak wa­ria­tem. Przy­zwy­cza­jony do ob­co­wa­nia z za­byt­kami, które li­czyły sobie po ty­siąc, a na­wet i dwa ty­siące lat, by­łem jakoś w sta­nie oswoić się z wy­obra­że­niem, że oto mam do czy­nie­nia z kimś o ty­siąc lat star­szym. Ale osiem ty­siąc­leci dzielą­cych mnie i Ralfa Daw­sona, który wy­glą­dał tak, jak każdy zwy­kły człowiek — nie, tego nie umiałem przyjąć bez we­wnętrz­nego pro­testu. A on, chyba świadomy tego, co prze­ży­wam, po­wie­dział z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem:

— Nie­stety, tylko po­bież­nie uczyłem się histo­rii ludz­kości. Wiem jed­nak, że droga, po jakiej po­szła ludz­kość w trze­cim, czwartym i pią­tym ty­siąc­leciu, a także póź­niej, przy­nio­sła tylko ogromną klę­skę. Aż do­piero trzy­sta sie­dem­dzie­siąt lat temu na­stą­piła Era Ro­zumu. Py­tałeś mnie o po­dróże w ko­smos, o inne ga­lak­tyki. Z nauki histo­rii wia­domo mi o ty­siąc­leciu, w któ­rym opa­no­wała ludz­kość ma­nia po­dróży ko­smicz­nych. Bu­do­wano coraz większe i coraz do­sko­nal­sze statki, od­by­wano setki lat li­czące po­dróże do in­nych ga­lak­tyk. Trwał nie­ustanny wy­siłek całej ludz­kości, aby po­dró­żo­wać coraz szyb­ciej i dalej. Nie­stety, oka­zało się, że wszech­świat jest skoń­czony, a zara­zem nie­skoń­czony, że być może rów­nole­gle z na­szym wszech­światem ist­nieją jesz­cze inne wszech­światy. Od­kryli­śmy, że ist­nieje Nad­prze­strzeń i Pod­prze­strzeń, jak gdyby Niebo i Pie­kło. Tak, można się tam do­stać, To­ma­szu, ale nikt nie chce tego uczynić, po­nie­waż ist­nieć w Nad­prze­strzeni i Pod­prze­strzeni można tylko w po­staci nie­mate­rial­nej, to jest go­dząc się na wła­sną śmierć bez moż­liwo­ści po­wrotu do formy mate­rial­nej. Prze­ko­nali­śmy się ku swemu wiel­kiemu prze­raże­niu, że istoty ludz­kie są sa­motne w ko­smo­sie. Nie, nie myśl, że wszech­świat jest pu­sty­nią bez żad­nego życia. Ale życie stwo­rzyło tak dziwnie ukształto­wane istoty, że poro­zu­mie­nie z nimi bywa albo bar­dzo po­ło­wiczne, albo w ogóle nie­moż­liwe. We wszech­świe­cie pa­nuje taka sama sym­bioza, jak w przy­ro­dzie na ziemi. Ży­jesz, To­ma­szu, obok drzew, roślin, pta­ków i zwie­rząt, a prze­cież nie pro­wa­dzisz z nimi ani wspólnych roz­mów, ani za­baw, ani nie mo­żecie wy­mie­nić wła­snych do­świad­czeń, zara­zem jed­nak dla wszyst­kiego, co żywe na ziemi, po­trzebna jest rów­no­waga eko­lo­giczna. Zniszcze­nie jed­nego ga­tunku po­ciąga za sobą zniszcze­nie in­nego ga­tunku. Po­dob­nie jest we wszech­świe­cie. Nie umiemy poro­zu­mieć się z in­nymi isto­tami, ale zara­zem nie mo­żemy żyć bez nich, jeste­śmy od nich za­leżni, a one za­leżne są od nas. I tak jak nie wolno za­chwiać rów­no­wagi eko­lo­gicz­nej na ziemi, tak samo nie wolno za­chwiać swo­istej rów­no­wagi we wszech­świe­cie. Dla­tego zgubne dla ludzi oka­zały się próby za­sie­dle­nia in­nych ga­lak­tyk i po wielu kata­stro­fach po­wró­cili­śmy ostatecz­nie na Zie­mię, gdzie jest nasze miej­sce. Owszem, wy­ko­rzy­stu­jemy nie­które pla­nety jako źró­dła ener­gii i su­row­ców, lecz czy­nimy to bar­dzo ostrożnie. Na po­czątku Ery Ro­zumu, zdziesiąt­ko­wani i po­korni, wró­cili­śmy na Zie­mię, aby tu zająć się po­zna­wa­niem sa­mych sie­bie. Na­czelna prawda, która wpajana jest obecnie każ­demu człowie­kowi, głosi: nie ma po­zna­nia świata bez po­zna­nia sa­mego sie­bie. Ży­jemy nie na ze­wnątrz, ale do we­wnątrz. Nie je­stem w sta­nie wy­ja­śnić, co to jest tkwiąca w czło­wieku po­tężna siła „psi”, która stała się drogą do po­zna­nia sa­mego sie­bie i in­nych ludzi. Czy uwie­rzysz, że już nie uży­wamy elek­tryczności, chyba dla ce­lów na­uko­wych, i to w bar­dzo wy­jąt­ko­wych wy­pad­kach? Nie uży­wamy też fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych, gdyż siła „psi” jest do­sko­nała.

— Czy mógłbyś mi po­kazać, jak działa siła „psi”? — rzu­ciłem pyta­nie, czu­jąc, że mam coraz większy za­męt w gło­wie. Moja wy­obraźnia z naj­większym tru­dem na­dą­żała za sło­wami Daw­sona.

— Nie mam w sobie peł­nej siły „psi”, a tylko jej resztki — wy­jaśnił. — Po­zba­wiono mnie jej, za­nim przy­by­łem w twój wiek. Działanie siły „psi” jest bo­wiem zbyt mocne dla tych, któ­rzy sami jej nie po­sia­dają. W mojej obecności czuł­byś się jak spa­rali­żo­wany, a gdy­bym do­tknął cię ręką, zgi­nął­byś na miej­scu, zo­stał­byś spo­pie­lony. W na­szym ty­siąc­leciu każdy człowiek po­siada tę siłę, dla­tego nie ma ona żad­nych ujemnych skut­ków.

Za­męt w mej gło­wie sta­wał się coraz większy. Miałem wra­żenie, że za­czy­nam tonąć w za­le­wa­jącej mnie fali no­wych pojęć i wy­obra­żeń.

On zaś mó­wił dalej:

— Gdy­bym był fizy­kiem lub che­mi­kiem, astro­fizy­kiem lub psy­cho­lo­giem, być może umiałbym ci po­wie­dzieć coś wię­cej o sile „psi”. Lecz nasze spo­łe­czeń­stwo sto­kroć bar­dziej niż wa­sze składa się z ogromnej ilości spe­cjali­stów. Każdy zna tylko bar­dzo wą­ski za­kres wie­dzy.

— Ro­zu­miem to — od­par­łem.

— Zo­sta­łem wy­kształcony na de­tek­tywa. Dla­tego nie za­da­waj mi pytań z dzie­dzin, na któ­rych się nie znam. Nie pytaj mnie więc o sys­temy filo­zo­ficzne obo­wią­zu­jące w moim cza­sie, o dzieła sztuki, o pro­blemy z za­kresu me­dy­cyny lub fi­zyki, bo choć w szkole uczyłem się po­bież­nie o wszystkim, wiele za­po­mniałem i mogę udzielić ci od­po­wie­dzi bar­dzo ogól­ni­ko­wej. Na­wet nie ro­zu­miem, na jakiej zasa­dzie prze­nie­siono mnie w twój czas i na jakiej zasa­dzie po­wrócę po­tem w Przy­szłość. Wy­brano mnie spo­śród ty­sięcy działają­cych w na­szym cza­sie de­tek­ty­wów i po­li­cjantów, pod­dano od­po­wiednim ba­da­niom i od­po­wied­niemu szkoleniu. Moim za­da­niem jest od­nale­zie­nie za­gu­bio­nego przed­miotu, który wkrótce za­cznie ema­no­wać śmiercio­no­śną siłę. Po­myśl, mię­dzy ty­siąc dziewięć­set ósmym a ty­siąc dziewięć­set sie­dem­dzie­sią­tym ro­kiem — aż trzy­dzie­ści trzy wy­prawy z Przy­szło­ści, jed­no­oso­bowe i dwu­oso­bowe, wy­ru­szyły w twój wiek, aby rato­wać przy­szłość ludz­kości. Dzięki nim wiemy, że przedmiot ów spadł w gó­rach Sierra Nevada i znik­nął być może w ja­kiejś szczelinie skal­nej, na dnie rzeki albo zarył się kilka cen­ty­me­trów w glebę, przez co stał się nie­wi­doczny. Wy­słan­nicy Przy­szło­ści wdzierali się więc na dzi­kie tur­nie skalne, bro­dzili przez by­stre stru­mie­nie i przy po­mocy spe­cjal­nych apa­ratów sta­rali się zlo­kali­zo­wać miej­sce, w któ­rym on się znaj­duje. Na­wią­zali kon­takty z han­dla­rzami za­byt­ków i rabu­siami gro­bów. Wielu na­szych wy­słan­ni­ków cier­piało głód i pra­gnie­nie, nie­jeden zgi­nął śmiercią czło­wieka XX wieku. I to wszystko na nic, To­ma­szu. Naj­prawdo­po­dob­niej przedmiot ów zna­lazł jakiś pa­stuch lub rol­nik i są­dząc, że jest ze złota, ukrył w domu jak naj­cu­dow­niej­szy skarb, nie zdra­dza­jąc ni­komu swej ta­jem­nicy. Aż wreszcie sprzedał go któ­re­muś z ban­ków, gdzie znowu le­żał długo w sejfie. Po­tem przedmiot trafił do Mu­zeum Złota. Ale i tu nie wy­sta­wiono go na wi­dok pu­bliczny, gdyż nie ma atrakcyj­nego wy­glądu. Spo­czy­wał w ma­ga­zynie mu­zeum, skąd zo­stał skra­dziony. I teraz ja mu­szę go za wszelką cenę ode­brać z rąk zło­dziei i zniszczyć. Chcę to jed­nak uczynić tak, aby nie naru­szyć ni­czego w łań­cu­chu histo­rii dzielącej Prze­szłość od Przy­szło­ści, dla­tego mu­sisz mi po­móc. Ty schwytasz zło­dziei i od­zy­sku­jąc zra­bo­wane za­bytki, otrzymasz sa­tys­fak­cję, sza­cu­nek i sławę. Ja chcę tylko do­stać ten mały przedmiot, który na­wet nie jest zro­biony ze złota. Też stanę się sławny, ale ty o tym już nie bę­dziesz wie­dział, bo moja sława naro­dzi się za osiem ty­sięcy lat. Stoimy oby­dwaj przed wielką szansą, To­ma­szu, i mu­simy ją wy­ko­rzy­stać.

— Tak — szep­ną­łem, czu­jąc, jak ogar­nia mnie coraz większa sen­ność. I choć chciałem zadać Ral­fowi jesz­cze bar­dzo wiele pytań, my­śli mą­ciły mi się w gło­wie, plą­tały, tra­ciłem po­woli świado­mość, kim je­stem i gdzie się znaj­duję. Aż wreszcie ogar­nęła mnie ciemność.

 


ROZDZIAŁ ÓSMY [top]

PRZEBUDZENIE • JESTEM ZNIECIERPLIWIONY • DZIWNE PRZYJĘCIE TOWARZYSKIE • PRZYJACIELE CZŁOWIEKA Z UFO • POBYT WŚRÓD SZALEŃCÓW • DON GABRIEL • KTO OKRADŁ MUZEUM ZŁOTA? • TAJEMNICZA WYSPA GANGU DON STEFANO • CO MOŻE ZDRADZIĆ CASANOVA • JAK ZRODZIŁ SIĘ PLAN DZIAŁANIA • „LA PALOMA” • NAGŁE NIEBEZPIECZEŃSTWO • BROŃ CZŁOWIEKA Z PRZYSZŁOŚCI

 

Spa­łem dwa­dzie­ścia cztery go­dziny. Są­dzę, że był to sen wy­wo­łany hip­nozą, w któ­rym to, co usły­sza­łem wczoraj od Daw­sona, miało się w moim umy­śle utrwalić i zro­dzić wiarę, że Ralf jest na­prawdę człowie­kiem z Przy­szło­ści. Z takim bo­wiem uczuciem obu­dzi­łem się o wczesnym zmierzchu na tap­cza­nie w man­sar­do­wym po­koju na pię­trze, do­kąd za­pewne za­niósł mnie mój nowy przyjaciel.

Wstałem po­woli i pod­sze­dłem do okna. Na para­pecie zna­la­złem kartkę.

Drogi To­ma­szu.
Jeśli obu­dziłeś się i czu­jesz się wy­po­częty, wy­bierz sobie jeden z mo­ich wie­czo­ro­wych gar­nitu­rów i zejdź na dół. Za­pra­szam cię na kola­cję, na któ­rej po­znasz mo­ich przyjaciół.
Ralf

Otworzy­łem ścienną szafę, wy­bra­łem czarne spodnie, białą ma­ry­narkę, śnieżno­białą ko­szulę i białą muszkę. Przyglą­dając się sobie w lu­strze ła­zien­ko­wym stwierdzi­łem, że nigdy w życiu nie by­łem tak wy­twornie ubrany.

W rado­snym na­stroju otworzy­łem drzwi swego po­koju i zna­la­złem się na schodach. Zszedłem po nich tro­chę po omacku, po­nie­waż na dole pa­no­wał pół­mrok. Okna po­koju zo­stały szczelnie za­sło­nięte cięż­kimi sto­rami, tylko na ko­minku pło­nął ogień. W jego bla­sku do­strzegłem Ralfa Daw­sona, który zda­wał się drzemać w głę­bo­kim fo­telu. Miał na sobie biały smo­king i chyba cze­kał na za­po­wie­dzia­nych gości. W za­sięgu jego ręki znaj­do­wał się duży stolik za­sta­wiony bu­tel­kami i ta­le­rzami peł­nymi ja­kichś po­traw. Stą­pa­łem cicho, on jed­nak usły­szał moje kroki, otworzył oczy i ob­rzucił mnie przyja­znym spoj­rze­niem.

— Ralf — po­wie­działem sta­now­czo. — Uwierzy­łem ci i po­sta­no­wi­łem, że bę­dziemy współpra­cow­ni­kami. Ale czy nie są­dzisz, że szkoda czasu na przyjęcia towa­rzy­skie? Po­win­ni­śmy za­cząć działać, i to od razu. Na­tychmiast.

Uśmiech­nął się i wskazał mi drugi fotel przy ko­minku.

— Masz rację. Po­win­ni­śmy działać. Rzecz jed­nak w tym, że jak do tej pory ani ty, ani ja nie wiemy, gdzie szu­kać zło­dziei.

Wy­razi­łem swoje zdziwie­nie:

— Jako de­tek­tyw z Przy­szło­ści po­wi­nie­neś wie­dzieć wię­cej niż ja. Do licha, chyba w ciągu tylu ty­sięcy lat udo­sko­naliły się me­tody śledztwa.

— Owszem. Są do­sko­nal­sze. Nie­stety, na­wet przez osiem ty­sięcy lat lu­dzie nie stali się ja­sno­wi­dzami. Nie mam poję­cia, gdzie szu­kać zło­dziei. I dla­tego wła­śnie wy­da­łem to przyjęcie.

To mó­wiąc, pod­niósł do góry rękę i zato­czył nią krąg obejmu­jący cały pokój.

To była dzi­waczna wy­po­wiedź. Wzruszy­łem ra­mio­nami i chciałem za­pytać, co na­prawdę ma na myśli, ale przed drzwiami domu roz­legły się tu­balne głosy. Po chwili do mieszka­nia we­szło dwóch wy­so­kich, ele­gancko ubra­nych męż­czyzn w śred­nim wieku. Po­dob­nie jak Ralf nosili do­brze skrojone białe ma­ry­narki, je­dwabne ko­szule i mieli sta­ran­nie za­wią­zane kra­waty. Jeden z nich był blon­dy­nem, a drugi bru­ne­tem. Na­tychmiast do­my­śli­łem się, że bru­net to Rod­rigo de Cu­nillo, który są­dził, że jest pta­kiem, a blon­dyn — Burt Dun­can, człowiek-małpa, czyli Ta­rzan. Pre­zen­tacja po­twierdziła moje do­my­sły. Ja oczywi­ście zo­sta­łem przedsta­wiony jako „se­#241;or Po­lacco”, słynny de­tek­tyw zwany Se­#241;or Co­che­cito.

Ralf wrę­czył każ­demu wy­soką szklankę z ja­kimś kolo­ro­wym trun­kiem, a mnie i sie­bie ura­czył so­kiem grejpfru­to­wym. Do ko­minka przy­su­nięto jesz­cze dwa fotele i roz­po­częła się miła, towa­rzy­ska po­ga­wędka.

— Mam na­dzieję, se­#241;or Po­lacco — ode­zwał się Rod­rigo de Cu­nillo — że zo­sta­nie pan u nas nieco dłu­żej. O ile wiem, dok­tor Alva­rez dys­po­nuje jed­nym wol­nym dom­kiem, w któ­rym przez kilka lat mieszkał znany ar­cy­szpieg zwany Ja­me­sem Bon­dem. Zmarł, bie­da­czy­sko, w ubie­głym mie­siącu i po­zo­sta­wił nas w nie­utu­lo­nym żalu. Ech, cóż to była za wspaniała oso­bo­wość. Doktor Alva­rez zain­sta­lował mu na da­chu spe­cjalne an­teny do na­słu­chu i pod­słu­chu oraz trzy ra­dio­stacje. On pod­słu­chi­wał nas wszyst­kich i na­wet sa­mego sie­bie. Jego do­mek jest teraz wolny wraz z ca­łym szpiegow­skim wy­posa­że­niem. Panu, jako de­tek­ty­wowi, coś może się z tego wy­posa­żenia przy­dać.

— Co ty mó­wisz, Rod­rigo — zdu­miał się Burt Dun­can. — Se­#241;or Co­che­cito, jak pi­sały ga­zety, za­mie­rza szu­kać tych, któ­rzy wła­mali się do ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota. Nie po­zo­sta­nie więc wśród nas.

— No tak, ro­zu­miem — wes­tchnął Ro­drigo. — A już mia­łem na­dzieję, że bę­dziemy mieli no­wego są­siada. Oczeki­wa­nie, aż człowie­kowi wy­rosną pióra, jest nie­zwy­kle trudne. W mi­łym towa­rzy­stwie czas mija szyb­ciej

Burt Dun­can prze­rwał panu Rod­rigo:

— Nie masz prawa na­rze­kać na swój los. Za­mień się ze mną i choć przez ty­dzień bądź Ta­rza­nem, ko­łysz się na li­nach. Spróbuj też choć jedną noc spę­dzić w roz­wi­dlo­nych kona­rach drzewa. Czy wiesz, jak wtedy gryzą ko­mary?

— Naj­lep­szą sytu­ację ma Ralf Daw­son — oświad­czył zde­cy­do­wa­nie Rod­rigo. — Jest człowie­kiem z UFO, który przy­był tu z osiem ty­sięcy dziewięć­set sie­dem­dzie­sią­tego pią­tego roku...

— Z dziewięć ty­sięcy sto dziewią­tego — po­pra­wił Daw­son.

— A tak, słusznie, bar­dzo cię prze­pra­szam, Ralf, ale te daty cią­gle mi się mylą. Fak­tem jest jed­nak, że tak na­prawdę jedy­nie czy­tasz książki, ga­zety, słu­chasz radia, oglą­dasz tele­wizję i od czasu do czasu wy­ska­ku­jesz do Bo­goty.

— Nie za­po­minaj, że po­wie­rzono mi bar­dzo po­ważne za­danie — stwierdził Ralf.

Rod­rigo po­kle­pał Ralfa po ra­mie­niu.

— Te­raz, gdy masz przy sobie słyn­nego de­tek­tywa, El Se­#241;ora Co­che­cito, je­stem spo­kojny o twoje za­danie.

Burt Dun­can też mnie mocno po­kle­pał po ple­cach.

— Po­może pan Ral­fowi, prawda? To miły są­siad i praw­dziwy dżentel­men. Nie za­wie­dzie pan jego za­ufa­nia, se#241;or Po­lacco?

— Tak, tak, oczywi­ście — przytak­ną­łem gor­liwie, bo chyba tak po­winno się po­stę­po­wać w obecności wa­ria­tów.

Daw­son chciał po­now­nie na­peł­nić szklanki swych przyjaciół, ale przed do­mem roz­legł się jakiś hałas, a po­tem gwałtow­nie otworzyły się drzwi i sta­nęło w nich dwóch In­dian ubra­nych w stroje pie­lę­gnia­rzy. W dło­niach trzymali pi­sto­lety ma­szy­nowe.

— Ręce do góry! — za­żądał po hisz­pań­sku jeden z nich, co zro­zu­mia­łem na pod­sta­wie za­cho­wa­nia Ralfa, Burta i Ro­driga. Po­słusznie wstali z miejsc i pod­nieśli ręce do góry. Ja, oczywi­ście, uczyniłem to samo.

Wtedy do po­koju wto­czył się niski, okrą­glutki, ły­sawy męż­czy­zna w ele­ganckim, sza­rym gar­nitu­rze. Żwawym truchtem pod­biegł do nas i każ­dego ob­ma­cał od ko­stek aż po pa­chy, spraw­dza­jąc, czy nie po­sia­damy przy sobie broni. Po­tem, kiedy oka­zało się, że je­ste­śmy bez­bronni, gniew­nym ge­stem ode­słał In­dian z pi­sto­le­tami ma­szy­no­wymi i jak gdyby nigdy nic, przy­sunął sobie fotel do ko­minka.

— Cześć, Ralf — oświad­czył rado­śnie. — Cześć, Burt i Ro­drigo. Sły­sza­łem, że Ralf wy­daje przyjęcie i po­sta­no­wi­łem wprosić się do was na drinka. Prze­pra­szam was za tro­chę bru­talne po­traktowa­nie, lecz jak wie­cie, nie po­trafię wy­zwo­lić się ze sta­rych na­wy­ków. A poza tym dia­bel­nie nie lubię, gdy ktoś w moim towa­rzy­stwie po­siada broń. Od­kąd na­bra­łem po­czu­cia, że je­stem ze szkła, lę­kam się nie tylko broni pal­nej, lecz na­wet każ­dego gwałtow­nego ruchu. Wy­obraźcie sobie, że znowu zwolniłem sprzą­taczkę w swoim domku. Za bar­dzo wy­wi­jała szczotką i elek­tro­luk­sem. Prze­strzega­łem ją: „Ostrożnie, ko­bieto, w ubie­głym tygo­dniu stłu­kłaś wa­zon. Czy chcesz ze mną zro­bić po­dob­nie?” Nie brała po­waż­nie mo­ich uwag i mu­sia­łem od dok­tora Alva­reza zażą­dać no­wej sprzą­taczki.

Ralf, Burt i Ro­drigo chyba przywykli do dzi­wacznego za­cho­wa­nia się tego je­go­mo­ścia, bo gdy tylko wy­pę­dził sa­nita­riu­szy, na­tychmiast spo­koj­nie zajęli miej­sca w swoich fote­lach i mieli takie miny, jak gdyby przed chwilą nie było tu ludzi z pi­sto­le­tami ma­szy­no­wymi.

— To jest don Ga­briel — Ralf przedsta­wił mi tę­giego je­go­mo­ścia. — „Oj­ciec Chrzestny” groź­nej mafii z Pa­lermo.

— Owszem, po­cho­dzę z Pa­lermo, ale nasza ro­dzina ma też swoją sie­dzibę w Chi­cago — je­go­mość uzu­pełnił in­for­ma­cję Ralfa. — A pan jest tym słyn­nym de­tek­ty­wem, jeśli się nie mylę.

Wzruszy­łem ra­mio­nami:

— Nie uwa­żam się za słyn­nego de­tek­tywa.

— Co? — obu­rzył się don Ga­briel. — Po cóż ta skrom­ność, se#241;or Po­lacco. Pro­szę pa­mię­tać, że znaj­duje się pan wśród przyjaciół.

„I wa­ria­tów” — do­da­łem w my­ślach, wzdycha­jąc ciężko. Bo nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że zna­la­złem się w rę­kach sza­leń­ców. Moja wiara w Ralfa Daw­sona zo­stała znowu za­chwiana.

Tymcza­sem całe to wa­riac­kie towa­rzy­stwo do­sko­nale się ba­wiło. Daw­son raz po raz czę­sto­wał gości jaki­miś wy­szu­ka­nymi trun­kami, za­chę­cał, aby jedli orzeszki ziemne i so­lone mig­dały. Wa­riaci zaś opo­wia­dali sobie wa­riac­kie dow­cipy, któ­rych nie słu­cha­łem po­grą­żony w po­nu­rym mil­cze­niu. Po­tem za­częli roz­ma­wiać o wła­ma­niu do Mu­zeum Złota.

— Dzienni­karze wy­pi­sują głup­stwa o całej tej sprawie — zde­cy­do­wa­nie oświad­czył don Ga­briel. — A to dla­tego, że poli­cja czuje się bez­radna i nie ma poję­cia, gdzie szu­kać sprawcy. Nie wie­dzą, że tutaj, w sa­nato­rium dok­tora Alva­reza, prze­bywa stary don Ga­briel, który wie wszystko o każ­dym większym skoku. Oczywi­ście poli­cji nie pi­snął­bym ani słowa, ale gdyby się tu zja­wił jakiś po­rządny pry­watny de­tek­tyw...

— Prze­cież sie­dzi wśród nas słynny Se­#241;or Co­che­cito — prze­rwał mu Daw­son.

Don Ga­briel zerk­nął na mnie, uśmiech­nął się, a po­tem rzekł:

— Ra­cja, Ralf. Panu Co­che­cito wy­jawię prawdę o wła­my­wa­czach, bo za­pewne zaj­mie się ich schwyta­niem. Czy tak? — zwrócił się do mnie.

— Rze­czy­wi­ście, chciałbym ich zła­pać — przytak­ną­łem przez grzeczność, choć ta wa­riacka roz­mowa za­czy­nała mnie coraz bar­dziej iry­to­wać.

— W po­rządku — ski­nął głową don Ga­briel. — Tak więc niech pan wie, se#241;or Po­lacco, że wła­ma­nia do mu­zeum do­ko­nała ro­dzina don Ste­fano z Chi­cago. Kie­dyś, po­dob­nie jak i moja ro­dzina, zaj­mo­wali się ka­sy­nami gry w Las Ve­gas, z tego też po­wodu wchodzili­śmy sobie w drogę. Przed pięt­nastu laty do­szło mię­dzy nami do strzelaniny, w któ­rej ro­dzina don Ste­fano zo­stała roz­gro­miona. Wtedy don Ste­fano wy­cofał się na nowe pole działania — po­sta­nowił pod­po­rząd­ko­wać sobie wszelkie kra­dzieże dzieł sztuki. Dzie­sięć lat pra­co­wał nad stwo­rze­niem gangu zło­dziei i wła­my­wa­czy, spe­cjali­zują­cych się wy­łącz­nie w okra­daniu mu­zeów i pry­wat­nych ko­lek­cjo­ne­rów. Sły­sza­łem, że gdzieś tam kupił czy wy­najął spe­cjalną wy­spę, na któ­rej ma­ga­zy­nuje dzieła sztuki kra­dzione na ca­łym świe­cie i na­stęp­nie po ja­kimś cza­sie od­sprzedaje je z ogrom­nym zy­skiem. Don Ste­fano był zaw­sze zwolenni­kiem no­wo­cze­snych me­tod. Gdy wy­czy­tałem w gaze­cie, że zło­dzieje po­słu­żyli się lase­rem, od razu wie­działem, kto się kryje za tą sprawą.

— A czy mógłby mi pan po­dać adres owego don Ste­fano? — za­py­tałem z iro­nią.

— Oczywi­ście. On mieszka w Chi­cago. Ale gdyby na­wet udało się panu z nim po­ga­wę­dzić, nie osią­gnie pan celu. Musi pan po­szu­kać owej wy­spy, na któ­rej kryje swoje łupy. Mam stare pora­chunki z don Ste­fano, dla­tego radzę panu, El Se­#241;or Co­che­cito: niech pan od­naj­dzie tę wy­spę. Tam są nie­prze­brane skarby.

— Ba — roze­śmiałem się. — Na świe­cie jest dużo wysp.

— To prawda — zgo­dził się ze mną don Ga­briel. — Dla­tego radzę schwytać któ­regoś z bli­skich współpra­cow­ni­ków don Ste­fano, przy­dusić go po­rząd­nie, a on wszystko wy­śpiewa.

— Brzydzę się ta­kimi me­to­dami — oświad­czy­łem.

— Ja rów­nież — nie­oczeki­wa­nie przy­szedł mi w su­kurs Ralf Daw­son.

Don Ga­briel roz­łożył swoje tłu­ste rączki:

— Je­stem stary ma­fioso i nie znam in­nych me­tod na to, aby ktoś sze­roko otworzył usta.

— By­wają inne spo­soby — ode­zwał się Burt Dun­can. — Za­nim zo­sta­łem uznany za wa­riata i osia­dłem w sa­nato­rium dok­tora Alva­reza, co, mó­wiąc na­wia­sem, ura­to­wało mi życie, gdyż mój przy­rodni brat tak bar­dzo pra­gnął wejść w po­sia­danie ca­łego ma­jątku, że raz po raz znaj­do­wa­łem się w śmiertel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie, otóż po­wia­dam, za­nim sta­łem się Ta­rza­nem, mia­łem dość pie­nię­dzy, aby swój dom przy­ozdabiać dziełami sztuki. Wy­znaję, że nie za­sta­na­wia­łem się, skąd po­cho­dzą, i my­ślę, że cała ko­lek­cja, jaką ze­bra­łem, była z kra­dzieży. Owe dzieła sztuki ku­po­wa­łem za po­śred­nic­twem nie­ja­kiego don Ca­sa­novy, który ma luk­su­sową willę w miej­sco­wo­ści Ro­da­dero koło Santa Marta. Mam na­dzieję, że pan wie, se#241;or Po­lacco, gdzie znaj­duje się Ro­da­dero?

Ski­ną­łem głową. Na lotni­sku i w ho­telu rzu­cały się w oczy kolo­rowe afi­sze z napi­sami: „Zwie­dzaj­cie Ko­lum­bię, bal­kon z wi­do­kiem na dwa oce­any, dwa ty­siące sześćset­ki­lo­me­trową plażę, w tym aż ty­siąc sześćset ki­lo­me­trów nad Mo­rzem Ka­raib­skim. W wa­szej wę­drówce po Ko­lum­bii ko­niecznie mu­sicie od­być po­dróż Expres­sem Słońca z Bo­goty do Santa Marta. A tam od­po­cząć na cu­dow­nej plaży Ro­da­dero, gdzie są no­wo­cze­sne ho­tele, słońce i ra­dość oraz o kilka ki­lo­me­trów dalej — śniegi Sierra Nevada, gór wy­so­kich na pięć ty­sięcy osiemset me­trów”.

— Je­stem prze­ko­nany — cią­gnął dalej Burt Dun­can — że don Ca­sa­nova pra­cuje dla ja­kiejś po­tęż­nej orga­niza­cji, zaj­mu­jącej się han­dlem kra­dzio­nymi dziełami sztuki. My­ślę, że po­przez niego można tra­fić na ową wy­spę. Tylko że Ca­sa­nova na­leży do ludzi nie­zwy­kle nie­uf­nych, na­wią­zuje kon­takty wy­łącz­nie z mi­lio­ne­rami, któ­rzy chcą ulo­ko­wać pie­nią­dze w dziełach sztuki, nie wni­kając w ich po­cho­dze­nie.

Wtrąciłem:

— Nie je­stem mi­lio­ne­rem. Ten spo­sób więc ra­czej od­pada...

Głos za­brał mil­czący dotąd Rod­rigo de Cu­nillo:

— W base­nie portu w Car­tage­nie stoi mój jacht mo­to­rowy. To je­dyna rzecz, jaka mi jesz­cze po­zo­stała, po­nie­waż resztę ma­jątku odziedzi­czo­nego po matce roz­dra­pały trzy moje żony. Oj­ciec zaś nie jest skłonny dać mi co­kol­wiek, gdyż i tak wpadnie to w ręce tych trzech nie­wiast. Opłaca więc mój pobyt w sa­nato­rium dok­tora Alva­reza i stara się dojść do poro­zu­mie­nia z ko­bie­tami, aby zo­sta­wiły mnie w spo­koju. Rzecz w tym, dro­dzy pa­no­wie, że by­łem mło­dzieńcem nie­roz­waż­nym i ile­kroć spodobała mi się jakaś ko­bieta, na­tychmiast się z nią że­niłem, nie dba­jąc o to, czy z po­przednią żoną mam roz­wód. W ten spo­sób uznany zo­sta­łem za bi­ga­mistę i nie­chybnie sta­nął­bym przed są­dem, gdyby nie owładnęło mną nie­prze­parte uczucie, że je­stem człowie­kiem-pta­kiem, który lada dzień wzniesie się w po­wie­trze i bę­dzie nie­osią­galny dla swoich żon. Mój uko­chany jacht ofi­cjal­nie uto­nął w Mo­rzu Ka­raib­skim pod­czas hura­ganu, nie­ofi­cjal­nie zaś, przema­lo­wany i ze zmienioną nieco nad­bu­dówką, w każ­dej chwili oczekuje mnie w Car­tage­nie. Od czasu do czasu, gdy do­staję urlop od dok­tora Alva­reza, lecę sa­mo­lotem do Car­ta­geny i pły­wam po mo­rzu dla wy­po­czynku. Jeśli pan, El Se­#241;or Co­che­cito, nie ma nic prze­ciwko temu, bar­dzo chęt­nie wy­rwę się z sa­nato­rium choćby na dwa tygo­dnie i stanę przy ste­rze. Po­pły­niemy do Ro­da­dero. Zarę­czam panu, se#241;or Po­lacco, że mój jacht jest tak oka­zały, że ów don Ca­sa­nova nie bę­dzie wąt­pił o wy­soko­ści sum znaj­dują­cych się na pań­skim kon­cie ban­ko­wym.

Prze­cząco po­krę­ciłem głową.

— Nie po­trafię uda­wać mi­lio­nera.

Ode­zwał się Ralf Daw­son:

— To do­bry po­mysł, Rod­rigo. A ty, To­ma­szu, nie martw się o swoje mi­liony. Masz prze­cież pasz­port na na­zwi­sko Thomasa van Ha­gena. Nie cie­bie będą inte­re­so­wały dzieła sztuki, ale panią van Ha­gen, twoją mał­żonkę.

— Nie je­stem żo­naty.

— Skąd wiesz? — za­pytał Daw­son. — Czy nie przy­szło ci na myśl, że ów van Ha­gen jest być może człowie­kiem żo­na­tym?

— Nie je­stem van Ha­gen — za­wo­łałem.

Nie­stety, je­dyną od­po­wie­dzią na mój okrzyk był rado­sny re­chot Ga­briela i dwóch po­zo­sta­łych przyjaciół Daw­sona. Don Ga­briel po­kle­pał mnie dło­nią po kola­nie.

— Tak, tak, wiemy, że na­wet nie umie pan słowa po ho­len­der­sku. Na­prawdę, pro­szę się nie de­ner­wo­wać, se#241;or Po­lacco, znaj­duje się pan wśród przyjaciół.

Na­stęp­nie don Ga­briel oświad­czył Daw­so­nowi:

— Czy wiesz, Ralf, że bar­dzo mi się po­doba za­bawa, którą za­pro­po­no­wał Rod­rigo. Jeśli nie ma­cie nic prze­ciwko temu, ja także we­zmę prze­pustkę od dok­tora Alva­reza dla sie­bie oraz swoich pie­lę­gnia­rzy i za­okrętuję się na wasz jacht. Po­byt w sa­nato­rium już mi obrzydł i o ni­czym in­nym nie ma­rzę, jak o ja­kiejś roz­rywce. A czy może być coś bar­dziej za­baw­nego niż do­ku­czyć ro­dzi­nie don Ste­fano? W Sta­nach Zjedno­czo­nych grozi mi pro­ces o nie za­pła­cone po­datki. To z po­wodu owego pro­cesu zro­dziło się we mnie prze­ko­nanie, że je­stem kru­chy jak ze szkła i na­ra­żony na stłu­cze­nie. Za­świad­cze­nie dok­tora Alva­reza i pobyt w jego sa­nato­rium chro­nią mnie przed pro­ce­sem, ale my­ślę, że krótka wy­cieczka jachtem nie przy­spo­rzy mi kło­po­tów. Umiem świetnie go­to­wać i mogę się za­okrętować jako ku­charz, dwaj moi pie­lę­gnia­rze będą ma­ryna­rzami.

— A ja biorę na sie­bie rolę ste­warda — prze­rwał mu Burt Dun­can. — Zarę­czam wam, że umiem bar­dzo ład­nie po­da­wać do stołu. Mój Boże, co to bę­dzie za roz­kosz choć przez ty­dzień lub dwa nie no­co­wać w ko­ro­nach drzew, nie huś­tać się na li­nach i nie wy­da­wać z sie­bie straszli­wego okrzyku Ta­rzana.

Ralf Daw­son pod­niósł się z fotela i rzekł uro­czy­ście:

— Przyja­ciele! Pora koń­czyć nasze przyjęcie. Już jutro Rod­rigo, Burt i don Ga­briel wy­jadą do Car­ta­geny. Za­opa­trzy­cie jacht w pa­liwo, żyw­ność i bę­dzie­cie tam na nas cze­kać. Mam tylko jedno pyta­nie: jak się ten jacht na­zywa?

Rod­rigo wes­tchnął me­lan­cho­lijnie:

— Kie­dyś nosił dumną na­zwę „Wi­cher”. Obecnie zwie się skromnie: „La Pa­loma”, to zna­czy gołę­bica, Se­#241;or Co­che­cito. Bo pan, zdaje się, nie zna hisz­pań­skiego.

— W po­rządku. Więc do zo­ba­cze­nia na „La Pa­loma” — po­że­gnał swych go­ści Ralf Daw­son.

Nie mi­nęło pięć mi­nut, a znowu po­zo­sta­łem sam na sam z Daw­so­nem.

— To nie są wa­riaci, ale lu­dzie, któ­rzy schronili się tutaj przed od­po­wie­dzialno­ścią prawną — po­wie­działem do Ralfa.

— Czyżby? — udał zdu­mie­nie. — Są­dzi­łem, To­ma­szu, że od razu się tego do­my­śliłeś. Ostrzegam cię jed­nak, jeśli chcesz mieć w nich przyjaciół, mu­sisz dalej traktować ich jak ludzi o cho­rych ner­wach. Gdyby za­uwa­żyli, że są zde­ma­sko­wani, na­tychmiast sta­liby się twoimi wro­gami.

— Cie­bie zaś, oczywi­ście, mu­szę traktować jako czło­wieka z Przy­szło­ści... — po­wie­działem.

— Tak — ski­nął głową. — Bo je­stem człowie­kiem z Przy­szło­ści. Bie­rzesz więc udział w bar­dzo dziwnej za­ba­wie.

Wy­dało mi się, że sły­szę ak­cent drwiny w gło­sie Daw­sona. Zro­zu­mia­łem, że Ralf miał już od dawna przy­go­to­wany plan działania. Nie­przy­pad­kowo ścią­gnął mnie do sa­nato­rium Alva­reza i nie było dziełem przy­padku spo­tka­nie wie­czorne z gro­nem jego przyjaciół. On tylko umiejętnie kie­rował roz­mową, aby plan do­tarcia do skar­bów gangu wy­nik­nął dla wszyst­kich nie­jako natu­ralnie i był na­szym wspólnym dziełem.

W tym mo­men­cie za­dzwonił tele­fon. Daw­son pod­niósł słu­chawkę i długi czas w mil­cze­niu słu­chał czy­jegoś głosu. Na­stęp­nie poło­żył słu­chawkę na wi­dełki i po­wie­dział do mnie z wy­rzu­tem:

— Po­peł­niłeś błąd, To­ma­szu. Panna Flo­ren­tyna wró­ciła dziś wie­czo­rem z Pa­ryża do Bo­goty i wkrótce za­pewne wpadnie w ręce taj­nia­ków in­spektora Esponozy. W tej chwili jest w ho­telu Hil­ton i z nie­po­ko­jem przyjęła in­for­ma­cję, że nie zo­sta­wiłeś dla niej żad­nej wia­do­mo­ści.

— O Boże! — zła­pa­łem się za głową. — Roz­mowy z tobą tak mnie zaab­sor­bo­wały, że za­po­mniałem wy­słać za­szy­fro­waną depe­szę do Mar­czaka z pole­ce­niem, aby Flo­ren­tynę ode­słano do Pol­ski. Ona wró­ciła do Bo­goty i być może za chwilę uda się do Esponozy, aby za­pytać, co się ze mną stało. Za­pewne myśli, że zo­sta­łem areszto­wany albo grozi mi ja­kieś nie­bez­pie­czeń­stwo.

— Esponoza zaś przy­ci­śnie swoich ludzi — cią­gnął moją myśl Daw­son — i ci wy­śpiewają, że wcale nie odle­ciałeś do Pa­ryża. Przypo­mną sobie, że na dworcu lotni­czym kręcił się człowiek w czapce z napi­sem „Sa­nato­rium dr Alva­reza”, na par­kingu zaś stał sa­mo­chód z tego sa­nato­rium.

— Tak — ski­ną­łem głową. — To sprytny poli­cjant. Je­stem pe­wien, że wkrótce bę­dziemy go mieli na karku.

Daw­son spoj­rzał na zega­rek. Po chwili ener­gicz­nym kro­kiem skie­rował się w kąt swego po­koju, otworzył szafkę, w któ­rej zo­ba­czy­łem przedmiot przy­po­mi­na­jący apa­rat nadawczy. Włą­czył go, bo za­bły­sło zie­lon­kawe światełko, po­wie­dział coś po hisz­pań­sku do nie­wi­docznego mi­kro­fonu. Na­stęp­nie wró­cił do mnie i znowu miał uśmiech na twa­rzy.

— Nie martw się, To­ma­szu. In­spektor już cię tutaj nie za­sta­nie. Jest jesz­cze dość czasu na to, aby za­brała cię twoja żona, pani Te­resa van Ha­gen. Na szczęście od­nala­złem ją w Bo­gocie i wkrótce się tu po­jawi. Za­ufaj jej i wy­konuj to, co ci po­leci. Znaj­dziesz się z nią w bar­dzo dziwnym miej­scu. Nie­stety, mu­szę tutaj cze­kać na Esponozę i nie będę mógł być z tobą. Ty zaś mo­żesz zna­leźć się w nie­bez­pie­czeń­stwie. Dla­tego weź ode mnie na ten czas coś, co cię uchroni przed kło­po­tami.

Z kąta, gdzie znaj­do­wało się jego labo­rato­rium, przy­niósł ma­lutkie, pla­sty­kowe pu­dełko i wrę­czył mi je, in­for­mu­jąc:

— Na wierzchu pu­de­łeczka znaj­dziesz przy­cisk. W in­nym miej­scu jest mały otwór. Je­śli ktoś lub coś bę­dzie za­gra­żało twemu ży­ciu, na­celuj na to ów otwór i przy­ciśnij guzik na obu­do­wie. Bądź jed­nak ostrożny i nie wy­ko­rzy­stuj tego apa­ratu bez wiel­kiej po­trzeby. A teraz prze­bierz się w strój po­dróżny.

Gdy wa­ha­łem się, czy przyjąć ów dziwny przedmiot, po­nie­waż nie zna­łem skut­ków jego działania, a by­łem człowie­kiem, który brzy­dził się wszelką przemocą, Ralf dodał uspoka­ja­jąco:

— Tą bro­nią nie zro­bisz ni­komu żad­nej krzywdy. Kil­ka­krot­nie mó­wi­łem ci, że nie wolno mi do­ko­ny­wać rze­czy nie­od­wra­cal­nych.

Zer­knął na prze­gub lewej ręki, gdzie miał zega­rek, i uśmiech znikł z jego twa­rzy.

— Wy­ru­szasz w da­leką drogę. Na­ra­żam cię na trudy i nie­bez­pie­czeń­stwa, ale pa­mię­taj, jak wy­soka jest stawka w tej grze.

W mil­cze­niu przyjąłem od niego dziwne pu­de­łeczko i po­słusznie po­sze­dłem do po­koju na pię­trze, aby się prze­brać w strój po­dróżny.

 


ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY [top]

UCIECZKA Z SANATORIUM • MOJA ŻONA TERESA VAN HAGEN • KOBIETA Z PRZYSZŁOŚCI • LOT NAD GÓRAMI • ZAGADKOWA HACJENDA • SPOTKANIE Z GRZECHOTNIKIEM • TERESA RATUJE MI ŻYCIE • TAJEMNICA TERESY • CZY ODNAJDĘ ZAGINIONY PRZEDMIOT?

 

Przed bramą sa­nato­rium w zu­peł­nym mroku stał sa­mo­chód z wy­ga­szo­nymi światłami. Mimo ciemności roz­po­zna­łem, że jest to ten sam wóz, któ­rym przewie­ziono mnie z lot­niska El Do­rado. Zresztą ten sam kie­rowca — Mu­rzyn w czapce szo­fer­skiej — otworzył mi tylne drzwiczki i lekko po­pchnął do wnę­trza wy­peł­nio­nego zapa­chem eg­zo­tycz­nych per­fum. Cie­pła, drobna ko­bieca dłoń ujęła moją rękę i po­mo­gła zająć miej­sce w wy­god­nym fo­telu. Twarz ko­biety tylko sza­rzała w ciemno­ściach, ry­sów nie by­łem w sta­nie roze­znać.

— Je­stem Te­resa van Ha­gen, twoja żona, To­ma­szu — usły­sza­łem po an­giel­sku i po­czu­łem na swym uchu cie­pły od­dech. Głos był miękki i miły. — Zdejmij z kolan swoją torbę i połóż ją przy no­gach. Usiądź wy­god­nie, gdyż czeka nas da­leka droga. Tej nocy jesz­cze nie spa­łeś, a po­wi­nie­neś być wy­po­częty. Jeśli chcesz, dam ci pi­gułkę na­senną...

Sa­mo­chód ru­szył gwałtow­nie, wciąż bez za­palo­nych świateł. Za szy­bami roz­cią­gał się gęsty mrok, kie­rowca jed­nak do­brze znał drogę i przez dłuż­szy czas je­chał w ciemno­ściach. Do­piero na auto­stra­dzie włą­czył re­flektory, ale Te­resa van Ha­gen od­dzie­liła fi­ranką tylne miej­sca i na­wet blask re­flektorów nad­jeż­dża­ją­cych z prze­ciwka sa­mo­cho­dów nie był w sta­nie prze­nik­nąć do małej klatki, w któ­rej się zna­la­złem. Nie wi­działem więc twa­rzy owej Te­resy i wy­znam szczerze, na­wet nie sta­rałem się wy­obra­zić sobie, jak ona wy­gląda. Gdy usia­dłem obok niej, rap­tem przy­po­mniałem sobie to, o czym wspomniał Daw­son; nie był jedy­nym człowie­kiem z Przy­szło­ści, szu­kają­cym zagi­nio­nego przed­miotu. Prawdo­po­dob­nie istotą z in­nego czasu była także Te­resa van Ha­gen, sie­dząca obok mnie w sa­mo­cho­dzie. Do­my­śla­łem się, że na pewno jest ładna, po­dob­nie jak pięk­nym męż­czy­zną jest Ralf Daw­son. Ale choćby na­wet byli isto­tami z krwi i ciała, od chwili gdy uwie­rzy­łem, że są ludźmi z Przy­szło­ści, czu­łem mię­dzy nimi i sobą jakąś ob­cość. Dzieliło nas kilka ty­sięcy lat — tej wie­dzy nic nie było w sta­nie wy­rzu­cić z mej świado­mo­ści. Ich ciała wy­da­wały mi się tylko natu­ral­nymi ko­stiu­mami, które kryły spe­cjal­nie szkolone umy­sły i dusze; my­śla­łem o nich jako o do­sko­nale skon­stru­owa­nych lal­kach czy ma­neki­nach, uda­ją­cych, że są ludźmi z mo­jego czasu. In­tere­so­wali się mną i chcieli mojej przyjaźni, po­nie­waż by­łem im po­trzebny.

— Czy chcesz pi­gułkę na­senną? — po­wtó­rzył pro­po­zycję zniewa­la­jący głos ko­biecy.

— Dziękuję, nie uży­wam pi­gułek na­sen­nych — od­rze­kłem nie­chęt­nie, przejęty uczuciem ob­cości.

Usły­sza­łem ciche wes­tchnienie:

— Mo­głam się do­my­ślić, że nie po­trze­bu­jesz środ­ków na­sen­nych. Prze­pra­szam cię więc za tę pro­po­zycję. Sta­ram się do­brze wy­peł­nić swoje za­danie. Żona po­winna troszczyć się o swego męża.

Nie chciało mi się roz­ma­wiać z tą sztuczną istotą. Nie wy­pa­dało jed­nak zbyt wy­raź­nie oka­zy­wać jej nie­chęci. Dla­tego od­par­łem:

— Nie wiem, jak po­winna po­stę­po­wać dobra żona. Je­stem ka­wale­rem. Jak to się mówi: sta­rym ka­wale­rem.

— A ja już mia­łam trzech mę­żów — za­śmiała się głę­bo­kim, nie­mal nie­do­sły­szal­nym śmiechem. — Wciąż otrzymuję to samo za­danie: być żoną Thomasa van Ha­gena. Tylko je­den, ten pierwszy był praw­dziwy.

Jej słowa nie­oczeki­wa­nie sprawiły mi przy­krość, choć po­twierdziły moje przy­pusz­cze­nia. Tam, w odle­głej Przy­szło­ści, chyba dość liczna grupa ludzi zo­stała wy­szkolona do spe­cjal­nego za­dania: od­nale­zie­nia za­gu­bio­nego przed­miotu. Ilu ich spo­tkam na swej dro­dze? Daw­son był istotą z krwi i ko­ści, ale być może przy­słano tu i ta­kich, któ­rzy są cał­ko­wicie sztucz­nymi two­rami lub na wpół-ludźmi, czyli cy­bor­gami. Kto wie, może i Te­resa van Ha­gen jest tylko cy­bor­giem za­pro­gra­mo­wa­nym na od­gry­wa­nie roli do­brej żony dla ko­lej­nego Thomasa van Ha­gena. Może jej głos sły­szę z ta­śmy ma­gne­tofo­no­wej, którą na­grała jakaś zna­ko­mita ak­torka z Przy­szło­ści, a jej ciało okaże się kopią współcze­snej pięk­ności z Bo­goty czy Lon­dynu.

Po­wie­działem:

— Wie­rzę, że po­tra­fisz być dobrą żoną, gdyż takie jest twoje za­danie. Ja rów­nież mam do wy­ko­nania ważną pracę. Dajmy więc spo­kój wzajem­nym popi­som na­szych umiejętno­ści. Wolę mil­czeć niż słu­chać wy­uczonej lekcji.

Nie od razu od­po­wie­działa. Nie wy­czu­łem jed­nak urazy w jej gło­sie:

— Do­brze, To­ma­szu. Po­wie­działeś mi to samo, co mój trzeci mąż. Szkoda, że by­łam tylko przez trzy dni jego żoną. Do dziś pa­mię­tam, jak zgi­nął w prze­pa­ściach gór Sierra Nevada. Zgi­nął, aby ura­to­wać mi życie. Te­raz ża­łuję, że nie za­przyjaź­niłam się z nim ser­deczniej. Ale, po­dob­nie jak ty, wciąż po­wta­rzał, że przede wszystkim inte­re­suje go jego praca.

Nie za­sko­czyła mnie ta hi­storia. Ralf Daw­son wspominał, że wielu ludzi z Przy­szło­ści prze­szu­ki­wało góry Ko­lum­bii i nie­jeden z nich za­płacił za to ży­ciem. Po­dob­nie nie było nic za­dzi­wia­ją­cego w opo­wie­ści Te­resy van Ha­gen o jej trzech mę­żach. Zdą­ży­łem po­znać czuj­ność poli­cji ko­lum­bij­skiej oraz do­cie­kli­wość in­spektora Esponozy. Osobnik z Przy­szło­ści, który nie zo­stałby mocno osa­dzony w rze­czy­wi­stości ko­lum­bij­skiej, mu­siałby dość szybko zwrócić uwagę po­licji. Te­resa van Ha­gen sta­no­wiła w Ko­lum­bii coś w ro­dzaju „re­zy­dentki” dla ekip z Przy­szło­ści. Taką samą rolę za­pewne od­gry­wał Daw­son. Przybysze z Przy­szło­ści wchodzili w czas te­raź­niej­szy jako ko­lejni mę­żo­wie pani van Ha­gen, jej bra­cia lub sio­stry. Być może ta­kich rezy­den­tek lub rezy­den­tów było wię­cej. W ten spo­sób dzięki ko­muś, kto już od dawna za­mieszki­wał w Te­raź­niej­szo­ści, po­jawił się w Ko­lum­bii i Ralf Daw­son. Pierwsi przy­bysze z Przy­szło­ści robili ja­kieś fi­nan­sowe inte­resy i po­zo­sta­wiali dla in­nych za­sobne konta ban­kowe, stwo­rzyli dla swych na­stęp­ców au­ten­tyczne ro­do­wody i ży­cio­rysy.

O tym roz­my­śla­łem, a tym­cza­sem sa­mo­chód wciąż pę­dził w dal. Jak długo to trwało, nie mia­łem poję­cia, po­nie­waż ani razu nie zerk­ną­łem na zega­rek. Po­czu­cie czasu mó­wiło mi jed­nak, że mniej wię­cej po go­dzi­nie jazdy skrę­cili­śmy na dość wy­bo­istą drogę, po któ­rej je­cha­liśmy już znacznie wol­niej. W sa­mo­cho­dzie było duszno, mocny za­pach per­fum odu­rzał mnie i czy­nił sen­nym. Wy­daje mi się, że za­sną­łem na krótką chwilę, ale chyba trwało to znacznie dłu­żej, po­nie­waż gdy ock­ną­łem się, był już świt.

Za­trzymali­śmy się. Te­resa van Ha­gen na­tychmiast otworzyła boczne drzwiczki i wy­szła, a do sa­mo­chodu wtar­gnęło bar­dzo zimne po­wie­trze. Aż za­dy­go­tałem od chłodu i także wy­sze­dłem z wozu, aby się roz­ru­szać. Znajdo­wali­śmy się w głę­bo­kim wą­wo­zie oto­czo­nym po­szar­pa­nymi szczytami gór­skimi. Niebo nad gó­rami było już żół­tawe od bla­sku wscho­dzą­cego słońca, ale tutaj, w głę­bo­kim wą­wo­zie, wciąż jesz­cze roz­po­ście­rał się szary mrok. Za­rys sto­ją­cego o kil­kana­ście kro­ków śmi­głowca był jed­nak wi­doczny — do­my­śli­łem się, że tym środ­kiem transportu od­bę­dziemy dal­szą drogę. Czarno­skóry kie­rowca wyjął moją torbę z sa­mo­chodu i po­sta­wił ją koło mnie.

Od strony śmi­głowca nade­szła Te­resa. Była już ubrana w fu­trzaną kurtkę, pi­lotkę, po­łowę jej twa­rzy za­kry­wały ogromne, lotni­cze oku­lary. Po­dała mi taką samą pi­lotkę i cie­płą kurtkę, którą po­śpiesznie przyw­działem, po­nie­waż za­czą­łem już dzwonić zę­bami z zimna. Teraz wóz z sa­nato­rium dok­tora Alva­reza za­czął za­wra­cać na ka­mie­nistej dro­dze, bie­gną­cej dnem wą­wozu.

— Szybciej — Te­resa do­tknęła mo­jego ra­mie­nia i ru­szyła pierwsza do śmi­głowca.

Była to nie­wielka ma­szyna prze­zna­czona do dłu­gich tras, miała bo­wiem ka­binę za­bu­do­waną do­dat­ko­wymi zbiorni­kami na pa­liwo. Te­resa za­jęła miej­sce za ste­rem, uru­cho­miła silnik. Okropny hałas wy­pełnił mi uszy. Do­piero gdy sta­ran­niej za­wią­za­łem pod brodą pi­lotkę ze słu­chawkami i mi­kro­fo­nem, hałas stał się mniejszy.

Te­resa przyle­ciała tu skądś, po­tem wy­je­chała po mnie sa­nato­ryj­nym sa­mo­cho­dem, była więc wiele go­dzin w dro­dze, ale w jej ru­chach nie za­uwa­ży­łem oznak zmę­cze­nia. „Tak, w Przy­szło­ści szkolono ich w naj­róż­niej­szych dzie­dzi­nach — po­my­śla­łem. — Mają za­pewne nie­spo­żyte siły albo uży­wają ja­kichś spe­cjal­nych pi­gułek, które usu­wają zmę­cze­nie”.

Za­py­tałem ją przez mi­kro­fon, jak długo bę­dziemy le­cieć.

— Za kilka go­dzin znaj­dziemy się w domu — od­po­wie­działa.

Uśmiech­ną­łem się na myśl, że oto nie­oczeki­wa­nie mam żonę oraz jakiś nowy dom, za­pewne ob­szer­niej­szy od mej cia­snej ka­wa­lerki na Sta­rym Mie­ście w War­sza­wie. Wszystko, co mi się przy­da­rzyło w Ko­lum­bii, wy­da­wało się takie dziwne, że go­tów by­łem nie­mal uwie­rzyć, że dom okaże się ja­kimś baj­ko­wym pała­cem za­wie­szo­nym w po­wie­trzu. Czy po­trafię żyć w tym pa­łacu? Raptem wspo­mniałem mego zwierzch­nika, dy­rek­tora Mar­czaka, wy­obra­ziłem sobie nasze spo­tka­nie, moją opo­wieść o lu­dziach z Przy­szło­ści. Mar­czak na pewno wy­słu­cha mnie uważnie, a po­tem stu­kając się pal­cem w czoło po­wie: „Toma­szu, pan na­prawdę zwa­rio­wał”. A prze­cież by­łem przy zdrowych zmy­słach. Wy­star­czyło ści­snąć palce, by po­czuć śliską skórę fotela w śmi­głowcu. Za pano­ra­miczną szybą wi­działem po­szar­pane szczyty dzi­kich gór zło­co­nych przez wscho­dzące słońce.

Nie po­trafię opi­sać po­dróży. Była zbyt piękna, aby moje wra­żenia mo­gły od­dać słowa. Nad Ko­lum­bią wstawał dzień, a my le­cieli­śmy coraz in­nymi niec­kami krę­tych wą­wo­zów, wciąż po­śród wy­so­kich gór. Co jakiś czas wi­działem w dole rwące po­toki, a nie­kiedy dość duże rzeki, zie­lone do­liny z wio­skami i mia­steczkami o bia­łych ko­ściołach, ob­ser­wo­wa­łem gór­skie drogi i as­fal­towe szosy. Póź­niej le­cieli­śmy nad rów­niną po­ciętą ka­na­łami iry­ga­cyj­nymi i oglą­da­łem z wy­soka roz­ległe plantacje kawy. Po­tem były ośnieżone góry i wą­wozy po­dobne do głę­bo­kich prze­paści, na­stęp­nie nie­mal bez­kresna połać ba­gien.

Pod­czas mego po­bytu w Bo­gocie czę­sto za­trzymy­wa­łem się przed mapą Ko­lum­bii, roz­wie­szoną w hallu ho­telu Hil­ton. Upstrzono ją styli­zo­wa­nymi obra­zami, przedsta­wia­ją­cymi uroki prze­róż­nych miej­sco­wo­ści i za­chę­cają­cymi do ich od­wie­dzin. U dołu mapy, a więc na połu­dniu, obra­zek przedsta­wiał węd­karzy i kilka eg­zo­tycz­nych ryb, napis zaś in­for­mo­wał:

Selva Ama­zo­nica — lasy Ama­zonii. Nikt nie ma tyle wy­obraźni i fan­tazji, aby je opi­sać. Lasy roz­cią­gają się wo­kół rzek Meta, Pu­tu­mayo, Caqueta i oczywi­ście nad Ama­zonką. Tu znaj­duje się naj­wię­cej ryb akwario­wych, które łowi się z za­sadzki lub w wię­cie­rze. Na każ­dym kroku czeka cię przy­goda, nie­wy­klu­czone, że spo­tkasz straszli­wego węża — ana­kondę.

Nieco po­wy­żej re­kla­mo­wano Park Ar­che­olo­giczny w San Au­gu­stin, a tro­chę na prawo od niego — Lla­nos Orientales, czyli Wschodnie Równiny pełne bydła i szmarag­do­wych łąk, o któ­rych poeta z We­ne­zueli, Al­berto Au­relo Tor­re­alba, pisał:

Wy­star­czy, że spoj­rzysz na rów­ninę, a twoje oczy stają się zie­lone i ła­god­nieją, przy­bie­rając kolor rze­czy, o któ­rych ma­rzysz.

Na tej ma­pie był rów­nież za­zna­czony ob­szar Wielkich Mo­cza­rów, czyli Cie­nanga Grandę. Na­pis głosił:

Mie­sza­nina wód sło­nych ze słod­kimi, ru­chliwy targ ostryg, które wy­ławia się go­łymi rę­kami wprost z wody.

Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że wła­śnie mi­nęli­śmy te ba­gna i po­szy­bo­wali­śmy w stronę ośnieżo­nego ma­sywu gór Sierra Nevada, za któ­rym roz­le­wało się Mo­rze Ka­raib­skie i dalej — Ocean Atlantycki. Mi­jała trze­cia, czwarta, a po­tem piąta go­dzina lotu. „Czyżby­śmy kie­ro­wali się w stronę Val­la­dupar?” — za­sta­na­wia­łem się, bo tę miej­sco­wość znaj­du­jącą się wła­śnie w tych oko­li­cach za­pa­mię­tałem z mapy. W oczy rzu­cał się tam rysu­nek ogrom­nego jagu­ara. Na­pis ostrzegał, a za­ra­zem za­chę­cał:

Jeśli spo­tka­cie w lesie jagu­ara, to za­trzy­maj­cie się, aby po­zbie­rać swoje myśli. Ja­guar roz­cią­gnie się na ziemi, uszy po­stawi do góry i za­cznie się w was wpatry­wać, chcąc od­gad­nąć wa­sze za­miary... Ma­cie trzy moż­liwo­ści: za­wró­cić z drogi, nie pro­wo­kując jagu­ara; od­dalić się, nie pa­trząc mu w oczy; albo też — od­bez­pie­czyć broń. Nie na­leży jed­nak do przyjem­ności do­świadczyć na wła­snej skó­rze skut­ków złego strzału i ataku zra­nio­nego jagu­ara. Co wtedy po­cząć? Uciekać? Po co? Prze­cież chyba ma­cie jesz­cze kule w wa­szych strzelbach?...

Uśmiech­ną­łem się pod no­sem, my­śląc o sztucznym stylu re­klam pro­pa­gują­cych piękno i eg­zo­tykę Ko­lum­bii. Te na­pisy zu­peł­nie nie od­da­wały uro­ków tego kraju, tak nie­zwy­kłego pod względem kli­matu, ukształto­wa­nia te­renu, wspania­łości kra­jo­bra­zów. W Ko­lum­bii każdy mu­siał po­paść w za­chwyt — hi­sto­ryk sztuki, ar­che­olog, my­śliwy, węd­karz, zbie­racz rzad­kich oka­zów fauny i flory eg­zo­tycz­nej. I po­szu­ki­wacz przy­gód. Prawdzi­wych i nie­bez­piecznych przy­gód w dzi­kich i nie­do­stęp­nych gó­rach lub w dżunglach i la­sach Amazonki. Jaka szkoda, że ten cu­downy kraj dane mi było po­znać tylko z okna śmi­głowca pi­loto­wa­nego przez ta­jem­niczą ko­bietę.

Zbli­żało się połu­dnie, do ka­biny od czasu do czasu za­glą­dało słońce. Kil­ka­krot­nie ob­ser­wo­wa­łem twarz Te­resy ob­ra­mo­waną pi­lotką. Stwierdzi­łem, że miała deli­katną, białą cerę, ład­nie zary­so­waną, małą brodę i drobne, czerwone usta, które, w chwilach gdy nie­bez­piecznie zbli­żali­śmy się do ma­sywu ja­kiejś góry, za­gry­zała nie­mal do krwi. Jej nos był mały i kształtny. Oczu, nie­stety, nie wi­działem, bo za­sła­niały je oku­lary. Nie do­my­śla­łem się też, ja­kiego ko­loru ma włosy schowane pod pi­lotką. Ale czu­łem, że jest ładna i zgrabna, bo lu­dzie z Przy­szło­ści nie przy­sła­liby tu żad­nej brzy­duli, wie­dząc, że ład­nej ko­bie­cie jest o wiele ła­twiej na­wią­zy­wać zna­jo­mo­ści i uzy­ski­wać in­for­ma­cje.

Ogląda­łem wi­doki za szybą śmi­głowca, ale nie­kiedy za­trzymy­wa­łem wzrok na dło­niach Te­resy. To dziwne, lecz jej dło­nie były spo­kojne, choć pro­wa­dziła śmi­gło­wiec dość ner­wowo. W prze­ci­wieństwie do twa­rzy, ręce miała tro­chę opa­lone, mimo to wy­raź­nie do­strzega­łem pod skórą nie­bie­skie żyłki. „Jest żywą istotą, taką jak i ja, a jed­nak dzieli nas kilka ty­sięcy lat i za­pewne ona myśli o mnie z odrobiną lito­ści, jak o kimś, komu nie da­nym jest i nie bę­dzie da­nym po­znać uro­ków jej świata”. Za­pewne i ja od­no­sił­bym się po­dob­nie do ko­goś sprzed pię­ciu ty­sięcy lat, do istoty być może sym­pa­tycz­nej, ale rów­nie god­nej współczu­cia, po­nie­waż nie zna uro­ków jazzu, jazdy sa­mo­cho­dem, lata­nia w po­wie­trzu, udo­god­nień spo­wo­do­wa­nych od­kry­ciem działania pary wod­nej i elek­tryczności.

„Kim je­stem dla niej? — za­sta­na­wia­łem się. — Ni­kim lub pra­wie ni­kim. Oni, lu­dzie z Przy­szło­ści, mają do wy­ko­nania swoje za­danie, ja służę im jako na­rzę­dzie. Kiedy przy ich po­mocy uczynię, co do mnie na­leży, znikną, co naj­wy­żej po­wie­dziawszy mi „dziękuję”. Może będą się sta­rali być na­wet dla mnie mili na tyle, abym się czuł z nimi do­brze. Ale tak na­prawdę chyba nie traktują mnie jako rów­nego sobie part­nera”.

Ro­zu­mia­łem uczucia, jakie za­pewne miała wo­bec mnie Te­resa van Ha­gen, zara­zem jed­nak coś się we mnie prze­ciw nim bun­to­wało. Chciałem zro­bić coś ta­kiego, żeby po­jęła, że mimo dzielą­cych nas ty­siąc­leci, ja też je­stem kimś cie­ka­wym, inte­li­gent­nym, wrażliwym. I nie pra­gnę żad­nego współczu­cia z tego po­wodu, że uro­dzi­łem się i żyję w in­nym cza­sie.

Tymcza­sem zbli­żali­śmy się już do szczytów Sierra Nevada de Santa Marta, ogrom­nego łań­cu­cha gór­skiego, po­ry­tego głę­bo­kimi roz­pa­dli­nami. Szczyty były nagie lub po­kryte śnie­giem, ale im niżej, tym bar­dziej sta­wały się zie­lone, poro­śnięte bujną, pod­zwrotni­kową ro­ślin­no­ścią. Z góry spływały liczne stru­mie­nie, raz po raz wi­działem do­liny, bez­ludne lub z ma­łymi wio­skami, za­gu­bio­nymi wśród gór­skich bez­droży.

Na­gle Te­resa van Ha­gen zdjęła lewą rękę ze steru i wskazała w dół.

— To tam! — krzyknęła w moją stronę.

Uj­rza­łem gór­ską do­linę, prze­ciętą dość sze­ro­kim stru­mie­niem. W zie­leni gę­stej ro­ślin­ności krył się duży, biały dom, po­kryty gli­nia­nymi da­chówkami ko­loru tera­kota. Dom stał sa­mot­nie, ale w po­bliżu wi­działem kilka za­bu­do­wań go­spo­dar­czych i jesz­cze dwa bu­dynki miesz­kalne. Ca­łość tej ha­cjendy, bo tak ją okre­śli­łem, ogra­dzał mur uło­żony z pła­skich gła­zów. Do bramy pro­wa­dziła kręta droga, bie­gnąca dnem wą­wozu tuż nad brze­giem stru­mie­nia.

Śmi­gło­wiec zni­żył gwałtow­nie lot i na chwilę za­wisł w po­wie­trzu nad kwa­dra­to­wym pla­cem wy­łożo­nym gła­zami. To było lą­do­wi­sko usy­tu­owane w po­bliżu głównego bu­dynku.

Usiedli­śmy na ziemi bez wstrząsu, co świad­czyło, że Te­resa była jed­nak do­brym pilo­tem. Na­tychmiast wy­łą­czyła silnik i ci­sza ude­rzyła mnie jak obu­chem. Z domu spiesznie wy­biegł ciemno­skóry, stary In­dia­nin w białej ko­szuli, bia­łych pan­talo­nach i w słomko­wym ka­pelu­szu na gło­wie. Te­resa otworzyła drzwiczki i zgrabnie ze­sko­czyła na zie­mię. Po­wie­działa coś po hisz­pań­sku do owego In­dia­nina, a po­tem nie oglą­dając się za sie­bie, ru­szyła w stronę domu po ścieżce wy­sy­panej tłu­czo­nym ka­mie­niem. In­dia­nin wy­cią­gnął do mnie rękę.

— Se­#241;or, pro­szę za mną — po­wie­dział ła­maną an­gielszczy­zną. Na­stęp­nie wziął moją torbę i po­czła­pał tą samą dróżką, którą ode­szła Te­resa.

Dom był ob­szerny, dwu­pię­trowy, z bia­łymi ko­lu­mienkami pod­pie­rają­cymi taras obro­śnięty zie­lo­nym bluszczem. Ota­czał go ogród, który robił wra­żenie za­nie­dba­nego, bujna ro­ślin­ność nie­mal zu­peł­nie zaro­sła pra­wie wszystkie ścieżki i alejki; je­dynie droga z lot­niska do domu była czę­sto uży­wana. Z bli­ska i dom wy­glą­dał, jakby nie miał go­spo­darza — w schodach były wy­rwy, tu i ów­dzie od ścian od­padł tynk. Farba na drzwiach łusz­czyła się.

To samo wra­żenie od­nio­słem wchodząc do wnę­trza. Naj­pierw uj­rza­łem wielki i mroczny hall ze schodami na pię­tro. W hallu stały me­ble — szafy, stół, fotele, kie­dyś chyba wy­tworne i dro­gie, obecnie jed­nak zła­ziła z nich po­litura, a przez roz­darte, skó­rzane obi­cia foteli zja­dli­wie wy­chy­lały się sprę­żyny. In­dia­nin po­pro­wa­dził mnie po sta­rych, skrzypią­cych schodach, po­kry­tych wy­tar­tym chodni­kiem, do ko­ryta­rza na pię­trze, otworzył dru­gie drzwi po pra­wej stro­nie i za­prosił do po­koju.

Był to kie­dyś piękny po­kój go­ścinny z ele­ganckim łóż­kiem, rzeź­bio­nym biu­recz­kiem, wy­god­nymi fote­lami i pu­szy­stym dy­wa­nem. Teraz dy­wan miał dziury, łóżko i biu­reczko zo­stały nadżarte przez ja­kieś owady, na fote­lach le­żały po­duszki, które chro­niły przed ata­kiem sprę­żyn. Żółte ta­pety były zu­peł­nie wy­bla­kłe.

In­dia­nin poło­żył moją torbę na biu­reczku i wy­szedł, ci­cho za­my­kając drzwi. Nie wspomniał ani o śnia­daniu, ani o obie­dzie, a by­łem już głodny. Po­my­śla­łem z iro­nią: „Te­resa prze­stała w na­szym domu od­gryźć rolę do­brej żony”.

Po chwili stwierdzi­łem, że na łóżku znaj­duje się czy­sta po­ściel, z po­ko­jem są­sia­duje mała ła­zienka z nie­bie­skimi ka­fel­kami i sta­ro­świecką wanną. Wi­siały tam czy­ste ręcz­niki i no­wiutki szla­frok frotte. O dziwo, w tym za­nie­dba­nym domu z jed­nego kurka le­ciała zimna, a z dru­giego cie­pła woda — za­pewne na tere­nie ha­cjendy znaj­do­wał się gene­rator elek­tryczny na olej opa­łowy. On to do­star­czał prąd, wszędzie bo­wiem było światło elek­tryczne.

Pachnące my­dełko za­chę­cało do ką­pieli, na­peł­niłem więc wannę cie­płą wodą i po­zby­łem się uczucia zmę­cze­nia, wy­wo­ła­nego nie­prze­spaną nocą i kil­koma go­dzi­nami lotu. Od­świe­żony, w miękkim szla­froku pod­sze­dłem do okna i pa­ląc pa­pie­rosa, długo i z przyjem­no­ścią pa­trzy­łem na wspaniały wi­dok gór Sierra Nevada, na zie­leń pod­zwrotni­ko­wych la­sów oraz sza­rość skał poni­żej białej czapy wiecz­nego śniegu.

— Jak się czu­jesz? — usły­sza­łem za ple­cami głos Te­resy.

Od­wró­ciłem się rap­tow­nie i aż za­mru­ga­łem po­wie­kami, aby upewnić się, że nie ule­gam złu­dze­niu. Zna­łem kilka pięk­nych dziew­cząt, jak każdy męż­czy­zna ce­niłem urodę wielu fil­mo­wych akto­rek. Lecz oto w tej chwili sta­ną­łem oko w oko z ko­bietą o ja­kiejś zniewa­lają­cej pięk­ności, z istotą jak gdyby wy­jętą z cu­dow­nego snu, z kimś, kto nie mógł chyba ist­nieć real­nie, po pro­stu zszedł z kolo­ro­wego ob­razka. Była to ko­bieta śred­niego wzrostu, szczupła, o dłu­giej szyi i nie­dużej gło­wie. Bar­dzo jasna, na­tu­ralna blon­dynka z sza­rymi oczami w ciemnej oprawie dłu­gich rzęs. Włosy upi­nała w gruby wę­zeł tuż nad kar­kiem. Miała gład­kie czoło, po­cią­głą twarz o ce­rze zale­dwie ró­żo­wej, usta, jak to już za­uwa­ży­łem pod­czas lotu, drobne. I tak samo małe i dzie­cięce wy­dały mi się jej uszy, prze­świ­tu­jące ró­żo­wo­ścią jak mor­skie muszle. Tak na dobrą sprawę ża­den szczegół twa­rzy Te­resy nie był wy­bitnie ładny, dla­tego opis nie odda urody owej ko­biety. Ca­łość jed­nak da­wała wra­żenie skończo­nej pięk­ności. I jesz­cze coś w niej było jak gdyby stwo­rzone spe­cjal­nie dla mnie — chłodne spoj­rze­nie sza­rych oczu, ani odrobiny ko­kiete­rii w ruchu głowy, ust, w po­sta­wie ca­łego ciała. Nie re­pre­zen­to­wała urody re­ne­san­so­wej, któ­rej nie lubię, lecz zimną, wy­nio­słą urodę ko­biet z obra­zów go­tyc­kich, jaką sobie naj­wy­żej cenię. A gdy tak stała przede mną, mia­łem wra­żenie, że w mu­zeum po­dzi­wiam nie­znany ob­raz i że, po­dob­nie jak od po­staci na obra­zie, dzieli mnie od niej wszystko — czas, mate­ria, barwa, talent mala­rza. I choć osoba na płót­nie wy­glą­dała jak żywa, to jed­no­cze­śnie po­zo­sta­wała martwa, była jedy­nie ma­lar­skim wy­obra­że­niem po­staci żyją­cej kie­dyś. Owa go­tyc­kość nie obejmo­wała ubioru. Te­resa no­siła nie­bie­ską, sportową ko­szulę, biało-błę­kitną je­dwabną spódnicę roz­sze­rzoną u dołu, białe pan­to­felki na wy­so­kim obca­sie.

— Jak się czu­jesz? — za­py­tała mnie po­now­nie, obo­jętna na wy­ra­żony w mych oczach za­chwyt.

— Je­stem głodny.

— Obiad zjemy na dole — poin­for­mo­wała mnie. — Prze­bierz się, a ja za­cze­kam na cie­bie na ko­ryta­rzu.

Ubrałem się w szary, po­dróżny gar­nitur Daw­sona, a po­tem po skrzypią­cych schodach z po­dziu­ra­wio­nym chodni­kiem ze­szli­śmy do dużej mrocznej sali, gdzie pod ścianą stał sta­ro­świecki, rzeź­biony kre­dens. Śro­dek zaj­mo­wał pro­sto­kątny stół chyba na dwa­dzie­ścia osób, bo tyleż nali­czy­łem przy nim krze­seł z wy­so­kimi opar­ciami. Przy kre­den­sie, na któ­rym były po­trawy, zo­ba­czy­łem dwie młode In­dianki w bia­łych far­tu­chach. Na dwóch krań­cach stołu roz­sta­wiono dwa na­kry­cia. Usiedli­śmy na­prze­ciw sie­bie. Dzieliły nas chyba trzy me­try pole­ro­wa­nej po­wierzchni stołu z ciemnego orze­cha.

By­łem głodny i ja­dłem szybko wszystko, co mi kła­dziono na talerz. Do­bre wy­cho­wa­nie na­ka­zy­wało za­ba­wiać roz­mową ko­bietę przy obie­dzie, ale na próżno wy­sila­łem swój mózg: nie mia­łem poję­cia, o czym mó­wić z Te­resą van Ha­gen. Choć nie, bar­dzo chciałem ją czymś po­iry­to­wać, zmu­sić do przełama­nia obo­jęt­ności, jaką mi oka­zy­wała.

— Ten dom jest bar­dzo za­nie­dbany, moja mał­żonko — ode­zwałem się do niej iro­nicz­nym to­nem, kiedy podano na deser ja­kieś owoce po­dobne do ba­na­nów obla­nych słod­kim syro­pem.

Od­parła z naj­większą po­wagą:

— To nie tylko moja wina. Prze­cież nie było cię dwa lata, bo za przemyt szmarag­dów do Ekwadoru sie­działeś w wię­zie­niu. Trudno wy­ma­gać od ko­biety, aby po­tra­fiła utrzymać ha­cjendę w nale­ży­tym po­rządku, gdy bra­kuje przy jej boku męż­czy­zny.

Ka­wa­łek owocu utkwił mi w gar­dle i aż się za­krztusiłem. Te­resa van Ha­gen po­wie­działa te słowa z taką natu­ral­no­ścią, jak gdy­bym rze­czy­wi­ście był jej mę­żem. Dla kogo były prze­zna­czone? Dla In­dia­nek, które usłu­gi­wały przy stole? One chyba nie ro­zu­miały po an­giel­sku. A więc dla mnie w for­mie in­strukcji, kim je­stem i jak się po­wi­nie­nem za­cho­wy­wać.

By­łem obu­rzony. Naj­pierw Daw­son zro­bił ze mnie wa­riata, a te­raz ta ko­bieta wmawiała, że je­stem prze­stępcą. Chciałem wy­raź­nie dać Tere­sie do zro­zu­mie­nia, że po­dobna rola zu­peł­nie mi nie od­po­wiada, jed­nak po­wstrzy­ma­łem się. Ist­niał prze­cież nad­rzędny cel — od­nale­zie­nie skra­dzio­nych dzieł sztuki. Dzięki wi­zycie w sa­nato­rium dla ner­wowo cho­rych do­wie­działem się, na jakiej dro­dze szu­kać prze­stęp­ców. Być może teraz zro­bię krok dalej. Ale chyba mo­głem sobie po­zwo­lić na odrobinę zło­śli­wo­ści.

— O ile wiem, nie byłaś tutaj taka sa­motna...

— Czyżbyś był za­zdro­sny? — za­śmiała się sztucznie. — Owszem, od­wie­dzał mnie twój przyjaciel Ralf Daw­son. Poza tym jakiś czas mieszkał tu twój brat, Erich van Ha­gen, oraz twój da­leki ku­zyn, dok­tor Mil­ler. Ale prze­cież cię o tym in­for­mo­wa­łam i nie mia­łeś żad­nych za­strzeżeń.

— A ten, który... zgi­nął w gó­rach?... — wy­ją­ka­łem za­sko­czony fak­tem, że po­sia­dam aż tylu krewnych.

Wes­tchnęła i to wes­tchnienie wy­da­wało mi się szczere. Była chyba zna­ko­mitą ak­torką albo też zna­ko­micie wy­szkolonym w Przy­szło­ści de­tek­ty­wem.

— Ro­zu­miem, że wię­zie­nie nie jest rajem — oświad­czyła. — To i owo mo­gło wy­le­cieć z twej pa­mięci i nerwy też masz nad­szarpnięte. Po twoim areszto­wa­niu za radą Daw­sona zmieniłam całą służbę, gdyż za­cho­dziło po­dej­rze­nie, iż ktoś z niej był współpra­cow­ni­kiem poli­cji. Wy­szkoliłam tutej­szych In­dian ze szczepu Ta­iron i dla twego po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa in­for­muję cię, że ha­cjendy strzegą dzień i noc dwa kara­biny ma­szy­nowe. Ogro­dzono ją też elek­trycznym dru­tem. Gdy że­niłeś się ze mną, ostrzega­łam cię, że chyba przy­noszę nie­szczęście. Wy­śmiałeś mnie. Mu­sisz jed­nak uwa­żać na sie­bie, mój ko­chany...

Ostatnie zda­nie za­brzmiało jak po­gróżka. Tej ko­biety nale­żało się chyba lę­kać.

— Pro­po­nuję kawę w bi­blio­tece — pod­nio­sła się z krze­sła.

Bi­blio­teką na­zy­wała są­sia­du­jące z ja­dal­nią po­mieszcze­nie z jedną tylko półką i kil­koma książkami, ale za to ze wspania­łym ko­min­kiem i miękkimi klu­bo­wymi fote­lami. Na ścia­nach wi­siało kilka sztu­ce­rów oraz pięć skór ogrom­nych jagu­arów. Za­jęli­śmy miej­sca w fote­lach, jedna z In­dia­nek po­dała nam kawę.

— Tego jed­nego ja sama za­biłam w ubie­głym roku — po­chwaliła się Te­resa, ru­chem głowy wskazując naj­większą skórę wi­szącą za jej ple­cami.

To, że się po­chwaliła, wy­dało mi się bar­dzo ludz­kie. Nie przy­pusz­cza­łem, że Oni by­wają także tro­chę próżni.

Od­po­wie­działem kpiąco:

— Użyłaś siły „psi” czy za­biłaś go strzałem ze sztu­cera?

Wzruszyła ra­mio­nami, jak gdyby mój żart wy­dał się jej nie­sto­sowny:

— Oczywi­ście, że uży­łam sztu­cera. Tego z lu­netą, który wisi po two­jej pra­wej ręce na ścia­nie. Czy lu­bisz po­lo­wać?

— Nie. Po­trafię jed­nak po­słu­gi­wać się bro­nią palną.

— To do­brze. Wy­bierz sobie któ­ryś ze sztu­ce­rów i za­bierz do swego po­koju. I w ogóle noś go przy sobie. Ostatnio roz­mno­żyły się tutaj ja­do­wite węże. Wchodzą na­wet do po­ko­jów na pię­trze. Ty­dzień temu za­biłam jed­nego na schodach.

Opa­no­wa­łem wy­raz wstrętu, który na myśl o wę­żach wpełzają­cych mi pod koł­drę po­jawił się na mojej twa­rzy.

Ona zaś do­dała:

— Nasz dom jest rze­czy­wi­ście za­nie­dbany. W mu­rach po­wstało wiele szczelin i pęk­nięć. To przez nie gady do­stają się do wnę­trza.

— W po­rządku. Wy­biorę sobie jakąś broń — z udaną obo­jęt­no­ścią ski­ną­łem głową.

A ona nagle uśmiech­nęła się do mnie i przez to stała się jesz­cze pięk­niej­sza.

— Szkoda, że nie mamy dla sie­bie czasu — po­wie­działa miękko. — Być może na­uczyłabym cię po­lo­wać i polu­bił­byś to zaję­cie. Nie­stety, już jutro rano po­pro­wa­dzę cię w góry, bar­dzo wy­soko i bar­dzo da­leko.

Uśmiech nagle znik­nął z jej twa­rzy. Po­smutniała.

— Je­śli nie od­naj­dziemy zgu­bio­nego przed­miotu, znowu stracę ko­lej­nego męża. Znowu będę sama w tym po­nu­rym, za­nie­dba­nym domu, wśród ja­do­wi­tych węży i ban­dy­tów.

Do­dała coś jesz­cze, ale jej słowa za­głu­szył war­kot śmi­głowca, który pode­rwał się z po­bli­skiego lą­do­wi­ska i przeleciał nad do­mem, kie­rując się chyba na za­chód.

— Czy i ja zginę w ja­kiejś prze­paści gór­skiej? — za­py­tałem.

Nie chciała albo nie umiała dać mi od­po­wie­dzi. Mil­czała długą chwilę, a wreszcie po­wie­działa z mocą:

— Mu­simy od­na­leźć ten przedmiot. Tak, mu­simy tego do­ko­nać za wszelką cenę.

I znowu za­padło mię­dzy nami mil­cze­nie.

Po chwili Te­resa wstała z fotela i stwierdziła:

— Po­wi­nie­neś od­po­cząć. Połóż się tro­chę. Obu­dzę cię w porze kola­cji.

Po­słusznie pod­nio­słem się z fotela, na chwilę sta­ną­łem pod ścianą ze sztu­ce­rami i wy­bra­łem dla sie­bie broń bel­gij­ską, pię­cio­strzałową. Te­resa wy­jęła z kre­densu paczkę na­bo­jów i po­dała mi ją w mil­cze­niu. Tak roz­stali­śmy się — ja z bro­nią w ręku po­sze­dłem do sie­bie na górę, a ona znik­nęła w po­mieszcze­niu za bi­blio­teką.

W po­koju na pię­trze sze­roko otworzy­łem okno, bo od­nio­słem wra­żenie, że czuję woń stę­chli­zny. Jakiś czas sta­łem przy oknie, usi­łując doj­rzeć to­nące w mgłach i chmurach ośnieżone szczyty Sierra Nevada de Santa Marta. Po­tem po­czu­łem sen­ność, zasu­ną­łem gęstą fi­rankę po­dobną do mo­ski­tiery, roze­bra­łem się i poło­ży­łem w chłodnej po­ścieli.

Nie wiem, jak długo drzema­łem. I nie wiem też, co mnie obu­dziło — może po­czu­łem nie­bez­pie­czeń­stwo lub usły­sza­łem cichy szmer. Gdy otworzy­łem oczy i pod­nio­słem głowę znad po­duszki, w czerwo­nym bla­sku za­cho­dzą­cego słońca uj­rza­łem na para­pecie okna poru­sza­ją­cego się wolno ogrom­nego grze­chot­nika z owych cha­rak­tery­stycznym zgru­bie­niem na ogo­nie. Wpełzł do mnie chyba po gzymsie z po­bli­skiego bal­konu, od­sunął fi­rankę. Łóżko znaj­do­wało się bli­sko okna — nie dalej niż metr od para­petu. Na moje unie­sie­nie głowy grze­chot­nik także zare­ago­wał gwałtow­nym pod­nie­sie­niem swego łba i sprę­że­niem ca­łego ciała jak do skoku. Znie­ru­cho­mia­łem i on rów­nież na mo­ment znie­ru­cho­miał wpa­trując się we mnie. Wkrótce za­czął koły­sać łbem w lewo i w prawo.

Po raz pierwszy w życiu od­czu­łem, co to zna­czy „zimny pot”. Po twa­rzy cie­kły mi strużki potu, a za­ra­zem było mi bar­dzo zimno. Wstręt i strach — te dwa uczucia wy­peł­niały mnie bez reszty. Sztu­cer leżał o kilka me­trów ode mnie na stole, wąż znaj­do­wał się o metr i w każ­dej chwili mógł do­się­gnąć mej twa­rzy, co oznaczało pewną śmierć. Strach spa­rali­żo­wał mnie, po­zo­sta­łem z unie­sioną głową, wpa­trzony w oczy gada, który roz­łożył się na para­pecie i ki­wał łbem. „Tylko spo­koj­nie, spo­koj­nie” — ko­łatało mi w gło­wie, czy­tałem bo­wiem kie­dyś, że wąż nie ukąsi, jeśli nie po­czuje się za­gro­żony. „Może uspoko­jony moim za­cho­wa­niem ułoży się i za­śnie” — za­sta­na­wia­łem się, choć nic nie wskazy­wało na to, aby miał ochotę na sen. Przypełzł tutaj, by za­spo­koić głód, upo­lo­wać mysz lub in­nego gry­zonia, a pełno ich chyba żyło w tym chy­lą­cym się ku ru­inie do­mo­stwie. Chciałem rap­tow­nie ze­rwać się z łóżka i po pro­stu czmych­nąć z po­koju. Nie zde­cy­do­wa­łem się jed­nak na to, bo sły­sza­łem rów­nież o nie­zwy­kłej szybkości ja­do­wi­tych węży. Zimny pot spływał mi z po­licz­ków na szyję, chłód prze­nikał ciało, oczy śle­dziły koły­szący się wolno łeb grze­chot­nika. zda­wało mi się, że to wszystko trwa nie­zwy­kle długo, choć być może mi­jały tylko se­kundy...

Raptem otworzyły się drzwi do mego po­koju i padł strzał. Gad pod­sko­czył na para­pecie i wtedy tra­fiła go druga kula, po któ­rej zwi­nął się i spadł na dół, do ogrodu. Po­kój wy­pełnił za­pach pro­chu i kłąb bia­łego dymu, nie na tyle jed­nak gęsty, abym nie ujrzał Te­resy van Ha­gen. To ona dwoma cel­nymi strzałami za­biła grze­chot­nika, ratu­jąc mi życie.

Usiadłem na łóżku i nie po­tra­fiłem opa­no­wać drże­nia rąk i kolan. Z tru­dem też wy­do­by­łem słowa ze ści­śniętej stra­chem krtani:

— Skąd?... Skąd wie­działaś, że grozi mi śmierć?

Nie­znacznie, jak gdyby ze zdziwie­niem, wzruszyła ra­mio­nami:

— Wo­łałeś mnie prze­cież. Mó­wiłeś, że jesteś w nie­bez­pie­czeń­stwie — oświad­czyła pod­cho­dząc do okna i za­my­kając je szczelnie, mimo że jesz­cze mocno pachniało pro­chem. — Usły­sza­łam twój głos i przy­po­mniałam sobie, że nie zaka­za­łam ci otwierać okna. Nie poin­for­mo­wa­łam cię, że tuż pod nim jest sze­roki gzyms, łą­czący się z tara­sem ople­cio­nym lia­nami. Na tym tara­sie lubią się wy­grzewać grze­chot­niki.

Ta piękna ko­bieta o de­likat­nej uro­dzie i drobnych dło­niach ura­to­wała mi życie, wy­ka­zując nie­zwy­kłe opa­no­wa­nie ner­wów. By­łem jej nie­zmiernie wdzięczny. Ale jed­no­cze­śnie słowa o tym, że sły­szała mój krzyk przez ścianę domu, choć ja owego krzyku z gar­dła nie wy­da­łem, zmroziły mnie. Po­wie­działem więc krótko i su­cho:

— Dziękuję ci, Te­reso. Oca­liłaś mi życie.

— Speł­niłam jedy­nie swój obo­wią­zek. A te­raz ubierz się i zejdź na dół na kola­cję — od­po­wie­działa Te­resa i wy­szła.

Spotka­łem dziwną istotę — z wy­glądu deli­katną, jakby stwo­rzoną do mę­skiej opieki i troski. Ale to prze­cież ona po­tra­fiła pro­wa­dzić śmi­gło­wiec i bez drgnienia ręki dwoma strzałami za­biła groź­nego węża. Wy­ka­zy­wała ce­chy, któ­rych mógłby jej po­zaz­dro­ścić każdy po­szu­ki­wacz przy­gód.

Ubrałem się i zsze­dłem do ja­dalni, gdzie przy za­sta­wio­nym stole i za­palo­nych świe­cach cze­kała już Te­resa. Służby nie było, ona sama czę­sto­wała mnie po­tra­wami. Nie pa­mię­tam jed­nak, co ja­dłem i pi­łem, po­nie­waż wciąż mia­łem w pa­mięci obraz koły­szą­cego się łba grze­chot­nika. Było mi wstyd, że gdy Te­resa we­szła do po­koju, le­ża­łem spa­rali­żo­wany lę­kiem i ob­lany zim­nym po­tem. Wie­działa o tym, skoro wy­znała, że przy­bie­gła sły­sząc moje wo­łanie o po­moc. W jaki spo­sób jed­nak moje uczucia i myśli mo­gły prze­nik­nąć przez mury domu? — za­py­tałem sie­bie. I jedną tylko znaj­do­wa­łem od­po­wiedź: Te­resa po­tra­fiła od­bie­rać myśli oraz uczucia in­nego czło­wieka na­wet przez mury.

Po kola­cji znowu za­pro­po­no­wała przejście do bi­blio­teki. A gdy za­jąłem miej­sce w wy­god­nym fo­telu, po­sta­wiła na stole ka­rafkę z wi­nem i dwa kie­liszki.

— Ralf mó­wił mi, że nie pi­jesz. Ale to jest bar­dzo słabe wino tutej­szej ro­boty — wy­ja­śniła, roz­le­wa­jąc ró­żowy płyn do kie­lisz­ków. A po­tem do­dała wskazując półkę, na któ­rej znaj­do­wało się kilka ksią­żek:

— Poin­for­mo­wano mnie, że inte­re­suje cię histo­ria sztuki. Te książki mó­wią o sztuce ple­mie­nia Ta­iro­nów. Za­bierz je do swego po­koju i przejrzyj, bo tam, gdzie jutro po­wę­dru­jemy, ze­tkniesz się z tymi sprawami. A swoją drogą to cie­kawe za­inte­re­so­wa­nie u de­tek­tywa. I może dla­tego, że za­chwyca cię piękno, wy­da­jesz mi się tro­chę inny niż moi po­przedni mę­żo­wie.

— Znasz mnie za krótko, aby wy­da­wać ja­kie­kol­wiek opi­nie — za­uwa­ży­łem.

Ro­ze­śmiała się nie­zbyt gło­śno, ale ser­decznie.

— Gdy­byś po­znał mo­ich po­przednich mę­żów, przy­znał­byś mi rację. Zresztą tak na­prawdę mia­łam tylko jed­nego. In­nych go­ści­łam tu, tak jak cie­bie. To byli dziwni lu­dzie. Jeden, na przy­kład, bar­dzo ko­chał zwie­rzęta i był nie­zwy­kle od­ważny. Kie­dyś we­szłam do jego po­koju, aby za­pro­sić go na kola­cję, i zo­ba­czy­łam wiel­kiego, zwi­nię­tego w kłąb grze­chot­nika, który spał mu na brzu­chu. Na mój wi­dok gad pod­niósł łeb i zasy­czał, chcąc się na mnie rzu­cić, ale on go wziął jak ka­wa­łek gru­bego sznura i wy­rzucił przez okno. Gdy z nim szłam na spa­cer, bie­gły za nami konie z pa­stwi­ska, krowy, owce, my­szy wy­łaziły z nor, ty­grysy opusz­czały swe le­go­wi­ska. Na ludzi też miał po­dobny wpływ: wszystko, co żywe i na co spoj­rzał, mu­siało go po­ko­chać. To on wła­śnie zgi­nął w gó­rach, ratu­jąc mi życie.

— Czy mo­żesz mi po­wie­dzieć, Te­reso, czym się tak na­prawdę zaj­mu­jesz? Czemu tej po­sia­dło­ści strzegą kara­biny ma­szy­nowe i dla­czego ten dom jest taki za­nie­dbany? — za­py­tałem.

Wzruszyła ra­mio­nami.

— Po cóż o niego dbać, skoro kie­dyś w ogóle znik­nie z po­wierzchni ziemi, aby ża­den ślad nie po­zo­stał po kon­tak­cie Te­raź­niej­szo­ści z Przy­szło­ścią. A co do mnie, to znam się dość do­brze na szmarag­dach. Sku­puję je oraz znaj­do­wane w gó­rach za­byt­kowe przed­mioty od roz­ma­itych, jak się tu ich na­zywa, te­soros de los buscadoros. Nie jest to zaję­cie bez­pieczne, po­nie­waż w Ko­lum­bii działa sporo gan­gów ro­bią­cych na tym inte­resy i wal­czą­cych ze sobą. To w takiej walce zgi­nął mój pierwszy mąż. Dla­tego wła­śnie ha­cjendy, którą od­wie­dzają roz­maici po­dej­rzani po­szu­ki­wa­cze, strzegą kara­biny ma­szy­nowe, a służba jest uzbrojona po zęby. Zda­rzały się bo­wiem na­pady ze strony roz­ma­itych kon­ku­ren­cyj­nych grup han­dla­rzy szmarag­dami. Oczywi­ście skup jest tylko przy­krywką dla kon­tro­lo­wa­nia tego, co zo­staje zna­le­zione w gó­rach przez roz­ma­itych po­szu­ki­wa­czy skar­bów. Miałam na­dzieję, że może któ­ryś z nich pew­nego dnia przy­nie­sie mi do sprzedania ów zgu­biony przedmiot z Przy­szło­ści. Poza tym to jed­nak rze­czy­wi­ście do­bry inte­res, a nam po­trzebne są pie­nią­dze. No i od­po­wiednia baza, gdzie lu­dzie z Przy­szło­ści mo­gliby roz­po­czy­nać życie w Te­raź­niej­szo­ści. Ty też tylko dzięki mnie otrzyma­łeś ho­len­der­ski pasz­port i ofi­cjal­nie jesteś moim mę­żem, który po­wró­cił z Ekwadoru po od­sie­dze­niu wy­roku za przemyt szmarag­dów.

— Czy ta­kich baz ma­cie dużo?

— Nie wiem, o to za­pytaj Ralfa.

— Jak z tego wy­nika, prze­by­wasz w tej ha­cjen­dzie już wiele lat. Nie mia­łaś tu we­so­łego życia.

— To prawda — ski­nęła głową, a po­tem od­rzu­ciw­szy ją nieco do tyłu po­wie­działa ci­cho: — Wierz mi, To­ma­szu, że czuję się bar­dzo sa­motna. Będę szczęśliwa, gdy wreszcie opuszczę to po­nure miej­sce. Może sta­nie się to dzięki to­bie, jeśli od­naj­dziesz ów przedmiot.

Było tyle szczerego smutku w jej gło­sie, ro­biła wra­żenie tak bez­bronnej i oczekują­cej do­brego słowa, że za­pra­gną­łem ją po­cie­szyć. Wstałem z fotela, pod­sze­dłem do niej i po­gła­ska­łem ją po wło­sach.

Nie zare­ago­wała na to nie­chę­cią. Otworzyła oczy i rze­kła pro­sząco:

— Nie chcę, abyś był dla mnie zbyt miły. W każ­dym razie nie teraz, gdy mamy przed sobą tak po­ważne za­danie. Po­lubi­łam cię od pierwszego wej­rze­nia i na­wet sama nie wiem dla­czego. Gdy wy­ko­namy swoje za­danie, czeka nas piękna przy­szłość! A teraz idź do sie­bie i połóż się. Jutro wy­ru­szamy w drogę.

Od­sze­dłem bez słowa, za­bie­rając z sobą książkę o Ta­iro­nach. Do­piero w swoim po­koju za­czą­łem za­sta­na­wiać się nad jej sło­wami. Co miała na myśli mó­wiąc o przy­szło­ści? Czy po­wie­działa to tak, jak mó­wiły ko­biety, które spo­ty­ka­łem w swoim do­tych­cza­so­wym życiu i które się mną inte­re­so­wały? Czy też cho­dziło o Przy­szłość bar­dzo da­leką, tę, z jakiej ona przy­była. Może nie miała poję­cia, że je­stem człowie­kiem z Te­raź­niej­szo­ści, i wi­działa we mnie jed­nego ze „swoich”, także czło­wieka z Przy­szło­ści?

„Ju­tro po­sta­ram się tę sprawę ostatecz­nie wy­ja­śnić” — zde­cy­do­wa­łem, za­bie­rając się do lek­tury książki.

 


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY [top]

NA SPALONYM SŁOŃCEM PUSTKOWIU • POROZUMIENIE NA ODLEGŁOŚĆ • KIM JEST ROBIN? • ISTOTA, KTÓRA NIE MA POSTACI • JESZCZE JEDNA ZAGADKA PRZYSZŁOŚCI • KTO TO JEST OOX? • MĄŻ I ŻONA • SPOTKANIE Z JAGUAREM • HISTORIA TERESY • DIABELSKA DOLINA • POZNAJĘ ROBINA

 

Wę­dro­wali­śmy z Te­resą przez skali­ste pust­ko­wie, na któ­rym tylko gdzienieg­dzie ster­czały wy­sokie kak­tusy kan­dela­browe. Po­tem, nieco wy­żej, na­trafi­liśmy na poła­cie gę­stych, kol­cza­stych krzewów; prze­do­stać się przez nie wy­da­wało się nie­po­do­bień­stwem, toteż omi­jali­śmy je, ale za­bie­rało nam to sporo czasu. Te­ren wznosił się wciąż wy­żej i wy­żej, paliło mocne lip­cowe słońce i oczy zmę­czone jego bla­skiem z przyjem­no­ścią za­trzymy­wały się na roz­cią­gają­cych się w dali zie­lo­nych sto­kach gór Sierra Nevada. Ra­do­ścią na­pa­wała nas myśl, że wkrótce wej­dziemy w dżunglę, w cień wiel­kich drzew oplata­nych lia­nami. Wy­sokie na sześć ty­sięcy me­trów szczyty to­nęły w mgłach i chmurach, gdzieś u wierzchoł­ków dwóch naj­po­tęż­niej­szych gór Ko­lum­bii — Bo­livar i Pico Co­lon — było za­pewne chłodno i wil­gotno, może na­wet padał deszcz. Owe mgły i kro­ple dżdżu wy­da­wały się znaj­do­wać nie­mal w za­sięgu ręki, lecz prze­cież były da­leko i tym bar­dziej przy­kro od­czu­wało się spie­kotę. Nad na­szymi gło­wami krą­żyły sępy. To­wa­rzy­szyły nam w wę­drówce przez ka­mie­nistą pu­sty­nię, jakby oczeki­wały, że pad­niemy z pra­gnie­nia i wy­cień­cze­nia, za­nim uda się nam na­trafić na stru­myk lub za­nim do­się­gniemy zbawczego cie­nia roz­po­czy­nają­cej się dżungli.

Nie by­łem przy­zwy­cza­jony do dłu­gich, pie­szych wę­dró­wek. Cią­żył mi ple­cak, w któ­rym nio­słem na­miot (Te­resa miała w swoim ple­caku dwa śpi­wory). Wy­sokie buty, które otrzyma­łem na tę drogę, były z bar­dzo miękkiej skóry i do­brze do­pa­so­wane, lecz prze­cież zało­ży­łem je pierwszy raz i jesz­cze się do nich nie przy­zwy­cza­iłem. Szczegól­nie uci­skały mi palce lewej nogi, tak że po dwóch go­dzi­nach mar­szu za­czą­łem kuleć. W upal­nym słońcu mój sze­roko­skrzydły ka­pe­lusz typu stet­son cią­żył mi na gło­wie jak hełm śre­dnio­wiecz­nemu ryce­rzowi, raz po raz zdejmo­wa­łem go i chu­s­teczką ocie­rałem pot z czoła. Chu­s­teczka stała się wkrótce tak mo­kra, że można ją było wy­ży­mać. Ra­mię bo­lało od pasa sztu­cera, o bio­dro bole­śnie ocie­rał się ciężki pas z na­bo­jami. Ale nie skar­ży­łem się, gdyż Te­resa — ubrana w mę­ski strój i tak samo obju­czona sztu­ce­rem, ple­ca­kiem i pa­sem z na­bo­jami — szła z ogromną swo­bodą i lek­ko­ścią, jak gdyby spa­ce­ro­wała po cie­ni­stym parku. No cóż, prawdo­po­dob­nie dość czę­sto wę­dro­wała tą drogą i zdo­łała się już przy­zwy­czaić do tru­dów po­dob­nego mar­szu. Nie chciałem, aby po­my­ślała, że je­stem mię­cza­kiem, tym bar­dziej że, jak to wy­wniosko­wa­łem z wie­czor­nej roz­mowy, im­po­no­wali jej męż­czyźni od­ważni i twar­dzi. Nie skar­ży­łem się więc i nie pro­siłem o po­stój, choć coraz bar­dziej ku­lałem. Za­uwa­żyła to i po­wie­działa po­cie­sza­jąco:

— Wkrótce przetnie nam drogę stru­mień. Przy nim od­pocz­niemy ja­kiś czas.

Nie mi­nęło pięt­na­ście mi­nut, a dżungla na sto­kach gór znacznie się przy­bli­żyła, na ka­mie­nistej i po­ro­śniętej tylko kak­tu­sami pu­styni za­częły po­ka­zy­wać się kępy zie­lo­nych krzewów. Za­uwa­ży­łem, że Te­resa dość czę­sto spo­gląda na zega­rek, jakby była z kimś umó­wiona albo w ja­kimś miej­scu miała się zna­leźć w oznaczo­nym ter­minie. I wreszcie za­trzymali­śmy się na skraju nie­wiel­kiej do­linki, do któ­rej spływał z gór rwący potok, two­rząc na jej dnie nie­duże je­ziorko. Na brze­gach rosły grube, cie­niste drzewa, a mię­dzy z rzadka roz­rzu­co­nymi gła­zami pu­szyła się wy­soka trawa.

Te­resa zrzu­ciła ple­cak, co zna­czyło, że wła­śnie to miej­sce wy­brała na od­po­czy­nek. Trudno opi­sać uczucie ulgi, z ja­kim i ja po­zby­łem się ple­caka i sze­roko­skrzydłego ka­pelu­sza, zzu­łem buty i zmę­czone stopy zanu­rzy­łem w chłodnej wo­dzie. Po­my­śla­łem o ką­pieli, ale zaraz od­rzu­ciłem ten pro­jekt, po­nie­waż nie mia­łem ką­pie­ló­wek. Tymcza­sem Te­resa za­częła wy­pa­ko­wy­wać swój ple­cak. Miałem na­dzieję, iż wyj­mie ku­chenkę, garnki i kon­serwy, bo była już pora obiadu, ale ona usia­dła na tra­wie w po­zycji lo­tosu, na kola­nach poło­żyła sobie blok ry­sun­kowy, w prawą rękę wzięła dłu­gopis i przy­mknąwszy oczy, znie­ru­cho­miała na długą chwilę. Ktoś inny na moim miej­scu za­pewne za­cząłby ją pytać, czemu tak wła­śnie się za­cho­wuje, po co wzięła ów blok do pisa­nia i dłu­gopis. Ja zda­wa­łem sobie sprawę, że mam do czy­nie­nia z ko­bietą z Przy­szło­ści. Nie mo­głem się spo­dziewać od­po­wie­dzi na swoje pyta­nia, a jeśli­bym je na­wet otrzymał, to, jak za­po­wie­dział Daw­son, i tak nie­wiele bym pojął.

Tymcza­sem to, co na­stą­piło, przy­po­mniało mi kie­dyś oglą­dany krót­ko­me­tra­żowy film o wprowa­dze­niu się w tak zwaną auto­hip­nozę. Te­resa po pro­stu jakby za­snęła. A po­tem jej prawa ręka za­opa­trzona w dłu­gopis za­częła coś wolno pi­sać na bloku ry­sun­ko­wym. Wy­da­wało mi się, że ob­ser­wuję sen tele­pa­tyczny, także kie­dyś po­ka­zy­wany w tele­wizji. A więc lu­dzie z Przy­szło­ści opa­no­wali chyba świetnie zja­wi­sko tele­patii i po­słu­gi­wali się nią w życiu co­dziennym.

Mi­nęło kilka mi­nut, ręka Te­resy rap­tem opa­dła bez­władnie, a ona sama otworzyła oczy i uśmiech­nęła się do mnie.

— Miałam łącz­ność z Ral­fem — wy­ja­śniła prze­pra­sza­jąco, jakby usprawie­dli­wiała się, że nie uprzedziła mnie o tym.

A po­tem prze­czy­tała gło­śno to, co napi­sała na kar­cie bloku:

„Wszystko roz­wija się po­myślnie. Ro­bin jest uprze­dzony o wa­szym przyjściu i czeka na was przyjaźnie”.

— Kto to jest Ro­bin? — za­py­tałem.

Spoj­rzała na mnie ze zdu­mie­niem:

— Nigdy nie mia­łeś swego Ro­bina? Nie za­przyjaź­niłeś się z żad­nym?

— Nie. Skąd ci coś ta­kiego przy­szło do głowy?

— Ach, tak — przy­po­mniała coś sobie i uśmiech­nęła się wy­ro­zu­miale. — Za­pewne nale­żysz do osobni­ków typu OOX. No, do­brze, po­wiem ci o Ro­binie. On byłby bar­dzo dumny, gdyby do­wie­dział się, że mó­wisz o nim „ktoś”. Bo za­zwy­czaj uwa­żany jest za „coś”.

— To jakiś my­ślący robot?

— Żywa istota, tylko że nie jest człowie­kiem.

— Cóż to jest?

Ro­ze­śmiała się.

— Nie wy­ma­gaj ode mnie, że­bym go opi­sała, bo tego zro­bić nie zdo­łam. My­ślę, że nikt tego uczynić nie po­trafi, także i ty, gdy go po­znasz. Ralf mi mó­wił, że dzie­siątki uczonych po­świę­ciło wiele lat pracy, aby pojąć istotę Ro­bina, ale ni­komu się to, tak na­prawdę, nie udało.

— Cóż to za licho? — za­wo­łałem zain­try­go­wany.

Wzruszyła ra­mio­nami.

— Nie wiem. To po pro­stu je­dyna istota w ca­łym ko­smo­sie, która polu­biła czło­wieka. W świe­cie Przy­szło­ści są re­zer­waty, gdzie żyją psy, koty i inne zwie­rzęta. Naj­bar­dziej jed­nak ko­chane przez wszyst­kich są wła­śnie istoty takie jak Ro­bin. Każdy człowiek ma­rzy o tym, żeby mieć swego Ro­bina za przyja­ciela, ale one nie są skore do za­wie­rania przyjaźni, o byle co się obra­żają i od­cho­dzą do in­nych. Nikt zresztą nie może mieć Ro­bina na wła­sność. To Ro­bin sam sobie wy­biera pana i go słu­cha. A je­śli ko­goś po­ko­cha, to jest mu bar­dzo od­dany. Lu­dzie w Przy­szło­ści tak ko­chają swoje Ro­biny, że gdy któ­ryś umrze, sta­wiają mu po­mnik i pła­czą jak po kimś naj­bliż­szym. Ro­bin wy­brał sobie Ralfa i gdy Ralf prze­niósł się w inny czas, mu­siano i jego ra­zem z nim prze­nieść, bo ina­czej umarłby z żalu.

— Ralf prze­kazał in­for­ma­cje, że Ro­bin czeka na nas na­sta­wiony przyjaźnie? Czy to zna­czy, że on może być groźny?

Wes­tchnęła jak ktoś doro­sły, kto roz­ma­wia z dzieckiem za­dają­cym bez­sen­sowne pyta­nia.

— Sam się prze­ko­nasz. Po­trafi być groź­niej­szy od pułku żoł­nie­rzy. I to nie dla­tego, że ma kły i pa­zury, ale wła­śnie dla­tego, że nie ma w ogóle żad­nej po­staci.

— Co przez to ro­zu­miesz? Jest nie­wi­dzialny?

— Nie. Ale każdy człowiek widzi go ina­czej. On przy­biera kształt miły lub straszny, w za­leż­ności od tego, co w two­jej pod­świado­mo­ści tkwi jako miłe lub straszne. Jeśli chce cię za­ata­ko­wać, a ty w dzie­ciń­stwie, na przy­kład, bałeś się ciemności, na­gle po­jawi się jako ciemność. Jeśli bałeś się lwa, on bę­dzie lwem. Ro­zu­miesz?

— Tak.

— A jeśli cię po­lubi, uj­rzysz go w takiej po­staci, jaką naj­bar­dziej uko­cha­łeś i za jaką pod­świado­mie naj­bar­dziej tęsk­nisz.

— Czy on ro­zu­mie ludzką mowę?

— Owszem. Lu­dzie jed­nak nie po­trafią pojąć jego mowy. Mu­sieli skon­stru­ować spe­cjalny apa­rat ze słu­chawkami do prze­kła­dania wy­da­wa­nych przez niego dźwięków na słowa. Sprawa jest o tyle skompli­ko­wana, że gdy, na przy­kład, przy­bie­rze po­stać lwa, to ryczy jak lew, ale nie jest to jego praw­dziwa mowa. Po­ro­zu­miewa się na­prawdę jedy­nie przy po­mocy ul­tra­dź­wię­ków, któ­rych ucho ludz­kie bez spe­cjal­nego apa­ratu nie jest w sta­nie wy­chwycić.

Za­sta­no­wi­łem się, pod jaką po­stacią po­każe mi się ów Ro­bin. Skoro zo­stał do mnie na­sta­wiony przyjaźnie, po­wi­nie­nem zo­ba­czyć ko­goś lub coś, za czym pod­świado­mie bar­dzo tęsk­nię. Nie umiałem jed­nak od­po­wie­dzieć sobie na to pyta­nie, bo, jak mi się wy­da­wało, tęsk­niłem za wie­loma ludźmi i ko­cha­łem wiele spraw.

— Na jakim są po­zio­mie umy­sło­wym?

— Nie wiem. Pod nie­któ­rymi wzglę­dami oka­zują wyż­szą inte­li­gen­cję niż człowiek, pod in­nymi wy­dają się nie­mal zu­peł­nie po­zba­wione in­teli­gen­cji. Na przy­kład nie są zdolne do twór­czej pracy, nie po­trafią ni­czego wy­my­ślić, ni­czego stwo­rzyć, nie po­trze­bują dzieł sztuki, nie uznają żad­nych tabu, stąd uznano je za gatu­nek wy­soko roz­wi­nię­tych zwie­rząt.

Spoj­rzała na zega­rek i za­częła zbie­rać się do dal­szej drogi. Rad nie­rad, wy­jąłem stopy z je­ziorka i osu­szywszy je, wciągną­łem skar­petki i wy­sokie buty.

— Wy­jaśnij mi jesz­cze, kto to jest osobnik OOX? — za­gad­ną­łem ją jak gdyby od nie­chcenia, choć bar­dzo mi zale­żało na od­po­wie­dzi.

— Zwróć się z tym pyta­niem do Ralfa — od­rze­kła nie­chęt­nie. — Coś mi się zdaje, że po­wie­działam o jedno słowo za dużo.

— A jed­nak chciałbym wie­dzieć, kto to jest OOX — oświad­czy­łem sta­now­czo.

— Nic z tego. I nie roz­trzą­sajmy tej kwe­stii. Czeka nas jesz­cze spory szmat drogi.

Zało­ży­łem już ple­cak, a w ręku trzyma­łem sztu­cer. Ale z po­wro­tem usia­dłem na tra­wie, zdejmu­jąc ple­cak i od­kła­dając broń.

— Nig­dzie nie pójdę, mam do­syć tych cią­głych ta­jem­nic. Jeśli chce­cie, abym po­mógł Ral­fowi w od­nale­zie­niu kry­jówki zło­dziei, mu­szę znać prawdę. Pra­gnę wie­dzieć, dla­czego uwa­żasz mnie za typ OOX i co to zna­czy?

Wzruszyła ra­mio­nami.

— Nie za­cho­wuj się jak dziecko. Je­stem twoją żoną, a nie mamką. Mam do wy­ko­nania za­danie i nie prze­szka­dzaj mi w tym. Ty też masz swoje za­danie.

To mó­wiąc ru­szyła przed sie­bie. Za­częła wspinać się po stro­mym zbo­czu w kie­runku skraju nie­dale­kiej już dżungli. Tymcza­sem ja roz­sia­dłem się wy­god­niej i za­pali­łem pa­pie­rosa. Na­stęp­nie pod­ło­ży­łem sobie ple­cak pod głowę i wy­cią­gną­łem się jak długi na tra­wie.

Wró­ciła po pięt­nastu mi­nu­tach. Była bar­dzo zła.

— Co to ma zna­czyć? — za­py­tała ostro.

— Je­steś złą żoną, Te­reso — oświad­czy­łem, za­pa­lając dru­giego pa­pie­rosa. — Twój mąż jest zmę­czony, a ty go gnasz po gó­rach. Chce mu się jeść, a ty go nie kar­misz. Bolą go nogi, a ty na­wet się tym nie inte­re­su­jesz. A poza tym, czy przy­kładna żona ma ta­jem­nice przed mę­żem? Być może je­stem męż­czy­zną sta­ro­świeckim, zbyt długo ży­łem bo­wiem w ka­wa­ler­skim sta­nie. Nie­stety, mam sta­ro­świecki ideał żony.

— Prze­stań się wy­głu­piać, To­ma­szu — aż nogą tupnęła ze zło­ści. — Czy wiesz, że i tak idziemy za wolno i prawdo­po­dob­nie bę­dziemy zmu­szeni no­co­wać w dżungli?

— Prze­każ Ral­fowi in­for­ma­cję, że je­stem z cie­bie bar­dzo nie­za­do­wo­lony i nie za­mie­rzam iść dalej. Chcę wró­cić do ha­cjendy, a po­tem pro­szę mnie od­sta­wić do Bo­goty.

— To nie­moż­liwe. Na­prawdę prze­stań żar­to­wać... — tym ra­zem jej głos na­brał ak­cen­tów prośby.

— Je­stem głodny.

Bez­rad­nie roz­ło­żyła ręce.

— Nie wzięłam je­dze­nia. Nie poin­for­mo­wałeś mnie, że nie po­tra­fisz się oby­wać bez je­dze­nia, choćby przez kilka dni.

— Co? — aż usia­dłem na ziemi. — Chcesz mnie za­gło­dzić? Już po jed­nym dniu gło­dówki kręci mi się w gło­wie.

Tym ra­zem na jej twa­rzy po­jawił się wy­raz szczerego zmartwie­nia.

— Wy­bacz mi, ale o tym nie wie­działam. Jutro już coś zjemy, tam w gó­rach, na miej­scu. Na drogę wzięłam tylko kilka ka­wał­ków kak­tusa, które po­ma­gają za­po­mnieć o gło­dzie i do­da­dzą ci sił.

— Nie je­stem rośli­no­żerny — burkną­łem. — A noga? Wi­działaś moje obo­lałe palce?

— Po­każ mi je — za­pro­po­no­wała.

Znowu zdjąłem buty i skar­petki, po­ka­za­łem otarte ze skóry palce stóp. Wtedy ona się­gnęła do swego ple­caka po jakiś liść, wy­ci­snęła z niego sok na obo­lałe miej­sce i na­tychmiast po­czu­łem ulgę. Sok za­stygł na otartym na­skórku i stwo­rzył dobrą war­stwę izo­la­cyjną. Gdy znowu wzułem buty, już nie czu­łem bólu pal­ców.

— Dziękuję ci — po­wie­działem. — A te­raz po­czę­stuj mnie jed­nak ka­wał­kiem owego za­cza­ro­wa­nego kak­tusa.

Nie miał ja­kie­goś wy­raź­nego smaku, tylko odrobinę piekł w ustach. Wkrótce po­czu­łem jed­nak przy­pływ sił i prze­sta­łem my­śleć o gło­dzie. Tym nie­mniej w dal­szą drogę ru­szyć nie chciałem.

— Coś mi się zdaje, że wczoraj cię prze­chwaliłam — wes­tchnęła. — Je­steś może naj­sym­pa­tycz­niej­szy, ale i naj­bar­dziej kło­po­tliwy z mo­ich mę­żów. Tylko jedno cię usprawie­dli­wia: masz do­piero pierwszą żonę i nie wiesz, jak na­leży z nią po­stę­po­wać.

— No, wła­śnie — przytak­ną­łem. — Spróbuj mnie na­uczyć.

Usiadła obok mnie na tra­wie, ob­jęła dłońmi ko­lana i oświad­czyła z po­wagą:

— Mąż po­wi­nien słu­chać swej żony. Gdyby mój pierwszy mąż słu­chał mo­ich rad, nie zgi­nąłby na ulicy w Bo­gocie. To­bie też radzę: o nic nie pytaj. Jeśli nie wy­ko­namy swego za­dania, każde z nas zo­sta­nie uka­rane.

— Kto może mnie uka­rać? Ralf? Nie je­stem jego pod­władnym, jeśli chcesz wie­dzieć, to on jest moim współpra­cow­ni­kiem. Długo da­łem się pro­sić, za­nim zgo­dzi­łem się przyjąć go do swojej bry­gady.

Spoj­rzała na mnie z po­lito­wa­niem jak na bar­dzo nie­zręcznego kłamcę:

— Co ty opo­wia­dasz? Je­steś waż­niej­szy od niego? Prze­cież ty pra­wie nic nie po­tra­fisz. Wczoraj mu­sia­łam ci rato­wać życie. Dziś palce sobie otar­łeś i nie umiałeś ich opa­trzyć. A poza tym, skoro po raz pierwszy ode mnie do­wie­działeś się o Ro­binie, po­cho­dzisz za­pewne z ostatniego zrzutu i masz za­tartą pa­mięć o Przy­szło­ści, czyli jesteś ty­pem OOX. Bez Ralfa zgi­niesz i nigdy nie wró­cisz w Przy­szłość.

Ro­ze­śmiałem się gło­śno. „A więc to tak? — po­my­śla­łem. — To dla­tego ona mnie traktuje tak dziwnie”.

— Nie je­stem człowie­kiem z UFO, ale naj­zwy­klej­szym osobni­kiem z Te­raź­niej­szo­ści. Czy ci o tym nie po­wie­dziano?

— Masz za­tartą pa­mięć i nie wiesz, że po­cho­dzisz z Przy­szło­ści. Ralf mi mó­wił, że aby unik­nąć szoku prze­szło­ści, w ostatnim okre­sie wy­sa­dzono w czas te­raź­niej­szy kilku osobni­ków z za­tartą pa­mię­cią. To jest wła­śnie typ OOX. Ralf nie użyłby do tak waż­nego celu zwy­kłego śmiertel­nika.

— My­lisz się. Tylko zwy­kły śmiertelnik, jak mnie na­zy­wasz, może do­ko­nać tego czynu. Osobni­kom z Przy­szło­ści nie wolno in­ge­ro­wać w Prze­szłość bez obawy na kata­stro­falne skutki. Czy nie uczono cię tego?

Po­pa­trzyła na mnie z no­wym za­inte­re­so­wa­niem. Długą chwilę mil­czała, aż wreszcie rze­kła:

— Za­czy­nam ci wie­rzyć. To chyba dla­tego, że je­steś człowie­kiem z Te­raź­niej­szo­ści, wy­dałeś mi się inny niż tamci. I to za­pewne dla­tego Ralf pole­cił mi opie­ko­wać się tobą jak ma­łym dzieckiem. Ale teraz, skoro już wiem, kim jesteś, a ty wiesz, kim jest osobnik OOX, ru­szajmy w drogę.

Za­pro­po­no­wa­łem:

— Na zgodę po­ca­łu­jemy się jak mąż i żona.

Bo choć wie­działem, że dzieli nas tak wiele, to chwilami za­po­mi­na­łem, z kim mam do czy­nie­nia.

Z dez­apro­batą po­trzą­snęła głową, ale nie obra­ziła się.

— No tak. Prze­ko­nałeś mnie ostatecz­nie, że je­steś zwy­kłym śmiertelni­kiem. Człowiek z Przy­szło­ści nie zażą­dałby ode mnie po­ca­łunku.

To mó­wiąc szybko do­tknęła swymi ustami mo­ich ust, a po­tem za­wsty­dzona tym ge­stem, jakby była nor­malną ko­bietą, a nie istotą z Przy­szło­ści, za­ru­mie­niła się, ze­rwała z miej­sca i za­rzu­ciw­szy sztu­cer na ramię, ru­szyła w stronę dżungli.

Po­sze­dłem za nią, a po­tem już nie mia­łem czasu, aby roz­my­ślać o ta­jem­ni­cach ludzi z Przy­szło­ści. Wdarliśmy się w gór­ską dżunglę i mie­liśmy do po­ko­nania nie tylko stro­mi­zny sto­ków Sierra Nevada, ale i utrudnia­jące wspi­naczkę zwa­liska gru­bych pni po­dob­nych do forty­fika­cji, które raz po raz trzeba było zdo­by­wać. Gór­ska dżungla różni się bo­wiem od rów­nin­nej także i tym, że zie­mię po­kry­wają grube po­kłady bu­twieją­cych resztek ro­ślin­nych. Nie roz­kła­dają się one tak szybko jak w dżungli rów­ni­ko­wej, po­nie­waż pa­nuje tu niż­sza tem­pe­ra­tura. Wspinasz się, omi­jając grube jak ko­lumny pnie drzew i rap­tem aż po pas wpa­dasz w zbutwiałe resztki ro­ślin. Albo, co gor­sza, za­czy­nasz zjeż­dżać w dół ra­zem z ode­rwaną od pod­łoża ogromną masą gni­ją­cych liści. Spa­dasz jak gdyby nie­siony przez la­winę i w każ­dej chwili mo­żesz roz­bić sobie głowę o pień drzewa lub o wy­sta­jącą skałę.

W dżungli po­wie­trze jest wil­got­niej­sze, a im wy­żej — tym mniej bo­gate w tlen. Nie je­stem przy­rod­ni­kiem, ale po­trafię palmę od­róż­nić od drzewa igla­stego. Dżungla, przez którą wę­dro­wali­śmy, skła­dała się wła­śnie z gru­bych palm i pa­proci drzewia­stych, nie­kiedy wy­so­kich na dzie­sięć me­trów. Po pniach wspinały się roz­maite pną­cza i two­rzyły jak gdyby dach nad głową lub za­gra­dzały drogę jak zwarte ściany. Wtedy Te­resa brała do ręki za­krzy­wiony nóż i w owej ścia­nie wy­ci­nała dla nas przejście. Idąc, od czasu do czasu pło­szyli­śmy ja­kieś ptaki, towa­rzy­szył nam też wrzask małp prze­ska­kują­cych z ga­łęzi na gałąź lub koły­szą­cych się na lia­nach. In­nych dzi­kich zwie­rząt nie wi­działem, choć mu­siało ich tu być bar­dzo wiele. Uciekały jed­nak spło­szone na­szym hała­śli­wym wspina­niem się w górę.

Po trzech go­dzi­nach po­czu­łem, że znowu tracę siły, sztu­cer cią­żył jak ar­mata, ple­cak zda­wał się wa­żyć cztery razy wię­cej niż na po­czątku wę­drówki. Bra­ko­wało mi tchu, po­nie­waż byli­śmy już chyba na wy­soko­ści szczytu Ry­sów.

— Za­raz bę­dzie sze­roka przełęcz — ode­zwała się do mnie Te­resa za­uwa­żyw­szy, że zwolniłem kroku. — Dnem przełęczy pły­nie stru­mień. Od­tąd po­wę­dru­jemy brze­giem stru­mie­nia aż do Dia­bel­skiej Do­liny.

— Dia­bel­ska Do­lina? — za­sta­na­wia­łem się gło­śno. — Gdzieś już sły­sza­łem tę na­zwę. Aha, to było w ba­rze ho­telu Hil­ton. Jakiś tutej­szy znawca spraw UFO opo­wia­dał, że przed laty wi­dy­wano szklane kule lą­du­jące w Dia­bel­skiej Doli­nie w gó­rach Sierra Nevada. Po­dobno nikt nie ma od­wagi, aby od­wie­dzić to miej­sce.

— Tak — ski­nęła głową Te­resa. — W Dia­bel­skiej Doli­nie lą­do­wały we­hi­kuły czasu. Ale ty ni­czego się nie oba­wiaj. Przyby­wasz tam prze­cież na pole­cenie Daw­sona.

Ru­szyła dalej, a ja zaci­sną­łem usta i po­sze­dłem za nią, pełen po­dziwu, że tak świetnie znosi trudy wę­drówki. Wciąż mia­łem przed oczami jej zgrabną syl­wetkę, za­chwycała mnie lek­kość, z jaką prze­ska­ki­wała zwalone pnie. No cóż, nie była, tak jak ja, zwy­kłą śmiertel­niczką, ale istotą z Przy­szło­ści, za­pewne ob­da­rzoną spe­cjal­nymi zdol­no­ściami.

Na­gle otworzył się przed nami wi­dok na piękną przełęcz ze stru­mie­niem pły­ną­cym po ka­mie­ni­stym dnie. Tu i ów­dzie rosły sa­motne man­gowce i drzewa po­ma­rań­czowe, a mię­dzy nimi roz­po­ście­rały się poła­cie wy­so­kiej po ko­lana, so­czy­stej trawy.

Było tu spo­koj­nie i pięk­nie, ale Te­resa po­na­glała do mar­szu.

— Spójrz na słońce — ostrzegała. — Za chwilę skryje się za gó­rami i choć na nizi­nie bę­dzie jesz­cze dzień, tu wkroczy zmrok. O takiej porze dżungla za­czyna być nie­bez­pieczna. Zresztą do celu mamy jesz­cze naj­wy­żej cztery ki­lo­me­try.

Led­wie skończyła mó­wić, o ja­kieś trzy­dzie­ści me­trów od nas z wy­so­kich traw nad brze­giem stru­mie­nia rap­tem wy­chylił się ma­lutki ja­guar. Wy­trzeszczył śle­pia i strzygąc uszami przy­glą­dał się nam z cie­ka­wo­ścią, choć i z odrobiną lęku.

— To wy­szedł nam na spo­tka­nie Ro­bin — za­krzyknęła rado­śnie Te­resa. — On zaw­sze uka­zuje mi się pod po­stacią jagu­ara.

Po­rzu­ciła sztu­cer i ple­cak. Wy­cią­gnąwszy przed sie­bie ręce po­bie­gła na­prze­ciw jagu­ara, który jesz­cze przez chwilę przy­glą­dał się jej bacznie, lecz gdy za­częła się do niego zbli­żać, nagle prze­raził się i znik­nął w wy­so­kich tra­wach. A wówczas po dru­giej stro­nie stru­mie­nia na skałę wskoczyła jego ogromna matka.

Te­resa za­trzymała się jak ska­mie­niała.

— To nie Ro­bin, ale praw­dziwa ja­gu­arzyca z ma­łym. Strzelaj, bo ona nas zaraz za­ata­kuje — za­wo­łała.

Jak w ta­kiej sytu­acji za­chowa się człowiek, który nigdy nie był na po­lo­wa­niu, nigdy nie strzelał do dzi­kich zwie­rząt? Zdjąłem z ra­mie­nia sztu­cer i wy­mie­rzywszy w kie­runku ja­gu­arzycy, po­cią­gną­łem za spust. Rozległ się su­chy trzask — mój sztu­cer był nie na­bity.

— Ona zaraz sko­czy! — usły­sza­łem prze­raź­liwy krzyk Te­resy, która za­biła w życiu nie­jed­nego jagu­ara. Teraz jed­nak jej sztu­cer leżał da­leko, po­rzu­cony w tra­wie.

Wi­działem, jak jagu­arzyca kuca na tyl­nych ła­pach, jak od­bija się od skały i leci po­nad stru­mie­niem w kie­runku Te­resy. Ale dzie­liło ją od niej po­nad czterdzie­ści me­trów, jeden skok nie wy­star­czył. Znowu więc przy­sia­dła na tyl­nych ła­pach i go­to­wała się do na­stęp­nego skoku. Dziew­czyna stała nie­ru­chomo, na­wet już krzyk nie wy­dobył się z jej ust.

Wtedy przy­po­mniałem sobie o pu­dełku, które dał mi Ralf. Miałem je przy sobie w kie­szeni spodni. Jagu­arzyca znowu sko­czyła, szybko wy­jąłem pu­de­łeczko, jego otwór wy­ce­lo­wa­łem w znaj­du­jące się już w po­wie­trzu ogromne ciel­sko, a po­tem przy­ci­sną­łem guzi­czek na obu­do­wie.

Stało się coś za­dzi­wia­ją­cego. Groźne zwie­rzę za­trzymało się w po­wie­trzu w po­łowie skoku. Było to jed­nak tylko złu­dze­nie. W rze­czy­wi­stości jagu­arzyca nadal wy­ko­ny­wała swój skok, ale jak na zwolnio­nym fil­mie. Jakaś po­tężna siła, którą kryło pu­de­łeczko Ralfa, spo­wo­do­wała zwolnie­nie czasu wo­kół zwie­rzę­cia, a tym sa­mym opóźnie­nie jego ru­chów. Mię­dzy nami i ja­gu­arzycą po­wstała ba­riera czasu.

Ta krótka chwila wy­star­czyła, abym pod­biegł do Te­resy, chwycił ją wpół i od­cią­gnął na bok. Tymcza­sem jagu­arzyca do­się­gnęła wreszcie miej­sca, gdzie przed chwilą znaj­do­wała się Te­resa, i oszoło­miona wła­sną po­wol­no­ścią, nie pró­bo­wała dalej ata­ko­wać. Po­woli od­daliła się od nas i znik­nęła w dżungli, a za nią po­biegł mały ja­guar.

Te­resa od­zy­skała głos:

— Ura­to­wałeś mi życie. Użyłeś swojej siły „psi”. Oto już drugi człowiek z Przy­szło­ści ratuje mi życie.

A po­tem do­dała smutno:

— Przykro, że mnie oszukałeś, twierdząc, że je­steś zwy­kłym człowie­kiem z Te­raź­niej­szo­ści, tak jak i ja.

Prze­żyła chwilę wiel­kiego stra­chu, po­tem lęk minął, do­piero teraz jed­nak na­stą­piła reak­cja. Usiadła na ziemi i roz­pła­kała się. Ten jej płacz prze­konał mnie, że jest istotą z mo­jego czasu. Zwykłą ko­bietą z Te­raź­niej­szo­ści.

Po­cze­ka­łem, aż się wy­pła­cze, a póź­niej po­ka­za­łem jej pu­de­łeczko.

— Do­sta­łem je od Ralfa — wy­ja­śni­łem. — Nie po­sia­dam siły „psi”. To moc wy­do­by­wa­jąca się z tego pu­de­łeczka stwo­rzyła ba­rierę czasu mię­dzy nami i ja­gu­arzycą.

Chciała wstać z ziemi, pod­nieść swój ple­cak i sztu­cer, lecz oka­zało się, że groźba roz­szar­pania przez kły i pa­zury dzi­kiego zwie­rzę­cia była jed­nak dla niej ogrom­nym wstrząsem. Po pro­stu nogi się pod nią ugi­nały i po kilku pró­bach pod­jęcia mar­szu na po­wrót usia­dła.

— Wierz mi, To­ma­szu, nie mam już sił — wy­znała. — Wciąż udaję silną, ły­kam pi­gułki, ja­kie dał mi Ralf, żuję ka­wałki kak­tusa, który po­bu­dza orga­nizm do działania. Ale po tym, co się stało, mam uczucie, jakby krew ze mnie wy­pły­nęła. Do celu jesz­cze tylko cztery ki­lo­me­try. Roz­sta­wimy jed­nak na­miot i prze­no­cu­jemy tutaj.

Po­dobał mi się ten po­mysł. Ja rów­nież od­czu­wa­łem zmę­cze­nie. Za­czą­łem roz­pa­ko­wy­wać nasze ple­caki i kiedy słońce skryło się za po­szar­pa­nymi szczytami gór, na przełęczy nad stru­mie­niem sta­nął dwu­oso­bowy na­mio­cik. Zaraz też, jak to w gó­rach na dużej wy­soko­ści, po­wie­trze stało się nie­mal lo­do­wate. Wci­snęli­śmy się więc w cie­płe śpi­wory i poło­żyli­śmy na tra­wie obok na­miotu, pa­trząc, jak przełęcz wy­peł­nia noc. Obok nas le­żały na­bite i od­bez­pie­czone sztu­cery, choć Te­resa wy­raziła prze­ko­nanie, że nic nam nie grozi ze strony dzi­kich zwie­rząt. Tu­tejsze jagu­ary, jeśli nie są do tego zmu­szone, na ogół nie ata­kują ludzi. Chyba że w ta­kiej sytu­acji, jaką prze­żyli­śmy. Jagu­arzycy wy­da­wało się wi­docznie, że nie­bez­pie­czeń­stwo grozi jej dziecku. By­łem głodny. Przyjąłem od Te­resy ka­wa­łek mię­si­stego i so­czy­stego kak­tusa. Po­żu­łem go chwilę i po­czu­łem, jak znika gdzieś zmę­cze­nie, uczucie głodu oraz pierzcha sen­ność. To samo działo się chyba z Te­resą. Stała się roz­mowna, a i ja mia­łem ochotę po­znać ją le­piej.

— Twoje za­cho­wa­nie się w ostatnim cza­sie — po­wie­działem — każe mi wie­rzyć, że je­steś z Te­raź­niej­szo­ści. A jed­nak, kiedy zna­la­złem się w nie­bez­pie­czeń­stwie, po­przez grube mury ode­bra­łaś moje uczucie stra­chu. Nie są to dla nas, ludzi z Te­raź­niej­szo­ści, umiejętno­ści zwy­kłe i natu­ralne. Kim więc jesteś na­prawdę, Te­reso, i w jaki spo­sób związałaś się z ludźmi z Przy­szło­ści?

A wtedy ona opo­wie­działa mi o so­bie za­dzi­wia­jącą histo­rię.

Uro­dziła się w Pa­ryżu z nie­wia­do­mego ojca i nie­zna­nej matki. Wy­cho­wy­wała się w Domu Dziecka. Miała czterna­ście lat, gdy zwrócono uwagę na jej prze­dziwne zdol­ności. Przede wszystkim po­tra­fiła z za­wią­za­nymi oczami roz­róż­niać barwy przed­miotów. Wy­star­czyło, że poło­żyła dło­nie na kolo­ro­wych kart­kach, a nie­omylnie, z oczami za­kle­jo­nymi pla­strem, po­tra­fiła okre­ślić, która kartka ja­kiej jest barwy. Po­sia­dała więc zdol­ność wi­dze­nia, jak to się dziś na­zywa, der­mo­op­tycz­nego. Za­inte­re­so­wał się nią pe­wien psy­cho­tro­nik zaj­mu­jący się pa­rap­sy­cho­logią i od­krył, że Te­resa ma także zdol­ności tele­pa­tyczne — po­trafi od­bie­rać sy­gnały i roz­kazy nadawane my­ślą przez osobę znaj­du­jącą się w in­nym po­koju, a na­wet w in­nym mie­ście. Prze­pro­wa­dzono z nią dzie­siątki do­świad­czeń i w wieku szes­nastu lat Te­resa była już osobą sławną. Na­ukowcy psy­cho­tro­nicy pro­wa­dzili z nią coraz nowe eks­pe­ry­menty. Po­przez od­po­wiednie ćwi­cze­nia Te­resa wy­do­sko­na­lała swoje nie­zwy­kłe zdol­ności. Umiała, na przy­kład, od­czy­ty­wać list nie roz­ry­wa­jąc ko­perty, po pro­stu pal­cami wy­czu­wała kształty liter. I kto wie, jak poto­czy­łyby się jej dal­sze losy, gdyby nie spo­tkała czło­wieka opę­ta­nego żądzą pie­nię­dzy. Był młody, przy­stojny. Te­resa za­ko­chała się w nim swą pierwszą wielką miło­ścią. A on po­sta­nowił jej ta­lenty wy­ko­rzy­stać do zara­bia­nia pie­nię­dzy. Wraz z grupą ma­gi­ków Te­resa za­częła ob­jeż­dżać mia­sta wielu kra­jów. Za­ra­biała świetnie, bo też jej „nu­mer” z od­czy­ty­wa­niem listu przez ko­pertę bu­dził wielką sen­sację. Tylko że, jak to się póź­niej oka­zało, zdol­ności Te­resy nie zaw­sze się przeja­wiały. Nie­kiedy, gdy była w złym na­stroju lub zmę­czona, tra­ciła je zu­peł­nie, a po­nie­waż wy­stępy mu­siały się od­by­wać, na­mó­wiono Te­resę, aby po­peł­niała oszu­stwo — od­czy­ty­wała listy, któ­rych treść uprzednio znała. Albo z nie­zbyt szczelnie za­kle­jo­nymi oczami roz­róż­niała barwy przed­miotów, jakie jej ka­zano doty­kać. Pew­nego dnia na wy­stę­pach za­gra­nicz­nych, a było to wła­śnie w Bo­gocie, wścibscy dziennika­rze zde­ma­sko­wali ją jako oszustkę. Wy­śmiana, wy­drwiona, mu­siała opu­ścić trupę ma­gi­ków, po­rzucił ją także jej uko­chany. Te­resa zo­stała w Bo­gocie z nie­wielką sumą pie­nię­dzy. Miała dziewięt­na­ście lat.

— Zna­la­złam się na bruku, To­ma­szu — opo­wia­dała. — I chciałam po­peł­nić sa­mo­bój­stwo. Na szczęście po­zna­łam wtedy Thomasa van Ha­gena, Ho­len­dra od lat mieszka­ją­cego w Ko­lum­bii i zaj­mu­ją­cego się han­dlem szmarag­dami. Miał on małą ha­cjendę, tę, w któ­rej byłeś. Wy­szłam za mąż za tego czło­wieka, który zresztą oka­zał się nie­wiele wart. Pił dużo i traktował mnie jak słu­żącą. By­łam rok jego żoną. Pew­nego dnia wy­je­chał do Bo­goty i tam, pro­wa­dząc ja­kieś ciemne inte­resy z han­dla­rzami szmarag­dów, zo­stał za­bity przez kon­ku­ren­cyjną grupę „szmarag­dzia­rzy”. Thomas van Ha­gen nie miał przy sobie żad­nych do­ku­mentów, zna­le­ziono go za­strzelo­nego na ulicy. Poli­cja ko­lum­bij­ska we­zwała mnie, abym roz­po­znała zwłoki swego męża. To było dzie­sięć lat temu. Przyje­cha­łam do Bo­goty i za­trzyma­łam się w tanim hote­liku. Pa­mię­tam, był już wie­czór, na­za­jutrz mia­łam je­chać do kost­nicy. Raptem od­żyły we mnie moje zdol­ności tele­pa­tyczne, usły­sza­łam czyjś głos. Głos ten na­kazał mi opuszcze­nie ho­telu i po­dej­ście do czerwo­nego sa­mo­chodu za­par­ko­wa­nego na po­bli­skiej ulicy. Był to wóz z sa­nato­rium dok­tora Alva­reza. W sa­mo­cho­dzie sie­dział Ralf Daw­son. Po­wie­dział mi, że sporo czy­tał o mo­ich wy­stę­pach na es­tra­dzie, o mo­ich nie­zwy­kłych zdol­no­ściach pa­rap­sy­chicznych. Wie­dział, że nie je­stem oszustką, tylko mu­sia­łam po­ma­gać sobie oszu­stwem w tych chwilach, gdy moje zdol­ności za­wo­dziły. Wy­znał, że jest człowie­kiem z Przy­szło­ści, po­szu­kuje przed­miotu zgu­bio­nego przez UFO. Aby osią­gnąć swój cel, musi jed­nak po­słu­gi­wać się ludźmi z Te­raź­niej­szo­ści. Po­wie­dział, że mogę mu po­móc, po­nie­waż mieszkam w ha­cjen­dzie w gó­rach Sierra Nevada i po­sia­dam nie­zwy­kłe zdol­ności, które uła­twią mu poro­zu­mie­nie się ze mną. I jesz­cze jedno, To­ma­szu. By­łam wtedy bar­dzo chora i le­karze nie za­po­wia­dali mi dłu­giego życia. A on obie­cał, że do­star­czy takie środki, które po­zwolą mi żyć. Za­żądał tylko jed­nego: mam nie roz­po­znać zwłok mego męża i po­wie­dzieć poli­cji, że Thomas van Ha­gen wy­je­chał do Ekwadoru i tam prawdo­po­dob­nie zo­stał za­trzymany przy przemy­caniu szmarag­dów. Jak mi wy­jaśnił Ralf, po­trzebna była baza, to jest miej­sce, gdzie za­trzymy­wa­liby się lu­dzie prze­rzu­ceni w nasz czas z Przy­szło­ści i skąd mo­gliby od­by­wać wy­prawy po­szu­ki­wawcze w celu zna­le­zie­nia za­gu­bio­nego przed­miotu. Co uczynił­byś na moim miej­scu? Zgo­dzi­łam się i nie ża­łuję tego. Ralf dał mi le­kar­stwo, które utrzymuje mnie przy życiu, po­mógł mi także roz­wijać moje pa­rap­sy­chiczne zdol­ności. To wła­śnie one sprawiły, że usły­sza­łam twój sy­gnał o nie­bez­pie­czeń­stwie i po­tra­fiłam ode­brać wia­do­mość od Ralfa mimo dzielącej nas ogromnej odle­gło­ści. Za­jęłam się sku­py­wa­niem szmarag­dów i roz­ma­itych za­byt­ków ze złota, li­cząc na przy­pa­dek, że ktoś przy­nie­sie do sprzedania zgu­biony przez UFO przedmiot. Moja ha­cjenda służy także jako jedna z baz dla ludzi z Przy­szło­ści, kil­korgu z nich, jak to już wiesz, da­łam moż­li­wość le­gal­nego działania w na­szym cza­sie. Ty także dzięki mnie stałeś się Thoma­sem van Ha­gen, a w każ­dym razie po­sia­dasz pasz­port na jego na­zwi­sko. Masz żonę, wła­sną ha­cjendę, a w ta­kiej sytu­acji na­wet naj­bar­dziej po­dejrzliwej poli­cji trudno by­łoby udo­wod­nić, że nie jesteś tym, za kogo się po­da­jesz. Oto i cała prawda o mnie, To­ma­szu — za­koń­czyła swą histo­rię Te­resa.

W gó­rach za­padła tym­cza­sem ciemna i bar­dzo zimna noc. Wsunęli­śmy się więc ze swymi śpi­wo­rami do na­miotu.

— Po­wiedz mi, do­kąd wła­ści­wie idziemy? — za­py­tałem jesz­cze Te­resę.

— Do zagi­nio­nego mia­sta Ta­iro­nów. Pole­ciłam ci wczoraj, abyś prze­czy­tał książkę o tym wspania­łym lu­dzie. Jeśli to uczyniłeś, wiesz o nich do­sta­tecz­nie dużo. Lu­dzie z Przy­szło­ści, pe­ne­trując góry Sierra Nevada w po­szu­ki­wa­niu zagi­nio­nego przed­miotu, na­trafili na jedno z ni­komu nie zna­nych, daw­nych miast Ta­iro­nów. Tam, na ma­łym placu, lą­do­wały ta­jem­nicze UFO i kie­dyś z jed­nego z nich wy­siadł Ralf Daw­son. Ta­iro­no­wie z tego mia­sta jako miej­sce kultu reli­gij­nego wy­brali głę­bokie pie­czary w stoku góry. Wej­ście do tych pie­czar jest za­ma­sko­wane przez spływa­jący z wy­soka wo­do­spad. Lu­dzie z Przy­szło­ści zor­gani­zo­wali w nich jedną z głównych swoich baz w na­szym cza­sie. Nie wiem, co kryją pie­czary, bo wstępu do nich bro­nią spe­cjalne pola si­łowe. A dróg do do­liny strzeże Ro­bin. On wy­star­czył, aby to miej­sce zy­skało u po­szu­ki­wa­czy skar­bów złą sławę Dia­bel­skiej Do­liny. Nikt, kto nie zo­stał do tego po­wo­łany, nie wej­dzie do do­liny, a tym bar­dziej do pie­czary w stoku góry. Ro­bin zo­stał uprze­dzony o na­szym przyjściu, bę­dzie na­sta­wiony przyjaźnie. Po­jawi ci się w po­staci ko­goś lub cze­goś, za czym pod­świado­mie tęsk­nisz. Czy do­my­ślasz się, kto to bę­dzie?

— Nie — od­po­wie­działem.

 

*   *   *

Obu­dzi­łem się rześki, pełen sił, choć bar­dzo głodny. Ra­nek był rów­nie zimny jak wie­czór. Ogo­liłem się nad stru­mie­niem z lo­do­watą wodą, umyłem do pasa i po­czu­łem, że mógłbym znowu przez cały dzień ma­sze­ro­wać. O dziwo, palce mo­ich nóg były w do­sko­na­łym sta­nie, tak świetnie po­działało le­kar­stwo, które za­sto­so­wała Te­resa.

Zwi­nęli­śmy na­miot, up­cha­liśmy do ple­ca­ków śpi­wory i ze sztu­ce­rami na ra­mio­nach ru­szyli­śmy wzdłuż stru­mie­nia. Był już dzień, nad po­szar­pa­nymi szczytami naj­bliż­szych gór ja­skrawo świe­ciło słońce. Naj­wyż­sze szczyty to­nęły jed­nak wciąż w mgłach i chmurach; gdzieś wy­soko padał deszcz, bo w ciągu nocy stru­mień wez­brał i z gło­śnym szu­mem przelewał się przez głazy wy­peł­nia­jące jego ko­ryto.

Po ja­kimś cza­sie przełęcz za­mknęły nagle skały. Wą­ską szczeliną wy­cie­kał z nich tylko stru­mień. Mu­sieli­śmy jed­nak pójść wła­śnie tą drogą, bo innej nie było. Prąd wody spy­chał nas do tyłu, szli­śmy zanu­rzeni w stru­mie­niu aż do pasa. Dno po­kry­wały śli­skie skały i mimo ostrożno­ści kil­ka­krot­nie, to ja, to znów Te­resa, po­śli­znę­liśmy się i upa­dli­śmy w wodę. Na szczęście nie gro­ziło to żad­nym nie­bez­pie­czeń­stwem.

Szczelina dwu­krot­nie za­ła­my­wała się. Za trze­cim za­krę­tem otworzyła się przed nami duża, zie­lona do­lina wy­peł­niona słoń­cem.

To tam, nad brze­giem po­toku, w po­bliżu zdzi­cza­łego drzewa cy­try­no­wego, cze­kał na mnie wielki pies. Ogromny jak niedź­wiedź biały dog w czarne łaty, arle­kin. Stulił uszy i wy­ma­chi­wał rado­śnie po­tęż­nym ogo­nem. Po­tem pod­szedł, ob­wą­chał mnie i na­gle sko­czył do góry, opie­rając na mo­ich ra­mio­nach swoje przednie łapy. Po­czu­łem na twa­rzy szorstki, wil­gotny ozór.

— Co wi­dzisz? — za­py­tała Te­resa. — Bo mnie, jak zwy­kle, po­jawił się mały ja­guar. Ale co to? — za­wo­łała zdu­miona. — Ja­guar znika, roz­wiewa się jak mgła. Wi­dzę wiel­kiego psa. Doga. Dla­czego?

— Miałem kie­dyś psa. Doga — po­wie­działem w za­my­śle­niu. — Na­zy­wał się Pro­tazy. Bar­dzo go ko­cha­łem, ale psy nie żyją długo. Mimo sta­rań wete­ryna­rzy mu­sia­łem się z nim na zaw­sze po­że­gnać. Za­pewne czę­sto pod­świado­mie tęsk­niłem za Pro­ta­zym, wspomi­na­łem go, skoro Ro­bin po­jawił mi się w po­staci psa.

— Ro­bin bar­dzo cię polu­bił. Po­dobno, je­śli ko­goś po­lubi, przy­biera jedną po­stać dla wszyst­kich. Jest taki, jaki chce być dla czło­wieka, któ­rego wy­róż­nia.

Idąc za Ro­bi­nem po­my­śla­łem, że i ja od pierwszego wej­rze­nia polu­biłem tego ogrom­nego psa. I że rze­czy­wi­ście wie­lo­krot­nie tęsk­niłem za przyja­cie­lem, z któ­rym na zaw­sze kie­dyś wy­padło mi się roz­stać.

„Ale dla­czego po­jawił się dog arle­kin — za­sta­na­wia­łem się. — Prze­cież Pro­tazy był do­giem błę­kit­nym?”.

Do­sze­dłem do wniosku, że Ro­bin chciał być dla mnie Pro­ta­zym, wier­nym, mą­drym, wspania­łym psem, ale także czymś in­nym, wła­śnie Ro­bi­nem. Dla­tego przy­brał po­stać doga o in­nej ma­ści.

 


ROZDZIAŁ JEDENASTY [top]

WAROWNIA W GÓRACH • ATAK DZIWNEJ CHOROBY • CO KRYJĄ PIECZARY ZA WODOSPADEM • KOLEJNA PRZYGODA Z POSZUKIWACZAMI SKARBÓW • ROBIN W AKCJI • ZWIEDZAMY RUINY MIASTA TAIRONÓW • MGŁA • TERESA NIE POZOSTAWIA MI NAWET NADZIEI • ZNOWU FLORENTYNA I MAŁE ZIELONE LUDZIKI

 

Dia­bel­ska Do­lina była oto­czona stro­mymi sto­kami wy­so­kich gór. I miała tylko dwa wej­ścia — jedno, pro­wa­dzące przez szczelinę skalną z pły­ną­cym wartko poto­kiem, któ­rym wła­śnie przy­szli­śmy, oraz dru­gie, przy­po­mi­na­jące tunel skalny. Od­kry­łem je do­piero po dłu­gich po­szu­ki­wa­niach. Nie był to tunel zro­biony ludz­kimi rę­kami. Po­wstał w spo­sób natu­ralny na sku­tek zwalenia się ogrom­nego głazu, który zata­ra­so­wał prze­smyk, choć nie cał­ko­wicie. Pod zwaloną skałą po­zo­stała wolna prze­strzeń — sze­roka na trzy i wy­soka na pięć me­trów.

Gdzieś z wy­so­kich szczytów, za­pewne z ja­kie­goś top­nie­ją­cego lo­dowca, spływała do do­liny woda. W pew­nym miej­scu drogę jej za­mknął próg skalny, woda z kil­ku­nastu me­trów opa­dała w dół jako wiecznie szu­miący wo­do­spad. Tuż pod wo­do­spa­dem po­wstało małe je­ziorko, które przy­po­mi­nało skalny ba­sen. Z niego to wy­cie­kał stru­mień i są­czył się przez całą do­linę, nik­nąc w szczelinie skal­nej.

Ten krótki opis chyba wy­star­czy, aby zro­zu­mieć, dla­czego wła­śnie to miej­sce wy­brali przed wie­kami Ta­iro­no­wie dla zbu­do­wa­nia jed­nej ze swych gór­skich osad. Wy­star­czyło kilku uzbrojo­nych strażni­ków przy tu­nelu i obok szczeliny, żeby jej miesz­kańcy mo­gli czuć się bez­piecznie. Dzięki do­stat­kowi czy­stej wody, a także spo­rej ilości ziemi pod uprawę, osada sta­wała się twierdzą nie­mal nie do zdo­bycia. Po­dob­nie wy­glą­dały inne osady Ta­iro­nów. Nic więc dziwnego, że choć po dru­giej stro­nie gór Sierra Nevada de Santa Marta, przede wszystkim w osa­dach ry­bac­kich nad mo­rzem, od kilku dzie­siąt­ków lat pa­no­wali już hisz­pań­scy zdo­bywcy, Ta­iro­no­wie czuli się bez­piecznie. W pierwszej po­łowie XVI wieku — jak mó­wią kro­niki — do starć mię­dzy Hiszpa­nami i Ta­iro­nami do­cho­dziło rzadko. Ale hisz­pań­skich zdo­byw­ców wciąż drę­czyła myśl o El Do­rado, kra­inie złota. Może wła­śnie tam, wy­soko w gó­rach, w ta­jem­ni­czych i nie­do­stęp­nych mia­stach Ta­iro­nów kryły się nie­zmie­rzone złote skarby? W roku ty­siąc sześćset­nym, po dwuletniej woj­nie, udało się wreszcie Hiszpa­nom zdo­być gór­skie osady. Do­ko­nali krwawej rzezi Ta­iro­nów, a tych, któ­rych nie zabili, za­brali w nie­wolę. Ogołocili i spa­lili ich mia­sta, ra­bując skarby kul­tury ta­iroń­skiej. Czy Hiszpanie byli wa­lecz­niejsi od Ta­iro­nów? Dziś się sądzi, że po­mógł im pod­stęp. Spo­łecz­ność Ta­iro­nów była bar­dzo zróż­ni­co­wana, oprócz rol­ni­ków i rze­mieślni­ków, sta­no­wią­cych większość lud­ności, ist­niała też kasta wo­jow­ni­ków i ka­pła­nów. Mię­dzy ka­pła­nami i wo­jow­ni­kami trwała ry­wali­zacja o wła­dzę. Ten wła­śnie fakt wy­ko­rzy­stali prawdo­po­dob­nie hisz­pań­scy kon­kwi­sta­dorzy, ko­goś prze­ku­pili, ko­muś coś obie­cali (choć po­tem obietnicy nie do­trzymali) i w ten spo­sób zna­leźli drogę do gór­skich twierdz.

Osady Ta­iro­nów za­dzi­wiły Hiszpa­nów. Zo­stały one zbu­do­wane we­dług spe­cjal­nego za­my­słu ar­chi­tek­to­nicz­nego. W środku osady za­zwy­czaj znaj­do­wał się duży bu­dy­nek drewniany na ka­miennych, koli­stych fun­da­mentach, który był albo świątynią, albo też mieszka­niem miej­sco­wego ka­cyka. Od niego gwiaździ­ście roz­cho­dziły się bru­ko­wane gła­zami uliczki z do­mami także zbu­do­wa­nymi na koli­stych fun­da­mentach. Domy te były jak gdyby mi­nia­turą owego cen­tral­nego bu­dynku. Co cie­kawe, w dwóch od­kry­tych przez ar­che­olo­gów mia­stach Ta­iro­nów na­po­tkano na­wet wo­do­ciągi wy­kute w ska­łach i do­pro­wa­dza­jące czy­stą wodę nie­mal do każ­dego do­mo­stwa. Wo­kół osady znaj­do­wały się po­letka uprawne, na­wad­niane dość skompli­ko­wa­nym, spe­cjal­nym sys­te­mem iry­ga­cyj­nym. A je­śli się do tego doda wspaniałe wy­roby rze­mieślni­ków ta­iroń­skich, można mieć pew­ność, że pod względem kul­tury in­diań­skie ple­miona w gó­rach Sierra Nevada nie ustę­po­wały w ni­czym na­jeźdźcom hisz­pań­skim, a pod nie­któ­rymi wzglę­dami chyba ich przewyż­szały.

Nie­stety, Hiszpanie zra­bo­wali wszystkie skarby, ja­kie w tych osa­dach zna­leźli, i spa­lili drewniane domy. Dżungla poro­sła pola uprawne i gę­stym li­sto­wiem po­kryła koli­ste fun­da­menty do­mów. Ko­rze­nie drzew i pną­cych roślin wśli­znęły się na­wet w szczeliny mię­dzy gła­zami sta­no­wią­cymi bruk uli­czek. Nie mi­nęło kil­kana­ście lat, a nikt już nie znał na­wet drogi do ruin daw­nych osad, wia­do­mość o nich zagi­nęła nie tylko pod buj­nym li­sto­wiem, ale i w pa­mięci ludz­kiej. Współ­cze­snym ba­da­czom udało się do tej pory od­kryć tylko dwie takie osady, choć wia­domo, że było ich znacznie wię­cej.

W osa­dzie, w któ­rej się zna­leźli­śmy, część daw­nych uli­czek zo­stała sta­ran­nie oczysz­czona z ro­ślin­ności. Wielki dog arle­kin do­pro­wa­dził nas po takiej uliczce do dość ob­szer­nego, drewnia­nego do­mo­stwa zbu­do­wa­nego na daw­nych fun­da­mentach. Wnętrze miało tylko jedną, dużą izbę o ka­miennej po­sadzce. Mię­dzy słu­pami wspiera­ją­cymi dach wi­siało kilka ha­ma­ków, pod ścia­nami stały obite bla­chą drewniane skrzynie. Na środku izby wy­mu­ro­wano z gliny ob­szerny piec z du­żym pale­ni­skiem. Noce w tej doli­nie by­wały chłodne i ogrzewa­nie po­mieszcze­nia wy­da­wało się po pro­stu ko­nieczno­ścią.

Zale­dwie we­szli­śmy do izby, Ro­bin gdzieś znik­nął, a Te­resa przyjęła rolę go­spo­dyni.

— Roz­pal ogień na pale­nisku — pole­ciła mi — ja zaś przy­go­tuję ja­kieś je­dze­nie. W tej doli­nie nie zgi­niemy z głodu. Zgroma­dzono tu duże za­pasy żyw­ności.

Drewno do pale­nia le­żało obok pieca, roz­nie­cenie ognia nie sta­no­wiło więc dla mnie żad­nej trud­ności. Te­resa unio­sła wieko jed­nej ze skrzyń pod ścianą i wy­jęła z niej dwie puszki kon­serw z mię­sem oraz ja­rzy­nami. W dru­giej skrzyni były na­czy­nia ku­chenne, tale­rze i sztućce. Wkrótce nasy­ciłem głód i przy ogniu bu­cha­ją­cym z pale­niska wy­su­szy­łem swoje ubra­nie, zmo­czone pod­czas wę­drówki do Dia­bel­skiej Do­liny.

W cza­sie po­siłku za­uwa­ży­łem, że za­zwy­czaj blada cera Te­resy stała się żół­tawa, a pod oczami po­ka­zały się głę­bokie cie­nie. Zmieniło się też jej za­cho­wa­nie. Zniknęła sprę­ży­stość ru­chów; dziew­czyna mó­wiła wolno i jakby z trud­no­ścią.

— Tak, mam ko­lejny atak cho­roby — po­twierdziła, gdy ją wprost za­py­tałem, czy nie czuje się źle. — Zgodnie z tym, co mi wia­domo o mojej cho­robie, po­win­nam już nie żyć przy­najmniej od dziewię­ciu lat. A jed­nak, jak wi­dzisz, śmierć jesz­cze po mnie nie przy­szła. Le­kar­stwo, jakie daje mi Ralf Daw­son, usuwa skutki cho­roby. To na­groda, którą otrzymuję za wier­ność lu­dziom z Przy­szło­ści. Po­zwól, że te­raz za­żyję le­kar­stwo i na jakiś czas zasnę w ha­maku. Nie budź mnie, nocą pod­trzymuj ogień w ko­minie, abym nie zmarzła. Nie mu­sisz jed­nak cią­gle przy mnie czu­wać, bo je­stem tutaj bez­pieczna. Nie wia­domo, kiedy przyleci Ralf, wy­ko­rzy­staj ten czas zgodnie ze swoimi za­inte­re­so­wa­niami. Po­znaj mia­sto w doli­nie. Mo­żesz się cał­ko­wicie zdać na Ro­bina, gdyż on, choć tego nie do­strzeżesz, bę­dzie cią­gle opie­ko­wał się nami. Aha — przy­po­mniała coś sobie i się­gnęła do jed­nej ze skrzyń pod ścianą. Wy­jęła nie­duże pu­dełko ze słu­chawkami i mi­kro­fo­nem.

— To jest apa­rat, który służy do poro­zu­mie­wa­nia się z Ro­bi­nem. Nie zdziw się, gdy przemówi do cie­bie twoim wła­snym gło­sem.

Na­stęp­nie Te­resa van Ha­gen po­łknęła dużą, białą pi­gułkę i poło­żyła się w ha­maku. Okryłem ją sta­ran­nie dwoma gru­bymi ko­cami wy­cią­gniętymi z ko­lejnej skrzyni. Po chwili już spała bar­dzo mocno, a ja do­rzu­ciłem drew na pale­nisko i po­sta­no­wi­łem za­sto­so­wać się do jej rady. Nie są­dzi­łem, abym jesz­cze kie­dy­kol­wiek w życiu miał moż­li­wość zwiedze­nia ruin zagi­nio­nej w gó­rach in­diań­skiej osady. Na­le­żało wy­ko­rzy­stać tę oka­zję i po­znać całą do­linę. Była do­piero trze­cia w połu­dnie i do wie­czora po­zo­sta­wało wiele czasu.

Wi­dok zagi­nio­nego przed wie­kami mia­sta, kie­dyś tęt­nią­cego ży­ciem, a te­raz zu­peł­nie martwego, zro­bił na mnie przy­gnę­bia­jące wra­żenie. Walkę z ru­inami roz­po­częła żar­łoczna dżungla, wdziera­jąc się swą bujną ro­ślin­no­ścią w każdą szczelinę ka­miennych fun­da­mentów daw­nych do­mów, za­kry­wa­jąc dawne uliczki, nisz­cząc oca­lałe z po­gromu wy­twory ludz­kich rąk. Wy­gła­dzone set­kami stóp ludz­kich ka­mie­nie bruku ulicznego mó­wiły, że przed kil­koma wie­kami życie roz­wi­jało się tutaj rów­nie buj­nie, jak teraz roz­rasta się dżungla. Gdzie­nieg­dzie spo­ty­ka­łem zdzi­czałe drzewa po­ma­rań­czy i cy­tryn, może po­zo­sta­łość po daw­nych ogrodach. W dżungli skrzeczały małpy i był to je­dyny głos ży­wych istot, który jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślał martwotę tego miej­sca. Poza tym szu­miał tylko wo­do­spad, wciąż gło­śniej i gło­śniej w miarę, jak się do niego zbli­ża­łem.

W pie­cza­rach za wo­do­spa­dem kryły się ma­ga­zyny ludzi z Przy­szło­ści. Być może znaj­do­wał się tam także i we­hikuł czasu, któ­rym tu przy­był Ralf. By­łem cie­kawy, jak on wy­gląda, ale po­mny prze­strogi danej mi przez Te­resę, nie zde­cy­do­wa­łem się na­wet na próbę zaj­rze­nia do owych pie­czar. Apa­racik, jaki Ralf Daw­son dał mi dla wła­snej obrony, po­kazał swą dziwną moc, gdy na Te­resę na­padła jagu­arzyca. Pie­czary za wo­do­spa­dem chro­niła za­pewne siła jesz­cze bar­dziej groźna i ta­jem­nicza. Nie chciałem jej działania wy­pró­bo­wy­wać na wła­snej skó­rze.

Tak, lu­dzie z Przy­szło­ści byli za­pewne po­tężni. Ale zara­zem słabi i bez­radni po­przez fakt, że nie mo­gli oso­bi­ście inge­ro­wać w czas te­raź­niej­szy. Mu­sieli ko­rzy­stać z po­mocy osób ta­kich, jak Te­resa i ja. By­łem im po­trzebny, a oni stali się po­trzebni mnie. Zda­wa­łem sobie bo­wiem sprawę, że bez ich po­mocy nie trafię na ślad zło­dziei dzieł sztuki z Mu­zeum Złota i nie uda mi się od­zy­skać bez­cen­nych skar­bów. Ta świado­mość na­ka­zy­wała mi lojal­ność wo­bec mo­ich no­wych przyjaciół.

Obojętnie więc mi­ną­łem wo­do­spad, przez chwilę tylko po­dzi­wia­jąc wi­dok wspaniałej ka­skady oraz coś w ro­dzaju tęczy nie­ustannie ją ota­cza­jącej. To słońce prze­róż­nymi bar­wami od­bijało się w kro­plach wody roz­pylo­nej ude­rze­niem o skały. I po­my­śla­łem, że za­pewne ów prze­piękny wi­dok, tak samo jak teraz mnie, za­chwycał kie­dyś daw­nych miesz­kań­ców osady.

Wreszcie do­sze­dłem do krańca Dia­bel­skiej Do­liny, do zwalonej skały, która two­rzyła ro­dzaj ka­miennego tu­nelu. Cie­kawy, co kryje się dalej, śmiało za­nu­rzy­łem się w chłodnym i mrocznym jak stud­nia przejściu. Po kil­ku­nastu kro­kach otworzyła się przede mną ogromna prze­paść. Tuż nad jej kra­wę­dzią była wy­kuta w skale droga. Tak więc nie tylko wą­ski tunel, ale i droga do niego bro­niła kie­dyś bez­pie­czeń­stwa miesz­kań­ców osady. Nie­trudno było zgadnąć, do­kąd szło się nad kra­wę­dzią prze­paści. Z książki o życiu Ta­iro­nów do­wie­działem się, że utrzymy­wali oni łącz­ność z in­diań­skimi ple­mio­nami na wy­brzeżu, tędy za­pewne sprowa­dzali ryby i kraby, w za­mian ofia­ro­wu­jąc prze­piękne wy­roby swych rze­mieślni­ków. A że nie znali koła i wozu i rzadko po­słu­gi­wali się zwie­rzę­tami jucz­nymi, dźwigali wszystko w ko­szach na swoich bar­kach.

Już mia­łem za­wró­cić do Dia­bel­skiej Do­liny, gdy rap­tem usły­sza­łem ludz­kie głosy. „Może to Ralf Daw­son? — po­my­śla­łem. — Ale dla­czego nie przyleciał śmi­głowcem?” Głosy ludz­kie do­cho­dziły spoza skał, za któ­rymi gi­nęła wą­ska droga.

„Tak, to Ralf Daw­son” — upewniłem się, po­nie­waż jeden z gło­sów wy­dał mi się zna­jomy. Ru­szy­łem więc śmiało na­prze­ciw nad­cho­dzą­cym.

Raptem zza za­krętu drogi wy­ło­niło się trzech męż­czyzn. Jeden biały i dwóch Me­ty­sów. Od razu zo­riento­wa­łem się, że mam do czy­nie­nia z po­szu­ki­wa­czami. Cała trójka no­siła sze­roko­skrzydłe ka­pelu­sze i kolo­rowe ruany, uzbrojeni byli w ogromne ma­czety, a jeden miał kara­bin i pas z na­bo­jami. Każdy z nich niósł ja­kieś na­rzę­dzie do ko­pania oraz worki na wy­grze­bane z ziemi przed­mioty.

— Hej, se#241;or — za­krzyknął w moim kie­runku biały męż­czy­zna i usły­sza­łem szczęk re­pe­to­wa­nego kara­binu.

Ucieczka nie miała sensu. By­łem zbyt bli­sko i na­wet kiep­ski strzelec mógł mnie bez trudu trafić. Czy ośmieliłby się to zro­bić? Nie mia­łem co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Tacy osobnicy strzelali do każ­dego, kto był dla nich po­dej­rzany. Za­pewne są­dzili, że także je­stem po­szu­ki­wa­czem skar­bów, który wcześniej niż oni do­tarł do źró­deł bo­gactwa.

Za­trzyma­łem się i w mil­cze­niu pa­trzy­łem, jak pod­cho­dzą coraz bliżej. Czuli się pew­nie, po­nie­waż na­tychmiast za­uwa­żyli, że je­stem bez broni. Tylko że to nie była prawda. W kie­szeni mia­łem pu­de­łeczko dane mi przez Daw­sona. I to wła­śnie po­wo­do­wało, że mimo gro­żą­cego nie­bez­pie­czeń­stwa, nie oba­wia­łem się ich.

Sta­nęli o trzy kroki ode mnie. Mó­wili coś szybko po hisz­pań­sku, ge­sty­ku­lując rę­kami. Od­po­wie­działem im spo­koj­nie, że nie ro­zu­miem. Wtedy za­brał głos ów biały uzbrojony w ka­rabin. Za­pytał po an­giel­sku:

— Do­kąd pro­wa­dzi ta droga? Czy tam, pod tą zwaloną skałą, można przejść do zagi­nio­nego mia­sta?

— Tak — od­par­łem spo­koj­nie. — Za tą zwaloną skałą jest do­lina, a w niej ruiny zagi­nio­nego mia­sta Ta­iro­nów.

Moja szczera od­po­wiedź zdu­miała ich i zara­zem za­nie­po­koiła. Nie jest czymś zwy­kłym spo­tka­nie z nie uzbrojo­nym, sa­mot­nym człowie­kiem w gó­rach Sierra Nevada, i to tuż obok zagi­nio­nego mia­sta, peł­nego — być może — ukrytych skar­bów. Jeśli by­łem taki spo­kojny, to chyba zna­czyło, że zagi­nione mia­sto zo­stało opa­no­wane przez in­nych po­szu­ki­wa­czy. Stali się więc czujni i ostrożni.

— Co pan tu robi? — za­pytał męż­czy­zna z kara­bi­nem.

Bez­tro­sko wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Czy ma pan prawo do za­da­wa­nia po­dob­nych pytań? To ra­czej ja chyba mogę spy­tać: co wy tu robi­cie? Może jeste­ście zło­dziejami okra­dają­cymi in­diań­skie groby?

Na pewno prze­mknęła im przez głowę myśl, że trafili na poli­cjanta po cy­wil­nemu. Ów biały za­czął roz­ma­wiać po hisz­pań­sku z Me­ty­sami. W tym cza­sie z obo­jętną miną za­pali­łem pa­pie­rosa, a na­stęp­nie wło­ży­łem rękę do kie­szeni, w któ­rej mia­łem pu­de­łeczko Daw­sona. Rozma­wiali dość długo, a ja przy­glą­da­łem się im z coraz bar­dziej znu­dzoną miną. Wreszcie biały męż­czy­zna z kara­bi­nem znowu mnie za­pytał:

— Kim pan jest, u dia­bła? I czy to zna­czy, że nie po­zwala nam pan pójść dalej?

Ro­ze­śmiałem się sztucznie.

— A niby dla­czego miał­bym wam cze­goś zaka­zy­wać? Nie je­stem wła­ści­cie­lem tych gór.

— Dużo was tu jest? — znowu zwrócił się do mnie z na­iw­nym pyta­niem. Chyba uwa­żał mnie za głupca. Ale ja po­wie­działem szczerze:

— Je­stem sam.

Po­wtó­rzył moje słowa po hisz­pań­sku. Któ­ryś z Me­ty­sów krzyknął: „To wa­riat”. Słowo „wa­riat” zna­łem po hisz­pań­sku, więc do­my­śli­łem się, że biorą mnie za wę­dru­ją­cego po gó­rach sza­leńca. Ale czy wy­glą­da­łem na wa­riata? Przed obia­dem ogo­liłem się, wy­czy­ści­łem buty, wyszczot­ko­wa­łem ubra­nie.

Ode­zwałem się uprzejmie:

— Czy nie sły­szeli­ście o Dia­bel­skiej Doli­nie? Ona jest wła­śnie za tą zwaloną skałą. Ra­dzę wam za­wró­cić.

Biały człowiek znowu po­wtó­rzył moje słowa po hisz­pań­sku. Me­tysi oka­zali się ludźmi za­bo­bon­nymi. Strach po­jawił się w ich oczach i choć nie zna­łem hisz­pań­skiego, do­my­śli­łem się, co mó­wią. Ra­dzili wra­cać. Ale biały nie nale­żał do bo­jaź­li­wych. Rzekł do mnie po­nuro:

— Pan chce nas wy­stra­szyć. Nie wie­rzę w dia­bły i upiory. Pójdę dalej, bo tam są skarby.

I chciał mnie wy­mi­nąć, aby wejść do skal­nego tu­nelu. Na­gle oczy jego zro­biły się ogromne ze stra­chu, z rąk wy­padł mu kara­bin. Obej­rza­łem się za sie­bie i zo­ba­czy­łem wy­cho­dzą­cego z tu­nelu wiel­kiego doga.

— Co to? Co to? — wy­beł­kotał biały człowiek.

— To zwy­kły pies. Dog — oświad­czy­łem.

— Wi­dzę węże. Setki węży! — coraz gło­śniej za­czął wy­krzy­ki­wać. — Mi­liony węży peł­zną w moją stronę... Węże, węże, węże!...

Tak krzy­cząc, rzucił się do ucieczki tą samą drogą, którą przy­szedł. Ja nie wi­działem żad­nych węży, tylko spo­koj­nie nad­cho­dzą­cego psa.

Na twa­rzach Me­ty­sów po­kazał się strach. Pa­trzyli na szczyty skał wznoszą­cych się nad prze­pa­ścią. Beł­kotali coś do sie­bie i wskazy­wali pal­cami w górę. Z ich ru­chów i wy­razu twa­rzy mo­głem się do­my­ślić, co oglą­dają. Oto głazy na szczytach skał za­częły się ru­szać i ob­su­wać w dół. Za chwilę miała spaść i strą­cić nas w prze­paść ogromna la­wina skalna. Lecz ja wi­działem nie­ru­chome głazy. Góry były spo­kojne.

Oni jed­nak mieli przed oczami zu­peł­nie inny obraz gór i drogi, na któ­rej stali. W naj­większym po­pło­chu, wrzesz­cząc ze stra­chu, ucie­kali za swym kom­pa­nem, po­rzu­cając w biegu oskardy i szpa­dle. I choć szybko znik­nęli za za­krę­tem, jesz­cze długo sły­sza­łem ich pełne prze­raże­nia okrzyki.

Tymcza­sem wielki dog zbli­żył się do mnie, za­ma­chał przyjaźnie ogo­nem. Jego łeb wskazy­wał wej­ście do tu­nelu, jak gdyby da­wał mi do zro­zu­mie­nia, że po­wi­nie­nem po­wró­cić do Dia­bel­skiej Do­liny. Po­twierdziły się słowa Te­resy van Ha­gen, że Ro­bin do­brze strzeże ta­jem­nic ludzi z Przy­szło­ści. I że każ­demu po­jawia się jako coś, czego pod­świado­mie się boi.

Umilkły głosy prze­rażo­nych po­szu­ki­wa­czy skar­bów. To, co się przed chwilą tu­taj stało, wy­da­wało mi się snem. Ale na skal­nej dro­dze leżał po­rzu­cony kara­bin, a nieco dalej oskardy i szpa­dle. Nie był to więc sen.

Pod­nio­słem kara­bin i w towa­rzy­stwie Ro­bina za­głę­biłem się w mroczny tunel. Po­my­śla­łem z hu­mo­rem, że trzej po­szu­ki­wa­cze skar­bów wzbogacą swoją opo­wie­ścią prze­ra­ża­jącą le­gendę o Dia­bel­skiej Doli­nie. Chciałem o tym po­roz­ma­wiać z Ro­bi­nem przy po­mocy apa­ratu, który wrę­czyła mi Te­resa. Za­nim jed­nak zna­la­złem się w po­bliżu drewnia­nej chaty, Ro­bin nagle gdzieś prze­padł. Być może po­wró­cił do tu­nelu, aby strzec wej­ścia do Do­liny, albo po­szedł zo­ba­czyć, czy nikt nie usi­łuje się tu do­stać przez szczelinę skalną z pły­ną­cym nią gór­skim poto­kiem. Zresztą, cóż mo­głem wie­dzieć o zwy­cza­jach dziwnego stwo­rze­nia, któ­rego za­gadki nie po­trafili roz­wią­zać na­wet lu­dzie z Przy­szło­ści?

Zbli­żał się wie­czór, a wraz z nim gwałtow­nie ochłodziło się. To przy­po­mniało mi, że być może wy­gasł już ogień na pale­nisku w cha­cie.

Za­sta­łem Te­resę śpiącą wciąż bar­dzo moc­nym, nie­natu­ral­nym snem. Ogień, oczywi­ście wy­gasł, więc roz­pali­łem go na nowo i aż do rana czu­wa­łem, aby w cha­cie było cie­pło. Za­sną­łem do­piero o świ­cie w nie­wy­god­nej po­zycji na ma­cie koło pieca. Obu­dziło mnie deli­katne do­tknięcie ko­bie­cej dłoni. Otworzy­łem oczy i uj­rza­łem Te­resę taką, jaką po­zna­łem w ha­cjen­dzie i pod­czas na­szej wę­drówki — o ru­chach sprę­żys­tych, pełną ener­gii.

— Śnia­danie już go­towe. Ty, zdaje się, nie ja­dłeś nic od wczoraj­szego obiadu — za­tro­skała się.

To była prawda. Nie zro­biłem sobie wczoraj kola­cji i pra­wie całą noc czu­wa­łem głodny przy ogniu. Ale nie chciałem bez ze­zwolenia grze­bać w skrzyniach pod ścia­nami. Taki już je­stem — nie lubię bez zgody go­spo­darza rzą­dzić się w jego domu. A go­spo­da­rzem był tu Ralf Daw­son, zaś w jego za­stęp­stwie Te­resa van Ha­gen.

Gdy jedli­śmy śnia­danie — był to przy­sma­żony be­kon i grzanki z od­świe­żo­nego chleba oraz bar­dzo mocna i smaczna ko­lum­bij­ska kawa — usły­szeli­śmy war­kot nad­latu­ją­cego śmi­głowca.

— To chyba Ralf — Te­resa wy­bie­gła z chaty.

Do­linę zale­gała mgła. Była tak gęsta, że nie doj­rzeli­śmy śmi­głowca. Pilot też nie mógł nas zo­ba­czyć. Nie wi­dział chyba także do­liny. Pra­wie przez kwa­drans krą­żył nad nami, a po­tem odle­ciał. Mgła uniemoż­li­wiała bez­pieczne lą­do­wa­nie.

Po­my­śla­łem, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wy­szło. Dzięki mgle mo­głem dłu­żej prze­by­wać sam na sam z Te­resą, po­znać ją le­piej. Chciałem, aby i ona mnie po­znała i polu­biła. Czułem bo­wiem, że nie tylko uroda tej mło­dej ko­biety, ale cały jej spo­sób bycia, za­cho­wa­nia, a na­wet my­śle­nia jest mi nie­zwy­kle bliski. Gdzieś w głębi du­szy kry­łem na­dzieję, że może kie­dyś i ja stanę się Tere­sie bliski i będę jej mógł za­pro­po­no­wać wy­jazd do Pol­ski. I bar­dzo pra­gną­łem, aby wy­raziła na to zgodę.

Opowie­działem Tere­sie o swojej wczoraj­szej przy­go­dzie na dro­dze do do­liny. Nie oka­zała zdziwie­nia z po­wodu tego, co się tam wy­da­rzyło, za­pewne nie­jeden raz wi­działa Ro­bina w akcji prze­ciw po­szu­ki­wa­czom skar­bów. Zwróciłem jej apa­rat do poro­zu­mie­wa­nia się z Ro­bi­nem. Wy­razi­łem żal, że nie sko­rzy­sta­łem z niego.

Wtedy ujęła w oby­dwie dło­nie pu­dełko z mi­kro­fo­nem i słu­chawkami, przy­mknęła oczy, a na jej twa­rzy uwi­docznił się wy­raz wiel­kiego na­pię­cia. I nie mi­nęło kilka mi­nut, a usły­szeli­śmy skro­banie do drzwi. Po chwili do na­szej chaty wszedł ła­ciaty dog.

Na­ło­ży­łem słu­chawki i po­wie­działem:

— Jak się masz, Ro­binie. Co my­ślisz o wczoraj­szej histo­rii na dro­dze do tu­nelu.

Usły­sza­łem swój wła­sny głos, który zresztą zaw­sze wy­daje mi się obcy:

— To nie było nic nad­zwy­czaj­nego, To­ma­szu. Od czasu do czasu mu­szę stąd prze­pę­dzać cie­kaw­skich. Pra­wie dzie­sięć lat strzegę tej do­liny, a to bar­dzo nudne zaję­cie. Mam na­dzieję, że Ralf weźmie mnie tym ra­zem na wy­prawę z tobą. Ta wy­prawa za­koń­czy naszą misję. Nikt już nie bę­dzie mu­siał pil­no­wać do­liny.

— A jej ta­jem­nice, Ro­binie?

— Do­lina, jeśli już nie bę­dzie po­trzebna, znik­nie nagle, To­ma­szu. Za­sypią ją skały, spa­da­jące z ota­cza­ją­cych nas gór. Ty zaś na pewno nie ze­chcesz zbyt wiele mó­wić o tym, co tu prze­żyłeś.

— Dla­czego tak są­dzisz?

— Wczoraj ob­ser­wo­wa­łem każdy twój krok. Sta­rałem się także prze­nik­nąć do two­ich myśli. Wie­działeś od Te­resy o pie­cza­rach za wo­do­spa­dem, ale nie uczyniłeś nic, aby się tam do­stać. Masz, To­ma­szu, za­sady, które bar­dzo mi się po­do­bają. Je­steś cie­kawy i do­cie­kliwy jak praw­dziwy de­tek­tyw, ale waż­niej­sza od za­spo­koje­nia cie­ka­wo­ści po­zo­staje dla cie­bie przyjaźń i po­czu­cie lojal­ności.

— Je­steś mą­dry, Ro­binie. Jak przy­pusz­czasz, czy nasza wy­prawa po zra­bo­wane skarby skończy się szczęśli­wie?

— Nie chcę tego wie­dzieć — od­po­wie­dział Ro­bin. — Ralf tłu­ma­czył mi, że gdyby lu­dzie znali swoją przy­szłość, byłby to ko­niec wszelkiej ich działalno­ści i po­stępu na świe­cie. Po­myśl sam, czy warto wspinać się na jakąś górę, jeśli wie się, co się ujrzy z jej szczytu? Poza tym nie wiem na­wet, czy Ralf ze­chce mnie wziąć na wa­szą wy­prawę.

— To chyba dość kło­po­tliwe brać z sobą ogrom­nego doga. Kto wie, w ja­kich znaj­dziemy się sytu­acjach.

Usły­sza­łem w od­po­wie­dzi swój wła­sny śmiech:

— Prze­cież nie mu­szę być zaw­sze ła­cia­tym do­giem, To­ma­szu. Czy sprawi­łoby ci kło­pot, gdy­byś wziął ze sobą do kie­szeni, na przy­kład, ma­lut­kiego śli­maka ukrytego w sko­rupce? A teraz że­gnaj, To­ma­szu. Mu­szę jed­nak pil­no­wać wejść do na­szej do­liny. I to dwóch na­raz, a na­wet ja nie po­trafię się roz­dwoić.

Po tych sło­wach Ro­bin, który przez cały czas na­szej roz­mowy le­żał u mo­ich nóg i zda­wał się drzemać, nagle wstał, wielką łapą ode­mknął drzwi chaty i znik­nął we mgle spo­wi­jają­cej do­linę.

Po połu­dniu mgła unio­sła się do góry. Te­resa za­pro­po­no­wała mi spa­cer. Była tu wiele razy, znała każdy za­kątek i chyba każdą ta­jem­nicę, z wy­jąt­kiem tej jed­nej, za wo­do­spa­dem. Za­pro­wa­dziła mnie do nie­zwy­kle uro­kli­wego miej­sca, gdzie stru­mień z ci­chym szu­mem przelewał się przez ogromne głazy. Tutaj po­ka­zała mi mnó­stwo du­żych ka­mieni z wgłębie­niami po­środku i wy­ja­śniła, że prawdo­po­dob­nie na nich ta­iroń­scy rze­mieślnicy szli­fo­wali pół­szla­chetne ka­mie­nie, z któ­rych wy­ra­biali po­tem prze­piękną bi­żute­rię. Mię­dzy ka­mie­niami le­żało wiele ka­wał­ków kar­nelitu i ja­deitu, zna­la­złem też kilka oszli­fo­wa­nych pa­cior­ków zro­bio­nych z tego mate­riału.

— Weź sobie choć jeden na pa­miątkę — za­pro­po­no­wała Te­resa, wrę­cza­jąc mi naj­większy i naj­ład­niej oszli­fo­wany pa­cio­rek z kar­nelitu. — Prawdo­po­dob­nie wkrótce do­lina prze­sta­nie ist­nieć. Pa­trząc na ten pa­cio­rek, być może wspo­mnisz to miej­sce. I mnie, To­ma­szu.

Było tyle smutku w jej gło­sie, że od­wa­ży­łem się ująć jej ręce w swoje dło­nie i wy­zna­łem go­rąco:

— Nie chcę, Te­reso, abyś była dla mnie tylko wspo­mnieniem o doli­nie i gó­rach Sierra Nevada. Pra­gnę, abyś, gdy od­naj­dziemy skra­dzione za­bytki, po­rzu­ciła ten kraj, który prze­cież nie jest twoją oj­czy­zną, i poje­chała ze mną. Jest u nas wielu do­brych leka­rzy, pew­nie znajdą le­kar­stwo na twoją cho­robę. Tak bar­dzo chciałbym, abyś zo­stała przy mnie...

To mó­wiąc szu­ka­łem wzrokiem jej oczu, lecz ona od­wró­ciła twarz, wy­jęła swoje ręce z mo­ich dłoni i rze­kła:

— To nie­moż­liwe, To­ma­szu. Chciała­bym z tobą poje­chać do two­jego kraju. Na­wet nie do­my­ślasz się, jak bar­dzo tego pra­gnę. Ale to nie­moż­liwe.

— Dla­czego?

— Nie mogę ci tego po­wie­dzieć, w każ­dym razie nie w tej chwili. Nie wszystkie histo­rie, To­ma­szu, mają szczęśliwe za­koń­cze­nie.

Ostatnie słowa Te­resy za­głu­szył war­kot nad­latu­ją­cego śmi­głowca. Po­bie­gli­śmy w kie­runku wy­palo­nego w dżungli lą­do­wi­ska i po kilku mi­nu­tach sta­nęli­śmy twa­rzą w twarz z Ral­fem Daw­so­nem, który wy­ma­chi­wał ga­zetą.

— Oto dzi­siej­sze wy­danie „Wiado­mo­ści Bo­goty” — poin­for­mo­wał nas. — Leti­cii Lu­ci­nante udało się za­mie­ścić ważną dla nas wia­do­mość. Po­zwól, To­ma­szu, że ci ją prze­tłu­ma­czę z hisz­pań­skiego:

Na zło­tych pla­żach, w Ro­da­dero, trwa już peł­nia tury­stycznego se­zonu. W pięk­nych ho­te­lach i luk­su­so­wych wil­lach za­mieszkali go­ście nie tylko z Ko­lum­bii, ale i ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a także z Eu­ropy. W ustron­nych za­kąt­kach nad mo­rzem spo­tkać można wy­bitne oso­bi­stości ze świata filmu, jak rów­nież wielu słyn­nych mi­lio­ne­rów. Do­brze po­in­for­mo­wani za­pew­niają, że wkrótce wła­snym luk­su­so­wym jachtem o na­zwie „La Pa­loma” przy­pły­nąć ma han­dlarz dia­mentami, Ho­len­der Tho­mas van Ha­gen, wraz ze swoją mał­żonką.

Uśmiech­ną­łem się:

— Na­resz­cie coś się za­czyna dziać w na­szej sprawie. Mam na­dzieję, że ów don Ca­sa­nova czy­tuje ga­zety i in­for­ma­cja o Thoma­sie van Ha­genie zwróci jego uwagę. Nie je­stem tylko pe­wien, czy po­trafię za­grać rolę mi­lio­nera.

— Nie martw się — Daw­son po­kle­pał mnie po ra­mie­niu. — Wy­star­czy, że Te­resa wie, jak po­winna za­cho­wać się żona mi­lio­nera. To ona za­pra­gnie kupić od don Ca­sa­novy ja­kieś stare dzieła sztuki, aby ozdobić nimi swój nowy dom w Am­ster­da­mie.

Za ste­rami śmi­głowca zo­ba­czy­łem pannę Leti­cię Lu­ci­nante, która przyjaźnie po­ma­chała mi ręką. Cie­kaw by­łem, na ile Ralf Daw­son wta­jem­ni­czył ją w nasze sprawy i czy znała ta­jem­nice ludzi z Przy­szło­ści. Obecność Leti­cii Lu­ci­nante za ste­rami heli­kop­tera utwier­dzała mnie w prze­ko­naniu, że Ralf Daw­son ani razu nie kła­mał. Mó­wił, że nie po­wi­nien pro­wa­dzić sa­mo­chodu i, jak się oka­zało, rów­nież śmi­głowca. Bał się inge­rencji Przy­szło­ści w Te­raź­niej­szość.

Daw­son wy­słu­chał opo­wia­dania Te­resy o na­szym po­bycie w ha­cjen­dzie i przy­go­dzie z ja­gu­arzycą.

— Po­stą­piłeś słusznie, To­ma­szu — oświad­czył — po­słu­gując się bro­nią, którą ci da­łem. Teraz jed­nak nie bę­dzie ci już ona po­trzebna, bo chyba nie roz­sta­niemy się wię­cej. Bądź więc tak do­bry i zwróć mi ją. Nic, co jest z Przy­szło­ści, nie po­winno być w two­ich rę­kach.

Od­da­łem mu więc cu­downe pu­de­łeczko, a on, schowaw­szy je do kie­szeni, z szel­mowskim uśmiesz­kiem na ustach za­pro­po­no­wał mi, abym wspiął się do ka­biny śmi­głowca i po­witał ko­goś, kto bar­dzo tego pra­gnie.

Ja­kież było moje zdu­mie­nie, kiedy w śmi­głowcu uj­rza­łem przywią­zaną do fotela pannę Flo­ren­tynę w okropnej tu­nice i z kloc­ko­wym na­szyj­ni­kiem. Na­tychmiast uwolniłem ją z wię­zów i po­mo­głem zejść na zie­mię. Mil­czała po­nuro, gniew­nymi spoj­rze­niami ob­rzu­cając Daw­sona i pannę Lu­ci­nante. Dała mi do zro­zu­mie­nia, że chce ze mną po­roz­ma­wiać na osobności. Wziąłem ją pod rękę i po­pro­wa­dzi­łem na spa­cer po doli­nie.

— Po­rwali mnie — wy­buchnęła gniewem, kiedy dzi­kie drzewa po­ma­rań­czowe od­gro­dziły nas od śmi­głowca. — Po po­wro­cie z Pa­ryża za­mieszka­łam w ho­telu Hil­ton, wciąż cze­kając na obie­caną wia­do­mość od pana. Pew­nego dnia za­dzwonił tele­fon i Daw­son w pań­skim imie­niu po­prosił, że­bym ze­szła do sa­mo­chodu, gdzie sie­działa ta Mu­latka, Leti­cia Lu­ci­nante. Po­wie­dzieli, że za­biorą mnie do pana, ale ja im nie uwie­rzy­łam i chciałam uciec. Wtedy Daw­son przyłożył mi do ust dziwnie pachnącą chu­s­teczkę do nosa, uśpił, a na­stęp­nie wsa­dził do śmi­głowca i przywią­zał do fotela. Ock­nę­łam się, gdy byli­śmy w po­wie­trzu nad dzi­kimi gó­rami. Czy może mi pan wy­ja­śnić, co to wszystko ma zna­czyć?

— Dla­czego pani wró­ciła do Bo­goty? — od­par­łem z obu­rze­niem. — Swym po­wro­tem nara­ziła mnie pani na po­ważne kło­poty. O mało nie spo­wo­do­wała pani fia­ska mo­jego śledztwa w sprawie wła­ma­nia do Mu­zeum Złota.

Wzruszyła ra­mio­nami:

— Zgodnie z pana pole­ce­niem, po przy­byciu do Pa­ryża skontak­to­wa­łam się z dy­rek­to­rem Mar­cza­kiem, a on wy­pytał mnie o sytu­ację. Poin­for­mo­wa­łam go, że pan zo­stał w Bo­gocie sam, nie zna­jąc ję­zyka hisz­pań­skiego. Wówczas Mar­czak pole­cił mi wró­cić.

— Tam, do li­cha! — za­wo­łałem. — Prze­cież chyba do­my­śla się pani, że umknąłem z lot­niska, aby taj­niacy in­spektora Esponozy stra­cili mój trop. Pani zaś wraca do Bo­goty, zja­wia się w ho­telu Hil­ton, pyta o wia­do­mo­ści ode mnie i oczywi­ście wpada w ręce in­spektora.

— Sama się do niego zgło­siłam — od­rze­kła dum­nie Flo­ren­tyna. — By­łam prze­ko­nana, że nie udało się panu wy­mknąć z lotni­ska i po pro­stu zo­stał pan areszto­wany. Po­szłam do Esponozy i na­ka­za­łam mu, aby uwolnił pana z wię­zie­nia, bo ina­czej bę­dzie miał do czy­nie­nia z Con­no­rem.

— W ten oto spo­sób do­wie­dział się, że zo­sta­łem jed­nak w Ko­lum­bii — wes­tchnąłem, ubo­le­wa­jąc nad głu­potą Flo­ren­tyny.

— Przy­się­gał, że nie ma o ni­czym poję­cia. Opi­sał mi na­to­miast straszliwe nie­bez­pie­czeń­stwa, na jakie się pan nara­ził, prze­by­wa­jąc w Bo­gocie bez opieki po­licji. Mó­wił, że, być może, wpadł pan w ręce gangste­rów albo in­nych po­dej­rza­nych osobni­ków.

— I wówczas wspo­mniała mu pani o mo­ich kon­tak­tach z Daw­so­nem — do­po­wie­działem resztę, a ona ski­nęła głową.

— Tak. Jego obawy się spraw­dziły. Jest pan w rę­kach gangste­rów. Bo kimże in­nymi są ów Daw­son i Leti­cia? Co miało zna­czyć to po­rwa­nie mnie z ulicy? I jak długo za­mie­rzają nas wię­zić?

— Ależ, panno Flo­ren­tyno — za­opo­no­wa­łem — nikt mnie nie więzi. Znajduję się tutaj do­bro­wol­nie. Ralf Daw­son jest moim naj­bliż­szym współpra­cow­ni­kiem.

— Daw­son? To sza­le­niec albo oszust — stwierdziła kate­go­rycz­nie.

Do­sze­dłem do wniosku, że nie ma sensu tłu­ma­czyć jej wszyst­kiego. Po­sta­no­wi­łem wró­cić do śmi­głowca. Wkrótce od­nala­zła nas Te­resa i przy­po­mniała, że zaraz opusz­czamy do­linę.

— Szy­kuj się, mój mężu, do dal­szej drogi — oświad­czyła. — Ralf za­biera kilka skrzynek ze skrytki za wo­do­spa­dem i na­tychmiast od­latu­jemy do Car­ta­geny, gdzie po­dobno już czeka go­towy do drogi jacht „La Pa­loma”.

Na wi­dok Te­resy duże, czarne oczy Flo­ren­tyny zwę­ziły się w wą­skie szparki, a po­tem jej spoj­rze­nia jak ostre sztylety wbiły się w plecy od­cho­dzą­cej.

— Kim jest ta osóbka? I jakim pra­wem zwróciła się do pana: „mój mężu”?

— To Te­resa van Ha­gen — wy­ja­śni­łem z nie­winną miną. — Po­siada ha­cjendę w gó­rach Sierra Nevada. A poza tym jest moją żoną.

— Co ta­kiego?! Oże­nił się pan? — tchu jej za­bra­kło.

— Nie cał­kiem. To zna­czy, nie oże­niłem się, lecz mimo to je­stem żo­naty.

— To nie­moż­liwe, panie To­ma­szu. Pan nie mógł tego zro­bić — po­wie­działa z wy­rzu­tem w gło­sie Flo­ren­tyna.

Zi­ry­to­wało mnie jej bez­czelne wtrą­canie się w moje pry­watne ży­cie. Te­resa van Ha­gen nie była fak­tycz­nie moją żoną, ale nie miał­bym nic prze­ciwko temu, żeby stała się nią na­prawdę.

— Nie ro­zu­miem, co panią ob­cho­dzi moje mał­żeń­stwo. Mam żonę i ko­niec.

Ob­ra­żona Flo­ren­tyna za­mil­kła. Ko­rzy­stając z tego w krót­kich zda­niach opi­sa­łem jej swój pobyt w sa­nato­rium dok­tora Alva­reza i trzech sym­pa­tycz­nych wa­ria­tów, któ­rzy teraz cze­kali na nas na jach­cie „La Pa­loma”. Uświado­mi­łem jej, jakie wiel­kie po­peł­niła głup­stwo, uda­jąc się do in­spektora Esponozy, co zmu­siło mnie do po­bytu w ha­cjen­dzie Te­resy van Ha­gen. Wspo­mniałem o przy­go­dzie z grze­chot­ni­kiem, o na­szej wę­drówce do Dia­bel­skiej Do­liny, o przy­go­dzie z ja­gu­arem i Ro­binie, i o tym, w jaki spo­sób Te­resa od­biera ta­jemne sy­gnały od Ralfa. Wy­ja­wi­łem też, na czym po­lega nasz plan do­tarcia do skra­dzio­nych przed­miotów.

— Pani pa­sjo­nuje się sprawami UFO — rze­kłem na ko­niec. — Ma pani teraz je­dyną szansę w życiu, aby po­znać czło­wieka z UFO. Znajdu­jemy się w słyn­nej Dia­bel­skiej Doli­nie, w któ­rej lą­dują lata­jące spodki. Roz­mowy z Daw­so­nem wzbogacą pani wie­dzę o UFO ty­siąc razy bar­dziej niż kore­spondo­wa­nie z naj­więk­szymi UFO-lo­gami.

Flo­ren­tyna wy­słu­chała mnie z uwagą i w sku­pie­niu. Po­tem ode­szła trzy kroki, za­trzymała się i po­pa­trzyła z tej odle­gło­ści z wy­ra­zem po­lito­wa­nia.

— Drogi pa­nie To­ma­szu — po­wie­działa. — Być może wasz plan do­tarcia do kry­jówki zło­dziei jest rze­czy­wi­ście bar­dzo do­bry. Być może Ralf Daw­son, Te­resa van Ha­gen, Leti­cia Lu­ci­nante oraz uda­jący wa­ria­tów osobnicy z sa­nato­rium dok­tora Alva­reza po­mogą panu w do­tarciu do celu. Ale niech pan się ich strzeże, bo nie czy­nią tego bez­inte­re­sow­nie. Są prawdo­po­dob­nie kon­ku­ren­cyjną bandą gangste­rów, która innej ban­dzie, a także i panu, za­mie­rza sprzątnąć sprzed nosa owe skarby. Nie wmówi mi pan, że Daw­son na­prawdę wy­siadł z UFO. Ci z UFO to małe, zie­lone lu­dziki z ante­nami na gło­wach. Mó­wi­łam to panu wiele razy.

— Ależ, panno Flo­ren­tyno — za­opo­no­wa­łem. — Ja mam na to do­wody.

— Ja­kie? Niech mi pan po­każe pu­de­łeczko do stwa­rza­nia ba­riery czasu.

— Nie mam go. Przed chwilą mu­sia­łem je zwrócić Daw­so­nowi.

— No tak, oczywi­ście, mu­siał pan je zwrócić — przytak­nęła z iro­nią. — Zdradzę panu, że ja także po­trafię usiąść na ziemi, za­mknąć oczy, wy­jąć notes i za­cząć pisać wy­my­śloną depe­szę od Mar­czaka.

— A Ro­bin? — za­py­tałem. — Co pani myśli o Ro­binie?

— To zwy­kły pies. Dog arle­kin.

— A jed­nak wkrótce za­mieni się w ma­łego śli­maczka — oświad­czy­łem.

Ro­ze­śmiała się gło­śno:

— I pan w to wie­rzy, To­ma­szu? O Boże, ja­kiż pan na­iwny... Wy­ja­śnię panu ta­jem­nicę pań­skich halu­cy­nacji. Po pro­stu, jak mi pan sam opo­wia­dał, jadł pan ka­wałki ja­kie­goś kak­tusa. Czytałam w książkach, że na tych tere­nach rosną ro­śliny, które mają działanie nar­ko­tyczne, wła­śnie kak­tusy. Pan zo­stał odu­rzony, pa­nie To­ma­szu. Na szczęście ja za­cho­wa­łam zdrowy roz­sądek.

Od strony śmi­głowca do­szło mnie wo­łanie Daw­sona:

— To­ma­szu! Je­ste­śmy go­towi do drogi.

— Niech pani po­słu­cha, panno Flo­ren­tyno. Jeśli nie chce pani wró­cić na­tychmiast do dy­rek­tora Mar­czaka, pro­szę ze mną nie dys­ku­to­wać, tylko wy­ko­ny­wać pole­cenia służ­bowe. Je­stem bry­ga­die­rem i od­po­wia­dam za zle­cone mi za­dania. Może sobie pani wie­rzyć w zie­lone lu­dziki, ale musi pani bez­względnie sto­so­wać się do mo­ich roz­ka­zów! Zro­zu­miano?

— Tak — od­parła bez większego prze­ko­nania.

 


ROZDZIAŁ DWUNASTY [top]

DLACZEGO ROBIN NIE ZAMIENIŁ SIĘ W ŚLIMAKA? • PORT I MIASTO CARTAGENA • WYZNANIA LETICII LUCINANTE I TRYUMF FLORENTYNY • NA JACHCIE „LA PALOMA” • PIĘKNA POKOJÓWKA • NIE UMIEM GRAC ROLI MILIONERA • WYŻSZOŚĆ DON GABRIELA • ROZMOWY O UFO • PODEJRZENIA FLORENTYNY

 

Śmi­gło­wiec, któ­rym mie­liśmy odle­cieć z Dia­bel­skiej Do­liny, był znacznie większy od tego, jakim po­dró­żo­wa­łem z Te­resą. Do­piero pod­czas wsiadania do niego od­kry­łem, że ma na drzwiach napis „Wiado­mo­ści Bo­goty”. Daw­son po­słu­żył się re­dak­cyjną ma­szyną, po­nie­waż mu­siał z Do­liny za­brać wię­cej osób, a także chyba ja­kieś pa­kunki, które z ta­jem­ni­czego miej­sca za wo­do­spa­dem prze­niósł do ka­biny w tym cza­sie, gdy ja dys­ku­to­wa­łem z Flo­ren­tyną.

Leti­cia, Te­resa i panna Flo­ren­tyna roz­sia­dły się już w kabi­nie (tym ra­zem znowu pi­loto­wać miała Te­resa i za­jęła miej­sce za ste­rami), jesz­cze tylko Ralf, ja i Ro­bin po­zo­stali­śmy na ziemi. By­łem cie­kawy, w co te­raz za­mieni się Ro­bin i chciałem, aby stało się to na oczach Flo­ren­tyny.

— Mogę wziąć go do kie­szeni — za­ofia­ro­wa­łem się. — Obiecał, że za­mieni się w śli­maka.

— To nie­moż­liwe — po­kręcił głową Ralf. — On już nie po­wi­nien ule­gać żad­nym prze­kształce­niom. Ro­biny w Przy­szło­ści do­ko­nują swoich prze­kształceń naj­wy­żej trzy albo cztery razy pod­czas ca­łego życia. Zu­ży­wają na takie prze­kształce­nie się dużą ilość ener­gii ży­cio­wej. Mój Ro­bin, nie­stety, jako strażnik Do­liny, mu­siał to czy­nić wiele razy. Jego ener­gia ży­ciowa jest już na wy­czer­paniu. Nie wiem, ile mu jej jesz­cze po­zo­stało. Dla­tego nie chcę ryzy­ko­wać i stać się świad­kiem jego śmierci. Za­bie­rzemy go jako psa i niech takim po­zo­sta­nie aż do chwili, gdy prze­kształci się po raz ostatni, od­cho­dząc wraz ze mną w Przy­szłość. Po­móż mi go wsa­dzić do ka­biny śmi­głowca.

Flo­ren­tyna nie sły­szała wy­ja­śnień Ralfa. Dla­tego gdy po­ma­gali­śmy psu wskoczyć do ka­biny, miała try­um­fu­jącą minę. Z po­czątku za­mie­rza­łem wy­ja­śnić jej tę histo­rię, ale zre­zy­gno­wa­łem. Tak na­prawdę nie zale­żało mi na tym, aby Flo­ren­tyna uwie­rzyła, że Daw­son jest człowie­kiem z Przy­szło­ści. By­łem — wy­znaję to szczerze — za­inte­re­so­wany Te­resą van Ha­gen i Flo­ren­tyna nie li­czyła się dla mnie. Z naj­większą chę­cią ode­słał­bym ją przez Paryż do War­szawy, lecz w obecnych wa­run­kach było to nie­moż­liwe. Po­sta­no­wi­łem traktować ją jako zło ko­nieczne i nie wdawać się z nią wię­cej w żadne dys­kusje o UFO.

Jak na złość, już w kabi­nie, panna Flo­ren­tyna po­gła­skała Ro­bina po łbie, tak jak się głaszcze zwy­kłego psa, ten zaś po­mer­dał ogo­nem, oka­zując jej przyjazne uczucia. Przez chwilę by­łem na­wet o to zły na niego, bo mógł przy­najmniej na tę osobę za­war­czeć. On jed­nak uznał ją za ko­goś bli­skiego. Skoro Daw­son nie oka­zy­wał wro­gości pan­nie Flo­ren­tynie, to i on, Ro­bin, mu­siał się za­cho­wy­wać po­dob­nie.

Od­le­cieli­śmy do Car­ta­geny nie­mal ocie­rając się o po­kryte śnie­giem wy­nio­słe szczyty gór Sierra Nevada de Santa Marta. Krzykliwe afi­sze w ho­telu Hil­ton w Bo­gocie in­for­mo­wały: „Carta­gena jest perłą Mo­rza Ka­raib­skiego, to sło­neczne mu­zeum histo­rii, klucz no­wego świata”... W rze­czy­wi­stości zo­ba­czyć tam można na­prawdę bar­dzo stary port i mia­sto, zało­żone przez hisz­pań­skich zdo­byw­ców jesz­cze w ty­siąc pięć­set trzy­dzie­stym trze­cim roku. Kie­dyś od­gry­wało ogromną rolę. Tutaj przy­pły­wały statki z Hiszpa­nami, stąd czy­niono wy­prawy w głąb lądu i pod­bi­jano ko­lum­bij­skich In­dian. Stąd także od­pły­wały do Hiszpanii okręty wy­peł­nione zło­tem. Po daw­nej świetności Car­ta­geny po­zo­stał jed­nak tylko obronny za­mek San Fe­lipe i za­byt­kowe działa na jego mu­rach oraz stare mia­sto ści­śnięte na nie­wiel­kiej prze­strzeni. Za­mek San Fe­lipe jest zresztą nie­udolną re­kon­strukcją, ten praw­dziwy dawno legł w gru­zach. Al­bo­wiem Car­ta­gena stra­ciła swoje zna­cze­nie; do­god­niej­szym por­tem dla stat­ków oka­zał się port w Bar­ra­nqu­illa, poło­żony bez­po­śred­nio u uj­ścia rzeki Magda­leny. Tak więc Car­ta­gena to miej­sco­wość inte­re­su­jąca przede wszystkim tury­stów, któ­rzy od­po­czy­wają na oko­licz­nych pla­żach i znu­żeni słoń­cem znaj­dują chwile ochłody w cie­ni­stych i po­dob­nych do mrocz­nych wą­wo­zów wą­skich uliczkach sta­rego mia­sta. Nowa Car­ta­gena to dwa po­tężne ruro­ciągi naf­towe zbu­do­wane w szybkim tem­pie. Tuż obok zaś wiel­kie fa­bryki, banki, port wo­jenny i han­dlowy, no­wo­cze­sne arte­rie ko­mu­nika­cyjne. Ist­nieją więc obok sie­bie jak gdyby trzy Car­ta­geny: ta stara, za­byt­kowa, ta przemy­słowa oraz trze­cia — wiel­kie ką­pieli­sko, miej­sce wy­po­czynku.

Nasz śmi­gło­wiec wy­lą­do­wał na dużej pły­cie lotni­ska poło­żo­nego poza mia­stem. Za­padał zmierzch. Daw­son oświad­czył nam, że do­piero pod osłoną ciemności przedosta­niemy się do ba­senu jachto­wego, gdzie miał na nas cze­kać mo­to­rowy jacht „La Pa­loma”. Na jach­cie byli już Rod­rigo de Cu­nillo, don Ga­briel i jego dwaj obrońcy oraz Burt Dun­can. Wy­obra­ża­łem sobie, jak ta trójka pen­sjo­na­riu­szy sa­nato­rium dla ner­wowo cho­rych świetnie bawi się w swoich no­wych wciele­niach. Don Ga­briel zna­lazł oka­zję, aby do­ku­czyć ro­dzi­nie don Ste­fano, zaś Rod­rigo i Burt spo­dziewali się prze­żyć pa­sjo­nu­jącą przy­godę. Co do mnie jed­nak — od­czu­wa­łem pe­wien nie­pokój. Przede wszystkim nie mia­łem pew­ności, czy don Ca­sa­nova da się na­brać na mi­styfi­kację z osobą mi­lio­nera Thomasa van Ha­gena. A poza tym prze­cież nie bę­dziemy mo­gli zwrócić się do niego z bez­po­śred­nią pro­po­zycją kupna za­byt­ków skra­dzio­nych z ma­ga­zy­nów mu­zeum, gdyż to mo­głoby obu­dzić jego po­dej­rze­nia. Co zro­bimy, je­żeli Ca­sa­nova ze­chce nam do­star­czyć ja­kieś inne dzieła sztuki skra­dzione daw­niej?

Wraz z na­sta­niem nocy po­jawił się Burt Dun­can w wy­po­ży­czo­nym, nie­du­żym sa­mo­cho­dzie. Nie mógł nim za­brać wszyst­kich wraz z pa­kun­kami. Ralf Daw­son mu­siał coś jesz­cze za­ła­twić w Car­tage­nie, więc on wsiadł pierwszy do wozu, ra­zem z nim odje­chała Te­resa oraz Ro­bin. Ja z Flo­ren­tyną i pa­kun­kami mia­łem poje­chać za dru­gim ra­zem. Leti­cia Lu­ci­nante też zo­stała, po­nie­waż po­sta­no­wiła od­pro­wa­dzić śmi­gło­wiec re­dak­cyjny do Bo­goty.

By­łem cie­kawy wszyst­kiego, co doty­czyło ludzi z Przy­szło­ści. Wy­ko­rzy­sta­łem więc oka­zję, jaką był od­jazd Daw­sona, i za­py­tałem pannę Lu­ci­nante, czy i ją pa­sjo­nują sprawy UFO oraz czy napi­sze kie­dyś o Daw­sonie jako o czło­wieku z Przy­szło­ści.

Ro­ze­śmiała się:

— Ralf Daw­son nie jest człowie­kiem z Przy­szło­ści. To jego opo­wia­danie o po­szu­ki­wa­niu za­gu­bio­nego przez UFO przed­miotu traktuję jako nie­szkodliwe dzi­wactwo. O ile wiem, po­cho­dzi z bar­dzo za­moż­nej, an­giel­skiej ro­dziny, nu­dzi mu się w sa­nato­rium, dla­tego nie wi­dzę nic nad­zwy­czaj­nego w tym, że pra­gnie sobie życie urozma­icić i szuka przy­gód. Jeżeli uda się wam trafić na ślad zło­dziei, wówczas zgodnie z moją umową z Daw­so­nem, nasza ga­zeta jako pierwsza otrzyma w tej sprawie pełne in­for­ma­cje, co po­zwoli pod­nieść na­kład pi­sma.

Flo­ren­tyna za­chi­cho­tała rado­śnie:

— Sły­szy pan, panie To­ma­szu? Ta pani jest o wiele roz­sąd­niej­sza od pana. Daw­son nie jest człowie­kiem z UFO, bo mu­siałby być ma­łym, zie­lo­nym lu­dzi­kiem.

Udałem, że nie usły­sza­łem jej zło­śli­wej uwagi.

— A jed­nak, panno Lu­ci­nante, w Daw­sonie jest coś dziwnego i za­sta­na­wia­ją­cego. Ma nie­zwy­kłą intu­icję...

— I zdol­ności do hip­nozy — przytak­nęła panna Lu­ci­nante. — Tak, zga­dzam się, to nie­zwy­kła oso­bo­wość. By­łam u niego w sa­nato­rium. Ma tam spe­cjalny warsztat i małe labo­rato­rium, w któ­rym kon­stru­uje dla za­bawy prze­różne, dziwne przed­mioty. Ale wszystko, co czyni, po­zo­staje w gra­ni­cach na­szych norm. Owszem, po­dob­nie jak pani Te­resa van Ha­gen, ma zdol­ności pa­rap­sy­chiczne. To ich zbli­żyło do sie­bie. Ale niech mi pan wie­rzy, znam go kilka lat i nie do­pa­trzy­łam się żad­nych cech, które po­twierdza­łyby jego opo­wieść o po­cho­dze­niu z Przy­szło­ści.

Za­mil­kłem, choć mo­głem jej opo­wie­dzieć o Ro­binie, o Dia­bel­skiej Doli­nie, która za­pewne kryła wiele ta­jem­nic. Po­my­śla­łem jed­nak, że Ralf Daw­son ce­lowo stwa­rza wra­żenie, że jest nie­szkodli­wym dzi­wa­kiem. Al­bo­wiem, jeśli kie­dyś bę­dzie mu­siał po­wró­cić w Przy­szłość, nikt nie po­wi­nien wie­dzieć, że lu­dzie z Przy­szło­ści po­trafią prze­nosić się w nasze czasy. Tam, w jego domu w sa­nato­rium, uwie­rzy­łem w opo­wieść o kata­stro­fie we­hi­kułu czasu. Fakt, że wszyscy traktowali Ralfa jako nie­szkodli­wego dzi­waka, a jed­nak in­for­mo­wali go o wszelkich inte­re­sują­cych sprawach, a także wy­ko­ny­wali po­słusznie jego pole­cenia — utwierdzał mnie w prze­ko­naniu, że jest jed­nak tym, za kogo się po­daje. Tak wła­śnie po­wi­nien był po­stę­po­wać praw­dziwy człowiek z Przy­szło­ści. Mó­wić prawdę, ale w taki spo­sób, aby nikt tej prawdy nie brał po­waż­nie. I nie inge­ro­wać w czas te­raź­niej­szy.

W mil­cze­niu do­cze­ka­łem chwili, gdy znowu po­jawił się Burt Dun­can. Po­że­gna­łem pannę Lu­ci­nante, prze­nio­słem do sa­mo­chodu wszystkie pa­kunki i ra­zem z panną Flo­ren­tyną, klu­cząc uli­cami Car­ta­geny, pod osłoną ciemności pod­je­cha­liśmy do ba­senu portu jachto­wego.

„La Pa­loma” był chyba naj­większym jachtem mo­to­ro­wym, jaki stał u na­brzeża. Je­den z sa­nita­riu­szy don Ga­briela, ubrany te­raz w strój ma­ry­nar­ski, za­pro­wa­dził mnie do czę­ści dzio­bo­wej jachtu, a Flo­ren­tynę do czę­ści ru­fowej. Jako rze­komy wła­ści­ciel „La Pa­lomy” otrzyma­łem naj­bar­dziej luk­su­sową ka­binę, są­sia­du­jącą z po­dobną, za­jętą teraz przez Te­resę. Moja rze­koma mał­żonka ubrana w piękną, wie­czo­rową suk­nię (w pa­kun­kach, które przywiózł śmi­głowcem Daw­son, były ele­ganckie stroje dla niej i dla mnie) za­pro­siła mnie do swej ka­biny na kola­cję. Podał ją nam oso­bi­ście don Ga­briel, bar­dzo po­ciesznie wy­glą­da­jący w bia­łym kitlu.

— Cu­dow­nie się ba­wię, Se­#241;or Co­che­cito — za­pew­niał mnie. — Ta przy­goda działa na mnie uzdrawia­jąco. Pro­szę sobie wy­obra­zić, że nie czuję się już jak zro­biony ze szkła. Po­dob­nie ozdro­wieńczy pro­ces za­szedł w Dun­canie i w Rod­rigu. Dun­can za­po­mniał, że jest Ta­rza­nem, a Rod­rigo prze­stał uwa­żać się za ptaka i w swej kabi­nie ka­pi­tań­skiej z naj­większym za­pa­łem wy­kre­śla na ma­pach trasę na­szej po­dróży do Ro­da­dero.

No cóż, dla niego i in­nych to była tylko za­bawa. Ina­czej dla mnie i Daw­sona. Nie­stety, tej nocy nie mo­głem z nim po­roz­ma­wiać. Don Ga­briel poin­for­mo­wał mnie, że Ralf za­mknął się w swej kabi­nie i prosił, żeby nikt nie za­kłó­cał mu spo­koju. Za­uwa­ży­łem, że Te­resa rów­nież wy­gląda na bar­dzo zmę­czoną, więc zaraz po kola­cji uda­łem się do sie­bie. Była głę­boka noc, z po­kładu nad moją głową do­cho­dziły kroki i szmer prze­su­wa­nych pa­kun­ków. Po­tem na­stała cisza i wreszcie ka­dłub jachtu za­dy­gotał od pracy sil­nika. Gdy spoj­rza­łem przez bulaj, stwierdzi­łem, że światła portu w Car­tage­nie po­woli od­da­lają się. Od­pły­nęli­śmy wreszcie i nie po­zo­stało mi nic in­nego, jak poło­żyć się w wy­god­nej koi.

Obu­dziło mnie skrzypie­nie drzwi szafy ukrytej w ścia­nie ka­biny. Młoda po­ko­jówka w czar­nej, krót­kiej su­kience, bia­łym far­tuszku i z ko­ron­kową prze­paską na czar­nych wło­sach klę­czała na środku ka­biny, wyj­mu­jąc z wali­zek ele­ganckie gar­ni­tury i bieli­znę. Na­stęp­nie wszystkie te rze­czy roz­wie­szała w sza­fie.

— Czy te je­dwabne ko­szule i wspaniałe gar­ni­tury, to wszystko dla mnie, pro­szę pa­nienki? — za­py­tałem, uno­sząc głowę znad po­duszki.

— A pew­nie. Tylko bar­dzo wąt­pię, czy po­trafi pan nosić te rze­czy. Na­daje się pan do roli mi­lio­nera jak ja do opery.

To była Flo­ren­tyna, któ­rej za­pewne pole­cono grać na jach­cie rolę po­ko­jówki.

— Pan, Se­#241;or Co­che­cito, zu­peł­nie się nie na­daje na mi­lio­nera — po­wtó­rzyła iro­nicz­nie.

— Moja żona pod­jęła się re­pre­zen­to­wa­nia nas na ze­wnątrz.

— Do roli jej męża też się pan nie na­daje. Wy­gląda pan przy niej jak nie przymie­rza­jąc pliszka przy pa­wiu. Ów don Ca­sa­nova byłby ostatnim głup­cem, gdyby nie za­uwa­żył pod­stępu. Ona po­trafi grać rolę wiel­kiej damy, ma chłodną i im­po­nu­jącą urodę, na­to­miast pan wy­gląda na chłoptysia, który naj­lepiej czuje się w po­dar­tych dżin­sach i sztrukso­wej ko­szuli.

— A jeśli ona wy­szła za mnie za mąż dla mo­ich pie­nię­dzy, hę? — za­py­tałem.

— Nie wy­gląda pan na czło­wieka, który po­trafił zaro­bić mi­liony — za­kpiła Flo­ren­tyna. — Dla­czego się pan nie przejrzy w lu­strze? Te oku­larki na nosie, ten roz­tar­gniony wzrok, skrom­ność i uczciwość po pro­stu wy­pi­sane na twa­rzy. Czy taki osobnik po­trafi zaro­bić mi­liony? Nie po­mogą na­jele­gant­sze ko­szule i gar­ni­tury. Pan do ta­kich wy­twornych rze­czy nie pa­suje. Co in­nego don Ga­briel, z któ­rym tej nocy, z braku miej­sca, mu­sia­łam dzie­lić ka­binę. To jest ktoś, pro­szę pana. Prze­ga­dali­śmy całą noc, są­cząc ja­kieś wy­tworne trunki i po­krze­pia­jąc się wy­kwintnymi po­tra­wami. On się zna i na trun­kach, i na do­brym je­dze­niu. Rzecz ja­sna, od razu się czuje, że to ktoś, kto zro­bił for­tunę nie­uczciwie. Ale wła­śnie taki osobnik ku­puje sobie piękną i wy­tworną żonę oraz chce na­być kra­dzione dzieła sztuki, żeby ozdobić nimi swój do­rob­kie­wi­czowski dom. Panu w ogóle nie przejdą przez usta słowa: „Chciał­bym kupić skra­dzione dzieła sztuki”. Pan nie po­trafi po­wie­dzieć cze­goś ta­kiego w spo­sób natu­ralny. W panu prze­cież wszystko się aż burzy na myśl, że ktoś ku­puje kra­dzione za­bytki.

Czułem, że ma rację, ale nie chciałem tego przyjąć do wia­do­mo­ści. Dla­tego by­łem zły.

— Niech pani sobie stąd idzie, mam za­miar wstać z koi, a nie chcę razić pani oczu wi­do­kiem swej na­gości.

Flo­ren­tyna była chyba na­prawdę tro­chę wsta­wiona po noc­nej bie­sia­dzie z don Ga­brie­lem. Po­gar­dli­wie machnęła ręką.

— Niech pan nie prze­sadza, Pa­nie Sa­mo­cho­dzik, z tą swoją na­go­ścią. Nie mam pięt­nastu lat i wi­dok męż­czy­zny w maj­tecz­kach nie bę­dzie dla mnie żad­nym wstrząsem psy­chicznym. Niech pan od razu po­wie, że to pan jest wstydliwy jak pięt­na­sto­latka.

Skie­ro­wała się jed­nak ku drzwiom. Na od­chodnym po­wie­działa drwiąco:

— A tak w ogóle, dżentel­me­nerii mógłby się pan uczyć od don Ga­briela, choć to zwy­kły gangster. Wie­czo­rem przy­niósł roz­maite trunki i wy­tworne po­trawy, co chwila opo­wia­dał po wło­sku jakiś dow­cip. Z ta­kim jak on męż­czy­zną ko­bieta przez całą noc się nie nudzi. I cho­ciaż nie­wy­spana, czuje się po­tem bar­dzo do­brze.

Wreszcie opu­ściła moją ka­binę. Po­śpiesznie ogo­liłem się i umyłem w ma­lut­kiej umy­walce, po­tem zaj­rza­łem do szafy, wy­bra­łem sobie białą, je­dwabną ko­szulę oraz biały gar­nitur z tro­piku. Tak przy­odziany wy­sze­dłem na po­kład.

Słońce stało już dość wy­soko; owiał mnie cie­pły wiatr i po­czu­łem słony za­pach mo­rza. To nie był Bał­tyk, ale Mo­rze Ka­raib­skie — cie­płe i w słońcu nie­mal szmarag­dowe. Dziób jachtu z gło­śnym sy­kiem piany roz­bijał nie­wy­sokie fale. A nad gło­wami wi­działo się czy­ste, błę­kitne niebo.

Po­kład wy­dał mi się bez­ludny. Do­piero ro­zej­rzawszy się nieco uważniej, do­strzegłem na dzio­bie sa­mot­nie sto­ją­cego Ralfa, który zda­wał się pa­trzeć w kie­runku nie­wi­docznego brzegu. Po­dob­nie jak i ja miał na sobie gar­nitur z bia­łego tro­piku, ale głowę za­kry­wał mu biały ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem.

Po­wi­tałem go, a on za­pytał:

— Ja­dłeś śnia­danie?

A kiedy za­prze­czy­łem, za­prosił mnie do swej ka­biny, znacznie mniejszej od mojej, lecz rów­nie wy­god­nej. Na dy­wa­niku koło koi spał Ro­bin. Na mój wi­dok pod­niósł się, poli­zał mi rękę, po­ma­chał ogo­nem i poło­żył się znowu.

— Źle znosi na­wet naj­mniejsze koły­sanie jachtu — wy­jaśnił Daw­son. — Pro­sił, abym po­zwo­lił mu się za­mie­nić w mewę, ale nie zgo­dzi­łem się z wia­do­mych ci względów.

Cie­szy­łem się, że na­resz­cie zna­leźli­śmy się sam na sam i bę­dziemy mo­gli prze­dys­ku­to­wać nasz plan działania, który po­czął we mnie bu­dzić wąt­pli­wo­ści. Ale za­nim roz­po­częli­śmy roz­mowę, Ralf po­szedł do kam­buza i po dość dłu­giej nie­obecności wró­cił z tacą pełną je­dze­nia.

— Mu­sia­łem sam wszystko przy­go­to­wać — wy­jaśnił. — Coś mi się zdaje, że nasz ku­charz, czyli don Ga­briel, przez całą noc bie­sia­do­wał z twoją współpra­cow­niczką. Teraz śpi jak ka­mień w swojej koi.

— A nasz ste­ward, Burt Dun­can? — spy­tałem.

— Wła­śnie za­czął się ra­czyć ko­nia­kiem z panną Flo­ren­tyną — ro­ze­śmiał się Daw­son.

— A Rod­rigo?

— No, ten na szczęście po­waż­nie traktuje swoje obo­wiązki. Całą noc pro­wa­dził jacht i oświad­czył, że nie odej­dzie od koła ste­ro­wego, do­póki nie za­cu­mu­jemy w Ro­da­dero. Oprócz dwóch sa­nita­riu­szy don Ga­briela, ma do dys­po­zycji swoją stałą za­łogę: me­cha­nika i ofi­cera. My­ślę, że bez­piecznie do­trzemy do celu.

— Czy jest na jach­cie na­daj­nik ra­diowy lub tele­graf?

— Oczywi­ście. Czy chciałbyś prze­kazać w świat jakąś wia­do­mość?

— Tak. Za­leży mi na kon­tak­cie z in­spektorem Esponozą — oświad­czy­łem.

Nie wy­glą­dał na za­sko­czo­nego. Na­wet nie za­pytał, po co mi kon­takt z człowie­kiem, który prawdo­po­dob­nie w tej chwili przy po­mocy swoich taj­nych agentów po­szu­kuje mnie na te­renie całej Ko­lum­bii. Po­czu­łem się jed­nak w obo­wiązku wy­ja­śnić mu tę sprawę.

— Obawiam się — po­wie­działem — że don Ca­sa­nova nie bę­dzie aż takim głup­cem, aby wskazać nam miej­sce, gdzie don Ste­fano kryje swoje łupy. W naj­lep­szym razie ze­chce nam od­sprzedać ja­kieś skra­dzione dzieło sztuki, które ma u sie­bie. Po­my­śla­łem, że gdy­by­śmy w ano­ni­mo­wej wia­do­mo­ści wskazali Esponozie don Ca­sa­novę jako osobnika związa­nego ze sprawą wła­ma­nia do mu­zeum, in­spektor tak by go osa­czył, że Ca­sa­nova bałby się pod okiem poli­cji per­traktować z nami. Być może byłby zmu­szony dać nam jakiś inny adres, gdzieś poza tere­nem Ko­lum­bii i poza czuj­nym okiem Esponozy. W ten spo­sób uchwycili­by­śmy ko­niec nitki pro­wa­dzą­cej do kłębka. Gangste­rzy ze­chcą szybko po­zbyć się skra­dzio­nych rze­czy, po­nie­waż utrzyma­nie sa­mego gangu jest nie­zwy­kle kosztowne, za­in­we­sto­wali też za­pewne mnó­stwo pie­nię­dzy we wła­ma­nie do Mu­zeum Złota, w ów laser i tak dalej. Będą się sta­rali sprzedać ko­muś część swych łu­pów, i to bez względu na nie­bez­pie­czeń­stwo.

— Masz rację — ski­nął głową Ralf. — Kiedy o tym po­my­ślałeś?

— Wczoraj wie­czo­rem na lotni­sku w Car­tage­nie. Chciałem na­wet po­roz­ma­wiać z tobą, ale nie było oka­zji.

Ralf uśmiech­nął się po­god­nie.

— To cie­kawe, To­ma­szu, jak myśli de­tek­ty­wów, nie­za­leż­nie od tego, z ja­kiego po­cho­dzą czasu, krążą po tych sa­mych dro­gach. Otóż ja także wczoraj wie­czo­rem o tym po­my­śla­łem. Dla­tego pierwszy wsiadłem do sa­mo­chodu Dun­cana, aby coś za­ła­twić w mie­ście. To „coś” było wła­śnie ano­ni­mową de­peszą wy­słaną do Esponozy. My­ślę, że jesz­cze dziś don Ca­sa­nova znaj­dzie się w opa­łach. Prawdo­po­dob­nie ma już na karku poli­cję, prze­pro­wa­dzono u niego rewi­zję, wie, że bę­dzie pod stałą ob­ser­wa­cją. To, rzecz jasna, utrudni nam na­wią­zanie z nim kon­taktu, ale zara­zem uła­twi osią­gnię­cie głównego celu. Czuję się też w obo­wiązku poin­for­mo­wać cię, To­ma­szu, że gdy na sku­tek po­wrotu do Bo­goty panny Flo­ren­tyny i jej wi­zyty w ko­misa­riacie poli­cji mu­siałeś ucie­kać w góry, u mnie zja­wił się Esponoza. Za­war­łem z nim coś w ro­dzaju dżentel­meń­skiej umowy. On nie bę­dzie nam prze­szka­dzał w na­szej pracy, a my w za­mian za to, jeśli to bę­dzie moż­liwe, po­dzie­limy się z nim sławą po od­zy­ska­niu zra­bo­wa­nych dzieł sztuki.

— Słusznie — przytak­ną­łem. — Biuro Ko­or­dy­na­cyjne nie ma upraw­nień poli­cji. Nie mo­żemy, na przy­kład, areszto­wać spraw­ców ra­bunku. Nie mam nic prze­ciw temu, aby to uczynił Esponoza.

Koń­cząc śnia­danie, oświad­czy­łem Daw­so­nowi:

— Mu­simy zmienić plan działania. Nie na­daję się do roli mi­lio­nera i męża Te­resy. O wiele lepiej uczyni to don Ga­briel.

— Tak są­dzisz?

— Skra­dzione dzieła sztuki ku­pują lu­dzie, któ­rzy wzbogacili się szybko, i to nie­zbyt le­gal­nymi spo­so­bami. Don Ga­briel nie bę­dzie mu­siał „grać” roli ta­kiego osobnika. On prze­cież jest wła­śnie taki.

— No cóż, chyba masz rację — zgo­dził się Ralf.

I jesz­cze tego po­połu­dnia, zaraz po za­cu­mo­wa­niu w por­cie jachto­wym Ro­da­dero, don Ga­briel prze­niósł się do mojej ka­biny, a ja zna­la­złem się w jed­nym po­mieszcze­niu z Flo­ren­tyną. Moja współpra­cow­niczka nie ucie­szyła się z owej zmiany, choć była bar­dzo za­do­wo­lona, że po­słu­cha­łem jej rady.

— Wiem, że bę­dzie mi z pa­nem bar­dzo nudno — po­wie­działa z kwa­śną miną. — Go­towa jed­nak je­stem do naj­większych po­świę­ceń.

Po połu­dniu od­by­łem też z Ral­fem krótką na­radę, związaną z kon­se­kwencjami za­miany ról — mojej i don Ga­briela. Z moim zdję­ciem był pasz­port na na­zwi­sko Thomasa van Ha­gena, ale nale­żało przy­pusz­czać, że Ca­sa­nova nie spró­buje legi­ty­mo­wać don Ga­briela. Ist­niało jed­nak inne nie­bez­pie­czeń­stwo. Któ­ryś z gangste­rów ota­cza­ją­cych don Ca­sa­novę mógł roz­po­znać w don Ga­brielu „ojca chrzest­nego” kon­ku­ren­cyj­nej mafii z Chi­cago. Lecz Ralf Daw­son oka­zał się zna­ko­mi­tym cha­rak­tery­zato­rem, po­sia­dał zresztą świetnie wy­posa­żoną wa­lizkę z rze­czami po­trzebnymi do zmiany wy­glądu każ­dego czło­wieka. Na twarz don Ga­briela na­cią­gnął spe­cjalną, gu­mową ma­seczkę, wy­pa­cy­ko­wał ją, przy­kleił wą­siki, a ły­sawą głowę przy­ozdobił mu wspaniałą, czarną pe­ruką. Burt Dun­can wy­najął w Ro­da­dero od­krytą limu­zynę i jesz­cze tego sa­mego wie­czoru Te­resa van Ha­gen i don Ga­briel kil­ka­krot­nie przeje­chali po pro­me­na­dzie cią­gną­cej się wzdłuż plaży. Przy pro­me­na­dzie stały oka­załe wille mi­lio­ne­rów oraz ele­ganckie ho­tele — ich miesz­kańcy mo­gli wi­dzieć piękną pa­nią van Ha­gen w dłu­giej sukni, z szyją owi­niętą naj­droż­szymi per­łami. Obok niej sie­dział roz­party wy­god­nie za­żywny je­go­mość z gru­bym cyga­rem w ustach. Don Ga­briel roz­glą­dał się po Ro­da­dero z ta­kim wy­ra­zem twa­rzy, jak gdyby go­tów był tę miej­sco­wość kupić w ciągu jed­nej chwili. Również nasz jacht „La Pa­loma” bu­dził dużą sen­sację wśród tu­ry­stów. Był naj­większy i naj­pięk­niej­szy ze wszyst­kich, które tu przy­pły­nęły tego lata.

Prze­ko­na­łem Daw­sona, że w związku z kło­po­tami, jakie za­pewne don Ca­sa­nova ma z poli­cją ko­lum­bij­ską, nie bę­dzie sam skory do na­wią­zania kon­taktu z pań­stwem van Ha­gen. Zde­cy­do­wali­śmy, że póź­nym wie­czo­rem do willi Ca­sa­novy uda się Burt Dun­can. On już kie­dyś ku­po­wał od niego skra­dzione dzieła sztuki. Te­raz po­jawi się u Ca­sa­novy w po­ufnej misji od swego przyja­ciela, se­#241;ora van Ha­gena, z któ­rym od­bywa po­dróż do­okoła świata, i za­prosi go na „La Pa­lomę”. Taka wi­zyta nie nara­żała prze­cież Ca­sa­novy na żadne kło­poty. On mu­siał zresztą robić inte­resy dla swego gangu i nie mógł od­rzu­cić pro­po­zycji kon­taktu z kimś, kto był go­tów na­być skra­dzione dzieła sztuki. Je­żeli nie teraz, to w przy­szło­ści. Do­brego klienta ża­den przedsta­wi­ciel gangu nie od­prawi tak od razu z kwit­kiem.

Wszystko stało się zgodnie z pla­nem. Obecność w Ro­da­dero bo­ga­tego mał­żeń­stwa Ho­len­drów wzbudziła ogólne za­inte­re­so­wa­nie, od­po­wiednio silne wra­żenie wy­wo­łała prze­jażdżka pary bo­ga­czy w otwartym sa­mo­cho­dzie po głównej pro­me­na­dzie. Don Ca­sa­nova życzliwie przyjął Burta Dun­cana i obie­cał, że na­za­jutrz wie­czo­rem po­jawi się z wi­zytą na jach­cie „La Pa­loma”. Ta wi­zyta miała zade­cy­do­wać o na­szym suk­cesie lub klę­sce — ogar­nęło mnie uczucie nie­po­koju i nie opu­ściło aż do wie­czora na­stęp­nego dnia.

Ka­binę, jak to zo­stało po­wie­dziane, dzie­liłem teraz z Flo­ren­tyną. Aby od­dalić od sie­bie owo sam na sam, nie­mal do pół­nocy prze­sie­działem z Daw­so­nem, roz­ma­wia­jąc z nim o naj­róż­niej­szych sprawach i ba­wiąc się z Ro­bi­nem, który od mo­mentu za­cu­mo­wa­nia jachtu czuł się znacznie lepiej. Wy­znaję, że nie­zwy­kle polu­biłem tego psa, bo też i mo­jego po­przedniego doga, Pro­ta­zego, ko­cha­łem. A Ro­bin tak bar­dzo przy­po­minał tam­tego, utra­co­nego na zaw­sze.

Przy oka­zji za­py­tałem Daw­sona, co bę­dzie, gdy od­naj­dzie za­gu­biony przez UFO przedmiot. W jaki spo­sób za­wia­domi o tym in­nych ludzi z Przy­szło­ści. Dał mi wy­czer­pu­jącą od­po­wiedź. Otóż ów przedmiot po­siada spe­cy­ficzną wła­ści­wość: gdy Daw­son po­działa na niego ja­kimś środ­kiem che­micznym, na­tychmiast roz­pad­nie się. Z tym fak­tem związane bę­dzie za­dzi­wia­jące zja­wi­sko — oto ule­ga­jący zniszcze­niu przedmiot prze­każe bar­dzo silny im­puls w Przy­szłość. Ten im­puls zo­sta­nie ode­brany przez ludzi żyją­cych w Przy­szło­ści jako znak, że za­koń­czyła się misja Daw­sona. I na­tychmiast w rok ty­siąc dziewięć­set sie­dem­dzie­siąty wy­ślą we­hikuł czasu po Ralfa.

— Za­bie­rzesz ze sobą Ro­bina i in­nych ludzi z Przy­szło­ści — po­my­śla­łem gło­śno. — Za­pewne także zniszczysz wszelkie ślady swojej obecności w na­szym cza­sie.

— Tak. Za­biorę z sobą wszystko, co będę mógł — od­po­wie­dział za­gad­kowo.

— A mnie, Ralf? Czy mógłbyś mnie z sobą za­brać w Przy­szłość?

— Tak. Mógłbym to uczynić, gdy­bym wie­dział, że na przy­kład cho­ru­jesz na nie­ule­czalną cho­robę i lada dzień umrzesz. Albo że za ty­dzień za­bije cię jakiś gangster. W prze­ciw­nym razie by­łoby to nie­moż­liwe. Nikt mi bo­wiem nie może zarę­czyć, że wkrótce nie oże­nisz się, nie bę­dziesz miał po­tom­stwa, a to zna­czy, że za­bie­rając cię z Te­raź­niej­szo­ści, prze­ciął­bym jed­no­cze­śnie łań­cuch przy­szłych wy­da­rzeń.

Ża­ło­wa­łem, że na­szej roz­mowy nie sły­szy Flo­ren­tyna. Ale ona nie da­łaby się prze­ko­nać Daw­so­nowi. Z ma­niac­kim upo­rem wie­rzyła, że w UFO przylatują na zie­mię małe, zie­lone lu­dziki.

Że­gna­jąc się ze mną przed uda­niem się na spo­czy­nek, Ralf do­tknął przyjaźnie mego ra­mie­nia i rzekł:

— Wiem, że nie ma­rzysz o tym, aby opu­ścić swój czas, choć za­pewne cie­kawi cię, jak wy­gląda da­leka Przy­szłość. Cze­kałby cię tam jed­nak „szok Przy­szło­ści”, rów­nie straszna cho­roba jak „szok Prze­szło­ści”. Mu­siał­byś całe lata po­woli przy­sto­so­wy­wać się do tego, co zo­ba­czy­łbyś w Przy­szło­ści. To bar­dzo ryzy­kowne, To­ma­szu. Nie wiem, czy po­tra­fiłbyś żyć w moim cza­sie, po­dob­nie jak ja z naj­większym tru­dem żyję w twoim cza­sie. Na­wet nie przy­pusz­czasz z jak wiel­kim tru­dem.

I na­gle za­uwa­ży­łem zmianę na jego twa­rzy. Stała się szara, po­bruż­dżona, z wy­ra­zem nie­ludz­kiego zmę­cze­nia w oczach. Ralf Daw­son przy­gar­bił się jak sta­rzec. Lecz już po chwili znowu od­młodniał, wy­pro­sto­wał plecy, uśmiech­nął się przyjaźnie.

— Do­bra­noc, To­ma­szu — szep­nął.

Naj­ciszej jak tylko po­tra­fiłem wśli­zną­łem się do ka­biny zaj­mo­wa­nej z panną Flo­ren­tyną. Przy jej koi paliła się nocna lampka, za­pewne Flo­ren­tyna cze­kała na mnie, ale po­nie­waż ubie­głej nocy bie­sia­do­wała z don Ga­brie­lem, zmę­cze­nie wzięło górę i za­snęła. Za­kra­dłem się do swojej koi, szyb­ciutko wdziałem pi­dżamę i ukryłem się pod prze­ście­ra­dłem.

Na­stępny dzień spę­dzi­łem jak bo­gaty tury­sta na urlo­pie. Don Ga­briel i Te­resa od­byli jesz­cze jedną pa­radę od­kry­tym sa­mo­cho­dem po pro­me­na­dzie w Ro­da­dero, a ja, Rod­rigo, panna Flo­ren­tyna oraz Daw­son le­niu­cho­wali­śmy. Był lipiec, je­den z naj­bar­dziej upal­nych mie­sięcy w tych stro­nach. Słońce pra­żyło tak ostro, że dłu­żej niż kwa­drans nie po­tra­fiłem wy­trzymać w jego palą­cych pro­mie­niach. Ro­drigo kazał roz­piąć nad czę­ścią ru­fową jachtu coś w ro­dzaju da­chu z płótna na­mioto­wego, pod owym da­chem roz­sta­wiono le­żaki i stolik z chło­dzą­cymi na­po­jami oraz owo­cami: ana­na­sami, ba­na­nami i po­ma­rań­czami, jako że wła­śnie nade­szła pora doj­rze­wa­nia tych owo­ców.

Po­ży­czy­łem od Rod­riga jego ka­pi­tań­ską lor­netkę i ze swego le­żaka ob­ser­wo­wa­łem Ro­da­dero, no­tując w pa­mięci oglą­dane przez po­większa­jące szkła fa­sady pięk­nych, bia­łych willi ukrytych w zie­leni palm i rzędy wy­so­kich wie­żow­ców, w któ­rych — jak się do­wie­działem od Rod­riga — bo­gaci miesz­kańcy Bo­goty po­sia­dali wła­sne aparta­menty. Wo­kół do­mów kwi­tły czerwone i żółte hibi­scusy. Ką­pieli­sko to było rze­czy­wi­ście bar­dzo ładne, a przede wszystkim po­sia­dało cu­downe tło — ogromny ma­syw gór Sierra Nevada de Santa Marta. Na jach­cie pła­wili­śmy się w upale, mru­żyli­śmy oczy od bla­sku słońca i zło­tego pia­sku wy­brzeża, woda wo­kół miała dwa­dzie­ścia dziewięć stopni cie­pła, a tam, nie­zbyt da­leko, bielał śnieg na sto­kach gór i w mgłach to­nęły naj­wyż­sze szczyty Bo­livar i Pico Co­lon.

Po za­toce z ry­kiem silni­ków pę­dziły mo­to­rówki, cią­gnące nar­cia­rzy wod­nych, przy kei cu­mo­wały setki jachtów ża­glo­wych i mo­to­ro­wych. Ten i ów jacht od­pły­wał lub przy­pły­wał skądś w peł­nej gali bia­łych albo ró­żo­wych żagli. Czy można so­bie wy­obra­zić pięk­niej­sze miej­sce i wspanial­szy wi­dok? Tak, to były na­prawdę cu­downe go­dziny w ów dzień oczeki­wa­nia na wi­zytę don Ca­sa­novy. Nigdy ich nie za­po­mnę...

Tymcza­sem Daw­son przy­pro­wa­dził na po­kład, w cień płó­cien­nego da­chu, Ro­bina. Od czasu do czasu usi­łował zie­ją­cego od upału psa ochłodzić ku­beł­kiem wody na­bie­ranej z mo­rza, ale to nic nie po­ma­gało. Ralf za­pro­wa­dził go więc z po­wro­tem do ka­biny. Chciałem i ja zejść pod po­kład, lecz nagle tuż obok mnie zna­lazł się leżak Flo­ren­tyny, która oświad­czyła, że pra­gnie od­być ze mną po­ufną roz­mowę po pol­sku. Uważa­łem, że roz­ma­wia­nie w ob­cym ję­zyku w towa­rzy­stwie przyjaciół, któ­rzy tego ję­zyka nie znają, jest nie­tak­towne. Na szczęście Daw­son zszedł z Ro­bi­nem pod po­kład, a Rod­rigo wskoczył do cie­płej wody i pły­wał wo­kół jachtu.

— Nocą wśli­znął się pan do na­szej ka­biny jak zło­dziejaszek — po­wie­działa. — Gdzie pan był tak długo?

— Rozma­wia­łem z Daw­so­nem. I niech pani sobie wy­obrazi, mó­wili­śmy o UFO-lo­gii.

— A cóż Daw­son może wie­dzieć na ten temat? — wzgardli­wie rze­kła Flo­ren­tyna. — Nie ro­zu­miem, dla­czego człowiek tak roz­sądny i do­świad­czony jak pan daje się na­brać na oszukań­czą histo­rię z ludźmi przy­by­wa­ją­cymi tu z Przy­szło­ści w fan­ta­stycznych we­hi­ku­łach czasu.

— Hi­storia, którą opo­wie­dział mi Ralf, ma wszelkie ce­chy prawdo­po­do­bień­stwa. Bar­dzo długo mu nie ufa­łem. Ale w końcu da­łem się prze­ko­nać.

Flo­ren­tyna zwróciła ku mnie swoją twarz. Ciemne oku­lary nie po­zwalały wi­dzieć jej oczu, z tonu głosu do­my­śli­łem się, że są pełne szy­der­stwa.

— Pan nie zna tylu języ­ków, ile ja, panie To­ma­szu. Sły­sza­łam na wła­sne uszy, jak Daw­son zdra­dził się w roz­mo­wie pro­wa­dzo­nej po fran­cu­sku z panią van Ha­gen, że kon­tak­tował się ostatnio z Esponozą. Wy­nika z tego, że za pań­skimi ple­cami knują coś z poli­cją.

— Wiem o tym, Ralf sam mi to po­wie­dział.

— Z don Ga­brie­lem roz­ma­wiał po wło­sku.

— Czy też coś knuł z nim za moimi ple­cami?

— Rozma­wiali po wło­sku o roz­ma­itych po­tra­wach. Jed­nak w in­nej roz­mo­wie z panią van Ha­gen Daw­son na­po­mknął, że gdy wpadnie­cie na trop prze­stęp­ców, pan musi jakiś czas być od­izo­lo­wany i na niej spo­czywa to za­danie.

— To zro­zu­miałe. On chce przede mną trafić do skra­dzio­nych za­byt­ków, aby zniszczyć przedmiot, który zgu­bił we­hikuł czasu.

— Ech, panie To­ma­szu. Chyba nic już pana nie prze­kona o po­dwójnej grze Daw­sona. Na­sza roz­mowa nie ma sensu. Pan zdaje się o kilka go­dzin za długo prze­by­wał w sa­nato­rium dok­tora Alva­reza.

Prze­rwa­liśmy roz­mowę, gdyż na jacht we­szli Te­resa, don Ga­briel i Burt Dun­can, któ­rzy przy na­brzeżu wy­siedli z sa­mo­chodu. Wpraw­dzie do wie­czora po­zo­stało jesz­cze kilka go­dzin, nale­żało jed­nak bar­dzo sta­ran­nie przy­go­to­wać się do wi­zyty don Ca­sa­novy.

 


ROZDZIAŁ TRZYNASTY [top]

WIZYTA DON CASANOVY • JAK SIĘ ZACHOWUJE CZŁOWIEK „NADZIANY” PIENIĘDZMI • WYSPY DZIEWICZE • KRAINA SZCZĘŚLIWOŚCI • BAZA STRATEGICZNA I HOTEL DON PEDRA • NOWY PLAN DZIAŁANIA • DAWSON WYKONUJE POLECENIE OJCA • PROTESTY FLORENTYNY

 

Don Ga­briel za­cho­wał się wspaniale. Po­dob­nie świetnie grała swoją rolę Te­resa van Ha­gen. Ukryta sta­ran­nie ka­mera tele­wi­zyjna prze­ka­zy­wała nam na mo­nitor do ka­biny Daw­sona każde słowo i gest: su­rowe zmarsz­cze­nie brwi don Ga­briela, roz­koszne minki, które ro­biła Te­resa, i pe­łen za­tro­ska­nia wy­raz twa­rzy don Ca­sa­novy. Don Ca­sa­nova nie ukrywał, że jest za­szczycony moż­liwo­ścią zna­le­zie­nia się przed obli­czem aż tak bar­dzo bo­ga­tego czło­wieka i był wy­raź­nie zmar­twiony, że nie po­trafi spro­stać ży­cze­niom bo­gacza. Jego wy­obra­żenie o tym, jak po­wi­nien się za­cho­wać osobnik na­prawdę opływa­jący w pie­nią­dze zdo­byte po­śpiesznie i nie­zbyt uczciwie po­twierdziło się. Taka jak don Ga­briel była chyba większość bo­gatej klienteli, na­by­wa­jącej za jego po­śred­nic­twem kra­dzione dzieła sztuki. W luk­su­sowo wy­posa­żo­nym salo­niku ka­pi­tań­skim (bo tam na­stą­piło spo­tka­nie) don Ca­sa­nova czuł się tak onie­śmielony, że na­wet nie wypił do końca cocktailu z oszronio­nej szklanki. To wstawał rap­tow­nie, to znów przy­kucał w fo­telu, nie ma­jąc od­wagi prze­rwać po­toku słów pły­ną­cych z ust mi­lio­nera. A ten, nie wyj­mu­jąc z ust gru­bego cy­gara i wy­raź­nie oka­zując Ca­sa­novie swoją po­gardę, pe­ro­rował:

— Nie ukrywam, panie Ca­sa­nova, że je­stem człowie­kiem bo­ga­tym. Bar­dzo bo­ga­tym. Tak, na­dzia­nym pie­niędzmi jak tłusty ba­żant tru­flami. Mógłbym kupić całe Ro­da­dero wraz z jego ho­te­lami i pen­sjo­na­tami, ale nie lubię robić kiep­skich inte­re­sów. Nie ukrywam też, że zaro­biłem swoje pie­nią­dze ciężką pracą głowy i rąk, a teraz coś mi się od życia na­leży. Czy nie tak, don Ca­sa­nova?

— Tak jest, se#241;or van Ha­gen — po­śpiesznie pota­kiwał Ca­sa­nova, męż­czy­zna ni­skiego wzrostu, chyba Mek­sy­kanin, w nie­ska­zitel­nej ko­szuli, czar­nym kra­wa­cie i w bia­łym jak śnieg gar­nitu­rze.

— Czy widzi pan moją piękną i młodą żonę, panie Ca­sa­nova?

— Tak, se#241;or. To praw­dziwa pięk­ność.

— Ona jest nie tylko piękna, ale i ko­cha piękno, panie Ca­sa­nova. To osoba sub­telna, z du­szą ar­tystki, a mnie stać na to, aby ją oto­czyć pięk­nem. Do dia­ska, stać mnie na to, aby moja piękna żona miała w Am­ster­da­mie naj­pięk­niej­szy dom w mie­ście. Stać mnie czy nie stać, panie Ca­sa­nova?

— Za­pewne pana stać — gor­liwie przytaki­wał Ca­sa­nova, bo człowiek, który mó­wił z taką pew­no­ścią sie­bie, nie mógł być ubogi.

— Po­wta­rzam: ona chce mieć naj­pięk­niej­szy dom i, do dia­ska, ja po­sta­no­wi­łem, że ona bę­dzie miała taki dom.

— Ja nie bu­duję do­mów, se#241;or — nie­śmiało za­opo­no­wał Ca­sa­nova.

— Czy ja chcę, żeby mi pan zbu­do­wał dom? Ja bym panu nie po­wie­rzył po­sta­wie­nia na­wet zwy­kłej le­pianki, pa­nie Ca­sa­nova. Ko­rzy­stam tylko z usług naj­lep­szych fa­chowców. A kimże pan jest, panie Ca­sa­nova?

— Wła­śnie, kim ja je­stem dla pana?

— Nie mam poję­cia. Może zwy­kłym pęta­kiem, a może człowie­kiem, który wie, jak zaro­bić tro­chę dola­rów — za­grzmiał ostro don Ga­briel. — Dom to są ściany, pan ro­zu­mie? A na ścia­nach musi coś wi­sieć. Naj­lepiej, żeby to było coś du­żego i w zło­tych ra­mach. W bar­dzo pięk­nych ra­mach, pa­nie Ca­sa­nova.

Prze­rwała mu Te­resa van Ha­gen. Uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco do Ca­sa­novy i po­wie­działa słod­kim gło­si­kiem:

— Ach, panie Ca­sa­nova. Pro­szę wy­ba­czyć mo­jemu mę­żowi, ale on, nie­stety, nie zna się na pięk­nie. Ob­razy Rem­brandta nie były wcale duże, prawda? A ja, chciała­bym mieć Rem­brandta i van Dycka, i van Gogha...

Don Ga­briel oto­czył się wiel­kim kłę­bem dymu. I znowu za­hu­czał jego po­tężny głos:

— Czy pan sły­szy, panie Ca­sa­nova? Moja żona zna się na rze­czy. W moim domu będą też różne półki, pó­łeczki, sto­liczki, oszklone szafki. Tam mu­szą być takie... no, pan chyba wie, no, fi­dry­gałki z por­ce­lany i ze złota. Tak, do dia­ska, na­wet ze złota. To ma być piękny dom, pan poj­muje? I żeby mi to nie były żadne tam pod­ra­biane fi­dry­gałki i ob­razki, ale praw­dziwe. Bo ja mam przyjaciół, panie Ca­sa­nova. Moi przyja­ciele mu­szą aż po­zie­le­nieć z za­zdro­ści, kiedy mnie od­wie­dzą. Oczywi­ście, ro­zu­miem, że rze­czy, które chcę po­sia­dać, nie zdo­bywa się łatwo i nie każ­demu na­leży je po­ka­zy­wać. Ale może pan być pe­wien, że do mo­jego domu poli­cja nie bę­dzie przy­cho­dzić na kola­cje, a tylko sta­rzy i do­brzy przyja­ciele. A poza tym pie­nią­dze lecą na łeb, na szyję, więc chciałbym w dziełach sztuki ulo­ko­wać tro­chę swego ka­pitału. Nikt tych rze­czy, jeśli będą „trefne”, na­wet nie po­wą­cha, tylko po­leżą u mnie w sejfie. Czy ro­zu­miemy się, panie Ca­sa­nova? I czy jest pan człowie­kiem, któ­rego po­trze­buję?

Wtrąciła się Te­resa ze słod­kim uśmie­chem:

— Wiem, że o prawdzi­wego Rem­brandta jest dziś nie­zwy­kle trudno. To samo tyczy obra­zów van Dycka czy van Gogha. Dla­tego, jeśli się taki obraz znaj­dzie w moim domu, to bę­dzie w ta­kim salo­nie, do któ­rego nikt oprócz naj­bliż­szych przyjaciół nigdy nie za­gląda. Ale ja mu­szę mieć obraz Rem­brandta. Czytałam w gaze­cie, że pewna ak­torka z Hol­ly­wood ma całą ko­lek­cję obra­zów Mati­sse'a i Ce­zanne'a. A czy ja je­stem od niej brzydsza? Czy ja nie mogę mieć w swoim domu cze­goś po­dob­nego?

— A ja chciałbym duży obraz w złotej ramie — do­rzucił don Ga­briel. — I mnó­stwo roz­ma­itych fi­dry­gał­ków. Mogą być z por­ce­lany, ale lepiej, żeby były po­zła­cane albo ze złota, bo ta­kich fi­dry­gał­ków żadna słu­żąca mio­tłą nie strąci z półki i nie po­tłu­cze.

Don Ca­sa­nova za­czął się nie­spo­koj­nie wier­cić w fo­telu. Na jego twa­rzy na przemian po­ja­wiał się wy­raz rado­ści i nie­po­koju. Wreszcie, gdy don Ga­briel się­gnął po szklankę z cocktailem, ośmielił się oświad­czyć:

— Pań­stwo trafili pod do­bry adres i do wła­ści­wego czło­wieka. Wielce sza­nowny pan Dun­can, który mnie tu do pań­stwa za­prosił, był moim klientem i o ile się orientuję, nie ża­łuje transakcji, jakie ze mną zro­bił. Dzięki mnie zdo­był tanio wspaniałą ko­lek­cję dzieł sztuki, a przede wszystkim starej broni.

— Mnie broń nie cie­kawi — wy­krzywiła usteczka Te­resa. — Ja chcę Rem­brandta.

— Ro­zu­miem ła­skawą pa­nią i po­dzielam jej upodoba­nia.

— A ja mu­szę mieć fi­dry­gałki — za­hu­czał don Ga­briel.

— Też po­dzielam pań­skie upodoba­nia — po­śpiesznie zgo­dził się z nim don Ca­sa­nova. — Rzecz w tym, że pań­stwo trafili do wła­ści­wego czło­wieka, ale nie we wła­ści­wym cza­sie.

Don Ga­briel aż za­krztusił się cocktailem.

— Co mają zna­czyć pań­skie słowa? — za­wołał z obu­rze­niem. — Czy nie ma pan ni­czego cie­ka­wego do sprzedania? To jaki inte­res pan pro­wa­dzi? Tan­detny skle­pik czy wielki biz­nes? Prze­cież ja chcę panu pła­cić w prawdzi­wych bankno­tach Sta­nów Zjedno­czo­nych.

Don Ca­sa­nova na­boż­nie zło­żył ręce, a po­tem je za­łamał w ge­ście roz­pa­czy:

— Pan do­brze trafił, panie van Ha­gen. Ja pro­wa­dzę na­prawdę duże inte­resy i pra­gnę zaw­sze być do usług ta­kich klientów jak pan. Jest sprawą oczywistą, że po­sia­dam to i owo do sprzedania, na­wet zło­cone dro­bia­zgi by się zna­lazły. Ale czy sza­now­nemu pań­stwu wia­domo, że nie tak dawno w sto­licy na­szego kraju było wła­ma­nie do Mu­zeum Złota i od tego czasu poli­cja działa jak sza­lona? Pro­szę sobie wy­obra­zić, że dziś rano prze­pro­wa­dzili mi w domu rewi­zję. Tak, naj­praw­dziwszą rewi­zję. Je­stem po­dej­rzany o udział w tym wła­ma­niu i śle­dzony przez poli­cję. W tej sytu­acji nie mogę sobie po­zwo­lić na sprzeda­wa­nie żad­nych rze­czy.

Don Ga­briel łyk­nął po­tężny haust cocktailu i oświad­czył po pew­nym na­my­śle:

— Czytałem o tym wła­ma­niu. Po­dobno skra­dziono mnó­stwo zło­tych przed­miotów. Coś ta­kiego by mnie inte­re­so­wało.

Don Ca­sa­nova ze­rwał się z fotela i za­czął szybko mó­wić:

— Nie mam z tą sprawą nic wspólnego. Je­stem zwy­kłym han­dla­rzem sta­rzy­zną. Na karku sie­dzi mi poli­cja z in­spektorem Esponozą na czele. Nie chcę w ogóle o tym sły­szeć. I w tej sytu­acji nie mogę nic dla pań­stwa zro­bić. Lu­dzie in­spektora szli za mną aż tutaj, wie­dzą więc, że gosz­czę na pań­skim jach­cie. Kto wie, czy wkrótce na po­kła­dzie nie zjawi się poli­cja i nie do­kona rewi­zji tylko dla­tego, że don Ca­sa­nova zło­żył panu usza­no­wa­nie. Co by się stało, gdyby zna­leźli tu obraz van Dycka?

Don Ga­briel roze­śmiał się ru­basz­nie.

— Czy ja wy­glą­dam, panie Ca­sa­nova, na czło­wieka, który nigdy nie miał do czy­nie­nia z poli­cją? O poli­cję niech pana głowa nie boli. Ten jacht nie zaw­sze na­zy­wał się „La Pa­loma”. I nie zaw­sze woził mnie i moją piękną żonę.

Ca­sa­nova po­pa­trzył na don Ga­briela z nie­ukrywa­nym sza­cun­kiem:

— Pan jest do­brym klientem. Inni żą­dają, aby im do­star­czać różne stare rze­czy przez gra­nice, aż do ich do­mów. Albo chcą robić inte­resy już poza wo­dami te­ryto­rial­nymi. Bóg widzi, jak bar­dzo pra­gnę do­ga­dać się z pa­nem. Ale nie mogę. Śle­dzi mnie Esponoza, a to dia­beł wcielony. Obawiam się, że gdy tylko ze­chcę zaj­rzeć do swego skła­dziku, on trafi tam po moim tro­pie i będę sie­dział w wię­zie­niu przez dłu­gie lata. Pan zresztą wie, że ja je­stem tylko skrom­nym przedsta­wi­cie­lem wiel­kiej firmy i nic nie mogę zro­bić na wła­sną rękę. Moi zwierzch­nicy żą­dają pie­nię­dzy za do­star­czony mi towar, a ja boję się coś sprzedać, bo mam na karku Esponozę.

— W takim razie pan zbankru­tuje — oświad­czył gromko don Ga­briel.

Ca­sa­nova nie­mal za­pła­kał z roz­pa­czy:

— Oj, tak, tak, panie van Ha­gen. Naj­prawdo­po­dob­niej grozi nam ban­kructwo.

Te­resa van Ha­gen za­częła po­pła­ki­wać, cie­niutką chu­s­teczkę pod­nio­sła do oczu.

— To zna­czy, że ja nie będę mo­gła urzą­dzić sobie pięk­nego domu — łkała.

Don Ga­briel ude­rzył się dło­nią po kola­nie.

— To pan, panie Ca­sa­nova, do­pro­wa­dził do łez moją żonę. Ja tego nie mogę pu­ścić pła­zem! Za taki po­stę­pek zo­sta­nie pan wy­tar­gany za uszy.

Don Ga­briel tup­nął nogą w pod­łogę ka­biny i do salo­niku wpa­dło na­tychmiast dwóch jego sa­nita­riu­szy w stro­jach ma­ryna­rzy. Ca­sa­nova prze­stra­szył się.

— Niech se­#241;ora nie pła­cze. Ja wszystko za­ła­twię tak jak trzeba. Bę­dzie pani miała naj­pięk­niej urzą­dzony dom w Am­ster­da­mie.

Te­resa otarła chu­s­teczką oczy, don Ga­briel zało­żył nogę na nogę, za­palił nowe cy­garo i od­pra­wił ma­ryna­rzy.

— Pro­szę mó­wić, panie Ca­sa­nova — rzekł. — Ostrzegam jed­nak, że drogo mi pan za­płaci za każdą łzę mojej żony.

Ca­sa­nova opróżnił szklankę, na­brał w piersi tchu i oświad­czył:

— Dla pań­stwa zro­bię wy­jątek i do­radzę, gdzie bę­dzie­cie mo­gli za­opa­trzyć się w rze­czy, które są wam po­trzebne. Tu, w Ro­da­dero, jest to nie­moż­liwe z po­wodu wścib­stwa poli­cji. Ale prze­cież od­by­wa­cie po­dróż do­okoła świata i co wam szkodzi za­witać na Wy­spy Dziewi­cze. To nie­zbyt da­leko stąd, panie van Ha­gen.

— Hm! — chrząknął don Ga­briel. — A po cóż miał­bym pły­nąć na Wy­spy Dziewi­cze?

Don Ca­sa­nova wstał z fo­tela i pod­szedł do mapy Mo­rza Ka­raib­skiego roz­wie­szo­nej na ścia­nie salo­niku.

— Wy­spy Dziewi­cze, se#241;or, wchodzą w skład Ma­łych An­tyli. Pań­ski ka­pitan bez trudu do nich do­pły­nie. Na­leżą one do Sta­nów Zjedno­czo­nych. Ale jedna z nich, poło­żona na skraju ar­chi­pe­lagu, jest wy­spą bry­tyj­ską. Zwie się, nie wia­domo dla­czego, po hisz­pań­sku „La Jauja”, co zna­czy Kra­ina Szczęśli­wo­ści, znaj­duje się na niej piękny hotel dla tury­stów za­gra­nicz­nych z plażą i za­cisz­nym por­tem. Ten hotel pro­wa­dzi mój przyjaciel don Pe­dro. Za­wia­do­mię go tele­gra­ficz­nie o pań­skiej wi­zycie i gdy pan przy­pły­nie do wy­spy swoim jachtem, zo­sta­nie pan tam po­wi­tany jako miły gość.

— Mnie wszędzie wi­tają jako mi­łego go­ścia — po­wie­dział don Ga­briel. — A wi­tają mnie tak, po­nie­waż mam dużo pie­nię­dzy. Nie ro­zu­miem tylko, w jakim celu mam od­wie­dzać jakąś bez­ludną wy­sepkę z par­szy­wym ho­telem, skoro chęt­nie mnie po­wi­tają na Flo­ry­dzie albo Ga­lapa­gos.

Don Ca­sa­nova usiadł i po­wie­dział le­dwo do­sły­szal­nym szeptem:

— W ho­telu mo­jego przyja­ciela don Pedra za­trzymuje się wielu inte­re­sują­cych ludzi, a oni mie­wają cie­kawe przed­mioty. Pana piękna mał­żonka nie wy­leje już żad­nej łzy, a pan bę­dzie mógł wy­dać na swoje dro­bia­zgi dużo bankno­tów.

Don Ga­briel za­my­ślił się, zerk­nął na mapę, póź­niej znowu po­pa­trzył na Ca­sa­novę. Wreszcie oświad­czył:

— Nic nie stoi na prze­szkodzie, aby mój ka­pitan po­pro­wa­dził „La Pa­lomę” do Kra­iny Szczęśli­wo­ści. A te­raz może sobie pan już pójść.

Nie trzeba było tego po­wta­rzać Ca­sa­novie. Ukłonił się uni­żenie Tere­sie oraz Ga­brielowi i ulot­nił się z salo­niku. Jak opa­rzony wy­sko­czył na po­kład, prze­biegł po trapie i do­piero na molo w świetle dużej la­tarni przy­sta­nął i otarł pot z czoła. Na­stęp­nie do­tknął deli­kat­nie swoich uszu, jak gdyby upewnia­jąc się, czy nie do­znały żad­nego szwanku. Znowu otarł pot z czoła i raź­nym kro­kiem ru­szył do domu.

— Wspaniale, cu­dow­nie — po­gra­tulo­wa­łem don Ga­brielowi i Tere­sie, wchodząc wraz z Daw­so­nem do salo­niku.

— Ma pan talent ak­torski — przy­znał Daw­son, choć chyba się mylił. Don Ga­briel nie grał żad­nej roli, po pro­stu był sobą, za­cho­wy­wał się tak, jak przez całe swoje gangster­skie życie.

Daw­son pod­szedł do mapy i od­na­lazł na niej Kra­inę Szczęśli­wo­ści.

— Mó­wi­łem wam, że don Ste­fano kupił jakąś wy­spę i tam trzyma swoje łupy — try­um­fował don Ga­briel. — Te­raz wiemy, gdzie to jest.

Na­le­żało działać, i to jak naj­szyb­ciej. Ra­zem z Daw­so­nem po­pę­dzili­śmy do ka­biny na­wi­ga­cyj­nej i po­pro­sili­śmy Rod­riga de Cu­nillo, aby przy po­mocy krót­ko­fa­lówki na­wią­zał kon­takt z Leti­cią Lu­ci­nante. Po czte­rech go­dzi­nach, to jest o pół­nocy, Daw­son za­pukał do ka­biny zaj­mo­wa­nej przeze mnie i Flo­ren­tynę. W ręku trzymał kartkę z in­for­ma­cjami, ja­kie nade­szły od panny Lu­ci­nante. Usiadł na mojej koi i od­czy­tał:

— Wy­sepka La Jauja, po­dob­nie jak inne Wy­spy Dziewi­cze, jest po­cho­dze­nia wul­ka­nicz­nego. Jesz­cze przed dwu­dzie­stu laty była zu­peł­nie nie za­miesz­kana (ma nie­wiele po­nad pięć ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzchni). W okre­sie tak zwa­nej zim­nej wojny, a także w związku z po­wstaniem so­cjali­stycznej Kuby, Wy­spy Dziewi­cze uznane zo­stały za ważne pod względem stra­te­gicz­nym, pa­nują bo­wiem nad cie­śniną Ane­gada, łą­czącą Atlantyk z Mo­rzem Ka­raib­skim i da­lej z Ka­na­łem Pa­nam­skim. Z tego względu Stany Zjedno­czone roz­po­częły na tych wy­spach bu­dowę baz woj­sko­wych. Wkrótce za ich przy­kła­dem także i Bry­tyj­czycy na wy­spie La Jauja za­częli wznosić roz­maite woj­skowe bu­dowle i umocnie­nia, bazę rada­rową, na­słu­chową i lotni­sko. Po ogra­ni­cze­niach w bu­dże­cie woj­sko­wym, jakie na­stą­piły w okre­sie mię­dzy­naro­do­wego od­prę­żenia, zre­zy­gno­wali jed­nak z tego kosztow­nego przedsię­wzięcia. Na wy­sepce La Jauja po­zo­stały nie do­koń­czone bu­dowle woj­skowe, te­ren pod lotni­sko oraz duży hotel z ka­sy­nem. Przed czte­rema laty ów nie wy­ko­rzy­stany i nisz­cze­jący hotel wy­najął od władz w Road Town nie­jaki don Pe­dro de Ari­sti­zabel, Hiszpan z po­cho­dze­nia. Zor­gani­zo­wał na wy­spie ośro­dek wy­po­czynkowy dla bo­ga­tych tury­stów, któ­rym ofe­ruje luk­su­sowo urzą­dzone po­koje ho­te­lowe, port jachtowy oraz plażę. La Jauja utrzymuje łącz­ność z ośrodkiem ad­mini­stra­cyj­nym w Road Town na wy­spie Tor­tola przy po­mocy wła­snego śmi­głowca i łodzi mo­to­rowej. Miej­sca w ośrodku re­zer­wo­wać można we wszyst­kich większych biu­rach tury­stycznych, a także w Road Town. Trzeba mieć wizę bry­tyj­ską i tran­zy­tową wizę USA. Aby do­stać się na La Jauja, naj­lepiej jest pole­cieć sa­mo­lotem do San Juan na Pu­erto Rico i tam wy­nająć mały sa­mo­lot do Road Town. Stamtąd za­biera tury­stów śmi­gło­wiec albo łódź mo­to­rowa wła­ści­ciela ośrodka wy­po­czynko­wego La Jauja.

Spoj­rza­łem na Daw­sona, a on zerk­nął na mnie. Tym ra­zem to ja po­sta­no­wi­łem za­ba­wić się w od­czy­ty­wa­cza cu­dzych myśli i kiw­ną­łem głową, że zga­dzam się na pro­po­zycję, któ­rej nie wy­po­wie­dział gło­śno. Abym miał pew­ność, że wła­ści­wie od­ga­dłem kie­runek jego myśli, po­wie­działem:

— Mu­sisz jutro za­ła­twić dla nas wizy w kon­sula­cie bry­tyj­skim i ame­ry­kań­skim w Santa Marta. Trzeba się też do­wie­dzieć, czy z tu­tej­szego lotni­ska star­tują sa­mo­loty do San Juan na Pu­erto Rico. Może zaj­rzymy także do biura po­dróży i za­re­zer­wu­jemy dwa miej­sca w ho­telu La Jauja.

Flo­ren­tyna gło­śno za­pro­te­sto­wała:

— A ja? My wszyscy — zro­biła dło­nią ruch obejmu­jący cały jacht. — Co bę­dzie z nami? Wy, zdaje się, ma­cie za­miar tylko we dwóch od­wie­dzić owego don Pedra.

Od­po­wie­dział jej Ralf:

— Po­pły­nie­cie na „La Pa­lomie”. My­ślę, że za ty­dzień lub naj­dalej dzie­sięć dni spo­tkamy się na La Jauja. Oczywi­ście bę­dziemy uda­wali, że się nie znamy i nie mamy ze sobą nic wspólnego. Ja i To­masz znaj­dziemy się tam wcześniej, aby zo­rientować się, co to za miej­sce...

Wczepiła się pal­cami w moje ramię, jak dra­pieżny ptak w swoją ofiarę:

— Nie zga­dzam się. Przy­rze­kłam dy­rek­to­rowi Mar­cza­kowi, że w żad­nej sytu­acji nie opuszczę pana To­ma­sza. On nie zna hisz­pań­skiego, a także ję­zyka su­ahili oraz pa­pia­mento. A wła­śnie tam, być może, trzeba bę­dzie się poro­zu­mieć w któ­rymś z tych języ­ków.

— Pani się myli — od­rzekł Daw­son. — W ję­zyku pa­pia­mento mówi się na An­ty­lach Ho­len­der­skich. Na­to­miast bry­tyj­skie Wy­spy Dziewi­cze, jak sama na­zwa wskazuje, na­leżą do...

— Ta sprawa nie ma żad­nego zna­cze­nia — Flo­ren­tyna wciąż wpi­jała swe palce w moje ramię. — Rzecz w tym, panie Daw­son, że, jak już po­wie­działam, dy­rek­tor Mar­czak pole­cił mi opie­ko­wać się pa­nem To­ma­szem.

— My­ślę, że moja opieka wy­star­czy — roze­śmiał się Ralf.

— Wiem, co pan ma na myśli — od­parła buń­czucznie. — Za­sto­suje pan hip­nozę albo jakąś swoją sztuczkę, gdyż uważa się pan za czło­wieka z UFO. Nie­stety, ja się na tych sprawach do­brze znam, po­nie­waż je­stem UFO-lo­giem. Nie za­mie­rzam z pa­nem na ten temat dys­ku­to­wać, ale musi pan wie­dzieć, że nie uwa­żam go za czło­wieka z UFO, tylko za bar­dzo po­dej­rza­nego osobnika. I dla­tego nie zo­sta­wię To­ma­sza w pana rę­kach. Oświad­czam, że jeśli nie weźmie­cie mnie ze sobą, skontak­tuję się z in­spektorem Esponozą.

— Ależ to szantaż! — za­wo­łałem z obu­rze­niem.

Ralf uśmiech­nął się po­błaż­liwie:

— Esponoza nie­wiele pani po­może, panno Flo­ren­tyno. Nie warto ukrywać faktu, że za­war­liśmy z nim ciche poro­zu­mie­nie. Jeśli od­naj­dziemy zra­bo­wane dzieła sztuki, nie tylko Biuro Ko­or­dy­na­cyjne, ale i on bę­dzie sławny. To dzięki Esponozie nasz miły don Ca­sa­nova zo­stał tak osa­czony przez poli­cję, że mu­siał nam po­dać adres don Pedra. Przykro mi, ale pani strój, panno Flo­ren­tyno, zbyt rzuca się w oczy. Zdaje się, że cała Bo­gota mó­wiła o pani tu­nice i na­szyj­niku...

— Za­łożę inny strój — zde­cy­do­wała Flo­ren­tyna, wzdycha­jąc ciężko.

Teraz ja się wtrą­ciłem. Za­py­tałem ją ostro:

— Prze­pra­szam, ale w ja­kim cha­rak­terze za­mie­rza pani le­cieć z nami na La Jauja?

— A wy, w ja­kim cha­rak­terze tam leci­cie? — odpa­ro­wała za­czepnie.

Oka­zało się, że Daw­son miał już go­towy plan.

— Po­cho­dzę ze starej, an­giel­skiej ro­dziny, panno Flo­ren­tyno. Pod­sunę im wer­sję, że mój oj­ciec słu­żył w jed­no­stce sa­per­skiej i w swoim cza­sie na wy­spie La Jauja od­by­wał służbę woj­skową, bu­dując tam bazę stra­te­giczną. Ta sprawa bar­dzo się liczy w jego życiu i po­sta­nowił nie prze­ka­zy­wać mi swego ma­jątku, do­póki nie prze­ko­nam się na­ocz­nie, w jak trud­nych wa­run­kach słu­żył swej oj­czyźnie. Dla­tego wy­bie­ram się ze swoim przyja­cie­lem na La Jauja.

— Ja... mogę być żoną pana To­ma­sza... — wy­ją­kała Flo­ren­tyna.

— To nie­moż­liwe. Ma­cie różne na­zwi­ska w pasz­por­tach — za­uwa­żył Daw­son.

— Mogę być na­rze­czoną...

Chciałem za­pro­te­sto­wać, ale Ralf po­parł Flo­ren­tynę.

— To nie jest zła myśl — oświad­czył. — Ba, w tej chwili są­dzę, że jest to na­wet wspaniały po­mysł. Jeśli wy­spa La Jauja okaże się miej­scem, któ­rego szu­kamy, przy­bycie dwóch sa­mot­nych męż­czyzn, mimo mej wer­sji, może obu­dzić po­dejrzli­wość don Pedra. Gdy zja­wimy się w towa­rzy­stwie mło­dej ko­biety, bę­dzie to wy­glą­dać znacznie natu­ral­niej.

— A tak, tak! — gor­liwie pod­chwyciła Flo­ren­tyna.

I na tym sta­nęło. Na za­koń­cze­nie roz­mowy Daw­son wziął nasze pol­skie pasz­porty (nie chciałem się po­słu­gi­wać fał­szy­wym pasz­por­tem, aby to nie po­wo­do­wało ja­kichś kło­po­tów) i obie­cał na­za­jutrz za­ła­twić oso­bi­ście sprawy wi­zowe, ku­pić bilety do San Juan, od­wie­dzić Biuro Po­dróży w Santa Marta. By­łem za­do­wo­lony, że w pra­sie, choć wiele o mnie pi­sano, nigdy nie wy­mie­niono mego na­zwi­ska, a zaw­sze uży­wano okre­śle­nia El Se­#241;or Co­che­cito. Moje na­zwi­sko nie mo­gło więc obu­dzić żad­nych po­dej­rzeń don Pedra. Do­my­śli­łem się także, dla­czego Daw­son po­sta­nowił sam, bez na­szego udziału, zająć się sprawami wiz, bile­tów i re­zer­wa­cją miejsc w ho­telu na wy­spie. Miał pasz­port bry­tyjski, a poza tym po­trafił szczodrze roz­dzielać na­piwki.

 


ROZDZIAŁ CZTERNASTY [top]

LOT DO PUERTO RICO • WYSYŁAM ZASZYFROWANĄ DEPESZĘ • W ROAD TOWN • DZIWNE BIURO PODRÓŻY • KTO ZNA TAJEMNICZE HASŁO? • CO GROZI TURYSTOM W KRAINIE SZCZĘŚLIWOŚCI • DON PEDRO NAS WITA • PIERWSZE GODZINY NA LA JAUJA • ZATRUTA SAŁATKA • ODPORNI NA MESKALINĘ

 

Na­za­jutrz, do­kład­nie o go­dzi­nie zero zero, z lot­niska w Santa Marta nie­wielki tur­bo­śmi­gło­wiec uniósł mnie, Flo­ren­tynę i Daw­sona w kie­runku wy­spy Pu­erto Rico do miej­sco­wo­ści o na­zwie San Juan. W tym sa­mym cza­sie jacht „La Pa­loma” z peł­nymi zbiorni­kami pa­liwa od­pły­nął z Ro­da­dero i naj­dalej za dzie­sięć dni miał zna­leźć się w por­cie wy­spy La Jauja.

Flo­ren­tyna zgodnie z obietnicą zmieniła strój, ale jak zwy­kle tro­chę prze­sa­dziła. Gdy na lotni­sku zdjęła z sie­bie ele­gancki płaszczyk po­ży­czony od Te­resy van Ha­gen, ze zdu­mie­niem stwierdzi­łem, że nosi naj­krót­szą su­kienkę, jaką można so­bie wy­obra­zić, a na moją uwagę, że mini są nie­modne, od­parła, że wła­śnie ta moda znowu po­wraca do łask.

Le­cieli­śmy w nie naj­lep­szych na­stro­jach. Wpraw­dzie Ralf Daw­son bez trudu za­łatwił wizy i ku­pił bilety na sa­mo­lot, ale w biu­rze po­dróży w Santa Marta poin­for­mo­wano go, że nie mogą dla nas do­ko­nać re­zer­wacji miejsc w ho­telu La Juaja, po­nie­waż od dwóch lat ów ośro­dek nie zgła­sza chęci przyjmo­wa­nia tury­stów. Od­laty­wali­śmy więc z Ko­lum­bii nie ma­jąc żad­nej pew­ności, czy w ogóle przyjmą nas na La Jauja.

Bez prze­szkód i w za­pla­no­wa­nym ter­minie wy­lą­do­wali­śmy na mię­dzy­naro­do­wym lotni­sku San Juan. Koń­czyła się tro­pi­kalna noc. Daw­son udał się na po­szu­ki­wa­nie pry­wat­nego sa­mo­lotu, który za­mie­rzał wy­nająć do przelotu na Tor­tola. Flo­ren­tyna i ja, pil­nując ba­gaży, zaję­liśmy miej­sca w po­cze­kalni lotni­ska. Za­uwa­ży­łem urząd pocztowy i po­sta­no­wi­łem sko­rzy­stać z oka­zji, aby nadać swoją pierwszą za­szy­fro­waną depe­szę do Con­nora i Mar­czaka. Wy­jąłem więc z torby po­dróż­nej prze­ka­zaną mi przez Con­nora Bi­blię i zgodnie z in­strukcją za­czą­łem w note­sie reda­go­wać tekst. Moje za­inte­re­so­wa­nie Bi­blią za­sko­czyło Flo­ren­tynę.

— Nigdy bym nie przy­pusz­czała, że tak bar­dzo lęka się pan po­dróży sa­mo­lotem — oświad­czyła. — Raptem stał się pan reli­gijny.

— A pani nie wie­rzy w Boga?

— Nie.

— Ale prze­cież wie­rzy pani w małe, zie­lone lu­dziki z ante­nami na gło­wach...

— To co in­nego. Taka wiara nie prze­szka­dza mieć na­uko­wego po­glądu na świat. Zresztą to nie jest żadna wiara. Wielu lu­dzi spo­tkało się z zie­lo­nymi lu­dzi­kami z UFO.

— Bi­blia jest bar­dzo piękną książką — oświad­czy­łem. — Po­maga w me­dyta­cjach.

Od­su­ną­łem się od Flo­ren­tyny, dając jej do zro­zu­mie­nia, że moje me­dyta­cje wy­ma­gają sa­mot­ności i sku­pie­nia. Tro­chę się na mnie obra­ziła, ale to po­zwo­liło mi za­szy­fro­wać tekst depe­szy. Poin­for­mo­wa­łem w niej Con­nora, że naj­prawdo­po­dob­niej znaj­duję się już na tro­pie prze­stęp­ców i udaję się obecnie na wy­spę Tor­tola. O dal­szej swej działalno­ści po­wia­do­mię go w od­po­wiednim cza­sie. I nim przy­szedł Daw­son, na­da­łem depe­szę w urzę­dzie poczto­wym.

Ralf wró­cił z wia­do­mo­ścią, że zna­lazł pilota, wła­ści­ciela sa­mo­lotu, który utrzymuje się z lotów czartero­wych.

W go­dzinę póź­niej znowu znaj­do­wali­śmy się w po­wie­trzu nad Mo­rzem Ka­raib­skim. Sa­mo­lot był ma­łym dwu­pła­tow­cem, leciał wolno i nisko. Sil­nik char­czał i dy­szał, jak gdyby w każ­dej chwili gro­ziła mu awa­ria i w jej na­stęp­stwie upa­dek do mo­rza. Raz po raz zresztą tra­fiali­śmy w ja­kąś dziurę po­wietrzną i gwałtow­nie opa­dali­śmy w dół, a po­tem z taką samą gwałtow­no­ścią i ry­kiem sil­nika wznosili­śmy się wy­żej. Sa­mo­lot był przy­sto­so­wany do wo­żenia ła­dun­ków, a nie pasa­że­rów, w kabi­nie znaj­do­wały się wą­skie i nie­wy­godne ła­weczki. Nic tedy dziwnego, że wkrótce Flo­ren­tyna zbla­dła i po­czuła się nie­do­brze. Ja tę po­dróż zno­siłem nieco lepiej, na­to­miast Ralf jak gdyby zu­peł­nie nie od­czu­wał huś­tawki. Uśmiechał się i pod­trzymy­wał na du­chu Flo­ren­tynę. Na lotni­sku w Road Town wy­sia­dła tak osła­biona, że mu­sia­łem ją pod­trzymać, bo by­łaby upa­dła. W tej sytu­acji Ralf po­sta­nowił wy­nająć pokój w ho­telu, gdzie Flo­ren­tyna mo­głaby od­po­cząć. Na szczęście dość szybko zna­leźli­śmy tak­sówkę, która nas i nasze ba­gaże za­wio­zła do ho­telu o dum­nej na­zwie Con­ti­nen­tal. Ho­teli i pen­sjo­na­tów było tu sporo, a to ze względu na coraz bar­dziej roz­wi­ja­jącą się tury­stykę, sta­no­wiącą po­ważne źró­dło do­cho­dów miesz­kań­ców Tor­toli.

Mia­steczko przy­padło mi do gustu. Większość do­mów zbu­do­wana zo­stała w ho­len­der­skim stylu kolo­nial­nym i tylko ho­tele wy­róż­niały się no­wo­cze­sno­ścią. Po­sta­wiono je nad mo­rzem, każdy po­sia­dał wła­sną plażę, molo i sprzęt wodny do wy­naję­cia. Ob­sługa była przeważ­nie mu­rzyń­ska, a ho­tele za­mieszki­wali biali — sporo Niemców z RFN, oby­wa­teli USA, An­gli­ków, Fran­cu­zów i Ho­len­drów. Ten fakt sprawił, że nasza trójka nie zwróciła ni­czy­jej uwagi. Po­trakto­wano nas jak jesz­cze jedną, małą grupkę tury­stów, która przy­była z zim­nej Eu­ropy, aby roz­ko­szo­wać się pod­zwrotni­ko­wym kli­ma­tem Tor­toli.

Flo­ren­tynę poło­żyli­śmy do łóżka w chłodnym, kli­ma­ty­zo­wa­nym po­koju, po­tem po­szli­śmy na po­szu­ki­wa­nie biura po­dróży. Było ich w Road Town kilka, na ogół przedsta­wi­cielstw wiel­kich firm. Ku na­szemu zdu­mie­niu prze­ko­nali­śmy się, że żadne z re­no­mo­wa­nych biur po­dróży nie ofe­ro­wało miej­sca w ho­telu na wy­spie La Jauja. Owszem, sły­szano, że znaj­duje się tam jakiś ośro­dek wy­po­czynkowy, ale od dawna nikt stamtąd nie zgła­szał chęci przyjęcia tury­stów. Pro­po­no­wano nam wy­po­czy­nek na wy­spie Ane­gada, na Vir­gin Gorda, a także wy­spie Van Dycke.

Zbli­żał się wie­czór, pod­zwrotni­kowy upał za­czy­nał słab­nąć i ulice mia­steczka po­woli wy­peł­niał tłum miesz­kań­ców i tury­stów. Na tara­sach ka­wiarń za­pa­lono kolo­rowe lam­piony. Sta­nęli­śmy na skrzyżo­wa­niu dwóch głównych ulic i nie wie­dzie­liśmy, co robić dalej. Kilku pu­cy­bu­tów, mło­dych Mu­rzy­nów, zwróciło na nas uwagę. Ob­sko­czyli nas i za­cho­wy­wali się tak na­tręt­nie, że mu­sieli­śmy po­zwo­lić wy­glan­so­wać sobie trze­wiki. I to był szczęśliwy zbieg oko­licz­ności. Za­py­tałem dzie­ciaka, który czy­ścił mi buty, o biuro po­dróży. Od­po­wie­dział w ła­ma­nej an­gielsz­czyźnie, że ma­lutkie, pry­watne biuro po­dróży znaj­duje się o kilka kro­ków od nas, tuż za ro­giem ulicy.

Bez trudu od­na­leźli­śmy ob­skurne po­mieszcze­nie z brudną szybą wy­sta­wową oklejoną afi­szami re­kla­mu­ją­cymi Paryż, Lon­dyn i Rzym. Za ni­skim kon­tu­arem sie­działa Mu­rzynka, a że w ca­łym po­mieszcze­niu było mroczno, wi­dzie­liśmy wy­raź­nie tylko białka jej oczu. Gdy Daw­son wy­łożył naszą sprawę, to jest pra­gnie­nie spę­dze­nia kil­ku­nastu dni w ho­telu na wy­spie La Jauja, oczy Mu­rzynki — białe punkciki w mroku — stały się o wiele większe.

— Ależ, pa­no­wie — za­częła mó­wić bar­dzo szybko po an­giel­sku — po co wam La Jauja? Mamy na Wy­spach Dziewi­czych tyle pięk­nych ośrodków wy­po­czynko­wych, luk­su­so­wych i ta­nich. Nie ma po­trzeby, aby­ście je­chali tak da­leko. Bo do La Jauja jest da­leko.

— My lu­bimy jeź­dzić da­leko — po­wie­działem. — Gdyby było ina­czej, sie­dzie­liby­śmy w swoim domu, w Eu­ropie.

Białe punkciki za­częły co chwila zni­kać, co zna­czyło, że Mu­rzynka raz po raz mruga po­wie­kami.

— Ależ, pa­no­wie. La Jauja ma nie­dobrą sławę. To nie jest miej­sco­wość dla dżentel­me­nów. Owszem, mam dużo wol­nych miejsc w ho­telu na La Jauja, ale nikt ich nigdy nie wy­naj­muje. A je­śli na­wet coś ta­kiego się zda­rzy, to robią to lu­dzie zu­peł­nie inni, na pewno nie dżentel­meni. Ta miej­sco­wość cie­szy się złą sławą, po­nie­waż woj­sko po­zo­sta­wiło tam swoje bu­dowle. Opowia­dają, że część wy­sepki jest za­mi­no­wana, a inna część ska­żona ra­dio­ak­tyw­nie. Wielu go­ści, któ­rzy kie­dyś zde­cy­do­wali się ją od­wie­dzić, wra­cało z nad­wą­tlo­nym zdrowiem.

Daw­son zwie­sił głowę. Wy­glą­dał na zroz­pa­czo­nego, ale zara­zem zde­cy­do­wa­nego.

— Ja mu­szę, se­#241;ora, od­wie­dzić to prze­klęte miej­sce — oświad­czył. I opo­wie­dział jej histo­rię swego ojca.

— Co do mnie, prze­nigdy nie opuszczę swego przyja­ciela — do­rzu­ciłem.

Mu­rzynka nie­mal nas bła­gała:

— Nie rób­cie tego, pa­no­wie. Szczerze wam odra­dzam. Wró­cicie cho­rzy, a ja będę was miała na su­mie­niu. Don Pe­dro, obecny wła­ści­ciel ho­telu, nie lubi gości. Zresztą od trzech lat, to jest od czasu, gdy roze­szła się wieść, że wy­sepka ma część te­renu ska­żoną ra­dio­ak­tyw­nie, mało kto chce tam wy­po­czy­wać. Don Pe­dro mówi, że­bym z tego względu odra­dzała go­ściom od­wie­dza­nie La Jauja, bo nie bie­rze od­po­wie­dzialności za ich zdrowie. Chyba że taki gość po­wie hasło...

Te słowa wy­rwały się jej w fer­wo­rze przemó­wie­nia. Bie­daczka prze­raziła się i umilkła.

— Ha­sło — pod­chwyciłem obo­jęt­nym gło­sem i za­czą­łem szpe­rać po kie­sze­niach. — Miałem gdzieś za­pi­sane hasło, ale zdaje się, że je zgu­biłem...

— To pa­no­wie znają hasło? — ucie­szyła się.

— A tak. Oczywi­ście. Czy w prze­ciw­nym razie zgła­sza­liby­śmy się do pani? — rzekł Daw­son.

Mu­rzynka ode­tchnęła z ulgą:

— No, jeśli pa­no­wie znają hasło, to mogę za­pew­nić wam miej­sca w ho­telu La Jauja.

— Trzy miej­sca. Jest z nami także dziew­czyna — oświad­czy­łem.

Za­paliła lampę na kon­tu­arze, który był za­rzu­cony jaki­miś pa­pie­rzy­skami. Wy­szpe­rała spo­śród nich trzy blan­kiety i wy­peł­niła, za­pew­nia­jąc nam pobyt w La Jauja na okres trzech ty­godni.

— Ju­tro rano przy­bę­dzie tu łódź mo­to­rowa — poin­for­mo­wała nas wrę­cza­jąc blan­kiety. — Za­cu­muje w głównej przy­stani. Po­zna­cie ją po napi­sie „La Jauja” na dzio­bie i na rufie. Po­każe­cie te blan­kiety i mo­to­rówka za­bie­rze was na wy­spę.

Daw­son za­płacił za nasz trzytygo­dniowy pobyt dość drogo jak na tutej­sze wa­runki. Skie­ro­wali­śmy się do drzwi, ale za­trzymało nas wo­łanie Mu­rzynki.

— Ej, pa­no­wie. Prze­cież wy nie po­dali­ście mi hasła. Zu­peł­nie o tym za­po­mniałam...

Zdrętwia­łem. Mie­liśmy już za­ła­twiony po­byt na wy­spie gangste­rów, a tym­cza­sem ten jeden drobny szczegół mógł wszystko uniemoż­liwić. Jak spa­rali­żo­wany sta­łem w drzwiach ob­skur­nego biura i nie wie­działem, co od­po­wie­dzieć na pyta­nie Mu­rzynki.

I rap­tem stało się coś za­dzi­wia­ją­cego. Twarz Daw­sona przy­bla­dła, oczy stały się nie­ru­chome i szkli­ste. Jed­no­cze­śnie czarne ob­licze Mu­rzynki odrobinę zsza­rzało.

— El Do­rado — usły­sza­łem po chwili zdu­szony głos Ralfa. — El Do­rado — po­wtó­rzył nieco gło­śniej.

Mu­rzynka po­trzą­snęła głową, jak gdyby bu­dząc się z krót­kiego snu.

— Pa­no­wie znają hasło, więc wszystko jest w po­rządku. Dziękuję pa­nom.

Na ulicy spoj­rza­łem wy­mownie na Ralfa, a on po­twierdził moje do­my­sły.

— Tylko nie sądź, To­ma­szu — ostrzegł mnie — że po­trzebne mi wia­do­mo­ści po­trafię tele­pa­tycz­nie lub przy po­mocy hip­nozy wy­cią­gnąć od każ­dego czło­wieka. Je­śli jakiś osobnik sta­wia we­wnętrzny opór, kon­takt tele­pa­tyczny czy hip­no­tyczny jest nie­moż­liwy. Ta Mu­rzynka już nam wy­dała skie­ro­wa­nia na La Jauja i bar­dzo chciała, żeby­śmy jej po­wie­dzieli to hasło.

Daw­son był zda­nia, że prze­sko­czy­liśmy naj­waż­niej­szą prze­szkodę i na La Jauja po­traktują nas przyjaźnie. Ja mia­łem inny sąd o tej sprawie. Mu­rzynka była na­iwna, ale na pewno don Pe­dro do ta­kich nie nale­żał.

— Nie­stety, nie wy­glą­damy na gangste­rów — po­wie­działem. — Na nic się nie zda na­wet naj­lep­sza sztuka ak­tor­ska. Obawiam się, że na La Jauja zaj­rzy nam w oczy praw­dziwe nie­bez­pie­czeń­stwo i bar­dzo ża­łuję, że za­brali­śmy ze sobą Flo­ren­tynę.

Ralf Daw­son wciąż był jed­nak do­brej myśli:

— Zgodnie z in­for­ma­cjami, ja­kie nam prze­kazał don Ga­briel, banda don Ste­fano po­siada wy­spę, na któ­rej gro­ma­dzi za­byt­kowe przed­mioty kra­dzione na ca­łym świe­cie. Tą wy­sepką, jak przy­pusz­czamy, jest La Jauja. Gang don Ste­fano to duża orga­niza­cja. Nie­moż­liwe, aby po­szczególni jego lu­dzie znali się ze sobą. Jedni przywożą na wy­spę skra­dzione przed­mioty, za­pewne inni wy­wożą je i przemy­cają do róż­nych kra­jów w celu od­sprzedaży. Banda don Ste­fano za­trud­nia nie tylko zwy­kłych gangste­rów i przemyt­ni­ków, ale także roz­ma­itych fa­chowców w han­dlu dziełami sztuki. Są to za­pewne lu­dzie o nie­po­szla­ko­wa­nej opi­nii. My­ślę, że wśród tych wszyst­kich osób nasza trójka nie wzbudzi po­dej­rzeń.

Rozma­wia­jąc, do­tarli­śmy do ho­telu Con­ti­nen­tal. Panna Flo­ren­tyna od­zy­skała już siły. Sko­rzy­sta­łem z oka­zji, aby prze­ko­nać ją o gro­żą­cym nam nie­bez­pie­czeń­stwie na wy­spie La Jauja i skło­nić do po­zo­sta­nia w Road Town.

— Przyda­łaby się nam tu, w Road Town, za­ufana osoba — tłu­ma­czy­łem. — W od­po­wiedniej chwili po­winna ona tutaj ścią­gnąć Con­nora i Mar­czaka. Na La Jauja może się pani ze­tknąć z naj­gor­szego ga­tunku gangste­rami, rze­zi­miesz­kami i zło­dziejami. Czy to jest towa­rzy­stwo dla mło­dej ko­biety?

Ale Flo­ren­tyny żadne ar­gu­menty nie po­tra­fiły znie­chę­cić do wy­ru­sze­nia z nami na wy­spę.

— Przy­rze­kłam Mar­cza­kowi, że nie od­stą­pię pana ani na krok — upie­rała się.

— Ro­zu­miem — kiw­ną­łem głową. — Cho­dziło, zdaje się, o to, że ule­gam wpływom ko­biet w krót­kich spódnicz­kach. Od­kąd jed­nak to pani nosi naj­krót­szą spód­niczkę na świe­cie, ja­kież może mi za­gra­żać nie­bez­pie­czeń­stwo?

— Nie zna pan hisz­pań­skiego, wło­skiego, su­ahili oraz pa­pia­mento. Większość gangste­rów, jak to wiem z fil­mów, po­cho­dzi z Włoch. Będą za­pewne roz­ma­wiać po wło­sku.

— Ja znam wło­ski — za­uwa­żył Daw­son.

Lecz panna Flo­ren­tyna ob­rzu­ciła go spoj­rze­niem tak peł­nym ironii, że bie­dak tylko wzruszył bez­rad­nie ra­mio­nami. Dla niej on był osobą nie mniej po­dej­rzana od don Pedra lub in­nych gangste­rów.

Wczesnym ran­kiem tak­sówka za­wio­zła nas do głównej przy­stani na Road Bay, gdzie bez trudu zna­leźli­śmy dużą łódź mo­to­rową z na­pi­sem „La Jauja”. Urzędo­wał w niej Mu­lat z po­kie­re­szo­waną twa­rzą, co nadawało mu wy­gląd bar­dzo po­nury. Po­ka­zali­śmy mu blan­kiety otrzymane w biu­rze po­dróży, przejrzał je uważnie, a po­tem po­pra­wił ma­ry­narkę i czapkę, splu­nął za burtę i rzekł ła­maną an­gielszczy­zną:

— Szef mó­wił tylko o za­bra­niu żyw­ności, a nie o go­ściach.

Flo­ren­tyna, znowu w prze­klętej, krót­kiej spód­niczce, tyle że dla od­miany białej, płó­cien­nej, za­gad­nęła go w ja­kimś dziwnym ję­zyku i po­nura twarz Mu­lata roz­pro­mie­niła się.

— On jest z An­tyli Ho­len­der­skich. Z wy­spy Cu­racao. Pa­pia­mento to jego oj­czy­sty język i jest szczęśliwy, że może ze mną po­roz­ma­wiać. Od trzech lat z ni­kim nie gadał w oj­czy­stej mo­wie — wy­ja­śniła nam.

Flo­ren­tynie i temu człowie­kowi (za­raz zresztą do­wie­dzie­liśmy się, że ma na imię Fran­cesco) odtąd nie za­my­kały się usta. Oczywi­ście zde­cy­do­wał się za­brać nas na La Jauja i wkrótce, po zała­do­wa­niu do łodzi skrzyń ze świe­żymi ja­rzy­nami oraz za­mro­żo­nym mię­sem, wy­ru­szyli­śmy na mo­rze. Po­tem Flo­ren­tyna prze­ka­zała nam uzy­skane od niego in­for­ma­cje. Oka­zało się, że na wy­spie, w ośrodku prze­ro­bio­nym z daw­nego ho­telu i ka­syna ofi­cer­skiego, prze­bywa obecnie około dzie­się­ciu gości z róż­nych stron świata. Służba li­czy pięt­na­ście osób. W ho­telu jest pra­wie pięć­dzie­siąt po­ko­jów, ale don Pe­dro przyjmuje tylko „spe­cjal­nych” go­ści, nie po­nosi więc żad­nych strat fi­nan­so­wych.

Wreszcie uj­rzeli­śmy wy­ła­nia­jącą się z mo­rza czarną, po­szar­paną skałę, nie­mal zu­peł­nie po­zba­wioną ro­ślin­ności. W małej za­toczce przy za­chodnim brzegu wy­spy znaj­do­wała się nie­wielka przy­stań. Nad za­toką stał jasny, duży, dwu­pię­trowy bu­dy­nek — dawny hotel woj­skowy wraz z ka­sy­nem. Kie­dyś cała La Jauja sta­no­wiła prawdo­po­dob­nie jedno wiel­kie ru­mo­wi­sko skalne, które uprzątnęły sa­per­skie bul­do­żery oraz ła­dunki tro­tylu. Wy­spa stała się pła­ska, na­wet z mo­rza można było zo­ba­czyć ogro­dzone siatką i za­sie­kami z drutu kol­cza­stego resztki woj­sko­wych bu­dyn­ków, bun­krów, nie wy­ko­rzy­stane, rdzewie­jące kon­strukcje z że­laza.

Na drewniane molo wy­szedł do nas don Pe­dro, o czym poin­for­mo­wał mnie Fran­cesco za po­śred­nic­twem Flo­ren­tyny.

Był to wy­soki, przy­stojny Hiszpan ubrany z nie­na­ganną ele­gan­cją. Miał na sobie biały gar­nitur z tro­piku, olśnie­wa­jąco białą ko­szulę, szarą muszkę i ka­pe­lusz pa­nama. Na nasz wi­dok nie drgnęła mu po­wieka, choć mu­siał być zdu­miony, że oprócz skrzyń z żyw­no­ścią Fran­cesco przywiózł mu także nie­za­po­wie­dzia­nych gości.

— Wi­tam pań­stwa w La Jauja — po­witał nas po an­giel­sku, ze szczególną ga­lante­rią ca­łując dłoń Flo­ren­tyny. — Nasz hotel i ja oso­bi­ście zaw­sze rad wi­tam gości. Będą tu pań­stwo czuli się jak u sie­bie w domu.

Tym nie­mniej obej­rzał sta­ran­nie blan­kiety otrzymane przez nas w biu­rze po­dróży. A że tych blan­kie­tów nie można było do­stać bez hasła, za­pewne przyjął nas jako „swoich”, choć mu­siał być zdzi­wiony, że go o na­szym przy­byciu nie uprze­dzono.

Od razu na przy­stani Daw­son opo­wie­dział mu o swoim ojcu, który kazał mu od­wie­dzić La Jauja, a nas przedsta­wił jako swoich przyjaciół. Chciał też wrę­czyć mu nasze pasz­porty, ale don Pe­dro oświad­czył z cza­row­nym uśmie­chem na ustach:

— La Jauja to ta­kie miej­sce, gdzie nikt nie musi oka­zy­wać swego pasz­portu ani wy­ja­śniać, po co tu przy­był. W Kra­inie Szczęśli­wo­ści każdy gość może robić, co chce, z wy­jąt­kiem prze­kra­cza­nia ogrodze­nia z siatki i drutu. Na­pisy „Danger” ostrzegają, gdzie nie wolno cho­dzić, a to ze względu na ska­żenie ra­dio­ak­tywne, które po­zo­stało po cza­sach, gdy prze­by­wało tu woj­sko.

Po tych sło­wach wyjął z kie­szeni gwizdek, dmuchnął w niego i z ho­telu wy­bie­gło zaraz dwóch Mu­rzy­nów, któ­rzy chwycili nasze wa­lizki. Don Pe­dro oso­bi­ście za­pro­wa­dził nas do kli­ma­ty­zo­wa­nego hallu, a na­stęp­nie za­wiódł na dru­gie pię­tro, gdzie wskazał nam trzy poło­żone obok sie­bie po­koje. Gdy wyj­rza­łem przez okno, do­zna­łem uczucia, że zna­la­złem się w wię­zie­niu. Tuż pod oknami, o dwa piętra w dole, o wil­gotne i ostre skały roz­bijały się fale mo­rza. Wy­star­czyło po­sta­wić przy drzwiach strażnika, a by­liby­śmy uwięzieni. Inna sprawa, że te nasze cele były urzą­dzone luk­su­sowo, z wy­god­nymi me­blami i ob­szer­nymi ła­zien­kami, kli­ma­tyza­cją, lo­dówką wy­peł­nioną chło­dzo­nymi trun­kami.

— Na tym pię­trze nie ma in­nych gości — wy­jaśnił don Pe­dro. — To po­zwoli pań­stwu czuć się swo­bod­nie.

Na­stęp­nie spoj­rzał na zega­rek i rzekł:

— Ko­lacja bę­dzie za dwie go­dziny, to jest o osiemna­stej. Pro­szę zejść na dół, mi­nąć hall i przejść do ja­dalni, która znaj­duje się w par­tero­wym bu­dynku przy­bu­do­wa­nym do ho­telu. Tam mie­ściło się kie­dyś ka­syno ofi­cer­skie. Obok ja­dalni jest bar cocktai­lowy czynny do dwu­na­stej w nocy. Za trunki w barze płaci się od­dzielnie przy wy­jeź­dzie. Bar­man wszystko dopi­suje do ra­chunku.

Daw­son zajął pokój po lewej stro­nie, ja w środku, Flo­ren­tyna zaś wzięła po­kój prawy. Jej zale­żało na tym, aby mieszkać obok mnie, a ja chciałem są­sia­do­wać z Daw­so­nem, aby było się nam ła­twiej poro­zu­mie­wać.

Mu­rzyni wnieśli wa­lizki, don Pe­dro skło­nił się nam i od­szedł. Do kola­cji mie­liśmy dwie go­dziny, które nale­żało wy­ko­rzy­stać na ką­piel i wy­po­czy­nek. Ale przedtem Daw­son za­pytał Flo­ren­tynę:

— Czy ma pani w swoich wa­liz­kach ja­kieś listy lub przed­mioty, które mo­głyby ko­muś pod­sunąć po­dej­rze­nie, że współpra­cu­jemy z Biu­rem Ko­or­dy­na­cyj­nym? W tutej­szym ho­telu wpraw­dzie nie żą­dają pasz­por­tów do wglądu, ale prawdo­po­dob­nie do­kład­nie prze­szu­kują wa­lizki i po­koje.

Flo­ren­tyna za­prze­czyła. Ja rów­nież nie mia­łem żad­nych kom­pro­mi­tują­cych rze­czy. Tylko Daw­son, jak się oka­zało, przywiózł dużą torbę z ja­kimiś ta­jem­ni­czymi przedmio­tami.

— W sa­nato­rium Alva­reza zaj­mo­wa­łem się maj­ster­ko­wa­niem — wy­jaśnił. — Skonstru­owałem tro­chę elek­tro­nicz­nych apa­ratów, które mogą się nam przy­dać. Całą torbę z tymi rze­czami po­sta­no­wi­łem ukryć w jed­nym z wol­nych pokoi na na­szym pię­trze. My­ślę że po­trafię otworzyć ich zamki.

Wy­brali­śmy na ukry­cie torby pokój przylega­jący do klatki schodo­wej. Sta­ną­łem na cza­tach przy schodach, Daw­son zaś wziął torbę, bez trudu otworzył nie­skompli­ko­wany za­mek i torbę ukrył w ko­ryta­rzyku w sza­feczce na buty. Po­kój ten zresztą był taki sam jak nasze, tyle tylko że wy­cho­dził na połu­dnie i miał w oknie za­pusz­czone żalu­zje.

Po­tem Daw­son każ­demu z nas wrę­czył okrą­głe, pła­skie pu­de­łeczko, nieco mniejsze od pu­dełka z pa­stą do bu­tów. To były jego kon­strukcji mi­nia­tu­rowe nadawczo-od­bior­cze apa­raty, dzięki któ­rym mo­gli­śmy się poro­zu­mie­wać na odle­głość. Wy­star­czyło przy­ci­snąć wieczko apa­ratu, a w dwóch po­zo­sta­łych pu­deł­kach od­zy­wał się ci­chutki brzę­czyk. Na wieczku była re­klama cu­kier­ków mię­to­wych, apa­rat wy­glą­dał więc jak pu­de­łeczko z od­świe­żają­cymi cu­kier­kami.

Punktual­nie o osiemna­stej ze­szli­śmy do ja­dalni. Był to oszklony pa­wilon, gdzie w ogrom­nych, gli­nia­nych doni­cach mię­dzy stoli­kami stały duże palmy. Sto­lików nali­czy­łem dwa­dzie­ścia, ale gości za­sia­dło do kola­cji znacznie mniej. Nie­któ­rzy z nich jedli sa­mot­nie, inni — wi­dać do­brzy zna­jomi — sie­dzieli ra­zem. Rzu­ciły mi się w oczy dwie bar­dzo piękne, młode ko­biety, na mój gust, nieco zbyt wy­de­kol­to­wane i zbyt wy­zy­wa­jąco wy­ma­lo­wane. Sły­szało się roz­mowy w naj­róż­niej­szych języ­kach, przeważ­nie jed­nak po an­giel­sku, nie­miecku i po wło­sku.

Kim byli ci lu­dzie? Od razu wy­róż­niało się kilku zwy­kłych rze­zi­mieszków, mimo że ubrani jak bo­gaci dżentel­meni. Przeważ­nie jed­nak go­ście ho­telu don Pedra wy­glą­dali na ludzi bar­dzo kul­tu­ral­nych. Pa­no­wie w oku­la­rach pro­wa­dzili ze sobą roz­mowy o sztuce, pa­dały na­zwy naj­zna­ko­mit­szych gale­rii ma­lar­stwa i rzeźby, sły­szało się na­zwi­ska naj­wy­bit­niej­szych twór­ców daw­nych i współcze­snych. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że byli to znawcy przed­miotu, wy­słani tu przez bar­dzo bo­ga­tych ludzi po dzieła sztuki, albo wła­ści­ciele pry­wat­nych gale­rii, gdzie od czasu do czasu sprzeda­wano kra­dzione za­bytki.

Dwie słu­żące roz­no­siły sprawnie tale­rze z je­dze­niem. Nam podano odrobinę zupy żół­wio­wej, płaty mięsa z płe­twy re­kina oraz sa­łatkę z kre­we­tek. Flo­ren­tyna była tak głodna, że nie­mal rzu­ciła się na swoją zupę żół­wiową, ale za­nim ły­żeczką tra­fiła do ust, Daw­son tak jakoś nie­zręcznie trącił ją łok­ciem, że ły­żeczka upa­dła jej na pod­łogę. Kel­nerka na­tychmiast przy­nio­sła drugą, Daw­son jed­nak zdą­żył nam pole­cić, aby­śmy po­cze­kali z je­dze­niem.

— Bar­dzo długo uczyłem się wy­czu­wa­nia języ­kiem i pod­nie­bie­niem naj­drobniej­szego śladu ja­kiej­kol­wiek truci­zny w po­kar­mie — wy­jaśnił.

Po­sma­ko­wał zupy żół­wio­wej i ski­nął głową, że mo­żemy jeść. Zje­dli­śmy więc spo­koj­nie zupę. Wtedy Ralf spró­bo­wał mięsa z płe­twy re­kina i też ski­nął głową. Po­tem wziął do ust odrobinę sa­łatki z kre­we­tek, przez długą chwilę sma­ko­wał koń­cem ję­zyka i wreszcie szybko, tak żeby nikt nie za­uwa­żył, wy­pluł do pa­pie­rowej ser­wetki.

— Trójme­tok­syfe­nylo­ety­lo­amina — po­wie­dział. — I to w bar­dzo dużej dawce.

— Wy­ciąg z kak­tusa An­halo­nium Le­wini — uzu­peł­niłem, bo kie­dyś i ja inte­re­so­wa­łem się truci­znami oraz środ­kami nar­ko­tycz­nymi. — Po­wo­duje odu­rze­nie, halu­cy­nacje wzrokowe. In­nymi słowy, don Pe­dro po­sta­nowił nas odu­rzyć nar­koty­kiem i bez żad­nego sprzeciwu z na­szej strony spe­ne­tro­wać po­koje oraz rze­czy oso­biste.

— Boże drogi — jęk­nęła Flo­ren­tyna. — Le­żała­bym odu­rzona, a ja­kieś rze­zi­mieszki bu­szo­wa­łyby po moim po­koju. To prze­cież okropne. Bez­wolna ko­bieta, zdana na łaskę i nie­łaskę ob­cych ludzi. Źle zro­biłam, pa­nie To­ma­szu, nie słu­cha­jąc pana rady i nie po­zo­stając w Road Town.

— Te­raz już za późno — syk­ną­łem roz­gniewany.

A Daw­son dodał:

— Prze­cież nie musi pani jeść tych kre­we­tek.

Ko­rzy­stając z tego, że nikt nie zwracał na nas uwagi, dys­kret­nie zro­bił dołek w ziemi, która wy­peł­niała do­nicę z wielką palmą, znaj­du­jącą się tuż obok na­szego sto­lika i za­grze­bał w niej por­cje kre­we­tek. Po­tem stwierdził:

— Nie mamy żad­nych kom­pro­mi­tują­cych mate­ria­łów i mo­gli­by­śmy uda­wać, że śpimy snem nar­ko­tycz­nym po­zwalając im bu­szo­wać w na­szych po­ko­jach. Nie­stety, to nic przyjem­nego. Bo, a nuż ko­muś przyjdzie do głowy, aby przy oka­zji prze­nieść nas do in­nych po­mieszczeń i pod­dać po­tem prze­słu­cha­niu? Don Pe­dro zi­ry­tował mnie swoim pry­mi­tywi­zmem. Po­dać me­ska­linę w sa­łatce z kre­we­tek? To obu­rza­jące, tym bar­dziej że bar­dzo lubię kre­wetki... Po­sta­no­wi­łem go uka­rać. Mam kilka ma­łych bla­szek, które wy­star­czy wło­żyć w dziurkę od klu­cza i nikt, na­wet przy po­mocy zapa­so­wego klu­cza, nie zdoła otworzyć drzwi od ze­wnątrz.

Po kola­cji za­pro­po­no­wa­łem Flo­ren­tynie wi­zytę w ba­rze. Miałem na­dzieję, że może tam uda nam się do­wie­dzieć cze­goś o kra­dzieży.

Bar był urzą­dzony w stylu ame­ry­kań­skim. Za ogromną pół­okrą­głą ladą, przy któ­rej umiesz­czono wy­sokie stołki, stał Mu­rzyn i w mik­serze grze­cho­tał kost­kami lodu. W barze było nie­stety pra­wie pusto, jeśli nie li­czyć dwóch dys­tyn­go­wa­nych pa­nów o si­wych skro­niach, któ­rzy gło­śno, po an­giel­sku dys­ku­to­wali ze sobą na temat twór­czo­ści młodszego i star­szego Bru­egela. Nie wy­pa­dało nam się jed­nak wy­cofać. Za­jęli­śmy dwa miej­sca nie opo­dal owych dżentel­me­nów. Flo­ren­tyna za­mó­wiła whi­sky z wodą so­dową, a ja gin z toni­kiem.

— Wi­dział pan te dwie ko­biety, które jadły kola­cję? — za­py­tała. — Każda z nich mo­głaby panu bez trudu za­wró­cić w gło­wie. Na szczęście ja tutaj je­stem i czu­wam nad pa­nem.

— O tak, natu­ralnie — przytak­ną­łem z iro­nią. — Ale to jed­nak nie pani, tylko Daw­son uchronił mnie przed odu­rze­niem me­ska­liną, bo tak się na­zywa nar­kotyk, który nam chciał za­apli­ko­wać don Pe­dro. Czy jesz­cze nie prze­ko­nała się pani o nad­zwy­czaj­nych zdol­no­ściach tego czło­wieka?

— Jest świetnym de­tek­ty­wem. Po­słu­guje się znacznie no­wo­cze­śniej­szymi środ­kami niż pan, na przy­kład elek­tro­niką, o któ­rej pan, zdaje się, nie ma naj­mniejszego poję­cia. Pan wie­rzy bo­wiem jedy­nie w swoją in­teli­gen­cję. Ale to wszystko nie zna­czy, że on przy­był do nas z UFO.

Po­dając trunki bar­man bar­dzo uważnie spoj­rzał nam w oczy. Do­my­śli­łem się, że wie o por­cji me­ska­liny w sa­łatce z kre­we­tek i chce spraw­dzić, czy nar­kotyk za­czął działać, to zna­czy, czy mamy zwę­żone źre­nice. Nic ta­kiego jed­nak nie stwierdził, co go wy­raź­nie wprawiło w zdu­mie­nie.

Dystyn­go­wani pa­no­wie coraz gwałtow­niej dys­ku­to­wali o sta­rym i mło­dym Bru­egelu, a ja roz­ma­wia­łem z Flo­ren­tyną.

— Czy pan jest pe­wien, panie To­ma­szu, że będę bez­pieczna, jeśli blaszkę Daw­sona włożę w dziurkę od klu­cza? Może oni znają spo­soby, aby mimo tej blaszki otworzyć pokój pod­czas mego snu?

— Te­raz nie może pani wra­cać do Road Town. Wy­glą­da­łoby to bar­dzo po­dej­rza­nie.

— Za żadne skarby nie pójdę spać do swego po­koju. Nie­stety, bę­dzie pan mnie mu­siał przyjąć do wła­snego. Prze­śpię się na ka­napie.

— A jeśli w tym cza­sie oni wejdą do pani po­koju i pani w nim nie za­staną. Co sobie po­my­ślą?

— Że je­stem u swego na­rze­czo­nego. To prze­cież się zda­rza, prawda?

— Ta­kie na­rze­czone nie mają do­brej opi­nii — zwróciłem jej uwagę.

— A co mnie ob­cho­dzi ich opi­nia — wzruszyła ra­mio­nami. — To są zwy­kli gangste­rzy.

— O, nie wszyscy, droga pani. Ci dwaj dżentel­meni obok nas na pewno nie na­leżą do grona gangste­rów. Po pro­stu han­dlują skra­dzio­nymi dziełami sztuki.

Tymcza­sem bar­man znowu kil­ka­krot­nie za­glą­dał nam w oczy. Wreszcie za­nie­po­ko­jony gdzieś znik­nął, po­tem przy­szedł don Pe­dro, uprzejmie ski­nął nam głową, a na­wet grzecznie za­pytał, jak się czu­jemy. Od­po­wie­dzie­liśmy, że do­sko­nale, co go wy­raź­nie zmartwiło.

Oby­dwaj dys­ku­tu­jący dżentel­meni zwrócili się do nas o roz­strzyga­jącą opi­nię: kto był lep­szym mala­rzem, Bru­egel młodszy czy Bru­egel star­szy. Ja — zgodnie ze swym su­mie­niem — wy­razi­łem zda­nie, że oprócz dwóch braci Bru­ege­lów, star­szego i młodszego, ist­niał prze­cież także ich oj­ciec, Peter Bru­egel, zwany Chłop­skim. Jego obraz za­ty­tuło­wany „Ślepcy” uwa­żam za arcy­dzieło. Ze wszyst­kich więc Bru­ege­lów naj­wy­żej sta­wiam ojca. Panna Flo­ren­tyna nie wy­ja­wiła swej opi­nii, o ma­lar­stwie ni­der­landzkim nie miała, zdaje się, żad­nego poję­cia. Nie roz­strzygnę­liśmy więc sporu oby­dwu dżentel­me­nów, a czas pły­nął i pły­nął...

Do bar­mana przy­szedł inny Mu­rzyn, ku­charz w bia­łym kitlu i w białej czapce na gło­wie. Oby­dwaj po­kłó­cili się w ja­kimś nie­zro­zu­mia­łym dla mnie ję­zyku. Gdy ku­charz od­szedł, Flo­ren­tyna oświad­czyła z sa­tys­fak­cją:

— Czy wie pan, w ja­kim ję­zyku oni roz­ma­wiali? W su­ahili. Ku­charz oskarżył bar­mana o to, że me­ska­lina przez niego do­star­czona była nędznej jako­ści. Dał jej taką ilość do sa­łatki z kre­we­tek, że już dawno po­win­ni­śmy być nie­przytomni. Bar­man tłu­ma­czył, że nar­kotyk był bar­dzo do­bry i że on także nie poj­muje, czemu na nas nie po­działał.

Przy­szedł Ralf Daw­son. Szepnął nam, że pró­bo­wano otworzyć drzwi do po­koju panny Flo­ren­tyny, ale on usły­szał po­dej­rzany szmer i wyj­rzał na ko­ry­tarz. Jakiś osobnik tłu­ma­czył się, że po­mylił po­koje.

— Idź­cie już na górę — za­pro­po­no­wał. — A ty, To­ma­szu, nie po­zwól, aby pod­czas mej nie­obecności ktoś spró­bo­wał do­stać się do po­koju.

Daw­son zo­stał przy barze. Flo­ren­tyna, rzecz jasna, ani my­ślała wra­cać na noc do swojego po­koju. Przynio­sła do mnie koł­drę i po­duszkę, po­ście­liła mi na ka­napie.

— Dość tego! — pro­te­sto­wa­łem. — Prze­cież ma pani swój pokój.

— Za nic do niego nie wrócę. Boję się być sama.

Nikt nie usi­łował do­stać się do po­mieszcze­nia zaj­mo­wa­nego przez Ralfa, który wró­cił punktual­nie o dwu­na­stej w nocy, po za­mknięciu baru na dole. Wsunęli­śmy więc w dziurki od klu­cza małe blaszki i jesz­cze chwilę po­roz­ma­wia­liśmy ze sobą przez ściany po­koju przy po­mocy ma­łych pu­dełe­czek po mię­to­wych cu­kier­kach. Ustalili­śmy z Ral­fem plan działania na dzień na­stępny i za­snęli­śmy.

 


ROZDZIAŁ PIĘTNASTY [top]

ZABAWA Z GANGSTERAMI • STRASZLIWY RADIOODBIORNIK • PRZYGODA NA PLAŻY • PANNA BLANKA I JEJ PROPOZYCJA • EMIL OPROWADZA NAS PO SKAŻONEJ CZĘŚCI WYSPY • LĄDOWISKO UFO PROFESORA KNOXA • CZY FLORENTYNA OTRZYMA NOBLA? • TAJEMNE URZĄDZENIA • ZALICZKA OD DON PEDRA • JAK KUPIŁEM KOKAINĘ

 

Ra­nek za­czął się od tego, że już o świ­cie Flo­ren­tyna usły­szała z ła­zienki mój gło­śny śpiew:

 

Wszystkie dzwony biją,
wszystkie dzwony biją
bim-bam-bom
bim-bam-bom.

 

Nie je­stem mu­zy­kalny, nie mam głosu, ale gdy się golę, lubię po­śpiewać. Tak więc mój po­ranny kon­cert mu­siał po­iry­to­wać Flo­ren­tynę, choć nie do tego stop­nia, aby ją wy­stra­szyć z mego po­koju.

Przed zej­ściem na śnia­danie Ralf Daw­son zro­bił awanturę don Pe­drowi. Do­no­śnym gło­sem wy­jaśnił mu, że jest dżentel­me­nem przy­zwy­cza­jo­nym do tego, aby służba roz­pa­ko­wała jego wa­lizki, po­roz­kła­dała w od­po­wiednich miej­scach ko­szule i roz­wie­siła gar­ni­tury. On, Daw­son, bę­dzie przez całe przedpołu­dnie na plaży, niech więc w tym cza­sie służba zrobi po­rzą­dek w jego po­koju.

Nie­trudno so­bie wy­obra­zić zdu­mie­nie don Pedra. Ka­zał do­sypać nar­ko­tyku do po­sił­ków, aby móc spe­ne­tro­wać nasze po­koje, co się nie udało, a te­raz Daw­son sam mu to uła­twia. Po tej awanturze don Pe­dro chyba długo się za­sta­na­wiał, kim na­prawdę jeste­śmy, skoro po­zwalamy za­po­znać się z za­war­to­ścią na­szych wali­zek.

Zje­dli­śmy śnia­danie i wy­szli­śmy przed hotel, wprost na piaszczy­stą dużą plażę. Na pia­sku roz­sta­wiono ko­sze do opa­lania, le­żaki i para­sole. Za­jęli­śmy są­sia­du­jące z sobą kosze. Obok wy­brali sobie miej­sce dwaj pa­no­wie wciąż dys­ku­tu­jący o Bru­egelu Star­szym i Bru­egelu Młodszym, nieco zaś dalej usia­dła prze­piękna blon­dynka o nie­zwy­kle dłu­gich wło­sach i tak samo dłu­gich no­gach. Ralf Daw­son miał ze sobą tury­styczny ra­dio­od­bior­nik, który gło­śno grał. A że nie­na­wi­dzę gra­ją­cych na plaży ra­dio­od­bior­ni­ków, za­py­tałem zło­śli­wie Daw­sona, czy oni, lu­dzie z Przy­szło­ści, też żyją w nie­ustannym ja­zgo­cie mu­zyki ra­dio­wej.

— To przy­zwy­cza­jenie, któ­rego na­bra­łem w cza­sie te­raź­niej­szym — wy­szczerzył zęby Daw­son. — Lecz jeśli ci to prze­szka­dza, To­ma­szu, przejdę się tro­chę i nie będę ci za­kłó­cał spo­koju.

I rze­czy­wi­ście, zaj­rzał na przy­stań, po­tem ob­szedł do­okoła cały hotel, nie zbli­żając się jed­nak za­nadto do roz­cią­gają­cego się o kil­ka­dzie­siąt me­trów za głównym bu­dyn­kiem wy­so­kiego ogrodze­nia z napi­sami „Danger”, czyli Nie­bez­pie­czeń­stwo. W pew­nym mo­men­cie pod­szedł do niego don Pe­dro, jak gdyby za­nie­po­ko­jony ewentual­no­ścią, że Daw­son może zlek­ce­wa­żyć ostrze­gaw­cze na­pisy. Oby­dwaj długo o czymś roz­ma­wiali, ale chyba bar­dzo przyjaźnie, gdyż Ralf raz po raz wy­bu­chał śmiechem. Wreszcie Daw­son zo­sta­wił swój ra­dio­od­bior­nik na brzegu, a sam sko­czył do mo­rza i znik­nął mi z oczu w pia­nie two­rzo­nej przez fale mor­skie. Nie wy­cho­dził z wody dość długo. W końcu jed­nak zo­ba­czy­łem go sie­dzą­cego na przy­stani i słu­cha­ją­cego mu­zyki ze swego ra­dio­od­bior­nika.

Pod­chwyciłem spoj­rze­nie dłu­go­wło­sej blon­dynki z po­bli­skiego ko­sza. Na szczęście nie za­uwa­żyła tego Flo­ren­tyna, jej bo­wiem z kolei przy­glą­dali się oby­dwaj pa­no­wie dys­ku­tu­jący o Bru­ege­lach.

— Zdaje mi się, że zro­biła pani na nich wiel­kie wra­żenie — poin­for­mo­wa­łem Flo­ren­tynę. — To szansa na roz­mowę z nimi. Warto do­wie­dzieć się, skąd tu przy­byli i czym się zaj­mują. Prze­cież mu­simy usta­lić, czy ta wy­spa jest rze­czy­wi­ście miej­scem, gdzie gang don Ste­fano gro­ma­dzi swoje łupy. Pro­szę na­wią­zać kon­takt z tymi pa­nami. Tylko, na mi­łość bo­ską, ani słowa o Biu­rze Ko­or­dy­na­cyj­nym. Niech pani wcieli się w rolę tak zwa­nej „słodkiej idiotki”...

— To bar­dzo, bar­dzo trudne — zmartwiła się Flo­ren­tyna. — In­teli­gent­nej ko­bie­cie nie jest łatwo uda­wać idiotkę.

— Niech pani bę­dzie przy­najmniej słodka.

Udałem, że idę na przy­stań do Daw­sona. Dwaj pa­no­wie na­tychmiast wy­ko­rzy­stali moją nie­obecność, aby prze­nieść się do kosza za­ję­tego przez Flo­ren­tynę. Ja na­to­miast po­sze­dłem do dłu­go­wło­sej i dłu­go­no­giej blon­dynki.

— Bar­dzo chciałam, aby pan pod­szedł do mnie — po­wie­działa mi po an­giel­sku. — Wy­gląda pan na czło­wieka od­waż­nego i sprytnego. Dla­tego chcę pana pro­sić o po­moc. Na imię mam Blanka. Je­stem de­tek­ty­wem z tak zwa­nego Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego, zaj­mu­ją­cego się walką ze zło­dziejami dzieł sztuki. Przed tygo­dniem w Ca­racas zo­sta­łam zwa­biona do za­par­ko­wa­nego pod moim ho­telem sa­mo­chodu i po uśpieniu nar­koty­kami, przewie­ziona tutaj śmi­głowcem. Więżą mnie, choć wię­zów na mo­ich rę­kach nie wi­dać. Nie­stety, z tej wy­spy nie można się wy­do­stać bez zgody don Pedra. Czy po­może mi pan uciec?

— Natu­ralnie — za­wo­łałem z entu­zja­zmem. — Tak ład­nej ko­bie­cie zaw­sze je­stem go­tów po­móc.

— Ach, pro­szę nie mó­wić o mojej uro­dzie. Nie czas na flirty. Ja na­prawdę mu­szę stąd uciec. Pan też jest z Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego, prawda?

— Ja? — zdu­mia­łem się. — Owszem, kie­dyś pra­co­wa­łem w biu­rze, ale to było Biuro Rze­czy Zna­le­zio­nych. Przeważ­nie lu­dzie gubią para­solki i nimi się zaj­mo­wa­łem. Od pew­nego czasu żyję na koszt swego przyja­ciela, który jest sy­nem mi­lio­nera. Po­pro­szę go o radę i na pewno pani po­mo­żemy. Czy ma pani jakiś po­mysł?

— Nie. A pan?

— Też nie. Je­stem tu do­piero od wczoraj.

— No cóż — wes­tchnęła głę­boko. — Bę­dziemy mu­sieli wspólnie ob­my­ślić plan działania.

— Tak, tak — pod­chwyciłem z entu­zja­zmem. — W któ­rym po­koju pani mieszka? Mu­simy się spo­tkać sam na sam, bez świadków.

Jej twarz na­brała od­py­cha­ją­cego wy­razu.

— Pan mnie, zdaje się, źle zro­zu­miał — rze­kła chłodno. — Nie chcę na­wią­zać z pa­nem ro­mansu, ale po­trze­buję po­mocy.

— Tak, tak, natu­ralnie. Wła­śnie to mia­łem na myśli — chwyciłem jej dłoń i zło­ży­łem na niej go­rący po­cału­nek.

Wy­rwała mi swoją rękę, wstała i ode­szła obra­żona.

„Może ona jed­nak na­prawdę jest z Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego?” — za­sta­na­wia­łem się pa­trząc w ślad za nią. Ale już po chwili moje wąt­pli­wo­ści zo­stały roz­wiane. Przywo­łałem kel­nera, który roz­nosił po plaży na­poje, i za­py­tałem go, gdzie mieszka panna Blanka.

— Ona nie jest panną, lecz mę­żatką. I mieszka ze swym mę­żem, pa­nem Gru­be­rem, na pierwszym pię­trze w po­koju sto jede­na­ście — wy­jaśnił mi, wskazując owego męża, opa­lają­cego się nad wodą. Był to osi­łek o tępej twa­rzy gangstera z fil­mów kry­mi­nal­nych.

Ode­tchnąłem z ulgą, bo udało mi się omi­nąć pu­łapkę, a po­nie­waż wła­śnie ode­zwał się gong na obiad, po­śpie­szy­łem do swego po­koju. Po chwili przy­szła także Flo­ren­tyna.

— I co to za jedni, ci dwaj dżentel­meni? — za­py­tałem.

— Han­dla­rze dziełami sztuki. Je­den z nich ma anty­kwa­riat w Lon­dynie na Pica­dilly Cir­cus, a drugi w dzielnicy Chel­sea. Sły­szeli wczoraj w barze naszą roz­mowę w ję­zyku pol­skim i wzięli nas za parę Jugo­sło­wian.

— Czy zna pani ich na­zwi­ska?

— Owszem.

— Prze­ka­żemy je Con­no­rowi, a ten przyjrzy się działalno­ści oby­dwu anty­kwa­riu­szy. O co panią pytali?

— Jaki jest naj­większy i naj­droż­szy ma­larz jugo­sło­wiański. Po­wie­działam, że Jan Ma­tejko.

— I co?

— Oka­zało się, że o takim mala­rzu w ogóle nie sły­szeli. Byli jesz­cze bar­dziej zdziwieni, gdy ich poin­for­mo­wa­łam, że swego czasu pró­bo­wał pan ukraść ob­raz za­ty­tuło­wany „Bitwa pod Grunwal­dem”. Ale to tak ogromne płótno, że nie mógł go pan wy­nieść z mu­zeum i w do­datku na­bawił się pan dys­ko­patii. Z po­wodu tego ob­razu mu­siał pan opu­ścić War­szawę.

— Co ta­kiego?!

— No, tak. Oni sądzą, że War­szawa jest sto­licą Jugo­sła­wii, a Bel­grad leży w Pol­sce. Czy pan nie zna An­gli­ków, któ­rzy nigdy nie na­uczą się geo­grafii? My­ślę, że przyje­chali tutaj, gdyż za­ofe­ro­wano im do sprzedaży ja­kieś ob­razy Bru­ege­lów. Za­sta­na­wiają się, który ma kupić Star­szego, a który Młodszego Bru­egela.

Po­szpe­rałem w swej pa­mięci.

— Dwa lata temu z pry­wat­nej ko­lekcji w Am­ster­da­mie skra­dziono dwa płótna Bru­ege­lów. Wniosek sam się na­rzuca: te ob­razy są tutaj, w se­za­mie don Ste­fano.

Pod­czas obiadu spo­tkali­śmy się z Ral­fem Daw­so­nem. Poin­for­mo­wa­łem go o swej roz­mo­wie z panią Blanką Gru­ber oraz o dwóch anty­kwa­riu­szach z Lon­dynu.

— Oni mu­szą tu mieć nie­źle za­opa­trzony ma­ga­zyn z dziełami sztuki — po­wie­dział Daw­son. — Dzieł sztuki nie można trzymać byle jak, gdyż łatwo mogą ulec zniszcze­niu i stracą na war­tości. In­nymi słowy, na tej wy­spie chyba znaj­duje się ma­ga­zyn z kli­ma­tyza­cją, stałą tem­pe­ra­turą itd. Ty, jako mu­zeal­nik, znasz się na tym lepiej. Ta­kie po­mieszcze­nie wy­maga dużej ilości ener­gii elek­trycznej, a to po­zwoli nam je zlo­kali­zo­wać. I to jesz­cze dziś po połu­dniu. Don Pe­dro, któ­remu opo­wie­działem histo­rię swego ojca, zgo­dził się, abym zwiedził całą wy­spę. Po­sta­wił tylko jeden wa­runek: przewod­ni­kiem bę­dzie nie­jaki Emil, który mnie i was po­pro­wa­dzi sobie tylko znaną ścieżką mię­dzy bu­dowlami po­sta­wio­nymi przez woj­sko. Wy­ru­szymy za­raz po sje­ście. A te­raz zjedzmy coś.

Ralf, po­dob­nie jak wczoraj, pró­bo­wał wszyst­kich po­traw. Zupa, jego zda­niem, nadawała się do je­dze­nia. Tak samo pie­czy­ste. Na­to­miast sa­łatka z ana­na­sów była za­truta nar­koty­kiem.

— To znowu me­ska­lina — oświad­czył Ralf. — Do licha, tego już za wiele. Po­zwo­lili­śmy im dzi­siaj przed połu­dniem spe­ne­tro­wać do­kład­nie nasze wa­lizki. Mało im tego? Chcą jesz­cze rewi­zji oso­bistej? To za­czyna mnie iry­to­wać.

— Nar­ko­tyki daje nam bar­man i ku­charz — ode­zwała się Flo­ren­tyna. — Rozma­wiali o tym wczoraj w barze w ję­zyku su­ahili.

— Su­ahili — pod­chwycił w za­my­śle­niu Daw­son, a po­tem uśmiech roz­jaśnił jego twarz. — Zdaje się, że zna­la­złem spo­sób, aby raz na zaw­sze od­uczyć ich apli­ko­wa­nia nam nar­koty­ków.

Po sje­ście ze­brali­śmy się w po­koju Ralfa, skąd mie­liśmy wy­ru­szyć na zwiedza­nie wy­spy. Emil przy­szedł po nas. Był to bar­czy­sty drab o tę­pa­wej twa­rzy i kwa­dra­towej szczęce. Bez prze­rwy żuł gumę, trzymał ręce w kie­sze­niach dżin­sów i od­nosił się do nas z wy­raź­nym lek­ce­wa­że­niem.

— Se­#241;or Pe­dro pole­cił mi po­kazać wam wy­spę. No, to jazda, idziemy — roz­kazał nie­grzecznie.

Nie zale­żało nam na wszczy­naniu kłótni. Po­słusznie opu­ścili­śmy hotel i pro­wa­dzeni przez Emila do­brnęliśmy do ogromnej bramy z gru­bej siatki. Na bra­mie wi­siała wielka kłódka, Emil wyjął klucz, otworzył ją i w mil­cze­niu po­wiódł nas po sze­ro­kim, beto­no­wym pasie star­to­wym. Pas ten był do­brze utrzymany, wszystkie pęk­nię­cia i szczeliny za­ła­tano ce­mentem, co nas upewniło, że lą­dują tu nadal sa­mo­loty. Ów pas star­towy prze­cinał wy­spę z połu­dnia na pół­noc i poza nim cały teren wy­da­wał się jed­nym wiel­kim ru­mo­wi­skiem sta­rych, prze­rdzewia­łych ma­szyn bu­dowla­nych, nie do­koń­czo­nych bu­dyn­ków z ce­gły i ce­mentu, bla­sza­nych han­ga­rów i ga­raży. Zie­mię pora­stała już trawa i ja­kaś pod­zwrotni­kowa ro­ślin­ność. Ile­kroć usi­ło­wali­śmy zejść z pasa star­to­wego, Emil od­zy­wał się groź­nie:

— Nie wolno. To teren ska­żony che­micznie i ra­dio­ak­tywny.

Na­wet gdy chciałem za­palić pa­pie­rosa, ode­brał mi go i oświad­czył:

— Nie wolno. Tu i ów­dzie żoł­nie­rze zo­sta­wili skrzynki z mate­ria­łem wy­bu­cho­wym.

Nie wie­rzy­łem w to wszystko, iry­to­wała mnie nie­moż­ność za­pale­nia pa­pie­rosa i jesz­cze bar­dziej gra­jący do­no­śnie tury­styczny ra­dio­od­bior­nik Daw­sona. Że też go mu­siał za­brać ze sobą na­wet na zwiedza­nie wy­spy. Zda­wało mi się, że z któ­regoś z han­ga­rów do­biega szczekanie psów, ale mu­zyka za­głu­szała te od­głosy. Po­pro­siłem Ralfa, aby wy­łą­czył ra­dio­od­bior­nik, ale Emil za­pro­te­sto­wał:

— A dla­czego? Fajna mu­zyczka, ja taką lubię.

Wreszcie po pasie star­to­wym do­szli­śmy na drugi ko­niec wy­spy. Znowu uj­rza­łem skały za­le­wane fa­lami Mo­rza Ka­raib­skiego.

Za­nie­po­koił mnie wy­raz twa­rzy Flo­ren­tyny. Z naj­większym za­chwytem roz­glą­dała się po wy­spie, po ru­mo­wi­skach zbrojo­nego be­tonu, bla­sza­nych pu­dłach z fa­listej bla­chy, pordze­wia­łych czę­ściach ja­kichś dziwnych ma­chin, zwojach drutu i ka­bli, nik­ną­cych w zie­leni roślin szy­nach ko­lejo­wych. Z po­dzi­wem pa­trzyła na czarne, lśniące jak lawa skrawki skał i ziemi wy­pa­lone jaki­miś środ­kami che­micznymi, roz­siane tu i ów­dzie stożki sto­pio­nej i błyszczą­cej jak szkło stali, na któ­rej być może żoł­nie­rze wy­pró­bo­wy­wali działanie mio­taczy ognia. Ta wy­spa miej­scami zda­wała się przy­po­mi­nać sta­ro­żytną Pompeję lub Her­kula­num z resztkami wznoszą­cych się ka­miennych łu­ków nie ist­nie­ją­cych lub nie do­koń­czo­nych bu­dowli.

— Tak. Wszystko się zga­dza — wy­krzyknęła rap­tem z dzi­kim entu­zja­zmem. — Tak wła­śnie pro­fesor Al­fons Knox z De­troit opi­sał miej­sca lą­do­wa­nia Nie­zi­den­tyfi­ko­wa­nych Obiektów La­tają­cych. Byli tutaj przed kil­koma laty i wrócą. Wkrótce wrócą. Małe, zie­lone lu­dziki za­peł­nią tę wy­spę...

Emil wy­pluł swoją gumę do żucia.

— Na wy­spie urzę­do­wali bry­tyj­scy żoł­nie­rze. Oj­ciec obecnego tu pana Daw­sona wznosił te bu­dowle.

— Oj­ciec pana Daw­sona — z iro­nią pod­chwyciła Flo­ren­tyna. — I pan dał się na to na­brać, po­czciwy czło­wieku? To były UFO. Małe, zie­lone lu­dziki. Opis z książki pro­fe­sora Knoxa zga­dza się z tym, co tu oglą­dam. One tu wrócą. Usły­szy­cie naj­pierw ta­jemne głosy, po­tem me­ta­lowe przed­mioty za­czną się giąć, jak gdyby zro­biono je z pla­ste­liny. Uj­rzy­cie straszliwy blask i oślepnie­cie. Na­tychmiast napi­szę list do pro­fe­sora Knoxa i do­kład­nie wskażę mu miej­sce, gdzie znaj­duje się lą­do­wi­sko UFO. Otrzymam na­grodę No­bla w dzie­dzi­nie UFO-lo­gii.

Od­cią­gną­łem na bok Flo­ren­tynę i rze­kłem groź­nie:

— Jesz­cze jedno słowo, panno Flo­ren­tyno, a oso­bi­ście otruję pa­nią ar­sze­ni­kiem. Mam na to ze­zwolenie dy­rek­tora Mar­czaka. Po­wie­dział mi wy­raź­nie: pro­szę ją otruć, jeśli bę­dzie panu prze­szka­dzać, biorę tę sprawę na swoje dy­rek­tor­skie su­mie­nie.

— Nie wie­rzę panu — od­rze­kła.

Wró­ciłem do Emila i oświad­czy­łem uspoka­ja­jąco:

— Pan wy­ba­czy, Emilu, dziwne słowa mojej na­rze­czo­nej.

— Ale ta pani...

— Ta pani nie jest cał­kiem nor­malną ko­bietą — przy­szedł mi w su­kurs Daw­son. — W dzie­ciń­stwie nia­nia stra­szyła ją ma­łymi, zie­lo­nymi lu­dzi­kami i od­tąd cza­sami ma ataki stra­chu. Pan chyba przy­znaje, że to miej­sce budzi lęk?

— To prawda — ski­nął głową Emil. — Dla­tego lepiej wra­cajmy do ho­telu.

W po­wrotnej dro­dze Daw­son, rzu­cając ostatnie spoj­rze­nie na ru­mo­wi­ska wy­spy, ob­wie­ścił z dumą:

— I po­my­śleć, panie Emilu, że to wszystko bu­do­wał mój oj­ciec, puł­kow­nik Daw­son, inży­nier i saper.

Emil wzruszył ra­mio­nami:

— Nic mnie to nie ob­cho­dzi. Don Pe­dro kazał was oprowa­dzić, ale ga­dać z wami mi nie pole­cił. A ja nie lubię strzępić ję­zyka po próż­nicy.

Daw­son ze zro­zu­mie­niem po­kiwał głową.

— Szkoda, panie Emilu. Bo do­wie­działby się pan ode mnie cze­goś ta­kiego, czego nie wie nikt na świe­cie. Zresztą być może woj­sko zdra­dziło ta­jem­nicę wy­spy panu don Pe­dro, skoro zde­cy­do­wał się ją wy­nająć.

— Nic nie ro­zu­miem... — wzruszył ra­mio­nami Emil.

— Ja też nic z tego nie ro­zu­miem — zgo­dził się z nim Daw­son. — Pa­mię­tam tylko, co mi oj­ciec opo­wia­dał. Zbu­do­wano na wy­spie cały sys­tem pod­ziemnych schronów i ko­ryta­rzy, które na wy­pa­dek wojny i ewa­ku­acji można zalać przy po­mocy jed­nego ruchu spe­cjalną dźwignią. To bar­dzo do­brze, że nikt nie cho­dzi po wy­spie, bo już parę lat upły­nęło, dźwignię i to całe spe­cjalne urzą­dze­nie rdza prze­żarła. Wszystkie pod­ziemne schrony i ko­ryta­rze na pewno już dawno zo­stały za­lane wodą.

— Co ta­kiego? — prze­raził się Emil.

— A tak... — bez­tro­sko stwierdził Daw­son. — Po­dobne urzą­dze­nia wy­ma­gają stałej kon­ser­wacji. Don Pe­dro słusznie robi, że tu ni­kogo nie wpuszcza.

I Daw­son ru­szył po pasie star­to­wym w po­wrotną drogę do ho­telu. A Emil raz po raz za­bie­gał mu drogę i wy­py­tywał z nie­po­ko­jem:

— Pana oj­ciec to wszystko bu­do­wał? A nie po­wie­dział, gdzie jest to urzą­dze­nie?

— To ta­jem­nica woj­skowa. Zresztą mnie to nie inte­re­so­wało. Co pana ob­cho­dzi ta sprawa? Sam pan mó­wił, że tu nikt nie cho­dzi. A już chyba nikt nie jest taki głupi, żeby wła­zić w pod­ziemne ko­ryta­rze i schrony, zro­bione kie­dyś przez woj­sko.

Emil po­śpiesznie za­mknął bramę i za­wie­sił na niej wielką kłódkę, po­tem w te pędy po­biegł do ho­telu. A my wró­cili­śmy do pokoi, w któ­rych prawdo­po­dob­nie znowu od­była się do­kładna re­wizja. Daw­son stwierdził, że w jego po­koju w spe­cjal­nym wy­drą­żeniu w no­dze od stołu za­monto­wano czuły mi­kro­fon. Owi­nął ów mi­kro­fon watą, a na­stęp­nie na­resz­cie wy­łą­czył swoje tu­ry­styczne radio. Po­tem — jak pre­stidi­gita­tor — za­czął ze spe­cjal­nej skrytki w radiu wy­cią­gać foto­gra­fie zaka­zanej do zwiedza­nia czę­ści wy­spy.

— Moje radio nie tylko robi zdję­cia, ale zaraz i od­bitki — po­chwalił się. — A grać mu­siało, po­nie­waż chciałem za­głu­szyć trzask mi­gawki. Poza tym jest na nim czerwona strzałka do stro­jenia głosu. Otóż ta strzałka w rze­czy­wi­stości wskazuje natę­żenie pola elek­tro­ma­gne­tycz­nego. W ten spo­sób wiem, gdzie jest elek­trownia oraz w któ­rym miej­scu na­stę­puje naj­większy po­bór mocy.

Z try­um­fem spoj­rza­łem na Flo­ren­tynę. Miałem na­dzieję, że wreszcie uwie­rzyła w Daw­sona jako czło­wieka z Przy­szło­ści. Ale ona miała inne zda­nie.

— Sły­sza­łam, że no­wo­cze­śni de­tek­tywi po­słu­gują się po­dob­nymi rze­czami. Nie to co pan, panie To­ma­szu. Pan jest de­tek­ty­wem ar­cha­icz­nym.

Tymcza­sem Daw­son poło­żył palec na usta, dając nam znać, aby­śmy odtąd uwa­żali na swoje słowa. Od­winął mi­kro­fon z waty i za­czął z nami roz­mowę o po­go­dzie. Jed­no­cze­śnie ukrył w kie­szeni zdję­cia zro­bione przy po­mocy ra­dio­od­bior­nika.

Po chwili za­pukał do nas don Pe­dro. Był nie­zwy­kle uprzejmy, raz po raz śmiał się z byle po­wodu, nie po­trafił jed­nak ukryć nie­po­koju. Po ja­kimś cza­sie wy­jawił po­wód swej wi­zyty:

— Mó­wił mi Emil, że pan, se#241;or Daw­son, wie o ja­kiejś ta­jem­ni­czej dźwigni, która może spo­wo­do­wać zala­nie pod­ziemnych schronów i ko­ryta­rzy.

— Opowia­dał mi o tym mój oj­ciec, puł­kow­nik Daw­son — przytaknął uprzejmie Ralf. — Ale nie bar­dzo ro­zu­miem, czemu ta sprawa za­inte­re­so­wała pana. Wszak pra­wie cała wy­spa jest ogro­dzona, wstęp na nią za­bro­niony, a więc ni­komu nie grozi nie­bez­pie­czeń­stwo.

— To prawda — ski­nął głową don Pe­dro. — Rzecz jed­nak w tym, że to utrudnia działal­ność memu tu­ry­stycznemu przedsię­bior­stwu. Grozi mi ban­kructwo, po­nie­waż tury­ści nie­chęt­nie od­wie­dzają miej­sca ska­żone ra­dio­ak­tyw­nie i che­micznie. Mam za­miar we­zwać tu sape­rów i che­mi­ków, teren wy­spy roz­mi­no­wać, zneutrali­zo­wać działanie szkodli­wych czynni­ków. I gdyby to było moż­liwe, otworzyć dla tury­stów pod­ziemne schody i ko­ryta­rze.

— Nie za­uwa­ży­łem, aby pan chęt­nie ich witał — stwierdzi­łem cierpko. — A na­wet prze­ciw­nie.

— To prawda, se#241;or — zgo­dził się ze mną don Pe­dro. — Nie mogę ludzi nara­żać na utratę zdrowia, a kto wie, może na­wet życia. Ban­kru­tuję, ale przy­najmniej mam czy­ste su­mie­nie.

Ralf Daw­son po­wie­dział ze współczu­ciem w gło­sie:

— Ro­zu­miem pana, don Pe­dro. Mój oj­ciec po­ka­zy­wał mi kie­dyś plany bu­dowli woj­sko­wych na wy­spie i na­wet wskazał miej­sce, w któ­rym za­monto­wano urzą­dze­nie do za­le­wa­nia wodą ko­ryta­rzy na wy­pa­dek ewa­ku­acji. Nie­stety, nie inte­re­so­wa­łem się bliżej tą sprawą. Ale gdyby pan po­kazał mi plany wy­spy, być może przy­po­mniałbym sobie, gdzie znaj­duje się to urzą­dze­nie.

Tak, to było świetnie za­grane. Daw­son chciał obej­rzeć mapę wy­spy. Ale don Pe­dro nie był pierwszym lep­szym oprysz­kiem, który da się na­brać na taką pro­po­zycję. Oświad­czył su­cho:

— Nie po­sia­dam pla­nów wy­spy i jej woj­sko­wych urzą­dzeń. Na­to­miast, gdyby tak pan, se#241;or Daw­son, był uprzejmy za­pytać o to swego ojca, całą sprawę można by roz­wią­zać po­myślnie. Oczywi­ście za wy­na­gro­dze­niem.

— Za ile? — za­pytał Daw­son.

— Hm — chrząknął don Pe­dro. — Po­wiedzmy, że za ty­siąc dola­rów.

— Za dzie­sięć ty­sięcy. I za­liczkę otrzymam zaraz w wy­soko­ści ty­siąca dola­rów — twardo od­po­wie­dział Ralf.

— Zgoda — wes­tchnął don Pe­dro. — W jaki spo­sób pan skontak­tuje się z oj­cem?

Daw­son wzruszył ra­mio­nami:

— Tam do li­cha, prze­cież chyba po­siada pan tu na wy­spie jakąś ra­dio­stację? Po pro­stu nadam depe­szę iskrową do ojca, po­dam wa­szą czę­sto­tli­wość, ha­sło wy­wo­ław­cze i on prze­śle od­po­wiedź tą samą drogą.

— Zgoda. Czy mógłby pan to uczynić zaraz?

— O nie — za­pro­te­sto­wał Daw­son. — Teraz chciałbym się wy­ką­pać i prze­brać do kola­cji. Mu­szę też przy­go­to­wać treść depe­szy, aby mój oj­ciec nie po­my­ślał, że za­czą­łem pra­co­wać dla ob­cego wy­wiadu. De­peszę nadam jutro rano, na­to­miast o za­liczkę pro­szę zaraz. Mój oj­ciec jest bar­dzo bo­gaty, ale mnie nie roz­pieszcza.

Don Pe­dro wyjął port­fel, odli­czył banknoty, skło­nił się i opu­ścił pokój. Wtedy Ralf kiw­nął na nas głową i prze­nie­śli­śmy się do dru­giego po­koju, gdzie nie było pod­słu­chu. Tu Daw­son po­dzie­lił się ze mną za­liczką od don Pedra.

— To na­wet bę­dzie uczciwiej, jeśli na tej wy­spie za­ba­wicie się za pie­nią­dze gangste­rów, a nie Ko­misji Ko­or­dy­na­cyj­nej — po­wie­dział śmiejąc się gło­śno.

— I na­prawdę na­dasz depe­szę? — za­inte­re­so­wa­łem się.

— Nie martw się — po­kle­pał mnie po ra­mie­niu. — Naj­waż­niej­sze, że od tej chwili nie grozi nam żadne nie­bez­pie­czeń­stwo. Będą cze­kać na od­po­wiedź.

Za­uwa­ży­łem, że Flo­ren­tyna jest coraz bar­dziej za­chwycona Daw­so­nem. Oka­zał się no­wo­cze­snym de­tek­ty­wem, gdy ja by­łem pte­ro­dak­tylem tego za­wodu. Nic dziwnego, że mieli przede mną ja­kieś ta­jem­nice. Flo­ren­tyna znik­nęła w po­koju Daw­sona, a ja sa­mot­nie po­sze­dłem do baru.

Ze znu­dzoną miną przejrza­łem spis trun­ków i za­py­tałem czar­nego bar­mana:

— Czy nie ma­cie tu cze­goś moc­nego?

— Co pan ma na myśli, se­#241;or?

— Coś god­nego prawdzi­wego męż­czy­zny — do­da­łem ze zna­czą­cym uśmiesz­kiem na ustach.

— Cho­dzi panu może o trawkę? — za­pytał.

Trawką na­zy­wano pa­pie­rosy z ma­rihu­aną.

Po­gar­dli­wie wzruszy­łem ra­mio­nami:

— Trawka mnie już nie bawi, chłopcze. To dobre dla mło­ko­sów. Po­trze­buję cze­goś kon­kret­nego.

Po­chylił się ku mnie i wy­szeptał:

— Se­#241;or re­flektuje na me­ska­linę?

Ro­ze­śmiałem się z tą samą po­gardą.

— Te rze­czy za­ży­wa­łem już w tak wiel­kich daw­kach, że mój orga­nizm zu­peł­nie się uod­por­nił. Po­wie­działem: coś moc­niej­szego. Może być he­roina.

— Nie dys­po­nu­jemy he­roiną, se­#241;or — zmartwił się bar­man. — Może być tylko me­ska­lina.

— To już wiem — oświad­czy­łem dwu­znacznie, ale on nie pod­chwycił ironii. — Tra­fiłem do nędznej budy. W takim razie po­pro­szę tonik bez ginu.

Podał mi tonik, a na­stęp­nie za­tele­fo­no­wał do­kądś i coś ko­muś tłu­ma­czył w ję­zyku su­ahili. Do­my­śli­łem się, że wy­ja­śnia ku­cha­rzowi, dla­czego me­ska­lina na nas nie po­działała. Byli­śmy po pro­stu uod­por­nieni na te nar­ko­tyki.

Bar­man za­koń­czył roz­mowę, wró­cił do mnie i rzekł.

— Py­tałem mego przyja­ciela ku­cha­rza, czy nie ma cze­goś do­brego na skła­dzie. Otóż, jeśli pan re­flektuje na kokę, to mogę ją dla pana zna­leźć. Pięć­set dola­rów za pa­czuszkę.

Koka to była w prze­stęp­czym żar­gonie na­zwa ko­kainy.

— No cóż, niech bę­dzie — wes­tchnąłem z ubo­le­wa­niem. — Ale chciałbym ją mieć zaraz.

— W po­rządku. Mieszkam ra­zem z ku­cha­rzem w bocznym pa­wilo­niku dla służby. Po­kój nu­mer osiem. Nie mogę opu­ścić baru, więc niech pan sam tam pój­dzie, a ja tele­fo­nicz­nie uprzedzę ku­cha­rza.

Tak się też stało. Od­nala­złem pa­wilon dla służby, ni­ski bu­dy­nek par­te­rowy z dłu­gim ko­ryta­rzem i nu­me­ro­wa­nymi po­ko­jami po oby­dwu stro­nach. Za­pu­ka­łem do po­koju nu­mer osiem, otworzył ku­charz w bia­łym kitlu i spi­cza­stej czapce na gło­wie. Bez słowa wrę­czył mi małą pa­czuszkę, a ja mu pięć­set dola­rów z za­liczki od don Pedra.

Z Flo­ren­tyną i Daw­so­nem spo­tkali­śmy się pod­czas kola­cji. Ralf po­sma­ko­wał po­siłki i stwierdził, że nie kryją żad­nego środka nar­ko­tycz­nego ani truci­zny.

— Naj­waż­niej­sze za­danie w obecnej chwili — po­wie­dział — to do­wie­dzieć się, gdzie mieszkają ku­charz i bar­man. Mam za­miar zro­bić im psi­kusa.

Oświad­czy­łem ze skromną minką, spo­glą­dając w stronę Flo­ren­tyny:

— Wpraw­dzie zali­czam się do de­tek­ty­wów pte­ro­dak­tyli, ale służę na­tychmiast wszelką in­for­ma­cją: ku­charz i bar­man mieszkają w jed­nym po­koju, pod nu­me­rem osiem w pa­wilo­niku dla służby.

— Je­steś wspaniały, To­ma­szu — z uznaniem stwierdził Daw­son.

Zdaje się, że w tym mo­men­cie Flo­ren­tyna stra­ciła po­dziw dla umiejętno­ści Ralfa i znowu uj­rzała w nim tylko zwy­kłego oszu­sta, bo po­wie­działa:

— Pan się ma za czło­wieka z UFO, panie Daw­son. To po pro­stu żało­sne. Wi­dział pan lą­do­wi­sko UFO i nie roz­po­znał. A prze­cież zgodnie z tym, co napi­sał w swej książce pro­fesor Knox...

Nie po­zwo­liłem jej do­koń­czyć.

— Ar­sze­nik, panno Flo­ren­tyno — po­wie­działem. — Czy pani wie, jak działa ar­sze­nik podany na­wet w nie­wiel­kiej dawce?

 


ROZDZIAŁ SZESNASTY [top]

NIEWIDZIALNE KOMBINEZONY • PSOTY Z RADIOAPARATEM • JAK UKARALIŚMY KUCHARZA I BARMANA • UCIECZKA PAŃSTWA GRUBER • NIEUDANA WYPRAWA • CZTERY STRASZNE ROTWEILERY • NIEWIDZIALNI W BARZE • SZEPTY I OSTRZEŻENIA • CZY ISTNIEJĄ WYRZUTY SUMIENIA? • CO ODKRYŁA U SIEBIE PANNA FLORENTYNA

 

O dzie­siątej w nocy, gdy w swoim po­koju wy­po­czy­wa­łem w miękkim fo­telu, w kie­szeni mo­ich spodni ode­zwał się brzę­czyk. Wy­jąłem pu­dełko po pa­styl­kach mię­to­wych, przyłoży­łem je do ucha i usły­sza­łem głos Daw­sona:

— Je­stem tam, gdzie mam swoje rze­czy. Po­staraj się przyjść jak naj­szyb­ciej. I tak, aby cię nikt nie za­uwa­żył.

Po kilku mi­nu­tach zna­la­złem się w po­koju, gdzie Ralf ukrył swoją torbę.

— Naj­wyż­szy czas za­cząć działać — szep­nął. — Mu­simy uzy­skać pew­ność, że znaj­dują się tutaj przed­mioty z Mu­zeum Złota. Otwórz moją torbę i wyj­mij z niej dwa kom­bine­zony, które na­cią­gniemy na sie­bie, żeby nam było ła­twiej się poru­szać. Ja przy­go­tuję apa­ra­turę elek­tro­niczną.

Zaj­rza­łem do torby ukrytej w szafce na buty, ale była ona pusta.

— Nie ma w niej kom­bine­zo­nów — stwierdzi­łem.

— Ty ich po pro­stu nie wi­dzisz — za­śmiał się cicho. — Włóż do torby rękę, a je na­ma­casz.

Rze­czy­wi­ście, moja dłoń na­tra­fiła na kom­bine­zony z ela­stycznej tka­niny. Ba, gdy zanu­rzy­łem dłoń mię­dzy kom­bine­zony, to i ona prze­stała być wi­doczna.

— W labo­rato­rium u dok­tora Alva­reza — wy­jaśnił mi Daw­son — wy­pro­du­ko­wa­łem tro­chę spe­cjal­nego barwnika i wy­ką­pa­łem w nim dwa ela­styczne kom­bine­zony. Stały się one nie­wi­dzialne dla ludz­kiego oka, choć, nie­stety, rzu­cają cień, kiedy się je nosi. Prze­brani w nie sta­jemy się więc nie­wi­dzialni dla ludzi, ale mu­simy uwa­żać na zwie­rzęta ze względu na ich węch. Zało­żymy też ma­ski i spe­cjalne oku­lary.

Po­my­śla­łem o Flo­ren­tynie. Teraz już chyba uwie­rzy­łaby, że Daw­son jest człowie­kiem z Przy­szło­ści.

— Może zaj­rzymy do Flo­ren­tyny w na­szych nie­wi­dzialnych ko­stiu­mach i tro­chę ją na­stra­szymy — za­pro­po­no­wa­łem.

— Ona śpi. Roz­pu­ści­łem jej dużą dawkę środka na­sen­nego w szklance z so­kiem po­ma­rań­czo­wym. Tej nocy mu­simy mieć pew­ność, że nie na­robi żad­nych głupstw.

Na­cią­gną­łem na sie­bie ela­styczny ko­stium, wło­ży­łem też spe­cjalne rę­ka­wiczki i ma­skę na twarz, po­tem oczy za­kry­łem oku­la­rami i... sta­łem się nie­wi­dzialny.

Teraz przy uchu wy­czu­łem coś twar­dego. Inny mały przedmiot mia­łem przy ustach.

— Nie bę­dziemy się wzajem­nie wi­dzieć — usły­sza­łem w uchu szept Daw­sona. — Po­ro­zu­mie­wać się więc mu­simy jedy­nie przy po­mocy mi­kro­fonu przy ustach i od­bior­nika przy uchu.

Ralf wziął na­rzę­dzia i jako dwaj lu­dzie nie­wi­dzialni, wy­szli­śmy na ho­te­lowy ko­ry­tarz.

Na schodach nie spo­tkali­śmy ni­kogo. Do­piero w hallu na dole, w fote­lach obok wiel­kiej palmy, zo­ba­czy­liśmy panią Gru­ber i jej męża. Rozma­wiali po nie­miecku, i to dość swo­bod­nie, po­nie­waż oprócz nich ni­kogo tam nie było.

— Przy­się­gam ci, Hans — go­rącz­ko­wała się pani Gru­ber — że roz­po­zna­łam tego fa­ceta. To jest na pewno ów słynny Se­#241;or Co­che­cito, który uczestni­czył w kon­fe­rencji na­uko­wej w Bo­gocie. Nie przy­był tutaj przy­pad­kowo. Za­uwa­ży­łam, jak bacznie ci się przy­gląda. On chyba do­my­śla się, że to ty byłeś mó­zgiem ope­racji wła­ma­nia do ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota.

— Mó­wiłaś o tym z don Ped­rem? Trzeba go sprzątnąć.

— Nie bądź głupi. Se­#241;or Co­che­cito jest za sprytny, żeby dać się wy­koń­czyć. Dla­tego mu­simy stąd wiać. Wziąłeś za­liczkę za wła­ma­nie, don Ste­fano po­tem się z tobą do końca rozli­czy. Ja chcę zo­ba­czyć nasze miłe gniazdko w Mo­na­chium i dla­tego radzę ci jako dobra przyja­ciółka, ucie­kajmy stąd. Za­ła­twi­łam sprawę z Mu­latem, który na wy­spę przywozi gości i żyw­ność. Tej nocy o trze­ciej nad ra­nem znowu wy­rusza do Road Town. Obieca­łam mu sto dola­rów i zgo­dził się za­brać nas ze sobą. Po pro­stu ulot­nimy się z wy­spy. Zga­dzasz się?

— Tak — po na­my­śle od­parł Hans Gru­ber. — Chodźmy spa­ko­wać wa­lizki. Po­tem spró­bu­jemy nie­po­strzeżenie wy­nieść je na przy­stań.

Po­cze­kali­śmy, aż pań­stwo Gru­ber opuszczą hall ho­telu, po­nie­waż pa­da­jące z góry światło po­wo­do­wało, że prze­cho­dząc mimo nich, rzu­cali­by­śmy długi cień na pod­łogę i oni mo­gli to za­uwa­żyć.

Z hallu wy­mknęliśmy się przed hotel.

— Te­raz do ra­dio­stacji. Mie­ści się ona w ma­łym domku koło przy­stani — usły­sza­łem szept Ralfa.

Do­my­śla­łem się, co chce uczynić Daw­son. Za­mie­rzał ze­psuć ra­dio­stację. Nie miałby wtedy skąd nadać de­peszy do swego rze­ko­mego ojca, a rów­no­cze­śnie od­ciąłby ban­dy­tom łącz­ność z don Ste­fano.

Za­trzymali­śmy się przed ma­łym, za­kra­to­wa­nym oknem, przez które wi­dać było oświe­tlony pokój z po­tężną apa­ra­turą nadawczo-od­bior­czą. Obok niej, wsparty łok­ciami o stół z przy­rzą­dami do pisa­nia, drzemał jakiś Kreol. Daw­son kazał mi za­pu­kać w szybę. Zro­biłem to, Kreol obu­dził się z drzemki i za­cie­ka­wiony dziwnymi od­gło­sami wy­szedł na dwór, po­zo­sta­wia­jąc uchylone drzwi. My­ślę, że w tym mo­men­cie Daw­son wśli­znął się do po­koju.

Ra­dio­ope­rator przez długą chwilę stał przed dom­kiem, roz­glą­dając się po­dejrzliwie. Na wszelki wy­pa­dek po­sta­no­wi­łem od­cią­gnąć go jesz­cze dalej, aby Daw­son mógł wy­ko­nać swoje za­danie. Stukną­łem więc nogą w puste wia­dro, le­żące w spo­rej odle­gło­ści od domku. Ra­dio­ope­rator po­szedł w tym kie­runku, jed­no­cze­śnie wy­cią­gając z kie­szeni pi­stolet. Wtedy od­dali­łem się od wia­dra i za­uwa­żyw­szy le­żącą na pia­sku pustą bu­telkę po whi­sky, ci­sną­łem ją w nad­mor­skie skały, aż z brzę­kiem roz­pry­snęła się na drobne ka­wałki.

— Ca­ramba — za­klął Kreol i od­bez­pie­czył pi­stolet.

Była noc — widna, księ­ży­cowa. Kreol roz­glą­dał się, ni­kogo jed­nak nie za­uwa­żył. A ja w uchu znowu usły­sza­łem szept Daw­sona: „Wszystko w po­rządku, To­ma­szu. Niech on wraca do sie­bie”.

Ralf wy­konał swoje za­danie i opu­ścił po­mieszcze­nie ra­dio­stacji. Nie ro­biłem więc już żad­nych ka­wa­łów ra­dio­ope­rato­rowi, który po ja­kimś cza­sie, wciąż nie­spo­kojny i czujny, z pi­sto­letem w dłoni wró­cił do swego po­mieszcze­nia i za­mknął się w nim sta­ran­nie.

— Wy­jąłem z na­daj­nika jeden ma­lutki mo­duł — poin­for­mo­wał mnie Ralf. — Ra­dio­ope­rator przez wiele go­dzin bę­dzie szu­kał uszko­dze­nia.

Teraz skie­ro­wali­śmy się do pa­wi­lonu dla służby. To dziwne uczucie być nie­wi­dzialnym. Na schodach oraz ko­ryta­rzu usi­ło­wa­łem się ukryć, bo na­poty­kali­śmy wra­ca­jące z pracy kel­nerki. Tymcza­sem one nie mo­gły mnie wi­dzieć. Gdy przywy­kłem do swej, jak to okre­śli­łem, „niewi­dzialności”, chwilami za­po­mi­na­łem, że nie zgu­biłem ciała i, na przy­kład, idąca ko­ryta­rzem sprzą­taczka może o mnie za­wa­dzić szczotką albo do­strzec mój cień na ścia­nie.

Za­trzymali­śmy się przed drzwiami po­koju nu­mer osiem. Czymś nad­zwy­czaj za­baw­nym był wi­dok poru­sza­ją­cego się w po­wie­trzu cien­kiego dru­cika, któ­rym nie­wi­dzialny Daw­son za­czął ma­ni­pu­lo­wać w zamku. Po­tem uchylił drzwi i wśli­znę­liśmy się do wnę­trza. Światła nie za­pala­liśmy, bo przez okno padał blask księ­życa. Zo­ba­czy­łem ra­dio­od­bior­nik na sto­liku oraz poru­sza­jący się w po­wie­trzu śru­bo­kręt, któ­rym Daw­son od­kręcił śrubki przytrzy­mu­jące tylną ściankę apa­ratu. Na­stęp­nie z nie­wi­dzialnej kie­szeni ma­lutki guzi­czek po­wę­dro­wał do wnę­trza radia, śru­bo­kręt znowu przy­kręcił tylną ściankę.

— W po­rządku. Mo­żemy iść dalej — za­rzą­dził Daw­son.

Cel tych wszyst­kich czynności był dla mnie zro­zu­miały, po­nie­waż Ralf zdra­dził mi swój dość za­bawny po­mysł. Otóż po­sta­nowił się ze­mścić na ku­cha­rzu i bar­ma­nie za za­apli­ko­wa­nie nam nar­koty­ków. Na ma­lut­kim ma­gne­tofo­nie, bę­dą­cym zara­zem mi­nia­tu­rową stacją nadawczą, na­grał przez chustkę głos Flo­ren­tyny. W ję­zyku su­ahili miała ona po pół­nocy, gdy bar­man i ku­charz po pracy po­wrócą do swego po­koju, ostrzec obu Mu­rzy­nów: „Uciekaj­cie stąd jak naj­prę­dzej. Uciekaj­cie, bo grozi wam straszne nie­bez­pie­czeń­stwo. Uciekaj­cie jesz­cze tej nocy...”

Ostrze­gaw­czy głos w ro­dzin­nym ję­zyku, któ­rego, jak są­dzili, nikt na tej wy­spie nie znał, mu­siał być przez nich uznany za znak Opatrzno­ści. Przypusz­czali­śmy, że oby­dwaj Mu­rzyni po­słu­chają ta­jem­ni­czego głosu i uciekną jesz­cze tej nocy, po­zba­wia­jąc hotel ku­cha­rza i bar­mana, co z kolei na­razi don Pedra na kło­poty. Tym bar­dziej że ta­jem­nicza ucieczka tych dwóch spo­wo­duje falę plo­tek i nie­po­koju nie tylko wśród służby, ale i go­ści. A je­śli jesz­cze do­dać do tego wy­jazd mał­żeń­stwa Gru­ber oraz unie­ru­cho­mie­nie ra­dio­stacji... Aż chi­cho­tałem wy­obra­żając sobie, z jaką miną po­wita nas jutro don Pe­dro.

Tymcza­sem omi­nęli­śmy hotel i za­trzymali­śmy się przed bramą pro­wa­dzącą do zaka­zanej strefy. Oto nad­szedł mo­ment, aby­śmy do­tarli do se­zamu bandy don Ste­fano i upewnili się, że kryje on przed­mioty skra­dzione z ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota.

Lecz na na­szej dro­dze sta­nęła nie­przewi­dziana prze­szkoda. Psy. Znajdu­jące się po dru­giej stro­nie siatki ro­twe­ilery — szkolone ongiś do chwytania nie­wol­ni­ków — zwę­szyły nas pra­wie na­tychmiast i z gło­śnym uja­da­niem rzu­ciły się do bramy. Za nimi po­śpie­szyło dwóch strażni­ków uzbrojo­nych w pi­sto­lety ma­szy­nowe. Oni nas nie wi­dzieli, ale psów nie mo­gły oszukać nie­wi­dzialne kom­bine­zony. Nie omylił mnie więc mój słuch — pod­czas zwiedza­nia wy­spy sły­sza­łem wczoraj psie uja­danie, które za­głu­szała mu­zyczka z radia Daw­sona.

Cztery psy, tak roz­gniewane na­szym wi­do­kiem, że aż im biała piana cie­kła z py­sków, raz po raz rzu­cały się na siatkę, a strażnicy ni­kogo nie wi­dząc nie­spo­koj­nie roz­glą­dali się do­okoła. Psy tak wy­raź­nie wskazy­wały miej­sce, gdzie się znaj­do­wali­śmy, że któ­ryś ze strażni­ków mógł na wszelki wy­pa­dek od­dać w tę stronę se­rię strzałów.

— Wra­camy — za­de­cy­do­wał Daw­son.

Od­dali­liśmy się szybkim kro­kiem, psie uja­danie trwało jesz­cze jakiś czas.

— Bę­dziemy mu­sieli zabić te psy — oświad­czył Daw­son. — Nie­stety nie po­trafię hip­noty­zo­wać wrogo na­sta­wio­nych zwie­rząt.

— Nie, Ralf — za­opo­no­wa­łem. — Nie chcę mieć na rę­kach ani krwi ludz­kiej, ani zwie­rzę­cej. Od ku­cha­rza ku­piłem dzi­siaj ko­kainę. Syp­niemy nią psom w nosy. Gdy nar­kotyk za­cznie działać, prawdo­po­dob­nie prze­staną się nami inte­re­so­wać i może na­wet po­padną w sen nar­ko­tyczny.

— To świetny po­mysł — zgo­dził się Daw­son. — Szkoda, że w taki sam spo­sób nie mo­żemy unieszko­dli­wić całej bandy na wy­spie.

— A dla­czego? Po­zwól, że roz­winę dalej twój dzi­siej­szy po­mysł z wy­ku­rze­niem stąd bar­mana i ku­cha­rza. Stwo­rzymy na wy­spie tak zwaną psy­chozę stra­chu. Umkną wszyscy, nie wy­łą­cza­jąc don Pedra. Zo­sta­niemy tu­taj tylko we trójkę. I wtedy po­znamy ta­jem­nicę wy­spy.

Omówi­łem z nim wszystkie szczegóły swego planu.

Ode­zwał się z uznaniem:

— To mi się po­doba, To­ma­szu. Zwy­cię­stwo bez roz­lewu krwi. My­ślisz i działasz jak człowiek z Przy­szło­ści.

Są­dzę, że to był naj­większy kom­ple­ment, na jaki mo­głem sobie za­słu­żyć ze strony Ralfa Daw­sona.

O wpół do dwu­na­stej w nocy zna­leźli­śmy się w wy­peł­nio­nym przez gości barze. Ku na­szemu zdu­mie­niu, na wy­so­kim stołku ze szklanką ginu w dłoni kró­lo­wała tu panna Flo­ren­tyna, która za­pewne nie wy­piła soku po­ma­rań­czo­wego z pi­guł­kami na­sen­nymi. Była tro­chę wsta­wiona, pe­ro­ro­wała po an­giel­sku, hisz­pań­sku, nie­miecku i po wło­sku. Nie­któ­rzy słu­chali jej z roz­ba­wie­niem, inni jed­nak z nie­po­ko­jem. Był też i don Pe­dro z miną bar­dzo po­nurą.

— Wi­dzi­cie przy­szłą lau­re­atkę Na­grody No­bla — mó­wiła Flo­ren­tyna. — Nie ulega żad­nej wąt­pli­wo­ści, że ta wy­spa jest lotni­skiem Nie­zi­den­tyfi­ko­wa­nych Obiektów La­tają­cych. Przyby­wały tu przed laty i jesz­cze po­wrócą, mo­żecie mi wie­rzyć. Małe, zie­lone lu­dziki. Naj­pierw prze­sta­nie działać ra­dio­stacja. Po­tem za­czną się dziać inne dziwne rze­czy. Bę­dzie­cie sły­szeli ta­jem­nicze głosy, że­lazne przed­mioty za­czną się giąć, jak gdyby zro­biono je z pla­ste­liny. Ogarnie was ni­czym nie wy­tłu­ma­czony lęk.

Ode­zwał się don Pe­dro:

— Nie boję się ma­łych, zie­lo­nych lu­dzi­ków. Obawiam się jed­nak, że takie ga­danie może tu sprowa­dzić róż­nych wścib­skich dziennika­rzy oraz poli­cję. A tego bar­dzo nie lubię.

Bar za­my­kano o pół­nocy. Czas było za­cząć działać. Wśród go­ści wy­ło­wi­łem wzrokiem dwóch anty­kwa­riu­szy z Lon­dynu. Bez trudu, jako że po­zo­sta­wa­łem nie­wi­dzialny, zbli­ży­łem się do anty­kwa­riu­sza z Chel­sea i szep­ną­łem mu po an­giel­sku:

— W twoim skle­pie w Chel­sea poli­cja chce prze­pro­wa­dzić rewi­zję. Uciekaj stąd jesz­cze tej nocy i usuń ze sklepu rze­czy skra­dzione. Uciekaj stąd. O trze­ciej nad ra­nem cze­kać bę­dzie na cie­bie mo­to­rowa łódź na przy­stani.

Na­stęp­nie to samo po­wie­działem anty­kwa­riu­szowi z Pica­dilly Cir­cus.

Oby­dwaj dżentel­meni na krótką chwilę znie­ru­cho­mieli, a jeden z nich zbladł. Za­pewne miał w swym skle­pie sporo kra­dzio­nych dzieł sztuki i wia­do­mość o re­wizji na­pę­dziła mu stra­chu. Czy za­sta­na­wiali się, kto im te słowa pod­szep­nął? O, tak. Przez chwilę roz­glą­dali się wo­kół sie­bie, ale jeden miał za są­siada don Pedra, a drugi jakąś piękną ko­bietę. A prze­cież to nie ko­biecy głos wy­szeptał ostrzeże­nie, nie był to też głos don Pedra.

Pod­sze­dłem do Flo­ren­tyny i nie­mal mu­ska­jąc po­licz­kiem pu­kiel jej wło­sów szep­ną­łem po pol­sku:

— Flo­ren­tyno, Flo­ren­tyno... Jak ci nie wstyd upi­jać się w barze z gangste­rami... Co po­wie twoja matka?... Co po­my­ślą o tobie przyja­ciółki twej matki?... Ty, która tak pięk­nie ro­biłaś szy­deł­kiem wspaniałe tu­niki, teraz upi­jasz się gi­nem? A gdyby tak ujrzał cię dy­rek­tor Mar­czak...

Pusta szklanka wy­padła z dłoni Flo­ren­tyny. A ona jak lu­na­tyczka zsu­nęła się z wy­so­kiego stołka i z oczami w słup ru­szyła pro­sto do wyj­ścia z baru. Za nią wy­mknął się na­tychmiast anty­kwa­riusz z Chel­sea i anty­kwa­riusz z Pi­ca­dilly Cir­cus.

Mu­rzyn za ba­rem ob­wie­ścił gło­śno:

— Za chwilę pół­noc i koń­czymy pracę...

Nie po­zo­stało nam nic in­nego, jak rów­nież opu­ścić bar. W wol­nym po­koju na na­szym pię­trze zdję­liśmy nie­wi­dzialne kom­bine­zony i każdy z nas ostrożnie po­wę­dro­wał do sie­bie. Ja zaraz poło­ży­łem się do łóżka z ra­do­snym uczuciem, że już za kilka dni zo­baczę na hory­zon­cie jacht „La Pa­loma”, a na nim Te­resę van Ha­gen. Ralf chyba długo nie spał, mu­siał prze­cież w ję­zyku su­ahili nadać na­graną przez Flo­ren­tynę au­dycję dla bar­mana i ku­cha­rza.

Nie wiem, kiedy za­sną­łem. Pa­mię­tam, że rap­tem wstrząsnął mną okropny krzyk. Wy­sko­czy­łem z po­koju. To była Flo­ren­tyna — w noc­nej ko­szuli, krzy­cząca wniebo­głosy. Wy­biegł rów­nież Ralf Daw­son, a z dol­nych pięter przy­pę­dziło w pi­dża­mach kilku gości oraz don Pe­dro.

— Tam, tam... na ka­napie — Flo­ren­tyna wskazy­wała otwarte drzwi swego po­koju — śpi jakiś męż­czy­zna...

Don Pe­dro ra­czył się po­faty­go­wać do nu­meru Flo­ren­tyny, a wraz z nim we­szło tam kilku gości. I rze­czy­wi­ście, na ka­napie chra­pał Emil.

— Przy­szłam z baru tro­chę wsta­wiona — opo­wia­dała Flo­ren­tyna. — Ro­ze­bra­łam się nie za­pa­lając światła. Za­chciało mi się jed­nak pić i przy­po­mniałam sobie, że na noc­nym sto­liku zo­sta­wi­łam szklankę soku po­ma­rań­czo­wego. Się­gnę­łam po nią i stwierdzi­łam, że jest pusta. Zdumiało mnie to, więc za­pali­łam światło, wtedy zo­ba­czy­łam tego typa chra­pią­cego na ka­napie.

Sprawa była jasna. Pod­czas gdy Flo­ren­tyna urzę­do­wała w ba­rze, don Pe­dro kazał Emilowi jesz­cze raz prze­szu­kać jej pokój. Gangste­rowi za­chciało się pić i za­spo­koił pra­gnie­nie szklanką soku przy­pra­wio­nego przez Daw­sona środ­kiem na­sen­nym.

— Bar­dzo panią prze­pra­szam — tłu­ma­czył się don Pe­dro. — Nic z tego nie ro­zu­miem. Emil w pani po­koju? Na pani ka­napie? To bar­dzo po­rządny pra­cow­nik. Czy na pewno nie za­pro­siła go pani do sie­bie?

— Ja? — obu­rzyła się Flo­ren­tyna. — Ja mia­ła­bym za­pra­szać do po­koju ob­cego męż­czy­znę?

Emila nie dało się obu­dzić. Don Pe­dro we­zwał jesz­cze kilku gangste­rów ze służby ho­telo­wej i oni wy­nieśli go z po­koju Flo­ren­tyny. Nie­natu­ralnie mocny sen Emila mu­siał oczywi­ście za­sta­no­wić don Pedra. Było to dla niego jesz­cze jedno ostrzeże­nie.

Na­stęp­nego dnia śnia­danie podano nam nie o ósmej rano, ale do­piero o dzie­siątej. „Za­szły nie­przewi­dziane kom­pli­kacje” — ogól­ni­kowo wy­jaśnił sprawę don Pe­dro. Do­my­ślili­śmy się, że ku­charz i bar­man po­słu­chali ta­jem­ni­czego głosu i ucie­kli z wy­spy. To samo uczyniło prawdo­po­dob­nie mał­żeń­stwo Gru­ber oraz dwaj dżentel­meni z Lon­dynu. Żad­nej bo­wiem z tych osób nie za­uwa­żyli­śmy w sali ja­dal­nej.

Kel­nerki miały wy­stra­szone miny, za­pewne mię­dzy służbą za­częły kur­so­wać prze­różne plotki na temat ucieczki ku­cha­rza, bar­mana oraz kilku gości.

Po­sta­no­wi­łem skar­cić pannę Flo­ren­tynę za fakt, że bez na­szej zgody ubie­głego wie­czoru opu­ściła pokój i wy­głu­piała się w barze. Co by się stało, gdyby w mo­men­cie kiedy pod­nio­sła na ko­ryta­rzu krzyk z po­wodu Emila, nas nie było w po­ko­jach? Don Pe­dro na­tychmiast wszcząłby alarm. Na szczęście psy za bramą uniemoż­li­wiły tej nocy naszą wy­prawę w głąb wy­spy.

— Dziwnie się pani pro­wa­dzi, panno Flo­ren­tyno — po­wie­działem. — Włó­czy się pani po ba­rach, pije w nad­mia­rze gin i chwali się ewentual­no­ścią otrzyma­nia Na­grody No­bla. Czy takie po­stę­po­wa­nie nie budzi w pani wy­rzu­tów su­mie­nia?

— Owszem — ski­nęła głową, ru­mie­niąc się ze wstydu. — Na­wet nie wie­działam, że wy­rzuty su­mie­nia po­trafią przema­wiać tak wy­raź­nie i do­no­śnie.

— A co naj­gor­sze — do­da­łem — nie otrzyma pani Na­grody No­bla. Ta wy­spa nie jest żad­nym lą­do­wi­skiem UFO. O tej sprawie o wiele wię­cej po­wie­działby pani nasz przyjaciel Ralf Daw­son, który jest człowie­kiem z Przy­szło­ści i wła­śnie przy­był do nas w lata­ją­cym spodku. Ubrani w nie­wi­dzialne kom­bine­zony, od­byli­śmy wczoraj cie­kawą wy­prawę. To nie żadne wy­rzuty su­mie­nia, ale mój głos, gdy nie­wi­dzialny sta­łem obok pani w ba­rze, zmu­sił panią do za­prze­sta­nia picia ginu.

Flo­ren­tyna spoj­rzała na mnie jak na sza­leńca.

— Pan był w barze? Nie­wi­dzialny? Chce mi pan bez­czel­nie wmówić, że nie ma żad­nych wy­rzu­tów su­mie­nia, że to był po pro­stu pana szept?

— Tak.

— Od wie­ków lu­dzie mie­wają wy­rzuty su­mie­nia, a pan twierdzi, że to jest czyjś szept? Za­prze­cza pan ist­nie­niu wy­rzu­tów su­mie­nia?

— Nic po­dob­nego, panno Flo­ren­tyno — za­opo­no­wa­łem. — Wy­rzuty su­mie­nia prawdo­po­dob­nie ist­nieją, po­nie­waż sam je mie­wam od czasu do czasu. Ale tym ra­zem to ja pani szep­ną­łem o ma­musi i jej przyja­ciół­kach. Ma pani szansę uzy­ska­nia ja­kiejś wiel­kiej na­grody za opis spo­tka­nia z człowie­kiem z UFO i prze­cho­dzi pani obok tej szansy zu­peł­nie obo­jętnie.

— Pan Daw­son nie jest zie­lo­nym lu­dzi­kiem — z upo­rem oświad­czyła panna Flo­ren­tyna.

Daw­son roze­śmiał się:

— Tak wła­śnie po­winno być, To­ma­szu. Gdy zniknę, nikt nie da świa­dectwa mojej obecności w wa­szym cza­sie. Tak, panno Flo­ren­tyno. Ma pani rację cze­kając na wi­zytę ma­łych, zie­lo­nych lu­dzi­ków.

Flo­ren­tyna nie ode­zwała się wię­cej — była obra­żona, gdyż naszą roz­mowę uznała za szy­der­stwo.

Podano w końcu śnia­danie. A po­tem po­szli­śmy opa­lać się na plażę.

W pew­nej chwili przy­szedł do nas don Pe­dro i z po­nurą miną oświad­czył Ral­fowi, że nie można na razie wy­słać depe­szy do puł­kow­nika Daw­sona, po­nie­waż ra­dio­stacja ule­gła uszko­dze­niu. Ra­dio­ope­rator obie­cał na­pra­wić apa­ra­turę do jutra rana.

— Okay — bez­tro­sko oświad­czył Daw­son. — W takim razie za­depe­szuję jutro rano.

Wie­dzie­liśmy, że i jutro rano ra­dio­stacja bę­dzie nie­czynna. Usa­do­wieni wy­god­nie w le­żaku pa­trzy­liśmy na mo­rze, gdzie na hory­zon­cie od czasu do czasu wi­działo się statki zmie­rza­jące w kie­runku Ka­nału Pa­nam­skiego. Ja tęsk­niłem za wi­do­kiem jachtu „La Pa­loma”.

 


ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY [top]

STRACH OGARNIA WYSPIARZY • UCIECZKA W PANICE • KIEDY WYLĄDUJĄ MAŁE, ZIELONE LUDZIKI • NOWA NOCNA WYPRAWA DO ZAKAZANEJ STREFY • WESOŁE PSY • Z CZEGO ZROBIONO PISTOLETY MASZYNOWE • LEWITACJA • SEZAMIE, OTWÓRZ SIĘ • OSTATNI UCIEKINIER • ZNIKNIĘCIE DAWSONA • NARESZCIE PRZYPŁYWA JACHT „LA PALOMA”

 

Przed wie­czo­rem po­wró­ciła do przy­stani łódź mo­to­rowa wy­słana po żyw­ność do Road Town. Fran­cesco, mimo po­gró­żek don Pedra, opo­wie­dział ho­telo­wej służ­bie o ucieczce bar­mana i ku­cha­rza, pań­stwa Gru­ber oraz dwóch An­gli­ków z Lon­dynu. Twierdził, że za­brał ich z wy­spy tylko pod groźbą pi­sto­letu. In­for­ma­cja o tym wy­da­rze­niu do­tarła po­przez służbę i do gości, dla­tego pod­czas spóźnio­nej zresztą kola­cji at­mos­fera w sali ja­dal­nej była pełna na­pię­cia. Na twa­rzach gości i służby za­uwa­żało się nie­pokój, a na­wet strach. Z szeptów i strzępków roz­mów w roz­ma­itych języ­kach (teraz przy­dała się nam Flo­ren­tyna) do­wie­dzie­liśmy się, że po­dobno na La Jauja wkrótce ma przy­być Se­#241;or Co­che­cito oraz poli­cja, a być może na­stąpi na­wet coś gor­szego — in­wa­zja ma­łych, zie­lo­nych lu­dzi­ków. Ku­charz i bar­man sły­szeli głosy Opatrzno­ści, ze­psuła się też ra­dio­stacja.

Po kola­cji, na­peł­niw­szy bak łodzi mo­to­rowej por­cją pa­liwa, umknął z wy­spy Fran­cesco, za­bie­rając swoją na­rze­czoną po­ko­jówkę oraz jej trzy przyja­ciółki, rów­nież słu­żące. Ra­zem z nimi prze­padł pe­wien gru­bas z nie­od­łącz­nym cyga­rem w ustach, jak do­wie­dzie­liśmy się póź­niej, słynny han­dlarz dziełami sztuki z Hong­kongu.

Życie na La Jauja ule­gło roz­prę­żeniu. Ra­dio­stacja nadal nie działała, nie miał kto przy­go­to­wy­wać i po­da­wać po­sił­ków oraz sprzątać pokoi. Za ba­rem urzę­do­wał jakiś rze­zi­mie­szek ze zła­ma­nym no­sem, który o tego ro­dzaju pracy nie miał naj­mniejszego poję­cia, nie umiał robić cocktaili, nie znał się na trun­kach i wszystkim ser­wo­wał whi­sky z wodą so­dową.

Roz­ko­szu­jąc się chło­dem wie­czoru za­wę­dro­wa­łem do opusz­czo­nej przy­stani, gdzie na­tknąłem się na jedną z „tu­ry­stek”. Pachniało przyjem­nie mo­rzem i wo­doro­stami, ona jed­nak po­cią­gała no­sem z wy­ra­zem nie­smaku.

— Czy nie sądzi pan, że tutaj brzydko pachnie?

Nie prze­czy­łem przez grzeczność, choć pachniało cu­dow­nie.

— To się wręcz czuje no­sem, że grozi nam nie­bez­pie­czeń­stwo — stwierdziła owa dama. — Ja się tam poli­cji nie boję, moje zaję­cie to wy­cena bry­lan­tów, z żad­nymi wła­ma­niami do mu­zeów nie mam nic wspólnego. Ale na myśl o ma­łych, zie­lo­nych lu­dzi­kach prze­cho­dzi mnie dreszcz wstrętu. A pan czym się zaj­muje?

— Je­stem rze­czo­znawcą dzieł sztuki — po­wie­działem czę­ściowo zgodnie z prawdą.

— Po­dobno na tej wy­spie jest jesz­cze kilka łodzi mo­to­ro­wych. Moi przyja­ciele już ich szu­kają. Jeśli noc bę­dzie spo­kojna i fala nie­zbyt duża, po­sta­ramy się stąd uciec. Mamy dość don Ste­fano. To było z jego strony bar­dzo głu­pie: wła­mać się do Mu­zeum Złota i mieć na karku poli­cję ca­łego świata.

— Nie wia­domo, czy to jego ro­bota — rze­kłem ostrożnie.

— A czyja? — prychnęła po­gar­dli­wie. — Kto jest takim dru­gim głup­cem? Przez don Ste­fano poli­cja stała się czujna i już kilka osób wpa­dło w ręce cel­ni­ków, gdy przemy­cało dzieła sztuki. Do­tąd żyło się tak spo­koj­nie.

Po­my­śla­łem chwilę i po­wie­działem:

— Je­śli stąd ucieknę, to ra­zem z tym skra­dzio­nym zło­tem.

Po­pa­trzyła na mnie z nie­ukrywa­nym po­dzi­wem.

— Pan nie jest głupi. Ostrzegam jed­nak, że to nie jest takie łatwe. Opowia­dał mi jeden ze strażni­ków, że ma­ga­zyn don Ste­fano znaj­duje się pod prą­dem. Kto do­tknie drzwi skarbca, ginie na miej­scu. A gdy się prąd wy­łączy, drzwi są za­mknięte na głu­cho i trzeba by je roz­wa­lać dy­na­mi­tem. I tak źle, i tak nie­do­brze. Ża­den ze strażni­ków nigdy na­wet na krok nie zbli­żył się do skarbca. Pil­nują go z da­leka. Jeśli pan uszczknie coś z tego złota, radzę przyjechać do mnie. W Pa­ryżu do­sta­nie pan naj­lep­sze ceny.

Po­dała mi swój adres — jesz­cze jeden ko­niec nitki z paję­czej sieci, jaką gang don Ste­fano oplótł kulę ziemską.

Po­że­gna­łem uprzejmie pla­ty­nową pięk­ność i po­śpie­szy­łem do ho­telo­wego po­koju. Po chwili ode­zwał się brzę­czyk w mojej kie­szeni. Daw­son poin­for­mo­wał mnie, że tym ra­zem panna Flo­ren­tyna zo­stała so­lidnie uśpiona i mo­żemy znowu udać się na wy­prawę. Ralf przy­po­mniał mi o ko­ka­inie.

Kilka mi­nut po dwu­dzie­stej dru­giej, znowu w na­szych nie­wi­dzialnych kom­bine­zo­nach, zna­leźli­śmy się przed bramą pro­wa­dzącą do zaka­zanej czę­ści wy­spy. Psy wkrótce nas wy­czuły i z gło­śnym uja­da­niem rzu­ciły się w na­szym kie­runku, a za nimi wolno zbli­żyło się aż pię­ciu strażni­ków z pi­sto­le­tami ma­szy­no­wymi w dło­niach. Przewo­dził im Emil.

Ko­lejno każ­demu psu syp­ną­łem przez siatkę garść ko­kainy pro­sto w roz­wście­czony pysk. Po­tem schowali­śmy się na za­ple­czu ho­telu i ob­ser­wo­wali­śmy, jak na nar­kotyk zare­agują zwie­rzęta. Noc była księ­ży­cowa, to co się działo za wy­soką siatką, wi­dzie­liśmy jak na dłoni.

Naj­pierw prze­stały uja­dać i rzu­cać się na siatkę. Mi­nęło jesz­cze tro­chę czasu i oto zwie­rzęta ogar­nęła za­dzi­wia­jąca we­so­łość oraz chęć do fi­glów. Za­częły przewra­cać strażni­ków, go­niły jeden dru­giego, któ­ryś usi­ło­wać chwycić wła­sny ogon i krę­cił się w kółko.

— Do dia­ska, co z tymi psami? — usły­sza­łem zdu­miony głos Emila.

Psy prze­peł­niała ogromna ra­dość i po­czu­cie wła­snej siły. Prze­ska­kując jeden przez dru­giego, roz­bie­gły się po wy­spie. Za­in­try­go­wani ich za­cho­wa­niem strażnicy ode­szli, a Daw­son cie­niut­kim dru­ci­kiem otworzył kłódkę wi­szącą na bra­mie i po krót­kiej chwili zna­leźli­śmy się w zaka­zanej czę­ści wy­spy.

Jak wspo­mniałem, księ­życ świe­cił mocno i nasze cie­nie ostro ry­so­wały się na pły­cie star­towej lotni­ska. To było nie­bez­pieczne. Jeśli któ­ryś ze strażni­ków zo­ba­czy­łby dwa wę­dru­jące cie­nie, nie­chybnie za­cząłby strzelać, mimo że nie wi­działby po­staci ludz­kich. Mógł nas zra­nić, a na­wet i zabić. Po krót­kiej nara­dzie po­sta­no­wili­śmy więc pójść szla­kiem znacznie bar­dziej uciążli­wym, to jest po­mię­dzy ster­czą­cymi ki­ku­tami nie do­koń­czo­nych bu­dowli i sta­lo­wych kon­strukcji. One także rzu­cały cie­nie i łatwo było zgu­bić wśród nich nasze wła­sne. Tylko że wszędzie wid­niały na­pisy „Danger” oraz stały ta­blice z tru­pią czaszką i skrzyżo­wa­nymi pisz­cze­lami.

— Nie oba­wiaj się ni­czego — uspokoił mnie Daw­son. — Te na­pisy za­pewne ka­zał tutaj ustawić don Pe­dro. Zresztą, za­pew­niam cię, że mój orga­nizm na­tychmiast re­aguje na każde ska­żenie ra­dio­ak­tywne. My, lu­dzie Przy­szło­ści, zbyt długo żyli­śmy w świe­cie, w któ­rym co krok gro­ziło po­dobne nie­bez­pie­czeń­stwo, i wy­two­rzyli­śmy w swoich ge­nach spe­cjalny sys­tem sy­gna­liza­cyjny. Czy nie prze­ko­na­łem cię już, że mój orga­nizm odrobinę różni się od two­jego?

To była prawda. Kil­ka­krot­nie zwróciłem uwagę, że Daw­son, na przy­kład, pa­trzy nie tylko oczami. „Wi­dzi” rów­nież swoją skórą, to zna­czy, że jego skóra re­aguje silnie na światło. Nie od­wra­cając głowy wie­dział, że za jego ple­cami ktoś bez­sze­lest­nie wszedł do po­koju, a na­wet ja­kiego ko­loru był jego strój. Tej nocy po­zna­łem jesz­cze wiele in­nych umiejętno­ści Ralfa, ale ta, którą za­de­mon­stro­wał po chwili, prze­szła wszelkie moje oczeki­wa­nia.

Jak nad­mie­niłem, szli­śmy wśród gru­zów i resztek nie do­koń­czo­nych bu­dowli. Na ziemi wa­lały się sterty ce­gieł, ka­wałki stali, zwoje drutu kol­cza­stego. Na­dep­nię­cie na po­gięty bla­szany po­jem­nik czy po­tknięcie się o cegłę wy­wo­ły­wało na­tychmiast szmer, a nie­kiedy gło­śny brzęk. Sze­dłem więc ostrożnie, pa­mię­tając, że nie wolno mi roze­drzeć kom­bine­zonu, gdyż jedy­nie mate­ria ko­stiumu czy­niła mnie nie­wi­dzialnym. A co zro­bił Daw­son? Za­czął po pro­stu le­wi­to­wać, to jest uniósł się nad zie­mię o pół metra i po­ru­szał wolno no­gami, jak gdyby pły­nął w po­wie­trzu. Nie wi­działem tego, ale do­my­śli­łem się, co robi, po­nie­waż od pew­nego mo­mentu po­su­wał się bez­sze­lest­nie, a i jego cień pod­niósł się. Do­my­ślił się, że po­zna­łem spo­sób jego wę­drówki i usły­sza­łem w słu­chawce cichy głos:

— Wierz mi, To­ma­szu, to na­prawdę nic trud­nego. Gdy­bym miał tro­chę czasu, na­uczyłbym cię tej sztuki. Wy­maga po pro­stu tylko wielu ćwi­czeń. Czy my­ślisz, że my, lu­dzie z Przy­szło­ści, wy­my­ślili­śmy ja­kieś cuda? Nie. Po pro­stu wy­ko­rzy­stu­jemy zdol­ności, ja­kie po­siada każdy człowiek na­wet w twoim cza­sie, ale o nich nie wie, nie roz­wija ich przez od­po­wiednie ćwi­cze­nia. Ty także masz siłę „psi”, choć nie zda­jesz sobie z tego sprawy. Po­tra­fiłbyś siłą wła­snej woli za­ta­mo­wać upływ krwi z prze­cię­tego na­czy­nia krwiono­śnego, unieść się w po­wie­trze na nie­wielką wy­so­kość. Po­patrz zresztą, co za chwilę uczynię...

Zbli­żyli­śmy się wła­śnie do grupy kilku pła­skich bu­dyn­ków z żela­zo­be­tonu. Jeden z nich wy­glą­dał jak bun­kier z wą­skimi oknami po­dob­nymi do strzelnic. Drugi sta­nowił wej­ście do ukrytych w ska­łach skła­dów i schronów. Jesz­cze inny był elek­trownią, prawdo­po­dob­nie cał­ko­wicie zautoma­ty­zo­waną i pra­cu­jącą na ma­zucie. Są­sia­do­wało z nią kilka trans­for­ma­to­rów, bie­gły stamtąd li­nie ener­ge­tyczne. Mię­dzy owymi bu­dyn­kami roz­cią­gało się po­dwó­rze — wielka, beto­nowa płyta. Obok paliła się mocno la­tarnia elek­tryczna. W jej bla­sku wi­dzie­liśmy pię­ciu strażni­ków i Emila, po­chy­lają­cych się nad leżą­cymi bez­władnie psami, które spały gło­śno chra­piąc.

— Co im się stało? — spy­tał Emil, ale od­po­wie­dzi nie otrzymał.

W końcu je­den ze strażni­ków oświad­czył:

— Może miała rację ta fa­cetka, która w ba­rze opo­wia­dała, że na naszą wy­spę przylecą małe, zie­lone lu­dziki? Ra­dio­stacja prze­stała działać, uciekł bar­man i ku­charz, a także sporo gości. Oni wie­dzieli o nie­bez­pie­czeń­stwie i zwiali jak szczury ze statku, który ma zato­nąć.

— A ten człowiek, któ­rego oprowa­dza­łeś po wy­spie — wtrą­cił drugi strażnik. — Czy nie opo­wia­dał, że jest tu ta­kie urzą­dze­nie, które może zalać wodą całe pod­zie­mia? Co do mnie, to zga­dzam się stró­żo­wać na górze, do pod­ziemi jed­nak nie zejdę za żadne skarby.

— Don Pe­dro twierdzi, że to są bzdury — po­wie­dział Emil.

— Ale z na­szymi psami stało się coś dziwnego. Wczoraj i dziś w nocy szczekały nie wia­domo na co, a w tej chwili śpią. Teraz każdy może nas po­dejść.

To mó­wiąc nie­spo­koj­nie ro­zej­rzał się do­koła, od­bez­pie­czył pi­stolet ma­szy­nowy i go­tów był strzelać. Lecz w tym mo­men­cie lufa jego pi­sto­letu zgięła się ku do­łowi, jakby zro­biono ją z pla­ste­liny.

— Co to?! Pa­trzcie! — wrzasnął strażnik i rzucił pi­stolet na beton.

Lufa pi­sto­letu dru­giego strażnika dla od­miany wy­gięła się ku górze. Trze­ciego skrę­ciła w lewo, czwartego w prawo, piąty strażnik po pro­stu rzucił broń na beton nie cze­kając, aż mu się wy­gnie w dło­niach...

— Ona mó­wiła... Ta ko­bieta w ba­rze... że broń bę­dzie sama się gięła w na­szych rę­kach — beł­kotał Emil.

Bez­rad­nie wy­cią­gnął z kie­szeni pi­stolet i w ge­ście roz­pa­czy uniósł lufę ku górze, jakby chcąc bro­nić się przed nad­latu­ją­cymi z nieba lu­dzi­kami. Wtedy pi­stolet za­czął strzelać aż do wy­próż­nie­nia ca­łego ma­ga­zynku.

— To nie ja... nie ja... on sam strzela! — krzyknął Emil i ci­snął pi­stolet.

W słu­chawce usły­sza­łem szept Ralfa:

— Ob­ser­wo­wałeś zja­wi­sko, które wy na­zy­wa­cie tele­ki­nezą. Zgi­nanie przed­miotów me­talo­wych na odle­głość oraz wprawia­nie ich w ruch.

— Wy­pro­wa­dzić z han­garu heli­kop­ter — roz­kazał Emil. — Ja go sam po­pro­wa­dzę. Jazda, chło­paki, ra­tujmy się. Komu ży­cie miłe, niech opuszcza to prze­klęte miej­sce, za­nim wy­lą­dują tu lata­jące tale­rze.

Całą gro­madą po­biegli do po­bli­skiego, bla­sza­nego han­garu. Wy­cią­gnęli śmi­gło­wiec, po­tem po­wró­cili na beto­nowe po­dwó­rze, aby za­brać ze sobą śpiące psy, do któ­rych chyba byli bar­dzo przywią­zani. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach skrzydła śmi­głowca za­częły się obra­cać, a war­kot sil­nika wy­pełnił całą wy­spę. Strzały z pi­sto­letu i ów hałas zbu­dziły don Pedra oraz któ­regoś z jego po­moc­ni­ków. Gdy śmi­gło­wiec wzniósł się w górę, od strony ho­telu po beto­no­wej pły­cie lotni­ska nad­biegł don Pe­dro i jakiś Kreol, oby­dwaj w pi­dża­mach i z pi­sto­le­tami w rę­kach.

— Uciekli! Uciekli śmi­głowcem! — wrzasnął don Pe­dro i oddał długą serię z pi­sto­letu w stronę od­latu­jącej ma­szyny. Ale ona była już zbyt da­leko.

— Niech pan po­pa­trzy, se#241;or — po­moc­nik don Pedra wskazał le­żące na beto­nie pi­sto­lety ma­szy­nowe strażni­ków.

Oby­dwaj za­częli uważnie przy­glą­dać się broni z po­wy­gina­nymi lu­fami i do­piero po krót­kiej chwili zo­rientowali się, że i ich pi­sto­lety mają wy­gięte lufy.

— Nie! Nie! Ja też ucie­kam — prze­raź­liwie krzyknął Kreol i co sił w no­gach po­biegł w kie­runku ho­telu.

Don Pe­dro, który miał chyba moc­niej­sze nerwy, nie oka­zał stra­chu. Od­nio­słem wra­żenie, że gdyby le­żąca na beto­nie broń nadawała się do użytku, strzeliłby za ucie­kają­cym po­moc­ni­kiem. Długą chwilę stał nie­ru­chomo, za­sta­na­wia­jąc się nad sytu­acją.

Umilkł war­kot heli­kop­tera, cisza ogar­nęła wy­spę. Ja i Daw­son, ukryci za ro­giem bun­kra, też nie ru­szali­śmy się.

Ta cisza po­działała uspoka­ja­jąco na don Pedra. Lo­jal­ność wo­bec don Ste­fano chyba zwy­cię­żyła w nim strach. Ro­zej­rzał się bacznie na wszystkie strony, a po­tem pod­szedł do bu­dynku z żela­znymi drzwiami. Do­my­ślili­śmy się, co za­mie­rza uczynić. Po­sta­nowił się upewnić, czy ucie­ka­jący strażnicy nie obra­bo­wali skarbca gangu. Mie­liśmy oka­zję zo­ba­czyć, jak otwiera się ban­dycki se­zam.

Na żela­znych drzwiach była dźwignia. Don Pe­dro poru­szył nią trzy razy w prawo i dwa razy w lewo, a wówczas otworzyły się bez­sze­lest­nie jak wej­ście do le­gen­dar­nego se­zamu Ali­baby. Gangster przy­ci­snął kon­takt i ża­rówka elek­tryczna oświetliła schody pro­wa­dzące pod zie­mię.

Po­szli­śmy krok w krok za nim, za­cho­wu­jąc jed­nak bez­pieczną odle­głość, aby nie sły­szał szmeru na­szych od­de­chów.

Schody zo­stały wy­kute w li­tej skale. Pro­wa­dziły przez dwie kon­dy­gna­cje, na ostatniej znaj­do­wało się dość ob­szerne po­mieszcze­nie z dwoma żela­znymi drzwiami. Stał tutaj stół i kilka krze­seł, na szafce wa­lały się puste bu­telki po wódce. Za­pewne mie­liśmy przed sobą coś w ro­dzaju strażnicy. Nie czuło się piw­nicz­nego zapa­chu stę­chli­zny, pachniało mo­rzem, pod­zie­mie po­sia­dało wspaniałą kli­ma­tyza­cję.

Don Pe­dro pod­szedł do drzwi po pra­wej stro­nie, prze­kręcił na nich dźwignię w taki sam spo­sób, jak przy drzwiach do pod­ziemi. I znowu otworzyły się au­to­ma­tycz­nie, a światło, które za­bły­sło, uka­zało schron wy­peł­niony zapa­sami żyw­ności na wy­pa­dek, gdyby strażnicy na­wet przez kil­kana­ście dni nie mieli prawa wyjść na górę.

Dru­gie drzwi miały za­mek se­kretny jak przy ka­sach ognio­trwałych. Był to za­mek cy­frowy, nie wy­ma­ga­jący jed­nak klu­cza. Chyba tylko don Pe­dro znał szyfr otwiera­jący go. Ale i dla nas po chwili prze­stał on być ta­jem­nicą. Tar­cza z cy­frami za­trzymy­wała się ko­lejno na cy­frach: trzy, osiem, dziewięć, jeden, po­tem na trzech je­dyn­kach, wreszcie na­stę­po­wała trójka, sió­demka i czwórka. Za­uwa­ży­łem, że don Pe­dro nie do­tyka po­wierzchni drzwi, które za­pewne cały czas znaj­do­wały się pod na­pię­ciem. Wreszcie drzwi otworzyły się.

To co uj­rzeli­śmy w bla­sku za­palo­nego w środku światła, przy­po­mi­nało wnę­trze mu­zeal­nego ma­ga­zynu. Na ścia­nach znaj­do­wały się czuj­niki in­for­mu­jące o wil­got­ności i sa­mo­re­gu­lu­jące do­pływ po­wie­trza o od­po­wiedniej tem­pe­ratu­rze. Na spe­cjal­nych sztalu­gach stał obraz przy obra­zie, na wy­so­kim po­de­ście znaj­do­wały się dzieła sztuki ka­mie­niar­skiej. Tuż przy drzwiach zo­ba­czy­liśmy trzy ogromne skrzynie, na­wet nie za­mknięte na ża­den za­mek. Don Pe­dro ko­lejno pod­nosił ich wieka, a wówczas bu­chał z nich blask złota. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści — to były przed­mioty z Mu­zeum Złota w Bo­gocie.

Lu­stra­cja don Pedra była szybka i po­bieżna. Prze­konał się, że strażnicy ni­czego nie ukra­dli. Po kilku mi­nu­tach za­mknął sejf i ru­szył wolno po pły­cie lotni­ska w kie­runku ho­telu, a my szli­śmy za nim w dość spo­rej odle­gło­ści, aby nie do­strzegł na­szych cieni.

To, co zo­ba­czy­liśmy przed ho­telem i na przy­stani, prze­szło nasze naj­śmielsze oczeki­wa­nia. Resztki służby i go­ście ho­te­lowi wy­pro­wa­dzili z han­garu ostatnie ło­dzie mo­to­rowe, ła­do­wali na nie swoje wa­lizki i na­tychmiast od­pły­wali. Cztery ta­kie ło­dzie na na­szych oczach od­daliły się od wy­spy. Don Pe­dro w mil­cze­niu stał na skale przy przy­stani i tylko ob­ser­wo­wał. Nie prze­ciw­sta­wiał się ucieczce, gdyż ro­zu­miał, że by­łoby to bez­sku­teczne.

Po go­dzi­nie na całej wy­spie po­zo­stały tylko cztery osoby. Śpiąca w swoim po­koju panna Flo­ren­tyna, don Pe­dro oraz ja i Daw­son.

Nie po­zo­stało nic in­nego, jak udać się na spo­czy­nek. Była już zresztą druga w nocy. Co zro­bił don Pe­dro — nie wiem. Być może też usi­łował wy­po­cząć, ale gdy ran­kiem zgodnie z ho­telo­wym re­gu­lami­nem po­jawi­liśmy się w trójkę na śnia­daniu w sali ja­dal­nej, don Pe­dro, ubrany w czy­stą, białą ko­szulę i nie­ska­zitel­nie biały gar­nitur, sta­ran­nie ogo­lony, pod­szedł do nas skło­niw­szy się uprzejmie po­wie­dział:

— Mam ukrytą jesz­cze jedną, bar­dzo wy­godną i szybką łódź mo­to­rową. Jeśli pań­stwo chcą, bar­dzo pro­szę z niej sko­rzy­stać.

Flo­ren­tyna, która nie miała poję­cia, co stało się tej nocy, gło­śno wy­raziła swoje zdziwie­nie:

— A dla­czego mamy od­pły­wać, se#241;or? Prze­cież chyba nic nam nie grozi?

— Owszem, se#241;o­rina — od­rzekł rów­nie uprzejmie don Pe­dro. — Czeka pa­nią Na­groda No­bla. Spraw­dziły się pani słowa: ra­dio­stacja prze­stała działać, broń za­częła się giąć, wszyst­kich opa­no­wał lęk. Wkrótce wy­lą­dują tutaj lata­jące tale­rze...

Flo­ren­tyna aż pod­sko­czyła rado­śnie, tak ją ucie­szyła ta wia­do­mość:

— Więc jed­nak! — za­wo­łała z try­um­fem. — Więc jed­nak będę mo­gła je po­znać. Małe, zie­lone lu­dziki z ante­nami na gło­wach. Mu­szę tu zo­stać, aby po­tem opi­sać spo­tka­nie z nimi.

Don Pe­dro prze­cząco po­kręcił głową:

— To nie­moż­liwe, pro­szę pań­stwa. Nie po­sia­dam służby. Ni­kogo zresztą oprócz mnie i pań­stwa już nie ma na wy­spie. Nikt nie zrobi śnia­dania, obiadu i kola­cji, nie po­sprząta pokoi. Nikt wam nie poda drinka w barze.

— Za­pła­cili­śmy za trzytygo­dniowy pobyt — zwrócił mu uwagę Daw­son.

Don Pe­dro się­gnął do port­fela:

— Zwrócę pań­stwu koszty oraz do­łożę pewną sumę jako od­szkodo­wa­nie.

Daw­son machnął lek­ce­wa­żąco ręką:

— Nie chcę ani zwrotu kosztów, ani od­szkodo­wa­nia. Zo­sta­niemy na wy­spie zgodnie z na­szymi wcześniej­szymi pla­nami. Małe, zie­lone lu­dziki nie są w sta­nie zmienić ni­czego w życiu prawdzi­wego An­glika.

— A czemu to pan nie ucieka? — za­py­tałem don Pedra.

Poło­żył dłoń na sercu:

— Nie mogę tego uczynić, amigo. To mój hotel. Cały ma­jątek.

— Ro­zu­miem — ski­ną­łem głową. — Ale w ta­kim razie bę­dzie panu raź­niej w na­szym towa­rzy­stwie. Pro­szę się nie kło­potać o śnia­danie, obiad i ko­lację. Jest wśród nas ko­bieta. Mam na­dzieję, że umie go­to­wać. Ona zaj­mie się kuchnią, a pan, don Pe­dro, bę­dzie jej po­ma­gał i po­da­wał nam do stołu.

— Nie umiem go­to­wać — pi­snęła Flo­ren­tyna.

Don Pe­dro wes­tchnął:

— Wo­lał­bym jed­nak, aby pań­stwo sko­rzy­stali z ostatniej łodzi mo­to­rowej.

— Nie ma mowy — od­parł Daw­son. — Nie miał­bym su­mie­nia zo­sta­wić tutaj pana w obli­czu in­wazji ma­łych, zie­lo­nych lu­dzi­ków. Ża­den An­glik tak by nie zro­bił.

Oka­zało się jed­nak, że Flo­ren­tyna to i owo umie przy­rzą­dzić. Otrzymali­śmy na śnia­danie jajka na be­konie i mocną kawę. Na obiad obie­cała upiec kur­czaka.

W tej sytu­acji po­sze­dłem opa­lać się na plażę. Jed­no­cze­śnie ob­ser­wo­wa­łem Daw­sona. By­łem cie­kawy, kiedy ze­chce zre­ali­zo­wać swoje za­danie. Zgu­biony przez UFO przedmiot prawdo­po­dob­nie znaj­do­wał się w jed­nej z trzech skrzyń w ban­dyc­kim se­za­mie. Na­wet wprost za­py­tałem o to Ralfa, lecz od­parł mi ze śmiechem:

— Za­cze­kamy na przy­bycie jachtu „La Pa­loma”. Mam na nim rzecz, która bę­dzie mi po­trzebna.

— A kiedy się to sta­nie?

— Uru­cho­mi­łem ra­dio­stację i po­łą­czy­łem się z Rod­ri­giem. Są już nie­da­leko stąd.

Skoro uru­cho­mił ra­dio­stację, po­my­śla­łem o depe­szy do Con­nora i Mar­czaka. Po­winni tu za­raz przy­być i zająć się za­war­to­ścią se­zamu. Zre­da­go­wa­łem więc za­szy­fro­waną wia­do­mość do Pa­ryża i oso­bi­ście towa­rzy­szy­łem Daw­so­nowi, gdy ją nadawał.

— A Esponoza? Za­po­mniałeś o in­spektorze Esponozie — przy­po­mniał Ralf. — Chcesz go po­zba­wić udziału w suk­cesie?

— Nic mnie nie ob­cho­dzi Esponoza.

— A jed­nak, gdyby nie on, To­ma­szu, don Ca­sa­nova nie zdra­dziłby ta­jem­nicy wy­spy La Jauja. Zresztą, jak wiesz, za­war­łem z Esponoza dżentel­meń­ską umowę...

— Rób, co chcesz — wzruszy­łem ra­mio­nami. — Ale Esponoza nie może być tu wcześniej niż Con­nor i Mar­czak. Go­tów cały suk­ces tylko sobie przy­pisać.

Tak więc Ralf wy­słał depe­szę rów­nież i do Bo­goty, do in­spektora Esponozy, a po­tem znowu unie­ru­cho­mił ra­dio­stację, aby nie mógł z niej sko­rzy­stać don Pe­dro.

Ten zresztą za­cho­wy­wał się dziwnie. Aż do obiadu był spo­kojny, opa­no­wany, zda­wa­łoby się po­go­dzony z lo­sem. Na­gle, sie­dząc przy stole, za­czął prze­kli­nać ko­goś gło­śno, sam ze sobą roz­ma­wiał, po­mru­kiwał gniewnie. Są­dzę, że był to sku­tek działalno­ści Daw­sona, który zda­wał się robić wszystko, aby po­zbyć się z wy­spy także i don Pedra. Gdy don Pe­dro pod­nosił do ust łyżkę z je­dze­niem, łyżka nagle się wy­gi­nała i je­dze­nie spa­dało na ser­wetkę albo nie­ska­zitel­nie białe spodnie. Po­dob­nie działo się z wi­del­cami i no­żami. Gięły się w rę­kach don Pedra i bie­dak w końcu mu­siał jeść pal­cami. Szkoda, że tego nie wi­działa Flo­ren­tyna za­jęta w kuchni.

Po kola­cji wy­cią­gnął z ja­kie­goś za­ka­marka nie­dużą łódź mo­to­rową i przy­cu­mo­wał ją na przy­stani. Po­tem przy­szedł do nas i oświad­czył z po­gróżką w gło­sie:

— Je­śli dalej bę­dzie się tak działo, jak się dzieje, to ja od­pły­wam do Road Town.

— Co się dzieje, se­#241;or? — za­inte­re­so­wała się tą sprawą Flo­ren­tyna.

Don Pe­dro nic nie od­po­wie­dział, od­wró­cił się na pię­cie i od­szedł do sie­bie. Od tego mo­mentu nie wi­działem go wię­cej. W nocy obu­dził mnie hałas za­pusz­cza­nego sil­nika, po­my­śla­łem, że prze­ra­żony Don Pe­dro od­pływa do Road Town, co po­twierdziło się ran­kiem. Nie zja­wił się w kuchni, aby po­móc w przy­go­to­wa­niu śnia­dania. Jego pokój w ho­telu był pusty. Na przy­stani bra­ko­wało łodzi mo­to­rowej.

Prze­padł rów­nież i Ralf Daw­son. Nie zna­la­złem go w jego po­koju ani na plaży, ani w po­mieszcze­niu ra­dio­stacji. Nie po­szedł także do zaka­zanej strefy wy­spy, po­nie­waż ogromna kłódka wi­siała wciąż na bra­mie. Pró­bo­wa­łem go wy­wo­łać przy po­mocy apa­ra­ciku umiesz­czo­nego w pu­dełku po pa­styl­kach mię­to­wych, ale pu­de­łeczko mil­czało.

— Uciekł ra­zem z don Pe­dro — oświad­czyła Flo­ren­tyna. — Tego się spo­dziewa­łam. I jego także wy­stra­szyła w końcu per­spektywa spo­tka­nia się z ma­łymi, zie­lo­nymi lu­dzi­kami. On nie jest żad­nym człowie­kiem z UFO.

— Niech pani nie gada głupstw, panno Flo­ren­tyno, tylko zaj­mie się śnia­da­niem — zgromi­łem ją. — Sprawa znik­nię­cia Daw­sona jest bar­dzo ta­jem­nicza.

Znowu za­czą­łem pe­ne­tro­wać wszystkie po­koje w ho­telu. Aż wreszcie tra­fiłem do tego, gdzie Ralf ukrył swoje rze­czy w szafce na buty. Nie­stety szafka była pusta. Zniknęła z niej torba z nie­wi­dzialnymi kom­bine­zo­nami. Czy to nie zna­czyło, że Ralf tej nocy udał się na sa­motną wy­prawę do se­zamu gangu, aby od­na­leźć przedmiot zgu­biony przez UFO? Uśpił moją czuj­ność twierdząc, że czeka na przy­bycie jachtu... Kłódka na bra­mie? Ależ on po­trafił le­wi­to­wać. Cóż dla niego zna­czyło prze­do­stać się po­nad bramą. Tak, Ralf Daw­son mnie oszukał, zo­sta­łem przez niego wy­strych­nięty na dudka.

Tymcza­sem nad­bie­gła Flo­ren­tyna z nową wia­do­mo­ścią. Nie działała kuchnia elek­tryczna w ho­telu. W ogóle nie było prądu, elek­trownia na wy­spie wy­łą­czyła się sa­mo­czynnie albo ktoś to zro­bił. Dla­czego? Od­po­wiedź była dla mnie jasna. Drzwi od pod­zie­mia i od skarbca otwierały się jedy­nie au­to­ma­tycz­nie, dzięki działaniu prądu. Bez niego te drzwi trzeba było pruć pal­ni­kami ace­tyle­no­wymi.

— Zro­bię obiad — pró­bo­wała mnie po­cie­szać Flo­ren­tyna.

Lecz ja nie chciałem sły­szeć o je­dze­niu. Po­bie­głem do ho­telu, zna­la­złem po­mieszcze­nie z róż­nymi na­rzę­dziami, wy­bra­łem piłkę do że­laza i wła­śnie mia­łem za­miar prze­piło­wać ogromną kłódkę na bra­mie do zaka­zanej strefy, gdy zo­ba­czy­łem, że do przy­stani wpływa jacht „La Pa­loma”. Po chwili z po­kładu ze­sko­czył ła­ciaty Ro­bin i na przywita­nie poli­zał mnie po po­licz­kach. Po­tem zo­ba­czy­łem don Ga­briela, Burta Dun­cana i Ro­driga oraz po­zo­stałą za­łogę. Uj­rza­łem Te­resę van Ha­gen i przez krótki mo­ment po­czu­łem ogromną ra­dość.

 


ROZDZIAŁ OSIEMNASTY [top]

RALF DAWSON W NIEBEZPIECZEŃSTWIE • DON GABRIEL W AKCJI • DLACZEGO NIE DZIAŁA ELEKTROWNIA? • ROBIN PRZEKSZTAŁCA SIĘ • POD LUFĄ PISTOLETU • UCIECZKA DON PEDRA • W PODZIEMNYM SKARBCU • PRZYJĘCIE NA JACHCIE • LIST OD DAWSONA • KTO ODPŁYNĄŁ NA JACHCIE • PRZYBYCIE ESPONOZY I WSPÓLNY KOMUNIKAT • AGENCI: F-l, F-2, F-3, F-4, F-5 • POWRÓT DO KRAJU

 

W du­żym skró­cie opo­wie­działem przyja­cio­łom o na­szych przy­go­dach na wy­spie La Jauja oraz o za­gi­nię­ciu Ralfa Daw­sona. By­łem prze­ko­nany, że Ralf znaj­duje się w zaka­zanej czę­ści wy­spy i grozi mu nie­bez­pie­czeń­stwo, w prze­ciw­nym razie po­ja­wiłby się, aby przywitać przyjaciół.

Don Ga­briel po­gar­dli­wie po­traktował piłkę do me­talu. Z kie­szeni wyjął coś w ro­dzaju gru­bego scy­zo­ryka o wielu ostrzach. Nie­które z nich były deli­katne i cien­kie jak ży­letka, inne przy­po­mi­nały lekko za­krzy­wione dru­ciki.

— To jest klucz uni­wer­salny — ob­wie­ścił z dumą stary gangster, a na­stęp­nie bez naj­mniejszego trudu otworzył kłódkę.

Na wy­prawę do zaka­zanej strefy don Ga­briel wziął z ka­juty na jach­cie ogromny re­wol­wer, z pi­sto­le­tami w dło­niach ru­szyli za mną Dun­can i Rod­rigo. Po­pro­siłem Flo­ren­tynę i Te­resę, aby po­zo­stały w ho­telu albo na jach­cie, ale przede wszystkim Te­resa nie zgo­dziła się. Za­uwa­ży­łem, że na wia­do­mość o za­gi­nię­ciu Daw­sona zbla­dła i szybko po­łknęła ja­kąś pi­gułkę, prawdo­po­dob­nie, aby uspokoić nerwy. A skoro Te­resa nie chciała zo­stać na jach­cie, nie uczyniła tego także Flo­ren­tyna. Do zaka­zanej czę­ści wy­spy po­szli­śmy wiać sporą gro­madką.

Na dużej pły­cie beto­no­wej, tuż przy wej­ściu do skarbca, zo­ba­czy­liśmy po­rzu­cone ubie­głej nocy pi­sto­lety ma­szy­nowe strażni­ków. Pi­sto­lety miały po­gięte lufy, co Flo­ren­tynę wprawiło w na­strój rado­snej eufo­rii.

— One już są bli­sko — nie­mal tań­czyła. — Małe, zie­lone lu­dziki wkrótce tu wy­lą­dują. Sta­nie się tak, jak prze­po­wie­działam.

Z tru­dem udało mi się prze­rwać jej rado­sny ta­niec. Wy­da­wało mi się czymś wręcz nie­przy­zwo­itym wy­rażać tak ogromną ra­dość w chwili, gdy gdzieś nie­da­leko, może za beto­no­wymi ścia­nami skarbca, Ralf Daw­son umierał z braku po­wie­trza, bo prze­cież skoro nie było prądu, w pod­zie­miu nie działał także sys­tem wentyla­cyjny. Ale ona zaw­sze uwa­żała Daw­sona za wiel­kiego oszu­sta. Jego ta­jem­nicze znik­nię­cie utwier­dzało ją w tym prze­ko­naniu. W głębi du­szy po­dej­rze­wała, że Ralf Daw­son po­szedł sam nocą do skarbca, aby pod moim no­sem opróżnić go z naj­cen­niej­szych dzieł sztuki.

Zbli­ży­łem się do żela­znych drzwi w głównym bun­krze i, tak jak to zro­bił don Pe­dro, poru­szy­łem dźwignią dwa razy w prawo i raz w lewo. Nie­stety, drzwi ani drgnęły.

— Za­miast pi­sto­letów i re­wol­we­rów — stwierdzi­łem po­nuro — na­le­żało wziąć pal­nik i butlę z tle­nem. Te drzwi otwiera je­dynie prąd elek­tryczny, a elek­trownia nie działa.

Szybkim, kro­kiem ru­szy­łem do bu­dynku, w któ­rym była elek­trownia. Być może za­bra­kło pa­liwa i tur­bina prze­stała pra­co­wać. Mo­gła też na­stą­pić jakaś awa­ria.

Bu­dy­nek był niski, po­dob­nie jak i skar­biec. Zbu­do­wano go z uzbrojo­nego be­tonu. Że­lazne drzwi stały otworem. Za nimi była ciemność. Nie mie­liśmy la­tarki elek­trycznej. Wy­jąłem więc z kie­szeni ga­zową za­pal­niczkę do pa­pie­ro­sów i przy­świe­cając nią sobie, wkroczy­łem w ciemności na schody pro­wa­dzące gdzieś w dół. I wtedy Ro­bin, który wciąż szedł przy mojej no­dze, rap­tem roz­pły­nął się, po pro­stu prze­stał ist­nieć. A za­miast niego za­częła mi towa­rzy­szyć su­nąca w po­wie­trzu ogromna latar­nia, świe­cąca ja­kimś bar­dzo ja­snym, nie­sa­mo­wi­tym bla­skiem.

I znowu nie było przy mnie Flo­ren­tyny, aby mo­gła się na­ocz­nie prze­ko­nać, że Ro­bin to nie zwy­kły pies, ale twór z Przy­szło­ści. Ale ona i inni po­zo­stali przy wej­ściu do bun­kra...

W bla­sku prze­dziwnej la­tarni do­tar­łem do dość ob­szer­nej sali przy­po­mi­nają­cej ma­szy­now­nię statku. Pod po­ma­lo­wa­nymi na biało bla­sza­nymi po­kry­wami były me­cha­ni­zmy i tur­bina elek­trowni na­pę­dza­nej ma­zu­tem. Od razu spo­strzegłem czerwoną dźwignię prze­sta­wioną na „Stop”. A więc to nie brak ma­zutu spo­wo­do­wał unie­ru­cho­mie­nie tur­biny. Ktoś ją za­trzymał.

Zro­biłem trzy kroki do dźwigni i już nie­mal się­ga­łem do niej ręką, gdy zza jej obu­dowy wy­szedł don Pe­dro z pi­sto­letem w dłoni. Lufa pi­sto­letu była skie­ro­wana pro­sto w moją pierś.

— Stój — po­wie­dział cicho, ale w pod­ziemnym po­mieszcze­niu głos za­brzmiał do­no­śnie i głu­cho. — Cze­ka­łem tu na cie­bie, Se­#241;or Co­che­cito. Twój przyjaciel już za­pewne umarł z braku po­wie­trza, a te­raz przy­szła kolej na cie­bie, Dość długo wo­dzili­ście mnie za nos. Wczoraj jed­nak do­my­śli­łem się prawdy. Nie wiem, jak to się stało, że spo­wo­do­wali­ście ucieczkę strażni­ków, ca­łego per­so­nelu i wszyst­kich gości. Być może ma­cie na swych usłu­gach dia­bła, który po­trafi giąć lufy pi­sto­letów ma­szy­no­wych i czyni was nie­wi­dzialnymi. Ale teraz oto stoisz przed lufą mojej bar­rety i, na­wet gdyby zja­wił się tu sam dia­beł, nie uru­cho­misz elek­trowni.

Zro­bili­śmy wielki błąd, zo­sta­wia­jąc na wol­ności don Pedra. Nie­mal na na­szych oczach od­pły­nął swą mo­to­rową ło­dzią, a my są­dzili­śmy, że ucieka. Tymcza­sem prawdo­po­dob­nie opły­nął wy­spę i za­cu­mo­wał gdzieś przy brzegu w stre­fie zaka­zanej. Po­tem za­czaił się przy skarbcu. Być może Ralf Daw­son był na­wet ubrany w swój kom­bine­zon, ale don Pe­dro wi­dział jed­nak, jak otwierają się drzwi do pod­ziemi, a po­tem do skarbca. A wtedy za­pewne po­biegł wy­łą­czyć tur­binę elek­trowni i skar­biec za­mie­nił się w pu­łapkę.

— Na wy­spie jest już poli­cja — skłama­łem. — Przypły­nął za­po­wie­dziany przez Ca­sa­novę jacht „La Pa­loma”, a na nim nasi przyja­ciele. Na­wet jeśli mnie pan za­bije, w ni­czym nie zmieni to pana sytu­acji.

— Nie dbam o to — po­wie­dział. — Przy­rze­kłem swemu sze­fowi, że będę czu­wał nad skar­bem, choćbym miał zgi­nąć. I do­trzymam słowa. Don Pe­dro nie boi się ni­kogo i ni­czego, na­wet dia­bła.

Nie po­wie­dział prawdy, bo sam jej pew­nie nie znał. Nie ma na świe­cie czło­wieka, który w swej pod­świado­mo­ści nie kryłby ja­kie­goś lęku.

Raptem zga­sła oświetla­jąca po­mieszcze­nie latar­nia i usły­sza­łem zdła­wiony stra­chem głos don Pedra:

— To ty, Su­sanna?! Prze­cież ty nie ży­jesz! Za­biłem cię, bo po­dej­rze­wa­łem cię o zdradę... Nie pod­chodź do mnie... bła­gam cię, nie zbli­żaj się!... Wiem, że jesteś upio­rem, nie doty­kaj mnie, nie doty­kaj mnie!...

Głos prze­ro­dził się w krzyk stra­chu. I poty­kając się w ciemno­ściach o stop­nie schodów, don Pe­dro wy­biegł jak sza­lony z pod­ziemnej elek­trowni. Za­świe­ciłem za­pal­niczkę i zdo­łałem trafić dło­nią na dźwignię. Po se­kun­dzie usły­sza­łem gło­śny szum uru­cho­mio­nej tur­biny. W sali na­tychmiast za­bły­sło światło elek­tryczne. Wtedy i ja wy­bie­głem z pod­zie­mia. Don Pe­dro uciekł przez zaka­zaną strefę wy­spy, przewra­cając się na po­roz­rzu­ca­nym wszędzie żela­stwie i ra­niąc do krwi. Pę­dził do małej za­toczki, gdzie na wo­dzie koły­sała się jego łódź mo­to­rowa. Uciekał przed wid­mem do­ko­nanej w prze­szło­ści ja­kiejś okropnej zbrodni. Było to oczywi­ście za­sługą Ro­bina.

Don Ga­briel i reszta mo­ich przyjaciół, poza Flo­ren­tyną, nie wie­dzieli, kim jest don Pe­dro. Ze zdu­mie­niem przy­glą­dali się pę­dzą­cemu do łódki człowie­kowi. Nie wy­da­wał się im nie­bez­pieczny, bo jesz­cze w pod­zie­miu elek­trowni po­rzucił pi­stolet.

Tylko Flo­ren­tyna wo­łała za ucie­kają­cym:

— Se­#241;or Pe­dro... Se­#241;or Pe­dro, co się panu stało?

Nie sły­szał chyba tego krzyku. Gnany lę­kiem wskoczył do łodzi mo­to­rowej, uru­cho­mił silnik i od­pły­nął na mo­rze. A przy mojej lewej no­dze znowu po­jawił się wielki dog.

Po­pro­wa­dzi­łem wszyst­kich aż do drzwi skarbca. Ustawi­łem od­po­wiednio za­mek cy­frowy i drzwi otwarły się same. Ze skarbca wy­szedł Ralf Daw­son — uśmiech­nięty, choć bar­dzo blady. Z se­zamu bandy buchnęło na nas taką du­chotą, że aż cofnęliśmy się na schody. Pra­co­wały już jed­nak wentyla­tory, po­wie­trze sta­wało się coraz zno­śniej­sze i coraz ła­twiej było od­dy­chać.

Don Ga­briel, Dun­can i Rod­rigo, a także Flo­ren­tyna nie mo­gli opa­no­wać swej ogromnej cie­ka­wo­ści. W ostrym świetle ża­ró­wek oglą­dali kra­dzione na ca­łym świe­cie dzieła sztuki — ob­razy, bi­żute­rię, rzeźby i trzy skrzynie pełne zło­tych za­byt­ków z ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota w Bo­gocie.

Oni po­dzi­wiali zra­bo­wane skarby, a ja tym­cza­sem wy­pro­wa­dzi­łem Daw­sona przed bun­kier, gdzie po chwili do­szedł do sie­bie i mógł mó­wić.

— Dziękuję ci, To­ma­szu — oparł na moim ra­mie­niu swoją dłoń. — Wie­działem, że zro­bisz wszystko, aby mnie uwolnić z pod­zie­mia. Ura­to­wałeś życie oso­bie, na któ­rej ci bar­dzo za­leży. Nie, nie mnie — uśmiech­nął się za­gad­kowo. — Ja prze­cież je­stem nie­śmiertelny. Na­wet gdyby mnie za­bito sto razy w twoim cza­sie, cały i zdrów, młodszy o kil­kana­ście lat zo­stanę za­brany z ty­siąc dziewięć­set sie­dem­dzie­sią­tego roku w czas przy­szły. I sta­łoby się tak, na­wet gdy­bym w tym skarbcu umarł z po­wodu braku po­wie­trza. Nie mógłbym jed­nak... — urwał.

Od­no­siłem wra­żenie, że po­wie­dział mi tro­chę za dużo. Na­tychmiast bo­wiem zmienił temat:

— Nie sądź, że cię chciałem oszukać, To­ma­szu, i dla­tego sam tej nocy uda­łem się do skarbca. Nie mo­głeś jed­nak być przy mnie w chwili, gdy od­nala­złem ów przedmiot i gdy go zniszczy­łem. Czy­niąc to bo­wiem, za­ra­zem wy­sła­łem w Przy­szłość ogromny im­puls. Ten przedmiot prze­kształcił się wła­śnie w ów im­puls. Mnie ochraniała moja siła „psi”, cie­bie nic by nie chro­niło i dla­tego nie mo­głeś być przy mnie. Ale Przy­szłość już wie, że jest ura­to­wana. Wy­ko­na­łem swoje za­danie. Wkrótce zniknę z twego czasu. I nic po mnie nie po­zo­sta­nie, ża­den ślad, To­ma­szu.

— Ja będę pa­mię­tał — po­wie­działem.

— Tak. Ale nikt nie uwie­rzy w twoje wspo­mnienia — uśmiech­nął się smutno. — A ja o to­bie za­po­mnę. Gdy będę prze­no­szony w Przy­szłość, prze­stanę pa­mię­tać o tym, co ro­biłem w twoim cza­sie i ja­kich spo­ty­ka­łem ludzi. Nie można bo­wiem żyć w Przy­szło­ści, bę­dąc obar­czo­nym pa­mię­cią życia z Prze­szło­ści. To zbyt trudne... A teraz po­proś wszyst­kich, aby opu­ścili skar­biec i za­mknij go.

Gdy ze­brali­śmy się przed bu­dyn­kiem, Ralf oświad­czył:

— Na pole­cenie To­ma­sza wy­sła­łem depe­szę do Con­nora i Esponozy. My­ślę, że zja­wią się tu nie póź­niej niż jutro w połu­dnie. To­masz otworzy im skar­biec gangu i opo­wie, w jaki spo­sób wy­konał swoje za­danie.

Don Ga­briel, Dun­can i Rod­rigo byli wy­raź­nie za­nie­po­ko­jeni.

— Nie chcemy mieć nic wspólnego z po­licją — za­wołał don Ga­briel. — Nikt się nie może do­wie­dzieć, że wy­mknęliśmy się z sa­nato­rium dok­tora Alva­reza.

Za­pew­niłem, że ani sło­wem nie wspomnę ni­komu o ich udziale w od­nale­zie­niu skarbca. Daw­son zaś przy­siągł, że przed dniem ju­trzej­szym nie ma mowy o po­ja­wie­niu się poli­cji. Don Ga­briel zde­cy­do­wał więc, że „La Pa­loma” od­bije od wy­spy do­piero o świ­cie, a tym­cza­sem na statku Rod­rigo wyda przyjęcie dla wszyst­kich uczestni­ków przy­gody. Mie­liśmy do dys­po­zycji cały hotel na wy­spie, wspaniałą salę ja­dalną i do­brze za­opa­trzoną spi­żar­nię oraz kuchnię, ale Rod­rigo wolał swój jacht. Nie ma chyba bo­wiem nic bar­dziej po­nu­rego od ho­telu bez gości i bez ob­sługi.

Przyjęcie było dłu­gie i nudne. Don Ga­briel, jak małe dziecko pła­ta­jące psoty, bez prze­rwy wy­rażał swą ra­dość na myśl, co bę­dzie czuł i my­ślał don Ste­fano, kiedy do­wie się, że jego se­zam na wy­spie La Jauja wpadł w ręce poli­cji. Te­resa van Ha­gen sie­działa przy stole smutna i jak gdyby nie­obecna my­ślami, ja­dła mało i źle wy­glą­dała. Rod­rigo i Dun­can także raz po raz wzdychali, że znowu czeka ich mo­no­tonny ży­wot w sa­nato­rium dok­tora Alva­reza. Flo­ren­tyna za­nu­dzała nas opo­wie­ściami o in­wazji ma­łych, zie­lo­nych lu­dzi­ków.

A po­tem nagle ogar­nęło nas uczucie rado­snego zmę­cze­nia. Za­pra­gną­łem zna­leźć się w swoim ho­telo­wym po­koju i za­snąć — na­resz­cie spo­koj­nie i bez zmartwień. Ralf za­pro­po­no­wał od­po­czy­nek i na­tychmiast wszyscy z za­do­wo­le­niem zgo­dzili się na to. Daw­son, Flo­ren­tyna i ja wró­cili­śmy do ho­telu. Ro­bin po­szedł z nami. Reszta zo­stała w kabi­nach na jach­cie. Do dziś pa­mię­tam dziwne spoj­rze­nie, jakim ob­rzucił mnie Ralf, kiedy nie­mal rów­no­cze­śnie otwierali­śmy drzwi do swoich pokoi. Te­raz wiem, że było to spoj­rze­nie po­że­gnalne.

Spa­łem mocno i długo. Przed świ­tem obu­dził mnie jakiś dziwny szum, jak gdyby nad wy­spą przelaty­wały ty­siące ogrom­nych pta­ków. Usiadłem na łóżku i pierwsze, co rzu­ciło mi się w oczy, to kartka pa­pieru le­żąca na moim noc­nym sto­liku. Był to list od Daw­sona:

 

Drogi To­ma­szu,
w chwili, gdy za­czniesz czy­tać moje słowa, ja już będę z po­wro­tem w Przy­szło­ści, w cza­sie i świe­cie, który mu­sia­łem opu­ścić, aby wy­ko­nać wiel­kie za­danie. Dzię­kuję Ci, że mi po­mo­głeś ura­to­wać da­leką Przy­szłość i szkoda, że nikt nie bę­dzie wie­dział o roli, jaką Ty i ja ode­gra­liśmy w owej sprawie. Jak wiesz, wra­cam w Przy­szłość po­zba­wiony pa­mięci o tym, co ro­biłem w Twoim cza­sie, Tobie zaś nikt nie uwie­rzy, że byłeś moim przyja­cie­lem i współto­wa­rzy­szem. Nie zo­sta­nie Ci na­wet ten list, bo gdy go skoń­czysz czy­tać, moje pi­smo znik­nie.
Za­bie­ram w Przy­szłość Te­resę van Ha­gen, choć wiem, że Ci to sprawi przy­krość. Ra­tując mnie w pod­ziemnym skarbcu, to ją wła­śnie ura­to­wałeś. To­ma­szu, a czy może być coś pięk­niej­szego niż oca­lić życie ko­bie­cie, którą darzy się uczu­ciem? Gdy­bym umarł w skarbcu, nie mógłbym prze­nieść jej w Przy­szłość, gdyż za­bie­rany z ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tego roku, nie pa­mię­tał­bym już, że taką osobę zna­łem. Zdaję sobie sprawę, że nie bar­dzo ro­zu­miesz, o czym mó­wię, ale prze­cież wiele było mię­dzy nami spraw, któ­rych nie ro­zu­mia­łeś, a któ­rych ja nie by­łem w sta­nie Ci wyja­śnić. Jedno wiedz: Te­resa van Ha­gen, gdy ją po­zna­łem, była ko­bietą umiera­jącą na bia­łaczkę. Wasi leka­rze jesz­cze nie po­trafią tego le­czyć. Moje spe­cjalne le­kar­stwa bro­niły ją przed śmiercią. Te­resa po­ma­gała nam w po­szu­ki­wa­niu zagi­nio­nego przedmiotu, a w za­mian obie­ca­łem jej życie w Przy­szło­ści. Jej nie­obecność w wa­szym cza­sie nie naru­szy żad­nej struktury, nie za­grozi Przy­szło­ści, gdyż po­sta­ra­łem się na­wet o to, aby na cmentarzu w Bo­gocie pozo­stał jej grób. Gdy ją po­zna­łeś, była zara­zem żywa i za­ra­zem umarła, ale to jest wła­śnie jeden z wiel­kich pa­ra­dok­sów czasu, który kie­dyś teo­re­tycz­nie wyja­śnić będą umieli fi­zycy.
To samo tyczy Ro­bina. Ra­tując Ci życie przed kulą don Pe­dra, do­konał ostatniej prze­miany i umarł. To zna­czy na zaw­sze za­mie­nił się w psa, a jako pies nie może wró­cić w Przy­szłość. Bę­dzie jed­nak za­brany w Przy­szłość taki, jaki wy­siadł z we­hi­kułu. Po­zo­sta­nie więc w Twoim cza­sie, zara­zem jed­nak wróci ze mną.
On ura­tował Ci życie. Za­opie­kuj się nim, To­ma­szu, za­bierz go do swego kraju. To wprawdzie nie bę­dzie ten sam Ro­bin, któ­rego po­zna­łeś w Dia­bel­skiej Doli­nie, ale zwy­kły pies, nie­mniej myślę, że po­ko­chasz go rów­nie mocno.
Po moim po­bycie w Twoim cza­sie nie zo­sta­nie ża­den ślad. Dia­bel­ską Do­linę zasy­pała la­wina ka­mieni. Ha­cjenda Te­resy van Ha­gen wła­śnie pło­nie, a ci, któ­rzy ją znali, roz­biegli się po świe­cie. Na moje pole­cenie dok­tor Alva­rez zniszczył wszystkie pa­piery i do­ku­menty doty­czące mego po­bytu w sa­nato­rium. Rów­nież Dun­can, Rod­rigo i don Ga­briel nigdy nie po­wie­dzą, że znali ja­kie­goś Ralfa Daw­sona. Każdy z nich, po­dob­nie jak i Ty, do­stał ode mnie list w tej sprawie. Ko­lejną nie­spo­dziankę szy­kuje Ci in­spektor Esponoza — ale o niej do­wiesz się od niego.
Po­zo­stanę jedy­nie w pa­mięci Twojej i Flo­ren­tyny. Ona nigdy nie uwie­rzyła, że by­łem czło­wie­kiem z UFO.
Ty zaś bę­dziesz mil­czał, po­nie­waż nie ze­chcesz, aby uznano Cię za sza­leńca.
I jesz­cze Ro­bin. No cóż, prze­cież to zwy­kły pies. Bę­dziesz tylko mu­siał wy­my­ślić, skąd go wziąłeś.
Że­gnaj na zaw­sze, To­ma­szu. Że­gnaj, drogi przyja­cielu. Mo­żesz opi­sać nasze przy­gody — za­pewne ktoś ze­chce je wy­dru­ko­wać jako po­wieść z ga­tunku science-fic­tion, taką no­wo­cze­sną baśń. Ale czy kto wie­rzy w bajki?

Ści­skam Cię ser­decz­nie
Ralf Daw­son

 

Gdy chciałem wró­cić do po­czątku li­stu, oka­zało się, że pod wpływem mo­jego spoj­rze­nia napi­sane przez Ralfa słowa po­woli za­częły zni­kać, aż wreszcie roz­pły­nęły się zu­peł­nie. Trzyma­łem w ręce tylko czy­stą kartkę pa­pieru li­sto­wego. Ubrałem się i ra­zem z Ro­bi­nem, który tej nocy spał przy moim łóżku na ma­łym dy­wa­niku, wy­sze­dłem z po­koju.

Wy­bie­głem przed hotel i w bla­sku wscho­dzą­cego słońca uj­rza­łem od­pły­wa­jący od przy­stani jacht „La Pa­loma”. Ktoś z niego pa­trzył w moim kie­runku przez lor­netkę, ktoś kiw­nął dło­nią na po­że­gna­nie — kto, tego nie wiem, bo łzy, tak, wła­śnie łzy, przy­sło­niły mi cały wi­dok.

Wreszcie jacht znik­nął za hory­zon­tem i już go nigdy nie zo­ba­czy­łem.

Po­tem usły­sza­łem za swoimi ple­cami stu­kot pan­to­fel­ków i głos Flo­ren­tyny:

— Od­pły­nęli, panie To­ma­szu. Prze­stra­szyli się in­wazji ma­łych, zie­lo­nych lu­dzi­ków i ucie­kli stąd, po­dob­nie jak wszyscy inni. A my­śla­łam, że Daw­son jest znacznie bar­dziej od­ważny.

— Daw­son? — za­py­tałem.

— Tak. Daw­son i pani Te­resa van Ha­gen, don Ga­briel, Dun­can i Rod­rigo. Oni wszyscy od­pły­nęli tym jachtem. Wi­działam z okna swojego po­koju, jak przed świ­tem pan Daw­son szedł z wa­lizką w kie­runku przy­stani.

— To nie­moż­liwe — za­wo­łałem. — Ralf Daw­son i Te­resa van Ha­gen ode­szli w Przy­szłość.

— W jaką Przy­szłość — zdu­miała się Flo­ren­tyna. — Co pan opo­wiada za głup­stwa? Od­pły­nęli stąd wszyscy ra­zem.

Co mia­łem jej rzec? Czy Ralf oszukał mnie w swoim li­ście, czy też Flo­ren­tynie tylko się wy­da­wało, że wi­działa go idą­cego na przy­stań? A może po pro­stu po­szedł na jacht po Te­resę van Ha­gen. Nie, Daw­son nie był oszu­stem. Prze­cież cho­dzi­łem z nim po wy­spie w nie­wi­dzialnym kom­bine­zonie, wi­działem Ro­bina, gdy zmieniał swą po­stać, by­łem świad­kiem, jak Ralf wy­ginał lufy pi­sto­letów ma­szy­no­wych, le­wi­tował nad zie­mią...

— O, zo­sta­wili panu Ro­bina — za­uwa­żyła sie­dzą­cego przy mojej no­dze psa. — I co pan z nim teraz zrobi?

— To mój pies. Ku­piłem go od don Pedra — oświad­czy­łem.

— Od don Pedra? Prze­cież pierwszy raz wi­działam tego doga w Dia­bel­skiej Doli­nie.

Wzruszy­łem ra­mio­nami.

— Pani się coś po­krę­ciło, panno Flo­ren­tyno. Nigdy nie byli­śmy w żad­nej Dia­bel­skiej Doli­nie. To miej­sce jest zasy­pane la­winą ka­mieni, jakże więc mo­gli­śmy tam prze­by­wać?

Za­sta­no­wiła się.

— Może pan ma rację, chyba coś po­krę­ciłam. Wy­da­rze­nia jed­nak bie­gły tak szybko, że led­wie je zdo­łałam za­no­to­wać w pa­mięci. Wiem tylko, że po po­wro­cie do Bo­goty zo­sta­łam po­rwana przez Daw­sona i oszoło­miona nar­koty­kami. Może pod wpływem nar­ko­tyku mia­łam wra­żenie, że od­wie­dzi­łam Dia­bel­ską Do­linę i tam wi­działam tego psa. Ja­kież to zresztą ma zna­cze­nie, skoro nie­długo wy­lą­dują tu lata­jące tale­rze. Sły­szy pan ten hałas w prze­strzeni?

— Owszem. To jed­nak nie są lata­jące tale­rze, a poli­cyjne śmi­głowce.

W chwilę póź­niej cztery ogromne ma­szyny po­ma­lo­wane na zie­lon­kawy kolor wy­lą­do­wały na wy­spie. Z pierwszego śmi­głowca wy­siadł ubrany po cy­wil­nemu ko­mi­sarz Esponoza i jego pię­ciu ludzi, rów­nież w cy­wilu, ale uzbrojo­nych po zęby. Z dru­giego wy­sko­czył Con­nor i dy­rek­tor Mar­czak, z trze­ciego — wy­soki, si­wo­włosy męż­czy­zna w oto­cze­niu umundu­ro­wa­nych poli­cjantów bry­tyj­skich. Jak się oka­zało, był to gu­ber­nator Wysp Dziewi­czych. Z czwartego ze­szła na zie­mię panna Leti­cia Lu­ci­nante wraz z dwoma foto­re­por­te­rami i ka­me­rzy­stą. Tak więc Daw­son do­trzymał słowa i „Wiado­mo­ści Bo­goty” były pierwszą ga­zetą, któ­rej umożli­wiono prze­ka­zanie czy­telni­kom sze­ro­kiej in­for­macji o roz­biciu gangu don Ste­fano.

W trak­cie rewi­zji prze­pro­wa­dzo­nej w ho­telu od­kryto w po­koju don Pedra za­ma­sko­wany sejf. Był w nim pełny spis rze­czy — wspania­łych dzieł sztuki — skra­dzio­nych przez gang w róż­nych czę­ściach świata i zgroma­dzo­nych na wy­spie La Jauja. Con­nor i Mar­czak zajęli się spraw­dza­niem spisu ze sta­nem fak­tycz­nym w pod­ziemnym skarbcu, a mnie i Flo­ren­tynę wziął na bok Esponoza i po­wie­dział:

— Za­nim przy­stą­pimy do kon­fe­rencji pra­so­wej, na któ­rej opo­wie pan dzienni­karce z „Wiado­mo­ści Bo­goty”, w jaki spo­sób udało się od­na­leźć skra­dzione za­bytki, chciałbym prze­kazać w świat krótką de­peszę o tym wiel­kim suk­cesie. Ca­łość ko­mu­ni­katu uzgodnię z pa­nem Con­no­rem, ale naj­pierw chciałbym uzy­skać pań­ską zgodę na jego treść. Czy to pan, Se­#241;or Co­che­cito, i pań­ska współpra­cow­niczka tra­fili­ście na trop zło­dziei, wy­pło­szyli­ście z wy­spy ban­dy­tów i do­tarli­ście do pod­ziemnego skarbca?

— Nie, se#241;or. Był ze mną Ralf Daw­son oraz jego przyja­ciele, któ­rych na­zwisk nie chciałbym wy­mie­niać — od­po­wie­działem. — Udział Daw­sona i jego przyjaciół uwa­żam za rów­nie ważny jak wła­sny.

— Słusznie pan mówi. Byli to bo­wiem poli­cjanci z Bo­goty. Ralf Daw­son to mój tajny agent F-l, a po­zo­stali, któ­rych pan nie pra­gnie wy­mie­niać, to agenci F-2, F-3, F-4 i F-5. Nie chciałem, aby ich twa­rze za­no­to­wały dzienni­kar­skie fle­sze i dla­tego ka­za­łem im o świ­cie od­pły­nąć z wy­spy jachtem „La Pa­loma”. Cze­kają ich nowe, trudne za­dania. Tym ra­zem w walce z han­dla­rzami nar­koty­ków.

— A więc Ralf Daw­son był agentem poli­cji w Bo­gocie? — za­wo­łała zdu­miona Flo­ren­tyna. — I Dun­can, Rod­rigo, don Ga­briel, Te­resa van Ha­gen?...

— Psst — Esponoza poło­żył palce na ustach. — Mie­liśmy prze­cież nie wy­mie­niać żad­nych na­zwisk.

— A opo­wia­dał, że jest człowie­kiem z UFO i sprawiał wra­żenie sza­lo­nego. Pan To­masz dał się na­wet na­brać na jego ga­danie... — oświad­czyła Flo­ren­tyna.

Sala­zar Esponoza od­parł z po­wagą:

— Se­#241;or Co­che­cito jest zbyt mą­dry, aby ko­mu­kol­wiek dać się na­brać, pro­szę pani. Od po­czątku wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia, i od po­czątku z nami współpra­co­wał.

Mil­cza­łem. Jesz­cze w Ro­da­dero Ralf Daw­son poin­for­mo­wał mnie, że za­warł z Esponoza dżentel­meń­ską umowę. Esponoza obie­cał nie prze­szka­dzać w na­szych po­szu­ki­wa­niach zło­dziei, w za­mian za to miał dzie­lić z nami sławę z od­nie­sio­nego suk­cesu.

— Czy zga­dza się więc pan na na­stę­pu­jącą treść ko­mu­ni­katu — zwrócił się do mnie Esponoza. — „Po­licja ko­lum­bij­ska przy po­mocy swoich taj­nych agentów i przy współ­pracy z mię­dzy­naro­do­wym Biu­rem Ko­or­dy­na­cyj­nym, zor­gani­zo­wa­nym do walki ze zło­dziejami dzieł sztuki, od­nala­zła wszystkie złote przed­mioty z ma­ga­zy­nów Mu­zeum Złota w Bo­gocie oraz przy oka­zji od­zy­skała ogromną ilość dzieł sztuki, które w ostatnich la­tach skra­dzione zo­stały w wielu za­kąt­kach świata. Złote za­bytki wrócą znowu do Bo­goty, a po­zo­stałe dzieła sztuki, po ustaleniu, skąd zo­stały ukra­dzione, trafią do swoich wła­ści­cieli”.

Uśmiech­ną­łem się:

— W po­rządku, se#241;or. Suk­ces poli­cji ko­lum­bij­skiej jest nie­za­prze­czalny. Pod­kre­ślił pan rów­nież rolę Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego w tej waż­nej sprawie. To mnie cał­ko­wicie za­do­wala.

Esponoza roz­pro­mie­nił się i z ra­dości po­kle­pał mnie po ple­cach:

— Wspaniale, Se­#241;or Co­che­cito. Pan jest nie tylko zna­ko­mi­tym de­tek­ty­wem, ale i roz­sąd­nym człowie­kiem. Od­daję pana w ręce prasy, któ­rej opo­wie pan o swoich przy­go­dach. Wie­rzę, że uwy­pukli pan udział na­szych ko­lum­bij­skich agentów poli­cyj­nych w od­nale­zie­niu skar­bów. Pro­szę tylko nie wy­mie­niać żad­nych na­zwisk.

Esponoza po­szedł do Con­nora i Mar­czaka, któ­rzy rów­nież przy­stali na treść ko­mu­ni­katu dla prasy światowej. Za­do­walał on bo­wiem wszyst­kich.

Zna­la­złem się pod ob­strzałem obiekty­wów foto­re­por­terów. Dość szczegó­łowo opo­wie­działem pan­nie Leti­cii Lu­ci­nante o na­szych przy­go­dach. Nie­mal w każ­dym zda­niu pod­kre­śla­łem, jak wielką rolę w od­nale­zie­niu zra­bo­wa­nych dzieł sztuki ode­grał agent F-l oraz po­zo­stali agenci in­spektora. Wy­razi­łem też swój ogromny żal z po­wodu ich nie­obecności na wy­spie i wy­tłu­ma­czy­łem, że zo­stali skie­ro­wani do no­wych, nie­zwy­kle waż­nych za­dań. Zresztą tak cenni lu­dzie po­winni po­zo­stać nie­znani.

Miałem tylko jeden szkopuł: w jaki spo­sób wy­tłu­ma­czyć ma­sową ucieczkę gangste­rów z wy­spy La Jauja? Po­mógł mi w tym jed­nak sam Esponoza, który także udzielił wy­wiadu „Wiado­mo­ściom Bo­goty”. Po­wie­dział on:

— Gdy gangste­rzy do­wie­dzieli się, że mój agent F-l zdo­łał nadać de­peszę do mnie i wkrótce po­jawię się na wy­spie La Jauja, wpa­dli w tak wielką pa­nikę, że po­rzu­cili broń i ucie­kli.

Leti­cia Lu­ci­nante chciała też prze­pro­wa­dzić wy­wiad z panną Flo­ren­tyną, ale to się nie udało. Flo­ren­tyna po­szła z Con­no­rem i Mar­cza­kiem do skarbca bandy. Po dro­dze zo­ba­czyła, że le­żące na beto­no­wym pla­cyku pi­sto­lety ma­szy­nowe strażni­ków nie mają po­krzywio­nych luf.

— Nic nie ro­zu­miem — krzyknęła. — Prze­cież tu miały wy­lą­do­wać zie­lone lu­dziki z UFO. Po­krzywiły lufy pi­sto­letów, a te­raz te lufy są pro­ste. Czyżby lu­dziki zmieniły de­cyzję?

Ga­dała i ga­dała o zie­lo­nych lu­dzi­kach, pró­bo­wała też o nich opo­wie­dzieć Leti­cii Lu­ci­nante. Aż wreszcie Mar­czak prze­rwał bru­talnie jej wy­wody, stwier­dza­jąc, że panna Flo­ren­tyna do­znała tak cięż­kich prze­żyć na wy­spie La Jauja, gdzie żyła w oto­cze­niu gangste­rów, że jest wy­czer­pana ner­wowo i nie po­winna udzielać żad­nych wy­wia­dów.

W po­koju ho­telo­wym dy­rek­tor Mar­czak i Con­nor po­dzię­ko­wali mi za po­moc w od­nale­zie­niu skarbca bandy don Ste­fano. Po tym suk­cesie, stwierdzili, do Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego wpłynie wiele pie­nię­dzy na dal­szą działal­ność. Wy­razili mi też uznanie za to, że po­tra­fiłem współpra­co­wać z po­licją ko­lum­bij­ską, gdyż dzięki temu i inne poli­cje w świe­cie na­biorą za­ufa­nia do Biura Ko­or­dy­na­cyj­nego.

Na za­koń­cze­nie dy­rek­tor Mar­czak po­wie­dział:

— Je­stem z pana rad, panie To­ma­szu. Con­nor chce pana za­trzymać w Biu­rze Ko­or­dy­na­cyj­nym, ale, nie­stety, i pan, i ja mu­simy wra­cać do kraju. Otrzyma­łem list od Mi­nistra Kul­tury i Sztuki, który pra­gnie nam po­wie­rzyć nowe, bar­dzo ważne za­danie. Tylko ja i pan mo­żemy się go pod­jąć.

 

*   *   *

W ty­dzień póź­niej z portu Bu­enaven­tura od­pły­nął pol­ski sta­tek han­dlowy, wio­zący ładu­nek ko­lum­bij­skiej kawy. Na statku było kilka kabin pasa­żer­skich, w jed­nej z nich za­mieszkała panna Flo­ren­tyna, a w dru­giej ja i Ro­bin.

Flo­ren­tyna znowu no­siła swoją okropną tu­nikę oraz na­szyj­nik z kloc­ków, włosy miała w nie­ła­dzie i wy­glą­dała na brzydką, pod­sta­rzałą pannę.

Po po­wro­cie do War­szawy wy­mó­wiła po­sadę w Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Sztuki i wy­sta­rała się o pracę tłu­ma­cza przy­się­głego. Stra­ciłem ją na zaw­sze z oczu. W jakiś czas póź­niej jej na­zwi­sko od­nala­złem na li­ście dele­gacji pol­skiej, wy­jeż­dża­jącej na mię­dzy­naro­dowy kon­gres UFO-lo­gów do Pa­ryża. Po­dobno stała się zna­nym i ce­nio­nym w świe­cie znawcą spraw związa­nych z UFO.

 


ZAKOŃCZENIE [top]

 

Długo za­sta­na­wia­łem się, czy napi­sać tę książkę. Kilka lat mi­nęło od wy­da­rzeń w Bo­gocie i na wy­spie La Jauja. Sam już dziś nie wiem, czy Ralf Daw­son był człowie­kiem z UFO, czy też agentem F-l, naj­lep­szym poli­cjantem in­spektora Esponozy. Nie po­trafię z cał­ko­witą pew­no­ścią stwierdzić, czy na­prawdę po­zna­łem Te­resę van Ha­gen, by­łem w Dia­bel­skiej Doli­nie, cho­dzi­łem w nie­wi­dzialnym kom­bine­zonie, czy też to wszystko zro­dziło się w mojej wy­obraźni.

Ale prze­cież mieszka ze mną wielki dog arle­kin o imie­niu Ro­bin. Cho­dzimy ra­zem na spa­cery w oko­lice Sta­rego Mia­sta w War­sza­wie oraz na Wi­sło­stradę.

Spróbo­wa­łem kie­dyś pew­nemu człowie­kowi opo­wie­dzieć histo­rię Ro­bina. Wy­słu­chał mnie z uwagą, a po­tem dora­dził: „Po­wi­nien pan napi­sać książkę o Ral­fie Daw­sonie i Ro­binie”.

Oto i ta książka. Kre­ślę jej ostatnie zda­nie i pa­trzę na leżą­cego u mych stóp wiel­kiego, ła­cia­tego doga. Za chwilę wstanę od ma­szyny do pisa­nia i pójdę z nim na spa­cer. Na bar­dzo długi spa­cer...

 

[top]